Dotknąć klawiszy…

Dotknąć klawiszy…

Sztuka, Kolaż, Projekt, Kolorowy, Kolor, Streszczenie

To było dla mnie jak olśnienie. W półmroku sali gimnastycznej siedziałem oniemiały i nie mogłem uwierzyć, że to ty. Miałem wrażenie, że śpię w domu, w cieple pieleszy, a dźwięki pochodzą z mojej wyobraźni. Jeszcze do tego oświetlona byłaś punktowym reflektorem. Kołysałaś się przy klawiaturze wprzód i w tył. Nigdy wcześniej nie słuchałem z przyjemnością muzyki poważnej, a wtedy czułem, że żadna inna muzyka nie dorasta temu do pięt. Dopiero gdy skończyłaś, ogarnąłem się, zamknąłem rozdziawione usta i byłem w stanie wstać i bić brawo. Pamiętam, że aż dłonie mnie rozbolały. I wracałem do domu, nucąc sobie ostatni utwór, mimo iż nie był łatwy.

Tydzień później, gdy już wakacje trwały w najlepsze, zaprosiłem cię na spacer do pobliskiego lasu. Zgodziłaś się, mimo iż w szkole nie utrzymywaliśmy praktycznie żadnych stosunków. Przyszłaś w zwiewnej sukni, w aksamitnej chusteczce na włosach i z łańcuszkiem na prawej kostce nogi. Wyglądał trochę, jakby zsunęła ci się drogocenna podwiązka od pończochy, które stały się dla mnie, jako nastolatka, ważne kilka miesięcy wcześniej, gdy obejrzałem film miłosny z lat trzydziestych. Właśnie tak wyobrażałem sobie młodziutką artystkę. Pamiętam, że weszliśmy na niewielkie wzgórze, na którego szczycie rozciągała się spora polana z żółtymi mleczami, niebieskimi chabrami i kilkoma płaczącymi wierzbami. Usiedliśmy pod jedną z wierzb i zasypywałem cię pytaniami dotyczącymi gry na fortepianie. Odpowiadałaś spokojnie, z namaszczeniem; czułem, że muzykujesz z pietyzmem. A gdy zadałem ci pytanie o to, co nakłoniło cię do gry na fortepianie, zamilkłaś, stuliłaś głowę i bardzo posmutniałaś. Wiedziałem, że nie mogę ciągnąć tematu.

Tydzień później dałaś się pocałować pod tą samą wierzbą. Był to pierwszy pocałunek w moim życiu. Jak później powiedziałaś, w twoim też. Czułem, jakbym doznał nirwany: nie istniał świat, nie liczyły się problemy, zanikło odczuwanie wszystkiego oprócz ciebie. I wtedy pierwszy raz poczułem od ciebie chłód. Z jednej strony całowałaś czule, z podnieceniem, a z drugiej dało się wyczuć jakiś opór. Jakby coś trzymało cię na przysłowiowej smyczy i nie dało puścić się dzikim pędem w stronę pożądania.

Potem wielokrotnie odwiedzałem cię u ciebie w domu, ale tylko wtedy, gdy byłaś sama. I za każdym razem bardzo pilnowałaś, czy nikt nie nadchodzi oraz godziny, kiedy musiałem już wyjść. Zawsze prosiłem, żebyś zagrała jakiś swój ulubiony utwór i za każdym razem była to ta sama kompozycja Chopina, która wywoływała u mnie gęsią skórkę. Któregoś razu podszedłem do twoich pleców, gdy grałaś i przytuliłem się. Oparłaś głowę o moją klatkę piersiową, zamknęłaś oczy i zagrałaś chyba najpiękniej, jak potrafiłaś. Poszedłem w twoje ślady i również zamknąłem powieki. Staliśmy się jednym organizmem, gdzie ty byłaś mistrzem, a ja twoją pożywką.

Wyszłaś na chwilę do toalety i zostałem sam przy tym instrumencie, dzięki któremu staliśmy się sobie bliscy. Wierzyłem, że to dźwięki zawarte wewnątrz instrumentu, wychodzą same pod wpływem naciskanych klawiszy i wpływają do ciała artysty i słuchaczy. Podszedłem do fortepianu, uniosłem dłoń nad klawiaturą w miejscu, gdzie dźwięki wydawały się najprzyjemniejsze, zamknąłem oczy i do głowy mi przyszło, aby pomyśleć życzenie. Pierwsze, o czym zamarzyłem to, aby być z tobą.

Po prostu być razem z tobą.

Już chciałem nacisnąć klawisze, które miały zadziałać podobnie jak spadająca gwiazda, gdy weszłaś ty. Odskoczyłem od fortepianu, zupełnie jakbym chciał dokonać przestępstwa, a przynajmniej świętokradztwa. Poczułem, że jakbym dotknął klawiszy, poparzyłbym się.

