Zniewolenie

Zniewolenie

marionet, manipulacja, uzależnienie

Kiedy w siódmej klasie podstawówki urządzono konkurs na najprzystojniejszego chłopaka, głosowałam na kogo innego, nie na Franka. Sama przed sobą nie chciałam przyznać, że tak mi się podoba. I to nie tylko fizycznie. Bo siedział cicho w ławce, nikomu nie wadził, nikogo nie zaczepiał, a gdy ktoś go zagadał, zwykle brakło mu języka w gębie. Był takim klasowym zahukanym odmieńcem. A odmieńcami każdy gardził, przynajmniej pozornie. Właśnie tak, udawałam, że mi się nie podoba, ale w gruncie rzeczy tylko on się liczył. Czasami wygłupiał się z innymi, ale miałam wrażenie, że żyje trochę z boku, jakby to, co miał w głowie, było bardziej interesujące niż rówieśnicy. Owszem, denerwowało mnie, gdy starałam się zwrócić na siebie jego uwagę, ale właśnie przez te emocje mnie przyciągał. Dlaczego interesował się taką szarą myszką, Kaśką, która nawet na niego nie zwracała uwagi? Dopiero jak powiedział kolegom, że najbardziej podoba mu się właśnie ona, zaczęła go zauważać. Ale nie zrobiła nic, by poczuł odwzajemnienie czy chociaż zainteresowanie. Tylko chodziła do tego swojego kościoła dzień w dzień i jeden Bóg raczy wiedzieć, o co się tam modliła. Mimo iż stanowiła dla mnie swego rodzaju konkurencję, podeszłam do niej któregoś razu, gdy byłyśmy same w klasie, i powiedziałam wprost:

– Kaśka, ten Franek to ci się podoba, czy w ogóle?

– Phiii – Odwróciła głowę.

– Za niski jest, prawda? – podpuszczałam.

– No. – Otworzyła książkę.

– I nie dba o siebie? O to ci chodzi?

– Tak! – wrzasnęła. – Daj mi spokój! – Zamknęła książkę z hukiem i wybiegła na korytarz.

Wtedy przestałam ją lubić. Bo ja tu przychodzę po przyjacielsku, a ona fochy stroi.

Kilka dni później zmieniłam ławkę na ostatnią, aby siedzieć za nim, by móc go obserwować. Nie przeszkadzało mi, że przychodzi z fryzurą, jakby piorun strzelił, lub w brudnych ciuchach. Ja widziałam w nim coś więcej niż przyziemność. Nigdy się dotąd do tego publicznie nie przyznałam, ale był dla mnie najprzystojniejszym chłopakiem, jakiego kiedykolwiek widziałam. Nawet nie tyle najprzystojniejszym, ile najładniejszym, bo charakteryzował się urodą iście dziewczęcą. Jakby cała jego wrażliwość wyraziła się właśnie w wyglądzie zewnętrznym. I chyba dlatego tak się nim interesowałam.

Po pewnym czasie, gdy nadal nie zwracał na mnie uwagi, zainteresowaniem zaczęłam darzyć Kaśkę. Wielokrotnie zastanawiałam się, co to za dziewczyna. Bo na dobrą sprawę nikt nic o niej nie wiedział. I podobnie jak Franek żyła trochę z boku. Zaczęłam ją śledzić. Co ciekawe, z domu wychodziła tylko do szkoły lub kościoła, nigdzie poza tym. Słyszałam od kogoś, że ojciec jej na nic nie pozwala. Ktoś inny powiedział, że ją leje tak, aby nie było widać. Ale nie dowierzałam. W końcu dałam sobie z nią spokój, bo nic ciekawego z tego śledzenia nie wynikało.

Po wakacjach przyszła do nas nowa dziewczyna, Ewa. Od razu zaczęła z przytupem:

– Kto tu rządzi? – krzyknęła na całą klasę.

– Ja – odezwał się Robert, klasowy błazen.

– To miej się na baczności, bo ja tu przyszłam.

W sumie wszyscy się zaśmiali, ale czułam, że to się dobrze nie skończy.

Była bardzo ładną dziewczyną, o wiele ładniejszą niż ja. Zazdrościłam jej zarówno urody, jak i tego całego luzu. Mało tego, jak większość dziewczyn, chciałam być jak ona. Bo wszystko przychodziło jej tak łatwo, tak z żartem. Nawet na lekcjach odpowiadała z humorem. Wkrótce wyrosła na klasowego prowodyra. Wszyscy jej zazdrościli i się jej na swój sposób bali. Opowiadała sprośne żarciki, uwodziła chłopaków, pokazywała, jak jest świetna.

Któregoś dnia pokazała Frankowi podobny do ogórka, tyle że grubszy piórnik i wykonując nim rytmiczne ruchy, stwierdziła:

– Może chciałbyś go zastąpić? Bo wiesz, na grubość jest w sam raz, ale taki zimny. – Zaśmiała się, a razem z nią cała klasa. Tylko Franek siedział z rozdziawioną gębą.

