Notatka na marginesie

W piekarni

Jestem wściekły. Naprawdę wściekły! Bo co ona sobie w ogóle wyobraża? Że jeżdżę do tej szkoły, by licealistki się we mnie zakochiwały? Co za bzdura! Ile razy jej mówiłem, że chcę sobie przypomnieć ten jeden dzień. Co ja z niego pamiętam?… Drogę z domu, a potem powrót, i nic pomiędzy. Co się wtedy działo?

Wiele razy śni mi się, że idę tamtego dnia do szkoły i za każdym razem coś wypada, że się spóźniam. Zawsze! Ale nie, Ola mówi, że młode dupy mi w głowie. Zresztą mam ją gdzieś! A dziś zrobię jej na złość. Umówiłem się z Anią po pracy na zapleczu, u nas w piekarni. Ma przyjść, jak skończy robotę. To dopiero będzie zemsta na Oli. Jak to mówią, karma wraca – mówiła, że szukam kochanki, mówiła, powtarzała i się spełniło. To już przesądzone. Ania tego chce, inaczej nie pocałowałaby mnie w usta. A co dopiero będzie się działo tutaj, na zapleczu?… Mam dziwne wrażenie, że ją skądś znam… Nie, tylko mi się wydaje.

Siedzę więc tu już od kwadransa. Nie mogłem się doczekać. Wokół ciemno i tylko te skrzynki pełne świeżego, jeszcze ciepłego chleba. W sumie to nawet jestem głodny. A gdyby tak coś zjeść?

Kurde, przypomina mi się, jak spędzałem u babci całe wakacje i jadłem najsmaczniejsze danie mojego dzieciństwa: świeży, jeszcze ciepły chleb, z równie świeżą, domową śmietaną, a wszystko posypane cukrem. Brało się taką pajdę w umorusane ręce i biegło na podwórko. Ile razy wypadła taka kromka na ziemie. Ale to nic, jadło się z piachem! Dziś – nie do pomyślenia! Gdyby to ktoś zobaczył, zrobiłby raban na całego fejsbuka. Ale właśnie za takie chwile kocham tę wioskę, ten czas i świętej pamięci babcię. Nigdy nie zabroniła mi latać z jedzeniem. To była wolność. Ilekroć czuję zapach śmietany, ten smak wraca, jak oszalały.

Ale zaraz, zaraz. Co ja robiłem tamtego dnia w szkole?…

Dobra, koniec tych wspominków, robię się naprawdę głodny. A ten chleb tak bardzo pachnie… Zawsze miałem słabość do ciepłego chleba. Z masłem albo nawet samego. Pamiętam, że kiedyś zjadłem prawie cały bochenek naraz. Teraz będę mógł się najeść do woli. Ale, która to godzina? Kurde, od pięciu minut powinna być Ania. Sprawdzę, co się dzieje na piekarni… Ech, te drzwi zawsze się tak ciężko otwierały… No, jeszcze raz… Chwila! Co jest?!… Przecież to jedyne wyjście! Ktoś mnie zamknął! Pomocy, ratunku, jest tam kto?…

O ja cię… Dziś piątek i o osiemnastej wszyscy wychodzą do domów na weekend. Ostatnia miała być Ania! Czyżby to ona mnie zamknęła?… Ale…

A to szmata! Już wtedy zauważyłem jej reakcję, gdy wspominałem, że mam żonę! Czyli solidarność jajników. A nawet nie zna mojej żony… A ten pocałunek to podpucha. Abym się napalił i nie zastanawiał za mocno… Ale się wpierdoliłem…

I co ja teraz zrobię? Przecież dopiero w niedzielę wieczorem ktoś otworzy, gdy przyjadą po pieczywo na poniedziałek. Czterdzieści osiem godzin w zamkniętym pokoju z całą tą masą chleba. Przynajmniej będę miał co jeść.

* * *

Jest niedziela rano. Od kilkudziesięciu godzin jem tylko chleb i popijam wodą z kranu. A wokół ciemno, że oko wykol. Ogarnia mnie jakieś dziwne uczucie, niesprecyzowane, jakby coś się we mnie budziło. Czuję, jakbym wracał emocjonalnie do dzieciństwa. To niepokojące, a zarazem jakieś takie jakby uwalniające… Ale uwalniające od czego?

Chleb już nie pachnie, teraz niemal śmierdzi, że zbiera mi się na wymioty. Taka moja pokuta za chęć zdrady Oli. A jak cudownie było jeść te posiłki robione przez babcię, ociekające tłuszczem. Takie niezdrowe, takie same puste kalorie. Ale jakie smaczne! Pieczony boczek w ziołach i czosnku, domowy pasztet, pierogi z kapustą i grzybami, cholernie pieprzne, chyba tylko babcia takie robiła. To było genialne. Zresztą, w porównaniu do tego, że teraz jem już tyle czasu sam chleb, to wszystko jest wyśmienite. I pełne wartości odżywczych…

Kurde, cały czas czuję, jak mnie to coś dopada…

O, matko! Wiedziałem, że znałem skądś Anię! Tamtego dnia w szkole zaczepiłem ją na korytarzu, była młodsza, i usmarowałem jej warkocz smarem z zawiasu drzwi od naszej klasy. Obraziła się i pobiegła na skargę do dyrektorki. Tak, już wiem… Dyrektorka zamknęła mnie za karę w tej małej, ciemnej kozie. Ja sam, puste ściany, całkowity mrok i moje lęki… to mnie tak przeraziło, że zapomniałem o tym dniu…

A może trzeba mi było tego zamknięcia tu na zapleczu, aby przypomnieć sobie tamtą kozę?…

Notatka na marginesie

Bagienny stwór

Chłopiec, Błoto, brud, emocje

Dawno temu po bagnach chodził stwór. Cały w błocie. Z każdym krokiem unosił na nogach zlepy. Przechodził kawałek i się zatrzymywał. Potem znów. Co ruch to wysiłek.

Wędrowała mgiełka. Gdy go zobaczyła, wzruszyła się, całkowicie przesłaniając widok.

Następny był wiatr. Wzburzył się, zrzucając z drzew liście, które stwora oblepiły jeszcze bardziej.

Później słońce zajaśniało z wrażenia, ale promieniami wysuszyło błoto, więc stwór stanął zmieniony w błotnisty posąg.

I tkwił tak wiele lat. Przechodnie robili sobie pamiątkowe zdjęcia, dzieci ganiały się wokół, nawet najbardziej radosny piesek obsikał nogę.

Któregoś dnia nadeszła chmura i poczuła w posągu ból. Zapłakała po raz ostatni…

Notatka na marginesie

Las człowieka – droubble

Motyl, Niebieski, Las, Fantasy, Lasy, Dream

Matka natura to odwieczne prawo. Wybór przetrwania wśród zmienności otoczenia. Losowanie szczęśliwych cech, by istnieć, by pozostać, nie pozostawić po sobie pustki. Nie pozostawić po sobie pustki…

Dzieciństwo to niewiedza, mierzenie kulą w płot, ale radosne, bo niewielkie duchem, szczęśliwe z naturą, swym skromnym rozmiarem. Potem obranie roli życiowej. Czasem takiej, która jest konsekwencją energii natury, przepływającego prądu między mitochondriami. To ta siła kieruje, aby rozpalić w sobie płomień pchający ku energii, temu, co elektryczne. I tak, człowiek, błądząc, wybiera rolę obywatela, aby chociaż złudna jasność żarówki zastąpiła energię wszechświata.

Ucieka się poza miasto, jak najdalej, do lasu, by zatopić się w energii, której erzacami karmimy się codziennie. W tym lesie prawdziwa dusza ożywa, roztapia się z lodu w płyn wewnątrzmaciczny, w którym powstaliśmy, który trzymał nas w bezpiecznych objęciach. Las ten, dziki w naszych umysłach, oplata marzeniami i emocjami, których na próżno szukać w świecie rozwiniętej cywilizacji.

I gdy poczujemy tę moc natury, jeden dzień bez ucieczki od nas samych jest jak niekończący się psychofizyczny ból uczuć, kiełkujący w samotność, w niezrozumienie, odtrącenie i brak nadziei.

A gdy przywykniemy do zgiełku…

Mówią, że nadzieja umiera ostatnia.

Nie, to nie nadzieja. To ten ból umiera ostatni.

Dalej jest tylko błękit…

Notatka na marginesie

Zadra

Złamane Serce, Serce, Ikona, Miłość

Nie pamiętam, od kiedy miałem zadrę. Bolało, jak cholera. Chodziłem i ciągle o niej gadałem. Ludzie prosili, abym poszedł do lekarza. Niektórzy nawet ciągnęli za rękę. Ale co ktoś jej dotykał, kluło jeszcze bardziej, więc odskakiwałem jak poparzony.

Toteż przez lata z bolącym problemem drażniłem wszystkich, bo narzekałem, lecz nic zrobić nie pozwoliłem.

Aż przyszedł silniejszy ode mnie, chwycił odważnie za szyję, ścisnął i bez ceregieli ją wyciągnął. Wrzasnąłem na całą okolicę. Chyba nic bardziej nie zabolało.

Nareszcie nie mam zadry. Już nie kłuje. Myślę o szczęściu, a nie o cierpieniu. Mogę żyć pełnią życia.

Nie ma wolności bez cierpienia.

Notatka na marginesie

Serce

Serce, Złamane, miłość, nienawiść

Serce chodziło po świecie. Lecz nie było szczęśliwe, bo męczyła je samotność. Snuło się więc od drzwi do drzwi, prosząc o łaskę. Ale ludzie, widząc nagi mięsień, z którego sączyła się krew, odwracali głowy. Czuli zwyczajną, ludzką odrazę. A że serce, całe dla innych, odrazy nie posiadało, nie rozumiało, czemu jest odrzucane.

Któregoś razu zakolegowało się z bezdomnym kundelkiem. Podeszli więc do pierwszych drzwi, a człowiek, który otworzył, kopnął serce, a przygarnął psa. Potem serce widziało, jak człowiek przyciska czworonoga do klatki piersiowej w okolicy mostka. Serce poczuło zazdrość. A kiedy to poczuło, zrozumiało, że jakikolwiek kontakt z ludźmi sprawia, że staje się złe.

Zamknęło się więc serce w stalowej klatce i postanowiło, że dopóki jakiś człowiek sam go nie wybierze, ono będzie z daleka.

Ale któregoś dnia podszedł samotny, nieszczęśliwy chłopaczyna. Spojrzał na serce, ukląkł i zapłakał. Serce się wahało, czy pomóc, ale obiecywało sobie przecież, że to człowiek ma je wybrać. W końcu chłopaczyna wstał, spojrzał na serce, chwycił kraty i rozerwał klatkę na strzępy. Nie patrząc na sączącą się krew, przytulił serce i uśmiechnął się pierwszy raz od wielu lat.

Od tego czasu chłopaczek zaczął być radosny. Serce rosło z dnia na dzień. I przestało krwawić.

Lecz któregoś dnia mężczyzna przyszedł z innym człowiekiem. I całował go, pieścił. Następnego dnia z kolejnym. Codziennie inny człowiek. I każdy tylko na chwilę. Serce patrzyło, i choć odzywała się z nim zazdrość, to jeszcze bardziej czuło się winne, że mężczyzna bawi się kolejnymi ludźmi. Poczucie winy zagłuszyło prawdziwą naturę serca.

Spojrzało więc serce na mężczyznę i go za to znienawidziło. I wszystkich ludzi. Od tego czasu zalewało ludziom, znów sączącą się krwią oczy i uszy. I ludzie zapałali nienawiścią.

Notatka na marginesie

Słowo po słowie – dribble

rozczłonkowanie, umieranie

– Wiele mi pomogłeś, kochany. Stanęłam na nogi.

– To dobrze, moja najdroższa, że nie zaszkodziłem – odparł ze smutkiem.

– Skąd ten pesymizm?

– Człowiek się rodzi wolny, szczęśliwy, a umiera zwykle zniewolony, bojąc się nawet śmierci. Oddajemy siebie uczynek po uczynku, słowo po słowie, zgoda po zgodzie.

– To dlaczego tak bardzo cię pragnę?

Notatka na marginesie

Piwnica

Drzwi, Tajemnica,

Te drzwi stały się moją obsesją. Czymś nierozwiązywalnym, nieodgadnionym. Pojawiają się w snach do dziś. Czasem są to wizje przyjemne, choćby ze wspominkami dzieciństwa, a czasem przerażające koszmary, pełne ruszających się szkieletów, gnijących ciał, czy białych robaków wychodzących z oczu, uszu, nosa i ust.

Poznałem go, mając jakieś dziewięć lat. Pamiętam, że zwrócił mi uwagę na zbyt długie nogawki. Założyłem spodnie starszego brata, bo poza rozmiarem były identyczne. Podszedł, ukląkł tuż przede mną i podwinął. Potem go nie widziałem jakiś czas, aż któregoś dnia, gdy wracałem cały mokry po polekcyjnej wojnie na torebki z wodą, podszedł i, gdy spodziewałem się reprymendy, głosem najspokojniejszym, jaki potrafiłem sobie wyobrazić, stwierdził, że lepsza wojna na wodę niż na pięści. Widywałem go tu i ówdzie: raz odwiedził moją szkołę, drugi raz usilnie dyskutował z ekspedientką w sklepie, innym razem wysiadał z taksówki ubrany w szalenie elegancki garnitur. Lecz niemal za każdym razem dłonie miał złożone na brzuchu, palce skrzyżowane i kręcił jednym kciukiem wokół drugiego.

Któregoś dnia, pewnie jak miałem jakieś dwanaście lat, siedział nieruchomo na ławce w parku. Biegłem z kolegą ze szkoły i zamarłem. Wyglądał, jakby nie żył. Podszedłem niemal na palcach. Nagle otworzył oczy, odkaszlnął i ruchem ręki wskazał, abym usiadł obok. Bałem się. Przede wszystkim tego, że wykorkuje obok mnie, bo tak trochę wyglądał. On jednak wymusił na swojej twarzy cień uśmiechu i rzekł, że jeszcze nie pora na niego. Nie mam pojęcia, skąd wiedział o moich obawach, ale wyglądało, jakby czytał mi w myślach. Z jednej strony byłem tym przerażony, a z drugiej pragnąłem go poznać jak najbliżej. I od tego dnia zostaliśmy kumplami. Koledzy z klasy poszli nieco w odstawkę, ci spod bloku tak samo i tylko rodzice zapytali któregoś razu, czy ten pan nie próbuje się za mną jakoś dziwnie bawić. Nie próbował. Znaczy tak, ale to zabawa zwyczajne kumplostwo. On wiele starszy, zupełnie jakby był dobrym wujkiem.

Miał na imię Dariusz. Nazywałem go Darek. Na początku traktowałem to imię zwyczajnie, ale mając kilkanaście lat, gdy zacząłem uczyć się angielskiego, skojarzyłem je ze słowem dark czyli ciemność. I z tym właśnie mi się kojarzył. Dlatego, że nic o nim nie wiedziałem, bo nic o sobie nie mówił. A może gdzieś podświadomie widziałem go w ciemnych barwach? Ilekroć myślałem o tajemniczości, on stawał mi przed oczyma.

Odwiedzałem go wielokrotnie. Najpierw rodzice byli przeciwko temu, ale gdy zaprosiłem go do domu, aby mogli go lepiej poznać, przestali mieć obawy. Mieszkał w starym, zaniedbanym domu dwie ulice dalej. Podobno sąsiedzi dopingowali go, aby zatroszczył się swoim podwórkiem, ale nic sobie z tego nie robił. Któregoś razu zwróciłem uwagę na zawsze zamknięte drzwi do piwnicy. Te właśnie drzwi. Próbowałem je otworzyć, ale były zamknięte. Gdy spytałem, co tam jest, stwierdził, że nic do oglądania, a jeśli jestem taki wścibski, to chyba pora zakończyć znajomość. To mnie z jednej strony zabolało, a z drugiej wyznaczyło granicę, której przekroczyć nie mogłem. Potem przez długi czas nie spytałem, co jest w piwnicy, ale nigdy nie pozbyłem się świdrującej ciekawości. Wielokrotnie siedząc samotnie w domu, próbowałem rysować skrzynie pełne złota, innym razem podłogę zapełnioną trumnami, lecz szczytem fantazji była uwięziona tam cała rodzina. Ale nie bałem się później go odwiedzać. Jakoś myślałem, że skoro ich zamknął, to na pewno sobie na to zasłużyli.

Potem był moim świadkiem na ślubie. Co z tego, że miał prawie dwadzieścia pięć lat więcej i bardziej wyglądał na ojca niż świadka? Niektórzy właśnie to mi zarzucali, ale miałem to gdzieś. Od dziecka potrzebowałem kogoś takiego starszego, bo moi rodzice to tylko żyli pracą i nie mieli dla mnie czasu. I na tym weselu spił się, że musieliśmy go wynosić na zaplecze, gdzie spędził noc. Ale nigdy nie widziałem nikogo po alkoholu, kto by był spokojniejszy i bardziej zamknięty w sobie. Następnego dnia, gdy wszyscy siedzieli na poprawinach, usiadłem obok niego i spytałem, dlaczego wybrał mnie. Spojrzał, uśmiechnął się półgębkiem i tylko stwierdził, że tego potrzebował. Potem wielokrotnie zadawałem mu to samo pytanie, ale bez odpowiedzi.

Któregoś dnia, gdy nasze dziecko miało iść do szkoły, zaszliśmy do niego z żoną. Zanim nam otworzył, wyraźnie słyszałem nietypowy dźwięk zamykanych drzwi. Biorąc pod uwagę, że znałem w jego domu niemal każde trzaśnięcie, to musiały być drzwi od piwnicy. Gdy tylko weszliśmy, zauważyłem, że dłonie ma pobrudzone ziemią. Kto schodzi do piwnicy, aby tam kopać? Nawet odruchowo pomyślałem, czy w pobliżu nie ma żadnego banku. Cóż, naoglądałem się starych filmów i zbierałem żniwo…

Tego dnia po raz pierwszy spytałem go, czy ma jakąś rodzinę. Milczał. Jakichś znajomych? Tylko się uśmiechnął, patrząc mi w oczy. Siedział przy komputerze, coś pisał i nie za bardzo miał ochotę na rozmowę. W końcu nieśmiało zadałem kłopotliwe pytanie:

– Dlaczego nic o tobie nie wiem?

– Bo nie chcę. – Jego uśmiech był rozbrajający. Potwierdzał to, co wiedziałem od dawna: rządził on, a ja musiałem się podporządkować.

– A kto ci będzie pomagał na starość? – spytałem rozpaczliwie i od razu ugryzłem się w język. – Znaczy, mogę ja, ale nie w tym rzecz.

– Ty to masz swoje życie – odparł ze spokojem. – Pewnie jeszcze z dziesięć lat… – wyraźnie nie dokończył myśli.

– Co ty mówisz?! – podniosłem głos. – Weźmiemy cię do siebie. Ale nie o to mi chodziło. Naprawdę nie masz nikogo, kto mógłby ci pomóc?

– A co cię tak naszło? Wyglądam, jakbym już się wybierał na tamten świat? – Zaśmiał się.

– Posłuchaj, znamy się tyle lat, jesteś mi jak rodzina i teraz, kiedy sam czuję upływ czasu, widząc swoje dorastające dziecko, myślę, że czas pomyśleć o tobie.

– Poproszę inny zestaw pytań. – Nadal się śmiał.

– Inny? A co może być ważniejszego niż przyszłość mojego najlepszego przyjaciela?

– Powtarzam, spytaj mnie o coś innego.

– Ok. – założyłem ręce na przeponę. – Co masz w piwnicy?

Nagle wstał, zrobił grobową minę i rzekł niemal martwym głosem:

– Wyjdźcie, i to już!

– Ale… – chciałem coś powiedzieć, ale ponowił:

– I to już! – Odwrócił się i wyszedł do innego pomieszczenia.

Wiedziałem, że nie ma co napierać. Wyszliśmy i nie pojawiłem się u niego prawie przez miesiąc.

Potem widziałem go zaraz po tym, jak nasz syn wyprowadził się do narzeczonej. Pamiętam, że siedział na kanapie z laptopem na kolanach i coś czytał. Ale pierwsze, na co zwróciłem uwagę, to zapach stęchlizny, którego nigdy w tym domu nie było. Rozejrzałem się, szukając plam na suficie i ścianach spowodowanych przeciekaniem dachu. Na próżno. Przy podłodze również nie zauważyłem czegoś niepokojącego.

– Skąd ten zapach? – spytałem.

– A, taki się jakoś takoś rozniósł. – Uśmiechnął się nieznacznie.

– Potrzeba ci pomocy przy domu?

– Jak będę potrzebował, to dam ci znać, a teraz siadajcie. – Wskazał mnie i żonie dwa fotele, które już wyglądały jak ze staroświeckiego horroru o duchach lub wampirach.

– Pewnie się nie zgodzisz, ale chcieliśmy cię zabrać ze sobą na tydzień na Mazury, bo wybieramy się niedługo – mówiłem tak, bo zdawałem sobie sprawę, jaki z niego samotnik.

– A wiesz co? – Uniósł brwi, co u niego oznaczało ekscytację. – Chętnie. – Uśmiechnął się.

– Poważnie? – Wtrąciła się żona.

– Jak najbardziej. Myślę, że to dobry czas na odetchnięcie od tego domu. – Spojrzał znacząco pod stopy.

– Mówisz… o… – już chciałem zapytać, ale mnie ubiegł:

– To kiedy jedziemy? – Zaśmiał się.

Pojechaliśmy na te Mazury. Ja i żona odsypialiśmy codzienne życie, a Darek wstawał niemal o świcie i robił śniadania. Któregoś dnia poszedł na pomost i pierwszy raz w życiu wędkował. Ślęczał w ciszy zatopiony we własnym świecie i nawet nie zwracał uwagi, gdy któreś z nas przyszło zobaczyć, co u niego. Pod wieczór w końcu przyszedł do chaty z połową wiaderka ryb. Ale żadne z nas do końca nie wiedziało, jak je oporządzić. Dopiero wspólnymi siłami coś zrobiliśmy. I koniec końców wszyscy przyznaliśmy, że Bóg wie, jak dawno nie jedliśmy czegoś tak dobrego. I właśnie przy kolacji zaczął opowiadać coś o sobie. Pierwszy raz.

– Po wojnie wesoło nie było. Kochani bracia zza Buga pozabierali majątki bogatym, zrobili kołchozy, sowchozy, spółdzielnie, Bóg wie, co jeszcze. Moi rodzice stracili prawie czterdzieści hektarów, zostawiono im nędzny ochłap, niecałe pięć. I weź tu, człowieku, godnie żyj z takiego skrawka. A było nas piątka dzieci. Niełatwo wykarmić taką ferajnę. Jaki to był rarytas, gdy w niedzielę ojciec szlachtował koguta na rosół. Ale jednego smaku nie zapomnę do śmierci: jeszcze ciepłego chleba na zakwasie ze świeżą śmietaną i cukrem. Później próbowałem kupić od chłopa taką świeżą śmietanę, chleb, ale to nie to samo. Nie wiem, czy to wszystko teraz smakuje rzeczywiście inaczej, czy to moja wyobraźnia dokłada głębi smaku. I od wtedy już nawet nie próbuję przypominać sobie smaków dzieciństwa, wolę żyć wspomnieniami. – Sięgnął po kubek z dawno wystygłą herbatą i patrząc w dno, westchnął, jakby zobaczył tam cały ciężar swojego życia. – Tuż po wojnie, jak miałem kilkanaście lat, zbieraliśmy z kolegami pociski, których jeszcze nie zdążono sprzątnąć, rozpalaliśmy ognisko z nimi w środku i przeskakiwaliśmy. Kto odważy się ostatni. Tak, tacy byliśmy. I dopiero jak koledze urwało nogę, to pomiarkowaliśmy, żeby przestać. Ale takie zdarzenia odkładają się w psychice, na długo. Nawet po latach człowiek budzi się czasem rano i oczyma wspomnień widzi te okaleczenia…

Potem coś wspominał o wyuczonych schematach, o tym, że człowiek podświadomie powiela to, co widział wcześniej. Na koniec wymamrotał jakieś jedno czy dwa zdania o swojej rodzinie, ale gdy tylko poprosiliśmy o więcej, spuścił głowę, zamilkł i dało się wyczuć, że to temat tabu. Niby powiedział, że ojciec to lub tamto, matka co innego, lecz tak naprawdę były to tylko wzmianki. Nic nieznaczące informacje. Nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że z jego rodzinnym domem wiąże się jakaś niedobra historia.

Po tygodniu wróciliśmy. Dla nas powrót do obowiązków był lekki, bo z naładowanymi akumulatorami, ale on… Zamknął się w domu na ponad tydzień. Tylko raz się odezwał, gdy przez prawie kwadrans dobijaliśmy się do drzwi. Słychać było przytłumione, wymęczone: dajcie mi spokój.

Od tego czasu widywaliśmy go coraz rzadziej. Zwykle nie chciał naszych wizyt, twierdząc, że nie jest w humorze, sam również przestał nas odwiedzać, a i coraz mniej wychodził z domu. Wielokrotnie zastanawialiśmy się, skąd bierze pieniądze, bo nie wyglądało, aby miał stałe źródło dochodów. Frapowało nas także, jak zaopatruje się w jedzenie, czy inne zakupy, gdyż nie widzieliśmy, aby chodził do sklepu. Tylko małe okienko do piwnicy było rozświetlane coraz dłużej i dłużej…

Któregoś razu, gdy po standardowym kwadransie stukania do drzwi nie odzywał się, a po kolejnej godzinie nadal milczał, wezwaliśmy policję i straż. W końcu ujrzeliśmy to, czego można było się spodziewać. Leżał martwy na korytarzu na parterze, zaraz obok tych drzwi, które po raz pierwszy były otwarte. Wokół wszystko, a szczególnie jego ręce zabrudzone ziemią i ta drażniąca woń stęchlizny.

Gdy go zabrali, zostaliśmy tylko ja i żona, jako jemu najbliżsi. W tym starym domu. Z jednej strony tak dobrze nam znanym, a z drugiej z tymi drzwiami.

Siedzieliśmy i rozmawialiśmy dobre trzy czy cztery godziny, zanim zdecydowaliśmy się tam zejść. Bo owszem, ciekawość nas zżerała, ale silniejszy był lęk przed nieznanym, przed złamaniem niepisanego prawa, jakie powinniśmy uszanować.

To, co ujrzeliśmy, pozostało w nas na zawsze. Stało się niemal kolejnym archetypem, który dominuje w naszych umysłach do dziś.

Pośrodku piwnicy była wykopana niemal studnia: okrągły dół o głębokości kilku metrów, z obsypującymi się ścianami i zbierającą się na dnie wodą. I w całej piwnicy nie znaleźliśmy niczego innego. Ani szpadla, ani wiadra do wynoszenia ziemi. Tylko gołe ściany i ten otwór…

Następnego dnia, gdy wróciliśmy, aby nieco posprzątać dom, znaleźliśmy zapisaną, postrzępioną kartkę, która wyglądała jak list pożegnalny. Nie było jednak ani zapisów świadczących, że to testament, ani nic o śmierci. Jedynie tajemnicze pięć słów:

Tylko nie myślcie o piwnicy.

Notatka na marginesie

Taka wigilia

Ludzie piszą opowieści wigilijne, więc i ja naskrobałem. Wesołych Świąt!

Villa, Opuszczony, Pusty, Stary, Zapomnieć

Wyszedł z pracy po tym, jak pożegnał ostatniego pracownika po spotkaniu wigilijnym. Chciał jak najszybciej do domu, tylko do żony. Przepięknej kobiety, która wybrała właśnie jego. Pragnął być z nią z dala od ludzi.

Pogoda była niesamowita jak na koniec grudnia: dziesięć stopni na plusie, bezchmurne niebo i całkowity brak wiatru. Przeszedł obok wyłączonej fontanny, pod którą woda tworzyła idealną taflę odbijającą świąteczną choinkę stojącą przy wejściu. Wsiadł do swojego samochodu, oparł się wygodnie i już poczuł, że jest wraz z żoną w Bieszczadach, jego ukochanej krainie, gdzie można o tej porze iść kilka dni, zanim się kogoś spotka.

Nagle zadzwonił telefon.

– Szefie, wycofali się – wycedził głos kierownika działu handlowego.

– Jak to wycofali? Przecież była podpisana umowa przedwstępna. – Marek poczuł, że zaczyna mu pulsować w głowie.

– Powiedzieli, że zapłacą karę umowną.

– Rafał, co się stało? O czymś nie wiem?

– Wie pan tyle, co i ja. Nie wiem, o co chodzi.

– Pół roku starań na marne… – Marek założył drugą rękę za głowę i próbował ścisnąć czaszkę.

– Musiałem to powiedzieć dziś, wybacz, szefie.

– Nie ma sprawy, sam ci kazałem siebie o wszystkim informować.

– I co teraz? – spytał podwładny.

– Co?… Spędźmy te święta, jakby wszystko było w porządku.

– No tak, rozkaz to rozkaz – zażartował Rafał.

– Jeszcze raz wesołych!

– Wesołych, szefie.

Rozłączyli się. Marek poczuł, że ten dzień będzie jednym z najgorszych w jego życiu. Przekręcił kluczyk, wrzucił bieg i ruszył, poza miasto, aby w samotności za kierownicą przetrawić to, co się stało. Prowadzenie zawsze go uspokajało, dodawało sił, napełniało spokojem. Wyjechał na drogę szybkiego ruchu i nie zatrzymywał się przez ponad dwie godziny. Problem został w tyle. Przynajmniej do Nowego Roku, kiedy trzeba będzie jakoś dalej pchać ten zawodowy wózek.

Gdy podjeżdżał do domu, zastanowiły go wyłączone światła. Żona czasem lubiła się przespać w ciągu dnia, szczególnie gdy chciała odpocząć od nawału obowiązków. Ostrożnie przekręcił zamek, jeszcze delikatniej pchnął drzwi i dobiegł go zapach świeżo upieczonego ciasta drożdżowego, jakie nauczyła piec żonę jego świętej pamięci babcia. Ostrożnie zdjął buty, powiesił płaszcz na wieszaku i wszedł do salonu. Na świątecznie udekorowanym stole stały puste talerze, nowe świece, talerzyk z opłatkiem, a obok leżała kartka z pismem żony.

Nie mogłam tak dłużej. Nie potrafię być nieuczciwa wobec ciebie, za bardzo mnie kochasz.

(Dalej było kilka linijek całkowicie zamazanych tym samym długopisem.)

Od dłuższego czasu mam kogoś. To było jak rażenie piorunem. Zakochaliśmy się od pierwszego wejrzenia. Nadal Ciebie kocham, ale jak brata, kogoś z rodziny. Zawsze byłeś dla mnie taki dobry, taki uczciwy, taki doskonały. Pomagałeś innym, uczestniczyłeś w zbiórkach pieniędzy dla potrzebujących, nawet zapisałeś się do tej grupy wsparcia dla bitych kobiet, bo wciąż przed oczyma miałeś swoją matkę. Nawet zawsze wyrażałeś się tak idealnie, tak dostojnie. Na początku mi to imponowało. Ale po dłuższym czasie stało się nie do wytrzymania. Bo ile można patrzeć na ideał, samemu popełniając tyle błędów… Od dłuższego czasu marzyłam, aby ci się noga podwinęła, bym mogła się poczuć choć raz tą lepszą. A tak być nie może. I zaczęłam się z tym czuć jeszcze gorzej. Od wielu miesięcy balansowałam na krawędzi. Aż pojawił się on – taki niedoskonały, taki ordynarny, taki… mój!

Upiekłam Ci Twoje ulubione ciasto. Mam nadzieję, że chociaż to mi dobrze w życiu wychodziło…

Kocham Cię nadal, Iza.

Opadł bezsilnie na krzesło. Nie wiedział nawet, czy ma w ogóle myśleć. Najchętniej zanurzyłby się w kąpieli, która wyciągnęłaby z niego cały ten stan, natłok, który atakował myśli. Sięgnął do komody po ciasto, postawił przed sobą na śnieżnobiałym obrusie i… Przekręcił brytfannę do góry dnem, potrząsnął, a ciasto spadło na nieskazitelność. Z rozpędem uderzył w nie twarzą. Poczuł silny ból, ale i smak z dzieciństwa.

Gdy podniósł głowę z braku oddechu, jego oczom ukazała się kremowo-czerwona plama. Z nosa skapywała mu krew. Podszedł do kanapy i padł bez świadomości.

Obudził go dzwoniący telefon. Zerwał się i podbiegł. Nieznany numer.

– Halo? – odezwał się niepewnie.

– Dzień dobry – usłyszał głos kobiety. – Ja dzwonię z Jaworzna, jestem pracownikiem pomocy społecznej.

Markowi gwałtownie przyspieszył puls.

– Przykro mi, że dzwonię z taką informacją w taki dzień. Pański ojciec nie żyje.

Po tej stronie słuchawki panowała ogłuszająca cisza. Po drugiej słychać było ból empatii.

– Znaleziono go leżącego na podłodze.

– Pijany był? – spytał po chwili Marek.

– Nie, we krwi nie było alkoholu. Wygląda to na zawał. Zresztą pański tata nie pił od ponad roku.

– Przestał? – przerwał Marek.

– Tak, mówił, że zrobił to, aby mu pan wybaczył.

– Wybaczył… – powtórzył.

– My zajmiemy się pogrzebem, ale papiery musi podpisać pan, dlatego chcemy, aby pan jak najszybciej tu przyjechał.

– Oczywiście, oczywiście – odparł drżącym głosem.

Rozłączyli się.

Przed oczyma Marka stanęło całe dzieciństwo. On sam, rodzice, młodsza siostra i jeszcze młodszy brat. Kiedy ostatni raz się z nimi kontaktował? Chyba z pięć lat będzie. Jeszcze ten grób matki, na który jeździł w każdą Wielkanoc. Sam, bez żony, bez rodziny. Spędzał tam czasem nawet cały dzień…

* * *

– Jak nasz pacjent się czuje? – usłyszał kobiecy głos. – Otworzył oczęta, znaczy, że dobrzeje.

Przed otwieranymi oczyma Marka ukazała się dość ładna kobieta w białym kitlu pielęgniarki, o twarzy delikatnej, wręcz dziecięcej.

– Wszystkiego najlepszego z Nowym Rokiem – powiedziała z uśmiechem. – Podała mu piernik w kształcie serca.

– Odwal się – rzucił pogardliwie i przekręcił twarz w stronę szpitalnego okna, na którym wisiała kartka z napisem:

Kochamy Cię, Marku.

Pod spodem był dopisek:

Mnie się też podobasz.

A na końcu namalowany delikatną szminką znaczek serduszka.

– Oj, a jaki zły chłopiec – dodała z uśmiechem pielęgniarka, poprawiając mu poduszkę pod głową…

Notatka na marginesie

Czerń normalności

jasność, świętość, niebo

Pojawia się niezauważalnie, z każdą chwilą ciut głośniej i głośniej. Z całkowitej ciszy. Zaczyna ją wypełniać, ożywiać. Może nawet nadawać sens. Bo czym jest pustka dla człowieka jako kwintesencji materii? Lub centrum, od którego wszystko się zaczyna? Zaczyna się od tej gwiazdy, co próbuje wszystko rozświetlić, aby widzieć, aby mieć pod kontrolą. Bo to, co pod kontrolą, nie jest już takie groźne. I można bez lęku zamknąć oczy i spać. Albo umrzeć. Wszystko jedno, skoro w obu przypadkach nie wiadomo, co się dzieje na zewnątrz. Szczęśliwi ci, którzy puścili lejce i jadą, gdzie ich ta dzika klacz poniesie.

Już muzyka rozbrzmiewa w najlepsze. Rytm dobrze znany dla Mozarta, jednak to nowoczesne wykonanie w stylu rockowym. Perkusja rytmizuje, bass zahacza o funk, gitara w zamian harfy i kilka instrumentów orkiestry symfonicznej próbuje przechylić szalę brzmienia na stronę klasyki. Jednak coś majaczy, jakiś materiał, może puszek? Wyraźnie łagodna, miękka faktura o kształtach obłych, z uwypukleniami i zagięciami. Zmienność kolorów materiału wyraźnie kontrastuje z klasyką orkiestry symfonicznej. Czuć niedoskonałość, wpływ świata, użyteczną funkcję przedmiotu. To nachyla wyobraźnię nad zwykły los. Zwyczajny człowieczy żywot, pełen błędów, potknięć, grzeszków czy nawet wielkich grzechów. Bo czym byłaby najdoskonalsza konstrukcja natury bez niedoskonałości? Powtarzalnym stemplem spod ręki zblazowanego urzędnika błękitu? Może efektem rytualnego obrzędu zwanego miłością, a tak rzadko mającego z nim coś wspólnego?

Powoli muzyka zanika, obraz się rozszerza, ukazując starego, mocno przybrudzonego, pluszowego misia. Cały jest nijaki, bez dawnej miękkości, bez sznytu świeżości. Za to dawno został po brzegi przepełniony bólem, samotnością, cierpieniem i ucieczką. Oraz zapachami, które wszystkie razem tworzą trudny do określenia, wyrażenia, a nawet wyobrażenia sobie smród. Do tego pluszak twarz ma nijaką – ani uśmiechu, ani smutku, ani nawet obojętności; jeśli ktoś chciałby wyrazić nijakość, to mógłby pokazać właśnie ją.