Dwa dni później poszliśmy na tę samą polanę na szczycie wzniesienia już wieczorem. Siedzieliśmy pod płaczącą wierzbą, gdy powoli zapadał zmrok. Wtedy po raz pierwszy się kochaliśmy. Nad głowami szumiał wiatr, obok tętniła dźwiękami rzesza czerwcowych świerszczy, w oddali pomrukiwało miasteczko, a obok wzdychałaś ty. Czułem, jak każdy twój głęboki oddech przewiercał mnie emocjonalnie i mocował uchwyty w moim ciele, dzięki którym wystarczyło jedno dotknięcie, abym był twój.

Od tego dnia spotykaliśmy się codziennie, ale zawsze, gdy nie było twoich rodziców. Potem wracałem do domu i włóczyłem się samotnie po okolicznych drogach i ścieżkach, nie mogąc się otrząsnąć z miłości, która mnie dopadła. Ale z drugiej strony właśnie moim celem i marzeniem było, aby się nie otrząsnąć. Chciałem trwać w tym stanie jak najdłużej, dopóki życie mnie nie wezwie, aby stawić mu czoła. Zaniedbywałem kolegów, zdawkowo traktowałem rodzinę, a że trwały wakacje, nie musiałem się martwić nadchodzącą w najbliższym roku szkolnym maturą. Nawet kładąc się spać, myślałem o tobie. I prawie codziennie mi się śniłaś.

Kilka tygodni później, gdy wakacje zbliżały się do końca i siedzieliśmy pod tą samą wierzbą, powiedziałaś, że nie miałaś już dwóch okresów. Zamarłem. Przytuliłaś się do mnie i powiedziałaś:

– Obym się myliła, bo ojciec mnie zabije.

Nie potrafiłem na to odpowiedzieć. Siedziałem jak oniemiały. W jednej chwili miałem ochotę pozbyć się ciebie z mojego życia, uciec jak najdalej, oby tylko uniknąć odpowiedzialności. Nie potrafiłem sobie wyobrazić siebie jako ojca, gdy sam niejednokrotnie potrzebowałem jeszcze opieki. Miałem w końcu dopiero osiemnaście lat.

Tego dnia wróciłem do domu, wszedłem w ubraniu do łóżka i przykryłem się cały kołdrą, chcąc chyba uciec od bezwzględnego świata. Odciąłem się od wszystkiego i zapadłem w marzenia. Nagle zobaczyłem pod tą kołdrą mały, świecący fortepianik wielkości pudełka po butach. Odruchowo przybliżyłem głowę, aby się upewnić, czy nie mam zwidów. Jednak był, istniał i, jakoś tak, promieniował. Jeszcze bardziej się do niego zbliżyłem. Poczułem woń starego mebla, jakiej często można doświadczyć w muzeum czy leciwym, drewnianym domu. Odruchowo wyciągnąłem rękę, aby go dotknąć, ale dokładnie w tym momencie poczułem, jakby prąd elektryczny przeszył moje ciało. Zacisnąłem kilkakrotnie palce, upewniając się, że nie odebrało mi czucia, i przypomniałem sobie grane przez ciebie utwory. Znów poczułem, że gdybym dotknął tego malutkiego fortepianu, dokonałbym świętokradztwa, a może zerwał z muzycznego nieba najjaśniejszą gwiazdę, która świeciła, odkąd usłyszałem cię w sali gimnastycznej. Przytuliłem się za to do tego fortepianu, zamknąłem oczy i odpłynąłem, gdzie nie istniały troski, gdzie wciąż byłaś tą dziewczyną, która swoją grą dostarczała mi jedynie rozkoszy, a nie odbierała nic, informując o braku okresów. Rozpłynąłem się w niebycie beztroski.

Od tego dnia starałem się ciebie omijać, szerokim łukiem obchodzić okolice, gdzie mieszkałaś i nie zbliżać się do polany na wzniesieniu, gdzie uprawialiśmy seks. Często chadzałem na długie spacery, daleko poza granice naszego miasteczka, aby zostawić za sobą nadchodzący ciężar odpowiedzialności. I udawało mi się to. Miewałem wrażenie, że wraz z krokami pompuję do głowy jakieś hormony, które pomagają spojrzeć na problem z dystansu lub po prostu przezwyciężyć złowrogi lęk. Radowałem się wtedy każdym napotkanym drobiazgiem, każdym symptomem spontanicznego życia. Trawy cieszyły jak nigdy, zboże szumiało inaczej, jakoś tak pro ludzko, drzewa dawały zbawienny cień od sierpniowego upalnego słońca, a przepływające strumyki urzekały krystaliczną wodą, którą dopiero wtedy odważyłem się pić, zaczerpując w złączone w naczynko dłonie. Potem wracałem do domu i zwykle dopadało mnie zniechęcenie, apatia i coś na kształt depresji. Kazałem rodzicom mówić, że nie ma mnie dla nikogo, i nawet dla ciebie nie robili wyjątków. Kilkakrotnie prosiłaś, abym się z tobą skontaktował, ale nie chciałem o tym słyszeć. Wieczorami wchodziłem pod moją kołdrę, bo chciałem znów zobaczyć ten malutki fortepianik, ale się nie pojawiał. Znikł. Z mojej wyobraźni czy już mojej realnej rzeczywistości?

