Rozmaryn

Rozmaryn

Scena, pokaz

– O mój rozmarynie, rozwijaj się, o mój rozmarynie, rozwijaj się, pójdę do dziewczyny, pójdę do jedynej…

Zofia właśnie nosiła świeżo narąbane drewno spod pieńka do komórki. Miała ponad siedemdziesiątkę na karku, a radziła sobie sama. Nawet mały ogródek uprawiała, a w nim trochę marchewek, pietruszki, buraków czy pomidorów.

Ułożyła ostatnie szczapy i poszła do swojej starej, pokrytej strzechą chaty. Wzięła się za pieczenie placków. W sklepie kupowała na ogół półprodukty i z nich sporządzała coś do jedzenia. Uważała, że tak jest taniej, a z tego, co zaoszczędzi, zostanie dla córki jedynaczki.

– Może dziś do mnie Kasia przyjedzie? Dawno jej nie było – mówiła, stojąc przy kaflowej kuchni. – Mówiłam jej, żeby tyle nie pracowała. Wiem, że ona chce dla dzieci, aby było im lżej, gdy dorosną, ale opieka i miłość są najważniejsze. Bez nich to żadne pieniądze nie dadzą szczęścia. Taki sam błąd zrobiłam ja. Ile bym dała, aby znów być młodą, urodzić ją i wychować na nowo, okazując miłość… Poza tym ta dzisiejsza moda… na pracę ponad siły i na wiele innych.

Kiedy już skończyła pieczenie placków, usiadła przy okrągłym stole, na którym w centralnym punkcie umieszczona była kilkudziesięcioletnia lalka. Posypała placki cukrem pudrem i już miała zacząć jeść, gdy zauważyła, że na drewnianym słupku obok stołu, przy oknie, z krzaczka rozmarynu opadła jedna gałązka. Wstała, sięgnęła po metalowy kubek z wodą ze studni i podlała roślinę.

– Tylko mi, kochany, nie umieraj – mówiła do rozmarynu. – Zimę przytrzymałeś, więc i teraz się nie wygłupiaj. Jak zwiędniesz, to zostanę sama. Dzisiaj Kasia obiecała, że przyjedzie, ale jest taka zapracowana…

Tymczasem Kasia udała się na bal charytatywny, którego celem była zbiórka pieniędzy na dom dziecka gdzieś pod Opolem. Założyła najpiękniejszą czerwoną sukienkę z wielkim dekoltem, do tego na szyi zawiesiła szur pereł, które kupiła po tym, jak zostawił ją mąż, a na ramię wzięła torebkę ze sztucznej skóry. Gwoździem programu miała być licytacja obrazów jednego z lokalnych artystów. Już wisiały na ścianie przeciwległej do okien. Jeden przedstawiał but z zapuszczonymi korzeniami w coś, co przypominało mózg, drugi to zbiór kilku nakładających się na siebie i różnokolorowych figur geometrycznych, a trzeci to wóz z sianem, na wierzchu którego siedziało dwoje obejmujących się starych ludzi.

Podszedł do Kasi mężczyzna w średnim wieku, ubrany w rozciągnięty sweter, stare dżinsy i wypastowane, ale nieco zużyte skórzane buty. Spojrzała najpierw na jego buty, skrzywiła się i rzekła:

– Wstydziłby się pan. Biedne zwierzaczki. – Pokiwała głową, jakby sama sobie chciała przyznać rację.

– Ale o co chodzi? – Zmarszczył czoło nieznajomy.

– Odejdź, człowieku. – Odwróciła się i oddaliła kilka metrów.

Godzinę później zaczęto licytację. Gdy sprzedawano obraz z sianem, przeszła do innego pomieszczenia. Chwilę potem wychyliła się i zobaczyła, że licytują ten z figurami geometrycznymi. Wróciła, dopiero gdy była kolej na ten trzeci obraz, przedstawiający buty z zapuszczonymi korzeniami.

– Cztery tysiące złotych. Kto da więcej? – grzmiał głos z podestu z przodu sali.

– Cztery sto – odezwał się mężczyzna w wyciągniętym swetrze.

– Tak być nie może – burknęła pod nosem Katarzyna. – Cztery dwieście!

– Cztery pięćset – odparł z uśmiechem tamten.

– Sześć! – Podskoczyła do góry.

Nastała cisza. Po sali rozniosły się szepty, a niektórzy z podziwem spoglądali na Kasię.

