Dotknąć klawiszy…

Dotknąć klawiszy…

Sztuka, Kolaż, Projekt, Kolorowy, Kolor, Streszczenie

To było dla mnie jak olśnienie. W półmroku sali gimnastycznej siedziałem oniemiały i nie mogłem uwierzyć, że to ty. Miałem wrażenie, że śpię w domu, w cieple pieleszy, a dźwięki pochodzą z mojej wyobraźni. Jeszcze do tego oświetlona byłaś punktowym reflektorem. Kołysałaś się przy klawiaturze wprzód i w tył. Nigdy wcześniej nie słuchałem z przyjemnością muzyki poważnej, a wtedy czułem, że żadna inna muzyka nie dorasta temu do pięt. Dopiero gdy skończyłaś, ogarnąłem się, zamknąłem rozdziawione usta i byłem w stanie wstać i bić brawo. Pamiętam, że aż dłonie mnie rozbolały. I wracałem do domu, nucąc sobie ostatni utwór, mimo iż nie był łatwy.

Tydzień później, gdy już wakacje trwały w najlepsze, zaprosiłem cię na spacer do pobliskiego lasu. Zgodziłaś się, mimo iż w szkole nie utrzymywaliśmy praktycznie żadnych stosunków. Przyszłaś w zwiewnej sukni, w aksamitnej chusteczce na włosach i z łańcuszkiem na prawej kostce nogi. Wyglądał trochę, jakby zsunęła ci się drogocenna podwiązka od pończochy, które stały się dla mnie, jako nastolatka, ważne kilka miesięcy wcześniej, gdy obejrzałem film miłosny z lat trzydziestych. Właśnie tak wyobrażałem sobie młodziutką artystkę. Pamiętam, że weszliśmy na niewielkie wzgórze, na którego szczycie rozciągała się spora polana z żółtymi mleczami, niebieskimi chabrami i kilkoma płaczącymi wierzbami. Usiedliśmy pod jedną z wierzb i zasypywałem cię pytaniami dotyczącymi gry na fortepianie. Odpowiadałaś spokojnie, z namaszczeniem; czułem, że muzykujesz z pietyzmem. A gdy zadałem ci pytanie o to, co nakłoniło cię do gry na fortepianie, zamilkłaś, stuliłaś głowę i bardzo posmutniałaś. Wiedziałem, że nie mogę ciągnąć tematu.

Tydzień później dałaś się pocałować pod tą samą wierzbą. Był to pierwszy pocałunek w moim życiu. Jak później powiedziałaś, w twoim też. Czułem, jakbym doznał nirwany: nie istniał świat, nie liczyły się problemy, zanikło odczuwanie wszystkiego oprócz ciebie. I wtedy pierwszy raz poczułem od ciebie chłód. Z jednej strony całowałaś czule, z podnieceniem, a z drugiej dało się wyczuć jakiś opór. Jakby coś trzymało cię na przysłowiowej smyczy i nie dało puścić się dzikim pędem w stronę pożądania.

Potem wielokrotnie odwiedzałem cię u ciebie w domu, ale tylko wtedy, gdy byłaś sama. I za każdym razem bardzo pilnowałaś, czy nikt nie nadchodzi oraz godziny, kiedy musiałem już wyjść. Zawsze prosiłem, żebyś zagrała jakiś swój ulubiony utwór i za każdym razem była to ta sama kompozycja Chopina, która wywoływała u mnie gęsią skórkę. Któregoś razu podszedłem do twoich pleców, gdy grałaś i przytuliłem się. Oparłaś głowę o moją klatkę piersiową, zamknęłaś oczy i zagrałaś chyba najpiękniej, jak potrafiłaś. Poszedłem w twoje ślady i również zamknąłem powieki. Staliśmy się jednym organizmem, gdzie ty byłaś mistrzem, a ja twoją pożywką.

Wyszłaś na chwilę do toalety i zostałem sam przy tym instrumencie, dzięki któremu staliśmy się sobie bliscy. Wierzyłem, że to dźwięki zawarte wewnątrz instrumentu, wychodzą same pod wpływem naciskanych klawiszy i wpływają do ciała artysty i słuchaczy. Podszedłem do fortepianu, uniosłem dłoń nad klawiaturą w miejscu, gdzie dźwięki wydawały się najprzyjemniejsze, zamknąłem oczy i do głowy mi przyszło, aby pomyśleć życzenie. Pierwsze, o czym zamarzyłem to, aby być z tobą.

Po prostu być razem z tobą.

Już chciałem nacisnąć klawisze, które miały zadziałać podobnie jak spadająca gwiazda, gdy weszłaś ty. Odskoczyłem od fortepianu, zupełnie jakbym chciał dokonać przestępstwa, a przynajmniej świętokradztwa. Poczułem, że jakbym dotknął klawiszy, poparzyłbym się.

Dwa dni później poszliśmy na tę samą polanę na szczycie wzniesienia już wieczorem. Siedzieliśmy pod płaczącą wierzbą, gdy powoli zapadał zmrok. Wtedy po raz pierwszy się kochaliśmy. Nad głowami szumiał wiatr, obok tętniła dźwiękami rzesza czerwcowych świerszczy, w oddali pomrukiwało miasteczko, a obok wzdychałaś ty. Czułem, jak każdy twój głęboki oddech przewiercał mnie emocjonalnie i mocował uchwyty w moim ciele, dzięki którym wystarczyło jedno dotknięcie, abym był twój.

Od tego dnia spotykaliśmy się codziennie, ale zawsze, gdy nie było twoich rodziców. Potem wracałem do domu i włóczyłem się samotnie po okolicznych drogach i ścieżkach, nie mogąc się otrząsnąć z miłości, która mnie dopadła. Ale z drugiej strony właśnie moim celem i marzeniem było, aby się nie otrząsnąć. Chciałem trwać w tym stanie jak najdłużej, dopóki życie mnie nie wezwie, aby stawić mu czoła. Zaniedbywałem kolegów, zdawkowo traktowałem rodzinę, a że trwały wakacje, nie musiałem się martwić nadchodzącą w najbliższym roku szkolnym maturą. Nawet kładąc się spać, myślałem o tobie. I prawie codziennie mi się śniłaś.

Kilka tygodni później, gdy wakacje zbliżały się do końca i siedzieliśmy pod tą samą wierzbą, powiedziałaś, że nie miałaś już dwóch okresów. Zamarłem. Przytuliłaś się do mnie i powiedziałaś:

– Obym się myliła, bo ojciec mnie zabije.

Nie potrafiłem na to odpowiedzieć. Siedziałem jak oniemiały. W jednej chwili miałem ochotę pozbyć się ciebie z mojego życia, uciec jak najdalej, oby tylko uniknąć odpowiedzialności. Nie potrafiłem sobie wyobrazić siebie jako ojca, gdy sam niejednokrotnie potrzebowałem jeszcze opieki. Miałem w końcu dopiero osiemnaście lat.

Tego dnia wróciłem do domu, wszedłem w ubraniu do łóżka i przykryłem się cały kołdrą, chcąc chyba uciec od bezwzględnego świata. Odciąłem się od wszystkiego i zapadłem w marzenia. Nagle zobaczyłem pod tą kołdrą mały, świecący fortepianik wielkości pudełka po butach. Odruchowo przybliżyłem głowę, aby się upewnić, czy nie mam zwidów. Jednak był, istniał i, jakoś tak, promieniował. Jeszcze bardziej się do niego zbliżyłem. Poczułem woń starego mebla, jakiej często można doświadczyć w muzeum czy leciwym, drewnianym domu. Odruchowo wyciągnąłem rękę, aby go dotknąć, ale dokładnie w tym momencie poczułem, jakby prąd elektryczny przeszył moje ciało. Zacisnąłem kilkakrotnie palce, upewniając się, że nie odebrało mi czucia, i przypomniałem sobie grane przez ciebie utwory. Znów poczułem, że gdybym dotknął tego malutkiego fortepianu, dokonałbym świętokradztwa, a może zerwał z muzycznego nieba najjaśniejszą gwiazdę, która świeciła, odkąd usłyszałem cię w sali gimnastycznej. Przytuliłem się za to do tego fortepianu, zamknąłem oczy i odpłynąłem, gdzie nie istniały troski, gdzie wciąż byłaś tą dziewczyną, która swoją grą dostarczała mi jedynie rozkoszy, a nie odbierała nic, informując o braku okresów. Rozpłynąłem się w niebycie beztroski.