Tydzień później zapukała do mnie policja, kiedy siedziałem w domu sam. Naiwnymi i dziecinnymi oczyma wyobraźni zobaczyłem, jak zawiadamiasz ograny ścigania, że próbuję uniknąć odpowiedzialności. Stanąłem na baczność i oczekiwałem wyroku. Jednak policjanci jakby ze smutkiem spytali, czy mogą wejść, i po chwili usiedli na kanapie w dużym pokoju. Zaczęli pytać, co mnie łączy z tobą, jak układały się nasze stosunki i kiedy widziałem cię po raz ostatni. Odpowiadałem doskonale, na każde pytanie pełnymi zdaniami, czułem, że jak tylko wypadnę dostatecznie dobrze, to sobie pójdą i nie powróci koszmar braku twoich okresów.

Jednak po chwili jeden z nich wstał, podszedł do mnie, wziął mnie tak po ludzku za przedramię i oświadczył:

– Ania nie żyje. Zabił ją ojciec, gdy dowiedział się, że jest w ciąży.

Nie pamiętam nic więcej z tego wieczoru. Kojarzę jedynie, że zaszywając się pod swoją kołdrą, znów widziałem świecący fortepianik. Tym razem pachniał jeszcze mocniej, kusił zamkniętymi w środku złotymi dźwiękami jeszcze bardziej, stwarzał jeszcze większe poczucie bezpieczeństwa. I obija mi się po głowie jedynie, że byłem bliski, aby nacisnąć klawisze, wydobyć dźwięki, ale z jakiegoś powodu tego nie zrobiłem.

W połowie września, kiedy po raz kolejny się rozchorowałem na tyle, że znów wzięto mnie do szpitala, a kiedy przestałem reagować na innych ludzi, przysłano psychiatrę. Mówił jakimś niezrozumiałym językiem, którego pojedyncze słowa rozumiałem, lecz całość mieszała się, tworząc miksturę z innego wszechświata. Posiedział przy mnie dłuższy czas, próbował rozmawiać, ale de facto był to monolog. Odchodząc, polecił, aby podawać mi jakieś proszki, nawet gdybym się sprzeciwiał. Potem czułem się jak w wehikule czasu: ludzie krzątali się wokół mnie w przyspieszonym tempie, słońce i chmury tańczyły za oknem, a cykl dnia i nocy stał się jak oddech, dzięki któremu jeszcze żyłem.

Po jakimś czasie, gdy zapłakani rodzice po raz kolejny rozmawiali z lekarzami, zdecydowano, że przewiozą mnie do domu i tam będą doglądać. Mama odeszła z pracy, aby się mną opiekować, a tata sprowadzał kolejnych psychiatrów i psychologów. Żaden nie mógł znaleźć ani kontaktu ze mną, ani tym bardziej sposobu na przywrócenie mnie do stanu zdrowia psychicznego. Znów ludzie biegali w przyspieszonym tempie, ja nawet ruszałem się nieco, ale ani nie reagowałem na słowa, ani nie byłem w stanie zadbać o swoją cielesność.

Od momentu, gdy dowiedziałem się o twojej śmierci, trwało to równo dziewięć miesięcy. Wciąż tkwiłem w łóżku, wciąż prawie bez ruchu, wciąż żadnego kontaktu. Aż gdy któregoś dnia z samego rana mama zrywała kolejną kartkę kalendarza, pod którą widniała właśnie dziewiąta miesięcznica, nagle wstałem i wyszedłem z domu w piżamie na bosaka. Mama próbowała mnie powstrzymać, ale odepchnąłem ją z taką siłą, jakbym przez te wszystkie dni w łóżku zbierał energię właśnie na tę chwilę. I poszedłem poza miasto. Świeciło mocne słońce, właśnie zaczynały się w szkołach wakacje, a ja wędrowałem, gdzie mnie nogi poniosły. A w głowie od samego rana grała mi melodia, którą ty wtedy zagrałaś na sali gimnastycznej. Nie wiem, ile kilometrów pokonałem, ale do domu wróciłem z pozdzieranymi do krwi stopami. Znów wezwano psychiatrę i policję, która ponoć szukała mnie cały dzień. Ja tylko powiedziałem zwyczajne „dzień dobry” i zamknąłem się w swoim pokoju. Czułem się wykończony. Ponownie zaszyłem się pod kołdrą i po raz kolejny ujrzałem ten mały fortepianik. Muzyka w głowie ucichła natychmiast, jakby zawstydzona prawdziwym pięknem, jakie skrywał w sobie ten miniaturowy instrument. Tym razem poczułem od niego silne ciepło, wręcz emanował nieparzącym gorącem. Przytuliłem się i zapragnąłem stać się z nim jednością. Kusił mnie, nęcił, choć sam nie do końca rozumiałem do czego. I tak jak poprzednio patrzyłem jak zahipnotyzowany w klawisze, ale nie odważyłem się ich dotknąć.