Obraz nadal się powiększa. Ukazują się najpierw stare, zniszczone, grube dłonie z dużą ilością brudu za paznokciami, potem wychudzone ręce, by w końcu odsłonić postać mężczyzny o pionowych rysach, oczach z kącikami skierowanymi mocno do dołu i lekko rozchylonych ustach. Jednak jest w jego twarzy nieziemski spokój, może nawet pokój. Mężczyzna ściska pluszaka w geście niemal rozpaczliwym, jakby swoją życiową energią tworzył misiowy respirator. Lub kokon ocalałego życia wśród wiecznej nocy człowieczeństwa. Pomiędzy wieloma osobowościami tak świecącymi, że oczy bolą od jasności. A tu chciałoby się ciemności, odcięcia od impulsów z zewnątrz, wiecznej czerni normalności i choć odrobiny potępienia…

Wstał z ławki w parku, jedną ręką nieco sobie pomagając, drugą nadal kurczowo idealizując kokon. Można odnieść wrażenie, że z tak przykurczoną ręką, pod którą żyje pluszak, chodzi od wielu, wielu lat. Przeszedł powolnym, chwiejnym krokiem obok całującej się na ławce pary, dalej przy mężczyźnie w garniturze czytającym najświeższą gazetę, by przystanąć naprzeciwko niemłodej kobiety karmiącej gołębie. Na jego twarzy, oprócz tajemniczego spokoju zawierającego cały oczekiwany pokój na świecie, pojawił się uśmiech. Kobieta podniosła wzrok, spojrzała na postać nieznajomego, potem głęboko w oczy i…

Mężczyzna jeszcze bardziej docisnął pluszaka, przerzucił cały ciężar na jedną nogę i puścił się biegiem w stronę wyjścia, mimo iż tam musiał unikać jeszcze większej ilości oczu. Jego oddech przyspieszył, serce zakołatało, zanim zmęczenie w mięśniach tego zażądało.

– Już prawie, już prawie, kochany – szepnął w pluszowy niebyt. – Jeszcze dzień, a na pewno dasz radę. Już niedługo, cierpliwości.

Podbiegł do pobliskiego budynku, skrył się w ciemnej bramie, by za chwilę zaszyć się na dole schodów prowadzących do nieczynnej piwnicy. Tu światło docierało stłumione, ludzie nie zaglądali, a czysto ludzki błysk nie zawitał nigdy – tu był jego świat i kosmos w jednym. Jedynie koty czasem się zapuszczały, stanowiąc śmiertelne zagrożenie dla tego niebytu. Tu było jego niebo, jednak rzeczywistość układała się inaczej – to piekło z brudnej postaci: ze smrodem wielomiesięcznego niedomycia, panicznie oddawanego w kącie kału i moczu. Gdzie kartonowe posłanie było cenniejsze niż prawdziwe łóżko kilka kilometrów dalej. Prawdziwe mieszkanie, własne, z pachnącą kobietą, czystym obrusem, obiadem zniewalającym wonią i kosmosem prywatności.

– Zwieźć cię może ciągnący ulicami tłum, wódka w parku wypita albo zachód słońca… – na powierzchni, nad schodami słychać było nuconą melodię. Jednak ton bardziej przypominał małą dziewczynkę… albo starego pluszaka.

Wkrótce zapadła dwulicowa noc, podczas której raczej nie wychodziły na zewnątrz te ludzkie światłości, ale z drugiej strony, jeśli już jakaś się pojawiła, kłuła w oczy i rozum ze zdwojoną siłą, bo kontrastowała ze zbawienną ciemnością. Mężczyzna wykopał się spod schodów, stanął pośrodku kamienicznej studni, spojrzał w niebo, szukając schowanego za gęstymi chmurami błędnego wędrowcy, który mimo braku celu wraca i wraca i wraca. A potem znów wraca i powraca. I wraca. Podschodowy rozluźnił uścisk lewej ręki, wziął pluszaka w prawą i wyciągnął ku miejscu spoczynku Twardowskiego.

– Powoli rośniesz, czuję to. Dziś mniej, bo nas opuścił, ale jutro czy pojutrze się najesz jego blaskiem. A wtedy wrócisz. Już nie będę ci potrzebny.

Wyjął z kieszeni metalowe etui – jedyną zadbaną rzecz w jego zniszczonym świecie. Puzderko lśniło w minimalnym półmroku latarni, cieszyło oczy drobnymi ryskami wzdłuż, wykonanymi z pietyzmem i natchnieniem. Zbliżył się do klatki schodowej z zamkniętymi drzwiami i, jakby dokopując się skarbu, otworzył etui. W miękkim, idealnym wnętrzu spoczywał od zawsze klucz do tych drzwi. Mężczyzna dotknął klejnotu, pogładził go po delikatnej, aksamitnej skórze i z głębokim oddechem jeszcze raz spojrzał w niebo.

– Nie dziś. To nie ten dzień. Szanujmy się, mój drogi – wyszeptał w stronę pluszaka.

Zamknął z namaszczeniem etui, z kieszeni wyciągnął aksamitną szmatkę i w nią zawinął skarb. Całość schował do kieszeni.

Następnego dnia, gdy powolne jesienne słońce dopiero rozświetlało wierzchołki domów, poszedł do pobliskiego, osiedlowego sklepiku. Z wewnętrznej kieszeni spodni, drugiej niż ta ze skarbem, wyciągnął koszmarnie zniszczony portfel i kartę z banku.

– Dzień dobry, droga pani. Nieduży kawałek, proszę niezwykle uprzejmie, sera, do tego pół bochenka chleba i najtańszą wodę gazowaną, półtoralitrową, bardzo proszę.

– Panie, mówiłam już, straszysz pan klientów. Pan coś zrobi ze sobą, bo strach się zbliżyć. – Ekspedientka sięgnęła z wyraźnym grymasem po produkty, nabiła na kasę i przysunęła do Podschodowego terminal płatniczy.

Mężczyzna jak najszybciej zbliżył kartę, upewnił się, że transakcję zaakceptowano i błyskawicznie, wychodząc z jedzeniem w siatce w jednej, a z przytulonym pluszakiem w drugiej ręce, rzucił ciche:

– Przepraszam najmocniej. – A gdy byli za drzwiami – nie martw się, kochany, tak ma być, wielkiej krzywdy im nie robimy, a czynić swoje musimy.

Udał się do tego samego, pobliskiego parku. Gdy podchodził do swojego miejsca, spostrzegł, że jego ławka jest zajęta. Stanął więc w pobliżu, niemal ginąc pochłonięty przez życzliwe zarośla. Padł na niego wzrok przechodnia, taki ciekawski, szukalski i natrętny. Podschodowy jeszcze bardziej się zagłębił, a wzrok spuścił na matkę glebę.

Wieczorem, gdy już w parku nie było żywej duszy, mężczyzna wyszedł na trawnik otoczony kwietnikiem, przytulił misia i zaczął kołysać się w rytm muzyki wszech-siebie. Zamknął oczy, uniósł głowę i zniknął ze świadomości. Nawet nie zauważył przechodzącej pary młodych zakochanych ludzi.

– O, jakiś szaman – zażartował chłopak. – Ucałuje misia w dupę i zamiast królewicza pojawi się zbok z zamiłowaniem do analnych zabaw. – Sam uśmiał się ze swojego dowcipu. Jego wybranka zawtórowała.

Podschodowy usłyszał to, otworzył nerwowe oczy, zamarł z bezruchu i widać było wzrok szukający schronienia. I jedyne, co zrobił, to schował misia za pazuchę kurtki. Byli już bezpieczni.

Gdy ostatnie obłoki przegonił życzliwy wiatr, a kamieniczną studnię zalała srebrna poświata, mężczyzna wydobył się spod schodów, spojrzał w górę i rzekł do pluszaka:

– Może wreszcie dzisiaj, to dobra noc na narodziny.

Wyciągnął błyszczące etui i wyjął klucz, by niesłyszalnie przekręcić zamek. Wdrapał się mozolnie po schodach na trzecie piętro, stanął przed zalanymi ciemnością drzwiami na dach i zrobił krok.

Tym razem zagrał sam Mozart, wskrzeszany na te szczególne chwile, a świeże powietrze wypełniło każdy zakamarek odzienia Podschodowego. Uniósł on pluszaka ku błędnemu wędrowcy i otworzył oczy najszerzej, jak potrafił. Pluszak jednak nie towarzyszył mu w tej czynności. Twarz, tak samo bez wyrazu, nie reagowała. Minutę, potem kwadrans, godzinę, aż mężczyzna opadł bezsilnie na kolana, ale zamiast rozpaczą zareagował uśmiechem.

– Kiedy wreszcie przyjdziesz? Kiedy się znów narodzisz? – Ponownie przytulił go najmocniej, jak mógł i zasnął na dłuższy czas.

Rano, gdy głód dawał mu się we znaki, wytoczył swoje ciało spod schodów i przed nim stanęła… jego żona.

– I co? Masz już dość? Bo ja tak… – Wypuściła bezsilnie powietrze. – Gdybym wiedziała, że to tak się skończy, nie pomogłabym załatwić tej renty. Zresztą… – Pokręciła głową, nie dowierzając temu, z czym przyszło jej się zmagać. – On już nie wróci. Nie żyje od czterech lat, czy ty to rozumiesz? Nie wskrzesisz go… – Opadła na kolana, podobnie jak on ostatniej nocy, i zapłakała, tłumiąc dźwięki. – Myślisz stary durniu, że mi łatwo? To ja od niego odeszłam do ciebie, do jego najlepszego przyjaciela! Nie sądziłam, że sobie nie poradzi, że tak mnie kocha… Każdego wieczoru mam ochotę podciąć sobie żyły, szczególnie teraz, gdy ty odszedłeś. Nie! Ty nie odszedłeś! Ty, kurwa, odmaszerowałeś z tego jebanego świata! Od tej całej klasy, na którą tak poleciałam! Pojebańcu, wiesz, jak ja ci zazdroszczę? Ty ciągle masz nadzieję, że ożywisz go tymi swoimi popierdolonymi rytuałami wchodzenia na ten jebany dach, z którego skoczył! Kurwa, Adam, wracaj, bo ja już nie daję rady. Noszę w sobie i jego i ciebie! Nie rozumiesz tego? On, kurwa, nie żyje! – próbowała wrzasnąć przez zaciśnięte gardło, ale bardziej to przypominało skowyt bitego psa.

Osunęła się z kolan na bok, uderzając głową o betonowe podłoże studni. Podschodowy podszedł, zdecydowanym, jakby nieswoim ruchem chwycił ją za rękę, pociągnął tak silnie, że jęknęła z bólu, i zmusił do wstania. Jednak ani na moment nie spojrzał w oczy. Ale za to, odwracając się na pięcie już po swojemu, zaśpiewał tak, aby słyszała:

– Lecz pamiętaj, naprawdę nie dzieje się nic i nie stanie się nic aż do końca…

Zszedł po swoich schodach, opuszczając żonę po raz ostatni.

Notatka na marginesie

Wilk

Wilk, księżyc, wycie, zawodzenie, ból, człowieczeństwo

I.

Wilk wyszedł z lasu, bo wezwał go głód,

by zapolować i jeść.

Dostrzegł ofiarę, więc zbliżył się i…

poczuł dzikości swej zew.

Lecz los dał mu sarnę i… kły.

Dalej wiesz, spełnił się wilczy byt.

Odchodząc z miejsca posiłku, był syt.

Marzył ułożyć się spać.

Ale natrafił na sarenki trzy,

matki szukały, by żyć.

Wilk stał, bo zrozumiał to, że

teraz on jest ich ojcem po kres.

Chorus.

Jak żyć, jak to znieść,

by powstrzymać zew?

Jak dbać, karmić jak

ojcem jadła być?

Bezpieczeństwo dać,

by wychować je.

Nawet kiedy głód

po wnętrznościach rwie.

Refren.

Począł uciekać, a niosła go krew,

wbiegł na najwyższy tam szczyt,

nocą, gdy księżyc oświetlał mu łeb,

na całe gardło jął wyć.

II

Od tego czasu, gdy ruszał, by jeść,

zatracał siebie, był zły.

Potem powracał o sarenki dbać,

czuł, że zabija wśród swych.

Więc ból wzrastał w wilku co dnia.

Dziki zew przeistoczył się w strach.

Znane mu wilki widziały ten stan,

współczuły ze wszystkich sił.

Idąc polować, walczyły co tchu –

ale ze sobą, by żyć.

Więc ból wzrastał w wilkach co dnia,

dziki zew przeistaczał się w strach.

Refren.

I kiedy księżyc oświetla ich świat,

wyją do niego co sił.

Czy ten wariatem, co krzyczy do gwiazd,

czy drugi, co nie czuje nic?

Notatka na marginesie

Moda

maska

– Oddałem mu swój stary rower. Prawda, że jestem dobrym człowiekiem? – zapytał żonę z uśmiechem.

– Nienawidzę tych idiotów, którzy chcą odstrzału dzików. – Trzasnęła za sobą drzwiami, wchodząc do kliniki aborcyjnej.

– Dla mnie najwyższą wartością jest człowiek. – Wstał od mikrofonu, zszedł z podestu, wyszedł i zadzwonił do kolegi. – Posłuchaj mnie bardzo uważnie. Twoje problemy biorą się z braku prawdziwych problemów.

– Ach, te sandały ze skarpetami… – Zaśmiała się i związała się z dobrze ubranym i pewnym siebie mężczyzną, nie wiedząc, że niedawno pobił swoją byłą kobietę.

– Doblo wlaca – powiedziała czteroletnia dziewczynka, trzymając za rękę mamę, gdy obie szły po raz ostatni w Oświęcimiu.

Notatka na marginesie

Pod ziemią

ROZDZIAŁ I

Pozaziemskie, Klatki, Schwytanych, Samotność, Kara

Był rok dwa tysiące dziewiąty. Pracowałem w poradni psychologicznej w Warszawie, niedawno ukończyłem studia i wydawało się, że ze wszystkimi problemami jestem w stanie sobie poradzić. Myślałem, że skoro sam wyszedłem z własnego bagna, to już nic nie będzie straszne. Owszem, dodatkowo zaczytywałem się w przeróżnych książkach i publikacjach związanych z tematem, ale, jak się okaże, było to nic niewarte w tym konkretnym przypadku. Tym razem wszystko zawiodło, zaprowadziło mnie na manowce i wykręciło na lewą stronę. Tak, czułem się potem, jakbym spojrzał w niekończącą się, bezkresną i obezwładniającą swym ogromem otchłań.

Wielokrotnie się później zastanawiałem, co ja mam w zasadzie o tym myśleć. Wierzyć, nie wierzyć? Spróbować zgłębić czy potraktować jako absurd? I wreszcie: starać się ogarnąć empatią czy zezłościć, że ktoś podsunął mi taką historię? Wszystkie te pytania mogłem sobie zadawać dniami, a nawet tygodniami, a jednoznacznych odpowiedzi nie było. Co pojawiała się jakaś, zaraz ją wykluczałem. Wpadałem na inny pomysł – zabraniały tego fakty. I tak w kółko. Każde posunięcie było logicznym błędem i prowadziło donikąd. Oddzielnym problemem jest to, co ja bym zrobił, gdybym znalazł się w sytuacji bohatera. Obawiam się, że na to pytanie nie udzielę sobie odpowiedzi nigdy. Do dziś nie mam pojęcia, jakich wyjaśnień udzielić na wiele pytań, choć teraz rozumiem, że nawet nie udzielając ich, mam do czynienia z konkretną sytuacją, posłyszaną od konkretnego człowieka. I w zasadzie nie jest istotne, gdzie jest prawda, liczy się sama opowieść.

Mariusz – tak sobie go nazwijmy – przesiadywał u mnie w gabinecie w przychodni przyjmującej pacjentów na NFZ, w której zatrudniony byłem bezpośrednio po studiach. Gdy tylko zorientowałem się, jak wygląda jego problem, zaproponowałem mu częstsze wizyty, zostając często po godzinach. Nie pobierając za to dodatkowego honorarium, przez dłuższy moment poświęcałem mu całkiem sporo czasu. Nie miałem obiekcji, gdyż byłem zatrudniony na etat, więc dostawałem stałą pensję. Jeszcze inną sprawą jest, że jestem typem samotnika i nigdy nie przepadałem za towarzystwem, toteż spotkania ze znajomymi były u mnie rzadkością. W ten sposób sprawa pacjenta stała się moją własną i byliśmy przez pewien czas niemalże stopieni ze sobą w jedną całość. Był moment, że stał się chyba najbliższą osobą i traktowałem go, jak kogoś z rodziny. I z takim nastawieniem postaram się to opowiedzieć.

ROZDZIAŁ II

Mieszkał w Warszawie przy ulicy Ryżowej we własnym, trzypokojowym mieszkaniu. Jego dziewczyna, Marta nie dzieliła z nim lokum, a żyła jeszcze w domu rodziców. Prowadził własną firmę, w której handlował garniturami, rozwożąc je osobiście niemal po całej Polsce. Toteż, zatrzymując się w tanich hotelach, wyjeżdżał raz na tydzień w inne okolice. Jeździł Passatem kombi i do niego pakował ubrania wszędzie, gdzie się dało: do bagażnika, na tylne siedzenie, na przednie. Towar zawoził, a potem wracał na ogół na pusto.

Któregoś razu, wyjeżdżając z Lublina, zauważył osobę stojącą daleko na poboczu i patrzącą w stronę nadjeżdżających samochodów. Gdy się zbliżał, zaczęła machać, próbując zatrzymać stopa, więc on nacisnął na hamulec i za chwilę stanął.

– Dokąd? – zapytał.

– Do Warszawy – odpowiedział nieznajomy, przyglądając mu się.

– Proszę wsiadać, też tam jadę.

Kiedy już wsiadł, Mariusz zwrócił uwagę na jego strój. Był cały ubrany na biało: białe spodnie, biały podkoszulek i niemal całkowicie białe buty. Nie lubił, jak ktoś jest ubrany cały w tym kolorze, więc rzuciło mu się to w oczy. Był blondynem, wręcz białogłowym, miał mniej więcej tyle samo lat co on i od początku uśmiechał się szeroko, nieadekwatnie do sytuacji. Może to gej, który go podrywa? W końcu ta mina i ten kolor ubrania. Jednak po chwili rozmowy tamten zaczął mówić, że właśnie wraca od byłej żony, co kompletnie zbiło go z tropu. Co prawda część gejów, próbując w ten sposób się maskować, posiada zwyczajne rodziny, jednak ci nie obnoszą się także z innym strojem, a takim właśnie było w jego mniemaniu białe ubranie.

– A teraz sam pan mieszka? – spytał Mariusz.

– Tak i nie spieszno mi do żadnego związku.

– Czyli jest pan szczęśliwy?

– Tak, a szczególnie jestem zadowolony ze swoich snów.

W tym momencie Mariuszowi przez myśl przebiegło wiele snów o szaleństwie i nieco zaniemówił. Skupił się na prowadzeniu samochodu, starając się nie dać po sobie tego poznać.

– A panu czasem coś się śni? – spytał nieznajomy.

– Czasem tak, a czasem nie.

– A jeśli się śni, to co?

– Różne takie głupoty. – Mariusz próbował zbyć rozmówcę, może zmienić temat na inny.

– Niech pan opowie. Proszę się nie wstydzić.

– Czemu się pan tak uczepił snów? – spytał Mariusz z pretensją. – Nie ma pan innych tematów?

– Może i mam, ale sny są moim ulubionym – odpowiedział spokojnie ten drugi, po czym głośno się roześmiał.

– A panu co się śni?

– Tego to nie powiem – odrzekł autostopowicz tym razem z delikatnym uśmiechem.

– Coś pan jest tajemniczy – stwierdził z przekąsem Mariusz.

– A dziękuję, nie narzekam. – I znów nieznajomy wybuchł śmiechem.

– Czemu pan tak dziwnie się zachowuje? – zauważył kierowca po chwili namysłu.

– Bo tak lubię.

– Czyli na co dzień jest pan taki sam?

– Tego nie powiedziałem – zafalował głosem rozmówca, nadal się śmiejąc.

– Dziwny pan jesteś.

– Pan jest za to normalny.

– O co panu chodzi? – zareagował z pretensją Mariusz.

– Mówię tylko, że wygląda pan na normalnego, zdrowego faceta – nieznajomy tłumaczył już bez tego swojego śmiechu.

– To miło mi, że pan mnie tak postrzega.

– A postrzegam, postrzegam. – Rozmówca dobitnie akcentował słowa.

Nastąpiła chwila ciszy, gdyż Mariusz nie za bardzo wiedział, co mówić dalej po takim gadaniu nieznajomego. Spojrzał na niego, a ten siedząc nieruchomo, patrzył przed siebie. Przez chwilę miał wrażenie, że ów człowiek odpłynął trochę w swój świat, toteż nie chciał mu przeszkadzać. Jechali dalej przez kilkanaście kilometrów, milcząc, aż nieznajomy stwierdził:

– Jak ja lubię innych kierowców… – powiedział to z wyraźną ironią.

– Mi się też nie podoba, jak niektórzy jeżdżą – odparł Mariusz.

– Ostatnio widziałem takiego, co przeskakiwał między samochodami, pędząc przed siebie, co fabryka dała, a kilka minut później stał obity na poboczu z jakimś innym autem. A nie lepiej tak jak pan? Spokojnie, ale nie za wolno.

– Kiedyś ja też szalałem, ale odkąd przemierzam długie dystanse co tydzień, to jakoś się uspokoiłem.

– Czyli nauczył się pan jeździć?

– Tak można powiedzieć – odpowiedział spokojnie Mariusz.

– Jak siadam za kierownicę, to inni kierowcy dzielą się dla mnie na trzy grupy: ci, którzy jadą tak samo szybko jak ja, są w porządku, ci jadący wolniej, to idioci i ci szybciej, to debile – i znów pasażer wybuchł gromkim śmiechem. – Takie mam zasady.

– No tak, są proste. – Uśmiechnął się Mariusz.

– Można? Można! Zasady to podstawa. Bez nich zginiemy. Zasada jest taka, aby mówić prawdę i tylko prawdę, niezależnie co się wydarzy. Niech pan to zapamięta. Nawet jeśli prawda jest dla nas przerażająca, to nie wolno się z nią mijać. I niech pan sobie to zapisze gdzieś drukowanymi literami – autostopowicz mówił z niezwykle poważną miną, wręcz z przejęciem, tak że aż Mariuszowi przeszły ciarki po plecach. Ciekawe skąd te ciarki? Przecież zwykłe słowa tego nie spowodowałyby.

– Ok, zrobię to.

Znów zapadła chwila ciszy, po czym ten drugi stwierdził:

– Sny się pojawiają co noc. Nie pozbędziemy się ich, choćby nie wiem co.

– A mi czasem się nic nie śni – odparł podrażniony Mariusz.

– Ej… – Skrzywił się pasażer. – Zawsze się śni, tylko najwyżej pan nie pamięta.

– Też o tym kiedyś słyszałem, ale w to nie wierzę.

– Brak wiary to pana problem. – Autostopowicz zaakcentował ostatni wyraz, na co znów Mariusz zareagował irytacją. Nic nie odpowiedział i czekał, co tamten powie.

– Wie pan co? – zaczął w dziwny sposób ten drugi. – A nie marzyło się panu zniknąć z życia tak z dnia na dzień.

– W jaki sposób zniknąć?

– Przestać się odzywać do kogokolwiek, siedzieć tylko w domu i mieć to wszystko gdzieś?

– Na taki luksus nie mogę sobie pozwolić. Mam zbyt dużo na głowie i za bardzo mi na tym zależy.

– Zależy… – Zawiesił głos pasażer. – A może powinno przestać?

– Przykro mi, ale nie położę się brzuchem do góry i nie będę się głupkowato gapił w telewizję.

– A może tak nic nie robić, nawet bez telewizji, czy choćby spacerów? – I znów ten drugi się roześmiał.

– Gadaj pan zdrów!

Tym razem zapanowała jeszcze dłuższa cisza, bo Mariusz czuł, że jest prowokowany i nie miał ochoty się z nim słownie ścierać. Za jakiś czas jeszcze pogawędzili o zupełnie nieistotnych sprawach, dojechali do Warszawy, nieznajomy poprosił o zatrzymanie samochodu i zaczął się zbierać do wyjścia.

– Niech pan pamięta, co powiedziałem. Prawda nas wyzwoli.

– Dobrze, nie zapomnę.

– Trzymam za słowo. – Wysiadając, wyciągnął z kieszeni metalowy długopis i wręczył go Mariuszowi.

– To dla mnie?

– Tak, jako pamiątka, że mnie pan wiózł. Ilekroć pan na niego popatrzy, będzie pan wiedział, że nie byłem zjawą.

– Ok, do widzenia. – Mariusz wziął do ręki prezent, po czym odruchowo położył na fotelu obok. Rozstali się gdzieś w Starej Miłosnej. Cieszył się, że ma kogoś tak uciążliwego z głowy, toteż odetchnął głęboko i gdy już ruszył, coś go tknęło, aby obejrzeć długopis. Wziął go jeszcze raz i obracając, dostrzegł wygrawerowany napis:

„…Czasem mogą się sprawdzać…”

ROZDZIAŁ III

Zawsze po powrocie do domu czy to z delegacji, czy nawet półdniowej wycieczki brał prysznic. Już jako dziecko wykazywał wyjątkową dbałość o higienę osobistą, a w wieku kilkunastu lat stało się to jego obsesją. Kąpał się dwa, czasem trzy razy dziennie, a odkąd miał do dyspozycji prysznic, używał go nawet cztery razy na dzień. On nie widział w tym nic dziwnego. Mało tego, twierdząc, że tylko w ten sposób będzie zdrowy, szczycił się tym. W jego otoczeniu stawało się to często obiektem ironii, kpin czy nawet szyderstw. Nie przejmował się i zawsze powtarzał, że jeśli ktoś się z tego śmieje, to sam ma problem ze swoją higieną.

Po kilku tygodniach od spotkania faceta od długopisu umówił się na weekendowy wyjazd ze swoją dziewczyną. Zapowiadała się ładna pogoda, było lato, więc postanowili pojechać nad morze. Plan był taki, aby wyruszyć w sobotę nad ranem, przed południem dotrzeć nad wybrzeże, zostać tam do niedzielnego popołudnia i wrócić na noc do Warszawy. W piątek po południu wrócił z Kalisza od kontrahenta, wziął prysznic, poszedł do sklepu po kilka piw i aby się nieco rozerwać, usiadł przed telewizorem. Piwo włożył do lodówki na wieczór, otworzył komputer i w międzyczasie gapił się na jakieś nieokreślone programy. Wysłał kilka maili, sprawdził wyniki sportowe.

Jego mieszkanie, jak wspomniałem, składało się z trzech pokoi. Jeden, ten największy był salonem i tam spędzał najwięcej czasu, drugi to sypialnia, a trzeci służył jako graciarnia i, można powiedzieć, przechowalnia. Salon miał powierzchnię około dwudziestu metrów i był praktycznie połączony z kuchnią, a dzieliła je ścianka działowa, znajdująca się pośrodku, na której wisiał duży telewizor, natomiast po bokach były przejścia między tymi pomieszczeniami. Kuchnia była podłużna i niezbyt obszerna. W salonie na przeciwległej ścianie stała skórzana kanapa, a obok dwa podobne fotele. Po prawej niewielki regalik z szybami jako frontem, a w nim książki i płyty. Po lewej od kanapy rozkładany stół otoczony sześcioma metalowymi krzesłami. Między kanapą a ścianką działową niewielka drewniana ława, służąca zwykle jako stolik pod komputer. I to w zasadzie tyle. Sypialnia była urządzona w sposób prosty, wręcz szablonowy: otwierane, szerokie łóżko, obok szafka na pościel i inne rzeczy materiałowe, a na nim mały telewizor. W graciarni stała duża szafa, mały regalik i zapasowe, niewielkie łóżko.

To popołudnie, oszczędzając siły na długą drogę następnego dnia, spędził leniwie. Wieczorem, siedząc na kanapie, sięgnął po piwo, wypił dwa, wziął prysznic i położył się spać około dwudziestej pierwszej, aby wstać o czwartej rano. Obudził się, znów zażył kąpieli, jeszcze raz sprawdził pocztę, wyłączył komputer i wyszedł, zamykając drzwi na dwa niepospolite zamki. Był tego pewien, że laptop został zamknięty.

Na wybrzeżu byli o dziesiątej, udali się do hotelu, a po zostawieniu rzeczy, poszli na plażę. Był początek sierpnia, a bezchmurne niebo dawało im tego, czego oczekiwali po tej wyprawie. Niestety, nie brakowało też ludzi i nawet o tej godzinie trudno było znaleźć miejsce, aby rozłożyć koc. Jednak po kilkunastu minutach rozłożyli się przy samych wydmach. Wokół słychać było gwar, piski dzieci, czasem głos wołający: „lody, lody dla ochłody” i szum morza.

– Brakowało mi tego – oświadczyła Marta. Była niewysoką dziewczyną, bo miała niecałe sto sześćdziesiąt centymetrów wzrostu, włosy kruczo-czarne, twarz okrągłą i dość obfite kształty, mimo że była szczupła.

– Ja też już miałem dość stolicy. Czas po prostu poleżeć.

– Wiesz, miałam dziś dziwny sen. Śniło mi się, że stoję w supermarkecie, wokół zupełnie pusto, ale nie mam przy sobie żadnych pieniędzy, a zależało mi na zrobieniu zakupów. Przemierzając cały sklep, zgarniam do koszyka co potrzebne, po czym podchodzę do wyjścia awaryjnego, przez chwilę się z nim siłuję, otwieram i próbuję opuścić supermarket bez płacenia. W tym momencie jednak zjawia się kilka przypadkowych osób i łapią mnie za ubranie, wciągając z powrotem do środka. Potem pchają w kierunku kas, ale żadna ochrona się nie zjawia. Nawet nie widziałam twarzy. Nie wiem, co robić, bo przecież nie mam czym zapłacić. I na tym sen się skończył.

– A zrobiłabyś tak w rzeczywistości?

– Pewnie, że nie. Nigdy! – Oburzyła się.

– Ja nie pamiętam, co mi się dziś śniło. Może nic?… Natomiast kilka dni temu miałem sen, że chodzę bez celu po ulicach, obijam się o przechodniów, rozglądam we wszystkie strony i wiem, że nie mam dokąd pójść. Niby mam mieszkanie, a jednak był to taki stan, iż czułem się bezdomny i samotny. Nie potrafię tego opisać, ale ta tułaczka była jedyną rzeczą, na jaką było mnie stać. Jakbym stracił sens…

– Pamiętaj, że do mnie zawsze możesz zapukać i cię wpuszczę. – Uśmiechnęła się i pogładziła go po barku.

– Dzięki. W tym śnie czułem się, jakbym oszalał… Zresztą to nie pierwszy sen o tym. Nigdy ci o tym nie mówiłem, ale cyklicznie śni mi się, że jest ze mną psychicznie coś nie tak. Nawet często trafiam do wariatkowa.

– A od kiedy je masz?

– Od niepamiętnych czasów… Dobra, zostawmy to!… – Uciął to tak nagle, niespodziewanie i w tak dziwny sposób, że Marta zwróciła na to uwagę.

– Ale teraz wszystko w porządku? – spytała, przytulając go.

– Tak, teraz jest ok.

Potem leżeli dość długo i ciesząc się słońcem, piaskiem, i szumem morza, rozmawiali. Po południu poszli na obiad, pojechali na krótką wycieczkę, wieczorem wrócili do hotelu, a następnego dnia powtórzyli wizytę na plaży. Później wrócili bezproblemowo do Warszawy i na miejscu byli tuż przed północą. Odwiózł ją do domu i zjechał do własnego. Po wejściu do środka zwrócił uwagę na otwarty i włączony laptop. Pokręcił z niezadowoleniem głową. „Chyba się starzeję albo za dużo mam na głowie” – pomyślał. Jeszcze wziął prysznic, położył się spać i dzień się skończył. Tej nocy nic mu się nie śniło.

Często popisywał się wśród znajomych sukcesami handlowymi, co niejednokrotnie budziło niechęć czy wręcz zazdrość innych. Bliżsi znajomi, zdając sobie sprawę z jego szczerego serca i dobrych zamiarów, traktowali to z pobłażaniem. Natomiast trafiali się tacy, którzy wyraźnie byli przeciwko niemu. Przez długie lata nie zwracał na to uwagi, jednak z czasem nauczył się słuchać, co mówią inni o nim samym i przyjął to do wiadomości. Nie próbował tego u siebie zwalczyć, gdyż akceptował siebie takiego, jakim był. Przynajmniej tak twierdził. Zdarzały się jednak sytuacje, gdy dopadała go chandra, a wtedy zapadał się w sobie i myślał: „Kim ja w zasadzie jestem? Jestem nic niewarty! To wszystko, co robię, to jakiś koszmar!”. Potem, zostawiając za sobą rozterki, wracał do zajęć i przyzwyczajeń. Pamiętał mimo wszystko o chwilach słabości, traktując je jako coś mało znaczącego i mówiącego o wrażliwości. Poza tym zdawał sobie sprawę, że interes, który prowadzi, angażuje go maksymalnie trzy czy cztery dni w tygodniu, resztę czasu ma dla siebie i niejeden mógłby mu tego zazdrościć. Druga sprawa, iż byłby w stanie zrobić sobie przerwę nawet miesięczną bez uszczerbku dla firmy. Jednak nigdy tego nie zamierzał, gdyż uważał się za człowieka, który jeszcze nie jedno w życiu osiągnie, więc przykładał się do swojej pracy, jak mógł najlepiej. Po głowie chodziło mu, by otworzyć hurtownię odzieżową, choć zdawał sobie sprawę, że jeszcze wiele musi uzbierać pieniędzy, aby to osiągnąć.

Jakiś czas później postanowił odwiedzić mieszkających kilkanaście kilometrów od niego rodziców. Zszedł do garażu podziemnego, wsiadł do samochodu i ruszył, wyjeżdżając najpierw z niego, a potem na niewielką uliczkę. Było zupełnie ciemno. Kiedy już znajdował się na tej uliczce, zauważył we wstecznym lusterku zapalające się światła innego samochodu, a po chwili tamten zaczął jechać w jego stronę. Szybko o tym zapomniał i przemierzał drogę tak, jak zwykle. Zadzwonił po drodze jeszcze do Marty i umówił się na następny dzień. Jednak około kilometra od nich dostrzegł, że jakieś auto podąża za nim. Czy to nie te same światła, co pod jego domem? To niemożliwe… Podjechał w miejsce docelowe, zaparkował, a tamten samochód przemknął obok bez zatrzymania i skręcił kilkaset metrów dalej. To był zwykły przypadek i na pewno coś mu się wydawało…

Tego dnia wrócił do domu około dwudziestej trzeciej i gapiąc się w telewizor, zasiadł na kanapie w salonie. Szukając czegoś interesującego, pstrykał pilotem, ale na nic nie natrafił, toteż pogrążył się w myślach i przypominał sobie swoje sny. Były dla niego prawie drugą, równie realną rzeczywistością, w którą zapadał się od czasu do czasu. Wszystkie te sceny wariactwa, tworząc obraz jakże inny, niż by tego sobie życzył, przedzierały się poza sen. Na co dzień był przecież biznesmenem, prowadzącym świetną firmę, posiadającym czułą, inteligentną i piękną kobietę, a we śnie stawał się niemal wyrzutkiem. Co więcej, sny, gdy się tuła bez celu, były przepełnione apatią, rezygnacją i smutkiem, a w rzeczywistości był tego zaprzeczeniem. Rozgrzebując te stany, tkwił w bezruchu i w pewnym momencie złapał się, że jest mu to w pewien sposób potrzebne. Nie zdawał sobie sprawy w jakim aspekcie, ale stanowiło to swoistą pustelnię i ucieczkę zarazem. „A może to wentyl bezpieczeństwa?” – myślał. – „Przecież na co dzień jestem w takim przymusie życia, że muszę gdzieś mieć okno na swoją słabość”. I mniej więcej tak wyglądał dwojaki pogląd na własne sny. I to dosłownie dwojaki. Niemalże doktor Jekyll i mister Hyde, tyle że w innych płaszczyznach. W tym wypadku Jekyll to biznesmen, a Hyde to tęsknota za sennym szaleństwem.

ROZDZIAŁ IV

Nadchodziła rocznica ślubu jego rodziców i został oficjalnie zaproszony wraz z dziewczyną. Zadzwonił do Marty i uprzedził, że to wypada w ciągu tygodnia i pewnie będzie tak, iż przyjadą prosto z pracy. To jej jednak nie przeszkadzało. Postanowili oboje kupić im ciśnieniowy ekspres do kawy. On go nabędzie, weźmie do siebie i zawiezie na miejsce samochodem. Kupił i postawił blisko drzwi w domu. Rodzice zaprosili na to spotkanie kilkanaście osób, w tym część rodziny i kilkoro znajomych. Niestety kilka dni przed terminem dowiedział się, że będzie musiał pojechać do producenta garniturów i zdawał sobie sprawę, że nie zdąży podjechać po Martę, więc ustalili, iż każde z nich uda się tam osobno, a spotkają się na miejscu. W przeddzień rocznicy położył się spać około północy i zamierzał jechać do producenta około ósmej rano. Nigdy nie miał problemu ze wstawaniem, toteż nawet nie ustawiał budzika. Niedługo zasnął. Obudził się przed siódmą zgodnie z planem i już zamierzał wstać, gdy sobie przypomniał, co mu się w nocy śniło.