Od tego dnia starałem się ciebie omijać, szerokim łukiem obchodzić okolice, gdzie mieszkałaś i nie zbliżać się do polany na wzniesieniu, gdzie uprawialiśmy seks. Często chadzałem na długie spacery, daleko poza granice naszego miasteczka, aby zostawić za sobą nadchodzący ciężar odpowiedzialności. I udawało mi się to. Miewałem wrażenie, że wraz z krokami pompuję do głowy jakieś hormony, które pomagają spojrzeć na problem z dystansu lub po prostu przezwyciężyć złowrogi lęk. Radowałem się wtedy każdym napotkanym drobiazgiem, każdym symptomem spontanicznego życia. Trawy cieszyły jak nigdy, zboże szumiało inaczej, jakoś tak pro ludzko, drzewa dawały zbawienny cień od sierpniowego upalnego słońca, a przepływające strumyki urzekały krystaliczną wodą, którą dopiero wtedy odważyłem się pić, zaczerpując w złączone w naczynko dłonie. Potem wracałem do domu i zwykle dopadało mnie zniechęcenie, apatia i coś na kształt depresji. Kazałem rodzicom mówić, że nie ma mnie dla nikogo, i nawet dla ciebie nie robili wyjątków. Kilkakrotnie prosiłaś, abym się z tobą skontaktował, ale nie chciałem o tym słyszeć. Wieczorami wchodziłem pod moją kołdrę, bo chciałem znów zobaczyć ten malutki fortepianik, ale się nie pojawiał. Znikł. Z mojej wyobraźni czy już mojej realnej rzeczywistości?

Tydzień później zapukała do mnie policja, kiedy siedziałem w domu sam. Naiwnymi i dziecinnymi oczyma wyobraźni zobaczyłem, jak zawiadamiasz ograny ścigania, że próbuję uniknąć odpowiedzialności. Stanąłem na baczność i oczekiwałem wyroku. Jednak policjanci jakby ze smutkiem spytali, czy mogą wejść, i po chwili usiedli na kanapie w dużym pokoju. Zaczęli pytać, co mnie łączy z tobą, jak układały się nasze stosunki i kiedy widziałem cię po raz ostatni. Odpowiadałem doskonale, na każde pytanie pełnymi zdaniami, czułem, że jak tylko wypadnę dostatecznie dobrze, to sobie pójdą i nie powróci koszmar braku twoich okresów.

Jednak po chwili jeden z nich wstał, podszedł do mnie, wziął mnie tak po ludzku za przedramię i oświadczył:

– Ania nie żyje. Zabił ją ojciec, gdy dowiedział się, że jest w ciąży.

Nie pamiętam nic więcej z tego wieczoru. Kojarzę jedynie, że zaszywając się pod swoją kołdrą, znów widziałem świecący fortepianik. Tym razem pachniał jeszcze mocniej, kusił zamkniętymi w środku złotymi dźwiękami jeszcze bardziej, stwarzał jeszcze większe poczucie bezpieczeństwa. I obija mi się po głowie jedynie, że byłem bliski, aby nacisnąć klawisze, wydobyć dźwięki, ale z jakiegoś powodu tego nie zrobiłem.

W połowie września, kiedy po raz kolejny się rozchorowałem na tyle, że znów wzięto mnie do szpitala, a kiedy przestałem reagować na innych ludzi, przysłano psychiatrę. Mówił jakimś niezrozumiałym językiem, którego pojedyncze słowa rozumiałem, lecz całość mieszała się, tworząc miksturę z innego wszechświata. Posiedział przy mnie dłuższy czas, próbował rozmawiać, ale de facto był to monolog. Odchodząc, polecił, aby podawać mi jakieś proszki, nawet gdybym się sprzeciwiał. Potem czułem się jak w wehikule czasu: ludzie krzątali się wokół mnie w przyspieszonym tempie, słońce i chmury tańczyły za oknem, a cykl dnia i nocy stał się jak oddech, dzięki któremu jeszcze żyłem.

Po jakimś czasie, gdy zapłakani rodzice po raz kolejny rozmawiali z lekarzami, zdecydowano, że przewiozą mnie do domu i tam będą doglądać. Mama odeszła z pracy, aby się mną opiekować, a tata sprowadzał kolejnych psychiatrów i psychologów. Żaden nie mógł znaleźć ani kontaktu ze mną, ani tym bardziej sposobu na przywrócenie mnie do stanu zdrowia psychicznego. Znów ludzie biegali w przyspieszonym tempie, ja nawet ruszałem się nieco, ale ani nie reagowałem na słowa, ani nie byłem w stanie zadbać o swoją cielesność.

Od momentu, gdy dowiedziałem się o twojej śmierci, trwało to równo dziewięć miesięcy. Wciąż tkwiłem w łóżku, wciąż prawie bez ruchu, wciąż żadnego kontaktu. Aż gdy któregoś dnia z samego rana mama zrywała kolejną kartkę kalendarza, pod którą widniała właśnie dziewiąta miesięcznica, nagle wstałem i wyszedłem z domu w piżamie na bosaka. Mama próbowała mnie powstrzymać, ale odepchnąłem ją z taką siłą, jakbym przez te wszystkie dni w łóżku zbierał energię właśnie na tę chwilę. I poszedłem poza miasto. Świeciło mocne słońce, właśnie zaczynały się w szkołach wakacje, a ja wędrowałem, gdzie mnie nogi poniosły. A w głowie od samego rana grała mi melodia, którą ty wtedy zagrałaś na sali gimnastycznej. Nie wiem, ile kilometrów pokonałem, ale do domu wróciłem z pozdzieranymi do krwi stopami. Znów wezwano psychiatrę i policję, która ponoć szukała mnie cały dzień. Ja tylko powiedziałem zwyczajne „dzień dobry” i zamknąłem się w swoim pokoju. Czułem się wykończony. Ponownie zaszyłem się pod kołdrą i po raz kolejny ujrzałem ten mały fortepianik. Muzyka w głowie ucichła natychmiast, jakby zawstydzona prawdziwym pięknem, jakie skrywał w sobie ten miniaturowy instrument. Tym razem poczułem od niego silne ciepło, wręcz emanował nieparzącym gorącem. Przytuliłem się i zapragnąłem stać się z nim jednością. Kusił mnie, nęcił, choć sam nie do końca rozumiałem do czego. I tak jak poprzednio patrzyłem jak zahipnotyzowany w klawisze, ale nie odważyłem się ich dotknąć.

Po wakacjach wróciłem do szkoły, choć do innej grupy ludzi, bo moi byli już po maturze. Muszę przyznać, że nauka szła mi całkiem nie najgorzej. Codziennie jadłem posiłki, normalnie spędzałem ze starymi przyjaciółmi wolny czas i zwyczajnie chadzałem na osiemnastki nowych znajomych. Rano długo wylegiwałem się w łóżku po przebudzeniu, patrząc, jak słońce, teraz o wiele wolniej niż, gdy leżałem w bezruchu, przesuwa się po nieboskłonie, jak podlatują na parapet wróble i sroki i wpatrują się w moją stronę. W drodze do i ze szkoły liczyłem pod stopami płytki chodnikowe, próbując za każdym razem osiągnąć dokładnie tę samą ilość kroków. Często zasiadałem w kuchni przy oknie i wpatrywałem się z przeszklony świat, zupełnie jakbym mógł znaleźć tam to, co…

Dni upływały tak samo, ale z każdym przebudzeniem wdzierała się do mojej głowy coraz potężniejsza cisza, która jakby sobą zakłócała dźwięki z zewnątrz. A wraz z tą ciszą narastała pustka, do zapełnienia której z każdym dniem brakowało coraz więcej środków. Czułem się, jakby wewnątrz mojej głowy powstawała gigantyczna jaskinia dudniąca echem, które, zniekształcając wszystkie dźwięki, tworzyło coś, co byłem w stanie nazwać tylko jednym słowem: otchłań. I na co dzień coraz bardziej mnie korciło, aby zagrać na tym malutkim fortepianiku.

