Cywilizacja

Cywilizacja

Prezentuję swój tekst, za który otrzymałem I miejsce w konkursie „Opowiem Wam Historię” organizowanym przez ośrodek Arsus, a dotyczącym kilku dzielnic Warszawy.

Dzieli nas teraz cała cywilizacja.

Wyszedłem z domu przy ulicy Rolnej o siódmej rano. Jest połowa lipca, słońce nieco za chmurami, ale dość chłodno jak na tę porę roku. Staję przed wejściem, patrzę wokół i po raz kolejny nie mogę się nadziwić, jak bardzo zmieniła się Warszawa. Tutaj była granica stolicy jeszcze pięćdziesiąt lat temu. Ot, ledwie domostwa dochodziły do Doliny Służewieckiej. A teraz? Blokowisko opiera się o Las Kabacki. Ty też mieszkałaś na Rolnej, ale na drugim jej końcu, gdzie wtedy była wieś o nazwie Ursynów. Obecnie fragment ulicy z twojej strony nazywa się Gminna. Rolna została podzielona przez wielki Ursynów. Cywilizacja wkroczyła między nas i tkwi tak aż do dziś.

Pomyśleć, ile razy szedłem do ciebie na piechotę, grzęznąc w błocie. Do dziś czuję pod stopami tę maź o specyficznej konsystencji, która lepiła się, sprawiając, że każdy but ważył wiele kilogramów. Do tego dźwięk niedający się porównać z niczym innym — połączenie chlupania i odkorkowywania butelki. Taka przechadzka po błotnistej drodze, gdzie każdy krok wymaga wysiłku i uwagi, aby nie stracić równowagi i nie upaść. Tak sobie myślę, że ta nazwa to pamiątka po polach uprawnych, które rozciągały się na południe aż po Las Kabacki.

Byłaś na początku taka niedostępna. Co nie próbowałem amorów, to kąsałaś. Lecz wiedziałem, że to tylko zakazy twoich rodziców, które należy powoli przełamać. Byli tacy dystyngowani, tacy światowi, pracowali już wtedy w stolicy w biurze. A moja rodzina to zwykli chłopi, którzy mieli kilka hektarów. Twoi nie pozwalali nam się spotykać, ale i tak ukradkiem wyciągałem cię na randki. Bałaś się ich. Nie miałem prawie wykształcenia, ot podstawówkę i szkołę zasadniczą, choć zawsze mnie ciągnęło do edukacji. Dopiero później, gdy na naszym polu wybudowano bloki, poszedłem dalej do szkoły. Ukończyłem technikum rolnicze, potem SGGW. Wybrałem taki kierunek, jakby miał być mi jeszcze do czegoś potrzebny. Ale czym skorupka za młodu nasiąknie… powiadają.

W latach sześćdziesiątych mieszkałem tu jeszcze w drewnianej chacie, a obecny dom wybudowałem ponad czterdzieści lat temu. Stała tu nasza chałupa, kilka domostw, a dalej całe połacie pól uprawnych. Chyba nigdy nie przywyknę do tej całej nowoczesności, autobusów niskopodłogowych, wybetonowanych chodników i ulic pokrytych asfaltem. Za mojej młodości chadzało się po piaszczystych czy błotnistych drogach. Dziś to już nie to samo: buty niezabłocone, nogawki niezakurzone, ale i serce jakieś takie puste. Uwielbiałem jako dziecko iść polną drogą i muskać dłonią kłosy żyta — tak miło łaskotały. Do tego z niczym nie da się porównać szumu wiatru w złocistych łanach. To jakby szum morza, ale delikatniejszy, subtelniejszy, bardziej spokojny. Chyba znasz to uczucie, gdy obcujesz z naturą i czujesz tę jedyną w swoim rodzaju więź, której próżno szukać w świecie blokowisk, samochodów, maszyn i muzyki zagłuszającej wszystkie niuanse. Teraz wszystko takie techniczne, takie ugłaskane.

Dziś postanowiłem cię odwiedzić na piechotę. Choć sam nie wiem, jak tego dokonam — gubię drogę na starość w tych wszystkich obecnych ulicach, przejściach dla pieszych. Nawet nie ma gdzie spokojnie odpocząć. Parę tygodni temu jak szedłem na Ciszewskiego i usiadłem na trawniku, zainteresowała się młoda dziewczyna i spytała, czy ze mną wszystko w porządku. W sumie to chyba powinno być miłe, ale jakoś czuję się po tym jeszcze starzej, jakbym miał już wykorkować.

Pójdę Aleją KEN, bo najprościej. Najpierw chciałem mniej więcej starą Rolną, ale tamtędy mogłoby być ciężko, bo nawet nie poznałbym, którędy ta ulica biegła, tyle tego wszystkiego nastawiali. Tam, gdzie ciągnęła się stara Rolna, teraz i Centrum Onkologii, i wielkie osiedla jak chociażby Służew Nad Dolinką. W zasadzie istnieją tylko dwa fragmenty tej ulicy — jeden tu, na Mokotowie, a drugi na Ursynowie przy Górce Kazurce, biegnący z przerwami aż do ulicy Makolągwy, która dochodzi do Puławskiej.

Ruszam więc mokotowską częścią Rolnej na południe w stronę Ursynowa. Pod nogami zamiast piasku czy błota tępy beton i asfalt. Czasem mam wrażenie, że i zapach tego jest inny. Unosi się w powietrzu coś, co bardziej przypomina pomyje po próbówkach z laboratorium chemicznego niż miejsce, gdzie egzystuje człowiek. Dochodzę do linii metra, które powstawało kilkadziesiąt lat zbyt późno. Tu, od Wałbrzyskiej ciągnie się wzdłuż mojej trasy, aż prawie po sam Las Kabacki. Pierwsza linia metra w Warszawie i Polsce. Gdy otwarto ją, śmiano się, że Wąchock też jest wielkim miastem, bo ma tylko jedną linię metra mniej niż stolica. A ileż to trwały prace? I co to się działo podczas budowy wzdłuż KEN-u, która wtedy jeszcze nie istniała. Wielkie wykopy, mnóstwo błota i liczne incydenty, jak podtopienie czy problemy z gruntem. Dokładnie pamiętam dzień otwarcia pierwszej linii metra — to początek kwietnia tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego piątego roku. Opóźniło się to znacznie, głównie ze względu na brak pieniędzy, ale też zwiększone wymogi bezpieczeństwa. Ale kiedy już ruszyło, wszyscy mówili o metrze. Zbliżało nas do wielkiego świata. Aż strach pomyśleć, nieco ponad dwadzieścia lat wcześniej były to w większości pola uprawne. Myślę sobie, że to najlepszy dowód na migracje ludności ze wsi do miast i na rozrastanie się stolicy.

Mijam centrum handlowe Land. Dobrze pamiętam, kiedy je otworzyli. Zaledwie kilka lat po Okrągłym Stole. Jaki to wtedy był przebój, wielki świat do nas zawitał. Człowiek myślał, że teraz to będzie się żyło inaczej, lepiej, a prawda jest taka, że więcej z tym kłopotów. Obok bloki osiedla Służew Nad Dolinką, które powstały mniej więcej w tym samym czasie, co północny Ursynów.

Kiedy do ciebie chadzałem, nie było tego wszystkiego. Poznałem cię na jednym z niedzielnych spacerów na terenie obecnego Ursynowa. Nigdy nie lubiłem zbytnio towarzystwa, więc poszedłem po porannej mszy, aby pobyć samemu. To samo zrobiłaś ty. Spotkaliśmy się gdzieś na skrzyżowaniu Migdałowej i Mandarynki, pewnie był rok tysiąc dziewięćset siedemdziesiąty drugi, może trzeci. Pamiętam to do dziś: łany zboża, nieopodal niewielki las i ty, podobnie jak ja, uciekałaś od ludzi. Spędziliśmy tamtego dnia ze sobą ładnych kilka godzin. Potem widywaliśmy się niemal co niedzielę w tym samym miejscu. Aż zaprowadziłaś mnie na Nowoursynowską, pod ten sześćsetletni dąb, Mieszko Pierwszy, który teraz jest pomnikiem przyrody.

Tam po raz pierwszy się pocałowaliśmy; siąpił wiosenny deszcz, my schowani pod drzewem, które i tak nas niewiele chroniło, wokół pola i las. I pod nim także kochaliśmy się po raz pierwszy. Był lipiec, chłopi robili sianokosy, a my przez cały dzień siedzieliśmy w cieniu jego liści i podjadaliśmy agrest od ciebie z ogródka, a potem gdy nastał wieczór, skosztowaliśmy siebie nawzajem — nawet twoje usta smakowały agrestem. I miałem wrażenie, że pachniałaś sianem. Jak sobie pomyślę, to agrest będzie mi się zawsze kojarzył z tobą. I trochę z twoimi rodzicami, bo co nie próbowałem się zbliżyć, czułem ich ukłucia. Ilekroć jem agrest, stajesz mi przed oczyma ty, wciąż tak samo młoda, tak samo dziewczęca i niewinna. Mówią, że pamięć jest zawodna, a ja sobie myślę, że często siedzą w niej obrazy sprzed lat, które w niezmienionej formie zabierzemy ze sobą aż do grobu. Dla mnie takim obrazem jesteś ty leżąca na wznak na trawie, taka odprężona, taka spokojna i uśmiechnięta, z kołyszącymi się na wietrze w twoich źrenicach gałęziami Mieszka Pierwszego. Często jak zasypiam, czuję tę mieszaninę niebiańskich zapachów z tamtego wieczoru: woń agrestu zmieszaną ze słodką nutą kobiecego erotyzmu.

— Dobrze mi z tobą — powiedziałaś i spojrzałaś mi w oczy. — Wiesz, ale ja niedługo wyjeżdżam na studia i nie będziemy się tak często widywali.

— To nic, będę cię odwiedzał. — Przytuliłem się do ciebie.

— Kto wie, jak to może być. Ty tu, ja tam… Rodzice mówią, abym się przestała z tobą spotykać.

— Ale nie posłuchasz ich?

— Mówią, że u ciebie w domu to zacofanie, życie niegodne kogoś wykształconego, i że ja zasługuję na coś więcej.

— Jedno jest pewne, Aniu, ja nie zasługuję na ciebie.

To cię poruszyło, podniosłaś się i wyszeptałaś:

— Nie wiem, co mam robić. — Rozpłakałaś się i ruszyłaś biegiem w stronę domu.

Potem zaczęto budować pierwsze bloki na Ursynowie. A jakby wraz z ich budową, ciebie wysłano na studia do Lublina. Kontakt między nami się utrudnił, ale nie urwał. Gdy tylko przyjeżdżałaś, szliśmy znów pod Mieszka Pierwszego. I niemal za każdym razem się kochaliśmy. Nawet zimą, jak ledwo przebrnęliśmy przez zaspy, zaszyliśmy się w krzakach i robiliśmy to na stojąco. A gdy ty nie przyjeżdżałaś, pisaliśmy do siebie listy. Ileż to na strychu w starej skrzyni ich nadal mam. Każdy zabezpieczony, aby się nie zniszczył, a te wyjątkowe oprawiłem w ramki. Czasem ja wsiadałem w pociąg i jechałem do ciebie, ale miałem wrażenie, że się mnie trochę wstydziłaś, bo nigdy nie wyglądałem na miastowego.

Chyba w siedemdziesiątym piątym, kiedy Osiedle Służew Nad Dolinką się budowało, a pierwsze bloki Ursynowa zostały zasiedlone, napisałaś mi, że jesteś zmęczona i żebym nie przyjeżdżał na weekend. Wiedziałem, że masz mnóstwo zajęć na uczelni, więc nie nalegałem. W wakacje przyjechałaś, ale byłaś już jakaś inna. Sama zabrałaś mnie pod Mieszka i wtedy kochaliśmy się po raz ostatni. Gdzieś w sercu przeczuwałem, że to koniec, ale nie byłem w stanie dopuścić tego do świadomości.

Właśnie przechodzę Aleją Ken, przedłużeniem Rolnej przez Surowieckiego. Po prawej minąłem bloki przy Końskim Jarze, po lewej przy Koncertowej. Ale też po prawej wznosi się Kopa Cwila, sztuczne wzniesienie usypane z uszkodzonych prefabrykatów budowlanych i ziemi wybranej przy budowie dróg i budynków. Pamiętam, jak powstawała wraz z pierwszymi blokami na Ursynowie. Zwróciłem na nią uwagę, gdy po raz ostatni szedłem na spotkanie z tobą, brnąłem w głębokim błocie i zastanawiałem się, ile prawdy w tym, co mówiono w telewizji o planach na budowę wielkiego Ursynowa. Okazało się, że to była sama prawda. Kolejne bloki po prawej przy Wiolinowej — dobrze pamiętam, jak je oddawano do użytku, pewnie był rok siedemdziesiąty siódmy, może ósmy. Nasz dalszy sąsiad, którego wysiedlono, dostał tutaj mieszkanie. Poszedłem raz do niego w odwiedziny zaraz po zasiedleniu i to, co pamiętam najbardziej, to wszechobecne błoto. Nawet w twoich okolicach, gdy te tereny jeszcze nie należały do Warszawy, nie było tyle błota. Zupełnie jakby matka ziemia chciała zaprotestować przed kolonizacją kolejnych terenów i błotem próbowała zatrzymać ludzi. Pamiętam, że aż wstydziłem się wejść do jego mieszkania w tak ubłoconych butach — on w tym wielkim świecie, a tu przychodzi taki chłopek i brudzi mu dywany. Ale jak do niego wszedłem, przestałem się wstydzić, bo buty miał jeszcze bardziej umorusane.

Muszę sobie odpocząć, bo nogi zmęczone, wszak mając osiemdziesiątkę na karku, człowiek o wiele już słabszy. Siadam więc na niewielkim trawniku za Surowieckiego i wspominam ciebie. Wiele razy chadzałem w okolice twojego domu, aby próbować się do ciebie zbliżyć, może cię zobaczyć, mimo iż mieszkałaś w lubelskim internacie. Na dobrą sprawę nie wiem, po co to robiłem, po prostu musiałem, i już. Trochę dalej przy Surowieckiego stoi ursynowski Megasam, w którym czasami robiłem zakupy. Pamiętam, że wkrótce po jego otwarciu kupiłem tam fajerwerki na Sylwestra. Cieszyłem się jak dziecko. A potem doszły mnie informacje, że niedługo ugiął się od śniegu dach, a trzy lata później zapaliły się fajerwerki i spłonęła część magazynu. Tak sobie czasem myślę, co to by było, gdyby ten dach spadł mi na głowę.

Ruszam dalej na południe i mijam po prawej Pasaż Ursynowski, który oddano dokładnie na przełomie dekad. W tym całym skupisku wielkich bloków ten fragment jest nieco inny: niskie szeregowce z witrynami sklepów i nieregularnymi dachami, co sprawia wrażenie luksusu. Wtedy przestałaś zupełnie przyjeżdżać do rodziców. Słuchy mnie doszły, że zamieszkałaś z kimś od siebie z roku. Ale ja wcale nie odpuszczałem, nadal chadzałem w okolice domu twoich rodziców. Chyba po prostu nie chciałem się pogodzić z tym, że nie jesteśmy razem. Nawet raz pojechałem do Lublina, skryłem się gdzieś w zaroślach i obserwowałem wyjście od ciebie z wydziału. Szłaś w objęciach mężczyzny, który w żadnym względzie nie przypominał mnie: był wysoki, świetnie ubrany i taki męski. Wsiedliście do jakiegoś zachodniego samochodu i odjechaliście z piskiem. Poczułem, że między nami stanęli nie tylko twoi rodzice, ale i przepaść cywilizacyjna. Bo mnie nawet nie było stać na malucha, a ten twój facet jeździł czymś z wielkiego Zachodu. Poszedłem do dworcowego baru i upiłem się, aż milicja zawiozła mnie do izby wytrzeźwień. Wracając pociągiem, obiecywałem sobie, że koniec z tymi sentymentami, czas zadbać o siebie. Ale jak tylko dotarłem do Warszawy, zrobiło mi się smutno, jakoś żałośnie i znów polazłem pod dom twoich rodziców.

Przechodzę teraz obok galerii Ken Center, która powstała w wyniku rozbudowy marketu Leclerc. To obecne centrum handlowe niewiele przypomina tamten stary market, który istniał jeszcze pod inną nazwą na początku lat osiemdziesiątych. Po prawej bloki przy Hawajskiej. Oddawano je również na początku dekady. Wtedy już powoli sobie odpuszczałem, choć jeszcze czasem chadzałem w twoje okolice czy pod Mieszka Pierwszego. Zdarzyło się nawet zabrać tam jakąś koleżankę, ale w gruncie rzeczy nie byłem nią zainteresowany i nie zostaliśmy parą. Bezustannie siedziałaś mi w głowie, mimo iż czułem, jak rośnie między nami wielki mur. Myślę sobie, czy przypadkiem to nie było tak, że wraz z przyłączeniem terenów, gdzie mieszkałaś, do Warszawy, w tobie nie obudziła się chęć brnięcia ku cywilizacji. W końcu bycie Warszawiakiem do czegoś zobowiązuje.

Dalej mijam Multikino przy Indiry Gandhi. W czasach gdy je oddano, byłem już dawno po studiach, z ciepłą posadką na SGGW i wspomnieniami ciebie, które nie chciały mnie opuścić. Co nie próbowałem sobie ułożyć życie z jakąś kobietą, część mnie protestowała i uciekałem niemal w panice. Multikino powstało pod koniec lat dziewięćdziesiątych. Jakież kolejki się tu ustawiały, bo niemal każdy chciał zobaczyć film w tak wielkim i nowoczesnym kinie.

Gdy dochodzę do Płaskowickiej, tu po lewej jest adres KEN pięćdziesiąt cztery, gdzie mieści się lokalna klubokawiarnia, w której czasem wygłaszane są prelekcje historyczne i nie tylko. Byłem tam raz na odczycie na temat historii Ursynowa. Serce się krajało, jak przypominałem sobie czasy, gdy byliśmy razem. Tę część Ursynowa wybudowano w latach osiemdziesiątych, kiedy ja już poszedłem na studia. Wtedy dowiedziałem się, że ułożyłaś sobie życie z tym mężczyzną, którego przy tobie widziałem.

Skręcam w lewo w Płaskowickiej, aby zajrzeć na tymczasowo przeniesiony w to miejsce Bazarek na Dołku. Jego stała lokalizacja znajdowała się kilkaset metrów stąd, ale zmieniono ją na czas budowy obwodnicy. To najznamienitszy bazarek na Ursynowie, lokalnie znany równie dobrze jak Bazar Różyckiego na skalę całej Warszawy. Aż dziwnie się wchodzi między stragany w innym miejscu, wciąż nazywając to Bazarkiem na Dołku. Przechodzę obok kolejnych stoisk. Sam nie wiem, czego szukam. Tu artykuły spożywcze, tam mnóstwo drobiazgów, dalej widzę warzywa i owoce. Waham się, czy tam podejść, bo jestem już bardzo zmęczony i każde wchodzenie w skupiska ludzkie powoduje jeszcze większe wyczerpanie. Ale podchodzę pchany ciekawością. Soczyste jabłka, smakowite gruszki, czerwone wiśnie, trochę porzeczek i… agrest! Jest agrest!

— Po ile ten agrest? — pytam sprzedawczynię. Nawet na nią nie patrzę, interesuje mnie tylko pudełko z agrestem.

— Osiem złotych, drogi panie — odpowiada słabym głosem. — Świeżutki, dziś rano zrywany.

Dobrze wiem, ile prawdy w tych słowach. Kobieta przyjechała tu skoro świt, więc musiałaby zrywać agrest po nocy.

— Naturalnie, naturalnie. — Kiwam głową. — To wezmę opakowanie.

Sięgam do kieszeni po portfel, ale właśnie sobie przypominam, że został na szafce w przedpokoju. Widzę przed sobą wyciągniętą dłoń kobiety z agrestem.

— Bierze pan? — pyta poirytowana sprzedawczyni.

— Nie, zapomniałem z domu pieniędzy. — Powoli odwracam się, aby wyjść z bazarku.

— Czekaj pan. Wygląda pan na dobrego człowieka i że ten agrest panu naprawdę smakuje.

Spoglądam na nią nieśmiało.

— Weź pan za darmo, dziś nikt nie chce go kupować, tylko inne owoce — ciągnie. — Lepiej, żeby pan go zjadł, niż miałby się zmarnować.

— Naprawdę? — Nie wierzę w to, co słyszę.

— Młodemu to bym nie dała, ale takiemu jak pan to grzech nie dać. — Uśmiecha się.

— Ale pani straci…

— Raz stracę, drugi raz zyskam, życie kołem fortuny się toczy. Kto wie, może to ostatni agrest w pana życiu?

— Ale…

— Bierz pan, bo się rozmyślę — podnosi głos.

Z dużą niepewnością sięgam po pudełko z agrestem, nie mogąc spojrzeć sprzedawczyni w twarz. Wiem, że powinienem, że tak doceniłbym jej gest, ale nie jestem w stanie.

Odchodzę najszybciej, jak potrafię. Idę w nieokreślonym kierunku przytłoczony tym, co się stało. Czuję się z jednej strony dobrze, że mam to, czego chciałem, ale z drugiej znów dopada mnie wrażenie, że ten przywilej to z racji wieku, a to informacja dająca mi do zrozumienia, że już jestem bardzo blisko. Sam nie wiem, czy nie wolałbym odejść bez agrestu, tak przynajmniej czułbym się w pełni sił i zdrowia. Drepczę, gdzie mnie nogi poniosą, nie patrzę na ulice, budynki, czy cokolwiek innego. Chyba chcę uciec od swojego wieku. Na dłuższy moment niemal tracę świadomość. Przed oczyma pojawia mi się na chwilę jakieś duże skrzyżowanie, potem męcząca wędrówka szybkim krokiem, kolejne duże skrzyżowanie i wchodzę na brukowaną drogę, która wydaje mi się dobrze znajoma. Ostrożnie stawiam stopy, aby nie skręcić kostki. Jestem wykończony. Chyba nigdy w życiu nie czułem się tak zmęczony. W końcu dostrzegam, że siadam na trawie obok jakichś stalowych konstrukcji. Niemal padam ze zmęczenia. Zamykam oczy i zasypiam, trzymając w ręku plastikowe pudełko agrestu.

Budzę się nadal zmęczony, ale już przytomny. Słońce chyli się ku zachodowi. Patrzę przed siebie, a wokół stoi kilka osób w szerokim okręgu. Ktoś właśnie podchodzi, dzwoniąc na pogotowie, słyszę.

— Proszę nie dzwonić — mówię. — Wszystko ze mną w porządku, chciałem po prostu odpocząć. — Ale dociera do mnie, że mój głos jest ledwie słyszalny.

— Już zadzwoniłam — mówi młoda dziewczyna. Spoglądam jej w twarz i jest tak podobna do ciebie: kolor włosów ten sam, rysy podobne, budowa ciała niemal identyczna. — Gdzie pan mieszka?

— Ja?… Na Rolnej.

— Naprawdę? Ja, można powiedzieć, również — energicznie odpowiada dziewczyna. — W zasadzie na Gminnej, która była kiedyś Rolną, na Ursynowie, nie na Mokotowie. — Siada koło mnie. — Ale pewnie pan jej nie kojarzy.

— Kojarzę. — Uśmiecham się. — I to bardzo dobrze.

— A co pan tutaj robi?

— Sam nie wiem. — Rozglądam się po raz pierwszy i właśnie dociera do mnie, że siedzę pod Mieszkiem, dębem z naszej młodości. Jak tu dotarłem?

— Rozsypał się panu agrest. — Dziewczyna sięga i zaczyna zbierać do pojemnika nieco rozsypanych owoców. Nagle zakrywa dłońmi twarz i zaczyna płakać.

Sposób, w jaki płacze, tak bardzo przypomina mi ciebie. Próbuję się podnieść, ale nogi odmawiają posłuszeństwa. Szoruję tylko piętami o trawnik, na którym siedzę. W końcu zaprzestaje prób i pytam:

— Coś się stało?

— Znam pana — odpowiada dziewczyna przez łzy. Spogląda na mnie, a ja widzę ciebie. — Ten agrest, ten dąb i ta Rolna. — Ponownie zakrywa dłońmi twarz.

Nie rozumiem, co do mnie mówi. Czy ja się nadal nie obudziłem i śnisz mi się ty?

— Poczęstuj się. — Mimo iż miesza mi się w głowie, podnoszę pojemnik z agrestem i podsuwam bliżej niej.

Dziewczyna powoli opanowuje płacz.

— Ma pan na imię Jerzy i tu, pod tym dębem przeżywał pan swoją wielką miłość — mówi. Sięga po agrest, wkłada do ust jeden owoc, ostrożnie rozgryza, nieco się krzywi i uśmiecha. — Faktycznie, smakuje tak, jak to słyszałam. Wie pan, że nigdy nie jadłam agrestu? Znam go tylko z opowiadań.