Sen był o tym, że zamierza gdzieś lecieć samolotem, lecz dziwnym, niezrozumiałym trafem tuła się w obcym mieście, patrzy na ludzi, a oni wydają się jacyś inni i jak nie ludzie. Próbuje podchodzić do kogoś, aby spytać, gdzie jest, ale nikt nie zwraca na niego uwagi. Chodzi szybko od jednej osoby do drugiej, bo wie, że nie zdąży na samolot. Jednakże dostrzega jakąś grupkę osób w kaftanach ze szpitala psychiatrycznego idącą środkiem ulicy w zupełnej ciszy. Dołącza do nich i w ten sposób przemierzają nieznane miasto. Za pewien czas wychodzą poza miasto i są na jakichś polach. Myśli o samolocie, ale już pogodził się, że nie zdąży. I w gruncie rzeczy jest mu wszystko jedno. W tej chwili liczy się tylko ten marsz. Nic więcej. Po jakimś czasie dochodzą nad brzeg jeziora, zatrzymują się i tylko patrzą na idealnie płaską taflę wody. Światło słoneczne, tworząc oślepiający błysk, który zarówno odseparowuje od świata zewnętrznego, jak i dodaje swoistej, spokojnej, ale w pełni wypełniającej energii, odbija się od powierzchni. Siada na brzegu, zapominając o wszystkim innym. Piasek zgrzyta, wiatr delikatnie szumi i słychać śpiew ptaków z pobliskiego lasu. A wokół ci ludzie. Ma ochotę zostać tu na zawsze. Zamyka oczy i odpływa. Budzi się.

Doskonale pamiętał, co mu się śniło. Zarówno fakt, iż nie zdążył na samolot, jak i to niesamowite uczucie, gdy był nad jeziorem. Zdawał sobie też sprawę, że dołączył do ludzi z psychiatryka, jednak wbrew oczekiwaniom kojarzyło mu się to niezwykle pozytywnie. Nie był w stanie sobie tego wytłumaczyć, lecz nie musiał, gdyż nawet nie próbował się oprzeć tej sennej wizji. Leżąc, zamknął oczy, a wspomnienia, powodując miły dreszcz i uśmiech na twarzy, same go zalewały. Wiedział, że dołączywszy do nich, staje się taki sam i chyba to było najważniejsze, mimo iż przed oczyma miał swoją ewentualną chorobę. Opanowywało go coś niezwykłego. Coś, o czym rzeczywistości nawet by nie zamarzył. Mówi się czasem, że coś było miłe jak sen, a właśnie ten sen był tego urzeczywistnieniem, więc teraz pragnął znów się znaleźć w tym magicznym świecie pełnym oderwania od trosk i zmartwień.

W pewnym momencie spojrzał na zegarek w telefonie i uznał, że czas by było wstawać, ale nie miał ochoty odrywać się od marzeń, toteż przekręcił się na brzuch, wtulił głowę w poduszkę i chciał dalej śnić. Jedna jego część mówiła mu, że musi się ruszyć, aby wkrótce pojechać do producenta, jednak druga nie miała na to żadnej ochoty. Przez jakiś czas walczył ze sobą, lecz w pewnym momencie powrót do rzeczywistości wydał się niedorzeczny. „Po co mam dziś zawracać sobie tym głowę?” – pomyślał. I skulił się w kłębek, przykrył prawie całkowicie kołdrą i został w łóżku. Jeszcze kilka minut przed planowaną wizytą u producenta, dzwoniąc, poinformował go, że jest chory i przełożył spotkanie na inny termin.

Odpływał w krainę marzeń i wspomnień, a myśli cofały się o kilkanaście lat do czasów, gdy był nastolatkiem. Tworząc wokół niego szczelną bańkę, pulsującą zarówno obrazami, dźwiękami, jak i uczuciami, dobiegały echa tamtych dni. A wszystko to razem składało się na istną magię i świątynię intymnego zapomnienia. Niby był w domu, ale odpłynął z chwilą, gdy cofnął się w czasie. Jego ciało spoczywało owinięte kołdrą i to ciepłe posłanie, dając mu zarówno poczucie bezpieczeństwa, jak i odrealnienia, stanowiło pożywkę dla podróży w głąb przeszłości. Stał się na ten czas jeszcze raz dzieckiem.

Mając około dwunastu lat, był nawsi. Spędzali tam razem z dalszą rodziną Wielkanoc. Poszli z braćmi ciotecznymi do lasu, bawili się i cieszyli swobodą, gdyż dorośli zostali przy stole. Był to rok, kiedy po długiej i ciężkiej zimie nastała od razu gwałtowna i ciepła wiosna, toteż na polach można było zobaczyć jeszcze hałdy śniegu, a jednocześnie temperatura sięgała dwudziestu stopni na plusie. W pewnym momencie, idąc brzegiem lasu, zobaczyli niewielkie jeziorko utworzone z wody powstałej z roztopionego śniegu. Poza tym krótkim okresem miejsce to było suche, jednak teraz jego głębokość sięgała nawet metra. Będąc dziećmi, wpadli na, jak się wydawało, fascynujący pomysł – aby się tam wykąpać. Nie przeraziła nawet temperatura wody – była bliska zeru. Rozebrali się do naga, wskoczyli do wody, biegali i opryskiwali nawzajem, zarazem odganiając dojmujące uczucie lodowatego zimna. W pewnym momencie, mocząc nawet włosy, on się przewrócił. Cioteczny brat, zobaczywszy to, sam rzucił się do wody. Szaleli w ten sposób kilkanaście minut, aż zaczęli czuć wyraźne, wszechogarniające drgawki, wtedy wyszli. Chwilę pobiegali po suchym, aby się nieco wysuszyć, potem się ubrali i poszli dalej.

Innego razu, w pełni lata, też razem z tymi samymi braćmi wpadli na pomysł, by pobawić się w Indian. Wymyślili sobie, że każdy z nich będzie musiał przejść test wytrzymałości, który da odpowiedź, czy ktoś będzie przyjęty do plemienia. Polegał na tym, że zdejmowali koszulki i zostając z nagimi torsami, kładli się na trawie na plecach, do nóg przywiązywano im sznurek, a inni ciągnęli go po tym terenie. Po przejechaniu kilkudziesięciu metrów plecy mieli pozdzierane do krwi, ale żaden się nie wycofał. Dzieci… Po takiej inicjacji byli prawdziwymi Indianami! Mocno cierpiący, ale dumni zakładali z powrotem ubrania i bawili się dalej. Wybudowali nawet obozowisko skonstruowane z uschłych, leżących pni sosen, połamanych gałęzi i nielicznych kamieni, a wszystko to tworzyło coś w rodzaju szałasu, czy, jak by to nazwali Indianie, tipi. Potem siedzieli, palili w środku ognisko i o mało sami nie poszliby z dymem, gdyż konstrukcja zaczęła się zajmować ogniem. W porę wyskoczyli na zewnątrz i z dużym trudem opanowali sytuację.

Tkwiąc w swojej bańce odrealnienia, trzecią historią, którą sobie przypomniał, była przygoda, jak wybudowali sobie z tymi samymi braćmi ziemiankę głęboką na dwa metry i szeroką na ponad trzy. Miał to być bunkier, gdy bawili się w wojnę. Pracowali nad nim kilka dni, kopiąc najpierw wielki dół, a potem przykrywając uschniętymi pniami, na to położyli stare ciuchy i przysypali niewielką warstwą ziemi. Ta ostatnia zabawa podobała mu się najbardziej. Często tracąc poczucie czasu, czuł się odizolowany od świata zewnętrznego, w innej rzeczywistości. Wyobrażał sobie, a wyobraźnię miał zawsze niezwykle bujną, że jest inny czas i inne miejsce. O dziwo, samemu nie bawił się w wojnę, ale raczej w coś w rodzaju miejsca, gdzie mógł się skryć po długiej ucieczce. Był przez kogoś ścigany, a ziemianka stanowiła azyl. Bycie ściganym było dla niego jednym z najważniejszych tematów samotnej zabawy. Nigdy się nie zastanawiał, dlaczego tak było, ale chętnie powracał pamięcią. Często w wyobraźni pojawiała się dziwna osoba chcąca go dopaść i nawet pamiętał rzekomy wygląd. Był to niezwykle wysoki mężczyzna, dobrze zbudowany, z lekkim, kilkudniowym zarostem. Obraz ten przetrwał próbę czasu i nie wiadomo czemu teraz go dopadł. Leżał zatem u siebie w łóżku, a teraźniejszość ścigała się z imaginacją.

Czas mijał, a on nieposłuszny jego rytmowi lewitował poza nim. Nie zdawał sobie sprawy w zasadzie, gdzie jest ani która godzina. Wszystkie te wspomnienia dawały mu poczucie bezpieczeństwa i życia światem, który sobie wyobrażał. Nawet nie spostrzegł, jak zrobiło się późno i dawno powinien zacząć się szykować na uroczystość u rodziców. Jednak będąc zupełnie gdzie indziej, nie myślał o tym. W międzyczasie gdzieś tam słyszał dźwięk telefonu oznajmiający, że bateria jest na wyczerpaniu, lecz nic z tym nie zrobił, toteż ten po kilku takich sygnałach wyłączył się i teraz nic nie mogło go oderwać od fantazji. Zrobiła się osiemnasta, potem dwudziesta, a on nadal leżał owinięty kołdrą. Nie odczuwał ani głodu, ani pragnienia, a potrzebę pójścia do toalety jakoś jeszcze mógł kontrolować. Całą tę jego ucieczkę od rzeczywistości przerwał dopiero dzwonek domofonu. Wyskoczył z łóżka niczym rażony piorunem, podbiegł do drzwi, spojrzał na zawinięty w ozdobny papier ekspres do kawy i dotarło do niego, co się stało. Bez pytania otworzył drzwi przyciskiem, biegiem ruszył po telefon, aby sprawdzić, która godzina i już wiedział. Chwilę potem zapukała Marta. Wpuścił ją bez namysłu.

– Co się stało, dlaczego masz wyłączony telefon?! – krzyczała.

– Rany… Wybacz, nie wiem, co się stało… – odpowiadał, bełkocząc.

– Wszyscy niemal postradali zmysły, a ty siedzisz w domu i nawet wyłączyłeś ten cholerny telefon! – grzmiała w tym samym tonie.

– Rozładował się… – sylabizował, będąc jeszcze częścią swojego umysłu w czasach dzieciństwa.

– Nigdy ci tego nie wybaczę! Jak mogłeś mi to zrobić?!

– Przepraszam… – Zamyślił się i chciał coś powiedzieć, ale mu przerwała:

– Siedź sobie dalej na dupie, a z nami koniec! Słyszysz?! Koniec! – I wyszła, trzaskając drzwiami.

Stał nieruchomo przez dłuższy czas, w zasadzie nie wiedząc, jak do tego doszło i nie potrafił zareagować adekwatnie do sytuacji. Ani za nią nie pobiegł, ani nawet nie ruszył się, aby włączyć telefon i zadzwonić do rodziców z przeprosinami. Po prostu nic nie rozumiał, a uczucia temu towarzyszące były tak silne, że niejako przytwierdziły go do tego miejsca. Zwiesił bezsilnie głowę, spuścił wzrok i tkwił w bezruchu przez dłuższy czas. Dopiero mniej więcej po kwadransie zebrał się w sobie, podłączył telefon do ładowarki i zobaczył, która godzina. Było wpół do dziesiątej. To go przeraziło. Błyskawicznie wziął prysznic, ubrał się, chwycił prezent pod pachę, zbiegł do samochodu i pojechał do rodziców. Nie wziął jednak telefonu w pośpiechu, więc nie mógł zadzwonić do dziewczyny, aby spróbować ją jakoś udobruchać. Pod rodzinny dom przyjechał sporo po dziesiątej i chwilę później otworzyła zapłakana matka. Była dość wysoka, bo mierzyła ponad sto siedemdziesiąt centymetrów wzrostu, ciemna szatynka, z włosami do ramion, a w tym momencie ubrana była w piękną, seledynową suknię ze sporym dekoltem.

– Jesteś… Jak dobrze, że nic ci się nie stało.

– Wybacz mamo, ale sam nie wiem, jak do tego doszło…

– Dzwoniła Marta i jest wściekła – mówiła matka, ocierając łzy.

– Wiem, była u mnie.

– Wejdź. Impreza szybciej się skończyła… – Dając do zrozumienia, że to z jego powodu, spojrzała mu prosto w oczy.

– Przepraszam cię jeszcze raz. Nie wiem, jak się wytłumaczyć. I wszystkiego najlepszego z okazji rocznicy. A tu prezent dla was. – Postawił na szafce ekspres, zdjął buty i wszedł do środka.

Przy stole w salonie siedział ojciec. To tęgi facet, wzrostu stu siedemdziesięciu pięciu, z ciemnymi, krótkimi włosami; ubrany w białą koszulę i granatowe spodnie w kancik. Gapił się w telewizor i nawet nie spojrzał. Dopiero na powitanie zerknął w jego stronę z wyraźną rezygnacją i odpowiedział. Mariusz usiadł na jakiś czas koło niego, próbował udobruchać, ale tego wieczoru mu się to nie udało. Matka przez chwilę postała razem z nimi, a potem zajęła się sprzątaniem po uroczystości. Po jakimś czasie wstał od stołu, poszedł do kuchni, stanął obok matki i milczał. Chciał coś powiedzieć, ale żadne słowa nie przechodziły przez gardło. Nie wiedząc, co ma ze sobą zrobić, pobył u nich jeszcze kilkanaście minut, a potem wyszedł i pojechał do Marty. Tego wieczoru nie otworzyła drzwi, więc postał tam przez chwilę i wrócił do domu. Padł na łóżko i zasnął w okamgnieniu.

ROZDZIAŁ V

Wkrótce skorzystał z zaproszenia do knajpy przez swojego znajomego, Artura. Do tego czasu zdążył się pogodzić z Martą, toteż wybierał się tam razem z nią. Ustalili, iż każde z nich dojedzie osobno, a wrócą razem. Pojawił się przed dwudziestą, czyli godziną rozpoczęcia imprezy. Był to pub Elegancki Bolek na Polach Mokotowskich, przy Alejach Niepodległości. Na miejsce przyjechał taksówką i planował dobrze się zabawić, szczególnie że następnego dnia nie miał zupełnie nic do roboty. Ani spraw związanych z pracą, ani nawet żadnych prywatnych. Nie posiadał ze sobą żadnego prezentu, gdyż umówili się z nim w ten sposób, że podjadą do niego do domu kilka dni później i wtedy przywiozą. Wszedł do środka, rozejrzał się, ale nie zastał jeszcze znajomych, toteż podszedł do baru, zamówił piwo i usiadł na jednym ze stołków. Wewnątrz panował spory gwar, przez który dość często przebijały się śmiechy i głośniejsze wołania. Chwilę później pojawił się Artur – tęgi mężczyzna, wzrostu prawie stu dziewięćdziesięciu centymetrów, ubrany w żółtą koszulę, niebieskie dżinsy i sportowe buty. Mariusz wziął w rękę kufel, podszedł do niego i się przywitał. Razem spytali o rezerwację, a gdy wskazano im stolik, usiedli. Zbliżała się dwudziesta. Pogawędzili przez chwilę i zaczęli przychodzić następni goście. Kilkanaście minut później był prawie komplet, poza Martą. Na razie nie chciał do niej dzwonić, uznając, że ta wie, co robi i jeśli się nawet spóźni, to jej sprawa. Niestety, nie pojawiła się w ciągu następnych kilkunastu minut, więc wyciągnął telefon i zadzwonił. W słuchawce usłyszał, iż abonent jest chwilowo niedostępny. Ponowił próbę za kilkanaście minut i efekt był identyczny. W tym czasie, starając się nie przejmować, co może się z nią dziać, zdążył zamówić kolejny kufel piwa, kontynuował rozmowy z innymi.

Naprzeciwko siedziała samotna dziewczyna i od samego początku zwracała na niego baczną uwagę. Była wysoka, bo miała ponad sto siedemdziesiąt pięć centymetrów wzrostu, idealną figurę, ubrana w bardzo obcisłe dżinsy w kolorze niebieskim, rozpinaną, bawełnianą bluzkę w podobnym odcieniu i czarne, skórzane buty na lekkim obcasie. Twarz miała bardzo ładną, wręcz jak z okładki czasopisma i długie, proste blond włosy, sięgające niemal pośladków. Na imię jej było Apolonia.

– I co, nie przyszła? – spytała, zalotnie się uśmiechając.

– Nie wiem do końca, co się dzieje… – odpowiedział smętnie. – Umawialiśmy się tu, na miejscu, a teraz ma wyłączony telefon.

– Może jedzie metrem i jest poza zasięgiem?

– Całkiem prawdopodobne, w końcu mieszka na Bielanach, a metrem jest tu bardzo wygodny dojazd. Ale z drugiej strony na stacjach jest zasięg, a poza tym po takim czasie już by dojechała…

– Nie przejmuj się, musiało coś ją zatrzymać.

– Ja to raczej wiążę z odwetem – odrzekł znów smętnie, po czym opowiedział całą historię o tym, jak to nie dotarł na rodzinną uroczystość.

– No to musiała być wściekła – skomentowała Apolonia – A jak twoi rodzice na to zareagowali?

– No cóż… Byli bardzo smutni… Nawet nie źli, ale właśnie smutni i przygnębieni… Do dziś mają o to pretensje.

– Ja się wcale nie dziwię. Też bym była taka, gdyby mój syn w ten sposób zawiódł.

– Zdaję sobie z tego sprawę… – odpowiedział, spuszczając głowę w pokorze.

– Ale teraz już tego nie zmienisz, więc pozostało ci jakoś to im wszystkim zadośćuczynić.

– Zamierzam rodziców częściej odwiedzać niż zwykle, a co do mojej dziewczyny, to muszę wymyślić coś specjalnego.

– Jednak to, co ona teraz robi, jeśli oczywiście jest to rewanż, to mi się nie podoba. – I znów się znacząco uśmiechnęła.

– Chce, żebym się tak samo poczuł, jak ona wtedy.

– To całkiem możliwe, ale i tak to nie w porządku. Ja bym tak nie zrobiła – skomentowała, po raz kolejny zalotnie się uśmiechając.

– Więcej nie będę dzwonił. Przyjdzie, to przyjdzie; nie, to nie. Jej sprawa. Ja zamierzam się dobrze bawić.

I poszedł po kolejne piwo, kupił także drinka dla Apolonii. Kiedy wrócił, założenie o dobrej zabawie legło w gruzach. Udawał, że nie bierze do siebie nieobecności Marty, która poważnie go ukłuła swoim zachowaniem. Usiadł z powrotem przy stole, ale już nie był w stanie się bawić. Nawet na zaczepki Poli nie reagował prawie w ogóle. Zamknął się w sobie i po jakimś czasie nie docierało do niego prawie nic. W pewnym momencie, a było to około dwudziestej drugiej, pożegnał się ze zgromadzonymi, przeprosił Artura, zamówił taksówkę i pojechał do domu.

Gdy wszedł do domu, trzasnął za sobą drzwiami, zrzucił niedbale buty, to samo zrobił z lekką kurtką i wstąpił na chwilę do toalety. Z jednej strony wiedział, co zrobiła Marta, a z drugiej zdawał sobie sprawę, że to on, nie zjawiając się u rodziców na imprezie, zapoczątkował to. Sięgnął po butelkę whisky, szklaneczkę, usiadł w salonie na fotelu, włączył telewizor i zaczął gapić się na mecz Ekstraklasy. „Co ja mogę zrobić, żeby rozwiązać tę sprawę?” – myślał. – „Może dać jej nauczkę? Nie. Nie będę się mścił. A może jednak?…” Najpierw jedna szklanka, potem druga, trzecia, czwarta, aż poczuł senność, wziął prysznic, następnie jeszcze zasiadł w tym samym miejscu, wypił kolejne dwa drinki i chwilę później położył się do łóżka. Usnął natychmiast.

ROZDZIAŁ VI

Budzi się, powoli spływa ze świata snu, zaczynają docierać impulsy z zewnątrz, jeszcze nie ruszył się z miejsca, a już czuje silny ból głowy. Ból tak potężny, jakiego jeszcze nigdy nie doświadczył. Jakaś obręcz zaciska się wokół czaszki, a jednocześnie jest mu z tego powodu aż niedobrze. Co się dzieje?… Poprzedniego dnia ostro popił i jedyne, o czym marzy, to wziąć proszek przeciwbólowy. Rusza nogami, lecz przez chwilę ma wrażenie, że są przez coś spętane. Tego samego próbuje z rękoma, ale z nimi idzie znacznie lepiej. Wyciąga je ponad głowę i odkrywa jakąś dziwną fakturę podłoża. Nerwowo otwiera oczy, wokół panuje całkowita ciemność. Jeszcze raz, aby przewrócić się do innej pozycji, stara się ruszyć nogami, ale teraz jest już pewien, że coś jest nie tak. Może nimi poruszyć o kilkanaście centymetrów, dalej nie. „Na pewno zaplątałem się w kołdrę” – myśli. Czując nieprawdopodobne pulsowanie wewnątrz czaszki, powoli próbuje przewrócić się z pleców na bok, lecz nie jest w stanie. Leży nadal na wznak. Zwykle, kiedy śpi, telefon trzyma na podłodze, zaraz przy łóżku, więc wyciąga rękę w bok i dół, jednakże czuje dłonią wyraźny chłód. Sięga bardzo nisko, lecz nie może dotknąć podłogi, ani odnaleźć telefonu. Łupie mu w głowie, zaczyna wymachiwać ręką w poszukiwaniu czegokolwiek i jedyne co wyczuwa, to ta dziwna faktura: jakby splecione sznurki – coś w rodzaju sieci rybackiej. To go jeszcze bardziej wytrąca z dotychczasowego stanu i już szarpie się cały, aby się podnieść i odnaleźć komórkę, ale wyraźnie czuje, że jest zaplątany w kołdrę. Szarpiąc, próbuje ją ściągnąć i mimo rosnącego bólu głowy, rzuca się w każdą stronę. Nie przynosi to żadnego efektu. Jednocześnie całe łóżko się buja. Teraz jest już całkowicie skołowany. Próbuje wstać. Nie jest w stanie. Zarazem robi mu się jeszcze bardziej niedobrze. Do potężnego bólu głowy dochodzi uczucie nadchodzących torsji. Ponownie nadludzkim wysiłkiem rzuca ciałem w każdą stronę, obmacuje rękoma kołdrę i wyczuwa jakieś liny. Poprzedniego dnia położył się do własnego łóżka. To z powodu tych lin nie może się ruszyć. Został przez kogoś związany. „Tylko czemu nie mogę sięgnąć po komórkę, skoro ręce mam wolne?” Rozgląda się we wszystkie strony i nie widzi kompletnie nic. Tylko ciemność. Mruga oczyma, jakby nie wierzył, że powieki ma otwarte. Zdobywa się na okrzyk:

– Co jest grane?

Od razu dobiega dość silny pogłos, a to znaczy, że nie jest u siebie w domu. Dziwna faktura, na której leży, to nie jego łóżko, a bujanie oznacza, że nie jest nawet w łóżku.

– Gdzie ja jestem? – zadaje sobie to pytanie półgłosem i za chwilę znów słyszy delikatne echo wypowiedzianych słów.

– Kurwa, gdzie jestem?! – krzyczy wniebogłosy i dopada go jeszcze silniejszy ból głowy, a uczucie nadchodzących torsji się wzmaga.

Następuje dłuższa cisza, a odpowiedzi nie ma. Próbując wymacać podłogę, wychyla się tak mocno, jak tylko może w bok i w dół, sięga ręką pod siebie. Jej także nie ma. Nic nie widzi. Ktoś mu zrobił cholerny kawał: związał we śnie, zawiesił gdzieś wysoko nad podłożem, spętał całe ciało z wyjątkiem rąk i głowy i na pewno teraz ma niezły ubaw. Z ledwością opanowuje odruch wymiotny, ale nie myśli ani o proszku przeciwbólowym, ani o czymś do picia. Jedyne, o czym marzy, to dostrzec, co się z nim dzieje i jak się z tego wyplątać. Szarpie się jeszcze przez chwilę i czuje wyraźnie, że ciało jest skrępowane: jakaś lina, opasując go, przebiega wielokrotnie ponad kołdrą, lecz także ciągnie się przez jego ramiona, uniemożliwiając wypełznięcie z tego, w czym leży. Jest kompletnie unieruchomiony – tylko jest w stanie ruszać rękoma i głową. Niczym więcej.

Po pewnym czasie poddaje się, tylko już leży na wznak i znów jako główne powraca uczucie potwornego bólu głowy. W coś zaplątany jest skazany na łaskę i niełaskę tego, kto mu to podszykował. Sięga pamięcią do dnia poprzedniego. Najpierw była Apolonia, potem wrócił taksówką, następnie pił whisky, jeszcze wziął prysznic, wypił kolejne dwa drinki, i owszem, był wstawiony, ale nie całkowicie pijany.

– A może ja tylko śnię? – pyta siebie półgłosem, ale gigantyczny kac, jakiego właśnie doświadcza, temu zaprzecza. – Chyba że to też mi się śni?…

Następne dwie czy trzy godziny, usiłując sobie przypomnieć brakujące ogniwo z dnia poprzedniego, które by wyjaśniało, co aktualnie się z nim dzieje, tylko leży w niezmienionej pozycji. Na próżno. Wszystko pamięta doskonale aż do momentu, gdy położył się spać, a potem nastąpiła ta koszmarna pobudka. Marta nie przyszła do knajpy i przez chwilę zadaje sobie pytanie, czy ona byłaby zdolna do zrobienia takiego kawału.

– Może z zemsty chce dać nauczkę? – Kombinując, analizuje wszystko, co mu przyszło do głowy. – Tylko jak ona sama by mnie przeniosła w takie miejsce? Nie, to raczej niemożliwe. Chyba że wzięła kogoś do pomocy. Tylko kto mógłby jej w tym pomóc?… Na pewno to nie ona. A więc kto? Któż zadałby sobie tyle trudu, przenosząc mnie tutaj z mieszkania? I najważniejsze pytanie dlaczego? Jakaś konkurencja? A może rodzice?… To też odpada. Oni by tego nie zrobili. Może mają żal, ale w końcu jestem ich synem, więc mnie kochają, a to, co teraz mi się przydarza, nie ma wiele wspólnego z miłością. Skoro ktoś zdołał mnie tu zataszczyć i związać, to musi być więcej, niż jedna osoba. Jeden człowiek nie dałby rady. Przecież ważę prawie osiemdziesiąt kilogramów. Musi być ich co najmniej dwóch. A nawet w dwie osoby mieliby spory kłopot. Ilu więc jest w to zaangażowanych? To spisek! A może to ci wszyscy z uroczystości u rodziców? W końcu było to całkiem niedawno i to jedyna moja wina, za którą ktoś mógłby chcieć się mścić… Tak czy inaczej, zaraz ktoś się zjawi, odplącze mnie z więzów i wypuści. To pewne, że niedługo to się skończy…

Mijają kolejne godziny, on z jednej strony nieco przywykł do spętania i swojego położenia, a z drugiej coraz bardziej doskwiera mu brak możliwości ruszenia się z miejsca. Może spróbowałby się uwolnić, gdyby było co nieco światła, jednak jest, jak oko wykol. W tych ciemnościach nawet nie jest w stanie sprawdzić, jak poprowadzone są liny. Poza tym, nie czując pod sobą podłoża, nie wie, jaki dystans dzieli go od niego, a jeśli jest znaczny, to jeszcze by się zabił, spadając. Kolejna sprawa, że aktualna pozycja może okazać się jedyną bezpieczną. I najważniejsze – aby spróbować się uwolnić, trzeba mieć punkt odniesienia, a on takich nie ma w ogóle. Pozostało więc czekać. Leżeć i czekać. W sumie dobrze, że na dziś nic nie planował, więc wieczorem, kiedy sprawa się wyjaśni i będzie po wszystkim, wróci do domu, aby od dnia następnego robić swoje.

Ból głowy nieco ustępuje, odruchy wymiotne słabną, ale zaczyna coraz bardziej doskwierać potrzeba oddania moczu. Wczoraj sporo wypił i nie jest to fakt przemawiający na korzyść wytrzymałości. Pęcherz ma coraz pełniejszy i z każdą minutą odczuwa to coraz mocniej. Przecież będąc tak związany, nie jest w stanie nawet załatwić tej potrzeby. Gdyby mógł wypełznąć z tych okalających więzów i czegoś tam jeszcze, to, trzymając się lin, przyklęknąłby na brzegu i wysikał gdzieś w bok, a tak musi męczyć się z coraz to większym naciskiem na pęcherz. Jeszcze godzinę temu nie myślał o tym w ogóle, a teraz doskwiera to coraz bardziej. W pewnym momencie, czując już dość silny ból w podbrzuszu, nie wytrzymuje i znowu zaczyna krzyczeć:

– Hej! Wypuście mnie, muszę do toalety! – Znowu pogłos, przyprawiając go tym razem o gęsią skórkę, roznosi się po pomieszczeniu. Niestety, odpowiedzi jak nie było, tak i nadal nie ma. Nie myśli już o niczym więcej jak tylko o potrzebie oddania moczu. Jest to tak dojmujące i wypełniające umysł całkowicie, że wszystko inne poszło w odstawkę. Przypomina sobie, jak doznając ulgi, a tym samym przyjemności, bo w końcu każda ulga to przyjemność, stoi u siebie w toalecie i odlewa się, więc wspomina tę chwilę nad sedesem jako rozkosz. I teraz tak wiele by oddał, aby się odlać.

ROZDZIAŁ VII

Kolejne minuty, on, ledwo panując nad zwieraczem odpowiedzialnym za sikanie, męczy się coraz bardziej, ale jeszcze się nie poddaje. Teraz już czuje wyraźne ciepło biegnące z podbrzusza, a także drgawki dopadające go w przypływach nacisku na pęcherz. Nagle dobiega dźwięk bezpośrednio nad nim. Metaliczny, jakby szorowanie stali o stal. Spogląda w tamto miejsce i widzi, wydobywający się promyk światła z jakiejś szczeliny oddalonej o kilka metrów, o ile w tych warunkach może to prawidłowo ocenić. To właz, który ktoś najwyraźniej odsuwa. Przez chwilę patrzy w tamtą stronę bez słowa, lecz gdy dostrzega już spory otwór, znów zaczyna krzyczeć:

– Wypuśćcie mnie! Muszę do kibla!

Jednak odzewu nie ma, ale w tym słabym docierającym świetle, dostrzega, iż leży na jakimś hamaku, otulony czymś w rodzaju śpiwora i związany ogromną ilością grubej liny. Niestety, w tym mroku nie jest w stanie dostrzec, gdzie są węzły, o ile są blisko niego. Przez chwilę skupia się na próbach rozpoznania, o co chodzi i zapomina o potrzebie sikania. Rozgląda się, ale oprócz swojego łoża nie widzi nic. Wychylając się jak może, próbuje spojrzeć w dół, lecz podłogi także nie dostrzega. Musi dzielić go od niej znaczna odległość. Ścian wokół też nie widzi.

– Co jest grane? Kto mógł mi to zrobić? – mówi do siebie półgłosem. A po chwili – halo! O co chodzi! Wypuśćcie mnie! – krzyczy wniebogłosy.

Czyjaś ręka wysuwa się przez szczelinę nad nim i trzyma, jak mu się wydaje, butelkę. Następnie zaczyna ją opuszczać na sznurku. To napój i teraz całkowicie zapominając o potrzebie fizjologicznej, wyraźnie odczuwa pragnienie. Zapomina, co nie znaczy, że nie cierpi. Cierpi coraz bardziej, ale koncentruje się na tym, co aktualnie się dzieje. Kilkanaście sekund później zjeżdża butelka coca-coli. Wielka, dwulitrowa. Przecież chce mu się pić… Nadal próbuje nawiązać kontakt z tym kimś z góry:

– Nie chcę waszej coli! – trzymając już ją w rękach, wrzeszczy. – Chcę, kurwa, do domu! Wypuśćcie mnie!

W tym momencie czuje kilka pociągnięć, nie padają żadne słowa. Musi odczepić butelkę od sznurka. Z pewną niechęcią robi to, a węzeł trzymający napój był bardzo prymitywny. Sznurek wjeżdża w ekspresowym tempie, właz się szybko zamyka i w środku zapada całkowita ciemność. Odkręca butelkę, wypija znaczną część i ponownie przytłacza uczucie pełnego pęcherza. „A gdyby tak wysikać się do butelki?” Znów ją odkręca, wypija kolejną część i próbuje podsunąć w okolice krocza. Stara się ją przecisnąć przez więzy, lecz te okazują się zbyt ścisłe, więc męczy się, a mocz napiera już nie do wytrzymania. Zaciska zęby, chwyta ją w prawą dłoń i ciska z całej siły gdzieś w bok. Po około dwóch sekundach słychać pierwsze uderzenie, a po kolejnych trzech następne. To pierwsze dobiegło wyraźnie z boku, więc napój uderzył o ścianę; drugie z dołu – to była podłoga.

– Boże, jak ja jestem wysoko – wypowiedział pełnym głosem. – To musi być kilkanaście metrów. Jak dobrze, że nie udało mi się oswobodzić i spróbować zeskoczyć…

Jeszcze przez pewien czas zmaga się z naporem moczu, czuje coraz silniejsze dreszcze i fale gorąca. Wytrzymał już dobre sześć czy siedem godzin, więc, jak się okazuje, pęcherz ludzki jest nad wyraz wytrzymały, szczególnie iż poprzedniego dnia sporo wypił. Jednak, zapominając o całej aktualnej sytuacji, wspomina sny o szaleństwie, robi mu się błogo, rozluźnia się i nagle czuje wyraźne ciepło w okolicach krocza, na nogach i wie, co się stało… Zaczyna płakać. Najpierw roniąc tylko kilka łez, robi to niemal bezgłośnie, ale po chwili zalewa go istna powódź rozpaczy i jęcząc przy tym prawie na cały głos, już szlocha. Zanosi się płaczem, a delikatne echo niesie ze sobą to cierpienie… Pewien czas później uspokaja się, godzi się z mokrym od moczu losem i zastyga w bezruchu. Leży cały czas na wznak, odpływając gdzieś, gdzie jest mu dobrze.

Gdy poznał swoją dziewczynę, padał rzęsisty deszcz, a on idąc bez parasola, schronił się pod daszkiem przy wejściu do ośrodka kultury. Woda lała się z nieba strumieniami, chodniki były całkowicie zalane, a przy studzienkach kanalizacji gromadziły się zmyte zewsząd liście, gałązki i śmieci. Była jesień i mimo że był ubrany w miarę ciepło, to musiał przebiec w czasie tej ulewy kilkadziesiąt metrów, więc był częściowo zmoczony. Szczególnie mokre miał buty. W pewnym momencie podbiegła kompletnie przemoczona dziewczyna i stanąwszy obok niego, cała spływała wodą. Po chwili zrobiła się wokół niej spora kałuża, ona na to spojrzała, uśmiechnęła się i skomentowała, że może to tak wygląda, ale się nie zsikała. Ten dowcip mu się spodobał, więc przedstawił się, porozmawiali do końca ulewy, a potem odprowadził ją do domu, wymieniając się numerami telefonu. I tak zaczął się ich związek. Od stanu mokrego jak od zsikania się. A teraz on leży w tym pieprzonym hamaku i naprawdę się zsikał w majty. Czyżby to miało coś znaczyć?…

Na początku, po oddaniu moczu pod siebie, poczuł wyraźne ciepło, jakiś czas później zrobiło się tam chłodno, a teraz, po kilkunastu minutach przywykł do tego i jest mu wszystko jedno. W końcu jako niemowlę ciągle to robił, więc ten jeden raz nie zaszkodzi. Z jednej strony nikt nie widzi, nikt nie słyszy, co się tutaj dzieje, więc przynajmniej nie musi cierpieć ze wstrzymywaniem się. Ale z drugiej, zważając na to, jak dba na co dzień o swoją higienę, biorąc prysznic nawet cztery razy dziennie? Przeszywa go dreszcz, a na twarzy pojawia się wyraźne skrzywienie. Lecz do tego stanu też szybko się przyzwyczaja, zamiera w bezruchu, kładzie bezładnie ręce na łożu, prostuje grymas, zamyka oczy i zapada w odrywający od tego koszmaru sen.