Aż któregoś razu, gdy po jednej osiemnastce odprowadzałem do domu dobrą koleżankę, ona oświadczyła mi się, powiedziała, że żyć beze mnie nie może, że nigdy nie spotkała kogoś takiego jak ja. Rzuciła mi się na szyję i zaczęła całować. Nie wiem, co zrobiłem, ale ocknąłem się, gdy siedziałem po turecku przed twoim grobem. Przyszedłem tu pierwszy raz. Sam nie wiem, jak tu trafiłem. Przed oczyma miałem napis:

Zmarła razem z nienarodzonym dzieckiem śmiercią tragiczną.

A poniżej:

Nie lękaj się, ona czeka na Ciebie w niebiesiech.

Znów nie wiem, co się ze mną działo przed dłuższy czas. Pamiętam jedynie, że w nocy włamałem się do apteki i wykradłem spory zapas leków nasennych. Potem też niewiele pamiętam, aż do momentu, gdy ponownie zaszyłem się pod kołdrą. W świetle fortepianiku nasypywałem do garści tabletek i popijałem wódką prosto z butelki. Podchodziłem coraz bliżej fortepianu. Ciało stawało się coraz bardziej bezwładne, powieki coraz cięższe, aż poczułem, że znów jestem w wehikule czasu.

Siedziałaś na sali gimnastycznej i grałaś utwór muzyki poważnej. Nie mogłem uwierzyć, że dziewczyna, którą tak dobrze znałem, potrafi tak grać. Ale nagle muzyka ucichła, ty wstałaś od fortepianu, podeszłaś do mnie, wzięłaś mnie za rękę i delikatnie pociągnęłaś w stronę drzwi, za którymi jaśniało błękitne, żywe światło. Poszedłem za tobą.

Mały fortepianik wciąż świecił. Pierwszy raz w życiu pewnie wyciągnąłem ku niemu dłoń i…

Nacisnąłem klawisze…

Odezwał się dźwiękiem złotym.

I rozbłysł błękitnym światłem, które mnie pochłonęło.

W pogoni za sobą samym

W pogoni za sobą samym

Farby, Młody Model, Strzelać Moda, Fotografii

…I tylko szmery codziennych obowiązków wytrącają mnie z rytmu Twoich słów, które przelewają się przez palce, nie mogę ich zatrzymać. Twoje słowa są ulotne i takie senne. Gdy zamknę więc oczy, a cielesność nie będzie mi już potrzebna, może wtedy dosięgnę Ciebie. Dotknę Twoich słów i cieszył się nimi będę. Potem wraz ze snem uspokoją się i szum, i gwałtowność, i stopy…

Marcin był starszy ode mnie o siedem lat. Zainteresował mnie swoją osobą w obskurnym, całodobowym barze na Dworcu Zachodnim w Warszawie. Gdy przyszedłem, pił drugie piwo. Udałem, że znalazłem się tam zupełnie przypadkowo, a w gruncie rzeczy było inaczej – umyślnie chciałem go spotkać. Z początku, jak mnie zobaczył, mówił, iż dopija piwo i idzie do domu. Dosiadłem się do jego stolika i zaczęliśmy rozmawiać. Do tej pory znałem go na zupełnie innej stopie, więc rozmowa z początku weszła na tematy zawodowe i ogólne, dopiero po kilkudziesięciu minutach, gdy mieliśmy już we krwi trochę alkoholu, zacząłem mówić o sprawach osobistych: zwierzyłem mu się z prywatnego życia z dość szczegółowymi opisami niektórych przeżyć, sympatii i antypatii. Połknął haczyk i po paru minutach sam się wkręcił. To, co tego dnia opowiedział o swoim życiu, stanęło mi w głowie jak ość w gardle i od tamtej pory intensywnie myślę o przełożeniu tego na papier. Historia, którą przeczytacie, wydaje się zupełnie nieprawdopodobna, a może i niedorzeczna, ale dla Marcina to jego życie. Starałem się nie pominąć ani drobnego słowa, które miałoby większe znaczenie dla tej opowieści, a jeśli o czymś zapomniałem, to z niepamięci.

W zasadzie powinienem Marcina opisać od dzieciństwa, gdyż przypuszczalnie wtedy pozyskał kilka cech charakteru, które później – gdy stał się dorosły – kształtowały jego życie. Jednak tak nie zrobię, ponieważ wiem o tym jedynie co nieco – tyle ile od niego usłyszałem, a po drugie nie chcę mówić, co doprowadziło do takiej osobowości, tylko kim on jest dziś.

Marcin ożenił się, mając dwadzieścia sześć lat, dwa lata po studiach. Jego o rok młodsza żona, Marzena tuż przed ślubem obroniła pracę magisterską i szła na dobre do pracy. Ukończyła SGH i zatrudniła się jako zastępca głównej księgowej w jednej z dobrze prosperujących warszawskich firm. Zarabiała dość sporo, więc niedługo po ślubie, czyli w tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym drugim roku wzięli kredyt mieszkaniowy i kupili dwupokojowe mieszkanko na warszawskiej Woli. On wtedy pracował jako programista u dużego dystrybutora perfum, więc także zarabiał nieźle. W ciągu paru miesięcy urządzili jako tako mieszkanie i czas było pomyśleć o dziecku. Rok po ślubie zdecydowali się na to i kolejne dziewięć miesięcy później urodziła im się dziewczynka, której dali na imię Justynka.

Przez pierwszy rok małżeństwa zwiedzili większość Europy, a tuż przed tym, jak Marzena zaszła w ciążę, wyjechali na dwa tygodnie do Ekwadoru. Marcin chciał koniecznie zobaczyć Andy na własne oczy. Jak mi później opowiadał, spędzili tam najlepsze wakacje swojego życia. Zwiedzali góry, miasteczka i małe wioski indiańskie. Oboje wrócili zadowoleni i wypoczęci i wkrótce poczęli pierwsze dziecko.

W tym czasie Marcin zakochał się w górach na dobre i regularnie raz w miesiącu wyjeżdżał samotnie w Tatry lub Alpy. Właśnie w Tatrach poznał człowieka imieniem Roman i od tego czasu zaczął się powoli zmieniać. Jego nowo poznany przyjaciel miał ponad czterdzieści lat i od prawie dwudziestu był górskim maniakiem. Poza tym był typem samotnika i starym kawalerem z wyboru. Jak się okazało kilka miesięcy później, był także genialnym muzykiem. Grywał na kilku instrumentach i pracował jako muzyk sesyjny. Większość czasu spędzał, ćwicząc, a gdy przyszło do nagrania, zamykał się w studiu i praktycznie nie wychodził aż do ukończenia materiału. Marcin przyjaźnił się z nim dobre cztery lata, aż tamten uległ wypadkowi samochodowemu, a wkrótce zmarł w szpitalu.

