Cały ty

Cały ty

Liny, W Niewoli, Modelu, Ręce, Kobieta, Fikcja, Pomysł

Przedstawiam swoje stare opowiadanie.

Tekst jest przeznaczony tylko dla osób pełnoletnich

* * * *

Poznałam cię w Arsusie na wieczorku autorskim z okazji wydania mojej pierwszej książki. Stałam niemal nieruchomo, ludzie podchodzili, gratulowali. Czułam się jak manekin. Przed oczyma miałam mgłę, w zasadzie nie widziałam twarzy, tylko puste postacie przelewały się jak bohaterowie kreskówek. Pamiętam, że dwa dni szykowałam się do tego wydarzenia. Najpierw kosmetyczka, solarium, potem fryzjer, kupno nowych ciuchów, aż wreszcie wizyta u terapeuty. Mówił, żebym się nie przejmowała, bo moja książka to nie ja, to tylko wytwór wyobraźni i intelektu. Ale jak tu się nie przejmować, skoro prawie rok nad nią pracowałam? Poza tym zawarłam tam samą siebie.

I nagle przede mną stanąłeś, wyciągnąłeś dłoń i niepewnym głosem gratulowałeś sukcesu. To jedyna rzecz, jaką zapamiętałam z tego wieczoru – ta niepewność ponad miarę. A przecież głównym bohaterem mojej książki jest zagubiony, nieśmiały i nieco chaotyczny mężczyzna. Pamiętam, że odruchowo spojrzałam ci w twarz i widziałam faceta, którym należy się zaopiekować. Już chciałam dać ci egzemplarz książki z autografem i numerem telefonu, gdy wyciągnąłeś wizytówkę i cichutko stwierdziłeś:

– Jakby pani wydała coś jeszcze, to proszę dać mi znać. Albo po prostu proszę zadzwonić.

Zatkało mnie. Na przekór wszystkim tak zwanym standardom osiadłeś w mojej wyobraźni na dobre. Standardom, bo chyba nie tak powinien wyglądać mężczyzna sukcesu pasujący do kobiety, która taki sukces właśnie odnosi.

Potem godzinami siedziałam w domu, zastanawiając się, czy to już pora, aby zadzwonić. Wielokrotnie wybierałam twój numer, by od razu zrezygnować. Już pierwszego dnia znałam go na pamięć. Aż wreszcie drugiego dnia, gdy wróciłam od koleżanki podpita, zadzwoniłam. W zasadzie nie wiem, co mówiłam, pewnie same dyrdymały, ale czy to ma jakieś znaczenie? Najważniejsze, że umówiliśmy się w najbliższy weekend do kawiarni. Teraz mi się wydaje, że ja to zaproponowałam, chociaż pewna nie jestem.

I spotkaliśmy się. Pamiętam, że szłam na to spotkanie na miękkich nogach, w głowie układałam, jak poprowadzę rozmowę, ale także wyobrażałam sobie naszą przyszłość. Całe życie śmiałam się z podobnych zachowań, a wtedy sama to robiłam – fantazjowałam o wielkiej miłości. Wszystkie te durne harlequiny, które przeczytałam tylko po to, aby wiedzieć, jak mam nie pisać, przejęły władzę nad moją własną wolą. I prawdę powiedziawszy, podobało mi się to, i to bardzo. Gdy zbliżałam się do knajpy, o mało nie wpadłam pod samochód – tak bardzo odpłynęłam. Na koniec jeszcze przejrzałam się w oknie wystawy sklepu z sukniami ślubnymi, porównując się do stojącego tam manekina i weszłam. Co było dalej, nie wiem. Pamiętam jedynie poszczególne słowa, reszta to jeden wielki szum w głowie.

Natomiast doskonale pamiętam ten pierwszy wspólny raz, gdy tydzień później dałeś się zaprosić na kawę po tym, jak odwiozłeś mnie do domu. Nie przypuszczałam, że trzydziestoletni facet może tak długo ciągnąć grę wstępną. Chyba z godzinę. W pewnym momencie już bałam się, że dojdziesz, nie doprowadziwszy do pełnego zbliżenia. Bo ja była bliska, pierwszy raz w życiu w trakcie samych pieszczot. A kiedy skończyłeś, to i skończona byłam ja. Skończona na wszystko poza odpoczynkiem. I leżeliśmy chyba ze dwie godziny bez słowa, przytuleni do siebie i nawet twój ostry zapach potu nie przeszkadzał. Pierwszy raz w życiu czułam całą sobą, że ten zapach to dowód na to, że się nie oszczędzałeś, że harowałeś, aby mi było dobrze. Sama nie wiem, w którym momencie usnęliśmy. Pamiętam tylko, że ostatnią myślą było, że Bóg jednak istnieje.

Niespełna pół roku później przestałeś się u mnie pojawiać. Pierwszego dnia nie panikowałam, ale ogarnęła mnie gonitwa myśli. Drugiego, gdy nadal nie odbierałeś, pojechałam, lecz odbiłam się od drzwi. Trzeciego obdzwoniłam wszystkich twoich znajomych, do których miałam numery, to również nie przyniosło rezultatu. Czwartego odwiedziłam twoich rodziców i dowiedziałam się, że matka ci zmarła bardzo nagle. Wróciłam pod twoje drzwi i dobijałam się, dopóki nie otworzyłeś. Wyglądałeś strasznie – zarzygany sweter i spodnie, w jednej skarpecie i z papierosem w kąciku ust, a przecież tak rzadko widziałam cię palącego. Nie chciałeś mnie wpuścić, ale okazałam się silniejsza. Zresztą po czterech dniach chlania, bez jedzenia i wypaliwszy kilka paczek, byłeś słabszy od każdego. A przynajmniej mniej zdecydowany w działaniach. Zaprowadziłam cię do łazienki, wykąpałam, a potem zataszczyłam do łóżka, bo tak cię rozebrała ta ciepła woda. I chyba ze dwie godziny siedziałam obok, głaszcząc cię po włosach, a ty pochrapywałeś. Tylko od czasu do czasu zrywałeś się i wymiotowałeś do miski, którą trzymałam przy łóżku. Sama tej nocy spałam niewiele. Dopiero nad ranem zasnęłam na podłodze na kocu.

