Notatka na marginesie

Pod ziemią

ROZDZIAŁ I

Pozaziemskie, Klatki, Schwytanych, Samotność, Kara

Był rok dwa tysiące dziewiąty. Pracowałem w poradni psychologicznej w Warszawie, niedawno ukończyłem studia i wydawało się, że ze wszystkimi problemami jestem w stanie sobie poradzić. Myślałem, że skoro sam wyszedłem z własnego bagna, to już nic nie będzie straszne. Owszem, dodatkowo zaczytywałem się w przeróżnych książkach i publikacjach związanych z tematem, ale, jak się okaże, było to nic niewarte w tym konkretnym przypadku. Tym razem wszystko zawiodło, zaprowadziło mnie na manowce i wykręciło na lewą stronę. Tak, czułem się potem, jakbym spojrzał w niekończącą się, bezkresną i obezwładniającą swym ogromem otchłań.

Wielokrotnie się później zastanawiałem, co ja mam w zasadzie o tym myśleć. Wierzyć, nie wierzyć? Spróbować zgłębić czy potraktować jako absurd? I wreszcie: starać się ogarnąć empatią czy zezłościć, że ktoś podsunął mi taką historię? Wszystkie te pytania mogłem sobie zadawać dniami, a nawet tygodniami, a jednoznacznych odpowiedzi nie było. Co pojawiała się jakaś, zaraz ją wykluczałem. Wpadałem na inny pomysł – zabraniały tego fakty. I tak w kółko. Każde posunięcie było logicznym błędem i prowadziło donikąd. Oddzielnym problemem jest to, co ja bym zrobił, gdybym znalazł się w sytuacji bohatera. Obawiam się, że na to pytanie nie udzielę sobie odpowiedzi nigdy. Do dziś nie mam pojęcia, jakich wyjaśnień udzielić na wiele pytań, choć teraz rozumiem, że nawet nie udzielając ich, mam do czynienia z konkretną sytuacją, posłyszaną od konkretnego człowieka. I w zasadzie nie jest istotne, gdzie jest prawda, liczy się sama opowieść.

Mariusz – tak sobie go nazwijmy – przesiadywał u mnie w gabinecie w przychodni przyjmującej pacjentów na NFZ, w której zatrudniony byłem bezpośrednio po studiach. Gdy tylko zorientowałem się, jak wygląda jego problem, zaproponowałem mu częstsze wizyty, zostając często po godzinach. Nie pobierając za to dodatkowego honorarium, przez dłuższy moment poświęcałem mu całkiem sporo czasu. Nie miałem obiekcji, gdyż byłem zatrudniony na etat, więc dostawałem stałą pensję. Jeszcze inną sprawą jest, że jestem typem samotnika i nigdy nie przepadałem za towarzystwem, toteż spotkania ze znajomymi były u mnie rzadkością. W ten sposób sprawa pacjenta stała się moją własną i byliśmy przez pewien czas niemalże stopieni ze sobą w jedną całość. Był moment, że stał się chyba najbliższą osobą i traktowałem go, jak kogoś z rodziny. I z takim nastawieniem postaram się to opowiedzieć.

ROZDZIAŁ II

Mieszkał w Warszawie przy ulicy Ryżowej we własnym, trzypokojowym mieszkaniu. Jego dziewczyna, Marta nie dzieliła z nim lokum, a żyła jeszcze w domu rodziców. Prowadził własną firmę, w której handlował garniturami, rozwożąc je osobiście niemal po całej Polsce. Toteż, zatrzymując się w tanich hotelach, wyjeżdżał raz na tydzień w inne okolice. Jeździł Passatem kombi i do niego pakował ubrania wszędzie, gdzie się dało: do bagażnika, na tylne siedzenie, na przednie. Towar zawoził, a potem wracał na ogół na pusto.

Któregoś razu, wyjeżdżając z Lublina, zauważył osobę stojącą daleko na poboczu i patrzącą w stronę nadjeżdżających samochodów. Gdy się zbliżał, zaczęła machać, próbując zatrzymać stopa, więc on nacisnął na hamulec i za chwilę stanął.

– Dokąd? – zapytał.

– Do Warszawy – odpowiedział nieznajomy, przyglądając mu się.

– Proszę wsiadać, też tam jadę.

Kiedy już wsiadł, Mariusz zwrócił uwagę na jego strój. Był cały ubrany na biało: białe spodnie, biały podkoszulek i niemal całkowicie białe buty. Nie lubił, jak ktoś jest ubrany cały w tym kolorze, więc rzuciło mu się to w oczy. Był blondynem, wręcz białogłowym, miał mniej więcej tyle samo lat co on i od początku uśmiechał się szeroko, nieadekwatnie do sytuacji. Może to gej, który go podrywa? W końcu ta mina i ten kolor ubrania. Jednak po chwili rozmowy tamten zaczął mówić, że właśnie wraca od byłej żony, co kompletnie zbiło go z tropu. Co prawda część gejów, próbując w ten sposób się maskować, posiada zwyczajne rodziny, jednak ci nie obnoszą się także z innym strojem, a takim właśnie było w jego mniemaniu białe ubranie.

– A teraz sam pan mieszka? – spytał Mariusz.

– Tak i nie spieszno mi do żadnego związku.

– Czyli jest pan szczęśliwy?

– Tak, a szczególnie jestem zadowolony ze swoich snów.

W tym momencie Mariuszowi przez myśl przebiegło wiele snów o szaleństwie i nieco zaniemówił. Skupił się na prowadzeniu samochodu, starając się nie dać po sobie tego poznać.

– A panu czasem coś się śni? – spytał nieznajomy.

– Czasem tak, a czasem nie.

– A jeśli się śni, to co?

– Różne takie głupoty. – Mariusz próbował zbyć rozmówcę, może zmienić temat na inny.

– Niech pan opowie. Proszę się nie wstydzić.

– Czemu się pan tak uczepił snów? – spytał Mariusz z pretensją. – Nie ma pan innych tematów?

– Może i mam, ale sny są moim ulubionym – odpowiedział spokojnie ten drugi, po czym głośno się roześmiał.

– A panu co się śni?

– Tego to nie powiem – odrzekł autostopowicz tym razem z delikatnym uśmiechem.

– Coś pan jest tajemniczy – stwierdził z przekąsem Mariusz.

– A dziękuję, nie narzekam. – I znów nieznajomy wybuchł śmiechem.

– Czemu pan tak dziwnie się zachowuje? – zauważył kierowca po chwili namysłu.

– Bo tak lubię.

– Czyli na co dzień jest pan taki sam?

– Tego nie powiedziałem – zafalował głosem rozmówca, nadal się śmiejąc.

– Dziwny pan jesteś.

– Pan jest za to normalny.

– O co panu chodzi? – zareagował z pretensją Mariusz.

– Mówię tylko, że wygląda pan na normalnego, zdrowego faceta – nieznajomy tłumaczył już bez tego swojego śmiechu.

– To miło mi, że pan mnie tak postrzega.

– A postrzegam, postrzegam. – Rozmówca dobitnie akcentował słowa.

Nastąpiła chwila ciszy, gdyż Mariusz nie za bardzo wiedział, co mówić dalej po takim gadaniu nieznajomego. Spojrzał na niego, a ten siedząc nieruchomo, patrzył przed siebie. Przez chwilę miał wrażenie, że ów człowiek odpłynął trochę w swój świat, toteż nie chciał mu przeszkadzać. Jechali dalej przez kilkanaście kilometrów, milcząc, aż nieznajomy stwierdził:

– Jak ja lubię innych kierowców… – powiedział to z wyraźną ironią.

– Mi się też nie podoba, jak niektórzy jeżdżą – odparł Mariusz.

– Ostatnio widziałem takiego, co przeskakiwał między samochodami, pędząc przed siebie, co fabryka dała, a kilka minut później stał obity na poboczu z jakimś innym autem. A nie lepiej tak jak pan? Spokojnie, ale nie za wolno.

– Kiedyś ja też szalałem, ale odkąd przemierzam długie dystanse co tydzień, to jakoś się uspokoiłem.

– Czyli nauczył się pan jeździć?

– Tak można powiedzieć – odpowiedział spokojnie Mariusz.

– Jak siadam za kierownicę, to inni kierowcy dzielą się dla mnie na trzy grupy: ci, którzy jadą tak samo szybko jak ja, są w porządku, ci jadący wolniej, to idioci i ci szybciej, to debile – i znów pasażer wybuchł gromkim śmiechem. – Takie mam zasady.

– No tak, są proste. – Uśmiechnął się Mariusz.

– Można? Można! Zasady to podstawa. Bez nich zginiemy. Zasada jest taka, aby mówić prawdę i tylko prawdę, niezależnie co się wydarzy. Niech pan to zapamięta. Nawet jeśli prawda jest dla nas przerażająca, to nie wolno się z nią mijać. I niech pan sobie to zapisze gdzieś drukowanymi literami – autostopowicz mówił z niezwykle poważną miną, wręcz z przejęciem, tak że aż Mariuszowi przeszły ciarki po plecach. Ciekawe skąd te ciarki? Przecież zwykłe słowa tego nie spowodowałyby.

– Ok, zrobię to.

Znów zapadła chwila ciszy, po czym ten drugi stwierdził:

– Sny się pojawiają co noc. Nie pozbędziemy się ich, choćby nie wiem co.

– A mi czasem się nic nie śni – odparł podrażniony Mariusz.

– Ej… – Skrzywił się pasażer. – Zawsze się śni, tylko najwyżej pan nie pamięta.

– Też o tym kiedyś słyszałem, ale w to nie wierzę.

– Brak wiary to pana problem. – Autostopowicz zaakcentował ostatni wyraz, na co znów Mariusz zareagował irytacją. Nic nie odpowiedział i czekał, co tamten powie.

– Wie pan co? – zaczął w dziwny sposób ten drugi. – A nie marzyło się panu zniknąć z życia tak z dnia na dzień.

– W jaki sposób zniknąć?

– Przestać się odzywać do kogokolwiek, siedzieć tylko w domu i mieć to wszystko gdzieś?

– Na taki luksus nie mogę sobie pozwolić. Mam zbyt dużo na głowie i za bardzo mi na tym zależy.

– Zależy… – Zawiesił głos pasażer. – A może powinno przestać?

– Przykro mi, ale nie położę się brzuchem do góry i nie będę się głupkowato gapił w telewizję.

– A może tak nic nie robić, nawet bez telewizji, czy choćby spacerów? – I znów ten drugi się roześmiał.

– Gadaj pan zdrów!

Tym razem zapanowała jeszcze dłuższa cisza, bo Mariusz czuł, że jest prowokowany i nie miał ochoty się z nim słownie ścierać. Za jakiś czas jeszcze pogawędzili o zupełnie nieistotnych sprawach, dojechali do Warszawy, nieznajomy poprosił o zatrzymanie samochodu i zaczął się zbierać do wyjścia.

– Niech pan pamięta, co powiedziałem. Prawda nas wyzwoli.

– Dobrze, nie zapomnę.

– Trzymam za słowo. – Wysiadając, wyciągnął z kieszeni metalowy długopis i wręczył go Mariuszowi.

– To dla mnie?

– Tak, jako pamiątka, że mnie pan wiózł. Ilekroć pan na niego popatrzy, będzie pan wiedział, że nie byłem zjawą.

– Ok, do widzenia. – Mariusz wziął do ręki prezent, po czym odruchowo położył na fotelu obok. Rozstali się gdzieś w Starej Miłosnej. Cieszył się, że ma kogoś tak uciążliwego z głowy, toteż odetchnął głęboko i gdy już ruszył, coś go tknęło, aby obejrzeć długopis. Wziął go jeszcze raz i obracając, dostrzegł wygrawerowany napis:

„…Czasem mogą się sprawdzać…”

ROZDZIAŁ III

Zawsze po powrocie do domu czy to z delegacji, czy nawet półdniowej wycieczki brał prysznic. Już jako dziecko wykazywał wyjątkową dbałość o higienę osobistą, a w wieku kilkunastu lat stało się to jego obsesją. Kąpał się dwa, czasem trzy razy dziennie, a odkąd miał do dyspozycji prysznic, używał go nawet cztery razy na dzień. On nie widział w tym nic dziwnego. Mało tego, twierdząc, że tylko w ten sposób będzie zdrowy, szczycił się tym. W jego otoczeniu stawało się to często obiektem ironii, kpin czy nawet szyderstw. Nie przejmował się i zawsze powtarzał, że jeśli ktoś się z tego śmieje, to sam ma problem ze swoją higieną.

Po kilku tygodniach od spotkania faceta od długopisu umówił się na weekendowy wyjazd ze swoją dziewczyną. Zapowiadała się ładna pogoda, było lato, więc postanowili pojechać nad morze. Plan był taki, aby wyruszyć w sobotę nad ranem, przed południem dotrzeć nad wybrzeże, zostać tam do niedzielnego popołudnia i wrócić na noc do Warszawy. W piątek po południu wrócił z Kalisza od kontrahenta, wziął prysznic, poszedł do sklepu po kilka piw i aby się nieco rozerwać, usiadł przed telewizorem. Piwo włożył do lodówki na wieczór, otworzył komputer i w międzyczasie gapił się na jakieś nieokreślone programy. Wysłał kilka maili, sprawdził wyniki sportowe.