Marcin bardzo to przeżył i zawsze wspominał go jak swojego duchowego guru. Często słuchał muzyki skomponowanej przez Romka, czytał jego wiersze i filozoficzne zapiski. Nie wiem dokładnie, co było w nich szczególnego, ale to, co mogę powiedzieć, to fakt, iż przesycone były idealizmem, romantyzmem i marzeniami. Wiele z nich dotyczyło ideałów kobiety, prawdy jako istoty obiektywnej i sensu życia. Jedyna rzecz, którą Marcin mi powiedział z tych zapisków, to następujący fragment:

Choćbyśmy się starali jak najlepiej ocenić jakieś zdarzenie, to zawsze nasza ocena będzie tylko cząstką naszej psychiki. Nigdy nie zdołamy uwolnić się od niej na tyle, aby nie wyznaczała nam barier…”

W dwa lata po narodzinach Justyny zdecydowali się na drugie dziecko, a kolejnych dziewięć miesięcy później mieli syna – Marka. Marzena zrezygnowała z pracy, a Marcin został szefem działu informatycznego w tej samej firmie co na początku małżeństwa. Dwa lata po urodzeniu się Marka spłacili mieszkanie, a ponieważ mieli odłożonych sporo pieniędzy, zaczęli się zastanawiać nad kolejną pożyczką i kupnem segmentu poza Warszawą.

I niestety, tutaj cała historia zaczyna się komplikować; kończy się sielanka i błogość rodzinnego spokoju. Marcin popada w coś, co na zawsze zmieni jego życie.

* * *

Latem tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego dziewiątego roku Marzena razem z dziećmi wyjechała do swojej matki na prowincję, a Marcin został sam w domu na prawie trzy miesiące. Dwa razy na miesiąc odwiedzał ją, potem wracał do Warszawy. Nie mając obok siebie kogoś najbliższego, znów sięgnął po zapiski Romana i czytał je dniami i nocami. Stały się dla niego biblią i swoistym „rozmówcą”. Rzadko wychodził z domu, ponieważ stracił dobry kontakt z większością dawnych przyjaciół. Poza tym, nie mając przy sobie kochanej i kochającej żony, w jego głowie zaczęły się rodzić dzikie marzenia. Wyobraźnia pracowała na najwyższych obrotach i zaczął sobie tworzyć własny świat.

Natchniony zapiskami Romana, w połowie czerwca rozpoczął pracę nad swoją pierwszą książką. Miała to być historia dwojga młodych ludzi wywodzących się z domu dziecka. Koncepcja wyglądała następująco: układają sobie powoli wspólne życie, ledwo wiążąc koniec z końcem, ona doskonała w mniemaniu Marcina, a on nerwowy i dość bezpośredni. Opowiadanie próbował zacząć od szczegółowego jej opisu, więc bez przerwy rozmyślał, jak powinna wyglądać zarówno fizycznie, jak i psychicznie. Pisał po kilka stron, potem wykasowywał wszystko i zaczynał od nowa. Ciągle coś mu nie pasowało. A to jego bohaterka była zbyt sztuczna, a to jej osobowość zbyt płaska, a czasem po prostu łapał się na tym, że nie jest jego ideałem, tylko tym, co akurat przypasowało w danej chwili. Męczył się nad tym dobre dwa tygodnie i nie stworzył zadowalającej wersji.

W tym czasie sięgnął po kolejne książki, aby tam znaleźć cząstki swojego ideału. W ciągu tych dwóch tygodni przeczytał osiem i nic. Chadzał do kina, teatru, aby obserwować różne osobowości, albo po prostu do parku i tam patrzył na kobiety, słuchał ich i zapisywał najciekawsze wnioski. Po tym czasie postanowił, że będzie śledził takie kobiety, które mu przypadły do gustu w jakiś szczególny sposób. Pierwszy raz tak zrobił pewnego niedzielnego popołudnia. Poszedł do paku Sowińskiego, upatrzył sobie dziewczynę i nie spuszczał z niej wzroku przez parę godzin. Szła z koleżanką. Najpierw dość długo spacerowały po parku, potem wsiadły do autobusu numer sto pięć jadącego na Bemowo, a on wsiadł z nimi. Wysiadły przy Wojskowej Akademii Technicznej, on podjechał jeden, krótki przystanek dalej i za nimi ruszył. Weszły w boczną uliczkę i wtedy spostrzegły, że są śledzone. Zbliżył się, a po paru minutach do nich dołączył. Były mocno przestraszone. Od razu wyjaśnił, że pisze książkę i chce zbadać reakcje dziewczyn na śledzenie. Z początku nie wierzyły, ale kiedy wyciągnął z kieszeni mały, zapisany i pokreślony notes, dały się przekonać. Odprowadził je do domów, pożegnał się i wrócił do parku. Było późne popołudnie i znów upatrzył sobie „obiekt” i kolejny raz poszedł jego śladem. Tym razem dziewczyna była mniej spostrzegawcza i nic nie zauważyła. Powtarzał to jeszcze przez tydzień, a że i to nie przyniosło żądanego rezultatu, musiał wymyślić coś nowego.

Zaczął podchodzić do kobiet, pytał o drogę do miejsc, które rzekomo go interesowały i prosił o podprowadzenie. Kilkakrotnie udało mu się wyciągnąć parę cennych uwag w kwestii kobiecego ideału, które skrzętnie zapisywał, lecz mimo to książka nie ruszyła z miejsca.

Kolejny raz próbował poskładać do kupy wszystkie swoje zapiski i spostrzeżenia. Zasiadł do komputera wczesnym wieczorem, próbując opisać swój ideał. Pisał po kilka zdań, kasował, wściekał się i nadal nic nie wychodziło. Siedział prawie do rana i nie napisał nic konkretnego. W żadnym wypadku kobieta, którą opisywał, nie była taka, jaką by sobie wymarzył, wyśnił. Położył się dopiero wtedy, gdy uświadomił sobie, że próbuje opisać swoją żonę zmienioną o cechy ze swojego notatnika. Poczuł, że wpadł w błędne koło.

Od czasu do czasu zaczął kupować sobie sporą ilość alkoholu i zapijał się na śmierć w poszukiwaniu tej jedynej. Na początku robił to raz w tygodniu, na ogół w piątek, aby w weekend móc wrócić do siebie. Podczas tych samotnych libacji, zapisywał mnóstwo kłębiących się w głowie myśli i przestał je kasować z komputera. Jak się później okazało, wyprodukował ponad czterdzieści stron samych opisów naj-kobiety. Ciągle jednak nie mógł wyrazić swojego ideału. Po miesiącu zapijania się na śmierć zdał sobie sprawę, że nie tędy droga i znów wrócił do czytania książek, chodzenia do kina i spacerów w parku.

Każda książka, którą czytał, oprócz standardowych wartości, niosła przede wszystkim rodzaj kobiecego piękna. Zwrócił uwagę na to, że fragmenty, gdzie są opisy kobiet, czytał kilkakrotnie dłużej niż pozostałe.

W połowie lipca wciąż nie rozpoczął swojej książki. Postanowił tworzyć samą fabułę, bez opisów i zaledwie w ciągu tygodnia spłodził sto dwadzieścia stron. Oczywiście nie była to wersja ostateczna, ale zaledwie zarys mający ulec stylistycznym i rzeczowym poprawkom. Wtedy przydarzyła się rzecz niesamowita i właściwie od tego powinna zaczynać się ta historia.

W drugiej połowie lipca Marcin obudził się rano i zdał sobie sprawę, że śniła mu się idealna kobieta. Taka, jaką mógł sobie wymarzyć. Piękna, inteligentna, zaradna i tak samo idealistycznie podchodząca do życia jak on. Ponieważ miał duże zdolności plastyczne i w młodości uczęszczał na kółko malarskie, postanowił ją namalować. Portret wyglądał niemal jak zdjęcie – doskonały i niepomijający żadnego szczegółu. Pracował nad nim trzy wieczory. Powiesił go nad łóżkiem i wiedział już wszystko o wyglądzie ideału.

Około tygodnia później przyśniła mu się po raz drugi. Nie różniła się zupełnie niczym w porównaniu do pierwszego razu. Była identyczna zarówno pod względem urody jak i charakteru. Rano się obudził i był wniebowzięty. Wreszcie się doczekał.

Kolejne noce przyniosły kolejne sny i, jak się okazało, każdy następny stanowił kontynuację poprzedniego. W ten sposób pomysł na książkę, który niegdyś miał w głowie i nad którym zaczął pracować, legł w gruzach, a pojawiła się nowa historia. Historia wzięta wprost z jego podświadomości. Postanowił napisać książkę właśnie na podstawie własnych snów.