— Naprawdę. — Chyba nie dociera do mnie to, co słyszę.

— Tak, kilka razy chciałam już go spróbować, ale za każdym razem rezygnowałam, aby nie konfrontować swojej wyobraźni z rzeczywistością. Powiem panu, że jest pyszny: trochę słodki, mocno kwaśny i niepowtarzalny. — Sięga po kolejny owoc i rozgryza go równie wolno.

— Kim ty jesteś? — pytam szeptem.

Dziewczyna spogląda mi w oczy już bez łez.

— Pana przyszywaną, a może niedoszłą wnuczką. — Targana skrajnymi emocjami wybucha śmiechem. — Też mam na imię Ania, po niej.

Nie wierzę w to, co słyszę.

— Tak, panie niedoszły dziadku — nadal się zaśmiewa. — Panie Jurku, ona nigdy nie przestała pana kochać, tylko rodzice, kariera i wielki świat zawróciły jej w głowie. Od kiedy pamiętam, opowiadała mi o panu.

— Mówisz, dziecko, o Ani? — zadaję głupie pytanie.

— Tak, wiem, że tu mieliście pierwszą randkę, tu się kochaliście. A teraz niech pan spojrzy. — Pokazuje ręką w górę na drzewo, pod którym siedzimy. — Ktoś go podpalił w zeszłym roku. Nawet wasze miejsce spotkań mało nie zostało zniszczone. Babcia mówiła, że zrobiła to rodzina dziadka, bo dziadek zawsze był zazdrosny o pana i całą waszą historię.

Rozglądam się i faktycznie widzę poczerniałe od ognia gałęzie i pień. Do tego konary wsparte są na stalowych słupach, tak, aby nie rozdarły Mieszka.

— Jeszcze miesiąc temu babcia wahała się, czy się do pana nie odezwać — kontynuuje. — Ledwo żyła, a myślała tylko o panu.

— Jak to ledwo żyła? — pytam niepewnie.

— Hmmm… — Opuszcza głowę, wstrzymuje oddech. — Właśnie wracam z jej pogrzebu, panie Jurku.

Gdy to słyszę, odchodzą ode mnie wszystkie siły witalne. Czuję, jakbym umierał sam.

— Myślę, że to ona nas tu przyprowadziła — szepcze, bierze mi z ręki pudełko z agrestem, stawia na trawniku i przytula się do mnie.

Zaczynam płakać jak dziecko. Czuję, jakbyś to była ty.

A może to nadal ty?…

Mamusia mówiła

Mamusia mówiła

Zatrzymać Samobójstwo Dorosłych

Mamusia mówiła, że nigdy nie zostanę sam. Nawet jeśli odejdzie, będzie spoglądała z góry. Ale ja nie rozumiałem, co to znaczy. Bo mamusia nigdy nie odejdzie, zawsze będzie przy mnie. Za każdym razem tak się cieszyłem, kiedy ją widziałem, chociaż wychodziło z niej tyle rurek. Ale taka pani w białym fartuchu przychodziła i nie pozwalała nam tam zostać. Najwyżej tyle, co trwa dobranocka. Potem wracałem z tatusiem do domu, tatuś robił kolację i układał mnie do łóżeczka tuż po dobranocce. Najbardziej pamiętam tę bajkę o dziewczynce, co macocha chciała ją otruć, a uratował ją książę.

Od dawna nie widziałem mamusi. Tatuś nie chciał powiedzieć, dlaczego do niej już nie jeździmy. Wczoraj wieczorem mówił, że musimy wstać rano, przyszykował jakieś ciemne ubrania, usiadł w kuchni przy oknie i się rozpłakał. Podszedłem, żeby go przytulić, ale od razu wziął mnie na ręce i zaniósł do łóżeczka. Ale nie mogłem zasnąć, bo brakowało mi mamusi. Patrzyłem na uchylone drzwi do mojego pokoiku, czy się w nich nie pokaże. Potem odwróciłem się do ściany, bo jakoś tak strasznie smutno mi się zrobiło, i zacząłem liczyć, jak nas uczyła pani Basia w szkole. Nie wiem, kiedy zasnąłem, ale pamiętam, że doliczyłem do tysiąca.

Rano nie chciałem wstać z łóżeczka. Miałem ochotę leżeć tak cały dzień. A przecież lubię szkołę i dzieci, z którymi mogę się bawić. Spojrzałem za okno: padał deszcz i było jakoś ciemno na dworze. Słyszałem, że tatuś chodzi po całym mieszkaniu, jakby czegoś szukał. Na chwilę zamykał się w łazience, potem wychodził, trzaskał drzwiami i zaraz włączał telewizor. Ale tatuś nigdy nie oglądał telewizora tak rano. Zaraz wyłączał telewizor i znów wchodził do łazienki. Czy to ja coś złego zrobiłem?

W końcu tatuś ubrał mnie w te ciemne ubranka, dał do napicia się soczku i pojechaliśmy bez śniadania do jakiegoś kościoła. Nie pamiętam, co tam było, ale czułem w sobie taki straszny smutek. Powiedziałem, że chcę stamtąd wyjść, ale mi nie pozwolił, bo deszcz i zimno. Patrzyłem tylko na księdza, co stał przed jakąś dużą skrzynią, a wokół leżało dużo kwiatów. Najbardziej zrobiło mi się smutno, gdy ksiądz machał czymś metalowym na łańcuchu i leciał stamtąd dym. Powiedział coś o prochu, ale to dziwne, bo tatuś mówił, że prochu używało się do armat i pistoletów. I jak poczułem ten dym, to źle się poczułem. Przytuliłem się do tatusia i tak mi się bardzo zachciało płakać. Potem przyszło czterech panów ubranych na czarno i wynieśli z kościoła tę skrzynię. A za nimi wyszli wszyscy ludzie. Później szliśmy pod parasolami za takim śmiesznym długim samochodem, który też był cały czarny jak ci panowie, co tę skrzynię wynieśli. Weszliśmy na cmentarz i zacząłem płakać, gdy podszedł wujek i spytał, czy brakuje mi mamusi. Wtedy zrozumiałem, że zakopują mamusię na cmentarzu. A ja tak bardzo nie chciałem, żeby ją zakopywali. Chciałem, żeby wróciła. Pamiętam, że tatuś wziął mnie na ręce i mocno przytulił. Tak strasznie gorzko mi się zrobiło w buzi od tych łez. Mamusia mówiła, żeby się nie wstydzić płaczu, że to wcale nie znaczy, że jest się dzieckiem. Pamiętam tylko, jak ci panowie ubrani na czarno spuszczają tę skrzynię do wielkiego dołu, a potem zasypują. Dlaczego musieli mamusię zasypać?

Potem pamiętam, jak szliśmy na piechotę do domu. Tatuś cały czas wycierał łzy. Spytałem, czy coś źle zrobiłem, ale spojrzał na mnie i powiedział, żebym nigdy tak nie myślał.

Od tego dnia tatuś przychodził do domu smutny, siadał przed telewizorem i oglądał go całymi wieczorami. Często prosiłem, żeby mi pomógł w pracy domowej, ale wtedy stawał przy mnie, pytał, czego nie rozumiem, ale nic więcej nie mówił. I w ogóle mi nie pomagał. W szkole zacząłem dostawać gorsze stopnie i pani kilka razy wpisała uwagę do dzienniczka, że przyszedłem bez odrobionych lekcji.

Gdy była jesień, tatuś przyszedł wcześnie do szkoły i mnie zabrał. Pojechaliśmy do cioci, która mówiła, że tatuś potrzebuje pomocy i żeby poszedł do lekarza, ale nazwy nie zapamiętałem. I tego samego dnia pojechaliśmy do przychodni. Tatuś mnie zostawił przy jakiejś pani, która odbierała telefony, a sam wszedł do gabinetu i siedział tam chyba pół dnia. Potem wyszedł, a pani doktor pogładziła go po ramieniu. Pomyślałem, że teraz to będzie nowa mamusia, a ja chciałem mojej prawdziwej mamusi. Byłem zły i na tatusia i na tą panią.

Tatuś przestał mnie odbierać ze szkoły, wracałem sam. Mówił, żebym uważał na samochody i nie rozmawiał z nieznajomymi. Robiłem tak, jak mówił tatuś. Tylko któregoś dnia jakoś się dziwnie poczułem i poszedłem na ten cmentarz, co tam mamusię zakopali do ziemi. Wszedłem przez bramę i zaraz podszedł do mnie jakiś pan i spytał, dlaczego jestem sam. Ale tatuś nie pozwolił mi rozmawiać z nieznajomymi, więc uciekłem. Biegłem, aż nie mogłem złapać tchu. Zobaczyłem taki mały budyneczek. Miał z przodu kratę, a dalej małe pomieszczenie. Chwyciłem za kratę i otworzyłem ją. Wszedłem do środka. Pod sufitem był straszny pająk, który miał na plecach narysowany taki sam znak, jak na tych kamiennych płytach, co wokół. Przypomniałem sobie, że mamusia mówiła na to „krzyż”, ale nie wiedziałem, co to znaczy. Ciocia kiedyś mi opowiadała, że dawno temu jakaś pani z dzieckiem uciekała przed złymi ludźmi i schowała się w jaskini. Ci źli ludzie nie szukali jej tam, bo wejście zasłoniły pajęczyną właśnie takie pająki z tym krzyżem. Podobno te pająki ją uratowały. Jakoś nie wierzyłem cioci, bo bardzo się bałem tych pająków. Ale siedziałem w tym budyneczku z tym pająkiem, bo tatuś mi nie powiedział, żebym się ich bał, mówił, żebym nie rozmawiał z nieznajomymi.

Po jakimś czasie, gdy nie widziałem już nikogo wokół, wyszedłem i zacząłem szukać miejsca, gdzie zakopali mamusię. Jak tylko kogoś widziałem, chowałem się za te krzyże. Malutki jestem, więc mnie nie zobaczyli. Szukałem chyba pół dnia, ale przypomniałem sobie, że mamusię zakopali pod takim wielkim drzewem. Wszedłem na jedną kamienną płytę, potem ostrożnie, żeby nie spaść na krzyż i zobaczyłem to drzewo. Rosło całkiem niedaleko. Pobiegłem tam jak najszybciej. W tym miejscu, gdzie zakopali mamusię, był też krzyż, ale drewniany. A na nim tabliczka, na której ktoś napisał imię i nazwisko mamusi i jakieś cyfry. Ziemia była usypana w taki mały nasyp, na którym leżało dużo kwiatów.

Zrzuciłem tornister i zacząłem przekładać kwiaty na bok. Wszystkie już uschły. Jedne były naprawdę ciężkie, bo wyglądały jak takie koło do pływania po wodzie. Ledwo go uniosłem, ale w końcu mi się udało. Gdy nasyp był już pusty, zacząłem rękami kopać. Ci panowie, co byli na czarno ubrani, to mieli łopaty i szybko zasypali dół, ale wiedziałem, że jeśli będę długo kopał, to odkopię mamusię i rękami. Odgarniałem ziemię na bok, na miejsce obok, gdzie nie było ani kamiennej płyty, ani podobnego nasypu jak tu, u mamusi. Jak pomyślałem, że niedługo znów będę z mamusią, zacząłem płakać. Ale kopałem dalej. Wycierałem łzy dłońmi i kopałem, i kopałem. Spociłem się zaraz, że musiałem zdjąć kurtkę. Jak kolejny raz wytarłem twarz z łez, poczułem, że ziemia zgrzyta mi między zębami. Stanąłem więc i próbowałem wypluć to co w buzi, bo mamusia kiedyś mówiła, że w ziemi są bakterie i można się zarazić. Zobaczyłem, że mam całe czarne ręce. Wytarłem je w kurtkę, bo mamusia będzie się gniewała, że jestem taki brudny. I znów zacząłem kopać.

Gdy dół sięgał mi do piersi, zmęczyłem się. Powoli robiło się ciemno. Poczułem, że tak bardzo chce mi się spać. Założyłem z powrotem kurtkę i położyłem się na dnie tego dołu. Chciałem odkopać mamusię, ale już nie miałem siły. Jak się prześpię, będę kopał dalej. Nawet nie wiem, kiedy usnąłem.

Obudziło mnie wołanie tatusia. To mnie wołał. Było całkowicie ciemno, a ja bardzo zmarzłem. Wstałem i próbowałem wyjść z tego dołu, co go wykopałem, ale cały czas obsypywała się ziemia i spadałem na dno. W końcu zobaczyłem światło latarki, a po chwili tatuś stanął nade mną zdyszany i upadł na kolana. Zaczął bardzo płakać. A ja razem z nim. Chciałem się do niego przytulić, ale byłem w tym dole, a on tam na górze. Za chwilę tatuś przetarł oczy, wyciągnął mnie z dołu i bardzo mocno przytulił, tak, że aż mi kości zatrzeszczały. Widziałem w świetle tej latarki, że bardzo go ubrudziłem. Zasnąłem mu chyba na rękach.

Następnego dnia gdy się wyspałem, poszliśmy do tej samej pani doktor, co tata był u niej kilka dni wcześniej. Mówiła mi, że czasem tak jest, że ktoś umiera i nie da się go już ani odkopać, ani przywrócić do życia.

Ale ja w to nie wiezrę. Wiem, że mamusia jest gdzieś, tylko daleko, i spogląda na mnie z góry, jak to mi mówiła tuż przed śmiercią. Tak bardzo za nią tęsknię. Chciałbym już umrzeć i być z nią tam na górze. Tatuś mówił kiedyś, że nieba nie ma, ale ja w to nie wierzę.

Dotknąć klawiszy…

Dotknąć klawiszy…

Sztuka, Kolaż, Projekt, Kolorowy, Kolor, Streszczenie

To było dla mnie jak olśnienie. W półmroku sali gimnastycznej siedziałem oniemiały i nie mogłem uwierzyć, że to ty. Miałem wrażenie, że śpię w domu, w cieple pieleszy, a dźwięki pochodzą z mojej wyobraźni. Jeszcze do tego oświetlona byłaś punktowym reflektorem. Kołysałaś się przy klawiaturze wprzód i w tył. Nigdy wcześniej nie słuchałem z przyjemnością muzyki poważnej, a wtedy czułem, że żadna inna muzyka nie dorasta temu do pięt. Dopiero gdy skończyłaś, ogarnąłem się, zamknąłem rozdziawione usta i byłem w stanie wstać i bić brawo. Pamiętam, że aż dłonie mnie rozbolały. I wracałem do domu, nucąc sobie ostatni utwór, mimo iż nie był łatwy.

Tydzień później, gdy już wakacje trwały w najlepsze, zaprosiłem cię na spacer do pobliskiego lasu. Zgodziłaś się, mimo iż w szkole nie utrzymywaliśmy praktycznie żadnych stosunków. Przyszłaś w zwiewnej sukni, w aksamitnej chusteczce na włosach i z łańcuszkiem na prawej kostce nogi. Wyglądał trochę, jakby zsunęła ci się drogocenna podwiązka od pończochy, które stały się dla mnie, jako nastolatka, ważne kilka miesięcy wcześniej, gdy obejrzałem film miłosny z lat trzydziestych. Właśnie tak wyobrażałem sobie młodziutką artystkę. Pamiętam, że weszliśmy na niewielkie wzgórze, na którego szczycie rozciągała się spora polana z żółtymi mleczami, niebieskimi chabrami i kilkoma płaczącymi wierzbami. Usiedliśmy pod jedną z wierzb i zasypywałem cię pytaniami dotyczącymi gry na fortepianie. Odpowiadałaś spokojnie, z namaszczeniem; czułem, że muzykujesz z pietyzmem. A gdy zadałem ci pytanie o to, co nakłoniło cię do gry na fortepianie, zamilkłaś, stuliłaś głowę i bardzo posmutniałaś. Wiedziałem, że nie mogę ciągnąć tematu.

Tydzień później dałaś się pocałować pod tą samą wierzbą. Był to pierwszy pocałunek w moim życiu. Jak później powiedziałaś, w twoim też. Czułem, jakbym doznał nirwany: nie istniał świat, nie liczyły się problemy, zanikło odczuwanie wszystkiego oprócz ciebie. I wtedy pierwszy raz poczułem od ciebie chłód. Z jednej strony całowałaś czule, z podnieceniem, a z drugiej dało się wyczuć jakiś opór. Jakby coś trzymało cię na przysłowiowej smyczy i nie dało puścić się dzikim pędem w stronę pożądania.

Potem wielokrotnie odwiedzałem cię u ciebie w domu, ale tylko wtedy, gdy byłaś sama. I za każdym razem bardzo pilnowałaś, czy nikt nie nadchodzi oraz godziny, kiedy musiałem już wyjść. Zawsze prosiłem, żebyś zagrała jakiś swój ulubiony utwór i za każdym razem była to ta sama kompozycja Chopina, która wywoływała u mnie gęsią skórkę. Któregoś razu podszedłem do twoich pleców, gdy grałaś i przytuliłem się. Oparłaś głowę o moją klatkę piersiową, zamknęłaś oczy i zagrałaś chyba najpiękniej, jak potrafiłaś. Poszedłem w twoje ślady i również zamknąłem powieki. Staliśmy się jednym organizmem, gdzie ty byłaś mistrzem, a ja twoją pożywką.

Wyszłaś na chwilę do toalety i zostałem sam przy tym instrumencie, dzięki któremu staliśmy się sobie bliscy. Wierzyłem, że to dźwięki zawarte wewnątrz instrumentu, wychodzą same pod wpływem naciskanych klawiszy i wpływają do ciała artysty i słuchaczy. Podszedłem do fortepianu, uniosłem dłoń nad klawiaturą w miejscu, gdzie dźwięki wydawały się najprzyjemniejsze, zamknąłem oczy i do głowy mi przyszło, aby pomyśleć życzenie. Pierwsze, o czym zamarzyłem to, aby być z tobą.

Po prostu być razem z tobą.

Już chciałem nacisnąć klawisze, które miały zadziałać podobnie jak spadająca gwiazda, gdy weszłaś ty. Odskoczyłem od fortepianu, zupełnie jakbym chciał dokonać przestępstwa, a przynajmniej świętokradztwa. Poczułem, że jakbym dotknął klawiszy, poparzyłbym się.

Dwa dni później poszliśmy na tę samą polanę na szczycie wzniesienia już wieczorem. Siedzieliśmy pod płaczącą wierzbą, gdy powoli zapadał zmrok. Wtedy po raz pierwszy się kochaliśmy. Nad głowami szumiał wiatr, obok tętniła dźwiękami rzesza czerwcowych świerszczy, w oddali pomrukiwało miasteczko, a obok wzdychałaś ty. Czułem, jak każdy twój głęboki oddech przewiercał mnie emocjonalnie i mocował uchwyty w moim ciele, dzięki którym wystarczyło jedno dotknięcie, abym był twój.

Od tego dnia spotykaliśmy się codziennie, ale zawsze, gdy nie było twoich rodziców. Potem wracałem do domu i włóczyłem się samotnie po okolicznych drogach i ścieżkach, nie mogąc się otrząsnąć z miłości, która mnie dopadła. Ale z drugiej strony właśnie moim celem i marzeniem było, aby się nie otrząsnąć. Chciałem trwać w tym stanie jak najdłużej, dopóki życie mnie nie wezwie, aby stawić mu czoła. Zaniedbywałem kolegów, zdawkowo traktowałem rodzinę, a że trwały wakacje, nie musiałem się martwić nadchodzącą w najbliższym roku szkolnym maturą. Nawet kładąc się spać, myślałem o tobie. I prawie codziennie mi się śniłaś.

Kilka tygodni później, gdy wakacje zbliżały się do końca i siedzieliśmy pod tą samą wierzbą, powiedziałaś, że nie miałaś już dwóch okresów. Zamarłem. Przytuliłaś się do mnie i powiedziałaś:

– Obym się myliła, bo ojciec mnie zabije.

Nie potrafiłem na to odpowiedzieć. Siedziałem jak oniemiały. W jednej chwili miałem ochotę pozbyć się ciebie z mojego życia, uciec jak najdalej, oby tylko uniknąć odpowiedzialności. Nie potrafiłem sobie wyobrazić siebie jako ojca, gdy sam niejednokrotnie potrzebowałem jeszcze opieki. Miałem w końcu dopiero osiemnaście lat.

Tego dnia wróciłem do domu, wszedłem w ubraniu do łóżka i przykryłem się cały kołdrą, chcąc chyba uciec od bezwzględnego świata. Odciąłem się od wszystkiego i zapadłem w marzenia. Nagle zobaczyłem pod tą kołdrą mały, świecący fortepianik wielkości pudełka po butach. Odruchowo przybliżyłem głowę, aby się upewnić, czy nie mam zwidów. Jednak był, istniał i, jakoś tak, promieniował. Jeszcze bardziej się do niego zbliżyłem. Poczułem woń starego mebla, jakiej często można doświadczyć w muzeum czy leciwym, drewnianym domu. Odruchowo wyciągnąłem rękę, aby go dotknąć, ale dokładnie w tym momencie poczułem, jakby prąd elektryczny przeszył moje ciało. Zacisnąłem kilkakrotnie palce, upewniając się, że nie odebrało mi czucia, i przypomniałem sobie grane przez ciebie utwory. Znów poczułem, że gdybym dotknął tego malutkiego fortepianu, dokonałbym świętokradztwa, a może zerwał z muzycznego nieba najjaśniejszą gwiazdę, która świeciła, odkąd usłyszałem cię w sali gimnastycznej. Przytuliłem się za to do tego fortepianu, zamknąłem oczy i odpłynąłem, gdzie nie istniały troski, gdzie wciąż byłaś tą dziewczyną, która swoją grą dostarczała mi jedynie rozkoszy, a nie odbierała nic, informując o braku okresów. Rozpłynąłem się w niebycie beztroski.

Od tego dnia starałem się ciebie omijać, szerokim łukiem obchodzić okolice, gdzie mieszkałaś i nie zbliżać się do polany na wzniesieniu, gdzie uprawialiśmy seks. Często chadzałem na długie spacery, daleko poza granice naszego miasteczka, aby zostawić za sobą nadchodzący ciężar odpowiedzialności. I udawało mi się to. Miewałem wrażenie, że wraz z krokami pompuję do głowy jakieś hormony, które pomagają spojrzeć na problem z dystansu lub po prostu przezwyciężyć złowrogi lęk. Radowałem się wtedy każdym napotkanym drobiazgiem, każdym symptomem spontanicznego życia. Trawy cieszyły jak nigdy, zboże szumiało inaczej, jakoś tak pro ludzko, drzewa dawały zbawienny cień od sierpniowego upalnego słońca, a przepływające strumyki urzekały krystaliczną wodą, którą dopiero wtedy odważyłem się pić, zaczerpując w złączone w naczynko dłonie. Potem wracałem do domu i zwykle dopadało mnie zniechęcenie, apatia i coś na kształt depresji. Kazałem rodzicom mówić, że nie ma mnie dla nikogo, i nawet dla ciebie nie robili wyjątków. Kilkakrotnie prosiłaś, abym się z tobą skontaktował, ale nie chciałem o tym słyszeć. Wieczorami wchodziłem pod moją kołdrę, bo chciałem znów zobaczyć ten malutki fortepianik, ale się nie pojawiał. Znikł. Z mojej wyobraźni czy już mojej realnej rzeczywistości?

Tydzień później zapukała do mnie policja, kiedy siedziałem w domu sam. Naiwnymi i dziecinnymi oczyma wyobraźni zobaczyłem, jak zawiadamiasz ograny ścigania, że próbuję uniknąć odpowiedzialności. Stanąłem na baczność i oczekiwałem wyroku. Jednak policjanci jakby ze smutkiem spytali, czy mogą wejść, i po chwili usiedli na kanapie w dużym pokoju. Zaczęli pytać, co mnie łączy z tobą, jak układały się nasze stosunki i kiedy widziałem cię po raz ostatni. Odpowiadałem doskonale, na każde pytanie pełnymi zdaniami, czułem, że jak tylko wypadnę dostatecznie dobrze, to sobie pójdą i nie powróci koszmar braku twoich okresów.

Jednak po chwili jeden z nich wstał, podszedł do mnie, wziął mnie tak po ludzku za przedramię i oświadczył:

– Ania nie żyje. Zabił ją ojciec, gdy dowiedział się, że jest w ciąży.

Nie pamiętam nic więcej z tego wieczoru. Kojarzę jedynie, że zaszywając się pod swoją kołdrą, znów widziałem świecący fortepianik. Tym razem pachniał jeszcze mocniej, kusił zamkniętymi w środku złotymi dźwiękami jeszcze bardziej, stwarzał jeszcze większe poczucie bezpieczeństwa. I obija mi się po głowie jedynie, że byłem bliski, aby nacisnąć klawisze, wydobyć dźwięki, ale z jakiegoś powodu tego nie zrobiłem.

