W świat snów

W świat snów

Przedstawiam swój stary tekst. Nie wiem, co o nim sądzić.

Ciekawa historia się z nim wiąże. Kiedyś, bardzo dawno temu napisałem podobny tekst i później myślałem, że mi przepadł na zawsze. Więc napisałem ten. Kilkanaście miesięcy później znalazłem ten sprzed lat i okazało się, że imiona bohaterów są identyczne. Tematyka również bardzo podobna. A zupełnie nie pamiętałem świadomie, o czym był ten stary.

Wróbel, Sperling, Ptak, Upierzenie, Wtapianie, Zwierząt

– Dzień dobry, panie doktorze.

– Witam pana.

– Da pan chwilę? – zapytał doktora, podchodząc niepewnie do jego biurka. – Zaraz powiem, co mi jest.

– Oczywiście, nie ma pośpiechu.

– Gdzie mam usiąść? – kontynuował Marcin i rozejrzał się po całym gabinecie. – Tutaj, na tym krześle?.

– Tak. – Zwracając uwagę na każdy ruch, lekarz uważnie obserwował pacjenta. Był łysiejącym facetem, w wieku około pięćdziesiątki, ubrany był w szary garnitur, białą koszulę i krawat w pięciolinie.

Tymczasem Marcin spoczął i dopiero wtedy wzrok lekarza padł na niego.

– Więc mam problemy z koncentracją i wrażenie, że wszystko jest moją winą – wypowiedział Marcin jednym tchem, wziął głęboki oddech i dodał – to tak w skrócie.

– Wszystko, co pan robi, jest pana winą, czy nie tylko to?

– To znaczy? – To pytanie wydało się Marcinowi trochę niejasne, toteż przyjrzał mu się uważnie i czekał na odpowiedź.

– Chodzi o to – wyjaśniał psychiatra – że jeżeli przydarza się coś, w czym pan nie brał udziału, to też uważa pan, że zawinił?

– Tak.

– To proszę to nieco rozwinąć. – Lekarz cały czas przypatrywał się pacjentowi.

– Więc już jako nastolatek potrafiłem się przyznać do rzeczy, których nie zrobiłem – mówiąc to, cofnął się pamięcią wstecz i próbował sobie przypomnieć, co się niegdyś wydarzyło.

– Ale zdawał sobie pan sprawę, że to nie pana wina, a mimo to, robił?

– No właśnie nie do końca – Marcin pokręcił lekko głową, przekrzywił nieco usta, spoglądając pod nogi. – Miałem taką sytuację w szkole podstawowej, że któryś z kolegów coś przeskrobał, nauczycielka kazała się komuś przyznać, więc ja bez wahania to zrobiłem. Dopiero wtedy winny wstał i powiedział, że to on. – Zrobił krótką przerwę i dodał – ja cały czas myślałem, że to ja. Potem inni potwierdzili, iż nie miałem z tym nic wspólnego.

– Jak pan na to zareagował? Zdziwiło to pana? – Próbując zgłębić problem Marcina, lekarz zmarszczył brwi.

– Owszem. – Pacjent pokiwał głową i z przejęciem to rozwinął. – Na początku byłem pewien, że wszyscy próbują mnie bronić i że to ja narozrabiałem.

– A kiedy się pan zorientował, że mówią prawdę?

– Jakiś czas później, gdy winowajca zaczął ze mną rozmawiać i opowiedział w szczegółach całe zajście. – W tym momencie Marcin zapadł się w sobie, przywołując sytuację sprzed lat. – Inni też mówili identycznie.

– A jak pan się czuł, gdy zrozumiał, że się niesłusznie przyznawał?

– To dziwne… – Marcin zawiesił głos, rozejrzał się po gabinecie, spuścił wzrok i oznajmił – pomyślałem, że sobie na to zasłużyłem.

– A teraz jak pan myśli?

– Teraz mam dwadzieścia dwa lata – niejako domagając się pomocy, pacjent spojrzał rozmówcy głęboko w oczy – zdążyłem siebie jako tako poznać i wiem, że ze mną zawsze było coś nie tak.

– Ale czy sądzi pan, że zasłużył sobie na nieswoją karę?

– Nie – Marcin zaprzeczył, po czym sprostował – raczej nie.

– Raczej czy na pewno? – psychiatra dopytał.

– Wie pan, panie doktorze… – Mimo że starał się być analityczny, to jednak coś go gryzło. – Logicznie rzecz biorąc, to wiem, że nie, ale czasem dopada mnie myśl, że to dobra sankcja za moje grzechy.

– Czyli zdaje pan sobie sprawę, że ma na koncie jakieś przewinienia?

– Tak, doskonale.

– Ale przecież nikt nie jest bez win. – Lekarz, rozłożywszy nieco bezradnie ręce, dał mu do zrozumienia, że wszyscy są ludźmi. – Lecz nikt nie powinien uważać, że koniecznie musi być za to ukarany. Szczególnie że mamy tu do czynienia z braniem na siebie czyichś kar.

– Nie wiem, co powiedzieć. Tak mam i już… – Marcin spuścił głowę i przez dłuższy czas jej nie podnosił.

– A jakieś inne przykłady obarczania się? – dopytał doktor.

– Spotykałem się z pewną dziewczyną i przez pewien czas było wszystko w porządku – rozpoczął pacjent po chwili zastanowienia. – Ale potem ona szybko nauczyła się, że po każdej sprzeczce biorę winę na siebie, więc zaczęła to wykorzystywać. Najpierw tylko powtarzała, że jestem dla niej jakimś skaraniem boskim, a później to już mnie znienawidziła i wkrótce odeszła.

– A nie potrafił pan rozstrzygnąć, czyje było przewinienie naprawdę?

– Sam nie wiem. – Marcin po raz kolejny pokręcił głową, jakby nie mógł się pogodzić z własnym sobą. – Za każdym razem miałem wrażenie, że będzie lepiej, jeśli okażę pokorę.

– Kobiety tego nie lubią – oznajmił psychiatra z odrobiną złości.

– Chyba tak… – Zamyślił się pacjent, znów spuścił wzrok i dodał – teraz to już wiem, ale mimo to nie żałuję, że brałem wszystko na swoje barki.

Nastąpiła dłuższa cisza, gdyż Marcin nie za bardzo wiedział, co dalej mówić, a lekarz jakby czekał na coś więcej. Siedzieli niemal naprzeciwko siebie, oddzieleni biurkiem.

– Nie wiem, czy to panu pomoże, ale przypiszę panu pewien lek – lekarz, mówiąc to, wziął głęboki oddech i zajrzał do książki ze spisem farmaceutyków.

– A jak on działa? – dopytał pacjent.

– Generalnie – wyjaśniał doktor, przeglądając spis – pozwala nieco wyrzucić na zewnątrz emocje. Za długo musiałbym tłumaczyć…

– A nie zaszkodzi mi?

– Nie powinien – odpowiedział psychiatra nieco niepewnie i z pewną dawką sceptycyzmu.

– A jakie są skutki uboczne?

– Przede wszystkim może pan przybrać na wadze. – Lekarz wziął się już za wypisywanie recepty.

– Tym się akurat nie przejmuję – Marcin nieco się uśmiechnął – Gdyż, jak pan doktor widzi, do grubasów nie należę.

– To prawda. – Lekarz jeszcze raz zmierzył Marcina od stóp do głowy. – Nie zaszkodzi, jeśli pan przytyje kilka kilogramów.

– Zawsze byłem za chudy.

– Dobrze… – Doktor przybił pieczątkę, chwilę później się podpisał, jeszcze raz na nią rzucił okiem i dodał – oto recepta, a na wizytę kontrolną proszę przyjść za miesiąc.

Potem lekarz dopełnił formalności, Marcin podziękował i pożegnali się. Wyszedł z gabinetu i skierował się do najbliższej apteki, gdzie wydano mu lekarstwo, a później pojechał na studia. Miał duże wątpliwości co do słuszności swojej wizyty u lekarza i brania prochów psychotropowych, ale skoro zarówno rodzina, jak i niektórzy przyjaciele to doradzali, to poszedł. Z jednej strony nie chciał żadnych farmaceutyków, a z drugiej miał dość życia takiego jak dotąd. Wiedział, że to przez swoje obarczanie się, nie był w stanie stworzyć związku z byłą dziewczyną, a poza tym chciał coś zmienić.

ROZDZIAŁ II

Na początku nie zauważył żadnych zmian w swoim zachowaniu, poza dziwnym mrowieniem w okolicach mostka pierwszego dnia. Uznał, że tak powinno być i przyjmował lekarstwa raz dziennie, zgodnie z zaleceniami. Najważniejsze było dla niego, czy ten specyfik zmieni postrzeganie świata trwale, czy tylko tymczasowo, na czas zażywania. Wiedział, że nie chce brać ich przez całe życie, więc miał nadzieję, że wywrą długotrwały skutek. Poza tym zdawał sobie sprawę, że skoro raz był u tego specjalisty, to przy ewentualnych problemach będzie widniało, iż leczył się psychiatrycznie, a to nie jest okoliczność sprzyjająca. Mogło to przecież zaszkodzić choćby w znalezieniu pracy. Co prawda uświadamiał sobie, że to prawdopodobnie nigdy się nie wyda, jednakże przewidywał przeróżne możliwości, a niektóre z nich dość mocno nadinterpretowywał. Tak czy inaczej, ewentualnymi skutkami starał się nie zaprzątać sobie głowy. Niemal każdego dnia wieczorem, siedząc samotnie w domu, marzył o dziewczynie: jak to by było wspólnie leżeć, obejmując się, czy po prostu być blisko siebie.

Kilka lat wcześniej był podrywany przez koleżankę z roku. Była bardzo szczupła, twarz miała ładną, włosy blond do ramion i jego kolega miał na nią ochotę. Niby Marcin rozmawiał z nią, ale w gruncie rzeczy go nie interesowała. Nie dawała mu spokoju przez kilka miesięcy, w końcu umówił się z nią do knajpy, a tam powiedział jej: „jesteś bardzo ładna i miła, ale ja do ciebie nic nie czuję”. Innym razem, jeszcze rok wcześniej pewna dziewczyna zaprosiła go na koncert. Poszedł, tuż po nim oświadczył, że dziękuje za zaproszenie, ale nie jest zainteresowany żadną bliższą znajomością. Wielokrotnie był zaczepiany czy prowokowany przez kobiety, ale jeśli to nie on upatrzył ją sobie, to nie było mowy o związku. Natomiast miał sytuację dwa lata wcześniej, że wybrał sobie obiekt westchnień, lecz ta nie miała ochoty na związek z nim. Podobna sytuacja miała miejsce w liceum – on chciał, a tamta nie.

Po tygodniu zrozumiał, że po tych farmaceutykach lepiej zasypia, śpi spokojniej, a i rano budzi się z większą chęcią do życia. Jak dotychczas nie miał żadnej sytuacji, w której mógłby się za coś obwiniać, więc w tym względzie nie był pewien, czy leki działają. Zauważył jednak pewien znaczący pozytyw. Otóż lepiej mógł się skupić na nauce czy choćby czytaniu książek, więc uznał, że lekarz, przypisując właśnie ten lek, wiedział, co robi. Przestał się też zamęczać ciągłym rozmyślaniem na temat przeszłych porażek, co też przypisał działaniu prochów. Także do całych wątpliwości odnośnie zażywania go, dołączyło zadowolenie, więc przestał się zastanawiać, czy zrobił dobrze, idąc do psychiatry. Teraz był niemal pewien, że to była dobra decyzja. Jedynie po głowie krzątała mu się myśl, że za nic w świecie nie będzie go zażywał do końca życia.

Z biegiem czasu przywykł do swojego nowego stanu umysłowego i przestał zawracać sobie głowę całą resztą. Po niespełna miesiącu zdarzyło się coś, co potwierdziło skuteczność terapii. Otóż był na spotkaniu ze znajomymi i doszło do dość ostrej dyskusji na temat ewentualnego spisku w sprawie World Trade Center.

– Ten cały zamach na World Trade Center to spisek. Przecież budynek nie zawaliłby się w ten sposób – stwierdził jeden z uczestników.

– Też tak sądzę – odpowiedział inny. – To tylko po to, aby były powody wysłać wojsko na kolejną wojnę.

– Żadnego spisku nie było – odpowiedział ostro Marcin.

– To jak wytłumaczysz to zawalenie się wież? – spytał pierwszy.

– Normalnie. Uderzyły w nie samoloty, zapaliły się, konstrukcja się stopiła, a że to było wiele metrów poniżej szczytu, to ciężar tego, co wyżej to spowodował – sparował Marcin.

– To najwyżej zawaliłyby się te części powyżej, a reszta pozostałaby prawie nieruszona – odparł drugi.

– Ale przecież to były setki ton, a budynki nie są obliczone na tak wielkie obciążenia! – Poirytował się mocno Marcin.

– A ja myślę, że ta górna część najwyżej by spadła w bok! – Pierwszy podniósł głos.

– Chyba powariowaliście! – oznajmił zarówno ostro, jak i bezsilnie Marcin.

– Chyba ktoś chce rozwalić imprezę – wtrącił się gospodarz.

– Nie dam się przekonać i całą dyskusję uważam za zakończoną! – zakończył apodyktycznie Marcin, wstając z krzesła. Przed rozpoczęciem brania leków pewnie oznajmiłby, że to on niepotrzebnie nakręcał całą sytuację.

Na jakiś czas rozmowa przeszła na inny temat, ale później wyznał gospodarzowi:

– Niedobrze mi się robi, jak słyszę takie dyrdymały.

Po powrocie do domu nie mógł się nadziwić, że zachował się właśnie w taki sposób. Przecież to zupełnie nie w jego stylu…

W miesiąc po pierwszej wizycie udał się na kolejną. Opowiedział lekarzowi, że chyba faktycznie terapia poskutkowała, porozmawiali przez chwilę, dostał receptę na kolejne trzy miesiące, a w razie czego miał się zgłosić wcześniej. W ogóle nie wspomniał o incydencie sprzed kilkunastu dni, a lekarz też o nic dodatkowego nie zapytał. Wrócił do domu, był koniec października, w ten dzień nie miał wykładów, więc zamierzał całą resztę dnia spędzić na oglądaniu filmów i czytaniu książki.

Mieszkał w Warszawie przy ulicy Gwiaździstej, gdzie posiadał własne, dwupokojowe mieszkanie, otrzymane w spadku po babci. Większy pokój miał powierzchnię około czternastu metrów kwadratowych, a mniejszy ośmiu. Ten pierwszy traktował jako salon i po prawej stronie znajdował się niewielki regał, zajmujący większość ściany, po lewej stół z czterema krzesłami, przy ścianie przeciwległej do okna dwa fotele, a obok nich mały stolik. W mniejszym pokoju po lewo stała obszerna szafa, po prawo łóżko, pod oknem stolik z komputerem, nad nim wisiał telewizor i to pomieszczenie traktował jako sypialnię. Kuchnia przylegała do większego pomieszczenia i była naprzeciwko okna. Ponieważ mieszkał sam, to nie za bardzo dbał o porządek, toteż szczególny bałagan panował w sypialni. Często walały się tam brudne ubrania, stały niezmyte talerze, a i kurzu nie brakowało. Jak to kawalerskie mieszkanie. Sprzątał raz na jakiś czas i w tych sytuacjach przykładał się do tego z sercem, tym niemniej na co dzień to zaniedbywał. W sypialni co wieczór zapalał dwie świece i traktował to, jak swoisty rytuał. Lubił ich światło i delikatny zapach. Często potrafił przesiadywać przy nich całymi godzinami i zapominać o czymkolwiek innym.

Kilka dni później pojechał do znajomych na grilla. Mieli tam być jego przyjaciele i trochę nieznajomych osób, ale, jak się okazało, zjawili się niemal wyłącznie ci drudzy, lecz potrafiąc nawiązywać nowe znajomości, starał się zająć właśnie tym. Poznał pewnego chłopaka o imieniu Piotrek, który od samego początku sprawiał na nim dobre wrażenie. Rozmawiali, śmiali się, lecz w pewnym momencie przyszli znajomi nowego kolegi, toteż przyłączając się do nowo przybyłych, tamten zostawił go. Marcin próbował nawiązać kontakt z nimi wszystkimi, ale jedna dziewczyna zrobiła na nim szalenie złe wrażenie. Na tyle złe, że zepsuł mu się całkowicie humor. Wypijając piwo za piwem (a wypił w sumie pięć), siedział gdzieś z boku, aż w pewnym momencie nie wytrzymał, podszedł do nich i zaczął ją słownie prowokować.

– Laska, gadasz od rzeczy – stwierdził z uśmiechem.

Za jakiś czas:

– Ładny sweterek, a męskich nie było?

Potem:

– Chyba powinnaś iść do cieśli, aby wygładził ci te twoje fałdki!

W pewnym momencie dość wysoki i tęgi chłopak stwierdził:

– Chłopie, chyba masz dość. Przestań pić i wracaj do domu.

– Wy debile, kretyni, co wy możecie wiedzieć! Nic nie rozumiecie!

– Marcin, chodź na chwilę – oznajmił organizator i pociągnął za ciuchy do kuchni. Kiedy już tam przeszli dokończył – wynoś się, bo nie życzę sobie ciebie w takim stanie!

– Kurwa, pozabijam was! Imbecyle niedorobione! Ja wam dam! – Marcin zaczął się szarpać, ale organizator wypchnął go z mieszkania.

Wrócił do domu. Wkrótce usnął.

Następnego dnia, gdy tylko się obudził i przypomniał sobie całe zajście, dotarło do niego, że zaczyna być z nim coś nie tak, gdyż nigdy dotąd tak się nie zachowywał. „Jakby coś we mnie wstąpiło” – myślał. Nie za bardzo miał ochotę wstawać z łóżka, toteż leżał w nim i rozmyślał na temat swoich ekscesów. Na początku nie do końca wiedział, skąd mogły się one wziąć, ale po pewnym czasie skojarzył to z przyjmowaniem leków, więc zaczął szukać w internecie informacji. Szybko znalazł, że nie wolno ich łączyć z alkoholem. Od tego dnia postanowił nie pić, przynajmniej do momentu, gdy przestanie brać prochy. Zadzwonił także do organizatora ostatniego spotkania i serdecznie przeprosił za swoje zachowanie. Nie tłumaczył jednak, czemu do tego doszło, gdyż nie chciał ujawniać, że leczy się psychiatrycznie. Tamten przyjął przeprosiny i jedynie stwierdził, że naprawdę musiało być z nim coś nie tak, gdyż w takim stanie widział go po raz pierwszy, a niejedno piwo razem wypili.

Potem, starając się przykładać do tego, jak mógł najlepiej, chodził niemal co dzień na studia. O dziwo, odkąd zaczął brać leki, wyniki były ciut lepsze i wiązał to z ich przyjmowaniem. Wiedział już, że teraz jest w stanie lepiej się skoncentrować, a poza tym miał więcej energii, więc z większym zapałem brał się do nauki. Wcześniej w zasadzie tylko przed sesją siadał w domu do wkuwania, a aktualnie robił to dość regularnie, toteż samozadowolenie wzrosło. Zauważył także, iż stał się bardziej otwarty na ludzi. Do niedawna miał co prawda znajomych i przyjaciół, jednakże często zdarzały się sytuacje, gdy wolał zostać sam, a teraz coś go do nich ciągnęło. Chętniej i dłużej pozostawał w towarzystwie, miał więcej do powiedzenia i czuł mniej oporów przed zawieraniem nowych znajomości. Nawet siedząc samotnie w domu, czuł większy spokój wewnętrzny i był w stanie na przykład leżeć przez kilka godzin bez włączania telewizji czy robienia czegokolwiek innego. Coś się ewidentnie w nim zmieniło na pozytyw, choć nie do końca zdawał sobie sprawę co.

Pod koniec listopada poszedł na imieniny do Andrzeja, tego, u którego był jakiś czas wcześniej na grillu. Zjawił się około dwudziestej, gdy kilka osób już było, a wśród nich ci ludzie, którym poprzednim razem nawymyślał. Po przekroczeniu drzwi stanął w miejscu, zawahał się, czy w ogóle wejść, ale po chwili to zrobił. Najpierw przywitał się z organizatorem, złożył życzenia, a następnie podszedł bezpośrednio do nich. Także przywitał się i rzekł:

– Bardzo was przepraszam, że ostatnio tak się zachowałem, ale sam nie wiem, co mnie wtedy napadło – spuścił nieco głowę w akcie pokory i zaczął podawać im rękę.

Większość z nich odwzajemniła gest, ale dziewczyna, z którą miał na pieńku i jej chłopak odwrócili się od niego, dając do zrozumienia, że nie jest mile widziany. Zamienił z pozostałymi kilka słów i podszedł do kolejnych gości. Również się przywitał, ale gdy tylko to zrobił, to dotarło do niego, że nie zazna tu spokoju, więc wkrótce odszedł nieco na bok, usiadł i zamknął się w sobie. Siedział w ten sposób dobre pół godziny od czasu do czasu zagadywany przez Andrzeja, ale mniej więcej wtedy uznał, że lepiej będzie, gdy wróci do domu. Pożegnał się i wyszedł. W domu dotarło do niego, że przez swoją niewiedzę w kwestii łączenia leków z alkoholem zrobił z siebie kogoś, kim nigdy nie chciałby się stać. Wkrótce położył się do łóżka, zapalił świece, włączył telewizor, pogapił się przez pewien czas i niedługo później usnął. Także do wszystkich pozytywów związanych z braniem prochów dołączył negatywny aspekt. Co prawda postanowił więcej nie pić, ale zdawał sobie sprawę, że sam alkohol nie spowodowałby tego. „A jakie jeszcze nieprzyjemne skutki przyniesie łykanie tych psychotropów?” – myślał.

Na Święta Bożego Narodzenia pojechał do rodziców na Mokotów. Wcześniej kupił dwa prezenty dla będących tam dzieci i przybył około osiemnastej. Wigilia miała się zacząć lada moment. Zasiadł przy stole, podczas gdy matka zajmowała się jeszcze ostatnimi przygotowaniami. Kończyła podgrzewać dania i ustawiała wszystko na stole. Potem zaczęła się wieczerza, przy której wszystko przebiegało normalnie. Dopiero później, gdy dzieci zajęły się otwieraniem prezentów, doszło do dyskusji, w której na tapetę wzięto przyjmowanie imigrantów.

– Szkoda mi tych imigrantów – stwierdziła z żalem matka.

– A czemu? – spytał ostro Marcin.

– Bo mają wojnę u siebie, a i do Europy przyjeżdżają do nowego kraju, więc są na wygnaniu.

– To banda pasożytów! – Oburzył się.

– Marcin, ale oni naprawdę uciekają od wojny – ciągnęła.

– To niech inne arabskie kraje ich przyjmują.

– A co ci szkodzi, żeby byli tutaj? – spytała żałośnie.

– Będzie tak jak na przykład w Skandynawii. Są rejony, gdzie całkowicie przejęli władzę.

– No to co?

– No tak, nawet doszło do tego, że gdzieś zabronili wystawiać choinki na rynku! – krzyknął. – Chciałabyś mieć święta bez choinki?.

– Ale to przecież sporadyczne przypadki.

– Jak przyjeżdżają do obcej kultury, to niech ją szanują, a nie wprowadzają swoją dzicz!

– Mają do tego prawo, w końcu jest demokracja.

– Ale my nikomu nie narzucamy ani wiary, ani tego, czy ma świętować, czy nie! – kontynuował w tym samym tonie.

– Mimo wszystko ja jestem za tym, aby ich przyjmować – ściszyła głos.

– Absolutnie. Won do domu! – krzyknął.

– Marcin, uspokój się, bo nie jesteś sam.

– Są święta i nie czas na takie zatargi – stwierdził spokojnie ojciec.

– Nie chcę cię znać! – Marcin zwrócił się do matki, wstając z krzesła.

Usiadł z powrotem i szybko dotarło do niego, co się stało. Jednak było za późno, bo matka wyszła do kuchni i zaczęła po cichu płakać. Za jakiś czas także wstał, poszedł do niej, przeprosił, ona to przyjęła, ale reszta wigilii przebiegała dość sztucznie i oficjalnie. Co prawda nikt nic nie powiedział, jednak dało się wyczuć, że większość zgromadzonych ma do niego pretensje. Natychmiast zdał sobie sprawę, że niemal powtórzyła się sytuacja z grilla sprzed ponad dwóch miesięcy i uznał, iż przyczyną tego jest zażywanie leków, lecz nie chciał się tym dzielić ze zgromadzonymi, mimo iż większość z nich namawiała go na psychiatrę.