Po wakacjach wróciłem do szkoły, choć do innej grupy ludzi, bo moi byli już po maturze. Muszę przyznać, że nauka szła mi całkiem nie najgorzej. Codziennie jadłem posiłki, normalnie spędzałem ze starymi przyjaciółmi wolny czas i zwyczajnie chadzałem na osiemnastki nowych znajomych. Rano długo wylegiwałem się w łóżku po przebudzeniu, patrząc, jak słońce, teraz o wiele wolniej niż, gdy leżałem w bezruchu, przesuwa się po nieboskłonie, jak podlatują na parapet wróble i sroki i wpatrują się w moją stronę. W drodze do i ze szkoły liczyłem pod stopami płytki chodnikowe, próbując za każdym razem osiągnąć dokładnie tę samą ilość kroków. Często zasiadałem w kuchni przy oknie i wpatrywałem się z przeszklony świat, zupełnie jakbym mógł znaleźć tam to, co…

Dni upływały tak samo, ale z każdym przebudzeniem wdzierała się do mojej głowy coraz potężniejsza cisza, która jakby sobą zakłócała dźwięki z zewnątrz. A wraz z tą ciszą narastała pustka, do zapełnienia której z każdym dniem brakowało coraz więcej środków. Czułem się, jakby wewnątrz mojej głowy powstawała gigantyczna jaskinia dudniąca echem, które, zniekształcając wszystkie dźwięki, tworzyło coś, co byłem w stanie nazwać tylko jednym słowem: otchłań. I na co dzień coraz bardziej mnie korciło, aby zagrać na tym malutkim fortepianiku.

Aż któregoś razu, gdy po jednej osiemnastce odprowadzałem do domu dobrą koleżankę, ona oświadczyła mi się, powiedziała, że żyć beze mnie nie może, że nigdy nie spotkała kogoś takiego jak ja. Rzuciła mi się na szyję i zaczęła całować. Nie wiem, co zrobiłem, ale ocknąłem się, gdy siedziałem po turecku przed twoim grobem. Przyszedłem tu pierwszy raz. Sam nie wiem, jak tu trafiłem. Przed oczyma miałem napis:

Zmarła razem z nienarodzonym dzieckiem śmiercią tragiczną.

A poniżej:

Nie lękaj się, ona czeka na Ciebie w niebiesiech.

Znów nie wiem, co się ze mną działo przed dłuższy czas. Pamiętam jedynie, że w nocy włamałem się do apteki i wykradłem spory zapas leków nasennych. Potem też niewiele pamiętam, aż do momentu, gdy ponownie zaszyłem się pod kołdrą. W świetle fortepianiku nasypywałem do garści tabletek i popijałem wódką prosto z butelki. Podchodziłem coraz bliżej fortepianu. Ciało stawało się coraz bardziej bezwładne, powieki coraz cięższe, aż poczułem, że znów jestem w wehikule czasu.

Siedziałaś na sali gimnastycznej i grałaś utwór muzyki poważnej. Nie mogłem uwierzyć, że dziewczyna, którą tak dobrze znałem, potrafi tak grać. Ale nagle muzyka ucichła, ty wstałaś od fortepianu, podeszłaś do mnie, wzięłaś mnie za rękę i delikatnie pociągnęłaś w stronę drzwi, za którymi jaśniało błękitne, żywe światło. Poszedłem za tobą.

Mały fortepianik wciąż świecił. Pierwszy raz w życiu pewnie wyciągnąłem ku niemu dłoń i…

Nacisnąłem klawisze…

Odezwał się dźwiękiem złotym.

I rozbłysł błękitnym światłem, które mnie pochłonęło.

Uśmiech

Uśmiech

Kapelusz, Moda, Styl, Szczęśliwy, Człowiek, Hipster

Przekręcił drzwi wejściowe na klucz. Buty odezwały się na schodach i za chwilę wpłynął w promienie już chylącego się, październikowego słońca. Na jego twarzy zakwitł uśmiech. I to nie z powodu pogody ani jakiegoś wydarzenia z życia. Po prostu Jarek uśmiechał się do siebie. Teraz wspominał, jak dziwne rzeczy robił w przeszłości. Na przykład pojechał kiedyś do Bydgoszczy na osiemnaste urodziny dziewczyny, którą poznał kilka miesięcy wcześniej. W zasadzie nie znał jej, nawet nie darzył specjalną sympatią, a pojechał, bo go o to poprosiła. I jej rodzice chcieli wiedzieć o nim wszystko. Począwszy od tego, jakie miał dzieciństwo, a skończywszy na planach na przyszłość. A że był artystą-marzycielem, to plany miał takie, aby zostać muzykiem. I pytali, z czego zamierza żyć, bo z muzykowania nie da się specjalnie, szczególnie że Jarek planował nie zhańbić się komercją, czyli chałtury odpadały. Szedł teraz chodnikiem wzdłuż ulicy 1 Maja, podśmiewając się sam z siebie. I ten uśmiech był wręcz nienaturalny. Nawet na lekcjach czy zajęciach nie znikał z jego twarzy. Mówił coś – uśmiechał się, myślał – również. Jarek usłyszał kiedyś komentarz: pierdolnięty zawsze uśmiechnięty. Ale się nie przejął. Dalej się uśmiechał.

Właśnie podążał na uczelnię. Po lewej miał Odrę, a po prawej zbliżał się do Zakładu Wodociągów i Kanalizacji. Nagle wyszła stamtąd znajoma ze szkoły średniej, Bogusia.