Jego mieszkanie, jak wspomniałem, składało się z trzech pokoi. Jeden, ten największy był salonem i tam spędzał najwięcej czasu, drugi to sypialnia, a trzeci służył jako graciarnia i, można powiedzieć, przechowalnia. Salon miał powierzchnię około dwudziestu metrów i był praktycznie połączony z kuchnią, a dzieliła je ścianka działowa, znajdująca się pośrodku, na której wisiał duży telewizor, natomiast po bokach były przejścia między tymi pomieszczeniami. Kuchnia była podłużna i niezbyt obszerna. W salonie na przeciwległej ścianie stała skórzana kanapa, a obok dwa podobne fotele. Po prawej niewielki regalik z szybami jako frontem, a w nim książki i płyty. Po lewej od kanapy rozkładany stół otoczony sześcioma metalowymi krzesłami. Między kanapą a ścianką działową niewielka drewniana ława, służąca zwykle jako stolik pod komputer. I to w zasadzie tyle. Sypialnia była urządzona w sposób prosty, wręcz szablonowy: otwierane, szerokie łóżko, obok szafka na pościel i inne rzeczy materiałowe, a na nim mały telewizor. W graciarni stała duża szafa, mały regalik i zapasowe, niewielkie łóżko.

To popołudnie, oszczędzając siły na długą drogę następnego dnia, spędził leniwie. Wieczorem, siedząc na kanapie, sięgnął po piwo, wypił dwa, wziął prysznic i położył się spać około dwudziestej pierwszej, aby wstać o czwartej rano. Obudził się, znów zażył kąpieli, jeszcze raz sprawdził pocztę, wyłączył komputer i wyszedł, zamykając drzwi na dwa niepospolite zamki. Był tego pewien, że laptop został zamknięty.

Na wybrzeżu byli o dziesiątej, udali się do hotelu, a po zostawieniu rzeczy, poszli na plażę. Był początek sierpnia, a bezchmurne niebo dawało im tego, czego oczekiwali po tej wyprawie. Niestety, nie brakowało też ludzi i nawet o tej godzinie trudno było znaleźć miejsce, aby rozłożyć koc. Jednak po kilkunastu minutach rozłożyli się przy samych wydmach. Wokół słychać było gwar, piski dzieci, czasem głos wołający: „lody, lody dla ochłody” i szum morza.

– Brakowało mi tego – oświadczyła Marta. Była niewysoką dziewczyną, bo miała niecałe sto sześćdziesiąt centymetrów wzrostu, włosy kruczo-czarne, twarz okrągłą i dość obfite kształty, mimo że była szczupła.

– Ja też już miałem dość stolicy. Czas po prostu poleżeć.

– Wiesz, miałam dziś dziwny sen. Śniło mi się, że stoję w supermarkecie, wokół zupełnie pusto, ale nie mam przy sobie żadnych pieniędzy, a zależało mi na zrobieniu zakupów. Przemierzając cały sklep, zgarniam do koszyka co potrzebne, po czym podchodzę do wyjścia awaryjnego, przez chwilę się z nim siłuję, otwieram i próbuję opuścić supermarket bez płacenia. W tym momencie jednak zjawia się kilka przypadkowych osób i łapią mnie za ubranie, wciągając z powrotem do środka. Potem pchają w kierunku kas, ale żadna ochrona się nie zjawia. Nawet nie widziałam twarzy. Nie wiem, co robić, bo przecież nie mam czym zapłacić. I na tym sen się skończył.

– A zrobiłabyś tak w rzeczywistości?

– Pewnie, że nie. Nigdy! – Oburzyła się.

– Ja nie pamiętam, co mi się dziś śniło. Może nic?… Natomiast kilka dni temu miałem sen, że chodzę bez celu po ulicach, obijam się o przechodniów, rozglądam we wszystkie strony i wiem, że nie mam dokąd pójść. Niby mam mieszkanie, a jednak był to taki stan, iż czułem się bezdomny i samotny. Nie potrafię tego opisać, ale ta tułaczka była jedyną rzeczą, na jaką było mnie stać. Jakbym stracił sens…

– Pamiętaj, że do mnie zawsze możesz zapukać i cię wpuszczę. – Uśmiechnęła się i pogładziła go po barku.

– Dzięki. W tym śnie czułem się, jakbym oszalał… Zresztą to nie pierwszy sen o tym. Nigdy ci o tym nie mówiłem, ale cyklicznie śni mi się, że jest ze mną psychicznie coś nie tak. Nawet często trafiam do wariatkowa.

– A od kiedy je masz?

– Od niepamiętnych czasów… Dobra, zostawmy to!… – Uciął to tak nagle, niespodziewanie i w tak dziwny sposób, że Marta zwróciła na to uwagę.

– Ale teraz wszystko w porządku? – spytała, przytulając go.

– Tak, teraz jest ok.

Potem leżeli dość długo i ciesząc się słońcem, piaskiem, i szumem morza, rozmawiali. Po południu poszli na obiad, pojechali na krótką wycieczkę, wieczorem wrócili do hotelu, a następnego dnia powtórzyli wizytę na plaży. Później wrócili bezproblemowo do Warszawy i na miejscu byli tuż przed północą. Odwiózł ją do domu i zjechał do własnego. Po wejściu do środka zwrócił uwagę na otwarty i włączony laptop. Pokręcił z niezadowoleniem głową. „Chyba się starzeję albo za dużo mam na głowie” – pomyślał. Jeszcze wziął prysznic, położył się spać i dzień się skończył. Tej nocy nic mu się nie śniło.

Często popisywał się wśród znajomych sukcesami handlowymi, co niejednokrotnie budziło niechęć czy wręcz zazdrość innych. Bliżsi znajomi, zdając sobie sprawę z jego szczerego serca i dobrych zamiarów, traktowali to z pobłażaniem. Natomiast trafiali się tacy, którzy wyraźnie byli przeciwko niemu. Przez długie lata nie zwracał na to uwagi, jednak z czasem nauczył się słuchać, co mówią inni o nim samym i przyjął to do wiadomości. Nie próbował tego u siebie zwalczyć, gdyż akceptował siebie takiego, jakim był. Przynajmniej tak twierdził. Zdarzały się jednak sytuacje, gdy dopadała go chandra, a wtedy zapadał się w sobie i myślał: „Kim ja w zasadzie jestem? Jestem nic niewarty! To wszystko, co robię, to jakiś koszmar!”. Potem, zostawiając za sobą rozterki, wracał do zajęć i przyzwyczajeń. Pamiętał mimo wszystko o chwilach słabości, traktując je jako coś mało znaczącego i mówiącego o wrażliwości. Poza tym zdawał sobie sprawę, że interes, który prowadzi, angażuje go maksymalnie trzy czy cztery dni w tygodniu, resztę czasu ma dla siebie i niejeden mógłby mu tego zazdrościć. Druga sprawa, iż byłby w stanie zrobić sobie przerwę nawet miesięczną bez uszczerbku dla firmy. Jednak nigdy tego nie zamierzał, gdyż uważał się za człowieka, który jeszcze nie jedno w życiu osiągnie, więc przykładał się do swojej pracy, jak mógł najlepiej. Po głowie chodziło mu, by otworzyć hurtownię odzieżową, choć zdawał sobie sprawę, że jeszcze wiele musi uzbierać pieniędzy, aby to osiągnąć.

Jakiś czas później postanowił odwiedzić mieszkających kilkanaście kilometrów od niego rodziców. Zszedł do garażu podziemnego, wsiadł do samochodu i ruszył, wyjeżdżając najpierw z niego, a potem na niewielką uliczkę. Było zupełnie ciemno. Kiedy już znajdował się na tej uliczce, zauważył we wstecznym lusterku zapalające się światła innego samochodu, a po chwili tamten zaczął jechać w jego stronę. Szybko o tym zapomniał i przemierzał drogę tak, jak zwykle. Zadzwonił po drodze jeszcze do Marty i umówił się na następny dzień. Jednak około kilometra od nich dostrzegł, że jakieś auto podąża za nim. Czy to nie te same światła, co pod jego domem? To niemożliwe… Podjechał w miejsce docelowe, zaparkował, a tamten samochód przemknął obok bez zatrzymania i skręcił kilkaset metrów dalej. To był zwykły przypadek i na pewno coś mu się wydawało…

Tego dnia wrócił do domu około dwudziestej trzeciej i gapiąc się w telewizor, zasiadł na kanapie w salonie. Szukając czegoś interesującego, pstrykał pilotem, ale na nic nie natrafił, toteż pogrążył się w myślach i przypominał sobie swoje sny. Były dla niego prawie drugą, równie realną rzeczywistością, w którą zapadał się od czasu do czasu. Wszystkie te sceny wariactwa, tworząc obraz jakże inny, niż by tego sobie życzył, przedzierały się poza sen. Na co dzień był przecież biznesmenem, prowadzącym świetną firmę, posiadającym czułą, inteligentną i piękną kobietę, a we śnie stawał się niemal wyrzutkiem. Co więcej, sny, gdy się tuła bez celu, były przepełnione apatią, rezygnacją i smutkiem, a w rzeczywistości był tego zaprzeczeniem. Rozgrzebując te stany, tkwił w bezruchu i w pewnym momencie złapał się, że jest mu to w pewien sposób potrzebne. Nie zdawał sobie sprawy w jakim aspekcie, ale stanowiło to swoistą pustelnię i ucieczkę zarazem. „A może to wentyl bezpieczeństwa?” – myślał. – „Przecież na co dzień jestem w takim przymusie życia, że muszę gdzieś mieć okno na swoją słabość”. I mniej więcej tak wyglądał dwojaki pogląd na własne sny. I to dosłownie dwojaki. Niemalże doktor Jekyll i mister Hyde, tyle że w innych płaszczyznach. W tym wypadku Jekyll to biznesmen, a Hyde to tęsknota za sennym szaleństwem.

ROZDZIAŁ IV

Nadchodziła rocznica ślubu jego rodziców i został oficjalnie zaproszony wraz z dziewczyną. Zadzwonił do Marty i uprzedził, że to wypada w ciągu tygodnia i pewnie będzie tak, iż przyjadą prosto z pracy. To jej jednak nie przeszkadzało. Postanowili oboje kupić im ciśnieniowy ekspres do kawy. On go nabędzie, weźmie do siebie i zawiezie na miejsce samochodem. Kupił i postawił blisko drzwi w domu. Rodzice zaprosili na to spotkanie kilkanaście osób, w tym część rodziny i kilkoro znajomych. Niestety kilka dni przed terminem dowiedział się, że będzie musiał pojechać do producenta garniturów i zdawał sobie sprawę, że nie zdąży podjechać po Martę, więc ustalili, iż każde z nich uda się tam osobno, a spotkają się na miejscu. W przeddzień rocznicy położył się spać około północy i zamierzał jechać do producenta około ósmej rano. Nigdy nie miał problemu ze wstawaniem, toteż nawet nie ustawiał budzika. Niedługo zasnął. Obudził się przed siódmą zgodnie z planem i już zamierzał wstać, gdy sobie przypomniał, co mu się w nocy śniło.

Sen był o tym, że zamierza gdzieś lecieć samolotem, lecz dziwnym, niezrozumiałym trafem tuła się w obcym mieście, patrzy na ludzi, a oni wydają się jacyś inni i jak nie ludzie. Próbuje podchodzić do kogoś, aby spytać, gdzie jest, ale nikt nie zwraca na niego uwagi. Chodzi szybko od jednej osoby do drugiej, bo wie, że nie zdąży na samolot. Jednakże dostrzega jakąś grupkę osób w kaftanach ze szpitala psychiatrycznego idącą środkiem ulicy w zupełnej ciszy. Dołącza do nich i w ten sposób przemierzają nieznane miasto. Za pewien czas wychodzą poza miasto i są na jakichś polach. Myśli o samolocie, ale już pogodził się, że nie zdąży. I w gruncie rzeczy jest mu wszystko jedno. W tej chwili liczy się tylko ten marsz. Nic więcej. Po jakimś czasie dochodzą nad brzeg jeziora, zatrzymują się i tylko patrzą na idealnie płaską taflę wody. Światło słoneczne, tworząc oślepiający błysk, który zarówno odseparowuje od świata zewnętrznego, jak i dodaje swoistej, spokojnej, ale w pełni wypełniającej energii, odbija się od powierzchni. Siada na brzegu, zapominając o wszystkim innym. Piasek zgrzyta, wiatr delikatnie szumi i słychać śpiew ptaków z pobliskiego lasu. A wokół ci ludzie. Ma ochotę zostać tu na zawsze. Zamyka oczy i odpływa. Budzi się.

Doskonale pamiętał, co mu się śniło. Zarówno fakt, iż nie zdążył na samolot, jak i to niesamowite uczucie, gdy był nad jeziorem. Zdawał sobie też sprawę, że dołączył do ludzi z psychiatryka, jednak wbrew oczekiwaniom kojarzyło mu się to niezwykle pozytywnie. Nie był w stanie sobie tego wytłumaczyć, lecz nie musiał, gdyż nawet nie próbował się oprzeć tej sennej wizji. Leżąc, zamknął oczy, a wspomnienia, powodując miły dreszcz i uśmiech na twarzy, same go zalewały. Wiedział, że dołączywszy do nich, staje się taki sam i chyba to było najważniejsze, mimo iż przed oczyma miał swoją ewentualną chorobę. Opanowywało go coś niezwykłego. Coś, o czym rzeczywistości nawet by nie zamarzył. Mówi się czasem, że coś było miłe jak sen, a właśnie ten sen był tego urzeczywistnieniem, więc teraz pragnął znów się znaleźć w tym magicznym świecie pełnym oderwania od trosk i zmartwień.

