Cywilizacja

Cywilizacja

Prezentuję swój tekst, za który otrzymałem I miejsce w konkursie „Opowiem Wam Historię” organizowanym przez ośrodek Arsus, a dotyczącym kilku dzielnic Warszawy.

Dzieli nas teraz cała cywilizacja.

Wyszedłem z domu przy ulicy Rolnej o siódmej rano. Jest połowa lipca, słońce nieco za chmurami, ale dość chłodno jak na tę porę roku. Staję przed wejściem, patrzę wokół i po raz kolejny nie mogę się nadziwić, jak bardzo zmieniła się Warszawa. Tutaj była granica stolicy jeszcze pięćdziesiąt lat temu. Ot, ledwie domostwa dochodziły do Doliny Służewieckiej. A teraz? Blokowisko opiera się o Las Kabacki. Ty też mieszkałaś na Rolnej, ale na drugim jej końcu, gdzie wtedy była wieś o nazwie Ursynów. Obecnie fragment ulicy z twojej strony nazywa się Gminna. Rolna została podzielona przez wielki Ursynów. Cywilizacja wkroczyła między nas i tkwi tak aż do dziś.

Pomyśleć, ile razy szedłem do ciebie na piechotę, grzęznąc w błocie. Do dziś czuję pod stopami tę maź o specyficznej konsystencji, która lepiła się, sprawiając, że każdy but ważył wiele kilogramów. Do tego dźwięk niedający się porównać z niczym innym — połączenie chlupania i odkorkowywania butelki. Taka przechadzka po błotnistej drodze, gdzie każdy krok wymaga wysiłku i uwagi, aby nie stracić równowagi i nie upaść. Tak sobie myślę, że ta nazwa to pamiątka po polach uprawnych, które rozciągały się na południe aż po Las Kabacki.

Byłaś na początku taka niedostępna. Co nie próbowałem amorów, to kąsałaś. Lecz wiedziałem, że to tylko zakazy twoich rodziców, które należy powoli przełamać. Byli tacy dystyngowani, tacy światowi, pracowali już wtedy w stolicy w biurze. A moja rodzina to zwykli chłopi, którzy mieli kilka hektarów. Twoi nie pozwalali nam się spotykać, ale i tak ukradkiem wyciągałem cię na randki. Bałaś się ich. Nie miałem prawie wykształcenia, ot podstawówkę i szkołę zasadniczą, choć zawsze mnie ciągnęło do edukacji. Dopiero później, gdy na naszym polu wybudowano bloki, poszedłem dalej do szkoły. Ukończyłem technikum rolnicze, potem SGGW. Wybrałem taki kierunek, jakby miał być mi jeszcze do czegoś potrzebny. Ale czym skorupka za młodu nasiąknie… powiadają.

W latach sześćdziesiątych mieszkałem tu jeszcze w drewnianej chacie, a obecny dom wybudowałem ponad czterdzieści lat temu. Stała tu nasza chałupa, kilka domostw, a dalej całe połacie pól uprawnych. Chyba nigdy nie przywyknę do tej całej nowoczesności, autobusów niskopodłogowych, wybetonowanych chodników i ulic pokrytych asfaltem. Za mojej młodości chadzało się po piaszczystych czy błotnistych drogach. Dziś to już nie to samo: buty niezabłocone, nogawki niezakurzone, ale i serce jakieś takie puste. Uwielbiałem jako dziecko iść polną drogą i muskać dłonią kłosy żyta — tak miło łaskotały. Do tego z niczym nie da się porównać szumu wiatru w złocistych łanach. To jakby szum morza, ale delikatniejszy, subtelniejszy, bardziej spokojny. Chyba znasz to uczucie, gdy obcujesz z naturą i czujesz tę jedyną w swoim rodzaju więź, której próżno szukać w świecie blokowisk, samochodów, maszyn i muzyki zagłuszającej wszystkie niuanse. Teraz wszystko takie techniczne, takie ugłaskane.

Dziś postanowiłem cię odwiedzić na piechotę. Choć sam nie wiem, jak tego dokonam — gubię drogę na starość w tych wszystkich obecnych ulicach, przejściach dla pieszych. Nawet nie ma gdzie spokojnie odpocząć. Parę tygodni temu jak szedłem na Ciszewskiego i usiadłem na trawniku, zainteresowała się młoda dziewczyna i spytała, czy ze mną wszystko w porządku. W sumie to chyba powinno być miłe, ale jakoś czuję się po tym jeszcze starzej, jakbym miał już wykorkować.

Pójdę Aleją KEN, bo najprościej. Najpierw chciałem mniej więcej starą Rolną, ale tamtędy mogłoby być ciężko, bo nawet nie poznałbym, którędy ta ulica biegła, tyle tego wszystkiego nastawiali. Tam, gdzie ciągnęła się stara Rolna, teraz i Centrum Onkologii, i wielkie osiedla jak chociażby Służew Nad Dolinką. W zasadzie istnieją tylko dwa fragmenty tej ulicy — jeden tu, na Mokotowie, a drugi na Ursynowie przy Górce Kazurce, biegnący z przerwami aż do ulicy Makolągwy, która dochodzi do Puławskiej.

Ruszam więc mokotowską częścią Rolnej na południe w stronę Ursynowa. Pod nogami zamiast piasku czy błota tępy beton i asfalt. Czasem mam wrażenie, że i zapach tego jest inny. Unosi się w powietrzu coś, co bardziej przypomina pomyje po próbówkach z laboratorium chemicznego niż miejsce, gdzie egzystuje człowiek. Dochodzę do linii metra, które powstawało kilkadziesiąt lat zbyt późno. Tu, od Wałbrzyskiej ciągnie się wzdłuż mojej trasy, aż prawie po sam Las Kabacki. Pierwsza linia metra w Warszawie i Polsce. Gdy otwarto ją, śmiano się, że Wąchock też jest wielkim miastem, bo ma tylko jedną linię metra mniej niż stolica. A ileż to trwały prace? I co to się działo podczas budowy wzdłuż KEN-u, która wtedy jeszcze nie istniała. Wielkie wykopy, mnóstwo błota i liczne incydenty, jak podtopienie czy problemy z gruntem. Dokładnie pamiętam dzień otwarcia pierwszej linii metra — to początek kwietnia tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego piątego roku. Opóźniło się to znacznie, głównie ze względu na brak pieniędzy, ale też zwiększone wymogi bezpieczeństwa. Ale kiedy już ruszyło, wszyscy mówili o metrze. Zbliżało nas do wielkiego świata. Aż strach pomyśleć, nieco ponad dwadzieścia lat wcześniej były to w większości pola uprawne. Myślę sobie, że to najlepszy dowód na migracje ludności ze wsi do miast i na rozrastanie się stolicy.

Mijam centrum handlowe Land. Dobrze pamiętam, kiedy je otworzyli. Zaledwie kilka lat po Okrągłym Stole. Jaki to wtedy był przebój, wielki świat do nas zawitał. Człowiek myślał, że teraz to będzie się żyło inaczej, lepiej, a prawda jest taka, że więcej z tym kłopotów. Obok bloki osiedla Służew Nad Dolinką, które powstały mniej więcej w tym samym czasie, co północny Ursynów.

Kiedy do ciebie chadzałem, nie było tego wszystkiego. Poznałem cię na jednym z niedzielnych spacerów na terenie obecnego Ursynowa. Nigdy nie lubiłem zbytnio towarzystwa, więc poszedłem po porannej mszy, aby pobyć samemu. To samo zrobiłaś ty. Spotkaliśmy się gdzieś na skrzyżowaniu Migdałowej i Mandarynki, pewnie był rok tysiąc dziewięćset siedemdziesiąty drugi, może trzeci. Pamiętam to do dziś: łany zboża, nieopodal niewielki las i ty, podobnie jak ja, uciekałaś od ludzi. Spędziliśmy tamtego dnia ze sobą ładnych kilka godzin. Potem widywaliśmy się niemal co niedzielę w tym samym miejscu. Aż zaprowadziłaś mnie na Nowoursynowską, pod ten sześćsetletni dąb, Mieszko Pierwszy, który teraz jest pomnikiem przyrody.

Tam po raz pierwszy się pocałowaliśmy; siąpił wiosenny deszcz, my schowani pod drzewem, które i tak nas niewiele chroniło, wokół pola i las. I pod nim także kochaliśmy się po raz pierwszy. Był lipiec, chłopi robili sianokosy, a my przez cały dzień siedzieliśmy w cieniu jego liści i podjadaliśmy agrest od ciebie z ogródka, a potem gdy nastał wieczór, skosztowaliśmy siebie nawzajem — nawet twoje usta smakowały agrestem. I miałem wrażenie, że pachniałaś sianem. Jak sobie pomyślę, to agrest będzie mi się zawsze kojarzył z tobą. I trochę z twoimi rodzicami, bo co nie próbowałem się zbliżyć, czułem ich ukłucia. Ilekroć jem agrest, stajesz mi przed oczyma ty, wciąż tak samo młoda, tak samo dziewczęca i niewinna. Mówią, że pamięć jest zawodna, a ja sobie myślę, że często siedzą w niej obrazy sprzed lat, które w niezmienionej formie zabierzemy ze sobą aż do grobu. Dla mnie takim obrazem jesteś ty leżąca na wznak na trawie, taka odprężona, taka spokojna i uśmiechnięta, z kołyszącymi się na wietrze w twoich źrenicach gałęziami Mieszka Pierwszego. Często jak zasypiam, czuję tę mieszaninę niebiańskich zapachów z tamtego wieczoru: woń agrestu zmieszaną ze słodką nutą kobiecego erotyzmu.

— Dobrze mi z tobą — powiedziałaś i spojrzałaś mi w oczy. — Wiesz, ale ja niedługo wyjeżdżam na studia i nie będziemy się tak często widywali.

— To nic, będę cię odwiedzał. — Przytuliłem się do ciebie.

— Kto wie, jak to może być. Ty tu, ja tam… Rodzice mówią, abym się przestała z tobą spotykać.

— Ale nie posłuchasz ich?

— Mówią, że u ciebie w domu to zacofanie, życie niegodne kogoś wykształconego, i że ja zasługuję na coś więcej.

— Jedno jest pewne, Aniu, ja nie zasługuję na ciebie.

To cię poruszyło, podniosłaś się i wyszeptałaś:

— Nie wiem, co mam robić. — Rozpłakałaś się i ruszyłaś biegiem w stronę domu.