W połowie września, kiedy po raz kolejny się rozchorowałem na tyle, że znów wzięto mnie do szpitala, a kiedy przestałem reagować na innych ludzi, przysłano psychiatrę. Mówił jakimś niezrozumiałym językiem, którego pojedyncze słowa rozumiałem, lecz całość mieszała się, tworząc miksturę z innego wszechświata. Posiedział przy mnie dłuższy czas, próbował rozmawiać, ale de facto był to monolog. Odchodząc, polecił, aby podawać mi jakieś proszki, nawet gdybym się sprzeciwiał. Potem czułem się jak w wehikule czasu: ludzie krzątali się wokół mnie w przyspieszonym tempie, słońce i chmury tańczyły za oknem, a cykl dnia i nocy stał się jak oddech, dzięki któremu jeszcze żyłem.

Po jakimś czasie, gdy zapłakani rodzice po raz kolejny rozmawiali z lekarzami, zdecydowano, że przewiozą mnie do domu i tam będą doglądać. Mama odeszła z pracy, aby się mną opiekować, a tata sprowadzał kolejnych psychiatrów i psychologów. Żaden nie mógł znaleźć ani kontaktu ze mną, ani tym bardziej sposobu na przywrócenie mnie do stanu zdrowia psychicznego. Znów ludzie biegali w przyspieszonym tempie, ja nawet ruszałem się nieco, ale ani nie reagowałem na słowa, ani nie byłem w stanie zadbać o swoją cielesność.

Od momentu, gdy dowiedziałem się o twojej śmierci, trwało to równo dziewięć miesięcy. Wciąż tkwiłem w łóżku, wciąż prawie bez ruchu, wciąż żadnego kontaktu. Aż gdy któregoś dnia z samego rana mama zrywała kolejną kartkę kalendarza, pod którą widniała właśnie dziewiąta miesięcznica, nagle wstałem i wyszedłem z domu w piżamie na bosaka. Mama próbowała mnie powstrzymać, ale odepchnąłem ją z taką siłą, jakbym przez te wszystkie dni w łóżku zbierał energię właśnie na tę chwilę. I poszedłem poza miasto. Świeciło mocne słońce, właśnie zaczynały się w szkołach wakacje, a ja wędrowałem, gdzie mnie nogi poniosły. A w głowie od samego rana grała mi melodia, którą ty wtedy zagrałaś na sali gimnastycznej. Nie wiem, ile kilometrów pokonałem, ale do domu wróciłem z pozdzieranymi do krwi stopami. Znów wezwano psychiatrę i policję, która ponoć szukała mnie cały dzień. Ja tylko powiedziałem zwyczajne „dzień dobry” i zamknąłem się w swoim pokoju. Czułem się wykończony. Ponownie zaszyłem się pod kołdrą i po raz kolejny ujrzałem ten mały fortepianik. Muzyka w głowie ucichła natychmiast, jakby zawstydzona prawdziwym pięknem, jakie skrywał w sobie ten miniaturowy instrument. Tym razem poczułem od niego silne ciepło, wręcz emanował nieparzącym gorącem. Przytuliłem się i zapragnąłem stać się z nim jednością. Kusił mnie, nęcił, choć sam nie do końca rozumiałem do czego. I tak jak poprzednio patrzyłem jak zahipnotyzowany w klawisze, ale nie odważyłem się ich dotknąć.

Po wakacjach wróciłem do szkoły, choć do innej grupy ludzi, bo moi byli już po maturze. Muszę przyznać, że nauka szła mi całkiem nie najgorzej. Codziennie jadłem posiłki, normalnie spędzałem ze starymi przyjaciółmi wolny czas i zwyczajnie chadzałem na osiemnastki nowych znajomych. Rano długo wylegiwałem się w łóżku po przebudzeniu, patrząc, jak słońce, teraz o wiele wolniej niż, gdy leżałem w bezruchu, przesuwa się po nieboskłonie, jak podlatują na parapet wróble i sroki i wpatrują się w moją stronę. W drodze do i ze szkoły liczyłem pod stopami płytki chodnikowe, próbując za każdym razem osiągnąć dokładnie tę samą ilość kroków. Często zasiadałem w kuchni przy oknie i wpatrywałem się z przeszklony świat, zupełnie jakbym mógł znaleźć tam to, co…

Dni upływały tak samo, ale z każdym przebudzeniem wdzierała się do mojej głowy coraz potężniejsza cisza, która jakby sobą zakłócała dźwięki z zewnątrz. A wraz z tą ciszą narastała pustka, do zapełnienia której z każdym dniem brakowało coraz więcej środków. Czułem się, jakby wewnątrz mojej głowy powstawała gigantyczna jaskinia dudniąca echem, które, zniekształcając wszystkie dźwięki, tworzyło coś, co byłem w stanie nazwać tylko jednym słowem: otchłań. I na co dzień coraz bardziej mnie korciło, aby zagrać na tym malutkim fortepianiku.

Aż któregoś razu, gdy po jednej osiemnastce odprowadzałem do domu dobrą koleżankę, ona oświadczyła mi się, powiedziała, że żyć beze mnie nie może, że nigdy nie spotkała kogoś takiego jak ja. Rzuciła mi się na szyję i zaczęła całować. Nie wiem, co zrobiłem, ale ocknąłem się, gdy siedziałem po turecku przed twoim grobem. Przyszedłem tu pierwszy raz. Sam nie wiem, jak tu trafiłem. Przed oczyma miałem napis:

Zmarła razem z nienarodzonym dzieckiem śmiercią tragiczną.

A poniżej:

Nie lękaj się, ona czeka na Ciebie w niebiesiech.

Znów nie wiem, co się ze mną działo przed dłuższy czas. Pamiętam jedynie, że w nocy włamałem się do apteki i wykradłem spory zapas leków nasennych. Potem też niewiele pamiętam, aż do momentu, gdy ponownie zaszyłem się pod kołdrą. W świetle fortepianiku nasypywałem do garści tabletek i popijałem wódką prosto z butelki. Podchodziłem coraz bliżej fortepianu. Ciało stawało się coraz bardziej bezwładne, powieki coraz cięższe, aż poczułem, że znów jestem w wehikule czasu.

Siedziałaś na sali gimnastycznej i grałaś utwór muzyki poważnej. Nie mogłem uwierzyć, że dziewczyna, którą tak dobrze znałem, potrafi tak grać. Ale nagle muzyka ucichła, ty wstałaś od fortepianu, podeszłaś do mnie, wzięłaś mnie za rękę i delikatnie pociągnęłaś w stronę drzwi, za którymi jaśniało błękitne, żywe światło. Poszedłem za tobą.

Mały fortepianik wciąż świecił. Pierwszy raz w życiu pewnie wyciągnąłem ku niemu dłoń i…

Nacisnąłem klawisze…

Odezwał się dźwiękiem złotym.

I rozbłysł błękitnym światłem, które mnie pochłonęło.

Twój HP

Twój HP

Macierz, Technologia, Tech, Danych, Cyfrowy, Sieci

Stary komputer zaniemógł. Szum, wycie wiatraka, bzyknięcie i koniec. Nic dziwnego, miał już trzy lata, czyli staruszek. Wystawiłem więc go na wyciągniętych rękach za okno, zamknąłem oczy, odmówiłem komputerową modlitwę i puściłem z ósmego piętra. Stałem przy oknie, nie za bardzo wiedząc co ze sobą zrobić. Komputera nie miałem, telewizora już dawno też nie, książek nie czytałem, więc pozostało mi wpatrywanie się w świat. Z zamroczenia wyrwało mnie pukanie do drzwi.

– Kogo licho niesie? – spytałem, otwierając drzwi.

– Panie kochany, przyszłam panu podziękować – powiedziała kobieta z miną, jakby złapała Pana Jezusa za bosą stópkę.

– A za cóż to? – Skrzywiłem się.

– Mój mąż szedł do kolegów na libację, właśnie odkręcił flaszkę, postawił ją na chodniku, aby zapalić papierosa, i pański komputer spadł na flaszkę. Jak to zobaczył, rzucił papierosa i pobiegł do pobliskiego kościoła, aby się modlić.

– Ale…

– To dzięki panu! Mąż mówi, że to cud, że go nie zabiło. Powiedział, że resztę życia spędzi bogobojnie!

– Ale…

– Jestem tak bardzo panu wdzięczna! – Chwyciła mnie za ramiona i pocałowała prosto w usta. – Mój zbawicielu!

Dwie godziny później wyszedłem z domu dumny i blady. Ja, wielki informatyk, zbawiciel alkoholików, nadzieja umęczonych szedłem kupić sobie nowy komputer. Jakiś przechodzień gryzł znaczek Apple’a, nieco wyżej roiło się od symboli systemu operacyjnego Microsoftu, a na niebie świeciło coś podobnego do ikonki Gadu-Gadu. Przydrożne reklamy kusiły znamienitymi markami. Ale dla mnie był tylko jeden święty Marek, a właściwie święta marka: to Hewlett Packard.

Wszedłem więc do marketu komputerowego i od razu skierowałem się do stoiska z laptopami. Niestety, nie wziąłem z domu okularów, owładnięty słowami kobiety sprzed dwóch godzin. I tak widziałem takie notebooki jak: Ell (czy to ten wydawca prasy dla kobiet?), Sus (zdaje się to nawiązanie do aktywności fizycznej), Cera (czyżby coś o urodzie?), Hujowiej (tego raczej nie chciałem), Piano (aż dziw, że są firmy aż tak wielobranżowe), nawet był jakiś wyprodukowany na Nowo czy coś. Jednak na końcu był mój producent: HP. HP… HP…….. Westchnąłem tylko głęboko i poprosiłem o moje marzenie.

W domu go odpaliłem. Cichutki jak alkoholik z flaszką denaturatu. Włączyłem przeglądarkę. Wyświetliła mi się strona reklamowa HP. Kliknąłem. Ale w tym momencie zaczęło się!

Notebook zawył wentylatorem, zamrugał wszystkimi diodami, błysnął kamerką i wyświetlił na ekranie napis najbardziej romantyczną czcionką, Times New Roman:

Kocham Cię, Antosiu! Ajlowjucię!

Zamarłem. Czyżby to wirus? Chwyciłem więc mojego służbowego pandrive’a i jak najszybciej zainstalowałem z niego antywirusa. W tym momencie jeszcze bardziej zaszumiało i ikonka antywira pękła, a po chwili rozsypała się na drobny pył. Przeraziłem się, bo który wirus może mieć takie możliwości, taką siłę? Wtem ekran znów zamigotał i pojawiło się wyświetlone zdjęcie przedstawiające negatywny wynik badania na obecność HIV, a obok napis:

Nie potrzebujemy antywirusa, jestem czysty, twój HP.

Złapałem mocniej myszkę, ale w tym momencie ona sama zaczęła mi jeździć pod dłonią. Puściłem ją i chciałem wyświetlić stronę, jak pozbyć się wyjątkowo groźnych wirusów. Już wpisałem na pamięć adres, ale zauważyłem, że zamiast polskiej strony jest wprowadzona nazwa w obcym języku, innymi literami. Zerknąłem na prawy dolny róg ekranu i ustawiona była klawiatura w języku chińskim. I zamiast strony z przepisami na wyleczenie komputera, wyświetliła się chińska strona pornograficzna, a na niej ośmiu facetów z jedną kobietą. Pod spodem pojawił się napis:

O ludzi nie jestem zazdrosny, ale komputerów nie waż mi się oglądać. Twój HP.

Byłem w pułapce. Mój komputer oszalał.

Przez najbliższe kilkanaście godzin oglądałem setki pornoli w różnych, czasem niezrozumiałych dla mnie kombinacjach, i odchodziłem od zmysłów. Tyle pieniędzy wydanych tylko po to, aby mieć przemęczone przedramię…

W końcu, gdy już miałem dość, resztkami sił wstałem od komputera, podszedłem do okna, za którym panowała nieprzenikniona ciemność, stanąłem na parapecie, zamknąłem oczy i przechyliłem się w stronę śmierci…

Ten lot trwał całe moje dotychczasowe życie…

Aż gruchnąłem, jak mi się wydawało. Rozejrzałem się: byłem zawinięty w jakieś płótno i wszędzie paliły się świece. „Tak wygląda niebo” – pomyślałem.

Lecz spomiędzy świec, z całkowitej ciemności wynurzyła się twarz kobiety, która zapukała do mnie rano.

– Jesteś, mój zbawco! – zawołała. – Spójrz, to na twoją cześć.

Rozejrzałem się. Wcale nie byłem w niebie. To, co mnie uchroniło przed śmiercią to płótno służące jako baldachim nad czymś, co wyglądało jak ołtarz.

– Mąż już nie pije, mój zbawco! Jesteś wreszcie tam, gdzie być powinieneś, na ołtarzu!

W świat snów

W świat snów

Przedstawiam swój stary tekst. Nie wiem, co o nim sądzić.

Ciekawa historia się z nim wiąże. Kiedyś, bardzo dawno temu napisałem podobny tekst i później myślałem, że mi przepadł na zawsze. Więc napisałem ten. Kilkanaście miesięcy później znalazłem ten sprzed lat i okazało się, że imiona bohaterów są identyczne. Tematyka również bardzo podobna. A zupełnie nie pamiętałem świadomie, o czym był ten stary.

Wróbel, Sperling, Ptak, Upierzenie, Wtapianie, Zwierząt

– Dzień dobry, panie doktorze.

– Witam pana.

– Da pan chwilę? – zapytał doktora, podchodząc niepewnie do jego biurka. – Zaraz powiem, co mi jest.

– Oczywiście, nie ma pośpiechu.

– Gdzie mam usiąść? – kontynuował Marcin i rozejrzał się po całym gabinecie. – Tutaj, na tym krześle?.

– Tak. – Zwracając uwagę na każdy ruch, lekarz uważnie obserwował pacjenta. Był łysiejącym facetem, w wieku około pięćdziesiątki, ubrany był w szary garnitur, białą koszulę i krawat w pięciolinie.

Tymczasem Marcin spoczął i dopiero wtedy wzrok lekarza padł na niego.

– Więc mam problemy z koncentracją i wrażenie, że wszystko jest moją winą – wypowiedział Marcin jednym tchem, wziął głęboki oddech i dodał – to tak w skrócie.

– Wszystko, co pan robi, jest pana winą, czy nie tylko to?

– To znaczy? – To pytanie wydało się Marcinowi trochę niejasne, toteż przyjrzał mu się uważnie i czekał na odpowiedź.

– Chodzi o to – wyjaśniał psychiatra – że jeżeli przydarza się coś, w czym pan nie brał udziału, to też uważa pan, że zawinił?

– Tak.

– To proszę to nieco rozwinąć. – Lekarz cały czas przypatrywał się pacjentowi.

– Więc już jako nastolatek potrafiłem się przyznać do rzeczy, których nie zrobiłem – mówiąc to, cofnął się pamięcią wstecz i próbował sobie przypomnieć, co się niegdyś wydarzyło.

– Ale zdawał sobie pan sprawę, że to nie pana wina, a mimo to, robił?

– No właśnie nie do końca – Marcin pokręcił lekko głową, przekrzywił nieco usta, spoglądając pod nogi. – Miałem taką sytuację w szkole podstawowej, że któryś z kolegów coś przeskrobał, nauczycielka kazała się komuś przyznać, więc ja bez wahania to zrobiłem. Dopiero wtedy winny wstał i powiedział, że to on. – Zrobił krótką przerwę i dodał – ja cały czas myślałem, że to ja. Potem inni potwierdzili, iż nie miałem z tym nic wspólnego.

– Jak pan na to zareagował? Zdziwiło to pana? – Próbując zgłębić problem Marcina, lekarz zmarszczył brwi.

– Owszem. – Pacjent pokiwał głową i z przejęciem to rozwinął. – Na początku byłem pewien, że wszyscy próbują mnie bronić i że to ja narozrabiałem.

– A kiedy się pan zorientował, że mówią prawdę?

– Jakiś czas później, gdy winowajca zaczął ze mną rozmawiać i opowiedział w szczegółach całe zajście. – W tym momencie Marcin zapadł się w sobie, przywołując sytuację sprzed lat. – Inni też mówili identycznie.

– A jak pan się czuł, gdy zrozumiał, że się niesłusznie przyznawał?

– To dziwne… – Marcin zawiesił głos, rozejrzał się po gabinecie, spuścił wzrok i oznajmił – pomyślałem, że sobie na to zasłużyłem.

– A teraz jak pan myśli?

– Teraz mam dwadzieścia dwa lata – niejako domagając się pomocy, pacjent spojrzał rozmówcy głęboko w oczy – zdążyłem siebie jako tako poznać i wiem, że ze mną zawsze było coś nie tak.

– Ale czy sądzi pan, że zasłużył sobie na nieswoją karę?

– Nie – Marcin zaprzeczył, po czym sprostował – raczej nie.

– Raczej czy na pewno? – psychiatra dopytał.

– Wie pan, panie doktorze… – Mimo że starał się być analityczny, to jednak coś go gryzło. – Logicznie rzecz biorąc, to wiem, że nie, ale czasem dopada mnie myśl, że to dobra sankcja za moje grzechy.

– Czyli zdaje pan sobie sprawę, że ma na koncie jakieś przewinienia?

– Tak, doskonale.

– Ale przecież nikt nie jest bez win. – Lekarz, rozłożywszy nieco bezradnie ręce, dał mu do zrozumienia, że wszyscy są ludźmi. – Lecz nikt nie powinien uważać, że koniecznie musi być za to ukarany. Szczególnie że mamy tu do czynienia z braniem na siebie czyichś kar.

– Nie wiem, co powiedzieć. Tak mam i już… – Marcin spuścił głowę i przez dłuższy czas jej nie podnosił.

– A jakieś inne przykłady obarczania się? – dopytał doktor.

– Spotykałem się z pewną dziewczyną i przez pewien czas było wszystko w porządku – rozpoczął pacjent po chwili zastanowienia. – Ale potem ona szybko nauczyła się, że po każdej sprzeczce biorę winę na siebie, więc zaczęła to wykorzystywać. Najpierw tylko powtarzała, że jestem dla niej jakimś skaraniem boskim, a później to już mnie znienawidziła i wkrótce odeszła.

– A nie potrafił pan rozstrzygnąć, czyje było przewinienie naprawdę?

– Sam nie wiem. – Marcin po raz kolejny pokręcił głową, jakby nie mógł się pogodzić z własnym sobą. – Za każdym razem miałem wrażenie, że będzie lepiej, jeśli okażę pokorę.

– Kobiety tego nie lubią – oznajmił psychiatra z odrobiną złości.

– Chyba tak… – Zamyślił się pacjent, znów spuścił wzrok i dodał – teraz to już wiem, ale mimo to nie żałuję, że brałem wszystko na swoje barki.

Nastąpiła dłuższa cisza, gdyż Marcin nie za bardzo wiedział, co dalej mówić, a lekarz jakby czekał na coś więcej. Siedzieli niemal naprzeciwko siebie, oddzieleni biurkiem.

– Nie wiem, czy to panu pomoże, ale przypiszę panu pewien lek – lekarz, mówiąc to, wziął głęboki oddech i zajrzał do książki ze spisem farmaceutyków.

– A jak on działa? – dopytał pacjent.

– Generalnie – wyjaśniał doktor, przeglądając spis – pozwala nieco wyrzucić na zewnątrz emocje. Za długo musiałbym tłumaczyć…

– A nie zaszkodzi mi?

– Nie powinien – odpowiedział psychiatra nieco niepewnie i z pewną dawką sceptycyzmu.

– A jakie są skutki uboczne?

– Przede wszystkim może pan przybrać na wadze. – Lekarz wziął się już za wypisywanie recepty.

– Tym się akurat nie przejmuję – Marcin nieco się uśmiechnął – Gdyż, jak pan doktor widzi, do grubasów nie należę.

– To prawda. – Lekarz jeszcze raz zmierzył Marcina od stóp do głowy. – Nie zaszkodzi, jeśli pan przytyje kilka kilogramów.

– Zawsze byłem za chudy.

– Dobrze… – Doktor przybił pieczątkę, chwilę później się podpisał, jeszcze raz na nią rzucił okiem i dodał – oto recepta, a na wizytę kontrolną proszę przyjść za miesiąc.

Potem lekarz dopełnił formalności, Marcin podziękował i pożegnali się. Wyszedł z gabinetu i skierował się do najbliższej apteki, gdzie wydano mu lekarstwo, a później pojechał na studia. Miał duże wątpliwości co do słuszności swojej wizyty u lekarza i brania prochów psychotropowych, ale skoro zarówno rodzina, jak i niektórzy przyjaciele to doradzali, to poszedł. Z jednej strony nie chciał żadnych farmaceutyków, a z drugiej miał dość życia takiego jak dotąd. Wiedział, że to przez swoje obarczanie się, nie był w stanie stworzyć związku z byłą dziewczyną, a poza tym chciał coś zmienić.

ROZDZIAŁ II

Na początku nie zauważył żadnych zmian w swoim zachowaniu, poza dziwnym mrowieniem w okolicach mostka pierwszego dnia. Uznał, że tak powinno być i przyjmował lekarstwa raz dziennie, zgodnie z zaleceniami. Najważniejsze było dla niego, czy ten specyfik zmieni postrzeganie świata trwale, czy tylko tymczasowo, na czas zażywania. Wiedział, że nie chce brać ich przez całe życie, więc miał nadzieję, że wywrą długotrwały skutek. Poza tym zdawał sobie sprawę, że skoro raz był u tego specjalisty, to przy ewentualnych problemach będzie widniało, iż leczył się psychiatrycznie, a to nie jest okoliczność sprzyjająca. Mogło to przecież zaszkodzić choćby w znalezieniu pracy. Co prawda uświadamiał sobie, że to prawdopodobnie nigdy się nie wyda, jednakże przewidywał przeróżne możliwości, a niektóre z nich dość mocno nadinterpretowywał. Tak czy inaczej, ewentualnymi skutkami starał się nie zaprzątać sobie głowy. Niemal każdego dnia wieczorem, siedząc samotnie w domu, marzył o dziewczynie: jak to by było wspólnie leżeć, obejmując się, czy po prostu być blisko siebie.

Kilka lat wcześniej był podrywany przez koleżankę z roku. Była bardzo szczupła, twarz miała ładną, włosy blond do ramion i jego kolega miał na nią ochotę. Niby Marcin rozmawiał z nią, ale w gruncie rzeczy go nie interesowała. Nie dawała mu spokoju przez kilka miesięcy, w końcu umówił się z nią do knajpy, a tam powiedział jej: „jesteś bardzo ładna i miła, ale ja do ciebie nic nie czuję”. Innym razem, jeszcze rok wcześniej pewna dziewczyna zaprosiła go na koncert. Poszedł, tuż po nim oświadczył, że dziękuje za zaproszenie, ale nie jest zainteresowany żadną bliższą znajomością. Wielokrotnie był zaczepiany czy prowokowany przez kobiety, ale jeśli to nie on upatrzył ją sobie, to nie było mowy o związku. Natomiast miał sytuację dwa lata wcześniej, że wybrał sobie obiekt westchnień, lecz ta nie miała ochoty na związek z nim. Podobna sytuacja miała miejsce w liceum – on chciał, a tamta nie.

Po tygodniu zrozumiał, że po tych farmaceutykach lepiej zasypia, śpi spokojniej, a i rano budzi się z większą chęcią do życia. Jak dotychczas nie miał żadnej sytuacji, w której mógłby się za coś obwiniać, więc w tym względzie nie był pewien, czy leki działają. Zauważył jednak pewien znaczący pozytyw. Otóż lepiej mógł się skupić na nauce czy choćby czytaniu książek, więc uznał, że lekarz, przypisując właśnie ten lek, wiedział, co robi. Przestał się też zamęczać ciągłym rozmyślaniem na temat przeszłych porażek, co też przypisał działaniu prochów. Także do całych wątpliwości odnośnie zażywania go, dołączyło zadowolenie, więc przestał się zastanawiać, czy zrobił dobrze, idąc do psychiatry. Teraz był niemal pewien, że to była dobra decyzja. Jedynie po głowie krzątała mu się myśl, że za nic w świecie nie będzie go zażywał do końca życia.

Z biegiem czasu przywykł do swojego nowego stanu umysłowego i przestał zawracać sobie głowę całą resztą. Po niespełna miesiącu zdarzyło się coś, co potwierdziło skuteczność terapii. Otóż był na spotkaniu ze znajomymi i doszło do dość ostrej dyskusji na temat ewentualnego spisku w sprawie World Trade Center.

– Ten cały zamach na World Trade Center to spisek. Przecież budynek nie zawaliłby się w ten sposób – stwierdził jeden z uczestników.

– Też tak sądzę – odpowiedział inny. – To tylko po to, aby były powody wysłać wojsko na kolejną wojnę.

– Żadnego spisku nie było – odpowiedział ostro Marcin.

– To jak wytłumaczysz to zawalenie się wież? – spytał pierwszy.

– Normalnie. Uderzyły w nie samoloty, zapaliły się, konstrukcja się stopiła, a że to było wiele metrów poniżej szczytu, to ciężar tego, co wyżej to spowodował – sparował Marcin.