W pewnym momencie spojrzał na zegarek w telefonie i uznał, że czas by było wstawać, ale nie miał ochoty odrywać się od marzeń, toteż przekręcił się na brzuch, wtulił głowę w poduszkę i chciał dalej śnić. Jedna jego część mówiła mu, że musi się ruszyć, aby wkrótce pojechać do producenta, jednak druga nie miała na to żadnej ochoty. Przez jakiś czas walczył ze sobą, lecz w pewnym momencie powrót do rzeczywistości wydał się niedorzeczny. „Po co mam dziś zawracać sobie tym głowę?” – pomyślał. I skulił się w kłębek, przykrył prawie całkowicie kołdrą i został w łóżku. Jeszcze kilka minut przed planowaną wizytą u producenta, dzwoniąc, poinformował go, że jest chory i przełożył spotkanie na inny termin.

Odpływał w krainę marzeń i wspomnień, a myśli cofały się o kilkanaście lat do czasów, gdy był nastolatkiem. Tworząc wokół niego szczelną bańkę, pulsującą zarówno obrazami, dźwiękami, jak i uczuciami, dobiegały echa tamtych dni. A wszystko to razem składało się na istną magię i świątynię intymnego zapomnienia. Niby był w domu, ale odpłynął z chwilą, gdy cofnął się w czasie. Jego ciało spoczywało owinięte kołdrą i to ciepłe posłanie, dając mu zarówno poczucie bezpieczeństwa, jak i odrealnienia, stanowiło pożywkę dla podróży w głąb przeszłości. Stał się na ten czas jeszcze raz dzieckiem.

Mając około dwunastu lat, był nawsi. Spędzali tam razem z dalszą rodziną Wielkanoc. Poszli z braćmi ciotecznymi do lasu, bawili się i cieszyli swobodą, gdyż dorośli zostali przy stole. Był to rok, kiedy po długiej i ciężkiej zimie nastała od razu gwałtowna i ciepła wiosna, toteż na polach można było zobaczyć jeszcze hałdy śniegu, a jednocześnie temperatura sięgała dwudziestu stopni na plusie. W pewnym momencie, idąc brzegiem lasu, zobaczyli niewielkie jeziorko utworzone z wody powstałej z roztopionego śniegu. Poza tym krótkim okresem miejsce to było suche, jednak teraz jego głębokość sięgała nawet metra. Będąc dziećmi, wpadli na, jak się wydawało, fascynujący pomysł – aby się tam wykąpać. Nie przeraziła nawet temperatura wody – była bliska zeru. Rozebrali się do naga, wskoczyli do wody, biegali i opryskiwali nawzajem, zarazem odganiając dojmujące uczucie lodowatego zimna. W pewnym momencie, mocząc nawet włosy, on się przewrócił. Cioteczny brat, zobaczywszy to, sam rzucił się do wody. Szaleli w ten sposób kilkanaście minut, aż zaczęli czuć wyraźne, wszechogarniające drgawki, wtedy wyszli. Chwilę pobiegali po suchym, aby się nieco wysuszyć, potem się ubrali i poszli dalej.

Innego razu, w pełni lata, też razem z tymi samymi braćmi wpadli na pomysł, by pobawić się w Indian. Wymyślili sobie, że każdy z nich będzie musiał przejść test wytrzymałości, który da odpowiedź, czy ktoś będzie przyjęty do plemienia. Polegał na tym, że zdejmowali koszulki i zostając z nagimi torsami, kładli się na trawie na plecach, do nóg przywiązywano im sznurek, a inni ciągnęli go po tym terenie. Po przejechaniu kilkudziesięciu metrów plecy mieli pozdzierane do krwi, ale żaden się nie wycofał. Dzieci… Po takiej inicjacji byli prawdziwymi Indianami! Mocno cierpiący, ale dumni zakładali z powrotem ubrania i bawili się dalej. Wybudowali nawet obozowisko skonstruowane z uschłych, leżących pni sosen, połamanych gałęzi i nielicznych kamieni, a wszystko to tworzyło coś w rodzaju szałasu, czy, jak by to nazwali Indianie, tipi. Potem siedzieli, palili w środku ognisko i o mało sami nie poszliby z dymem, gdyż konstrukcja zaczęła się zajmować ogniem. W porę wyskoczyli na zewnątrz i z dużym trudem opanowali sytuację.

Tkwiąc w swojej bańce odrealnienia, trzecią historią, którą sobie przypomniał, była przygoda, jak wybudowali sobie z tymi samymi braćmi ziemiankę głęboką na dwa metry i szeroką na ponad trzy. Miał to być bunkier, gdy bawili się w wojnę. Pracowali nad nim kilka dni, kopiąc najpierw wielki dół, a potem przykrywając uschniętymi pniami, na to położyli stare ciuchy i przysypali niewielką warstwą ziemi. Ta ostatnia zabawa podobała mu się najbardziej. Często tracąc poczucie czasu, czuł się odizolowany od świata zewnętrznego, w innej rzeczywistości. Wyobrażał sobie, a wyobraźnię miał zawsze niezwykle bujną, że jest inny czas i inne miejsce. O dziwo, samemu nie bawił się w wojnę, ale raczej w coś w rodzaju miejsca, gdzie mógł się skryć po długiej ucieczce. Był przez kogoś ścigany, a ziemianka stanowiła azyl. Bycie ściganym było dla niego jednym z najważniejszych tematów samotnej zabawy. Nigdy się nie zastanawiał, dlaczego tak było, ale chętnie powracał pamięcią. Często w wyobraźni pojawiała się dziwna osoba chcąca go dopaść i nawet pamiętał rzekomy wygląd. Był to niezwykle wysoki mężczyzna, dobrze zbudowany, z lekkim, kilkudniowym zarostem. Obraz ten przetrwał próbę czasu i nie wiadomo czemu teraz go dopadł. Leżał zatem u siebie w łóżku, a teraźniejszość ścigała się z imaginacją.

Czas mijał, a on nieposłuszny jego rytmowi lewitował poza nim. Nie zdawał sobie sprawy w zasadzie, gdzie jest ani która godzina. Wszystkie te wspomnienia dawały mu poczucie bezpieczeństwa i życia światem, który sobie wyobrażał. Nawet nie spostrzegł, jak zrobiło się późno i dawno powinien zacząć się szykować na uroczystość u rodziców. Jednak będąc zupełnie gdzie indziej, nie myślał o tym. W międzyczasie gdzieś tam słyszał dźwięk telefonu oznajmiający, że bateria jest na wyczerpaniu, lecz nic z tym nie zrobił, toteż ten po kilku takich sygnałach wyłączył się i teraz nic nie mogło go oderwać od fantazji. Zrobiła się osiemnasta, potem dwudziesta, a on nadal leżał owinięty kołdrą. Nie odczuwał ani głodu, ani pragnienia, a potrzebę pójścia do toalety jakoś jeszcze mógł kontrolować. Całą tę jego ucieczkę od rzeczywistości przerwał dopiero dzwonek domofonu. Wyskoczył z łóżka niczym rażony piorunem, podbiegł do drzwi, spojrzał na zawinięty w ozdobny papier ekspres do kawy i dotarło do niego, co się stało. Bez pytania otworzył drzwi przyciskiem, biegiem ruszył po telefon, aby sprawdzić, która godzina i już wiedział. Chwilę potem zapukała Marta. Wpuścił ją bez namysłu.

– Co się stało, dlaczego masz wyłączony telefon?! – krzyczała.

– Rany… Wybacz, nie wiem, co się stało… – odpowiadał, bełkocząc.

– Wszyscy niemal postradali zmysły, a ty siedzisz w domu i nawet wyłączyłeś ten cholerny telefon! – grzmiała w tym samym tonie.

– Rozładował się… – sylabizował, będąc jeszcze częścią swojego umysłu w czasach dzieciństwa.

– Nigdy ci tego nie wybaczę! Jak mogłeś mi to zrobić?!

– Przepraszam… – Zamyślił się i chciał coś powiedzieć, ale mu przerwała:

– Siedź sobie dalej na dupie, a z nami koniec! Słyszysz?! Koniec! – I wyszła, trzaskając drzwiami.

Stał nieruchomo przez dłuższy czas, w zasadzie nie wiedząc, jak do tego doszło i nie potrafił zareagować adekwatnie do sytuacji. Ani za nią nie pobiegł, ani nawet nie ruszył się, aby włączyć telefon i zadzwonić do rodziców z przeprosinami. Po prostu nic nie rozumiał, a uczucia temu towarzyszące były tak silne, że niejako przytwierdziły go do tego miejsca. Zwiesił bezsilnie głowę, spuścił wzrok i tkwił w bezruchu przez dłuższy czas. Dopiero mniej więcej po kwadransie zebrał się w sobie, podłączył telefon do ładowarki i zobaczył, która godzina. Było wpół do dziesiątej. To go przeraziło. Błyskawicznie wziął prysznic, ubrał się, chwycił prezent pod pachę, zbiegł do samochodu i pojechał do rodziców. Nie wziął jednak telefonu w pośpiechu, więc nie mógł zadzwonić do dziewczyny, aby spróbować ją jakoś udobruchać. Pod rodzinny dom przyjechał sporo po dziesiątej i chwilę później otworzyła zapłakana matka. Była dość wysoka, bo mierzyła ponad sto siedemdziesiąt centymetrów wzrostu, ciemna szatynka, z włosami do ramion, a w tym momencie ubrana była w piękną, seledynową suknię ze sporym dekoltem.

– Jesteś… Jak dobrze, że nic ci się nie stało.

– Wybacz mamo, ale sam nie wiem, jak do tego doszło…

– Dzwoniła Marta i jest wściekła – mówiła matka, ocierając łzy.

– Wiem, była u mnie.

– Wejdź. Impreza szybciej się skończyła… – Dając do zrozumienia, że to z jego powodu, spojrzała mu prosto w oczy.

– Przepraszam cię jeszcze raz. Nie wiem, jak się wytłumaczyć. I wszystkiego najlepszego z okazji rocznicy. A tu prezent dla was. – Postawił na szafce ekspres, zdjął buty i wszedł do środka.

Przy stole w salonie siedział ojciec. To tęgi facet, wzrostu stu siedemdziesięciu pięciu, z ciemnymi, krótkimi włosami; ubrany w białą koszulę i granatowe spodnie w kancik. Gapił się w telewizor i nawet nie spojrzał. Dopiero na powitanie zerknął w jego stronę z wyraźną rezygnacją i odpowiedział. Mariusz usiadł na jakiś czas koło niego, próbował udobruchać, ale tego wieczoru mu się to nie udało. Matka przez chwilę postała razem z nimi, a potem zajęła się sprzątaniem po uroczystości. Po jakimś czasie wstał od stołu, poszedł do kuchni, stanął obok matki i milczał. Chciał coś powiedzieć, ale żadne słowa nie przechodziły przez gardło. Nie wiedząc, co ma ze sobą zrobić, pobył u nich jeszcze kilkanaście minut, a potem wyszedł i pojechał do Marty. Tego wieczoru nie otworzyła drzwi, więc postał tam przez chwilę i wrócił do domu. Padł na łóżko i zasnął w okamgnieniu.

ROZDZIAŁ V

Wkrótce skorzystał z zaproszenia do knajpy przez swojego znajomego, Artura. Do tego czasu zdążył się pogodzić z Martą, toteż wybierał się tam razem z nią. Ustalili, iż każde z nich dojedzie osobno, a wrócą razem. Pojawił się przed dwudziestą, czyli godziną rozpoczęcia imprezy. Był to pub Elegancki Bolek na Polach Mokotowskich, przy Alejach Niepodległości. Na miejsce przyjechał taksówką i planował dobrze się zabawić, szczególnie że następnego dnia nie miał zupełnie nic do roboty. Ani spraw związanych z pracą, ani nawet żadnych prywatnych. Nie posiadał ze sobą żadnego prezentu, gdyż umówili się z nim w ten sposób, że podjadą do niego do domu kilka dni później i wtedy przywiozą. Wszedł do środka, rozejrzał się, ale nie zastał jeszcze znajomych, toteż podszedł do baru, zamówił piwo i usiadł na jednym ze stołków. Wewnątrz panował spory gwar, przez który dość często przebijały się śmiechy i głośniejsze wołania. Chwilę później pojawił się Artur – tęgi mężczyzna, wzrostu prawie stu dziewięćdziesięciu centymetrów, ubrany w żółtą koszulę, niebieskie dżinsy i sportowe buty. Mariusz wziął w rękę kufel, podszedł do niego i się przywitał. Razem spytali o rezerwację, a gdy wskazano im stolik, usiedli. Zbliżała się dwudziesta. Pogawędzili przez chwilę i zaczęli przychodzić następni goście. Kilkanaście minut później był prawie komplet, poza Martą. Na razie nie chciał do niej dzwonić, uznając, że ta wie, co robi i jeśli się nawet spóźni, to jej sprawa. Niestety, nie pojawiła się w ciągu następnych kilkunastu minut, więc wyciągnął telefon i zadzwonił. W słuchawce usłyszał, iż abonent jest chwilowo niedostępny. Ponowił próbę za kilkanaście minut i efekt był identyczny. W tym czasie, starając się nie przejmować, co może się z nią dziać, zdążył zamówić kolejny kufel piwa, kontynuował rozmowy z innymi.

Naprzeciwko siedziała samotna dziewczyna i od samego początku zwracała na niego baczną uwagę. Była wysoka, bo miała ponad sto siedemdziesiąt pięć centymetrów wzrostu, idealną figurę, ubrana w bardzo obcisłe dżinsy w kolorze niebieskim, rozpinaną, bawełnianą bluzkę w podobnym odcieniu i czarne, skórzane buty na lekkim obcasie. Twarz miała bardzo ładną, wręcz jak z okładki czasopisma i długie, proste blond włosy, sięgające niemal pośladków. Na imię jej było Apolonia.