Potem zaczęto budować pierwsze bloki na Ursynowie. A jakby wraz z ich budową, ciebie wysłano na studia do Lublina. Kontakt między nami się utrudnił, ale nie urwał. Gdy tylko przyjeżdżałaś, szliśmy znów pod Mieszka Pierwszego. I niemal za każdym razem się kochaliśmy. Nawet zimą, jak ledwo przebrnęliśmy przez zaspy, zaszyliśmy się w krzakach i robiliśmy to na stojąco. A gdy ty nie przyjeżdżałaś, pisaliśmy do siebie listy. Ileż to na strychu w starej skrzyni ich nadal mam. Każdy zabezpieczony, aby się nie zniszczył, a te wyjątkowe oprawiłem w ramki. Czasem ja wsiadałem w pociąg i jechałem do ciebie, ale miałem wrażenie, że się mnie trochę wstydziłaś, bo nigdy nie wyglądałem na miastowego.

Chyba w siedemdziesiątym piątym, kiedy Osiedle Służew Nad Dolinką się budowało, a pierwsze bloki Ursynowa zostały zasiedlone, napisałaś mi, że jesteś zmęczona i żebym nie przyjeżdżał na weekend. Wiedziałem, że masz mnóstwo zajęć na uczelni, więc nie nalegałem. W wakacje przyjechałaś, ale byłaś już jakaś inna. Sama zabrałaś mnie pod Mieszka i wtedy kochaliśmy się po raz ostatni. Gdzieś w sercu przeczuwałem, że to koniec, ale nie byłem w stanie dopuścić tego do świadomości.

Właśnie przechodzę Aleją Ken, przedłużeniem Rolnej przez Surowieckiego. Po prawej minąłem bloki przy Końskim Jarze, po lewej przy Koncertowej. Ale też po prawej wznosi się Kopa Cwila, sztuczne wzniesienie usypane z uszkodzonych prefabrykatów budowlanych i ziemi wybranej przy budowie dróg i budynków. Pamiętam, jak powstawała wraz z pierwszymi blokami na Ursynowie. Zwróciłem na nią uwagę, gdy po raz ostatni szedłem na spotkanie z tobą, brnąłem w głębokim błocie i zastanawiałem się, ile prawdy w tym, co mówiono w telewizji o planach na budowę wielkiego Ursynowa. Okazało się, że to była sama prawda. Kolejne bloki po prawej przy Wiolinowej — dobrze pamiętam, jak je oddawano do użytku, pewnie był rok siedemdziesiąty siódmy, może ósmy. Nasz dalszy sąsiad, którego wysiedlono, dostał tutaj mieszkanie. Poszedłem raz do niego w odwiedziny zaraz po zasiedleniu i to, co pamiętam najbardziej, to wszechobecne błoto. Nawet w twoich okolicach, gdy te tereny jeszcze nie należały do Warszawy, nie było tyle błota. Zupełnie jakby matka ziemia chciała zaprotestować przed kolonizacją kolejnych terenów i błotem próbowała zatrzymać ludzi. Pamiętam, że aż wstydziłem się wejść do jego mieszkania w tak ubłoconych butach — on w tym wielkim świecie, a tu przychodzi taki chłopek i brudzi mu dywany. Ale jak do niego wszedłem, przestałem się wstydzić, bo buty miał jeszcze bardziej umorusane.

Muszę sobie odpocząć, bo nogi zmęczone, wszak mając osiemdziesiątkę na karku, człowiek o wiele już słabszy. Siadam więc na niewielkim trawniku za Surowieckiego i wspominam ciebie. Wiele razy chadzałem w okolice twojego domu, aby próbować się do ciebie zbliżyć, może cię zobaczyć, mimo iż mieszkałaś w lubelskim internacie. Na dobrą sprawę nie wiem, po co to robiłem, po prostu musiałem, i już. Trochę dalej przy Surowieckiego stoi ursynowski Megasam, w którym czasami robiłem zakupy. Pamiętam, że wkrótce po jego otwarciu kupiłem tam fajerwerki na Sylwestra. Cieszyłem się jak dziecko. A potem doszły mnie informacje, że niedługo ugiął się od śniegu dach, a trzy lata później zapaliły się fajerwerki i spłonęła część magazynu. Tak sobie czasem myślę, co to by było, gdyby ten dach spadł mi na głowę.

Ruszam dalej na południe i mijam po prawej Pasaż Ursynowski, który oddano dokładnie na przełomie dekad. W tym całym skupisku wielkich bloków ten fragment jest nieco inny: niskie szeregowce z witrynami sklepów i nieregularnymi dachami, co sprawia wrażenie luksusu. Wtedy przestałaś zupełnie przyjeżdżać do rodziców. Słuchy mnie doszły, że zamieszkałaś z kimś od siebie z roku. Ale ja wcale nie odpuszczałem, nadal chadzałem w okolice domu twoich rodziców. Chyba po prostu nie chciałem się pogodzić z tym, że nie jesteśmy razem. Nawet raz pojechałem do Lublina, skryłem się gdzieś w zaroślach i obserwowałem wyjście od ciebie z wydziału. Szłaś w objęciach mężczyzny, który w żadnym względzie nie przypominał mnie: był wysoki, świetnie ubrany i taki męski. Wsiedliście do jakiegoś zachodniego samochodu i odjechaliście z piskiem. Poczułem, że między nami stanęli nie tylko twoi rodzice, ale i przepaść cywilizacyjna. Bo mnie nawet nie było stać na malucha, a ten twój facet jeździł czymś z wielkiego Zachodu. Poszedłem do dworcowego baru i upiłem się, aż milicja zawiozła mnie do izby wytrzeźwień. Wracając pociągiem, obiecywałem sobie, że koniec z tymi sentymentami, czas zadbać o siebie. Ale jak tylko dotarłem do Warszawy, zrobiło mi się smutno, jakoś żałośnie i znów polazłem pod dom twoich rodziców.

Przechodzę teraz obok galerii Ken Center, która powstała w wyniku rozbudowy marketu Leclerc. To obecne centrum handlowe niewiele przypomina tamten stary market, który istniał jeszcze pod inną nazwą na początku lat osiemdziesiątych. Po prawej bloki przy Hawajskiej. Oddawano je również na początku dekady. Wtedy już powoli sobie odpuszczałem, choć jeszcze czasem chadzałem w twoje okolice czy pod Mieszka Pierwszego. Zdarzyło się nawet zabrać tam jakąś koleżankę, ale w gruncie rzeczy nie byłem nią zainteresowany i nie zostaliśmy parą. Bezustannie siedziałaś mi w głowie, mimo iż czułem, jak rośnie między nami wielki mur. Myślę sobie, czy przypadkiem to nie było tak, że wraz z przyłączeniem terenów, gdzie mieszkałaś, do Warszawy, w tobie nie obudziła się chęć brnięcia ku cywilizacji. W końcu bycie Warszawiakiem do czegoś zobowiązuje.

Dalej mijam Multikino przy Indiry Gandhi. W czasach gdy je oddano, byłem już dawno po studiach, z ciepłą posadką na SGGW i wspomnieniami ciebie, które nie chciały mnie opuścić. Co nie próbowałem sobie ułożyć życie z jakąś kobietą, część mnie protestowała i uciekałem niemal w panice. Multikino powstało pod koniec lat dziewięćdziesiątych. Jakież kolejki się tu ustawiały, bo niemal każdy chciał zobaczyć film w tak wielkim i nowoczesnym kinie.

Gdy dochodzę do Płaskowickiej, tu po lewej jest adres KEN pięćdziesiąt cztery, gdzie mieści się lokalna klubokawiarnia, w której czasem wygłaszane są prelekcje historyczne i nie tylko. Byłem tam raz na odczycie na temat historii Ursynowa. Serce się krajało, jak przypominałem sobie czasy, gdy byliśmy razem. Tę część Ursynowa wybudowano w latach osiemdziesiątych, kiedy ja już poszedłem na studia. Wtedy dowiedziałem się, że ułożyłaś sobie życie z tym mężczyzną, którego przy tobie widziałem.

Skręcam w lewo w Płaskowickiej, aby zajrzeć na tymczasowo przeniesiony w to miejsce Bazarek na Dołku. Jego stała lokalizacja znajdowała się kilkaset metrów stąd, ale zmieniono ją na czas budowy obwodnicy. To najznamienitszy bazarek na Ursynowie, lokalnie znany równie dobrze jak Bazar Różyckiego na skalę całej Warszawy. Aż dziwnie się wchodzi między stragany w innym miejscu, wciąż nazywając to Bazarkiem na Dołku. Przechodzę obok kolejnych stoisk. Sam nie wiem, czego szukam. Tu artykuły spożywcze, tam mnóstwo drobiazgów, dalej widzę warzywa i owoce. Waham się, czy tam podejść, bo jestem już bardzo zmęczony i każde wchodzenie w skupiska ludzkie powoduje jeszcze większe wyczerpanie. Ale podchodzę pchany ciekawością. Soczyste jabłka, smakowite gruszki, czerwone wiśnie, trochę porzeczek i… agrest! Jest agrest!

— Po ile ten agrest? — pytam sprzedawczynię. Nawet na nią nie patrzę, interesuje mnie tylko pudełko z agrestem.

— Osiem złotych, drogi panie — odpowiada słabym głosem. — Świeżutki, dziś rano zrywany.

Dobrze wiem, ile prawdy w tych słowach. Kobieta przyjechała tu skoro świt, więc musiałaby zrywać agrest po nocy.

— Naturalnie, naturalnie. — Kiwam głową. — To wezmę opakowanie.

Sięgam do kieszeni po portfel, ale właśnie sobie przypominam, że został na szafce w przedpokoju. Widzę przed sobą wyciągniętą dłoń kobiety z agrestem.

— Bierze pan? — pyta poirytowana sprzedawczyni.

— Nie, zapomniałem z domu pieniędzy. — Powoli odwracam się, aby wyjść z bazarku.

— Czekaj pan. Wygląda pan na dobrego człowieka i że ten agrest panu naprawdę smakuje.

Spoglądam na nią nieśmiało.

— Weź pan za darmo, dziś nikt nie chce go kupować, tylko inne owoce — ciągnie. — Lepiej, żeby pan go zjadł, niż miałby się zmarnować.

— Naprawdę? — Nie wierzę w to, co słyszę.

— Młodemu to bym nie dała, ale takiemu jak pan to grzech nie dać. — Uśmiecha się.

— Ale pani straci…

— Raz stracę, drugi raz zyskam, życie kołem fortuny się toczy. Kto wie, może to ostatni agrest w pana życiu?

— Ale…

— Bierz pan, bo się rozmyślę — podnosi głos.

Z dużą niepewnością sięgam po pudełko z agrestem, nie mogąc spojrzeć sprzedawczyni w twarz. Wiem, że powinienem, że tak doceniłbym jej gest, ale nie jestem w stanie.

