Czerwony kapturek – kryminał/groteska

Czerwony kapturek – kryminał/groteska

Czerwony Kapturek, Czerwony, Mało, Hood, Konna

Czerwony Kapturek wracała od babci późnym wieczorem przez las. Była wyraźnie zdenerwowana: kopała z wściekłością mijane kamienie i przedrzeźniała okoliczne ptaki głośnym zawodzeniem. Chciała znaleźć się jak najszybciej w domu. Ten dzień nie ułożył się dobrze: najpierw w szkole rzucił ją chłopak, a potem ta wizyta u babci… Nagle zobaczyła idącego pewnym krokiem środkiem leśnej ścieżki wilka. Schowała się więc za krzakiem dorodnego jałowca, aby uniknąć spotkania. Chwila nerwów, parę wstrzymanych oddechów i wilk poszedł swoją drogą.

Do domu wróciła kilkanaście minut później.

– Byłaś u babci, Czerwony Kapturku? – spytała mama.

– Tak – odburknęła Kapturek.

– Dałaś jej lekarstwa i jedzenie?

– No! Daj mi spokój! – syknęła.

– Nie bądź zła, przecież wiesz, że babcia jest ciężko chora i trzeba jej pomagać. Jutro też dasz radę? – głos mamy był niemal błagalny.

– A pójdę, pójdę, tylko się odczep. – Trzasnęła za sobą drzwiami od swojego pokoju.

Mama usiadła na fotelu przed telewizorem, ale zamiast skupić się na filmie, myślała. Bo owszem, zdarzała się Kapturkowi złość, nawet wściekłość, ale Kapturek o babci zawsze miała dobre zdanie. Tymczasem Kapturek zaszyła się w łóżku i w zupełnej ciszy zatopiła się w rozmyślaniach. Przed oczyma wyobraźni miała babcię, byłego chłopaka i wilka.

Następnego dnia ruszyła do babci, jednak zamiast iść bezpośrednio do chatki, zaczęła krążyć po lesie, śpiewając na całe gardło Zenka Martyniuka, co było o tyle dziwne, że na co dzień słuchała głównie death metalu. Gdy na tapecie było „Przez te oczy zielone”, zza krzaków wyszedł wilk.

– Te, laska, gorzej ci? – spytał.

– O, pan wilk, jak miło! – Kapturek podskoczyła z radości.

Wilk stanął jak wryty, rozejrzał się, aby być pewnym, że ta radość z jego powodu, potrząsnął z niedowierzania głową i stwierdził:

– Normalnie to bym cię wszamał, ale jak śpiewasz Martyniuka, to kto wie, co jeszcze w tobie siedzi.

– Wilku… – Spuściła Kapturek głowę. – Jakoś się źle czuję, a tu mam z tym oto koszyczkiem iść do babci, bo ona nie może wstać z łóżka. Mam tu jedzenie i lekarstwa. – Popatrzyła na rozmówcę błagalnym wzrokiem. – Nie zaniósłbyś jej tego?

– A jest sama? – spytał po chwili wilk.

– Tak, leży w łóżku.

– A otworzy mi?

– Tak, jak zastukasz rytm „Zegarmistrza światła purpurowego”, to ci otworzy, to nasz znak rozpoznawczy.

Wilk zadumał się, pocmokał i się zgodził.

Następnego dnia okazało się, że babcia została zamordowana. Na miejsce przyjechała policja, zebrała ślady, odciski linii papilarnych i ust. Szybko ustalili, iż oprócz śladów babci i kapturka były też wyraźne ślady wilka. Znaleźli również odciski jeszcze jednej osoby, lecz mieli trudności z ustaleniem, czyje.

Nazajutrz zaczęto przesłuchiwać wilka.

– Co tam robiłeś, wilku? – spytał policjant w randze aspiranta wyglądający niemal jak Hans Kloss.

– Poszedłem Martyniuka posłuchać. Kapturek go śpiewała, stamtąd wracając, więc uznałem, że tam jej się na uszy rzuciło.

– Ta, Martyniuka. Nie obrażaj wielkiego kompozytora swoją osobą! – zagrzmiał śledczy.

– No, czyli pan aspirant tez by przyszedł posłuchać?

– Milcz! – syknął policjant.

– To po co tu zostałem ściągnięty, skoro mam milczeć? – Zaśmiał się wilk.