Miałam ochotę podejść i roztrzaskać jej łeb, ale tylko roznosiły mnie emocje.

Któregoś dnia Ewa usłyszała, że Frankowi najbardziej podoba się Kaśka i wzięła ją na rozmowę. W sumie nie wiem do końca, o czym rozmawiały, ale doszły mnie słuchy, że Ewa bardzo się przejmuje uczuciem Franka. Dzień później odwróciła się do niego na przerwie i spytała:

– Kasia jest najładniejsza, prawda?

– Tak! – wyrzucił z siebie Franek.

– Chciałbyś z nią chodzić?

Franek nie odpowiedział. Odwrócił się i udał, że nie słyszy.

Następnego dnia Ewa ubrała się w lepsze ciuchy, pół dnia omijała Franka, aż podeszła do niego na przerwie i spytała:

– Umówisz się ze mną?

Franek uciekł na korytarz. Miałam ochotę za nim pobiec, powiedzieć, jak mi się podoba…

Na kolejnej przerwie Ewa zebrała wszystkich w klasie, upewniła się, że każdy patrzy i ponowiła pytanie:

– Pójdziesz ze mną na randkę? – A gdy nie odpowiadał – No, nie wstydź się. Pójdziesz?

Widziałam, jak Franek męczy się, jak roznoszą go emocje. Czułam go całą sobą. Mogłabym przysiąc, że właśnie toczy się w nim wielka wojna między tym, co sobie obiecane, a tym, co tak atrakcyjne.

– To jak? – domagała się. – Pójdziesz?

– Tak – wypowiedział cicho, bez pewności w głosie.

To słowo do dziś brzmi mi w głowie. Nie mogę o nim zapomnieć. Ilekroć myślę o prawdziwej miłości, przed oczyma mam właśnie tę sytuację. Franka, Ewę, tę przerwę i to, co się później zdarzyło.

Gdy tylko Franek wypowiedział swoje wymęczone „tak”, Ewa wraz z kilkoma osobami ryknęli niewyobrażalnym śmiechem.

– Ech, ty głupi! – ryczała Ewa. – Myślałeś, że ja się umówię z takim gnojkiem?

Franek siedział z bezruchu i z sekundy na sekundę robił się coraz bardziej czerwony. Wyglądało, jakby cała krew napłynęła mu do twarzy. Nie wytrzymałam i wybiegłam do domu. Po drodze bardzo płakałam, jak nigdy dotąd. Czułam, że to ja siedzę na miejscu Franka i że wszystkie te śmiechy są ze mnie. Przeciwko mnie. Nie pojawiłam się w szkole przez tydzień. Następnego dnia lekarz rozpoznał u mnie ciężkie zapalenie gardła.

Gdy wróciłam, okazało się, że Franek przepadł. Wyszedł z domu i nikt nie wiedział, gdzie jest. To kolejna cegiełka, za którą mam do siebie pretensje do dziś. Bo kochałam go, jak nikogo przedtem czy potem, a nie pomogłam. Franek w końcu wrócił. Podobno zatrzymała go milicja gdzieś na warszawskiej Woli w środku nocy. Ale już to nie był ten sam chłopak. Wstąpiło w niego coś złego. Jakby sam diabeł go opętał. Od tego dnia zaczął się wyśmiewać z koleżanek, upodobnił do Ewy. Ale zaczął o siebie dbać, co jednak mi się w ogóle nie podobało. Kaśkę omijał z daleka. Zastanawiałam się wielokrotnie czy to ze wstydu, czy ze złości. Opuścił się w nauce, zaczął chodzić na wagary, co mu się wcześniej nie zdarzało. A przede wszystkim świntuszył jak stary zbok.

Kilka miesięcy później znów urządzono konkurs na najprzystojniejszego chłopaka. Tym razem głosowałam jawnie na Franka.

Odnośnik

Morpho peleides

Motyl, Niebieski, Owad

Mizerne się pojęcie ma, co karą jest, a co nagrodą” – Piotr Bukartyk.

Kilkanaście lat wcześniej, w młodości, Piotra zostawiła dziewczyna. Bardzo to przeżył. Nie wychodził z domu przez miesiąc.

– To mój prawdziwy skarb. Całe moje życie. Nikt mi go nie zabierze! A niejeden by chciał! Ale to moje oczko w głowie – mówił do siebie Piotr, przeglądając kolekcję motyli.

Zbierał je od wielu lat, odkąd pamiętał. Będąc nastolatkiem, zaczął od tych polskich, a potem dołączał bardziej egzotyczne. Najpierw były takie okazy jak bielinek, cytrynek, paź królowej – w sumie ponad trzy tysiące gatunków motyli krajowych, a do tego prawie pięć tysięcy zagranicznych. Wydał niemal fortunę, spokojnie wystarczyłoby na dobry samochód, a może nawet na niewielkie lokum.