Odchodzę najszybciej, jak potrafię. Idę w nieokreślonym kierunku przytłoczony tym, co się stało. Czuję się z jednej strony dobrze, że mam to, czego chciałem, ale z drugiej znów dopada mnie wrażenie, że ten przywilej to z racji wieku, a to informacja dająca mi do zrozumienia, że już jestem bardzo blisko. Sam nie wiem, czy nie wolałbym odejść bez agrestu, tak przynajmniej czułbym się w pełni sił i zdrowia. Drepczę, gdzie mnie nogi poniosą, nie patrzę na ulice, budynki, czy cokolwiek innego. Chyba chcę uciec od swojego wieku. Na dłuższy moment niemal tracę świadomość. Przed oczyma pojawia mi się na chwilę jakieś duże skrzyżowanie, potem męcząca wędrówka szybkim krokiem, kolejne duże skrzyżowanie i wchodzę na brukowaną drogę, która wydaje mi się dobrze znajoma. Ostrożnie stawiam stopy, aby nie skręcić kostki. Jestem wykończony. Chyba nigdy w życiu nie czułem się tak zmęczony. W końcu dostrzegam, że siadam na trawie obok jakichś stalowych konstrukcji. Niemal padam ze zmęczenia. Zamykam oczy i zasypiam, trzymając w ręku plastikowe pudełko agrestu.

Budzę się nadal zmęczony, ale już przytomny. Słońce chyli się ku zachodowi. Patrzę przed siebie, a wokół stoi kilka osób w szerokim okręgu. Ktoś właśnie podchodzi, dzwoniąc na pogotowie, słyszę.

— Proszę nie dzwonić — mówię. — Wszystko ze mną w porządku, chciałem po prostu odpocząć. — Ale dociera do mnie, że mój głos jest ledwie słyszalny.

— Już zadzwoniłam — mówi młoda dziewczyna. Spoglądam jej w twarz i jest tak podobna do ciebie: kolor włosów ten sam, rysy podobne, budowa ciała niemal identyczna. — Gdzie pan mieszka?

— Ja?… Na Rolnej.

— Naprawdę? Ja, można powiedzieć, również — energicznie odpowiada dziewczyna. — W zasadzie na Gminnej, która była kiedyś Rolną, na Ursynowie, nie na Mokotowie. — Siada koło mnie. — Ale pewnie pan jej nie kojarzy.

— Kojarzę. — Uśmiecham się. — I to bardzo dobrze.

— A co pan tutaj robi?

— Sam nie wiem. — Rozglądam się po raz pierwszy i właśnie dociera do mnie, że siedzę pod Mieszkiem, dębem z naszej młodości. Jak tu dotarłem?

— Rozsypał się panu agrest. — Dziewczyna sięga i zaczyna zbierać do pojemnika nieco rozsypanych owoców. Nagle zakrywa dłońmi twarz i zaczyna płakać.

Sposób, w jaki płacze, tak bardzo przypomina mi ciebie. Próbuję się podnieść, ale nogi odmawiają posłuszeństwa. Szoruję tylko piętami o trawnik, na którym siedzę. W końcu zaprzestaje prób i pytam:

— Coś się stało?

— Znam pana — odpowiada dziewczyna przez łzy. Spogląda na mnie, a ja widzę ciebie. — Ten agrest, ten dąb i ta Rolna. — Ponownie zakrywa dłońmi twarz.

Nie rozumiem, co do mnie mówi. Czy ja się nadal nie obudziłem i śnisz mi się ty?

— Poczęstuj się. — Mimo iż miesza mi się w głowie, podnoszę pojemnik z agrestem i podsuwam bliżej niej.

Dziewczyna powoli opanowuje płacz.

— Ma pan na imię Jerzy i tu, pod tym dębem przeżywał pan swoją wielką miłość — mówi. Sięga po agrest, wkłada do ust jeden owoc, ostrożnie rozgryza, nieco się krzywi i uśmiecha. — Faktycznie, smakuje tak, jak to słyszałam. Wie pan, że nigdy nie jadłam agrestu? Znam go tylko z opowiadań.

— Naprawdę. — Chyba nie dociera do mnie to, co słyszę.

— Tak, kilka razy chciałam już go spróbować, ale za każdym razem rezygnowałam, aby nie konfrontować swojej wyobraźni z rzeczywistością. Powiem panu, że jest pyszny: trochę słodki, mocno kwaśny i niepowtarzalny. — Sięga po kolejny owoc i rozgryza go równie wolno.

— Kim ty jesteś? — pytam szeptem.

Dziewczyna spogląda mi w oczy już bez łez.

— Pana przyszywaną, a może niedoszłą wnuczką. — Targana skrajnymi emocjami wybucha śmiechem. — Też mam na imię Ania, po niej.

Nie wierzę w to, co słyszę.

— Tak, panie niedoszły dziadku — nadal się zaśmiewa. — Panie Jurku, ona nigdy nie przestała pana kochać, tylko rodzice, kariera i wielki świat zawróciły jej w głowie. Od kiedy pamiętam, opowiadała mi o panu.

— Mówisz, dziecko, o Ani? — zadaję głupie pytanie.

— Tak, wiem, że tu mieliście pierwszą randkę, tu się kochaliście. A teraz niech pan spojrzy. — Pokazuje ręką w górę na drzewo, pod którym siedzimy. — Ktoś go podpalił w zeszłym roku. Nawet wasze miejsce spotkań mało nie zostało zniszczone. Babcia mówiła, że zrobiła to rodzina dziadka, bo dziadek zawsze był zazdrosny o pana i całą waszą historię.

Rozglądam się i faktycznie widzę poczerniałe od ognia gałęzie i pień. Do tego konary wsparte są na stalowych słupach, tak, aby nie rozdarły Mieszka.

— Jeszcze miesiąc temu babcia wahała się, czy się do pana nie odezwać — kontynuuje. — Ledwo żyła, a myślała tylko o panu.

— Jak to ledwo żyła? — pytam niepewnie.

— Hmmm… — Opuszcza głowę, wstrzymuje oddech. — Właśnie wracam z jej pogrzebu, panie Jurku.

Gdy to słyszę, odchodzą ode mnie wszystkie siły witalne. Czuję, jakbym umierał sam.

— Myślę, że to ona nas tu przyprowadziła — szepcze, bierze mi z ręki pudełko z agrestem, stawia na trawniku i przytula się do mnie.

Zaczynam płakać jak dziecko. Czuję, jakbyś to była ty.

A może to nadal ty?…

Ja i tyja

Ja i tyja

Oko, Łzy, Smutny, Płacz

Kiedy słońce nie było już takie mocne,

a setki liści zatapiały mnie w głąb,

pewien podmuch wiatru zagwizdał mi w uszach,

przyprawiając o dwoisty dreszcz.

To czas zapomnienia i początek plonów życia.

Własny głos gdzieś obok

i echo niosące się przez świadomość.

Jeszcze nic nie słyszałem.

Pomyślałem, że chcę cię obok.

*

Zimny, zmarznięty, biały towarzysz

i rtęć spierająca się z moją samotnością

otulały w łachmany oraz

dawały odrętwienie, brak percepcji.

To czas snu i rozwój plonów życia.

Jakiś głos mnie wyzywał i gardził

tym, co zwyczajne, co najprostsze.

Aż go słuchałem…

Poczułem, że masz być obok.

*

Dziwne krople z dachu po szklistych grotach

rozszczepiały światło setką iluzji

dających wrażenie życia tam, gdzie go nie ma

oraz barw pomrocznych.

To czas pobudki i zakwit plonów życia.

Obcych, lecz ciepłych, a nawet przyjaznych.

Ktoś krzyczał – ja mu wtórowałem,

ja go wołałem i odpowiadałem…

Wiedziałem, że jesteś obok!

Notatka na marginesie

Taka wigilia

Ludzie piszą opowieści wigilijne, więc i ja naskrobałem. Wesołych Świąt!

Villa, Opuszczony, Pusty, Stary, Zapomnieć

Wyszedł z pracy po tym, jak pożegnał ostatniego pracownika po spotkaniu wigilijnym. Chciał jak najszybciej do domu, tylko do żony. Przepięknej kobiety, która wybrała właśnie jego. Pragnął być z nią z dala od ludzi.

Pogoda była niesamowita jak na koniec grudnia: dziesięć stopni na plusie, bezchmurne niebo i całkowity brak wiatru. Przeszedł obok wyłączonej fontanny, pod którą woda tworzyła idealną taflę odbijającą świąteczną choinkę stojącą przy wejściu. Wsiadł do swojego samochodu, oparł się wygodnie i już poczuł, że jest wraz z żoną w Bieszczadach, jego ukochanej krainie, gdzie można o tej porze iść kilka dni, zanim się kogoś spotka.

Nagle zadzwonił telefon.

– Szefie, wycofali się – wycedził głos kierownika działu handlowego.

– Jak to wycofali? Przecież była podpisana umowa przedwstępna. – Marek poczuł, że zaczyna mu pulsować w głowie.

– Powiedzieli, że zapłacą karę umowną.

– Rafał, co się stało? O czymś nie wiem?

– Wie pan tyle, co i ja. Nie wiem, o co chodzi.

– Pół roku starań na marne… – Marek założył drugą rękę za głowę i próbował ścisnąć czaszkę.

– Musiałem to powiedzieć dziś, wybacz, szefie.

– Nie ma sprawy, sam ci kazałem siebie o wszystkim informować.

– I co teraz? – spytał podwładny.

– Co?… Spędźmy te święta, jakby wszystko było w porządku.

– No tak, rozkaz to rozkaz – zażartował Rafał.

– Jeszcze raz wesołych!

– Wesołych, szefie.

Rozłączyli się. Marek poczuł, że ten dzień będzie jednym z najgorszych w jego życiu. Przekręcił kluczyk, wrzucił bieg i ruszył, poza miasto, aby w samotności za kierownicą przetrawić to, co się stało. Prowadzenie zawsze go uspokajało, dodawało sił, napełniało spokojem. Wyjechał na drogę szybkiego ruchu i nie zatrzymywał się przez ponad dwie godziny. Problem został w tyle. Przynajmniej do Nowego Roku, kiedy trzeba będzie jakoś dalej pchać ten zawodowy wózek.

Gdy podjeżdżał do domu, zastanowiły go wyłączone światła. Żona czasem lubiła się przespać w ciągu dnia, szczególnie gdy chciała odpocząć od nawału obowiązków. Ostrożnie przekręcił zamek, jeszcze delikatniej pchnął drzwi i dobiegł go zapach świeżo upieczonego ciasta drożdżowego, jakie nauczyła piec żonę jego świętej pamięci babcia. Ostrożnie zdjął buty, powiesił płaszcz na wieszaku i wszedł do salonu. Na świątecznie udekorowanym stole stały puste talerze, nowe świece, talerzyk z opłatkiem, a obok leżała kartka z pismem żony.

