Notatka na marginesie

W piekarni

Jestem wściekły. Naprawdę wściekły! Bo co ona sobie w ogóle wyobraża? Że jeżdżę do tej szkoły, by licealistki się we mnie zakochiwały? Co za bzdura! Ile razy jej mówiłem, że chcę sobie przypomnieć ten jeden dzień. Co ja z niego pamiętam?… Drogę z domu, a potem powrót, i nic pomiędzy. Co się wtedy działo?

Wiele razy śni mi się, że idę tamtego dnia do szkoły i za każdym razem coś wypada, że się spóźniam. Zawsze! Ale nie, Ola mówi, że młode dupy mi w głowie. Zresztą mam ją gdzieś! A dziś zrobię jej na złość. Umówiłem się z Anią po pracy na zapleczu, u nas w piekarni. Ma przyjść, jak skończy robotę. To dopiero będzie zemsta na Oli. Jak to mówią, karma wraca – mówiła, że szukam kochanki, mówiła, powtarzała i się spełniło. To już przesądzone. Ania tego chce, inaczej nie pocałowałaby mnie w usta. A co dopiero będzie się działo tutaj, na zapleczu?… Mam dziwne wrażenie, że ją skądś znam… Nie, tylko mi się wydaje.

Siedzę więc tu już od kwadransa. Nie mogłem się doczekać. Wokół ciemno i tylko te skrzynki pełne świeżego, jeszcze ciepłego chleba. W sumie to nawet jestem głodny. A gdyby tak coś zjeść?

Kurde, przypomina mi się, jak spędzałem u babci całe wakacje i jadłem najsmaczniejsze danie mojego dzieciństwa: świeży, jeszcze ciepły chleb, z równie świeżą, domową śmietaną, a wszystko posypane cukrem. Brało się taką pajdę w umorusane ręce i biegło na podwórko. Ile razy wypadła taka kromka na ziemie. Ale to nic, jadło się z piachem! Dziś – nie do pomyślenia! Gdyby to ktoś zobaczył, zrobiłby raban na całego fejsbuka. Ale właśnie za takie chwile kocham tę wioskę, ten czas i świętej pamięci babcię. Nigdy nie zabroniła mi latać z jedzeniem. To była wolność. Ilekroć czuję zapach śmietany, ten smak wraca, jak oszalały.

Ale zaraz, zaraz. Co ja robiłem tamtego dnia w szkole?…

Dobra, koniec tych wspominków, robię się naprawdę głodny. A ten chleb tak bardzo pachnie… Zawsze miałem słabość do ciepłego chleba. Z masłem albo nawet samego. Pamiętam, że kiedyś zjadłem prawie cały bochenek naraz. Teraz będę mógł się najeść do woli. Ale, która to godzina? Kurde, od pięciu minut powinna być Ania. Sprawdzę, co się dzieje na piekarni… Ech, te drzwi zawsze się tak ciężko otwierały… No, jeszcze raz… Chwila! Co jest?!… Przecież to jedyne wyjście! Ktoś mnie zamknął! Pomocy, ratunku, jest tam kto?…

O ja cię… Dziś piątek i o osiemnastej wszyscy wychodzą do domów na weekend. Ostatnia miała być Ania! Czyżby to ona mnie zamknęła?… Ale…

A to szmata! Już wtedy zauważyłem jej reakcję, gdy wspominałem, że mam żonę! Czyli solidarność jajników. A nawet nie zna mojej żony… A ten pocałunek to podpucha. Abym się napalił i nie zastanawiał za mocno… Ale się wpierdoliłem…

I co ja teraz zrobię? Przecież dopiero w niedzielę wieczorem ktoś otworzy, gdy przyjadą po pieczywo na poniedziałek. Czterdzieści osiem godzin w zamkniętym pokoju z całą tą masą chleba. Przynajmniej będę miał co jeść.

* * *

Jest niedziela rano. Od kilkudziesięciu godzin jem tylko chleb i popijam wodą z kranu. A wokół ciemno, że oko wykol. Ogarnia mnie jakieś dziwne uczucie, niesprecyzowane, jakby coś się we mnie budziło. Czuję, jakbym wracał emocjonalnie do dzieciństwa. To niepokojące, a zarazem jakieś takie jakby uwalniające… Ale uwalniające od czego?