Wrócił do domu około północy, walnął się na łóżko, zapalił świece i zaczął płakać. Dotarło do niego, że każda ingerencja w psychikę może przynieść skutki zarówno pozytywne, jak i negatywne. Tak jak się mówi, że każdy kijek ma dwa końce, tak i psychotropy niosły ulgę, ale także agresję. Niby wiedział, że może poprosić o zmianę leków, ale postanowił, że z tym koniec. Więcej ich nie weźmie. I tak dobiegła krótka przygoda z tymi prochami. Odstawił je następnego dnia i więcej do nich nie wrócił. Swoją drogą zmiana prochów mogłaby okazać się zbawienna.

ROZDZIAŁ III

Pod koniec stycznia wracał z wykładów z kolegą ze studiów, który był bardzo wysoki i tak samo chudy; ubrany był grubą, czarną, puchową kurtkę i czarne dżinsy. Siedzieli w autobusie i gawędzili na przypadkowe tematy.

– Ostatnio zacząłem się interesować świadomym snem – rzekł ten drugi po chwili rozmowy.

– A co to jest ten świadomy sen? – Marcin spojrzał na rozmówcę, gdyż temat ten od razu przykuł jego uwagę.

– To sposób, w który sami decydujemy, o czym śnimy – wyjaśniał kolega, najwyraźniej pochłonięty sprawą. – Chodzi o to, że zwykle to nasza podświadomość nadaje nam tematy snów i nie panujemy nad tym. Tymczasem dzięki tej technice możemy się nauczyć to kontrolować.

– Ciekawe… – Marcin zawiesił głos, a jednocześnie bardzo się ożywił. – Powiedz coś o tym więcej.

– Niedawno przeczytałem na ten temat pewną publikację i nie jest to takie trudne. Wystarczy sporo samozaparcia, wytrwałości i systematyczności.

– A nie grozi to niczym negatywnym? – spytał Marcin, pamiętając swoją niedawną przygodę z psychotropami.

– Absolutnie nie! – Rozmówca pokręcił głową, lekko się uśmiechnął, jakby pytanie było absurdalne. – Teraz czytam w internecie wypowiedzi ludzi stosujących to i wszyscy są zachwyceni. Robią to naukowcy, artyści, a nawet pisarze. Wyobraź sobie, że chcesz się na przykład przespać z jakąś kobietą, w rzeczywistości nie jesteś w stanie, a śniąc świadomie, to żaden problem. Po prostu chcesz i masz. Albo jesteś muzykiem i borykasz się z jakimś problemem dotyczącym kompozycji, a wtedy rozwiązania przychodzą o wiele łatwiej.

– Ciekawe to, co mówisz – Marcin wykazywał zafrasowanie. – Jednak ja chyba bym się bał ewentualnych skutków ubocznych.

– Przeczytałem naprawdę dużo i nigdzie nie znalazłem informacji, że to może być niebezpieczne. Wszędzie tylko znajduję pochwały czy wręcz uwielbienie dla tej techniki – mówił ten drugi jak natchniony. – Wyobraź sobie, że wtedy możesz wszystko. Jesteś bogiem.

– A trudne to jest? – zapytał, mając w głowie zarówno pewne wątpliwości, jak i rosnące zaciekawienie.

– No – wyjaśniał kolega, przybrawszy dość poważny wyraz twarzy i dało się z niej wyczytać, że traktuje sprawę właśnie tak – ja pracuję nad tym trzeci miesiąc i jeszcze to mi się nie udało, ale to tylko kwestia czasu…

– A jak wyglądają przygotowania?

– Po pierwsze musisz codziennie zapisywać swoje sny. – Teraz inicjator tematu, niejako wyliczając kolejne punkty działania, zaczął stukać palcem wskazującym prawej ręki w lewą otwartą dłoń. – To początek. Nawet budząc się w środku nocy, masz przypomnieć sobie, co ci się śniło i notować to. Potem zapamiętujesz, co w twoich snach się powtarza i jeśli jest taka czynność albo sytuacja, to w ciągu dnia robisz coś specyficznego, gdy dzieje się to samo. Potem łapiesz nawyk i gdy to się powtarza we śnie, to automatycznie to czynisz i wiesz, że śnisz, a jak zdajesz sobie z tego sprawę, to jesteś w stanie to kontrolować. W ten sposób rozpoznajesz, co jest jawą, a co snem

– Brzmi dość prosto. A jak ktoś nie ma cyklicznych snów?

– Są także inne techniki, ale to musiałbyś przeczytać całą publikację – wyjaśniał podekscytowany rozmówca.

– To jakaś książka, czy w internecie? – dopytał Marcin.

– Ja to mam w postaci ebook’a, ale możesz też znaleźć strony internetowe poświęcone temu.

– A podrzucisz mi ją na jakimś pendrive’ie? – prosił, a jego głos na ten czas się nieco ściszył.

– Nie ma problemu. Jutro to masz.

Wrócił do domu i natychmiast zasiadł do internetu w poszukiwaniu tej techniki. Bez żadnego problemu znalazł wiele artykułów i blogów. Zaczął je po kolei czytać. Na razie traktował tę metodę dość sceptycznie, jednakże z biegiem czasu, gdy poznawał kolejne opinie, fascynowała go coraz bardziej. Świat internetu wyrażał się o tym w samych superlatywach, więc i on tracił jakiekolwiek obiekcje. „W końcu wszyscy nie mogą się mylić” – myślał. Strona po stronie chłonął opinie oraz inne informacje i z każdą z nich chciał tego spróbować. Szczególnie przydatne wydawało mu się to w aspekcie damsko-męskim, gdyż ze związaniem się z dziewczyną miał więcej problemów niż przeciętny chłopak. Toteż wyobrażał sobie, że zapada w sen i jest szczęśliwy. Tam spotyka się z wybranką, przytula i z nią kocha. Jak do tej pory był tylko dwukrotnie w związku, i taki senny, magiczny i niezwykle intymny świat byłby dla niego wybawieniem. Tak, zaczął to traktować od samego początku jak panaceum na swoją bolączkę, toteż wsiąkł w te tematy już pierwszego dnia.

Po trzech godzinach ubrał się, wyszedł po duży i gruby zeszyt, aby spisywać swoje sny. Od tego chciał zacząć, zgodnie z tym, co mówił kolega. Poszedł do kilku sklepów i w trzecim z nich znalazł to, czego szukał. Był to brulion formatu A4 o grubości prawie stu stron, toteż wracając do domu, mógł być spokojny, że miejsca w nim nie zabraknie przez dłuższy czas. Szedł ubrany w ciepłą kurtkę, czapkę i rękawiczki, a w dłoni dzierżył czarny notatnik. Gdy wrócił do domu, zdał sobie sprawę z koloru. Kupując go, myślał tylko o tym, aby było w czym notować, ale teraz wolałby wybrać w innej barwie. Od zawsze nie lubił czarnych rzeczy, bo kojarzyły mu się z czymś bardzo negatywnym albo tragicznym, a tu ma taki notatnik, który de facto może zmienić jego życie. Coś mu mówiło, że to nie najlepszy omen, ale głos rozsądku przejął prym, więc uznał, iż to nic takiego. W końcu to tylko narzędzie pomagające w osiągnięciu zamierzonego celu.

ROZDZIAŁ IV

Któregoś dnia, idąc chodnikiem, dostrzegł leżącego na trawniku wróbla. Był początek lutego i panowała temperatura bliska minus dwudziestu pięciu stopni. Zwykle nie zwracał uwagi na martwe ptaki, ale tym razem coś przykuło wzrok. Ptak się nie ruszał, ale ułożony był w bardzo specyficzny sposób. Leżał na brzuchu, a skrzydła miał rozpostarte, zupełnie jakby były gotowe do lotu. Podszedł do niego, schylił się i delikatnie potrącił ręką okutą w rękawiczkę. Przez moment nic się nie działo, jednak chwilę potem, zwierzę wydało z siebie cichy pisk, przypominający zawodzenie i drgnęło mu skrzydło. Kucał moment nad nim, nie wiedząc, co dalej, pozbierał myśli, zrobiło mu się szkoda, więc wziął go na ręce i wstał. W tym momencie wróbel zaczął się leciutko szamotać i Marcin zrozumiał, że musi go wziąć do domu. Wyszedł po to, aby pojechać na uczelnię, ale widok konającego stworzenia skłonił go do zabrania ptaszka do domu. Zatem wrócił do mieszkania, wyciągnął stare tekturowe pudełko, włożył tam go i wyszedł do sklepu zoologicznego po coś do jedzenia. Po krótkiej konsultacji ze sprzedającym wziął dość spore opakowanie i zaniósł do siebie. Wróbel w tym czasie leżał w niezmienionej pozycji, więc pomyślał, że prawdopodobnie na próżno się trudzi, gdyż zwierzę i tak zdechnie. Na wszelki wypadek postawił obok niego nakrętkę od słoika wypełnioną karmą, obok drugą, do której nalał wody, chwilę postał i pojechał na uczelnię. Przez całą drogę myślał intensywnie o ptaszku: czy coś zje, wypije, czy nie potrzebna będzie specjalistyczna pomoc weterynaryjna i wreszcie, czy przeżyje. Nigdy nie wykazywał specjalnej troski o los zwierząt, jednak w tej sytuacji zamartwiał się niezwykle. Do końca wykładów siedział jak na szpilkach, czekając, aż będzie mógł wreszcie sprawdzić, co z lokatorem. Tak jak się myśli o chorym i bliskim członku rodziny, tak i on pokochał zwierzaka całym sobą. I stało się to od samego początku, gdy go tylko wziął na ręce. Poczuł, że ma go pod swoją opieką i jest za niego odpowiedzialny.

Po powrocie do domu natychmiast podszedł do kartonu, nawet nie zdejmując kurtki ani butów. Spojrzał do środka i dostrzegł, iż ptak przemieścił się o kilka centymetrów, ale jedzenie pozostało nietknięte, więc schylił się, leciutko go trącił i zobaczył, że drgnął. To był dobry znak, gdyż jeśli nie zdechł przez te kilka godzin, to być może przeżyje. W końcu przeszedł do przedpokoju, rozebrał się i wrócił. Delikatnie wziął go w dłoń i dzióbek skierował do wody. Zwierzę się wzdrygnęło, ale pić nie chciało. Zresztą on na dobrą sprawę nie miał pojęcia, jak wygląda pojenie takich zwierząt. Potrzymał dłuższą chwilę w ręku, po czym odłożył do pudełka. Nic więcej nie mógł zrobić. Tego wieczoru znów zaczytywał się na temat świadomego snu, a w międzyczasie wstawał i sprawdzał co z ptakiem. Żadnych oznak powrotu do zdrowia widać nie było, więc powracał do lektury, która pochłonęła go prawie całkowicie. Czytał przeróżne wpisy: od takich, pochodzących od przeciętnych ludzi, aż do opinii artystów. Nie do końca mógł zrozumieć, jak to się dzieje, że we śnie stać nas na o wiele więcej, jednak przyjmował do wiadomości nową wiedzę i wierzył w nią bezkrytycznie. Miał nadzieję dowiedzieć się tego z publikacji obiecanej przez kolegę.

Jakiś czas później wstał, zapalił dwie świece, zgasił światło i wrócił do komputera. Znów siedział i czytał, tym razem w półmroku, a lekko falujące płomienie tworzyły klimat iście tajemniczy. Drgały od czasu do czasu, a cienie tańczące po ścianach wprowadzały go w coś w rodzaju transu. Zaraz obok świec stała drewniana figurka przedstawiająca Świętego Walentego, który uznawany jest za patrona zakochanych, ale mało kto wie, że jest także opiekunem osób chorych umysłowo. I cień rzucany przez niego przy tych zapalonych świecach wyglądał niezwykle demonicznie: był wielki na prawie dwa metry, delikatnie drżał i rozmazywał się na konturach; górując nad całym mrocznym pokojem, nadawał wymiaru grozy czy horroru. W pewnym momencie odpłynął gdzieś w świat tego, co czytał i oprócz ptaka nie wiele więcej go interesowało. Żył tym, zagłębiał się i niemal przestał istnieć.

Następnego dnia rano, zaraz po przebudzeniu zajrzał do pudełka i zauważył, że wróbel znów się nieco przemieścił, ale w tym momencie nie wykazywał oznak życia. Jeszcze raz wziął na dłoń, dzióbek skierował do wody i trzymał go tak dłuższą chwilę. W tym czasie stworzenie, dając nadzieję, że być może jednak przetrwa, delikatnie się poruszyło. Potem odłożył do kartonu, główkę umieścił tuż obok wody i zajął się przygotowaniami do wyjścia. Pojechał na uczelnię i dopiero tego dnia otrzymał od kolegi pendrive’a z publikacją. Niemal nie podskoczył, gdyż temat ten stał się ważniejszy niż studia, niż znajomi i tylko wróbelek mógł z tym konkurować. Potem wrócił do domu, spojrzał do ptaka i znów zobaczył, że się przesunął. Dostrzegł też, że w nakrętce od słoika zrobiło się mniej wody, więc po raz kolejny poczuł w sobie radość. Co prawda płyn mógł wyparować, ale coś mu mówiło, że sprawcą tego nie jest temperatura, lecz wróbelek. Rzucił okiem na karmę, ale nie zauważył, aby ubyło, tym niemniej zdawał sobie sprawę, że zwierzę, które prawie się nie rusza, raczej nie będzie jadło. Najważniejsze, że pije.

Lektura podrzuconej książki wciągnęła go całkowicie i po raz kolejny niemal stracił świadomość tego, co wokół niego. Czytał, wgłębiając się i starając się zapamiętać jak najwięcej, a dzień się powoli chylił ku końcowi. Dopiero około dwudziestej pierwszej poczuł głód, poszedł do kuchni, zrobił sobie co nieco na szybko, zjadł i znów zajrzał do ptaka. Ten przemieszczał się cyklicznie wewnątrz pudełka i wydawało mu się, że co raz to pokonuje w ten sposób nieco większe odległości, więc wyglądało na to, że zdrowieje. Potem znów zasiadł do komputera i zapalając przy tym tradycyjnie dwie świece, czytał. I kolejny raz nad pokojem zapanował diabelski cień Świętego Walentego.

Położył się spać około drugiej w nocy. Przy poduszce położył czarny jak smoła zeszyt, obok długopis z czarnym wkładem i wkrótce zasnął. Poprzedniego dnia zupełnie zapomniał o konieczności zapisywania snów. Obudził go budzik, więc odruchowo otworzył oczy, spojrzał najpierw w okno, potem rozejrzał się po pokoju i dopiero wtedy przypomniał sobie, co ma robić. Zamknął powieki, próbując sobie przypomnieć, co mu się śniło, ale nie był w stanie tego zrobić. Doskonale wiedział, że o czymś śnił, jednak tego treść ulotniła się wraz ze spojrzeniem w okno. Chcąc zapamiętać miniony sen, należy nie otwierać oczu i do niego wrócić, jak kiedyś wyczytał. Tym razem zrobił inaczej i cała nocna wizja umknęła. Leżał jeszcze kilkanaście minut, próbując przywołać senne obrazy, ale mu się to nie udało.

Potem wstał i podszedł do kartonu. Woda w nakrętce znikła niemal zupełnie, więc czym prędzej napełnił ją i postawił obok ptaka, który tej nocy poruszył się jeszcze bardziej, więc optymizm w nim wzrastał. Ale nadal leżał w bezruchu. Rano pojechał na wykłady, a gdy wrócił z nich, zobaczył, że tymczasowy podopieczny już nie leży, ale siedzi skulony w rogu kartonu, w innych jego częściach jest nieco pierza, a to znak, iż próbował się stamtąd wydostać. Rzucił okiem na pokrywkę z jedzeniem, ale nie zauważył, aby go ubyło, natomiast woda znikła prawie całkowicie. Wyglądało, że zdrowieje. Nie znał się na tym, ale czuł, że tak jest. Zdał sobie sprawę z jeszcze jednej rzeczy: otóż powinien pójść z nim do weterynarza, jednak nie mając zbyt dużo pieniędzy, zaniechał tego. Nie czuł się z tym zbyt dobrze, wiedząc, że specjalista mógłby szybciej pomóc, ale też rozumiał, iż nie każdy zająłby się chorym ptakiem w jakikolwiek sposób. (Swoją drogą to nie miał pojęcia, że weterynarz nie pomógłby wróbelkowi, gdyż oni ptakami się praktycznie w ogóle nie zajmują. Są w tym celu specjalne azyle na przykład przy ogrodach zoologicznych.) Potem zjadł coś na szybko, a ostatnio głównie tak jadał, i zasiadł do czytania zarówno publikacji, jak i tego, co było w internecie. Po raz kolejny rozpłynął się w niebycie, a uwaga pochłonięta była całkowicie tematem. Gdy zrobiło się ciemno, jeszcze bardziej zatapiając się w czytaniu, tradycyjnie zapalił dwie świece, Ślęczał przed komputerem, a mroczny nastrój nadawał całej sytuacji elementu magicznego. Spać się położył znów grubo po północy i usnął prawie od razu.

Nazajutrz rano, gdy tylko obudził go budzik, chciał od razu wstać, ale zdał sobie sprawę, że musi postarać się przypomnieć sobie sen. Zatem przekręcił się na brzuch, głowę wtulił w poduszkę i cofał się pamięcią do minionej nocy. Pamiętał fragmenty snu, ale przez dłuższy czas nie był w stanie ułożyć z tego jako takiej całości. Nie próbował sklecić z tego czegoś logicznego, gdyż czytał, i to do niego przemówiło, że sny wcale nie muszą być logiczne. Zanurzony we własnej pamięci, dwojąc się i trojąc, uznał w końcu, że nic więcej nie wykombinuje. Wtedy usiadł na łóżku, sięgnął po zeszyt i zapisał całą historię, przyobleczoną odrobiną abstrakcji. Notował najdrobniejsze szczegóły, ponieważ doczytał się, że to one mogą stanowić klucz do jak najszybszego panowania nad snami. Całość zajęła mu trochę ponad jedną trzecią strony, na dole zapisał datę oraz godzinę sporządzenia notatki. Potem odłożył zeszyt obok poduszki i wziął się za sprawy codzienne. Pierwsze co zrobił po wstaniu z łóżka, to zajrzał do ptaka, a z tym, jak mu się wydawało, było coraz lepiej, gdyż widniały wyraźne ślady przemieszczania się po całym kartonie. Wziął go na chwilę w dłoń, ptak zamarł, chwilę potrzymał, później odłożył i poszedł do toalety.

I podobnie mijały kolejne dni. Rano zapisywał, co pamiętał ze snów, doglądał ptaka, zjadał śniadanie, jechał na uczelnię, wracał, znów wróbel, coś do jedzenia, kolejne przeczytane rzeczy, tradycyjne odpalanie świec i do łóżka. Piątego dnia ptaszek zaczął coś jeść, a szóstego usilnie starał się wyfrunąć z kartonu, jednak to jeszcze mu się nie udało. Brał go w dłoń tak często, jak tylko mógł, a ten zamierał w bezruchu, a po jakimś czasie zaczynał piszczeć. Po tygodniu od pierwszej notatki miał już sporządzonych osiem wpisów, gdyż zdarzyło się raz, że w środku nocy obudził się i zapisał sen. Na uczelni wszystko układało się tak, jak powinno i tylko czasami udawał się do znajomego do sklepu, gdy ten potrzebował pomocy w pracy. Po kilkunastu dniach ptak, próbując fruwać, zaczął wyskakiwać z kartonu i zostawiał na podłodze niemiłe ślady w postaci odchodów. Wszystko było normalnie, a cykl odmierzały zapalane co wieczór świece. I ten cień Świętego Walentego.

W tym czasie wsiąkł całkowicie i poza zajęciami na uczelni był niedostępny praktycznie dla nikogo (oprócz kolegi ze sklepu – w końcu musiał z czegoś żyć). Nawet nie przyjął zaproszenia od rodziców. Temat świadomego snu pochłonął go w stu procentach. Po dwóch tygodniach przeczesał większość dostępnych na ten temat informacji i w zasadzie mógłby gdzieś się pokazać, jednak tak się wciągnął, że założył blog i wpisywał tam wszystko, czym żył: od wróbelka, przez treść snów, aż po własne postępy w wiadomej sprawie. Czarny notatnik się powoli zapełniał co rano, a wieczorami przepisywał to do internetu. Tam jednak dokonywał pewnej korekty, starając się nadać snom nieco fabuły, a może i grozy, ale zmiany te były czysto kosmetyczne, toteż nie czuł, aby blog był w jakikolwiek sposób fałszywy. Był po prostu pełniejszy i piękniejszy. Po kilku dniach zaczął otrzymywać wiadomości od innych z pytaniami dotyczącymi świadomego snu, treści marzeń sennych, ale także i wróbelka. Na początku marca tą ostatnią sprawą zainteresowała się jakaś dziewczyna, zasypując go komplementami, że tak potrafi się zatroszczyć o zwierzaka, ale także pisała, co u niej na co dzień. Nieco go zdziwiło, że obca dziewczyna pisze takie rzeczy, ale w gruncie rzeczy traktował ją z dużą sympatią. Nawiązali korespondencję, wymienili się email’ami i tą drogą pisywali do siebie codziennie.

Zastanawiał się, czym tak naprawdę są sny. Większość artykułów w internecie mówiła, że są odzwierciedleniem ukrytych pragnień człowieka, które przekazywane są do świadomości. Znalazł też wpisy, że sen to sposób na pozbycie się napięć i uporządkowania ważnych informacji pochodzących z dnia. I bardziej przemawiała do niego ta druga opinia. Również doszukał się informacji, że sny to z grubsza bełkot i nie należy próbować ich interpretować. To ostatnie nie stało jednak w pełnej opozycji ze stwierdzeniem, że to sposób na pozbycie się napięć. Co więcej, wydawało mu się to logiczne, gdyż zdawał sobie sprawę, że na co dzień nie zawsze wiemy, co wywołuje w nas napięcie. To znaczy, zdajemy sobie sprawę, kiedy się ono pojawia, ale nie do końca rozumiemy wewnętrzne tego przyczyny. Wielokrotnie zastanawiał się nad treścią swoich snów i nawet dogłębnie analizując, w większości przypadków nie mógł znaleźć korelacji z rzeczywistością. W sumie doczytał się, że aby je zrozumieć, potrzebna jest dogłębna wiedza z zakresu psychologii – jak na przykład symbolika. A może to tylko bełkot, niemający prawie nic wspólnego z rzeczywistością? Przemawiałoby za tym, że umysł ludzki nie znosi stagnacji i musi się zająć czymkolwiek. Nie ważne czym, ale aby tylko nie być „pusty”. To tak, jak z naczyniami połączonymi: to puste samoczynnie się napełnia.

ROZDZIAŁ V

W pierwszej połowie marca ptaszek przefruwał już nawet kilka metrów, jadł dość sporo i tylko odchody zostawione z różnych miejscach mieszkania mogły być uciążliwe. Przez chwilę zastanawiał się, czy nie kupić albo pożyczyć klatki, ale szybko uznał, że byłaby to niewola, a jej nie chciał mu zafundować; wolał się męczyć sprzątaniem niż więzić. Brał go na ręce tak często, jak mógł i za jakiś czas wróbel przyzwyczaił się do tego, a nawet zostawiony na dłoni na dłuższą chwilę nie próbował zejść. Któregoś razu Marcin obudził się, a na kołdrze, wpatrując się w niego, siedział ptak. Kwilił delikatnie, więc Marcin natychmiast otworzył oczy, zapominając o próbach przypomnienia sobie snu. Widok ten zarówno go zaskoczył, jak i niezwykle ucieszył, gdyż, jak się okazywało, wróbelek przestał się go w ogóle bać. Co więcej, nawet gdy Marcin zaczął się ruszać, to ptaszek nie uciekł, więc doszedł do wniosku, że w jakiś sposób się przywiązał. Było w tym coś magicznego, gdyż miesiąc to za mało, aby dzikie zwierzę się przyzwyczaiło. A może to on miał w sobie taką siłę?…

W połowie marca ptak już regularnie fruwał po mieszkaniu, więc on stwierdził, że nadchodzi czas, aby go wypuścić na wolność, jednak zanim tego dokonał, to podzielił się tym na blogu. Tego dnia wieczorem odezwała się Kasia, bo tak miała na imię dziewczyna, z którą korespondował, i zapytała, czy mogłaby do niego wpaść i osobiście obejrzeć wychowanka przed wypuszczeniem. Mieszkała także w Warszawie, więc z tym aspektem nie było problemu. Zdziwiło go to nieco, ale bez wahania się zgodził. Następnego dnia posprzątał nieco w mieszkaniu, zrobił na szybko coś do jedzenia i czekał z niecierpliwością.