– I co, nie przyszła? – spytała, zalotnie się uśmiechając.

– Nie wiem do końca, co się dzieje… – odpowiedział smętnie. – Umawialiśmy się tu, na miejscu, a teraz ma wyłączony telefon.

– Może jedzie metrem i jest poza zasięgiem?

– Całkiem prawdopodobne, w końcu mieszka na Bielanach, a metrem jest tu bardzo wygodny dojazd. Ale z drugiej strony na stacjach jest zasięg, a poza tym po takim czasie już by dojechała…

– Nie przejmuj się, musiało coś ją zatrzymać.

– Ja to raczej wiążę z odwetem – odrzekł znów smętnie, po czym opowiedział całą historię o tym, jak to nie dotarł na rodzinną uroczystość.

– No to musiała być wściekła – skomentowała Apolonia – A jak twoi rodzice na to zareagowali?

– No cóż… Byli bardzo smutni… Nawet nie źli, ale właśnie smutni i przygnębieni… Do dziś mają o to pretensje.

– Ja się wcale nie dziwię. Też bym była taka, gdyby mój syn w ten sposób zawiódł.

– Zdaję sobie z tego sprawę… – odpowiedział, spuszczając głowę w pokorze.

– Ale teraz już tego nie zmienisz, więc pozostało ci jakoś to im wszystkim zadośćuczynić.

– Zamierzam rodziców częściej odwiedzać niż zwykle, a co do mojej dziewczyny, to muszę wymyślić coś specjalnego.

– Jednak to, co ona teraz robi, jeśli oczywiście jest to rewanż, to mi się nie podoba. – I znów się znacząco uśmiechnęła.

– Chce, żebym się tak samo poczuł, jak ona wtedy.

– To całkiem możliwe, ale i tak to nie w porządku. Ja bym tak nie zrobiła – skomentowała, po raz kolejny zalotnie się uśmiechając.

– Więcej nie będę dzwonił. Przyjdzie, to przyjdzie; nie, to nie. Jej sprawa. Ja zamierzam się dobrze bawić.

I poszedł po kolejne piwo, kupił także drinka dla Apolonii. Kiedy wrócił, założenie o dobrej zabawie legło w gruzach. Udawał, że nie bierze do siebie nieobecności Marty, która poważnie go ukłuła swoim zachowaniem. Usiadł z powrotem przy stole, ale już nie był w stanie się bawić. Nawet na zaczepki Poli nie reagował prawie w ogóle. Zamknął się w sobie i po jakimś czasie nie docierało do niego prawie nic. W pewnym momencie, a było to około dwudziestej drugiej, pożegnał się ze zgromadzonymi, przeprosił Artura, zamówił taksówkę i pojechał do domu.

Gdy wszedł do domu, trzasnął za sobą drzwiami, zrzucił niedbale buty, to samo zrobił z lekką kurtką i wstąpił na chwilę do toalety. Z jednej strony wiedział, co zrobiła Marta, a z drugiej zdawał sobie sprawę, że to on, nie zjawiając się u rodziców na imprezie, zapoczątkował to. Sięgnął po butelkę whisky, szklaneczkę, usiadł w salonie na fotelu, włączył telewizor i zaczął gapić się na mecz Ekstraklasy. „Co ja mogę zrobić, żeby rozwiązać tę sprawę?” – myślał. – „Może dać jej nauczkę? Nie. Nie będę się mścił. A może jednak?…” Najpierw jedna szklanka, potem druga, trzecia, czwarta, aż poczuł senność, wziął prysznic, następnie jeszcze zasiadł w tym samym miejscu, wypił kolejne dwa drinki i chwilę później położył się do łóżka. Usnął natychmiast.

ROZDZIAŁ VI

Budzi się, powoli spływa ze świata snu, zaczynają docierać impulsy z zewnątrz, jeszcze nie ruszył się z miejsca, a już czuje silny ból głowy. Ból tak potężny, jakiego jeszcze nigdy nie doświadczył. Jakaś obręcz zaciska się wokół czaszki, a jednocześnie jest mu z tego powodu aż niedobrze. Co się dzieje?… Poprzedniego dnia ostro popił i jedyne, o czym marzy, to wziąć proszek przeciwbólowy. Rusza nogami, lecz przez chwilę ma wrażenie, że są przez coś spętane. Tego samego próbuje z rękoma, ale z nimi idzie znacznie lepiej. Wyciąga je ponad głowę i odkrywa jakąś dziwną fakturę podłoża. Nerwowo otwiera oczy, wokół panuje całkowita ciemność. Jeszcze raz, aby przewrócić się do innej pozycji, stara się ruszyć nogami, ale teraz jest już pewien, że coś jest nie tak. Może nimi poruszyć o kilkanaście centymetrów, dalej nie. „Na pewno zaplątałem się w kołdrę” – myśli. Czując nieprawdopodobne pulsowanie wewnątrz czaszki, powoli próbuje przewrócić się z pleców na bok, lecz nie jest w stanie. Leży nadal na wznak. Zwykle, kiedy śpi, telefon trzyma na podłodze, zaraz przy łóżku, więc wyciąga rękę w bok i dół, jednakże czuje dłonią wyraźny chłód. Sięga bardzo nisko, lecz nie może dotknąć podłogi, ani odnaleźć telefonu. Łupie mu w głowie, zaczyna wymachiwać ręką w poszukiwaniu czegokolwiek i jedyne co wyczuwa, to ta dziwna faktura: jakby splecione sznurki – coś w rodzaju sieci rybackiej. To go jeszcze bardziej wytrąca z dotychczasowego stanu i już szarpie się cały, aby się podnieść i odnaleźć komórkę, ale wyraźnie czuje, że jest zaplątany w kołdrę. Szarpiąc, próbuje ją ściągnąć i mimo rosnącego bólu głowy, rzuca się w każdą stronę. Nie przynosi to żadnego efektu. Jednocześnie całe łóżko się buja. Teraz jest już całkowicie skołowany. Próbuje wstać. Nie jest w stanie. Zarazem robi mu się jeszcze bardziej niedobrze. Do potężnego bólu głowy dochodzi uczucie nadchodzących torsji. Ponownie nadludzkim wysiłkiem rzuca ciałem w każdą stronę, obmacuje rękoma kołdrę i wyczuwa jakieś liny. Poprzedniego dnia położył się do własnego łóżka. To z powodu tych lin nie może się ruszyć. Został przez kogoś związany. „Tylko czemu nie mogę sięgnąć po komórkę, skoro ręce mam wolne?” Rozgląda się we wszystkie strony i nie widzi kompletnie nic. Tylko ciemność. Mruga oczyma, jakby nie wierzył, że powieki ma otwarte. Zdobywa się na okrzyk:

– Co jest grane?

Od razu dobiega dość silny pogłos, a to znaczy, że nie jest u siebie w domu. Dziwna faktura, na której leży, to nie jego łóżko, a bujanie oznacza, że nie jest nawet w łóżku.

– Gdzie ja jestem? – zadaje sobie to pytanie półgłosem i za chwilę znów słyszy delikatne echo wypowiedzianych słów.

– Kurwa, gdzie jestem?! – krzyczy wniebogłosy i dopada go jeszcze silniejszy ból głowy, a uczucie nadchodzących torsji się wzmaga.

Następuje dłuższa cisza, a odpowiedzi nie ma. Próbując wymacać podłogę, wychyla się tak mocno, jak tylko może w bok i w dół, sięga ręką pod siebie. Jej także nie ma. Nic nie widzi. Ktoś mu zrobił cholerny kawał: związał we śnie, zawiesił gdzieś wysoko nad podłożem, spętał całe ciało z wyjątkiem rąk i głowy i na pewno teraz ma niezły ubaw. Z ledwością opanowuje odruch wymiotny, ale nie myśli ani o proszku przeciwbólowym, ani o czymś do picia. Jedyne, o czym marzy, to dostrzec, co się z nim dzieje i jak się z tego wyplątać. Szarpie się jeszcze przez chwilę i czuje wyraźnie, że ciało jest skrępowane: jakaś lina, opasując go, przebiega wielokrotnie ponad kołdrą, lecz także ciągnie się przez jego ramiona, uniemożliwiając wypełznięcie z tego, w czym leży. Jest kompletnie unieruchomiony – tylko jest w stanie ruszać rękoma i głową. Niczym więcej.

Po pewnym czasie poddaje się, tylko już leży na wznak i znów jako główne powraca uczucie potwornego bólu głowy. W coś zaplątany jest skazany na łaskę i niełaskę tego, kto mu to podszykował. Sięga pamięcią do dnia poprzedniego. Najpierw była Apolonia, potem wrócił taksówką, następnie pił whisky, jeszcze wziął prysznic, wypił kolejne dwa drinki, i owszem, był wstawiony, ale nie całkowicie pijany.

– A może ja tylko śnię? – pyta siebie półgłosem, ale gigantyczny kac, jakiego właśnie doświadcza, temu zaprzecza. – Chyba że to też mi się śni?…

Następne dwie czy trzy godziny, usiłując sobie przypomnieć brakujące ogniwo z dnia poprzedniego, które by wyjaśniało, co aktualnie się z nim dzieje, tylko leży w niezmienionej pozycji. Na próżno. Wszystko pamięta doskonale aż do momentu, gdy położył się spać, a potem nastąpiła ta koszmarna pobudka. Marta nie przyszła do knajpy i przez chwilę zadaje sobie pytanie, czy ona byłaby zdolna do zrobienia takiego kawału.

– Może z zemsty chce dać nauczkę? – Kombinując, analizuje wszystko, co mu przyszło do głowy. – Tylko jak ona sama by mnie przeniosła w takie miejsce? Nie, to raczej niemożliwe. Chyba że wzięła kogoś do pomocy. Tylko kto mógłby jej w tym pomóc?… Na pewno to nie ona. A więc kto? Któż zadałby sobie tyle trudu, przenosząc mnie tutaj z mieszkania? I najważniejsze pytanie dlaczego? Jakaś konkurencja? A może rodzice?… To też odpada. Oni by tego nie zrobili. Może mają żal, ale w końcu jestem ich synem, więc mnie kochają, a to, co teraz mi się przydarza, nie ma wiele wspólnego z miłością. Skoro ktoś zdołał mnie tu zataszczyć i związać, to musi być więcej, niż jedna osoba. Jeden człowiek nie dałby rady. Przecież ważę prawie osiemdziesiąt kilogramów. Musi być ich co najmniej dwóch. A nawet w dwie osoby mieliby spory kłopot. Ilu więc jest w to zaangażowanych? To spisek! A może to ci wszyscy z uroczystości u rodziców? W końcu było to całkiem niedawno i to jedyna moja wina, za którą ktoś mógłby chcieć się mścić… Tak czy inaczej, zaraz ktoś się zjawi, odplącze mnie z więzów i wypuści. To pewne, że niedługo to się skończy…

Mijają kolejne godziny, on z jednej strony nieco przywykł do spętania i swojego położenia, a z drugiej coraz bardziej doskwiera mu brak możliwości ruszenia się z miejsca. Może spróbowałby się uwolnić, gdyby było co nieco światła, jednak jest, jak oko wykol. W tych ciemnościach nawet nie jest w stanie sprawdzić, jak poprowadzone są liny. Poza tym, nie czując pod sobą podłoża, nie wie, jaki dystans dzieli go od niego, a jeśli jest znaczny, to jeszcze by się zabił, spadając. Kolejna sprawa, że aktualna pozycja może okazać się jedyną bezpieczną. I najważniejsze – aby spróbować się uwolnić, trzeba mieć punkt odniesienia, a on takich nie ma w ogóle. Pozostało więc czekać. Leżeć i czekać. W sumie dobrze, że na dziś nic nie planował, więc wieczorem, kiedy sprawa się wyjaśni i będzie po wszystkim, wróci do domu, aby od dnia następnego robić swoje.

Ból głowy nieco ustępuje, odruchy wymiotne słabną, ale zaczyna coraz bardziej doskwierać potrzeba oddania moczu. Wczoraj sporo wypił i nie jest to fakt przemawiający na korzyść wytrzymałości. Pęcherz ma coraz pełniejszy i z każdą minutą odczuwa to coraz mocniej. Przecież będąc tak związany, nie jest w stanie nawet załatwić tej potrzeby. Gdyby mógł wypełznąć z tych okalających więzów i czegoś tam jeszcze, to, trzymając się lin, przyklęknąłby na brzegu i wysikał gdzieś w bok, a tak musi męczyć się z coraz to większym naciskiem na pęcherz. Jeszcze godzinę temu nie myślał o tym w ogóle, a teraz doskwiera to coraz bardziej. W pewnym momencie, czując już dość silny ból w podbrzuszu, nie wytrzymuje i znowu zaczyna krzyczeć:

– Hej! Wypuście mnie, muszę do toalety! – Znowu pogłos, przyprawiając go tym razem o gęsią skórkę, roznosi się po pomieszczeniu. Niestety, odpowiedzi jak nie było, tak i nadal nie ma. Nie myśli już o niczym więcej jak tylko o potrzebie oddania moczu. Jest to tak dojmujące i wypełniające umysł całkowicie, że wszystko inne poszło w odstawkę. Przypomina sobie, jak doznając ulgi, a tym samym przyjemności, bo w końcu każda ulga to przyjemność, stoi u siebie w toalecie i odlewa się, więc wspomina tę chwilę nad sedesem jako rozkosz. I teraz tak wiele by oddał, aby się odlać.