Budzi go ten sam odgłos odsuwającego się włazu. Tym razem wyłania się mały koszyczek. Powoli się zsuwa w dół, po kilkunastu sekundach dociera do niego i widzi w tych bardzo słabych promieniach światła, iż jest tam kilka kanapek, ale żadnego napoju. Czy nie cisnąć tego tak samo, jak butelki? Jednak wyciąga je, czuje szarpnięcie koszyka ku górze i wie, że ma mu pozwolić odjechać. Właz się zamyka i kolejny raz zapanowuje całkowita ciemność. Czy zjeść to, co przysłano? Nawet nie próbował już krzyczeć, niejako pogodziwszy się, że odpowiedzi ani reakcji się nie doczeka. Bierze do ust pierwszy kęs i kanapka jest całkiem smaczna – zawiera jakąś wędlinę i, jak mu się wydaje, sałatę. Druga jest z żółtym serem, więc dochodzi do wniosku, że ktoś musi się o niego w jakiś sposób troszczyć, o ile, mając na uwadze zmuszanie do szczania pod siebie, można mówić o trosce. Potem trzecia i robi mu się błogo, gdyż od wielu godzin (przypuszczalnie już od kilkunastu) nie miał nic w ustach. Jak tylko kończy posiłek, miałby ochotę na colę. Jednak czasu już nie cofnie, z pragnieniem jak na razie da sobie radę, a odgłos butelki przynajmniej powiedział mu, z jakim pomieszczeniem ma do czynienia. Znowu zalega w bezruchu i po raz kolejny zaczyna mu się chcieć spać. Zasypia.

Jest na środku jakiejś pustyni. Wokół tylko pustkowie, piach i bezkres aż po horyzont. Sam, żadnych drzew czy nawet krzewów. Słychać tylko gwiżdżący wiatr w uszach. Zaczyna iść przed siebie w nieustalonym kierunku i z każdym krokiem odechciewa mu się tego. W pewnym momencie natrafia na wystający z piachu kawałek drewna w kształcie pustego w środku półksiężyca, a do niego przymocowany jest kijek. Schyla się, chwyta za znalezisko, pociąga w swoją stronę i wyłania się łopata. Jak tylko ją chwycił, okręca wokół osi. Co robić? Dokopać się pokładów wody? Jedno pociągnięcie za drugim zaczyna powstawać dół. Kopie, lecz piasek, skutecznie to uniemożliwiając, obsypuje się z każdej strony, więc co raz poszerza swój wykop i w ten sposób tworzy się całkiem szeroki otwór w ziemi. Jakiś czas później, wbijając łopatę, słyszy głośne, metaliczne uderzenie. Przyspiesza, nie zważając na lejący się po ciele pot. W końcu odsłania z piasku właz. Szybko go całkowicie odkopuje, ale nie ma na nim żadnego uchwytu. Naciskając trzonek w dół i bok równocześnie, wciska szuflę w szczelinę okalającą go i podważa. Przez chwilę nic się nie dzieje, ale potem właz podnosi się z wyraźnym metalicznym skrzypieniem. Jedną ręką podtrzymuje trzonek, a drugą sięga do pokrywy i pociąga w swoją stronę. Otwiera się jakieś podziemne pomieszczenie. Płyta stalowa idzie na bok, próbuje zajrzeć do środka, ale oczy nie są w stanie przeniknąć panującej tam ciemności. Opierając się rękoma po obu stronach, klęka tuż przy otworze, a zarazem wsuwa głowę jak najniżej. Powoli oczy przyzwyczajają się do mniejszego oświetlenia i widzi kogoś znajdującego się kilka metrów niżej. Ta osoba leży owinięta w coś białego. Przez moment się przypatruje i w końcu ją rozpoznaje. To on sam omotany w kaftan bezpieczeństwa na hamaku. Budzi się.

Zaczyna sprawdzać, czy oby przypadkiem nie jest faktycznie unieruchomiony takim kaftanem, lecz szybko to wyklucza, bo ręce ma wolne. Nadal leży na wznak i nie może się za nic przekręcić na bok, czy na brzuch, a ile by dał za taką możliwość. Ile minęło, odkąd się po raz pierwszy tutaj obudził? Nie jest w stanie stwierdzić ani która jest godzina, ani nawet czy jest dzień, czy noc. Wszystko zlewa się w jedną wielką czerń i pustkę. Co prawda dwa razy przez krótki czas dotarły słabe promienie, ale były one zbyt blade, jak na światło naturalne, więc mogła to być noc, jedynie rozświetlana przez żarówkę. Jeśli miałby zgadywać, to, pomijając dwie drzemki, w które zapadł, leżąc tutaj, spędził w tym koszmarze przynajmniej osiem godzin, ale to były jedynie domysły. Nigdy w życiu nie musiał posługiwać się wewnętrznym zegarem, więc ocena może być zupełnie nietrafiona. Żyjąc w cywilizacji, uzależniony jest od masy przedmiotów takich, jak zegarek czy choćby żarówka. Te zabijają naturalne instynkty, sprawiając, że bez nich jest, jak dziecko we mgle.

Co z aktualnym położeniem? Ale także snem, jaki miał chwilę wcześniej? Znowu był o wariactwie. Który to już raz? Tym razem jednak nie tęskni za nim ani trochę. Stan uwięzienia sprawia, że jedyne, o czym marzy, to wyjść stąd jak najszybciej i powrócić do normalnych zajęć. Jedzie samochodem, wioząc garnitury do jednego ze sklepów. Jest to mrzonka o rzeczy prostej, która byłaby jeszcze kilkanaście godzin wcześniej rutyną, a nie marzeniem. Ponadto jakiś czas temu zeszczał się w gacie. Nie myśli jednak o tym jako o sprawie, którą trzeba za wszelką cenę zataić. Gdyby ktoś go tutaj odnalazł i pomógł się oswobodzić, to nie próbowałby tego ukryć. Wszystko jest względne i to, co jeszcze kilkanaście godzin wcześniej byłoby nie do pomyślenia, teraz staje się niemalże orężem. Nie to, żeby się od razu tym szczycił, ale jest to dowód na aktualny stan umysłu.

Nadal na wznak, unieruchomiony prawie całkowicie, coraz bardziej zaczyna dokuczać pragnienie. Jeśli tylko właz znowu się otworzy, to wypowie swoją prośbę o coś do picia. Na razie z pęcherzem ma spokój, więc przynajmniej tym nie musi się martwić. „A co będzie dalej?” – myśli. – Pewnie powtórzy się historia z sikaniem pod siebie. Cóż, muszę do tego przywyknąć – wypowiada te słowa półgłosem i krzywi się. Nawet nie jest w stanie sięgnąć ręką do krocza i sprawdzić, czy nadal jest tam mokro, czy może już wyschło. Teraz tego nie czuje w ogóle.

Chcąc sprawdzić, na ile długie jest echo, a tym samym z jak dużym pomieszczeniem ma do czynienia, w pewnym momencie zaczyna wydawać z siebie głośne, nieartykułowane dźwięki. Niby już ustalił, że butelka spadała po odbiciu od ściany jakieś trzy sekundy, ale będąc w takim stanie jak teraz, mogło mu się to jedynie wydawać. W takich sytuacjach mózg nie pracuje normalnie, dostarczając czasem świadomości błędne dane. Kiedyś miał wypadek samochodowy, kiedy to zagapił się, za późno hamował i w efekcie uderzył w tył poprzedzającego samochodu. Czas na chwilę przestał istnieć. Niektórzy opowiadają, że widzą wszystko w zwolnionym tempie, a on miał wrażenie przeciwne. Reakcja i wypadek nastąpił w tym samym czasie. „Może podobnie było i tym razem, kiedy słyszałem odbicia butelki z colą?” – myśli. – „Przecież to mało prawdopodobne, aby zamknęli mnie w tak wielkim pomieszczeniu. Gdzie by takie znaleźli? W dodatku całkowicie ciemne… Nie, to chyba niemożliwe… Ale drugi raz tego nie sprawdzę, dopóki nie wypiję napoju do końca.”

Nie mając kompletnie nic do roboty, tkwi w dziwnym łożu. Zwykle w takich sytuacjach włączał telewizor albo wychodził na spacer, lecz teraz musi się zmagać z sobą i tylko z sobą. Żadnych ogłupiaczy czy czynności zajmujących myśli. Teraz uwaga jest skupiona tylko na nim samym i nad aktualnym stanem. Do tego drugiego zdążył przywyknąć, co notabene przyszło mu dość szybko, natomiast zostało obcowanie ze sobą w czystej postaci. Stanięcie twarzą w twarz z własnymi uczuciami, których tu doświadcza. Poza tym zaczęła się pojawiać nuda – wbrew pozorom. Wszystko jest względne. Pierwszy raz od niepamiętnych czasów wyraźnie słyszy zarówno swoje myśli, jak i wypowiadane półgłosem słowa. Co się z nim dzieje, skoro mówi do siebie na głos, gdyż nigdy tego nie robił? Słowa wykrzyczane na początku powracają do niego, jakby były uwięzione gdzieś w pamięci. Nie jest w stanie się ich pozbyć. Już wie, że następnym razem, kiedy właz się otworzy, nie będzie krzyczał, bo to i tak nic nie zmieni, jednakże tamte sprzed kilku, czy nawet kilkunastu godzin tkwią, rozrywając czaszkę od środka. Zupełnie jakby były wypowiedziane przez kogoś innego. I po trochu tak jest – będąc zniewolonym, staje się innym człowiekiem. Normalne życie odchodzi gdzieś w kąt umysłu, a teraźniejszość wypełnia całą jaźń. Owszem, ma wspomnienia, ale są odległe i obce. Jak obrazy z obejrzanych filmów – niby utożsamiamy się w jakiś sposób z nimi, ale wiemy, że to fikcja.

Po jakimś czasie znowu słyszy nad sobą metaliczny dźwięk i właz się otwiera. Poprosić o coś do picia! Robi to. Następuje moment ciszy, zawahanie, po czym koszyk zjeżdża i za chwilę dobiega do nozdrzy miły zapach czegoś do jedzenia. Kiedy jednak tam sięga, widzi w półmroku, że oprócz pożywienia nie ma żadnej butelki. Ponawia prośbę, zapada cisza, po czym słychać słabnące z każdym tupnięciem czyjeś kroki. Jeszcze przez chwilę oczekuje, a po kilku minutach znów słychać kogoś na górze. Koszyk wjeżdża, dobiega drobny szmer, po czym zjeżdża, tym razem z butelką, jak się okazuje, pomarańczowego napoju. Wyjmuje wszystko i są to trzy duże i smaczne kanapki, oraz wspomniany napój. Wkrótce właz się zamyka i znów nastaje całkowita ciemność. Dość szybko zjada posiłek, popija, jednak tym razem zachowując butelkę, aż się skończy napój.

Zastanawiając się nad swoim życiem, po raz kolejny zamiera w bezruchu.

– Przecież na co dzień robię coś, co pozwala mi tylko przetrwać, nie dając nic poza chwilowym zadowoleniem czy odłożonymi pieniędzmi – mówi do siebie półgłosem. – Nie zrobiłem w życiu nic, co by po mnie pozostało. Zupełnie nic. Gdybym stąd nigdy nie wyszedł, to nie będzie w zasadzie po mnie istniał żaden ślad. I po co takie życie? Po to, aby się najeść, pokopulować i pogapić się w telewizję? To zupełnie bez sensu. I co ja teraz z tego mam? Wiszę parę metrów nad ziemią, Bóg jeden raczy wiedzieć, czy kiedykolwiek stąd wyjdę, a wszystko z życia, które miałem, wydaje się niepotrzebne, a może i zbyteczne. Nawet temat dzieci odsuwałem od siebie, jak mogłem najdalej. To z wygodnictwa i egoizmu. W zasadzie chyba tylko rodzice mogą zapłakać, jeśli mnie zabraknie. Nawet dziewczyna ma mnie gdzieś, bo przecież nie przyszła na spotkanie w knajpie… Swoją drogą ciekawe, czy ktoś już mnie szuka… Nie sądzę, bo przyzwyczaili się do tego, że ich zaniedbuję, zajmując się wyłącznie sobą… Chyba będę musiał odbudować relacje z bliskimi osobami. Rodziców częściej odwiedzać, spotykać się ze znajomymi, a co do Marty?… Może czas z nią zerwać… Teraz, jak tu wiszę, wydaje się zupełnie obca. Była niemalże tylko obiektem do kopulacji i przytulania, zresztą to pierwsze robiłem mechanicznie, bez emocjonalnej więzi. Jestem pewien, że nawet jeśli pobędę tu dość długo, to nie zechce mnie szukać. Ma mnie gdzieś.

Jak zostanie uwolniony, będzie musiał zacząć wszystko na nowo. Nie tak na odwal się, ale z sercem – jakby tego chciał naprawdę. Po pewnym czasie, po raz kolejny zaczyna go morzyć i wkrótce zasypia. Tym razem nie śni mu się nic albo nic z tego nie pamięta. Śpi, uciekając od swojej niewoli.

ROZDZIAŁ VIII

Budzi go ten sam dźwięk znad głowy. Nikłe światło nie sprawia otuchy. Tym razem jednak nie zauważa żadnego koszyka, czy butelki, a zamiast tego dobiegają słowa, ale nie wypowiadane przez człowieka, lecz jakby przez syntezator mowy:

– No to pora na spowiedź. – Brzmi to zarówno mechanicznie, jak i demonicznie.

Gdzieś w pamięci kłębią się niecne występki z przeszłości. Dokonując różnych niechlubnych rzeczy, szybko jednak o tym zapominał. Tym razem, będąc w niewoli, docierają te słowa z pełną mocą. Po nich następuje dłuższa cisza, po czym ten sam sztuczny głos mówi:

– Wystawiałeś fałszywe faktury, także takie przyjmowałeś, a to jest przestępstwo. Dodatkowo napisałeś w rozliczeniu rocznym o nieistniejących kosztach swojej firmy.

Głos zamilkł, a on zaczyna sobie przypominać, jak to było. Faktycznie, aby w zamian brać dodatkowe pieniądze, wystawiał lipne papiery. Pierwszy raz zrobił to kilka lat wcześniej i na początku bał się skutków, ale przekonawszy się, że nic mu nie grozi, kontynuował proceder już bez lęku czy jakichkolwiek wyrzutów sumienia. Liczyła się kasa i tylko kasa. Po jakimś czasie zaczął przyjmować też fałszywe rachunki, aby narobić swojej firmie kosztów. I głos miał rację, także jeśli chodzi o zeznanie podatkowe. Mariusz, zdając sobie sprawę, że to się nigdy nie wyda, kłamał tam. Ktoś jeszcze wie o tym wszystkim, a jeśli wie, to może donieść! Zaczyna żałować przekrętów, ale na to jest za późno. Musi stawić czoła swojej przeszłości – przeszłości nielekkiej. Przestają go dręczyć rozterki natury egzystencjalnej, a zaczyna mieć silne obawy, aby to nie wyszło na jaw. Może zaproponować ciemięzycielowi sporej sumy pieniędzy w zamian za milczenie, a nawet za wolność? Ale jeśli ktoś podszykował coś takiego, to nie po to, aby na tym zarobić. Tego jest akurat pewien, szczególnie że do tej pory nie padły z góry żadne słowa o okupie czy czymś podobnym. Podświadomie czuje, że chodzi tu o coś zupełnie innego…

„Tylko o co?” – próbując analizować dotychczasowe zachowanie porywacza, zastanawia się. Z jednej strony został uwięziony i skrępowany w sposób bardzo wyszukany i w niezwykle nietypowym miejscu, a z drugiej dostaje regularne posiłki, i to całkiem smaczne i zróżnicowane. Jedno do drugiego nie pasuje. Czyżby miał do czynienia z jakiegoś rodzaju szaleńcem, który po swojemu postrzega niektóre aspekty niewoli? To by się zgadzało, biorąc pod uwagę fakt, że spełniona została prośba o napój. Tylko co szaleniec, przypominając finansowe występki, chce osiągnąć? Pierwsze co mu przychodzi do głowy, to kara, bo taka odpowiedź nasuwa się sama, jednak czy chcąc kogoś ukarać, karmi się w taki sposób? A może to jakiś rodzaj testu? Ale co on ma na celu? Sprawdzenie ile jest w stanie wytrzymać? Chyba że te zarzuty o przekrętach finansowych to blef. Może prześladowca, licząc, że Mariusz przyzna się do wszystkiego pod wpływem niewoli i okropnych warunków, tak naprawdę nic nie wie, a jedynie wysnuwa teorie na ślepo? Potwierdzałyby to słowa mówiące o spowiedzi. Jednak czy ktoś trafiłby tak idealnie w nieuczciwości? Jeśli to nie przypadek, to skąd wie o tym wszystkim? Przecież on sam nie chwalił się na lewo i prawo, mówiąc o tym tylko kilku osobom. Czyżby to była jedna z nich? To chyba niemożliwe, bo bliskim ufał, jak sobie samemu. O co więc tu chodzi?

Zmagając się z własnymi myślami, wisi w hamaku i nawet nie spostrzegł, jak znów zaczął cierpieć z powodu pełnego pęcherza. Dopiero gdy stało się ono nie do wytrzymania, odsuwając temat przekrętów na drugi plan, skupia się na tym. Po raz kolejny zaczyna czuć ciepło biegnące z podbrzusza i cykliczne dreszcze spowodowane ciśnieniem moczu. Niby już raz się poddał i zsikał pod siebie, ale kolejny wydaje się tak samo, jak nie bardziej ohydny. Co, jeśli tym razem będzie zmuszony to powtórzyć? Już się krzywi, zbiera się na wymioty, a potrzeba fizjologiczna jest coraz wyraźniejsza. Zaciska pięści i myśli o sobie w samych ciemnych barwach.

– Czemu ten ktoś mnie po prostu nie pobije albo nie doniesie policji, tylko zmusza do takich okropieństw? – zadaje sobie pod nosem pytanie. – Przecież to najgorsze, co można komuś podszykować! Niby nic mu nie robić, ale…

Zaciska zwieracz, jak może, fale gorąca coraz bardziej go ogarniają, a drgawki przeszywają na wskroś, aż w pewnym momencie daje za wygraną i puszcza. Po raz drugi ciepły mocz zalewa okolice krocza, ud, a nawet podbrzusza. Zaczyna płakać. Najpierw chlipie cichutko, ale po krótkiej chwili zaczyna zanosić się niebotycznym płaczem. Wyjąc wniebogłosy, rozpacza, a podświadomie ma nadzieję, że szloch dotrze do uszu ciemiężyciela i skruszy jego serce. Nic podobnego jednak się nie dzieje. Tylko echo roznoszące się po olbrzymim pomieszczeniu dotrzymuje mu towarzystwa. Kilka minut później, kiedy jako tako się uspokaja, coś jeszcze dociera. To smród rozkładającego się moczu. Swoisty odór, będący połączeniem amoniaku i Bóg wie czego jeszcze. Fetor zaczyna docierać do nozdrzy, gdyż jak do tej pory zamaskowany był przez okrycie, a teraz wszystko przemiękło, dając temu ujścia. Po raz kolejny, przekręcając znacząco głowę w bok, krzywi się. Nadal wyje, ile ma sił w płucach. Nikt jednak tego nie słyszy albo nie zwraca na to uwagi. Pozostaje sam ze wszystkim, co własne – z płaczem, okropnymi uczuciami, ale i ze smrodem. Wkrótce niezwykle zmęczony odpływa i zasypia.

O nieokreślonej porze budzi go dźwięk odsuwanego włazu. Nie ma siły ani na wołanie o litość, ani na cokolwiek innego. Po prostu czeka na to, co zostanie narzucone. Kolejny raz widzi zjeżdżający koszyk, kilka chwil później dobiega zapach pieczonego kurczaka, ale nie za bardzo ma ochotę jeść. Jednak zabiera mechanicznie, koszyk wjeżdża z powrotem, a po chwili znów zapada całkowita ciemność. Wypija kilkanaście dużych łyków napoju. Jest już pogodzony z własnym losem, nawet nie za bardzo krzywiąc się na kolejne fale smrodu. Sprawiając, że zaczyna patrzeć na siebie nieco z boku, to także w jakiś sposób mu spowszedniało.

W jednym ze sklepów, do których dostarcza garnitury, pracuje przepiękna dziewczyna i wielokrotnie myślał o niej w sposób seksualny, jednak widząc, że ma ona na palcu obrączkę, ograniczał się zwykle do niezobowiązujących komplementów. Jest niska, bo ma poniżej metra sześćdziesięciu wzrostu, ale niezwykle zgrabna, twarz ma śliczną i bardzo długie, chude palce. Zawsze przypominała mu małą, bardzo wątłą i nieco nieśmiałą dziewczynkę, a na te cechy był niezwykle wyczulony. Któregoś razu, mówiąc jej, że patrząc na nią, myśli tylko o jednym, dał upust swojemu zachwytowi. Najpierw wzdrygnęła się, odruchowo zrobiła krok w tył, spojrzała mu nerwowo w oczy, ale zobaczywszy uśmiech, sama zaczęła się śmiać. Od tamtego czasu, gdy tylko Mariusz się pojawia, wita go niezwykle wylewnie, zawsze proponując coś do picia i jednokrotnie nawet wspomniała o jego uroku osobistym. Powstało między nimi coś w rodzaju ukrywanego flirtu, który obojgu sprawia wiele radości i podniety. Gdyby pociągnęła jakoś ten temat, może zdecydowałby się na skrócenie dystansu i zaproponowanie choćby podwózki, lecz widać, że dziewczyna nie zamierza zdradzać męża, a jego traktuje jak swoistego adoratora oraz obiekt niegroźnych i niezobowiązujących zalotów. Teraz, leżąc w tym zaszczanym barłogu, widzi jej twarz i jest to jedyna miła rzecz, o której pomyślał od momentu uwięzienia. Pozwala mu zapomnieć.

Za pewien czas właz znowu się otwiera, patrzy w tamtą stronę beznamiętnie i tylko czeka, co będzie dalej. Koszyk się nie pojawia, ale znów słychać głos z syntezatora mowy:

– Zdradziłeś Martę w październiku poprzedniego roku.

I milknie. Otwór się zamyka, a on ponownie zostaje sam na sam z ciemnością i tymi prawdziwymi słowami. Po raz kolejny prześladowca wie, co mówi, gdyż dokładnie wtedy poszedł do łóżka z dziewczyną swojego kolegi. Miała na imię Ola i od samego początku dawała znaki zainteresowania. Przez dłuższy czas nie odważył się na to posunięcie, jednak potem poddał się chuci. Nie żałował, gdyż oboje traktowali to jako przygodę i mieli z tego powodu niezwykle dużo radości i doznań cielesnych. Romans skończył się bardzo szybko, bo ona uwodząc kolegę swojego faceta, dopięła swego i po wszystkim Mariusz przestał być jej już potrzebny. Zresztą on nie rozpaczał, ponieważ też osiągnął swój cel – przespał się z nią. Jednak teraz, zmuszając do przyznania, że jest podły, słowa ciemiężyciela działają jak chłosta. Tak, z całą stanowczością mówi do siebie, że jest podły. Nigdy w ten sposób tego nie postrzegał, a aktualnie dociera to do niego z pełną mocą. Nawet nie przypuszczał, że będzie żałował tego romansu, jednak w tym momencie ten wydaje mu się odrażający. Zaczyna rozumieć, co robi z nim ta niewola. Słowa o spowiedzi wydają się trafione w dziesiątkę. Leży w bezruchu, obok pachnie kurczak, dopadają go kolejne fale fetoru rozkładającego się moczu, a on oddaje się w objęcia Morfeusza.

Zanim zapadł w głęboki sen, właz znów się otwiera i po raz kolejny dobiega ten mechaniczny głos:

– To nie był jedyny raz. A co z tą piętnastolatką sprzed lat?

Te słowa wybudzają go natychmiast. Jak rażony piorunem napina wszystkie mięśnie i dopadają go wspomnienia. Gdy był dziewiętnastolatkiem, poznał na wakacjach o kilka lat młodszą dziewczynę, której imienia nawet już nie pamięta. Spał pod namiotem, a ona mieszkała z rodzicami w pobliskim pensjonacie. Spodobali się sobie, wkrótce doszło do flirtu, a potem zaciągnął ją do swojego namiotu i się z nią przespał. Dobrze wiedział, ile ma lat i zdawał sobie sprawę, że seks z nieletnią to przestępstwo, jednak wtedy to go nie obchodziło. Była dziewicą, to najbardziej pociągało. Liczyła się tylko rozkosz. Potem dziewczyna zaczęła się angażować, a on zobaczywszy, z czym ma do czynienia, uciekł. Po prostu zwinął namiot, powiedział znajomym, że musi wracać i się zmył. Nawet się potem nie dowiedział, czy nie zaszła w ciążę.

Tkwi teraz w niewoli i jest zmuszany do spojrzenia w przeszłość pod wpływem tych warunków. Zaczyna żałować tego, co zrobił i wiele by oddał, aby to cofnąć. Także do faktów uwięzienia i szczania pod siebie dochodzi jeszcze mordęga wspomnień. Ma ochotę uciekać, a nie mogąc tego dokonać, szarpie się psychicznie i rzuca we wszystkie emocjonalne strony. Udręka staje się nie do wytrzymania. Nawet jeśli się uwolni, nic już nie będzie takie, jak kiedyś… „Skąd ten ktoś tak dużo wie na mój temat? Przecież o tym wiedziały może ze dwie osoby i byli to koledzy z młodości, a z nimi od lat nie utrzymuję żadnych stosunków. Czyżby to któryś z nich? Tyle że oni nie mogli wiedzieć o przekrętach finansowych. Więc kto?”

Kilka godzin później zasypia i śpi bardzo głęboko. Śnią mu się obrazy z dzieciństwa, gdy jest szczęśliwy i beztroski, ale na koniec widzi zbliżających się ludzi w białych kitlach, trzymających gotowy do użycia kaftan. Na tym sen się kończy, ale on się nie budzi. Śpi jeszcze długo. Po przebudzeniu ponownie pojawia się wspomnienie dziewczyny ze sklepu. Jest tak silne, że nie jest w stanie przez długi czas myśleć o czymkolwiek innym. Zmuszając do mimowolnego powtarzania jej imienia, opętuje go. A wymawiając to słowo jak mantrę, wpada w nieokreślony stan umysłu, powodujący całkowite oderwanie od obecnej chwili. Po raz drugi w czasie niewoli pogrąża się w tamte wizje, ale tym razem zaczyna czuć się winny, że w ogóle z nią flirtował. Cała optyka ulega zmianie, wraz z zarzutami wypowiedzianymi przez mechaniczny głos z góry. To z kolei powoduje natręctwo myślenia i powstaje samonapędzająca się pętla irracjonalnej analizy. Po pewnym czasie łączy jedno z drugim i odkrywa rzecz zdumiewającą. Otóż najpierw myślał o niej, a wkrótce potem głos przypomniał o zdradzie, a także o nieletniej.

– Jaki to może mieć związek? – mówi do siebie po cichu. – Zupełnie jakby ciemiężyciel słyszał moje myśli, no, chyba że mówiłem o niej na głos, nie zdając sobie z tego sprawy… Biorąc pod uwagę, że kilkakrotnie się na tym złapałem, w sumie to możliwe. Na pewno ma tutaj podsłuch i bezustannie ślęczy przy jakiejś aparaturze, nasłuchując, co się ze mną dzieje. W końcu to dość oczywiste, że ktoś, kto zadał sobie tyle trudu, aby mnie uwięzić, zainstalował odpowiedni podsłuch. A może także nagrywa kamerą w podczerwieni? Bo w niej widać, co się dzieje w zupełnej ciemności… A jeśli nie podsłuchuje, to skąd mógł wiedzieć, że wcześniej myślałem o flircie z kobietą? Bo to, że istnieje związek między moim myśleniem, a jego słowami, to pewne… A wracając do jego słów o przekrętach finansowych, to może o tamtym też się jakoś przypadkiem wygadałem, zupełnie tego nie pamiętając?… Tak czy inaczej, muszę zacząć zwracać uwagę na to, co mówię, bo znajdzie jeszcze niejednego haka…

Gdy tylko wypowiedział te słowa, sięga po odłożonego kurczaka, mimo coraz większego smrodu wydobywającego się z okrycia. Zajada się nim w najlepsze, potem kończy, zostają jedynie kości, zawija je w papier, w który był wcześniej spakowany kurczak i rzuca prosto w dół. Tym razem na głos liczy sekundy, zanim słyszy uderzenie. Doliczył do trzech i wtedy resztki osiągnęły dno. Uznaje, że to musi być ze trzydzieści metrów. Nerwowo zaciska mięśnie, bo leży tylko na hamaku, który może pęknąć. Ale nic nie może zrobić – tylko leżeć. Jest skazany na fachowość węzłów sporządzonych przez ciemiężyciela i solidność wykonania hamaka.

Pierwszy raz w życiu jest w takiej sytuacji jak teraz: bez światła, bez dnia i nocy, bez możliwości ruchu i we własnym, i to dosłownie, sosie. Każda z tych składowych wpływa źle, a wszystkie razem to istna kumulacja okropieństwa. Bez światła czuje się, jakby czas nie istniał, a może nawet jakby nie żył. Miał w życiu kilka bezsennych nocy, wtedy cały czas starając się zasnąć, leżał w niemal całkowitej ciemności i wówczas czuł się pod tym względem nieco podobnie. Normalnie mógłby wstać, zapalić światło czy włączyć telewizor, jednak w tamtym czasie ze wszelką cenę chciał jak najszybciej zasnąć, więc starał się zrobić wszystko, aby się nie rozbudzać. Już wtedy miał dość, a to, co się teraz dzieje, to tego esencja. Brak dnia i nocy powoduje zakłócony rytm dobowy, skrócone drzemki i ciągłe balansowanie między świadomością a snem. Taki stan pojawił mu się tylko raz, gdy żył w silnym stresie; kładł się do łóżka, zasypiał, po chwili budził, potem znów krótka drzemka i powrót na jawę. Powodowało to uczucie ciągłego napięcia psychicznego oraz fizycznego, jednak to, co się z nim teraz dzieje, jest wzmocnieniem tamtych odczuć do kresu wytrzymałości. Obecnie ma wrażenie, jakby cały czas się męczył z maksymalną intensywnością. Będąc unieruchomionym, ma poczucie pozbawienia swojego ciała, a przynajmniej nóg. Nieco podobnie się czuł, kiedy ciężko chorował, leżał przykuty do szpitalnego łóżka i przez kilka dni z niego nie schodził, ale wtedy przynajmniej mógł się przekręcić na bok albo brzuch. Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze „gnicie” we własnym sosie. Jest jeszcze potężniejszy wróg – to właśnie to, co czuje pod wpływem niewoli i tych okropnych warunków. Uczucie bezwzględne, okrutne i apodyktyczne w swej mocy. To pod wpływem tej niszczycielskiej mocy staje się sługą, niewolnikiem czy wręcz kimś pozbawionym siły w ogóle. Mentalnie wszystko lgnie, przywiera i obezwładnia go. Jest jak kilkuletnie dziecko, któremu wszystko można wmówić, a on bez oporów przyznaje się nawet do tego, w czym nie zawinił. Słowa wypowiadane przez mechaniczny głos, wdrukowują całą gamę faktów i emocji, od których nie będzie w stanie się uwolnić.

Wkrótce kończy się napój i będzie musiał o niego poprosić. W przeszłości był hardy i dumny, i nie zdobyłby się na takie błaganie, a teraz jest mu wszystko jedno. Byleby mieć coś do picia. Nawet fakt sikania pod siebie już nie przeraża, a przecież pijąc, będzie musiał robić to częściej. Jest już pozbawiony godności i witalności. Istny leżący trup.

Następnym razem, gdy właz się otwiera, słyszy słowa o tym, jak mając kilkanaście lat, ukradł rodzicom kilkaset złotych. Oczywiście takie zdarzenie miało miejsce. W nocy zakradł się do torebki mamy i podprowadził tę sumę. Potem schował kasę w swojej tajemnej skrytce w łazience i położył się spać. Matka dopiero dwa dni później zorientowała się, że ich brakuje i nawet go nie podejrzewając, zwaliła to na kogoś z pracy. Przeznaczył je na drogi alkohol, garść marihuany i odrobinę kokainy. Z tym wszystkim zjawił się na osiemnastych urodzinach swojego najlepszego kolegi i wywołał u niektórych istną furorę. Następnie zapomniał o wszystkim. Jednak tym razem, żyjąc w tych nieludzkich warunkach i tym ciągłym, obezwładniającym uczuciu, nie może zapomnieć. Przyznaje się do bycia złodziejem, katuje się tą myślą, a robi to z taką intensywnością, że odczuwa z tego powodu fizyczny ból. Takie ściskanie gdzieś w okolicach mostka. Zaczyna patologicznie odczuwać to, co zrobił, wymierzając samemu sobie emocjonalną sprawiedliwość. Potem gdy już opada z sił, nie mając energii nawet na katowanie się, dopada go kolejna fala senności. Jest niespodziewana i nagła. Zasypia w okamgnieniu. Śni mu się, że jest gdzieś razem z Martą, idą przez nieznane miasto, podchodzą do jego samochodu, ona sięga do bagażnika i wyciąga kaftan. On wie, co będzie dalej. Sam go zakłada, pozwala zapiąć i poddając się, aby zawiozła go do szpitala, wsiada na fotel pasażera. Zwykle albo budził się w takim momencie, albo sen się urywał, lecz tym razem trwa nadal. Wkrótce trafia do zamkniętego pokoju i nawet w jakiś sposób tego chce. Kolejny raz wymierza sobie sprawiedliwość. Siedzi w izbie bez klamek z rękoma związanymi z tyłu, zastyga w bezruchu i spuszcza głowę. Więcej snu prawie nie pamięta, lecz nie budzi się. Potem widzi tylko jeden obraz – siedzi w tym kaftanie w jakimś publicznym miejscu, a wszyscy wytykają go palcami. Budzi się.

ROZDZIAŁ IX

I znów jest w tym koszmarze. Zupełna ciemność, brak możliwości ruchu, fetor moczu i te gryzące uczucia. W takich warunkach woli spać i śnić – nawet o szaleństwie, bo tamto jest wyzwoleniem i ulgą. Mija dużo czasu i nic się nie dzieje. Kolejny posiłek, kolejne sikanie, kolejny sen i kolejna ciemność. Po dwóch fazach snu pojawia się nieodparta chęć wypróżnienia się. Na początku zaciskając zwieracz, jak tylko może, walczy z tą fizjologiczną potrzebą, ale po jakimś czasie daje za wygraną i wali w majty. Czuje, jak kał wypełnia krocze, dalej rozsuwa się między nogi i pod pośladki, a chwilę potem dobiega jeszcze większy smród – tym razem gówna. Tuż po tym, mając ochotę uciekać od siebie samego jak najdalej, zaczyna rzęsiście szlochać, wyje wniebogłosy. Przypomina sobie niedawną codzienność, gdy kilka razy dziennie brał prysznic i gdyby miał okazję, to teraz chyba skończyłby ze sobą. Zaczyna zapadać się w sobie, płacz samoistnie mija i opanowuje go coś dziwnego. Wszystko widzi w czarnych barwach, już nie marzy, aby się uwolnić i nawet gdy wyjdzie, to sobie nie poradzi. Jest nic niewarty i nie ma ochoty na nic. Od tej chwili wszystko dzieje się w błyskawicznym tempie, on jest nieobecny i oderwany od samego siebie. Czas mija bardzo szybko, a w pamięci nie pozostaje prawie nic. Wkrótce zapada w sen, śpi bardzo długo, nie pamięta, co mu się śniło, potem się budzi i znów tkwi w fetorze, ciemności i bez szans.

Po jakimś czasie otwiera się właz i zjeżdża koszyk z jedzeniem. Nie czując nawet, czy jest to smaczne, zjada kilka kanapek, popija nijakim płynem i ponownie pozostaje czekać. Wtedy przestaje liczyć na szybkie uwolnienie. Tak, to był moment, gdy zrezygnował nawet z myślenia. W głowie tylko pustka i otchłań. Nic więcej. Potem pojawiają się obrazy z przeszłości, jednak nie cierpi, ale zapada się w sobie pod tym wpływem. Wszystko jest zatrute przez te uczucia. Nawet kolejne mechaniczne słowa z góry mówiące o tym, jak pobił znajomego, gdyż ten go obraził, nie robią już na nim żadnego wrażenia. Przypomina sobie całe zajście, ale jest mu to obce. Pozostanie w pamięci, lecz omija.

Po kilku kolejnych fazach snu, a jest to zupełnie nieokreślony czas, dostaje posiłek i butelkę coli. Zjada, w międzyczasie wypróżniając się pod siebie, potem popija i jedyne co wyczuwa, to dziwny smak pożywienia. Przez pewien czas leży, wszystko wokół jest czarne i odległe, już w ogóle nie próbuje się ruszać, nawet nie wie, czy oczy ma otwarte, czy zamknięte i nie istnieje nic poza hamakiem. Z każdą chwilą czuje się coraz bardziej senny. Chcąc się podrapać, unosi rękę, ale i z tego rezygnuje. Kładzie ją z powrotem na swoje łoże, ziewa jeszcze, nabierając głęboko powietrza i wkrótce zasypia.