Całość zaczynała się od przypadkowego poznania Agnieszki, bo właśnie tak miała na imię ta dziewczyna. Spotkał ją na przyjęciu urodzinowym u swojego kolegi, gdy jeszcze obydwaj byli kawalerami. Miała metr siedemdziesiąt wzrostu i była szczupła. Ciemne, kasztanowe włosy do połowy pleców, lekko wystające kości policzkowe, zadarty nos, dość duże, szeroko rozstawione oczy i namiętne usta. Ubrana w żakiet koloru błękitnego. Zawsze uśmiechnięta, wyglądała na bardzo szczęśliwą, ale od czasu do czasu zamyślała się i tonęła we własnym świecie. Nie była typem kokietki, a raczej kobiety o niepozornych ruchach, a mimo to miała w sobie szalenie dużo naturalnego wdzięku i pogody ducha. Podszedł do niej, poprosił do tańca i tak się poznali. Rozmawiali ze sobą bardzo dużo tego wieczora i wymienili telefony. (To dziwne, ale podał jej telefon, pod którym był uchwytny, jak jeszcze był kawalerem.) Tak skończył się pierwszy sen.

Kolejny zaczął się od wspólnego spotkania w parku Sowińskiego (tym, w którym śledził dziewczyny). Spędzili ze sobą ponad sześć godzin, aż odwiózł ją do domu tramwajem gdzieś na Żoliborz. Wrócił do domu i sen się skończył.

Za trzecim razem poszli do kina „Śląsk” na film „Dawno temu w Ameryce” i pamiętał go po przebudzeniu ze szczegółami, mimo iż w rzeczywistości widział go ponad dziesięć lat wcześniej. Potem poszli do jakiejś kawiarni, której nigdy nie znał i nie miał pojęcia, czy naprawdę istnieje. Spędzili przy drinkach i deserach trzy godziny, a później, nadal jako tylko dobrzy znajomi, rozstali się pod jej blokiem, którego wygląd również dobrze zapamiętał.

Czwarty sen spędzili na wspólnym wyjeździe poza miasto i właśnie tam doszło do pierwszego pocałunku. Dość długo oboje nie mogli się na to zdecydować, aż lunął deszcz, a oni skryli się przemoknięci pod niewielkim daszkiem, mimowolnie przytulili i jak dwa mokre pieski niemal żebrali o pocałunek, trącali się przesiąkniętą sierścią, aż ulegli pod naporem pożądania. Tak zaczął się na dobre ich senny romans. Raz się zaczął i po tak pięknym, bo sennym, wstępie nie mógł się szybko skończyć.

Niedługo potem Marcin wyjechał na tygodniowy urlop na prowincję; dotarł tam w sobotnie popołudnie. Z wielkim entuzjazmem powitał żonę i dzieci, teściową i teścia. Najpierw spędził wraz z żoną długie chwile na rozmowie i przytulaniu się, potem on bawił się z Justynką, aż zrobiło się późno, więc położyli się do łóżek. On położył się z żoną w małym pokoiku, aby nadrobić zaległości długiego rozstania, dziećmi zajęła się teściowa. Usnęli dopiero po północy, wymęczeni i przepoceni.

Tej nocy powróciła Agnieszka. I nie to, że powróciła i już. Wtargnęła w sen, wygłodniała jego obecności jak wilk. Od razu zaczęły się namiętne pocałunki i przytulania. Ubrana była inaczej niż zwykle: tym razem miała na sobie najgustowniejszą suknię jego żony. Od czasu do czasu wypowiadała całe zdania swojej rywalki, które dobrze Marcinowi utkwiły w pamięci ze względu na ich osobisty charakter, a każde z nich było jakby drobnym talizmanem tego małżeństwa. Tkwiły w jego głowie od czasu wypowiedzenia ich przez Marzenę i będą trwały aż do jego śmierci. Po długim powitaniu Agnieszka wyjęła z torebki naszyjnik, który Marcin dał swojej żonie, a ta zgubiła go tuż przed ślubem.

Obudził się obok śpiącej żony, przetarł oczy, wstał i poszedł sprawdzić jak dzieci, które jeszcze spały w najlepsze. Cały czas czując obok siebie Agnieszkę, spojrzał na dzieci i gorzko zapłakał, nie za bardzo wiedząc, które życie jest piękniejsze: realna Marzena z dziećmi, czy senne widziadło. Wrócił do żony, padł z powrotem na łóżko i leżał dobre półtorej godziny, zanim się obudziła. Na dokładkę bał się, że mógł zacząć mówić przez sen. Jak by się żonie z tego wytłumaczył? Wypowiadać imię jakiejś Agnieszki i mówić, że będzie z nią aż do śmierci, brzmi wyraźnie jednoznacznie. Na pewno zrozumiałaby, iż podczas jej nieobecności ma romans, a może i chcieć ją rzucić dla tamtej.

Po kilku godzinach spędzonych z żoną i dziećmi zupełnie zapomniał o sennych marzeniach i powrócił do roli kochającego męża i ojca. Spędził z rodziną cały tydzień, chodząc do lasu, nad wodę czy na łąkę. Opiekował się nimi, jak mógł i byli szczęśliwą rodziną. Do końca pobytu na prowincji senne widziadło nie powróciło. Prawie codziennie sypiał z żoną i sprawiało to obojgu przyjemność taką samą jak przed wakacjami.

Wyjechał do Warszawy w sobotę, tydzień po przyjeździe. Wrócił do królestwa swojej książki i prawie od razu po powrocie usiadł nad jej pisaniem. Teraz miał nie lada zadanie: oddzielić ze snu to, co dotyczyło bezpośrednio jego, od tego, co mogło dotyczyć każdego innego człowieka. Po prostu nie mógł sobie pozwolić, aby w jakikolwiek sposób książka mówiła o nim samym. W taki sposób musiał pominąć niektóre elementy ze snu. Na przykład naszyjnik nie mógł się znaleźć w książce w tej samej postaci co we śnie. To samo było z suknią żony. I tak sam stał się cenzorem swoich marzeń na potrzeby książki.

(Zapisał dość długą notatkę z tego, co przyszło mu do głowy, w sprawie kontroli treści. Dokładnie nie wiem, co tam zawarł, ale w skrócie powiedział, że tym się różnił od szaleńca, że dokładnie wiedział, na co może sobie pozwolić, a na co nie. Gdyby nie to, popadłby w obłęd. Podobno nawet miał kiedyś znajomego, który postradał zmysły, i to, co rzuciło się Marcinowi w oczy, to fakt, że ów nieszczęśnik z pełną premedytacją pomijał wszystko, co mogło go w jakikolwiek sposób ograniczać. Znikły bariery moralne, granice przyzwoitości, etyka, nawet zakazy i nakazy wynikające z wiary w Boga, w którego zawsze wierzył nieprzytomnie. Marcin zakończył tę opowieść pytaniem: czy to nie jest tak, że szaleństwo to świadomy wybór każdego z nas?)

Z soboty na niedzielę Marcin miał kolejny sen, w którym przyszła do niego Agnieszka, przywitali się gorąco i usiedli na kanapie u niego w mieszkaniu.

Marcin obudził się około szóstej rano. Wstał z łóżka i zaczął przygotowywać sobie śniadanie. Cały czas myślał o swoim śnie i w żaden sposób nie mógł go zrozumieć. Kołatał mu się w głowie niejasny dialog, a on, właściciel swojej podświadomości, czyli twórcy nocnego marzenia, był daleki od jasności zaistniałej sytuacji. Wkrótce zasiadł z powrotem nad książką. Słowa niemal same przelewały się przez jego palce na klawiaturę komputera. Pisał i jedyne, nad czym się zastanawiał, to sens zapamiętanych słów. Około trzynastej zrobił sobie przerwę i wyszedł na krótki spacer. Chodził po ulicach Woli, bezmyślnie obierając trasę wędrówki. Czasem szedł prosto, czasem skręcał, a innym razem zatrzymywał się, siadał na ławce, siedział parę minut i znów ruszał. Do domu wrócił po ponad dwóch godzinach. Ponownie zasiadł do komputera i pisał. Kolejnym jego posiłkiem była obiadokolacja, którą spożył po dwudziestej. Był to szybki, skromny, ale bardzo sycący posiłek. Zjadł go, jak mógł najprędzej i znów zaczął pisać. Do łóżka wskoczył po północy. Od razu zasnął jak kamień, a widziadło wróciło.