Pojawiła się około dwudziestej. Była bardzo ładną dziewczyną, szatynką z włosami do ramion, twarzą delikatną, nieco pociągłą i zielonymi oczyma. Nie była bardzo szczupła, ale do otyłych też jej nie można było zaliczyć. Niektórzy stwierdzali, iż mogłaby zrzucić parę kilo, a inni, że ta delikatna nadwaga nic jej nie ujmuje. Jemu się spodobała od samego początku, toteż zaraz po przekroczeniu przez nią progu, wpatrując się w jej oczy i lekko unosząc brwi, dał jej o tym znać. Była to jedna z tych kobiet, które by sam sobie wybrał, gdyby sytuacja była nieco inna. Tymczasem to ona pierwsza nawiązała kontakt, więc różniło się to od jego przyzwyczajeń. Jednak od razu poczuł do niej to coś. Od pierwszego wejrzenia wydała mu się bliska i piękna. Przywitała się, uśmiechnęła i natychmiast spytała, gdzie ptaszek. Siedział w większym pokoju na krześle. Na jej widok zapiszczał, przeskoczył nieco dalej i skulił się w kłębek. Próbowała do niego podejść, ale widząc reakcję, zaniechała, stwierdzając tylko, że chyba czuje się tu niezmiernie dobrze. Marcin za chwilę przeniósł go do mniejszego pomieszczenia, a oboje zasiedli do stołu. Zaproponował coś do jedzenia, ale poprosiła tylko o kawę, więc zrobił dwie. Od samego początku patrzyła w niego jak w obrazek, obserwując każdą reakcję, każde ułożenie ciała, a on, widząc to, delikatnie się uśmiechał i od czasu do czasu spuszczał uwodzicielsko wzrok.

– To mówisz, że masz go od początku lutego? – spytała.

– Tak, znalazłem go, jak były te siarczyste mrozy – odpowiadał, przyglądając się jej. – Na początku nie okazywał prawie oznak życia, a teraz tylko wystarczy popatrzyć… – Napił się kawy i dodał – zresztą znasz jego historię.

– Aż szkoda go wypuszczać. – Zrobiła niezwykle przejętą minę, ściszyła nieco głos, po czym trochę dziecinnie dodała – jest taki słodki…

– Też mi żal, ale nie będę go więził. – Pokazał wzrokiem drugi pokój, a następnie z lekkim smutkiem kontynuował – na dworze będzie miał lepiej, bo zrobiło się w miarę ciepło i pewnie dołączy do towarzyszy.

– Z tego, co widzę, to się do ciebie przywiązał…

– Tak. – I pokręcił głową. – Aż sam jestem w szoku, że stało się to tak szybko.

– Ciekawe czy będzie przylatywał w odwiedziny? – nachylając się nieco w jego stronę, spytała z odrobiną ekscytacji.

– Też się nad tym zastanawiałem – teraz spuścił wzrok, po chwili zrobił głęboki oddech i dokończył – ale szczerze powiedziawszy, to wątpię. Może mnie polubił, ale to dzikie zwierzę.

– A mogę zajrzeć do drugiego pokoju i zobaczyć go jeszcze raz?

– Pewnie, że tak. – Kiwnął głową, pokazując jej, aby czuła się jak u siebie.

Wstała, przeszła do progu wspomnianego pomieszczenia i od razu zwróciła uwagę na wypalone do połowy dwie świece.

– Świece… – zauważyła, spojrzała mu w twarz i dopytała – zapalasz je w chwilach romantycznych z dziewczyną?

– Nie mam dziewczyny… – Zawiesił głos, także spojrzał jej głęboko w oczy, flirciarsko się uśmiechnął i dodał – sam je zapalam co wieczór. Lubię taki nastrój.

– Romantyczny jesteś. – Odwzajemniła zaloty i delikatnie przeczesała włosy.

– Może i tak. – Otarł się o nią w znaczący sposób i odwrócił się, aby pójść z powrotem do stołu, ale po chwili poczuł jej ręce na biodrach.

Spojrzał jej w twarz, ona gapiła mu się prosto w oczy i poczuł pożądanie. Błyskawicznie zaczęli się całować i nim się zorientowali, rozbierając się nawzajem, leżeli na łóżku. Trwało to prawie pół godziny, a gdy było po wszystkim, on wstał, zapalił świece, zgasił inne światła i ponownie się położył obok niej.

– Ten święty daje prawdziwie demoniczny cień – cichutko stwierdziła.

– To Święty Walenty. – Najpierw popatrzył na figurkę, potem na cień, a następnie jej w oczy, uśmiechając się. – Nie dość, że się rymuje, to jeszcze patron zakochanych.

– To miło być przy nim z tobą… – wyszeptała. – Ale cienia się boję.

– Nie zwróciłem na niego uwagi, ale faktycznie ma w sobie coś diabelskiego. – Jeszcze raz przyjrzał się konturom na ścianie.

– A może to nie Walenty, tylko jakiś bies?

– Nie. – Kolejny raz się uśmiechnął. – Takich rzeczy nie trzymałbym w domu.

– Jesteś wierzący? – zapytała, podnosząc odrobinę głos.

– Tak, a ty?

– Ja też. – Pokiwała głową. – Choć raczej rzadko bywam w kościele.

– To tak, jak ja. – Sięgnął pamięcią wstecz, chwilę pomyślał i wyjaśnił – ostatnim razem byłem w Boże Narodzenie.

– Ale w twoich snach nie doczytałam się niczego związanego z wiarą – zauważyła.

– W sumie masz rację. – Przybrał nieco ironiczną minę. – Tam jest tylko istny kosmos.

– To prawda – odwzajemniła to i cichutko się zaśmiała. – Są odjechane…

– A tobie co się zwykle śni?

– Wiesz… – Patrząc tępo przed siebie, zamyśliła się. – Ostatnio śnił mi się jakiś pogrzeb, ale dziwny był, bo trumna była pusta. Potem siedziałam przy jakimś oknie i tylko się gapiłam. Tyle, co zapamiętałam.

– A wcześniej jakie miałaś sny? – dopytał, wykazując spore zainteresowanie.

– Zanim zaczęłam czytać twojego bloga – wyjaśniała z odrobiną zobojętnienia w głosie – to nie zwracałam na nie uwagi. Czasem coś tam pamiętałam po przebudzeniu, ale szybko wyparowywało to z głowy.

– A nie chciałabyś się nauczyć świadomie śnić? – Teraz to już uniósł głowę, wyraźnie pobudzony.

– Absolutnie nie! – podniosła głos i dało się wyczuć, że nie spodobało jej się to pytanie. – Uważam, że sny są w taki, a nie inny sposób człowiekowi dane i nie należy tego zmieniać. Według mnie to zbyt niebezpieczne.

– Nie ma w tym nic niebezpiecznego. – Próbując trochę złagodzić sytuację, uśmiechnął się.

– Wolę nie eksperymentować. – Wykazywała już mniej niechęci, ale kontynuowała nadal dość ostro – a poza tym wystarcza mi rzeczywistość, więc po co miałabym panować nad tym, co w nocy?…

– Mi się tam marzy jakaś niewyobrażalna historia, na którą nie byłoby mnie normalnie stać… – Tym razem to on tępo patrzył przed siebie, zapadając się w marzeniach.

Leżeli dłuższy czas przy zapalonych świecach i w obecności diabelskiego Walentego. Wróbelek popiskiwał od czasu do czasu, a oni cieszyli się sobą nawzajem. Około północy zgasił świece, ale usnęli za dobre dwie godziny.

Następnego dnia, po powrocie z uczelni wziął w ręce wróbelka, otworzył okno i wystawił go na zewnętrzny parapet. Ptak przez dłuższy czas tylko siedział, ale w pewnym momencie po prostu odfrunął. Najpierw zniżył lot o kilka metrów, ale wkrótce go nieco podniósł, skręcił i poleciał na pobliską topolę. Marcin przez kilkadziesiąt minut, starając się podążać za nim, wyglądał przez otwarte okno, ale gdy zmarzł, zamknął je i poszedł coś zjeść. Wychowanek był zdrowy i wolny. Stojąc w kuchni, pomyślał, że po fakcie nada mu imię i nazwał go Kasiek.

ROZDZIAŁ VI

Najbliższy czas był nieco cięższy, gdyż Kasiek odleciał, on został sam w mieszkaniu i tylko wpadająca co kilka dni Kasia wnosiła tam odrobinę życia. Ich spotkania były przesycone zarówno seksem, jak i bliskością emocjonalną. Oboje zapałali do siebie niezwykle wielką sympatią od pierwszego wejrzenia i czekał na nią za każdym razem, a ona zawsze starała się być u niego jak najszybciej. Mieszkała z rodzicami, więc jak na razie nie odwiedzał jej, toteż spotykali się tylko u niego. Nie wychodzili nigdzie, gdyż wystarczała im swoja własna obecność. Ona wielokrotnie wspominała Kaśka (zresztą niezwykle była zadowolona z jego imienia, zdając sobie sprawę, że nadał je z jej powodu), a on także dość często stał w oknie, wyglądając, czy nie przyleci albo po prostu go gdzieś nie zobaczy. Co prawda był niemal pewien, że z daleka i tak by go raczej nie rozpoznał, ale miał nadzieję. W dni, kiedy siedział sam, albo próbował wyszukiwać nowe informacje czy opinie na temat świadomego snu, albo zajmował się blogiem, który notabene pochłonął go niemal całkowicie. Teraz zapisywał tam prawie wszystko, co mu się przydarzało, jednak w sprawie swojej nowej dziewczyny nie napisał nic, poza informacją, że była i widziała wróbelka. Rano się budził, coraz bardziej zapełniając czarny brulion, potem studia, czasem praca u znajomego, następnie zwyczajowe zapalanie świec, pisanie bloga, sen i tak w kółko. Jedynym urozmaiceniem były wspomniane, romantyczne wizyty kobiety.

Któregoś dnia odkrył, że jedna sytuacja powtarza się w snach cyklicznie i jest to przeprowadzka do aktualnego mieszkania. Powraca średnio raz w tygodniu i zawsze jest wtedy zarówno podekscytowany, jak i nieco przestraszony. I te uczucia są wyraźną kopią tego, co czuł, kiedy w rzeczywistości się przenosił. Był podekscytowany, bo przeprowadzka na swoje jest niemal zawsze taka dla młodego człowieka, natomiast wystraszony, gdyż zdawał sobie sprawę z ograniczonych środków finansowych, ale także ze swojej skłonności do brania na siebie winy, a to ostatnie traktował wtedy jako psychiczną ułomność i jej się obawiał. Od czasu, gdy uświadomił sobie powracający sen, zaczął na co dzień wykonywać jedną, charakterystyczną czynność, jeśli coś mu się z nią kojarzyło, a była to próba wykręcenia sobie lewej dłoni. W rzeczywistości było to nieco bolesne, ale zdawał sobie sprawę, że we śnie takie nie będzie i ten właśnie szczegół pozwoli odróżnić jedno od drugiego. Także jak widział na przykład samochód dostawczy (a takim przewieziono jego rzeczy do nowego mieszkania), to wykręcał sobie ową dłoń. To samo czynił, gdy przekraczał próg swojego domu. I podobnych korelacji uczynił dość sporo, aby jak najszybciej zapanować nad snem.

Mimo iż przeczesywał niemal wszystko, co było dostępne w internecie, to nie znalazł informacji, czemu tak się dzieje, że we śnie możemy więcej – na przykład kompozytorzy tworzą wtedy lepsze dzieła. Niby wiedział, że sen rządzi się własnymi prawami i nie obowiązują tam takie ograniczenia jak na co dzień, ale nie tłumaczy to choćby tych lepszych kompozycji. Któregoś razu spytał kolegę, który go wciągnął w ten temat, ale tamten tylko stwierdził, że wtedy uruchamiają się nasze wszystkie zasoby, podczas gdy za dnia część z nich mamy wyłączone. Jednak to do niego nie przemawiało. On potrzebował czegoś więcej – informacji dogłębnej i przekonywującej. Także w tej kwestii czuł spory niedosyt i nawet zastanawiał się, czy pójść do psychiatry, u którego już był, bo być może on wie coś więcej na ten temat. Jednak zaniechał tego, stwierdzając, że skoro był zmuszony przestać brać leki, to lekarz ten nie zawsze wie, co robi i nie wszystko rozumie.

Pod koniec kwietnia nastąpiła trudna sytuacja między nim a dziewczyną. Otóż, ustalając wcześniej miejsce i godzinę, mieli się spotkać na mieście (zresztą po raz pierwszy). Zjawił się mniej więcej o czasie, ale czekał dość długo, a po dwudziestu minutach zadzwonił i okazało się, że ona myślała, iż mają się spotkać godzinę później. Dobrze wiedział, że nie popełnił błędu, gdyż zaraz po umówieniu się zanotował to w telefonie. Jednak gdy się już spotkali, wziął całą sytuację na siebie, tłumacząc, iż to on coś pokręcił. Potem ona okazała skruchę, twierdząc, że nie po raz pierwszy tak się pomyliła, tym niemniej on oznajmił, iż tym razem to niej wina. W efekcie przytuliła go i wyszeptała, że jest kochany. Zachowała się zgoła inaczej niż jego poprzednia kobieta, ale on nieco później, po powrocie do domu uznał, że naprawdę jest z nim coś nie tak, gdyż w pewnym momencie uwierzył w swoją winę. Potem jeszcze wspólnie pojechali do jego rodziców na obiad i siedzieli tam prawie dwie godziny. Jak już wrócił do siebie, wieczorem tylko zapalił świece, włączył telewizor i gapił się bezmyślnie, usiłując ogarnąć swój umysł.

W połowie maja żadnych efektów prób kontroli snów jeszcze nie było, ale nie zamierzał się poddawać. Wielokrotnie czytał, że te mogą przyjść po kilku miesiącach czy nawet dopiero roku, jednak zadowolenie z tego powodu będzie ogromne, stanowiąc zadośćuczynienie za poświęcone zabiegi. Toteż co rano zapisywał treść nocnych wizji, a w ciągu dnia ćwiczył nawyk wykręcania sobie lewej dłoni. Z Kasią układało się jak najlepiej i tylko wyglądając Kaśka, często stawał przed oknem. Jak do tej pory go nie zauważył. Wieczorem zapalał świece i przy nich pisał bloga czy na przykład uczył się do wykładów. (Przy tym ostatnim zapalał czasem lampkę, gdy miał do czynienia z książkami czy odręcznymi notatkami.) Któregoś razu dziewczyna przyjechała wczesnym popołudniem, gdyż wtedy miała dzień wolny. Od razu wskoczyli do łóżka, potem wyszli na długi spacer, a następnie znów się kochali. To był jedyny raz, kiedy zrobili to dwukrotnie jednego dnia i oboje byli tym zaskoczeni. Tego też dnia usłyszeli kwilenie od strony okna, on podbiegł i zobaczył odfruwającego wróbelka. Był pewien, że to Kasiek. Ona do niego podeszła, przytuliła i stwierdziła, że ptak chyba nie zapomniał.

ROZDZIAŁ VII

Następnego dnia był umówiony u znajomych w Ostrołęce, więc gdy tylko słońce uniosło się ponad horyzont, wyszedł z domu, udał się na wylotówkę w tym kierunku i zaczął łapać stopa. Przez dłuższy czas nikt nie chciał się zatrzymać, jednak po kilkudziesięciu minutach zobaczył stającą Mazdę Sześć Dwa Sześć, a w środku troje młodych ludzi.

– Dokąd? – spytała blondynka siedząca obok kierowcy.

– Do Ostrołęki – odpowiedział.

– Wsiadaj – zaprosił go kierowca.

– Jestem Marcin – przedstawił się, zajmując miejsce na tylnej kanapie obok dziewczyny, która olśniła go już jakiś czas temu, gdyż, jak się okazało, znał je obie od siebie z uczelni. Ubrana była w szare dżinsy, brązowe, sportowe buty, szarą bluzkę i błękitny, rozpinany sweterek. Włosy miała kasztanowe, spięte w kok z tyłu głowy.

– Magda – przedstawiła się blondynka z przodu.

– Agnieszka jestem. – Podała mu rękę ta obok niego.

– Dziewczyny, zdaje się, że studiujemy razem na polonistyce? – zapytał retorycznie.

– Właśnie miałam powiedzieć, że gdzieś cię widziałam – stwierdziła Magda.

– Chyba jesteście na pierwszym roku? – patrząc cały czas na Agnieszkę, kontynuował.

– Tak, a ty? – wtrąciła się Aga.

– Ja na czwartym.

– Niesamowite spotkanie – mówiła Magda.

– To prawda, ja bym się tego nie spodziewał.

Teraz, po raz pierwszy mógł się przyjrzeć Agnieszce. Wyglądała wręcz oszałamiająco, więc przez dłuższy czas przypatrywał się tylko jej. Niby rozmawiał z obiema dziewczynami, ale liczyła się tylko ona. Była uosobieniem tego, co mógłby sobie wymarzyć. Wielokrotnie myśląc o świadomym śnie, widział ją pojawiającą się w nim, a teraz ta niewyobrażalna bogini siedziała obok i z nią rozmawiał. Bywały momenty, gdy już na uczelni chciał ją zaczepić, ale zawsze brakowało odwagi i odchodził ze zwieszoną głową. Tymczasem obecnie nie musiał robić prawie nic, aby się do niej zbliżyć; wystarczyła zwykła rozmowa i na przykład prośba o numer telefonu. Dodatkowo pomyślał, że nieprawdopodobny zbieg okoliczności, czyli spotkanie w zatrzymanym aucie, był znakiem, iż będą razem. Tak, wierzył w takie rzeczy, nimi żył, ale z nikim się tym nie dzielił. To było prywatną i intymną magią. Gawędzili o wykładowcach, o egzaminach, ale także o wspólnej podróży. Nie liczyło się dla niego nic innego poza Agnieszką i nawet zobaczył, że nieco się speszyła, widząc, że gapi się tylko na nią, jednak nie był w stanie oderwać od niej wzroku. W pewnym momencie wzdrygnęła się i tonem iście oficjalnym oznajmiła:

– Na polonistyce jestem tylko do końca roku, potem przenoszę się na psychologię.

Zadziałało to na niego niezwykle pozytywnie, gdyż sam zdawał sobie sprawę ze swoich problemów psychicznych i ostatniego zainteresowania ludzką psychiką. Przecież całe zabiegi ze świadomym snem to niemal czysta psychologia.

– A czemu zmieniasz kierunek? – spytał ją chwilę później?

– Bo tamto mnie bardziej interesuje – oznajmiła znów bardzo oficjalnie.

– Też ostatnio się zastanawiałem, czy tam nie pójść, ale chyba najpierw muszę skończyć ten kierunek – wyjaśniał. – W końcu niedużo już zostało. Zakamarki ludzkiego umysłu mnie fascynują. Już coś na ten temat czytałem i to jest moje hobby.

– Pewnie, że tak – wtrąciła się blondynka. – Ukończ polonistykę, a na psychologię zawsze będzie jeszcze czas.

– Co prawda, chciałbym już, ale co nagle to po diable. – I na myśl mu przyszedł cień Świętego Walentego. – Bo wiecie dziewczyny, sam widzę, że miewam czasem nierówno pod sufitem. – Zaśmiał się, dając im do zrozumienia, iż to był żart.

– Nie ma ludzi zdrowych – są tylko niezdiagnozowani – odparła ze śmiechem blondynka z przodu, podczas gdy Aga siedziała nieco wycofana z tej dyskusji.

Potem jeszcze gadali chwilę, po czym wyciągnął telefon.

– Dziewczyny, mogę dostać wasze numery? – spytał dość niepewnie i dodał – to w razie, gdybym miał dla was jakieś informacje.

– Nie ma problemu – odparła ta z przodu i podała mu go.

Nastała cisza, w której dopadło go poczucie, że być może zbyt szybko o to poprosił, gdyż Agnieszka tylko siedziała wpatrzona za okno. Jednak po jakimś czasie spojrzała na niego, nieco zmierzyła wzrokiem i podała swój numer. Potem jechali dalej, dyskutując i śmiejąc się, aż dotarli do Ostrołęki, gdzie wysiadł i ruszył do znajomych.

Idąc przez nieznane miasto, w głowie miał tylko Agnieszkę. Nic innego się nie liczyło. Zawróciła mu w głowie całkowicie, odbierając zarówno zdrowe zmysły, jak i świadomość prawie w ogóle. Szedł, powłóczył nogami, świat zewnętrzny prawie nie istniał i tylko od czasu do czasu zatrzymywał się, pytając kogoś o drogę. Niby wiedział, że w Warszawie ma kochającą, piękną dziewczynę, ale w tym momencie ona dla niego nie istniała. Dwukrotnie się nieco pogubił i do znajomych dotarł trochę skołowany i nieobecny. Była sobota i początkowo miał posiedzieć u nich do popołudnia następnego dnia, lecz po kilku godzinach stwierdził:

– Miałem telefon i muszę wracać do Warszawy.

– Marcin, zostań dłużej. Tak się cieszymy, że przyjechałeś – mówiła dziewczyna.

– Zostań, jutro pojedziesz – naciskał chłopak.

– Niestety coś niedobrego dzieje się z moją kobietą i muszę.

– Coś poważnego? – spytała.

– To się okaże, mam nadzieję, że nie.

– A nie poradzi sobie do jutra sama? – dopytał chłopak.

– Nie wiem, ale chcę być przy niej.

– Jak uważasz, ale my jesteśmy za tym, żebyś został – naciskała.

– Też chętnie bym pobył, ale muszę z nią być.

– Skoro tak, to odwieziemy cię na wylotówkę – oświadczył chłopak.

– Dzięki.

Odwieźli go, a on znów autostopem wrócił do Warszawy. Po powrocie nie zamierzał ani jechać do Kasi, ani nawet jej informować, że już jest. Po prostu chciał być sam i tylko sam. Wieczorem zapalił dwie świece, włączył z komputera muzykę (a robił to niezwykle rzadko), położył się na łóżku i marzył o Adze. Tak dużo by dał, aby już móc świadomie śnić, bo wtedy byłby razem z nią. Zapadł się gdzieś w głąb swojej wyobraźni, a rozdygotany cień ogarniał cały pokój.

Następnego dnia rano zaczął sobie przypominać, co mu się śniło i odkrył, że była to ona. Trzymając się za ręce i prawie nic nie mówiąc, siedzieli razem na jakimś pomoście nad jeziorem. Zapamiętał tylko tyle. Przewrócił się na brzuch, grzebiąc w pamięci w poszukiwaniach czegoś więcej, ale nic innego nie było. Tylko on, ona, pomost i jezioro. Po tym jak wstał, bez wahania zapisał to w notatniku. Potem siedział w domu, cały czas o niej rozmyślając. Dopiero telefon od Kasi go nieco oprzytomnił. Wtedy umówił się z nią na wieczór i znów tylko leżał.

Przyszła około dwudziestej pierwszej i na dzień dobry zaciągnęła go do łóżka. Po wszystkim zapalił świece, usiadł nago na brzegu i oświadczył:

– Z nami koniec. – Spuścił głowę, nieco się odwrócił i dodał – przykro mi.

– Słucham? – wysylabizowała, błyskawicznie podniosła się z łóżka i starała się przytulić.

Natychmiast wstał, założył majtki, potem spodnie i ostro stwierdził:

– Lepiej, jak już sobie pojedziesz i więcej tu się nie pojawisz.

– Marcin… – Rozpłakała się. – Co się dzieje?

– Nic, po prostu muszę być sam.

– Jak potrzebujesz więcej swobody, to tylko powiedz. – Wstała, znów starała się przytulić.

– Nie. O nic nie pytaj… – Spojrzał jej głęboko w oczy. – Nie zrozumiesz. Wracaj do siebie.

– To przez te próby kontroli snów, prawda? – zapytała, płacząc.

– Wiesz… – Zawiesił głos i zastanowił się jak by tu zrobić, aby ją jak najmniej bolało. – Po prostu zrozumiałem, że muszę być sam.

– Jakaś inna kobieta? Ładniejsza ode mnie? – zapytała z błaganiem w głosie.

– To nie tak… Ty mi się bardzo podobasz i nikogo więcej nie zamierzam szukać… – Spuścił głowę, przez chwilę błądził w myślach i dodał – nie mam siły… Ubieraj się i wyjdź jak najszybciej.

Potem ona dość długo ślęczała w łóżku, łkając czy nawet szlochając, a on siedział w drugim pokoju w bezruchu. W końcu się ubrała, jeszcze raz próbowała się do niego zbliżyć, ale gdy tylko podchodziła, wstawał i odchodził bez słowa w inne miejsce. Wyszła około dwudziestej trzeciej.