– Dosyć! Na koszyku były twoje odciski. Skąd go miałeś? – Aspirant teraz już wrzeszczał.

– Od Kapturka.

– I co, tak po dobroci ci dała? Wielkiemu, złemu wilkowi?

– Tak. Szedłem sobie jak zwykle po lesie, a ona, śpiewając Martyniuka na całe gardło, czy bym nie zaniósł. To zaniosłem. I tyle.

– I pewnie powiesz, że to nie ty ją zamordowałeś?

– Ja? Przecież babcia żyła w rezerwacie i była chyba – zaśmiał się szyderczo – pod ochroną. No wie pan, panie władzo, ludzie dbają o nas, to i my o ludzi.

Funkcjonariusz sięgnął do skrzyni z dowodami i wyjął odgryzioną rękę babci, w której zaciśniętej pięści wciąż tkwiła płyta Martyniuka.

– Wilku, dziś damy to do analizy i założę się, że to ślady twoich zębów.

– No co, no co? No, rozszarpałem babcię. Instynkt zadziałał i tyle miałem do powiedzenia.

– Oj, bratku. – Podróbka Klossa pokręciła głową. – Posiedzisz za to długo.

Po kilku dniach policja ustaliła, że niezidentyfikowane ślady, które znaleziono w domu babci, należały do byłego chłopaka kapturka. Czy był świadkiem zabójstwa? Czy te młode oczy mogły znieść taki widok? Wezwano go na przesłuchanie, w którym dowiedziano się, że był u babci dwa dni wcześniej i że bardzo się zdenerwował, gdy usłyszał u niej Martyniuka.

Postanowiono więc przesłuchać kapturka.

– Czemu dałaś wilkowi koszyczek z jedzeniem? – pytał śledczy.

– Bo źle się czułam, a wilk szedł akurat w tamtą stronę.

– A czemu źle się czułaś?

– Bo dzień wcześniej rzucił mnie chłopak – wyrwało się Kapturkowi.

– A czemu cię rzucił?

– Nie wiem! – wrzasnęła dziewczynka.

– Jakbyś nie wiedziała, to nie byłabyś taka nerwowa. Czemu?

– Dajcie mi spokój!

– A my już wiemy, co się stało – aspirant mówił spokojnie.

– Tak? Ciekawe!

– Ano ciekawe! W szkole masz same szóstki, co znaczy, że jesteś bardzo inteligentna. Ale i przebiegła. Otóż dowiedzieliśmy się, że chłopak rzucił cię za to, że masz babcię, która słucha Martyniuka. Ty wściekłaś się za to na babcię i wymyśliłaś morderstwo prawie doskonałe. Wiedziałaś, że jak wilk pójdzie do babci, to ją zamorduje, taki jego instynkt. Zaczaiłaś się więc, dałaś mu koszyczek i w ten sposób zemściłaś się na babci. Idziesz do więzienia za współudział w morderstwie.

– I za śpiewanie Martyniuka – dodał przez uchylone drzwi wilk.

Notatka na marginesie

W piekarni

Jestem wściekły. Naprawdę wściekły! Bo co ona sobie w ogóle wyobraża? Że jeżdżę do tej szkoły, by licealistki się we mnie zakochiwały? Co za bzdura! Ile razy jej mówiłem, że chcę sobie przypomnieć ten jeden dzień. Co ja z niego pamiętam?… Drogę z domu, a potem powrót, i nic pomiędzy. Co się wtedy działo?

Wiele razy śni mi się, że idę tamtego dnia do szkoły i za każdym razem coś wypada, że się spóźniam. Zawsze! Ale nie, Ola mówi, że młode dupy mi w głowie. Zresztą mam ją gdzieś! A dziś zrobię jej na złość. Umówiłem się z Anią po pracy na zapleczu, u nas w piekarni. Ma przyjść, jak skończy robotę. To dopiero będzie zemsta na Oli. Jak to mówią, karma wraca – mówiła, że szukam kochanki, mówiła, powtarzała i się spełniło. To już przesądzone. Ania tego chce, inaczej nie pocałowałaby mnie w usta. A co dopiero będzie się działo tutaj, na zapleczu?… Mam dziwne wrażenie, że ją skądś znam… Nie, tylko mi się wydaje.

