Czarne klawisze fortepianu

Czarne klawisze fortepianu

(Przedstawiam tekst, za który zostałem wyróżniony w konkursie literackim w Kozienicach. Na 138 prac znalazłem się w siódemce.)

Dobrze pamiętam tamten dzień. Ojciec przyszedł bardzo późno, z hukiem otworzył drzwi i krzyknął na cały dom, żeby natychmiast dać mu jeść. Oparł się o szafę, stanął na jednej nodze i próbował zrzucić but, zahaczając nim o palce drugiej nogi. Po chwili stracił równowagę i runął, rozbijając sobie głowę o szafkę z butami. Gdy wstawał, krew lała mu się na ubranie i podłogę. Zaklął siarczyście i cisnął zakrwawioną kurtką w kąt. Podeszła matka. Próbowała mu pomóc, ale wtedy ojciec jakby doznał otrzeźwienia, stanął na równe nogi i z całej siły uderzył mamę w brzuch. Zgięła się wpół i upadła na zakrwawioną podłogę. Patrzyłem na to z dala, nie wiedząc, co mam zrobić. Z jednej strony, nauczony przeszłymi jego wybuchami, potwornie się bałem, a z drugiej chciałem pomóc mamie. Podszedłem więc niepewnie, nie spuszczając z oczu ojca. Chwycił stojący w przedpokoju wazon i cisnął w moją stronę. Wazon rozbił się kilkanaście centymetrów ode mnie. Zamarłem ze strachu. Kątem oka zobaczyłem, jak matka próbuje wstać i powstrzymać ojca. Ten jednak, chwiejąc się, sięgnął po stojący w kącie jednonożny wieszak na ubrania i przygotowywał się, aby nim we mnie rzucić.

– Uciekaj! – zawołała mama zduszonym z bólu głosem.

To był dla mnie sygnał. I rozkaz. Błyskawicznie odwróciłem się i zacząłem uciekać na strych, bo dobrze pamiętałem, że mogę zamknąć drzwi od środka i nikt od zewnątrz nie otworzy. Wbiegłem po schodach i zahaczyłem o wysoki drewniany próg. Upadłem, rozbijając sobie nos. Mimo to szybko się pozbierałem, wstałem i zamknąłem drzwi od wewnątrz. Zaszyłem się w najciemniejszy kąt. Usiadłem na zakurzonym stołku pod spadzistym dachem. Rękawem wytarłem zakrwawiony nos i łzy, które dopiero teraz zaczęły cieknąć. Z dołu wciąż dobiegały hałasy. Stuliłem głowę i zacząłem się modlić, aby tata nie zrobił mamie krzywdy. Nadal się bałem, ale i czułem się winny, że nie mogę jej pomóc. Może gdybym był starszy, potrafiłbym powstrzymać ojca?

Kiedy zapanowała całkowita cisza, a ja do siebie doszedłem, powoli się rozejrzałem. Siedziałem w zakrwawionym ubraniu na okrągłym stołku stojącym przy jakimś meblu. Tuż ponad moimi oczyma zauważyłem litery, których dopiero uczyłem się w szkole. Powoli składałem to, co widzę, w słowa. Ale na próżno, w moim umyśle układały się dwa dziwne słowa połączone znaczkiem, którego nigdy wcześniej nie widziałem: Steinway & Sons. To było pianino. Otworzyłem klapę i niepewnie nacisnąłem klawisz w lewej strony. Wydobył się bardzo gruby dźwięk, który przeraził mnie, tak bardzo bałem się, że usłyszy go tata i przyjdzie do mnie. Jednak poczułem coś silniejszego niż ten lęk, coś, co kazało mi sięgnąć do klawiatury jeszcze raz. Tym razem nacisnąłem klawisz po prawej stronie, który odezwał się tonem cienkim. Potem dotknąłem następnego i następnego. Doznałem uczucia zespolenia z pianinem. Coraz pewniej naciskałem kolejne klawisze, a każdy odzywał się innym dźwiękiem. Operowałem tylko białymi, bo wciąż w pamięci miałem słowa mamy, że białe jest dobre, a czarne złe. Z każdą chwilą czułem, jakby dźwięki wpływały w moje wnętrze, a ja pobudzony, reagowałem kolejnym naciśnięciem białego klawisza. Tworzyło się, czego wtedy jeszcze nie rozumiałem, sprzężenie zwrotne, gdzie moje pragnienia wywoływały dźwięki, te znów wpływały na mnie i pobudzały do kolejnych naciśnięć klawiszy. Nawet nie zauważyłem, kiedy odważnie uderzałem w klawiaturę, wywołując całkiem sporą kakofonię, z której próbowałem wyłowić coś, co wyrażałoby mój aktualny stan. Biegałem palcami od lewej do prawej, czując się jak wirtuoz, jakich widywałem w telewizji.

Nagle usłyszałem silne uderzenie w drzwi. Zamarłem w bezruchu. Po drugiej stronie stał ojciec i szarpał za klamkę. Dobrze wiedziałem, że nie da rady otworzyć, bo wejście zabezpieczone było solidną zasuwą, do której nikt od dawna nie miał klucza. Mama kiedyś mówiła, że strych to najbezpieczniejsze miejsce w domu. Nagle ojciec krzyknął:

– Otwieraj, gówniarzu, bo cię zabiję!

Gdy tylko to usłyszałem, jeszcze większy strach przebiegł przez całe moje ciało i odruchowo zacząłem naciskać przypadkowe klawisze. Stworzyła się dziwna kłótnia pomiędzy ojcem a moimi palcami uderzającymi w klawiaturę. Jedna strona próbowała przekrzyczeć drugą, aż coś we mnie pękło i najsilniej, jak potrafiłem, zacząłem uderzać w czarne klawisze. Najpierw palcami, a gdy ojciec już walił z całej siły w drzwi, waliłem pięściami. Po raz kolejny zalały mnie łzy. Wytworzył się drugi świat w szczelnej bańce z czarnych złych dźwięków, które wezwałem przeciwko ojcu. Istniałem tylko ja, kakofonia i czarna siła.

Rok później, gdy tata siedział już w więzieniu, a ja regularnie chadzałem na strych, aby próbować wydobyć z białych klawiszy to, co tkwiło we mnie, mama urządziła moją pierwszą komunię. Spytała wcześniej, co chciałbym dostać. Rowerek, może zegarek, a może coś innego. Przytuliłem się do mamy i spytałem bardzo cichutko, czy trudno jest grać na pianinie. Odpowiedziała, że to tylko zależy od ucznia. Poprosiłem ją więc, aby znieść pianino na dół i aby mnie zaprowadzić do nauczyciela od pianin.

Pierwsza lekcja polegała głównie na tym, że nauczycielka próbowała przetłumaczyć mi, że uderzanie w przypadkowe klawisze nic nie da, i że jeśli chcę się nauczyć grać, muszę delikatnie naciskać je pojedynczo. Na kolejnej lekcji pokazała, jak się gra i śpiewa gamę. Potem przyszedłem do domu i znów zacząłem od walenia w różne klawisze. Lecz po chwili przypomniałem sobie słowa nauczycielki, aby grać gamę. Nie wiem, ile to trwało, ale przestałem, gdy zapadał zmierzch i do domu weszła mama.