Tym razem ubrana była w lnianą, jednobarwną suknię w kolorze szaro-morskim.

Gdy wyszli z domu, na ulicy, przed jego oknami stała starodawna dorożka z zaprzęgniętym białym koniem, i woźnicą, który niemal operowym głosem podśpiewywał sobie cicho arię z opery Carmen. Jechali dobrą godzinę i zatrzymali się przed wejściem do Pałacu Ujazdowskiego, gdzie czekało na nich kilku lokai. Weszli do środka i Marcin ujrzał cały dziedziniec przygotowany do tego święta. Po lewej stronie stały zastawione wyjątkowymi potrawami stoły, po prawej ustawiona niewielka scena z orkiestrą kameralną, a przed nią parkiet do tańca. Mnóstwo krzątających się kelnerów i kamerdynerów ubranych w starodawne stroje, muzyka klasyczna i wyczuwalna atmosfera wielkiej uczty specjalnie dla nich dwoje, bo wkrótce się okazało, że oprócz nich i służby nie ma tam nikogo.

Najpierw zasiedli przy niewielkim stoliku, nieopodal wielkich zastawionych stołów i dostali na srebrnych talerzach potrawy, których Marcin nawet nie wiedział jak zacząć jeść. Podano także dwie butelki szampana, z których jedną otworzono z hukiem i nalano do kryształowych, smukłych kielichów. Po chwili orkiestra zagrała Koncerty Skrzypcowe Bacha, potem Vivaldiego, Mozarta i Beethovena. Gdy Marcin i Agnieszka skończyli posiłek, ona poprosiła go do tańca. Ona w tej olśniewającej swą prostotą sukni, a on w starym sweterku, dżinsach i starych skórzanych, zawiązywanych pantoflach.

W tym momencie obudził Marcina telefon. Był poniedziałkowy ranek i dzwoniła żona, aby go poinformować, że Justynka się rozchorowała. Musiał wziąć ze dwa dni wolnego z pracy i przyjeżdżać z powrotem na prowincję. Przyszedł rano do pracy, załatwił formalności i pojechał do rodziny. Jego córeczka miała zapalenie płuc, które zdiagnozował lekarz, po czym przypisał leki i polecił, aby przez kilka dni leżała w łóżku. Wieczorem Marcin podszedł do Justynki, a ta cichutko, na ucho zadała mu pytanie:

Wyglądało na to, że to małe pięcioletnie dziecko coś wyczuło. W żaden sposób Marcin nie mógł sobie tego wytłumaczyć. Przecież pierwszą osobą, która powinna cokolwiek zauważyć była jego żona. Poza tym wcale nie zamierzał odejść, bo z kim? Z sennym marzeniem? To nie miało sensu. Więc o co jej chodziło? Na dodatek w tym samym czasie mocno się rozchorowała, więc dało mu to dużo do myślenia… Posiedział tam na prowincji do wtorkowego wieczoru i musiał wracać do Warszawy. Pożegnał się z żoną i dziećmi, wsiadł w samochód i wrócił.

Tej samej nocy pojawiła się Agnieszka. Przyszła do niego zupełnie naga. Kochali się we śnie bez opamiętania przez długi czas. Raz ona prowokowała go do kolejnych figli, a raz on ją. Trwało to na tyle długo, że zdążył osiągnąć szczyt cztery razy i wcale nie miał dosyć. (Jakie to niezwykłe rzeczy zdarzają się w snach…) I pewnie szalałby dalej, gdyby nie zadzwonił budzik.

Teraz dni były nieco inne niż kiedyś. Marcin pracował osiem godzin dziennie, czasem tylko zostawał dłużej, potem wracał do domu, pisał książkę, kładł się spać, zasypiał i prawie codziennie powracał jego kobiecy ideał. Całymi dniami czekał na noc, aby tam przeżywać swą idealną miłość i cieszyć się nią. Mijały dni, przybywało stron w jego książce, przybywało nocnych wrażeń, a dzień stawał się coraz krótszy i krótszy.

Po powrocie z pracy zasiadał do pisania, cedząc słowa, a książka nabierała grubości. W połowie sierpnia liczyła już ponad trzysta stron. Obfitowała w liczne szczegóły: długie opisy sytuacji i miejsc ze snów i co najważniejsze w jak najwierniejsze oddanie wyglądu i osobowości Agnieszki. Pochłonęła go prawie całkowicie, tak, że na co dzień szukał jakby jej odbicia w rzeczywistości. Zaczął porównywać wszystkie kobiety z jego sennym ideałem. Ale większość kobiet po prostu niemal go odrażała brakiem delikatności i sztucznością. Inne, bardziej przypominające jego wyobrażenia, zyskiwały niewielkie względy.

I tak, dzięki swoim marzeniom, miał to, czego chciał najbardziej – ideał kobiety. Ale powoli oddalał się od codzienności. Z tygodnia na tydzień zaczął tracić emocjonalny kontakt z otaczającym go światem. Normalnie pracował, jadł, dbał o higienę, ale tak naprawdę uciekał w głąb siebie. Podobno wcale nie zareagował, gdy dowiedział się, że jego podwładny zginął w wypadku samochodowym. Zwykły świat stawał się nierealny, a ten ze snu – prawdziwy, stanowiący dla niego drugą rzeczywistość. Rzeczywistość, w której wszystko było idealne i dokładnie takie, jak mógł sobie wymyślić. Wraz z zamknięciem oczu przeistaczał się w drugiego siebie, czekającego na swoją wymarzoną Panią. Marcin i jego alter-ego egzystowali razem w jednym czasie i jednym miejscu. Budząc się rano, powracał do życia, które okazywało się koszmarem w porównaniu do tego, co czuł w czasie snu. Z coraz większą niechęcią wstawał z łóżka i chodził do pracy, wściekał się na szarą rzeczywistość, że odbiera mu wszystko to, co przynosiły ze sobą senne marzenia.

Pod koniec sierpnia Marzena wróciła z dziećmi od swojej matki i dopiero wtedy zauważyła zmiany, które w nim zaszły. Nie był już taki jak kiedyś. Bardziej zamknął się w sobie, mniej się odzywał, dłużej spał. Mniej czasu poświęcał dzieciom, a zważając na to, iż kiedyś one stały u niego na czołowym miejscu, może nawet wyżej niż żona, było to coś niepokojącego. Marzena zaczęła wypytywać, co się z nim dzieje, dlaczego się zmienił, a on jedynie milczał. Niejednokrotnie popłakała się podczas rozmowy, ale nie usłyszała od męża nic konkretnego. Bo co miał Marcin powiedzieć? Że zakochał się we własnej wyobraźni? To byłoby chyba najbliższe prawdzie, jednak w tym czasie Marcin zaczął tracić kontrolę nad własnymi snami, własną osobowością, a co za tym idzie codziennością, więc wyobrażał sobie, że Agnieszka jest jak najbardziej realna.