– Cześć, dawno cię nie widziałem – zaczął.

– Cześć. – Uśmiechnęła się.

– Co tu robisz?

– Pracuję.

– Od dawna? Nigdy cię tu nie widziałem.

– Zaczęłam zaraz po liceum. Zwykle siedzę za biurkiem, a dziś wysłano mnie na pocztę.

– Jak ci się wiedzie?

– Dobrze, tylko brakuje mi drugiej połówki. – Spojrzała w jakiś dziwny sposób i zrobiła krok w tył.

– Mi jest dobrze, jak jest. – Z jego twarzy nie znikał uśmiech.

– A ty zawsze taki uśmiechnięty, zazdroszczę ci.

– A jakoś tak. Sam nie wiem czemu. – Zrobił głupkowatą minę. – A ty jak zwykle piękna. Ale i smutna, jak zawsze.

– Powtórzę twoje słowa… a jakoś tak.

– Przecież byłaś najładniejszą dziewczyną w klasie, więc powinnaś się cieszyć.

– Czasem ta uroda to tylko udręka… Dobra, nieważne. Czas na mnie, bo praca goni.

– To nie zatrzymuję. Trzymaj się, cześć.

– Cześć. – Ruszyła w przeciwną stronę ze spuszczoną głową.

On sam uśmiechnął się jeszcze szerzej, a podeszwy butów odezwały się z większą intensywnością niż zwykle. Bogusia zawsze mu się podobała, niejednokrotnie myślał o niej jak o swojej kobiecie, ale brakowało mu odwagi, bo tak piękna dziewczyna na pewno ma adoratorów co niemiara i nie zwróciłaby na niego uwagi.

Dotarł na uczelnię w takim samym humorze. Studiował w Państwowej Wyższej Szkole Zawodowej na kierunku Pedagogika Resocjalizacyjna. Podszedł z uśmiechem do grupki stojącej pośrodku korytarza i przywitał się z każdym z nich. Zwrócił jednak uwagę na dziewczynę, z którą rozmawiał poprzednim razem. Doskonale pamiętał, że to ona go zaczepiła. Wyglądała na zdecydowaną. Była dość ładną blondynką z pospolitą twarzą, tylko jej oczy niosły w sobie coś agresywnego. Miała na imię Agnieszka. Teraz znów podeszła i spytała:

– A ty jak zwykle zadowolony?

– A spotkałem po drodze koleżankę z liceum i się cieszę.

– Umówiliście się? – spytała ze śmiechem.

– Nie, znam ją od dawna.

– A ze mną się umówisz?

– Pewnie, że tak – odparł zaskoczony.

– To kiedy?

– Może jutro wieczorem?

– Daj mi numer, to zadzwonię. – Przybrała minę jakże podobną do jej oczu.

Kilka minut później odszedł z uśmiechem w stronę sali, w której odbywały się ćwiczenia, a ona w przeciwną, bo jej grupa miała w tym czasie inne zajęcia.

W tym czasie dwóch kolegów stojących po drugiej stronie korytarza uważnie przysłuchiwało się całej rozmowie, a gdy Jarek z Agnieszką się rozeszli, jeden skomentował:

– A ten to taki zadowolony, jakby mu ktoś do kieszeni nasrał.

– Coś z nim nie tak, bo nikt normalny nie jest tak zadowolony.

– Kurwa, aż go spytam, z czego tak się cieszy!

– Daj spokój. Szkoda mi go.

– Co daj spokój?! Taki palant myśli, że świat zawojuje tym kretyńskim uśmiechem! Człowiek tu się, kurwa, do wszystkiego zmusza, a przychodzi taki i się popisuje! Jebany!

– A ja myślę, że coś z nim nie tak.

– Zajebię dziada!

– Daj spokój. Szkoda nerwów. Chodź na ćwiczenia, bo czas.

Kilkanaście metrów dalej stały dwie dziewczyny; jedna dość ładna, a druga wręcz przeciwnie. Ta pierwsza, widząc odwagę Agnieszki, rzuciła do koleżanki:

– Chciałabym być jak ona.

– A co, zazdrosna?

– Schrupałabym go, ale nie mam odwagi się odezwać.

– Jak ty tego nie zrobisz, to ja z nim zagadam.

– Naprawdę?… – Zmarszczyła czoło. – Dawaj, póki Agniecha go nie zbałamuci.

– Na poprzednich ćwiczeniach siedziałam obok niego, to i teraz usiądę.

– Zazdroszczę mu tej pogody ducha.

– Wreszcie jakiś facet, który nie jest znudzony życiem.

– Dobra, idę do sali, a ty naprzód, śmiało, trzymam za ciebie kciuki.

Gdy znaleźli się w sali ćwiczeń, dziewczyna co prawda usiadła obok niego, ale przez dłuższy czas się nie odezwała. Dopiero pod koniec spytała:

– I jak dziś humor?

– Znakomicie – odpowiedział z tym samym uśmiechem.

– Rozchwytywany jesteś. – Uśmiechnęła się niepewnie.

– Ja? A czemu tak sądzisz?