ROZDZIAŁ VIII

Następnych kilka dni w ogóle nie wychodził z domu, mimo iż powinien uczęszczać na uczelnię. Głównie leżał w łóżku i tylko czytając na temat swojej nowej pasji, zasiadał przed komputerem. W środę pojawił się sen z przeprowadzką, lecz nie był w stanie nad nim zapanować. Obudziwszy się, zapisał go. W czwartek pojechał na studia, ale wszystko, co się tam działo, niemalże umknęło uwadze. Po powrocie do domu miał ochotę odezwać się do Agi, ale zaniechał tego z bliżej nieokreślonych powodów. Jednak wieczorem, jak ostatnio zwykle, położył się na łóżku, zapalając wcześniej swoje świece. Cały czas myślał o Adze jak o swojej przyszłej dziewczynie. Znał ją ledwo co, a mimo to, dla niej rzucił dotychczasową kobietę i snuł w stosunku do niej dalekosiężne plany. Doskonale wiedział, że prawdopodobnie nie spotka jej już wcale, a jednak nie był w stanie się otrząsnąć. Spotkanie w samochodzie było dla niego dobrym znakiem i początkiem nowego. Dodatkowo sen, który się pojawił dnia następnego po jej spotkaniu, dał nadzieję i wiarę we wspólną przyszłość. Odpływał gdzieś w nieznane.

Kasia próbowała dzwonić co kilka dni i na początku odbierał jej telefony, tłumacząc, że nic z tego nie będzie, jednak z biegiem czasu przestał reagować na wyświetlające się w telefonie jej imię. Tylko stojąc od czasu do czasu w oknie i wypatrując Kaśka, powracał do niej myślami i były krótkie chwilę, że żałował swojej decyzji, jednak potem mówił nie, otrząsając się z tych wspomnień. Wróbelek się nie pokazywał i nie wpływało to na niego krzepiąco, więc coraz bardziej zapadał się w swoje marzenia na temat Agnieszki. Na blogu nie wspomniał o niej z dwóch powodów: po pierwsze uważał to za sprawę zbyt intymną, a po drugie nie chciał, aby Kasia o tym coś wiedziała. W tym okresie zapisał czarny zeszyt do połowy i któregoś razu przeglądając swoje notatki, doszedł do wniosku, że z biegiem czasu pojawia się tam coraz więcej szczegółów. Zrozumiał, że trening czyni mistrza, a brulion jest tego najlepszym dowodem. Kilka dni później Kasia zaczęła wydzwaniać do jego rodziców, gdyż numer ten posiadała od jakiegoś czasu. Bardzo się o niego martwiła i chciała, aby ktoś z nim porozmawiał, a może nakłonił do zmiany decyzji w jej sprawie. Po tych telefonach matka nawet przyjechała osobiście.

– Marcin, wszystko w porządku? – spytała, siedząc przy stole.

– Tak, mamo, wszystko ok.

– Czemu zerwałeś z Kasią? – Martwiła się.

– Bo chcę być sam, a ten związek był pomyłką – odparł bardzo oficjalnie.

– Ale mówiłeś, że ci z nią dobrze i że nie jest taka, jak twoja poprzednia.

– Mimo wszystko to nie to – kontynuował w tym samym stylu.

– Bardzo ją polubiłam. Ale nie myśl, że rozmawiam z tobą, bo chcę dobrze dla niej. Mimo że ją lubię, to chcę dobrze tylko dla ciebie.

– Mamo, jak chcesz dla mnie dobrze, to zaakceptuj to, że tak będzie lepiej.

– Trudno mi to sobie wyobrazić… – Zamyśliła się. – Przecież zawsze powtarzałeś, że zależy ci na dziewczynie.

– Ale też mówiłem, że nie na jakiejkolwiek. Na konkretnej. A Kasia taką nie była.

– Marcin, na pewno nic złego się nie dzieje?

– Mamo, na pewno. Właśnie ożywam.

– Jak sobie chcesz, ale gdybyś chciał porozmawiać, to pamiętaj, że ze mną możesz o wszystkim.

– Dziękuję, mamo – zakończył, cały czas w oficjalny sposób.

W końcu wróciła do domu, a on był coraz bardziej nieprzytomnie zakochany i tylko cykliczne odpalanie świec niezmiennie wymierzało rytm dnia i nocy.

Pod koniec maja położył się jak zwykle późnym wieczorem do łóżka, zgasił świece i rozmyślając na temat Agi, leżał tak dłuższą chwilę. W pewnym momencie usłyszał niezidentyfikowane dźwięki od strony okna. Przez chwilę je ignorował, ale potem ruszył się nieco, zapalił lampkę, jeszcze przez moment nasłuchiwał i to coś dobiegło ponownie. Wstał, podszedł do okna i zobaczył Kaśka siedzącego na metalowym parapecie na zewnątrz. Natychmiast otworzył okno, a ptak wfrunął do środka. Najpierw podleciał do stojącego obok krzesła, a następnie przemieścił się do większego pokoju i usiadł na podłodze, w pobliżu miejsca, gdzie niegdyś stało kartonowe pudełko. Znowu zaczął kwilić, więc Marcin, podążając za nim, podszedł do niego, wyciągnął dłoń, a wróbelek na nią wszedł. Marcin mało nie podskoczył z radości, ale nie chcąc go płoszyć, tylko uśmiechnął się szeroko, po czym razem z nim poszedł do kuchni po coś do jedzenia. Zostało jeszcze nieco pokarmu, który kupił, znajdując go, więc jedną ręką wsypał do pokrywki od słoika, a na drugiej cały czas siedział Kasiek. Przeszedł z nim do pokoju i postawił na podłodze pokrywkę, a obok dał zejść ptakowi. Wróbelek zaczął jeść, momentami popiskując i łypiąc na niego wzrokiem. W tym czasie on usiadł na jednym z krzeseł i obserwował, co się dzieje. Nie wierzył własnym oczom, że Kasiek znów zawitał, gdyż to mu się wydawało wręcz niewyobrażalne. Dzikie zwierze pamiętało i wróciło. Kilka chwil później ptak się najadł, usiadł na podłodze, więc on znów się zbliżył i kolejny raz wyciągnął rękę. Wróbelek bez wahania na nią wskoczył. Potem siedzieli kilkanaście minut, aż Kasiek przefrunął na wewnętrzny parapet, więc czas go wypuścić. Odlatując w ciemną noc, zostawił po sobie ciepłe wspomnienie. Tej nocy Marcin wszedł na bloga i zamieścił informację o niespodziewanych odwiedzinach. Późniejszych komentarzy było mnóstwo, a wszyscy nie mogli uwierzyć, że to prawda. Jakiś czas później położył się z powrotem do łóżka i niedługo zasnął.

ROZDZIAŁ IX

Zaczęło mu się śnić, że się przeprowadza i nagle zadziałał wyuczony odruch, więc we śnie wykręcił sobie lewą rękę i nie poczuł bólu. Powtórzył to jeszcze kilkakrotnie i dotarło do niego, że śni. To było uczucie wręcz niesamowite. Cała wielotygodniowa praca przyniosła skutek i teraz mógł być, gdzie chciał i z kim chciał. Przez chwilę pozostał tam w miejscu, ale potem postanowił spotkać się z Agnieszką. Chwila moment i siedział z nią u siebie w domu przy stole przy zapalonych świecach. Zaczęli rozmawiać i był wniebowzięty. Sam na sam ze swoją marzeniową miłością, w dodatku widział, że ona też jest szczęśliwa, więc co mu więcej było trzeba?… Gadali, uśmiechając się do siebie nawzajem, przyobleczeni odrobiną magii. Wreszcie dokonał tego, nad czym tak długo pracował…

Obudził go zwyczajowo budzik, ale tym razem natychmiast doskonale pamiętał wszystko z nocnej wizji. Zarówno ją, jak i każdy szczegół, więc nie wiele myśląc, chwycił telefon i wysłał do niej następującą wiadomość:

Śniłaś mi się i to był bardzo miły sen. Byłaś w nim szczęśliwa i ze mną…

Nie liczyło się nic innego, oprócz niewyobrażalnego szczęścia. Nawet nie pomyślał, że ona może to źle odebrać. To było kompletnie nieistotne. Istniał tylko świadomy sen i to, co aktualnie czuł. Dopiero potem skojarzył wizytę Kaśka z następującym po nim przełomem i uznał, że to był dobry znak. „Skoro to był znak, to znaczy, że będziemy razem” – tak myślał. – „To tylko kwestia czasu”.

Od tego dnia kładł się wcześniej, aby jak najszybciej zapaść w sen, a tym samym śnić o niej. Przez pewien czas nie mógł powtórzyć sennej świadomości, więc budził się rano dość smutny i wykonując swoje codzienne obowiązki, czekał tylko na wieczór. Nadal spisywał nocne wizje, ale zaprzestał prowadzenia bloga. Uznał, że temat Agi jest zbyt intymny, aby się nim dzielić. Kilka dni później, wysyłając maila z pytaniem, czy wszystko w porządku, zainteresowała się tym Kasia, na co odpisał, że zamyka temat, bo nigdy nie uda mu się kontrolować snów i kategorycznie zabronił do siebie więcej pisać.

Za kilka dni powtórzyła się kontrola snu, znów się spotkał z Agą, byli oboje szczęśliwi i nawzajem w sobie zakochani. Tym razem jeszcze nie próbował doprowadzić do zbliżenia, a mimo to po obudzeniu roznosiła go energia. Ponownie wysłał jej wiadomość, z informacją co u niego słychać i że tęskni. Nie wspominał o nocnych wyczynach, bo już wtedy wydawały mu się one zupełnie realne. Myślał kategoriami snu i tym żył.

ROZDZIAŁ X

Najbliższy okres w jego życiu zaczyna być nieco niejasny, gdyż zatracił poczucie rzeczywistości i to, co dalej napiszę, będzie oparte głównie na relacjach osób trzecich, ale także na szczątkowych zapiskach, ponieważ przestał zapisywać sny, lecz zamiast tego tylko odrobinę tego, co się działo na co dzień.

Ważne jest to, że nadal co wieczór zapalał świece, czasem godzinami przypatrując się dwumetrowemu cieniowi patrona. Ogień, delikatnie kołysząc się i pulsując, chłonął stearynę. I od czasu pierwszej nocy z Kasią zaczął zwracać na cień baczną uwagę, przypisując mu jakąś nadprzyrodzoną moc, a ten ogarniał go z dnia na dzień bardziej i bardziej. Marcin coraz częściej rządził tym, co w nocy i zawsze spotykał się z nią. Po kilkunastu dniach próbował uprawiać z nią seks, ale wtedy odepchnęła go i wyszła bez słowa. Za każdym razem po przebudzeniu wysyłał jej sms’y i nie liczył na jakikolwiek odzew. Liczyło się tylko to, aby dać znać, że jest wybranką. Co noc starał się z nią kochać, a ona co noc uciekała i za żadne skarby nie był w stanie spowodować, aby było po jego myśli. Niby sam rządził swoimi wizjami, jednak ona była w nich jak żywa – poza kontrolą. Studia odpuścił sobie w ogóle i tylko od czasu do czasu pojawiał się u znajomego w sklepie, aby zarobić na życie – z tej konieczności jeszcze zdawał sobie sprawę. Jakiś czas później przestał jednak odbierać jakiekolwiek wiadomości, a i niektóre połączenia ignorował. Któregoś razu, po kolejnej nieudanej próbie zbliżenia się do niej, wysłał jej wiadomość:

Jak nie będziesz ze mną, to zobaczysz, co zrobię. Będziesz tego żałowała.

Świadczy to o tym, że już wtedy nie za bardzo wiedział, co jest snem, a co jawą. W nocy spotkał się przecież z jej wyobrażeniem, a rano wysyłał wiadomości do jej realnej… Tak naprawdę nie wiemy do końca, co zamierzał, ale wkrótce potem ona zadzwoniła.

– Halo – odezwał się zalotnie – a jednak zadzwoniłaś, bo już się martwiłem.

Po tych słowach usłyszał tylko przeciągłe: „aaallleee” i po kilku kolejnych się rozłączyła. Wiadomo, że wtedy miał ochotę natychmiast oddzwonić, lecz z niewiadomych względów tego nie zrobił. Chwilę później znów zadzwoniła, lecz usłyszał tylko głos znajomej blondynki z samochodu:

– Aga nie jest tobą zainteresowana! Odczep się od niej, bo nic z tego nie będzie! Powtarzam, odczep się!

Po tej wiadomości nieco oprzytomniał, bo nawet zadzwonił do rodziców, jednak rozmawiał z matką bardzo krótko, a ta odniosła wrażenie, jakby komunikowała się z kimś zupełnie obcym. Potem znów zapadł się w sobie i tylko praca w sklepie świadczyła o jakiejkolwiek aktywności.

Następnie nic nie wiadomo, co się z nim działo, aż do momentu, gdy wysłał jej kolejną wiadomość:

Myślę, że chcesz być ze mną, inaczej sama byś powiedziała, że nie chcesz mnie znać. Kocham cię.

Później wysyłał jej różne wiadomości i, jak można wyczytać z czarnego zeszytu, zmagał się ze snami, nad którymi przestał panować. To ona, ale już bez jego chęci, pojawiała się w nich i za każdym razem dawała mu kosza, gdy tylko chciał się z nią kochać. W wizjach zaistniał niezależny byt, na tyle silny, że przejął całą kontrolę. Tyle wiemy. Następnie znów zapadł się w sobie i przestał cokolwiek notować, więc tu jest dość spora dziura.

Kolejnego wpisu dokonał tuż przed połową września i czytamy w nim:

„Widuję ją codziennie. Dziś sprzedawała mi chleb w sklepie. Nie wiem, czego ona ode mnie chce, ale mam tego serdecznie dość. Muszę to jak najszybciej przerwać…”

I jedynie wiadomo, że widział ją w rzeczywistości. A w zasadzie wydawało mu się, że widzi. Tak, w tym czasie kompletnie oszalał i w obcych kobietach widział ją. Może były podobne, a może nie? Tego się chyba nie dowiemy. Istotne jest, że przestał odróżniać sen od jawy. Aż strach pomyśleć, co wtedy przeżywał… Z relacji Agnieszki wiemy, że w połowie września wysłał jej rozpaczliwego sms’a, w którym błagał, aby dała mu spokój. Ostatniego dnia tego miesiąca użył gróźb, iż dłużej tego nie wytrzyma i że ją zabije. Tego samego wieczoru spotkał się z nią osobiście pod wydziałem, a w nocy zapisał ostatnią notatkę:

„Tym razem spotkałem się z nią naprawdę… Była taka, jak ją zapamiętałem… Powiedziała mi, że kocha kogo innego i żebym dał sobie z nią spokój… Chyba czas się leczyć…”

Następnego dnia rano zgłosił się do szpitala psychiatrycznego i spędził tam kilka tygodni. Matka po odwiedzinach zadzwoniła do Kasi, a ta czym prędzej do niego pojechała. Mówiła, że wyglądał przerażająco i nie było z nim prawie żadnego kontaktu. Prawie nie mówił, a jeśli już, to głosem martwym, oczy miał przymknięte, puste, a usta bezsilnie rozchylone. Gdy wzięła go za rękę, czuła, jakby dotykała manekina, a i śmierdziało od niego wielodniowym niedomyciem. Mówiła do niego długo, a on wydawał się nic nie słyszeć. Podobno nawet posiłków nie chciał jeść. Po kilku dniach podłączono go do kroplówki. Dopiero po tygodniu pobytu w szpitalu można było z nim zamienić kilka słów, a i wtedy Kasia odnosiła wrażenie, że to ktoś inny. Mówił w zasadzie tylko o Kaśku i o figurce Świętego Walentego. Po trzech tygodniach już było z nim dobrze, ale nadal wolał milczeć. I to się nie zmieniło aż do dziś. Po wyjściu ze szpitala znów zaczął się spotykać z Kasią i teraz zamierzają się pobrać. Nigdy nikomu nie wspomniał, co się wtedy z nim działo, a na pytania o to denerwował się i zamykał w sobie na dłuższy czas. Powiedział tylko, że wolałby, aby ten okres w ogóle nie istniał.

Notatka na marginesie

Pod ziemią

ROZDZIAŁ I

Pozaziemskie, Klatki, Schwytanych, Samotność, Kara

Był rok dwa tysiące dziewiąty. Pracowałem w poradni psychologicznej w Warszawie, niedawno ukończyłem studia i wydawało się, że ze wszystkimi problemami jestem w stanie sobie poradzić. Myślałem, że skoro sam wyszedłem z własnego bagna, to już nic nie będzie straszne. Owszem, dodatkowo zaczytywałem się w przeróżnych książkach i publikacjach związanych z tematem, ale, jak się okaże, było to nic niewarte w tym konkretnym przypadku. Tym razem wszystko zawiodło, zaprowadziło mnie na manowce i wykręciło na lewą stronę. Tak, czułem się potem, jakbym spojrzał w niekończącą się, bezkresną i obezwładniającą swym ogromem otchłań.

Wielokrotnie się później zastanawiałem, co ja mam w zasadzie o tym myśleć. Wierzyć, nie wierzyć? Spróbować zgłębić czy potraktować jako absurd? I wreszcie: starać się ogarnąć empatią czy zezłościć, że ktoś podsunął mi taką historię? Wszystkie te pytania mogłem sobie zadawać dniami, a nawet tygodniami, a jednoznacznych odpowiedzi nie było. Co pojawiała się jakaś, zaraz ją wykluczałem. Wpadałem na inny pomysł – zabraniały tego fakty. I tak w kółko. Każde posunięcie było logicznym błędem i prowadziło donikąd. Oddzielnym problemem jest to, co ja bym zrobił, gdybym znalazł się w sytuacji bohatera. Obawiam się, że na to pytanie nie udzielę sobie odpowiedzi nigdy. Do dziś nie mam pojęcia, jakich wyjaśnień udzielić na wiele pytań, choć teraz rozumiem, że nawet nie udzielając ich, mam do czynienia z konkretną sytuacją, posłyszaną od konkretnego człowieka. I w zasadzie nie jest istotne, gdzie jest prawda, liczy się sama opowieść.

Mariusz – tak sobie go nazwijmy – przesiadywał u mnie w gabinecie w przychodni przyjmującej pacjentów na NFZ, w której zatrudniony byłem bezpośrednio po studiach. Gdy tylko zorientowałem się, jak wygląda jego problem, zaproponowałem mu częstsze wizyty, zostając często po godzinach. Nie pobierając za to dodatkowego honorarium, przez dłuższy moment poświęcałem mu całkiem sporo czasu. Nie miałem obiekcji, gdyż byłem zatrudniony na etat, więc dostawałem stałą pensję. Jeszcze inną sprawą jest, że jestem typem samotnika i nigdy nie przepadałem za towarzystwem, toteż spotkania ze znajomymi były u mnie rzadkością. W ten sposób sprawa pacjenta stała się moją własną i byliśmy przez pewien czas niemalże stopieni ze sobą w jedną całość. Był moment, że stał się chyba najbliższą osobą i traktowałem go, jak kogoś z rodziny. I z takim nastawieniem postaram się to opowiedzieć.

ROZDZIAŁ II

Mieszkał w Warszawie przy ulicy Ryżowej we własnym, trzypokojowym mieszkaniu. Jego dziewczyna, Marta nie dzieliła z nim lokum, a żyła jeszcze w domu rodziców. Prowadził własną firmę, w której handlował garniturami, rozwożąc je osobiście niemal po całej Polsce. Toteż, zatrzymując się w tanich hotelach, wyjeżdżał raz na tydzień w inne okolice. Jeździł Passatem kombi i do niego pakował ubrania wszędzie, gdzie się dało: do bagażnika, na tylne siedzenie, na przednie. Towar zawoził, a potem wracał na ogół na pusto.

Któregoś razu, wyjeżdżając z Lublina, zauważył osobę stojącą daleko na poboczu i patrzącą w stronę nadjeżdżających samochodów. Gdy się zbliżał, zaczęła machać, próbując zatrzymać stopa, więc on nacisnął na hamulec i za chwilę stanął.

– Dokąd? – zapytał.

– Do Warszawy – odpowiedział nieznajomy, przyglądając mu się.

– Proszę wsiadać, też tam jadę.

Kiedy już wsiadł, Mariusz zwrócił uwagę na jego strój. Był cały ubrany na biało: białe spodnie, biały podkoszulek i niemal całkowicie białe buty. Nie lubił, jak ktoś jest ubrany cały w tym kolorze, więc rzuciło mu się to w oczy. Był blondynem, wręcz białogłowym, miał mniej więcej tyle samo lat co on i od początku uśmiechał się szeroko, nieadekwatnie do sytuacji. Może to gej, który go podrywa? W końcu ta mina i ten kolor ubrania. Jednak po chwili rozmowy tamten zaczął mówić, że właśnie wraca od byłej żony, co kompletnie zbiło go z tropu. Co prawda część gejów, próbując w ten sposób się maskować, posiada zwyczajne rodziny, jednak ci nie obnoszą się także z innym strojem, a takim właśnie było w jego mniemaniu białe ubranie.

– A teraz sam pan mieszka? – spytał Mariusz.

– Tak i nie spieszno mi do żadnego związku.

– Czyli jest pan szczęśliwy?

– Tak, a szczególnie jestem zadowolony ze swoich snów.

W tym momencie Mariuszowi przez myśl przebiegło wiele snów o szaleństwie i nieco zaniemówił. Skupił się na prowadzeniu samochodu, starając się nie dać po sobie tego poznać.

– A panu czasem coś się śni? – spytał nieznajomy.

– Czasem tak, a czasem nie.

– A jeśli się śni, to co?

– Różne takie głupoty. – Mariusz próbował zbyć rozmówcę, może zmienić temat na inny.

– Niech pan opowie. Proszę się nie wstydzić.

– Czemu się pan tak uczepił snów? – spytał Mariusz z pretensją. – Nie ma pan innych tematów?

– Może i mam, ale sny są moim ulubionym – odpowiedział spokojnie ten drugi, po czym głośno się roześmiał.

– A panu co się śni?

– Tego to nie powiem – odrzekł autostopowicz tym razem z delikatnym uśmiechem.

– Coś pan jest tajemniczy – stwierdził z przekąsem Mariusz.

– A dziękuję, nie narzekam. – I znów nieznajomy wybuchł śmiechem.

– Czemu pan tak dziwnie się zachowuje? – zauważył kierowca po chwili namysłu.

– Bo tak lubię.

– Czyli na co dzień jest pan taki sam?

– Tego nie powiedziałem – zafalował głosem rozmówca, nadal się śmiejąc.

– Dziwny pan jesteś.

– Pan jest za to normalny.

– O co panu chodzi? – zareagował z pretensją Mariusz.

– Mówię tylko, że wygląda pan na normalnego, zdrowego faceta – nieznajomy tłumaczył już bez tego swojego śmiechu.

– To miło mi, że pan mnie tak postrzega.

– A postrzegam, postrzegam. – Rozmówca dobitnie akcentował słowa.

Nastąpiła chwila ciszy, gdyż Mariusz nie za bardzo wiedział, co mówić dalej po takim gadaniu nieznajomego. Spojrzał na niego, a ten siedząc nieruchomo, patrzył przed siebie. Przez chwilę miał wrażenie, że ów człowiek odpłynął trochę w swój świat, toteż nie chciał mu przeszkadzać. Jechali dalej przez kilkanaście kilometrów, milcząc, aż nieznajomy stwierdził:

– Jak ja lubię innych kierowców… – powiedział to z wyraźną ironią.

– Mi się też nie podoba, jak niektórzy jeżdżą – odparł Mariusz.

– Ostatnio widziałem takiego, co przeskakiwał między samochodami, pędząc przed siebie, co fabryka dała, a kilka minut później stał obity na poboczu z jakimś innym autem. A nie lepiej tak jak pan? Spokojnie, ale nie za wolno.

– Kiedyś ja też szalałem, ale odkąd przemierzam długie dystanse co tydzień, to jakoś się uspokoiłem.

– Czyli nauczył się pan jeździć?

– Tak można powiedzieć – odpowiedział spokojnie Mariusz.

– Jak siadam za kierownicę, to inni kierowcy dzielą się dla mnie na trzy grupy: ci, którzy jadą tak samo szybko jak ja, są w porządku, ci jadący wolniej, to idioci i ci szybciej, to debile – i znów pasażer wybuchł gromkim śmiechem. – Takie mam zasady.

– No tak, są proste. – Uśmiechnął się Mariusz.

