Układam się

Układam się

Układam się do snu,

układając się z własnym sumieniem,

aby nie czuć tykającego zegara

biegnącego do mety czasu.

Tylko czy uda mi się ułożyć z własnym sumieniem,

skoro nie układam się z sobą samym?

*

W nocy budzi mnie zew,

Freud mówił, że seksu,

kurwa mówi to samo,

ksiądz, że nie dałem na tacę,

a psycholog uprawia spychologię,

że co bym nie zrobił, to nie moja wina, bo taki jestem.

To inni są winni, ci, którzy mnie skrzywdzili.

*

Układam się ze sobą samym,

układam się ze sobą z powrotem.

To droga do śmierci.

Spokojnej.

Przed snem…

Przed snem…

Jeszcze migają pojedyncze sceny, jeszcze wiatr targa włosy w pamięci, jeszcze jeden liść pieści dłoń wspomnieniami lata, a serce już się uspokaja, zalega w miękkim osierdziu, przechodząc w tryb snu.

Wyciągam proste nogi, które muskają koniuszek kołdry, starając się pozostać w cieple pościeli. Spoczywam na brzuchu, z głową na jaśku i ręką pod klatką piersiową.

Nim wybrzmią ostatnie myśli i ucichnie echo doznawanych w ciągu dnia emocji, zaczynam liczyć po kolei, niespiesznie, liczba po liczbie:

…dwanaście, trzynaście, czternaście, piętnaście, szesnaście…

Skupiam się jedynie na cyfrach. Usilnie odsuwam wszystko w dal, w niebyt, do innej rzeczywistości. Odpływa z pamięci przegrany mecz, nieudana próba rozwiązania problemu w pracy, niezręczna rozmowa z koleżanką. Ale także sprzeczka z nielubianym kolegą. Słyszę tylko przeciągły szum własnego oddechu. Czy tak samo oddycha ten kolega? Czy obrzucając go w myślach kolejnymi słowami, które mają sprawić, że wygram tę batalię, nie zapominam, że on również żyje? I że tak samo jak ja, ale w inny sposób, ma prawo do swojego poglądu? Chyba czas dać spokój tym przepychankom.

…trzydzieści pięć, trzydzieści sześć, trzydzieści siedem, trzydzieści osiem…

Wszystko coraz bardziej się rozmazuje, nie myślę już o koledze, o pracy, o niczym konkretnym. Przez głowę przepływają mi przypadkowe obrazy: jeden z dzieciństwa, drugi, który jest wizją przyszłości, i wreszcie trzeci, co nie ma nic wspólnego z czymkolwiek, co bym znał.

Unoszę się jak zapisana drobnym maczkiem kartka papieru, kołysze na wietrze, zmieniam wysokość i kierunek lotu. Lewituję, nie czując ciała spoczywającego na łóżku.

… pięćdziesiąt dwa, pięćdziesiąt trzy, pięćdziesiąt cztery…

Jeszcze jeden silny impuls biegnie z lewej nogi: to lekkie swędzenie, które jednak ignoruję. Powoli mija, rozchodząc się przyjemnym ciepłem po łydce.

…sześćdziesiąt siedem, sześćdziesiąt osiem…

Tylko szum.

…siedemdziesiąt sied….