ROZDZIAŁ VII

Kolejne minuty, on, ledwo panując nad zwieraczem odpowiedzialnym za sikanie, męczy się coraz bardziej, ale jeszcze się nie poddaje. Teraz już czuje wyraźne ciepło biegnące z podbrzusza, a także drgawki dopadające go w przypływach nacisku na pęcherz. Nagle dobiega dźwięk bezpośrednio nad nim. Metaliczny, jakby szorowanie stali o stal. Spogląda w tamto miejsce i widzi, wydobywający się promyk światła z jakiejś szczeliny oddalonej o kilka metrów, o ile w tych warunkach może to prawidłowo ocenić. To właz, który ktoś najwyraźniej odsuwa. Przez chwilę patrzy w tamtą stronę bez słowa, lecz gdy dostrzega już spory otwór, znów zaczyna krzyczeć:

– Wypuśćcie mnie! Muszę do kibla!

Jednak odzewu nie ma, ale w tym słabym docierającym świetle, dostrzega, iż leży na jakimś hamaku, otulony czymś w rodzaju śpiwora i związany ogromną ilością grubej liny. Niestety, w tym mroku nie jest w stanie dostrzec, gdzie są węzły, o ile są blisko niego. Przez chwilę skupia się na próbach rozpoznania, o co chodzi i zapomina o potrzebie sikania. Rozgląda się, ale oprócz swojego łoża nie widzi nic. Wychylając się jak może, próbuje spojrzeć w dół, lecz podłogi także nie dostrzega. Musi dzielić go od niej znaczna odległość. Ścian wokół też nie widzi.

– Co jest grane? Kto mógł mi to zrobić? – mówi do siebie półgłosem. A po chwili – halo! O co chodzi! Wypuśćcie mnie! – krzyczy wniebogłosy.

Czyjaś ręka wysuwa się przez szczelinę nad nim i trzyma, jak mu się wydaje, butelkę. Następnie zaczyna ją opuszczać na sznurku. To napój i teraz całkowicie zapominając o potrzebie fizjologicznej, wyraźnie odczuwa pragnienie. Zapomina, co nie znaczy, że nie cierpi. Cierpi coraz bardziej, ale koncentruje się na tym, co aktualnie się dzieje. Kilkanaście sekund później zjeżdża butelka coca-coli. Wielka, dwulitrowa. Przecież chce mu się pić… Nadal próbuje nawiązać kontakt z tym kimś z góry:

– Nie chcę waszej coli! – trzymając już ją w rękach, wrzeszczy. – Chcę, kurwa, do domu! Wypuśćcie mnie!

W tym momencie czuje kilka pociągnięć, nie padają żadne słowa. Musi odczepić butelkę od sznurka. Z pewną niechęcią robi to, a węzeł trzymający napój był bardzo prymitywny. Sznurek wjeżdża w ekspresowym tempie, właz się szybko zamyka i w środku zapada całkowita ciemność. Odkręca butelkę, wypija znaczną część i ponownie przytłacza uczucie pełnego pęcherza. „A gdyby tak wysikać się do butelki?” Znów ją odkręca, wypija kolejną część i próbuje podsunąć w okolice krocza. Stara się ją przecisnąć przez więzy, lecz te okazują się zbyt ścisłe, więc męczy się, a mocz napiera już nie do wytrzymania. Zaciska zęby, chwyta ją w prawą dłoń i ciska z całej siły gdzieś w bok. Po około dwóch sekundach słychać pierwsze uderzenie, a po kolejnych trzech następne. To pierwsze dobiegło wyraźnie z boku, więc napój uderzył o ścianę; drugie z dołu – to była podłoga.

– Boże, jak ja jestem wysoko – wypowiedział pełnym głosem. – To musi być kilkanaście metrów. Jak dobrze, że nie udało mi się oswobodzić i spróbować zeskoczyć…

Jeszcze przez pewien czas zmaga się z naporem moczu, czuje coraz silniejsze dreszcze i fale gorąca. Wytrzymał już dobre sześć czy siedem godzin, więc, jak się okazuje, pęcherz ludzki jest nad wyraz wytrzymały, szczególnie iż poprzedniego dnia sporo wypił. Jednak, zapominając o całej aktualnej sytuacji, wspomina sny o szaleństwie, robi mu się błogo, rozluźnia się i nagle czuje wyraźne ciepło w okolicach krocza, na nogach i wie, co się stało… Zaczyna płakać. Najpierw roniąc tylko kilka łez, robi to niemal bezgłośnie, ale po chwili zalewa go istna powódź rozpaczy i jęcząc przy tym prawie na cały głos, już szlocha. Zanosi się płaczem, a delikatne echo niesie ze sobą to cierpienie… Pewien czas później uspokaja się, godzi się z mokrym od moczu losem i zastyga w bezruchu. Leży cały czas na wznak, odpływając gdzieś, gdzie jest mu dobrze.

Gdy poznał swoją dziewczynę, padał rzęsisty deszcz, a on idąc bez parasola, schronił się pod daszkiem przy wejściu do ośrodka kultury. Woda lała się z nieba strumieniami, chodniki były całkowicie zalane, a przy studzienkach kanalizacji gromadziły się zmyte zewsząd liście, gałązki i śmieci. Była jesień i mimo że był ubrany w miarę ciepło, to musiał przebiec w czasie tej ulewy kilkadziesiąt metrów, więc był częściowo zmoczony. Szczególnie mokre miał buty. W pewnym momencie podbiegła kompletnie przemoczona dziewczyna i stanąwszy obok niego, cała spływała wodą. Po chwili zrobiła się wokół niej spora kałuża, ona na to spojrzała, uśmiechnęła się i skomentowała, że może to tak wygląda, ale się nie zsikała. Ten dowcip mu się spodobał, więc przedstawił się, porozmawiali do końca ulewy, a potem odprowadził ją do domu, wymieniając się numerami telefonu. I tak zaczął się ich związek. Od stanu mokrego jak od zsikania się. A teraz on leży w tym pieprzonym hamaku i naprawdę się zsikał w majty. Czyżby to miało coś znaczyć?…

Na początku, po oddaniu moczu pod siebie, poczuł wyraźne ciepło, jakiś czas później zrobiło się tam chłodno, a teraz, po kilkunastu minutach przywykł do tego i jest mu wszystko jedno. W końcu jako niemowlę ciągle to robił, więc ten jeden raz nie zaszkodzi. Z jednej strony nikt nie widzi, nikt nie słyszy, co się tutaj dzieje, więc przynajmniej nie musi cierpieć ze wstrzymywaniem się. Ale z drugiej, zważając na to, jak dba na co dzień o swoją higienę, biorąc prysznic nawet cztery razy dziennie? Przeszywa go dreszcz, a na twarzy pojawia się wyraźne skrzywienie. Lecz do tego stanu też szybko się przyzwyczaja, zamiera w bezruchu, kładzie bezładnie ręce na łożu, prostuje grymas, zamyka oczy i zapada w odrywający od tego koszmaru sen.

Budzi go ten sam odgłos odsuwającego się włazu. Tym razem wyłania się mały koszyczek. Powoli się zsuwa w dół, po kilkunastu sekundach dociera do niego i widzi w tych bardzo słabych promieniach światła, iż jest tam kilka kanapek, ale żadnego napoju. Czy nie cisnąć tego tak samo, jak butelki? Jednak wyciąga je, czuje szarpnięcie koszyka ku górze i wie, że ma mu pozwolić odjechać. Właz się zamyka i kolejny raz zapanowuje całkowita ciemność. Czy zjeść to, co przysłano? Nawet nie próbował już krzyczeć, niejako pogodziwszy się, że odpowiedzi ani reakcji się nie doczeka. Bierze do ust pierwszy kęs i kanapka jest całkiem smaczna – zawiera jakąś wędlinę i, jak mu się wydaje, sałatę. Druga jest z żółtym serem, więc dochodzi do wniosku, że ktoś musi się o niego w jakiś sposób troszczyć, o ile, mając na uwadze zmuszanie do szczania pod siebie, można mówić o trosce. Potem trzecia i robi mu się błogo, gdyż od wielu godzin (przypuszczalnie już od kilkunastu) nie miał nic w ustach. Jak tylko kończy posiłek, miałby ochotę na colę. Jednak czasu już nie cofnie, z pragnieniem jak na razie da sobie radę, a odgłos butelki przynajmniej powiedział mu, z jakim pomieszczeniem ma do czynienia. Znowu zalega w bezruchu i po raz kolejny zaczyna mu się chcieć spać. Zasypia.

Jest na środku jakiejś pustyni. Wokół tylko pustkowie, piach i bezkres aż po horyzont. Sam, żadnych drzew czy nawet krzewów. Słychać tylko gwiżdżący wiatr w uszach. Zaczyna iść przed siebie w nieustalonym kierunku i z każdym krokiem odechciewa mu się tego. W pewnym momencie natrafia na wystający z piachu kawałek drewna w kształcie pustego w środku półksiężyca, a do niego przymocowany jest kijek. Schyla się, chwyta za znalezisko, pociąga w swoją stronę i wyłania się łopata. Jak tylko ją chwycił, okręca wokół osi. Co robić? Dokopać się pokładów wody? Jedno pociągnięcie za drugim zaczyna powstawać dół. Kopie, lecz piasek, skutecznie to uniemożliwiając, obsypuje się z każdej strony, więc co raz poszerza swój wykop i w ten sposób tworzy się całkiem szeroki otwór w ziemi. Jakiś czas później, wbijając łopatę, słyszy głośne, metaliczne uderzenie. Przyspiesza, nie zważając na lejący się po ciele pot. W końcu odsłania z piasku właz. Szybko go całkowicie odkopuje, ale nie ma na nim żadnego uchwytu. Naciskając trzonek w dół i bok równocześnie, wciska szuflę w szczelinę okalającą go i podważa. Przez chwilę nic się nie dzieje, ale potem właz podnosi się z wyraźnym metalicznym skrzypieniem. Jedną ręką podtrzymuje trzonek, a drugą sięga do pokrywy i pociąga w swoją stronę. Otwiera się jakieś podziemne pomieszczenie. Płyta stalowa idzie na bok, próbuje zajrzeć do środka, ale oczy nie są w stanie przeniknąć panującej tam ciemności. Opierając się rękoma po obu stronach, klęka tuż przy otworze, a zarazem wsuwa głowę jak najniżej. Powoli oczy przyzwyczajają się do mniejszego oświetlenia i widzi kogoś znajdującego się kilka metrów niżej. Ta osoba leży owinięta w coś białego. Przez moment się przypatruje i w końcu ją rozpoznaje. To on sam omotany w kaftan bezpieczeństwa na hamaku. Budzi się.

Zaczyna sprawdzać, czy oby przypadkiem nie jest faktycznie unieruchomiony takim kaftanem, lecz szybko to wyklucza, bo ręce ma wolne. Nadal leży na wznak i nie może się za nic przekręcić na bok, czy na brzuch, a ile by dał za taką możliwość. Ile minęło, odkąd się po raz pierwszy tutaj obudził? Nie jest w stanie stwierdzić ani która jest godzina, ani nawet czy jest dzień, czy noc. Wszystko zlewa się w jedną wielką czerń i pustkę. Co prawda dwa razy przez krótki czas dotarły słabe promienie, ale były one zbyt blade, jak na światło naturalne, więc mogła to być noc, jedynie rozświetlana przez żarówkę. Jeśli miałby zgadywać, to, pomijając dwie drzemki, w które zapadł, leżąc tutaj, spędził w tym koszmarze przynajmniej osiem godzin, ale to były jedynie domysły. Nigdy w życiu nie musiał posługiwać się wewnętrznym zegarem, więc ocena może być zupełnie nietrafiona. Żyjąc w cywilizacji, uzależniony jest od masy przedmiotów takich, jak zegarek czy choćby żarówka. Te zabijają naturalne instynkty, sprawiając, że bez nich jest, jak dziecko we mgle.

Co z aktualnym położeniem? Ale także snem, jaki miał chwilę wcześniej? Znowu był o wariactwie. Który to już raz? Tym razem jednak nie tęskni za nim ani trochę. Stan uwięzienia sprawia, że jedyne, o czym marzy, to wyjść stąd jak najszybciej i powrócić do normalnych zajęć. Jedzie samochodem, wioząc garnitury do jednego ze sklepów. Jest to mrzonka o rzeczy prostej, która byłaby jeszcze kilkanaście godzin wcześniej rutyną, a nie marzeniem. Ponadto jakiś czas temu zeszczał się w gacie. Nie myśli jednak o tym jako o sprawie, którą trzeba za wszelką cenę zataić. Gdyby ktoś go tutaj odnalazł i pomógł się oswobodzić, to nie próbowałby tego ukryć. Wszystko jest względne i to, co jeszcze kilkanaście godzin wcześniej byłoby nie do pomyślenia, teraz staje się niemalże orężem. Nie to, żeby się od razu tym szczycił, ale jest to dowód na aktualny stan umysłu.

Nadal na wznak, unieruchomiony prawie całkowicie, coraz bardziej zaczyna dokuczać pragnienie. Jeśli tylko właz znowu się otworzy, to wypowie swoją prośbę o coś do picia. Na razie z pęcherzem ma spokój, więc przynajmniej tym nie musi się martwić. „A co będzie dalej?” – myśli. – Pewnie powtórzy się historia z sikaniem pod siebie. Cóż, muszę do tego przywyknąć – wypowiada te słowa półgłosem i krzywi się. Nawet nie jest w stanie sięgnąć ręką do krocza i sprawdzić, czy nadal jest tam mokro, czy może już wyschło. Teraz tego nie czuje w ogóle.