– Można? Można! Zasady to podstawa. Bez nich zginiemy. Zasada jest taka, aby mówić prawdę i tylko prawdę, niezależnie co się wydarzy. Niech pan to zapamięta. Nawet jeśli prawda jest dla nas przerażająca, to nie wolno się z nią mijać. I niech pan sobie to zapisze gdzieś drukowanymi literami – autostopowicz mówił z niezwykle poważną miną, wręcz z przejęciem, tak że aż Mariuszowi przeszły ciarki po plecach. Ciekawe skąd te ciarki? Przecież zwykłe słowa tego nie spowodowałyby.

– Ok, zrobię to.

Znów zapadła chwila ciszy, po czym ten drugi stwierdził:

– Sny się pojawiają co noc. Nie pozbędziemy się ich, choćby nie wiem co.

– A mi czasem się nic nie śni – odparł podrażniony Mariusz.

– Ej… – Skrzywił się pasażer. – Zawsze się śni, tylko najwyżej pan nie pamięta.

– Też o tym kiedyś słyszałem, ale w to nie wierzę.

– Brak wiary to pana problem. – Autostopowicz zaakcentował ostatni wyraz, na co znów Mariusz zareagował irytacją. Nic nie odpowiedział i czekał, co tamten powie.

– Wie pan co? – zaczął w dziwny sposób ten drugi. – A nie marzyło się panu zniknąć z życia tak z dnia na dzień.

– W jaki sposób zniknąć?

– Przestać się odzywać do kogokolwiek, siedzieć tylko w domu i mieć to wszystko gdzieś?

– Na taki luksus nie mogę sobie pozwolić. Mam zbyt dużo na głowie i za bardzo mi na tym zależy.

– Zależy… – Zawiesił głos pasażer. – A może powinno przestać?

– Przykro mi, ale nie położę się brzuchem do góry i nie będę się głupkowato gapił w telewizję.

– A może tak nic nie robić, nawet bez telewizji, czy choćby spacerów? – I znów ten drugi się roześmiał.

– Gadaj pan zdrów!

Tym razem zapanowała jeszcze dłuższa cisza, bo Mariusz czuł, że jest prowokowany i nie miał ochoty się z nim słownie ścierać. Za jakiś czas jeszcze pogawędzili o zupełnie nieistotnych sprawach, dojechali do Warszawy, nieznajomy poprosił o zatrzymanie samochodu i zaczął się zbierać do wyjścia.

– Niech pan pamięta, co powiedziałem. Prawda nas wyzwoli.

– Dobrze, nie zapomnę.

– Trzymam za słowo. – Wysiadając, wyciągnął z kieszeni metalowy długopis i wręczył go Mariuszowi.

– To dla mnie?

– Tak, jako pamiątka, że mnie pan wiózł. Ilekroć pan na niego popatrzy, będzie pan wiedział, że nie byłem zjawą.

– Ok, do widzenia. – Mariusz wziął do ręki prezent, po czym odruchowo położył na fotelu obok. Rozstali się gdzieś w Starej Miłosnej. Cieszył się, że ma kogoś tak uciążliwego z głowy, toteż odetchnął głęboko i gdy już ruszył, coś go tknęło, aby obejrzeć długopis. Wziął go jeszcze raz i obracając, dostrzegł wygrawerowany napis:

„…Czasem mogą się sprawdzać…”

ROZDZIAŁ III

Zawsze po powrocie do domu czy to z delegacji, czy nawet półdniowej wycieczki brał prysznic. Już jako dziecko wykazywał wyjątkową dbałość o higienę osobistą, a w wieku kilkunastu lat stało się to jego obsesją. Kąpał się dwa, czasem trzy razy dziennie, a odkąd miał do dyspozycji prysznic, używał go nawet cztery razy na dzień. On nie widział w tym nic dziwnego. Mało tego, twierdząc, że tylko w ten sposób będzie zdrowy, szczycił się tym. W jego otoczeniu stawało się to często obiektem ironii, kpin czy nawet szyderstw. Nie przejmował się i zawsze powtarzał, że jeśli ktoś się z tego śmieje, to sam ma problem ze swoją higieną.

Po kilku tygodniach od spotkania faceta od długopisu umówił się na weekendowy wyjazd ze swoją dziewczyną. Zapowiadała się ładna pogoda, było lato, więc postanowili pojechać nad morze. Plan był taki, aby wyruszyć w sobotę nad ranem, przed południem dotrzeć nad wybrzeże, zostać tam do niedzielnego popołudnia i wrócić na noc do Warszawy. W piątek po południu wrócił z Kalisza od kontrahenta, wziął prysznic, poszedł do sklepu po kilka piw i aby się nieco rozerwać, usiadł przed telewizorem. Piwo włożył do lodówki na wieczór, otworzył komputer i w międzyczasie gapił się na jakieś nieokreślone programy. Wysłał kilka maili, sprawdził wyniki sportowe.

Jego mieszkanie, jak wspomniałem, składało się z trzech pokoi. Jeden, ten największy był salonem i tam spędzał najwięcej czasu, drugi to sypialnia, a trzeci służył jako graciarnia i, można powiedzieć, przechowalnia. Salon miał powierzchnię około dwudziestu metrów i był praktycznie połączony z kuchnią, a dzieliła je ścianka działowa, znajdująca się pośrodku, na której wisiał duży telewizor, natomiast po bokach były przejścia między tymi pomieszczeniami. Kuchnia była podłużna i niezbyt obszerna. W salonie na przeciwległej ścianie stała skórzana kanapa, a obok dwa podobne fotele. Po prawej niewielki regalik z szybami jako frontem, a w nim książki i płyty. Po lewej od kanapy rozkładany stół otoczony sześcioma metalowymi krzesłami. Między kanapą a ścianką działową niewielka drewniana ława, służąca zwykle jako stolik pod komputer. I to w zasadzie tyle. Sypialnia była urządzona w sposób prosty, wręcz szablonowy: otwierane, szerokie łóżko, obok szafka na pościel i inne rzeczy materiałowe, a na nim mały telewizor. W graciarni stała duża szafa, mały regalik i zapasowe, niewielkie łóżko.

To popołudnie, oszczędzając siły na długą drogę następnego dnia, spędził leniwie. Wieczorem, siedząc na kanapie, sięgnął po piwo, wypił dwa, wziął prysznic i położył się spać około dwudziestej pierwszej, aby wstać o czwartej rano. Obudził się, znów zażył kąpieli, jeszcze raz sprawdził pocztę, wyłączył komputer i wyszedł, zamykając drzwi na dwa niepospolite zamki. Był tego pewien, że laptop został zamknięty.

Na wybrzeżu byli o dziesiątej, udali się do hotelu, a po zostawieniu rzeczy, poszli na plażę. Był początek sierpnia, a bezchmurne niebo dawało im tego, czego oczekiwali po tej wyprawie. Niestety, nie brakowało też ludzi i nawet o tej godzinie trudno było znaleźć miejsce, aby rozłożyć koc. Jednak po kilkunastu minutach rozłożyli się przy samych wydmach. Wokół słychać było gwar, piski dzieci, czasem głos wołający: „lody, lody dla ochłody” i szum morza.

– Brakowało mi tego – oświadczyła Marta. Była niewysoką dziewczyną, bo miała niecałe sto sześćdziesiąt centymetrów wzrostu, włosy kruczo-czarne, twarz okrągłą i dość obfite kształty, mimo że była szczupła.

– Ja też już miałem dość stolicy. Czas po prostu poleżeć.

– Wiesz, miałam dziś dziwny sen. Śniło mi się, że stoję w supermarkecie, wokół zupełnie pusto, ale nie mam przy sobie żadnych pieniędzy, a zależało mi na zrobieniu zakupów. Przemierzając cały sklep, zgarniam do koszyka co potrzebne, po czym podchodzę do wyjścia awaryjnego, przez chwilę się z nim siłuję, otwieram i próbuję opuścić supermarket bez płacenia. W tym momencie jednak zjawia się kilka przypadkowych osób i łapią mnie za ubranie, wciągając z powrotem do środka. Potem pchają w kierunku kas, ale żadna ochrona się nie zjawia. Nawet nie widziałam twarzy. Nie wiem, co robić, bo przecież nie mam czym zapłacić. I na tym sen się skończył.

– A zrobiłabyś tak w rzeczywistości?

– Pewnie, że nie. Nigdy! – Oburzyła się.

– Ja nie pamiętam, co mi się dziś śniło. Może nic?… Natomiast kilka dni temu miałem sen, że chodzę bez celu po ulicach, obijam się o przechodniów, rozglądam we wszystkie strony i wiem, że nie mam dokąd pójść. Niby mam mieszkanie, a jednak był to taki stan, iż czułem się bezdomny i samotny. Nie potrafię tego opisać, ale ta tułaczka była jedyną rzeczą, na jaką było mnie stać. Jakbym stracił sens…

– Pamiętaj, że do mnie zawsze możesz zapukać i cię wpuszczę. – Uśmiechnęła się i pogładziła go po barku.

– Dzięki. W tym śnie czułem się, jakbym oszalał… Zresztą to nie pierwszy sen o tym. Nigdy ci o tym nie mówiłem, ale cyklicznie śni mi się, że jest ze mną psychicznie coś nie tak. Nawet często trafiam do wariatkowa.

– A od kiedy je masz?

– Od niepamiętnych czasów… Dobra, zostawmy to!… – Uciął to tak nagle, niespodziewanie i w tak dziwny sposób, że Marta zwróciła na to uwagę.

– Ale teraz wszystko w porządku? – spytała, przytulając go.

– Tak, teraz jest ok.

Potem leżeli dość długo i ciesząc się słońcem, piaskiem, i szumem morza, rozmawiali. Po południu poszli na obiad, pojechali na krótką wycieczkę, wieczorem wrócili do hotelu, a następnego dnia powtórzyli wizytę na plaży. Później wrócili bezproblemowo do Warszawy i na miejscu byli tuż przed północą. Odwiózł ją do domu i zjechał do własnego. Po wejściu do środka zwrócił uwagę na otwarty i włączony laptop. Pokręcił z niezadowoleniem głową. „Chyba się starzeję albo za dużo mam na głowie” – pomyślał. Jeszcze wziął prysznic, położył się spać i dzień się skończył. Tej nocy nic mu się nie śniło.

Często popisywał się wśród znajomych sukcesami handlowymi, co niejednokrotnie budziło niechęć czy wręcz zazdrość innych. Bliżsi znajomi, zdając sobie sprawę z jego szczerego serca i dobrych zamiarów, traktowali to z pobłażaniem. Natomiast trafiali się tacy, którzy wyraźnie byli przeciwko niemu. Przez długie lata nie zwracał na to uwagi, jednak z czasem nauczył się słuchać, co mówią inni o nim samym i przyjął to do wiadomości. Nie próbował tego u siebie zwalczyć, gdyż akceptował siebie takiego, jakim był. Przynajmniej tak twierdził. Zdarzały się jednak sytuacje, gdy dopadała go chandra, a wtedy zapadał się w sobie i myślał: „Kim ja w zasadzie jestem? Jestem nic niewarty! To wszystko, co robię, to jakiś koszmar!”. Potem, zostawiając za sobą rozterki, wracał do zajęć i przyzwyczajeń. Pamiętał mimo wszystko o chwilach słabości, traktując je jako coś mało znaczącego i mówiącego o wrażliwości. Poza tym zdawał sobie sprawę, że interes, który prowadzi, angażuje go maksymalnie trzy czy cztery dni w tygodniu, resztę czasu ma dla siebie i niejeden mógłby mu tego zazdrościć. Druga sprawa, iż byłby w stanie zrobić sobie przerwę nawet miesięczną bez uszczerbku dla firmy. Jednak nigdy tego nie zamierzał, gdyż uważał się za człowieka, który jeszcze nie jedno w życiu osiągnie, więc przykładał się do swojej pracy, jak mógł najlepiej. Po głowie chodziło mu, by otworzyć hurtownię odzieżową, choć zdawał sobie sprawę, że jeszcze wiele musi uzbierać pieniędzy, aby to osiągnąć.

Jakiś czas później postanowił odwiedzić mieszkających kilkanaście kilometrów od niego rodziców. Zszedł do garażu podziemnego, wsiadł do samochodu i ruszył, wyjeżdżając najpierw z niego, a potem na niewielką uliczkę. Było zupełnie ciemno. Kiedy już znajdował się na tej uliczce, zauważył we wstecznym lusterku zapalające się światła innego samochodu, a po chwili tamten zaczął jechać w jego stronę. Szybko o tym zapomniał i przemierzał drogę tak, jak zwykle. Zadzwonił po drodze jeszcze do Marty i umówił się na następny dzień. Jednak około kilometra od nich dostrzegł, że jakieś auto podąża za nim. Czy to nie te same światła, co pod jego domem? To niemożliwe… Podjechał w miejsce docelowe, zaparkował, a tamten samochód przemknął obok bez zatrzymania i skręcił kilkaset metrów dalej. To był zwykły przypadek i na pewno coś mu się wydawało…

Tego dnia wrócił do domu około dwudziestej trzeciej i gapiąc się w telewizor, zasiadł na kanapie w salonie. Szukając czegoś interesującego, pstrykał pilotem, ale na nic nie natrafił, toteż pogrążył się w myślach i przypominał sobie swoje sny. Były dla niego prawie drugą, równie realną rzeczywistością, w którą zapadał się od czasu do czasu. Wszystkie te sceny wariactwa, tworząc obraz jakże inny, niż by tego sobie życzył, przedzierały się poza sen. Na co dzień był przecież biznesmenem, prowadzącym świetną firmę, posiadającym czułą, inteligentną i piękną kobietę, a we śnie stawał się niemal wyrzutkiem. Co więcej, sny, gdy się tuła bez celu, były przepełnione apatią, rezygnacją i smutkiem, a w rzeczywistości był tego zaprzeczeniem. Rozgrzebując te stany, tkwił w bezruchu i w pewnym momencie złapał się, że jest mu to w pewien sposób potrzebne. Nie zdawał sobie sprawy w jakim aspekcie, ale stanowiło to swoistą pustelnię i ucieczkę zarazem. „A może to wentyl bezpieczeństwa?” – myślał. – „Przecież na co dzień jestem w takim przymusie życia, że muszę gdzieś mieć okno na swoją słabość”. I mniej więcej tak wyglądał dwojaki pogląd na własne sny. I to dosłownie dwojaki. Niemalże doktor Jekyll i mister Hyde, tyle że w innych płaszczyznach. W tym wypadku Jekyll to biznesmen, a Hyde to tęsknota za sennym szaleństwem.

ROZDZIAŁ IV

Nadchodziła rocznica ślubu jego rodziców i został oficjalnie zaproszony wraz z dziewczyną. Zadzwonił do Marty i uprzedził, że to wypada w ciągu tygodnia i pewnie będzie tak, iż przyjadą prosto z pracy. To jej jednak nie przeszkadzało. Postanowili oboje kupić im ciśnieniowy ekspres do kawy. On go nabędzie, weźmie do siebie i zawiezie na miejsce samochodem. Kupił i postawił blisko drzwi w domu. Rodzice zaprosili na to spotkanie kilkanaście osób, w tym część rodziny i kilkoro znajomych. Niestety kilka dni przed terminem dowiedział się, że będzie musiał pojechać do producenta garniturów i zdawał sobie sprawę, że nie zdąży podjechać po Martę, więc ustalili, iż każde z nich uda się tam osobno, a spotkają się na miejscu. W przeddzień rocznicy położył się spać około północy i zamierzał jechać do producenta około ósmej rano. Nigdy nie miał problemu ze wstawaniem, toteż nawet nie ustawiał budzika. Niedługo zasnął. Obudził się przed siódmą zgodnie z planem i już zamierzał wstać, gdy sobie przypomniał, co mu się w nocy śniło.

Sen był o tym, że zamierza gdzieś lecieć samolotem, lecz dziwnym, niezrozumiałym trafem tuła się w obcym mieście, patrzy na ludzi, a oni wydają się jacyś inni i jak nie ludzie. Próbuje podchodzić do kogoś, aby spytać, gdzie jest, ale nikt nie zwraca na niego uwagi. Chodzi szybko od jednej osoby do drugiej, bo wie, że nie zdąży na samolot. Jednakże dostrzega jakąś grupkę osób w kaftanach ze szpitala psychiatrycznego idącą środkiem ulicy w zupełnej ciszy. Dołącza do nich i w ten sposób przemierzają nieznane miasto. Za pewien czas wychodzą poza miasto i są na jakichś polach. Myśli o samolocie, ale już pogodził się, że nie zdąży. I w gruncie rzeczy jest mu wszystko jedno. W tej chwili liczy się tylko ten marsz. Nic więcej. Po jakimś czasie dochodzą nad brzeg jeziora, zatrzymują się i tylko patrzą na idealnie płaską taflę wody. Światło słoneczne, tworząc oślepiający błysk, który zarówno odseparowuje od świata zewnętrznego, jak i dodaje swoistej, spokojnej, ale w pełni wypełniającej energii, odbija się od powierzchni. Siada na brzegu, zapominając o wszystkim innym. Piasek zgrzyta, wiatr delikatnie szumi i słychać śpiew ptaków z pobliskiego lasu. A wokół ci ludzie. Ma ochotę zostać tu na zawsze. Zamyka oczy i odpływa. Budzi się.

Doskonale pamiętał, co mu się śniło. Zarówno fakt, iż nie zdążył na samolot, jak i to niesamowite uczucie, gdy był nad jeziorem. Zdawał sobie też sprawę, że dołączył do ludzi z psychiatryka, jednak wbrew oczekiwaniom kojarzyło mu się to niezwykle pozytywnie. Nie był w stanie sobie tego wytłumaczyć, lecz nie musiał, gdyż nawet nie próbował się oprzeć tej sennej wizji. Leżąc, zamknął oczy, a wspomnienia, powodując miły dreszcz i uśmiech na twarzy, same go zalewały. Wiedział, że dołączywszy do nich, staje się taki sam i chyba to było najważniejsze, mimo iż przed oczyma miał swoją ewentualną chorobę. Opanowywało go coś niezwykłego. Coś, o czym rzeczywistości nawet by nie zamarzył. Mówi się czasem, że coś było miłe jak sen, a właśnie ten sen był tego urzeczywistnieniem, więc teraz pragnął znów się znaleźć w tym magicznym świecie pełnym oderwania od trosk i zmartwień.

W pewnym momencie spojrzał na zegarek w telefonie i uznał, że czas by było wstawać, ale nie miał ochoty odrywać się od marzeń, toteż przekręcił się na brzuch, wtulił głowę w poduszkę i chciał dalej śnić. Jedna jego część mówiła mu, że musi się ruszyć, aby wkrótce pojechać do producenta, jednak druga nie miała na to żadnej ochoty. Przez jakiś czas walczył ze sobą, lecz w pewnym momencie powrót do rzeczywistości wydał się niedorzeczny. „Po co mam dziś zawracać sobie tym głowę?” – pomyślał. I skulił się w kłębek, przykrył prawie całkowicie kołdrą i został w łóżku. Jeszcze kilka minut przed planowaną wizytą u producenta, dzwoniąc, poinformował go, że jest chory i przełożył spotkanie na inny termin.

Odpływał w krainę marzeń i wspomnień, a myśli cofały się o kilkanaście lat do czasów, gdy był nastolatkiem. Tworząc wokół niego szczelną bańkę, pulsującą zarówno obrazami, dźwiękami, jak i uczuciami, dobiegały echa tamtych dni. A wszystko to razem składało się na istną magię i świątynię intymnego zapomnienia. Niby był w domu, ale odpłynął z chwilą, gdy cofnął się w czasie. Jego ciało spoczywało owinięte kołdrą i to ciepłe posłanie, dając mu zarówno poczucie bezpieczeństwa, jak i odrealnienia, stanowiło pożywkę dla podróży w głąb przeszłości. Stał się na ten czas jeszcze raz dzieckiem.

Mając około dwunastu lat, był nawsi. Spędzali tam razem z dalszą rodziną Wielkanoc. Poszli z braćmi ciotecznymi do lasu, bawili się i cieszyli swobodą, gdyż dorośli zostali przy stole. Był to rok, kiedy po długiej i ciężkiej zimie nastała od razu gwałtowna i ciepła wiosna, toteż na polach można było zobaczyć jeszcze hałdy śniegu, a jednocześnie temperatura sięgała dwudziestu stopni na plusie. W pewnym momencie, idąc brzegiem lasu, zobaczyli niewielkie jeziorko utworzone z wody powstałej z roztopionego śniegu. Poza tym krótkim okresem miejsce to było suche, jednak teraz jego głębokość sięgała nawet metra. Będąc dziećmi, wpadli na, jak się wydawało, fascynujący pomysł – aby się tam wykąpać. Nie przeraziła nawet temperatura wody – była bliska zeru. Rozebrali się do naga, wskoczyli do wody, biegali i opryskiwali nawzajem, zarazem odganiając dojmujące uczucie lodowatego zimna. W pewnym momencie, mocząc nawet włosy, on się przewrócił. Cioteczny brat, zobaczywszy to, sam rzucił się do wody. Szaleli w ten sposób kilkanaście minut, aż zaczęli czuć wyraźne, wszechogarniające drgawki, wtedy wyszli. Chwilę pobiegali po suchym, aby się nieco wysuszyć, potem się ubrali i poszli dalej.

Innego razu, w pełni lata, też razem z tymi samymi braćmi wpadli na pomysł, by pobawić się w Indian. Wymyślili sobie, że każdy z nich będzie musiał przejść test wytrzymałości, który da odpowiedź, czy ktoś będzie przyjęty do plemienia. Polegał na tym, że zdejmowali koszulki i zostając z nagimi torsami, kładli się na trawie na plecach, do nóg przywiązywano im sznurek, a inni ciągnęli go po tym terenie. Po przejechaniu kilkudziesięciu metrów plecy mieli pozdzierane do krwi, ale żaden się nie wycofał. Dzieci… Po takiej inicjacji byli prawdziwymi Indianami! Mocno cierpiący, ale dumni zakładali z powrotem ubrania i bawili się dalej. Wybudowali nawet obozowisko skonstruowane z uschłych, leżących pni sosen, połamanych gałęzi i nielicznych kamieni, a wszystko to tworzyło coś w rodzaju szałasu, czy, jak by to nazwali Indianie, tipi. Potem siedzieli, palili w środku ognisko i o mało sami nie poszliby z dymem, gdyż konstrukcja zaczęła się zajmować ogniem. W porę wyskoczyli na zewnątrz i z dużym trudem opanowali sytuację.

Tkwiąc w swojej bańce odrealnienia, trzecią historią, którą sobie przypomniał, była przygoda, jak wybudowali sobie z tymi samymi braćmi ziemiankę głęboką na dwa metry i szeroką na ponad trzy. Miał to być bunkier, gdy bawili się w wojnę. Pracowali nad nim kilka dni, kopiąc najpierw wielki dół, a potem przykrywając uschniętymi pniami, na to położyli stare ciuchy i przysypali niewielką warstwą ziemi. Ta ostatnia zabawa podobała mu się najbardziej. Często tracąc poczucie czasu, czuł się odizolowany od świata zewnętrznego, w innej rzeczywistości. Wyobrażał sobie, a wyobraźnię miał zawsze niezwykle bujną, że jest inny czas i inne miejsce. O dziwo, samemu nie bawił się w wojnę, ale raczej w coś w rodzaju miejsca, gdzie mógł się skryć po długiej ucieczce. Był przez kogoś ścigany, a ziemianka stanowiła azyl. Bycie ściganym było dla niego jednym z najważniejszych tematów samotnej zabawy. Nigdy się nie zastanawiał, dlaczego tak było, ale chętnie powracał pamięcią. Często w wyobraźni pojawiała się dziwna osoba chcąca go dopaść i nawet pamiętał rzekomy wygląd. Był to niezwykle wysoki mężczyzna, dobrze zbudowany, z lekkim, kilkudniowym zarostem. Obraz ten przetrwał próbę czasu i nie wiadomo czemu teraz go dopadł. Leżał zatem u siebie w łóżku, a teraźniejszość ścigała się z imaginacją.

