Kim jestem

Kim jestem

Wy, naród, macie swoją politykę, zasady społeczne, religię. Nie zwracam na to uwagi, skupiam się na sobie, czym często irytuję znajomych, bo zamiast zacieśniać więzi przyjacielskie, zamykam się w czterech ścianach i medytuję. I zapadam się w odmęty własnych decyzji, wyborów czy galopujących myśli.

Nazywam się Anna i mam dwadzieścia trzy lata. Mieszkam wciąż z rodzicami, co mnie frustruje, nie studiuję, choć powinnam, nie mam chłopaka, z powodu czego rozpaczam.

Wczoraj widziałam w dwóch różnych telewizjach dwie różne informacje na temat tego, co dzieje się ostatnio w Polsce. Z jednej strony wyrok Trybunału Konstytucyjnego, że jakakolwiek aborcja jest niezgodna z konstytucją, a z drugiej dziesiątki tysięcy protestujących kobiet, które domagają się w tej kwestii wolnego wyboru. Nie chce mi się na to patrzeć. Ani na jedno, ani na drugie. Choć gapię się, próbując zrozumieć, jak to jest mieć takie problemy. Skąd ci wszyscy ludzie wynajdują w sobie chęć do protestowania, a z drugiej strony do prób powstrzymania ich? Zupełnie jakby walka była celem. Chyba działa to tak: jak nie będziecie myśleli po naszemu, to staniecie się wrogami. Czasem sobie myślę, że nie idea jest ważna, ale sama chęć walki.

Innym razem widziałam paradę równości: setki ludzi domagających się równego traktowania. Ja to rozumiem, bo wolność i równouprawnienie to fajowa sprawa, tyle że sama również chciałabym, abym ja też była traktowana podobnie, a niestety tak nie jest. Zawsze próbują mnie dorównać do swojego poziomu, przekabacić na swój tok myślenia.

Zaczęło się to tak: w szkole podstawowej siedziałam nieco z boku, nie chciałam się integrować. Pytali mnie dlaczego. Chyba wtedy nie znałam odpowiedzi. Ale teraz znam. Zrozumienie zajęło mi kilka ładnych lat, litry wylanych łez i morze wypitego alkoholu.

Starał się o mnie kolega z liceum, Marek. Spokojny, miły, uczynny. Nawet mi się podobał. Poszliśmy na jeden długi spacer, potem drugi, aż zabrał mnie do siebie na działkę na ognisko, gdzie podobno miało być kilkoro znajomych, a byliśmy tylko we dwoje. Trochę się przestraszyłam, ale po jakimś czasie zrozumiałam, że nic złego mi nie grozi, w końcu Marek jest spokojny, miły i uczynny. Zrobił ognisko, dał po piwie, potem po drugim, trzecim. Nie odmawiałam, chciałam tego. Z każdą chwilą czułam, że posuwamy się coraz dalej. Czułam dotknięcia, muśnięcia, w końcu zrobił mi masaż pleców na siedząco. Dalej zjechał dłońmi niżej, do piersi, ale nie napierał. Podobało mi się, do czasu. Nagle coś we mnie wstąpiło, zerwałam się i uciekłam w ciemną noc, daleko od domu, bez pieniędzy. Błąkałam się po pijanemu całą noc. Nad ranem, gdy już przetrzeźwiałam, znalazłam drogę do domu. W progu przywitała mnie przerażona i wściekła matka, od razu z awanturą: gdzie byłam, puściłam się, jestem dziwką. Zamknęłam się w pokoju i nie wychodziłam przez dwa dni. Marek wydzwaniał co chwilę, nie chciałam go znać.

W tym czasie coś mi kazało włączać w internecie filmy pornograficzne i oglądać lesbijskie akcje. Co nie włączyłam, od razu wyłączałam, potem znów włączałam. Czy czułam podniecenie? O tak, i to jakie!

W końcu doszłam do siebie i oddzwoniłam do Marka. Powiedziałam, że u mnie wszystko w porządku. Chciałam go przeprosić, że martwił się o mnie, ale nie byłam w stanie, duma mi nie pozwalała. Szkoda mi go było. W końcu to spokojny, miły i uczynny chłopak.