Chleb już nie pachnie, teraz niemal śmierdzi, że zbiera mi się na wymioty. Taka moja pokuta za chęć zdrady Oli. A jak cudownie było jeść te posiłki robione przez babcię, ociekające tłuszczem. Takie niezdrowe, takie same puste kalorie. Ale jakie smaczne! Pieczony boczek w ziołach i czosnku, domowy pasztet, pierogi z kapustą i grzybami, cholernie pieprzne, chyba tylko babcia takie robiła. To było genialne. Zresztą, w porównaniu do tego, że teraz jem już tyle czasu sam chleb, to wszystko jest wyśmienite. I pełne wartości odżywczych…

Kurde, cały czas czuję, jak mnie to coś dopada…

O, matko! Wiedziałem, że znałem skądś Anię! Tamtego dnia w szkole zaczepiłem ją na korytarzu, była młodsza, i usmarowałem jej warkocz smarem z zawiasu drzwi od naszej klasy. Obraziła się i pobiegła na skargę do dyrektorki. Tak, już wiem… Dyrektorka zamknęła mnie za karę w tej małej, ciemnej kozie. Ja sam, puste ściany, całkowity mrok i moje lęki… to mnie tak przeraziło, że zapomniałem o tym dniu…

A może trzeba mi było tego zamknięcia tu na zapleczu, aby przypomnieć sobie tamtą kozę?…

Zmęczony

Zmęczony

Alkoholizm, Pacjenci, Alkoholików

Rafał wrócił do domu około dziewiętnastej. Wejściowe drzwi przywitały go skrzypieniem i przeniknął z jesieni na zewnątrz do dudniących pustką czterech ścian. Nawet jego żona nie zapełniała tej pustki. Ale teraz jej nie było, mimo iż prawie zawsze wracała przed nim. Zdejmując buty, zastanowił się, co się z nią dzieje. Może jakieś pilne zadanie służbowe, a może poszła na zakupy? Przebrał się i zaczął robić obiad.

Gdy kończył przygotowywanie obiadu, weszła Monika.

– Jak tam w pracy? – spytała.

– Wiesz co?… – Spojrzał na nią ze skwaszoną miną. – Cały dzień się modliłem, aby iść już do domu. Piątki są najgorsze.

– No to odpoczniesz, bo poniedziałek wolny.

– Wreszcie. A możemy nie jechać do twoich rodziców?

– No co ty! Przecież to urodziny mamy! – Monika rozłożyła ręce.

– Najchętniej uciekłbym od tego życia na dłuższy czas. – Przeszedł do salonu i klapnął na kanapie.

– Ode mnie też?

– Nie, ale czasem marzy mi się kilka dni w samotności.

– Ta robota cię wykończy, może powinieneś ją zmienić?

– To nie robota. Przecież wiesz. – Zrobił żałosną minę.

– Nie rozumiem cię. Dawno się odciąłeś od domu rodzinnego, a ciągle tam wracasz myślami. Zostaw to, żyj chwilą, ciesz się tym, co masz.

– Myślisz, że to tak łatwo? Nie da się pewnych spraw zapomnieć. Kto miał w dzieciństwie tak ciężko jak ja? Mam ci przypominać? Niemal wszystko, co złe, spotkało mnie. Śmierć matki, ojciec alkoholik, pobyt w domu dziecka, uprowadzenie przez tego zboka. To cały czas we mnie żyje. Najgorsze było to opuszczenie przez rodziców. Policja zabrała mnie od nich. I jak po czymś takim w ogóle wierzyć w ludzi, no jak?

– Ale już dobrze, kocham cię, jesteś dla mnie najważniejszy. – Monika spuściła głowę, przetarła twarz dłońmi i ciężko westchnęła. – To się dla ciebie nie liczy? Niektórzy nie mają nic. Ani pracy, ani kochającej żony, ani domu. Użalasz się nad sobą!

– Nie użalam się! – krzyknął i zaczął machać prawą stopą.

Popatrzyła na jego nerwowe ruchy i odwracając się, rzuciła:

– Czasem mam wrażenie, że kochasz tylko siebie, a mnie masz gdzieś.

– Nie! – ryknął. – Próbuje sobie jedynie wytłumaczyć, dlaczego mam tak ciężko!