Czas mijał, a on nieposłuszny jego rytmowi lewitował poza nim. Nie zdawał sobie sprawy w zasadzie, gdzie jest ani która godzina. Wszystkie te wspomnienia dawały mu poczucie bezpieczeństwa i życia światem, który sobie wyobrażał. Nawet nie spostrzegł, jak zrobiło się późno i dawno powinien zacząć się szykować na uroczystość u rodziców. Jednak będąc zupełnie gdzie indziej, nie myślał o tym. W międzyczasie gdzieś tam słyszał dźwięk telefonu oznajmiający, że bateria jest na wyczerpaniu, lecz nic z tym nie zrobił, toteż ten po kilku takich sygnałach wyłączył się i teraz nic nie mogło go oderwać od fantazji. Zrobiła się osiemnasta, potem dwudziesta, a on nadal leżał owinięty kołdrą. Nie odczuwał ani głodu, ani pragnienia, a potrzebę pójścia do toalety jakoś jeszcze mógł kontrolować. Całą tę jego ucieczkę od rzeczywistości przerwał dopiero dzwonek domofonu. Wyskoczył z łóżka niczym rażony piorunem, podbiegł do drzwi, spojrzał na zawinięty w ozdobny papier ekspres do kawy i dotarło do niego, co się stało. Bez pytania otworzył drzwi przyciskiem, biegiem ruszył po telefon, aby sprawdzić, która godzina i już wiedział. Chwilę potem zapukała Marta. Wpuścił ją bez namysłu.

– Co się stało, dlaczego masz wyłączony telefon?! – krzyczała.

– Rany… Wybacz, nie wiem, co się stało… – odpowiadał, bełkocząc.

– Wszyscy niemal postradali zmysły, a ty siedzisz w domu i nawet wyłączyłeś ten cholerny telefon! – grzmiała w tym samym tonie.

– Rozładował się… – sylabizował, będąc jeszcze częścią swojego umysłu w czasach dzieciństwa.

– Nigdy ci tego nie wybaczę! Jak mogłeś mi to zrobić?!

– Przepraszam… – Zamyślił się i chciał coś powiedzieć, ale mu przerwała:

– Siedź sobie dalej na dupie, a z nami koniec! Słyszysz?! Koniec! – I wyszła, trzaskając drzwiami.

Stał nieruchomo przez dłuższy czas, w zasadzie nie wiedząc, jak do tego doszło i nie potrafił zareagować adekwatnie do sytuacji. Ani za nią nie pobiegł, ani nawet nie ruszył się, aby włączyć telefon i zadzwonić do rodziców z przeprosinami. Po prostu nic nie rozumiał, a uczucia temu towarzyszące były tak silne, że niejako przytwierdziły go do tego miejsca. Zwiesił bezsilnie głowę, spuścił wzrok i tkwił w bezruchu przez dłuższy czas. Dopiero mniej więcej po kwadransie zebrał się w sobie, podłączył telefon do ładowarki i zobaczył, która godzina. Było wpół do dziesiątej. To go przeraziło. Błyskawicznie wziął prysznic, ubrał się, chwycił prezent pod pachę, zbiegł do samochodu i pojechał do rodziców. Nie wziął jednak telefonu w pośpiechu, więc nie mógł zadzwonić do dziewczyny, aby spróbować ją jakoś udobruchać. Pod rodzinny dom przyjechał sporo po dziesiątej i chwilę później otworzyła zapłakana matka. Była dość wysoka, bo mierzyła ponad sto siedemdziesiąt centymetrów wzrostu, ciemna szatynka, z włosami do ramion, a w tym momencie ubrana była w piękną, seledynową suknię ze sporym dekoltem.

– Jesteś… Jak dobrze, że nic ci się nie stało.

– Wybacz mamo, ale sam nie wiem, jak do tego doszło…

– Dzwoniła Marta i jest wściekła – mówiła matka, ocierając łzy.

– Wiem, była u mnie.

– Wejdź. Impreza szybciej się skończyła… – Dając do zrozumienia, że to z jego powodu, spojrzała mu prosto w oczy.

– Przepraszam cię jeszcze raz. Nie wiem, jak się wytłumaczyć. I wszystkiego najlepszego z okazji rocznicy. A tu prezent dla was. – Postawił na szafce ekspres, zdjął buty i wszedł do środka.

Przy stole w salonie siedział ojciec. To tęgi facet, wzrostu stu siedemdziesięciu pięciu, z ciemnymi, krótkimi włosami; ubrany w białą koszulę i granatowe spodnie w kancik. Gapił się w telewizor i nawet nie spojrzał. Dopiero na powitanie zerknął w jego stronę z wyraźną rezygnacją i odpowiedział. Mariusz usiadł na jakiś czas koło niego, próbował udobruchać, ale tego wieczoru mu się to nie udało. Matka przez chwilę postała razem z nimi, a potem zajęła się sprzątaniem po uroczystości. Po jakimś czasie wstał od stołu, poszedł do kuchni, stanął obok matki i milczał. Chciał coś powiedzieć, ale żadne słowa nie przechodziły przez gardło. Nie wiedząc, co ma ze sobą zrobić, pobył u nich jeszcze kilkanaście minut, a potem wyszedł i pojechał do Marty. Tego wieczoru nie otworzyła drzwi, więc postał tam przez chwilę i wrócił do domu. Padł na łóżko i zasnął w okamgnieniu.

ROZDZIAŁ V

Wkrótce skorzystał z zaproszenia do knajpy przez swojego znajomego, Artura. Do tego czasu zdążył się pogodzić z Martą, toteż wybierał się tam razem z nią. Ustalili, iż każde z nich dojedzie osobno, a wrócą razem. Pojawił się przed dwudziestą, czyli godziną rozpoczęcia imprezy. Był to pub Elegancki Bolek na Polach Mokotowskich, przy Alejach Niepodległości. Na miejsce przyjechał taksówką i planował dobrze się zabawić, szczególnie że następnego dnia nie miał zupełnie nic do roboty. Ani spraw związanych z pracą, ani nawet żadnych prywatnych. Nie posiadał ze sobą żadnego prezentu, gdyż umówili się z nim w ten sposób, że podjadą do niego do domu kilka dni później i wtedy przywiozą. Wszedł do środka, rozejrzał się, ale nie zastał jeszcze znajomych, toteż podszedł do baru, zamówił piwo i usiadł na jednym ze stołków. Wewnątrz panował spory gwar, przez który dość często przebijały się śmiechy i głośniejsze wołania. Chwilę później pojawił się Artur – tęgi mężczyzna, wzrostu prawie stu dziewięćdziesięciu centymetrów, ubrany w żółtą koszulę, niebieskie dżinsy i sportowe buty. Mariusz wziął w rękę kufel, podszedł do niego i się przywitał. Razem spytali o rezerwację, a gdy wskazano im stolik, usiedli. Zbliżała się dwudziesta. Pogawędzili przez chwilę i zaczęli przychodzić następni goście. Kilkanaście minut później był prawie komplet, poza Martą. Na razie nie chciał do niej dzwonić, uznając, że ta wie, co robi i jeśli się nawet spóźni, to jej sprawa. Niestety, nie pojawiła się w ciągu następnych kilkunastu minut, więc wyciągnął telefon i zadzwonił. W słuchawce usłyszał, iż abonent jest chwilowo niedostępny. Ponowił próbę za kilkanaście minut i efekt był identyczny. W tym czasie, starając się nie przejmować, co może się z nią dziać, zdążył zamówić kolejny kufel piwa, kontynuował rozmowy z innymi.

Naprzeciwko siedziała samotna dziewczyna i od samego początku zwracała na niego baczną uwagę. Była wysoka, bo miała ponad sto siedemdziesiąt pięć centymetrów wzrostu, idealną figurę, ubrana w bardzo obcisłe dżinsy w kolorze niebieskim, rozpinaną, bawełnianą bluzkę w podobnym odcieniu i czarne, skórzane buty na lekkim obcasie. Twarz miała bardzo ładną, wręcz jak z okładki czasopisma i długie, proste blond włosy, sięgające niemal pośladków. Na imię jej było Apolonia.

– I co, nie przyszła? – spytała, zalotnie się uśmiechając.

– Nie wiem do końca, co się dzieje… – odpowiedział smętnie. – Umawialiśmy się tu, na miejscu, a teraz ma wyłączony telefon.

– Może jedzie metrem i jest poza zasięgiem?

– Całkiem prawdopodobne, w końcu mieszka na Bielanach, a metrem jest tu bardzo wygodny dojazd. Ale z drugiej strony na stacjach jest zasięg, a poza tym po takim czasie już by dojechała…

– Nie przejmuj się, musiało coś ją zatrzymać.

– Ja to raczej wiążę z odwetem – odrzekł znów smętnie, po czym opowiedział całą historię o tym, jak to nie dotarł na rodzinną uroczystość.

– No to musiała być wściekła – skomentowała Apolonia – A jak twoi rodzice na to zareagowali?

– No cóż… Byli bardzo smutni… Nawet nie źli, ale właśnie smutni i przygnębieni… Do dziś mają o to pretensje.

– Ja się wcale nie dziwię. Też bym była taka, gdyby mój syn w ten sposób zawiódł.

– Zdaję sobie z tego sprawę… – odpowiedział, spuszczając głowę w pokorze.

– Ale teraz już tego nie zmienisz, więc pozostało ci jakoś to im wszystkim zadośćuczynić.

– Zamierzam rodziców częściej odwiedzać niż zwykle, a co do mojej dziewczyny, to muszę wymyślić coś specjalnego.

– Jednak to, co ona teraz robi, jeśli oczywiście jest to rewanż, to mi się nie podoba. – I znów się znacząco uśmiechnęła.

– Chce, żebym się tak samo poczuł, jak ona wtedy.

– To całkiem możliwe, ale i tak to nie w porządku. Ja bym tak nie zrobiła – skomentowała, po raz kolejny zalotnie się uśmiechając.

– Więcej nie będę dzwonił. Przyjdzie, to przyjdzie; nie, to nie. Jej sprawa. Ja zamierzam się dobrze bawić.

I poszedł po kolejne piwo, kupił także drinka dla Apolonii. Kiedy wrócił, założenie o dobrej zabawie legło w gruzach. Udawał, że nie bierze do siebie nieobecności Marty, która poważnie go ukłuła swoim zachowaniem. Usiadł z powrotem przy stole, ale już nie był w stanie się bawić. Nawet na zaczepki Poli nie reagował prawie w ogóle. Zamknął się w sobie i po jakimś czasie nie docierało do niego prawie nic. W pewnym momencie, a było to około dwudziestej drugiej, pożegnał się ze zgromadzonymi, przeprosił Artura, zamówił taksówkę i pojechał do domu.

Gdy wszedł do domu, trzasnął za sobą drzwiami, zrzucił niedbale buty, to samo zrobił z lekką kurtką i wstąpił na chwilę do toalety. Z jednej strony wiedział, co zrobiła Marta, a z drugiej zdawał sobie sprawę, że to on, nie zjawiając się u rodziców na imprezie, zapoczątkował to. Sięgnął po butelkę whisky, szklaneczkę, usiadł w salonie na fotelu, włączył telewizor i zaczął gapić się na mecz Ekstraklasy. „Co ja mogę zrobić, żeby rozwiązać tę sprawę?” – myślał. – „Może dać jej nauczkę? Nie. Nie będę się mścił. A może jednak?…” Najpierw jedna szklanka, potem druga, trzecia, czwarta, aż poczuł senność, wziął prysznic, następnie jeszcze zasiadł w tym samym miejscu, wypił kolejne dwa drinki i chwilę później położył się do łóżka. Usnął natychmiast.

ROZDZIAŁ VI

Budzi się, powoli spływa ze świata snu, zaczynają docierać impulsy z zewnątrz, jeszcze nie ruszył się z miejsca, a już czuje silny ból głowy. Ból tak potężny, jakiego jeszcze nigdy nie doświadczył. Jakaś obręcz zaciska się wokół czaszki, a jednocześnie jest mu z tego powodu aż niedobrze. Co się dzieje?… Poprzedniego dnia ostro popił i jedyne, o czym marzy, to wziąć proszek przeciwbólowy. Rusza nogami, lecz przez chwilę ma wrażenie, że są przez coś spętane. Tego samego próbuje z rękoma, ale z nimi idzie znacznie lepiej. Wyciąga je ponad głowę i odkrywa jakąś dziwną fakturę podłoża. Nerwowo otwiera oczy, wokół panuje całkowita ciemność. Jeszcze raz, aby przewrócić się do innej pozycji, stara się ruszyć nogami, ale teraz jest już pewien, że coś jest nie tak. Może nimi poruszyć o kilkanaście centymetrów, dalej nie. „Na pewno zaplątałem się w kołdrę” – myśli. Czując nieprawdopodobne pulsowanie wewnątrz czaszki, powoli próbuje przewrócić się z pleców na bok, lecz nie jest w stanie. Leży nadal na wznak. Zwykle, kiedy śpi, telefon trzyma na podłodze, zaraz przy łóżku, więc wyciąga rękę w bok i dół, jednakże czuje dłonią wyraźny chłód. Sięga bardzo nisko, lecz nie może dotknąć podłogi, ani odnaleźć telefonu. Łupie mu w głowie, zaczyna wymachiwać ręką w poszukiwaniu czegokolwiek i jedyne co wyczuwa, to ta dziwna faktura: jakby splecione sznurki – coś w rodzaju sieci rybackiej. To go jeszcze bardziej wytrąca z dotychczasowego stanu i już szarpie się cały, aby się podnieść i odnaleźć komórkę, ale wyraźnie czuje, że jest zaplątany w kołdrę. Szarpiąc, próbuje ją ściągnąć i mimo rosnącego bólu głowy, rzuca się w każdą stronę. Nie przynosi to żadnego efektu. Jednocześnie całe łóżko się buja. Teraz jest już całkowicie skołowany. Próbuje wstać. Nie jest w stanie. Zarazem robi mu się jeszcze bardziej niedobrze. Do potężnego bólu głowy dochodzi uczucie nadchodzących torsji. Ponownie nadludzkim wysiłkiem rzuca ciałem w każdą stronę, obmacuje rękoma kołdrę i wyczuwa jakieś liny. Poprzedniego dnia położył się do własnego łóżka. To z powodu tych lin nie może się ruszyć. Został przez kogoś związany. „Tylko czemu nie mogę sięgnąć po komórkę, skoro ręce mam wolne?” Rozgląda się we wszystkie strony i nie widzi kompletnie nic. Tylko ciemność. Mruga oczyma, jakby nie wierzył, że powieki ma otwarte. Zdobywa się na okrzyk:

– Co jest grane?

Od razu dobiega dość silny pogłos, a to znaczy, że nie jest u siebie w domu. Dziwna faktura, na której leży, to nie jego łóżko, a bujanie oznacza, że nie jest nawet w łóżku.

– Gdzie ja jestem? – zadaje sobie to pytanie półgłosem i za chwilę znów słyszy delikatne echo wypowiedzianych słów.

– Kurwa, gdzie jestem?! – krzyczy wniebogłosy i dopada go jeszcze silniejszy ból głowy, a uczucie nadchodzących torsji się wzmaga.

Następuje dłuższa cisza, a odpowiedzi nie ma. Próbując wymacać podłogę, wychyla się tak mocno, jak tylko może w bok i w dół, sięga ręką pod siebie. Jej także nie ma. Nic nie widzi. Ktoś mu zrobił cholerny kawał: związał we śnie, zawiesił gdzieś wysoko nad podłożem, spętał całe ciało z wyjątkiem rąk i głowy i na pewno teraz ma niezły ubaw. Z ledwością opanowuje odruch wymiotny, ale nie myśli ani o proszku przeciwbólowym, ani o czymś do picia. Jedyne, o czym marzy, to dostrzec, co się z nim dzieje i jak się z tego wyplątać. Szarpie się jeszcze przez chwilę i czuje wyraźnie, że ciało jest skrępowane: jakaś lina, opasując go, przebiega wielokrotnie ponad kołdrą, lecz także ciągnie się przez jego ramiona, uniemożliwiając wypełznięcie z tego, w czym leży. Jest kompletnie unieruchomiony – tylko jest w stanie ruszać rękoma i głową. Niczym więcej.

Po pewnym czasie poddaje się, tylko już leży na wznak i znów jako główne powraca uczucie potwornego bólu głowy. W coś zaplątany jest skazany na łaskę i niełaskę tego, kto mu to podszykował. Sięga pamięcią do dnia poprzedniego. Najpierw była Apolonia, potem wrócił taksówką, następnie pił whisky, jeszcze wziął prysznic, wypił kolejne dwa drinki, i owszem, był wstawiony, ale nie całkowicie pijany.

– A może ja tylko śnię? – pyta siebie półgłosem, ale gigantyczny kac, jakiego właśnie doświadcza, temu zaprzecza. – Chyba że to też mi się śni?…

Następne dwie czy trzy godziny, usiłując sobie przypomnieć brakujące ogniwo z dnia poprzedniego, które by wyjaśniało, co aktualnie się z nim dzieje, tylko leży w niezmienionej pozycji. Na próżno. Wszystko pamięta doskonale aż do momentu, gdy położył się spać, a potem nastąpiła ta koszmarna pobudka. Marta nie przyszła do knajpy i przez chwilę zadaje sobie pytanie, czy ona byłaby zdolna do zrobienia takiego kawału.

– Może z zemsty chce dać nauczkę? – Kombinując, analizuje wszystko, co mu przyszło do głowy. – Tylko jak ona sama by mnie przeniosła w takie miejsce? Nie, to raczej niemożliwe. Chyba że wzięła kogoś do pomocy. Tylko kto mógłby jej w tym pomóc?… Na pewno to nie ona. A więc kto? Któż zadałby sobie tyle trudu, przenosząc mnie tutaj z mieszkania? I najważniejsze pytanie dlaczego? Jakaś konkurencja? A może rodzice?… To też odpada. Oni by tego nie zrobili. Może mają żal, ale w końcu jestem ich synem, więc mnie kochają, a to, co teraz mi się przydarza, nie ma wiele wspólnego z miłością. Skoro ktoś zdołał mnie tu zataszczyć i związać, to musi być więcej, niż jedna osoba. Jeden człowiek nie dałby rady. Przecież ważę prawie osiemdziesiąt kilogramów. Musi być ich co najmniej dwóch. A nawet w dwie osoby mieliby spory kłopot. Ilu więc jest w to zaangażowanych? To spisek! A może to ci wszyscy z uroczystości u rodziców? W końcu było to całkiem niedawno i to jedyna moja wina, za którą ktoś mógłby chcieć się mścić… Tak czy inaczej, zaraz ktoś się zjawi, odplącze mnie z więzów i wypuści. To pewne, że niedługo to się skończy…

Mijają kolejne godziny, on z jednej strony nieco przywykł do spętania i swojego położenia, a z drugiej coraz bardziej doskwiera mu brak możliwości ruszenia się z miejsca. Może spróbowałby się uwolnić, gdyby było co nieco światła, jednak jest, jak oko wykol. W tych ciemnościach nawet nie jest w stanie sprawdzić, jak poprowadzone są liny. Poza tym, nie czując pod sobą podłoża, nie wie, jaki dystans dzieli go od niego, a jeśli jest znaczny, to jeszcze by się zabił, spadając. Kolejna sprawa, że aktualna pozycja może okazać się jedyną bezpieczną. I najważniejsze – aby spróbować się uwolnić, trzeba mieć punkt odniesienia, a on takich nie ma w ogóle. Pozostało więc czekać. Leżeć i czekać. W sumie dobrze, że na dziś nic nie planował, więc wieczorem, kiedy sprawa się wyjaśni i będzie po wszystkim, wróci do domu, aby od dnia następnego robić swoje.

Ból głowy nieco ustępuje, odruchy wymiotne słabną, ale zaczyna coraz bardziej doskwierać potrzeba oddania moczu. Wczoraj sporo wypił i nie jest to fakt przemawiający na korzyść wytrzymałości. Pęcherz ma coraz pełniejszy i z każdą minutą odczuwa to coraz mocniej. Przecież będąc tak związany, nie jest w stanie nawet załatwić tej potrzeby. Gdyby mógł wypełznąć z tych okalających więzów i czegoś tam jeszcze, to, trzymając się lin, przyklęknąłby na brzegu i wysikał gdzieś w bok, a tak musi męczyć się z coraz to większym naciskiem na pęcherz. Jeszcze godzinę temu nie myślał o tym w ogóle, a teraz doskwiera to coraz bardziej. W pewnym momencie, czując już dość silny ból w podbrzuszu, nie wytrzymuje i znowu zaczyna krzyczeć:

– Hej! Wypuście mnie, muszę do toalety! – Znowu pogłos, przyprawiając go tym razem o gęsią skórkę, roznosi się po pomieszczeniu. Niestety, odpowiedzi jak nie było, tak i nadal nie ma. Nie myśli już o niczym więcej jak tylko o potrzebie oddania moczu. Jest to tak dojmujące i wypełniające umysł całkowicie, że wszystko inne poszło w odstawkę. Przypomina sobie, jak doznając ulgi, a tym samym przyjemności, bo w końcu każda ulga to przyjemność, stoi u siebie w toalecie i odlewa się, więc wspomina tę chwilę nad sedesem jako rozkosz. I teraz tak wiele by oddał, aby się odlać.

ROZDZIAŁ VII

Kolejne minuty, on, ledwo panując nad zwieraczem odpowiedzialnym za sikanie, męczy się coraz bardziej, ale jeszcze się nie poddaje. Teraz już czuje wyraźne ciepło biegnące z podbrzusza, a także drgawki dopadające go w przypływach nacisku na pęcherz. Nagle dobiega dźwięk bezpośrednio nad nim. Metaliczny, jakby szorowanie stali o stal. Spogląda w tamto miejsce i widzi, wydobywający się promyk światła z jakiejś szczeliny oddalonej o kilka metrów, o ile w tych warunkach może to prawidłowo ocenić. To właz, który ktoś najwyraźniej odsuwa. Przez chwilę patrzy w tamtą stronę bez słowa, lecz gdy dostrzega już spory otwór, znów zaczyna krzyczeć:

– Wypuśćcie mnie! Muszę do kibla!

Jednak odzewu nie ma, ale w tym słabym docierającym świetle, dostrzega, iż leży na jakimś hamaku, otulony czymś w rodzaju śpiwora i związany ogromną ilością grubej liny. Niestety, w tym mroku nie jest w stanie dostrzec, gdzie są węzły, o ile są blisko niego. Przez chwilę skupia się na próbach rozpoznania, o co chodzi i zapomina o potrzebie sikania. Rozgląda się, ale oprócz swojego łoża nie widzi nic. Wychylając się jak może, próbuje spojrzeć w dół, lecz podłogi także nie dostrzega. Musi dzielić go od niej znaczna odległość. Ścian wokół też nie widzi.

– Co jest grane? Kto mógł mi to zrobić? – mówi do siebie półgłosem. A po chwili – halo! O co chodzi! Wypuśćcie mnie! – krzyczy wniebogłosy.

Czyjaś ręka wysuwa się przez szczelinę nad nim i trzyma, jak mu się wydaje, butelkę. Następnie zaczyna ją opuszczać na sznurku. To napój i teraz całkowicie zapominając o potrzebie fizjologicznej, wyraźnie odczuwa pragnienie. Zapomina, co nie znaczy, że nie cierpi. Cierpi coraz bardziej, ale koncentruje się na tym, co aktualnie się dzieje. Kilkanaście sekund później zjeżdża butelka coca-coli. Wielka, dwulitrowa. Przecież chce mu się pić… Nadal próbuje nawiązać kontakt z tym kimś z góry:

– Nie chcę waszej coli! – trzymając już ją w rękach, wrzeszczy. – Chcę, kurwa, do domu! Wypuśćcie mnie!

W tym momencie czuje kilka pociągnięć, nie padają żadne słowa. Musi odczepić butelkę od sznurka. Z pewną niechęcią robi to, a węzeł trzymający napój był bardzo prymitywny. Sznurek wjeżdża w ekspresowym tempie, właz się szybko zamyka i w środku zapada całkowita ciemność. Odkręca butelkę, wypija znaczną część i ponownie przytłacza uczucie pełnego pęcherza. „A gdyby tak wysikać się do butelki?” Znów ją odkręca, wypija kolejną część i próbuje podsunąć w okolice krocza. Stara się ją przecisnąć przez więzy, lecz te okazują się zbyt ścisłe, więc męczy się, a mocz napiera już nie do wytrzymania. Zaciska zęby, chwyta ją w prawą dłoń i ciska z całej siły gdzieś w bok. Po około dwóch sekundach słychać pierwsze uderzenie, a po kolejnych trzech następne. To pierwsze dobiegło wyraźnie z boku, więc napój uderzył o ścianę; drugie z dołu – to była podłoga.