Na którejś z kolei lekcji pani kazała mi nacisnąć czarny klawisz. Najpierw skuliłem się w sobie, a po którymś poleceniu nauczycielki uciekłem od pianina, bo nie chciałem jej zrobić krzywdy. Stanąłem przy oknie i rozpłakałem się. Podeszła, przytuliła mnie i powiedziała:

– Nie bój się czarnych, one są takie same jak białe, tylko mają inny kolor, aby ułatwić granie.

Po kilku minutach dałem się przekonać. Ale wstąpiło we mnie coś niedobrego, bo wraz z tym, jak używałem czarnych, czułem coraz większą złość. I tak pod koniec lekcji nauczycielka musiała mnie uciszać, tak mocno bębniłem.

Rok później miałem pierwszy koncert. Siedziałem przed sporą publicznością w domu kultury i wykonywałem wyuczone na pamięć utwory. Za każdym razem, gdy grałem na czarnych klawiszach, używałem większej siły. Niektórzy później mówili, że mam swój własny styl i będzie ze mnie wielki muzyk. Pamiętam, że podchodzili do mnie inni nauczyciele i gratulowali, mówiąc, że dawno nie widzieli tak zdolnego dziecka. W końcu podeszła mama, wzięła mnie z wysiłkiem na ręce i podniosła do góry, jakby chciała pokazać światu. W życiu nie widziałem na jej twarzy takiego wyrazu dumy i szczęścia. Była znów piękna mimo potężnej szramy ciągnącej się od czoła aż do kącika ust.

Gdy miałem siedemnaście lat, wrócił tata. Mimo iż wciąż się go bałem, czekałem z utęsknieniem. Siedziałem przy zastawionym suto stole jak na szpilkach, gdy wszedł. Nie wytrzymałem, pobiegłem na strych i zamknąłem drzwi. Wziąłem do ręki wcześniej przygotowany syntezator i bezmyślnie zacząłem grać. Intuicyjnie nacisnąłem klawisz nagrywania. Grałem coś spokojnego, coś, co mi właśnie przyszło do głowy. Chciałem uciszyć emocje, by jak najszybciej powrócić do taty. Ale gdy tylko po drugiej stronie drzwi usłyszałem tatę, nie wytrzymałem i grałem coś bardzo chaotycznego, niespokojnego, używając jak najczęściej czarnych klawiszy. Jednak tata tym razem nie walił w drzwi, ale spokojnie pukał, a po chwili, gdy zdał sobie sprawę, że gram, zaczął wystukiwać rytm. Coś jakby mi kazało i zjednoczyłem się z tym jego stukaniem; tworzyliśmy duet: pianino i instrument perkusyjny. Sam nie wiem, ile to trwało, ale w pewnym momencie mój syntezator wyświetlił komunikat o wyczerpaniu zasobów pamięci, która zużyła się na nagrywanie. Wtedy jakby emocje mnie dopiero dopadły i rozpłakałem się.

Zza drzwi usłyszałem cichutki głos taty:

– Wpuść mnie, proszę.

Niepewnie podniosłem się i po chwili otworzyłem drzwi. Za nimi stał tata i pierwsze, co zrobił, to przytulił mnie. Z jednej strony czułem z nim więź, a z drugiej miałbym ochotę założyć mu słuchawki, podłączyć je do najpotężniejszego wzmacniacza, ten do syntezatora i uderzać z całej siły w czarne klawisze, tak mocno, aby mu głowa pękła. Uspokoiłem się dopiero, gdy chyba nie miałem już łez.

Godzinę później, po skończonym obiedzie, wyciągnął ze swojej torby piękny bukiet kwiatów i dał mamie. Bez najmniejszych emocji przyniosła z kuchni wazon z wodą, włożyła kwiaty i jeszcze bardziej oschle podziękowała.

– Wiesz, Marku, jak byłem w szkole średniej, grałem trochę na perkusji – powiedział ojciec. – Może mógłbym do ciebie dołączyć i byśmy coś razem zagrali?

Nie odpowiedziałem, bo nadal się we mnie kotłowało. Pokiwałem tylko głową dla świętego spokoju.

W najbliższym czasie tata poprosił mnie, abym mu nagrał na kasetę, to co nagrałem na syntezatorze, gdy wracał z więzienia. Potem odsłuchiwał tego wielokrotnie, samemu próbując wystukiwać coś rękami i nogami. Spędzał przy tym całe wieczory, gdy wracał z pracy, o którą teraz dbał należycie. I ani razu nie zdarzyło się, aby przyszedł pijany.

Rok później, gdy kończyłem średnią szkołę muzyczną, zasiedliśmy obaj na scenie. Ja do fortepianu, on do perkusji. Zaczęliśmy grać. Najpierw utwór spokojny, melancholijny, klasyczny. Po nim nauczyciel stanął przed mikrofonem i powiedział, że teraz zagramy moją własną kompozycję. Bardzo bałem się, że nie wyjdzie tak, jak ją sobie wyobrażałem. A tam była to ekspresja w czystej postaci, zderzenia tonów delikatnych z ostrymi, harmonia niepowtarzalna.

Zaczęliśmy, spokojnie, z wyczuciem. Ja grałem melodię, a tata nadawał rytm. I gdy miało dojść do momentu, gdzie muzyka na chwilę zamiera, a potem znów budzi się z pełną mocą, tata uderzył z całej siły w talerze i krzyknął w moją stronę:

– A teraz mocno, w czarne!

Poczułem moc, której nie doświadczyłem nigdy! Błyskawicznie, stosując modulacje, przeszedłem do tonacji, gdzie używanych jest jak najwięcej czarnych, i zagrałem! W zasadzie nie pamiętam nic poza emocjami. Była muzyka złożona z melodii, rytmu i ekspresji. I tylko to ostatnie miało znaczenie! Każdy dźwięk kierowałem przeciwko ojcu, a on jeszcze bardziej mnie nakręcał, grając koncert perkusyjny swojego życia. Co nie zagrałem, on był jak echo, idealnie wpasowywał się w rytm i klimat granych przeze mnie dźwięków. Jakby szedł za mną przez całe życie, nie odstępując na krok, po to, aby pokazać, że jest wystarczająco silny i w każdej chwili może mnie pokonać. Widziałem nad sobą ekonoma i krytyka w jednej osobie. Ale spoglądał na mnie zza talerzy ze wzrokiem, w którym widziałem coś, co powodowało, że pierwszy raz w życiu czułem, że jestem w stanie z nim wygrać. Wspomnienia, które mnie wypełniały, przepełnione były moim lękiem i jego dominacją. Tymczasem teraz miałem wrażenie, jakby ojciec chciał, abym go pokonał, abym pierwszy raz odważył się mu przeciwstawić. A może to taki pozór, aby mnie podpuścić, a gdy podejdę wystarczająco blisko, pokonać raz na zawsze? Lecz poczułem, że mam tego wszystkiego dość. Dość bycia pod jego rozkazami, dość bycia tym słabszym, bo tak się w głębi czułem. Uderzyłem więc w klawisze w sposób niezaplanowany, niemal chaotyczny, aby go zaskoczyć i pokonać. To zabrzmiało wręcz jak harmoniczna kakofonia i kompletna arytmia. Poczułem, że przesadziłem, że to, co właśnie zagrałem, to dowód na moją chęć walki. Ale nie miałem nic do stracenia: albo pokonam go teraz, albo nigdy, w końcu ten koncert to moje królestwo. Uderzyłem więc po raz kolejny i kolejny, za każdym razem zmieniając skalę melodyczną. Może za którymś razem ojciec nie wytrzyma i ciśnie pałeczkami. Wtedy ja wstanę, ukłonię się i po raz pierwszy pokażę mu, kto jest prawdziwym wygranym. Ale tata spoglądał na mnie zza tych swoich talerzy, ze świdrującym wzrokiem, zupełnie jakby to on mnie prowokował. Po raz kolejny zalałem się łzami, w których tym razem zawierała się wściekłość na tatę, odreagowanie wszystkiego, z czym żyłem od lat, i improwizacja godna arcymistrza.