ROZDZIAŁ X

Obudził się u siebie w domu, leżąc na kanapie i jedyne, na co zwrócił uwagę, to gigantyczny ból głowy. Znów tak samo, jak po przebudzeniu się w hamaku. Otworzył oczy, przez chwilę nie wiedział, co się dzieje, rozejrzał się, czy na pewno jest u siebie. Smętnie pokiwał do siebie głową i bardzo wolnym krokiem, wręcz powłócząc nagami, poszedł do kuchni, sięgnął do szafki, wyjął opakowanie proszków przeciwbólowych, wziął butelkę fanty i ruszył z powrotem. Idąc, spojrzał na siebie w lustrze i dostrzegł, że jest ubrany cały na biało. Nigdy nie posiadał takich ciuchów, ale nie zrobiło to na nim żadnego wrażenia – ot, tylko zarejestrował ten fakt. Łyknął dwa proszki, popił, napój postawił obok kanapy i się położył. Było obojętne, jaki jest dzień, która godzina i wszystko inne. W głowie miał tylko bezkresną pustkę. Jeszcze, sprawdzając, czy jest czyste (i takie było), sięgnął mechanicznie do krocza, przekręcił się twarzą do ściany i nie mogąc zmrużyć oka, leżał długie godziny. Za jakiś czas zrobiło się ciemno, on dalej leżał, potem się rozwidniło, a on nadal w tej samej pozycji. Poczuł nacisk na pęcherz, przez chwilę się wahał, czy w ogóle wstawać, lecz poszedł się odlać. Wrócił, popił i znów zaległ w tej samej pozycji. Nadszedł zmrok i dopiero zasnął. W tym czasie nic mu się nie śniło.

Obudził się, gdy już było jasno. Usiadłszy na kanapie, przeciągnął się i poszedł znów do toalety. Gdy się wysikał, poczuł nieodpartą potrzebę wzięcia prysznica. Ściągnął całkowicie białe ubranie, odkręcił kurki, wszedł i oderwany od samego siebie stał tak godzinę niemal w bezruchu. Potem, bez użycia mydła, wyszedł, wytarł się, nago przespacerował do pokoju, gdzie była szafa, założył stare dżinsy, taki sam tiszert, skarpety i poszedł do kuchni. Przez chwilę stał przed blatem, ale spojrzał na słoik z kawą i przygotował sobie jej kubek. Z nim wrócił do salonu, zastanawiając się, czy nie włączyć telewizora, rzucił okiem, ale zaniechał. Wypił kawę, odstawił kubek na ławę i rozejrzał się w poszukiwaniu komórki. Nie było jej w pobliżu. Po kilku minutach przetarł dłońmi twarz, wstał i zaczął szukać. Znalazł ją w sypialni obok łóżka. Była rozładowana, więc odszukał ładowarkę, podłączył i uruchomił. Po chwili zobaczył dziesiątki nieodebranych połączeń, tyle samo wiadomości i najpierw chciał je przeczytać, ale zrezygnował. Odłożył telefon i położył się tym razem na łóżku. Wkrótce zasnął.

Obudził go dzwoniący telefon. Nie miał pojęcia, która godzina, ale się ściemniało. Wstał, spojrzał na wyświetlacz i zobaczył, że to matka.

– Halo – odezwał się.

– Jezu kochany, jesteś! – mówiła matka, a głos jej wyraźnie falował pod wpływem emocji. – Wszystko z tobą, synku, w porządku?

– Tak, mamo, już tak.

– Co się z tobą działo?

– Daj mi dzisiaj spokój – odrzekł z wyraźną rezygnacją. – Zadzwonię jutro albo pojutrze.

– Tak się martwiłam… – W tym momencie dało się słyszeć, że z trudem opanowuje płacz. – Gdzie byłeś?

– Nie wiem, mamo, nie mam pojęcia.

– Jak to nie wiesz? – Rozpłakała się w słuchawkę.

– Nie męcz mnie, jestem zmęczony. Potwornie zmęczony.

– To odpoczywaj, synku, a zadzwoń, jak będziesz w stanie.

– Dobrze, zadzwonię – jego głos był cały czas pusty. – A teraz już rozłączmy się.

– Marta cię widziała, jak szedłeś za rękę z jakąś inną kobietą.

– Nie, mamo, to niemożliwe. – Nie zmieniał tonu. – Ale skończmy na dzisiaj.

– Dobrze, synku. – Pochlipywała w słuchawkę. – Koniecznie zadzwoń albo przyjedź.

– Do widzenia.

– Do widzenia, Mariuszku.

I rozłączył się. Przez dłuższą chwilę, trzymając telefon, stał i spojrzał na godzinę. Była dwudziesta pierwsza. Zerknął jeszcze raz na listę nieodebranych połączeń, potem na sms’y, znów przez chwilę się wahał, czy nie przejrzeć, ale zaniechał. Już chciał odłożyć aparat, gdy zwrócił uwagę na datę. To, co dojrzał, zupełnie go nie ruszyło, a właśnie szybko obliczył, że nie było go sześć dni. Z jednej strony bardzo długo, biorąc pod uwagę to, że nigdy nie miał takiej dziury w życiorysie, a z drugiej króciutko, zważając na ciągnącą się w nieskończoność niedawną mękę. Odłożył telefon na szafkę, poszedł do kuchni, wyjął pełną butelkę whisky, wziął szklankę i zabrał ze sobą do salonu. Butelkę postawił na ławie, a sam, nalewając sobie w międzyczasie pełno trunku, usiadł na kanapie. Sięgnął po pilota i włączył telewizor. Pierwsze, co się uruchomiło, to była Jedynka. Leciał program publicystyczny, a tych zwykle unikał, ale tym razem było wszystko jedno. Patrzył tępo, popijając. Zarówno obrazy, jak i dźwięki omijały go, a on pogrążony był głęboko w sobie.

Długo nie myślał o niczym. Przynajmniej świadomie. Ale po upływie godziny zaczął się zastanawiać, jak to możliwe, że ktoś go najpierw porywa, zamyka w jakichś podziemiach na wiszącym kilkadziesiąt metrów nad podłożem hamaku, przetrzymuje sześć dni, a potem niepostrzeżenie odstawia do domu. W dodatku musiał go po wszystkim umyć i przebrać w to pedalskie, białe ubranie, które teraz leży w łazience na podłodze. Jak by tego dokonał? Przecież trzeba by było najpierw znieść przez klatkę schodową, umieścić na przykład w jakimś samochodzie, zawieść gdzieś, gdzie jest to pieprzone podziemie, potem spuścić albo podciągnąć na odpowiednią wysokość i na koniec powtórzyć całą operację w odwrotnej kolejności. To mu się wydało jakieś nierealne. Jakby cały ten koszmar był tylko snem. Na dokładkę posiadał wiedzę o tylu jego występkach, a nawet przestępstwach z przeszłości. Skąd by o tym wiedział? Owszem, sam mógł to wszystko powiedzieć w jakiejś malignie, ale łącząc to z całą resztą, wydało mu się to niemożliwe. Chyba że ciemiężycieli było kilku. To by sporo wyjaśniało. Lecz po co mieliby to wszystko robić, a potem puścić wolno? Przecież takie rzeczy robi się dla okupu lub czegoś podobnego. Poza tym te warunki, w których był przetrzymywany… To nie trzyma się kupy…

Nalał sobie kolejną szklaneczkę i nadal beznamiętnie wpatrywał się w telewizor. Odruchowo otworzył notebooka i równie automatycznie sprawdził pocztę. Spłynęło kilkanaście maili, większość z nich była niemalże bez znaczenia, ale zwrócił uwagę na cztery od Marty. Przez chwilę chciał je przeczytać, ale wykasował, zamknął komputer i oparł się wygodnie. Cała sześciodniowa przeszłość istniała w pamięci, ale jakimś cudem, a może nie cudem, lecz swoistym sposobem ucieczki, była niemal obca. Jakby przydarzyła się komuś innemu. Przypominał sobie wszystko, ale prawie bez żadnych emocji. Nawet zwykły film ogląda się, je odczuwając, a co dopiero to… Nie czuł zupełnie nic, poza momentami, gdy wracał do zdarzeń ze swojej dawnej przeszłości, przypomnianych przez mechaniczny głos. Wtedy miał ochotę wstać z miejsca i pochodzić po mieszkaniu. Mimo wszystko wygrywała apatia i zostawał w pozycji siedzącej, oparty i ze szklanką w ręku. Tego wieczoru wypił ponad pół litra trunku, po czym przykrywając się jedynie małym kocykiem, leżącym zwykle na boku, zaległ na kanapie. Usnął około północy. Nie śniło mu się nic.

Po jakimś czasie zauważył, że sny o wariactwie minęły. Co więcej, stał się spokojniejszy, bardziej otwarty na ludzi. Praca zeszła na dalszy plan, zaczął częściej odwiedzać rodziców i znajomych, i wkrótce związał się z nową kobietą. Przyznał również, że tę historię opowiedział tylko mi, gdyż za bardzo bał się wyznać tego, co wiązało się z przewinieniami i przestępstwami. I po tym, jak to opowiedział, doznał ulgi. Wielkiej ulgi. Chyba miał rację autostopowicz, że prawda go wyzwoli… Przynajmniej tak się stało w tym wypadku.

Notatka na marginesie

Władca mojego czasu

ROZDZIAŁ I

Nazywam się Dariusz Gracjan. Był rok dwa tysiące pierwszy i miałem trzydzieści lat. To był dziwny czas. Nie tylko z powodu mojej osobowości. Na początku było normalne życie. Jak wiele innych. Nic niezwykłego. Praca, którą uwielbiałem, dom, do którego chętnie wracałem i coś pomiędzy. Zwykłe stosunki międzyludzkie, sporo rutyny, mnóstwo pasji, ale i oderwania od prawdziwego siebie. Pojawiło się zdarzenie. Przyczyna. Niby niepozorne, mało znaczące. Może przyczyn było więcej? Albo jedna, ale zupełnie inna? To, co się wydarzy, było tego konsekwencją. Szeregiem następstw jak w przypadku bilarda, gdzie bile chaotycznie rozbiegają się po stole po rozbiciu, by w końcu znaleźć się w łuzach. Był początek, ale i stał się koniec. A w zasadzie początek. Wszystkiego, co nowe, inne. Zarówno w życiu wewnętrznym, jak i zewnętrznym. Osobistym i zawodowym.

Nie wiedziałem, kim jestem, kim są ludzie. Choć ani jedno, ani drugie mnie nie interesowało. Liczył się dzień, noc i kolejny dzień. Ważne było, aby iść do przodu. Wypełnić swoje zadania, czasem coś więcej. A nawet dużo więcej. Żyłem zbyt szybko, wykonywałem swoje obowiązki należycie i sumiennie. Zastanawiałem się nad sensem tego wszystkiego, ale wolałem działanie. Zdarzało się, iż byłem roztargniony, lecz nie dopadała mnie nuda, a tym samym zgorzknienie. Miałem kilkoro przyjaciół, ale będąc głęboko zatopiony w samym sobie, praktycznie ich nie zauważałem. Dodatkowo praca, którą wykonywałem, angażowała mnie bez reszty, więc na nic nie miałem czasu. Pracując jako programista w jednej z radomskich firm, często wyjeżdżałem w delegacje do Krakowa i Warszawy.

Mieszkałem właśnie w Radomiu przy ulicy Kardynała Stefana Wyszyńskiego w jednym z bloków i było to dwupokojowe mieszkanie na trzecim piętrze. W mniejszym pokoju urządziłem sobie pracownię, gdzie ślęczałem nad przeróżnymi projektami na ogół związanymi z pracą, a w większym sypialnię i salon gościnny zarazem. Nie rozdzielałem sypialni od salonu, gdyż prawie nikt mnie nie odwiedzał. Jedynie czasami ktoś wpadał, zazwyczaj na urodziny czy imieniny. Ten pokój, w którym stało łóżko, był większy i miał około szesnastu metrów kwadratowych. Przy jednej ścianie stało właśnie ono i było to klasyczne łóżko na czterech nogach, bez pojemnika na pościel. Przy nim stała szafka, a na nie lampka. Przy przeciwległej ścianie stół z czterema krzesłami, a po obu stronach dwa wygodne fotele. Poza tym od strony okna kolejna szafka, na niej sprzęt audio, natomiast dwie kolumny rozmieszczone były w rogach. Przy przeciwległej ścianie, tuż obok znajdujących się tam drzwi stał telewizor na kolejnej szafce. Nie używałem górnego światła, takiego z żyrandola, a włączałem głównie lampkę, więc panował tam prawie zawsze półmrok, sprawiając wrażenie oderwania od reszty świata. I prawdę mówiąc, to oderwanie było ze mną nierozłączne, od kiedy tylko pamiętam. Zwykły dotyk zawsze mnie paraliżował, sprawiał, że niemal traciłem zmysły. A na pierwsze dotknięcie ręki przez kobietę reagowałem skurczem mięśni. W ogóle impulsy były chwilami nie do zniesienia. Najchętniej odciąłbym się od wszystkiego z zewnątrz i zamknął w czterech ścianach, tyle że zauważałem tę kuszącą moc świata innych ludzi. I próbowałem. I próbowałem. I próbowałem…

Była połowa października i wracałem z Krakowa pociągiem. Posiadałem samochód, ale przemierzanie takich odległości koleją wydawało się wygodniejsze. Usiadłem w jednym z przedziałów, obok było już kilka osób: młoda matka z dzieckiem, które, co dziwne, zachowywało się nadzwyczaj spokojnie i starsza kobieta w wieku mniej więcej sześćdziesięciu lat. Razem ze mną wsiadły dwie dziewczyny ciut młodsze niż ja. Od razu zwróciłem uwagę na jedną z nich, gdyż była idealnie w moim typie. Trochę niższa ode mnie, z długimi włosami w kolorze niemalże kasztanowym, dość szczupła, twarz pociągła, usta nie za duże, ale kobiece, nos nieco zadarty, wysokie czoło, lekko wystające kości policzkowe, lecz to, co najbardziej mnie urzekło, to jej jasno-piwne oczy; powieki, sprawiając wrażenie delikatności, nostalgii, a może i pewnego rodzaju smutku, opadały po zewnętrznej części. Była ładną dziewczyną, ale nie klasyczną pięknością i jej oczy kontrastowały z delikatnym uśmiechem skrzącym się na licu prawie przez cały czas. Później nazwałem ją sobie Śledzona. Ta druga była blondynką, dość tęga, z okrągłą twarzą i nieco podwójnym podbródkiem.

W szkole podstawowej podkochiwałem się w jednej dziewczynie z klasy i przez jakiś czas marzyłem o niej jak o swojej przyszłej żonie. Chętnie jej pomagałem w przedmiotach ścisłych, bo z innymi miałem problemy, kilkakrotnie zdarzyło się porozmawiać w cztery oczy i wszystko szło w dobrą stronę. W rozmowie z kolegą powiedziałem, co do niej czuję, a on zaproponował, abym to wyznał. Następnego dnia ubrałem się wyjątkowo ładnie, przyszedłem do szkoły przed czasem i zająłem ławkę bezpośrednio za nią. Później było sporo przepychanek z dziewczynami, które zwykle tam siedziały, ale udało się je przekonać. Czekałem tylko na koniec lekcji i na to, że odprowadzając ją do domu, wyznam swoje uczucia. Jednak na trzeciej przerwie odwróciła się i z uśmiechem stwierdziła, że chyba coś planuję, skoro siedzę tak blisko. Na początku nie chciałem mówić, ale po jej słowach, żebym się nie wstydził, postawiłem wszystko na jedną kartę. Drżącym głosem się oświadczyłem. Przy wszystkich. A ona zaczęła się śmiać. A razem z nią cała klasa. Uciekłem czym prędzej z lekcji i udając zapalenie wyrostka robaczkowego, nie pojawiłem się w szkole przez pięć dni.

Będąc w pociągu, siedziałem, obserwowałem i przysłuchiwałem się, o czym Śledzona rozmawia z koleżanką. Po kilkunastu minutach zrozumiałem, że obie mieszkają także w Radomiu, więc serce mi mocniej zabiło. Za pewien czas usłyszałem, jak ma na imię. Wcześniej znałem jedną dziewczynę o tym imieniu, okazała się nieuczciwa, ale zawsze uśmiechnięta i kobieca. W tym czasie posługiwałem się w życiu schematami, więc skojarzenia rodziły się same. Skrzywiłem się, aż koleżanka obecnej zwróciła na to uwagę. Natychmiast zrobiłem poważną minę, ostentacyjnie rzuciłem okiem za okno, a po chwili spuściłem głowę. Jednak było w Śledzonej coś, co sprawiało, że miałbym ochotę sprawdzić, czy jest taka sama. Jakaś mała część mnie mówiła mi, że to ktoś zupełnie inny, a wyczytałem to, jak się wydaje, z jej oczu.

Jechałem z rodzicami do rodziny pociągiem, będąc dzieckiem. Była zima i gdy wsiedliśmy do przedziału, było strasznie zimno, więc oznajmiłem to, a oni rozkręcili ogrzewanie na maksimum. Jednak gdy pociąg stał na stacji, ono nie działało. Opóźnienie było spore, toteż się trząsłem z zimna. Potem gdy pociąg ruszył, prawie natychmiast zaczęło się robić potwornie gorąco, a ja trochę zawstydzony tym, że wcześniej narzekałem, nie ośmieliłem się poprosić o zmniejszenie ogrzewania. Powtarzałem sobie, że przecież chciałem cieplej i teraz mam za swoje. Moje nastawienie było konsekwencją wcześniejszych wyborów.

Po następnych kilku minutach zrozumiałem, że Śledzona mieszka gdzieś blisko centrum, ale dokładny adres oczywiście nie padł. W pewnym momencie zwróciła uwagę, że się na nią gapię, kilkakrotnie zmieniła pozycję, potem przeczesała włosy, aż ściszyła głos do tego stopnia, że koleżanka musiała prosić o powtarzanie słów. Sięgnąłem do torby, wyciągnąłem książkę i zacząłem udawać, że czytam. Przelatywałem wyraz po wyrazie, jednak do świadomości nie trafiała żadna treść. Nasłuchiwałem ważnych informacji, a myśli miałem rozbiegane. Przeszłość, teraźniejszość, przyszłość. A nawet abstrakcja. Ale związana z nią. Łąka, niewielkie wzniesienie, a na nim my oboje. Słoneczna pogoda, brak wiatru i śpiew skowronka gdzieś wysoko. Nieco niżej, na pobliskiej drodze stoi moje auto, do którego wcale nam nie spieszno, a my trzymamy się za ręce…

W ciągu następnej godziny dowiedziałem się o niej całkiem sporo, między innymi, że nie ma faceta. Próbując ułożyć sobie plan poznania jej, przewracałem kartki. W pewnym momencie wpadło mi do głowy, aby pójść za nią w Radomiu i gdy będzie już sama, nawiązać znajomość. Zamknąłem książkę, wzrok skierowałem za okno i wyobraźnia kolejny raz popłynęła. To co, że nigdy nie zaczepiłem żadnej kobiety na ulicy. Tym razem miało być inaczej.

Dojechaliśmy do Radomia, nieco zwlekałem i wysiadłem z pociągu dopiero w ostatniej chwili, gdy Śledzona była już przy wyjściu z peronu. Ruszyłem jej śladem. Na początku szła razem z koleżanką w stronę centrum, ale po kilkuset metrach ta druga odbiła w bok, a ja poszedłem śladem wybranki. Jak do tej pory nie zwróciła na mnie uwagi. A co by było, gdyby zobaczyła śledzącego ją chłopaka? Jak by się poczuła? A jak ja?… Idąc na północ, mijaliśmy kolejne ulice, było ciemno i podążałem za nią w odległości mniej więcej dwustu metrów. Przeszliśmy niedaleko mojego domu, potem Parku Kościuszki i po kilkuset metrach skręciła w ulicę Partyzantów. Wtedy przyspieszyłem kroku, aby nie zgubić jej z oczu i za chwilę weszła do jednego z domów. Stanąwszy kilkadziesiąt metrów od niego, czekałem, czy weszła tam na dobre, czy tylko na chwilę i czy zaraz nie wyjdzie. Zapaliłem papierosa i nerwowo dreptałem w miejscu. Nie pojawiła się przez następne pół godziny, więc uznałem, że tam mieszka. Nie dogoniłem jej. Nie zacząłem rozmowy… Ale z drugiej strony, znając adres, mogłem w przyszłości poczekać i ją zaczepić. Wróciłem do domu, cały czas o niej myśląc, położyłem się spać i wkrótce zasnąłem.

Już kiedyś w przeszłości śledziłem jedną dziewczynę. Miałem wtedy dziewiętnaście lat, była nieco wyższa ode mnie i wyjątkowo piękna. Sam nie wiem czemu, ale nazwałem ją sobie Wiosna. Chadzałem za nią przez prawie dwa tygodnie. Liczyło się to, co miałem w głowie. I tylko to. Potem odpuściłem sobie śledzenie i już sprawę uznałem za przegraną, ale któregoś razu zaprosił mnie kolega na imprezę. Gdy tylko tam wszedłem, zobaczyłem, że Wiosna siedzi na kanapie i rozmawia z moim najlepszym kolegą. Mając nadzieję, że zwróci na mnie uwagę, podszedłem, przedstawiłem się i usiadłem obok niej. Stało się inaczej. Nawet na chwilę na mnie nie spojrzała, a gdy próbowałem ją zagadywać, ignorowała, jakbym nie istniał. Wziąłem go na stronę i oznajmiłem, że ją śledziłem i jest moim ideałem. Ironicznie się uśmiechnął, pokiwał głową, poklepał mnie po ramieniu i wróciliśmy. Kilka minut później, kiedy jeszcze miałem odrobinę nadziei, opowiedział jej, co robiłem i stwierdził, że jestem w niej po uszy zakochany. Jak się ze mnie śmiała. Wręcz pokładała się. Zrobiło mi się bardzo gorąco, poczułem pulsowanie w głowie i natychmiast wyszedłem. Przestałem się do niego odzywać. Od tamtego czasu wolałem pozostać sam, a przyjaciół traktować z rezerwą.

Następnego dnia poszedłem normalnie do pracy, siedziałem tyle, co zwykle i wróciłem do domu. Tam zająłem się zaległym projektem z pracy i ślęczałem przed komputerem w swojej pracowni do około jedenastej w nocy. Potem przeszedłem do pokoju, gdzie stało łóżko, usiadłem na fotelu i aby nieco się wyluzować, na chwilę włączyłem telewizor. Wkrótce zjadłem kolację. To prawda, że posiłek przed snem nie jest najzdrowszy, ale byłem głodny, a jak wiadomo, Polak głodny – Polak zły, więc po co się złościć na noc? Chyba to bardziej szkodzi niż drobny posiłek… Jakieś pół godziny później wziąłem prysznic i położyłem się spać.

Postanowiłem się dobrze ułożyć do snu, więc przewróciłem się na brzuch. Zamknąłem oczy i zaraz zaczęły się pojawiać obrazy z minionego dnia. A to praca, a to sytuacja zza kierownicy, aż wreszcie Śledzona z dnia poprzedniego. Niby wiedziałem, gdzie mieszka, ale wspomnienie, że nic nie zrobiłem, sprawiło, że przewróciłem się na bok. Myśli rozbiegane, gwałtowniejsze wciąganie powietrza i szybkie machanie stopą. Powtarzałem sobie, że miło będzie usnąć, odpocząć, aby nazajutrz być w pełni sił, lecz cały czas ten mętlik w głowie, więc musiałem zmienić pozycję. Znów na brzuch, podkurczyłem rękę, położyłem dłoń pod klatkę piersiową, a głowę bezpośrednio na jaśku. Kilkanaście minut i nadal nici ze snu, toteż odwróciłem się na plecy. Ręce pod głowę, nogi skrzyżowane, a całe ciało proste. Zacząłem liczyć barany i oddychać miarowo, głęboko. Kiedyś wyczytałem o specjalnym sposobie nabierania i wypuszczania powietrza, który podobno bardzo odpręża i pozwala szybciej zasnąć. Wciągałem powietrze najpierw przeponą aż do pełna, potem dociągałem klatką piersiową; następnie wydech – wpierw wypuszczałem z brzucha, a potem z klatki. Po kilkunastu razach poczułem ciepło niemal w każdym zakamarku ciała i kilka minut później zaczęła drętwieć twarz, potem okolice szyi, mostka, następnie ręce, brzuch, aż wreszcie nogi. Nie przerażało mnie to, bo czytałem, że to normalne objawy. Niestety, nadal nie mogłem zasnąć.

Poleżałem tak jeszcze jakieś dwadzieścia minut, czyli w sumie ponad godzinę. Bardziej rozbudzony, niż przed pójściem do łóżka, wyszedłem na spacer. Nie za ciepło się ubrałem, ponieważ nie chciałem się spocić, bo wiedziałem, że będę chodził szybko, aby w ten sposób poczuć zmęczenie i potem łatwo móc zasnąć. Skierowałem się w stronę Parku Kościuszki. Tuż przed nim zdecydowałem się pójść w ulicę obok, jeszcze trochę się pokręcić, aby później wrócić i wolno pospacerować. Czemu jej nie zaczepiłem?… Całe dzieciństwo chodziłem po lesie. Jeździłem z bratem do dziadków na wakacje, od pierwszego dnia chodziliśmy na grzyby i zbieraliśmy całe koszyki. Potem, aby zarobić na skromne kieszonkowe, jechało się do miasta i sprzedawało je. W czasach dzisiejszych grzyby pojawiają się dopiero w zasadzie we wrześniu, a wtedy przecież były już w czerwcu, co świadczy o zmianach klimatu. Dodatkowo było kilka jeziorek leśnych głębokich nawet na metr, a obecnie te miejsca są zupełnie suche. Na jednym z takich mokradeł, bawiąc się w rozbitków, zrobiliśmy sobie z bratem tratwę i pływaliśmy. Do dziś jak jestem w okolicy, chętnie odwiedzam to miejsce, z nadzieją zobaczenia choćby niewielkiej ilości wody. Na próżno. Poziom wód gruntowych spadł na tyle, że znikła ona nawet z kanału melioracyjnego, a ojciec opowiadał, iż łowił tam szczupaki.

Wróciłem do parku z lekko podwyższonym tętnem. Teraz była pora na odpoczynek wśród drzew i papierosa. Dość jasna noc, na niebie tylko trochę chmur, księżyc niemal w pełni, a w oddali prześwitujące między pniami światła miasta. Cisza przerywana szumem konarów i liści strącanych przez podmuchy wiatru. Wiało raczej mocno z jeszcze większymi porywami, unosząc od czasu do czasu setki liści z ziemi. Za kilka minut niebo przykryła wielka, czarna chmura i zrobiło się ciemniej, mimo iż wokół było trochę latarni. Nagle potężny podmuch wiatru uniósł w powietrze cały ocean tego, co na ziemi. Osłoniłem twarz i słyszałem coś jakby zawodzenie nagich koron drzew, a dźwięki te przyprawiły mnie o delikatne zapadnięcie się w głąb siebie – zupełnie jak podczas jakiegoś letargu. Wtedy stało się coś niezwykłego. Nogi zrobiły się jak z waty, a serce zaczęło łopotać niczym napędzone wiatrem. Nic dziwnego nie słyszałem, a zarazem miałem wrażenie, że ktoś wołał wraz z podmuchami. Dokładnie się rozejrzałem i popatrzyłem, czy nikogo nie ma. Było po północy, ulice puste i tylko rozdygotany ja. Po paru sekundach wiatr przycichł, a z nieba zaczął siąpić drobny deszcz. Szybkim krokiem, choć na nieco zwiotczałych nogach, ruszając w stronę domu, nie umiałem zracjonalizować siebie obecnego. Zdawałem sobie sprawę, że nie zasnę, toteż wiedząc, iż to dobry środek nasenny, poszedłem do domu, wziąłem kluczyki od samochodu i pojechałem po kilka piw. Pomaga się wyluzować, tworzy poczucie znużenia i błogości. Wypiłem trzy i położyłem się spać. Wreszcie mogłem usnąć.

Mając około ośmiu lat, byłem z bratem u rodziny na wsi i bawiąc się w chowanego, wszedłem do małej stajni. Ciemnej i ciasnej. Skrywszy się w rogu, byłem pewien, że tam mnie nie znajdzie. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie źrebak. Dostał istnego amoku. Zaczął skakać, wierzgać, rzucać się, a ja coraz bardziej tuliłem się w kącie. W pewnym momencie tak machnął nogami, że mnie uderzył w udo. Przestał istnieć cały świat, wokół mrok, a przed oczyma tylko szalejące zwierzę. Miałem wrażenie, że za chwilę zginę.

ROZDZIAŁ II

Nie wiem, czy mi się coś śniło, czy nie, ale obudziłem się około czwartej nad ranem. Co się ze mną dzieje? Gwałtownie wstałem z łóżka. Bardzo szybko zacząłem chodzić w te i nazad. Panicznie przyspieszałem kroku. Jakbym chciał przed czymś uciec. Każdy mój ruch był obcy. Odbijałem się a to od jednej, a to od drugiej ściany. Tylko ruch będzie wybawieniem. Coś jakby mnie goniło. Więc czym prędzej. Jak najdalej. Najszybciej. Dokładnie się rozejrzałem. Raz. Następny. Kolejny. Dookoła. Wszędzie. Nic. Tylko ja i ciemny pokój. Brak myślenia. Absolutna pustka w głowie. Zarazem natłok impulsów. Kakofonia doznań. Amok. Noc. Oddech płytki. I szybki. Raptowny. Bicie serca. W piersi. W głowie. Zaciskanie pięści. Prostowanie palców. Aż do bólu. Spinanie mięśni. Dreszcze. Włączyć muzykę. Może telewizor. Doznawać normalnie. Tylko jak? Niemożliwe. Brak percepcji. Trzeba wyjść na dwór. Ubrać się. Odgonić. Dotyk ubrań. Zacisk butów. Klucze. Są. Schody. Jak na nie trafić? Nogi. Najpierw światło na klatce. Włącznik. Kroki w dół. Skąd to echo? Drzwi zamknięte. Klamka. Chłód. Cisza. Stąpanie. Uciekać. Biegiem. Naprzód. Gdziekolwiek. Chodnik. Trawnik. I ulica. Zapalić papierosa. Dym. Przez usta. Do płuc. Zaciągać się najgłębiej. W ruchu. Zbyt szybkim. Machać rękoma. Zaraz odpadną. Dyszenie. Oczyma dookoła. Zaparkowane samochody. Drzewa. Bloki. Domki. Zbyt blisko. Tupanie. Światło latarni. Obce. Zimne. Coraz szybciej. Daleko. Nie czuć. Nie widzieć. Nie istnieć…

Wreszcie powoli ustępowało, ja coraz to zwalniałem kroku, zaczynałem oddychać głębiej i spokojniej. Po mniej więcej dwudziestu minutach bardzo szybkiego marszu mogłem wracać do domu i próbując w pamięci przywołać ten stan, zacząłem się zastanawiać, co to było, ale bez efektu. Istniały tylko niesprecyzowane wspomnienia, których nie byłem w stanie ubrać ani w słowa, ani w obrazy. Przez pewien czas miałem wrażenie, że to, co czułem, to nie byłem ja. Coś mną zawładnęło, a ego zrzuciło na dalszy plan osobowości. Jakbym stał się zniewolony, a może i opętany… Wróciłem spokojnym krokiem do domu i położyłem się spać. Przyszło to bez najmniejszego kłopotu.

Obudziłem się. Był kwadrans po dziewiątej. Piętnaście minut wcześniej miałem być w pracy. Chwyciłem za telefon i usprawiedliwiłem spóźnienie. Wziąłem błyskawiczny prysznic, pojechałem. Na całe szczęście nic ważnego się nie wydarzyło, więc nie miałem nieprzyjemności. Dzień powoli mijał i prawie bez przerwy myślałem o tym, co mi się stało w nocy. Zabierałem się do czegokolwiek, a przed oczyma stawała jakże zmieniona psychika. Pisząc na komputerze, widziałem swoje ręce, które jakimś dziwnym sposobem wydawały się nie moje. Coś utknęło w głowie i w każdym momencie dawało o sobie znać. Obserwacja zwykłych przedmiotów była odmienna niż dnia poprzedniego. Ekspres do kawy szumiał inaczej. Cukier rozpuszczał się z dziwnym namaszczeniem – nie był już słodzikiem, ale czymś, co ma duszę i mieszając cząsteczki z wodą, nabierał innego wymiaru swojej istoty. Najdrobniejsza rzecz, którą wykonywałem, wciągała w siebie. Przez to, wytężając umysł, całą uwagę skupiałem na niepotrzebnych szczegółach. Pod koniec dnia byłem tak bardzo wyczerpany, że mało nie usnąłem za kierownicą w drodze powrotnej do domu. Jechałem i tuż przed zakrętem oczy zaczęły się same zamykać, więc wydałem z siebie nieartykułowany krzyk. Gdy stanąłem na światłach, znów opadły powieki i powrót na jawę zawdzięczam trąbieniu samochodu stojącego za mną. Jak tylko znalazłem się w domu, padłem na łóżko i usnąłem.

Ocknąłem się około dwudziestej, leżąc na wznak i zastanawiałem się, co mi się przydarzyło w ciągu ostatnich dwudziestu czterech godzin. Zjawisko było tak nietypowe, iż przyprawiało mnie o zmienioną świadomość zarówno w nocy, jak i za dnia. Tkwiłem na łóżku, aż do głowy przyszła mi Śledzona. Adres znałem, ale na tym się na razie kończyło. Co mógłbym zrobić, aby ją poznać? Przecież nie zapukam do drzwi i nie powiem, że mi się podoba i że ją śledziłem. To by ją zapewne wystraszyło. Co więc dalej?

Po dwugodzinnej drzemce wiedziałem, że szybko nie zasnę, toteż miałem kilka godzin, żeby zrobić coś miłego. Wpadło mi do głowy, aby stanąć obok jej domu i zobaczyć, czy gdzieś nie wychodzi. Było to mało prawdopodobne, gdyż było za późno, ale postanowiłem spróbować. Poszedłem. Było ciemno, tylko kilka latarni, nie wiało, a nad głową gwiaździste niebo. Stanąwszy jakieś sto metrów dalej, zapaliłem papierosa i czekałem. Przechodzili od czasu do czasu różni ludzie: jedni młodzi, drudzy nieco starsi, a każdemu z nich dobrze się przyglądałem, czy wśród nich nie ma kogoś znajomego, bo nie wiem, jak bym się wytłumaczył z powodów czekania w takim miejscu. Na szczęście przez najbliższą godzinę nikogo nie spotkałem. Widziałem tylko zapalające się i gasnące światła w jej domu. Na koniec jeszcze rozejrzałem się i ruszyłem do siebie. Nie za bardzo wiedząc, czy powrót do domu to dobry pomysł, bo ciągle zastanawiałem się nad moim nocnym stanem, zwiesiłem głowę, minę zrobiłem ponurą i człapałem. Gdy przechodziłem obok parku, pojawiła się jakieś dwieście metrów przede mną. Rozpoznałem ją natychmiast. Sam do końca nie wiem, co sprawiło, że potrafiłem tego dokonać z takiej odległości, ale byłem pewien, iż to ona. Zasłaniając twarz, błyskawicznie skręciłem przez trawnik do parku, usiadłem tyłem na najbliższej ławce, a w głowie miałem istny obłęd myśli. Próby zastygnięcia w bezruchu lub zapadnięcia się pod ziemię. Wokół park, noc i tylko ona za plecami. Spuściłem głowę, skuliłem się, jak tylko mogłem i słyszałem jej kroki za sobą. Najpierw dość ciche, z lewej strony, ale z każdą sekundą głośniejsze. Im była bliżej, tym bardziej starałem się zniknąć. Gdy była gdzieś za mną, nagle szurnęła podeszwą o chodnik. Wstrzymałem oddech. Chciałem się obejrzeć, aby zobaczyć, czy nie idzie w moją stronę, ale przecież mogłaby mnie poznać. Wytężyłem słuch. Ale kroki, stopniowo się ściszając, przemieściły się w prawo i z każdą sekundą podążały dalej. Wziąłem głęboki oddech. Gdy była już kilkadziesiąt metrów dalej, powoli wstałem i tak samo wolno ruszyłem za nią. Szła tam, gdzie można by się spodziewać – do domu. Śledziłem ją, aż weszła do bramy, stanąłem w odległości około stu metrów i jeszcze chwilę poczekałem. Szybko jednak do mnie dotarło, że jest już po dwudziestej pierwszej i o tej porze na pewno nigdzie nie wyjdzie, więc po kilku minutach wróciłem do domu.