Spotkałam się z nim gdzie indziej niż w szkole dwa miesiące później. Na osiemnastce koleżanki. Głośna muzyka, sporo alkoholu, jeszcze więcej swobody. Nie protestowałam, gdy przetańczył ze mną kilkanaście piosenek z rzędu, w większości wolnych. Nie protestowałam też, gdy jego dłonie powoli zjeżdżały na moje pośladki. Do dziś czuję ten czuły dotyk. Nie protestowałam również, kiedy pociągnął mnie na dwór, zaszyliśmy się w krzakach, i kiedy powiedział, że jak będę miała dość, mam dać znać. Znów uciekałam jak opętana, bez słowa, gdy przekroczył tę granicę. Nie wiedziałam, co mnie napadło, przecież tego chciałam! I nie wiedziałam także, gdzie uciekłam. Pamiętam, że szlajałam się po mieście, unikając radiowozów i w ogóle ludzi. Choć nie do końca. Sama nie wiem, jak trafiłam pod wcześniej zapamiętany adres, do pewnej knajpy. Byli tam albo obściskujący się nawzajem faceci, albo podobne im w skłonnościach babki: jednym słowem geje i lesbijki. Pragnęłam tam być, pragnęłam tego. Ale gdy tylko to zobaczyłam, uciekłam, oby dalej. Wybiegła za mną przepiękna długonoga szatynka. Dorwała mnie wciąż podpitą na ławce przystanku autobusowego i usiadła obok.

– Też tu na początku przychodziłam i natychmiast wychodziłam – powiedziała.

Nie chciałam tego słuchać, wstałam i próbowałam się oddalić. Ale usiadłam z powrotem.

– Chcę ci po prostu pomóc – mówiła dalej.

– Odczep się – warknęłam.

– Może jednak chcesz porozmawiać? Zastanów się. Ja tu siedzę obok i nic ci z mojej strony nie grozi.

– Nie.

– Możesz w takim razie odejść – powiedziała z pogardą.

Miała rację, nie trzymała mnie, nie używała siły. Ale ja nie chciałam odejść, a zarazem pragnęłam zniknąć, przepaść.

– Ok, jak on ma na imię? – spytała niespodziewanie.

Nabrałam powietrza, nie chciałam z nią rozmawiać.

– Marek – odpowiedziałam wbrew sobie.

Uśmiechnęła się i spuściła głowę.

– Chcesz o tym rozmawiać?… Powoli, nie spiesz się.

I tak zrobiłam. Nie spieszyłam się. Przemyślałam to bardzo dokładnie.

– Nie.

– A czy ja mogę coś powiedzieć o sobie? – spytała po chwili.

– Mów se, co chcesz – syknęłam.

– Jestem biseksualna.

Spojrzałam na nią spode łba.

– Nie patrz tak, dla mnie to też niełatwe – ciągnęła. – Jeszcze dwa miesiące temu byłam w związku z fajnym gościem, ale rzucił mnie, gdy wyznałam, że bardziej podniecają mnie kobiety.

– No i?! – wrzasnęłam.

– Tydzień nie wychodziłam potem z domu, bo go kochałam.

– Pieprzysz!

– Tak, kochałam go, ale i bardziej pragnęłam kobiet.

Już chciałam wstać, zrównać ją z ziemią za te pierdoły, ale chyba wygrała apatia po zdarzeniu z Markiem.

– Wiem, że znajdę mężczyznę, który to zaakceptuje – mówiła powoli. – Ba, może nawet umówimy się na ciekawy trójkąt? To dla niektórych facetów marzenie.

– Jeśli, kurwa, chcesz mnie na to namówić, to chyba cię pojebało! – ryknęłam.

– Nie, nawet nie pomyślałam o trójkącie z tobą, bo przecież nie mam faceta, z którym mogłybyśmy to zrobić. Mówię, jak jest ze mną. Tak, jak obiecałam, pamiętasz?

– Tak!