Chcąc sprawdzić, na ile długie jest echo, a tym samym z jak dużym pomieszczeniem ma do czynienia, w pewnym momencie zaczyna wydawać z siebie głośne, nieartykułowane dźwięki. Niby już ustalił, że butelka spadała po odbiciu od ściany jakieś trzy sekundy, ale będąc w takim stanie jak teraz, mogło mu się to jedynie wydawać. W takich sytuacjach mózg nie pracuje normalnie, dostarczając czasem świadomości błędne dane. Kiedyś miał wypadek samochodowy, kiedy to zagapił się, za późno hamował i w efekcie uderzył w tył poprzedzającego samochodu. Czas na chwilę przestał istnieć. Niektórzy opowiadają, że widzą wszystko w zwolnionym tempie, a on miał wrażenie przeciwne. Reakcja i wypadek nastąpił w tym samym czasie. „Może podobnie było i tym razem, kiedy słyszałem odbicia butelki z colą?” – myśli. – „Przecież to mało prawdopodobne, aby zamknęli mnie w tak wielkim pomieszczeniu. Gdzie by takie znaleźli? W dodatku całkowicie ciemne… Nie, to chyba niemożliwe… Ale drugi raz tego nie sprawdzę, dopóki nie wypiję napoju do końca.”

Nie mając kompletnie nic do roboty, tkwi w dziwnym łożu. Zwykle w takich sytuacjach włączał telewizor albo wychodził na spacer, lecz teraz musi się zmagać z sobą i tylko z sobą. Żadnych ogłupiaczy czy czynności zajmujących myśli. Teraz uwaga jest skupiona tylko na nim samym i nad aktualnym stanem. Do tego drugiego zdążył przywyknąć, co notabene przyszło mu dość szybko, natomiast zostało obcowanie ze sobą w czystej postaci. Stanięcie twarzą w twarz z własnymi uczuciami, których tu doświadcza. Poza tym zaczęła się pojawiać nuda – wbrew pozorom. Wszystko jest względne. Pierwszy raz od niepamiętnych czasów wyraźnie słyszy zarówno swoje myśli, jak i wypowiadane półgłosem słowa. Co się z nim dzieje, skoro mówi do siebie na głos, gdyż nigdy tego nie robił? Słowa wykrzyczane na początku powracają do niego, jakby były uwięzione gdzieś w pamięci. Nie jest w stanie się ich pozbyć. Już wie, że następnym razem, kiedy właz się otworzy, nie będzie krzyczał, bo to i tak nic nie zmieni, jednakże tamte sprzed kilku, czy nawet kilkunastu godzin tkwią, rozrywając czaszkę od środka. Zupełnie jakby były wypowiedziane przez kogoś innego. I po trochu tak jest – będąc zniewolonym, staje się innym człowiekiem. Normalne życie odchodzi gdzieś w kąt umysłu, a teraźniejszość wypełnia całą jaźń. Owszem, ma wspomnienia, ale są odległe i obce. Jak obrazy z obejrzanych filmów – niby utożsamiamy się w jakiś sposób z nimi, ale wiemy, że to fikcja.

Po jakimś czasie znowu słyszy nad sobą metaliczny dźwięk i właz się otwiera. Poprosić o coś do picia! Robi to. Następuje moment ciszy, zawahanie, po czym koszyk zjeżdża i za chwilę dobiega do nozdrzy miły zapach czegoś do jedzenia. Kiedy jednak tam sięga, widzi w półmroku, że oprócz pożywienia nie ma żadnej butelki. Ponawia prośbę, zapada cisza, po czym słychać słabnące z każdym tupnięciem czyjeś kroki. Jeszcze przez chwilę oczekuje, a po kilku minutach znów słychać kogoś na górze. Koszyk wjeżdża, dobiega drobny szmer, po czym zjeżdża, tym razem z butelką, jak się okazuje, pomarańczowego napoju. Wyjmuje wszystko i są to trzy duże i smaczne kanapki, oraz wspomniany napój. Wkrótce właz się zamyka i znów nastaje całkowita ciemność. Dość szybko zjada posiłek, popija, jednak tym razem zachowując butelkę, aż się skończy napój.

Zastanawiając się nad swoim życiem, po raz kolejny zamiera w bezruchu.

– Przecież na co dzień robię coś, co pozwala mi tylko przetrwać, nie dając nic poza chwilowym zadowoleniem czy odłożonymi pieniędzmi – mówi do siebie półgłosem. – Nie zrobiłem w życiu nic, co by po mnie pozostało. Zupełnie nic. Gdybym stąd nigdy nie wyszedł, to nie będzie w zasadzie po mnie istniał żaden ślad. I po co takie życie? Po to, aby się najeść, pokopulować i pogapić się w telewizję? To zupełnie bez sensu. I co ja teraz z tego mam? Wiszę parę metrów nad ziemią, Bóg jeden raczy wiedzieć, czy kiedykolwiek stąd wyjdę, a wszystko z życia, które miałem, wydaje się niepotrzebne, a może i zbyteczne. Nawet temat dzieci odsuwałem od siebie, jak mogłem najdalej. To z wygodnictwa i egoizmu. W zasadzie chyba tylko rodzice mogą zapłakać, jeśli mnie zabraknie. Nawet dziewczyna ma mnie gdzieś, bo przecież nie przyszła na spotkanie w knajpie… Swoją drogą ciekawe, czy ktoś już mnie szuka… Nie sądzę, bo przyzwyczaili się do tego, że ich zaniedbuję, zajmując się wyłącznie sobą… Chyba będę musiał odbudować relacje z bliskimi osobami. Rodziców częściej odwiedzać, spotykać się ze znajomymi, a co do Marty?… Może czas z nią zerwać… Teraz, jak tu wiszę, wydaje się zupełnie obca. Była niemalże tylko obiektem do kopulacji i przytulania, zresztą to pierwsze robiłem mechanicznie, bez emocjonalnej więzi. Jestem pewien, że nawet jeśli pobędę tu dość długo, to nie zechce mnie szukać. Ma mnie gdzieś.

Jak zostanie uwolniony, będzie musiał zacząć wszystko na nowo. Nie tak na odwal się, ale z sercem – jakby tego chciał naprawdę. Po pewnym czasie, po raz kolejny zaczyna go morzyć i wkrótce zasypia. Tym razem nie śni mu się nic albo nic z tego nie pamięta. Śpi, uciekając od swojej niewoli.

ROZDZIAŁ VIII

Budzi go ten sam dźwięk znad głowy. Nikłe światło nie sprawia otuchy. Tym razem jednak nie zauważa żadnego koszyka, czy butelki, a zamiast tego dobiegają słowa, ale nie wypowiadane przez człowieka, lecz jakby przez syntezator mowy:

– No to pora na spowiedź. – Brzmi to zarówno mechanicznie, jak i demonicznie.

Gdzieś w pamięci kłębią się niecne występki z przeszłości. Dokonując różnych niechlubnych rzeczy, szybko jednak o tym zapominał. Tym razem, będąc w niewoli, docierają te słowa z pełną mocą. Po nich następuje dłuższa cisza, po czym ten sam sztuczny głos mówi:

– Wystawiałeś fałszywe faktury, także takie przyjmowałeś, a to jest przestępstwo. Dodatkowo napisałeś w rozliczeniu rocznym o nieistniejących kosztach swojej firmy.

Głos zamilkł, a on zaczyna sobie przypominać, jak to było. Faktycznie, aby w zamian brać dodatkowe pieniądze, wystawiał lipne papiery. Pierwszy raz zrobił to kilka lat wcześniej i na początku bał się skutków, ale przekonawszy się, że nic mu nie grozi, kontynuował proceder już bez lęku czy jakichkolwiek wyrzutów sumienia. Liczyła się kasa i tylko kasa. Po jakimś czasie zaczął przyjmować też fałszywe rachunki, aby narobić swojej firmie kosztów. I głos miał rację, także jeśli chodzi o zeznanie podatkowe. Mariusz, zdając sobie sprawę, że to się nigdy nie wyda, kłamał tam. Ktoś jeszcze wie o tym wszystkim, a jeśli wie, to może donieść! Zaczyna żałować przekrętów, ale na to jest za późno. Musi stawić czoła swojej przeszłości – przeszłości nielekkiej. Przestają go dręczyć rozterki natury egzystencjalnej, a zaczyna mieć silne obawy, aby to nie wyszło na jaw. Może zaproponować ciemięzycielowi sporej sumy pieniędzy w zamian za milczenie, a nawet za wolność? Ale jeśli ktoś podszykował coś takiego, to nie po to, aby na tym zarobić. Tego jest akurat pewien, szczególnie że do tej pory nie padły z góry żadne słowa o okupie czy czymś podobnym. Podświadomie czuje, że chodzi tu o coś zupełnie innego…

„Tylko o co?” – próbując analizować dotychczasowe zachowanie porywacza, zastanawia się. Z jednej strony został uwięziony i skrępowany w sposób bardzo wyszukany i w niezwykle nietypowym miejscu, a z drugiej dostaje regularne posiłki, i to całkiem smaczne i zróżnicowane. Jedno do drugiego nie pasuje. Czyżby miał do czynienia z jakiegoś rodzaju szaleńcem, który po swojemu postrzega niektóre aspekty niewoli? To by się zgadzało, biorąc pod uwagę fakt, że spełniona została prośba o napój. Tylko co szaleniec, przypominając finansowe występki, chce osiągnąć? Pierwsze co mu przychodzi do głowy, to kara, bo taka odpowiedź nasuwa się sama, jednak czy chcąc kogoś ukarać, karmi się w taki sposób? A może to jakiś rodzaj testu? Ale co on ma na celu? Sprawdzenie ile jest w stanie wytrzymać? Chyba że te zarzuty o przekrętach finansowych to blef. Może prześladowca, licząc, że Mariusz przyzna się do wszystkiego pod wpływem niewoli i okropnych warunków, tak naprawdę nic nie wie, a jedynie wysnuwa teorie na ślepo? Potwierdzałyby to słowa mówiące o spowiedzi. Jednak czy ktoś trafiłby tak idealnie w nieuczciwości? Jeśli to nie przypadek, to skąd wie o tym wszystkim? Przecież on sam nie chwalił się na lewo i prawo, mówiąc o tym tylko kilku osobom. Czyżby to była jedna z nich? To chyba niemożliwe, bo bliskim ufał, jak sobie samemu. O co więc tu chodzi?

Zmagając się z własnymi myślami, wisi w hamaku i nawet nie spostrzegł, jak znów zaczął cierpieć z powodu pełnego pęcherza. Dopiero gdy stało się ono nie do wytrzymania, odsuwając temat przekrętów na drugi plan, skupia się na tym. Po raz kolejny zaczyna czuć ciepło biegnące z podbrzusza i cykliczne dreszcze spowodowane ciśnieniem moczu. Niby już raz się poddał i zsikał pod siebie, ale kolejny wydaje się tak samo, jak nie bardziej ohydny. Co, jeśli tym razem będzie zmuszony to powtórzyć? Już się krzywi, zbiera się na wymioty, a potrzeba fizjologiczna jest coraz wyraźniejsza. Zaciska pięści i myśli o sobie w samych ciemnych barwach.

– Czemu ten ktoś mnie po prostu nie pobije albo nie doniesie policji, tylko zmusza do takich okropieństw? – zadaje sobie pod nosem pytanie. – Przecież to najgorsze, co można komuś podszykować! Niby nic mu nie robić, ale…

Zaciska zwieracz, jak może, fale gorąca coraz bardziej go ogarniają, a drgawki przeszywają na wskroś, aż w pewnym momencie daje za wygraną i puszcza. Po raz drugi ciepły mocz zalewa okolice krocza, ud, a nawet podbrzusza. Zaczyna płakać. Najpierw chlipie cichutko, ale po krótkiej chwili zaczyna zanosić się niebotycznym płaczem. Wyjąc wniebogłosy, rozpacza, a podświadomie ma nadzieję, że szloch dotrze do uszu ciemiężyciela i skruszy jego serce. Nic podobnego jednak się nie dzieje. Tylko echo roznoszące się po olbrzymim pomieszczeniu dotrzymuje mu towarzystwa. Kilka minut później, kiedy jako tako się uspokaja, coś jeszcze dociera. To smród rozkładającego się moczu. Swoisty odór, będący połączeniem amoniaku i Bóg wie czego jeszcze. Fetor zaczyna docierać do nozdrzy, gdyż jak do tej pory zamaskowany był przez okrycie, a teraz wszystko przemiękło, dając temu ujścia. Po raz kolejny, przekręcając znacząco głowę w bok, krzywi się. Nadal wyje, ile ma sił w płucach. Nikt jednak tego nie słyszy albo nie zwraca na to uwagi. Pozostaje sam ze wszystkim, co własne – z płaczem, okropnymi uczuciami, ale i ze smrodem. Wkrótce niezwykle zmęczony odpływa i zasypia.