Żył w dwupokojowym mieszkaniu, które zostawiła mu matka. Mniejszy pokój służył jemu samemu, a większy to sanktuarium motyli. Na ścianach wywieszonych było, oprawionych w złocone ramki, prawie pięćdziesiąt co piękniejszych okazów. Reszta w przeszklonych gablotach starannie ułożonych na specjalnie w tym celu zaprojektowanym regale. Do tego w całym domu zainstalowany alarm i monitoring pokoju z eksponatami działający przez internet. Mieszkanie ubezpieczył na kwotę kilkukrotnie przekraczającą wartość samej nieruchomości.

Niestety kolekcja odbijała się na jego zdrowiu psychicznym. Najdelikatniej mówiąc, był przewrażliwiony. Będąc poza domem, co chwilę sprawdzał w telefonie, czy wszystko w porządku z jego skarbem, a i nocą spał bardzo płytko, obawiając się kradzieży. Byle szmer go wybudzał, toteż miewał dni, kiedy spał zaledwie godzinę czy dwie. Jego cioteczny brat, w zasadzie jedyna rodzina, wielokrotnie go skłaniał do rozpoczęcia leczenia odwykowego, gdyż, jak sądził, Piotrem władało uzależnienie od kolekcji. I było w tym wiele prawdy, bo Piotr niemal całe życie podporządkował swojemu hobby. Przestało ono być odskocznią, a stało się panem i władcą.

Któregoś dnia, będąc na wystawie motyli, poznał kilka lat młodszą kobietę. Ubrana była w zwiewną suknię w kolorze błękitnym, z wielkimi płachtami materiału ciągnącymi się od rąk do tułowia, co wyglądało, jakby była motylem pochodzącym z Ameryki Południowej o nazwie morpho peleides. Podeszła i spytała:

– Masz takiego w swojej kolekcji? – Stali akurat przed okazem o nazwie ornithoptera alexandra, największego motyla świata, pochodzącego z Nowej Gwinei, osiągającego rozpiętość skrzydeł do dwudziestu ośmiu centymetrów.

– Tak, wi…wi…si w centralnym pu…pu…nkcie – odparł speszony.

– A co masz jeszcze ciekawego?

– Ja?… – Rozejrzał się, sprawdzając, czy oby na pewno zaczepiała właśnie jego. – Wszy…wszy…stkie polskie i sporo… – zaczął nerwowo rozcierać dłonie – egzoty…ty…cznych – jąkał się.

– A ile w sumie? – Uśmiechnęła się i przytuliła delikatnie barkiem.

Piotr zamarł. Nie wiedział, co ma począć z takim zjawiskiem, jak zaloty pięknej kobiety. Wstrzymał oddech, powoli zwrócił głowę w jej stronę, spojrzał gdzieś w okolice szyi, bo w oczy nie miał odwagi, i głosem grobowym skomentował:

– Chyba już pó…pó…jdę.

Kobieta chwyciła go za rękę, przyciągnęła do siebie i dała słodkiego całusa.

– Ja… nie mo…mo…gę.

Godzinę później byli u niego. Najpierw wszedł do domu sam, sprawdził, czy drzwi do sanktuarium są zamknięte i zaprosił ją do pokoju, gdzie mieszkał. Stanęła pośrodku, rozpostarła skrzydła i wydając z siebie szum imitujący wiatr, wyszeptała:

– A teraz cię wyzwolę.

Kilkanaście minut później doprowadziła do tego, że się kochali. A w zasadzie ona go ujeżdżała, bo Piotr myślał tylko o tym, co za zamkniętymi drzwiami.

I od tego dnia była stałym bywalcem u niego w domu. Najpierw był tylko seks, na który na początku godził się z oporami, a potem nawet zaczęła gotować mu obiady. Kilkanaście tygodni później Piotr już sam doprowadzał do zbliżenia, a i wymyślał coraz to nowe pozycje. Jego cioteczny brat któregoś razu skomentował, że nic lepszego nie mogło się Piotrowi przytrafić niż Ewa, bo tak miała na imię pani-motyl. Lecz twierdził, że bez odwyku się nie obędzie, bo co prawda na co dzień Piotr coraz rzadziej sprawdzał monitorowany pokój, spał spokojniej i głębiej, a i wkrótce zmienił pracę na lepiej płatną, ale nadal spędzał przynajmniej trzy czy cztery godziny dziennie w sanktuarium.

– Nie uważasz, że masz hopla na punkcie tych motyli? – spytała któregoś dnia Ewa.

– Takie moje hobby – odparł bez zająknięcia.

– A może wyjedziemy gdzieś na wakacje?

– Wiesz, że zbieram na nowe okazy.

– Przecież ty nie masz życia poza tymi swoimi pieprzonymi motylami! – Wyszła, trzaskając za sobą drzwiami.

I już więcej się nie pojawiła.

Dwa tygodnie później, będąc w pracy, odkrył, że monitoring nie działa. Gdy wrócił do domu, kolekcji nie było. Ani jednego okazu. A przecież dał Ewie klucze i kody do systemu zabezpieczeń…

Pół roku później Piotr wyjechał na długie wakacje z kobietą, którą zaczepił na ulicy. I już nie chciał mieć żadnego hobby. Teraz, zamiast mieć hobby, po prostu żył.