Nawet nie zauważyłem, gdy skończyliśmy. Cała publiczność wstała i biła brawo na stojąco. Jedni krzyczeli z zachwytu, inni gwizdali, dając do zrozumienia, że zbyt szybko skończyliśmy. W końcu wstałem i ja. Ukłoniłem się odruchowo i spojrzałem na tatę. Pierwszy raz widziałem w jego oczach pasję życia. W jednej chwili przestał być agresorem i tyranem, a stał się człowiekiem pełnym emocji. Pierwszy raz szanowałem go jako człowieka i ojca.

Po chwili podszedł do mnie nauczyciel i szepnął na ucho:

– Krew.

Najpierw nie wiedziałem, o co chodzi, ale spojrzałem sobie pod nogi i zobaczyłem skapującą krew z mojej dłoni. Z emocji uszkodziłem sobie prawą rękę, nawet nie wiem o co.

Mama stała w pierwszym rzędzie i biła brawo, spoglądając raz na mnie, raz na niego. Ona też była z niego dumna. W końcu weszła na scenę i wcisnęła się między nas. Tylko miała dziwnie spuszczoną głowę.

Cały ty

Cały ty

Liny, W Niewoli, Modelu, Ręce, Kobieta, Fikcja, Pomysł

Przedstawiam swoje stare opowiadanie.

Tekst jest przeznaczony tylko dla osób pełnoletnich

* * * *

Poznałam cię w Arsusie na wieczorku autorskim z okazji wydania mojej pierwszej książki. Stałam niemal nieruchomo, ludzie podchodzili, gratulowali. Czułam się jak manekin. Przed oczyma miałam mgłę, w zasadzie nie widziałam twarzy, tylko puste postacie przelewały się jak bohaterowie kreskówek. Pamiętam, że dwa dni szykowałam się do tego wydarzenia. Najpierw kosmetyczka, solarium, potem fryzjer, kupno nowych ciuchów, aż wreszcie wizyta u terapeuty. Mówił, żebym się nie przejmowała, bo moja książka to nie ja, to tylko wytwór wyobraźni i intelektu. Ale jak tu się nie przejmować, skoro prawie rok nad nią pracowałam? Poza tym zawarłam tam samą siebie.

I nagle przede mną stanąłeś, wyciągnąłeś dłoń i niepewnym głosem gratulowałeś sukcesu. To jedyna rzecz, jaką zapamiętałam z tego wieczoru – ta niepewność ponad miarę. A przecież głównym bohaterem mojej książki jest zagubiony, nieśmiały i nieco chaotyczny mężczyzna. Pamiętam, że odruchowo spojrzałam ci w twarz i widziałam faceta, którym należy się zaopiekować. Już chciałam dać ci egzemplarz książki z autografem i numerem telefonu, gdy wyciągnąłeś wizytówkę i cichutko stwierdziłeś:

– Jakby pani wydała coś jeszcze, to proszę dać mi znać. Albo po prostu proszę zadzwonić.

Zatkało mnie. Na przekór wszystkim tak zwanym standardom osiadłeś w mojej wyobraźni na dobre. Standardom, bo chyba nie tak powinien wyglądać mężczyzna sukcesu pasujący do kobiety, która taki sukces właśnie odnosi.

Potem godzinami siedziałam w domu, zastanawiając się, czy to już pora, aby zadzwonić. Wielokrotnie wybierałam twój numer, by od razu zrezygnować. Już pierwszego dnia znałam go na pamięć. Aż wreszcie drugiego dnia, gdy wróciłam od koleżanki podpita, zadzwoniłam. W zasadzie nie wiem, co mówiłam, pewnie same dyrdymały, ale czy to ma jakieś znaczenie? Najważniejsze, że umówiliśmy się w najbliższy weekend do kawiarni. Teraz mi się wydaje, że ja to zaproponowałam, chociaż pewna nie jestem.

I spotkaliśmy się. Pamiętam, że szłam na to spotkanie na miękkich nogach, w głowie układałam, jak poprowadzę rozmowę, ale także wyobrażałam sobie naszą przyszłość. Całe życie śmiałam się z podobnych zachowań, a wtedy sama to robiłam – fantazjowałam o wielkiej miłości. Wszystkie te durne harlequiny, które przeczytałam tylko po to, aby wiedzieć, jak mam nie pisać, przejęły władzę nad moją własną wolą. I prawdę powiedziawszy, podobało mi się to, i to bardzo. Gdy zbliżałam się do knajpy, o mało nie wpadłam pod samochód – tak bardzo odpłynęłam. Na koniec jeszcze przejrzałam się w oknie wystawy sklepu z sukniami ślubnymi, porównując się do stojącego tam manekina i weszłam. Co było dalej, nie wiem. Pamiętam jedynie poszczególne słowa, reszta to jeden wielki szum w głowie.

Natomiast doskonale pamiętam ten pierwszy wspólny raz, gdy tydzień później dałeś się zaprosić na kawę po tym, jak odwiozłeś mnie do domu. Nie przypuszczałam, że trzydziestoletni facet może tak długo ciągnąć grę wstępną. Chyba z godzinę. W pewnym momencie już bałam się, że dojdziesz, nie doprowadziwszy do pełnego zbliżenia. Bo ja była bliska, pierwszy raz w życiu w trakcie samych pieszczot. A kiedy skończyłeś, to i skończona byłam ja. Skończona na wszystko poza odpoczynkiem. I leżeliśmy chyba ze dwie godziny bez słowa, przytuleni do siebie i nawet twój ostry zapach potu nie przeszkadzał. Pierwszy raz w życiu czułam całą sobą, że ten zapach to dowód na to, że się nie oszczędzałeś, że harowałeś, aby mi było dobrze. Sama nie wiem, w którym momencie usnęliśmy. Pamiętam tylko, że ostatnią myślą było, że Bóg jednak istnieje.