Na naszej podróży poślubnej byliśmy na Krecie. Do dziś mnie śmieszy, że można tak wypoczywać na tym małym ssaku. Żartowałam też, że dobrze, iż nie polecieliśmy na Majorkę, bo byłabym zazdrosna o tę wojskową. Drugiego dnia siedzieliśmy przy kolacji, już szykowałam się psychicznie do wieczornych figli, gdy jadalnię wypełnił twój głos o tonie, którego nie znałam:

– Miałaś mi przypomnieć, żeby zadzwonić do ojca! – krzyknąłeś, aż przeszedł mnie dreszcz.

Wstałeś gwałtownie od stołu, z dłońmi zaciśniętymi na sztućcach i spojrzałeś na mnie w taki sposób, że zobaczyłam kogoś innego.

– Przepraszam, zapomniałam, nie wiem, co powiedzieć – zareagowałam odruchowo, rozglądając się po innych osobach siedzących z nami.

Rzuciłeś sztućce z hukiem na talerz, odepchnąłeś stojące za plecami krzesło, które przesunęło się po posadzce ze zgrzytem, i odszedłeś w stronę plaży. W pierwszym momencie chciałam za tobą iść, ale nasza sąsiadka złapała mnie za rękę. Dokończyłam więc kolację, a każdy kęs smakował, jakbym przełykała wywar z piołunu. Potem poszłam do pokoju i zapłakałam. Swoim zaniedbaniem zniszczyłam wszystko, co udało się do tej pory osiągnąć.

Postanowiłam więc od tego momentu starać się jeszcze bardziej. Bo tak być przecież nie może, że coś jest przeze mnie. Nie dość, że komuś przykro, że nie zadzwoniłeś, to jeszcze ty tracisz panowanie, a wiadomo, że po śmierci matki masz ciężej niż ja, niż ktokolwiek. I tak po powrocie zaczęłam ci wieczorem szykować śniadanie na następny dzień, bo zwykle wstawałeś wcześniej. Przez pewien czas było w porządku, aż któregoś dnia, wychodząc do pracy, rzekłeś:

– Mogłabyś zrobić mi czasami coś ciepłego na śniadanie.

Wstałam natychmiast, aby to naprawić, ale ty właśnie wychodziłeś. Trzaśnięcie drzwiami przeszyło mnie na wskroś, było jak wielki policzek. Dlaczego, do jasnej cholery, sama o tym nie pomyślałam? Przedpokój zaczął rozmazywać się w jedną wielką mgłę. Przywarłam plecami do ściany, w głowie zawirowało i osunęłam się bezsilnie na podłogę. Przybrałam pozycję embrionalną i płacz mnie pochłonął. Widziałam tylko w myślach pogrzeb mojego ojca.

Jakiś czas później, gdy byłam w trzecim miesiącu ciąży, zaczęłam z samego rana wymiotować. W tym samy czasie gotowałam ci mleczną zupę. I niestety wykipiała.

– Jak sobie nie radzisz, to poproś mnie o pomoc, zamiast udawać, jaka jesteś niezastąpiona – stwierdziłeś, zaglądając do łazienki.

– Już wychodzę, poczekaj, zrobię ci nową.

– Nie, będzie za późno, zjem coś na zimno.

– Ale naprawdę…

– Lepiej doprowadź się do porządku, bo nie chcę, abyś zarzygana robiła mi coś do jedzenia.

Zatkało mnie. Faktycznie chciałam tylko przemyć twarz, przepłukać usta i jak gdyby nigdy nic zająć się twoim śniadaniem. Jaka ze mnie bezmyślna baba! I jaka roztargniona!

Byłeś w pracy, gdy wezwałam taksówkę i pojechałam na porodówkę do szpitala na Madalińskiego. Mówiłeś, że chcesz być wtedy blisko, nie przy samym porodzie, ale blisko. Nie zadzwoniłam jednak, bo wiedziałam, jak praca jest dla ciebie ważna. W życiu nic mnie tak nie bolało. Aż miałam trudności ze złapaniem ostrości wzroku. W drodze tak jęczałam, że taksówkarz miał poważne wątpliwości, czy nie urodzę u niego w aucie. Co chwilę się oglądał, nerwowo zerkał mi w twarz, a następnie na siedzenie. Boże, jak ja się modliłam, aby przypadkiem mi wody nie odeszły. Znów byłabym wszystkiemu winna. Pamiętam, jak miałam kilka latek, wracaliśmy z tatą samochodem, byłam bardzo chora i zsikałam się na fotel. Już wtedy mało nie zapadłam się ze wstydu, a co dopiero teraz, gdy jestem dorosłą kobietą? Gdy dojechaliśmy, rzuciłam taksówkarzowi pięć dych i nie czekając na resztę, ruszyłam, ni to biegiem, ni to zataczając się, na izbę przyjęć. Pod drzwiami straciłam przytomność. Następne, co pamiętam, to jak leżałam na łóżku z maską tlenową na twarzy, a obok mnie próbowała wstać, jak się szybko domyśliłam, kobieta po porodzie. Odruchowo dotknęłam swojego brzucha. Poczułam, że jest mniejszy. Boże, czy poroniłam? Czy mała żyje? Ale pod palcami ujawnił się opatrunek na podbrzuszu. Czyli cesarka. Tylko ciekawe, czy po to, aby ratować mnie, czy małą? Leżałam na plecach, w lewej ręce tkwił wenflon, do prawej miałam przyczepiony jakiś czujnik, a obok stało urządzenie monitorujące stan zdrowia. Próbowałam wstać, ale kobieta z łóżka obok nacisnęła przycisk i przyszła pielęgniarka, która szybko mi wybiła z głowy takie pomysły. Potem chciałam zdjąć maskę i spytać, co z dzieckiem, ale piguła przytrzymała maskę i z miną kompletnie obojętną stwierdziła:

– Mała jest na intensywnej terapii. Niepotrzebnie sama tu jechałaś, trzeba było wezwać pogotowie.