Nie mogłam tak dłużej. Nie potrafię być nieuczciwa wobec ciebie, za bardzo mnie kochasz.

(Dalej było kilka linijek całkowicie zamazanych tym samym długopisem.)

Od dłuższego czasu mam kogoś. To było jak rażenie piorunem. Zakochaliśmy się od pierwszego wejrzenia. Nadal Ciebie kocham, ale jak brata, kogoś z rodziny. Zawsze byłeś dla mnie taki dobry, taki uczciwy, taki doskonały. Pomagałeś innym, uczestniczyłeś w zbiórkach pieniędzy dla potrzebujących, nawet zapisałeś się do tej grupy wsparcia dla bitych kobiet, bo wciąż przed oczyma miałeś swoją matkę. Nawet zawsze wyrażałeś się tak idealnie, tak dostojnie. Na początku mi to imponowało. Ale po dłuższym czasie stało się nie do wytrzymania. Bo ile można patrzeć na ideał, samemu popełniając tyle błędów… Od dłuższego czasu marzyłam, aby ci się noga podwinęła, bym mogła się poczuć choć raz tą lepszą. A tak być nie może. I zaczęłam się z tym czuć jeszcze gorzej. Od wielu miesięcy balansowałam na krawędzi. Aż pojawił się on – taki niedoskonały, taki ordynarny, taki… mój!

Upiekłam Ci Twoje ulubione ciasto. Mam nadzieję, że chociaż to mi dobrze w życiu wychodziło…

Kocham Cię nadal, Iza.

Opadł bezsilnie na krzesło. Nie wiedział nawet, czy ma w ogóle myśleć. Najchętniej zanurzyłby się w kąpieli, która wyciągnęłaby z niego cały ten stan, natłok, który atakował myśli. Sięgnął do komody po ciasto, postawił przed sobą na śnieżnobiałym obrusie i… Przekręcił brytfannę do góry dnem, potrząsnął, a ciasto spadło na nieskazitelność. Z rozpędem uderzył w nie twarzą. Poczuł silny ból, ale i smak z dzieciństwa.

Gdy podniósł głowę z braku oddechu, jego oczom ukazała się kremowo-czerwona plama. Z nosa skapywała mu krew. Podszedł do kanapy i padł bez świadomości.

Obudził go dzwoniący telefon. Zerwał się i podbiegł. Nieznany numer.

– Halo? – odezwał się niepewnie.

– Dzień dobry – usłyszał głos kobiety. – Ja dzwonię z Jaworzna, jestem pracownikiem pomocy społecznej.

Markowi gwałtownie przyspieszył puls.

– Przykro mi, że dzwonię z taką informacją w taki dzień. Pański ojciec nie żyje.

Po tej stronie słuchawki panowała ogłuszająca cisza. Po drugiej słychać było ból empatii.

– Znaleziono go leżącego na podłodze.

– Pijany był? – spytał po chwili Marek.

– Nie, we krwi nie było alkoholu. Wygląda to na zawał. Zresztą pański tata nie pił od ponad roku.

– Przestał? – przerwał Marek.

– Tak, mówił, że zrobił to, aby mu pan wybaczył.

– Wybaczył… – powtórzył.

– My zajmiemy się pogrzebem, ale papiery musi podpisać pan, dlatego chcemy, aby pan jak najszybciej tu przyjechał.

– Oczywiście, oczywiście – odparł drżącym głosem.

Rozłączyli się.

Przed oczyma Marka stanęło całe dzieciństwo. On sam, rodzice, młodsza siostra i jeszcze młodszy brat. Kiedy ostatni raz się z nimi kontaktował? Chyba z pięć lat będzie. Jeszcze ten grób matki, na który jeździł w każdą Wielkanoc. Sam, bez żony, bez rodziny. Spędzał tam czasem nawet cały dzień…

* * *

– Jak nasz pacjent się czuje? – usłyszał kobiecy głos. – Otworzył oczęta, znaczy, że dobrzeje.

Przed otwieranymi oczyma Marka ukazała się dość ładna kobieta w białym kitlu pielęgniarki, o twarzy delikatnej, wręcz dziecięcej.

– Wszystkiego najlepszego z Nowym Rokiem – powiedziała z uśmiechem. – Podała mu piernik w kształcie serca.

– Odwal się – rzucił pogardliwie i przekręcił twarz w stronę szpitalnego okna, na którym wisiała kartka z napisem:

Kochamy Cię, Marku.

Pod spodem był dopisek:

Mnie się też podobasz.

A na końcu namalowany delikatną szminką znaczek serduszka.

– Oj, a jaki zły chłopiec – dodała z uśmiechem pielęgniarka, poprawiając mu poduszkę pod głową…

Uśmiech

Uśmiech

Kapelusz, Moda, Styl, Szczęśliwy, Człowiek, Hipster

Przekręcił drzwi wejściowe na klucz. Buty odezwały się na schodach i za chwilę wpłynął w promienie już chylącego się, październikowego słońca. Na jego twarzy zakwitł uśmiech. I to nie z powodu pogody ani jakiegoś wydarzenia z życia. Po prostu Jarek uśmiechał się do siebie. Teraz wspominał, jak dziwne rzeczy robił w przeszłości. Na przykład pojechał kiedyś do Bydgoszczy na osiemnaste urodziny dziewczyny, którą poznał kilka miesięcy wcześniej. W zasadzie nie znał jej, nawet nie darzył specjalną sympatią, a pojechał, bo go o to poprosiła. I jej rodzice chcieli wiedzieć o nim wszystko. Począwszy od tego, jakie miał dzieciństwo, a skończywszy na planach na przyszłość. A że był artystą-marzycielem, to plany miał takie, aby zostać muzykiem. I pytali, z czego zamierza żyć, bo z muzykowania nie da się specjalnie, szczególnie że Jarek planował nie zhańbić się komercją, czyli chałtury odpadały. Szedł teraz chodnikiem wzdłuż ulicy 1 Maja, podśmiewając się sam z siebie. I ten uśmiech był wręcz nienaturalny. Nawet na lekcjach czy zajęciach nie znikał z jego twarzy. Mówił coś – uśmiechał się, myślał – również. Jarek usłyszał kiedyś komentarz: pierdolnięty zawsze uśmiechnięty. Ale się nie przejął. Dalej się uśmiechał.

Właśnie podążał na uczelnię. Po lewej miał Odrę, a po prawej zbliżał się do Zakładu Wodociągów i Kanalizacji. Nagle wyszła stamtąd znajoma ze szkoły średniej, Bogusia.

– Cześć, dawno cię nie widziałem – zaczął.

– Cześć. – Uśmiechnęła się.

– Co tu robisz?

– Pracuję.

– Od dawna? Nigdy cię tu nie widziałem.

– Zaczęłam zaraz po liceum. Zwykle siedzę za biurkiem, a dziś wysłano mnie na pocztę.

– Jak ci się wiedzie?

– Dobrze, tylko brakuje mi drugiej połówki. – Spojrzała w jakiś dziwny sposób i zrobiła krok w tył.

– Mi jest dobrze, jak jest. – Z jego twarzy nie znikał uśmiech.

– A ty zawsze taki uśmiechnięty, zazdroszczę ci.

– A jakoś tak. Sam nie wiem czemu. – Zrobił głupkowatą minę. – A ty jak zwykle piękna. Ale i smutna, jak zawsze.

– Powtórzę twoje słowa… a jakoś tak.

– Przecież byłaś najładniejszą dziewczyną w klasie, więc powinnaś się cieszyć.

– Czasem ta uroda to tylko udręka… Dobra, nieważne. Czas na mnie, bo praca goni.

– To nie zatrzymuję. Trzymaj się, cześć.

– Cześć. – Ruszyła w przeciwną stronę ze spuszczoną głową.

On sam uśmiechnął się jeszcze szerzej, a podeszwy butów odezwały się z większą intensywnością niż zwykle. Bogusia zawsze mu się podobała, niejednokrotnie myślał o niej jak o swojej kobiecie, ale brakowało mu odwagi, bo tak piękna dziewczyna na pewno ma adoratorów co niemiara i nie zwróciłaby na niego uwagi.

Dotarł na uczelnię w takim samym humorze. Studiował w Państwowej Wyższej Szkole Zawodowej na kierunku Pedagogika Resocjalizacyjna. Podszedł z uśmiechem do grupki stojącej pośrodku korytarza i przywitał się z każdym z nich. Zwrócił jednak uwagę na dziewczynę, z którą rozmawiał poprzednim razem. Doskonale pamiętał, że to ona go zaczepiła. Wyglądała na zdecydowaną. Była dość ładną blondynką z pospolitą twarzą, tylko jej oczy niosły w sobie coś agresywnego. Miała na imię Agnieszka. Teraz znów podeszła i spytała:

– A ty jak zwykle zadowolony?

– A spotkałem po drodze koleżankę z liceum i się cieszę.

– Umówiliście się? – spytała ze śmiechem.

– Nie, znam ją od dawna.

– A ze mną się umówisz?

– Pewnie, że tak – odparł zaskoczony.

– To kiedy?

– Może jutro wieczorem?

– Daj mi numer, to zadzwonię. – Przybrała minę jakże podobną do jej oczu.

Kilka minut później odszedł z uśmiechem w stronę sali, w której odbywały się ćwiczenia, a ona w przeciwną, bo jej grupa miała w tym czasie inne zajęcia.

W tym czasie dwóch kolegów stojących po drugiej stronie korytarza uważnie przysłuchiwało się całej rozmowie, a gdy Jarek z Agnieszką się rozeszli, jeden skomentował:

– A ten to taki zadowolony, jakby mu ktoś do kieszeni nasrał.

– Coś z nim nie tak, bo nikt normalny nie jest tak zadowolony.

– Kurwa, aż go spytam, z czego tak się cieszy!

– Daj spokój. Szkoda mi go.

– Co daj spokój?! Taki palant myśli, że świat zawojuje tym kretyńskim uśmiechem! Człowiek tu się, kurwa, do wszystkiego zmusza, a przychodzi taki i się popisuje! Jebany!

– A ja myślę, że coś z nim nie tak.

– Zajebię dziada!

– Daj spokój. Szkoda nerwów. Chodź na ćwiczenia, bo czas.

Kilkanaście metrów dalej stały dwie dziewczyny; jedna dość ładna, a druga wręcz przeciwnie. Ta pierwsza, widząc odwagę Agnieszki, rzuciła do koleżanki:

– Chciałabym być jak ona.

– A co, zazdrosna?

– Schrupałabym go, ale nie mam odwagi się odezwać.

– Jak ty tego nie zrobisz, to ja z nim zagadam.

– Naprawdę?… – Zmarszczyła czoło. – Dawaj, póki Agniecha go nie zbałamuci.

