Notatka na marginesie

Taka wigilia

Ludzie piszą opowieści wigilijne, więc i ja naskrobałem. Wesołych Świąt!

Villa, Opuszczony, Pusty, Stary, Zapomnieć

Wyszedł z pracy po tym, jak pożegnał ostatniego pracownika po spotkaniu wigilijnym. Chciał jak najszybciej do domu, tylko do żony. Przepięknej kobiety, która wybrała właśnie jego. Pragnął być z nią z dala od ludzi.

Pogoda była niesamowita jak na koniec grudnia: dziesięć stopni na plusie, bezchmurne niebo i całkowity brak wiatru. Przeszedł obok wyłączonej fontanny, pod którą woda tworzyła idealną taflę odbijającą świąteczną choinkę stojącą przy wejściu. Wsiadł do swojego samochodu, oparł się wygodnie i już poczuł, że jest wraz z żoną w Bieszczadach, jego ukochanej krainie, gdzie można o tej porze iść kilka dni, zanim się kogoś spotka.

Nagle zadzwonił telefon.

– Szefie, wycofali się – wycedził głos kierownika działu handlowego.

– Jak to wycofali? Przecież była podpisana umowa przedwstępna. – Marek poczuł, że zaczyna mu pulsować w głowie.

– Powiedzieli, że zapłacą karę umowną.

– Rafał, co się stało? O czymś nie wiem?

– Wie pan tyle, co i ja. Nie wiem, o co chodzi.

– Pół roku starań na marne… – Marek założył drugą rękę za głowę i próbował ścisnąć czaszkę.

– Musiałem to powiedzieć dziś, wybacz, szefie.

– Nie ma sprawy, sam ci kazałem siebie o wszystkim informować.

– I co teraz? – spytał podwładny.

– Co?… Spędźmy te święta, jakby wszystko było w porządku.

– No tak, rozkaz to rozkaz – zażartował Rafał.

– Jeszcze raz wesołych!

– Wesołych, szefie.

Rozłączyli się. Marek poczuł, że ten dzień będzie jednym z najgorszych w jego życiu. Przekręcił kluczyk, wrzucił bieg i ruszył, poza miasto, aby w samotności za kierownicą przetrawić to, co się stało. Prowadzenie zawsze go uspokajało, dodawało sił, napełniało spokojem. Wyjechał na drogę szybkiego ruchu i nie zatrzymywał się przez ponad dwie godziny. Problem został w tyle. Przynajmniej do Nowego Roku, kiedy trzeba będzie jakoś dalej pchać ten zawodowy wózek.

Gdy podjeżdżał do domu, zastanowiły go wyłączone światła. Żona czasem lubiła się przespać w ciągu dnia, szczególnie gdy chciała odpocząć od nawału obowiązków. Ostrożnie przekręcił zamek, jeszcze delikatniej pchnął drzwi i dobiegł go zapach świeżo upieczonego ciasta drożdżowego, jakie nauczyła piec żonę jego świętej pamięci babcia. Ostrożnie zdjął buty, powiesił płaszcz na wieszaku i wszedł do salonu. Na świątecznie udekorowanym stole stały puste talerze, nowe świece, talerzyk z opłatkiem, a obok leżała kartka z pismem żony.

Nie mogłam tak dłużej. Nie potrafię być nieuczciwa wobec ciebie, za bardzo mnie kochasz.

(Dalej było kilka linijek całkowicie zamazanych tym samym długopisem.)

Od dłuższego czasu mam kogoś. To było jak rażenie piorunem. Zakochaliśmy się od pierwszego wejrzenia. Nadal Ciebie kocham, ale jak brata, kogoś z rodziny. Zawsze byłeś dla mnie taki dobry, taki uczciwy, taki doskonały. Pomagałeś innym, uczestniczyłeś w zbiórkach pieniędzy dla potrzebujących, nawet zapisałeś się do tej grupy wsparcia dla bitych kobiet, bo wciąż przed oczyma miałeś swoją matkę. Nawet zawsze wyrażałeś się tak idealnie, tak dostojnie. Na początku mi to imponowało. Ale po dłuższym czasie stało się nie do wytrzymania. Bo ile można patrzeć na ideał, samemu popełniając tyle błędów… Od dłuższego czasu marzyłam, aby ci się noga podwinęła, bym mogła się poczuć choć raz tą lepszą. A tak być nie może. I zaczęłam się z tym czuć jeszcze gorzej. Od wielu miesięcy balansowałam na krawędzi. Aż pojawił się on – taki niedoskonały, taki ordynarny, taki… mój!