– Wiesz, uwielbiam mężczyzn, nie wyobrażam sobie bez nich życia, bo jak tu wrócić do domu i nie przytulić się do silnego chłopa, który daje poczucie bezpieczeństwa. Ale potrzebuję też czego innego.

– Co ty pierdolisz?! – Nagle wstałam, ale odejść nie chciałam.

– Normalnie. Bardziej podniecają mnie babki, ale żyć bez chłopów nie umiem.

– Tak? – Odwróciłam się tyłem. – Czyli co, z dupami chcesz się bzykać, a do facetów przytulać? – Ryknęłam śmiechem. – Przecież żaden tego nie zaakceptuje, chyba że pedał!

– Nie. Z facetami też chcę się bzykać, też miewam orgazmy, ale o wiele bardziej kręcą mnie babki.

– Czyli co? Chcesz mieć męża, a w tej knajpie jesteś tylko dla ruchania? – Nie mogłam się powstrzymać, aby przestać ją atakować.

– No tak, choć przyznasz, że ruchać to może facet, a nie babka. Babka to może najwyżej dogodzić, językiem albo wibratorem. – Zaśmiała się.

– Mam dość – nagle wyszeptałam.

– Spokojnie, nic na siłę. – Poklepała mnie po męsku po ramieniu.

Spojrzałam na nią jeszcze raz. Była naprawdę piękną kobietą. Wysoka, szczuplutka, z pięknymi policzkami i oczami, seksowna. Ale miała w oczach coś niepokojącego, może smutnego?

– Nie dziw się, że ja tak gadam bezpośrednio o seksie. W sumie to nie w moim stylu – powiedziała, jakby odpowiadając na moje myśli. – Lubię czasem poświntuszyć, ale za każdym razem potem się źle czuję. – Spuściła głowę.

Pierwszy raz tego wieczoru poczułam z nią jakąś dziwną więź. Sama nie wiem do końca czemu.

– A dlaczego mówiłaś, że na początku tu przychodziłaś i natychmiast wychodziłaś? – spytałam po dłuższej chwili.

– Z tego samego powodu – odparła natychmiast.

– Nie rozumiem.

– Z tego samego powodu, co źle się czuję, gdy poświntuszę.

Już chciałam powiedzieć, że przecież mimo wszystko świntuszy, ale właśnie zrozumiałam. Spuściłam głowę i skryłam twarz w dłoniach.

– Zrobisz z tym, co powiedziałam, co chcesz, ale myślę, że nie na darmo tu przyszłaś. – Pokiwała głową.

– Już wiem, po co! – krzyknęłam, ale tak jakoś bezsilnie. Targały mną emocje, raz chciałam nawiązać z nią kontakt, a za chwilę zrównać ją z ziemią.

– Dobra, idziesz do środka, czy nie?

– Nie!

– To ja ci dam swój numer i gdybyś chciała pogadać, to dzwoń. Na razie zaproponuję tylko tyle. – Dotknęła mojej dłoni i bardzo delikatnie musnęła.

Poczułam, że robi mi się na to niedobrze. Na ten babski erotyczny dotyk, na te sugestie, na wszystko, co związane z kobietami.

Sama nie wiem, jak wróciłam do domu. Dochodziła szósta rano. Chyba błąkałam się po mieście całymi godzinami. Przywitałam się z matką, chuchnęłam, że nie jestem pijana, i zamknęłam drzwi pokoju. Czułam się tak pobudzona, że o śnie nie było mowy. Usiadłam przed komputerem i włączyłam stronę pornograficzną z filmami lesbijskimi. Wyciągnęłam ukryty wibrator, który dostałam od psiapsióły na osiemnastkę, i zaczęłam robić sobie dobrze. Starałam się nie jęczeć, aby nic nie usłyszała matka.

Co się ze mną działo! W pewnym momencie zamknęłam oczy i dostałam orgazmu. Czułam się najbardziej zaspokojona w życiu! Ale gdy po wszystkim spojrzałam na tego pornosa, który wciąż trwał, poczułam, że jest mi niedobrze. Cały ten lesbijski seks jawił mi się po prostu obrzydliwy! Wyłączyłam kompa, padłam na łóżko i próbowałam wmówić sobie, że ten orgazm na widok homoseksualnego filmu to niechcący, przez pomyłkę, bo tak naprawdę to tylko chcę być z mężczyzną, nie z kobietą. Zasnęłam, wciąż zawstydzona sobą.