– Sześć tysięcy po raz pierwszy… po raz drugi… po raz trzeci! Wygrała pani w czerwonej sukience!

Rozległy się brawa, a twarze wszystkich skierowały się na nią.

– Pozwoli pani do nas – rzekł do mikrofonu mężczyzna prowadzący aukcję.

Kasia ruszyła dumnym krokiem, z wysoko uniesionym nosem i ustami ułożonymi w dzióbek. Pokonała dwa stopnie i stanęła przed mikrofonem.

– Co panią skłoniło, aby wziąć udział w licytacji? I przede wszystkim skąd taka duża suma? – spytał prowadzący.

– Dzień dobry państwu. Wzięłam udział w licytacji, bo nie mogę patrzeć, jak cierpią te dzieci. Nie mają rodziców, więc chociaż niech im czego innego nie brakuje. Bo tak wielu ludzi myśli tylko o sobie. – Spojrzała na mężczyznę w rozciągniętym swetrze i skórzanych butach. – Moi drodzy, trzeba współczuć innym! – podniosła głos.

Rozległy się gromkie brawa. Kasia wkraczała na pole chwały…

Zofia wstała od stołu. Była prawie dziewiąta wieczorem. Kasia nie przyjechała. Staruszka podeszła do słupka, pogłaskała krzak rozmarynu, przekręciła doniczkę, aby następnego dnia roślina była nasłoneczniona z drugiej strony i przeszła do łóżka. Zebrała z narzuty kilka rozpadających się ze starości lalek, płócienną wiewiórkę z urwanym ogonem i pieska, który kupiła Kasi na trzecie urodziny. Ściągnęła narzutę, przebrała się i położyła na wznak.

– A jak mi odpowie, nie kocham cię, a jak mi odpowie, nie kocham cię, ułani werbują, strzelcy maszerują, zaciągnę się…

Kiełbasa

Kiełbasa

Co jest prawdziwym życiem?

Uprzejmości, kurtuazja i rytm czy walka, aby przetrwać?

Zombie, City, Apokalipsa, Horror, Zombies

Położyłem się spać. Oto co mi się przyśniło.

Wstaję z łóżka i chcę coś zjeść. Otwieram lodówkę. Leży w niej kilka pomidorów na środkowej półce, a na samej górze mięso, które kupiłem poprzedniego dnia. Wieprzowe. Owinięte w biały papier. Wycieka z niego woda zmieszana z krwią. Na samym dole spostrzegam oblaną tym płynem kiełbasę. Kiedy po nią sięgam, ta zamienia się w szczypce homara, które chcą złapać mnie za rękę. Próbuję tego jeszcze kilka razy i ciągle to samo. Rezygnuję z jedzenia i kładę się spać.

Wstałem rano. Na dworze wiał silny wiatr. Pamiętając sen, podszedłem do lodówki, urwałem kawałek kiełbasy, wziąłem pomidora i zjadłem. Poszedłem do pracy.
– Dzień dobry Panie Szetan.
– Dzień dobry Pani X.
– Jak się Pan miewa?
– Dziękuję, doskonale, a co u Pani?
– Też wszystko w porządku, dziękuję.
– Cieszę, się i życzę miłej pracy.
– Nawzajem.
Podpisałem listę w sekretariacie i udałem się do pokoju. Tam, zmagając się z codziennymi obowiązkami, doczekałem godziny siedemnastej, która, jeśli muszę wyjaśniać, jest początkiem wolnego.
Wróciłem do domu, obejrzałem transmisję z meczu piłki nożnej zupełnie nieznanych drużyn. Wyszedłem do knajpy na spotkanie ze znajomymi, wróciłem i dzień się skończył. Usnąłem.
Siedzę przed blokiem, na schodach, kiedy przechodzi mocno pijany młodzieniec. Siada na piaskownicy i myli przechodniów z pewną męską częścią ciała albo przyrównuje czyjąś matkę do kobiety lekkich obyczajów. Kilka chwil później podchodzi do niego bezpański pies. Nieświadomy obecności świata młody człowiek zaczyna go przytulać, a po chwili płakać. Trwa to parę minut, aż chwyta czteronożnego przyjaciela za łeb i z rozpędem wbija zęby w jego szyję. Szamotanina, moment i koniec. Ot kilkanaście sekund. Kundel pada, a dzielny wojownik wstaje, ociera się z krwi i odchodzi.