– Ja tylko tak…

Zamyślił się, bo wiedział, że te słowa dotyczyły Agnieszki. Ale nie miał pojęcia, jak na to odpowiedzieć. Na chwilę z jego twarzy znikł uśmiech. Zastanawiał się, czy ta dziewczyna też go podrywa.

Wieczorem przyszedł do mieszkania, w którym nadal żył z rodzicami. Zjadł obiad i zamknął się w pokoju. Melancholijna muzyka wypełniła pokój i zapadł się w głąb siebie. Całodniowy uśmiech już zgasł, a jego miejsce zajął smutek. Gdy dźwięki ucichły, otworzył program do komponowania muzyki i na stojącym obok syntezatorze próbował nowych melodii. W sumie już nagrał na komputerze kilkaset minut różnych prób, jedne lepsze, drugie gorsze, a niektóre z nich wykonywał ze swoim zespołem. Grał w nim właśnie na klawiszach. Nie wyobrażał sobie życia bez muzyki. Przebierał palcami po klawiaturze, jednak nie cieszyły go efekty. Robił to, aby uciec od smutku, który wkradał się niepostrzeżenie, gdy wracał do domu. Smutku, który dominował. I był nie do przezwyciężenia. Położył się do łóżka około północy i leżał długie godziny, zanim zapadł w sen.

Następnego dnia łóżko ledwo wypuściło jego zmęczone ciało i umysł. Przymusił się do porannej toalety, a potem, pijąc kawę, siedział przy komputerze. I znów smutek był panem i władcą. Wziął odruchowo do ręki telefon, sprawdził, czy nie ma wiadomości albo nieodebranych połączeń i przez chwilę się wahał, aby wysłać do Agnieszki jakiegoś sms-a. Ale nie zrobił tego z bliżej nieokreślonych przyczyn.

Gdy tylko wyszedł z domu, od razu nabrał odpowiedniego, swojego rytmu: przyspieszył ruchy, a na twarzy pojawił się uśmiech. Minął sąsiada, za którym nie przepadał, ale i to nie popsuło mu humoru. Jak zwykle wędrował ulicą 1 Maja, a potem przez tunel na Josepha von Eichendorffa. Gdy był w połowie tunelu, zatrzymał się, przytulił do ściany, zamknął oczy i docierały do niego odgłosy przejeżdżających samochodów. Przyszło mu do głowy, jak wielka jest różnica między tym jego stanem, a tym, w który wpada w domu. Teraz cieszył go bezruch, delektował się półmrokiem i niemal czuł całym sobą rytm miasta. W końcu ruszył dalej, jeszcze bardziej przyspieszając. Na uczelni zjawił się planowo i pierwsze, na co zwrócił uwagę, to fakt, że nie było Agnieszki. Ale i to nie popsuło mu humoru. W końcu mieli do siebie numery i nawet jeśli ona się tu nie pojawi, to pewnie spotkają się wieczorem zgodnie z umową. W pewnym momencie podszedł do niego nieco starszy kolega z grupy.

– Słyszałem, że grasz w zespole? – spytał tamten.

– Ano gram – przyznał Jarek z tym samym uśmiechem.

– Ja też gram. My ostatnio musieliśmy wywalić jednego, bo się nie nadawał. Tak to uważał się za lepszego, a naprawdę niewiele umiał. Zaczęliśmy grać czyjeś kawałki, a on nawet nie potrafił powtórzyć ich wiernie. Tylko się głupio uśmiechał.

Jarkowi od razu przyszło do głowy, że to nawiązanie do jego uśmiechu. Ale nic nie powiedział. Bo co tu powiedzieć? Tylko uśmiech mu nieco zgasł.

– Mówię ci, co to za koleś – ciągnął tamten. – Bo ja to cwaniaków nie lubię.

– Są tacy, którzy powtórzą każdą frazę, ale zero własnej inwencji, a są tacy, którzy stawiają właśnie na inwencję. – Jarek już miał dość tej rozmowy.

– Jak ktoś nie umie kopiować, to i inwencja nic nie pomoże. A jak cwaniaczy, to jeszcze może dostać wpierdol.

– A jak tam, przygotowany do dzisiejszych ćwiczeń? Pamiętałeś, aby przygotować krótki referat? – Jarek zmienił temat po chwili.

– Tak, tak. O mnie się nie martw. Lepiej martw się o siebie.

– A czemu mam się martwić?

– Ja bym na twoim miejscu uważał. – Tamten spojrzał mu w oczy, pokiwał głową i odwracając się, rzucił – zastanów się.

Jarek nic nie odpowiedział. Tylko miał dziwne wrażenie, że koledzy patrzą na niego nieprzychylnie.

Po skończonych zajęciach poszedł do parku Roth. Lubił tu przychodzić od czasu, gdy spotkał się w tym miejscu kilka razy z dziewczyną, w której był zakochany. Pamiętał ten dzień, w którym próbował się do niej przytulić. Odskoczyła i uciekła bez słowa. A potem już nie odbierała nawet telefonu. Pomyślał, że jest z nim coś nie tak, bo ktoś inny pewnie niemiło by wspominał taką sytuację i prawdopodobnie nie miał ochoty na sentymentalne powroty w to miejsce. A może właśnie wszystko z nim w porządku? Może potrafi zaakceptować swoją przeszłość, nawet jeśli nie jest przyjemna? Tylko z drugiej strony, co z nim się dzieje w domu, kiedy to ma kłopoty zarówno ze skupieniem się, jak i z bezsennością, nie wspominając o tym wszechogarniającym smutku?