O nieokreślonej porze budzi go dźwięk odsuwanego włazu. Nie ma siły ani na wołanie o litość, ani na cokolwiek innego. Po prostu czeka na to, co zostanie narzucone. Kolejny raz widzi zjeżdżający koszyk, kilka chwil później dobiega zapach pieczonego kurczaka, ale nie za bardzo ma ochotę jeść. Jednak zabiera mechanicznie, koszyk wjeżdża z powrotem, a po chwili znów zapada całkowita ciemność. Wypija kilkanaście dużych łyków napoju. Jest już pogodzony z własnym losem, nawet nie za bardzo krzywiąc się na kolejne fale smrodu. Sprawiając, że zaczyna patrzeć na siebie nieco z boku, to także w jakiś sposób mu spowszedniało.

W jednym ze sklepów, do których dostarcza garnitury, pracuje przepiękna dziewczyna i wielokrotnie myślał o niej w sposób seksualny, jednak widząc, że ma ona na palcu obrączkę, ograniczał się zwykle do niezobowiązujących komplementów. Jest niska, bo ma poniżej metra sześćdziesięciu wzrostu, ale niezwykle zgrabna, twarz ma śliczną i bardzo długie, chude palce. Zawsze przypominała mu małą, bardzo wątłą i nieco nieśmiałą dziewczynkę, a na te cechy był niezwykle wyczulony. Któregoś razu, mówiąc jej, że patrząc na nią, myśli tylko o jednym, dał upust swojemu zachwytowi. Najpierw wzdrygnęła się, odruchowo zrobiła krok w tył, spojrzała mu nerwowo w oczy, ale zobaczywszy uśmiech, sama zaczęła się śmiać. Od tamtego czasu, gdy tylko Mariusz się pojawia, wita go niezwykle wylewnie, zawsze proponując coś do picia i jednokrotnie nawet wspomniała o jego uroku osobistym. Powstało między nimi coś w rodzaju ukrywanego flirtu, który obojgu sprawia wiele radości i podniety. Gdyby pociągnęła jakoś ten temat, może zdecydowałby się na skrócenie dystansu i zaproponowanie choćby podwózki, lecz widać, że dziewczyna nie zamierza zdradzać męża, a jego traktuje jak swoistego adoratora oraz obiekt niegroźnych i niezobowiązujących zalotów. Teraz, leżąc w tym zaszczanym barłogu, widzi jej twarz i jest to jedyna miła rzecz, o której pomyślał od momentu uwięzienia. Pozwala mu zapomnieć.

Za pewien czas właz znowu się otwiera, patrzy w tamtą stronę beznamiętnie i tylko czeka, co będzie dalej. Koszyk się nie pojawia, ale znów słychać głos z syntezatora mowy:

– Zdradziłeś Martę w październiku poprzedniego roku.

I milknie. Otwór się zamyka, a on ponownie zostaje sam na sam z ciemnością i tymi prawdziwymi słowami. Po raz kolejny prześladowca wie, co mówi, gdyż dokładnie wtedy poszedł do łóżka z dziewczyną swojego kolegi. Miała na imię Ola i od samego początku dawała znaki zainteresowania. Przez dłuższy czas nie odważył się na to posunięcie, jednak potem poddał się chuci. Nie żałował, gdyż oboje traktowali to jako przygodę i mieli z tego powodu niezwykle dużo radości i doznań cielesnych. Romans skończył się bardzo szybko, bo ona uwodząc kolegę swojego faceta, dopięła swego i po wszystkim Mariusz przestał być jej już potrzebny. Zresztą on nie rozpaczał, ponieważ też osiągnął swój cel – przespał się z nią. Jednak teraz, zmuszając do przyznania, że jest podły, słowa ciemiężyciela działają jak chłosta. Tak, z całą stanowczością mówi do siebie, że jest podły. Nigdy w ten sposób tego nie postrzegał, a aktualnie dociera to do niego z pełną mocą. Nawet nie przypuszczał, że będzie żałował tego romansu, jednak w tym momencie ten wydaje mu się odrażający. Zaczyna rozumieć, co robi z nim ta niewola. Słowa o spowiedzi wydają się trafione w dziesiątkę. Leży w bezruchu, obok pachnie kurczak, dopadają go kolejne fale fetoru rozkładającego się moczu, a on oddaje się w objęcia Morfeusza.

Zanim zapadł w głęboki sen, właz znów się otwiera i po raz kolejny dobiega ten mechaniczny głos:

– To nie był jedyny raz. A co z tą piętnastolatką sprzed lat?

Te słowa wybudzają go natychmiast. Jak rażony piorunem napina wszystkie mięśnie i dopadają go wspomnienia. Gdy był dziewiętnastolatkiem, poznał na wakacjach o kilka lat młodszą dziewczynę, której imienia nawet już nie pamięta. Spał pod namiotem, a ona mieszkała z rodzicami w pobliskim pensjonacie. Spodobali się sobie, wkrótce doszło do flirtu, a potem zaciągnął ją do swojego namiotu i się z nią przespał. Dobrze wiedział, ile ma lat i zdawał sobie sprawę, że seks z nieletnią to przestępstwo, jednak wtedy to go nie obchodziło. Była dziewicą, to najbardziej pociągało. Liczyła się tylko rozkosz. Potem dziewczyna zaczęła się angażować, a on zobaczywszy, z czym ma do czynienia, uciekł. Po prostu zwinął namiot, powiedział znajomym, że musi wracać i się zmył. Nawet się potem nie dowiedział, czy nie zaszła w ciążę.

Tkwi teraz w niewoli i jest zmuszany do spojrzenia w przeszłość pod wpływem tych warunków. Zaczyna żałować tego, co zrobił i wiele by oddał, aby to cofnąć. Także do faktów uwięzienia i szczania pod siebie dochodzi jeszcze mordęga wspomnień. Ma ochotę uciekać, a nie mogąc tego dokonać, szarpie się psychicznie i rzuca we wszystkie emocjonalne strony. Udręka staje się nie do wytrzymania. Nawet jeśli się uwolni, nic już nie będzie takie, jak kiedyś… „Skąd ten ktoś tak dużo wie na mój temat? Przecież o tym wiedziały może ze dwie osoby i byli to koledzy z młodości, a z nimi od lat nie utrzymuję żadnych stosunków. Czyżby to któryś z nich? Tyle że oni nie mogli wiedzieć o przekrętach finansowych. Więc kto?”

Kilka godzin później zasypia i śpi bardzo głęboko. Śnią mu się obrazy z dzieciństwa, gdy jest szczęśliwy i beztroski, ale na koniec widzi zbliżających się ludzi w białych kitlach, trzymających gotowy do użycia kaftan. Na tym sen się kończy, ale on się nie budzi. Śpi jeszcze długo. Po przebudzeniu ponownie pojawia się wspomnienie dziewczyny ze sklepu. Jest tak silne, że nie jest w stanie przez długi czas myśleć o czymkolwiek innym. Zmuszając do mimowolnego powtarzania jej imienia, opętuje go. A wymawiając to słowo jak mantrę, wpada w nieokreślony stan umysłu, powodujący całkowite oderwanie od obecnej chwili. Po raz drugi w czasie niewoli pogrąża się w tamte wizje, ale tym razem zaczyna czuć się winny, że w ogóle z nią flirtował. Cała optyka ulega zmianie, wraz z zarzutami wypowiedzianymi przez mechaniczny głos z góry. To z kolei powoduje natręctwo myślenia i powstaje samonapędzająca się pętla irracjonalnej analizy. Po pewnym czasie łączy jedno z drugim i odkrywa rzecz zdumiewającą. Otóż najpierw myślał o niej, a wkrótce potem głos przypomniał o zdradzie, a także o nieletniej.

– Jaki to może mieć związek? – mówi do siebie po cichu. – Zupełnie jakby ciemiężyciel słyszał moje myśli, no, chyba że mówiłem o niej na głos, nie zdając sobie z tego sprawy… Biorąc pod uwagę, że kilkakrotnie się na tym złapałem, w sumie to możliwe. Na pewno ma tutaj podsłuch i bezustannie ślęczy przy jakiejś aparaturze, nasłuchując, co się ze mną dzieje. W końcu to dość oczywiste, że ktoś, kto zadał sobie tyle trudu, aby mnie uwięzić, zainstalował odpowiedni podsłuch. A może także nagrywa kamerą w podczerwieni? Bo w niej widać, co się dzieje w zupełnej ciemności… A jeśli nie podsłuchuje, to skąd mógł wiedzieć, że wcześniej myślałem o flircie z kobietą? Bo to, że istnieje związek między moim myśleniem, a jego słowami, to pewne… A wracając do jego słów o przekrętach finansowych, to może o tamtym też się jakoś przypadkiem wygadałem, zupełnie tego nie pamiętając?… Tak czy inaczej, muszę zacząć zwracać uwagę na to, co mówię, bo znajdzie jeszcze niejednego haka…

Gdy tylko wypowiedział te słowa, sięga po odłożonego kurczaka, mimo coraz większego smrodu wydobywającego się z okrycia. Zajada się nim w najlepsze, potem kończy, zostają jedynie kości, zawija je w papier, w który był wcześniej spakowany kurczak i rzuca prosto w dół. Tym razem na głos liczy sekundy, zanim słyszy uderzenie. Doliczył do trzech i wtedy resztki osiągnęły dno. Uznaje, że to musi być ze trzydzieści metrów. Nerwowo zaciska mięśnie, bo leży tylko na hamaku, który może pęknąć. Ale nic nie może zrobić – tylko leżeć. Jest skazany na fachowość węzłów sporządzonych przez ciemiężyciela i solidność wykonania hamaka.

Pierwszy raz w życiu jest w takiej sytuacji jak teraz: bez światła, bez dnia i nocy, bez możliwości ruchu i we własnym, i to dosłownie, sosie. Każda z tych składowych wpływa źle, a wszystkie razem to istna kumulacja okropieństwa. Bez światła czuje się, jakby czas nie istniał, a może nawet jakby nie żył. Miał w życiu kilka bezsennych nocy, wtedy cały czas starając się zasnąć, leżał w niemal całkowitej ciemności i wówczas czuł się pod tym względem nieco podobnie. Normalnie mógłby wstać, zapalić światło czy włączyć telewizor, jednak w tamtym czasie ze wszelką cenę chciał jak najszybciej zasnąć, więc starał się zrobić wszystko, aby się nie rozbudzać. Już wtedy miał dość, a to, co się teraz dzieje, to tego esencja. Brak dnia i nocy powoduje zakłócony rytm dobowy, skrócone drzemki i ciągłe balansowanie między świadomością a snem. Taki stan pojawił mu się tylko raz, gdy żył w silnym stresie; kładł się do łóżka, zasypiał, po chwili budził, potem znów krótka drzemka i powrót na jawę. Powodowało to uczucie ciągłego napięcia psychicznego oraz fizycznego, jednak to, co się z nim teraz dzieje, jest wzmocnieniem tamtych odczuć do kresu wytrzymałości. Obecnie ma wrażenie, jakby cały czas się męczył z maksymalną intensywnością. Będąc unieruchomionym, ma poczucie pozbawienia swojego ciała, a przynajmniej nóg. Nieco podobnie się czuł, kiedy ciężko chorował, leżał przykuty do szpitalnego łóżka i przez kilka dni z niego nie schodził, ale wtedy przynajmniej mógł się przekręcić na bok albo brzuch. Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze „gnicie” we własnym sosie. Jest jeszcze potężniejszy wróg – to właśnie to, co czuje pod wpływem niewoli i tych okropnych warunków. Uczucie bezwzględne, okrutne i apodyktyczne w swej mocy. To pod wpływem tej niszczycielskiej mocy staje się sługą, niewolnikiem czy wręcz kimś pozbawionym siły w ogóle. Mentalnie wszystko lgnie, przywiera i obezwładnia go. Jest jak kilkuletnie dziecko, któremu wszystko można wmówić, a on bez oporów przyznaje się nawet do tego, w czym nie zawinił. Słowa wypowiadane przez mechaniczny głos, wdrukowują całą gamę faktów i emocji, od których nie będzie w stanie się uwolnić.

Wkrótce kończy się napój i będzie musiał o niego poprosić. W przeszłości był hardy i dumny, i nie zdobyłby się na takie błaganie, a teraz jest mu wszystko jedno. Byleby mieć coś do picia. Nawet fakt sikania pod siebie już nie przeraża, a przecież pijąc, będzie musiał robić to częściej. Jest już pozbawiony godności i witalności. Istny leżący trup.

Następnym razem, gdy właz się otwiera, słyszy słowa o tym, jak mając kilkanaście lat, ukradł rodzicom kilkaset złotych. Oczywiście takie zdarzenie miało miejsce. W nocy zakradł się do torebki mamy i podprowadził tę sumę. Potem schował kasę w swojej tajemnej skrytce w łazience i położył się spać. Matka dopiero dwa dni później zorientowała się, że ich brakuje i nawet go nie podejrzewając, zwaliła to na kogoś z pracy. Przeznaczył je na drogi alkohol, garść marihuany i odrobinę kokainy. Z tym wszystkim zjawił się na osiemnastych urodzinach swojego najlepszego kolegi i wywołał u niektórych istną furorę. Następnie zapomniał o wszystkim. Jednak tym razem, żyjąc w tych nieludzkich warunkach i tym ciągłym, obezwładniającym uczuciu, nie może zapomnieć. Przyznaje się do bycia złodziejem, katuje się tą myślą, a robi to z taką intensywnością, że odczuwa z tego powodu fizyczny ból. Takie ściskanie gdzieś w okolicach mostka. Zaczyna patologicznie odczuwać to, co zrobił, wymierzając samemu sobie emocjonalną sprawiedliwość. Potem gdy już opada z sił, nie mając energii nawet na katowanie się, dopada go kolejna fala senności. Jest niespodziewana i nagła. Zasypia w okamgnieniu. Śni mu się, że jest gdzieś razem z Martą, idą przez nieznane miasto, podchodzą do jego samochodu, ona sięga do bagażnika i wyciąga kaftan. On wie, co będzie dalej. Sam go zakłada, pozwala zapiąć i poddając się, aby zawiozła go do szpitala, wsiada na fotel pasażera. Zwykle albo budził się w takim momencie, albo sen się urywał, lecz tym razem trwa nadal. Wkrótce trafia do zamkniętego pokoju i nawet w jakiś sposób tego chce. Kolejny raz wymierza sobie sprawiedliwość. Siedzi w izbie bez klamek z rękoma związanymi z tyłu, zastyga w bezruchu i spuszcza głowę. Więcej snu prawie nie pamięta, lecz nie budzi się. Potem widzi tylko jeden obraz – siedzi w tym kaftanie w jakimś publicznym miejscu, a wszyscy wytykają go palcami. Budzi się.