Odebrało mi wszystkie siły. Swoją głupotą naraziłam dziecko! To, że mnie mogło coś się stać, było o tyle ważne, że dziecko musi mieć matkę, poza tym mój los był mi obojętny. Kolejna sprawa, że ty byś mi tego nie wybaczył. Odrzuciłam jej rękę i ściągnęłam maskę.

– Ale przeżyje? – spytałam, ledwo otwierając usta.

– Trzeba było się o to martwić wcześniej. Teraz wszystko w rękach lekarzy. – Odrzuciła kołdrę i zerknęła, czy krwawię. Spojrzała tylko i z wyraźnym grymasem pozwoliła, abym pozostała bez maski.

– Niech pani coś więcej powie – wybełkotałam przez łzy.

– Kobieto, śpij i nie zawracaj mi głowy! – Rzuciła kołdrę na mnie z taką siłą, że poczułam ból, jakby przeszedł mnie prąd elektryczny. Należało mi się!

Pielęgniarka wyciągnęła nie wiadomo skąd skórzane pasy i przypięła mi ręce do łóżka. Nie miałam siły protestować. Gdy wyszła, młoda dziewczyna z łóżka obok, która nacisnęła przycisk, cicho powiedziała:

– Nie martw się, lekarz mówił, że będzie dobrze. A ona to dobra kobieta, tylko jest wściekła, że nikt ci nie pomógł. Sama miała męża, którego gówno interesowało dziecko.

– A mała płakała chociaż? – spytałam.

– Nie wiem, bo przywieźli cię tu samą.

– Czyli pani jej nie widziała?

– Nie.

– A kiedy będzie jakiś lekarz, żebym mogła zapytać?

– Obchody są dwa razy dziennie, rano o ósmej i wieczorem o siódmej.

– A która teraz?

– Piąta po południu.

– Czyli nieprzytomna byłam ponad cztery godziny… – Wyobraziłam sobie, jak bardzo musisz się martwić, bo zwykle dzwoniłam w ciągu dnia.

– Zaraz po cesarce wybudzili cię z narkozy, ale szybko zasnęłaś.

– Jezu, nic nie pamiętam… – Próbowałam złapać się za głowę, ale pasy zrobiły swoje.

– Śpij, moja droga, musisz odpoczywać – powiedziała takim głosem, że nie miałam siły się oprzeć.

Obudziłam się następnego dnia rano. Ręce nadal miałam w pasach. Czułam takie ciśnienie moczu, że mnie skręcało. Aż dziw, że wytrzymałam całą noc.

– Muszę do łazienki – powiedziałam ni to do siebie, ni to do sąsiadki.

– Nie możesz wstawać. Masz pieluchę, więc śmiało… – wyraźnie urwała.

Jak to? Ja, kobieta sukcesu, ledwo po trzydziestce mam sikać pod siebie? Nie, tak być nie może!

– Do toalety muszę! – Krzyknęłam i poczułam ostre kłucie z miejsca, gdzie mnie zszyli.

Do sali weszła ta sama pielęgniarka. Spojrzała na mnie z politowaniem i stwierdziła:

– Co najwyżej dostaniesz basen, ale nigdzie się nie ruszysz.

I za chwilę słyszałam metaliczny odgłos moczu uderzającego w metalowe naczynie. Ile bym dała, aby nikt tego nie słyszał!

Dwie godziny później dostałam swój telefon i zobaczyłam kilkanaście nieodebranych połączeń. Wszystkie od ciebie. Już chciałam zadzwonić, ale przeraziłam się w myślach, jaka będzie twoja reakcja. Drżącą ręką i z przyspieszonym oddechem zadzwoniłam.

– Gdzie ty się, kurwa, podziewasz?! – usłyszałam w słuchawce.

– Jestem w szpitalu, miałam cesarkę. – Pomyślałam, że będziesz wściekły, że sama nie urodziłam.

– W którym, do cholery?! – Nie spuszczałeś z tonu.

– Na Karowej.

– Kiedy cię oporządzili?

Zatkało mnie. Chyba lepszego słowa nie mogłeś użyć. Do czego ja się w ogóle nadaję, że sama nie byłam w stanie urodzić?

– Wczoraj przed południem… – chciałam mówić dalej, ale przerwałeś:

– I, do kurwy nędzy, dopiero teraz dzwonisz?

Boże, co ja zrobiłam…

– Przepraszam. – Rozpłakałam się, starając się, abyś tego nie słyszał.

– Zwalniam się z pracy i zaraz przyjeżdżam.

Poczułam ulgę. Chwilę później rozłączyliśmy się i znów zasnęłam. Zasypiając, chciałam zapytać, co z dzieckiem, ale już nie miałam sił.

Byłeś u mnie trzy godziny później. Wyczułam alkohol. To nic, najważniejsze, aby mała była zdrowa i abyś mi wybaczył. Dyżurowała inna pielęgniarka i nawet z uśmiechem powiedziała nam, że z dzieckiem dobrze i żeby się nie martwić. Posiedziałeś bardzo krótko, może z pół godziny. W sumie nie dziwię się, bo stękające, obolałe kobiety i płacz dzieci to nic miłego. Poprosiłam tylko, abyś mi przywiózł ze dwie czy trzy książki. I wyszedłeś.

Nie pojawiłeś się więcej u mnie w szpitalu. Trochę było mi smutno, ale sama nie wiem, czy chciałabym, abyś znosił takie warunki. Wyszłam prawie dwa tygodnie później. Z małą było już wszystko w porządku. A trzymali ją na intensywnej terapii bardziej na wszelki wypadek i dlatego, że mogła być niedotleniona po tym, jak zemdlałam. Przywiózł mnie do domu mój agent, przy okazji próbując zorganizować kolejne spotkanie autorskie. Odmówiłam, wiedząc, że teraz najważniejsze jest dziecko i ty. Wszedł na górę, pomógł się zadomowić w nowych realiach i pijąc kawę, spytał, co z tobą. Wymyśliłam jakąś bajeczkę o delegacji.