Obudziłem się. Na zewnątrz siąpił deszcz. Podszedłem do lodówki, urwałem kawałek kiełbasy, wziąłem pomidora i zjadłem. Poszedłem do pracy.
– Dzień dobry Panie Szetan.
– Witam Panią, Pani X.
– Jak dzień?
– Doskonale, dziękuję, a u Pani?
– Także nie najgorzej.
Podpisałem listę i rozpocząłem robotę. Załatwiłem kilka bardzo ważnych spraw, które wbrew oczekiwaniom nie były trudne. Spojrzałem na zegarek. Była szesnasta pięćdziesiąt. Byłem u stóp wolności. Potem usłyszałem z radia pięć krótkich dźwięków, a następnie ktoś podał czas. Wyszedłem.
W domu znalazłem się błyskawicznie. Zjadłem obiad i powędrowałem na wystawę. Wróciłem około dwudziestej pierwszej. Obejrzałem film. Silny mężczyzna, bił złych ludzi. Fakt, robili źle, więc im się należało. Film dobrze się skończył, bo ten muskularny, uratował kobietę i wkrótce potem się pobrali. Wskoczyłem do łóżka. Zasnąłem.
Piękna kobieta. Fajna! A jakie nogi!… Idę z nią do jej domu. Cóż za ciało!… Nie ma co! Dwie godziny i jeszcze nie mam dość! Po wszystkim ona wstaje, prosi o pięćdziesiąt dolarów, a następnie, kiedy już je otrzymuje, otwiera torebkę, wyjmuje rewolwer i mówi:
– Obiecałam sobie, że to będzie ostatni raz!
Przykłada sobie do skroni i naciska spust.

Wstałem z łóżka około siódmej rano. Za oknem było szaro i mgliście. Podszedłem do lodówki, urwałem kawałek kiełbasy, wziąłem pomidora i zjadłem. Pojechałem do pracy.
– Dzień dobry Panie Szetan.
– Moje uszanowanie.
– Jak minęła noc?
– Bardzo dobrze, a czy Pani też wypoczęła?
– Oczywiście.
Podpisałem listę i za chwilę byłem za biurkiem. Kilka telefonów, parę e-maili, dwa krótkie spotkania z klientami i rozmowa z prezesem. Zasiedziałem się i kolega zwrócił uwagę, że już po piątej. Wyszedłem.
W telewizorze kreskówki. Super! Najbardziej mi się podobało, jak ten królik poleciał na księżyc. Śmiałem się jak dziecko. Potem czytałem książkę, w której byli dobry i zły człowiek. Zły był zły, a dobry – dobry. Zły robił źle, a dobry – dobrze. Zły miał czarne kręcone włosy, a dobry był siwy. Dobry nie mógł sobie poradzić ze złym, bo ten drugi odnajdywał przyjemność w prześladowaniu pierwszego. Pod koniec, prześladowca wpadł we własne sidła i trafił za kratki. Siwy wyjechał nad morze, aby odpocząć i tam zakochał się w najpiękniejszej na świecie babce. Dokończyłem czytać i poszedłem spać.
Znajduję zegarek. Bardzo ładny. Chyba jest to Omega. Zakładam na rękę. Potem idę po drewnianych balach, przełożonych nad wykopem, tworzących kładkę. Chwieję się. Lewą ręką pocieram o biodro, a zegarek odpina się i spada w piach poniżej. Ostrożnie schodzę, aby go odszukać. Jest! Ale dziwne… Oprócz niego znajduję jeszcze przynajmniej ze dwadzieścia innych cykaczy. Jedne stare, z poobdzieranymi kopertami, inne nowiutkie. Zabieram wszystkie. Kiedy wracam do domu i kładę się, one zaczynają mnie denerwować. Nic dziwnego! Noc, cisza, a one terkoczą! Kto je wymyślił?! Postanawiam je wszystkie schować głęboko do szuflady. Taki swoisty knebel. Uf… Wreszcie mogę zasnąć. Budzę się rano i co? Otwieram szufladę, a tu zamiast zegarków są rachunki ze sklepów spożywczych. No tak. Nigdy ich nie wyrzucam, aby w ten sposób kontrolować swoje wydatki. Nic szczególnego. Jeden z nich jest za chleb, jajka, sok pomidorowy i masło. Inny za pięć piw i kiełbasę. Trochę dziwi mnie ta metamorfoza. A gdzie zegarki?

Obudziłem się. Nie patrząc za okno, podszedłem do lodówki i ku mojemu zdziwieniu zabrakło kiełbasy. To już koniec…