Ślady

Ślady

Sweter, zapach, wspomnienie

Która to godzina?…

Czwarta w nocy. Czas budzenia się wszystkiego, co uśpione. Szarik otwiera jedno oko i spogląda na mnie, nie za bardzo wiedząc, czy to ta pora. Powoli odkrywam kołdrę, patrzę na swoje nogi, czy leżą samotnie, może będą mogły się przytulić? Łydki, palce i pięty zewrzeć nawzajem, by po chwili poczuć te ciarki, gdy zaprzestaje się pocierania. Chłód pokoju wytrąca mnie z równowagi ciepła, które beznamiętnie zimna kołdra daje jako iluzję bezpieczeństwa i bliskości.

Wstaję. Zerkam na ścianę, na której wisi spojrzenie i pamięć. Tafla oceanu, chmury pierzaste, promienie słońca i niezapomnienie. I Szarik hasający po plaży, w piasku i wodzie. Do dziś widzę, jak otrząsając sierść, chlapie dookoła. A potem się tuli, nie zważając, że cały mokry. Podchodzę do szafki pod oknem, otwieram, wysuwa się notatnik z tym jedynym pismem, pamiętnik tamtych dni. Zerkam na przypadkową stronę. Wiersz. O kataryniarzu, co go nie ma na ulicach od długich lat, o dorożce zamiast taksówki i niewygodnych do stąpania kamieniach, co po nich przyszedł asfalt i beton. Jest też nasz Szarik, gdy ciągnie kocyk spod tyłków na wielkiej łące kwitnącej mleczami i koniczyną. Wkładam z powrotem pamiętnik do szafki, choć uparte z niego bydle, ciągle chce powrócić pod moje stopy. Szarik wiele rzeczy podgryzał, ale tego nigdy nie ruszył.

Ani tego swetra, co obok. Sięgam po niego, czuję, jak wełna ugina się pod palcami. Przykładam do nosa, wciągam głęboko powietrze. Przed oczyma staje mi kuchnia i kanapa przed telewizorem w długie zimowe dni. A u stóp Szarik. Taki spokojny, taki szczęśliwy, gdy mógł dotykać nóg. Choćby tylko grzbietem, ogonem czy koniuszkiem łapy. Tak bardzo się cieszył, gdy rozpalałem w kominku. Wiedział, że spędzimy wieczór razem. Teraz to nie chcę tam rozpalać. Niech ciepło ognia zostanie w pamięci, będzie nośnikiem wspomnień. Wolę zachować tę wyraźną linię czasu – ogień i ciepło tam, kaloryfer i samotność tu. Tak jest uczciwiej. I dla ciebie, i dla mnie.

Idę dalej, do łazienki. Szuram kapciami o dębowy parkiet, na którym wciąż słyszę odgłosy tańczących stóp: lekkie stukanie, delikatny dźwięk przesuwanych z gracją opuszek. I pstrykanie stawów, gdy ciężar ciała spoczywał na palcach. Szarik nie wiedział, co ma ze sobą zrobić – czy leżeć dalej, czy może dołączyć do tego baletu. Podrygiwał, kusiło go, ale jednak pozostawał na swoim malutkim dywaniku, który służy mu do dziś. Potem przez długie tygodnie z niego nie schodził, cały czas czekał. Ale przywykł, bo nawet do piekła można przywyknąć. Ciekawe jak w sercu psa wygląda piekło tęsknoty? Potrafi takie serce pęknąć jak ludzkie?

Gdy przekraczam próg łazienki, dobiega mnie zapach perfum. Ten dobrze znany mi jaśmin z nutą czegoś bliżej nieokreślonego. Nerwowo się rozglądam, zerkam w każdy zakamarek, spoglądam, czy wejściowe drzwi się nie otworzą, a nuż?… Jednak pusto niezmiennie. Ściany aż dudnią nostalgią.

Tylko gdzieś wewnątrz domu, w każdym kącie, na każdej powierzchni, na każdej półce i w każdym niewyrzuconym ubraniu jesteś ty, taka zwyczajna, ze zwichrowanymi włosami, spokojem, którym zarażałaś i niezastąpionym ciepłem duszy i ciała. Szarik czasem obwąchuje to wszystko, lecz mam wrażenie, że krzywi się i płacze bez łez. A potem wraca na swój mały dywanik, który kupiłaś mu nad morzem. Dla niego te wspomnienia są równie bolesne. Ja to przynajmniej potrafię zapłakać. Choć ostatnio coraz rzadziej i rzadziej. To znak, że umieram bezpowrotnie. Usycham z braku ciebie, Paulinko

Paulinko.