Pojawiłeś się dwa dni później. Ledwo stałeś na nogach, a z daleka czuć było alkoholem. Spojrzałeś na śpiącą małą i miałam wrażenie, że ironicznie się zaśmiałeś. Choć dla mnie to był śmiech ze szczęścia. Usiadłeś na fotelu, włączyłeś telewizor i zapaliłeś papierosa.

– Kochanie, mógłbyś nie palić przy dziecku.

– I co jeszcze?! – podniosłeś głos. – Przez bachora mam zmienić wszystkie nawyki? Niedoczekanie!

Wzięłam ją na ręce i wyszłam do drugiego pokoju. Nakarmiłam piersią, ułożyłam do snu i wróciłam do ciebie. Siedziałeś, popijając wódkę z butelki.

– Szykuj się, bo mam ochotę zadupcyć – wybełkotałeś z uśmiechem, który widziałam u ciebie pierwszy raz. Sama nie wiedziałam, czego jest wyrazem.

– Kochanie, nie mogę, bo jeszcze się nie zagoiłam.

– A tam nie możesz! Nie chcesz, kurwa, i tyle!

– Chciałabym, ale nie dam rady… Może jakoś w inny sposób cię zadowolę? – zaproponowałam.

Wstałeś i kołysząc się, wyciągnąłeś członka. Był na wpół gotowy.

– To bierz się do roboty – odparłeś ze śmiechem.

Wzięłam go do ust. Był słony i śmierdział moczem. Owszem, już wielokrotnie robiłam ci dobrze ustami, lecz zawsze byłeś świeżo po kąpieli. Mimo to się nie wycofałam. Musiałam to zrobić, abyś ode mnie nie odszedł. Następnego dnia oświadczyłeś, że zmieniasz pracę i wyszedłeś. Ponownie nie było cię kilka dni. Gdy wróciłeś, wydawało mi się, że oprócz alkoholu wyczułam jakieś perfumy. Ale to nic, najważniejsze, abyś został ze mną. I znów ci dogodziłam ustami, mimo iż byłeś bez kąpieli.

Przez najbliższy miesiąc widywałam cię co kilka dni. Przychodziłeś, zrzucałeś brudne ciuchy i gdy poziom alkoholu w twojej krwi spadał do zera, znów znikałeś. Powoli czułam się coraz lepiej, Małgosia rosła jak na drożdżach. Któregoś dnia wyszłam do parku Achera z małą na spacer i spotkałam kolegę z ogólniaka. Zainteresował się Małgosią, wziął ją na ręce, a i pomógł zrobić zakupy. Zaprosiłam go na kawę. Gęba mi się nie zamykała, w końcu miesiąc siedziałam prawie tylko z dzieckiem. Opowiedział, że żona od niego odeszła, zaraz po tym, jak poroniła. Nie powiedział tego wprost, ale czułam, że wini się za to. Wręcz emanowało od niego poczucie winy. Że też ludzie nie widzą u siebie takich rzeczy. Przecież to zupełnie nie jego wina. Opowiedziałam mu o tym, jak mocno wpłynęło na ciebie dziecko, że ledwo dajesz radę.

W pewnym momencie wszedłeś ty. Znów byłeś kompletnie pijany. Jak tylko zobaczyłeś Adama, podbiegłeś do szafy, wyciągnąłeś siekierę i krzyczałeś:

– Wypierdalaj stąd, gnoju, bo cię, kurwa, zabiję!

Adam wstał, już chciał grzecznie wychodzić, gdy uniosłeś siekierę i rzuciłeś się na niego. Zasłonił się ręką, odepchnął ostrze w stronę ściany, ale trzonek wylądował na mojej głowie. Ostatnie, co pamiętam, to furia w twoich oczach.

Obudziłam się w szpitalu na Banacha, a Adam siedział obok. Pierwsze, na co zwróciłam uwagę, to jego zafrasowana mina.

– Co z małą? – spytałam nerwowo.

– Spokojnie, jest w sali obok. Nic jej nie zrobił.

– A co z nim?

– Obezwładniłem go, zadzwoniłem po policję i zabrali go do izby wytrzeźwień.

– Kiedy mogę wrócić do domu?

– Lekarz mówił, że poleżysz tu kilka dni.

– Ale ja muszę się zaopiekować Leszkiem.

– Ty to musisz się zaopiekować małą i sobą, a on jak tak chla, to sam musi sobie pomóc. Nikt za niego tego nie zrobi.

– Ale on jest taki wrażliwy… – Rozpłakałam się.

– Wrażliwy może i jest, bo często ludzie wrażliwi kończą źle, ale i jest chory! – Adam po raz pierwszy podniósł głos.

– Muszę mu pomóc! – zaprotestowałam.

– Nie zabronię ci. Może mu przejdzie.

Wyszłam ze szpitala trzy dni później. Niosłam Małgosię na rękach, gdy zobaczyłam cię idącego pod rękę z jakąś kobietą. Zabolało mnie. Jak cholera. Poczułam, że mam ochotę wydrapać jej oczy. Wróciłam do domu i tylko zapłakałam. Sama nie wiem, o czym myślałam. Przed oczyma tylko pojawił mi się pogrzeb mojego ojca. Co ja wtedy czułam? Nie pamiętam, miałam przecież ledwie sześć lat.

Wszedłeś do domu pijany kilka godzin później i pierwsze, co zrobiłeś, to wystawiłeś członka, abym ci obciągnęła. Nie sprzeciwiałam się. Tym razem oprócz moczu czułam nieumytą, kilkudniową spermę. Ale dałam radę. Może ode mnie nie odejdziesz. Gdy skończyłam, zacisnąłeś pięść i sieknąłeś mnie pod oko. Tym razem nie straciłam przytomności, ale w głowie zawirowało. Pierwszy raz w życiu pomyślałam, aby od ciebie odejść.