– Boże, jak ja jestem wysoko – wypowiedział pełnym głosem. – To musi być kilkanaście metrów. Jak dobrze, że nie udało mi się oswobodzić i spróbować zeskoczyć…

Jeszcze przez pewien czas zmaga się z naporem moczu, czuje coraz silniejsze dreszcze i fale gorąca. Wytrzymał już dobre sześć czy siedem godzin, więc, jak się okazuje, pęcherz ludzki jest nad wyraz wytrzymały, szczególnie iż poprzedniego dnia sporo wypił. Jednak, zapominając o całej aktualnej sytuacji, wspomina sny o szaleństwie, robi mu się błogo, rozluźnia się i nagle czuje wyraźne ciepło w okolicach krocza, na nogach i wie, co się stało… Zaczyna płakać. Najpierw roniąc tylko kilka łez, robi to niemal bezgłośnie, ale po chwili zalewa go istna powódź rozpaczy i jęcząc przy tym prawie na cały głos, już szlocha. Zanosi się płaczem, a delikatne echo niesie ze sobą to cierpienie… Pewien czas później uspokaja się, godzi się z mokrym od moczu losem i zastyga w bezruchu. Leży cały czas na wznak, odpływając gdzieś, gdzie jest mu dobrze.

Gdy poznał swoją dziewczynę, padał rzęsisty deszcz, a on idąc bez parasola, schronił się pod daszkiem przy wejściu do ośrodka kultury. Woda lała się z nieba strumieniami, chodniki były całkowicie zalane, a przy studzienkach kanalizacji gromadziły się zmyte zewsząd liście, gałązki i śmieci. Była jesień i mimo że był ubrany w miarę ciepło, to musiał przebiec w czasie tej ulewy kilkadziesiąt metrów, więc był częściowo zmoczony. Szczególnie mokre miał buty. W pewnym momencie podbiegła kompletnie przemoczona dziewczyna i stanąwszy obok niego, cała spływała wodą. Po chwili zrobiła się wokół niej spora kałuża, ona na to spojrzała, uśmiechnęła się i skomentowała, że może to tak wygląda, ale się nie zsikała. Ten dowcip mu się spodobał, więc przedstawił się, porozmawiali do końca ulewy, a potem odprowadził ją do domu, wymieniając się numerami telefonu. I tak zaczął się ich związek. Od stanu mokrego jak od zsikania się. A teraz on leży w tym pieprzonym hamaku i naprawdę się zsikał w majty. Czyżby to miało coś znaczyć?…

Na początku, po oddaniu moczu pod siebie, poczuł wyraźne ciepło, jakiś czas później zrobiło się tam chłodno, a teraz, po kilkunastu minutach przywykł do tego i jest mu wszystko jedno. W końcu jako niemowlę ciągle to robił, więc ten jeden raz nie zaszkodzi. Z jednej strony nikt nie widzi, nikt nie słyszy, co się tutaj dzieje, więc przynajmniej nie musi cierpieć ze wstrzymywaniem się. Ale z drugiej, zważając na to, jak dba na co dzień o swoją higienę, biorąc prysznic nawet cztery razy dziennie? Przeszywa go dreszcz, a na twarzy pojawia się wyraźne skrzywienie. Lecz do tego stanu też szybko się przyzwyczaja, zamiera w bezruchu, kładzie bezładnie ręce na łożu, prostuje grymas, zamyka oczy i zapada w odrywający od tego koszmaru sen.

Budzi go ten sam odgłos odsuwającego się włazu. Tym razem wyłania się mały koszyczek. Powoli się zsuwa w dół, po kilkunastu sekundach dociera do niego i widzi w tych bardzo słabych promieniach światła, iż jest tam kilka kanapek, ale żadnego napoju. Czy nie cisnąć tego tak samo, jak butelki? Jednak wyciąga je, czuje szarpnięcie koszyka ku górze i wie, że ma mu pozwolić odjechać. Właz się zamyka i kolejny raz zapanowuje całkowita ciemność. Czy zjeść to, co przysłano? Nawet nie próbował już krzyczeć, niejako pogodziwszy się, że odpowiedzi ani reakcji się nie doczeka. Bierze do ust pierwszy kęs i kanapka jest całkiem smaczna – zawiera jakąś wędlinę i, jak mu się wydaje, sałatę. Druga jest z żółtym serem, więc dochodzi do wniosku, że ktoś musi się o niego w jakiś sposób troszczyć, o ile, mając na uwadze zmuszanie do szczania pod siebie, można mówić o trosce. Potem trzecia i robi mu się błogo, gdyż od wielu godzin (przypuszczalnie już od kilkunastu) nie miał nic w ustach. Jak tylko kończy posiłek, miałby ochotę na colę. Jednak czasu już nie cofnie, z pragnieniem jak na razie da sobie radę, a odgłos butelki przynajmniej powiedział mu, z jakim pomieszczeniem ma do czynienia. Znowu zalega w bezruchu i po raz kolejny zaczyna mu się chcieć spać. Zasypia.

Jest na środku jakiejś pustyni. Wokół tylko pustkowie, piach i bezkres aż po horyzont. Sam, żadnych drzew czy nawet krzewów. Słychać tylko gwiżdżący wiatr w uszach. Zaczyna iść przed siebie w nieustalonym kierunku i z każdym krokiem odechciewa mu się tego. W pewnym momencie natrafia na wystający z piachu kawałek drewna w kształcie pustego w środku półksiężyca, a do niego przymocowany jest kijek. Schyla się, chwyta za znalezisko, pociąga w swoją stronę i wyłania się łopata. Jak tylko ją chwycił, okręca wokół osi. Co robić? Dokopać się pokładów wody? Jedno pociągnięcie za drugim zaczyna powstawać dół. Kopie, lecz piasek, skutecznie to uniemożliwiając, obsypuje się z każdej strony, więc co raz poszerza swój wykop i w ten sposób tworzy się całkiem szeroki otwór w ziemi. Jakiś czas później, wbijając łopatę, słyszy głośne, metaliczne uderzenie. Przyspiesza, nie zważając na lejący się po ciele pot. W końcu odsłania z piasku właz. Szybko go całkowicie odkopuje, ale nie ma na nim żadnego uchwytu. Naciskając trzonek w dół i bok równocześnie, wciska szuflę w szczelinę okalającą go i podważa. Przez chwilę nic się nie dzieje, ale potem właz podnosi się z wyraźnym metalicznym skrzypieniem. Jedną ręką podtrzymuje trzonek, a drugą sięga do pokrywy i pociąga w swoją stronę. Otwiera się jakieś podziemne pomieszczenie. Płyta stalowa idzie na bok, próbuje zajrzeć do środka, ale oczy nie są w stanie przeniknąć panującej tam ciemności. Opierając się rękoma po obu stronach, klęka tuż przy otworze, a zarazem wsuwa głowę jak najniżej. Powoli oczy przyzwyczajają się do mniejszego oświetlenia i widzi kogoś znajdującego się kilka metrów niżej. Ta osoba leży owinięta w coś białego. Przez moment się przypatruje i w końcu ją rozpoznaje. To on sam omotany w kaftan bezpieczeństwa na hamaku. Budzi się.

Zaczyna sprawdzać, czy oby przypadkiem nie jest faktycznie unieruchomiony takim kaftanem, lecz szybko to wyklucza, bo ręce ma wolne. Nadal leży na wznak i nie może się za nic przekręcić na bok, czy na brzuch, a ile by dał za taką możliwość. Ile minęło, odkąd się po raz pierwszy tutaj obudził? Nie jest w stanie stwierdzić ani która jest godzina, ani nawet czy jest dzień, czy noc. Wszystko zlewa się w jedną wielką czerń i pustkę. Co prawda dwa razy przez krótki czas dotarły słabe promienie, ale były one zbyt blade, jak na światło naturalne, więc mogła to być noc, jedynie rozświetlana przez żarówkę. Jeśli miałby zgadywać, to, pomijając dwie drzemki, w które zapadł, leżąc tutaj, spędził w tym koszmarze przynajmniej osiem godzin, ale to były jedynie domysły. Nigdy w życiu nie musiał posługiwać się wewnętrznym zegarem, więc ocena może być zupełnie nietrafiona. Żyjąc w cywilizacji, uzależniony jest od masy przedmiotów takich, jak zegarek czy choćby żarówka. Te zabijają naturalne instynkty, sprawiając, że bez nich jest, jak dziecko we mgle.

Co z aktualnym położeniem? Ale także snem, jaki miał chwilę wcześniej? Znowu był o wariactwie. Który to już raz? Tym razem jednak nie tęskni za nim ani trochę. Stan uwięzienia sprawia, że jedyne, o czym marzy, to wyjść stąd jak najszybciej i powrócić do normalnych zajęć. Jedzie samochodem, wioząc garnitury do jednego ze sklepów. Jest to mrzonka o rzeczy prostej, która byłaby jeszcze kilkanaście godzin wcześniej rutyną, a nie marzeniem. Ponadto jakiś czas temu zeszczał się w gacie. Nie myśli jednak o tym jako o sprawie, którą trzeba za wszelką cenę zataić. Gdyby ktoś go tutaj odnalazł i pomógł się oswobodzić, to nie próbowałby tego ukryć. Wszystko jest względne i to, co jeszcze kilkanaście godzin wcześniej byłoby nie do pomyślenia, teraz staje się niemalże orężem. Nie to, żeby się od razu tym szczycił, ale jest to dowód na aktualny stan umysłu.

Nadal na wznak, unieruchomiony prawie całkowicie, coraz bardziej zaczyna dokuczać pragnienie. Jeśli tylko właz znowu się otworzy, to wypowie swoją prośbę o coś do picia. Na razie z pęcherzem ma spokój, więc przynajmniej tym nie musi się martwić. „A co będzie dalej?” – myśli. – Pewnie powtórzy się historia z sikaniem pod siebie. Cóż, muszę do tego przywyknąć – wypowiada te słowa półgłosem i krzywi się. Nawet nie jest w stanie sięgnąć ręką do krocza i sprawdzić, czy nadal jest tam mokro, czy może już wyschło. Teraz tego nie czuje w ogóle.

Chcąc sprawdzić, na ile długie jest echo, a tym samym z jak dużym pomieszczeniem ma do czynienia, w pewnym momencie zaczyna wydawać z siebie głośne, nieartykułowane dźwięki. Niby już ustalił, że butelka spadała po odbiciu od ściany jakieś trzy sekundy, ale będąc w takim stanie jak teraz, mogło mu się to jedynie wydawać. W takich sytuacjach mózg nie pracuje normalnie, dostarczając czasem świadomości błędne dane. Kiedyś miał wypadek samochodowy, kiedy to zagapił się, za późno hamował i w efekcie uderzył w tył poprzedzającego samochodu. Czas na chwilę przestał istnieć. Niektórzy opowiadają, że widzą wszystko w zwolnionym tempie, a on miał wrażenie przeciwne. Reakcja i wypadek nastąpił w tym samym czasie. „Może podobnie było i tym razem, kiedy słyszałem odbicia butelki z colą?” – myśli. – „Przecież to mało prawdopodobne, aby zamknęli mnie w tak wielkim pomieszczeniu. Gdzie by takie znaleźli? W dodatku całkowicie ciemne… Nie, to chyba niemożliwe… Ale drugi raz tego nie sprawdzę, dopóki nie wypiję napoju do końca.”

Nie mając kompletnie nic do roboty, tkwi w dziwnym łożu. Zwykle w takich sytuacjach włączał telewizor albo wychodził na spacer, lecz teraz musi się zmagać z sobą i tylko z sobą. Żadnych ogłupiaczy czy czynności zajmujących myśli. Teraz uwaga jest skupiona tylko na nim samym i nad aktualnym stanem. Do tego drugiego zdążył przywyknąć, co notabene przyszło mu dość szybko, natomiast zostało obcowanie ze sobą w czystej postaci. Stanięcie twarzą w twarz z własnymi uczuciami, których tu doświadcza. Poza tym zaczęła się pojawiać nuda – wbrew pozorom. Wszystko jest względne. Pierwszy raz od niepamiętnych czasów wyraźnie słyszy zarówno swoje myśli, jak i wypowiadane półgłosem słowa. Co się z nim dzieje, skoro mówi do siebie na głos, gdyż nigdy tego nie robił? Słowa wykrzyczane na początku powracają do niego, jakby były uwięzione gdzieś w pamięci. Nie jest w stanie się ich pozbyć. Już wie, że następnym razem, kiedy właz się otworzy, nie będzie krzyczał, bo to i tak nic nie zmieni, jednakże tamte sprzed kilku, czy nawet kilkunastu godzin tkwią, rozrywając czaszkę od środka. Zupełnie jakby były wypowiedziane przez kogoś innego. I po trochu tak jest – będąc zniewolonym, staje się innym człowiekiem. Normalne życie odchodzi gdzieś w kąt umysłu, a teraźniejszość wypełnia całą jaźń. Owszem, ma wspomnienia, ale są odległe i obce. Jak obrazy z obejrzanych filmów – niby utożsamiamy się w jakiś sposób z nimi, ale wiemy, że to fikcja.

Po jakimś czasie znowu słyszy nad sobą metaliczny dźwięk i właz się otwiera. Poprosić o coś do picia! Robi to. Następuje moment ciszy, zawahanie, po czym koszyk zjeżdża i za chwilę dobiega do nozdrzy miły zapach czegoś do jedzenia. Kiedy jednak tam sięga, widzi w półmroku, że oprócz pożywienia nie ma żadnej butelki. Ponawia prośbę, zapada cisza, po czym słychać słabnące z każdym tupnięciem czyjeś kroki. Jeszcze przez chwilę oczekuje, a po kilku minutach znów słychać kogoś na górze. Koszyk wjeżdża, dobiega drobny szmer, po czym zjeżdża, tym razem z butelką, jak się okazuje, pomarańczowego napoju. Wyjmuje wszystko i są to trzy duże i smaczne kanapki, oraz wspomniany napój. Wkrótce właz się zamyka i znów nastaje całkowita ciemność. Dość szybko zjada posiłek, popija, jednak tym razem zachowując butelkę, aż się skończy napój.

Zastanawiając się nad swoim życiem, po raz kolejny zamiera w bezruchu.

– Przecież na co dzień robię coś, co pozwala mi tylko przetrwać, nie dając nic poza chwilowym zadowoleniem czy odłożonymi pieniędzmi – mówi do siebie półgłosem. – Nie zrobiłem w życiu nic, co by po mnie pozostało. Zupełnie nic. Gdybym stąd nigdy nie wyszedł, to nie będzie w zasadzie po mnie istniał żaden ślad. I po co takie życie? Po to, aby się najeść, pokopulować i pogapić się w telewizję? To zupełnie bez sensu. I co ja teraz z tego mam? Wiszę parę metrów nad ziemią, Bóg jeden raczy wiedzieć, czy kiedykolwiek stąd wyjdę, a wszystko z życia, które miałem, wydaje się niepotrzebne, a może i zbyteczne. Nawet temat dzieci odsuwałem od siebie, jak mogłem najdalej. To z wygodnictwa i egoizmu. W zasadzie chyba tylko rodzice mogą zapłakać, jeśli mnie zabraknie. Nawet dziewczyna ma mnie gdzieś, bo przecież nie przyszła na spotkanie w knajpie… Swoją drogą ciekawe, czy ktoś już mnie szuka… Nie sądzę, bo przyzwyczaili się do tego, że ich zaniedbuję, zajmując się wyłącznie sobą… Chyba będę musiał odbudować relacje z bliskimi osobami. Rodziców częściej odwiedzać, spotykać się ze znajomymi, a co do Marty?… Może czas z nią zerwać… Teraz, jak tu wiszę, wydaje się zupełnie obca. Była niemalże tylko obiektem do kopulacji i przytulania, zresztą to pierwsze robiłem mechanicznie, bez emocjonalnej więzi. Jestem pewien, że nawet jeśli pobędę tu dość długo, to nie zechce mnie szukać. Ma mnie gdzieś.

Jak zostanie uwolniony, będzie musiał zacząć wszystko na nowo. Nie tak na odwal się, ale z sercem – jakby tego chciał naprawdę. Po pewnym czasie, po raz kolejny zaczyna go morzyć i wkrótce zasypia. Tym razem nie śni mu się nic albo nic z tego nie pamięta. Śpi, uciekając od swojej niewoli.

ROZDZIAŁ VIII

Budzi go ten sam dźwięk znad głowy. Nikłe światło nie sprawia otuchy. Tym razem jednak nie zauważa żadnego koszyka, czy butelki, a zamiast tego dobiegają słowa, ale nie wypowiadane przez człowieka, lecz jakby przez syntezator mowy:

– No to pora na spowiedź. – Brzmi to zarówno mechanicznie, jak i demonicznie.

Gdzieś w pamięci kłębią się niecne występki z przeszłości. Dokonując różnych niechlubnych rzeczy, szybko jednak o tym zapominał. Tym razem, będąc w niewoli, docierają te słowa z pełną mocą. Po nich następuje dłuższa cisza, po czym ten sam sztuczny głos mówi:

– Wystawiałeś fałszywe faktury, także takie przyjmowałeś, a to jest przestępstwo. Dodatkowo napisałeś w rozliczeniu rocznym o nieistniejących kosztach swojej firmy.

Głos zamilkł, a on zaczyna sobie przypominać, jak to było. Faktycznie, aby w zamian brać dodatkowe pieniądze, wystawiał lipne papiery. Pierwszy raz zrobił to kilka lat wcześniej i na początku bał się skutków, ale przekonawszy się, że nic mu nie grozi, kontynuował proceder już bez lęku czy jakichkolwiek wyrzutów sumienia. Liczyła się kasa i tylko kasa. Po jakimś czasie zaczął przyjmować też fałszywe rachunki, aby narobić swojej firmie kosztów. I głos miał rację, także jeśli chodzi o zeznanie podatkowe. Mariusz, zdając sobie sprawę, że to się nigdy nie wyda, kłamał tam. Ktoś jeszcze wie o tym wszystkim, a jeśli wie, to może donieść! Zaczyna żałować przekrętów, ale na to jest za późno. Musi stawić czoła swojej przeszłości – przeszłości nielekkiej. Przestają go dręczyć rozterki natury egzystencjalnej, a zaczyna mieć silne obawy, aby to nie wyszło na jaw. Może zaproponować ciemięzycielowi sporej sumy pieniędzy w zamian za milczenie, a nawet za wolność? Ale jeśli ktoś podszykował coś takiego, to nie po to, aby na tym zarobić. Tego jest akurat pewien, szczególnie że do tej pory nie padły z góry żadne słowa o okupie czy czymś podobnym. Podświadomie czuje, że chodzi tu o coś zupełnie innego…

„Tylko o co?” – próbując analizować dotychczasowe zachowanie porywacza, zastanawia się. Z jednej strony został uwięziony i skrępowany w sposób bardzo wyszukany i w niezwykle nietypowym miejscu, a z drugiej dostaje regularne posiłki, i to całkiem smaczne i zróżnicowane. Jedno do drugiego nie pasuje. Czyżby miał do czynienia z jakiegoś rodzaju szaleńcem, który po swojemu postrzega niektóre aspekty niewoli? To by się zgadzało, biorąc pod uwagę fakt, że spełniona została prośba o napój. Tylko co szaleniec, przypominając finansowe występki, chce osiągnąć? Pierwsze co mu przychodzi do głowy, to kara, bo taka odpowiedź nasuwa się sama, jednak czy chcąc kogoś ukarać, karmi się w taki sposób? A może to jakiś rodzaj testu? Ale co on ma na celu? Sprawdzenie ile jest w stanie wytrzymać? Chyba że te zarzuty o przekrętach finansowych to blef. Może prześladowca, licząc, że Mariusz przyzna się do wszystkiego pod wpływem niewoli i okropnych warunków, tak naprawdę nic nie wie, a jedynie wysnuwa teorie na ślepo? Potwierdzałyby to słowa mówiące o spowiedzi. Jednak czy ktoś trafiłby tak idealnie w nieuczciwości? Jeśli to nie przypadek, to skąd wie o tym wszystkim? Przecież on sam nie chwalił się na lewo i prawo, mówiąc o tym tylko kilku osobom. Czyżby to była jedna z nich? To chyba niemożliwe, bo bliskim ufał, jak sobie samemu. O co więc tu chodzi?

Zmagając się z własnymi myślami, wisi w hamaku i nawet nie spostrzegł, jak znów zaczął cierpieć z powodu pełnego pęcherza. Dopiero gdy stało się ono nie do wytrzymania, odsuwając temat przekrętów na drugi plan, skupia się na tym. Po raz kolejny zaczyna czuć ciepło biegnące z podbrzusza i cykliczne dreszcze spowodowane ciśnieniem moczu. Niby już raz się poddał i zsikał pod siebie, ale kolejny wydaje się tak samo, jak nie bardziej ohydny. Co, jeśli tym razem będzie zmuszony to powtórzyć? Już się krzywi, zbiera się na wymioty, a potrzeba fizjologiczna jest coraz wyraźniejsza. Zaciska pięści i myśli o sobie w samych ciemnych barwach.

– Czemu ten ktoś mnie po prostu nie pobije albo nie doniesie policji, tylko zmusza do takich okropieństw? – zadaje sobie pod nosem pytanie. – Przecież to najgorsze, co można komuś podszykować! Niby nic mu nie robić, ale…

Zaciska zwieracz, jak może, fale gorąca coraz bardziej go ogarniają, a drgawki przeszywają na wskroś, aż w pewnym momencie daje za wygraną i puszcza. Po raz drugi ciepły mocz zalewa okolice krocza, ud, a nawet podbrzusza. Zaczyna płakać. Najpierw chlipie cichutko, ale po krótkiej chwili zaczyna zanosić się niebotycznym płaczem. Wyjąc wniebogłosy, rozpacza, a podświadomie ma nadzieję, że szloch dotrze do uszu ciemiężyciela i skruszy jego serce. Nic podobnego jednak się nie dzieje. Tylko echo roznoszące się po olbrzymim pomieszczeniu dotrzymuje mu towarzystwa. Kilka minut później, kiedy jako tako się uspokaja, coś jeszcze dociera. To smród rozkładającego się moczu. Swoisty odór, będący połączeniem amoniaku i Bóg wie czego jeszcze. Fetor zaczyna docierać do nozdrzy, gdyż jak do tej pory zamaskowany był przez okrycie, a teraz wszystko przemiękło, dając temu ujścia. Po raz kolejny, przekręcając znacząco głowę w bok, krzywi się. Nadal wyje, ile ma sił w płucach. Nikt jednak tego nie słyszy albo nie zwraca na to uwagi. Pozostaje sam ze wszystkim, co własne – z płaczem, okropnymi uczuciami, ale i ze smrodem. Wkrótce niezwykle zmęczony odpływa i zasypia.

O nieokreślonej porze budzi go dźwięk odsuwanego włazu. Nie ma siły ani na wołanie o litość, ani na cokolwiek innego. Po prostu czeka na to, co zostanie narzucone. Kolejny raz widzi zjeżdżający koszyk, kilka chwil później dobiega zapach pieczonego kurczaka, ale nie za bardzo ma ochotę jeść. Jednak zabiera mechanicznie, koszyk wjeżdża z powrotem, a po chwili znów zapada całkowita ciemność. Wypija kilkanaście dużych łyków napoju. Jest już pogodzony z własnym losem, nawet nie za bardzo krzywiąc się na kolejne fale smrodu. Sprawiając, że zaczyna patrzeć na siebie nieco z boku, to także w jakiś sposób mu spowszedniało.

W jednym ze sklepów, do których dostarcza garnitury, pracuje przepiękna dziewczyna i wielokrotnie myślał o niej w sposób seksualny, jednak widząc, że ma ona na palcu obrączkę, ograniczał się zwykle do niezobowiązujących komplementów. Jest niska, bo ma poniżej metra sześćdziesięciu wzrostu, ale niezwykle zgrabna, twarz ma śliczną i bardzo długie, chude palce. Zawsze przypominała mu małą, bardzo wątłą i nieco nieśmiałą dziewczynkę, a na te cechy był niezwykle wyczulony. Któregoś razu, mówiąc jej, że patrząc na nią, myśli tylko o jednym, dał upust swojemu zachwytowi. Najpierw wzdrygnęła się, odruchowo zrobiła krok w tył, spojrzała mu nerwowo w oczy, ale zobaczywszy uśmiech, sama zaczęła się śmiać. Od tamtego czasu, gdy tylko Mariusz się pojawia, wita go niezwykle wylewnie, zawsze proponując coś do picia i jednokrotnie nawet wspomniała o jego uroku osobistym. Powstało między nimi coś w rodzaju ukrywanego flirtu, który obojgu sprawia wiele radości i podniety. Gdyby pociągnęła jakoś ten temat, może zdecydowałby się na skrócenie dystansu i zaproponowanie choćby podwózki, lecz widać, że dziewczyna nie zamierza zdradzać męża, a jego traktuje jak swoistego adoratora oraz obiekt niegroźnych i niezobowiązujących zalotów. Teraz, leżąc w tym zaszczanym barłogu, widzi jej twarz i jest to jedyna miła rzecz, o której pomyślał od momentu uwięzienia. Pozwala mu zapomnieć.