Nie odpowiedziała.

Poszedł do kuchni, wziął czteropak zimnego piwa i wrócił na kanapę. Włączył telewizor. Który to już raz Monika go nie rozumie? Przecież widzi ciągłe balansowanie na granicy poddania się. Inny na jego miejscu to dawno dałby za wygraną i zamknął się w szpitalu psychiatrycznym. Z taką przeszłością mógłby stać się degeneratem, alkoholikiem czy bezdomnym. Ale on musi radzić sobie bez niczyjej pomocy, więc jest naprawdę silny. A to, że lubi ponarzekać? Że czasem zastanawia się, czy żona jest tą właściwą? Albo myśli o zmianie pracy. Od narzekania jeszcze nic złego nikomu się nie stało. Narzekając, przynajmniej wie, jak ma ciężko.

Kilka dni później wrócił do domu około dziewiętnastej, a Moniki jeszcze nie było. Znów. Przygotowywanie obiadu z ledwością wyrywało go ze szpon własnego umysłu. Ponownie nie czekał na nią, mimo iż to ona zwykle gotowała. Ciszę mieszkania rozcięły otwierające się drzwi, kiedy już jedzenie stygło. Podszedł i wyczuł od niej woń alkoholu.

– Byłaś z koleżankami? – spytał.

– Tak, tak – odpowiedziała w jakiś dziwny sposób.

– Czyli nie muszę być zazdrosny?

– No co ty? – podniosła głos. – Weronika się zakochała i chciała pogadać.

– Zjedz, bo zaraz będzie zimne – rzekł po chwili.

– Nie jestem głodna, coś jadłyśmy.

Zbliżył się do niej, przytulił i wyraźnie poczuł nutę jakiegoś męskiego zapachu perfum.

– Ale pachniesz dziwnie… – Zmarszczył czoło.

– Mówiłam Weronice, że te perfumy to dla faceta.

– Takich używa?

– Tak, na dodatek sądzi, że do niej pasują.

Wrócił do salonu, kanapa objęła miękkością jego ciało. Rzucił w jej stronę:

– Dzisiaj mam dość. Że ja jeszcze daje radę. Możesz być dumna, że z taką przeszłością jestem kimś.

Nie odpowiedziała. Zamknęła się łazience i siedziała tam dobre pół godziny. On jak zwykle wyciągnął czteropak i gapiąc się w telewizję, niespiesznie wypił.

Trzy dni potem dostał od Moniki sms-a, że wróci później. Znowu będzie wspierać Weronikę? Przecież dotąd takie spotkania zdarzały się góra raz na pół roku. Wrócił do domu i nawet nie wziął się za obiad. Tylko chodził w kółko po salonie, popijając piwo, a pustka czterech ścian wypełniała się nerwowością. Jedynie włączył telewizor, ale zarówno obrazy, jak i dźwięki prześlizgiwały się gdzieś poza świadomością. Przyszła tym razem prawie o ósmej.

– I gdzie tym razem? – spytał.

– Ta Weronika nie da nam spokoju. Normalnie gadała, że faceci to świnie, a teraz widzi w nim księcia z bajki.

– Mam dość! – ryknął.

– Kochanie, o co ci chodzi? – Zrobiła dwa kroki w jego stronę, próbując skruszyć właśnie wybudowany mur.

– A ja myślę, że spotykasz się jakimś facetem!

– No co ty… Koch… – zawiesiła głos. – Ale z drugiej strony masz prawo być zazdrosny. – Uśmiechnęła się. – Kto wie, co mi po głowie chodzi.

– Nie nakręcaj mnie.

– Wiesz co? Myśl, co chcesz, ja wychodzę. – Włożyła z powrotem buty i bez słowa zostawiła za sobą niedomknięte drzwi.

Wisiał gdzieś między stagnacją a gwałtowną reakcją, aż napłynęła fala wciągająca go w czeluści własnej bezsilności. Domowe klapki odezwały się echem ścian klatki schodowej, aż w końcu nienaturalnie biły po oczach w sklepie z alkoholem. Kupił pół litra i wróciwszy, patrzył na zbyt szybko obniżający się poziom w butelce. Zasypiając, majaczyło się, że widzi żonę w objęciach przystojniejszego i bardziej męskiego faceta.