Kilka dni później weszłam na czat dla lesbijek i anonimowo opowiedziałam o tym, co się ze mną dzieje. O tym, że mam ochotę na homo, ale i się tego wstydzę zaraz potem. Pewna miła dziewczyna napisała, że mam jak najszybciej iść na psychoterapię, aby pogodzić się ze swoją odmiennością, z tym, że jestem bi. Chciałam się rozłączyć, ale wytrzymałam. Wysłuchałam, co miała do powiedzenia. Teraz tak sobie myślę, że może miałaby rację, gdybym zaraz po orgazmie nie brzydziła się tego wszystkiego. Czy to nie jest tak, że pociąg do kobiet jest mi do czegoś potrzebny? Może to odpowiednik kleptomanii – człowiek musi to zrobić, a potem się wstydzi? Gdy się w końcu spokojnie rozłączyłam, jeszcze raz zadałam sobie pytanie: kim jestem?

Od tego czasu wiele razy spotkałam się z Markiem i nigdy nie byłam w stanie się do niego zbliżyć. Zawsze uciekałam w tym najważniejszym momencie. Bywałam też w tej knajpie, sama nie wiem po co. Wchodziłam i natychmiast uciekałam.

Czy jestem lesbijką? Zdecydowanie nie, bo nie wyobrażam sobie życia bez mężczyzny u boku. Ale też, tak jak mówiła piękna nieznajoma, kobiety mnie bardziej podniecają.

Czy jestem bi? Nie, ponieważ zaraz po orgazmie czuję do tego odrazę. Jawi mi się to po prostu obrzydliwe.

Czy jestem hetero? Nie wiem! Nic już, kurwa, o sobie nie wiem!

Wy, naród, macie swoje wiece, manifestacje, protesty. Macie religię, LGBT, sprawę aborcji.

A ja, dwudziestotrzyletnia Anna, chciałabym nie czuć tego wszystkiego, co ciągnie mnie do innych kobiet i nie pozwala się związać z Markiem. Spokojnym, miłym i uczynnym. Wy, naród, walczycie o swoje. Ja też bym chciała walczyć, ale nikt mnie nie posłucha, bo według was, narodu, nadaję się do leczenia. Według jednych do leczenia tego, że się wstydzę, że jestem bi, a według innych, że w ogóle mam skłonności homo. A ja bym tak bardzo chciała po prostu związać się z mężczyzną.

Walka ze snem

Walka ze snem

Wschód słońca, dzień

Powoli umieram. Rak mózgu zmienia percepcję całkowicie. Czasem mam wrażenie, że oglądam świat w telewizji: żadnych emocji, oprócz usilnej chęci, żeby przeżyć jeszcze jeden wschód słońca. Mniej istotne słoneczne dni czy wieczory przy kominku razem z rodziną. Pragnę zobaczyć, jak niebo powoli rozświetla się, znika aksamit nocy.

Guz umiejscowił się w takim miejscu, że lekarze mówią, iż wystarczy raz zasnąć, a już się nie obudzę. Tym razem więc odpoczynek jest równy odpoczynkowi wiecznemu.

Nie śpię już prawie od dwóch tygodni. I sam nie jestem pewien, czy ta moja zmieniona percepcja to kwestia guza czy tylu nieprzespanych nocy. Niemalże co godzinę wypijam kawę, która daje mi odrobinę nadziei, że dzięki niej nie zasnę. Stała się jak tlen na co dzień, jak szklanka wody po wysiłku, jak grawitacja, która nie pozwala odlecieć z twardej ziemi.

Już ledwo patrzę na oczy mimo dwóch kaw z rzędu. Jak widać, wszystko ma swój limit, również pobudzająca moc kofeiny. Powoli odpływam w stronę snu. Powieki są coraz cięższe, wzrok całkowicie mętny. A jeszcze zostało tylko pół godziny. Nie mogę zasnąć, nie zobaczywszy wschodu. Zapowiadali idealnie czyste niebo, więc wschód słońca będzie wyglądał z mojego okna na czternastym piętrze widowiskowo. Muszę go zobaczyć, ostatni raz!