– Na poprzednich ćwiczeniach siedziałam obok niego, to i teraz usiądę.

– Zazdroszczę mu tej pogody ducha.

– Wreszcie jakiś facet, który nie jest znudzony życiem.

– Dobra, idę do sali, a ty naprzód, śmiało, trzymam za ciebie kciuki.

Gdy znaleźli się w sali ćwiczeń, dziewczyna co prawda usiadła obok niego, ale przez dłuższy czas się nie odezwała. Dopiero pod koniec spytała:

– I jak dziś humor?

– Znakomicie – odpowiedział z tym samym uśmiechem.

– Rozchwytywany jesteś. – Uśmiechnęła się niepewnie.

– Ja? A czemu tak sądzisz?

– Ja tylko tak…

Zamyślił się, bo wiedział, że te słowa dotyczyły Agnieszki. Ale nie miał pojęcia, jak na to odpowiedzieć. Na chwilę z jego twarzy znikł uśmiech. Zastanawiał się, czy ta dziewczyna też go podrywa.

Wieczorem przyszedł do mieszkania, w którym nadal żył z rodzicami. Zjadł obiad i zamknął się w pokoju. Melancholijna muzyka wypełniła pokój i zapadł się w głąb siebie. Całodniowy uśmiech już zgasł, a jego miejsce zajął smutek. Gdy dźwięki ucichły, otworzył program do komponowania muzyki i na stojącym obok syntezatorze próbował nowych melodii. W sumie już nagrał na komputerze kilkaset minut różnych prób, jedne lepsze, drugie gorsze, a niektóre z nich wykonywał ze swoim zespołem. Grał w nim właśnie na klawiszach. Nie wyobrażał sobie życia bez muzyki. Przebierał palcami po klawiaturze, jednak nie cieszyły go efekty. Robił to, aby uciec od smutku, który wkradał się niepostrzeżenie, gdy wracał do domu. Smutku, który dominował. I był nie do przezwyciężenia. Położył się do łóżka około północy i leżał długie godziny, zanim zapadł w sen.

Następnego dnia łóżko ledwo wypuściło jego zmęczone ciało i umysł. Przymusił się do porannej toalety, a potem, pijąc kawę, siedział przy komputerze. I znów smutek był panem i władcą. Wziął odruchowo do ręki telefon, sprawdził, czy nie ma wiadomości albo nieodebranych połączeń i przez chwilę się wahał, aby wysłać do Agnieszki jakiegoś sms-a. Ale nie zrobił tego z bliżej nieokreślonych przyczyn.

Gdy tylko wyszedł z domu, od razu nabrał odpowiedniego, swojego rytmu: przyspieszył ruchy, a na twarzy pojawił się uśmiech. Minął sąsiada, za którym nie przepadał, ale i to nie popsuło mu humoru. Jak zwykle wędrował ulicą 1 Maja, a potem przez tunel na Josepha von Eichendorffa. Gdy był w połowie tunelu, zatrzymał się, przytulił do ściany, zamknął oczy i docierały do niego odgłosy przejeżdżających samochodów. Przyszło mu do głowy, jak wielka jest różnica między tym jego stanem, a tym, w który wpada w domu. Teraz cieszył go bezruch, delektował się półmrokiem i niemal czuł całym sobą rytm miasta. W końcu ruszył dalej, jeszcze bardziej przyspieszając. Na uczelni zjawił się planowo i pierwsze, na co zwrócił uwagę, to fakt, że nie było Agnieszki. Ale i to nie popsuło mu humoru. W końcu mieli do siebie numery i nawet jeśli ona się tu nie pojawi, to pewnie spotkają się wieczorem zgodnie z umową. W pewnym momencie podszedł do niego nieco starszy kolega z grupy.

– Słyszałem, że grasz w zespole? – spytał tamten.

– Ano gram – przyznał Jarek z tym samym uśmiechem.

– Ja też gram. My ostatnio musieliśmy wywalić jednego, bo się nie nadawał. Tak to uważał się za lepszego, a naprawdę niewiele umiał. Zaczęliśmy grać czyjeś kawałki, a on nawet nie potrafił powtórzyć ich wiernie. Tylko się głupio uśmiechał.

Jarkowi od razu przyszło do głowy, że to nawiązanie do jego uśmiechu. Ale nic nie powiedział. Bo co tu powiedzieć? Tylko uśmiech mu nieco zgasł.

– Mówię ci, co to za koleś – ciągnął tamten. – Bo ja to cwaniaków nie lubię.

– Są tacy, którzy powtórzą każdą frazę, ale zero własnej inwencji, a są tacy, którzy stawiają właśnie na inwencję. – Jarek już miał dość tej rozmowy.

– Jak ktoś nie umie kopiować, to i inwencja nic nie pomoże. A jak cwaniaczy, to jeszcze może dostać wpierdol.

– A jak tam, przygotowany do dzisiejszych ćwiczeń? Pamiętałeś, aby przygotować krótki referat? – Jarek zmienił temat po chwili.

– Tak, tak. O mnie się nie martw. Lepiej martw się o siebie.

– A czemu mam się martwić?

– Ja bym na twoim miejscu uważał. – Tamten spojrzał mu w oczy, pokiwał głową i odwracając się, rzucił – zastanów się.

Jarek nic nie odpowiedział. Tylko miał dziwne wrażenie, że koledzy patrzą na niego nieprzychylnie.

Po skończonych zajęciach poszedł do parku Roth. Lubił tu przychodzić od czasu, gdy spotkał się w tym miejscu kilka razy z dziewczyną, w której był zakochany. Pamiętał ten dzień, w którym próbował się do niej przytulić. Odskoczyła i uciekła bez słowa. A potem już nie odbierała nawet telefonu. Pomyślał, że jest z nim coś nie tak, bo ktoś inny pewnie niemiło by wspominał taką sytuację i prawdopodobnie nie miał ochoty na sentymentalne powroty w to miejsce. A może właśnie wszystko z nim w porządku? Może potrafi zaakceptować swoją przeszłość, nawet jeśli nie jest przyjemna? Tylko z drugiej strony, co z nim się dzieje w domu, kiedy to ma kłopoty zarówno ze skupieniem się, jak i z bezsennością, nie wspominając o tym wszechogarniającym smutku?

Usiadł na ławce, na której wielokrotnie widział zastanawiającego go faceta. Tamten wyglądał na bezdomnego, czasem popijał wódkę, ale Jarek nigdy nie widział go pijanego. Jednak ubranie miał zawsze czyste. Mógł mieć około sześćdziesiątki. Tym razem go nie było, mimo iż pogoda dopisywała. Jarek spuścił głowę i zatopił się w rozmyślaniach, ale z jego twarzy nie znikł uśmiech. Kilka minut później pojawił się tamten.

– Szanowny pozwoli, że się dosiądę, bo to moje miejsce – zaczął przybysz.

– Ależ proszę. A może mam się przenieść, skoro to pana miejsce?

– Ależ szanowny, zmieścimy się we dwóch.

– Często tu pana widuję.

– Lubię, a co. Ja też szanownego widziałem parokrotnie. Chyba szanowny lubi ten park?

– Dobrze mi się kojarzy.

– Szanowny mi wybaczy, że pytam, ale pewnie jakaś kobitka?

– I to jaka… – Jarek jeszcze szerzej się uśmiechnął.

– Dobrze, że szanowny to miło wspomina, mimo że, jak widzę, się skończyło.

– Wspomnienia. To mi pozostało. – Jarek pokiwał głową, chyba bardziej do samego siebie.

– Wspomnienia, wspomnieniami, ale żyć trzeba, szanowny.

– A pan czemu tak tu przesiaduje?

– W moim wieku, szanowny, to co mi pozostało oprócz wspomnień?

– A rodziny pan nie ma?

– Miałem, ale już nie mam, szanowny.

– A czy mogę o coś spytać?

– Niech szanowny pyta.

– Jest pan bezdomny?

– Szanowny, ależ skąd. Sypiam w domu, ale za dnia usiedzieć tam nie mogę. W domu to ludzie umierają, szanowny.

– Ja też w domu jakoś przygasam. – Jarek zastanowił się, że nieznajomy ma wiele z nim wspólnego.

– Tylko jak szanowny jest poza domem, to jest szczęśliwy. Zauważyłem u szanownego ten szczery, ciepły uśmiech.

– A jakoś tak…

– Myślę, że szanowny umie zamienić cały ten swój lęk w coś pozytywnego. Niewielu to potrafi. Tylko szanownemu pozazdrościć.

Jarkowi przyszło do głowy, że ten człowiek wie, co mówi. I że on sam jest szczęśliwcem, skoro umie zachować taką pogodę ducha. Nieznajomy wyciągnął zza pazuchy małą butelkę kolorowej wódki i spytał:

– Szanowny się nie obrazi? To mi pomaga.

– Nie, skąd.

– A może szanowny się poczęstuje?

– Nie, dziękuję. Zresztą już na mnie czas, bo niedługo mam randkę. – Jarek wstał, podał facetowi rękę i dorzucił – niech pan nie przesadza z alkoholem, bo to nic dobrego.

– Wypijam taką małpkę raz na dzień i mi starcza, szanowny. W moim wieku, szanowny, to już nic mi nie zaszkodzi.

Jarek odszedł w swoją stronę. Na spotkanie z Agnieszką, bo w ciągu dnia dzwoniła i umówili się właśnie w tym parku. A ustalili to miejsce z jego inicjatywy. Spojrzał na telefon i zostało tylko piętnaście minut. Już chciał iść na mały spacer, gdy dostał sms-a. Przeczytał:

Nie mogę bez ciebie żyć. Marzę o tobie. Do zobaczenia.

To było od Agnieszki. Jarkowi się nogi ugięły. Bo bardzo mu się podobała. Pomyślał, że wreszcie się zwiąże z kobietą, czego tak bardzo mu brakowało. Od razu w głowie pojawiły mu się wizje, że chadzają po tym parku, trzymając się za ręce, odwiedzają razem znajomych, a on jest dumny i szczęśliwy. Wreszcie, że siedzą sami w pustym mieszkaniu i świat nie istnieje. Zapadł się psychicznie w sobie, a na twarzy całkowicie zgasł uśmiech. Deptak pod stopami przyspieszył, reagując miarowymi stuknięciami na jego kroki.

Kilkanaście minut później zobaczył ją stojącą przy wejściu do parku w umówionym miejscu. Podszedł i wyciągnął ręce, aby się do niej przytulić, czekając na to samo z jej strony. Przymknął oczy i poczuł wielką ulgę od swojej samotności. Z uśmiechniętego młodego mężczyzny przeistoczył się w romantycznego kochanka. Ale ona zrobiła krok do tyłu, spojrzała na niego z politowaniem i rzekła:

– Myślałam, że jesteś prawdziwy facet, a ty się zachowujesz jak przedszkolak. Zawiodłam się na tobie. Mógłbyś sobie darować te maślane oczka i to ckliwe zachowanie. – Odwróciła się i bez słowa odeszła.