– To najwyżej zawaliłyby się te części powyżej, a reszta pozostałaby prawie nieruszona – odparł drugi.

– Ale przecież to były setki ton, a budynki nie są obliczone na tak wielkie obciążenia! – Poirytował się mocno Marcin.

– A ja myślę, że ta górna część najwyżej by spadła w bok! – Pierwszy podniósł głos.

– Chyba powariowaliście! – oznajmił zarówno ostro, jak i bezsilnie Marcin.

– Chyba ktoś chce rozwalić imprezę – wtrącił się gospodarz.

– Nie dam się przekonać i całą dyskusję uważam za zakończoną! – zakończył apodyktycznie Marcin, wstając z krzesła. Przed rozpoczęciem brania leków pewnie oznajmiłby, że to on niepotrzebnie nakręcał całą sytuację.

Na jakiś czas rozmowa przeszła na inny temat, ale później wyznał gospodarzowi:

– Niedobrze mi się robi, jak słyszę takie dyrdymały.

Po powrocie do domu nie mógł się nadziwić, że zachował się właśnie w taki sposób. Przecież to zupełnie nie w jego stylu…

W miesiąc po pierwszej wizycie udał się na kolejną. Opowiedział lekarzowi, że chyba faktycznie terapia poskutkowała, porozmawiali przez chwilę, dostał receptę na kolejne trzy miesiące, a w razie czego miał się zgłosić wcześniej. W ogóle nie wspomniał o incydencie sprzed kilkunastu dni, a lekarz też o nic dodatkowego nie zapytał. Wrócił do domu, był koniec października, w ten dzień nie miał wykładów, więc zamierzał całą resztę dnia spędzić na oglądaniu filmów i czytaniu książki.

Mieszkał w Warszawie przy ulicy Gwiaździstej, gdzie posiadał własne, dwupokojowe mieszkanie, otrzymane w spadku po babci. Większy pokój miał powierzchnię około czternastu metrów kwadratowych, a mniejszy ośmiu. Ten pierwszy traktował jako salon i po prawej stronie znajdował się niewielki regał, zajmujący większość ściany, po lewej stół z czterema krzesłami, przy ścianie przeciwległej do okna dwa fotele, a obok nich mały stolik. W mniejszym pokoju po lewo stała obszerna szafa, po prawo łóżko, pod oknem stolik z komputerem, nad nim wisiał telewizor i to pomieszczenie traktował jako sypialnię. Kuchnia przylegała do większego pomieszczenia i była naprzeciwko okna. Ponieważ mieszkał sam, to nie za bardzo dbał o porządek, toteż szczególny bałagan panował w sypialni. Często walały się tam brudne ubrania, stały niezmyte talerze, a i kurzu nie brakowało. Jak to kawalerskie mieszkanie. Sprzątał raz na jakiś czas i w tych sytuacjach przykładał się do tego z sercem, tym niemniej na co dzień to zaniedbywał. W sypialni co wieczór zapalał dwie świece i traktował to, jak swoisty rytuał. Lubił ich światło i delikatny zapach. Często potrafił przesiadywać przy nich całymi godzinami i zapominać o czymkolwiek innym.

Kilka dni później pojechał do znajomych na grilla. Mieli tam być jego przyjaciele i trochę nieznajomych osób, ale, jak się okazało, zjawili się niemal wyłącznie ci drudzy, lecz potrafiąc nawiązywać nowe znajomości, starał się zająć właśnie tym. Poznał pewnego chłopaka o imieniu Piotrek, który od samego początku sprawiał na nim dobre wrażenie. Rozmawiali, śmiali się, lecz w pewnym momencie przyszli znajomi nowego kolegi, toteż przyłączając się do nowo przybyłych, tamten zostawił go. Marcin próbował nawiązać kontakt z nimi wszystkimi, ale jedna dziewczyna zrobiła na nim szalenie złe wrażenie. Na tyle złe, że zepsuł mu się całkowicie humor. Wypijając piwo za piwem (a wypił w sumie pięć), siedział gdzieś z boku, aż w pewnym momencie nie wytrzymał, podszedł do nich i zaczął ją słownie prowokować.

– Laska, gadasz od rzeczy – stwierdził z uśmiechem.

Za jakiś czas:

– Ładny sweterek, a męskich nie było?

Potem:

– Chyba powinnaś iść do cieśli, aby wygładził ci te twoje fałdki!

W pewnym momencie dość wysoki i tęgi chłopak stwierdził:

– Chłopie, chyba masz dość. Przestań pić i wracaj do domu.

– Wy debile, kretyni, co wy możecie wiedzieć! Nic nie rozumiecie!

– Marcin, chodź na chwilę – oznajmił organizator i pociągnął za ciuchy do kuchni. Kiedy już tam przeszli dokończył – wynoś się, bo nie życzę sobie ciebie w takim stanie!

– Kurwa, pozabijam was! Imbecyle niedorobione! Ja wam dam! – Marcin zaczął się szarpać, ale organizator wypchnął go z mieszkania.

Wrócił do domu. Wkrótce usnął.

Następnego dnia, gdy tylko się obudził i przypomniał sobie całe zajście, dotarło do niego, że zaczyna być z nim coś nie tak, gdyż nigdy dotąd tak się nie zachowywał. „Jakby coś we mnie wstąpiło” – myślał. Nie za bardzo miał ochotę wstawać z łóżka, toteż leżał w nim i rozmyślał na temat swoich ekscesów. Na początku nie do końca wiedział, skąd mogły się one wziąć, ale po pewnym czasie skojarzył to z przyjmowaniem leków, więc zaczął szukać w internecie informacji. Szybko znalazł, że nie wolno ich łączyć z alkoholem. Od tego dnia postanowił nie pić, przynajmniej do momentu, gdy przestanie brać prochy. Zadzwonił także do organizatora ostatniego spotkania i serdecznie przeprosił za swoje zachowanie. Nie tłumaczył jednak, czemu do tego doszło, gdyż nie chciał ujawniać, że leczy się psychiatrycznie. Tamten przyjął przeprosiny i jedynie stwierdził, że naprawdę musiało być z nim coś nie tak, gdyż w takim stanie widział go po raz pierwszy, a niejedno piwo razem wypili.

Potem, starając się przykładać do tego, jak mógł najlepiej, chodził niemal co dzień na studia. O dziwo, odkąd zaczął brać leki, wyniki były ciut lepsze i wiązał to z ich przyjmowaniem. Wiedział już, że teraz jest w stanie lepiej się skoncentrować, a poza tym miał więcej energii, więc z większym zapałem brał się do nauki. Wcześniej w zasadzie tylko przed sesją siadał w domu do wkuwania, a aktualnie robił to dość regularnie, toteż samozadowolenie wzrosło. Zauważył także, iż stał się bardziej otwarty na ludzi. Do niedawna miał co prawda znajomych i przyjaciół, jednakże często zdarzały się sytuacje, gdy wolał zostać sam, a teraz coś go do nich ciągnęło. Chętniej i dłużej pozostawał w towarzystwie, miał więcej do powiedzenia i czuł mniej oporów przed zawieraniem nowych znajomości. Nawet siedząc samotnie w domu, czuł większy spokój wewnętrzny i był w stanie na przykład leżeć przez kilka godzin bez włączania telewizji czy robienia czegokolwiek innego. Coś się ewidentnie w nim zmieniło na pozytyw, choć nie do końca zdawał sobie sprawę co.

Pod koniec listopada poszedł na imieniny do Andrzeja, tego, u którego był jakiś czas wcześniej na grillu. Zjawił się około dwudziestej, gdy kilka osób już było, a wśród nich ci ludzie, którym poprzednim razem nawymyślał. Po przekroczeniu drzwi stanął w miejscu, zawahał się, czy w ogóle wejść, ale po chwili to zrobił. Najpierw przywitał się z organizatorem, złożył życzenia, a następnie podszedł bezpośrednio do nich. Także przywitał się i rzekł:

– Bardzo was przepraszam, że ostatnio tak się zachowałem, ale sam nie wiem, co mnie wtedy napadło – spuścił nieco głowę w akcie pokory i zaczął podawać im rękę.

Większość z nich odwzajemniła gest, ale dziewczyna, z którą miał na pieńku i jej chłopak odwrócili się od niego, dając do zrozumienia, że nie jest mile widziany. Zamienił z pozostałymi kilka słów i podszedł do kolejnych gości. Również się przywitał, ale gdy tylko to zrobił, to dotarło do niego, że nie zazna tu spokoju, więc wkrótce odszedł nieco na bok, usiadł i zamknął się w sobie. Siedział w ten sposób dobre pół godziny od czasu do czasu zagadywany przez Andrzeja, ale mniej więcej wtedy uznał, że lepiej będzie, gdy wróci do domu. Pożegnał się i wyszedł. W domu dotarło do niego, że przez swoją niewiedzę w kwestii łączenia leków z alkoholem zrobił z siebie kogoś, kim nigdy nie chciałby się stać. Wkrótce położył się do łóżka, zapalił świece, włączył telewizor, pogapił się przez pewien czas i niedługo później usnął. Także do wszystkich pozytywów związanych z braniem prochów dołączył negatywny aspekt. Co prawda postanowił więcej nie pić, ale zdawał sobie sprawę, że sam alkohol nie spowodowałby tego. „A jakie jeszcze nieprzyjemne skutki przyniesie łykanie tych psychotropów?” – myślał.

Na Święta Bożego Narodzenia pojechał do rodziców na Mokotów. Wcześniej kupił dwa prezenty dla będących tam dzieci i przybył około osiemnastej. Wigilia miała się zacząć lada moment. Zasiadł przy stole, podczas gdy matka zajmowała się jeszcze ostatnimi przygotowaniami. Kończyła podgrzewać dania i ustawiała wszystko na stole. Potem zaczęła się wieczerza, przy której wszystko przebiegało normalnie. Dopiero później, gdy dzieci zajęły się otwieraniem prezentów, doszło do dyskusji, w której na tapetę wzięto przyjmowanie imigrantów.

– Szkoda mi tych imigrantów – stwierdziła z żalem matka.

– A czemu? – spytał ostro Marcin.

– Bo mają wojnę u siebie, a i do Europy przyjeżdżają do nowego kraju, więc są na wygnaniu.

– To banda pasożytów! – Oburzył się.

– Marcin, ale oni naprawdę uciekają od wojny – ciągnęła.

– To niech inne arabskie kraje ich przyjmują.

– A co ci szkodzi, żeby byli tutaj? – spytała żałośnie.

– Będzie tak jak na przykład w Skandynawii. Są rejony, gdzie całkowicie przejęli władzę.

– No to co?

– No tak, nawet doszło do tego, że gdzieś zabronili wystawiać choinki na rynku! – krzyknął. – Chciałabyś mieć święta bez choinki?.

– Ale to przecież sporadyczne przypadki.

– Jak przyjeżdżają do obcej kultury, to niech ją szanują, a nie wprowadzają swoją dzicz!

– Mają do tego prawo, w końcu jest demokracja.

– Ale my nikomu nie narzucamy ani wiary, ani tego, czy ma świętować, czy nie! – kontynuował w tym samym tonie.

– Mimo wszystko ja jestem za tym, aby ich przyjmować – ściszyła głos.

– Absolutnie. Won do domu! – krzyknął.

– Marcin, uspokój się, bo nie jesteś sam.

– Są święta i nie czas na takie zatargi – stwierdził spokojnie ojciec.

– Nie chcę cię znać! – Marcin zwrócił się do matki, wstając z krzesła.

Usiadł z powrotem i szybko dotarło do niego, co się stało. Jednak było za późno, bo matka wyszła do kuchni i zaczęła po cichu płakać. Za jakiś czas także wstał, poszedł do niej, przeprosił, ona to przyjęła, ale reszta wigilii przebiegała dość sztucznie i oficjalnie. Co prawda nikt nic nie powiedział, jednak dało się wyczuć, że większość zgromadzonych ma do niego pretensje. Natychmiast zdał sobie sprawę, że niemal powtórzyła się sytuacja z grilla sprzed ponad dwóch miesięcy i uznał, iż przyczyną tego jest zażywanie leków, lecz nie chciał się tym dzielić ze zgromadzonymi, mimo iż większość z nich namawiała go na psychiatrę.

Wrócił do domu około północy, walnął się na łóżko, zapalił świece i zaczął płakać. Dotarło do niego, że każda ingerencja w psychikę może przynieść skutki zarówno pozytywne, jak i negatywne. Tak jak się mówi, że każdy kijek ma dwa końce, tak i psychotropy niosły ulgę, ale także agresję. Niby wiedział, że może poprosić o zmianę leków, ale postanowił, że z tym koniec. Więcej ich nie weźmie. I tak dobiegła krótka przygoda z tymi prochami. Odstawił je następnego dnia i więcej do nich nie wrócił. Swoją drogą zmiana prochów mogłaby okazać się zbawienna.

ROZDZIAŁ III

Pod koniec stycznia wracał z wykładów z kolegą ze studiów, który był bardzo wysoki i tak samo chudy; ubrany był grubą, czarną, puchową kurtkę i czarne dżinsy. Siedzieli w autobusie i gawędzili na przypadkowe tematy.

– Ostatnio zacząłem się interesować świadomym snem – rzekł ten drugi po chwili rozmowy.

– A co to jest ten świadomy sen? – Marcin spojrzał na rozmówcę, gdyż temat ten od razu przykuł jego uwagę.

– To sposób, w który sami decydujemy, o czym śnimy – wyjaśniał kolega, najwyraźniej pochłonięty sprawą. – Chodzi o to, że zwykle to nasza podświadomość nadaje nam tematy snów i nie panujemy nad tym. Tymczasem dzięki tej technice możemy się nauczyć to kontrolować.

– Ciekawe… – Marcin zawiesił głos, a jednocześnie bardzo się ożywił. – Powiedz coś o tym więcej.

– Niedawno przeczytałem na ten temat pewną publikację i nie jest to takie trudne. Wystarczy sporo samozaparcia, wytrwałości i systematyczności.

– A nie grozi to niczym negatywnym? – spytał Marcin, pamiętając swoją niedawną przygodę z psychotropami.

– Absolutnie nie! – Rozmówca pokręcił głową, lekko się uśmiechnął, jakby pytanie było absurdalne. – Teraz czytam w internecie wypowiedzi ludzi stosujących to i wszyscy są zachwyceni. Robią to naukowcy, artyści, a nawet pisarze. Wyobraź sobie, że chcesz się na przykład przespać z jakąś kobietą, w rzeczywistości nie jesteś w stanie, a śniąc świadomie, to żaden problem. Po prostu chcesz i masz. Albo jesteś muzykiem i borykasz się z jakimś problemem dotyczącym kompozycji, a wtedy rozwiązania przychodzą o wiele łatwiej.

– Ciekawe to, co mówisz – Marcin wykazywał zafrasowanie. – Jednak ja chyba bym się bał ewentualnych skutków ubocznych.

– Przeczytałem naprawdę dużo i nigdzie nie znalazłem informacji, że to może być niebezpieczne. Wszędzie tylko znajduję pochwały czy wręcz uwielbienie dla tej techniki – mówił ten drugi jak natchniony. – Wyobraź sobie, że wtedy możesz wszystko. Jesteś bogiem.

– A trudne to jest? – zapytał, mając w głowie zarówno pewne wątpliwości, jak i rosnące zaciekawienie.

– No – wyjaśniał kolega, przybrawszy dość poważny wyraz twarzy i dało się z niej wyczytać, że traktuje sprawę właśnie tak – ja pracuję nad tym trzeci miesiąc i jeszcze to mi się nie udało, ale to tylko kwestia czasu…

– A jak wyglądają przygotowania?

– Po pierwsze musisz codziennie zapisywać swoje sny. – Teraz inicjator tematu, niejako wyliczając kolejne punkty działania, zaczął stukać palcem wskazującym prawej ręki w lewą otwartą dłoń. – To początek. Nawet budząc się w środku nocy, masz przypomnieć sobie, co ci się śniło i notować to. Potem zapamiętujesz, co w twoich snach się powtarza i jeśli jest taka czynność albo sytuacja, to w ciągu dnia robisz coś specyficznego, gdy dzieje się to samo. Potem łapiesz nawyk i gdy to się powtarza we śnie, to automatycznie to czynisz i wiesz, że śnisz, a jak zdajesz sobie z tego sprawę, to jesteś w stanie to kontrolować. W ten sposób rozpoznajesz, co jest jawą, a co snem

– Brzmi dość prosto. A jak ktoś nie ma cyklicznych snów?

– Są także inne techniki, ale to musiałbyś przeczytać całą publikację – wyjaśniał podekscytowany rozmówca.

– To jakaś książka, czy w internecie? – dopytał Marcin.

– Ja to mam w postaci ebook’a, ale możesz też znaleźć strony internetowe poświęcone temu.

– A podrzucisz mi ją na jakimś pendrive’ie? – prosił, a jego głos na ten czas się nieco ściszył.

– Nie ma problemu. Jutro to masz.

Wrócił do domu i natychmiast zasiadł do internetu w poszukiwaniu tej techniki. Bez żadnego problemu znalazł wiele artykułów i blogów. Zaczął je po kolei czytać. Na razie traktował tę metodę dość sceptycznie, jednakże z biegiem czasu, gdy poznawał kolejne opinie, fascynowała go coraz bardziej. Świat internetu wyrażał się o tym w samych superlatywach, więc i on tracił jakiekolwiek obiekcje. „W końcu wszyscy nie mogą się mylić” – myślał. Strona po stronie chłonął opinie oraz inne informacje i z każdą z nich chciał tego spróbować. Szczególnie przydatne wydawało mu się to w aspekcie damsko-męskim, gdyż ze związaniem się z dziewczyną miał więcej problemów niż przeciętny chłopak. Toteż wyobrażał sobie, że zapada w sen i jest szczęśliwy. Tam spotyka się z wybranką, przytula i z nią kocha. Jak do tej pory był tylko dwukrotnie w związku, i taki senny, magiczny i niezwykle intymny świat byłby dla niego wybawieniem. Tak, zaczął to traktować od samego początku jak panaceum na swoją bolączkę, toteż wsiąkł w te tematy już pierwszego dnia.

Po trzech godzinach ubrał się, wyszedł po duży i gruby zeszyt, aby spisywać swoje sny. Od tego chciał zacząć, zgodnie z tym, co mówił kolega. Poszedł do kilku sklepów i w trzecim z nich znalazł to, czego szukał. Był to brulion formatu A4 o grubości prawie stu stron, toteż wracając do domu, mógł być spokojny, że miejsca w nim nie zabraknie przez dłuższy czas. Szedł ubrany w ciepłą kurtkę, czapkę i rękawiczki, a w dłoni dzierżył czarny notatnik. Gdy wrócił do domu, zdał sobie sprawę z koloru. Kupując go, myślał tylko o tym, aby było w czym notować, ale teraz wolałby wybrać w innej barwie. Od zawsze nie lubił czarnych rzeczy, bo kojarzyły mu się z czymś bardzo negatywnym albo tragicznym, a tu ma taki notatnik, który de facto może zmienić jego życie. Coś mu mówiło, że to nie najlepszy omen, ale głos rozsądku przejął prym, więc uznał, iż to nic takiego. W końcu to tylko narzędzie pomagające w osiągnięciu zamierzonego celu.

ROZDZIAŁ IV

Któregoś dnia, idąc chodnikiem, dostrzegł leżącego na trawniku wróbla. Był początek lutego i panowała temperatura bliska minus dwudziestu pięciu stopni. Zwykle nie zwracał uwagi na martwe ptaki, ale tym razem coś przykuło wzrok. Ptak się nie ruszał, ale ułożony był w bardzo specyficzny sposób. Leżał na brzuchu, a skrzydła miał rozpostarte, zupełnie jakby były gotowe do lotu. Podszedł do niego, schylił się i delikatnie potrącił ręką okutą w rękawiczkę. Przez moment nic się nie działo, jednak chwilę potem, zwierzę wydało z siebie cichy pisk, przypominający zawodzenie i drgnęło mu skrzydło. Kucał moment nad nim, nie wiedząc, co dalej, pozbierał myśli, zrobiło mu się szkoda, więc wziął go na ręce i wstał. W tym momencie wróbel zaczął się leciutko szamotać i Marcin zrozumiał, że musi go wziąć do domu. Wyszedł po to, aby pojechać na uczelnię, ale widok konającego stworzenia skłonił go do zabrania ptaszka do domu. Zatem wrócił do mieszkania, wyciągnął stare tekturowe pudełko, włożył tam go i wyszedł do sklepu zoologicznego po coś do jedzenia. Po krótkiej konsultacji ze sprzedającym wziął dość spore opakowanie i zaniósł do siebie. Wróbel w tym czasie leżał w niezmienionej pozycji, więc pomyślał, że prawdopodobnie na próżno się trudzi, gdyż zwierzę i tak zdechnie. Na wszelki wypadek postawił obok niego nakrętkę od słoika wypełnioną karmą, obok drugą, do której nalał wody, chwilę postał i pojechał na uczelnię. Przez całą drogę myślał intensywnie o ptaszku: czy coś zje, wypije, czy nie potrzebna będzie specjalistyczna pomoc weterynaryjna i wreszcie, czy przeżyje. Nigdy nie wykazywał specjalnej troski o los zwierząt, jednak w tej sytuacji zamartwiał się niezwykle. Do końca wykładów siedział jak na szpilkach, czekając, aż będzie mógł wreszcie sprawdzić, co z lokatorem. Tak jak się myśli o chorym i bliskim członku rodziny, tak i on pokochał zwierzaka całym sobą. I stało się to od samego początku, gdy go tylko wziął na ręce. Poczuł, że ma go pod swoją opieką i jest za niego odpowiedzialny.

Po powrocie do domu natychmiast podszedł do kartonu, nawet nie zdejmując kurtki ani butów. Spojrzał do środka i dostrzegł, iż ptak przemieścił się o kilka centymetrów, ale jedzenie pozostało nietknięte, więc schylił się, leciutko go trącił i zobaczył, że drgnął. To był dobry znak, gdyż jeśli nie zdechł przez te kilka godzin, to być może przeżyje. W końcu przeszedł do przedpokoju, rozebrał się i wrócił. Delikatnie wziął go w dłoń i dzióbek skierował do wody. Zwierzę się wzdrygnęło, ale pić nie chciało. Zresztą on na dobrą sprawę nie miał pojęcia, jak wygląda pojenie takich zwierząt. Potrzymał dłuższą chwilę w ręku, po czym odłożył do pudełka. Nic więcej nie mógł zrobić. Tego wieczoru znów zaczytywał się na temat świadomego snu, a w międzyczasie wstawał i sprawdzał co z ptakiem. Żadnych oznak powrotu do zdrowia widać nie było, więc powracał do lektury, która pochłonęła go prawie całkowicie. Czytał przeróżne wpisy: od takich, pochodzących od przeciętnych ludzi, aż do opinii artystów. Nie do końca mógł zrozumieć, jak to się dzieje, że we śnie stać nas na o wiele więcej, jednak przyjmował do wiadomości nową wiedzę i wierzył w nią bezkrytycznie. Miał nadzieję dowiedzieć się tego z publikacji obiecanej przez kolegę.

Jakiś czas później wstał, zapalił dwie świece, zgasił światło i wrócił do komputera. Znów siedział i czytał, tym razem w półmroku, a lekko falujące płomienie tworzyły klimat iście tajemniczy. Drgały od czasu do czasu, a cienie tańczące po ścianach wprowadzały go w coś w rodzaju transu. Zaraz obok świec stała drewniana figurka przedstawiająca Świętego Walentego, który uznawany jest za patrona zakochanych, ale mało kto wie, że jest także opiekunem osób chorych umysłowo. I cień rzucany przez niego przy tych zapalonych świecach wyglądał niezwykle demonicznie: był wielki na prawie dwa metry, delikatnie drżał i rozmazywał się na konturach; górując nad całym mrocznym pokojem, nadawał wymiaru grozy czy horroru. W pewnym momencie odpłynął gdzieś w świat tego, co czytał i oprócz ptaka nie wiele więcej go interesowało. Żył tym, zagłębiał się i niemal przestał istnieć.

Następnego dnia rano, zaraz po przebudzeniu zajrzał do pudełka i zauważył, że wróbel znów się nieco przemieścił, ale w tym momencie nie wykazywał oznak życia. Jeszcze raz wziął na dłoń, dzióbek skierował do wody i trzymał go tak dłuższą chwilę. W tym czasie stworzenie, dając nadzieję, że być może jednak przetrwa, delikatnie się poruszyło. Potem odłożył do kartonu, główkę umieścił tuż obok wody i zajął się przygotowaniami do wyjścia. Pojechał na uczelnię i dopiero tego dnia otrzymał od kolegi pendrive’a z publikacją. Niemal nie podskoczył, gdyż temat ten stał się ważniejszy niż studia, niż znajomi i tylko wróbelek mógł z tym konkurować. Potem wrócił do domu, spojrzał do ptaka i znów zobaczył, że się przesunął. Dostrzegł też, że w nakrętce od słoika zrobiło się mniej wody, więc po raz kolejny poczuł w sobie radość. Co prawda płyn mógł wyparować, ale coś mu mówiło, że sprawcą tego nie jest temperatura, lecz wróbelek. Rzucił okiem na karmę, ale nie zauważył, aby ubyło, tym niemniej zdawał sobie sprawę, że zwierzę, które prawie się nie rusza, raczej nie będzie jadło. Najważniejsze, że pije.