Tydzień później znów w trakcie pracy odczytał od niej wiadomość, że spotka się z Weroniką. Fotel, w którym siedział, wchłonął kurczące się ciało, a mózg szalał, poklatkując przeszłość. Kolejny raz dudniły głosy kolegów śmiejących się, że jego ojciec jest degeneratem, koleżanek, które omijały go z powodu zaniedbania, i tego faceta, który go uprowadził. Nie wytrzymał. Wszedł do szefa i poprosił o wolne na ten dzień. Wyszedł w szarość namysłowskich ulic, a nogi smętnie nie nadążały. Widok budynku firmy Moniki obudził czujność. O siedemnastej zobaczył ją wychodzącą z jakimś facetem. Ukrył się za rogiem i chwilę później, przypominając postać z detektywistycznej kreskówki, wymierzał niepewnym krokiem kolejne, tłukące go po zmysłach płytki chodnikowe. Tamci trafili do niewielkiej knajpki kilka przecznic dalej. Pobliskie krzaki pochłonęły jego postać, jedynie dając miejsce na świdrujący, skierowany w stronę knajpki wzrok. Klapnął na ławce, skulił się w kłębek i zapłakał.

Wtoczył się do domu bez świadomości, ale za to z dużą butelką wódki. Pieprznął kurtkę byle gdzie, podobnie zrobił z butami i znów wchłonęła go przeszłość. Cykliczne butelkowe bulknięcia wyznaczały rytm upodlenia. I wkrótce zimny, obcy sen, mimo wszystko, wyrwał go z koszmaru.

Od tego dnia coraz częściej pochłaniał go duch ognistej wody. Wielokrotnie szedł do pracy wczorajszy. Kolejne dni witały go następnymi falami obaw i lęków. I chyba już się pogodził. Z porażką. Tą, która wisiała nad nim, od kiedy tylko pamiętał. Nawet wspólne noce z Moniką nie mogły go wyrwać z maligny. Z jednej strony dopytywała, co się dzieje, a z drugiej coraz częściej nie wracała na czas.

Miesiąc później zwolniono go za, jak to nazwano, rażące uchybienia i podejmowanie pracy w stanie wskazującym. Droga powrotna do domu wydłużała się z każdym krokiem, a drzwi wejściowe otworzyły czeluści piekieł. Padł na kanapę z dużą butelką wódki, której moc była większa od wszystkich tragedii tego świata. Kończąc ją, zwlókł się i niemal popełzł po kolejną. Ironiczny uśmieszek sąsiadki nawet nie dotarł do jego świadomości. Gdy pił tę drugą, ściśnięcie żołądka zmusiło go do oddania zawartości prosto na dywan, a żałosne jęknięcia wypełniły salon. Był degeneratem. Był nikim.

Następnego dnia promienie słoneczne zapukały w jego powieki z nieznośną bezczelnością. Otworzył oczy i widział obraz, który był reminiscencją z rodzinnego domu. Zarzygany dywan, dwie puste flaszki i zbliżający się brak środków do życia. Teraz to już pewnie będzie czekał go szpital psychiatryczny. Głuchą ciszę przerwała Monika.

– Co ci?

– Wracaj do tego swojego kochanka, a ode mnie się odwal!

– Ale ja nie mam żadnego kochanka. – Uklękła obok kanapy, wzięła go za rękę i spytała – byleś u mnie pod firmą i widziałeś?

– Tak, śledziłem was. Odejdź!

– Rafałku, to nie tak… – Spuściła głowę.

– Zwolnili mnie z roboty. To już koniec. Rozumiesz? Koniec!

– O matko… – Rozpłakała się. – Ja chciałam, żebyś był zazdrosny. Specjalnie to zaaranżowałam. Myślałam, że się po tym weźmiesz w garść i przestaniesz narzekać. Ty wiesz, jak miałam tego dość? Niemal każdego dnia słyszałam, jak to miałeś ciężko. To nawet najsilniejszego by załamało. – Skuliła się w kłębek, a jego uszy musiały słuchać przeraźliwego szlochu.

Mężczyzna jest, jaki jest i nie ma co przy nim majstrować. Im szybciej kobieta to zrozumie, tym lepiej dla niej. I dla niego. – Maria Czubaszek