Niespełna pół roku później przestałeś się u mnie pojawiać. Pierwszego dnia nie panikowałam, ale ogarnęła mnie gonitwa myśli. Drugiego, gdy nadal nie odbierałeś, pojechałam, lecz odbiłam się od drzwi. Trzeciego obdzwoniłam wszystkich twoich znajomych, do których miałam numery, to również nie przyniosło rezultatu. Czwartego odwiedziłam twoich rodziców i dowiedziałam się, że matka ci zmarła bardzo nagle. Wróciłam pod twoje drzwi i dobijałam się, dopóki nie otworzyłeś. Wyglądałeś strasznie – zarzygany sweter i spodnie, w jednej skarpecie i z papierosem w kąciku ust, a przecież tak rzadko widziałam cię palącego. Nie chciałeś mnie wpuścić, ale okazałam się silniejsza. Zresztą po czterech dniach chlania, bez jedzenia i wypaliwszy kilka paczek, byłeś słabszy od każdego. A przynajmniej mniej zdecydowany w działaniach. Zaprowadziłam cię do łazienki, wykąpałam, a potem zataszczyłam do łóżka, bo tak cię rozebrała ta ciepła woda. I chyba ze dwie godziny siedziałam obok, głaszcząc cię po włosach, a ty pochrapywałeś. Tylko od czasu do czasu zrywałeś się i wymiotowałeś do miski, którą trzymałam przy łóżku. Sama tej nocy spałam niewiele. Dopiero nad ranem zasnęłam na podłodze na kocu.

Na naszej podróży poślubnej byliśmy na Krecie. Do dziś mnie śmieszy, że można tak wypoczywać na tym małym ssaku. Żartowałam też, że dobrze, iż nie polecieliśmy na Majorkę, bo byłabym zazdrosna o tę wojskową. Drugiego dnia siedzieliśmy przy kolacji, już szykowałam się psychicznie do wieczornych figli, gdy jadalnię wypełnił twój głos o tonie, którego nie znałam:

– Miałaś mi przypomnieć, żeby zadzwonić do ojca! – krzyknąłeś, aż przeszedł mnie dreszcz.

Wstałeś gwałtownie od stołu, z dłońmi zaciśniętymi na sztućcach i spojrzałeś na mnie w taki sposób, że zobaczyłam kogoś innego.

– Przepraszam, zapomniałam, nie wiem, co powiedzieć – zareagowałam odruchowo, rozglądając się po innych osobach siedzących z nami.

Rzuciłeś sztućce z hukiem na talerz, odepchnąłeś stojące za plecami krzesło, które przesunęło się po posadzce ze zgrzytem, i odszedłeś w stronę plaży. W pierwszym momencie chciałam za tobą iść, ale nasza sąsiadka złapała mnie za rękę. Dokończyłam więc kolację, a każdy kęs smakował, jakbym przełykała wywar z piołunu. Potem poszłam do pokoju i zapłakałam. Swoim zaniedbaniem zniszczyłam wszystko, co udało się do tej pory osiągnąć.

Postanowiłam więc od tego momentu starać się jeszcze bardziej. Bo tak być przecież nie może, że coś jest przeze mnie. Nie dość, że komuś przykro, że nie zadzwoniłeś, to jeszcze ty tracisz panowanie, a wiadomo, że po śmierci matki masz ciężej niż ja, niż ktokolwiek. I tak po powrocie zaczęłam ci wieczorem szykować śniadanie na następny dzień, bo zwykle wstawałeś wcześniej. Przez pewien czas było w porządku, aż któregoś dnia, wychodząc do pracy, rzekłeś:

– Mogłabyś zrobić mi czasami coś ciepłego na śniadanie.

Wstałam natychmiast, aby to naprawić, ale ty właśnie wychodziłeś. Trzaśnięcie drzwiami przeszyło mnie na wskroś, było jak wielki policzek. Dlaczego, do jasnej cholery, sama o tym nie pomyślałam? Przedpokój zaczął rozmazywać się w jedną wielką mgłę. Przywarłam plecami do ściany, w głowie zawirowało i osunęłam się bezsilnie na podłogę. Przybrałam pozycję embrionalną i płacz mnie pochłonął. Widziałam tylko w myślach pogrzeb mojego ojca.

Jakiś czas później, gdy byłam w trzecim miesiącu ciąży, zaczęłam z samego rana wymiotować. W tym samy czasie gotowałam ci mleczną zupę. I niestety wykipiała.

– Jak sobie nie radzisz, to poproś mnie o pomoc, zamiast udawać, jaka jesteś niezastąpiona – stwierdziłeś, zaglądając do łazienki.

– Już wychodzę, poczekaj, zrobię ci nową.

– Nie, będzie za późno, zjem coś na zimno.

– Ale naprawdę…

– Lepiej doprowadź się do porządku, bo nie chcę, abyś zarzygana robiła mi coś do jedzenia.

Zatkało mnie. Faktycznie chciałam tylko przemyć twarz, przepłukać usta i jak gdyby nigdy nic zająć się twoim śniadaniem. Jaka ze mnie bezmyślna baba! I jaka roztargniona!

Byłeś w pracy, gdy wezwałam taksówkę i pojechałam na porodówkę do szpitala na Madalińskiego. Mówiłeś, że chcesz być wtedy blisko, nie przy samym porodzie, ale blisko. Nie zadzwoniłam jednak, bo wiedziałam, jak praca jest dla ciebie ważna. W życiu nic mnie tak nie bolało. Aż miałam trudności ze złapaniem ostrości wzroku. W drodze tak jęczałam, że taksówkarz miał poważne wątpliwości, czy nie urodzę u niego w aucie. Co chwilę się oglądał, nerwowo zerkał mi w twarz, a następnie na siedzenie. Boże, jak ja się modliłam, aby przypadkiem mi wody nie odeszły. Znów byłabym wszystkiemu winna. Pamiętam, jak miałam kilka latek, wracaliśmy z tatą samochodem, byłam bardzo chora i zsikałam się na fotel. Już wtedy mało nie zapadłam się ze wstydu, a co dopiero teraz, gdy jestem dorosłą kobietą? Gdy dojechaliśmy, rzuciłam taksówkarzowi pięć dych i nie czekając na resztę, ruszyłam, ni to biegiem, ni to zataczając się, na izbę przyjęć. Pod drzwiami straciłam przytomność. Następne, co pamiętam, to jak leżałam na łóżku z maską tlenową na twarzy, a obok mnie próbowała wstać, jak się szybko domyśliłam, kobieta po porodzie. Odruchowo dotknęłam swojego brzucha. Poczułam, że jest mniejszy. Boże, czy poroniłam? Czy mała żyje? Ale pod palcami ujawnił się opatrunek na podbrzuszu. Czyli cesarka. Tylko ciekawe, czy po to, aby ratować mnie, czy małą? Leżałam na plecach, w lewej ręce tkwił wenflon, do prawej miałam przyczepiony jakiś czujnik, a obok stało urządzenie monitorujące stan zdrowia. Próbowałam wstać, ale kobieta z łóżka obok nacisnęła przycisk i przyszła pielęgniarka, która szybko mi wybiła z głowy takie pomysły. Potem chciałam zdjąć maskę i spytać, co z dzieckiem, ale piguła przytrzymała maskę i z miną kompletnie obojętną stwierdziła:

– Mała jest na intensywnej terapii. Niepotrzebnie sama tu jechałaś, trzeba było wezwać pogotowie.

Odebrało mi wszystkie siły. Swoją głupotą naraziłam dziecko! To, że mnie mogło coś się stać, było o tyle ważne, że dziecko musi mieć matkę, poza tym mój los był mi obojętny. Kolejna sprawa, że ty byś mi tego nie wybaczył. Odrzuciłam jej rękę i ściągnęłam maskę.