Upiekłam Ci Twoje ulubione ciasto. Mam nadzieję, że chociaż to mi dobrze w życiu wychodziło…

Kocham Cię nadal, Iza.

Opadł bezsilnie na krzesło. Nie wiedział nawet, czy ma w ogóle myśleć. Najchętniej zanurzyłby się w kąpieli, która wyciągnęłaby z niego cały ten stan, natłok, który atakował myśli. Sięgnął do komody po ciasto, postawił przed sobą na śnieżnobiałym obrusie i… Przekręcił brytfannę do góry dnem, potrząsnął, a ciasto spadło na nieskazitelność. Z rozpędem uderzył w nie twarzą. Poczuł silny ból, ale i smak z dzieciństwa.

Gdy podniósł głowę z braku oddechu, jego oczom ukazała się kremowo-czerwona plama. Z nosa skapywała mu krew. Podszedł do kanapy i padł bez świadomości.

Obudził go dzwoniący telefon. Zerwał się i podbiegł. Nieznany numer.

– Halo? – odezwał się niepewnie.

– Dzień dobry – usłyszał głos kobiety. – Ja dzwonię z Jaworzna, jestem pracownikiem pomocy społecznej.

Markowi gwałtownie przyspieszył puls.

– Przykro mi, że dzwonię z taką informacją w taki dzień. Pański ojciec nie żyje.

Po tej stronie słuchawki panowała ogłuszająca cisza. Po drugiej słychać było ból empatii.

– Znaleziono go leżącego na podłodze.

– Pijany był? – spytał po chwili Marek.

– Nie, we krwi nie było alkoholu. Wygląda to na zawał. Zresztą pański tata nie pił od ponad roku.

– Przestał? – przerwał Marek.

– Tak, mówił, że zrobił to, aby mu pan wybaczył.

– Wybaczył… – powtórzył.

– My zajmiemy się pogrzebem, ale papiery musi podpisać pan, dlatego chcemy, aby pan jak najszybciej tu przyjechał.

– Oczywiście, oczywiście – odparł drżącym głosem.

Rozłączyli się.

Przed oczyma Marka stanęło całe dzieciństwo. On sam, rodzice, młodsza siostra i jeszcze młodszy brat. Kiedy ostatni raz się z nimi kontaktował? Chyba z pięć lat będzie. Jeszcze ten grób matki, na który jeździł w każdą Wielkanoc. Sam, bez żony, bez rodziny. Spędzał tam czasem nawet cały dzień…

* * *

– Jak nasz pacjent się czuje? – usłyszał kobiecy głos. – Otworzył oczęta, znaczy, że dobrzeje.

Przed otwieranymi oczyma Marka ukazała się dość ładna kobieta w białym kitlu pielęgniarki, o twarzy delikatnej, wręcz dziecięcej.

– Wszystkiego najlepszego z Nowym Rokiem – powiedziała z uśmiechem. – Podała mu piernik w kształcie serca.

– Odwal się – rzucił pogardliwie i przekręcił twarz w stronę szpitalnego okna, na którym wisiała kartka z napisem:

Kochamy Cię, Marku.

Pod spodem był dopisek:

Mnie się też podobasz.

A na końcu namalowany delikatną szminką znaczek serduszka.

– Oj, a jaki zły chłopiec – dodała z uśmiechem pielęgniarka, poprawiając mu poduszkę pod głową…

Historia z TAXI

Historia z TAXI

Taxi, Dżem, Strajk, Ruch, Pojazdów, Chaos

To był zwykły, zimowy dzień, ale nasze, małe dziecko nie dało nam spać przez większość nocy, więc byliśmy dość mocno zmęczeni i niewyspani. Dodatkowo żona nie mogła go karmić piersią ze względów zdrowotnych, co odbijało się na jej dobrym samopoczuciu. Narzekała na bóle biustu i uparcie twierdziła, że dziecko, które nie ssie cyca, nie będzie tak zdrowe. Tak czy inaczej, trzeba było wstać, gdyż ja musiałem jechać do pracy, bo miałem akurat dyżur. Pracowałem jako taksówkarz w jednej z warszawskich korporacji i dyżury miałem sześć dni w miesiącu.