Lektura podrzuconej książki wciągnęła go całkowicie i po raz kolejny niemal stracił świadomość tego, co wokół niego. Czytał, wgłębiając się i starając się zapamiętać jak najwięcej, a dzień się powoli chylił ku końcowi. Dopiero około dwudziestej pierwszej poczuł głód, poszedł do kuchni, zrobił sobie co nieco na szybko, zjadł i znów zajrzał do ptaka. Ten przemieszczał się cyklicznie wewnątrz pudełka i wydawało mu się, że co raz to pokonuje w ten sposób nieco większe odległości, więc wyglądało na to, że zdrowieje. Potem znów zasiadł do komputera i zapalając przy tym tradycyjnie dwie świece, czytał. I kolejny raz nad pokojem zapanował diabelski cień Świętego Walentego.

Położył się spać około drugiej w nocy. Przy poduszce położył czarny jak smoła zeszyt, obok długopis z czarnym wkładem i wkrótce zasnął. Poprzedniego dnia zupełnie zapomniał o konieczności zapisywania snów. Obudził go budzik, więc odruchowo otworzył oczy, spojrzał najpierw w okno, potem rozejrzał się po pokoju i dopiero wtedy przypomniał sobie, co ma robić. Zamknął powieki, próbując sobie przypomnieć, co mu się śniło, ale nie był w stanie tego zrobić. Doskonale wiedział, że o czymś śnił, jednak tego treść ulotniła się wraz ze spojrzeniem w okno. Chcąc zapamiętać miniony sen, należy nie otwierać oczu i do niego wrócić, jak kiedyś wyczytał. Tym razem zrobił inaczej i cała nocna wizja umknęła. Leżał jeszcze kilkanaście minut, próbując przywołać senne obrazy, ale mu się to nie udało.

Potem wstał i podszedł do kartonu. Woda w nakrętce znikła niemal zupełnie, więc czym prędzej napełnił ją i postawił obok ptaka, który tej nocy poruszył się jeszcze bardziej, więc optymizm w nim wzrastał. Ale nadal leżał w bezruchu. Rano pojechał na wykłady, a gdy wrócił z nich, zobaczył, że tymczasowy podopieczny już nie leży, ale siedzi skulony w rogu kartonu, w innych jego częściach jest nieco pierza, a to znak, iż próbował się stamtąd wydostać. Rzucił okiem na pokrywkę z jedzeniem, ale nie zauważył, aby go ubyło, natomiast woda znikła prawie całkowicie. Wyglądało, że zdrowieje. Nie znał się na tym, ale czuł, że tak jest. Zdał sobie sprawę z jeszcze jednej rzeczy: otóż powinien pójść z nim do weterynarza, jednak nie mając zbyt dużo pieniędzy, zaniechał tego. Nie czuł się z tym zbyt dobrze, wiedząc, że specjalista mógłby szybciej pomóc, ale też rozumiał, iż nie każdy zająłby się chorym ptakiem w jakikolwiek sposób. (Swoją drogą to nie miał pojęcia, że weterynarz nie pomógłby wróbelkowi, gdyż oni ptakami się praktycznie w ogóle nie zajmują. Są w tym celu specjalne azyle na przykład przy ogrodach zoologicznych.) Potem zjadł coś na szybko, a ostatnio głównie tak jadał, i zasiadł do czytania zarówno publikacji, jak i tego, co było w internecie. Po raz kolejny rozpłynął się w niebycie, a uwaga pochłonięta była całkowicie tematem. Gdy zrobiło się ciemno, jeszcze bardziej zatapiając się w czytaniu, tradycyjnie zapalił dwie świece, Ślęczał przed komputerem, a mroczny nastrój nadawał całej sytuacji elementu magicznego. Spać się położył znów grubo po północy i usnął prawie od razu.

Nazajutrz rano, gdy tylko obudził go budzik, chciał od razu wstać, ale zdał sobie sprawę, że musi postarać się przypomnieć sobie sen. Zatem przekręcił się na brzuch, głowę wtulił w poduszkę i cofał się pamięcią do minionej nocy. Pamiętał fragmenty snu, ale przez dłuższy czas nie był w stanie ułożyć z tego jako takiej całości. Nie próbował sklecić z tego czegoś logicznego, gdyż czytał, i to do niego przemówiło, że sny wcale nie muszą być logiczne. Zanurzony we własnej pamięci, dwojąc się i trojąc, uznał w końcu, że nic więcej nie wykombinuje. Wtedy usiadł na łóżku, sięgnął po zeszyt i zapisał całą historię, przyobleczoną odrobiną abstrakcji. Notował najdrobniejsze szczegóły, ponieważ doczytał się, że to one mogą stanowić klucz do jak najszybszego panowania nad snami. Całość zajęła mu trochę ponad jedną trzecią strony, na dole zapisał datę oraz godzinę sporządzenia notatki. Potem odłożył zeszyt obok poduszki i wziął się za sprawy codzienne. Pierwsze co zrobił po wstaniu z łóżka, to zajrzał do ptaka, a z tym, jak mu się wydawało, było coraz lepiej, gdyż widniały wyraźne ślady przemieszczania się po całym kartonie. Wziął go na chwilę w dłoń, ptak zamarł, chwilę potrzymał, później odłożył i poszedł do toalety.

I podobnie mijały kolejne dni. Rano zapisywał, co pamiętał ze snów, doglądał ptaka, zjadał śniadanie, jechał na uczelnię, wracał, znów wróbel, coś do jedzenia, kolejne przeczytane rzeczy, tradycyjne odpalanie świec i do łóżka. Piątego dnia ptaszek zaczął coś jeść, a szóstego usilnie starał się wyfrunąć z kartonu, jednak to jeszcze mu się nie udało. Brał go w dłoń tak często, jak tylko mógł, a ten zamierał w bezruchu, a po jakimś czasie zaczynał piszczeć. Po tygodniu od pierwszej notatki miał już sporządzonych osiem wpisów, gdyż zdarzyło się raz, że w środku nocy obudził się i zapisał sen. Na uczelni wszystko układało się tak, jak powinno i tylko czasami udawał się do znajomego do sklepu, gdy ten potrzebował pomocy w pracy. Po kilkunastu dniach ptak, próbując fruwać, zaczął wyskakiwać z kartonu i zostawiał na podłodze niemiłe ślady w postaci odchodów. Wszystko było normalnie, a cykl odmierzały zapalane co wieczór świece. I ten cień Świętego Walentego.

W tym czasie wsiąkł całkowicie i poza zajęciami na uczelni był niedostępny praktycznie dla nikogo (oprócz kolegi ze sklepu – w końcu musiał z czegoś żyć). Nawet nie przyjął zaproszenia od rodziców. Temat świadomego snu pochłonął go w stu procentach. Po dwóch tygodniach przeczesał większość dostępnych na ten temat informacji i w zasadzie mógłby gdzieś się pokazać, jednak tak się wciągnął, że założył blog i wpisywał tam wszystko, czym żył: od wróbelka, przez treść snów, aż po własne postępy w wiadomej sprawie. Czarny notatnik się powoli zapełniał co rano, a wieczorami przepisywał to do internetu. Tam jednak dokonywał pewnej korekty, starając się nadać snom nieco fabuły, a może i grozy, ale zmiany te były czysto kosmetyczne, toteż nie czuł, aby blog był w jakikolwiek sposób fałszywy. Był po prostu pełniejszy i piękniejszy. Po kilku dniach zaczął otrzymywać wiadomości od innych z pytaniami dotyczącymi świadomego snu, treści marzeń sennych, ale także i wróbelka. Na początku marca tą ostatnią sprawą zainteresowała się jakaś dziewczyna, zasypując go komplementami, że tak potrafi się zatroszczyć o zwierzaka, ale także pisała, co u niej na co dzień. Nieco go zdziwiło, że obca dziewczyna pisze takie rzeczy, ale w gruncie rzeczy traktował ją z dużą sympatią. Nawiązali korespondencję, wymienili się email’ami i tą drogą pisywali do siebie codziennie.

Zastanawiał się, czym tak naprawdę są sny. Większość artykułów w internecie mówiła, że są odzwierciedleniem ukrytych pragnień człowieka, które przekazywane są do świadomości. Znalazł też wpisy, że sen to sposób na pozbycie się napięć i uporządkowania ważnych informacji pochodzących z dnia. I bardziej przemawiała do niego ta druga opinia. Również doszukał się informacji, że sny to z grubsza bełkot i nie należy próbować ich interpretować. To ostatnie nie stało jednak w pełnej opozycji ze stwierdzeniem, że to sposób na pozbycie się napięć. Co więcej, wydawało mu się to logiczne, gdyż zdawał sobie sprawę, że na co dzień nie zawsze wiemy, co wywołuje w nas napięcie. To znaczy, zdajemy sobie sprawę, kiedy się ono pojawia, ale nie do końca rozumiemy wewnętrzne tego przyczyny. Wielokrotnie zastanawiał się nad treścią swoich snów i nawet dogłębnie analizując, w większości przypadków nie mógł znaleźć korelacji z rzeczywistością. W sumie doczytał się, że aby je zrozumieć, potrzebna jest dogłębna wiedza z zakresu psychologii – jak na przykład symbolika. A może to tylko bełkot, niemający prawie nic wspólnego z rzeczywistością? Przemawiałoby za tym, że umysł ludzki nie znosi stagnacji i musi się zająć czymkolwiek. Nie ważne czym, ale aby tylko nie być „pusty”. To tak, jak z naczyniami połączonymi: to puste samoczynnie się napełnia.

ROZDZIAŁ V

W pierwszej połowie marca ptaszek przefruwał już nawet kilka metrów, jadł dość sporo i tylko odchody zostawione z różnych miejscach mieszkania mogły być uciążliwe. Przez chwilę zastanawiał się, czy nie kupić albo pożyczyć klatki, ale szybko uznał, że byłaby to niewola, a jej nie chciał mu zafundować; wolał się męczyć sprzątaniem niż więzić. Brał go na ręce tak często, jak mógł i za jakiś czas wróbel przyzwyczaił się do tego, a nawet zostawiony na dłoni na dłuższą chwilę nie próbował zejść. Któregoś razu Marcin obudził się, a na kołdrze, wpatrując się w niego, siedział ptak. Kwilił delikatnie, więc Marcin natychmiast otworzył oczy, zapominając o próbach przypomnienia sobie snu. Widok ten zarówno go zaskoczył, jak i niezwykle ucieszył, gdyż, jak się okazywało, wróbelek przestał się go w ogóle bać. Co więcej, nawet gdy Marcin zaczął się ruszać, to ptaszek nie uciekł, więc doszedł do wniosku, że w jakiś sposób się przywiązał. Było w tym coś magicznego, gdyż miesiąc to za mało, aby dzikie zwierzę się przyzwyczaiło. A może to on miał w sobie taką siłę?…

W połowie marca ptak już regularnie fruwał po mieszkaniu, więc on stwierdził, że nadchodzi czas, aby go wypuścić na wolność, jednak zanim tego dokonał, to podzielił się tym na blogu. Tego dnia wieczorem odezwała się Kasia, bo tak miała na imię dziewczyna, z którą korespondował, i zapytała, czy mogłaby do niego wpaść i osobiście obejrzeć wychowanka przed wypuszczeniem. Mieszkała także w Warszawie, więc z tym aspektem nie było problemu. Zdziwiło go to nieco, ale bez wahania się zgodził. Następnego dnia posprzątał nieco w mieszkaniu, zrobił na szybko coś do jedzenia i czekał z niecierpliwością.

Pojawiła się około dwudziestej. Była bardzo ładną dziewczyną, szatynką z włosami do ramion, twarzą delikatną, nieco pociągłą i zielonymi oczyma. Nie była bardzo szczupła, ale do otyłych też jej nie można było zaliczyć. Niektórzy stwierdzali, iż mogłaby zrzucić parę kilo, a inni, że ta delikatna nadwaga nic jej nie ujmuje. Jemu się spodobała od samego początku, toteż zaraz po przekroczeniu przez nią progu, wpatrując się w jej oczy i lekko unosząc brwi, dał jej o tym znać. Była to jedna z tych kobiet, które by sam sobie wybrał, gdyby sytuacja była nieco inna. Tymczasem to ona pierwsza nawiązała kontakt, więc różniło się to od jego przyzwyczajeń. Jednak od razu poczuł do niej to coś. Od pierwszego wejrzenia wydała mu się bliska i piękna. Przywitała się, uśmiechnęła i natychmiast spytała, gdzie ptaszek. Siedział w większym pokoju na krześle. Na jej widok zapiszczał, przeskoczył nieco dalej i skulił się w kłębek. Próbowała do niego podejść, ale widząc reakcję, zaniechała, stwierdzając tylko, że chyba czuje się tu niezmiernie dobrze. Marcin za chwilę przeniósł go do mniejszego pomieszczenia, a oboje zasiedli do stołu. Zaproponował coś do jedzenia, ale poprosiła tylko o kawę, więc zrobił dwie. Od samego początku patrzyła w niego jak w obrazek, obserwując każdą reakcję, każde ułożenie ciała, a on, widząc to, delikatnie się uśmiechał i od czasu do czasu spuszczał uwodzicielsko wzrok.

– To mówisz, że masz go od początku lutego? – spytała.

– Tak, znalazłem go, jak były te siarczyste mrozy – odpowiadał, przyglądając się jej. – Na początku nie okazywał prawie oznak życia, a teraz tylko wystarczy popatrzyć… – Napił się kawy i dodał – zresztą znasz jego historię.

– Aż szkoda go wypuszczać. – Zrobiła niezwykle przejętą minę, ściszyła nieco głos, po czym trochę dziecinnie dodała – jest taki słodki…

– Też mi żal, ale nie będę go więził. – Pokazał wzrokiem drugi pokój, a następnie z lekkim smutkiem kontynuował – na dworze będzie miał lepiej, bo zrobiło się w miarę ciepło i pewnie dołączy do towarzyszy.

– Z tego, co widzę, to się do ciebie przywiązał…

– Tak. – I pokręcił głową. – Aż sam jestem w szoku, że stało się to tak szybko.

– Ciekawe czy będzie przylatywał w odwiedziny? – nachylając się nieco w jego stronę, spytała z odrobiną ekscytacji.

– Też się nad tym zastanawiałem – teraz spuścił wzrok, po chwili zrobił głęboki oddech i dokończył – ale szczerze powiedziawszy, to wątpię. Może mnie polubił, ale to dzikie zwierzę.

– A mogę zajrzeć do drugiego pokoju i zobaczyć go jeszcze raz?

– Pewnie, że tak. – Kiwnął głową, pokazując jej, aby czuła się jak u siebie.

Wstała, przeszła do progu wspomnianego pomieszczenia i od razu zwróciła uwagę na wypalone do połowy dwie świece.

– Świece… – zauważyła, spojrzała mu w twarz i dopytała – zapalasz je w chwilach romantycznych z dziewczyną?

– Nie mam dziewczyny… – Zawiesił głos, także spojrzał jej głęboko w oczy, flirciarsko się uśmiechnął i dodał – sam je zapalam co wieczór. Lubię taki nastrój.

– Romantyczny jesteś. – Odwzajemniła zaloty i delikatnie przeczesała włosy.

– Może i tak. – Otarł się o nią w znaczący sposób i odwrócił się, aby pójść z powrotem do stołu, ale po chwili poczuł jej ręce na biodrach.

Spojrzał jej w twarz, ona gapiła mu się prosto w oczy i poczuł pożądanie. Błyskawicznie zaczęli się całować i nim się zorientowali, rozbierając się nawzajem, leżeli na łóżku. Trwało to prawie pół godziny, a gdy było po wszystkim, on wstał, zapalił świece, zgasił inne światła i ponownie się położył obok niej.

– Ten święty daje prawdziwie demoniczny cień – cichutko stwierdziła.

– To Święty Walenty. – Najpierw popatrzył na figurkę, potem na cień, a następnie jej w oczy, uśmiechając się. – Nie dość, że się rymuje, to jeszcze patron zakochanych.

– To miło być przy nim z tobą… – wyszeptała. – Ale cienia się boję.

– Nie zwróciłem na niego uwagi, ale faktycznie ma w sobie coś diabelskiego. – Jeszcze raz przyjrzał się konturom na ścianie.

– A może to nie Walenty, tylko jakiś bies?

– Nie. – Kolejny raz się uśmiechnął. – Takich rzeczy nie trzymałbym w domu.

– Jesteś wierzący? – zapytała, podnosząc odrobinę głos.

– Tak, a ty?

– Ja też. – Pokiwała głową. – Choć raczej rzadko bywam w kościele.

– To tak, jak ja. – Sięgnął pamięcią wstecz, chwilę pomyślał i wyjaśnił – ostatnim razem byłem w Boże Narodzenie.

– Ale w twoich snach nie doczytałam się niczego związanego z wiarą – zauważyła.

– W sumie masz rację. – Przybrał nieco ironiczną minę. – Tam jest tylko istny kosmos.

– To prawda – odwzajemniła to i cichutko się zaśmiała. – Są odjechane…

– A tobie co się zwykle śni?

– Wiesz… – Patrząc tępo przed siebie, zamyśliła się. – Ostatnio śnił mi się jakiś pogrzeb, ale dziwny był, bo trumna była pusta. Potem siedziałam przy jakimś oknie i tylko się gapiłam. Tyle, co zapamiętałam.

– A wcześniej jakie miałaś sny? – dopytał, wykazując spore zainteresowanie.

– Zanim zaczęłam czytać twojego bloga – wyjaśniała z odrobiną zobojętnienia w głosie – to nie zwracałam na nie uwagi. Czasem coś tam pamiętałam po przebudzeniu, ale szybko wyparowywało to z głowy.

– A nie chciałabyś się nauczyć świadomie śnić? – Teraz to już uniósł głowę, wyraźnie pobudzony.

– Absolutnie nie! – podniosła głos i dało się wyczuć, że nie spodobało jej się to pytanie. – Uważam, że sny są w taki, a nie inny sposób człowiekowi dane i nie należy tego zmieniać. Według mnie to zbyt niebezpieczne.

– Nie ma w tym nic niebezpiecznego. – Próbując trochę złagodzić sytuację, uśmiechnął się.

– Wolę nie eksperymentować. – Wykazywała już mniej niechęci, ale kontynuowała nadal dość ostro – a poza tym wystarcza mi rzeczywistość, więc po co miałabym panować nad tym, co w nocy?…

– Mi się tam marzy jakaś niewyobrażalna historia, na którą nie byłoby mnie normalnie stać… – Tym razem to on tępo patrzył przed siebie, zapadając się w marzeniach.

Leżeli dłuższy czas przy zapalonych świecach i w obecności diabelskiego Walentego. Wróbelek popiskiwał od czasu do czasu, a oni cieszyli się sobą nawzajem. Około północy zgasił świece, ale usnęli za dobre dwie godziny.

Następnego dnia, po powrocie z uczelni wziął w ręce wróbelka, otworzył okno i wystawił go na zewnętrzny parapet. Ptak przez dłuższy czas tylko siedział, ale w pewnym momencie po prostu odfrunął. Najpierw zniżył lot o kilka metrów, ale wkrótce go nieco podniósł, skręcił i poleciał na pobliską topolę. Marcin przez kilkadziesiąt minut, starając się podążać za nim, wyglądał przez otwarte okno, ale gdy zmarzł, zamknął je i poszedł coś zjeść. Wychowanek był zdrowy i wolny. Stojąc w kuchni, pomyślał, że po fakcie nada mu imię i nazwał go Kasiek.

ROZDZIAŁ VI

Najbliższy czas był nieco cięższy, gdyż Kasiek odleciał, on został sam w mieszkaniu i tylko wpadająca co kilka dni Kasia wnosiła tam odrobinę życia. Ich spotkania były przesycone zarówno seksem, jak i bliskością emocjonalną. Oboje zapałali do siebie niezwykle wielką sympatią od pierwszego wejrzenia i czekał na nią za każdym razem, a ona zawsze starała się być u niego jak najszybciej. Mieszkała z rodzicami, więc jak na razie nie odwiedzał jej, toteż spotykali się tylko u niego. Nie wychodzili nigdzie, gdyż wystarczała im swoja własna obecność. Ona wielokrotnie wspominała Kaśka (zresztą niezwykle była zadowolona z jego imienia, zdając sobie sprawę, że nadał je z jej powodu), a on także dość często stał w oknie, wyglądając, czy nie przyleci albo po prostu go gdzieś nie zobaczy. Co prawda był niemal pewien, że z daleka i tak by go raczej nie rozpoznał, ale miał nadzieję. W dni, kiedy siedział sam, albo próbował wyszukiwać nowe informacje czy opinie na temat świadomego snu, albo zajmował się blogiem, który notabene pochłonął go niemal całkowicie. Teraz zapisywał tam prawie wszystko, co mu się przydarzało, jednak w sprawie swojej nowej dziewczyny nie napisał nic, poza informacją, że była i widziała wróbelka. Rano się budził, coraz bardziej zapełniając czarny brulion, potem studia, czasem praca u znajomego, następnie zwyczajowe zapalanie świec, pisanie bloga, sen i tak w kółko. Jedynym urozmaiceniem były wspomniane, romantyczne wizyty kobiety.

Któregoś dnia odkrył, że jedna sytuacja powtarza się w snach cyklicznie i jest to przeprowadzka do aktualnego mieszkania. Powraca średnio raz w tygodniu i zawsze jest wtedy zarówno podekscytowany, jak i nieco przestraszony. I te uczucia są wyraźną kopią tego, co czuł, kiedy w rzeczywistości się przenosił. Był podekscytowany, bo przeprowadzka na swoje jest niemal zawsze taka dla młodego człowieka, natomiast wystraszony, gdyż zdawał sobie sprawę z ograniczonych środków finansowych, ale także ze swojej skłonności do brania na siebie winy, a to ostatnie traktował wtedy jako psychiczną ułomność i jej się obawiał. Od czasu, gdy uświadomił sobie powracający sen, zaczął na co dzień wykonywać jedną, charakterystyczną czynność, jeśli coś mu się z nią kojarzyło, a była to próba wykręcenia sobie lewej dłoni. W rzeczywistości było to nieco bolesne, ale zdawał sobie sprawę, że we śnie takie nie będzie i ten właśnie szczegół pozwoli odróżnić jedno od drugiego. Także jak widział na przykład samochód dostawczy (a takim przewieziono jego rzeczy do nowego mieszkania), to wykręcał sobie ową dłoń. To samo czynił, gdy przekraczał próg swojego domu. I podobnych korelacji uczynił dość sporo, aby jak najszybciej zapanować nad snem.

Mimo iż przeczesywał niemal wszystko, co było dostępne w internecie, to nie znalazł informacji, czemu tak się dzieje, że we śnie możemy więcej – na przykład kompozytorzy tworzą wtedy lepsze dzieła. Niby wiedział, że sen rządzi się własnymi prawami i nie obowiązują tam takie ograniczenia jak na co dzień, ale nie tłumaczy to choćby tych lepszych kompozycji. Któregoś razu spytał kolegę, który go wciągnął w ten temat, ale tamten tylko stwierdził, że wtedy uruchamiają się nasze wszystkie zasoby, podczas gdy za dnia część z nich mamy wyłączone. Jednak to do niego nie przemawiało. On potrzebował czegoś więcej – informacji dogłębnej i przekonywującej. Także w tej kwestii czuł spory niedosyt i nawet zastanawiał się, czy pójść do psychiatry, u którego już był, bo być może on wie coś więcej na ten temat. Jednak zaniechał tego, stwierdzając, że skoro był zmuszony przestać brać leki, to lekarz ten nie zawsze wie, co robi i nie wszystko rozumie.

Pod koniec kwietnia nastąpiła trudna sytuacja między nim a dziewczyną. Otóż, ustalając wcześniej miejsce i godzinę, mieli się spotkać na mieście (zresztą po raz pierwszy). Zjawił się mniej więcej o czasie, ale czekał dość długo, a po dwudziestu minutach zadzwonił i okazało się, że ona myślała, iż mają się spotkać godzinę później. Dobrze wiedział, że nie popełnił błędu, gdyż zaraz po umówieniu się zanotował to w telefonie. Jednak gdy się już spotkali, wziął całą sytuację na siebie, tłumacząc, iż to on coś pokręcił. Potem ona okazała skruchę, twierdząc, że nie po raz pierwszy tak się pomyliła, tym niemniej on oznajmił, iż tym razem to niej wina. W efekcie przytuliła go i wyszeptała, że jest kochany. Zachowała się zgoła inaczej niż jego poprzednia kobieta, ale on nieco później, po powrocie do domu uznał, że naprawdę jest z nim coś nie tak, gdyż w pewnym momencie uwierzył w swoją winę. Potem jeszcze wspólnie pojechali do jego rodziców na obiad i siedzieli tam prawie dwie godziny. Jak już wrócił do siebie, wieczorem tylko zapalił świece, włączył telewizor i gapił się bezmyślnie, usiłując ogarnąć swój umysł.