Od tego dnia nie pozwalałeś mi prawie nigdzie wychodzić, czasem spoliczkowałeś, gdy czegoś nie zrobiłam, a i bywało, że uderzyłeś pięścią w brzuch. W twarz już tego nie robiłeś, bo powiedziałam, że jak ktoś zauważy, to będziesz miał kłopoty. Adam do mnie wysyłał sms-y, które jak najszybciej kasowałam, abyś nie zauważył. Pisał, że gdybym chciała, to ma wolny pokój i mogę u niego zamieszkać. Niejednokrotnie o tym myślałam, ale zawsze tłumaczyłam sobie, że przywykniesz do nowej sytuacji i ojcostwo przestanie cię przytłaczać. Kilka miesięcy później znów zniknąłeś. Tym razem na dużo dłużej, bo prawie na trzy tygodnie. Ktoś do mnie dzwonił, że widział cię na mieście z jakąś kobietą, kto inny, że pomógł ci wsiąść do taksówki, bo tak byłeś pijany. W domu jednak się nie zjawiałeś. Zadzwoniłam więc po Adama, bo jakoś stał mi się wyjątkowo bliski. Siedzieliśmy w kuchni przy stole, piliśmy kawę, aż wyszedł do łazienki. Wtedy wszedłeś ty. Ponownie pijany. Jak tylko zobaczyłeś męskie buty, rzuciłeś się na mnie. Ostatnie, co pamiętam, to jak leżałam na podłodze, a ty mnie okładałeś.

Po raz kolejny obudziłam się w szpitalu. Obok łóżka, oprócz Adama, stała policjantka i spisywała jego zeznania. Gdy tylko zobaczyli, że się ocknęłam, zaczęli zdawać pytania. Byłam tak obolała i tak ledwo przytomna, że powiedziałam wszystko, łącznie z tym, że zmuszałeś mnie do obciągania i lałeś w brzuch, aby nie było widać. Nigdy w życiu tak nie płakałam. Ryczałam, że ledwo można było mnie zrozumieć. Pamiętam, że przed oczyma kolejny raz stanął mi pogrzeb ojca.

Policjantka zapewniła, że już nic mi nie grozi, że siedzisz w izbie wytrzeźwień, a stamtąd pójdziesz do aresztu i długo nie wyjdziesz. Jednocześnie zaproponowała wsparcie psychologiczne. Adam powiedział, że nie puści mnie do domu i zamieszkam u niego. Wyszłam ze szpitala pięć dni później. Prosto do Adama. Nie miałam obiekcji. I nawet przez myśl mi nie przeszło, aby cię odwiedzić w areszcie, a później w więzieniu. Adam dogadzał mi, jak mógł i przez pierwsze kilka miesięcy nawet nie starał się do mnie zbliżyć, choć widziałam, że chuć go rozpiera. Dopiero ja sama doprowadziłam do zbliżenia, gdy już pogodziłam się, że męża nie mam. Adam tylko spytał, czy na pewno tego chcę i czy jestem już gotowa. Byłam! Jak cholera! I od razu chciałam mu dogodzić ustami, ale podniósł głos i stwierdził, że on na to nie jest jeszcze gotowy.

Do poradni psychologicznej w Piastowie trafiłam kilkanaście dni później. Na początku cholernie się bałam mówić całą prawdę, ale gdy przypomniałam sobie, że przecież mógłbyś skrzywdzić i Małgosię, otworzyłam się. I znów płakałam jak bóbr. Niewiele pamiętam z tego, o czym rozmawialiśmy z panią psycholog. Jedynie w pamięci mam pogrzeb mojego ojca i to, że czułam się winna jego śmierci…

Ósmy pasażer tramwaju

Ósmy pasażer tramwaju

Sypialnia, okno, życie

Mam trzydzieści osiem lat, proszę pana, więc jestem gdzieś w pół drogi na tym padole. Ale czuje się, jakbym miał przynajmniej sześćdziesiątkę. Od lat tu mieszkam. Dostałem to mieszkanie od rodziców. Bogaci są. Kiedyś ojciec często wyjeżdżał za granicę na różne placówki. Z wykształcenia jest inżynierem budowy mostów. Więcej go nie było, niż był. Wielokrotnie siedziałem w swoim pokoju i czekałem. Marzyłem, aby wrócił. W głowie miałem, proszę pana, jak pokazywał mi, jak się golić, czy wiązać krawat. Tyle pytań mi się rodziło. A potem przyjeżdżał na kilka tygodni i od razu się zaczynało, jak sobie radzę w szkole, czy mamie pomagam, czy mam właściwych kolegów. Był taki oficjalny, taki zawodowy, a ja potrzebowałem kumpla.

Mieszkanie dostałem zaraz na początku studiów. To, jak pan widzi, dwupokojowe spore lokum na warszawskim Tarchominie. Od razu się w nim zakochałem. W mniejszym pokoju urządziłem sobie graciarnię, a w większym mieszkałem. Ten drugi ma trzy okna: jedno od wschodu i dwa od południa. W bezchmurne dni słońce mnie budziło, pojawiając się w lewym oknie, następnie podnosiło się łukiem, przesuwało w prawo, na pewien czas znikało, by znów zabłysnąć w drugim, nadając w ten sposób odrobinę rytmu codzienności. W gwiaździste noce, proszę pana, księżyc oświetlał pokój, wędrując podobnie jak słońce i zalewał go srebrną poświatą. Wypełniał mnie magią i wspomnieniami. Wraz z promieniami srebrnego wędrowcy przeistaczałem się w podróżnika w czasie. Wielokrotnie starałem się wybiec myślami naprzód, ale wciąż stała przede mną niemożliwa do przekroczenia bariera ojca.

Często kładłem się na łóżku na wznak, rozpościerałem ręce na boki, słuchałem Bacha, Vivaldiego czy Bethovena i próbowałem wyciszyć się, uspokoić, wczuć w odwieczny rytm natury oglądanej przez moje trzy okna. W lewym widziałem czubek drzewa, a na nim siadające ptaki. Bardzo często zastanawiałem się, proszę pana, które z nich przylatują tu sporadycznie, a które są stałymi bywalcami. Po pewnym czasie nauczyłem się rozróżniać kilka z nich. Miałem wtedy wrażenie, jakby specjalnie dla mnie przylatywały, chcąc okazać swoją wierność czy przywiązanie. W środkowym oknie widziałem w oddali dwa słupy energetyczne, niezmienne przez cały rok, jedynie druty zimą były krótsze, a latem dłuższe. W prawym oknie przelatywały samoloty, porywając mnie w przestworza. Szybowałem wtedy wysoko nad ziemią, wolny i niezależny.