W jego głowie zrodził się krzyk niemożliwy do wyrażenia. Popłynęły łzy. Stał pośrodku deptaka i nie widział przechodzących ludzi. Nie istniał świat, nie istniało życie. Tylko spuścił głowę i miał ochotę uciekać. Bo nic z tego nie rozumiał. Dlaczego przysłała mu takiego sms-a, skoro chwilę później tak go potraktowała?

Wrócił do domu bez świadomości. Nie przywitał się z rodzicami, tylko zamknął drzwi pokoju i padł bezsilnie na łóżko. Przykrył głowę kołdrą i jeszcze raz zapłakał. I nie miał już ochoty na kontynuowanie studiów. Nie miał ochoty na nic. Tej nocy nie zasnął nawet na chwilę.

Rano dźwięk budzika zabił ostatnie struny spokoju. Zmusił się, aby pójść na uczelnię. Szedł pozbawiony jakichkolwiek sił, na twarzy już nie miał tego uśmiechu, a nogami ledwo powłóczył. Gdy był w pobliżu Zakładu Wodociągów i Kanalizacji, zobaczył Bogusię.

– Miło cię widzieć – zaczęła.

– Właśnie idę na uczelnię – odparł bez przekonania.

– Co się dzieje? Bo wyglądasz jakoś inaczej.

– Wszystko w porządku, miałem ciężką noc.

– Pierwszy raz widzę cię w takim stanie. Ale to nic złego. Każdy ma czasem gorsze momenty.

– Zmęczony jestem i tyle.

– Spotkajmy się dziś wieczorem. – Zrobiła krok w jego stronę.

– Nie wiem, czy mam na to ochotę. Przepraszam.

– Pogadamy, poczujesz się lepiej. Lubię opiekować się mężczyznami.

– Ale ja nie potrzebuję opieki! – rzucił rozpaczliwie.

– Czasem każdy potrzebuje. Dziś ty, a innym razem ja. Kończę o siedemnastej. Pójdziemy nad Odrę się powłóczyć.

– Może innym razem? – Wypuścił bezsilnie powietrze.

– Bądź, a nie pożałujesz. Jesteś wyjątkowy.

Jak tylko to usłyszał, przypomniał sobie słowa Agnieszki i pierwsze, na co miał ochotę, to uciekać od Bogusi jak najdalej. Ale i na to nie miał siły.

– Zobaczysz, odzyskasz humor. A jak nie przyjdziesz, to zamęczę cię telefonami. Nie akceptuję odmowy – ciągnęła.

– A nie będzie ci przeszkadzało, jak będę smutny? – ledwo otwierał usta.

– Dziś ja będę tą wesołą. A ty bądź kim chcesz.

Nie powiedział nic. Pokiwał tylko głową. I nie za bardzo wiedział, co dalej.

– No dobra, leć na uczelnię i do zobaczenia.

– Do zobaczenia.

Na uczelni nie mógł się na niczym skupić. Tylko patrzył, czy już wszyscy się z niego śmieją. Każdy dźwięk przybierał psychodelicznego aspektu: wybrzmiewał wielokrotnie w głowie jak echo w pustym, ciemnym i przerażającym pomieszczeniu. A twarze wokół wydawały się obce, napastliwe i wrogie. Wrócił do domu wczesnym popołudniem, poleżał w łóżku i tuż przed siedemnastą poszedł na spotkanie. W zasadzie nie miał na to ochoty. Bo o czym w ogóle będą rozmawiali? Przecież znali się od ponad czterech lat. I jeszcze miał wrażenie, że Bogusia chce się z nim spotkać z powodu litości, jaką wzbudził w niej swoim tragicznym humorem. A litości nie chciał, brzydził się nią. Poczekał na nią chwilę pod firmą i poszli nad rzekę. Usiedli w ustronnym miejscu.

– O czym marzysz? – spytała.

– Daj mi dzisiaj spokój. W zasadzie nie wiem, po co tu przyszedłem.

– Wiesz, że zawsze się ciebie w jakiś sposób bałam?

– Ale czego?

– Tego twojego uśmiechu. Przyciągał mnie, ale bałam się.

– Dlaczego?

– Bo ludzie czasem są smutni, a ty niemal zawsze byłeś taki zadowolony. Tak jakbyś miał coś w zanadrzu. Coś niespodziewanego, coś przerażającego.

– Ale ja tylko tak…

– I dlatego dziś się z tobą umówiłam, bo zobaczyłam w tobie człowieka. I już ten uśmiech nie będzie mi przeszkadzał, bo wiem, że jesteś normalny.

Przysunęła się do niego i przytuliła. Przez chwilę obawiał się czegoś podobnego, co spotkało go ze strony Agnieszki, ale pomyślał, że Bogusia robi to, co czuje. Objął ją ramieniem i zatopili się w niemal całkowitej ciszy. Zamknął oczy, a na jego twarzy znów zagościł ciepły, szczery uśmiech.

Galeria

Iza

Zdjęcie pobrane z „Zszywka.pl” autorstwa Asiaaa_S
————————————————

Dziś wracam z objęć Morfeusza już po czterech godzinach snu. Błyskawicznie otwieram ciężkie powieki, zerkam na zegarek. Piąta dwadzieścia. Tykanie wdziera się do mojego mózgu, jakby to były krople wody roztrzaskujące się na czole. Czuję się zmęczona. Szczególnie rano tak miewam, kiedy jeszcze nie wejdę na obroty. Na nocnej szafce, jak zwykle, pali się lampka. Całą noc. Denerwujące, ale konieczne światło. Mogłabym spać dłużej, jednak dzisiaj jest to. Czekałam ponad piętnaście lat. Zbyt długo. I sama nie wiem, czy to przez czekanie, czy przez co innego, ale buzują mi myśli, których nawet nie jestem w stanie sprecyzować. Czekam, ale nerwowo zaciskają mi się mięśnie.

Śniło mi się ciasne, ciemne pomieszczenie bez klamki. Próbowałam wyjść, ale wszędzie były tylko zimne ściany. Jakaś izolatka? A może karcer? Nie pamiętam swoich uczuć, jedynie tę ciasnotę i ciemność.

Wczoraj wkurzył mnie sąsiad, bo mył samochód przed blokiem, a mydliny spływały na nasz trawnik. Idiota! A potem wszyscy narzekają, że betonowa pustynia! Ale sama święta też nie jestem, nieraz zrobiłam coś, czego potem żałowałam. Jak więc mam pielęgnować w sobie nienawiść czy niechęć, skoro robię podobnie? Nawet czytałam coś analogicznego, aby skupić się na sobie, zmieniać świat, zaczynając od siebie. Ale na dobrą sprawę nie musiałam tego czytać. Czułam to od zawsze.

Cieszę się, bo dwa dni wolnego w pracy, dla znajomych też mnie nie ma, liczy się tylko on. Ale to dopiero o pierwszej po południu. Potem, gdy go już spotkam, czas nie będzie się liczył. Przekręcam głowę w stronę nocnej szafki, widzę jego zdjęcie otulone półmrokiem. Jest na nim razem ze mną. Miałam wtedy czternaście lat i widziałam go tamtym razem tylko przez chwilę. Zdjęcie zrobiła mama, jak siedzimy przytuleni na kanapie. Wciąż czuję jego ciepło. Na dworze ciemno, głucho, a Misiek śpi w najlepsze z głową ułożoną na przednich łapach, wygląda, jakby o coś prosił. Ten zegarek kupiłam sobie sama, ale zawsze będzie mi się kojarzył z nim; dostałam od niego taki na rękę, gdy miałam sześć lat; już wtedy uczył mnie, jak czytać godzinę po wskazówkach. A potem już go nie było. Znaczy, był, ale nie przy mnie. Ciągle znikał na długie miesiące czy lata, a mama tłumaczyła, że wyjechał w delegacje i zajmuje się bardzo poważną pracą dla rządu. Na początku nawet nie wiedziałam, co to znaczy, ale po obejrzeniu kilku szpiegowskich filmów zrozumiałam. Czy jest takim drugim Jamesem Bondem? A może kimś jeszcze bardziej tajemniczym? W każdym razie dla mnie był niedostępny. A ja go potrzebowałam. Zawsze czekałam na jego powrót, nie odchodziłam od okna, wyglądałam. Zjawiał się na chwilę, a potem znikał znów na całą wieczność. I ponownie był niedostępny.

Biorę w rękę zdjęcie, dotykam kciukiem jego twarzy, próbuję poczuć kształt. I wydaje mi się, że jest przy mnie, że zaraz wyjdzie ze zdjęcia i usiądzie obok. Po chwili zbliżam je do nosa, wącham. Może wyczuję jego zapach? Głupia jestem. A Jolka mówiła, że to zdjęcie to tak naprawdę substytut. Ale świnia nie powiedziała, czego substytut. Choć domyślam się.

Mam przyjaciółkę, Anię. Czasem się spotykamy, obgadujemy, co się da, i za każdym razem mówi, że w moim wieku to już powinnam mieć męża. Ja jednak wiem swoje, nie spieszy mi się. Co z tego, że skończyłam w tym roku trzydziestkę? A bo to jedna wiązała się później? Ostatni był Andrzej. Kręcił się koło mnie dobre dwa i pół roku, ale w końcu dał sobie spokój, bo ile można. Lubiłam go, i zresztą nadal lubię, choć teraz to mnie unika – przechodzi na drugą stronę ulicy, gdy się mijamy, a jak mu wysłałam sms-a z pytaniem, co u niego, to nie odpisał i podobno zmienił numer. Jak się widzieliśmy po raz ostatni, to mówił, że kogoś spotkał. Byłam trochę zazdrosna i nawet chciałam ją poznać, ale w porę powiedziałam sobie nie. Choć mnie kusiło, bo Andrzej zasługuje na dobrą kobitę. Właśnie, czemu go nie chciałam? To dobre pytanie. Przecież jest przystojny, miał dobrą pracę, charakter trochę wybuchowy, ale serce najlepsze, jakie znałam.