Po zjedzeniu śniadania zostało mi jeszcze trochę czasu do rozpoczęcia dyżuru, więc spytałem ją, czy nie pójść do sklepu i czegoś nie kupić.

– W zasadzie tylko chleb i mleko – odpowiedziała zmęczonym głosem, zastanowiła się i po chwili dodała – chyba żebyś zdążył do apteki, to mógłbyś kupić ten, no… – szukała w pamięci odpowiedniego słowa, drapiąc się w czoło. – Zapomniałam nazwy, ale to nazywa się podobnie jak rządzący na Kubie.

– Słucham?! – Od razu moja wyobraźnia popłynęła… Zadziwiające, co zaczęło mi się pojawiać w głowie… „Co ona chce mi zrobić?… I to moja własna żona?…Auć!… I w dodatku TO COŚ w aptece? To oni tam już takie rzeczy sprzedają?…” W końcu zebrałem się w sobie i rzekłem – co ty mi chcesz zrobić?

– Nie tobie, tylko sobie – wyjaśniała pełna powagi.

– Na Kubie rządzi Castro, więc ja nie wiem, co ty chcesz, żebym kupił.

– Nie o to mi chodziło… A jak się mówi na takiego, który w taki właśnie sposób rządzi? – Zaakcentowała słowa „w taki właśnie sposób”.

– Jeśli o to chodzi, to dyktator – wyjaśniałem nadal niepewnie.

– No właśnie. Chodziło mi o laktator.

– Aha… – Dopiero teraz dotarł do mnie jej sposób rozumowania.

Wyszedłem do sklepu, potem do apteki, kupując, co trzeba i chwilę później pojechałem do pracy.

Stanąłem w okolicy domu i czekałem na zlecenie. Dziesięć minut później ruszyłem, podjechałem we wskazane miejsce, zabrałem klientkę i zawiozłem ją na Żoliborz. Potem kolejne i kolejne, z krótszymi lub dłuższymi czasami oczekiwania między nimi. W końcu zrobiła się mniej więcej jedenasta przed południem i stojąc na Woli, dostałem zlecenie na ulicę Elekcyjną przy szkole.

Podjechałem po klienta i zobaczyłem, że jest tam jakiś mężczyzna, ale zamiast stać w miejscu, chodzi w kółko. Jakby motorek miał w czterech literach. „Jakiś nerwowy” – pomyślałem. Jednak spojrzałem na jego twarz, a ta wydawała się zakłopotana. Stanąłem jakieś pięć metrów od niego, bo na dobrą sprawę nie wiedziałem, czy to mój klient, a przecież do obcego nie będę podjeżdżał. Miałem zamknięte szyby – był koniec grudnia. Mężczyzna podszedł do samochodu i zamiast wsiąść do środka, stanął od strony kierowcy i zapukał w moją szybę. „No, to są kłopoty” – przebiegło mi przez głowę, a jednocześnie dostrzegłem jego jakby błagający wyraz twarzy. – „O co może chodzić?”. Otworzyłem ją.

– Dzień dobry panu – zaczął, wyciągając w moją stronę prawą rękę. – Marek Kowalski – przedstawił się, a po nazwisku skojarzyłem, że to mój klient.

Zdziwiłem się nieco, bo kto podchodzi do taksówkarza i się przedstawia, podając rękę? „No, to mi się trafiło! Pewnie usiądzie obok mnie, a tak tego nie lubię, i zacznie opowiadać swoje życie, zaczynając od dzieciństwa, aż po teraźniejszość. Nic, jak będę jego spowiednikiem. Tylko o tej porze? Zwykle to wieczorami, kiedy się napiją, mają takie pomysły. Ale teraz?…” W końcu i ja się przedstawiłem:

– Antoni Grycuk. – Także mu podałem dłoń.