Usiadł na ławce, na której wielokrotnie widział zastanawiającego go faceta. Tamten wyglądał na bezdomnego, czasem popijał wódkę, ale Jarek nigdy nie widział go pijanego. Jednak ubranie miał zawsze czyste. Mógł mieć około sześćdziesiątki. Tym razem go nie było, mimo iż pogoda dopisywała. Jarek spuścił głowę i zatopił się w rozmyślaniach, ale z jego twarzy nie znikł uśmiech. Kilka minut później pojawił się tamten.

– Szanowny pozwoli, że się dosiądę, bo to moje miejsce – zaczął przybysz.

– Ależ proszę. A może mam się przenieść, skoro to pana miejsce?

– Ależ szanowny, zmieścimy się we dwóch.

– Często tu pana widuję.

– Lubię, a co. Ja też szanownego widziałem parokrotnie. Chyba szanowny lubi ten park?

– Dobrze mi się kojarzy.

– Szanowny mi wybaczy, że pytam, ale pewnie jakaś kobitka?

– I to jaka… – Jarek jeszcze szerzej się uśmiechnął.

– Dobrze, że szanowny to miło wspomina, mimo że, jak widzę, się skończyło.

– Wspomnienia. To mi pozostało. – Jarek pokiwał głową, chyba bardziej do samego siebie.

– Wspomnienia, wspomnieniami, ale żyć trzeba, szanowny.

– A pan czemu tak tu przesiaduje?

– W moim wieku, szanowny, to co mi pozostało oprócz wspomnień?

– A rodziny pan nie ma?

– Miałem, ale już nie mam, szanowny.

– A czy mogę o coś spytać?

– Niech szanowny pyta.

– Jest pan bezdomny?

– Szanowny, ależ skąd. Sypiam w domu, ale za dnia usiedzieć tam nie mogę. W domu to ludzie umierają, szanowny.

– Ja też w domu jakoś przygasam. – Jarek zastanowił się, że nieznajomy ma wiele z nim wspólnego.

– Tylko jak szanowny jest poza domem, to jest szczęśliwy. Zauważyłem u szanownego ten szczery, ciepły uśmiech.

– A jakoś tak…

– Myślę, że szanowny umie zamienić cały ten swój lęk w coś pozytywnego. Niewielu to potrafi. Tylko szanownemu pozazdrościć.

Jarkowi przyszło do głowy, że ten człowiek wie, co mówi. I że on sam jest szczęśliwcem, skoro umie zachować taką pogodę ducha. Nieznajomy wyciągnął zza pazuchy małą butelkę kolorowej wódki i spytał:

– Szanowny się nie obrazi? To mi pomaga.

– Nie, skąd.

– A może szanowny się poczęstuje?

– Nie, dziękuję. Zresztą już na mnie czas, bo niedługo mam randkę. – Jarek wstał, podał facetowi rękę i dorzucił – niech pan nie przesadza z alkoholem, bo to nic dobrego.

– Wypijam taką małpkę raz na dzień i mi starcza, szanowny. W moim wieku, szanowny, to już nic mi nie zaszkodzi.

Jarek odszedł w swoją stronę. Na spotkanie z Agnieszką, bo w ciągu dnia dzwoniła i umówili się właśnie w tym parku. A ustalili to miejsce z jego inicjatywy. Spojrzał na telefon i zostało tylko piętnaście minut. Już chciał iść na mały spacer, gdy dostał sms-a. Przeczytał:

Nie mogę bez ciebie żyć. Marzę o tobie. Do zobaczenia.

To było od Agnieszki. Jarkowi się nogi ugięły. Bo bardzo mu się podobała. Pomyślał, że wreszcie się zwiąże z kobietą, czego tak bardzo mu brakowało. Od razu w głowie pojawiły mu się wizje, że chadzają po tym parku, trzymając się za ręce, odwiedzają razem znajomych, a on jest dumny i szczęśliwy. Wreszcie, że siedzą sami w pustym mieszkaniu i świat nie istnieje. Zapadł się psychicznie w sobie, a na twarzy całkowicie zgasł uśmiech. Deptak pod stopami przyspieszył, reagując miarowymi stuknięciami na jego kroki.

Kilkanaście minut później zobaczył ją stojącą przy wejściu do parku w umówionym miejscu. Podszedł i wyciągnął ręce, aby się do niej przytulić, czekając na to samo z jej strony. Przymknął oczy i poczuł wielką ulgę od swojej samotności. Z uśmiechniętego młodego mężczyzny przeistoczył się w romantycznego kochanka. Ale ona zrobiła krok do tyłu, spojrzała na niego z politowaniem i rzekła:

– Myślałam, że jesteś prawdziwy facet, a ty się zachowujesz jak przedszkolak. Zawiodłam się na tobie. Mógłbyś sobie darować te maślane oczka i to ckliwe zachowanie. – Odwróciła się i bez słowa odeszła.