Odkrywam kołdrę, przeszywa mnie dreszcz chłodu i patrzę na nogi, których nie goliłam już z miesiąc, bo i po co? Misiek tylko sapie, przewraca się na drugi bok i chyba myśli, że jego pani zwariowała, że tak wcześnie wstaje. Idę do łazienki umyć zęby, przepłukać twarz, skorzystać z toalety, a martwa cisza wdziera się do mojej głowy z siłą tajemnicy. Pstrykam kontakt, ale światło tylko błysnęło i zgasło. No tak, jeszcze żarówka się przepaliła. Przynoszę taboret, ostrożnie się na niego wdrapuję, ściągam nieco zakurzony klosz i nagle kręci mi się w głowie. Szum, mroczki i zawrót. Taboret wysuwa mi się spod stóp, przechylam się i po chwili uderzam barkiem w ścianę, a potem ląduję na podłodze w nieokreślonej pozycji przy koszu na brudną bieliznę. Jedyne, co poczułam, to uderzenie w tyłek i przedramieniem o sedes. Ale nie za bardzo boli. Pewnie dopiero zacznie. Widzę przed sobą roztrzaskany klosz na setki drobin, taboret leżący pod umywalką, a wszystko to przesłonięte przez brąz włosów, które opadły mi na oczy w trakcie upadku. Po chwili do łazienki wchodzi Misiek i skomle, czując, że coś jest nie tak. Odganiam go, aby sobie łap nie pokaleczył. Sama niespiesznie wstaję, uważając na te wszystkie odłamki. Ledwo je widzę, ale odrobina światła z przedpokoju skrzy się w nich. Co mi się stało, że tak poleciałam? Przecież nigdy nie miałam problemu z błędnikiem ani z równowagą w ogóle. Może to mała ilość snu, a może nadchodzące spotkanie?

Robię sobie kawę. Rozpuszczalną, bo ekspresu nigdy nie kupiłam. W sumie najważniejsze, aby pobudzała, a to, czy ma dobry smak, stoi na drugim miejscu. Czajnik rozpruwa ciszę głośnym szumem oraz miarowym rytmem trzasków. Wkrótce wychodzę z Miśkiem. Jest dość zimno, bo w końcu jesień. Silny wiatr przenika kurtkę, spodnie łopocą o łydki, a włosy wpadają mi do oczu. Sprzątam z trawnika po Miśku, wyrzucam do kosza i widzę przechodzącego sąsiada. Spaceruję krócej niż zwykle. Sama nie wiem czemu. Chyba boję się, że nie zdążę.

Po powrocie do domu Misiek się kładzie na swoim posłaniu, a ja siadam do komputera i zaczynam przeglądać internet. Na Onecie reklama bardzo ładnej sukienki. Kiedy kupiłam sobie coś szałowego? A może by tak dziś się wylansować? Może i ogolę nogi? W końcu mam sporo czasu, a i usiedzieć na czterech literach nie mogę, roznosi mnie. Rozbieram się ponownie, wchodzę do wanny. Płyn się podnosi, powoli rozgrzewa moje ciało, a ja zastanawiam się, kiedy ostatnio tak poleżałam w wannie pełnej wody. Zwykle nie mam na to czasu. Dziś jest wyjątek. Kiedy już zakręciłam kran, golę nogi, powoli, pociągnięcie za pociągnięciem, a po czole, łaskocząc, spływa kropla potu wywołana gorącą wodą. Ponownie się rozkładam w wygodnej pozycji i czuje ciepło każdym kawałkiem zanurzonego ciała. Wystaje mi tylko głowa. Kiedyś lubiłam kąpać się z pianą, otulona tylko światłem świec, ale ostatnio stałam się bardzo pragmatyczna. Zresztą unikam ciemności, zasypiam przecież przy zapalonej lampce. Kiedyś tak nie było, nasiliło się z wiekiem. Dziwne, bo to dzieci zwykle boją się ciemności… A co do pragmatyczności, to nawet ubrania kupuję takie, które są mi potrzebne, a nie ze względu na wygląd. Żakiety, garsonki, spodnie, bardzo rzadko spódnice, a nie sukienki. Dziś muszę zaszaleć. Bo nawet gdybym chciała, to nie mam w czym. A dla niego chcę. Wycieram się miękkim ręcznikiem, staję nago pośrodku łazienki, spoglądam w lustro i widzę uśmiechniętą twarz. Kiedy ostatnio ta gęba tak wyglądała? Zbliżam się do niej, przyglądam uważnie i widzę kurze łapki w kącikach oczu. Moja mama mówiła, że będę piękniała do dwudziestego piątego roku życia, a potem to już z górki. Ale nie martwię się, może trochę. Jak zareagowałby Andrzej na taki wygląd? Nadal by mnie chciał? Kusi mnie, aby spróbować go odnaleźć i pogadać. Lecz przecież obiecałam sobie – żadnego narzucania się. Jednak chciałabym poczuć, że jestem dla niego atrakcyjna, nadal jedyna. Chyba zawsze tego pragnęłam…

Pamiętam, jak Andrzej na mnie patrzył. Byliśmy raz nad wodą, nie miałam kostiumu, więc wykąpałam się w samym podkoszulku i majtkach. Jak wyszłam, spojrzał na moje ciało opięte mokrym ciuchem, wyraźnie uwidocznione piersi i widziałam, że miał ochotę za nie złapać. Ale ja byłam za bardzo wyniosła, aby jakiś napalony koleś się ślinił. Kurde, chciałam być dla niego atrakcyjna, a zarazem brzydziłam się jego reakcji… Lecz to minęło, została mi teraz praca i dzisiejsze spotkanie. Bo już nie pamiętam, kiedy się z kimś spotkałam na randkę, nie wspominając o stałym związku. Brakuje mi tego. Patrzę nadal na coraz mniej uśmiechniętą gębę i chyba umaluję rzęsy. Na co dzień tego nie robię. Matka, jak żyła, powtarzała, żebym się malowała, bo sama to robiła, ale tak widziałabym jeszcze więcej napalonych facetów. Ale dziś, dla tego, z którym mam się spotkać, zrobię sobie rzęsy.

W końcu robię kolejną kawę, włączam muzykę, dźwięki wypełniają melancholią całe mieszkanie i przez chwilę myślę, czy nie potańczyć. Kiedyś tańczyłam sama, ale teraz już nie. Może to starość, a może ten pragmatyzm? Powinnam zjeść śniadanie, zwykle to robię, ale nie dziś. Przed tym spotkaniem niczego bym nie przełknęła. Staję przy oknie i patrzę na już ogołocony z liści klon. Nagie konary wydają się martwe. Który to już raz porównuję jesień do swojego wieku? Koń by się uśmiał! Mam przecież dopiero trzydziestkę. Już jest całkiem widno, więc dostrzegam puste gniazdo blisko wierzchołka. Latem tylko docierało do mnie stamtąd kwilenie pisklaków, bo liście wszystko zasłaniały, a teraz mogę się przyjrzeć, ale po co? Przecież ptaki odleciały. Może tak jest w całym życiu, że to, co najpiękniejsze jest zakryte, niewidoczne, niedostępne? A to, co ordynarne i zwykłe na wyciągnięcie ręki? A może jest odwrotnie i to, co na wyciągnięcie ręki wydaje się prozaiczne?…

Prawie ósma, więc trzeba iść do Lidla po zakupy spożywcze. Zwykle robię to w sobotę, a gdy i tego dnia pracuję, to w niedzielę. Podchodzę do zdjęcia, przykładam je sobie do piersi. Biorę głęboki oddech. Robi mi się cieplej na duszy… Wychodzę. W sumie powinnam wysuszyć włosy, lecz chcę czuć jak najdłużej tę świeżość wilgoci. Nie przeziębię się. Bo kiedy ostatnio byłam chora? Pewnie ze trzy lata temu. Jak miałam kilkanaście lat, lubiłam biegać z mokrą głową. Wariatka byłam. Nawet matka mi mawiała: wariatka z mokrą głową. Pamiętam, jak on mnie wykąpał, umył głowę, ale suszyć nie chciał, bo stwierdził, że się uodpornię. I chyba miał rację. Wychodzę szybkim krokiem, spotykam Mariolę i zamieniam z nią tylko kilka zdawkowych słów. Spieszy się do pracy, więc rozumiem ten pośpiech. W końcu wchodzę do sklepu, zgarniam do koszyka, co potrzebne, mijam krzątających się i niewiedzących, co ze sobą zrobić ludzi, i staję jak wryta przed półką z dziecięcymi zabawkami. Nie mogę się ruszyć z miejsca, a przecież tak nie znoszę robienia zakupów… Ania to się ze mnie śmieje, że nie umiem jak normalna kobieta, muszę wszystko mieć poukładane, zorganizowane. To mi służy, odnajduję się w tym. Nawet Andrzej się dziwił, czemu jestem taka, jak to mawiał, mechaniczna. W końcu zaciskam zęby, spinam się w sobie i idę do kasy. Facet przede mną pakuje zakupy do torby. Jak wolno, jak nieporadnie. To jakaś ciota czy co? Następna jest babka około pięćdziesiątki, niewiele lepsza, lecz ona przynajmniej zaczęła pakować, zanim zapłaciła. Ale i tak to wszystko za wolno. Czy ci ludzie odnajdują przyjemność w takim ślamazarstwie? W końcu moja kolej. Zanim przyszło do płacenia, mam już prawie wszystko spakowane. I co, można? Zbliżam kartę, dopakowuję resztę, wbijam pin i wychodzę, nie czekając na paragon. Bo po co mi on? Wrócę z reklamacją, że kajzerki zbyt okrągłe albo banany powykrzywiane?

Czemu ja wszystko robię tak szybko? Nie potrafię jak człowiek? Jestem tym zmęczona. Bardzo zmęczona. Nie mam sił. Chciałabym usnąć i przespać kilka dni…

Zrobiła się prawie dziesiąta, więc pora jechać po sukienkę. Czy zdążę przed spotkaniem? Na pewno tak, tylko głupia panikuję. Zerkam na jego zdjęcie i chcę się do niego przytulać tak jak wtedy. Czuć bliskość, słyszeć ciepły głos. Wychodzę z domu, wsiadam w samochód i ruszam z piskiem opon. W sumie zdążę, bo mam jeszcze dwie godziny do wyjazdu, ale jakoś nie lubię tak wolno, statecznie. Chyba powinnam mieć jaja jak facet, ale, o dziwo, jeszcze nie urosły. Jadę do outletu, wyprzedzam po kolei samochody, hamuję przed światłami tak, że prawie ląduję na kierownicy, ruszam znów z piskiem i w końcu parkuję tyłem równolegle wzdłuż jezdni przy sklepie, bo reszta parkingu jest w remoncie. Idę do mojego ulubionego stoiska, rozglądam się, ale tam nie uwidzi sukienek – same garsonki, żakiety, trochę innych ciuchów. Ale czego się spodziewałam? Przemierzam cały outlet, zerkam na wystawy i w pewnym momencie przykuwa moją uwagę sukienka w kolorze błękitnym. Nie, to raczej morski. Jest śliczna. Wchodzę bez namysłu, pytam dziewczynę o mój rozmiar, dostaję do przymierzenia, ale sama nie jestem pewna, czy w ogóle to robić. Rozmiar to rozmiar. Ale z drugiej strony dziś muszę wyglądać idealnie. Wchodzę więc do przymierzalni i przywdziewam to cudo. Leży jak ulał. Bioderka zarysowane, talia podkreślona, a cycki lekko upięte i wypchnięte ciut do góry. Robię kilka kroków w te i nazad, sprawdzając, czy nie ogranicza ruchów, po raz kolejny spoglądam w lustro i nie dostrzegam kurzych łapek – widzę tylko szeroki uśmiech. Płacę ponad czterysta złotych i ruszam do domu. Pewnie znalazłabym tańszą, ale tak rzadko coś sobie kupuję, że kasa nie ma większego znaczenia. Wracam autem jeszcze szybciej, naładowana jak elektrownia atomowa. Aż dziw, że nie mam wypadku, bo ciągle zerkam na sukienkę.