– Jak panu mija dzień? – pytał, cały czas mi się przyglądając, ale wsiadać nie miał zamiaru. Stał na zewnątrz i gadał, zupełnie jakby po to mnie zamówił. I to jego spojrzenie – przenikliwe, a zarazem pełne niepokoju. Zaczęło mi się w głowie dwoić i troić, o co może chodzić… Dlaczego mi się tak przypatruje? Zna mnie z przeszłości, czy co? A może chodzi o coś innego?

– A dobrze, spokojnie. Mogłoby być więcej roboty, ale nie narzekam – odpowiedziałem, nie chcąc być niemiłym, a jednocześnie już miałem dość tego zlecenia.

– A ma pan trochę czasu? – ciągnął, nie spuszczając ze mnie oka.

„To może być gej, spodobałem mu się i stąd mi się tak przygląda. Na pewno tak jest! I się przedstawił, i pyta, jak mi mija dzień!” Natychmiast na myśl mi przyszło coś podobnego, gdy właśnie homoseksualista w analogiczny sposób mnie podrywał. Niby nic przeciw nim nie mam, a nawet ich szanuję i uważam, że przeciętnie geje są bardziej wrażliwi, niż faceci hetero, ale podrywany być przez nich nie lubię. I już!

– No, w zasadzie mam. To zależy jeszcze, o co chodzi, bo mam dyżur – popatrzyłem na niego podejrzliwie.

– A nie chciałoby się panu gdzieś przejechać?

„O, matko! I wycieczki z gejem, który mnie podrywa, będę sobie robił! Obok mnie, udo obok uda! Nie!… Twoje niedoczekanie! Ja na to nie pozwolę!”…

– Tak, pojadę – powiedziałem. Zdałem sobie sprawę, że to mój klient, a nasz klient, nasz pan i muszę go zawieźć tam, gdzie chce. Zebrałem siły, opanowałem emocje i spytałem – w zasadzie jestem w pracy, a gdzie miałbym jechać?

– Pod Węzeł Marsa – odpowiedział, przestępując z nogi na nogę.

– Czemu nie – rzekłem i zdałem sobie sprawę, że to dobry kurs, a jak dobry, to i kasa będzie.

– Tylko widzi pan… – Przestał mi się na chwilę przyglądać, spojrzał gdzieś w bok, po czym znów skierował na mnie wzrok i zanim dokończył, ponownie głowę miałem pełną: „A teraz jeszcze: widzi pan… Czemu ja tak trafiam?!!!…” – A nie wykonałby pan dla mnie pewnej usługi?

„No nie! Jakiej znów usługi? Nie dość, że o mało mnie rano żona nie wykastrowała… AAAAAAAA! DOŚĆ! Dosyć na dziś! Chcę do domu!” I prędkość pomysłów w mojej głowie osiągnęła jakiś niewyobrażalny szczyt. Jakbym kręcił się na karuzeli, obserwując przetaczające się przed oczyma widoki. Wszystko zawirowało, zaszumiało… ale nagle ucichło i wyłoniła się nowa myśl. Zarazem niosąca ulgę, jak i kolejne, tym razem spokojniejsze, napięcie psychiczne. „Na pewno każe mi kogoś śledzić!” Raz już tak miałem jakiś czas temu, gdy kobieta prosiła mnie, abym jechał za jej mężem. Obawiałem się tego nieco, ale w gruncie rzeczy lepsze śledzenie niż usługa seksualna…

– To zależy jakiej… – Tym razem to ja przyglądałem mu się z niezwykłą uwagą. – Jeśli to coś bardzo nietypowego, to będę zmuszony odmówić, ale generalnie jestem otwarty na propozycje – mówiłem powoli, cedząc słowa i starając się używać najodpowiedniejszych. – Tyle że musi pan pamiętać, że mam dyżur i nie mogę zbyt dużo czasu panu poświęcić.

– No, bo sprawa jest taka, że dziś rano zamknąłem żonę w domu i ona nie może wyjść, więc dałbym panu klucze i pojechałby pan ją otworzyć. – Był pełen wstydu, jednak cały czas mi się przyglądał.