Za pewien czas właz znowu się otwiera, patrzy w tamtą stronę beznamiętnie i tylko czeka, co będzie dalej. Koszyk się nie pojawia, ale znów słychać głos z syntezatora mowy:

– Zdradziłeś Martę w październiku poprzedniego roku.

I milknie. Otwór się zamyka, a on ponownie zostaje sam na sam z ciemnością i tymi prawdziwymi słowami. Po raz kolejny prześladowca wie, co mówi, gdyż dokładnie wtedy poszedł do łóżka z dziewczyną swojego kolegi. Miała na imię Ola i od samego początku dawała znaki zainteresowania. Przez dłuższy czas nie odważył się na to posunięcie, jednak potem poddał się chuci. Nie żałował, gdyż oboje traktowali to jako przygodę i mieli z tego powodu niezwykle dużo radości i doznań cielesnych. Romans skończył się bardzo szybko, bo ona uwodząc kolegę swojego faceta, dopięła swego i po wszystkim Mariusz przestał być jej już potrzebny. Zresztą on nie rozpaczał, ponieważ też osiągnął swój cel – przespał się z nią. Jednak teraz, zmuszając do przyznania, że jest podły, słowa ciemiężyciela działają jak chłosta. Tak, z całą stanowczością mówi do siebie, że jest podły. Nigdy w ten sposób tego nie postrzegał, a aktualnie dociera to do niego z pełną mocą. Nawet nie przypuszczał, że będzie żałował tego romansu, jednak w tym momencie ten wydaje mu się odrażający. Zaczyna rozumieć, co robi z nim ta niewola. Słowa o spowiedzi wydają się trafione w dziesiątkę. Leży w bezruchu, obok pachnie kurczak, dopadają go kolejne fale fetoru rozkładającego się moczu, a on oddaje się w objęcia Morfeusza.

Zanim zapadł w głęboki sen, właz znów się otwiera i po raz kolejny dobiega ten mechaniczny głos:

– To nie był jedyny raz. A co z tą piętnastolatką sprzed lat?

Te słowa wybudzają go natychmiast. Jak rażony piorunem napina wszystkie mięśnie i dopadają go wspomnienia. Gdy był dziewiętnastolatkiem, poznał na wakacjach o kilka lat młodszą dziewczynę, której imienia nawet już nie pamięta. Spał pod namiotem, a ona mieszkała z rodzicami w pobliskim pensjonacie. Spodobali się sobie, wkrótce doszło do flirtu, a potem zaciągnął ją do swojego namiotu i się z nią przespał. Dobrze wiedział, ile ma lat i zdawał sobie sprawę, że seks z nieletnią to przestępstwo, jednak wtedy to go nie obchodziło. Była dziewicą, to najbardziej pociągało. Liczyła się tylko rozkosz. Potem dziewczyna zaczęła się angażować, a on zobaczywszy, z czym ma do czynienia, uciekł. Po prostu zwinął namiot, powiedział znajomym, że musi wracać i się zmył. Nawet się potem nie dowiedział, czy nie zaszła w ciążę.

Tkwi teraz w niewoli i jest zmuszany do spojrzenia w przeszłość pod wpływem tych warunków. Zaczyna żałować tego, co zrobił i wiele by oddał, aby to cofnąć. Także do faktów uwięzienia i szczania pod siebie dochodzi jeszcze mordęga wspomnień. Ma ochotę uciekać, a nie mogąc tego dokonać, szarpie się psychicznie i rzuca we wszystkie emocjonalne strony. Udręka staje się nie do wytrzymania. Nawet jeśli się uwolni, nic już nie będzie takie, jak kiedyś… „Skąd ten ktoś tak dużo wie na mój temat? Przecież o tym wiedziały może ze dwie osoby i byli to koledzy z młodości, a z nimi od lat nie utrzymuję żadnych stosunków. Czyżby to któryś z nich? Tyle że oni nie mogli wiedzieć o przekrętach finansowych. Więc kto?”

Kilka godzin później zasypia i śpi bardzo głęboko. Śnią mu się obrazy z dzieciństwa, gdy jest szczęśliwy i beztroski, ale na koniec widzi zbliżających się ludzi w białych kitlach, trzymających gotowy do użycia kaftan. Na tym sen się kończy, ale on się nie budzi. Śpi jeszcze długo. Po przebudzeniu ponownie pojawia się wspomnienie dziewczyny ze sklepu. Jest tak silne, że nie jest w stanie przez długi czas myśleć o czymkolwiek innym. Zmuszając do mimowolnego powtarzania jej imienia, opętuje go. A wymawiając to słowo jak mantrę, wpada w nieokreślony stan umysłu, powodujący całkowite oderwanie od obecnej chwili. Po raz drugi w czasie niewoli pogrąża się w tamte wizje, ale tym razem zaczyna czuć się winny, że w ogóle z nią flirtował. Cała optyka ulega zmianie, wraz z zarzutami wypowiedzianymi przez mechaniczny głos z góry. To z kolei powoduje natręctwo myślenia i powstaje samonapędzająca się pętla irracjonalnej analizy. Po pewnym czasie łączy jedno z drugim i odkrywa rzecz zdumiewającą. Otóż najpierw myślał o niej, a wkrótce potem głos przypomniał o zdradzie, a także o nieletniej.

– Jaki to może mieć związek? – mówi do siebie po cichu. – Zupełnie jakby ciemiężyciel słyszał moje myśli, no, chyba że mówiłem o niej na głos, nie zdając sobie z tego sprawy… Biorąc pod uwagę, że kilkakrotnie się na tym złapałem, w sumie to możliwe. Na pewno ma tutaj podsłuch i bezustannie ślęczy przy jakiejś aparaturze, nasłuchując, co się ze mną dzieje. W końcu to dość oczywiste, że ktoś, kto zadał sobie tyle trudu, aby mnie uwięzić, zainstalował odpowiedni podsłuch. A może także nagrywa kamerą w podczerwieni? Bo w niej widać, co się dzieje w zupełnej ciemności… A jeśli nie podsłuchuje, to skąd mógł wiedzieć, że wcześniej myślałem o flircie z kobietą? Bo to, że istnieje związek między moim myśleniem, a jego słowami, to pewne… A wracając do jego słów o przekrętach finansowych, to może o tamtym też się jakoś przypadkiem wygadałem, zupełnie tego nie pamiętając?… Tak czy inaczej, muszę zacząć zwracać uwagę na to, co mówię, bo znajdzie jeszcze niejednego haka…

Gdy tylko wypowiedział te słowa, sięga po odłożonego kurczaka, mimo coraz większego smrodu wydobywającego się z okrycia. Zajada się nim w najlepsze, potem kończy, zostają jedynie kości, zawija je w papier, w który był wcześniej spakowany kurczak i rzuca prosto w dół. Tym razem na głos liczy sekundy, zanim słyszy uderzenie. Doliczył do trzech i wtedy resztki osiągnęły dno. Uznaje, że to musi być ze trzydzieści metrów. Nerwowo zaciska mięśnie, bo leży tylko na hamaku, który może pęknąć. Ale nic nie może zrobić – tylko leżeć. Jest skazany na fachowość węzłów sporządzonych przez ciemiężyciela i solidność wykonania hamaka.

Pierwszy raz w życiu jest w takiej sytuacji jak teraz: bez światła, bez dnia i nocy, bez możliwości ruchu i we własnym, i to dosłownie, sosie. Każda z tych składowych wpływa źle, a wszystkie razem to istna kumulacja okropieństwa. Bez światła czuje się, jakby czas nie istniał, a może nawet jakby nie żył. Miał w życiu kilka bezsennych nocy, wtedy cały czas starając się zasnąć, leżał w niemal całkowitej ciemności i wówczas czuł się pod tym względem nieco podobnie. Normalnie mógłby wstać, zapalić światło czy włączyć telewizor, jednak w tamtym czasie ze wszelką cenę chciał jak najszybciej zasnąć, więc starał się zrobić wszystko, aby się nie rozbudzać. Już wtedy miał dość, a to, co się teraz dzieje, to tego esencja. Brak dnia i nocy powoduje zakłócony rytm dobowy, skrócone drzemki i ciągłe balansowanie między świadomością a snem. Taki stan pojawił mu się tylko raz, gdy żył w silnym stresie; kładł się do łóżka, zasypiał, po chwili budził, potem znów krótka drzemka i powrót na jawę. Powodowało to uczucie ciągłego napięcia psychicznego oraz fizycznego, jednak to, co się z nim teraz dzieje, jest wzmocnieniem tamtych odczuć do kresu wytrzymałości. Obecnie ma wrażenie, jakby cały czas się męczył z maksymalną intensywnością. Będąc unieruchomionym, ma poczucie pozbawienia swojego ciała, a przynajmniej nóg. Nieco podobnie się czuł, kiedy ciężko chorował, leżał przykuty do szpitalnego łóżka i przez kilka dni z niego nie schodził, ale wtedy przynajmniej mógł się przekręcić na bok albo brzuch. Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze „gnicie” we własnym sosie. Jest jeszcze potężniejszy wróg – to właśnie to, co czuje pod wpływem niewoli i tych okropnych warunków. Uczucie bezwzględne, okrutne i apodyktyczne w swej mocy. To pod wpływem tej niszczycielskiej mocy staje się sługą, niewolnikiem czy wręcz kimś pozbawionym siły w ogóle. Mentalnie wszystko lgnie, przywiera i obezwładnia go. Jest jak kilkuletnie dziecko, któremu wszystko można wmówić, a on bez oporów przyznaje się nawet do tego, w czym nie zawinił. Słowa wypowiadane przez mechaniczny głos, wdrukowują całą gamę faktów i emocji, od których nie będzie w stanie się uwolnić.

Wkrótce kończy się napój i będzie musiał o niego poprosić. W przeszłości był hardy i dumny, i nie zdobyłby się na takie błaganie, a teraz jest mu wszystko jedno. Byleby mieć coś do picia. Nawet fakt sikania pod siebie już nie przeraża, a przecież pijąc, będzie musiał robić to częściej. Jest już pozbawiony godności i witalności. Istny leżący trup.

Następnym razem, gdy właz się otwiera, słyszy słowa o tym, jak mając kilkanaście lat, ukradł rodzicom kilkaset złotych. Oczywiście takie zdarzenie miało miejsce. W nocy zakradł się do torebki mamy i podprowadził tę sumę. Potem schował kasę w swojej tajemnej skrytce w łazience i położył się spać. Matka dopiero dwa dni później zorientowała się, że ich brakuje i nawet go nie podejrzewając, zwaliła to na kogoś z pracy. Przeznaczył je na drogi alkohol, garść marihuany i odrobinę kokainy. Z tym wszystkim zjawił się na osiemnastych urodzinach swojego najlepszego kolegi i wywołał u niektórych istną furorę. Następnie zapomniał o wszystkim. Jednak tym razem, żyjąc w tych nieludzkich warunkach i tym ciągłym, obezwładniającym uczuciu, nie może zapomnieć. Przyznaje się do bycia złodziejem, katuje się tą myślą, a robi to z taką intensywnością, że odczuwa z tego powodu fizyczny ból. Takie ściskanie gdzieś w okolicach mostka. Zaczyna patologicznie odczuwać to, co zrobił, wymierzając samemu sobie emocjonalną sprawiedliwość. Potem gdy już opada z sił, nie mając energii nawet na katowanie się, dopada go kolejna fala senności. Jest niespodziewana i nagła. Zasypia w okamgnieniu. Śni mu się, że jest gdzieś razem z Martą, idą przez nieznane miasto, podchodzą do jego samochodu, ona sięga do bagażnika i wyciąga kaftan. On wie, co będzie dalej. Sam go zakłada, pozwala zapiąć i poddając się, aby zawiozła go do szpitala, wsiada na fotel pasażera. Zwykle albo budził się w takim momencie, albo sen się urywał, lecz tym razem trwa nadal. Wkrótce trafia do zamkniętego pokoju i nawet w jakiś sposób tego chce. Kolejny raz wymierza sobie sprawiedliwość. Siedzi w izbie bez klamek z rękoma związanymi z tyłu, zastyga w bezruchu i spuszcza głowę. Więcej snu prawie nie pamięta, lecz nie budzi się. Potem widzi tylko jeden obraz – siedzi w tym kaftanie w jakimś publicznym miejscu, a wszyscy wytykają go palcami. Budzi się.

ROZDZIAŁ IX

I znów jest w tym koszmarze. Zupełna ciemność, brak możliwości ruchu, fetor moczu i te gryzące uczucia. W takich warunkach woli spać i śnić – nawet o szaleństwie, bo tamto jest wyzwoleniem i ulgą. Mija dużo czasu i nic się nie dzieje. Kolejny posiłek, kolejne sikanie, kolejny sen i kolejna ciemność. Po dwóch fazach snu pojawia się nieodparta chęć wypróżnienia się. Na początku zaciskając zwieracz, jak tylko może, walczy z tą fizjologiczną potrzebą, ale po jakimś czasie daje za wygraną i wali w majty. Czuje, jak kał wypełnia krocze, dalej rozsuwa się między nogi i pod pośladki, a chwilę potem dobiega jeszcze większy smród – tym razem gówna. Tuż po tym, mając ochotę uciekać od siebie samego jak najdalej, zaczyna rzęsiście szlochać, wyje wniebogłosy. Przypomina sobie niedawną codzienność, gdy kilka razy dziennie brał prysznic i gdyby miał okazję, to teraz chyba skończyłby ze sobą. Zaczyna zapadać się w sobie, płacz samoistnie mija i opanowuje go coś dziwnego. Wszystko widzi w czarnych barwach, już nie marzy, aby się uwolnić i nawet gdy wyjdzie, to sobie nie poradzi. Jest nic niewarty i nie ma ochoty na nic. Od tej chwili wszystko dzieje się w błyskawicznym tempie, on jest nieobecny i oderwany od samego siebie. Czas mija bardzo szybko, a w pamięci nie pozostaje prawie nic. Wkrótce zapada w sen, śpi bardzo długo, nie pamięta, co mu się śniło, potem się budzi i znów tkwi w fetorze, ciemności i bez szans.

Po jakimś czasie otwiera się właz i zjeżdża koszyk z jedzeniem. Nie czując nawet, czy jest to smaczne, zjada kilka kanapek, popija nijakim płynem i ponownie pozostaje czekać. Wtedy przestaje liczyć na szybkie uwolnienie. Tak, to był moment, gdy zrezygnował nawet z myślenia. W głowie tylko pustka i otchłań. Nic więcej. Potem pojawiają się obrazy z przeszłości, jednak nie cierpi, ale zapada się w sobie pod tym wpływem. Wszystko jest zatrute przez te uczucia. Nawet kolejne mechaniczne słowa z góry mówiące o tym, jak pobił znajomego, gdyż ten go obraził, nie robią już na nim żadnego wrażenia. Przypomina sobie całe zajście, ale jest mu to obce. Pozostanie w pamięci, lecz omija.

Po kilku kolejnych fazach snu, a jest to zupełnie nieokreślony czas, dostaje posiłek i butelkę coli. Zjada, w międzyczasie wypróżniając się pod siebie, potem popija i jedyne co wyczuwa, to dziwny smak pożywienia. Przez pewien czas leży, wszystko wokół jest czarne i odległe, już w ogóle nie próbuje się ruszać, nawet nie wie, czy oczy ma otwarte, czy zamknięte i nie istnieje nic poza hamakiem. Z każdą chwilą czuje się coraz bardziej senny. Chcąc się podrapać, unosi rękę, ale i z tego rezygnuje. Kładzie ją z powrotem na swoje łoże, ziewa jeszcze, nabierając głęboko powietrza i wkrótce zasypia.

ROZDZIAŁ X

Obudził się u siebie w domu, leżąc na kanapie i jedyne, na co zwrócił uwagę, to gigantyczny ból głowy. Znów tak samo, jak po przebudzeniu się w hamaku. Otworzył oczy, przez chwilę nie wiedział, co się dzieje, rozejrzał się, czy na pewno jest u siebie. Smętnie pokiwał do siebie głową i bardzo wolnym krokiem, wręcz powłócząc nagami, poszedł do kuchni, sięgnął do szafki, wyjął opakowanie proszków przeciwbólowych, wziął butelkę fanty i ruszył z powrotem. Idąc, spojrzał na siebie w lustrze i dostrzegł, że jest ubrany cały na biało. Nigdy nie posiadał takich ciuchów, ale nie zrobiło to na nim żadnego wrażenia – ot, tylko zarejestrował ten fakt. Łyknął dwa proszki, popił, napój postawił obok kanapy i się położył. Było obojętne, jaki jest dzień, która godzina i wszystko inne. W głowie miał tylko bezkresną pustkę. Jeszcze, sprawdzając, czy jest czyste (i takie było), sięgnął mechanicznie do krocza, przekręcił się twarzą do ściany i nie mogąc zmrużyć oka, leżał długie godziny. Za jakiś czas zrobiło się ciemno, on dalej leżał, potem się rozwidniło, a on nadal w tej samej pozycji. Poczuł nacisk na pęcherz, przez chwilę się wahał, czy w ogóle wstawać, lecz poszedł się odlać. Wrócił, popił i znów zaległ w tej samej pozycji. Nadszedł zmrok i dopiero zasnął. W tym czasie nic mu się nie śniło.

Obudził się, gdy już było jasno. Usiadłszy na kanapie, przeciągnął się i poszedł znów do toalety. Gdy się wysikał, poczuł nieodpartą potrzebę wzięcia prysznica. Ściągnął całkowicie białe ubranie, odkręcił kurki, wszedł i oderwany od samego siebie stał tak godzinę niemal w bezruchu. Potem, bez użycia mydła, wyszedł, wytarł się, nago przespacerował do pokoju, gdzie była szafa, założył stare dżinsy, taki sam tiszert, skarpety i poszedł do kuchni. Przez chwilę stał przed blatem, ale spojrzał na słoik z kawą i przygotował sobie jej kubek. Z nim wrócił do salonu, zastanawiając się, czy nie włączyć telewizora, rzucił okiem, ale zaniechał. Wypił kawę, odstawił kubek na ławę i rozejrzał się w poszukiwaniu komórki. Nie było jej w pobliżu. Po kilku minutach przetarł dłońmi twarz, wstał i zaczął szukać. Znalazł ją w sypialni obok łóżka. Była rozładowana, więc odszukał ładowarkę, podłączył i uruchomił. Po chwili zobaczył dziesiątki nieodebranych połączeń, tyle samo wiadomości i najpierw chciał je przeczytać, ale zrezygnował. Odłożył telefon i położył się tym razem na łóżku. Wkrótce zasnął.

Obudził go dzwoniący telefon. Nie miał pojęcia, która godzina, ale się ściemniało. Wstał, spojrzał na wyświetlacz i zobaczył, że to matka.

– Halo – odezwał się.

– Jezu kochany, jesteś! – mówiła matka, a głos jej wyraźnie falował pod wpływem emocji. – Wszystko z tobą, synku, w porządku?

– Tak, mamo, już tak.

– Co się z tobą działo?

– Daj mi dzisiaj spokój – odrzekł z wyraźną rezygnacją. – Zadzwonię jutro albo pojutrze.

– Tak się martwiłam… – W tym momencie dało się słyszeć, że z trudem opanowuje płacz. – Gdzie byłeś?

– Nie wiem, mamo, nie mam pojęcia.

– Jak to nie wiesz? – Rozpłakała się w słuchawkę.

– Nie męcz mnie, jestem zmęczony. Potwornie zmęczony.

– To odpoczywaj, synku, a zadzwoń, jak będziesz w stanie.

– Dobrze, zadzwonię – jego głos był cały czas pusty. – A teraz już rozłączmy się.

– Marta cię widziała, jak szedłeś za rękę z jakąś inną kobietą.

– Nie, mamo, to niemożliwe. – Nie zmieniał tonu. – Ale skończmy na dzisiaj.

– Dobrze, synku. – Pochlipywała w słuchawkę. – Koniecznie zadzwoń albo przyjedź.

– Do widzenia.

– Do widzenia, Mariuszku.

I rozłączył się. Przez dłuższą chwilę, trzymając telefon, stał i spojrzał na godzinę. Była dwudziesta pierwsza. Zerknął jeszcze raz na listę nieodebranych połączeń, potem na sms’y, znów przez chwilę się wahał, czy nie przejrzeć, ale zaniechał. Już chciał odłożyć aparat, gdy zwrócił uwagę na datę. To, co dojrzał, zupełnie go nie ruszyło, a właśnie szybko obliczył, że nie było go sześć dni. Z jednej strony bardzo długo, biorąc pod uwagę to, że nigdy nie miał takiej dziury w życiorysie, a z drugiej króciutko, zważając na ciągnącą się w nieskończoność niedawną mękę. Odłożył telefon na szafkę, poszedł do kuchni, wyjął pełną butelkę whisky, wziął szklankę i zabrał ze sobą do salonu. Butelkę postawił na ławie, a sam, nalewając sobie w międzyczasie pełno trunku, usiadł na kanapie. Sięgnął po pilota i włączył telewizor. Pierwsze, co się uruchomiło, to była Jedynka. Leciał program publicystyczny, a tych zwykle unikał, ale tym razem było wszystko jedno. Patrzył tępo, popijając. Zarówno obrazy, jak i dźwięki omijały go, a on pogrążony był głęboko w sobie.

Długo nie myślał o niczym. Przynajmniej świadomie. Ale po upływie godziny zaczął się zastanawiać, jak to możliwe, że ktoś go najpierw porywa, zamyka w jakichś podziemiach na wiszącym kilkadziesiąt metrów nad podłożem hamaku, przetrzymuje sześć dni, a potem niepostrzeżenie odstawia do domu. W dodatku musiał go po wszystkim umyć i przebrać w to pedalskie, białe ubranie, które teraz leży w łazience na podłodze. Jak by tego dokonał? Przecież trzeba by było najpierw znieść przez klatkę schodową, umieścić na przykład w jakimś samochodzie, zawieść gdzieś, gdzie jest to pieprzone podziemie, potem spuścić albo podciągnąć na odpowiednią wysokość i na koniec powtórzyć całą operację w odwrotnej kolejności. To mu się wydało jakieś nierealne. Jakby cały ten koszmar był tylko snem. Na dokładkę posiadał wiedzę o tylu jego występkach, a nawet przestępstwach z przeszłości. Skąd by o tym wiedział? Owszem, sam mógł to wszystko powiedzieć w jakiejś malignie, ale łącząc to z całą resztą, wydało mu się to niemożliwe. Chyba że ciemiężycieli było kilku. To by sporo wyjaśniało. Lecz po co mieliby to wszystko robić, a potem puścić wolno? Przecież takie rzeczy robi się dla okupu lub czegoś podobnego. Poza tym te warunki, w których był przetrzymywany… To nie trzyma się kupy…

Nalał sobie kolejną szklaneczkę i nadal beznamiętnie wpatrywał się w telewizor. Odruchowo otworzył notebooka i równie automatycznie sprawdził pocztę. Spłynęło kilkanaście maili, większość z nich była niemalże bez znaczenia, ale zwrócił uwagę na cztery od Marty. Przez chwilę chciał je przeczytać, ale wykasował, zamknął komputer i oparł się wygodnie. Cała sześciodniowa przeszłość istniała w pamięci, ale jakimś cudem, a może nie cudem, lecz swoistym sposobem ucieczki, była niemal obca. Jakby przydarzyła się komuś innemu. Przypominał sobie wszystko, ale prawie bez żadnych emocji. Nawet zwykły film ogląda się, je odczuwając, a co dopiero to… Nie czuł zupełnie nic, poza momentami, gdy wracał do zdarzeń ze swojej dawnej przeszłości, przypomnianych przez mechaniczny głos. Wtedy miał ochotę wstać z miejsca i pochodzić po mieszkaniu. Mimo wszystko wygrywała apatia i zostawał w pozycji siedzącej, oparty i ze szklanką w ręku. Tego wieczoru wypił ponad pół litra trunku, po czym przykrywając się jedynie małym kocykiem, leżącym zwykle na boku, zaległ na kanapie. Usnął około północy. Nie śniło mu się nic.

Po jakimś czasie zauważył, że sny o wariactwie minęły. Co więcej, stał się spokojniejszy, bardziej otwarty na ludzi. Praca zeszła na dalszy plan, zaczął częściej odwiedzać rodziców i znajomych, i wkrótce związał się z nową kobietą. Przyznał również, że tę historię opowiedział tylko mi, gdyż za bardzo bał się wyznać tego, co wiązało się z przewinieniami i przestępstwami. I po tym, jak to opowiedział, doznał ulgi. Wielkiej ulgi. Chyba miał rację autostopowicz, że prawda go wyzwoli… Przynajmniej tak się stało w tym wypadku.