ROZDZIAŁ IX

I znów jest w tym koszmarze. Zupełna ciemność, brak możliwości ruchu, fetor moczu i te gryzące uczucia. W takich warunkach woli spać i śnić – nawet o szaleństwie, bo tamto jest wyzwoleniem i ulgą. Mija dużo czasu i nic się nie dzieje. Kolejny posiłek, kolejne sikanie, kolejny sen i kolejna ciemność. Po dwóch fazach snu pojawia się nieodparta chęć wypróżnienia się. Na początku zaciskając zwieracz, jak tylko może, walczy z tą fizjologiczną potrzebą, ale po jakimś czasie daje za wygraną i wali w majty. Czuje, jak kał wypełnia krocze, dalej rozsuwa się między nogi i pod pośladki, a chwilę potem dobiega jeszcze większy smród – tym razem gówna. Tuż po tym, mając ochotę uciekać od siebie samego jak najdalej, zaczyna rzęsiście szlochać, wyje wniebogłosy. Przypomina sobie niedawną codzienność, gdy kilka razy dziennie brał prysznic i gdyby miał okazję, to teraz chyba skończyłby ze sobą. Zaczyna zapadać się w sobie, płacz samoistnie mija i opanowuje go coś dziwnego. Wszystko widzi w czarnych barwach, już nie marzy, aby się uwolnić i nawet gdy wyjdzie, to sobie nie poradzi. Jest nic niewarty i nie ma ochoty na nic. Od tej chwili wszystko dzieje się w błyskawicznym tempie, on jest nieobecny i oderwany od samego siebie. Czas mija bardzo szybko, a w pamięci nie pozostaje prawie nic. Wkrótce zapada w sen, śpi bardzo długo, nie pamięta, co mu się śniło, potem się budzi i znów tkwi w fetorze, ciemności i bez szans.

Po jakimś czasie otwiera się właz i zjeżdża koszyk z jedzeniem. Nie czując nawet, czy jest to smaczne, zjada kilka kanapek, popija nijakim płynem i ponownie pozostaje czekać. Wtedy przestaje liczyć na szybkie uwolnienie. Tak, to był moment, gdy zrezygnował nawet z myślenia. W głowie tylko pustka i otchłań. Nic więcej. Potem pojawiają się obrazy z przeszłości, jednak nie cierpi, ale zapada się w sobie pod tym wpływem. Wszystko jest zatrute przez te uczucia. Nawet kolejne mechaniczne słowa z góry mówiące o tym, jak pobił znajomego, gdyż ten go obraził, nie robią już na nim żadnego wrażenia. Przypomina sobie całe zajście, ale jest mu to obce. Pozostanie w pamięci, lecz omija.

Po kilku kolejnych fazach snu, a jest to zupełnie nieokreślony czas, dostaje posiłek i butelkę coli. Zjada, w międzyczasie wypróżniając się pod siebie, potem popija i jedyne co wyczuwa, to dziwny smak pożywienia. Przez pewien czas leży, wszystko wokół jest czarne i odległe, już w ogóle nie próbuje się ruszać, nawet nie wie, czy oczy ma otwarte, czy zamknięte i nie istnieje nic poza hamakiem. Z każdą chwilą czuje się coraz bardziej senny. Chcąc się podrapać, unosi rękę, ale i z tego rezygnuje. Kładzie ją z powrotem na swoje łoże, ziewa jeszcze, nabierając głęboko powietrza i wkrótce zasypia.

ROZDZIAŁ X

Obudził się u siebie w domu, leżąc na kanapie i jedyne, na co zwrócił uwagę, to gigantyczny ból głowy. Znów tak samo, jak po przebudzeniu się w hamaku. Otworzył oczy, przez chwilę nie wiedział, co się dzieje, rozejrzał się, czy na pewno jest u siebie. Smętnie pokiwał do siebie głową i bardzo wolnym krokiem, wręcz powłócząc nagami, poszedł do kuchni, sięgnął do szafki, wyjął opakowanie proszków przeciwbólowych, wziął butelkę fanty i ruszył z powrotem. Idąc, spojrzał na siebie w lustrze i dostrzegł, że jest ubrany cały na biało. Nigdy nie posiadał takich ciuchów, ale nie zrobiło to na nim żadnego wrażenia – ot, tylko zarejestrował ten fakt. Łyknął dwa proszki, popił, napój postawił obok kanapy i się położył. Było obojętne, jaki jest dzień, która godzina i wszystko inne. W głowie miał tylko bezkresną pustkę. Jeszcze, sprawdzając, czy jest czyste (i takie było), sięgnął mechanicznie do krocza, przekręcił się twarzą do ściany i nie mogąc zmrużyć oka, leżał długie godziny. Za jakiś czas zrobiło się ciemno, on dalej leżał, potem się rozwidniło, a on nadal w tej samej pozycji. Poczuł nacisk na pęcherz, przez chwilę się wahał, czy w ogóle wstawać, lecz poszedł się odlać. Wrócił, popił i znów zaległ w tej samej pozycji. Nadszedł zmrok i dopiero zasnął. W tym czasie nic mu się nie śniło.

Obudził się, gdy już było jasno. Usiadłszy na kanapie, przeciągnął się i poszedł znów do toalety. Gdy się wysikał, poczuł nieodpartą potrzebę wzięcia prysznica. Ściągnął całkowicie białe ubranie, odkręcił kurki, wszedł i oderwany od samego siebie stał tak godzinę niemal w bezruchu. Potem, bez użycia mydła, wyszedł, wytarł się, nago przespacerował do pokoju, gdzie była szafa, założył stare dżinsy, taki sam tiszert, skarpety i poszedł do kuchni. Przez chwilę stał przed blatem, ale spojrzał na słoik z kawą i przygotował sobie jej kubek. Z nim wrócił do salonu, zastanawiając się, czy nie włączyć telewizora, rzucił okiem, ale zaniechał. Wypił kawę, odstawił kubek na ławę i rozejrzał się w poszukiwaniu komórki. Nie było jej w pobliżu. Po kilku minutach przetarł dłońmi twarz, wstał i zaczął szukać. Znalazł ją w sypialni obok łóżka. Była rozładowana, więc odszukał ładowarkę, podłączył i uruchomił. Po chwili zobaczył dziesiątki nieodebranych połączeń, tyle samo wiadomości i najpierw chciał je przeczytać, ale zrezygnował. Odłożył telefon i położył się tym razem na łóżku. Wkrótce zasnął.

Obudził go dzwoniący telefon. Nie miał pojęcia, która godzina, ale się ściemniało. Wstał, spojrzał na wyświetlacz i zobaczył, że to matka.

– Halo – odezwał się.

– Jezu kochany, jesteś! – mówiła matka, a głos jej wyraźnie falował pod wpływem emocji. – Wszystko z tobą, synku, w porządku?

– Tak, mamo, już tak.

– Co się z tobą działo?

– Daj mi dzisiaj spokój – odrzekł z wyraźną rezygnacją. – Zadzwonię jutro albo pojutrze.

– Tak się martwiłam… – W tym momencie dało się słyszeć, że z trudem opanowuje płacz. – Gdzie byłeś?

– Nie wiem, mamo, nie mam pojęcia.

– Jak to nie wiesz? – Rozpłakała się w słuchawkę.

– Nie męcz mnie, jestem zmęczony. Potwornie zmęczony.

– To odpoczywaj, synku, a zadzwoń, jak będziesz w stanie.

– Dobrze, zadzwonię – jego głos był cały czas pusty. – A teraz już rozłączmy się.

– Marta cię widziała, jak szedłeś za rękę z jakąś inną kobietą.

– Nie, mamo, to niemożliwe. – Nie zmieniał tonu. – Ale skończmy na dzisiaj.

– Dobrze, synku. – Pochlipywała w słuchawkę. – Koniecznie zadzwoń albo przyjedź.

– Do widzenia.

– Do widzenia, Mariuszku.

I rozłączył się. Przez dłuższą chwilę, trzymając telefon, stał i spojrzał na godzinę. Była dwudziesta pierwsza. Zerknął jeszcze raz na listę nieodebranych połączeń, potem na sms’y, znów przez chwilę się wahał, czy nie przejrzeć, ale zaniechał. Już chciał odłożyć aparat, gdy zwrócił uwagę na datę. To, co dojrzał, zupełnie go nie ruszyło, a właśnie szybko obliczył, że nie było go sześć dni. Z jednej strony bardzo długo, biorąc pod uwagę to, że nigdy nie miał takiej dziury w życiorysie, a z drugiej króciutko, zważając na ciągnącą się w nieskończoność niedawną mękę. Odłożył telefon na szafkę, poszedł do kuchni, wyjął pełną butelkę whisky, wziął szklankę i zabrał ze sobą do salonu. Butelkę postawił na ławie, a sam, nalewając sobie w międzyczasie pełno trunku, usiadł na kanapie. Sięgnął po pilota i włączył telewizor. Pierwsze, co się uruchomiło, to była Jedynka. Leciał program publicystyczny, a tych zwykle unikał, ale tym razem było wszystko jedno. Patrzył tępo, popijając. Zarówno obrazy, jak i dźwięki omijały go, a on pogrążony był głęboko w sobie.

Długo nie myślał o niczym. Przynajmniej świadomie. Ale po upływie godziny zaczął się zastanawiać, jak to możliwe, że ktoś go najpierw porywa, zamyka w jakichś podziemiach na wiszącym kilkadziesiąt metrów nad podłożem hamaku, przetrzymuje sześć dni, a potem niepostrzeżenie odstawia do domu. W dodatku musiał go po wszystkim umyć i przebrać w to pedalskie, białe ubranie, które teraz leży w łazience na podłodze. Jak by tego dokonał? Przecież trzeba by było najpierw znieść przez klatkę schodową, umieścić na przykład w jakimś samochodzie, zawieść gdzieś, gdzie jest to pieprzone podziemie, potem spuścić albo podciągnąć na odpowiednią wysokość i na koniec powtórzyć całą operację w odwrotnej kolejności. To mu się wydało jakieś nierealne. Jakby cały ten koszmar był tylko snem. Na dokładkę posiadał wiedzę o tylu jego występkach, a nawet przestępstwach z przeszłości. Skąd by o tym wiedział? Owszem, sam mógł to wszystko powiedzieć w jakiejś malignie, ale łącząc to z całą resztą, wydało mu się to niemożliwe. Chyba że ciemiężycieli było kilku. To by sporo wyjaśniało. Lecz po co mieliby to wszystko robić, a potem puścić wolno? Przecież takie rzeczy robi się dla okupu lub czegoś podobnego. Poza tym te warunki, w których był przetrzymywany… To nie trzyma się kupy…

Nalał sobie kolejną szklaneczkę i nadal beznamiętnie wpatrywał się w telewizor. Odruchowo otworzył notebooka i równie automatycznie sprawdził pocztę. Spłynęło kilkanaście maili, większość z nich była niemalże bez znaczenia, ale zwrócił uwagę na cztery od Marty. Przez chwilę chciał je przeczytać, ale wykasował, zamknął komputer i oparł się wygodnie. Cała sześciodniowa przeszłość istniała w pamięci, ale jakimś cudem, a może nie cudem, lecz swoistym sposobem ucieczki, była niemal obca. Jakby przydarzyła się komuś innemu. Przypominał sobie wszystko, ale prawie bez żadnych emocji. Nawet zwykły film ogląda się, je odczuwając, a co dopiero to… Nie czuł zupełnie nic, poza momentami, gdy wracał do zdarzeń ze swojej dawnej przeszłości, przypomnianych przez mechaniczny głos. Wtedy miał ochotę wstać z miejsca i pochodzić po mieszkaniu. Mimo wszystko wygrywała apatia i zostawał w pozycji siedzącej, oparty i ze szklanką w ręku. Tego wieczoru wypił ponad pół litra trunku, po czym przykrywając się jedynie małym kocykiem, leżącym zwykle na boku, zaległ na kanapie. Usnął około północy. Nie śniło mu się nic.

Po jakimś czasie zauważył, że sny o wariactwie minęły. Co więcej, stał się spokojniejszy, bardziej otwarty na ludzi. Praca zeszła na dalszy plan, zaczął częściej odwiedzać rodziców i znajomych, i wkrótce związał się z nową kobietą. Przyznał również, że tę historię opowiedział tylko mi, gdyż za bardzo bał się wyznać tego, co wiązało się z przewinieniami i przestępstwami. I po tym, jak to opowiedział, doznał ulgi. Wielkiej ulgi. Chyba miał rację autostopowicz, że prawda go wyzwoli… Przynajmniej tak się stało w tym wypadku.