Zasiadłem przed komputerem i zastanawiałem się, czy co tydzień wraca o tej samej porze, czy tym razem było to jednorazowe. Wtedy jeszcze nie miałem żadnego planu, jak ją zaczepić, ale wiedziałem, że jeśli jest to cykliczne, to może być przydatne w przyszłości. A gdyby tak następnym razem na nią zaczekać i spróbować się z nią poznać?… Poszedłem do kuchni coś zjeść, ale tak jak w pracy postrzeganie było całkowicie zmienione. Chwilami wydawało się, że mogę zrozumieć istotę materii. Pojąć, jak to się dzieje, że te same pierwiastki zmieszane ze sobą w innych proporcjach, są tak odmienne. Widziałem masło wtapiające się w chleb, wędlinę rozszczepiającą swą całość na moje życzenie pod naciskiem noża. Wrzucona torebka herbaty do szklanki gorącej wody wydawała z siebie swą duszę i wypełniała nią zawartość naczynia. Zrobiłem kilka kanapek i zasiadłem przed telewizorem. Dokładnie słyszałem delikatne mlaskanie, zgrzytający szelest rozgryzanego posiłku, a każda z tych czynności była ożywiona i dająca się idealnie sprecyzować. Mogłem niemal oznaczyć ich miejsce we wszechświecie. Obrazy z telewizora tworzyły taką samą realność jak to, co dookoła. Nie było żadnej różnicy. Chwilami łapałem się na tym, że przestaje mnie interesować świat codzienny i na przykład zapominam o gryzieniu pożywienia: trzymam go w ustach, nie ruszam żuchwą i nie przełykam. Trochę jakbym był w jakimś rodzaju snu – to, co powinno normalnie docierać, było odległe, a to, co nieistotne, stawało się najważniejsze. Hierarchia bodźców była pomieszana, zakłócona i wywrócona do góry nogami… Jak tylko skończyłem posiłek, ogarnęła mnie kolejna fala senności. Zmyłem naczynia, wziąłem prysznic i znów się położyłem. Sen przyszedł w okamgnieniu.

Po raz drugi obudził mnie ten sam nieprawdopodobny stan. Znowu zacząłem nerwowo chodzić po pokoju. Wszystko obce. Przecież nic się nie dzieje. Tylko dom, cisza, spokój i ja. Nie da rady. Spojrzeć na łóżko. Przybliża się. Rośnie. Jest za blisko. Może stół? Tak daleko. Nie dosięgnę. To z dziesięć metrów. Nawet dalej. Oddala się. Brak konturów. Rozmazuje się. Mrugać oczyma. Wyostrzyć wzrok. Niemożliwe. Wszystko faluje. Drży. Ręce. Czyje ona są? Nie moje. Dotknąć policzka. Zdrętwiałe. Chropowate. Nie czuję. Opuszki palców. Igły. Włączam telewizor. Głosy dudnią. Nie rozumiem. Zza światów. Pogłos. Zostają w głowie. Słowo projekt. Co znaczy? Jaki projekt? To o mnie. Ktoś to zaplanował? Jestem w pułapce. Nie uwolnię się. Wiedzą o mnie. Kto? Ten facet patrzy na mnie. Widzi mnie. Uciekać. Na dwór. Biegiem. Papierosa. Już ich nie ma. Może za blokiem? Chwila. Już. Pusto. Jak najwięcej ruchów. Rękoma. Nogami. Tułowiem. Nadal to moje ciało. Dyszenie. Szum tętna w głowie. Mówić do siebie. Głośniej. Upewnić się, że jestem w stanie. To mój głos. Krawężnik. Kurtka. Koniec papierosa. Pet. Zdeptać. Ręce wiszą. Nogi giętkie. Jeszcze dalej. Stopy kleją się. Najdalej…

Po około dwudziestu minutach zacząłem się uspokajać. Wtedy zwolniłem, przestałem machać nerwowo rękoma i oddech stał się płynniejszy. Kolejny raz próbowałem przywołać wspomnienia, może sprecyzować odczucia. Nic. To samo, co poprzednio. Był tym samym nieogarnialnym stanem umysłu. Gdy próbowałem skupić się i okiełznać to, stawały mi w myślach niejasne obrazy tego, co czułem. Ciężko to wyrazić słowami, ale miałem wrażenie, że to był sen, którego nie da się w żaden sposób zmierzyć. A może nie sen, ale inna rzeczywistość? Powoli wróciłem do domu i niedługo zasnąłem.

ROZDZIAŁ III

Obudziłem się tym razem o właściwej porze. Może czas iść do lekarza? Koniec końców zjawisko to było niewytłumaczalne, a zarazem tak poważne. Jeśli będzie się powtarzało, muszę coś z tym zrobić. Przecież zacząłem zaniedbywać obowiązki w pracy, a przede wszystkim byłem oderwany od samego siebie, co jeszcze bardziej mnie nakręcało. Postrzeganie rzeczywistości zakłócone, a wykonywanie większości czynności zajmowało dwa razy więcej czasu. A to próbowałem dostrzec formę egzystencji w działaniu mikroprocesora komputerowego, a to nadawałem w myślach szczególnego znaczenia sposobowi, w jaki się przeciągam czy ziewam. Na przykład kasłanie było niemal namacalne. To znaczy nie bezpośrednie odczucia z tym związane, ale sama czynność. Nabierało swoistej nuty życia i mimo że było wytworzone przez zmuszony do tego organizm, wydawało się samodzielną istotą przychodzącą człowiekowi z pomocą. I w podobny sposób mijał cały dzień, a życie powoli oddalało się, odchodziło w zapomnienie. Rzeczywistość, jaką postrzegałem kilka dni wcześniej, stawała się obrazem w pamięci. Odpływała gdzieś w niebyt… Pracę skończyłem później niż zwykle, ponieważ nie zdążyłem wszystkiego zrobić na czas. Znowu po powrocie do mieszkania ledwo żyłem, jednak tym razem postanowiłem wytrzymać zmęczenie i nie kłaść się spać. Po chwili namysłu ubrałem się i poszedłem w pobliże domu Śledzonej.

Gdy już tam stanąłem, znowu zaczęło się mieszać w głowie. Jednak, mimo wszystko, czekałem. Próbując odgonić niepotrzebne myśli, paliłem papierosa za papierosem. Po około czterdziestu minutach zobaczyłem ją wychodzącą, więc nieco się cofnąłem, przytuliłem do ogrodzenia, lecz ruszyła w moją stronę. Przez chwilę nie wiedziałem, co robić, ale odruchowo zacząłem iść w tę samą stronę. Doszedłem do skrzyżowania, skręciłem w lewo i gdy znalazłem się już za rogiem, podbiegłem pod wejście do jakiegoś budynku, tam się schowałem. Wtuliłem się plecami w mur, wstrzymałem oddech, głowę odchyliłem do tyłu i przymknąłem oczy. Wytężyłem słuch i po pewnym czasie usłyszałem kroki. Coraz głośniejsze. Natychmiast odwróciłem się twarzą do ściany i spuściłem głowę. Stąpanie jeszcze przez moment nabierało głośności, ale chwilę potem zaczęło słabnąć. Odczekałem może pół minuty i wyszedłem. Nagle wyłoniła się zza rogu. Błyskawicznie schyliłem się, aby zawiązać but, mimo że wcale tego nie wymagał. Jej kroki nie zwolniły i skierowały się w lewo, z każdą sekundą zaczęły się ściszać. Powoli się wyprostowałem, ale głowę cały czas miałem opuszczoną. Chwilę później ruszyłem w stronę skrzyżowania i zobaczyłem, że idzie niecałe sto metrów dalej. Spokojnie odczekałem jeszcze moment i poszedłem za nią. Szła teraz małą ścieżką w stronę ulicy Pileckiego, tam skręciła w prawo, za chwilę przeszła przez Struga i wreszcie skierowała się do budynku, gdzie mieści się klub fitness. Weszła. Od razu dotarło do mnie, że jest to czynność, którą prawdopodobnie wykonuje cyklicznie, więc pojawił się w głowie pomysł, aby spróbować to jakoś wykorzystać. Stanąłem w znacznej odległości i czekałem, a percepcję nadal miałem zmienioną. Półtorej godziny później wyszła, więc znów się odwróciłem plecami i za chwilę za nią poszedłem. Udała się prosto do domu tą samą trasą. Było ciemno. Tym razem, gdy tylko schowała się w bramie, wróciłem do siebie. Zjadłem co nieco, wziąłem prysznic i padłem do łóżka. Kolejny raz zmysły wyłączyły się w momencie, gdy ciało dotknęło pościeli.

Tak jak mogłem się spodziewać. Około pierwszej w nocy obudził mnie ten sam stan. Wszechogarniający, despotyczny. Brak świadomości. Zajrzeć w głąb siebie. Zamknąć oczy. Skupić się. Jak najbardziej. Nic mi nie grozi. Stanąć twarzą w twarz. Co widzę? Pustka. Zewsząd. Ogromne rozmiary. Może bezkresna masa. Ni to kule. Ciemne. Bez kształtu. Bez barwy. Przytłacza. Zaciska się. Dusi. Oddech. Oddychać. Wszystko naciera. To zbyt wielkie. I ciężkie. Czuję. Widzę. Wysysa ze mnie życie. Chce zgnieść. Otworzyć powieki. Ciało. Powłoka. Niepotrzebna. Oblewa. Z każdej strony. Ginę. Inny wymiar. To jakaś gra. Percepcja. Ucieka. Ręka kilkumetrowa. Dotknąć stołu. Nadal mogę. Papierosa. Robię to czyimś ciałem. Dym. Do płuc. Szaro wewnątrz. Wnika. Miesza się. Krew. Pulsuje. Smak. Metaliczny. Ubrać się. Na dwór. Biegać. Uciekać. Palić. Rzucać rękoma. Czuć. Nadal to ja. Ulice. Pusto. Mówić. Na głos. Coś mnie goni. Dookoła bloku. Puls. Ktoś idzie. Ciszej. Schować się. Zobaczy. Do przodu. Byle gdzie. Najdalej…

Rano, po przebudzeniu zadzwoniłem do pracy z informacją, że jestem chory i ruszyłem do prywatnego lekarza. Nie próbowałem się dostać do przychodni, ponieważ obudziłem się za późno i nie było na to szans. Nie wiedząc, co się ze mną dzieje, postanowiłem najpierw iść do internisty. Gdy dowiedziała się, co mnie sprowadza, dokładnie zbadała i skierowała do neurologa. Tego samego dnia poszedłem do tegoż specjalisty i opowiedziałem o moich problemach, a on zaczął wypytywać, czy ostatnio nie uderzyłem się w głowę albo w kręgosłup. Potem stukając w kolana, sprawdzał reakcje nerwowe. Zaglądał do oczu. Badał mnie na różne sposoby dobre pół godziny, po czym przypisał leki mające pomóc, wydał skierowanie do psychiatry, na badania EEG, analizę krwi i dostałem piętnaście dni zwolnienia z pracy.

Do domu wróciłem całkowicie pozbawiony szans na rychłe wyzdrowienie. Wiedziałem, że jeżeli dostałem skierowanie do psychiatry, mój stan będzie się ciągnął tygodniami, a może i miesiącami, jeśli kiedykolwiek się zmieni na dobre. Poza tym zrozumiałem, że muszę dobrze zastanowić się nad ewentualnymi tego przyczynami, zanim do niego pójdę. W ten sposób będę mógł więcej powiedzieć o codziennych problemach, a on szybciej postawi diagnozę i szybciej przystąpi do leczenia. Jak tylko wykupiłem leki, to się do siebie uśmiechnąłem i szybciej niż zwykle wracałem do domu. Przyłapałem się na tym, że kilkakrotnie obejrzałem, co to za środki, jak się nazywają, skład. Zacząłem je traktować, jak swoistą świętość i przez kilka najbliższych dni zajmowały w hierarchii ważności jedno z czołowych miejsc. Zgodnie z zaleceniem lekarza zacząłem je zażywać, ale niestety na początku nie odczuwałem żadnej różnicy w samopoczuciu. Nie zaobserwowałem powrotu do dawnego postrzegania zjawisk, mając czasem kłopoty z zaśnięciem.

Po południu położyłem się spać i drzemałem około dwóch godzin. Jak się obudziłem, spojrzałem na zegarek i była prawie osiemnasta. Szybko wstałem, ubrałem się, poszedłem obserwować Śledzoną. Tym razem stanąłem z drugiej strony jej domu i czekałem, a percepcja była nadal zmieniona. Po mniej więcej piętnastu minutach zobaczyłem znajomego idącego tą samą ulicą. Nerwowo spojrzałem mu w oczy, zrobiłem kilka bezsensownych kroków w tę i nazad, i na początku nie miałem pomysłu, jak się wytłumaczyć z tego, że tu stoję. Podszedł, przywitał się, a ja naprędce wymyśliłem historyjkę, że czekam na kolegę z pracy, gdyż mam go zaraz odwieźć samochodem do domu. A co będzie, jak spyta, gdzie auto? Na szczęście zamieniłem z nim tylko kilka słów i poszedł w swoją stronę. Śledzona pojawiła się po piętnastu minutach i szła od drugiej strony, więc mogłem bezpiecznie pozostać w tym samym miejscu, jednak, na wszelki wypadek, odwróciłem się nieco w bok i kątem oka ją obserwowałem. Oddech zamarł. W pewnej chwili chciałem się odwrócić i jak najszybciej oddalić, ale to zapewne dałoby jej do myślenia. Słyszałem kroki, a te zbliżały się i zbliżały. I zbliżały. Wzrok miałem spuszczony, ale kątem oka zauważyłem, że skręciła i znikła u siebie. Postałem jeszcze prawie godzinę, ale ponownie się nie pojawiła. Na początku chciałem stać tam o wiele dłużej, ale byłem niezwykle zmęczony.

Kończył się dzień, a ja pod osłoną leków wiedziałem, że muszę kolejny raz stanąć twarzą w twarz z nocnym problemem. Oglądałem telewizję do późna, a obok, delikatnie rozświetlając mrok pokoju, włączona była tylko lampka. Siedząc tam, chciałem się odprężyć, a potem położyć do łóżka jak najbardziej zrelaksowany. W ten sposób miałem nadzieję, iż usnę bez żadnego problemu i być może stan się nie pojawi. Do wyrka wskoczyłem grubo po drugiej. Niestety, nic nie wskazywało, że szybko zapadnę w sen. W głowie kłębiły się myśli, wspomnienia z dnia i nocy. Jedne kojarzyły się z innymi, tamte z kolejnymi i tak powstawał w głowie potworny wyścig pojęć i przemyśleń powodujących kłopoty z zaśnięciem. Nie pomagało ani liczenie baranów, ani nawet wcześniej wspomniana technika oddychania.

Mając około siedemnastu lat, cierpiałem na bezsenność. Wielokrotnie później próbowałem znaleźć przyczynę, ale bez efektu. Nie było ani żadnego zawodu miłosnego, ani problemów w szkole. Potrafiłem nie zmrużyć oka nawet przez trzy noce. Jak się czułem, idąc ledwo żywy do szkoły? Zostawać w domu nie chciałem, bo jeszcze bardziej musiałbym się męczyć z próbami uśnięcia. Siedziałem w ławce i starałem się skupić na lekcjach, ale nie szło mi to zupełnie. Okres ten był kiepski, jeśli chodzi o oceny. Tak samo niespodziewanie, jak się to pojawiło, minęło jakieś dwa miesiące później. Teraz, przewracając się z boku na bok, leżałem i zasnąłem dopiero około piątej rano.

To cykliczne uczucie obudziło mnie około wpół do dziewiątej. Było zupełnie jasno, ale mimo to ten stan nie był wcale lżejszy. Nie pomogły też leki. Jedynym pozytywem brania ich było skrócenie czasu potrzebnego do powrotu do stanu normalnego. Zresztą mogło to być spowodowane innymi czynnikami, takimi jak przyzwyczajenie się, czy światło słoneczne. Dopiero później zrozumiałem, iż leki trochę pomagają, bo co prawda nie eliminują nocnego stanu ani zmienionej percepcji, ale nieco je łagodzą. Jeśli chodzi o siłę zjawiska, to doszedłem do ciekawych spostrzeżeń: nie byłem w stanie ocenić ich po tym, co czułem i widziałem. Było to na tyle obce, że nie miałem punktu odniesienia. Jedynym kryterium oceny skali były moje reakcje. To jak szybko chodziłem, czy mówiłem do siebie, czy nie i ile wypaliłem papierosów. I te przesłanki stały się wyznacznikiem choroby. Odmianą od standardu był fakt, że nie mogłem wyjść na dwór, bo był dzień i na ulicach byli ludzie, a nie chciałem pokazywać się nikomu w takim stanie. Zachowując się dokładnie tak samo, jak za każdym poprzednim razem, kilkanaście minut chodziłem po mieszkaniu w tę i z powrotem. Każda próba racjonalizacji kończyła się identycznie. Nawet gdy było jasno, czułem się, jak w jakiejś ciemnicy, czyli jakby oderwany od prawdziwych realiów świata zewnętrznego. Zaciśnięty w szczelnym kokonie odizolowującym od prawdziwej percepcji. Zamknięcie oczu po raz kolejny zbliżało do ciemnych kształtów, które nacierały z każdej strony, tłamsząc całe ego do postaci punktu. Zdałem sobie sprawę z jeszcze jednego szczegółu. Gdy pojawiał się ten stan, to w ustach miałem ni to smak, ni odczucie – tego też nie byłem w stanie sprecyzować. Chodziłem tak po domu najszybciej, jak potrafiłem, powoli się uspokajając, aż światło słoneczne znów docierało w normalny sposób.

Stan minął po około piętnastu minutach, ale nie chciałem wracać do łóżka, bo wiedziałem, że jeśli wytrzymam dzień bez zmrużenia oka, wieczorem zasnę i może będę na tyle zmęczony, iż on nie wyrwie mnie ze snu. Poszedłem do kuchni, zrobiłem sobie małe śniadanie i kawę. Stała się rzecz niesamowita. Otóż zdałem sobie sprawę, że bezpośrednio po wyjściu z tego stanu, postrzegam świat normalnie. Nie ma żadnych „dziwnych” przedmiotów. Wszystko jest jak dawniej. Czajnik wyglądał normalnie, chleb był chlebem, masło zwyczjanie się rozsmarowywało, a nuż nie był narzędziem do wiwisekcji. Zacząłem się zastanawiać, jak mogę to wykorzystać na co dzień i czy to zjawisko chwilowe, czy długotrwałe. Jeśli długotrwałe, to może uda się normalnie funkcjonować? Nie kłaść się ponownie do łóżka, a wieczorem iść spać wcześniej? Jednak było zbyt wiele niewiadomych i postanowiłem poczekać na rozwinięcie się sytuacji.

ROZDZIAŁ IV

Około jedenastej poszedłem na badania EEG. Przyczepili mi w różnych miejscach głowy elektrody, a aparatura kreśliła krzywe odzwierciedlające stany elektryczne mózgu. Jak się nazajutrz okaże, niczego złego nie stwierdzono. Jeśli chodzi o analizę krwi, było podobnie. Tymczasem leżałem na kozetce z zamkniętymi oczyma i dostrzegłem, że tak jak ponad godzinę wcześniej odczuwam normalnie, więc jeśli tak dalej pójdzie, trzeba będzie podporządkować rytm swojego dnia temu fenomenowi.

Wyszedłem z gabinetu i postanowiłem rozejrzeć się za dobrym psychiatrą, więc udałem się do jednej z klinik, gdzie przyjmował jakiś profesor. Na całe szczęście nie musiałem długo czekać, gdyż jeden z pacjentów odwołał wizytę, zrobiło się wolne okienko, więc wciśnięto mnie właśnie w nie. Gdy opowiedziałem, co mi jest, popatrzył, zmarszczył czoło i zaczął zadawać takie same pytania, jak ja sam sobie po pierwszej ciężkiej nocy. Na przykład czy nie mam stresującej pracy, kłopotów osobistych, czy nie widziałem jakiegoś zdarzenia, które by mnie wytrąciło z równowagi. Przez chwilę zastanowiłem się, czy nie opowiedzieć o zdarzeniu w parku, lecz zrezygnowałem. Mając nadzieję, że może on znajdzie coś, czego ja nie dostrzegam, streściłem za to jak najwięcej drobnych szczegółów z życia. Były to stresujące sytuacje w pracy i życiu osobistym. Trochę dziwnie patrzył, a na koniec spytał, dlaczego o tym wspominam. Odpowiedź była prosta – chciałem wyzdrowieć jak najszybciej. Po półgodzinnej rozmowie nie było żadnych wniosków, dopytał, jakie leki zażywam, a gdy udzieliłem odpowiedzi, wypisał receptę z, jak się okazało, silniejszym środkiem i polecił przyjść za tydzień.

Spotkałem kiedyś chłopaka, który brał psychotropy przez trzy lata bez przerwy, a gdy chciał odstawić, czuł się wręcz fatalnie. Na tyle źle, że zgłosił się do szpitala na izbę przyjęć. Tam mu wyjaśnili, że jest uzależniony i kazali przez następne pół roku przyjmować inne prochy (nieuzależniające) łagodzące stan psychiczny. Całkowicie wyszedł z tego dopiero po roku i kosztowało go to sporo wysiłku i nerwów. A ja nie spytałem, czy te moje uzależniają. W domu nie posiadałem dostępu do internetu ani nie miałem kogo spytać, więc nie wiedziałem na ich temat nic.

Tak się zaczął okres zwolnienia z pracy i domowej samotności, ale także walki z własnym sobą. Bogatszy o nowe spostrzeżenia zacząłem przystosowywać swój zegar biologiczny do zaistniałych realiów. Wiedziałem, że w ten sposób stanę się niewolnikiem, ale będę żył jak kiedyś. W nocy zrywałem się w tym samym stanie i wypalając papierosa za papierosem, chodziłem przed blokiem nerwowym krokiem. Aby móc żyć jak dawniej, nie wracałem do łóżka i kładłem się spać dopiero późnym wieczorem. I to, że się nie kładłem po nocnym koszmarze, okazało się strzałem w dziesiątkę – wtedy postrzegałem normalnie. Niestety było bardzo wiele minusów tym spowodowanych. Zbyt wiele, aby normalnie funkcjonować. Średnio spałem po cztery do pięciu godzin, ponieważ kładąc się około dziewiątej wieczorem, zwykle budziłem się około pierwszej, drugiej, czasem trzeciej. A ta ilość snu generowała całą masę następstw i emocji. Zacząłem prowadzić dziennik „władcy mojego czasu”, zapisując w nim, o której ten stan zerwał mnie z łóżka, ile papierosów wypaliłem, jak długo potrzeba mi było na powrót do normalności i ile godzin pozwolił spać. Kolejną rzeczą skutecznie utrudniającą życie była zbyt duża ilość wolnego czasu. Dzień rozpoczynałem około drugiej nad ranem, a kończyłem około dziewiątej wieczorem, więc miałem do dyspozycji prawie dwadzieścia godzin. Po dwóch dniach zrozumiałem, że muszę ten czas zagospodarować jak najbardziej, aby nie zmorzył mnie sen.

Ułożyłem sobie szczegółowy plan zajęć. W nocy, po oswobodzeniu się ze stanu wypijałem dwie kawy, zasiadałem do komputera i pisałem program na potrzeby firmy, w której pracowałem. Przeznaczałem na to cztery godziny. Następnie zjadałem śniadanie i aby nie zasnąć, wychodziłem na długi spacer. Codziennie tą samą drogą, w tym samym miejscu przechodziłem przez ulice. Wędrowałem tak dwie godziny, po czym wracałem i zajmowałem się mieszkaniem. Rozpocząłem gruntowne sprzątanie. Pierwszego dnia wziąłem się za łazienkę i zajęło to prawie trzy godziny. Nigdy nie było tam tak czysto. Potem zjadałem drugi posiłek, wypijałem kolejne dwie kawy i czytałem książkę. Spędzałem przy tym cztery, pięć godzin. Po tym czasie kawa przestawała działać i musiałem zająć się czymś aktywnie. Zacząłem fizycznie ćwiczyć. Pompki, podciągnięcia, brzuszki i rozciąganie się. Trwało to średnio czterdzieści pięć minut. Następnie chwilę pogapiłem się w telewizor, czy przygotowywałem obiad. Albo wymyślałem jakieś dania, albo sięgałem po książkę kucharską i coś pitrasiłem. W tym dziwnym czasie nauczyłem się dobrze gotować oraz opracowałem siedem własnych przepisów na potrawy.

Tego dnia wieczorem poszedłem pod dom Śledzonej. Stanąłem tak, jak zwykle, w jakiejś odległości i czekałem aż się pojawi. Dreptanie w miejscu, papieros za papierosem, w głowie spory rozgardiasz. Ale percepcja wróciła do normy. Tyle było dobrego. (O wiele później zdałem sobie sprawę, że choroba doprowadziła mnie do takiego stanu, że prawie nie rejestrowałem tego, co na zewnątrz – na przykład jaka była pogoda.) Była mniej więcej dziewiętnasta, gdy zobaczyłem ją wychodzącą z domu. Może powinienem się jakoś przebrać albo nawet zmienić wygląd, na przykład malując sobie zarost? Ale gdybym go miał, to spotkawszy kogoś znajomego, byłbym spalony… Miała na ramieniu torbę i szybko zrozumiałem, że najprawdopodobniej idzie na fitness. Poszedłem za nią i szybko się przekonałem, że się nie myliłem. Gdy tylko tam weszła, powędrowałem na prawie godzinny spacer, bo wiedziałem, że szybko stamtąd nie wyjdzie. W stronę starówki na pewien czas i wolnym krokiem wróciłem pod klub. Wyszła po mniej więcej półtorej godzinie, więc znów się nieco ukrywając, ruszyłem za nią. Jak najostrożniej, udając, że jestem tu przypadkiem. Ciemność to mój sprzymierzeniec. W pewnym momencie lekko odwróciła się do tyłu. Jednak szedłem jak gdyby nigdy nic. Głowa do dołu. Przygarbiony…. Idąc jej śladem, niejako odprowadzałem ją do domu. W tym czasie stawała się coraz bliższa i coraz ważniejsza, gdyż śledząc ją, myślałem o niej, a to najlepsza pożywka dla emocjonalnego zaangażowania. Poza tym czułem się coraz gorzej na co dzień pod wpływem nocnych przeżyć, więc uciekałem od nich w coś piękniejszego i milszego. A taka ucieczka była wybawieniem. Gdy już znikła w bramie, zapaliłem papierosa, postałem jeszcze przez chwilę i wróciłem do domu. Do planu dnia dołączyłem także wędrówki za Śledzoną i był to najmilszy jego punkt. Uciekałem wtedy w marzenia i nie wiele więcej mnie interesowało. Wielokrotnie, gdy kładłem się spać, stała mi przed oczyma: widziałem, jak się uśmiecha, jak rozmawia z koleżanką i przypominałem sobie jej sposób poruszania się. Mimo iż byłem z nią twarzą w twarz tylko przez krótki czas, wydawało się, jakbym ją znał od wieków. Siedzimy razem w jakiejś knajpie, patrzymy sobie w oczy, ona jest szczęśliwa, a ja, czując jej bliskość i słysząc głos, dzielę z nią ten stan.

Wróciłem do domu, położyłem się dość późno, a w nocy obudził mnie ten sam koszmar. Było tak jak poprzednio i zacząłem się w jakiś sposób do tego przyzwyczajać. Znów nie położyłem się spać, aby mieć niezmienioną percepcję, i miałem przed sobą bardzo długi dzień.

Codziennie wprowadzałem kolejne poprawki zapełniające czas jak najbardziej. I tak, po czterech dniach dodałem godzinne czytanie literatury fachowej, i aby móc tego dokonać, w trakcie porannego spaceru kupowałem odpowiednie czasopisma, a czasem książkę. Wiedziałem, że muszę coś robić, aby nie usnąć i nie zaprzątać głowy chorobą. Czułem się czasem jak w wojsku, gdzie każda czynność jest o swojej, ściśle określonej porze i każda jest przymusowa. Oczywiście ja byłem tego twórcą i nie wymagałem od siebie doskonałych wyników, a jedynie systematyczności. Mogłem się czymś zająć, a nie musiałem denerwować, gdybym nie zdążył na czas – na przykład z napisaniem programu.

I tak mijały kolejne dni, a noc przynosiła ten sam koszmarny stan. Dzień był wybawieniem, a kładąc się, czekałem na mojego mistrza. Codziennie zmagałem się ze sobą, a czas uspokojenia stał się punktem zero, od którego wszystko się zaczynało niemal identycznie. Owszem były różnice, ale prawie nic nieznaczące. Głównie polegały na tym, co jadłem, co czytałem. Każda kolejna doba przynosiła to samo. Po sześciu dniach dodałem kolejne zajęcia. Coraz bardziej przemęczony i niewyspany wypełniałem punkty harmonogramu i ja, jako osoba, schodziłem na drugi plan. Pierwszy raz w życiu najważniejszą rzeczą nie było to, jak przeżyć, ale to, aby w ogóle przeżyć i zdrowo postrzegać świat. Mimo narzuconego scenariusza na życie miałem coraz mniej potrzeb. To, co niegdyś było najistotniejsze, teraz stało się czymś drobnym. Pewne elementy życia niedawno niezbędne dla szczęścia, w teraźniejszości nie znaczyły nic. Inne nieistotne, stały się najważniejsze. Cały system wartości uległ kapitalnej przebudowie. Śmiało mogę powiedzieć, że to nie byłem już ja. Był to człowiek o tym samym ciele, a cała reszta była inna.

Kolega opowiadał kiedyś, że uczestniczył w kursie przetrwania. Mieszkali przez dwa tygodnie w namiotach, spali tylko po trzy czy cztery godziny, a resztę stanowił trening, marsz i próby zorganizowania sobie jedzenia. Mówił, że najbardziej wyczerpujący był rytm, w którym wszystko było o ściśle zaplanowanym czasie, bez możliwości spontanicznego odpoczynku czy choćby wytchnienia. To istny wyścig z samym sobą i z instruktorem. Kiedy ja narzuciłem sobie ten specyficzny rytm dnia i nocy, czułem się chyba podobnie. Praktycznie wszystko pasuje. Zarówno mała ilość snu, jak i systematyczność czynności. Co więcej – ja też to robiłem, aby przetrwać, więc był to dla mnie survival, tyle że w warunkach domowych.

ROZDZIAŁ V

Następnego dnia, będąc nieco zmęczonym, siedziałem w domu trochę bezczynnie. Jak by tu zbliżyć się do Śledzonej? Na początku nic mi nie przychodziło do głowy, ale po pewnym czasie przypomniałem sobie starą znajomość z dziewczyną o tym samym imieniu – z tą, która była nieuczciwa. To podsunęło pewien pomysł. A gdyby tak sprawdzić nastawienie obecnej do pieniędzy? Zrobić coś, co zbadałoby ją pod tym kątem? Zacząłem intensywnie myśleć i w końcu mnie olśniło. Był to pomysł zarówno dziwny, jak i szalony. Postanowiłem zabawić się w gubienie portfela na jej drodze. Śledzić z klubu fitness do domu, następnie wyprzedzić, rzucić go na ulicę, którą pokonuje i udać, że zgubiłem. Teraz się tego wstydzę, rozumiejąc, iż było to w jakiś sposób manipulowanie nią, ale wtedy pomysł ten wydał się idealny. Jednakże przecież nie zaryzykuję i nie rzucę na chodnik portfela ze wszystkim, co mam? Z kartami płatniczymi, kredytową, dowodem osobistym, rejestracyjnym, prawem jazdy i wszystkimi pieniędzmi? Ale w szufladzie miałem stary i mocno zniszczony portfel, więc mogłem włożyć do niego tylko rzeczy, z utratą których bym się pogodził. Chcąc sprawić wrażenie, iż jest to prawdziwa zguba, włożyłem kilkadziesiąt złotych, tak, aby wyglądało, że tracę coś cennego, dołożyłem kilka swoich wizytówek i parę cudzych. Zdawałem sobie sprawę, że osoba inteligentna dojrzy tych kilka moich.

Pozostało jeszcze przetestować swój plan pod względem czasowym. W ciągu dnia, kiedy ona była najprawdopodobniej w pracy, poszedłem pod jej dom i używając zegarka z sekundnikiem, sprawdzałem czasy tego, co zamierzam zrobić. Najpierw przeszedłem tempem podobnym jak ona i tą samą drogą – od klubu do domu. Następnie pobiegłem drogą taką, jaką mam ją wyprzedzić. Mimo iż dystans był znacznie dłuższy, na szczęście okazało się, że biegiem jestem o ponad minutę szybszy. To była dobra informacja. Problemem pozostawało, aby mnie nie zauważyła, jednak biorąc pod uwagę, że śledzę ją od dłuższego czasu i do tej pory tego nie odkryła, to mogłem przypuszczać, iż tak będzie i tym razem. Jak na razie wszystko pasowało do założenia. Miałem tylko nadzieję, że biegnąc, nie spotkam po drodze kogoś znajomego, gdyż to zakłóciłoby całe przedsięwzięcie i wszystko musiałbym powtarzać kilka dni później, a czekać już nie chciałem. Wtedy zadałem sobie pytanie: co, jeśli zapyta, co robiłem w okolicach jej domu?… Wróciłem do domu szybciej niż zwykle, krok miałem sprężysty, a i uśmiech nie schodził z twarzy. Pozostało czekać do wieczora.

Wtedy wziąłem ten portfel w kieszeń i poszedłem w okolice jej domu. Tym razem stanąłem nieco dalej, bo akcja była zbyt ważna. Było pochmurnie, czasem spadały drobne krople, nie wiało. Spojrzałem na niebo i wydawało się, że chmury zaraz zwalą się na głowę. Wypalałem papierosa za papierosem. Przypuszczałem, że tego dnia pójdzie na fitness. W pewnym momencie wyobraźnia prawie zastąpiła rzeczywistość. Ona odbiera portfel, uśmiecha się, a ja zapraszam ją na randkę. To było tak blisko. Potem spotykam się z nią, miłe rozmowy, kolejne uśmiechy, odprowadzam ją wreszcie do domu i zaprasza do siebie. Seks był dla mnie z jednej strony ważny, ale potrafiłem się obyć bez niego. Najważniejsza była bliskość i to niesprecyzowane uczucie, gdy czuje się jedyną w swoim rodzaju ulgę i wytchnienie od wszystkiego innego. A ja, aby liczyć na to wytchnienie, ostatnio miałem mnóstwo powodów. Budzimy się rano przytuleni do siebie, czując nawzajem bicie serc i słysząc oddech. Mimo że stałem na chodniku, to myślami byłem razem z nią.

Wyszła około dziewiętnastej trzydzieści, poszedłem za nią. Kolejny raz stąpałem bardzo delikatnie, niemal bezgłośnie, nawet starałem się oddychać jak najciszej. Głowa do dołu, ręce przyklejone do tułowia, a klatka piersiowa ściągnięta do przodu, tak, że byłem zgarbiony. Podążałem w odległości mniej więcej stu metrów. A może zwolnić i zostać bardziej z tyłu? Ale mogę ją zgubić. Nogi mi drżały, dłonie się pociły, a uszy rejestrowały każdy najmniejszy szmer. W końcu doszliśmy w okolice klubu i tam weszła. Jakby wielki ciężar spadł, a nogi się prawie ugięły. Tym razem nie oddalałem się stamtąd na krok, gdyż za bardzo zależało mi na wykonaniu zadania. Dreptanie w miejscu, sprawdzanie godziny i kolejny fajki. Oczywiście pojawiły się pewne wątpliwości, ale byłem w takim stanie, że szybko je odrzuciłem.

Mniej więcej o dwudziestej pierwszej wyszła i ruszyła w stronę domu, więc gdy tylko, idąc dalej prosto, minęła ulicę Struga, ja skręciłem w lewo. Pobiegłem do Niedziałkowskiego, skręciłem w prawo i dalej w lewo w Partyzantów, pokonując dość znaczną odległość. Biegłem ile sił w nogach. Serce mało nie wyskoczyło. Z ledwością łapałem oddech. Nie pamiętam niczego poza przymusem działania. Świat nie istniał. Liczył się tylko plan… Wyprzedziłem ją i dotarłem pod jej dom. Rozejrzałem się, czy nie ma nikogo w pobliżu, kto mógłby znaleźć portfel, rzuciłem go na chodnik i obejrzałem się, czy przypadkiem mnie nie zobaczyła. Była oddalona o jakieś dwieście metrów. Szybkim krokiem schowałem się w jednej z bram. Było zupełnie ciemno. Serce wcale nie zwalniało. Ręce się pociły. Patrzyłem tylko, czy złapie przynętę… Zbliżyła się, zwolniła kroku, schyliła i podniosła go. Na chwilę stanęła w miejscu, obejrzała, po czym schowała do kieszeni i spojrzała w moją stronę. Niemal znikłem przytulony plecami do muru, a zarazem miałem wrażenie, że jestem oświetlony światłem reflektora. Przez chwilę stała w bezruchu i ruszyła. W moją stronę?… Zrobiła kilka kroków i znikła w swojej bramie. Czułem się, jakbym wypił kilka piw. W głowie szumiało, przed oczyma kręciło i jedyne, na co miałem ochotę, to usiąść. Chwilę odsapnąłem i znów biegiem ruszyłem do siebie. Wróciłem do domu i pozostało tylko czekać.