W jego głowie zrodził się krzyk niemożliwy do wyrażenia. Popłynęły łzy. Stał pośrodku deptaka i nie widział przechodzących ludzi. Nie istniał świat, nie istniało życie. Tylko spuścił głowę i miał ochotę uciekać. Bo nic z tego nie rozumiał. Dlaczego przysłała mu takiego sms-a, skoro chwilę później tak go potraktowała?

Wrócił do domu bez świadomości. Nie przywitał się z rodzicami, tylko zamknął drzwi pokoju i padł bezsilnie na łóżko. Przykrył głowę kołdrą i jeszcze raz zapłakał. I nie miał już ochoty na kontynuowanie studiów. Nie miał ochoty na nic. Tej nocy nie zasnął nawet na chwilę.

Rano dźwięk budzika zabił ostatnie struny spokoju. Zmusił się, aby pójść na uczelnię. Szedł pozbawiony jakichkolwiek sił, na twarzy już nie miał tego uśmiechu, a nogami ledwo powłóczył. Gdy był w pobliżu Zakładu Wodociągów i Kanalizacji, zobaczył Bogusię.

– Miło cię widzieć – zaczęła.

– Właśnie idę na uczelnię – odparł bez przekonania.

– Co się dzieje? Bo wyglądasz jakoś inaczej.

– Wszystko w porządku, miałem ciężką noc.

– Pierwszy raz widzę cię w takim stanie. Ale to nic złego. Każdy ma czasem gorsze momenty.

– Zmęczony jestem i tyle.

– Spotkajmy się dziś wieczorem. – Zrobiła krok w jego stronę.

– Nie wiem, czy mam na to ochotę. Przepraszam.

– Pogadamy, poczujesz się lepiej. Lubię opiekować się mężczyznami.

– Ale ja nie potrzebuję opieki! – rzucił rozpaczliwie.

– Czasem każdy potrzebuje. Dziś ty, a innym razem ja. Kończę o siedemnastej. Pójdziemy nad Odrę się powłóczyć.

– Może innym razem? – Wypuścił bezsilnie powietrze.

– Bądź, a nie pożałujesz. Jesteś wyjątkowy.

Jak tylko to usłyszał, przypomniał sobie słowa Agnieszki i pierwsze, na co miał ochotę, to uciekać od Bogusi jak najdalej. Ale i na to nie miał siły.

– Zobaczysz, odzyskasz humor. A jak nie przyjdziesz, to zamęczę cię telefonami. Nie akceptuję odmowy – ciągnęła.

– A nie będzie ci przeszkadzało, jak będę smutny? – ledwo otwierał usta.

– Dziś ja będę tą wesołą. A ty bądź kim chcesz.

Nie powiedział nic. Pokiwał tylko głową. I nie za bardzo wiedział, co dalej.

– No dobra, leć na uczelnię i do zobaczenia.

– Do zobaczenia.

Na uczelni nie mógł się na niczym skupić. Tylko patrzył, czy już wszyscy się z niego śmieją. Każdy dźwięk przybierał psychodelicznego aspektu: wybrzmiewał wielokrotnie w głowie jak echo w pustym, ciemnym i przerażającym pomieszczeniu. A twarze wokół wydawały się obce, napastliwe i wrogie. Wrócił do domu wczesnym popołudniem, poleżał w łóżku i tuż przed siedemnastą poszedł na spotkanie. W zasadzie nie miał na to ochoty. Bo o czym w ogóle będą rozmawiali? Przecież znali się od ponad czterech lat. I jeszcze miał wrażenie, że Bogusia chce się z nim spotkać z powodu litości, jaką wzbudził w niej swoim tragicznym humorem. A litości nie chciał, brzydził się nią. Poczekał na nią chwilę pod firmą i poszli nad rzekę. Usiedli w ustronnym miejscu.

– O czym marzysz? – spytała.

– Daj mi dzisiaj spokój. W zasadzie nie wiem, po co tu przyszedłem.

– Wiesz, że zawsze się ciebie w jakiś sposób bałam?

– Ale czego?

– Tego twojego uśmiechu. Przyciągał mnie, ale bałam się.

– Dlaczego?

– Bo ludzie czasem są smutni, a ty niemal zawsze byłeś taki zadowolony. Tak jakbyś miał coś w zanadrzu. Coś niespodziewanego, coś przerażającego.

– Ale ja tylko tak…

– I dlatego dziś się z tobą umówiłam, bo zobaczyłam w tobie człowieka. I już ten uśmiech nie będzie mi przeszkadzał, bo wiem, że jesteś normalny.

Przysunęła się do niego i przytuliła. Przez chwilę obawiał się czegoś podobnego, co spotkało go ze strony Agnieszki, ale pomyślał, że Bogusia robi to, co czuje. Objął ją ramieniem i zatopili się w niemal całkowitej ciszy. Zamknął oczy, a na jego twarzy znów zagościł ciepły, szczery uśmiech.