W połowie maja żadnych efektów prób kontroli snów jeszcze nie było, ale nie zamierzał się poddawać. Wielokrotnie czytał, że te mogą przyjść po kilku miesiącach czy nawet dopiero roku, jednak zadowolenie z tego powodu będzie ogromne, stanowiąc zadośćuczynienie za poświęcone zabiegi. Toteż co rano zapisywał treść nocnych wizji, a w ciągu dnia ćwiczył nawyk wykręcania sobie lewej dłoni. Z Kasią układało się jak najlepiej i tylko wyglądając Kaśka, często stawał przed oknem. Jak do tej pory go nie zauważył. Wieczorem zapalał świece i przy nich pisał bloga czy na przykład uczył się do wykładów. (Przy tym ostatnim zapalał czasem lampkę, gdy miał do czynienia z książkami czy odręcznymi notatkami.) Któregoś razu dziewczyna przyjechała wczesnym popołudniem, gdyż wtedy miała dzień wolny. Od razu wskoczyli do łóżka, potem wyszli na długi spacer, a następnie znów się kochali. To był jedyny raz, kiedy zrobili to dwukrotnie jednego dnia i oboje byli tym zaskoczeni. Tego też dnia usłyszeli kwilenie od strony okna, on podbiegł i zobaczył odfruwającego wróbelka. Był pewien, że to Kasiek. Ona do niego podeszła, przytuliła i stwierdziła, że ptak chyba nie zapomniał.

ROZDZIAŁ VII

Następnego dnia był umówiony u znajomych w Ostrołęce, więc gdy tylko słońce uniosło się ponad horyzont, wyszedł z domu, udał się na wylotówkę w tym kierunku i zaczął łapać stopa. Przez dłuższy czas nikt nie chciał się zatrzymać, jednak po kilkudziesięciu minutach zobaczył stającą Mazdę Sześć Dwa Sześć, a w środku troje młodych ludzi.

– Dokąd? – spytała blondynka siedząca obok kierowcy.

– Do Ostrołęki – odpowiedział.

– Wsiadaj – zaprosił go kierowca.

– Jestem Marcin – przedstawił się, zajmując miejsce na tylnej kanapie obok dziewczyny, która olśniła go już jakiś czas temu, gdyż, jak się okazało, znał je obie od siebie z uczelni. Ubrana była w szare dżinsy, brązowe, sportowe buty, szarą bluzkę i błękitny, rozpinany sweterek. Włosy miała kasztanowe, spięte w kok z tyłu głowy.

– Magda – przedstawiła się blondynka z przodu.

– Agnieszka jestem. – Podała mu rękę ta obok niego.

– Dziewczyny, zdaje się, że studiujemy razem na polonistyce? – zapytał retorycznie.

– Właśnie miałam powiedzieć, że gdzieś cię widziałam – stwierdziła Magda.

– Chyba jesteście na pierwszym roku? – patrząc cały czas na Agnieszkę, kontynuował.

– Tak, a ty? – wtrąciła się Aga.

– Ja na czwartym.

– Niesamowite spotkanie – mówiła Magda.

– To prawda, ja bym się tego nie spodziewał.

Teraz, po raz pierwszy mógł się przyjrzeć Agnieszce. Wyglądała wręcz oszałamiająco, więc przez dłuższy czas przypatrywał się tylko jej. Niby rozmawiał z obiema dziewczynami, ale liczyła się tylko ona. Była uosobieniem tego, co mógłby sobie wymarzyć. Wielokrotnie myśląc o świadomym śnie, widział ją pojawiającą się w nim, a teraz ta niewyobrażalna bogini siedziała obok i z nią rozmawiał. Bywały momenty, gdy już na uczelni chciał ją zaczepić, ale zawsze brakowało odwagi i odchodził ze zwieszoną głową. Tymczasem obecnie nie musiał robić prawie nic, aby się do niej zbliżyć; wystarczyła zwykła rozmowa i na przykład prośba o numer telefonu. Dodatkowo pomyślał, że nieprawdopodobny zbieg okoliczności, czyli spotkanie w zatrzymanym aucie, był znakiem, iż będą razem. Tak, wierzył w takie rzeczy, nimi żył, ale z nikim się tym nie dzielił. To było prywatną i intymną magią. Gawędzili o wykładowcach, o egzaminach, ale także o wspólnej podróży. Nie liczyło się dla niego nic innego poza Agnieszką i nawet zobaczył, że nieco się speszyła, widząc, że gapi się tylko na nią, jednak nie był w stanie oderwać od niej wzroku. W pewnym momencie wzdrygnęła się i tonem iście oficjalnym oznajmiła:

– Na polonistyce jestem tylko do końca roku, potem przenoszę się na psychologię.

Zadziałało to na niego niezwykle pozytywnie, gdyż sam zdawał sobie sprawę ze swoich problemów psychicznych i ostatniego zainteresowania ludzką psychiką. Przecież całe zabiegi ze świadomym snem to niemal czysta psychologia.

– A czemu zmieniasz kierunek? – spytał ją chwilę później?

– Bo tamto mnie bardziej interesuje – oznajmiła znów bardzo oficjalnie.

– Też ostatnio się zastanawiałem, czy tam nie pójść, ale chyba najpierw muszę skończyć ten kierunek – wyjaśniał. – W końcu niedużo już zostało. Zakamarki ludzkiego umysłu mnie fascynują. Już coś na ten temat czytałem i to jest moje hobby.

– Pewnie, że tak – wtrąciła się blondynka. – Ukończ polonistykę, a na psychologię zawsze będzie jeszcze czas.

– Co prawda, chciałbym już, ale co nagle to po diable. – I na myśl mu przyszedł cień Świętego Walentego. – Bo wiecie dziewczyny, sam widzę, że miewam czasem nierówno pod sufitem. – Zaśmiał się, dając im do zrozumienia, iż to był żart.

– Nie ma ludzi zdrowych – są tylko niezdiagnozowani – odparła ze śmiechem blondynka z przodu, podczas gdy Aga siedziała nieco wycofana z tej dyskusji.

Potem jeszcze gadali chwilę, po czym wyciągnął telefon.

– Dziewczyny, mogę dostać wasze numery? – spytał dość niepewnie i dodał – to w razie, gdybym miał dla was jakieś informacje.

– Nie ma problemu – odparła ta z przodu i podała mu go.

Nastała cisza, w której dopadło go poczucie, że być może zbyt szybko o to poprosił, gdyż Agnieszka tylko siedziała wpatrzona za okno. Jednak po jakimś czasie spojrzała na niego, nieco zmierzyła wzrokiem i podała swój numer. Potem jechali dalej, dyskutując i śmiejąc się, aż dotarli do Ostrołęki, gdzie wysiadł i ruszył do znajomych.

Idąc przez nieznane miasto, w głowie miał tylko Agnieszkę. Nic innego się nie liczyło. Zawróciła mu w głowie całkowicie, odbierając zarówno zdrowe zmysły, jak i świadomość prawie w ogóle. Szedł, powłóczył nogami, świat zewnętrzny prawie nie istniał i tylko od czasu do czasu zatrzymywał się, pytając kogoś o drogę. Niby wiedział, że w Warszawie ma kochającą, piękną dziewczynę, ale w tym momencie ona dla niego nie istniała. Dwukrotnie się nieco pogubił i do znajomych dotarł trochę skołowany i nieobecny. Była sobota i początkowo miał posiedzieć u nich do popołudnia następnego dnia, lecz po kilku godzinach stwierdził:

– Miałem telefon i muszę wracać do Warszawy.

– Marcin, zostań dłużej. Tak się cieszymy, że przyjechałeś – mówiła dziewczyna.

– Zostań, jutro pojedziesz – naciskał chłopak.

– Niestety coś niedobrego dzieje się z moją kobietą i muszę.

– Coś poważnego? – spytała.

– To się okaże, mam nadzieję, że nie.

– A nie poradzi sobie do jutra sama? – dopytał chłopak.

– Nie wiem, ale chcę być przy niej.

– Jak uważasz, ale my jesteśmy za tym, żebyś został – naciskała.

– Też chętnie bym pobył, ale muszę z nią być.

– Skoro tak, to odwieziemy cię na wylotówkę – oświadczył chłopak.

– Dzięki.

Odwieźli go, a on znów autostopem wrócił do Warszawy. Po powrocie nie zamierzał ani jechać do Kasi, ani nawet jej informować, że już jest. Po prostu chciał być sam i tylko sam. Wieczorem zapalił dwie świece, włączył z komputera muzykę (a robił to niezwykle rzadko), położył się na łóżku i marzył o Adze. Tak dużo by dał, aby już móc świadomie śnić, bo wtedy byłby razem z nią. Zapadł się gdzieś w głąb swojej wyobraźni, a rozdygotany cień ogarniał cały pokój.

Następnego dnia rano zaczął sobie przypominać, co mu się śniło i odkrył, że była to ona. Trzymając się za ręce i prawie nic nie mówiąc, siedzieli razem na jakimś pomoście nad jeziorem. Zapamiętał tylko tyle. Przewrócił się na brzuch, grzebiąc w pamięci w poszukiwaniach czegoś więcej, ale nic innego nie było. Tylko on, ona, pomost i jezioro. Po tym jak wstał, bez wahania zapisał to w notatniku. Potem siedział w domu, cały czas o niej rozmyślając. Dopiero telefon od Kasi go nieco oprzytomnił. Wtedy umówił się z nią na wieczór i znów tylko leżał.

Przyszła około dwudziestej pierwszej i na dzień dobry zaciągnęła go do łóżka. Po wszystkim zapalił świece, usiadł nago na brzegu i oświadczył:

– Z nami koniec. – Spuścił głowę, nieco się odwrócił i dodał – przykro mi.

– Słucham? – wysylabizowała, błyskawicznie podniosła się z łóżka i starała się przytulić.

Natychmiast wstał, założył majtki, potem spodnie i ostro stwierdził:

– Lepiej, jak już sobie pojedziesz i więcej tu się nie pojawisz.

– Marcin… – Rozpłakała się. – Co się dzieje?

– Nic, po prostu muszę być sam.

– Jak potrzebujesz więcej swobody, to tylko powiedz. – Wstała, znów starała się przytulić.

– Nie. O nic nie pytaj… – Spojrzał jej głęboko w oczy. – Nie zrozumiesz. Wracaj do siebie.

– To przez te próby kontroli snów, prawda? – zapytała, płacząc.

– Wiesz… – Zawiesił głos i zastanowił się jak by tu zrobić, aby ją jak najmniej bolało. – Po prostu zrozumiałem, że muszę być sam.

– Jakaś inna kobieta? Ładniejsza ode mnie? – zapytała z błaganiem w głosie.

– To nie tak… Ty mi się bardzo podobasz i nikogo więcej nie zamierzam szukać… – Spuścił głowę, przez chwilę błądził w myślach i dodał – nie mam siły… Ubieraj się i wyjdź jak najszybciej.

Potem ona dość długo ślęczała w łóżku, łkając czy nawet szlochając, a on siedział w drugim pokoju w bezruchu. W końcu się ubrała, jeszcze raz próbowała się do niego zbliżyć, ale gdy tylko podchodziła, wstawał i odchodził bez słowa w inne miejsce. Wyszła około dwudziestej trzeciej.

ROZDZIAŁ VIII

Następnych kilka dni w ogóle nie wychodził z domu, mimo iż powinien uczęszczać na uczelnię. Głównie leżał w łóżku i tylko czytając na temat swojej nowej pasji, zasiadał przed komputerem. W środę pojawił się sen z przeprowadzką, lecz nie był w stanie nad nim zapanować. Obudziwszy się, zapisał go. W czwartek pojechał na studia, ale wszystko, co się tam działo, niemalże umknęło uwadze. Po powrocie do domu miał ochotę odezwać się do Agi, ale zaniechał tego z bliżej nieokreślonych powodów. Jednak wieczorem, jak ostatnio zwykle, położył się na łóżku, zapalając wcześniej swoje świece. Cały czas myślał o Adze jak o swojej przyszłej dziewczynie. Znał ją ledwo co, a mimo to, dla niej rzucił dotychczasową kobietę i snuł w stosunku do niej dalekosiężne plany. Doskonale wiedział, że prawdopodobnie nie spotka jej już wcale, a jednak nie był w stanie się otrząsnąć. Spotkanie w samochodzie było dla niego dobrym znakiem i początkiem nowego. Dodatkowo sen, który się pojawił dnia następnego po jej spotkaniu, dał nadzieję i wiarę we wspólną przyszłość. Odpływał gdzieś w nieznane.

Kasia próbowała dzwonić co kilka dni i na początku odbierał jej telefony, tłumacząc, że nic z tego nie będzie, jednak z biegiem czasu przestał reagować na wyświetlające się w telefonie jej imię. Tylko stojąc od czasu do czasu w oknie i wypatrując Kaśka, powracał do niej myślami i były krótkie chwilę, że żałował swojej decyzji, jednak potem mówił nie, otrząsając się z tych wspomnień. Wróbelek się nie pokazywał i nie wpływało to na niego krzepiąco, więc coraz bardziej zapadał się w swoje marzenia na temat Agnieszki. Na blogu nie wspomniał o niej z dwóch powodów: po pierwsze uważał to za sprawę zbyt intymną, a po drugie nie chciał, aby Kasia o tym coś wiedziała. W tym okresie zapisał czarny zeszyt do połowy i któregoś razu przeglądając swoje notatki, doszedł do wniosku, że z biegiem czasu pojawia się tam coraz więcej szczegółów. Zrozumiał, że trening czyni mistrza, a brulion jest tego najlepszym dowodem. Kilka dni później Kasia zaczęła wydzwaniać do jego rodziców, gdyż numer ten posiadała od jakiegoś czasu. Bardzo się o niego martwiła i chciała, aby ktoś z nim porozmawiał, a może nakłonił do zmiany decyzji w jej sprawie. Po tych telefonach matka nawet przyjechała osobiście.

– Marcin, wszystko w porządku? – spytała, siedząc przy stole.

– Tak, mamo, wszystko ok.

– Czemu zerwałeś z Kasią? – Martwiła się.

– Bo chcę być sam, a ten związek był pomyłką – odparł bardzo oficjalnie.

– Ale mówiłeś, że ci z nią dobrze i że nie jest taka, jak twoja poprzednia.

– Mimo wszystko to nie to – kontynuował w tym samym stylu.

– Bardzo ją polubiłam. Ale nie myśl, że rozmawiam z tobą, bo chcę dobrze dla niej. Mimo że ją lubię, to chcę dobrze tylko dla ciebie.

– Mamo, jak chcesz dla mnie dobrze, to zaakceptuj to, że tak będzie lepiej.

– Trudno mi to sobie wyobrazić… – Zamyśliła się. – Przecież zawsze powtarzałeś, że zależy ci na dziewczynie.

– Ale też mówiłem, że nie na jakiejkolwiek. Na konkretnej. A Kasia taką nie była.

– Marcin, na pewno nic złego się nie dzieje?

– Mamo, na pewno. Właśnie ożywam.

– Jak sobie chcesz, ale gdybyś chciał porozmawiać, to pamiętaj, że ze mną możesz o wszystkim.

– Dziękuję, mamo – zakończył, cały czas w oficjalny sposób.

W końcu wróciła do domu, a on był coraz bardziej nieprzytomnie zakochany i tylko cykliczne odpalanie świec niezmiennie wymierzało rytm dnia i nocy.

Pod koniec maja położył się jak zwykle późnym wieczorem do łóżka, zgasił świece i rozmyślając na temat Agi, leżał tak dłuższą chwilę. W pewnym momencie usłyszał niezidentyfikowane dźwięki od strony okna. Przez chwilę je ignorował, ale potem ruszył się nieco, zapalił lampkę, jeszcze przez moment nasłuchiwał i to coś dobiegło ponownie. Wstał, podszedł do okna i zobaczył Kaśka siedzącego na metalowym parapecie na zewnątrz. Natychmiast otworzył okno, a ptak wfrunął do środka. Najpierw podleciał do stojącego obok krzesła, a następnie przemieścił się do większego pokoju i usiadł na podłodze, w pobliżu miejsca, gdzie niegdyś stało kartonowe pudełko. Znowu zaczął kwilić, więc Marcin, podążając za nim, podszedł do niego, wyciągnął dłoń, a wróbelek na nią wszedł. Marcin mało nie podskoczył z radości, ale nie chcąc go płoszyć, tylko uśmiechnął się szeroko, po czym razem z nim poszedł do kuchni po coś do jedzenia. Zostało jeszcze nieco pokarmu, który kupił, znajdując go, więc jedną ręką wsypał do pokrywki od słoika, a na drugiej cały czas siedział Kasiek. Przeszedł z nim do pokoju i postawił na podłodze pokrywkę, a obok dał zejść ptakowi. Wróbelek zaczął jeść, momentami popiskując i łypiąc na niego wzrokiem. W tym czasie on usiadł na jednym z krzeseł i obserwował, co się dzieje. Nie wierzył własnym oczom, że Kasiek znów zawitał, gdyż to mu się wydawało wręcz niewyobrażalne. Dzikie zwierze pamiętało i wróciło. Kilka chwil później ptak się najadł, usiadł na podłodze, więc on znów się zbliżył i kolejny raz wyciągnął rękę. Wróbelek bez wahania na nią wskoczył. Potem siedzieli kilkanaście minut, aż Kasiek przefrunął na wewnętrzny parapet, więc czas go wypuścić. Odlatując w ciemną noc, zostawił po sobie ciepłe wspomnienie. Tej nocy Marcin wszedł na bloga i zamieścił informację o niespodziewanych odwiedzinach. Późniejszych komentarzy było mnóstwo, a wszyscy nie mogli uwierzyć, że to prawda. Jakiś czas później położył się z powrotem do łóżka i niedługo zasnął.

ROZDZIAŁ IX

Zaczęło mu się śnić, że się przeprowadza i nagle zadziałał wyuczony odruch, więc we śnie wykręcił sobie lewą rękę i nie poczuł bólu. Powtórzył to jeszcze kilkakrotnie i dotarło do niego, że śni. To było uczucie wręcz niesamowite. Cała wielotygodniowa praca przyniosła skutek i teraz mógł być, gdzie chciał i z kim chciał. Przez chwilę pozostał tam w miejscu, ale potem postanowił spotkać się z Agnieszką. Chwila moment i siedział z nią u siebie w domu przy stole przy zapalonych świecach. Zaczęli rozmawiać i był wniebowzięty. Sam na sam ze swoją marzeniową miłością, w dodatku widział, że ona też jest szczęśliwa, więc co mu więcej było trzeba?… Gadali, uśmiechając się do siebie nawzajem, przyobleczeni odrobiną magii. Wreszcie dokonał tego, nad czym tak długo pracował…

Obudził go zwyczajowo budzik, ale tym razem natychmiast doskonale pamiętał wszystko z nocnej wizji. Zarówno ją, jak i każdy szczegół, więc nie wiele myśląc, chwycił telefon i wysłał do niej następującą wiadomość:

Śniłaś mi się i to był bardzo miły sen. Byłaś w nim szczęśliwa i ze mną…

Nie liczyło się nic innego, oprócz niewyobrażalnego szczęścia. Nawet nie pomyślał, że ona może to źle odebrać. To było kompletnie nieistotne. Istniał tylko świadomy sen i to, co aktualnie czuł. Dopiero potem skojarzył wizytę Kaśka z następującym po nim przełomem i uznał, że to był dobry znak. „Skoro to był znak, to znaczy, że będziemy razem” – tak myślał. – „To tylko kwestia czasu”.

Od tego dnia kładł się wcześniej, aby jak najszybciej zapaść w sen, a tym samym śnić o niej. Przez pewien czas nie mógł powtórzyć sennej świadomości, więc budził się rano dość smutny i wykonując swoje codzienne obowiązki, czekał tylko na wieczór. Nadal spisywał nocne wizje, ale zaprzestał prowadzenia bloga. Uznał, że temat Agi jest zbyt intymny, aby się nim dzielić. Kilka dni później, wysyłając maila z pytaniem, czy wszystko w porządku, zainteresowała się tym Kasia, na co odpisał, że zamyka temat, bo nigdy nie uda mu się kontrolować snów i kategorycznie zabronił do siebie więcej pisać.

Za kilka dni powtórzyła się kontrola snu, znów się spotkał z Agą, byli oboje szczęśliwi i nawzajem w sobie zakochani. Tym razem jeszcze nie próbował doprowadzić do zbliżenia, a mimo to po obudzeniu roznosiła go energia. Ponownie wysłał jej wiadomość, z informacją co u niego słychać i że tęskni. Nie wspominał o nocnych wyczynach, bo już wtedy wydawały mu się one zupełnie realne. Myślał kategoriami snu i tym żył.

ROZDZIAŁ X

Najbliższy okres w jego życiu zaczyna być nieco niejasny, gdyż zatracił poczucie rzeczywistości i to, co dalej napiszę, będzie oparte głównie na relacjach osób trzecich, ale także na szczątkowych zapiskach, ponieważ przestał zapisywać sny, lecz zamiast tego tylko odrobinę tego, co się działo na co dzień.

Ważne jest to, że nadal co wieczór zapalał świece, czasem godzinami przypatrując się dwumetrowemu cieniowi patrona. Ogień, delikatnie kołysząc się i pulsując, chłonął stearynę. I od czasu pierwszej nocy z Kasią zaczął zwracać na cień baczną uwagę, przypisując mu jakąś nadprzyrodzoną moc, a ten ogarniał go z dnia na dzień bardziej i bardziej. Marcin coraz częściej rządził tym, co w nocy i zawsze spotykał się z nią. Po kilkunastu dniach próbował uprawiać z nią seks, ale wtedy odepchnęła go i wyszła bez słowa. Za każdym razem po przebudzeniu wysyłał jej sms’y i nie liczył na jakikolwiek odzew. Liczyło się tylko to, aby dać znać, że jest wybranką. Co noc starał się z nią kochać, a ona co noc uciekała i za żadne skarby nie był w stanie spowodować, aby było po jego myśli. Niby sam rządził swoimi wizjami, jednak ona była w nich jak żywa – poza kontrolą. Studia odpuścił sobie w ogóle i tylko od czasu do czasu pojawiał się u znajomego w sklepie, aby zarobić na życie – z tej konieczności jeszcze zdawał sobie sprawę. Jakiś czas później przestał jednak odbierać jakiekolwiek wiadomości, a i niektóre połączenia ignorował. Któregoś razu, po kolejnej nieudanej próbie zbliżenia się do niej, wysłał jej wiadomość:

Jak nie będziesz ze mną, to zobaczysz, co zrobię. Będziesz tego żałowała.

Świadczy to o tym, że już wtedy nie za bardzo wiedział, co jest snem, a co jawą. W nocy spotkał się przecież z jej wyobrażeniem, a rano wysyłał wiadomości do jej realnej… Tak naprawdę nie wiemy do końca, co zamierzał, ale wkrótce potem ona zadzwoniła.

– Halo – odezwał się zalotnie – a jednak zadzwoniłaś, bo już się martwiłem.

Po tych słowach usłyszał tylko przeciągłe: „aaallleee” i po kilku kolejnych się rozłączyła. Wiadomo, że wtedy miał ochotę natychmiast oddzwonić, lecz z niewiadomych względów tego nie zrobił. Chwilę później znów zadzwoniła, lecz usłyszał tylko głos znajomej blondynki z samochodu:

– Aga nie jest tobą zainteresowana! Odczep się od niej, bo nic z tego nie będzie! Powtarzam, odczep się!

Po tej wiadomości nieco oprzytomniał, bo nawet zadzwonił do rodziców, jednak rozmawiał z matką bardzo krótko, a ta odniosła wrażenie, jakby komunikowała się z kimś zupełnie obcym. Potem znów zapadł się w sobie i tylko praca w sklepie świadczyła o jakiejkolwiek aktywności.

Następnie nic nie wiadomo, co się z nim działo, aż do momentu, gdy wysłał jej kolejną wiadomość:

Myślę, że chcesz być ze mną, inaczej sama byś powiedziała, że nie chcesz mnie znać. Kocham cię.

Później wysyłał jej różne wiadomości i, jak można wyczytać z czarnego zeszytu, zmagał się ze snami, nad którymi przestał panować. To ona, ale już bez jego chęci, pojawiała się w nich i za każdym razem dawała mu kosza, gdy tylko chciał się z nią kochać. W wizjach zaistniał niezależny byt, na tyle silny, że przejął całą kontrolę. Tyle wiemy. Następnie znów zapadł się w sobie i przestał cokolwiek notować, więc tu jest dość spora dziura.