– Ale przeżyje? – spytałam, ledwo otwierając usta.

– Trzeba było się o to martwić wcześniej. Teraz wszystko w rękach lekarzy. – Odrzuciła kołdrę i zerknęła, czy krwawię. Spojrzała tylko i z wyraźnym grymasem pozwoliła, abym pozostała bez maski.

– Niech pani coś więcej powie – wybełkotałam przez łzy.

– Kobieto, śpij i nie zawracaj mi głowy! – Rzuciła kołdrę na mnie z taką siłą, że poczułam ból, jakby przeszedł mnie prąd elektryczny. Należało mi się!

Pielęgniarka wyciągnęła nie wiadomo skąd skórzane pasy i przypięła mi ręce do łóżka. Nie miałam siły protestować. Gdy wyszła, młoda dziewczyna z łóżka obok, która nacisnęła przycisk, cicho powiedziała:

– Nie martw się, lekarz mówił, że będzie dobrze. A ona to dobra kobieta, tylko jest wściekła, że nikt ci nie pomógł. Sama miała męża, którego gówno interesowało dziecko.

– A mała płakała chociaż? – spytałam.

– Nie wiem, bo przywieźli cię tu samą.

– Czyli pani jej nie widziała?

– Nie.

– A kiedy będzie jakiś lekarz, żebym mogła zapytać?

– Obchody są dwa razy dziennie, rano o ósmej i wieczorem o siódmej.

– A która teraz?

– Piąta po południu.

– Czyli nieprzytomna byłam ponad cztery godziny… – Wyobraziłam sobie, jak bardzo musisz się martwić, bo zwykle dzwoniłam w ciągu dnia.

– Zaraz po cesarce wybudzili cię z narkozy, ale szybko zasnęłaś.

– Jezu, nic nie pamiętam… – Próbowałam złapać się za głowę, ale pasy zrobiły swoje.

– Śpij, moja droga, musisz odpoczywać – powiedziała takim głosem, że nie miałam siły się oprzeć.

Obudziłam się następnego dnia rano. Ręce nadal miałam w pasach. Czułam takie ciśnienie moczu, że mnie skręcało. Aż dziw, że wytrzymałam całą noc.

– Muszę do łazienki – powiedziałam ni to do siebie, ni to do sąsiadki.

– Nie możesz wstawać. Masz pieluchę, więc śmiało… – wyraźnie urwała.

Jak to? Ja, kobieta sukcesu, ledwo po trzydziestce mam sikać pod siebie? Nie, tak być nie może!

– Do toalety muszę! – Krzyknęłam i poczułam ostre kłucie z miejsca, gdzie mnie zszyli.

Do sali weszła ta sama pielęgniarka. Spojrzała na mnie z politowaniem i stwierdziła:

– Co najwyżej dostaniesz basen, ale nigdzie się nie ruszysz.

I za chwilę słyszałam metaliczny odgłos moczu uderzającego w metalowe naczynie. Ile bym dała, aby nikt tego nie słyszał!

Dwie godziny później dostałam swój telefon i zobaczyłam kilkanaście nieodebranych połączeń. Wszystkie od ciebie. Już chciałam zadzwonić, ale przeraziłam się w myślach, jaka będzie twoja reakcja. Drżącą ręką i z przyspieszonym oddechem zadzwoniłam.

– Gdzie ty się, kurwa, podziewasz?! – usłyszałam w słuchawce.

– Jestem w szpitalu, miałam cesarkę. – Pomyślałam, że będziesz wściekły, że sama nie urodziłam.

– W którym, do cholery?! – Nie spuszczałeś z tonu.

– Na Karowej.

– Kiedy cię oporządzili?

Zatkało mnie. Chyba lepszego słowa nie mogłeś użyć. Do czego ja się w ogóle nadaję, że sama nie byłam w stanie urodzić?

– Wczoraj przed południem… – chciałam mówić dalej, ale przerwałeś:

– I, do kurwy nędzy, dopiero teraz dzwonisz?

Boże, co ja zrobiłam…

– Przepraszam. – Rozpłakałam się, starając się, abyś tego nie słyszał.

– Zwalniam się z pracy i zaraz przyjeżdżam.

Poczułam ulgę. Chwilę później rozłączyliśmy się i znów zasnęłam. Zasypiając, chciałam zapytać, co z dzieckiem, ale już nie miałam sił.

Byłeś u mnie trzy godziny później. Wyczułam alkohol. To nic, najważniejsze, aby mała była zdrowa i abyś mi wybaczył. Dyżurowała inna pielęgniarka i nawet z uśmiechem powiedziała nam, że z dzieckiem dobrze i żeby się nie martwić. Posiedziałeś bardzo krótko, może z pół godziny. W sumie nie dziwię się, bo stękające, obolałe kobiety i płacz dzieci to nic miłego. Poprosiłam tylko, abyś mi przywiózł ze dwie czy trzy książki. I wyszedłeś.

Nie pojawiłeś się więcej u mnie w szpitalu. Trochę było mi smutno, ale sama nie wiem, czy chciałabym, abyś znosił takie warunki. Wyszłam prawie dwa tygodnie później. Z małą było już wszystko w porządku. A trzymali ją na intensywnej terapii bardziej na wszelki wypadek i dlatego, że mogła być niedotleniona po tym, jak zemdlałam. Przywiózł mnie do domu mój agent, przy okazji próbując zorganizować kolejne spotkanie autorskie. Odmówiłam, wiedząc, że teraz najważniejsze jest dziecko i ty. Wszedł na górę, pomógł się zadomowić w nowych realiach i pijąc kawę, spytał, co z tobą. Wymyśliłam jakąś bajeczkę o delegacji.

Pojawiłeś się dwa dni później. Ledwo stałeś na nogach, a z daleka czuć było alkoholem. Spojrzałeś na śpiącą małą i miałam wrażenie, że ironicznie się zaśmiałeś. Choć dla mnie to był śmiech ze szczęścia. Usiadłeś na fotelu, włączyłeś telewizor i zapaliłeś papierosa.

– Kochanie, mógłbyś nie palić przy dziecku.

– I co jeszcze?! – podniosłeś głos. – Przez bachora mam zmienić wszystkie nawyki? Niedoczekanie!

Wzięłam ją na ręce i wyszłam do drugiego pokoju. Nakarmiłam piersią, ułożyłam do snu i wróciłam do ciebie. Siedziałeś, popijając wódkę z butelki.

– Szykuj się, bo mam ochotę zadupcyć – wybełkotałeś z uśmiechem, który widziałam u ciebie pierwszy raz. Sama nie wiedziałam, czego jest wyrazem.

– Kochanie, nie mogę, bo jeszcze się nie zagoiłam.

– A tam nie możesz! Nie chcesz, kurwa, i tyle!

– Chciałabym, ale nie dam rady… Może jakoś w inny sposób cię zadowolę? – zaproponowałam.

Wstałeś i kołysząc się, wyciągnąłeś członka. Był na wpół gotowy.

– To bierz się do roboty – odparłeś ze śmiechem.