– Aha… – Odetchnąłem! Po chwili dotarło do mnie, że to zlecenie JEST jednak nietypowe. Spytałem – a ona nie może sama tego zrobić?

– Nie, bo mamy taki zamek, że jak się go przekręci na dwa spusty od zewnątrz, to nie da się otworzyć od środka – wyjaśniał pełen zmieszania. – Dam panu dodatkowo dziesięć złotych za tę usługę.

„O, to ci dopiero! Ja tu mało nie wybuchnę z domyśleń, a on po prostu płaci za otwarcie jego domu z jego własną żoną w środku! Który facet dałby klucze obcemu mężczyźnie, gdy tam jest żona? Jakieś wariactwo! Ale nic. OBSŁUŻĘ. A jakże!”

– Ok, mogę to zrobić, tylko musi pan dokładnie wyjaśnić, jak mam dotrzeć pod drzwi – mówiłem już spokojnie.

– Podjedzie pan do budynku, zaparkuje i wejdzie pan wejściem A. Z tym że potem musi się pan skierować na prawo, bo na lewo są mieszkania należące do innego adresu, a klatka jest wspólna. – Tutaj podał mi dokładny adres, ja go zapisałem i byłem gotów na wyzwanie.

Wyzwanie!…

– A żona mnie za pana nie ukatrupi? – zażartowałem.

– Nie – odpowiedział bardzo poważnie, omijając jakby mój żart. – Ona musi szybko pojechać do firmy, bo dziś ma zrobić przelewy.

– A jeszcze jedno pytanie. Czemu sam pan nie może pojechać?

– Bo ja uczę w tej szkole. – Odwrócił głowę i wskazał nią budynek za swoimi plecami. – Mam zajęcia z dziećmi i nie mogę się wyrwać.

– Aha. – Zrozumiałem i cała dramatyczna historia wydała się być prozaiczną. Ale jak emocjonalną…

– To ja daję panu klucze. – Sięgnął do kieszeni, wyciągnął je, potem włożył rękę do drugiej, wyjął pięćdziesiąt złotych. – A tutaj ma pan kasę. Policzy pan jak za normalny kurs, doliczy dziesięć złotych, a jak żona będzie chciała z panem jechać do pracy, to ją pan zawiezie.

– Dobrze – zgodziłem się, przyjąłem od niego, co mi podał i za kilka chwil ruszyłem.

Było po jedenastej przed południem, więc nie było korków i udało mi się dość szybko dojechać na miejsce. Zaparkowałem samochód, podszedłem do klatki, zadzwoniłem pod wskazany numer i za chwilę otworzono mi drzwi domofonem bez pytania, kto to. Zapomniałem oczywiście o wskazówkach klienta i skierowałem się na lewo, wchodząc błędnie pod inny adres. Podszedłem do drzwi, zadzwoniłem i czekałem około minuty, dziwiąc się, że nikt się nie odzywa. Dopiero po tym czasie zorientowałem się, że chyba źle poszedłem, przypomniałem sobie, co mówił klient i przemieściłem się na drugą część klatki schodowej. Tym razem stanąłem pod właściwymi drzwiami i zadzwoniłem.

– Otwieraj już pan! – usłyszałem przez drzwi bardzo głośny i pełen złości głos kobiety.

Jej ton wydał mi się zarówno bardzo ostry, jak i błagalny. Po chwili otworzyłem, zobaczyłem ją ubraną w płaszcz i w butach, gotową do wyjścia.

– Dobra, zawiezie mnie pan jeszcze na Grenadierów – ciągnęła z wściekłością i mógłbym się założyć, że gdyby to mąż jej otworzył, to nieźle by mu się dostało.

A może dlatego nie chciał sam pojechać?

W drodze zadzwonił do niej mąż, pytając, czy już dotarłem i czy wszystko w porządku. Wtedy zrozumiałem, czemu mi się tak bardzo przyglądał… Po prostu chciał być pewien, że trafił na uczciwego człowieka, który nie pojedzie i nie dorobi kluczy. Przecież mógłbym tak zrobić. A mając komplet kluczy i wiedząc zarówno jak znaleźć mieszkanie, jak i fakt, iż nikogo nie ma w domu, miałbym otwartą drogę do okradzenia ich lokum.