Zaraz po tym, jak tu zamieszkałem, proszę pana, poznałem pewną dziewczynę. Młody byłem, wcześniej nie miałem dziewczyny. Zaczęliśmy się spotykać. Recytowała wierszyki, opisywała ładnie naturę, odwiedzała schronisko dla psów, aby się nimi opiekować. Związaliśmy się drugiego dnia świąt Wielkiej Nocy, kiedy przyjechała do mnie po raz pierwszy. Potem przyjeżdżała coraz częściej, aż któregoś dnia dałem jej klucze. I powiem panu, że to był błąd. Od wtedy stała się nie do wytrzymania. Chciała wprowadzać swoje porządki, przemeblowywać mieszkanie, kupować za moje pieniądze rzeczy do kuchni. Przez długi czas to znosiłem, ale gdy stwierdziła, że będziemy mieszkać z jej psem, nie wytrzymałem. To nie tak, że ja przeciw zwierzętom, ale psa nie chciałem w domu. Powiem panu, że bardzo mnie to wszystko zabolało. Niby sam z nią zerwałem, ale i cierpiałem. Bo na swój sposób ją pokochałem. Potem wydzwaniała, przepraszała, błagała. Wprowadzała się i znów swoje. Teraz myślę, że to taka kobieta – z wpojonym przymusem, aby rządzić. A ja nie dam sobie w kaszę dmuchać. W końcu gdy się któregoś razu pokłóciliśmy, popchnąłem ją i wylądowała na ścianie. Tak, tak, proszę pana, doszło do przemocy. Jedyny raz byłem agresywny w stosunku do kobiety. Pyta pan, czy żałuję. Oczywiście, ale nerwy swoje mam, a ona działała mi na nerwy jak żadna inna.

Jak już ją rzuciłem, zastanawiałem się nieraz, czy oby na pewno dobrze zrobiłem. Bo miałem wyrzuty sumienia, proszę pana, oj, miałem. Niejednokrotnie leżąc w łóżku całymi dniami, narastała we mnie bezsilność, współczucie, ale i złość. Tak, tak, drogi panie, zezłościłem się. I to nie na nią, bo ona była, jaka była, ale na siebie, że nie potrafię jak prawdziwy mężczyzna, tylko ta melancholia mi w głowie. Potem znów przychodziły wyrzuty sumienia i nawet wahałem się, czy do niej nie zadzwonić, żeby nie cierpiała, a razem z nią ja. Kupowałem czasem dwa wina, czasem sześciopak piwa i walczyłem ze sobą. Mówi pan, że z takiej walki to nic dobrego nie wyjdzie? Ma pan rację. Ale człowiek jest tylko człowiekiem i ma swoje słabości. Któregoś dnia, gdy odwiedziłem wspólnych znajomych, dowiedziałem się, że niecałe trzy tygodnie po tym, jak ją odepchnąłem, związała się z innym. I wtedy coś we mnie pękło. Pomyślałem, że koniec z tym rozczulaniem się. Bo ja tu tracę zmysły, a ona skacze z kwiatka na kwiatek. I to mnie, proszę pana, zmieniło. Taka była pierwsza pasażerka w tym tramwaju zwanym przeze mnie na początku miłością.

Byłem wtedy, proszą pana, na drugim roku studiów. Zacząłem zauważać, że stałem się wygadany jak mało kto. Z łatwością mi przychodziło odpowiadanie na egzaminach ustnych, mimo iż nic nie umiałem, równie lekko radziłem sobie, gdy musiałem zabrać głos w towarzystwie. Któregoś dnia pokłóciłem się po alkoholu z koleżanką. W sumie miała rację, bo to ja zaprzeczałem sobie samemu, ale z łatwością z tego wybrnąłem. Jak skończyłem gadać, to już dziewczyna tylko patrzyła na mnie maślanymi oczami. Moja była. I ja to widziałem. Umówiliśmy się kilka razy na mieście. Ona słuchała, a ja nawijałem. Jak mi to imponowało, proszę pana. Bo bardzo ładna była, o wiele ładniejsza niż ta poprzednia. I znów związałem się z kobietą, gdy do mnie przyjechała. Chciała tego od razu, czułem to. Nie będę panu opowiadał, co my ze sobą wyczynialiśmy, ale sąsiedzi pewnie do dziś wspominają.

Zamieszkała u mnie bardzo szybko, bo już po trzech tygodniach. Imponowało mi, że mam tak ładną kobietę. A jej imponowało, że ma chłopaka, który ma tyle do powiedzenia na każdy temat. Ale to nie tak, proszę pana, wcale dużo nie wiedziałem, tylko tak ładnie gadałem. Zaczęła mnie wkrótce ubierać po swojemu. Nie chciała jak ta poprzednia rządzić mieszkaniem. Kupowała mi bluzy, luźne spodnie, bo twierdziła, że te moje wyprasowane koszule pasują bardziej dla faceta w średnim wieku lub dziadka. I mi się to spodobało. Żyliśmy seksem, pokazywaniem się wśród ludzi, a przede wszystkim szpanowaniem sobą nawzajem. Wielokrotnie pozwalałem, aby ktoś z nią zatańczył, by w środku piosenki odbić, pokazując, do kogo ona należy. Ona nie była lepsza. Puszczała mnie samego na imprezy, potem bezceremonialnie wchodziła i zabierała do domu. Byłem wściekły, proszę pana, a kto by nie był. I muszę panu powiedzieć, że dlatego się rozstaliśmy. Ale i tak długo ze sobą wytrzymaliśmy, bo ponad rok.