Kolejnego wpisu dokonał tuż przed połową września i czytamy w nim:

„Widuję ją codziennie. Dziś sprzedawała mi chleb w sklepie. Nie wiem, czego ona ode mnie chce, ale mam tego serdecznie dość. Muszę to jak najszybciej przerwać…”

I jedynie wiadomo, że widział ją w rzeczywistości. A w zasadzie wydawało mu się, że widzi. Tak, w tym czasie kompletnie oszalał i w obcych kobietach widział ją. Może były podobne, a może nie? Tego się chyba nie dowiemy. Istotne jest, że przestał odróżniać sen od jawy. Aż strach pomyśleć, co wtedy przeżywał… Z relacji Agnieszki wiemy, że w połowie września wysłał jej rozpaczliwego sms’a, w którym błagał, aby dała mu spokój. Ostatniego dnia tego miesiąca użył gróźb, iż dłużej tego nie wytrzyma i że ją zabije. Tego samego wieczoru spotkał się z nią osobiście pod wydziałem, a w nocy zapisał ostatnią notatkę:

„Tym razem spotkałem się z nią naprawdę… Była taka, jak ją zapamiętałem… Powiedziała mi, że kocha kogo innego i żebym dał sobie z nią spokój… Chyba czas się leczyć…”

Następnego dnia rano zgłosił się do szpitala psychiatrycznego i spędził tam kilka tygodni. Matka po odwiedzinach zadzwoniła do Kasi, a ta czym prędzej do niego pojechała. Mówiła, że wyglądał przerażająco i nie było z nim prawie żadnego kontaktu. Prawie nie mówił, a jeśli już, to głosem martwym, oczy miał przymknięte, puste, a usta bezsilnie rozchylone. Gdy wzięła go za rękę, czuła, jakby dotykała manekina, a i śmierdziało od niego wielodniowym niedomyciem. Mówiła do niego długo, a on wydawał się nic nie słyszeć. Podobno nawet posiłków nie chciał jeść. Po kilku dniach podłączono go do kroplówki. Dopiero po tygodniu pobytu w szpitalu można było z nim zamienić kilka słów, a i wtedy Kasia odnosiła wrażenie, że to ktoś inny. Mówił w zasadzie tylko o Kaśku i o figurce Świętego Walentego. Po trzech tygodniach już było z nim dobrze, ale nadal wolał milczeć. I to się nie zmieniło aż do dziś. Po wyjściu ze szpitala znów zaczął się spotykać z Kasią i teraz zamierzają się pobrać. Nigdy nikomu nie wspomniał, co się wtedy z nim działo, a na pytania o to denerwował się i zamykał w sobie na dłuższy czas. Powiedział tylko, że wolałby, aby ten okres w ogóle nie istniał.

Cały ty

Cały ty

Liny, W Niewoli, Modelu, Ręce, Kobieta, Fikcja, Pomysł

Przedstawiam swoje stare opowiadanie.

Tekst jest przeznaczony tylko dla osób pełnoletnich

* * * *

Poznałam cię w Arsusie na wieczorku autorskim z okazji wydania mojej pierwszej książki. Stałam niemal nieruchomo, ludzie podchodzili, gratulowali. Czułam się jak manekin. Przed oczyma miałam mgłę, w zasadzie nie widziałam twarzy, tylko puste postacie przelewały się jak bohaterowie kreskówek. Pamiętam, że dwa dni szykowałam się do tego wydarzenia. Najpierw kosmetyczka, solarium, potem fryzjer, kupno nowych ciuchów, aż wreszcie wizyta u terapeuty. Mówił, żebym się nie przejmowała, bo moja książka to nie ja, to tylko wytwór wyobraźni i intelektu. Ale jak tu się nie przejmować, skoro prawie rok nad nią pracowałam? Poza tym zawarłam tam samą siebie.

I nagle przede mną stanąłeś, wyciągnąłeś dłoń i niepewnym głosem gratulowałeś sukcesu. To jedyna rzecz, jaką zapamiętałam z tego wieczoru – ta niepewność ponad miarę. A przecież głównym bohaterem mojej książki jest zagubiony, nieśmiały i nieco chaotyczny mężczyzna. Pamiętam, że odruchowo spojrzałam ci w twarz i widziałam faceta, którym należy się zaopiekować. Już chciałam dać ci egzemplarz książki z autografem i numerem telefonu, gdy wyciągnąłeś wizytówkę i cichutko stwierdziłeś:

– Jakby pani wydała coś jeszcze, to proszę dać mi znać. Albo po prostu proszę zadzwonić.

Zatkało mnie. Na przekór wszystkim tak zwanym standardom osiadłeś w mojej wyobraźni na dobre. Standardom, bo chyba nie tak powinien wyglądać mężczyzna sukcesu pasujący do kobiety, która taki sukces właśnie odnosi.

Potem godzinami siedziałam w domu, zastanawiając się, czy to już pora, aby zadzwonić. Wielokrotnie wybierałam twój numer, by od razu zrezygnować. Już pierwszego dnia znałam go na pamięć. Aż wreszcie drugiego dnia, gdy wróciłam od koleżanki podpita, zadzwoniłam. W zasadzie nie wiem, co mówiłam, pewnie same dyrdymały, ale czy to ma jakieś znaczenie? Najważniejsze, że umówiliśmy się w najbliższy weekend do kawiarni. Teraz mi się wydaje, że ja to zaproponowałam, chociaż pewna nie jestem.

I spotkaliśmy się. Pamiętam, że szłam na to spotkanie na miękkich nogach, w głowie układałam, jak poprowadzę rozmowę, ale także wyobrażałam sobie naszą przyszłość. Całe życie śmiałam się z podobnych zachowań, a wtedy sama to robiłam – fantazjowałam o wielkiej miłości. Wszystkie te durne harlequiny, które przeczytałam tylko po to, aby wiedzieć, jak mam nie pisać, przejęły władzę nad moją własną wolą. I prawdę powiedziawszy, podobało mi się to, i to bardzo. Gdy zbliżałam się do knajpy, o mało nie wpadłam pod samochód – tak bardzo odpłynęłam. Na koniec jeszcze przejrzałam się w oknie wystawy sklepu z sukniami ślubnymi, porównując się do stojącego tam manekina i weszłam. Co było dalej, nie wiem. Pamiętam jedynie poszczególne słowa, reszta to jeden wielki szum w głowie.

Natomiast doskonale pamiętam ten pierwszy wspólny raz, gdy tydzień później dałeś się zaprosić na kawę po tym, jak odwiozłeś mnie do domu. Nie przypuszczałam, że trzydziestoletni facet może tak długo ciągnąć grę wstępną. Chyba z godzinę. W pewnym momencie już bałam się, że dojdziesz, nie doprowadziwszy do pełnego zbliżenia. Bo ja była bliska, pierwszy raz w życiu w trakcie samych pieszczot. A kiedy skończyłeś, to i skończona byłam ja. Skończona na wszystko poza odpoczynkiem. I leżeliśmy chyba ze dwie godziny bez słowa, przytuleni do siebie i nawet twój ostry zapach potu nie przeszkadzał. Pierwszy raz w życiu czułam całą sobą, że ten zapach to dowód na to, że się nie oszczędzałeś, że harowałeś, aby mi było dobrze. Sama nie wiem, w którym momencie usnęliśmy. Pamiętam tylko, że ostatnią myślą było, że Bóg jednak istnieje.

Niespełna pół roku później przestałeś się u mnie pojawiać. Pierwszego dnia nie panikowałam, ale ogarnęła mnie gonitwa myśli. Drugiego, gdy nadal nie odbierałeś, pojechałam, lecz odbiłam się od drzwi. Trzeciego obdzwoniłam wszystkich twoich znajomych, do których miałam numery, to również nie przyniosło rezultatu. Czwartego odwiedziłam twoich rodziców i dowiedziałam się, że matka ci zmarła bardzo nagle. Wróciłam pod twoje drzwi i dobijałam się, dopóki nie otworzyłeś. Wyglądałeś strasznie – zarzygany sweter i spodnie, w jednej skarpecie i z papierosem w kąciku ust, a przecież tak rzadko widziałam cię palącego. Nie chciałeś mnie wpuścić, ale okazałam się silniejsza. Zresztą po czterech dniach chlania, bez jedzenia i wypaliwszy kilka paczek, byłeś słabszy od każdego. A przynajmniej mniej zdecydowany w działaniach. Zaprowadziłam cię do łazienki, wykąpałam, a potem zataszczyłam do łóżka, bo tak cię rozebrała ta ciepła woda. I chyba ze dwie godziny siedziałam obok, głaszcząc cię po włosach, a ty pochrapywałeś. Tylko od czasu do czasu zrywałeś się i wymiotowałeś do miski, którą trzymałam przy łóżku. Sama tej nocy spałam niewiele. Dopiero nad ranem zasnęłam na podłodze na kocu.

Na naszej podróży poślubnej byliśmy na Krecie. Do dziś mnie śmieszy, że można tak wypoczywać na tym małym ssaku. Żartowałam też, że dobrze, iż nie polecieliśmy na Majorkę, bo byłabym zazdrosna o tę wojskową. Drugiego dnia siedzieliśmy przy kolacji, już szykowałam się psychicznie do wieczornych figli, gdy jadalnię wypełnił twój głos o tonie, którego nie znałam:

– Miałaś mi przypomnieć, żeby zadzwonić do ojca! – krzyknąłeś, aż przeszedł mnie dreszcz.

Wstałeś gwałtownie od stołu, z dłońmi zaciśniętymi na sztućcach i spojrzałeś na mnie w taki sposób, że zobaczyłam kogoś innego.

– Przepraszam, zapomniałam, nie wiem, co powiedzieć – zareagowałam odruchowo, rozglądając się po innych osobach siedzących z nami.

Rzuciłeś sztućce z hukiem na talerz, odepchnąłeś stojące za plecami krzesło, które przesunęło się po posadzce ze zgrzytem, i odszedłeś w stronę plaży. W pierwszym momencie chciałam za tobą iść, ale nasza sąsiadka złapała mnie za rękę. Dokończyłam więc kolację, a każdy kęs smakował, jakbym przełykała wywar z piołunu. Potem poszłam do pokoju i zapłakałam. Swoim zaniedbaniem zniszczyłam wszystko, co udało się do tej pory osiągnąć.

Postanowiłam więc od tego momentu starać się jeszcze bardziej. Bo tak być przecież nie może, że coś jest przeze mnie. Nie dość, że komuś przykro, że nie zadzwoniłeś, to jeszcze ty tracisz panowanie, a wiadomo, że po śmierci matki masz ciężej niż ja, niż ktokolwiek. I tak po powrocie zaczęłam ci wieczorem szykować śniadanie na następny dzień, bo zwykle wstawałeś wcześniej. Przez pewien czas było w porządku, aż któregoś dnia, wychodząc do pracy, rzekłeś:

– Mogłabyś zrobić mi czasami coś ciepłego na śniadanie.

Wstałam natychmiast, aby to naprawić, ale ty właśnie wychodziłeś. Trzaśnięcie drzwiami przeszyło mnie na wskroś, było jak wielki policzek. Dlaczego, do jasnej cholery, sama o tym nie pomyślałam? Przedpokój zaczął rozmazywać się w jedną wielką mgłę. Przywarłam plecami do ściany, w głowie zawirowało i osunęłam się bezsilnie na podłogę. Przybrałam pozycję embrionalną i płacz mnie pochłonął. Widziałam tylko w myślach pogrzeb mojego ojca.

Jakiś czas później, gdy byłam w trzecim miesiącu ciąży, zaczęłam z samego rana wymiotować. W tym samy czasie gotowałam ci mleczną zupę. I niestety wykipiała.

– Jak sobie nie radzisz, to poproś mnie o pomoc, zamiast udawać, jaka jesteś niezastąpiona – stwierdziłeś, zaglądając do łazienki.

– Już wychodzę, poczekaj, zrobię ci nową.

– Nie, będzie za późno, zjem coś na zimno.

– Ale naprawdę…

– Lepiej doprowadź się do porządku, bo nie chcę, abyś zarzygana robiła mi coś do jedzenia.

Zatkało mnie. Faktycznie chciałam tylko przemyć twarz, przepłukać usta i jak gdyby nigdy nic zająć się twoim śniadaniem. Jaka ze mnie bezmyślna baba! I jaka roztargniona!

Byłeś w pracy, gdy wezwałam taksówkę i pojechałam na porodówkę do szpitala na Madalińskiego. Mówiłeś, że chcesz być wtedy blisko, nie przy samym porodzie, ale blisko. Nie zadzwoniłam jednak, bo wiedziałam, jak praca jest dla ciebie ważna. W życiu nic mnie tak nie bolało. Aż miałam trudności ze złapaniem ostrości wzroku. W drodze tak jęczałam, że taksówkarz miał poważne wątpliwości, czy nie urodzę u niego w aucie. Co chwilę się oglądał, nerwowo zerkał mi w twarz, a następnie na siedzenie. Boże, jak ja się modliłam, aby przypadkiem mi wody nie odeszły. Znów byłabym wszystkiemu winna. Pamiętam, jak miałam kilka latek, wracaliśmy z tatą samochodem, byłam bardzo chora i zsikałam się na fotel. Już wtedy mało nie zapadłam się ze wstydu, a co dopiero teraz, gdy jestem dorosłą kobietą? Gdy dojechaliśmy, rzuciłam taksówkarzowi pięć dych i nie czekając na resztę, ruszyłam, ni to biegiem, ni to zataczając się, na izbę przyjęć. Pod drzwiami straciłam przytomność. Następne, co pamiętam, to jak leżałam na łóżku z maską tlenową na twarzy, a obok mnie próbowała wstać, jak się szybko domyśliłam, kobieta po porodzie. Odruchowo dotknęłam swojego brzucha. Poczułam, że jest mniejszy. Boże, czy poroniłam? Czy mała żyje? Ale pod palcami ujawnił się opatrunek na podbrzuszu. Czyli cesarka. Tylko ciekawe, czy po to, aby ratować mnie, czy małą? Leżałam na plecach, w lewej ręce tkwił wenflon, do prawej miałam przyczepiony jakiś czujnik, a obok stało urządzenie monitorujące stan zdrowia. Próbowałam wstać, ale kobieta z łóżka obok nacisnęła przycisk i przyszła pielęgniarka, która szybko mi wybiła z głowy takie pomysły. Potem chciałam zdjąć maskę i spytać, co z dzieckiem, ale piguła przytrzymała maskę i z miną kompletnie obojętną stwierdziła:

– Mała jest na intensywnej terapii. Niepotrzebnie sama tu jechałaś, trzeba było wezwać pogotowie.

Odebrało mi wszystkie siły. Swoją głupotą naraziłam dziecko! To, że mnie mogło coś się stać, było o tyle ważne, że dziecko musi mieć matkę, poza tym mój los był mi obojętny. Kolejna sprawa, że ty byś mi tego nie wybaczył. Odrzuciłam jej rękę i ściągnęłam maskę.

– Ale przeżyje? – spytałam, ledwo otwierając usta.

– Trzeba było się o to martwić wcześniej. Teraz wszystko w rękach lekarzy. – Odrzuciła kołdrę i zerknęła, czy krwawię. Spojrzała tylko i z wyraźnym grymasem pozwoliła, abym pozostała bez maski.

– Niech pani coś więcej powie – wybełkotałam przez łzy.

– Kobieto, śpij i nie zawracaj mi głowy! – Rzuciła kołdrę na mnie z taką siłą, że poczułam ból, jakby przeszedł mnie prąd elektryczny. Należało mi się!

Pielęgniarka wyciągnęła nie wiadomo skąd skórzane pasy i przypięła mi ręce do łóżka. Nie miałam siły protestować. Gdy wyszła, młoda dziewczyna z łóżka obok, która nacisnęła przycisk, cicho powiedziała:

– Nie martw się, lekarz mówił, że będzie dobrze. A ona to dobra kobieta, tylko jest wściekła, że nikt ci nie pomógł. Sama miała męża, którego gówno interesowało dziecko.

– A mała płakała chociaż? – spytałam.

– Nie wiem, bo przywieźli cię tu samą.

– Czyli pani jej nie widziała?

– Nie.

– A kiedy będzie jakiś lekarz, żebym mogła zapytać?

– Obchody są dwa razy dziennie, rano o ósmej i wieczorem o siódmej.

– A która teraz?

– Piąta po południu.

– Czyli nieprzytomna byłam ponad cztery godziny… – Wyobraziłam sobie, jak bardzo musisz się martwić, bo zwykle dzwoniłam w ciągu dnia.

– Zaraz po cesarce wybudzili cię z narkozy, ale szybko zasnęłaś.

– Jezu, nic nie pamiętam… – Próbowałam złapać się za głowę, ale pasy zrobiły swoje.

– Śpij, moja droga, musisz odpoczywać – powiedziała takim głosem, że nie miałam siły się oprzeć.

Obudziłam się następnego dnia rano. Ręce nadal miałam w pasach. Czułam takie ciśnienie moczu, że mnie skręcało. Aż dziw, że wytrzymałam całą noc.

– Muszę do łazienki – powiedziałam ni to do siebie, ni to do sąsiadki.

– Nie możesz wstawać. Masz pieluchę, więc śmiało… – wyraźnie urwała.

Jak to? Ja, kobieta sukcesu, ledwo po trzydziestce mam sikać pod siebie? Nie, tak być nie może!

– Do toalety muszę! – Krzyknęłam i poczułam ostre kłucie z miejsca, gdzie mnie zszyli.

Do sali weszła ta sama pielęgniarka. Spojrzała na mnie z politowaniem i stwierdziła:

– Co najwyżej dostaniesz basen, ale nigdzie się nie ruszysz.

I za chwilę słyszałam metaliczny odgłos moczu uderzającego w metalowe naczynie. Ile bym dała, aby nikt tego nie słyszał!

Dwie godziny później dostałam swój telefon i zobaczyłam kilkanaście nieodebranych połączeń. Wszystkie od ciebie. Już chciałam zadzwonić, ale przeraziłam się w myślach, jaka będzie twoja reakcja. Drżącą ręką i z przyspieszonym oddechem zadzwoniłam.

– Gdzie ty się, kurwa, podziewasz?! – usłyszałam w słuchawce.

– Jestem w szpitalu, miałam cesarkę. – Pomyślałam, że będziesz wściekły, że sama nie urodziłam.

– W którym, do cholery?! – Nie spuszczałeś z tonu.

– Na Karowej.

– Kiedy cię oporządzili?

Zatkało mnie. Chyba lepszego słowa nie mogłeś użyć. Do czego ja się w ogóle nadaję, że sama nie byłam w stanie urodzić?

– Wczoraj przed południem… – chciałam mówić dalej, ale przerwałeś:

– I, do kurwy nędzy, dopiero teraz dzwonisz?

Boże, co ja zrobiłam…

– Przepraszam. – Rozpłakałam się, starając się, abyś tego nie słyszał.

– Zwalniam się z pracy i zaraz przyjeżdżam.

Poczułam ulgę. Chwilę później rozłączyliśmy się i znów zasnęłam. Zasypiając, chciałam zapytać, co z dzieckiem, ale już nie miałam sił.

Byłeś u mnie trzy godziny później. Wyczułam alkohol. To nic, najważniejsze, aby mała była zdrowa i abyś mi wybaczył. Dyżurowała inna pielęgniarka i nawet z uśmiechem powiedziała nam, że z dzieckiem dobrze i żeby się nie martwić. Posiedziałeś bardzo krótko, może z pół godziny. W sumie nie dziwię się, bo stękające, obolałe kobiety i płacz dzieci to nic miłego. Poprosiłam tylko, abyś mi przywiózł ze dwie czy trzy książki. I wyszedłeś.

Nie pojawiłeś się więcej u mnie w szpitalu. Trochę było mi smutno, ale sama nie wiem, czy chciałabym, abyś znosił takie warunki. Wyszłam prawie dwa tygodnie później. Z małą było już wszystko w porządku. A trzymali ją na intensywnej terapii bardziej na wszelki wypadek i dlatego, że mogła być niedotleniona po tym, jak zemdlałam. Przywiózł mnie do domu mój agent, przy okazji próbując zorganizować kolejne spotkanie autorskie. Odmówiłam, wiedząc, że teraz najważniejsze jest dziecko i ty. Wszedł na górę, pomógł się zadomowić w nowych realiach i pijąc kawę, spytał, co z tobą. Wymyśliłam jakąś bajeczkę o delegacji.

Pojawiłeś się dwa dni później. Ledwo stałeś na nogach, a z daleka czuć było alkoholem. Spojrzałeś na śpiącą małą i miałam wrażenie, że ironicznie się zaśmiałeś. Choć dla mnie to był śmiech ze szczęścia. Usiadłeś na fotelu, włączyłeś telewizor i zapaliłeś papierosa.

– Kochanie, mógłbyś nie palić przy dziecku.

– I co jeszcze?! – podniosłeś głos. – Przez bachora mam zmienić wszystkie nawyki? Niedoczekanie!

Wzięłam ją na ręce i wyszłam do drugiego pokoju. Nakarmiłam piersią, ułożyłam do snu i wróciłam do ciebie. Siedziałeś, popijając wódkę z butelki.

– Szykuj się, bo mam ochotę zadupcyć – wybełkotałeś z uśmiechem, który widziałam u ciebie pierwszy raz. Sama nie wiedziałam, czego jest wyrazem.

– Kochanie, nie mogę, bo jeszcze się nie zagoiłam.

– A tam nie możesz! Nie chcesz, kurwa, i tyle!

– Chciałabym, ale nie dam rady… Może jakoś w inny sposób cię zadowolę? – zaproponowałam.

Wstałeś i kołysząc się, wyciągnąłeś członka. Był na wpół gotowy.

– To bierz się do roboty – odparłeś ze śmiechem.

Wzięłam go do ust. Był słony i śmierdział moczem. Owszem, już wielokrotnie robiłam ci dobrze ustami, lecz zawsze byłeś świeżo po kąpieli. Mimo to się nie wycofałam. Musiałam to zrobić, abyś ode mnie nie odszedł. Następnego dnia oświadczyłeś, że zmieniasz pracę i wyszedłeś. Ponownie nie było cię kilka dni. Gdy wróciłeś, wydawało mi się, że oprócz alkoholu wyczułam jakieś perfumy. Ale to nic, najważniejsze, abyś został ze mną. I znów ci dogodziłam ustami, mimo iż byłeś bez kąpieli.

Przez najbliższy miesiąc widywałam cię co kilka dni. Przychodziłeś, zrzucałeś brudne ciuchy i gdy poziom alkoholu w twojej krwi spadał do zera, znów znikałeś. Powoli czułam się coraz lepiej, Małgosia rosła jak na drożdżach. Któregoś dnia wyszłam do parku Achera z małą na spacer i spotkałam kolegę z ogólniaka. Zainteresował się Małgosią, wziął ją na ręce, a i pomógł zrobić zakupy. Zaprosiłam go na kawę. Gęba mi się nie zamykała, w końcu miesiąc siedziałam prawie tylko z dzieckiem. Opowiedział, że żona od niego odeszła, zaraz po tym, jak poroniła. Nie powiedział tego wprost, ale czułam, że wini się za to. Wręcz emanowało od niego poczucie winy. Że też ludzie nie widzą u siebie takich rzeczy. Przecież to zupełnie nie jego wina. Opowiedziałam mu o tym, jak mocno wpłynęło na ciebie dziecko, że ledwo dajesz radę.

W pewnym momencie wszedłeś ty. Znów byłeś kompletnie pijany. Jak tylko zobaczyłeś Adama, podbiegłeś do szafy, wyciągnąłeś siekierę i krzyczałeś:

– Wypierdalaj stąd, gnoju, bo cię, kurwa, zabiję!

Adam wstał, już chciał grzecznie wychodzić, gdy uniosłeś siekierę i rzuciłeś się na niego. Zasłonił się ręką, odepchnął ostrze w stronę ściany, ale trzonek wylądował na mojej głowie. Ostatnie, co pamiętam, to furia w twoich oczach.

Obudziłam się w szpitalu na Banacha, a Adam siedział obok. Pierwsze, na co zwróciłam uwagę, to jego zafrasowana mina.

– Co z małą? – spytałam nerwowo.

– Spokojnie, jest w sali obok. Nic jej nie zrobił.

– A co z nim?

– Obezwładniłem go, zadzwoniłem po policję i zabrali go do izby wytrzeźwień.

– Kiedy mogę wrócić do domu?

– Lekarz mówił, że poleżysz tu kilka dni.

– Ale ja muszę się zaopiekować Leszkiem.

– Ty to musisz się zaopiekować małą i sobą, a on jak tak chla, to sam musi sobie pomóc. Nikt za niego tego nie zrobi.

– Ale on jest taki wrażliwy… – Rozpłakałam się.

– Wrażliwy może i jest, bo często ludzie wrażliwi kończą źle, ale i jest chory! – Adam po raz pierwszy podniósł głos.