Wzięłam go do ust. Był słony i śmierdział moczem. Owszem, już wielokrotnie robiłam ci dobrze ustami, lecz zawsze byłeś świeżo po kąpieli. Mimo to się nie wycofałam. Musiałam to zrobić, abyś ode mnie nie odszedł. Następnego dnia oświadczyłeś, że zmieniasz pracę i wyszedłeś. Ponownie nie było cię kilka dni. Gdy wróciłeś, wydawało mi się, że oprócz alkoholu wyczułam jakieś perfumy. Ale to nic, najważniejsze, abyś został ze mną. I znów ci dogodziłam ustami, mimo iż byłeś bez kąpieli.

Przez najbliższy miesiąc widywałam cię co kilka dni. Przychodziłeś, zrzucałeś brudne ciuchy i gdy poziom alkoholu w twojej krwi spadał do zera, znów znikałeś. Powoli czułam się coraz lepiej, Małgosia rosła jak na drożdżach. Któregoś dnia wyszłam do parku Achera z małą na spacer i spotkałam kolegę z ogólniaka. Zainteresował się Małgosią, wziął ją na ręce, a i pomógł zrobić zakupy. Zaprosiłam go na kawę. Gęba mi się nie zamykała, w końcu miesiąc siedziałam prawie tylko z dzieckiem. Opowiedział, że żona od niego odeszła, zaraz po tym, jak poroniła. Nie powiedział tego wprost, ale czułam, że wini się za to. Wręcz emanowało od niego poczucie winy. Że też ludzie nie widzą u siebie takich rzeczy. Przecież to zupełnie nie jego wina. Opowiedziałam mu o tym, jak mocno wpłynęło na ciebie dziecko, że ledwo dajesz radę.

W pewnym momencie wszedłeś ty. Znów byłeś kompletnie pijany. Jak tylko zobaczyłeś Adama, podbiegłeś do szafy, wyciągnąłeś siekierę i krzyczałeś:

– Wypierdalaj stąd, gnoju, bo cię, kurwa, zabiję!

Adam wstał, już chciał grzecznie wychodzić, gdy uniosłeś siekierę i rzuciłeś się na niego. Zasłonił się ręką, odepchnął ostrze w stronę ściany, ale trzonek wylądował na mojej głowie. Ostatnie, co pamiętam, to furia w twoich oczach.

Obudziłam się w szpitalu na Banacha, a Adam siedział obok. Pierwsze, na co zwróciłam uwagę, to jego zafrasowana mina.

– Co z małą? – spytałam nerwowo.

– Spokojnie, jest w sali obok. Nic jej nie zrobił.

– A co z nim?

– Obezwładniłem go, zadzwoniłem po policję i zabrali go do izby wytrzeźwień.

– Kiedy mogę wrócić do domu?

– Lekarz mówił, że poleżysz tu kilka dni.

– Ale ja muszę się zaopiekować Leszkiem.

– Ty to musisz się zaopiekować małą i sobą, a on jak tak chla, to sam musi sobie pomóc. Nikt za niego tego nie zrobi.

– Ale on jest taki wrażliwy… – Rozpłakałam się.

– Wrażliwy może i jest, bo często ludzie wrażliwi kończą źle, ale i jest chory! – Adam po raz pierwszy podniósł głos.

– Muszę mu pomóc! – zaprotestowałam.

– Nie zabronię ci. Może mu przejdzie.

Wyszłam ze szpitala trzy dni później. Niosłam Małgosię na rękach, gdy zobaczyłam cię idącego pod rękę z jakąś kobietą. Zabolało mnie. Jak cholera. Poczułam, że mam ochotę wydrapać jej oczy. Wróciłam do domu i tylko zapłakałam. Sama nie wiem, o czym myślałam. Przed oczyma tylko pojawił mi się pogrzeb mojego ojca. Co ja wtedy czułam? Nie pamiętam, miałam przecież ledwie sześć lat.

Wszedłeś do domu pijany kilka godzin później i pierwsze, co zrobiłeś, to wystawiłeś członka, abym ci obciągnęła. Nie sprzeciwiałam się. Tym razem oprócz moczu czułam nieumytą, kilkudniową spermę. Ale dałam radę. Może ode mnie nie odejdziesz. Gdy skończyłam, zacisnąłeś pięść i sieknąłeś mnie pod oko. Tym razem nie straciłam przytomności, ale w głowie zawirowało. Pierwszy raz w życiu pomyślałam, aby od ciebie odejść.

Od tego dnia nie pozwalałeś mi prawie nigdzie wychodzić, czasem spoliczkowałeś, gdy czegoś nie zrobiłam, a i bywało, że uderzyłeś pięścią w brzuch. W twarz już tego nie robiłeś, bo powiedziałam, że jak ktoś zauważy, to będziesz miał kłopoty. Adam do mnie wysyłał sms-y, które jak najszybciej kasowałam, abyś nie zauważył. Pisał, że gdybym chciała, to ma wolny pokój i mogę u niego zamieszkać. Niejednokrotnie o tym myślałam, ale zawsze tłumaczyłam sobie, że przywykniesz do nowej sytuacji i ojcostwo przestanie cię przytłaczać. Kilka miesięcy później znów zniknąłeś. Tym razem na dużo dłużej, bo prawie na trzy tygodnie. Ktoś do mnie dzwonił, że widział cię na mieście z jakąś kobietą, kto inny, że pomógł ci wsiąść do taksówki, bo tak byłeś pijany. W domu jednak się nie zjawiałeś. Zadzwoniłam więc po Adama, bo jakoś stał mi się wyjątkowo bliski. Siedzieliśmy w kuchni przy stole, piliśmy kawę, aż wyszedł do łazienki. Wtedy wszedłeś ty. Ponownie pijany. Jak tylko zobaczyłeś męskie buty, rzuciłeś się na mnie. Ostatnie, co pamiętam, to jak leżałam na podłodze, a ty mnie okładałeś.

Po raz kolejny obudziłam się w szpitalu. Obok łóżka, oprócz Adama, stała policjantka i spisywała jego zeznania. Gdy tylko zobaczyli, że się ocknęłam, zaczęli zdawać pytania. Byłam tak obolała i tak ledwo przytomna, że powiedziałam wszystko, łącznie z tym, że zmuszałeś mnie do obciągania i lałeś w brzuch, aby nie było widać. Nigdy w życiu tak nie płakałam. Ryczałam, że ledwo można było mnie zrozumieć. Pamiętam, że przed oczyma kolejny raz stanął mi pogrzeb ojca.

Policjantka zapewniła, że już nic mi nie grozi, że siedzisz w izbie wytrzeźwień, a stamtąd pójdziesz do aresztu i długo nie wyjdziesz. Jednocześnie zaproponowała wsparcie psychologiczne. Adam powiedział, że nie puści mnie do domu i zamieszkam u niego. Wyszłam ze szpitala pięć dni później. Prosto do Adama. Nie miałam obiekcji. I nawet przez myśl mi nie przeszło, aby cię odwiedzić w areszcie, a później w więzieniu. Adam dogadzał mi, jak mógł i przez pierwsze kilka miesięcy nawet nie starał się do mnie zbliżyć, choć widziałam, że chuć go rozpiera. Dopiero ja sama doprowadziłam do zbliżenia, gdy już pogodziłam się, że męża nie mam. Adam tylko spytał, czy na pewno tego chcę i czy jestem już gotowa. Byłam! Jak cholera! I od razu chciałam mu dogodzić ustami, ale podniósł głos i stwierdził, że on na to nie jest jeszcze gotowy.