Rozstanie z nią przeżyłem dość ciężko, bo się przywiązałem. Nawet niejednokrotnie zastanawiałem się, czy to nie była miłość. Gdyż owszem, proszę pana, szpanowaliśmy sobą, ale byliśmy sobie potrzebni. Ale to ona bardziej cierpiała. Dzwoniła jeszcze dość długo, pytała, czy kogoś już sobie znalazłem, nieraz popłakała się w słuchawkę. Czasami zastanawiałem się, czy do niej nie wrócić, ale w końcu zeżarlibyśmy się nawzajem. Jedynie, gdy dopadła mnie chandra, kupowałem sporo piwa czy dwa wina i topiłem smutki.

Następna była matematyczka. Cholernie inteligentna kobieta, ale niezbyt ładna. Przyszła do mnie na imprezę z kolegą. Ale kolega poszedł w odstawkę, a fascynowałem ją ja. Od początku mi gadała, że nikt tak pięknie nie mówił. Powiem panu w tajemnicy, że popłynęła, jak zacząłem gadać, jak sobie ją wyobrażam w sukni ślubnej. Mówiłem, że taka biała to by do niej nie pasowała, raczej kremowa, bo kwiatów nie zdobi się kwiatami. W gruncie rzeczy chciałem się sprawdzić, czy dam radę uwieść tak inteligentną dziewczynę. I jak pan myśli? Mówi pan, że nie ma się czym chwalić. Racja. Ale chcę, aby pan mnie zrozumiał. I uwiodłem ją, i to już tego wieczoru. Do dziś pamiętam, że czasem przy śniadaniu rozmawialiśmy o twierdzeniach matematycznych. Wiele się przy niej nauczyłem. Zrozumiałem, że każda kobieta, choćby ta najgłupsza, ma swój rozum i trzeba to umieć zauważyć. Mówi pan, żebym więcej nie mówił słowa głupi. Znowu racja. Bo to stawia w złym świetle.

Przez pierwsze pół roku nie chciała ze mną zamieszkać. Twierdziła, że to byłoby bez sensu, niepoparte odpowiednimi dowodami. Tak, proszą pana, u niej wszystko musiało mieć sens, niemal matematyczny sens. Ale potem się wprowadziła. I wtedy się zaczęło. Nie, nie było tak jak z tą pierwszą. Ta zaczęła mieć o wszystko pretensje. Nie pogoniłem jej rano do pracy i się spóźniła – moja wina, bo dałem ze sobą zamieszkać. Chciałem zbyt często się kochać – moja wina, bo widzę w niej tylko obiekt do kopulacji. Wychodziłem z kolegami na piwo – moja wina, bo ją zaniedbuję. Słucham? A, pyta pan, czy nie dostrzegam żadnej swojej winy. Pewnie, że dostrzegam, ale kto jest bez winy?

W końcu po dwóch latach sama odeszła, bo stwierdziła, że chce męża, a nie faceta żyjącego obok. Chyba miała trochę racji. Związałem się z nią ze względu na inteligencję, a nie na nią samą. Śmieje się pan, że to rozróżniam? Ano rozróżniam, bo osobowość to coś więcej niż inteligencja, niż uroda, niż sposób bycia. Powiem panu, że to coś więcej niż to wszystko razem wzięte. Przeżyłem i to rozstanie, nie powiem. Zacząłem się zastanawiać, czy wszystko ze mną w porządku, że nie umiem stworzyć stałego związku. W końcu w ciągu pięciu lat miałem trzy kobiety.

I zastanawiałbym się dłużej, gdyby nie ta czwarta. Oj, co to była za laska, proszę pana. Wyższa ode mnie, twarz jak z okładki żurnala, kształty idealne, nogi do samej szyi i do tego zastępca dyrektora w niedużej firmie. Popłynąłem jak dziecko. Motyla, proszę pana, ze mnie zrobiła. Bo nigdy nie marzyłem o wyższej, aż tu się stało. Och, jak mnie duma rozpierała. Strach mówić. Była też starsza, całe sześć lat. Ale mi to nie przeszkadzało, wręcz odwrotnie. Chciałem się uczyć nowych rzeczy, bo nadal młody byłem, proszę pana. Co to jest dwadzieścia cztery lata? Zabierała mnie na przyjęcia, bale, czasem seminaria. Kazała mówić, że jestem bratem ciotecznym i chce mnie wprowadzić. Ona rządziła, a ja się nie sprzeciwiałem, bo była też moją sponsorką. Powiem panu, że przy żadnej innej nie nauczyłem się tyle.

Aż cztery lata później, gdy byłem pewien, że wreszcie się przełamię i poproszę ją o rękę, powiedziała, że z nami koniec. I wtedy pierwszy raz zachowałem się jak dziecko. Popłakałem się przy niej, prosiłem, niemal żebrałem, ale była nieubłagana. Stwierdziła jedynie, że nauczyła mnie wszystkiego, swój obowiązek spełniła i czas na nią. Nawet przytuliła mnie na do widzenia. Rzuciłem wtedy pracę z dnia na dzień, zamknąłem się w tym mieszkaniu i chlałem przez prawie dwa tygodnie. Kolega mnie, proszę pana, musiał ratować. Przyszedł i siedział, dopóki nie wytrzeźwiałem. Jak ja cierpiałem, mówię panu. Większego bólu wyobrazić sobie nie potrafię. Chciałem ją nawet śledzić, bo tak mi odbiło, ale wyprowadziła się do Francji.