Postanowił na razie nic nie mówić Marzenie o swojej książce, która już wtedy liczyła blisko pięćset stron, bo nie wyobrażał sobie, jak mógłby wytłumaczyć jej powstanie. Nigdy nie przejawiał chęci pisarskich, aż tu nagle napisał tyle. Ukończenie powieści zajęło mu jeszcze dwa tygodnie. W tym czasie dopisał historię do końca i wstępnie poprawił stylistykę i błędy rzeczowe. Dopiero na początku października zdecydował pochwalić się żonie efektem swojej pracy. Najpierw reakcja jej była ciepła i oddawała pełnię podziwu dla jego talentu. Wyjaśnił, iż gdy brakowało mu jej, wziął się za pisanie, a potem wciągnął się na tyle, że nie mógł przestać. Zagłębił się w powieść i stąd jego zmiany. Było to zresztą częściowo zgodne z prawdą. Jednak po przeczytaniu całości Marzena spochmurniała i przycichła, gdyż postać Agnieszki w żaden sposób nie pasowała do niej samej. Musiała zdać sobie sprawę, że daleko jej do ideału Marcina. Po tygodniu jednak wzięła się w garść i oceniła dzieło jako wyjątkowe. Godzinami rozwodziła się nad treścią książki, nad opisami ludzi, sytuacji i poezją zawartych tam wydarzeń. Czasem na głos czytała dzieciom fragmenty i zawsze kończyła stwierdzeniem:

– To napisał wasz tata. Pamiętajcie o tym i kochajcie go ponad wszystko.

Jeszcze przez prawie miesiąc Marcin wprowadzał drobne poprawki, w ten sposób udoskonalając swoje dzieło i nadając mu niepowtarzalny styl. Styl trochę ze snu, a trochę z rzeczywistości. Każde zdanie czytał wielokrotnie, aż było takie, jakie chciał, aby pozostało uwiecznione.

Trochę rzadziej niż za czasów wakacji pojawiała się senna jawa tworząca specjalnie dla niego inny – jego własny świat. Przychodziła średnio dwa razy w tygodniu, zawsze bez ostrzeżenia i niespodziewanie, zaskakując go za każdym razem różnorodnością strojów, słów i czynów. Niejednokrotnie sypiał z nią w najbardziej nieprawdopodobnych miejscach. Któregoś razu zabrała go w Andy i tam na jednym z najwyższych szczytów kochali się jak zwykle do nieprzytomności: mieli nad sobą pałające błękitem niebo, wokół szumiące na lekkim wietrze występy skalne, a pod sobą pulsujący życiem granit. Innym razem byli w jakimś bardzo starym lesie: ptaki śpiewały odwieczną melodię spokoju i ciszy, drzewa wtórowały, tworząc do niej tło, wiatr chłodził ich spocone ciała, a słońce rozpalało namiętność.

Tak trwało aż do momentu, gdy Marcin dokonał ostatnich poprawek w swojej książce. Wtedy wszystko znikło. Agnieszka odeszła bez pożegnania i więcej nie powróciła. Pozostało po niej tylko wspomnienie w postaci pięćsetstronicowej książki. Ideały zostały zapisane na papier, uwiecznione raz na zawsze i zabrakło dla nich miejsca w świecie Marcina. On pozostał sam ze swoimi wspomnieniami i musiał stawić czoła samotnej wędrówce przez dalsze życie.

Marcin zrozumiał, że Agnieszka była wytworem jego wyobraźni przywołanym przez niego samego na potrzeby książki. Książka stanowiła ją, a ona książkę. Pisząc powieść, zagłębił się w nią na tyle, iż świat, który opisywał, stał się jego własnym światem, a rzeczywistość uciekła gdzieś daleko, prześlizgując się między niebytem a drugą rzeczywistością, którą tworzył. Role zostały na jakiś czas zamienione, tworząc swoiste dwa bieguny jego psychiki. Jednym była ziemia i wszystko, co się na niej działo, a drugim jego własna podświadomość. Podświadomość na tyle silna i na tyle nieznana Marcinowi, że potrafiła go oczarować, i wciągnąć, pozostawiając w świadomości ślad piękna, który będzie w nim tkwił aż do końca życia. Ślad piękna, którego nie mogło zastąpić na ziemi nic, ponieważ pachniał tym, co zwykło się nazywać drugą połową.

Niejednokrotnie próbował coś poprawiać w książce, aby w ten sposób przywołać do życia Agnieszkę, ale na próżno. W jego powieści tak naprawdę nie było już nic do poprawienia. Dopisywał pojedyncze słowa, zdania a czasem i rozdziały. Niestety, nijak nie pasowały do już zamkniętej, doskonałej całości. Wymazywał, poprawiał, wściekał się i nic. Wcześniej zakończone dzieło nie przyjmowało do siebie już nic nowego. Zachowywało się jak żywa istota. Za każdym razem, gdy próbował coś zmienić, powieść wywoływała w nim drgawki, wyciskała łzy i zmuszała do wymazania poprawek. Książka była jego własną podświadomością i kiedy próbował ją poprawiać, udoskonalać, ta ostro dawała mu się w kość, przyprawiając o kolejne pomieszanie zmysłów.

W tym czasie zaczął odwiedzać miejsca ze snów. Chodził tam, mając nadzieję, że spotka Agnieszkę. Każde miejsce pachniało jej perfumami, oddechem, gdy krople deszczu spadały na niego z ciężkich jesiennych chmur. Czasem słychać było jej głos, powracający wraz z kolejnymi podmuchami wiatru, krakaniem wron, gruchaniem gołębi czy krzykami bawiących się dzieci. Liście spadające z drzew przypominały mu kartki jego własnej książki, a gdy wiatr unosił je z ziemi, Marcin miał nadzieję, że odkryje się pod spodem rzeczywistość, gdzie żyje Agnieszka. Często patrzył wysoko w niebo i niejednokrotnie wpatrując się w samo słońce, miał nadzieję, iż promienie stopią w jego głowie barierę między świadomością a podświadomością. Niemal każdy nietypowy ruch w przyrodzie budził w nim wyobraźnię. Zupełnie, jakby wspomnienia Agnieszki żywiły się energią codzienności. Ale w rzeczywistości było niemal odwrotnie – Marcin niemal świadomie karmił świat Agnieszki wszystkim, co go spotykało. Stworzyło się błędne koło, gdzie początkiem było pragnienie Agnieszki, obwodem nadzieja podsycana życiem i końcem znów Agnieszka. Świat się nie kończył i nie zaczynał…

Po pewnym czasie przyszła mu do głowy myśl, że być może Agnieszka istnieje naprawdę. Może widział ją kiedyś, dawno temu i pozostawiła w nim wspomnienie. Wspomnienie jak cień, który pozostał w podświadomości, będąc całkowicie wymazany ze świadomej pamięci. Toteż chadzał z portretem Agnieszki we wszystkie miejsca ich sennych spotkań.

Potem podchodził do kolejnej osoby i znów zadawał pytanie:

– Czy pani nie widziała Agnieszki? – I podsuwając jej swoje malowidło, dodawał – to ta kobieta.

– Chwileczkę – powiedziała jedna młoda dziewczyna. – Nie, raczej jej nie widziałam, ale wie pan co? Sam pan to namalował?

Odwiedził w tym celu zarówno park Sowińskiego, znajomego, u którego we śnie ją spotkał po raz pierwszy, i wszystkie miejsca, w których spotykał się z Agnieszką. Jego znajomy patrzył trochę jak na wariata, gdy ten wyciągnął portret i spytał, czy nie zna kobiety z portretu. Ale w gruncie rzeczy Marcinowi było wszystko jedno, co o nim powiedzą ludzie.

Któregoś razu postanowił odszukać blok, w którym mieszkała Agnieszka. Pamiętał tylko, że było to na Żoliborzu. Całymi popołudniami po pracy włóczył się ulicami tej dzielnicy, najpierw szukając tylko bloków, potem już zwykłych domów, bo sam zatracił poczucie, że we śnie był to na pewno blok. Któregoś dnia, kiedy już ledwo szedł ze zmęczenia, zobaczył od tyłu dziewczynę wychodzącą z jednorodzinnego domku przy Alei Wojska Polskiego wyglądającą zupełnie jak Agnieszka. Czym prędzej podbiegł, chwycił ją za ramię, już chciał przytulić, ale twarz okazała się zupełnie inna. Osunął się bezsilnie, usiadł na krawężniku, a przestraszona dziewczyna najpierw chciała uciekać, a potem, gdy dotarło do niej, że z Marcinem jest bardzo źle, zadzwoniła po pogotowie. Spędził w szpitalu dwa dni, podłączony do kroplówek i zmuszany do rozmów z psychologiem i psychiatrą. Jednak nie powiedział im nic oprócz tego, że szuka czegoś, co zgubił.