Do poradni psychologicznej w Piastowie trafiłam kilkanaście dni później. Na początku cholernie się bałam mówić całą prawdę, ale gdy przypomniałam sobie, że przecież mógłbyś skrzywdzić i Małgosię, otworzyłam się. I znów płakałam jak bóbr. Niewiele pamiętam z tego, o czym rozmawialiśmy z panią psycholog. Jedynie w pamięci mam pogrzeb mojego ojca i to, że czułam się winna jego śmierci…

Notatka na marginesie

Czerń normalności

jasność, świętość, niebo

Pojawia się niezauważalnie, z każdą chwilą ciut głośniej i głośniej. Z całkowitej ciszy. Zaczyna ją wypełniać, ożywiać. Może nawet nadawać sens. Bo czym jest pustka dla człowieka jako kwintesencji materii? Lub centrum, od którego wszystko się zaczyna? Zaczyna się od tej gwiazdy, co próbuje wszystko rozświetlić, aby widzieć, aby mieć pod kontrolą. Bo to, co pod kontrolą, nie jest już takie groźne. I można bez lęku zamknąć oczy i spać. Albo umrzeć. Wszystko jedno, skoro w obu przypadkach nie wiadomo, co się dzieje na zewnątrz. Szczęśliwi ci, którzy puścili lejce i jadą, gdzie ich ta dzika klacz poniesie.

Już muzyka rozbrzmiewa w najlepsze. Rytm dobrze znany dla Mozarta, jednak to nowoczesne wykonanie w stylu rockowym. Perkusja rytmizuje, bass zahacza o funk, gitara w zamian harfy i kilka instrumentów orkiestry symfonicznej próbuje przechylić szalę brzmienia na stronę klasyki. Jednak coś majaczy, jakiś materiał, może puszek? Wyraźnie łagodna, miękka faktura o kształtach obłych, z uwypukleniami i zagięciami. Zmienność kolorów materiału wyraźnie kontrastuje z klasyką orkiestry symfonicznej. Czuć niedoskonałość, wpływ świata, użyteczną funkcję przedmiotu. To nachyla wyobraźnię nad zwykły los. Zwyczajny człowieczy żywot, pełen błędów, potknięć, grzeszków czy nawet wielkich grzechów. Bo czym byłaby najdoskonalsza konstrukcja natury bez niedoskonałości? Powtarzalnym stemplem spod ręki zblazowanego urzędnika błękitu? Może efektem rytualnego obrzędu zwanego miłością, a tak rzadko mającego z nim coś wspólnego?

Powoli muzyka zanika, obraz się rozszerza, ukazując starego, mocno przybrudzonego, pluszowego misia. Cały jest nijaki, bez dawnej miękkości, bez sznytu świeżości. Za to dawno został po brzegi przepełniony bólem, samotnością, cierpieniem i ucieczką. Oraz zapachami, które wszystkie razem tworzą trudny do określenia, wyrażenia, a nawet wyobrażenia sobie smród. Do tego pluszak twarz ma nijaką – ani uśmiechu, ani smutku, ani nawet obojętności; jeśli ktoś chciałby wyrazić nijakość, to mógłby pokazać właśnie ją.

Obraz nadal się powiększa. Ukazują się najpierw stare, zniszczone, grube dłonie z dużą ilością brudu za paznokciami, potem wychudzone ręce, by w końcu odsłonić postać mężczyzny o pionowych rysach, oczach z kącikami skierowanymi mocno do dołu i lekko rozchylonych ustach. Jednak jest w jego twarzy nieziemski spokój, może nawet pokój. Mężczyzna ściska pluszaka w geście niemal rozpaczliwym, jakby swoją życiową energią tworzył misiowy respirator. Lub kokon ocalałego życia wśród wiecznej nocy człowieczeństwa. Pomiędzy wieloma osobowościami tak świecącymi, że oczy bolą od jasności. A tu chciałoby się ciemności, odcięcia od impulsów z zewnątrz, wiecznej czerni normalności i choć odrobiny potępienia…

Wstał z ławki w parku, jedną ręką nieco sobie pomagając, drugą nadal kurczowo idealizując kokon. Można odnieść wrażenie, że z tak przykurczoną ręką, pod którą żyje pluszak, chodzi od wielu, wielu lat. Przeszedł powolnym, chwiejnym krokiem obok całującej się na ławce pary, dalej przy mężczyźnie w garniturze czytającym najświeższą gazetę, by przystanąć naprzeciwko niemłodej kobiety karmiącej gołębie. Na jego twarzy, oprócz tajemniczego spokoju zawierającego cały oczekiwany pokój na świecie, pojawił się uśmiech. Kobieta podniosła wzrok, spojrzała na postać nieznajomego, potem głęboko w oczy i…

Mężczyzna jeszcze bardziej docisnął pluszaka, przerzucił cały ciężar na jedną nogę i puścił się biegiem w stronę wyjścia, mimo iż tam musiał unikać jeszcze większej ilości oczu. Jego oddech przyspieszył, serce zakołatało, zanim zmęczenie w mięśniach tego zażądało.

– Już prawie, już prawie, kochany – szepnął w pluszowy niebyt. – Jeszcze dzień, a na pewno dasz radę. Już niedługo, cierpliwości.

Podbiegł do pobliskiego budynku, skrył się w ciemnej bramie, by za chwilę zaszyć się na dole schodów prowadzących do nieczynnej piwnicy. Tu światło docierało stłumione, ludzie nie zaglądali, a czysto ludzki błysk nie zawitał nigdy – tu był jego świat i kosmos w jednym. Jedynie koty czasem się zapuszczały, stanowiąc śmiertelne zagrożenie dla tego niebytu. Tu było jego niebo, jednak rzeczywistość układała się inaczej – to piekło z brudnej postaci: ze smrodem wielomiesięcznego niedomycia, panicznie oddawanego w kącie kału i moczu. Gdzie kartonowe posłanie było cenniejsze niż prawdziwe łóżko kilka kilometrów dalej. Prawdziwe mieszkanie, własne, z pachnącą kobietą, czystym obrusem, obiadem zniewalającym wonią i kosmosem prywatności.

– Zwieźć cię może ciągnący ulicami tłum, wódka w parku wypita albo zachód słońca… – na powierzchni, nad schodami słychać było nuconą melodię. Jednak ton bardziej przypominał małą dziewczynkę… albo starego pluszaka.

Wkrótce zapadła dwulicowa noc, podczas której raczej nie wychodziły na zewnątrz te ludzkie światłości, ale z drugiej strony, jeśli już jakaś się pojawiła, kłuła w oczy i rozum ze zdwojoną siłą, bo kontrastowała ze zbawienną ciemnością. Mężczyzna wykopał się spod schodów, stanął pośrodku kamienicznej studni, spojrzał w niebo, szukając schowanego za gęstymi chmurami błędnego wędrowcy, który mimo braku celu wraca i wraca i wraca. A potem znów wraca i powraca. I wraca. Podschodowy rozluźnił uścisk lewej ręki, wziął pluszaka w prawą i wyciągnął ku miejscu spoczynku Twardowskiego.