I proszę pana, dochodziłem do siebie prawie dwa miesiące, a i później miałem lęki, rozmawiając z kobietami. Wreszcie pojechałem z kolegą na działkę do jego koleżanki. I poznałem ją. Była taka niewinna, taka dziewczęca, ale też mądra i zdecydowana. Poszliśmy któregoś wieczoru na długi spacer. Od razu spytała, ile miałem kobiet, czy je kochałem. Skłamałem, proszę pana, powiedziałem, że dwie. Ale nie skłamałem, mówiąc, że na swój sposób do dziś je kocham. I chyba uznała mnie za księcia z bajki. Bo z jednej strony nauczyłem się, jak się zachowywać w stosunku do kobiet, a z drugiej czuć było ode mnie to cierpienie po tej ostatniej. Dziewczyna miała zaledwie dziewiętnaście lat i była dziewicą. Powiedziała mi, że chce nią przestać być właśnie ze mną. Oj, proszę pana, jaką ja poczułem odpowiedzialność. Bo nie dość, że młodsza ode mnie dziesięć lat, dziewica, to jeszcze przecież mówiła, że ja jestem odpowiednim facetem. Mówi pan, że niektórym by to tylko imponowało? Mnie też imponowało, nie twierdzę, że nie, ale również czułem się odpowiedzialny. Powiedziałem, że znajdzie sobie kogoś młodszego, kogo pokocha naprawdę, a ona, że nie, że chce ze mną. Mówię panu, uparła się. I w końcu się zgodziłem. Rozdziewiczyłem ją. Potem leżeliśmy nad strumykiem aż do rana, a komary gryzły. Trzy dni później się rozstaliśmy i nikt z nas nawet nie próbował dzwonić czy pisać. Jej chyba było na swój sposób wstyd, mimo iż chciała sama. Mnie również, bo jakoś czułem, że sprzeniewierzyłem wszystkie swoje wartości. Tak, proszą pana, pozbawiając ją dziewictwa, czułem się jak ostatni skurwysyn. I wtedy coś we mnie pękło. Już nie miałem nic do stracenia, bo straciłem wszystko, co najcenniejsze.

W następny tydzień związałem się z młodszą ode mnie o jedenaście lat. Ledwo stała się pełnoletnia, a ja już ją uwiodłem. Była najpiękniejszą kobietą, jaką widziałem. Do tego taka delikatna, taka zmysłowa, taka skromna. Ale coś się we mnie zmieniło i w gruncie rzeczy miałem ją gdzieś. Byłem z nią prawie rok, ale cały czas sypiałem z innymi. Aż któregoś razu przyłapała mnie u mnie w domu. Odeszła natychmiast. Już mnie to nie obchodziło. Nie miało znaczenia, że taka piękna, subtelna, delikatna. Liczyło się, aby było dobrze mnie. Ale piłem przez cztery dni, jak odeszła. Sam, proszę pana, nie wiem czemu.

I pamiętam, że jak wytrzeźwiałem, zrobiłem najhuczniejszą imprezę. Ze trzydzieści osób przyszło. A wśród nich taka piękna, zabawna, ostra zarazem i przede wszystkim przypominająca mi tę starszą ode mnie. Ani chwili się nie zastanawiałem. I nawet nie musiałem jej uwodzić, bo to ona bardziej uwiodła mnie. Tak, to ona rządziła. Już tego dnia została u mnie i poszliśmy do łóżka. Ale nie chciałem, aby się sprowadzała. Chciałem swobody. Aż po kilku miesiącach wyznała, że jest w ciąży. A przecież zapewniała, że bierze pigułki. Mówi pan, że kłamała? Chyba tak. Teraz myślę, że złowiła mnie na ciążę. Od razu to ona dominowała. Wszystko musiało być, jak chciała ona. A że spotkała taki egzemplarz jak ja, który doskonale potrafił postępować z kobietami, to musiałem być jej. I tylko jej.

Z jednej strony byłem przerażony ciążą, a z drugiej poczułem, że chcę spróbować być ojcem. Bo to już był czas, miałem trzydziestkę. Wzięliśmy ślub, potem poród, małe dziecko, pieluchy, wrzaski, aż przestałem dawać radę. Gdzieś w głębi czułem, że to nieodpowiednia kobieta. Dziecko nawet kochałem i kocham do dziś, ale nie ją. Była przeciwieństwem wszystkiego tego, co kochałem. I zacząłem regularnie popijać, proszę pana. Najpierw dwa, trzy piwa, potem więcej, aż doszło do tego, że mając trzydzieści pięć lat, wypijałem sześć piw, a w weekendy i całą flaszkę. Po prostu nie dawałem rady. Oj, proszę pana, liczyła się dla mnie praca i alkohol, nic więcej. I nie chce pan wiedzieć, jak się wtedy czułem. Druga sprawa, że w nerwach bardzo ją krzywdziłem psychicznie. Wreszcie dwa lata temu się wyprowadziłem. Zostawiłem jej moje własne mieszkanie i poszedłem do wynajętego. Ale zachowała się na tyle dobrze, że rok później wyprowadziła się z dzieckiem. Tylko chciała sporej rekompensaty i alimentów.

I tak wróciłem tutaj i nadal obserwuję to słońce wstające w lewym oknie, potem podnoszące się w środkowym, by w prawym skłaniać się ku zachodowi. Ptaki już chyba inne przylatują, choć mam nieodparte wrażenie, że jeden wciąż mnie odwiedza. Mówi pan, że to niemożliwe. Nie wiem, ile żyje ptak. Od moich pierwszych dni w tym mieszkaniu minęło dziewiętnaście lat, dokładnie tyle, ile miałem, tu zamieszkując. Można więc też powiedzieć, że wtedy byłem w połowie drogi do tego, co dziś. Musiałem tak wiele przeżyć, aby zrozumieć, że te siedem kobiet, które były dla mnie ważne, to siedmioro pasażerów w tramwaju zwanym niegdyś miłością, potem pożądaniem, aby znów dziś myśleć, że to tramwaj zwany miłością. Tak, proszę pana, teraz gdy już nie piję, znów szukam miłości, ale nie jest łatwo, bo zbyt wiele bólu kłębi się w głowie. Trzeźwiejąc, musiałem zmierzyć się z każdą sytuacją, by zrozumieć, jak bardzo cierpiałem od dziecka, ale też jak bardzo krzywdziłem innych. I to pierwsze już się chyba, proszę pana, nie zmieni.

Powiem tylko panu, że był ósmy pasażer, którego dziś wolałbym nie mieć w ogóle. To on spowodował, że przestałem być czujny i dałem się złapać na ciążę. Gdyby nie on, nie piłbym tyle. Działa podstępnie, powoli, mami, mydli oczy, zagłusza sumienie i stwarza pozory siły. Widzę, że się pan krzywi. Mówię panu, sporo ludzi daje się omamić. A niektórzy uważają go za największego przyjaciela. Pyta pan, co jest tym ósmym pasażerem. Powiem panu:

– To zbytnia pewność siebie…