Resztkami sił idę na czworaka do kuchni, wsypuję do kubka dwadzieścia łyżeczek rozpuszczalnej kawy i włączam czajnik. Dobiegają mnie trzaski i szum podgrzewanej wody. Opieram się o kuchenne krzesło, nogi całkowicie odmówiły posłuszeństwa. Zalewam kawę, mieszam, dolewam dużo zimnego mleka i wypijam jak najszybciej. Powietrze wypełniają dziwne mroczki i szum. Umysłem odrywam się od ciała. I czekam na wschód słońca. W końcu upadam na podłogę. Ale kątem oka zauważam poświatę od strony okna. Pełznę w tamtym kierunku. Unoszę głowę, twarz przyklejam do szyby balkonu i widzę pierwsze promienie. Na idealnie czystym niebie. Najpierw rozświetla się sufit w salonie, po chwili ściany, aż w końcu i moja twarz. Oczy wypełniają się jasnością.

Widzę najpiękniejszy wschód słońca w moim życiu.

Odpływam…

Notatka na marginesie

Bagienny stwór

Chłopiec, Błoto, brud, emocje

Dawno temu po bagnach chodził stwór. Cały w błocie. Z każdym krokiem unosił na nogach zlepy. Przechodził kawałek i się zatrzymywał. Potem znów. Co ruch to wysiłek.

Wędrowała mgiełka. Gdy go zobaczyła, wzruszyła się, całkowicie przesłaniając widok.

Następny był wiatr. Wzburzył się, zrzucając z drzew liście, które stwora oblepiły jeszcze bardziej.

Później słońce zajaśniało z wrażenia, ale promieniami wysuszyło błoto, więc stwór stanął zmieniony w błotnisty posąg.

I tkwił tak wiele lat. Przechodnie robili sobie pamiątkowe zdjęcia, dzieci ganiały się wokół, nawet najbardziej radosny piesek obsikał nogę.

Któregoś dnia nadeszła chmura i poczuła w posągu ból. Zapłakała po raz ostatni…

Notatka na marginesie

Las człowieka – droubble

Motyl, Niebieski, Las, Fantasy, Lasy, Dream

Matka natura to odwieczne prawo. Wybór przetrwania wśród zmienności otoczenia. Losowanie szczęśliwych cech, by istnieć, by pozostać, nie pozostawić po sobie pustki. Nie pozostawić po sobie pustki…

Dzieciństwo to niewiedza, mierzenie kulą w płot, ale radosne, bo niewielkie duchem, szczęśliwe z naturą, swym skromnym rozmiarem. Potem obranie roli życiowej. Czasem takiej, która jest konsekwencją energii natury, przepływającego prądu między mitochondriami. To ta siła kieruje, aby rozpalić w sobie płomień pchający ku energii, temu, co elektryczne. I tak, człowiek, błądząc, wybiera rolę obywatela, aby chociaż złudna jasność żarówki zastąpiła energię wszechświata.

Ucieka się poza miasto, jak najdalej, do lasu, by zatopić się w energii, której erzacami karmimy się codziennie. W tym lesie prawdziwa dusza ożywa, roztapia się z lodu w płyn wewnątrzmaciczny, w którym powstaliśmy, który trzymał nas w bezpiecznych objęciach. Las ten, dziki w naszych umysłach, oplata marzeniami i emocjami, których na próżno szukać w świecie rozwiniętej cywilizacji.

I gdy poczujemy tę moc natury, jeden dzień bez ucieczki od nas samych jest jak niekończący się psychofizyczny ból uczuć, kiełkujący w samotność, w niezrozumienie, odtrącenie i brak nadziei.

A gdy przywykniemy do zgiełku…

Mówią, że nadzieja umiera ostatnia.

Nie, to nie nadzieja. To ten ból umiera ostatni.

Dalej jest tylko błękit…