– Powoli rośniesz, czuję to. Dziś mniej, bo nas opuścił, ale jutro czy pojutrze się najesz jego blaskiem. A wtedy wrócisz. Już nie będę ci potrzebny.

Wyjął z kieszeni metalowe etui – jedyną zadbaną rzecz w jego zniszczonym świecie. Puzderko lśniło w minimalnym półmroku latarni, cieszyło oczy drobnymi ryskami wzdłuż, wykonanymi z pietyzmem i natchnieniem. Zbliżył się do klatki schodowej z zamkniętymi drzwiami i, jakby dokopując się skarbu, otworzył etui. W miękkim, idealnym wnętrzu spoczywał od zawsze klucz do tych drzwi. Mężczyzna dotknął klejnotu, pogładził go po delikatnej, aksamitnej skórze i z głębokim oddechem jeszcze raz spojrzał w niebo.

– Nie dziś. To nie ten dzień. Szanujmy się, mój drogi – wyszeptał w stronę pluszaka.

Zamknął z namaszczeniem etui, z kieszeni wyciągnął aksamitną szmatkę i w nią zawinął skarb. Całość schował do kieszeni.

Następnego dnia, gdy powolne jesienne słońce dopiero rozświetlało wierzchołki domów, poszedł do pobliskiego, osiedlowego sklepiku. Z wewnętrznej kieszeni spodni, drugiej niż ta ze skarbem, wyciągnął koszmarnie zniszczony portfel i kartę z banku.

– Dzień dobry, droga pani. Nieduży kawałek, proszę niezwykle uprzejmie, sera, do tego pół bochenka chleba i najtańszą wodę gazowaną, półtoralitrową, bardzo proszę.

– Panie, mówiłam już, straszysz pan klientów. Pan coś zrobi ze sobą, bo strach się zbliżyć. – Ekspedientka sięgnęła z wyraźnym grymasem po produkty, nabiła na kasę i przysunęła do Podschodowego terminal płatniczy.

Mężczyzna jak najszybciej zbliżył kartę, upewnił się, że transakcję zaakceptowano i błyskawicznie, wychodząc z jedzeniem w siatce w jednej, a z przytulonym pluszakiem w drugiej ręce, rzucił ciche:

– Przepraszam najmocniej. – A gdy byli za drzwiami – nie martw się, kochany, tak ma być, wielkiej krzywdy im nie robimy, a czynić swoje musimy.

Udał się do tego samego, pobliskiego parku. Gdy podchodził do swojego miejsca, spostrzegł, że jego ławka jest zajęta. Stanął więc w pobliżu, niemal ginąc pochłonięty przez życzliwe zarośla. Padł na niego wzrok przechodnia, taki ciekawski, szukalski i natrętny. Podschodowy jeszcze bardziej się zagłębił, a wzrok spuścił na matkę glebę.

Wieczorem, gdy już w parku nie było żywej duszy, mężczyzna wyszedł na trawnik otoczony kwietnikiem, przytulił misia i zaczął kołysać się w rytm muzyki wszech-siebie. Zamknął oczy, uniósł głowę i zniknął ze świadomości. Nawet nie zauważył przechodzącej pary młodych zakochanych ludzi.

– O, jakiś szaman – zażartował chłopak. – Ucałuje misia w dupę i zamiast królewicza pojawi się zbok z zamiłowaniem do analnych zabaw. – Sam uśmiał się ze swojego dowcipu. Jego wybranka zawtórowała.

Podschodowy usłyszał to, otworzył nerwowe oczy, zamarł z bezruchu i widać było wzrok szukający schronienia. I jedyne, co zrobił, to schował misia za pazuchę kurtki. Byli już bezpieczni.

Gdy ostatnie obłoki przegonił życzliwy wiatr, a kamieniczną studnię zalała srebrna poświata, mężczyzna wydobył się spod schodów, spojrzał w górę i rzekł do pluszaka:

– Może wreszcie dzisiaj, to dobra noc na narodziny.

Wyciągnął błyszczące etui i wyjął klucz, by niesłyszalnie przekręcić zamek. Wdrapał się mozolnie po schodach na trzecie piętro, stanął przed zalanymi ciemnością drzwiami na dach i zrobił krok.

Tym razem zagrał sam Mozart, wskrzeszany na te szczególne chwile, a świeże powietrze wypełniło każdy zakamarek odzienia Podschodowego. Uniósł on pluszaka ku błędnemu wędrowcy i otworzył oczy najszerzej, jak potrafił. Pluszak jednak nie towarzyszył mu w tej czynności. Twarz, tak samo bez wyrazu, nie reagowała. Minutę, potem kwadrans, godzinę, aż mężczyzna opadł bezsilnie na kolana, ale zamiast rozpaczą zareagował uśmiechem.

– Kiedy wreszcie przyjdziesz? Kiedy się znów narodzisz? – Ponownie przytulił go najmocniej, jak mógł i zasnął na dłuższy czas.

Rano, gdy głód dawał mu się we znaki, wytoczył swoje ciało spod schodów i przed nim stanęła… jego żona.

– I co? Masz już dość? Bo ja tak… – Wypuściła bezsilnie powietrze. – Gdybym wiedziała, że to tak się skończy, nie pomogłabym załatwić tej renty. Zresztą… – Pokręciła głową, nie dowierzając temu, z czym przyszło jej się zmagać. – On już nie wróci. Nie żyje od czterech lat, czy ty to rozumiesz? Nie wskrzesisz go… – Opadła na kolana, podobnie jak on ostatniej nocy, i zapłakała, tłumiąc dźwięki. – Myślisz stary durniu, że mi łatwo? To ja od niego odeszłam do ciebie, do jego najlepszego przyjaciela! Nie sądziłam, że sobie nie poradzi, że tak mnie kocha… Każdego wieczoru mam ochotę podciąć sobie żyły, szczególnie teraz, gdy ty odszedłeś. Nie! Ty nie odszedłeś! Ty, kurwa, odmaszerowałeś z tego jebanego świata! Od tej całej klasy, na którą tak poleciałam! Pojebańcu, wiesz, jak ja ci zazdroszczę? Ty ciągle masz nadzieję, że ożywisz go tymi swoimi popierdolonymi rytuałami wchodzenia na ten jebany dach, z którego skoczył! Kurwa, Adam, wracaj, bo ja już nie daję rady. Noszę w sobie i jego i ciebie! Nie rozumiesz tego? On, kurwa, nie żyje! – próbowała wrzasnąć przez zaciśnięte gardło, ale bardziej to przypominało skowyt bitego psa.

Osunęła się z kolan na bok, uderzając głową o betonowe podłoże studni. Podschodowy podszedł, zdecydowanym, jakby nieswoim ruchem chwycił ją za rękę, pociągnął tak silnie, że jęknęła z bólu, i zmusił do wstania. Jednak ani na moment nie spojrzał w oczy. Ale za to, odwracając się na pięcie już po swojemu, zaśpiewał tak, aby słyszała:

– Lecz pamiętaj, naprawdę nie dzieje się nic i nie stanie się nic aż do końca…

Zszedł po swoich schodach, opuszczając żonę po raz ostatni.