W końcu docieram do domu. Misiek śpi przy samych drzwiach i nawet gdy przechodzę obok, nie reaguje. Ma już kochanek swoje lata. Co ja bez niego zrobię? Będę musiała znaleźć sobie chłopa. Tylko żaden mi nie pasuje. Nie to, że mam jakieś straszne wymagania co do facetów ogólnie, ale ten jedyny musi być idealny. Siadam do komputera, piszę do Zuzki zaległego maila, w którym pocieszam ją po tym, jak rozstała się z chłopakiem. Nawet go nie poznałam, a przecież kiedyś była mi dość bliska. I mieszka również w Krakowie, więc daleko nie mamy. Ale ta moja praca i praca. Zastanawiam się, kiedy tak bardzo odpłynęłam zawodowo. Wreszcie kończę, jest kwadrans do dwunastej, więc pora jechać. Czy zdążę?

Stoję w łazience, przebieram się w sukienkę, dokładnie się sobie przyglądam. Powinnam mu się spodobać. Jak to będzie cudownie go spotkać po tylu latach. Stęskniłam się. Poprawiam opięcie na biodrach, przekręcam ciało raz w jeden, raz w drugi bok; z profilu też wyglądam świetnie – widać biust, tyłeczek i prawie idealnie płaski brzuch. Przesuwam ramiączka tak, by leżały idealnie, podciągam nieco cycki. Znów rzucam okiem na jego podobiznę, wygląda na niej jak anioł stróż. Jestem taka samotna… Zabieram zdjęcie ze sobą, bo boję się, czy go rozpoznam po tylu latach.

Wychodzę z domu i kolejny raz ruszam z piskiem. Przejeżdżam obok stojącego sąsiada, kłaniamy się sobie. Muzyka z radia mnie drażni. Wyłączam. W końcu wyjeżdżam poza miasto – teraz będzie się jechało spokojniej. Mijam kolejne miejscowości i gdy dojeżdżam do Jerzmanowic, przypominam sobie, jak Andrzej zabrał mnie tutaj na cały dzień. Zrobił grilla, piknik i pokazał swoje ulubione, bielące się wśród zieleni skałki. Pamiętam, że rozmawialiśmy o tym, z którym mam się spotkać. Andrzej pytał, czemu się na niego nie wkurzę, czemu nie powiem, że nie chcę go znać. Tak mówił, aby mnie nakręcić, ale miał za dobre serce, żeby tak zrobić. Ja też tak nie zrobię. Kocham go i czekam na dzisiejsze spotkanie z niecierpliwością. Ale i nerwowo przyciskam gaz. Zerkam często na fotografię, próbując sobie wyobrazić, jak wygląda dziś.

Dlaczego nie umówił się ze mną w Krakowie, tylko na jakimś zadupiu? W sumie Olkusz to nie takie zadupie, ale dla mnie tak. Może będzie tam mieszkał u jakiejś kobity? To całkiem prawdopodobne. Bo jaka inna mogłaby być przyczyna? Jak nie ma gdzie mieszkać, to mu pisałam, że może u mnie, a w zasadzie to przecież bardziej jego niż moje. A może nie ma odwagi mi się narzucać po tych wszystkich latach?

Gdy dojeżdżam do Olkusza, widzę billboard o niestosowaniu przemocy wobec dzieci. Odwracam wzrok. To mnie nie dotyczy. Wszędzie o tym trąbią: w telewizji, radiu, internecie, na mieście. Zawsze się od tego odcinam. Jest za dwadzieścia pierwsza, więc mam jeszcze trochę czasu; wolę być wcześniej. Pędzę tak szybko, że nikt mnie nie wyprzedza. Wreszcie dojeżdżam do centrum, gdzie jest ta kawiarnia, parkuje samochód, rozpinam kurtkę, poprawiam sukienkę i nakręcona, ale i niepewna idę. Nogi mi się coraz bardziej trzęsą i są jak z waty. Szukam przez chwilę kawiarni, w końcu widzę z daleka napis: Rodzinna. Dobrze sobie to wymyślił, aby spotkać się w takim miejscu. Zajmuję stolik przy oknie, żeby było widać zbliżających się ludzi, ale wcale się nie odprężam. Serce wali, czuje to. Zdejmuję kurtkę, zostając w samej sukience. Nerwowo rzucam okiem na zdjęcie. Miałabym ochotę je walnąć przez okno, a przecież chcę spotkania. Co ze mną? Podchodzi kelner, zamawiam kawę i ciastko. W sumie nie jestem pewna, czy chcę to drugie, bo nie czuje głodu, ale trzeba coś zamówić. Kelner uśmiecha się, chyba mnie podrywa; mówi, że ślicznie wyglądam, a następnie, że jakbym czegoś potrzebowała, to jest na moje zawołanie. Trochę niedobrze mi się robi od takich słów, bo słyszę je od większości mężczyzn. Tylko Andrzej był inny. On nigdy nie powiedział, że jestem piękna, atrakcyjna, że mogę na niego liczyć – on, zamiast gadać, robił takie rzeczy, że sama o tym wiedziałam. To wyjątkowy facet. Ale i tak go nie chciałam. Czemu?…

W końcu widzę go. Idzie ze zwieszoną głową. Nawet nie spojrzał, czy już jestem. Nie tęsknił? A jeśli nie, to po co chciał się spotkać? Ubrany jest w jakieś stare dżinsy, brązową kurtkę i buty, których nowość minęła dawno temu. Otwiera drzwi, ja wstrzymuję oddech i patrzę mu prosto w twarz. Staje metr od nich i dopiero podnosi głowę. Nie wiem czemu, ale mam ochotę wyjść. Jak najszybciej. Te emocje są nie do zniesienia. Wreszcie mnie dostrzega, ale się nie uśmiecha. Rusza do mnie. Z nerwów strącam torebkę wiszącą na oparciu za mną. Ale jej nie podnoszę. Niech leży! Wstać, czy pozostać na siedząco? Powinnam się podnieść, ale nie jestem w stanie. Siada naprzeciwko mnie bez słowa, zerka mi w oczy, ale głowę ma spuszczoną. W końcu napinam wszystkie mięśnie i mówię:

– Cześć, tato.

– Dawno cię nie widziałem, wyrosłaś, ledwo cię poznałem.

– Jak się miewasz? – z trudem otwieram usta.

– Jakoś muszę przywyknąć do wolności. Po tylu latach to niełatwe.

– Brakowało mi ci… – nie jestem w stanie dokończyć.

– Naprawdę? – Marszczy czoło, przymyka oczy. – Nie byłem dla ciebie dobry.

Coś mi zaczyna świtać…

Jak to? Przecież jest i był moim ukochanym tatusiem…

Chcę coś powiedzieć, ale zaczyna mi szumieć w głowie. Sekundy mijają, a ja coraz bardziej mam ochotę wyjść. A tak bardzo szykowałam się do tego spotkania.

– A pamiętasz, jak mnie kąpałeś i zabraniałeś suszyć włosy? – wykrztuszam.

– Nie tylko to pamiętam. Ile razy zamknąłem cię w spiżarni, bo mi się coś nie spodobało?

– Cicho! – szepczę.

– I nieraz dostałaś w tyłek pasem.

– Nic nie mów! – nieco podnoszę głos.

– A po wywiadówce targałem cię za uszy.

– Przestań! – już prawie krzyczę.

– Poza tym chyba wiesz, że siedziałem za morderstwo – mówi bez emocji.

– Po co o tym mówisz?! – nie zmieniam tonu. – Było, minęło!

– Nie możesz zapomnieć o wyrodnym ojcu, musisz go nienawidzić.

– Ja cię ko… – znów słowa grzęzną, czuję gorycz w gardle. Tyle razy sobie powtarzałam, że go kocham, a teraz to nie może mi przejść przez gardło.

– Widzisz, nawet nie jesteś w stanie tego powiedzieć. Jesteś zbyt prawdomówna i uczciwa. Nie to, co ja.

Łzy zaczynają mi płynąć ciurkiem. Obraz się rozpływa. Nie widzę ani jego, ani nic dookoła. Ale nie mam ochoty na płacz. Tylko te łzy ciekną jak oszalałe.

– Dziękuję ci, że tu przyjechałaś, bo w Krakowie się nigdy nie pokażę, abyś była ode mnie wolna. Na zawsze – ciągnie.

– Tato, możesz do mnie przyj… – Rozpłakuję się na dobre. Nie ze względu na niego czy swoją przeszłość, którą tak dobrze mi przypomniał, ale na bezsilność. A może tak mi się wydaje…

– Wiem, że byś mnie nie wygoniła, ale nie chcę. Chociaż to może byłby dobry pomysł. Przynajmniej byś mnie szczerze znienawidziła.

– Zamknij się! – krzyczę przez łzy.

– Dobrze, wykrzycz się, to ci ulży, a może całkowicie minie.

Już nie wiem, co powiedzieć. Mam spuszczoną głowę, chusteczką wycieram nos i oczy, czuję w piersi ucisk, ale już nie mam ochoty wyjść. I odwagi spojrzeć mu w twarz. Kochany tatuś…

– To ja już pójdę – mówi delikatnie. – Sam nie wiem, po co chciałem cię zobaczyć. Ale musiałem. Ostatni raz.

– Tato! – Podnoszę głowę, lecz nadal omijam go wzrokiem.

– Niech ci się układa jak najlepiej i zapomnij o mnie.

– Tato! – wrzeszczę.

– Żegnaj Izuniu. – Wstaje, jeszcze raz mierzy mnie wzrokiem i wychodzi ze spuszczoną głową.

Nie mam siły, aby za nim pobiec. Nie mam siły na nic. Wciąż go kocham i będę kochała. Bo tak czuję. Bo to prawdziwa ja. Zamykam oczy i widzę ciemność spiżarni. Przerażającą. Boję się nawet płakać. Tylko duszę w sobie wszystko, wierząc, że po każdej nocy musi przyjść dzień…