Tego dnia nie mogłem zasnąć w ogóle, więc wpatrując się bezmyślnie w nieinteresujące programy, siedziałem przed telewizorem. Nie byłem w stanie robić nic konkretnego, toteż rozmyślając o manipulacji, ślęczałem na fotelu, a światło, jak zwykle, pochodziło tylko z lampki. Jak bardzo jestem nieporadny, skoro uciekam się do takich metod? Przecież gdybym był zaradny i rozsądny, to poznałbym ją już tego dnia, gdy ją zobaczyłem po raz pierwszy. Poznał i wywnioskował, jaka jest, bez uciekania się do takich forteli. Zacząłem tego żałować. Poza tym, nawet gdy zadzwoni, a potem odbierając „zgubę”, się z nią spotkam, to co dalej?… Do około szóstej rano siedziałem w ten sposób na fotelu bez odrobiny snu i czułem się potwornie zmęczony. Jedynym plusem było to, że nie pojawił się koszmar, bo nie miał kiedy, ponieważ nie zmrużyłem oka, a jak dotąd przychodził tylko wtedy. Potem poszedłem na długi spacer i ten dzień był wyjątkiem w ostatnich planach zagospodarowania wolnego czasu. O dziwo nie chciało mi się za bardzo spać, gdyż tak bardzo mnie nakręcała manipulacja. Po prostu albo się włóczyłem po mieście, albo ślęczałem przed telewizorem, czekając na telefon. I tyle.

Ta nieuczciwa znajoma nie była w moim typie, ale zainteresował się nią kolega z ówczesnej pracy. Zaczął zapraszać ją do knajp, restauracji, aż w końcu spędzili u niego noc. Rano, kiedy pojechała, zobaczył, że brakuje mu w portfelu kilkuset złotych. Na początku był pewien, że zginęły w inny sposób, ale po następnej jej wizycie brakowało także karty do bankomatu. Swoją drogą, to trzeba być niespełna rozumu, aby w ten sposób kraść. Zaprosił ją jeszcze raz do restauracji i wtedy otwarcie przy wszystkich stwierdził, że jest złodziejką. Krzycząc, zaczęła go wyzywać od naciągaczy i natychmiast wyszła. I więcej się nie spotkali. Czy Śledzona może okazać się podobna?

Tego dnia się nie odezwała. Każda o tym imieniu jest nieuczciwa! Powiedziałem do siebie: „a nażryj się tym portfelem!”… Położyłem się spać około ósmej wieczorem i błyskawicznie zasnąłem. Około drugiej w nocy obudził mnie ten stan. Było identycznie jak poprzednio. Potem mocno zrezygnowany wróciłem do swojego planu dnia.

Tuż po osiemnastej zadzwonił telefon. Numeru nie znałem. Sięgnąłem po niego. Przed oczyma migotał ekran. Wstrzymałem oddech. Odebrać, czy nie? A jeśli odkryje moje zamiary?… Odebrałem i dość anemicznie powiedziałem „słucham”. To była ona! Przywitała się, po chwili spytała, czy czegoś nie zgubiłem, na co ja, że owszem – portfel. Jej głos wydał się najpiękniejszy na świecie. Miałem co prawda obawy, ale wewnętrznie kipiałem. Powiedziała, że go znalazła i czy chcę odzyskać. Oczywiście, że chciałem. Jak możemy się umówić, spytałem spokojnym głosem. Zaproponowała spotkanie na następny dzień, o dziewiętnastej przy Parku Kościuszki. Zgodziłem się. Pożegnałem się i zostało oczekiwanie. Przez długi czas, wykonując swoje zaplanowane czynności, działałem jak nakręcony. Takiego siebie już zdążyłem zapomnieć. Zasypiając, miałem ją przed oczyma. Trochę odpłynąłem, a fantazja przyniosła liczne obrazy, jak może wyglądać najbliższe spotkanie i dalsza przyszłość… Tej nocy koszmar powrócił i wydaje się, że był ciut słabszy, na co prawdopodobnie miał wpływ fakt oczekiwania na coś bardzo przyjemnego. Druga sprawa, że w jakiś sposób zacząłem się przyzwyczajać do tych stanów, więc, aby się ich jak najszybciej pozbyć, już wiedziałem, co robić.

Nadeszła godzina stawienia się po odbiór portfela, więc nieco wcześniej, niż powinienem, wyszedłem z domu i stanąłem w umówionym miejscu. Stąpałem w tę i nazad, nerwowo sprawdzałem godzinę, rozglądałem się we wszystkie strony. W każdej pojawiającej się osobie, choćby była daleko, doszukiwałem się jej. W pewnym momencie nawet zastanawiałem się, czy jestem w stanie ją poznać. W głowie wytworzył się obraz osoby raczej przypominającej fantazję niż rzeczywistość. Poza tym byłem przytłoczony stanem ciągnącym się już od kilku dni, ale aktualna sytuacja niezwykle nakręcała. Jak wytłumaczyć obecność w portfelu tylko niewielkiej sumy pieniędzy i wizytówek? Wymyśliłem historyjkę, że karty i dokumenty trzymam gdzie indziej. I najważniejszą rzeczą było, aby umówić się na randkę, ale na to kompletnie nie miałem pomysłu. Już niejednokrotnie poznawałem dziewczynę, która mi się podobała i nie potrafiłem tego pociągnąć. Zawsze brakło języka w gębie i na zwykłej znajomości poprzestawałem. Może tym razem będzie inaczej? W końcu już się jej trochę naśledziłem, wkładając w to sporo energii i czasu.

Pojawiła się niemal punktualnie. Wyglądała świetnie i od czasu podróży pociągiem mogłem się przyjrzeć z bliska po raz pierwszy. Oczy mi zapłonęły. Chodzący ideał. Tak, mimo że nim nie była, to wtedy postrzegałem ją jako ideał. Zbliżając się, rozejrzała się, jakby sprawdzała, czy nikogo więcej nie ma i czy to oby na pewno ze mną się umówiła. Zamarłem w bezruchu, wstrzymałem oddech, a w głowie słyszałem rytmiczne uderzenia tętna. Po chwili uśmiechnęła się i będąc o jakieś pięć metrów, stwierdziła, że już się chyba z widzenia znamy. Potwierdziłem, udając jednak, że się dobrze przyglądam. A wewnętrznie mnie roznosiło. Po chwili bez słowa wyciągnęła portfel i przekazała mi go. Ja tylko na nią spojrzałem, podziękowałem i…

Mając dwadzieścia kilka lat, lubiłem chodzić po lesie. Potrafiłem wyruszyć wczesnym przedpołudniem, włóczyć się bez celu i wrócić dopiero wieczorem. I tak naprawdę nie za bardzo mnie interesowało, co widzę wokół. Jakieś ładne widoki? Ptaki albo drzewa? To nie miało większego znaczenia. Owszem lubiłem na nie popatrzeć, czasem dziwić się niezwykłą naturą, ale w gruncie rzeczy liczyło się to, co miałem w głowie. Potrafiłem całymi dniami snuć marzenia, wyobrażać sobie, co by było, gdyby. Wymyślałem całe, długie i skomplikowane historie, jak mogłoby potoczyć się moje życie. Raz wymyśliłem, że wyjeżdżam za granicę, a zdając sobie sprawę, że jestem przywiązany do miejsc, wizja była tym dziwniejsza. I prawdę powiedziawszy, tłumaczyłem sam przed sobą swoją marzeniową decyzję. Może tak będzie lepiej? Może tam odnajdę to, czego pragnę? Choć w rzeczywistości pragnąłem takiego życia, jakie miałem. Rodziła się pewna rozbieżność między codziennością a imaginacją. I może to ta rozbieżność jest źródłem tego, co robię?

Stojąc naprzeciwko Śledzonej, myślałem, aby na jaw nie wyszła manipulacja! Widzieliśmy się w pociągu i może to być kolejnym klockiem układanki, którą rozwikła i mnie przejrzy! W zasadzie to właśnie ta myśl mnie tak bardzo dotknęła, więc to, co się chwilę potem stało, było tego następstwem. Udając, że odzyskanie go niezwykle cieszy, patrzyłem raz na nią, a raz na portfel. Podziękowałem, spytałem, czy coś się należy za oddanie zguby, a wyrażałem się niezwykle oficjalnie i zdawkowo. Stwierdziła, że miała blisko, zwrot zguby to drobiazg i nie ma o czym mówić. Jeszcze raz wyraziłem swoją rzekomą wdzięczność, po czym odwróciłem się na pięcie i ruszyłem do siebie. Powolnym krokiem odszedłem…

Po powrocie do domu zrobiłem grymas twarzy, który nie mógł być podobny do żadnego innego: oczy przymknąłem, górną wargę podciągnąłem do góry, dolną w dół, ale nie było to zwykłe otwarcie ust, bo kąciki poszły na zewnątrz, zmarszczyłem nos i czoło, a język wciągnąłem jak najgłębiej. Stanąłem nieruchomo pośrodku ciemnego pokoju i za chwilę padłem bezwładnie na łóżko, wtuliłem twarz w poduszkę, przycisnąłem z całych sił i wydałem z siebie chyba najgłośniejszy wrzask w życiu. Wyłem. Długo. Bardzo długo. Kolana podkurczyłem pod siebie, rękoma złapałem się za łóżko i mało go nie porozrywałem na strzępy. Jeśli tym razem się poddałem, to nie ma po co więcej próbować! Cały misterny plan wziął w łeb i wszystkie zabiegi można sobie włożyć gdzieś! I po co mi to było? Zawracałem tylko komuś głowę, samemu jedynie tracąc czas i nerwy!… Temat Śledzonej stał się zamknięty. Zamknięty na amen.

Po tym zdarzeniu w nocy ten stan powrócił silniejszy i więcej czasu trzeba było na uspokojenie się. Więcej wypaliłem też papierosów i byłem jeszcze bardziej oderwany od siebie samego. Jak wreszcie pozbyłem się go, uświadomiłem sobie, że każdy stres doświadczony za dnia odbija się w mocy nocnego stanu. A na to pozwolić sobie nie mogłem, toteż od tego czasu próbowałem za wszelką cenę omijać niemiłe sytuacje. Nazajutrz jeszcze bardziej zaostrzyłem sobie rygor dnia codziennego. Teraz widzę, że niepowodzenie z nią dało sporo energii, potrzebnej do stylu życia, w jaki ostatnio wszedłem. Tak więc, mimo ogromnych negatywów, istniał także pozytyw. Pozytyw, który, jak się okaże, będzie decydujący w dalszych moich kolejach.

W liceum starałem się przez pewien czas o koleżankę, ale w końcu dała mi kosza. Przez następnych kilkanaście dni nie mogłem dojść do siebie, byłem mocno przygaszony, nie byłem w stanie się skoncentrować na nauce, a i w domu głównie leżałem na łóżku pogrążony w apatii. Ale któregoś dnia zobaczyłem ją, jak śmieje się z jednego z kolegów, który był bardzo nieśmiały i zamknięty w sobie. Nie wytrzymałem, podszedłem i na cały głos zacząłem się z niej śmiać. Przyniosło to natychmiastowy skutek zarówno dla niej, jak i dla mnie. Odeszła i już więcej go nie zaczepiała, a ja poczułem w sobie moc i od tego dnia wziąłem się w garść.

ROZDZIAŁ VI

Po ośmiu dniach przyszedł czas, aby kolejny raz iść do psychiatry i neurologa. Zanim przedstawiłem psychiatrze dziennik „władcy mojego czasu”, spytałem, czy moje leki uzależniają. Odpowiedź była negatywna. Całe szczęście… Nie mógł wyjść z podziwu, że mi się chciało prowadzić tak szczegółowe notatki. Nic nie wspomniałem o teraźniejszym, dziwnym sposobie na życie, bo wiedziałem, że tego nie zrozumie. Mógł wiedzieć tylko to, co ja mu opowiedziałem, a skoro większości rzeczy sam nie byłem w stanie sobie wyobrazić, to nie było mowy o wyrażeniu ich. Na koniec wypisał nową receptę i wspomniał, że jeśli mój stan się nie zmieni, może być potrzebna hospitalizacja. Potem byłem u neurologa. Ponownie zbadał mnie dogłębnie i wiedząc, że leki mam od psychiatry, własnej recepty nie wypisał, ale za to również zaproponował hospitalizację. Nie chciałem się na nią zgodzić, bo wiedziałem, iż wtedy nie będę w stanie żyć nowym cyklem. Na tyle się tego bałem, że od razu zaprotestowałem i wizyta skończyła się na powierzchownych badaniach.

W sumie mogę powiedzieć, że zarówno psychiatra, jak i neurolog nie wnieśli nic nowego poza receptą na środki uspokajające. Żaden z nich nie podał najmniejszej hipotezy, czym jest mój nocny stan i czym może być spowodowany. Wyglądało to trochę jak wizyta w urzędzie – przejrzenie papierów, stempelek i następny. Oczywiście nie mogę im odmówić, iż rzeczywiście chcieli pomóc, ale obawiam się, że pierwszy raz spotkali się z takimi objawami i byli podobnie bezradni, jak ja.

W końcu po piętnastu dniach wróciłem do pracy. Przyzwyczajony już do stabilnego stanu chorobowego pracowałem dłużej niż zwykle. Niestety efekty mojej pracy nie mogły się równać tym, które osiągałem przed zapadnięciem w chorobę. Ponieważ pierwszy raz od dwóch lat byłem na zwolnieniu, a wyniki miałem przedtem zawsze doskonałe, szefostwo traktowało mnie z pewną ulgą. Poza tym przedstawiłem już prawie gotowy program, który będąc na zwolnieniu, pisałem. Jeden z nich zaproponował nawet, że dadzą mi dodatkową premię. Odmówiłem, wiedząc, że do momentu, gdy skończą się moje problemy, będę pracował mniej efektywnie.

Gdy wróciłem do pracy, spałem mniej więcej tyle samo, co w czasie zwolnienia. Powodowała ona, że byłem jeszcze bardziej zmęczony, ponieważ doszedł do tego stres i wymóg efektywności. To wprowadziło kolejne zmiany. Stałem się bardziej nerwowy, czasem opryskliwy i mało sympatyczny. Ludzie z tego samego pokoju próbowali podpytywać, co mi jest, a ja mówiłem zawsze to samo – nic. Po kilkunastu dniach przyzwyczaili się do nowych realiów i większość z nich nawet nie próbowała dyskutować. Traktowali jak chorego i pobłażali mi, jak mogli, mając nadzieję, że to przejdzie i znów kiedyś będę tym samym bezkonfliktowym facetem. Po pewnym czasie bezpośredni zwierzchnik wziął mnie na rozmowę i pytał, co się dzieje, że jestem rozkojarzony i inny. Potem dał do zrozumienia, że może powinienem coś z tym zrobić. Nie powiedział co dosłownie, ale doskonale wiedziałem, że chodzi o wizytę u lekarza. Mało tego, między wierszami czytałem, że o psychiatrę. Zapewniałem, że nic złego się nie dzieje i powrócę do wcześniejszej formy za parę dni.

Przez większość dni spałem po cztery do sześciu godzin. Bywało, że nie wytrzymywałem, zasypiałem tuż po powrocie z pracy i ten stan budził mnie prawie zawsze po dwunastej w nocy. Jeśli zdarzyło się, że sam się budziłem wcześniej, znów były zmiany w postrzeganiu świata. Plan dnia uległ znacznej przebudowie, bo w końcu pracowałem, ale i tym razem był napięty do ostatniej chwili. Zdałem sobie sprawę, że właściwie teraz ja już nie żyję, tylko wegetuję i nic się nie zmieni, dopóki nie pozbędę się tego stanu. W moim życiu nie było czasu na przyjemności, szczęście czy nawet na spokój i swobodę. Żyłem po to, aby przeżyć, a pracowałem i zajmowałem sobie czas, by istnieć w tym ziemskim świecie, a nie poza nim.

Dwa miesiące po powrocie do pracy, główny szef wezwał mnie do siebie i otwarcie powiedział, że jeśli chcę tutaj dłużej pracować, muszę coś ze sobą zrobić, bo oni mają coraz mniej ze mnie pożytku, a i inni pracownicy się męczą. Pytał, co się dzieje, czy może jakoś pomóc i proponował dobrego specjalistę. Ja twardo mówiłem, że dziękuję za troskę, ale wszystko jest w porządku i lada moment wyjdę z dołka. Rozmawiał ze mną szczerze i ze zrozumieniem, a ja nadal swoje. Pod koniec dał numer telefonu do jakiegoś bioenergoterapeuty. Z początku przyjąłem to z uśmiechem, bo po prostu w to nie wierzyłem, jednak, przychylając się zasadzie – od przybytku głowa nie boli, wziąłem go.

Po powrocie do domu zacząłem się zastanawiać, czy nie jest to przypadkiem dobry pomysł. W końcu zdarzenie w parku było jakby nie z tego świata, od tego dnia zaczęły się moje problemy, których i specjaliści nie potrafili zdiagnozować. Jeśli nic z sobą nie zrobię, wylecę z pracy. Nie wierząc w bioenergoterapię, nie mogłem też mieć obaw, że zaszkodzi. Tak nakazywała logika, więc może by spróbować? A nuż pomoże?

Znajomy poszedł niegdyś na hipnozę do jakiegoś Rosjanina i zapłacił dość sporo. Udał się tam, aby sobie przypomnieć pewien numer telefonu, który wyleciał mu z pamięci. Ktoś wcześniej mówił mu, że w czasie hipnozy przypomni sobie bez problemu. Rosjanin używał rosyjskiego, twierdząc, że podświadomość rozumie we wszystkich językach. Ciekawe… Trwało to prawie pół godziny, a on leżąc na kozetce, myślał tylko o tym, aby zapaść w tę cholerną hipnozę. Po tym czasie Rosjanin, nawet się nie żegnając, wyszedł. A może faktycznie był zmieszany, bo mu się nie udało?

Zastanawiałem się, czy w ogóle dzwonić pod podany numer, ale kilka dni później to zrobiłem. Odebrała starsza kobieta. Głos miała przyjemny i ciepły. Mówiła dość spokojnie, ale pewnie. Umówiłem się na seans dwa dni później. Gdy przyszedłem do niej, pierwsze, co zobaczyłem to mnóstwo dziwnych przedmiotów. Amulety na ścianach, piramidki ustawione w kilku miejscach, malutkie dzwoneczki wiszące pod sufitem. Była tego cała masa. Zaprosiła mnie do pokoju, gdzie pośrodku leżał cienki materac. Położyłem się na nim. Spytała, co mi dolega, więc zacząłem od zdarzenia w parku, bo w końcu tak dziwnej osobie powinienem opowiedzieć tak dziwną przygodę. Potem opowiedziałem o moim nocnym stanie i zaburzeniach postrzegania. Wysłuchawszy mnie, wstała, podeszła do okna, chwilę popatrzyła na świat i oznajmiła, że najprawdopodobniej wizyta niczego nie zmieni, jednak na pewno nie zaszkodzi i spytała, czy chcę spróbować. Zgodziłem się.

Podeszła do materaca, uklękła i kazała zamknąć oczy. Położyła mi ręce na czole. Z początku nic się nie działo, ale po paru minutach zacząłem czuć nieprawdopodobne ciepło, wręcz gorąco. Zupełnie jakby ktoś przyłożył żelazko, z tą różnicą, że to nie parzyło. Później przeniosła dłonie na klatkę piersiową i było podobnie. Moje ciało leżało bezwładne na materacu i pierwszy raz od dłuższego czasu miałem wrażenie, iż niczego więcej mi nie trzeba. Stanowiło to wytchnienie od dziwnego życia, panaceum na stres i, o dziwo, nie zastanawiałem się nad swoimi problemami. Czułem się jak we śnie, odizolowany od trosk. Po kilkunastu minutach musiałem zacząć walczyć ze sobą, aby nie usnąć, więc leżałem i resztkami woli odpychałem kolejne ataki senności. Cała sesja trwała około pół godziny. Mimo że nie wierzyłem w takie rzeczy, to zastanawiałem się, skąd to ciepło z jej rąk…

Po tym czasie poprosiła, abym wstał i usiadł na fotelu. Dała coś do picia i przyglądając mi się w dziwny sposób, zaczęła opowiadać o różnych stanach ludzkiego ducha, wymieniając przy tym obce słowa określające je. Mówiła, że można wychodzić świadomością poza swoje ciało. Potem na chwilę mnie opuściła i zaraz wróciła z wahadełkiem. Machała nim nad moimi dłońmi i głową. Na koniec podała sposób na pozbycie się tego stanu. To coś absurdalnego. Miało to polegać nie na próbie wyjścia, a wręcz wejścia jeszcze głębiej i nie po to, aby poznać go ze zwykłej ciekawości, ale po to, żeby raz na zawsze przez niego przejść. Twierdziła, że w ten sposób uzyskam nad tym kontrolę i wejdę w inny stan świadomości. Tymi słowy zakończyła rozmowę i poprosiła o, jak mi się wydaję, bardzo drobne honorarium.

Wyszedłem całkowicie skołowany. Pomysł wydawał się niedorzeczny, a zarazem wiedziałem, że jeżeli jest tak, jak mówi, to miało sens. Wróciłem do domu około dziewiętnastej, zjadłem kolację, zażyłem środek uspokajający, posiedziałem przed telewizorem przy włączonej lampce i położyłem się spać około dwudziestej trzeciej.

Stan obudził mnie około trzeciej nad ranem. Z początku próbowałem jak najszybciej się go pozbyć, ale przypomniałem sobie o tym, co mówiła ta kobieta. Położyłem się z powrotem do łóżka i siłując się z sobą, wchodziłem w ten dziwny świat. Odczucia były identyczne, jak za każdym poprzednim razem. Gdy zamykałem oczy, wpadałem w czarną dziurę, a otwierając je, czułem, jakbym oglądał świat z innego wymiaru. Moje ciało obce, wszystko inne dalekie i uciekające. Dźwięki z zewnątrz docierały zza światów. Odpływałem w nieznane. Jak dziecko wpuszczone do lasu i pozostawione bez opieki, tak i ja byłem w nowym świecie. Przez chwilę wydawało się, że lada moment nad tym zapanuję i spojrzę spokojnie na to, co się dzieje. Gdy zamknąłem powieki, o mały włos przeszedłbym przez tę czarną dziurę. Byłem tuż, tuż. Te ciemne kształty już nie ogarniały mnie, ale byłem w ich środku, a one we mnie. Czułem, jakby zaczęły wsysać z każdej strony. Tak jakbym znalazł się w próżni… I właśnie to uczucie spowodowało, że wstałem z łóżka, ubrałem się i zacząłem najpierw biegać po ulicach, a potem szybko chodzić. Nawet biegając, wypalałem papierosa za papierosem. Oddychałem bardzo szybko i nerwowo. Tak jak poprzednio szeptałem coś do siebie, machałem rękoma jak najbardziej i uciekałem.

Po pewnym czasie zacząłem powoli dochodzić do siebie. Choć wchodzenie w ten stan traktowałem jako eksperyment, który już minął, chodziłem szybko i nadal nerwowo paliłem papierosa. Będę musiał czekać następne dwadzieścia cztery godziny, aby to powtórzyć! Mimo iż ten stan trwał już prawie trzy miesiące, kolejna doba była całą wiecznością. Coś weszło we mnie, odebrało wielką część życia i chce odebrać następne kęsy? Straciłem spokój ducha, cały system wartości, a będę mógł stracić pracę i wszystko inne! I ja mam się poddawać? Nikomu jeszcze nie udało się tyle! Przecież tak naprawdę nie dzieje się nic! To tylko ułuda! Podszedłem do pobliskiej akacji i z całej siły uderzyłem pięścią. Coś chrupnęło, poczułem ostry, przenikliwy ból, a krew popłynęła po pniu. Na dodatek złamałem sobie dłoń… Przyjrzałem się i wystawała kość. Zdjąłem kurtkę, owinąłem nadgarstek i szybkim krokiem wróciłem do domu.

Zadzwoniłem na pogotowie i przyjechali po godzinie. Spytali, co się stało, a gdy powiedziałem prawdę, dopytali, czy jestem pijany. Zaprzeczyłem. W jaki sposób patrzyli? Jak na wariata? Nawet nie jak na wariata, ale na wariata, gdyż tak się zachowałem i właśnie do takiego stanu doprowadziła mnie choroba. Odwieźli na ostry dyżur do szpitala, tam dowiedziałem się, że poleżę cztery dni, a może i tydzień. Co ja powiem w pracy? Przecież mnie wyrzucą. To już koniec marzeń o powrocie do dawnego, beztroskiego życia. Nie pozostanie po nim nawet cień. A co z moim nocnym stanem? Jak teraz będę mógł dojść do siebie, chodząc? Przecież nie będę tego robił po szpitalnych korytarzach. A co z planem na cały dzień? W szpitalu będę spał dużo dłużej. Pewnie znów będę się męczył zaburzeniami postrzegania. Może opowiedzieć lekarzowi o moim stanie psychicznym? Może oni jakoś pomogą? Może to jest dobry czas na inną – nową terapię? A może przez to, że będę w szpitalu i nie będę chodził, spróbuję zapanować nad tym stanem?…

Tej samej nocy wzięto mnie na zabieg. Miejscowe znieczulenie, prawie godzina i po wszystkim. Zaszyli rękę, usztywnili metalowym stelażem, owinęli bandażem i kazali iść do sali, gdzie miałem swoje, szpitalne łóżko. Z jednej strony byłem potwornie zmęczony i chciało mi się spać, ale nie mogłem do tego dopuścić, aby znów widzieć nienormalnie. Zmagałem się tak ze sobą tylko kilkanaście minut, aż zasnąłem jak kamień.

ROZDZIAŁ VII

Obudziłem się o dziewiątej, był obchód. Lekarz zaczął wypytywać, jak się czuję, czy ręka boli. Potem spytał, jak doszło do wypadku. Powiedziałem prawdę. Wspomniałem o wizytach u neurologa, psychiatry i o moim stanie. Chciał wiedzieć, jak często chodzę na wizyty, jakie biorę lekarstwa i czy coś pomagają. Przepisał inny środek uspokajający, podobno miał pomóc. Zadzwoniłem do pracy z informacją, że jestem w szpitalu i pobędę tu przez najbliższych kilka dni. Rozmawiał ze mną kolega i zadeklarował się, że mnie odwiedzi. Poprosiłem o parę książek, dyktafon z kilkoma kasetami i zapasem baterii. Przez cały dzień nie miałem nic do roboty. Próbowałem czytać gazety, czy oglądać telewizję, ale niestety, wszystko było zmienione. Takie samo jak wtedy, dopóki nie zacząłem stosować swojej metody. Na czymkolwiek bym nie próbował się skoncentrować, spełzało na niczym. Zamiast zwracać uwagę na treść filmu, widziałem tylko jakieś postaci, a każda z nich była niemal namacalna obok – w tym samym świecie, co ja. Mówiły tak, że nie słyszałem, co mówią, ale w jaki sposób. Próbując czytać gazetę, widziałem niesamowite znaczki, które ludzie nazywali literami. Pojedynczo rozróżniałem je, ale połączone w wyraz lub zdanie były tylko bełkotem, miksturą zupełnie niezrozumiałą. Aby pojąć sens pojedynczych zdań, musiałem wytężać nieźle umysł i wzrok. Takie czytanie nie miało sensu. Długi czas leżałem w bezruchu w łóżku i zmagałem się ze sobą, aby rozmowy dochodzące zewsząd nie przyprawiały o kolejny zawrót głowy. Po jakimś czasie wstałem i zwiedziłem prawie cały szpital. Chodziłem po korytarzach i widziałem ludzi z różnymi schorzeniami. Te najbardziej widoczne robiły największe wrażenie. Ja tylko z zawiniętą dłonią, a oni – czasem bez nóg, czy ręki. Byłem zdrów jak ryba, a rozczulałem się nad sobą. Miałem siebie dość. Przynajmniej na jakiś czas.

Czasem siadałem gdzieś w odludnym miejscu na parapecie i z zamkniętymi oczyma. Próbowałem opanować ten stan sposobem znajomej bioenergoterapeutki i wiadomo, jak to się skończyło. Jak się skończy następnym? Kto wie? Nie mam nic do stracenia. Taka egzystencja jak dotąd nie ma najmniejszego sensu, więc trzeba spróbować. Zdałem sobie sprawę z jednego – życie to ciąg dni, w którym odnajdujemy własnego siebie, swoje marzenia, potrzeby, swój ból i cierpienie, szczęście i smutek. A co ostatnio ze mną się dzieje? Mnie już nie ma. Są tylko dni płynące w podobnym tempie jak kiedyś. Zostałem zniewolony do tego stopnia, że nie widzę, nie słyszę tego, co się dzieje, każda chwila jest temu podporządkowana, a świadomość samego siebie ograniczyła się do faktu przetrwania. Jeśli nie będę walczył, do końca życia będę wegetował. Tak być nie może.

Większość dnia spędziłem na rozmyślaniach w samotności, aż nadszedł zmrok. Wiedziałem, że tej nocy nie będę gotów na tę walkę. Muszę się lepiej przygotować psychicznie. Całkowicie uspokoić po wydarzeniach poprzedniego dnia i zebrać siły na decydujące starcie. Do tego czasu postanowiłem tylko wegetować, aby naładować akumulatory. Położyłem się do łóżka około dwudziestej pierwszej.

Gdy udawałem zapalenie wyrostka robaczkowego, trafiłem do szpitala. Spędziłem tam cztery dni, gdyż wyrostek szybko wykluczyli, a badali pod kątem innych ewentualnych chorób. Był to szpital dziecięcy, codziennie przychodziła nauczycielka i prowadziła krótkie indywidualne lekcje. W szkole byłem kiepski z historii i miałem spore kłopoty z ocenami. Pani w szpitalu zrobiła wykład na temat typów architektury kościelnej – gotyckiej lub romańskiej. W szkole nie mogłem zapamiętać, co jest co, a tu pojąłem w mig. Wtedy do mnie dotarło, że w indywidualnych jestem w stanie o wiele lepiej się skoncentrować. Nie rozumiałem, czemu tak jest. Może zawsze stroniłem od towarzystwa, bo czułem się nim przytłoczony i stąd w szkole kiepskie wyniki? Może zawsze było ze mną coś nie tak?…

Około trzeciej nad ranem obudził mnie ten sam stan. Tego dnia zgodnie z planem nawet nie próbowałem z nim walczyć, lecz nie chciałem budzić innych pacjentów, więc przez pewien czas starałem się nie wstawać z łóżka. Nie dałem rady. Wskoczyłem w kapcie, wziąłem z szafki papierosy i poszedłem szybkim krokiem do palarni. Oddech jak zwykle nerwowy i mówiłem do siebie. Kiedy tam doszedłem, zapaliłem pierwszego. Po chwili pojawiła się młodziutka pielęgniarka. Przyszła za mną, bo słyszała, że mówię do siebie na głos i to ją zaniepokoiło. Kiedy tak chodziłem od ściany do ściany, podeszła i biorąc mnie za rękę, próbowała uspokoić, ale bez skutku. Stała tak dobre piętnaście minut, a ja wypalałem jednego za drugim. Potem, kiedy już w miarę doszedłem do siebie, podziękowałem, że przyszła i chciała pomóc. Powiedziała, że skoro nie mogę spać, to może przyjdę do jej pokoju i pogadamy. Oczywiście się zgodziłem.

Była piękną kobietą. Około stu siedemdziesięciu centymetrów wzrostu, włosy proste i bardzo ciemne, oczy zielone, twarz niemal bez rys czy zmarszczek, nos mały, nie za duże usta, dość szczupła. Ruchy miała powolne, ale nie anemiczne. W sam raz takie, aby nimi oczarować faceta. Mówiła spokojnie i sprawiała wrażenie cały czas uśmiechniętej, a jej oczy przymykały się prawie na koniec każdego zdania. Rękoma delikatnie poruszała, nie za bardzo, ale z wymową. Po kilku minutach rozmowy zapomniałem o własnych problemach, słuchałem jej wyszukanych słów, patrzyłem na kolejne uśmiechy, ogarniał mnie spokój i błogość. Rozmawialiśmy dobre dwie godziny. Najpierw o tym, co się ze mną dzieje, potem jak doszło do złamania ręki, aż wreszcie otworzyłem się przed nią całkowicie i zwierzyłem z problemów w pracy. Słuchała, jak mi się wydawało, ze zrozumieniem. Ona też opowiedziała kilka rzeczy o sobie: o tym, jak to zerwał z nią facet; o tym, że niedawno umarła jej matka. Zauważyłem, że nie tylko ja ją, ale i ona mnie bardzo polubiła. Nasze dyskusje dotyczyły ważnych spraw i były szczere. W końcu zmorzył mnie sen. Powiedziała, kiedy będzie znów na dyżurze i zaprosiła na pogawędkę. Wróciłem do pokoju i padłem na łóżko. Pierwszy raz od trzech miesięcy, ciesząc się miękką poduszką, ciepłem kołdry i błogą ciszą, układałem się na nim z rozkoszą. W moim życiu pojawiła się piękna, nieznajoma kobieta – zjawisko tak inne od tego, co czułem przez ostatnie kilka miesięcy. (O Śledzonej już dawno zdążyłem zapomnieć.) Akceptowała mnie ze wszystkimi przywarami. Po niedługim czasie usnąłem.

Następny dzień był taki jak poprzedni. Poranny obchód, przesiadywanie samotnie z dala od ludzi i rozmyślanie. Nic konkretnego się nie działo, zresztą i ja nie miałem ochoty na nic poza odpoczynkiem. Wieczorem, zgodnie z umową przyszedł kolega z pracy, przyniósł dwie książki, dwa pisma fachowe, trochę owoców, coś do picia i dyktafon. Opowiedział, co się dzieje w pracy i że wszyscy naprawdę się martwią. Jak to się martwią? Przecież na pewno mają pretensje, że nie ma mnie w pracy. A nawet jeśli nie, to zmienią zdanie, jak się dowiedzą, co sobie zrobiłem. Pewnie mówią, jaki jestem biedny, jaki nieszczęśliwy. Aż mi się nie chce o nich myśleć… Dyktafon był potrzebny, aby w nocy go włączyć i na gorąco próbować jak najdokładniej opisać ten stan. Może jest coś, co przeoczyłem? A może spotkam jakiegoś specjalistę, który po wysłuchaniu tego, będzie w stanie pomóc?

Kolejna noc, zresztą, jak i następne, nie przyniosła przełomu. Budził mnie ten sam stan, a ja nie umiałem się z nim w żaden sposób zmierzyć. To on nade mną panował i kazał wstawać z łóżka, chodzić, mówić do siebie i palić papierosa za papierosem. I chyba już tej nocy całkowicie się poddałem i przestałem próbować go okiełznać. Miałem dość własnego koszmaru, chciałem uciekać, a nie się z nim mierzyć. Także pewnej dozy zaniechania dodał fakt akceptacji mojej choroby przez pielęgniarkę, a ona stanęła mi przed oczyma na dobre. Teraz także wiem, że gdy złamałem sobie rękę, panowała nade mną wściekłość – ta sama, w którą wpadłem po odebraniu od Śledzonej portfela. W jednym bioenergoterapeutka miała rację, mówiąc, że zabieg raczej nie pomoże.

Nadszedł czas kolejnego nocnego dyżuru przemiłej pielęgniarki, więc poszedłem do niej. Być może zbyt dużo naopowiadałem o moim stanie? W końcu facet łamiący sobie rękę z wściekłości raczej powinien budzić niepokój i uczucie dystansu, niż wywoływać pozytywne emocje w kobiecie. Zapukałem w uchylone drzwi i usłyszałem ciepły głos „proszę”. Wszedłem. Zajęta była wypełnianiem jakichś papierów, lecz na mój widok uśmiechnęła się promiennie i przywitała. Zaproponowała coś do picia. Mimo późnej pory poprosiłem o kawę. Wyglądało na to, że moje opowieści nie zrobiły na niej złego wrażenia, a może wręcz odwrotnie – wywołały zaciekawienie i opiekuńczość. Aktualnie wiem, że niektóre kobiety uwielbiają nieokrzesanych facetów, a takim niewątpliwie byłem, łamiąc sobie dłoń. Rozmawialiśmy dobre trzy godziny z krótkimi przerwami, kiedy to musiała dopełnić obowiązków związanych z dyżurem. Dostrzegłem coś dziwnego. Otóż przy niej mogłem doskonale się skupić na rozmowie. Słowa nie rozpływały się gdzieś w niebycie, gesty pozostawały gestami, a uśmiechy budziły uśmiech. W jej obecności wracałem do stanu sprzed czasu nocnych stanów.

Tym razem rozmawialiśmy o błahych sprawach takich jak filmy, muzyka, ulubione potrawy, a przychodziło mi to niezwykle łatwo. Mógłbym tak bez końca. Nawet przez chwilę nie przyszedł mi na myśl mój ciężki stan. Pierwszy raz od dawna żyłem chwilą. Odpłynąłem w rzeczywistość i czas teraźniejszy. Na koniec, tłumacząc, że od czasu do czasu ma na to ochotę, poszła ze mną do palarni i poprosiła o papierosa. Paląc, wspomniała, iż przeszła ciężkie chwile i było niełatwo, ale trafiła na dobrego psychologa, który pomógł jej stanąć na nogi i zaproponowała, że gdybym chciał, to chętnie da numer. Lekko poruszając szyją i głową, zaciągała się niezwykle seksownie, z delikatnym sykiem i natchnieniem. Zwykle widok kobiet palących budzi we mnie negatywne odczucia, ale nie tym razem. Patrzyłem na nią jak w obrazek. Przestępowała seksownie z nogi na nogę, wypinając biodra a to w jedną, a to w drugą stronę. Zerkała mi w oczy, a po chwili skupiała się na papierosie. Mrugała powiekami i zamykała je na dłuższy czas. Kilkakrotnie wyciągała rękę, jakby chciała mnie dotknąć, ale cofała ją, przykładała sobie do brzucha, po czym znów kierowała w moją stronę. Jej intonacja falowała, od głosu apodyktycznego, przez zalotny, aż po nostalgiczny. Czasem ściszała głos tak, że ledwo ją słyszałem, a czasem mówiła donośnie. Spotkałem ją i to się liczyło… Kilka chwil później, gdy skończyliśmy palenie, pożegnaliśmy się i wróciłem do łóżka, a ona do swoich zajęć.