Siedzę więc tu już od kwadransa. Nie mogłem się doczekać. Wokół ciemno i tylko te skrzynki pełne świeżego, jeszcze ciepłego chleba. W sumie to nawet jestem głodny. A gdyby tak coś zjeść?

Kurde, przypomina mi się, jak spędzałem u babci całe wakacje i jadłem najsmaczniejsze danie mojego dzieciństwa: świeży, jeszcze ciepły chleb, z równie świeżą, domową śmietaną, a wszystko posypane cukrem. Brało się taką pajdę w umorusane ręce i biegło na podwórko. Ile razy wypadła taka kromka na ziemie. Ale to nic, jadło się z piachem! Dziś – nie do pomyślenia! Gdyby to ktoś zobaczył, zrobiłby raban na całego fejsbuka. Ale właśnie za takie chwile kocham tę wioskę, ten czas i świętej pamięci babcię. Nigdy nie zabroniła mi latać z jedzeniem. To była wolność. Ilekroć czuję zapach śmietany, ten smak wraca, jak oszalały.

Ale zaraz, zaraz. Co ja robiłem tamtego dnia w szkole?…

Dobra, koniec tych wspominków, robię się naprawdę głodny. A ten chleb tak bardzo pachnie… Zawsze miałem słabość do ciepłego chleba. Z masłem albo nawet samego. Pamiętam, że kiedyś zjadłem prawie cały bochenek naraz. Teraz będę mógł się najeść do woli. Ale, która to godzina? Kurde, od pięciu minut powinna być Ania. Sprawdzę, co się dzieje na piekarni… Ech, te drzwi zawsze się tak ciężko otwierały… No, jeszcze raz… Chwila! Co jest?!… Przecież to jedyne wyjście! Ktoś mnie zamknął! Pomocy, ratunku, jest tam kto?…

O ja cię… Dziś piątek i o osiemnastej wszyscy wychodzą do domów na weekend. Ostatnia miała być Ania! Czyżby to ona mnie zamknęła?… Ale…

A to szmata! Już wtedy zauważyłem jej reakcję, gdy wspominałem, że mam żonę! Czyli solidarność jajników. A nawet nie zna mojej żony… A ten pocałunek to podpucha. Abym się napalił i nie zastanawiał za mocno… Ale się wpierdoliłem…

I co ja teraz zrobię? Przecież dopiero w niedzielę wieczorem ktoś otworzy, gdy przyjadą po pieczywo na poniedziałek. Czterdzieści osiem godzin w zamkniętym pokoju z całą tą masą chleba. Przynajmniej będę miał co jeść.

* * *

Jest niedziela rano. Od kilkudziesięciu godzin jem tylko chleb i popijam wodą z kranu. A wokół ciemno, że oko wykol. Ogarnia mnie jakieś dziwne uczucie, niesprecyzowane, jakby coś się we mnie budziło. Czuję, jakbym wracał emocjonalnie do dzieciństwa. To niepokojące, a zarazem jakieś takie jakby uwalniające… Ale uwalniające od czego?

Chleb już nie pachnie, teraz niemal śmierdzi, że zbiera mi się na wymioty. Taka moja pokuta za chęć zdrady Oli. A jak cudownie było jeść te posiłki robione przez babcię, ociekające tłuszczem. Takie niezdrowe, takie same puste kalorie. Ale jakie smaczne! Pieczony boczek w ziołach i czosnku, domowy pasztet, pierogi z kapustą i grzybami, cholernie pieprzne, chyba tylko babcia takie robiła. To było genialne. Zresztą, w porównaniu do tego, że teraz jem już tyle czasu sam chleb, to wszystko jest wyśmienite. I pełne wartości odżywczych…

Kurde, cały czas czuję, jak mnie to coś dopada…

O, matko! Wiedziałem, że znałem skądś Anię! Tamtego dnia w szkole zaczepiłem ją na korytarzu, była młodsza, i usmarowałem jej warkocz smarem z zawiasu drzwi od naszej klasy. Obraziła się i pobiegła na skargę do dyrektorki. Tak, już wiem… Dyrektorka zamknęła mnie za karę w tej małej, ciemnej kozie. Ja sam, puste ściany, całkowity mrok i moje lęki… to mnie tak przeraziło, że zapomniałem o tym dniu…

A może trzeba mi było tego zamknięcia tu na zapleczu, aby przypomnieć sobie tamtą kozę?…