Pewnego razu przypomniał sobie o pewnym miejscu, którego nie znał, a w którym był z Agnieszką. Była to kawiarnia bez nazwy stojąca samotnie przy jakiejś nieuczęszczanej ulicy. Wychodził z pracy, ruszał we wszystkie możliwe zakątki Warszawy w poszukiwaniu tego miejsca, mając resztki nadziei na spotkanie tam Agnieszki. Potem namalował, jak wyglądała ta kawiarnia z zewnątrz i niejednokrotnie pytał taksówkarzy, czy przypadkiem nie znają tego miejsca. A dzień był coraz to krótszy i krótszy…

Właśnie tak wyglądała jego samotna wędrówka. Od kiedy zabrakło Agnieszki, poczuł, iż stracił wszystko, co miał najcenniejsze. Nagle okazało się, że jego żona już nic dla niego nie znaczy. Tylko dla dzieci zachował nieco miłości i troski. Z Marzeną sypiał dość regularnie, ale raczej z obowiązku niż z prawdziwej przyjemności. Rozmawiał z nią na co dzień, ale z każdą chwilą zbierała się w nim chęć jakiejś ucieczki.

Na początku zimy, gdy Marzena go niemal zmusiła, chadzał do licznych psychologów, a nawet psychiatrów, ale leków brać nie chciał. Każda wizyta budziła w nim coraz większą niechęć i obrzydzenie do całego świata, w którym przyszło mu żyć. Zdał sobie sprawę, że specjaliści nie są w stanie mu pomóc, ponieważ to, z czym próbował walczyć, nie było chorobą czy zaburzeniem psychiki, to inny stan świadomości, tak samo dla niego naturalny, jakim dla nas jest sen, po którym budzimy się zlani potem. Specjaliści w zasadzie próbowali pozbawić go jego własnej podświadomej wyobraźni i „leczenie” wywoływało w nim coraz większą nienawiść do cywilizacji i świata w ogóle.

Na początku roku zmienił pracę (i zaczął być moim bezpośrednim szefem). Chciał w ten sposób uciec od goniących go problemów. Na próżno. Za trochę ponad miesiąc wyprowadził się od żony i dzieci, zamieszkując w wynajętej kawalerce. Miał nadzieję, że w ten sposób stęskni się za Marzeną i za jakiś czas wróci. To także spełzło na niczym. Około lutego dwutysięcznego roku po wypiciu zbyt dużej ilości alkoholu trafił do izby wytrzeźwień. W kwietniu stracił pracę i przez pewien czas żył z zaoszczędzonych pieniędzy. Teraz zamierza wyjechać na stałe do Ekwadoru i tam prowadzić spokojny i ubogi żywot.

Swoją książkę zniszczył w przypływie wściekłości i pozostało po niej tylko wspomnienie…

* * *

Marcin powiedział mi rzecz, która utkwiła mi w pamięci. Był to kilkunastominutowy monolog o sobie samym.

Czy wiesz, jak ciężko jest żyć, jeśli człowiek znienawidzi samego siebie za to, co robi? Każdy krok jest przepełniony obrzydzeniem do własnej osoby. Budzisz się przy kochającej żonie i dziecku, wiesz, że jesteś im potrzebny, a oni nadal w jakiś sposób Tobie, ale natychmiast przypominasz sobie sen i jedyne, czego naprawdę pragniesz, to znów śnić. Próbujesz być szczęśliwy w takich realiach, jakie są za dnia, zmuszasz się do tego, ale to wszystko na darmo, bo im bardziej się starasz, tym bardziej nienawidzisz swoich snów, że tak ci zniszczyły życie. Ale i nienawidzisz życia, czując, jak jest odległe od ideału ze snu. Potem uzmysławiasz sobie, że sny to twoja podświadomość i zaczynasz nienawidzić siebie samego. Idziesz wieczorem do baru, aby zniszczyć własnego siebie, tego, który tobie zniszczył życie. Trafiasz do izby wytrzeźwień i gdy stamtąd wychodzisz, cieszysz się, że go upokorzyłeś. Jesteś z siebie dumny, że go pokonałeś. Jeden dzień masz spokojny, bo okazałeś się od niego lepszy. Mówisz sobie: nie pozwolę sobie zniszczyć życia, aż tu nagle budzisz się następnego ranka i czegoś ci brakuje. Nie ma tej jedynej, wyśnionej kobiety. Gdyby tylko wróciła do moich snów, mógłbym nadal żyć ze swoją żoną i dziećmi. I znowu zaczyna się to samo. Zaczynasz być dla nich nieprzyjemny, wręcz chamski, bo to podświadomość porównuje ich z kobietą ze snu. I tak powoli wszystko się wali. Wzajemne napięcia, świadomość, że już nie jest tak jak kiedyś. I nic by nie pomogło, gdybyś żonie zwierzył się ze swoich problemów. Gdybyś tak zrobił, ona zrozumiałaby, że jej już nie kochasz, mimo że nadal chcesz z nią być. Zobacz, jak by się czuła? Jak ostatnia deska ratunku, jak substytut twoich pragnień. Nie mogłem jej tego zrobić.

Najgorszą rzeczą jest nienawiść do samego siebie. Paraliżuję cię w każdej sytuacji. Sprawy, które niegdyś były łatwe do załatwienia, okazują się niemal niemożliwe. Rozmowa z kimkolwiek przychodzi z nieprawdopodobnym trudem. Mówiąc cokolwiek, nie wiesz, czy nie powiesz czegoś, co jest przeciwko tobie. Najpierw nie zastanawiasz się, co mówisz, ale potem, mając na uwadze to, co zrobiłeś żonie, odnajdujesz w swoich słowach przejawy egoizmu i samolubstwa. I znów zaczynasz się za to nienawidzić. Do tego doszło, że staram się nie mówić nic, bo cokolwiek bym powiedział, tego sam użyję przeciwko sobie.

Muszę wyjechać stąd, bo każdy człowiek, nawet ty, przypominasz mi przeszłość, a ta zawsze jest przeciwko mnie. Nawet rzeczy, na które nikt nie zwrócił uwagi traktuję jako krzywdzące dla kogoś. Tak dłużej być nie może. Chcę zostać samotnikiem. Nikogo nie widzieć, nikogo nie słyszeć, a tym samym nikogo nie krzywdzić. Za tydzień wyjeżdżam do Ekwadoru…

Ja i tyja

Ja i tyja

Oko, Łzy, Smutny, Płacz

Kiedy słońce nie było już takie mocne,

a setki liści zatapiały mnie w głąb,

pewien podmuch wiatru zagwizdał mi w uszach,

przyprawiając o dwoisty dreszcz.

To czas zapomnienia i początek plonów życia.

Własny głos gdzieś obok

i echo niosące się przez świadomość.

Jeszcze nic nie słyszałem.

Pomyślałem, że chcę cię obok.

*

Zimny, zmarznięty, biały towarzysz

i rtęć spierająca się z moją samotnością

otulały w łachmany oraz

dawały odrętwienie, brak percepcji.

To czas snu i rozwój plonów życia.

Jakiś głos mnie wyzywał i gardził

tym, co zwyczajne, co najprostsze.

Aż go słuchałem…

Poczułem, że masz być obok.

*

Dziwne krople z dachu po szklistych grotach

rozszczepiały światło setką iluzji

dających wrażenie życia tam, gdzie go nie ma

oraz barw pomrocznych.

To czas pobudki i zakwit plonów życia.

Obcych, lecz ciepłych, a nawet przyjaznych.

Ktoś krzyczał – ja mu wtórowałem,

ja go wołałem i odpowiadałem…

Wiedziałem, że jesteś obok!