Czemu ona mi proponuje psychologa? Czy przypadkiem nie jest tak miła, bo wie, że właśnie tego potrzebuję? W końcu widzi faceta, którego życie legło w ruinie, więc stara mu się pomóc. Jednakże moja druga część podpowiadała mi, iż jedno nie wyklucza drugiego i być może zarówno próbuje pomóc, jak i poczuła sporą sympatię. A może to jej empatia ją spowodowała? Dużo, dużo później zdałem sobie sprawę, że to empatia jest siostrą sympatii i głębokiego uczucia. Bez niej nie ma prawdziwej miłości, przyjaźni ani emocjonalnej bliskości. To ona zacieśnia więzy, rodzi emocje zarówno pozytywne, jak i negatywne, a bez pełnego ich wachlarza każdy związek jest niepełny.

Mimo wypitej w środku nocy kawy usnąłem bez problemu, niemalże od razu. Obudził mnie dopiero poranny obchód. Pojawił się na nim ktoś nowy. Może jest tu z mojego powodu? Niechętnie jeszcze raz opowiedziałem o nocnych stanach i zaburzeniach percepcji, on pokiwał głową z namiastką zrozumienia i zanim przeszli do następnego łóżka, stwierdził, że później poprosi mnie na dłuższą rozmowę. Czekając na śniadanie, zdałem sobie sprawę, że tej nocy koszmar nie powrócił. Co prawda spałem bardzo krótko i może nie było na to wystarczająco czasu. A może to przełom?

Jedyny raz w życiu miałem dziewczynę. Była niska, bo miała trochę ponad sto pięćdziesiąt centymetrów wzrostu, ale bardzo ładna. Długie, bo do połowy pleców blond włosy, pociągła twarz, z lekko zarysowanymi kościami policzkowymi, nieduży nos, dość namiętne usta, smukła szyja, była bardzo szczupła, ale biodra miała szerokie i ładnie zaokrąglone. Do tego wszystkiego poruszała się w dziwny sposób: wyglądało, jakby cały czas szła na nieco ugiętych kolanach. Taka była. Najpierw mnie cyklicznie zagadywała, a potem po prostu zaprosiła na długi spacer poza miastem. Pojechaliśmy jej samochodem i włóczyliśmy się bez celu po lesie. Kilka dni później spędziliśmy u niej noc, a gdy się obudziłem, słyszałem grającą płytę. Była to „Pasja” Petera Gabriela. Ten stan, kiedy ledwo obudzony, chłonąłem te dźwięki. Wydawały się wręcz magiczne. Jakbym dostąpił jakiejś nirwany. I widziałem ją krzątającą się po domu w szlafroku, z nieco rozczochranymi włosami. (Pamiętam, że tylko raz czułem się podobnie. Pojechaliśmy z kolegą samochodem w plener, a z odtwarzacza leciały „Cztery poru roku” Vivaldiego. Gdy dojechaliśmy na miejsce, cały czas je słyszałem. Była wiosna, piękna słoneczna pogoda i delikatny wiatr, dający powiew zarówno swoistej świeżości, jak i oderwania od reszty świata. Nie istniało nic poza tą muzyką w pamięci, wiatrem i ówczesną chwilą.) Leżąc i słuchając Gabriela, było podobnie, tyle że tym razem miałem obok swoją kobietę. Czego mi trzeba było więcej? Oczyma wyobraźni widziałem te dźwięki. Podeszła, położyła się obok i powiedziała cztery słowa: „ta muzyka, to ja”. Nic więcej. Tylko to. Przez dłuższy czas tego nie rozumiałem, bo przed oczyma miałem szczęśliwą kobietę, a w głowie obraz męki Chrystusa. Jedno do drugiego nie pasowało. I w zasadzie już wtedy czułem, że jest z nią coś nie tak. Nie wiedziałem co, ale to czułem. I tak na dobrą sprawę, nie zdziwiło mnie to, co później się wydarzyło. Zrobiła śniadanie do łóżka i razem je tam zjedliśmy. Potem znów się kochaliśmy. Powtarzaliśmy te spotkania przez pewien czas, ale niestety, kilkanaście dni później ze mną zerwała. Płakała przy tym bardzo i nie rozumiałem, czemu to robi. Stwierdziła tylko, że nie jest w stanie ze mną być. Potem wielokrotnie do niej dzwoniłem i za każdym razem szlochała w słuchawkę. Aktualnie wiem, że miała problem, który nie pozwalał na stworzenie trwałego związku. Może takie osoby przyciągam, a może, wiedząc o swoich problemach, po prostu próbowała z wieloma chłopakami? Przypominając sobie ją, do dziś w jakiś sposób cierpię psychicznie. I to nie z własnego powodu, ale z jej. Po prostu nie mogę zapomnieć tego jej płaczu. I tej muzyki…

Leżałem w łóżku, odganiając sen w obawie przed koszmarem i dopiero gdy zjadłem śniadanie, bezsilnie popadłem w objęcia Morfeusza. Spałem około trzech godzin i nie przeszkadzały mi w tym rozmowy innych pacjentów. Obudził mnie ten nowy z porannego obchodu i zaprosił do innej części szpitala, gdzie miał swój gabinet. Okazał się psychiatrą, który chciał sprawdzić, czy nie zrobię sobie jakiejś krzywdy. Zapewniłem go, że drugi raz tego nie popełnię. On ponotował coś w papierach, powiedział, że zmieni nieco środki uspokajające i kazał wracać do siebie. Poszedłem do sali telewizyjnej, usiadłem na krześle i zacząłem się tępo wpatrywać w ekran. Zdałem sobie sprawę, że ten stan nie powrócił także w ciągu ostatnich kilku godzin snu. Niestety, zmieniona percepcja powróciła. Obrazy z telewizji rozpływały się poza świadomością, głosy zaczęły znów tylko dudnić, zamiast nieść jakąkolwiek treść, moje kończyny wydawały się obce, oddech miał formę własnej egzystencji, a pacjenci obok żyli jakby w innej rzeczywistości. Nadzieja na szybkie wyzdrowienie spłonęła tak samo szybko, jak się pojawiła.

Dzień powoli się kończył, pielęgniarki nie było w pracy, więc dość wcześnie wieczorem położyłem się spać. Najpierw próbując bezskutecznie czytać czasopisma, które przyniósł kolega, potem wpatrując się w sufit i po prostu błądząc myślami, leżałem dość długo. Może ten stan się nie pojawi, skoro poprzedniej nocy tak było? Poza tym cały czas miałem przed oczyma lekkość, z jaką rozmawiałem z pielęgniarką. Taka czystość umysłu, iż być może część jej pozostanie. Decydujące miało przyjść w nocy. Tkwiłem pogrążony w rozmyślaniach i nawet nie zauważyłem, kiedy zasnąłem.

Ten stan obudził mnie około drugiej w nocy. Tym razem jednak był bliższy, realniejszy i bardziej namacalny. Miałem wrażenie, iż to ja zrobiłem coś strasznego, w wyniku czego zginie cały świat. Pierwszy raz mogłem dostrzec ten ważny niuans. Wcześniej było oderwanie od samego siebie i zmieniona percepcja, które przyćmiewały właściwą ocenę sytuacji, a teraz czułem się winny czegoś nieprawdopodobnie znaczącego, wielkiego i potężnego. Tak jakbym odpalił bombę atomową, która zapoczątkuje nuklearną zagładę. To ja byłem autorem apokalipsy, cały ogrom winy leżał po mojej stronie i nic nie mogło tego zmienić. Przytłaczało i przerażało jeszcze bardziej niż zwykle. Powróciły także te same ciemne kształty i wygoniły z łóżka. Coś mnie otaczało z każdej strony, ściskając do rozmiarów punktu. Ręce znów wydawały się nie moje, nogi miały po kilka metrów długości, w ustach czułem ten sam ni to smak, ni odczucie i coś niewidzialnego oddzielało od tego, co na zewnątrz, tak, że nawet dźwięki dobiegały zza światów. Mimo podobieństw, czy wręcz analogii do poprzednich takich stanów, coś wydawało się inne. Trudno to sprecyzować, aczkolwiek tym razem czułem, że ten stan jest spowodowany przeze mnie. To ja w przeszłości zrobiłem coś, co skutkuje takimi objawami…

Nie byłem w stanie zapanować nad sobą i zostać w łóżku, więc wskoczyłem w kapcie i poszedłem do palarni. Sam dokładnie nie wiem, ile papierosów wypaliłem, ale sądząc po tym, jak szybko paczka się skończyła, musiało być około dziesięciu. Tym razem nikt nie poszedł za mną, więc chodziłem od ściany do ściany, próbując dojść do siebie. Krok za krokiem ucieczki przed samym sobą powoli przynosił wytchnienie i namiastkę normalności. Wszystko minęło za jakiś czas. Nie wziąłem ze sobą dyktafonu, aby nagrać, co dokładnie się ze mną dzieje. Czemu? Nie myślałem logicznie. Po powrocie do sali zaszyłem się w łóżku i nie mając warunków, aby zająć się czymś innym, wiedziałem, że niedługo usnę, a gdy się obudzę, znów percepcja będzie zmieniona. Nawet nie za bardzo mi zależało na czystym umyśle, bo będąc w szpitalu i tak nie miałbym wiele do roboty. Zasnąłem ponownie w jakieś pół godziny.

Podobnie mijały najbliższe dni. W nocy przychodził ten stan, a w dzień żyłem w oddali, oderwany od rzeczywistości i jedynie kolejne spotkanie z pielęgniarką wyrwało mnie z tej maligny. Znów umysł miałem czysty, chętnie opowiadałem o różnych sprawach, słuchałem drugiej strony, a na twarzy kwitł mi delikatny i spokojny uśmiech. Wiedziałem, że to nasze ostatnie wspólne spotkanie w szpitalu, więc poprosiłem o numer telefonu. Tym razem byłem w tak dziwnym stanie, iż nie powtórzyła się sytuacja ze Śledzoną, kiedy zabrakło mi odwagi. Przypuszczalnym powodem tego był fakt, iż pielęgniarka wiedziała o mnie niemal wszystko, więc nie bałem się już przed nią odkryć. Poza tym lekkość mojego stanu psychicznego w jej pobliżu też zrobiła swoje. Podała numer natychmiast, a dodatkowo zanotowałem telefon do psychologa. Spotkania z nią były niesamowitą odskocznią od gnębiących problemów. Na co dzień byłem wyzuty ze spontaniczności i skupiony na próbach ucieczki przed tym stanem, natomiast gdy ją widziałem, byłem żywiołowy i oderwany od problemów. Po wyjściu ze szpitala wielokrotnie zadawałem sobie pytanie, czy się zakochałem. Często widziałem ją oczyma wyobraźni i powtarzałem po cichu jej imię.

ROZDZIAŁ VIII

Zadzwoniłem do niej dzień po powrocie do domu i od razu umówiliśmy się do kawiarni. Tym razem to ona opowiedziała nieco dokładniej o swoich problemach, o tym, jak się z nich wyrwała i spytała, czy rozmawiałem z panią psycholog. Odpowiedziałem przecząco, obiecując, że zrobię to następnego dnia. Potem przez większość czasu gadaliśmy, śmiejąc się głośno, a ja zapominałem o realnym świecie. Odprowadziłem ją do domu, po czym wróciłem do kieratu nocnych stanów i ucieczki od zmienionej percepcji.

Nazajutrz zgodnie z umową zadzwoniłem do psychologa i zapisałem się na wizytę kilka dni później. Pierwsze wrażenie było takie, iż jest to bardzo miła kobieta z dość ciepłym głosem, próbująca od samego początku zaszczepić spokój i pogodę ducha. Niestety, nie wiedziała dokładnie, co mnie sprowadza, gdyż przez telefon nie chciałem się w to za bardzo zagłębiać, toteż niektóre rady były absurdalne w mojej sytuacji. Jednakże po zakończeniu rozmowy zostało wrażenie zrozumienia i łagodności. Chyba to dobry fachowiec i wspaniały człowiek.

Następny raz umówiłem się z pielęgniarką za dwa dni. Spotkaliśmy się w kinie na głupkowatej komedii, po czym poszliśmy na długi spacer. Wędrowaliśmy w stronę jej mieszkania, a ja szykowałem plan, aby zaprosić ją do siebie na jedno z dań, które opracowałem w ostatnim czasie. Teraz nawet nie pamiętam, którędy szliśmy, jaka była pogoda, czy mijali nas ludzie. Wisiałem psychicznie gdzieś między moim stanem a pielęgniarką. Wisiałem i nie dostrzegałem rzeczywistości. Potem wielokrotnie zastanawiałem się, czy pamiętam, gdzie mieszkała. Niestety, uleciało to z pamięci. Wtedy, idąc razem z nią, całkowicie poczułem, że się zadurzyłem. W końcu musiałem uciec bez pamięci w coś, co było jak panaceum. Długo, długo później zrozumiałem, że życie to ciągłe próby poprawiania sobie humoru różnymi środkami i im bardziej mamy je byle jakie, tym bardziej pragniemy być szczęśliwi. Skoro żyłem zdominowany przez ten stan i zmienioną percepcję, to ucieczka w miłość przyszła prawie natychmiast. Oczywiście nie wspomniałem jej o uczuciu, bo wiedziałem, iż na to jest zbyt wcześnie. Na koniec spaceru zaproponowałem kolację u mnie i, ku mojemu zdziwieniu, zgodziła się bez oporów. Umówiliśmy się za kilka dni, na piątkowy wieczór.

Po powrocie ze szpitala znów przyjąłem twarde zasady funkcjonowania pod rozkazami pana i władcy. Kładłem się dość wcześnie, w nocy on mnie budził, a potem już nie szedłem spać. Do pracy wróciłem z usztywnioną ręką, mimo iż miałem zwolnienie lekarskie. A zrobiłem to, aby móc się czymś zająć. Postanowiłem tam powiedzieć całą prawdę, w tym fakt, iż jestem na środkach uspokajających i że idę na psychoterapię. Ku mojemu zdziwieniu, szefostwo, wiedząc, że ciągle jestem zmęczony i niewyspany, przyjęło to spokojnie i zaproponowali zmniejszenie wymiaru pracy do trzech czwartych etatu. Niestety, było to nie do przyjęcia, gdyż w ten sposób miałbym jeszcze więcej wolnego czasu, który musiałbym zagospodarować. Chcąc nadrobić zaległości we śnie, folgowałem sobie w weekendy i po nocnym stanie szedłem dalej spać, wiedząc, że w te dni mogę sobie na to pozwolić, nie martwiąc się zmianami percepcji. Sypiałem wtedy w sumie po dziesięć, czy nawet dwanaście godzin na dobę.

Był przeddzień piątku, w którym mieliśmy się spotkać u mnie w domu. Dokładnie posprzątałem wszystkie zakamarki, zrobiłem zakupy na wieczorną kolację i obmyślałem, w jaki sposób się do niej zbliżę. Telefon zadzwonił około dwudziestej. To była ona. Wyświetlające się jej imię było chyba najpiękniejszym słowem, jakie znałem. Stojąc przy oknie, mówiłem podniesionym głosem, oddech przyspieszył i przebierałem nogami. Od razu, na początku rozmowy powiedziała, iż uraziłem ją słownie ostatnim razem i co zamierzam z tym zrobić. Nie miałem bladego pojęcia, w czym rzecz. Rozmowa trwała krótko i była przez nią prowadzona w bardzo zasadniczy i oschły sposób. Potem powiedziała, że będzie u mnie następnego dnia i będzie jej miło, pożegnała się i szybko rozłączyła. Zaraz po zakończeniu, mimo usztywnionej ręki, wsiadłem w samochód i pojechałem, aby wyjaśnić problem osobiście. Z samochodu zadzwoniłem i poprosiłem o spotkanie, mówiąc, co planuję. Stwierdziła, żebym nie przyjeżdżał, że to koniec naszej znajomości i życzy wszystkiego dobrego. Próbowałem nalegać na spotkanie, ale im bardziej próbowałem, tym bardziej oponowała. W końcu rozłączyła się ze słowami: „żegnaj na zawsze”.

O co chodzi? Miałem ochotę wyć! Nadzieja została zburzona w sposób brutalny i bezpardonowy! Wszystko zaczęło mi się mieszać w głowie i dopadło mnie uczucie bardzo przypominające nocny stan. Musiałem zatrzymać samochód i wyjść, aby to rozchodzić. Paliłem papierosa za papierosem. I ta jeszcze bardziej zmieniona percepcja zarówno wzrokowa, słuchowa, jak i dotykowa. Pierwszy raz byłem w tym koszmarze nie we śnie, ale na jawie. Chodziłem tak w pobliżu samochodu kilkanaście minut i gdy się już uspokoiłem, wsiadłem z powrotem, pojechałem po sześciopak piwa i wróciłem do domu, aby się upić. Nastąpiło to dość szybko, bo już przy czwartej puszce. Zasnąłem na fotelu tylko przy włączonej lampce i spałem aż do rana.

Następnego dnia zwlokłem się, wziąłem prysznic i pojechałem do pracy. Niestety, byłem kompletnie nieefektywny, bo nie dość, że miałem omamy po przespanej nocy, to jeszcze to brutalne zakończenie znajomości przez pielęgniarkę. Tego dnia nie zrobiłem zbyt dużo. Krzątałem się po biurze bez celu lub tępo wpatrywałem w ekran komputera. Co było pozytywne, to ani szefostwo, ani współpracownicy nie próbowali się wtrącać, bo wiedzieli o moich problemach.

W pierwszej pracy rzucono mnie na głęboką wodę i kazano się zająć niedokończonym projektem programistycznym. Nie miałem jeszcze doświadczenia i na początku wydawało się, że sobie nie poradzę. Podpytać też nie miałem kogo, bo byłem jedynym programistą. W pracy zmagałem się z problemem i będąc w domu, robiłem to samo. Informatyka była moim całym światem. Już wtedy wolałem ją niż towarzystwo. Czy zawsze byłem inny? Chyba tak. Nawet będąc dzieckiem, wolałem siedzieć w domu, niż bawić się z rówieśnikami. Aż dziw, że wtedy ktoś nie zaprowadził mnie do psychologa, aby sprawdzić, czy ze mną wszystko w porządku. Może mam coś z autyzmu? Kto to wie. Nigdy tego nie odważyłem się u siebie zdiagnozować.

ROZDZIAŁ IX

Nadszedł dzień wizyty u psychologa. Nawał problemów sprawił, że czekałem na to, jak na zbawienie. Oprócz nocnego koszmaru i zmienionych stanów świadomości doszło kompletnie niezrozumiałe zachowanie pielęgniarki i chyba to ostatnie najbardziej bolało, gdyż do reszty zdążyłem się w jakiś sposób przyzwyczaić. Dopiero co się w niej zadurzyłem, a ona ucięła wszystko jedną krótką rozmową. Próbując wyjaśnić, co się stało, później jeszcze zadzwoniłem raz, ale gdy tylko usłyszała mój głos, wściekła się i zasyczała z nienawiścią, żebym więcej nie dzwonił. Wiedziałem, że to była wielka nienawiść, bo takie uczucie można rozpoznać w głosie. Nienawiść tak wielka, iż dotarło do mnie, że to koniec. Koniec, mimo iż ja nic nie rozumiałem. Musiałem zaakceptować ten fakt, nie znając przyczyn, a to zwykle jest najtrudniejsze. Nie wiedziałem także, czemu nagle było w niej tyle agresji. To jak przeskakiwanie ze skrajności w skrajność – od wielkiej sympatii do wrogości.

Przyszedłem do pani psycholog na umówioną godzinę i gdy przekroczyłem próg gabinetu, przedstawiła się, po czym zaprosiła, abym usiadł w wygodnym fotelu. Zaproponowała, żebym chwilę posiedział w ciszy, uspokoił emocje, a następnie spytała, skąd miałem do niej telefon. Usłyszawszy, iż od jej byłej pacjentki, powiedziała, że jeśli łączą mnie z nią jakiekolwiek relacje, to żebym nie zdradzał, kim ona jest. Na początku tego nie rozumiałem, ale wyjaśniła, iż chcąc być obiektywna w tej sprawie, nie może wiedzieć, o kogo chodzi. Następnie poprosiła, abym dokładnie opisał, z jakimi problemami przychodzę. Wiedziałem, że w tym momencie przydałby się dyktafon z nagraniami z nocnych stanów, ale zrobić tego nie mogłem, więc musiałem wyłuszczyć problem tak, jak potrafiłem najlepiej. Opisałem zdarzenie w parku, które wszystko zapoczątkowało, potem opowiedziałem o tym stanie i co pod jego wpływem mi się wydaje, i wreszcie o zaburzeniach percepcji. Mówiłem prawie całą godzinę, ona słuchała i wpatrywała się we mnie z niezwykłą przenikliwością.

Miała mniej więcej czterdzieści lat, krótkie, ciemne włosy, pogodną twarz i nieco tęższą budowę ciała. Wpatrując się i słuchając mojej opowieści, uśmiechała się czasem delikatnie i mówiła, abym się nie bał, po czym znów z miną pełną empatii chłonęła słowa. Na koniec spytała, jakie biorę leki i stwierdziła, że w sumie nie ma pojęcia, czym jest mój stan, ale i tak postara się pomóc. Zupełnie na odchodne zaproponowała, żebym zadzwonił, jak to wróci. Wiedząc, że nie mogę jej obciążać swoim problemem poza umówionymi spotkaniami, odmówiłem. Jednak ta propozycja pozwoliła mi zrozumieć, jak bardzo jest zaangażowana w swoją pracę. Umówiliśmy się na wizytę za trzy dni, pożegnaliśmy i wyszedłem.

Nie dostałem gotowej odpowiedzi na to, co mi jest i jak temu zaradzić. Miałem nadzieję, że wejdę, opowiem i dostanę gotowy przepis, a tymczasem powiedziała, iż nie wie, z czym ma do czynienia. Z drugiej jednak strony zdawałem sobie sprawę, że takich rzeczy nie leczy się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, bo odwiedzając psychiatrów, tego już się nauczyłem, więc nie nalegałem na szybką diagnozę. Dodatkowo ilość informacji na temat mojego koszmaru sprawiła, że nie zdążyłem spytać o całą sytuację z pielęgniarką. Wiedziałem, że następną wizytę zacznę właśnie od tego.

Tymczasem dni mijały identycznie. Po pracy wracałem do domu, zajmowałem się wymuszonymi rzeczami, kładłem się zwykle dość wcześnie, ten stan mnie budził między pierwszą a czwartą i po nim już byłem na nogach. I tak w kółko. Czasem tylko korciło, aby zadzwonić do pielęgniarki, ale w porę mówiłem sobie nie. W moich oczach mało zachowań było gorszych niż naprzykrzanie się kobiecie. Powiedziała nie, to znaczy nie. Szczególnie że już raz próbowałem. Raz i wystarczy.

Nastąpiło kolejne spotkanie z panią psycholog i zanim powiedziałem coś od siebie, poprosiła, abym spróbował wyrazić, co czuję w danej sytuacji. Nie za bardzo wiedziałem, o co chodzi, bo nikt nigdy w życiu mnie o to nie pytał. Nawet się tym nieco zdenerwowałem, bo nie chciałem wyjść na ignoranta i powiedzieć, że nic. Jednak czułem… Skupiłem się na temacie pielęgniarki, opisując całą naszą znajomość, miłe spotkania, wspólne, pełne uśmiechów chwile i to jak zarzuciła mi, iż ją uraziłem, potem o próbie wyjaśnienia sytuacji, i wreszcie o metamorfozie w nienawiść. Odpowiedź terapeutki była szokująca i na początku nie zrozumiała: „Moim zdaniem to była kobieca gierka, mająca na celu sprawdzenie pańskiej pewności siebie. Ona zarzuciła panu, że powiedział pan coś niestosownego, co ją uraziło, aby sprawdzić, na ile panu na niej zależy i czy jest w stanie pana wpędzić w poczucie winy. Gdy się okazało, że panu bardzo zależy i jest pan pod jej wpływem, wycofała się, bo nie spełnił pan oczekiwań. Takie kobiety oczekują, że mężczyzna będzie jak skała, obejdą go próby wbicia w poczucie winy i nie będzie latał na każde zawołanie. Potem gdy z panem zerwała, dopadły ją wyrzuty sumienia z powodu tego, w jakim stanie pana zostawiła i nie miała ochoty już pana widzieć. I stąd gwałtowna reakcja.”

Wiedziałem, że temat pielęgniarki jest zamknięty. Zastanawiałem się nad tym, że ktoś, kto sam korzystał z usług terapeuty, może używać takich gierek, szczególnie iż jest to pielęgniarka, która pomaga innym na co dzień. Doszedłem także do wniosku, iż się przed pielęgniarką otworzyłem, ponieważ w ogóle się nie znaliśmy i nie obawialiśmy mówić prawdy. Oboje mieliśmy za sobą ciężkie chwile, ona była w pracy, ja chory i pod jej opieką. Toteż dlatego nie miałem problemów, aby poprosić ją o numer telefonu. Potem pani psycholog odpytała o fakty z dzieciństwa i młodości. O to, jak było w rodzinnym domu, jak żyło mi się z rówieśnikami i co z dzieciństwa pamiętam najbardziej. Wszystko analizując i wyciągając odpowiednie wnioski, zmieniała niezrozumiałą jak dotąd przeszłość w coś, co wyjaśniało moje zachowania. Było to niezwykle ciężkie, ale konieczne w procesie psychoterapii. Wysłuchała opowieści o przeszłości, czas nieubłaganie się skończył i rozstaliśmy się. Po raz kolejny nie usłyszałem, co mi jest i jak temu zaradzić, ale obiecała, że powie co nieco na ten temat na następnym spotkaniu.

W połowie studiów poznałem jedną dziewczynę, spotkałem się z nią raz na gruncie prywatnym na spacerze w parku i umówiłem na prawdziwą randkę w knajpie. Czekałem przed wejściem dobre dwadzieścia minut, w końcu pojawiła się spóźniona, ale przyjechała na rowerze i oświadczyła, iż jest teraz umówiona, że się odezwie i następnym razem na pewno spotka. I odjechała. Zaciskając pięści i marszcząc czoło, wróciłem do domu i wypiłem trzy piwa. Chwilę potem wysłała sms’a z pytaniem, co u mnie. Odpisałem prawdę, że jestem bardzo zły. Następnie dostałem wiadomość, że jestem za mało odporny, nie przeszedłem próby i kiepski ze mnie materiał na faceta. Poszedłem po kolejne trzy piwa i się upiłem. I to ja mam być nieodporny? Może i jestem, ale w tym wypadku nie miałem ochoty na znajomość z taką dziewczyną!

Kolejnych kilka dni mijało bez zmian. Conocne koszmary wyznaczały już od dawna cykl dnia i nocy. Istniał tylko rytm. Ja i moje potrzeby byliśmy temu podporządkowani. Próbując zachować resztki tego, co pozostało, żyłem gdzieś w półmroku świata. Dodatkowym ciężarem były wspomnienia, które uruchomiła terapeutka. Musiałem je w sobie jeszcze raz przeżywać i mimo iż nie było to lekkie, wiedziałem, że jest konieczne. Czekałem na kolejną godzinę terapii jak na zbawienie. Przelałem całą swoją nadzieję na panią psycholog i jej metody. Jak się później okazało, wierzyłem jej od samego początku. I to właśnie ta wiara okazała się w przyszłości kluczowa dla mojego zdrowia. Mawiają, że ona góry przenosi, a ja stwierdzę, iż jest fundamentem szczęścia i spokoju. Dzieje się tak, ponieważ posiadając ją, uruchamiamy w sobie siłę, na którą nie byłoby nas stać bez niej. Czasem jednak potrafi się obrócić przeciwko nam, kiedy nadzieje w niej pokładane nie zostaną urzeczywistnione. Wtedy, kiedy ginie nadzieja na lepsze jutro. A nadzieja umiera ostatnia…

Następna wizyta u pani psycholog zaczęła się w sposób identyczny jak poprzednia. Miałem najpierw wyciszyć emocje, a potem wyrazić, co czuję. Sprawiało to wtedy olbrzymią trudność, gdyż, jak mi się wydawało, czułem tylko spokój, a poza tym miałem się ogólnie źle. Zupełnie nie zdawałem sobie sprawy z pełnego wachlarza emocji, które we mnie buzowały. Jak później zrozumiałem, złemu samopoczuciu towarzyszyły takie uczucia jak lęk, poczucie winy, bezsilność i smutek. Brak kontaktu z emocjami był głównie wynikiem ucieczki przed nimi, lęku i faktu, iż nigdy na ich temat nie rozmawiałem. A właśnie prawidłowe odczuwanie jest kluczem do spokoju ducha i zdrowia psychicznego. Widząc, że nie umiem ich wyrażać, prowadziła mnie przez ten nowy świat, zadając pomocnicze pytania i naprowadzając na odpowiedzi. Chciała, abym to ja sam odnalazł je w sobie. Przeanalizowała ze mną całą sytuację z pielęgniarką pod kątem emocji, potem przeszliśmy do nocnego stanu. Kierowany sugestiami, doszedłem do wniosku, iż to, co mi się najbardziej kojarzy z tym koszmarem, to strach i poczucie winy. Potem pojawiła się niemoc, a ona była wynikiem bezsilności wobec efektów jego wpływu. Zapytałem ją, czym według niej jest ten nocny stan. Odpowiedziała: „Pierwszy raz się z czymś takim spotykam i nie za bardzo wiem, co powiedzieć, ale według mojej wiedzy, są to wychodzące z podświadomości wyparte emocje. Przez długie lata nie zdawał pan sobie z nich sprawy i uciekał przed nimi, więc nazbierało się ich całkiem dużo i teraz kipią. Stąd tak dużo w nich strachu i poczucia winy.”

Dopytałem, czym w takim razie jest zmieniona percepcja zarówno w trakcie koszmaru, jak i za dnia. „Moim zdaniem jest to tak zwana depersonalizacja i derealizacja. Trochę się to różni od tego, co czytałam w podręcznikach, ale pewne aspekty są zbieżne. U pana polega to na tym, że bardzo silne emocje tak mocno wpływają na psychikę, iż tworzą barierę w poprawnym odbiorze rzeczywistości. Potrafią zaburzać zmysł wzroku, słuchu, smaku czy dotyku. Powtarzam, że u pana jest to bardzo nietypowe i nie mam pewności.”

Jak zrozumiałem, pozornie banalne zdarzenie w parku było wyzwalaczem całych pokładów tego, co wyparte. Raz uruchomione szalało w głowie bez mojej kontroli, potem znajdując sobie ujście, co noc kipiało, a w dzień ukryte w podświadomości dawało o sobie znać w tak znaczący sposób.

Kolejne wizyty u terapeutki zaczynały się w sposób niemal identyczny – uspokojenie emocji i wyrażenie tego, co czuję w danej chwili. Zacząłem uświadamiać sobie coraz więcej nurtujących uczuć. Powoli docierało do mnie prawdziwe życie – bez ucieczki i oszukiwania siebie. Na początku było to męczące, gdyż ciężko jest odnaleźć coś, co było przez całe życie skrywane i nierozpoznane. Każda nowa emocja wymagała wytężenia umysłu i skupienia, jednak z biegiem czasu było coraz lżej. Jednym z ważniejszych okazał się lęk, od którego zaczynało się prawie wszystko. To on napędzał całą masę nieprzyjemnych uczuć i był fundamentem fatalnego stanu umysłu. Po wstępnej fazie przechodziła do kolejnych spraw, czyli analizy tego, co pamiętam z wczesnego dzieciństwa. Pojedyncze obrazy czy zdania były najpierw rozpatrywane subiektywnie, czyli jak się czułem w przeszłości. Wspólnie rozbudowywaliśmy je do pełnych scenek czy nawet ciągu wydarzeń. Dopiero potem pomagała zrozumieć ich znaczenie obiektywne. I to obiektywne światło dawało pełnię zrozumienia i wyzwolenia, ale nie byłoby tego bez wcześniejszego aspektu subiektywnego. Okazuje się, że najpierw należy zrozumieć siebie w danej sytuacji, a dopiero później poznać bezwzględne fakty. Dodatkowo stosowała jeszcze inne metody, które wtedy wydawały się nie do końca zrozumiałe. Dopiero gdy sam skończyłem psychologię, zrozumiałem je.

W tym czasie terapeutka była osobą, której ufałem bezgranicznie. Nie bez znaczenia był fakt, iż trafiłem na tak ciepłą i fachową osobę. Dziś wiem, że gdybym chodził do kogo innego, mogłoby nie być tak dobrze i paradoksalnie zawdzięczam to pielęgniarce, która mnie na koniec znienawidziła. Jak to ktoś powiedział: aby zaufać sobie, należy najpierw zaufać komuś. Co prawda przed wystąpieniem nocnych problemów nie mogłem narzekać na brak ufności w stosunku do siebie, ale było to związane z ucieczką przed emocjami. Wolałem działać, nie zastanawiając się – odciąłem się od problemów i stąd wcześniejszy brak kłopotów emocjonalnych. Ważną, jeśli nie najważniejszą rolę w cyklu zdrowienia odegrała bioenergoterapeutka, bo gdyby nie ona, to nie byłbym w szpitalu, nie poznał pielęgniarki, a tym samym nie trafił na świetną psychoterapię. Także niezwykle istotne było to, co poczułem po odebraniu portfela od Śledzonej – czułem się na siebie wściekły, a złość potrafi czasem przezwyciężyć lęk. Obecnie wolę mieć lekką niedyspozycję prawej ręki, wywołaną złamaniem otwartym i być wolnym od traum, niż żyć jak przedtem. Zrozumiałem też, że czasem musi być gorzej, aby później było lepiej…

Proszki uspokajające przestałem brać w jakiś rok po rozpoczęciu terapii i nie wróciłem do nich do dziś. Wielokrotnie pytałem terapeutkę, co ja widuję w trakcie nocnych koszmarów, bo zawsze w takim momencie wydaje mi się, że widzę zarazem coś konkretnego, jak i nieuchwytnego. Odpowiadała, że tak naprawdę to nieistotne, gdyż jest to tylko skutek, a nie przyczyna, natomiast ważne, aby spróbować wyeliminować to drugie. I po części tak się stało, ponieważ teraz to ja panuję nad koszmarem. Identycznie wyraziła się na temat zmian percepcji w ciągu dnia. To był nietypowy efekt, a przyczyną była schorowana sfera psychiczna. De facto mogła się mylić, czym to wszystko było, ale stosując taką, a nie inną terapię, która postawiła mnie na nogi, nie myliła się,

Również mniej więcej po tym czasie lęki nocne zaczęły powoli ustępować, a dzienna percepcja wracała do normy. Nawet gdy koszmar powracał, byłem w stanie uspokoić się, leżąc cały czas w łóżku, nie musząc wstawać i chodzić w kółko. Z czasem odzyskiwałem panowanie nad sobą. Wielokrotnie zastanawiałem się, czym są te dziwne nocne lęki i za każdym razem nie jestem w stanie powiedzieć praktycznie niczego. Po wyjściu z nich nie mogę sobie wyobrazić tego, co czułem, widziałem i doświadczałem, a nawet w trakcie jest to nie do opisania. Zupełnie jakby brakowało na to określeń w naszym ludzkim, ziemskim języku. A może bioenergoterapeutka miała rację, że jest to niejako brama do innego stanu świadomości? I teraz kiedy już panuję nad lękiem, tak naprawdę tylko z tym się to kojarzy. Z niczym więcej.

Pani psycholog wyjaśniła mi, dlaczego przy pielęgniarce czułem się tak dobrze. Otóż zakochałem się w niej, a miłość niejednokrotnie potrafi „przykryć” wszystko, co negatywne. Jest zbawieniem i swoistym panaceum na złe samopoczucie. Jednak ten aspekt zaprzecza teorii bioenergoterapeutki, gdyż świadczy niezbicie, że ten stan lękowy to coś negatywnego, skoro miłość potrafiła to „wyleczyć”. Kolejnym na to dowodem jest fakt, że psychoterapia pomogła. Tylko jak wyjaśnić „nieogarnialność” tego stanu? Mimo że teraz sam jestem psychologiem i wiem sporo na temat ludzkiej psychiki, to tego się chyba nigdy nie dowiem…

Zrozumiałem jeszcze jedno. Otóż sam najpierw stosowałem manipulacje ze Śledzoną, a potem się dziwiłem, że pielęgniarka zrobiła coś podobnego w stosunku do mnie. Świadczy to dobitnie o tym, jak byłem obłudny i egoistyczny…