– Muszę mu pomóc! – zaprotestowałam.

– Nie zabronię ci. Może mu przejdzie.

Wyszłam ze szpitala trzy dni później. Niosłam Małgosię na rękach, gdy zobaczyłam cię idącego pod rękę z jakąś kobietą. Zabolało mnie. Jak cholera. Poczułam, że mam ochotę wydrapać jej oczy. Wróciłam do domu i tylko zapłakałam. Sama nie wiem, o czym myślałam. Przed oczyma tylko pojawił mi się pogrzeb mojego ojca. Co ja wtedy czułam? Nie pamiętam, miałam przecież ledwie sześć lat.

Wszedłeś do domu pijany kilka godzin później i pierwsze, co zrobiłeś, to wystawiłeś członka, abym ci obciągnęła. Nie sprzeciwiałam się. Tym razem oprócz moczu czułam nieumytą, kilkudniową spermę. Ale dałam radę. Może ode mnie nie odejdziesz. Gdy skończyłam, zacisnąłeś pięść i sieknąłeś mnie pod oko. Tym razem nie straciłam przytomności, ale w głowie zawirowało. Pierwszy raz w życiu pomyślałam, aby od ciebie odejść.

Od tego dnia nie pozwalałeś mi prawie nigdzie wychodzić, czasem spoliczkowałeś, gdy czegoś nie zrobiłam, a i bywało, że uderzyłeś pięścią w brzuch. W twarz już tego nie robiłeś, bo powiedziałam, że jak ktoś zauważy, to będziesz miał kłopoty. Adam do mnie wysyłał sms-y, które jak najszybciej kasowałam, abyś nie zauważył. Pisał, że gdybym chciała, to ma wolny pokój i mogę u niego zamieszkać. Niejednokrotnie o tym myślałam, ale zawsze tłumaczyłam sobie, że przywykniesz do nowej sytuacji i ojcostwo przestanie cię przytłaczać. Kilka miesięcy później znów zniknąłeś. Tym razem na dużo dłużej, bo prawie na trzy tygodnie. Ktoś do mnie dzwonił, że widział cię na mieście z jakąś kobietą, kto inny, że pomógł ci wsiąść do taksówki, bo tak byłeś pijany. W domu jednak się nie zjawiałeś. Zadzwoniłam więc po Adama, bo jakoś stał mi się wyjątkowo bliski. Siedzieliśmy w kuchni przy stole, piliśmy kawę, aż wyszedł do łazienki. Wtedy wszedłeś ty. Ponownie pijany. Jak tylko zobaczyłeś męskie buty, rzuciłeś się na mnie. Ostatnie, co pamiętam, to jak leżałam na podłodze, a ty mnie okładałeś.

Po raz kolejny obudziłam się w szpitalu. Obok łóżka, oprócz Adama, stała policjantka i spisywała jego zeznania. Gdy tylko zobaczyli, że się ocknęłam, zaczęli zdawać pytania. Byłam tak obolała i tak ledwo przytomna, że powiedziałam wszystko, łącznie z tym, że zmuszałeś mnie do obciągania i lałeś w brzuch, aby nie było widać. Nigdy w życiu tak nie płakałam. Ryczałam, że ledwo można było mnie zrozumieć. Pamiętam, że przed oczyma kolejny raz stanął mi pogrzeb ojca.

Policjantka zapewniła, że już nic mi nie grozi, że siedzisz w izbie wytrzeźwień, a stamtąd pójdziesz do aresztu i długo nie wyjdziesz. Jednocześnie zaproponowała wsparcie psychologiczne. Adam powiedział, że nie puści mnie do domu i zamieszkam u niego. Wyszłam ze szpitala pięć dni później. Prosto do Adama. Nie miałam obiekcji. I nawet przez myśl mi nie przeszło, aby cię odwiedzić w areszcie, a później w więzieniu. Adam dogadzał mi, jak mógł i przez pierwsze kilka miesięcy nawet nie starał się do mnie zbliżyć, choć widziałam, że chuć go rozpiera. Dopiero ja sama doprowadziłam do zbliżenia, gdy już pogodziłam się, że męża nie mam. Adam tylko spytał, czy na pewno tego chcę i czy jestem już gotowa. Byłam! Jak cholera! I od razu chciałam mu dogodzić ustami, ale podniósł głos i stwierdził, że on na to nie jest jeszcze gotowy.

Do poradni psychologicznej w Piastowie trafiłam kilkanaście dni później. Na początku cholernie się bałam mówić całą prawdę, ale gdy przypomniałam sobie, że przecież mógłbyś skrzywdzić i Małgosię, otworzyłam się. I znów płakałam jak bóbr. Niewiele pamiętam z tego, o czym rozmawialiśmy z panią psycholog. Jedynie w pamięci mam pogrzeb mojego ojca i to, że czułam się winna jego śmierci…

Miłość

Miłość

Zamek, Magia, Atmosfera, Mgła

Nadal to czuję. Czego bym nie zrobił, jakąkolwiek radość przeżywał, nie mogę zapomnieć. Im jestem bliżej, tym mocniej mnie ściska w piersi…

Dziś Edyta zapytała, czym dla nas jest miłość.

Dla mnie?…

Choćbym przeczytał wszystkie książki, poznał zdanie wszystkich ludzi, nie zdołam jej opisać, ani okiełznać w ogóle. To tak jak z pięknym widokiem, gdzie zmurszałe mury zamku skąpane są w porannej mgle. Za każdym razem, gdy chcę to opisać, wychodzi blady kicz, w którym słowo „mgła” kłuje w oczy swoim wyświechtaniem.

Czym więc jest ta miłość?

Mógłbym pisać epopeje, wiersze, czy wielkie powieści, ale powiem tak:

to szczęśliwe łzy.

Chemia miłości

Chemia miłości

Chemik, Laboratorium, System Okresowe, Chemia

– Profesorze, mam to! – wrzasnęła, pokazując wydruk.

– Jesteś pewna?

– Tak! – Podskoczyła. – Wreszcie to wyodrębniłam!

– To cóż, tylko pogratulować. – Profesor spuścił smętnie głowę. – Czyli miłość będzie dostępna dla każdego. – Bezsilnie opadł na krzesło.

Następnego dnia wstrzyknęła sobie miksturę. Już godzinę potem czuła się doskonale, wręcz epatowała pogodą ducha. Wybiegła na ulicę i zaczęła przytulać po kolei ludzi: przystojnego chłopaka, dystyngowanego pana, dostojną paniusię i zgarbioną emerytkę. Po powrocie do laboratorium zapisała wnioski.

Nobel przypadnie jej!

Wieczorem wróciła do pustego domu, zasiadła przed telewizorem i przytuliła się do ukochanego jaśka. Wyświetlali film miłosny.

Kwadrans później, kiedy specyfik nadal działał, płakała, czując się nieszczęśliwa.

Szary łabędź

Szary łabędź

Łabędź, Biały, Wody, Deszcz, kobieta

Odbity od niej, od lustra, zerkam.

W niebo.

Chętnie się wznoszę, przefruwam między chmurami kłębiastymi, dotykam jednej. Albo szybuję ponad białymi baranami, czując nad sobą chmury pierzaste.

I tylko zabłąkany szary łabędź, który lata tak wysoko, zastygły w pozie zapomnienia ziemi zamknął ze mną oczy. I dalej razem. Na zawsze.

Gdzieś w dole przydźwięki miast, szum kilometrów powietrza i nostalgia szarego łabędzia, co ucieka, moje serce, żeby żyć. Czasem ląduje, lecz jedynie na chwilę, by poczuć swą inność i znów się unieść w stratosferę. Widząc mnie, zapiszczał, nawet zbliżył lot, ale zawstydzony swoim głosem zanurkował jeszcze wyżej.

Najwyżej spośród ptaków.

W pogoni za sobą samym

W pogoni za sobą samym

Farby, Młody Model, Strzelać Moda, Fotografii

…I tylko szmery codziennych obowiązków wytrącają mnie z rytmu Twoich słów, które przelewają się przez palce, nie mogę ich zatrzymać. Twoje słowa są ulotne i takie senne. Gdy zamknę więc oczy, a cielesność nie będzie mi już potrzebna, może wtedy dosięgnę Ciebie. Dotknę Twoich słów i cieszył się nimi będę. Potem wraz ze snem uspokoją się i szum, i gwałtowność, i stopy…

Marcin był starszy ode mnie o siedem lat. Zainteresował mnie swoją osobą w obskurnym, całodobowym barze na Dworcu Zachodnim w Warszawie. Gdy przyszedłem, pił drugie piwo. Udałem, że znalazłem się tam zupełnie przypadkowo, a w gruncie rzeczy było inaczej – umyślnie chciałem go spotkać. Z początku, jak mnie zobaczył, mówił, iż dopija piwo i idzie do domu. Dosiadłem się do jego stolika i zaczęliśmy rozmawiać. Do tej pory znałem go na zupełnie innej stopie, więc rozmowa z początku weszła na tematy zawodowe i ogólne, dopiero po kilkudziesięciu minutach, gdy mieliśmy już we krwi trochę alkoholu, zacząłem mówić o sprawach osobistych: zwierzyłem mu się z prywatnego życia z dość szczegółowymi opisami niektórych przeżyć, sympatii i antypatii. Połknął haczyk i po paru minutach sam się wkręcił. To, co tego dnia opowiedział o swoim życiu, stanęło mi w głowie jak ość w gardle i od tamtej pory intensywnie myślę o przełożeniu tego na papier. Historia, którą przeczytacie, wydaje się zupełnie nieprawdopodobna, a może i niedorzeczna, ale dla Marcina to jego życie. Starałem się nie pominąć ani drobnego słowa, które miałoby większe znaczenie dla tej opowieści, a jeśli o czymś zapomniałem, to z niepamięci.

W zasadzie powinienem Marcina opisać od dzieciństwa, gdyż przypuszczalnie wtedy pozyskał kilka cech charakteru, które później – gdy stał się dorosły – kształtowały jego życie. Jednak tak nie zrobię, ponieważ wiem o tym jedynie co nieco – tyle ile od niego usłyszałem, a po drugie nie chcę mówić, co doprowadziło do takiej osobowości, tylko kim on jest dziś.

Marcin ożenił się, mając dwadzieścia sześć lat, dwa lata po studiach. Jego o rok młodsza żona, Marzena tuż przed ślubem obroniła pracę magisterską i szła na dobre do pracy. Ukończyła SGH i zatrudniła się jako zastępca głównej księgowej w jednej z dobrze prosperujących warszawskich firm. Zarabiała dość sporo, więc niedługo po ślubie, czyli w tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym drugim roku wzięli kredyt mieszkaniowy i kupili dwupokojowe mieszkanko na warszawskiej Woli. On wtedy pracował jako programista u dużego dystrybutora perfum, więc także zarabiał nieźle. W ciągu paru miesięcy urządzili jako tako mieszkanie i czas było pomyśleć o dziecku. Rok po ślubie zdecydowali się na to i kolejne dziewięć miesięcy później urodziła im się dziewczynka, której dali na imię Justynka.

Przez pierwszy rok małżeństwa zwiedzili większość Europy, a tuż przed tym, jak Marzena zaszła w ciążę, wyjechali na dwa tygodnie do Ekwadoru. Marcin chciał koniecznie zobaczyć Andy na własne oczy. Jak mi później opowiadał, spędzili tam najlepsze wakacje swojego życia. Zwiedzali góry, miasteczka i małe wioski indiańskie. Oboje wrócili zadowoleni i wypoczęci i wkrótce poczęli pierwsze dziecko.

W tym czasie Marcin zakochał się w górach na dobre i regularnie raz w miesiącu wyjeżdżał samotnie w Tatry lub Alpy. Właśnie w Tatrach poznał człowieka imieniem Roman i od tego czasu zaczął się powoli zmieniać. Jego nowo poznany przyjaciel miał ponad czterdzieści lat i od prawie dwudziestu był górskim maniakiem. Poza tym był typem samotnika i starym kawalerem z wyboru. Jak się okazało kilka miesięcy później, był także genialnym muzykiem. Grywał na kilku instrumentach i pracował jako muzyk sesyjny. Większość czasu spędzał, ćwicząc, a gdy przyszło do nagrania, zamykał się w studiu i praktycznie nie wychodził aż do ukończenia materiału. Marcin przyjaźnił się z nim dobre cztery lata, aż tamten uległ wypadkowi samochodowemu, a wkrótce zmarł w szpitalu.

Marcin bardzo to przeżył i zawsze wspominał go jak swojego duchowego guru. Często słuchał muzyki skomponowanej przez Romka, czytał jego wiersze i filozoficzne zapiski. Nie wiem dokładnie, co było w nich szczególnego, ale to, co mogę powiedzieć, to fakt, iż przesycone były idealizmem, romantyzmem i marzeniami. Wiele z nich dotyczyło ideałów kobiety, prawdy jako istoty obiektywnej i sensu życia. Jedyna rzecz, którą Marcin mi powiedział z tych zapisków, to następujący fragment:

Choćbyśmy się starali jak najlepiej ocenić jakieś zdarzenie, to zawsze nasza ocena będzie tylko cząstką naszej psychiki. Nigdy nie zdołamy uwolnić się od niej na tyle, aby nie wyznaczała nam barier…”

W dwa lata po narodzinach Justyny zdecydowali się na drugie dziecko, a kolejnych dziewięć miesięcy później mieli syna – Marka. Marzena zrezygnowała z pracy, a Marcin został szefem działu informatycznego w tej samej firmie co na początku małżeństwa. Dwa lata po urodzeniu się Marka spłacili mieszkanie, a ponieważ mieli odłożonych sporo pieniędzy, zaczęli się zastanawiać nad kolejną pożyczką i kupnem segmentu poza Warszawą.

I niestety, tutaj cała historia zaczyna się komplikować; kończy się sielanka i błogość rodzinnego spokoju. Marcin popada w coś, co na zawsze zmieni jego życie.

* * *

Latem tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego dziewiątego roku Marzena razem z dziećmi wyjechała do swojej matki na prowincję, a Marcin został sam w domu na prawie trzy miesiące. Dwa razy na miesiąc odwiedzał ją, potem wracał do Warszawy. Nie mając obok siebie kogoś najbliższego, znów sięgnął po zapiski Romana i czytał je dniami i nocami. Stały się dla niego biblią i swoistym „rozmówcą”. Rzadko wychodził z domu, ponieważ stracił dobry kontakt z większością dawnych przyjaciół. Poza tym, nie mając przy sobie kochanej i kochającej żony, w jego głowie zaczęły się rodzić dzikie marzenia. Wyobraźnia pracowała na najwyższych obrotach i zaczął sobie tworzyć własny świat.

Natchniony zapiskami Romana, w połowie czerwca rozpoczął pracę nad swoją pierwszą książką. Miała to być historia dwojga młodych ludzi wywodzących się z domu dziecka. Koncepcja wyglądała następująco: układają sobie powoli wspólne życie, ledwo wiążąc koniec z końcem, ona doskonała w mniemaniu Marcina, a on nerwowy i dość bezpośredni. Opowiadanie próbował zacząć od szczegółowego jej opisu, więc bez przerwy rozmyślał, jak powinna wyglądać zarówno fizycznie, jak i psychicznie. Pisał po kilka stron, potem wykasowywał wszystko i zaczynał od nowa. Ciągle coś mu nie pasowało. A to jego bohaterka była zbyt sztuczna, a to jej osobowość zbyt płaska, a czasem po prostu łapał się na tym, że nie jest jego ideałem, tylko tym, co akurat przypasowało w danej chwili. Męczył się nad tym dobre dwa tygodnie i nie stworzył zadowalającej wersji.

W tym czasie sięgnął po kolejne książki, aby tam znaleźć cząstki swojego ideału. W ciągu tych dwóch tygodni przeczytał osiem i nic. Chadzał do kina, teatru, aby obserwować różne osobowości, albo po prostu do parku i tam patrzył na kobiety, słuchał ich i zapisywał najciekawsze wnioski. Po tym czasie postanowił, że będzie śledził takie kobiety, które mu przypadły do gustu w jakiś szczególny sposób. Pierwszy raz tak zrobił pewnego niedzielnego popołudnia. Poszedł do paku Sowińskiego, upatrzył sobie dziewczynę i nie spuszczał z niej wzroku przez parę godzin. Szła z koleżanką. Najpierw dość długo spacerowały po parku, potem wsiadły do autobusu numer sto pięć jadącego na Bemowo, a on wsiadł z nimi. Wysiadły przy Wojskowej Akademii Technicznej, on podjechał jeden, krótki przystanek dalej i za nimi ruszył. Weszły w boczną uliczkę i wtedy spostrzegły, że są śledzone. Zbliżył się, a po paru minutach do nich dołączył. Były mocno przestraszone. Od razu wyjaśnił, że pisze książkę i chce zbadać reakcje dziewczyn na śledzenie. Z początku nie wierzyły, ale kiedy wyciągnął z kieszeni mały, zapisany i pokreślony notes, dały się przekonać. Odprowadził je do domów, pożegnał się i wrócił do parku. Było późne popołudnie i znów upatrzył sobie „obiekt” i kolejny raz poszedł jego śladem. Tym razem dziewczyna była mniej spostrzegawcza i nic nie zauważyła. Powtarzał to jeszcze przez tydzień, a że i to nie przyniosło żądanego rezultatu, musiał wymyślić coś nowego.

Zaczął podchodzić do kobiet, pytał o drogę do miejsc, które rzekomo go interesowały i prosił o podprowadzenie. Kilkakrotnie udało mu się wyciągnąć parę cennych uwag w kwestii kobiecego ideału, które skrzętnie zapisywał, lecz mimo to książka nie ruszyła z miejsca.

Kolejny raz próbował poskładać do kupy wszystkie swoje zapiski i spostrzeżenia. Zasiadł do komputera wczesnym wieczorem, próbując opisać swój ideał. Pisał po kilka zdań, kasował, wściekał się i nadal nic nie wychodziło. Siedział prawie do rana i nie napisał nic konkretnego. W żadnym wypadku kobieta, którą opisywał, nie była taka, jaką by sobie wymarzył, wyśnił. Położył się dopiero wtedy, gdy uświadomił sobie, że próbuje opisać swoją żonę zmienioną o cechy ze swojego notatnika. Poczuł, że wpadł w błędne koło.

Od czasu do czasu zaczął kupować sobie sporą ilość alkoholu i zapijał się na śmierć w poszukiwaniu tej jedynej. Na początku robił to raz w tygodniu, na ogół w piątek, aby w weekend móc wrócić do siebie. Podczas tych samotnych libacji, zapisywał mnóstwo kłębiących się w głowie myśli i przestał je kasować z komputera. Jak się później okazało, wyprodukował ponad czterdzieści stron samych opisów naj-kobiety. Ciągle jednak nie mógł wyrazić swojego ideału. Po miesiącu zapijania się na śmierć zdał sobie sprawę, że nie tędy droga i znów wrócił do czytania książek, chodzenia do kina i spacerów w parku.

Każda książka, którą czytał, oprócz standardowych wartości, niosła przede wszystkim rodzaj kobiecego piękna. Zwrócił uwagę na to, że fragmenty, gdzie są opisy kobiet, czytał kilkakrotnie dłużej niż pozostałe.

W połowie lipca wciąż nie rozpoczął swojej książki. Postanowił tworzyć samą fabułę, bez opisów i zaledwie w ciągu tygodnia spłodził sto dwadzieścia stron. Oczywiście nie była to wersja ostateczna, ale zaledwie zarys mający ulec stylistycznym i rzeczowym poprawkom. Wtedy przydarzyła się rzecz niesamowita i właściwie od tego powinna zaczynać się ta historia.

W drugiej połowie lipca Marcin obudził się rano i zdał sobie sprawę, że śniła mu się idealna kobieta. Taka, jaką mógł sobie wymarzyć. Piękna, inteligentna, zaradna i tak samo idealistycznie podchodząca do życia jak on. Ponieważ miał duże zdolności plastyczne i w młodości uczęszczał na kółko malarskie, postanowił ją namalować. Portret wyglądał niemal jak zdjęcie – doskonały i niepomijający żadnego szczegółu. Pracował nad nim trzy wieczory. Powiesił go nad łóżkiem i wiedział już wszystko o wyglądzie ideału.

Około tygodnia później przyśniła mu się po raz drugi. Nie różniła się zupełnie niczym w porównaniu do pierwszego razu. Była identyczna zarówno pod względem urody jak i charakteru. Rano się obudził i był wniebowzięty. Wreszcie się doczekał.

Kolejne noce przyniosły kolejne sny i, jak się okazało, każdy następny stanowił kontynuację poprzedniego. W ten sposób pomysł na książkę, który niegdyś miał w głowie i nad którym zaczął pracować, legł w gruzach, a pojawiła się nowa historia. Historia wzięta wprost z jego podświadomości. Postanowił napisać książkę właśnie na podstawie własnych snów.

Całość zaczynała się od przypadkowego poznania Agnieszki, bo właśnie tak miała na imię ta dziewczyna. Spotkał ją na przyjęciu urodzinowym u swojego kolegi, gdy jeszcze obydwaj byli kawalerami. Miała metr siedemdziesiąt wzrostu i była szczupła. Ciemne, kasztanowe włosy do połowy pleców, lekko wystające kości policzkowe, zadarty nos, dość duże, szeroko rozstawione oczy i namiętne usta. Ubrana w żakiet koloru błękitnego. Zawsze uśmiechnięta, wyglądała na bardzo szczęśliwą, ale od czasu do czasu zamyślała się i tonęła we własnym świecie. Nie była typem kokietki, a raczej kobiety o niepozornych ruchach, a mimo to miała w sobie szalenie dużo naturalnego wdzięku i pogody ducha. Podszedł do niej, poprosił do tańca i tak się poznali. Rozmawiali ze sobą bardzo dużo tego wieczora i wymienili telefony. (To dziwne, ale podał jej telefon, pod którym był uchwytny, jak jeszcze był kawalerem.) Tak skończył się pierwszy sen.

Kolejny zaczął się od wspólnego spotkania w parku Sowińskiego (tym, w którym śledził dziewczyny). Spędzili ze sobą ponad sześć godzin, aż odwiózł ją do domu tramwajem gdzieś na Żoliborz. Wrócił do domu i sen się skończył.

Za trzecim razem poszli do kina „Śląsk” na film „Dawno temu w Ameryce” i pamiętał go po przebudzeniu ze szczegółami, mimo iż w rzeczywistości widział go ponad dziesięć lat wcześniej. Potem poszli do jakiejś kawiarni, której nigdy nie znał i nie miał pojęcia, czy naprawdę istnieje. Spędzili przy drinkach i deserach trzy godziny, a później, nadal jako tylko dobrzy znajomi, rozstali się pod jej blokiem, którego wygląd również dobrze zapamiętał.

Czwarty sen spędzili na wspólnym wyjeździe poza miasto i właśnie tam doszło do pierwszego pocałunku. Dość długo oboje nie mogli się na to zdecydować, aż lunął deszcz, a oni skryli się przemoknięci pod niewielkim daszkiem, mimowolnie przytulili i jak dwa mokre pieski niemal żebrali o pocałunek, trącali się przesiąkniętą sierścią, aż ulegli pod naporem pożądania. Tak zaczął się na dobre ich senny romans. Raz się zaczął i po tak pięknym, bo sennym, wstępie nie mógł się szybko skończyć.

Niedługo potem Marcin wyjechał na tygodniowy urlop na prowincję; dotarł tam w sobotnie popołudnie. Z wielkim entuzjazmem powitał żonę i dzieci, teściową i teścia. Najpierw spędził wraz z żoną długie chwile na rozmowie i przytulaniu się, potem on bawił się z Justynką, aż zrobiło się późno, więc położyli się do łóżek. On położył się z żoną w małym pokoiku, aby nadrobić zaległości długiego rozstania, dziećmi zajęła się teściowa. Usnęli dopiero po północy, wymęczeni i przepoceni.

Tej nocy powróciła Agnieszka. I nie to, że powróciła i już. Wtargnęła w sen, wygłodniała jego obecności jak wilk. Od razu zaczęły się namiętne pocałunki i przytulania. Ubrana była inaczej niż zwykle: tym razem miała na sobie najgustowniejszą suknię jego żony. Od czasu do czasu wypowiadała całe zdania swojej rywalki, które dobrze Marcinowi utkwiły w pamięci ze względu na ich osobisty charakter, a każde z nich było jakby drobnym talizmanem tego małżeństwa. Tkwiły w jego głowie od czasu wypowiedzenia ich przez Marzenę i będą trwały aż do jego śmierci. Po długim powitaniu Agnieszka wyjęła z torebki naszyjnik, który Marcin dał swojej żonie, a ta zgubiła go tuż przed ślubem.

Obudził się obok śpiącej żony, przetarł oczy, wstał i poszedł sprawdzić jak dzieci, które jeszcze spały w najlepsze. Cały czas czując obok siebie Agnieszkę, spojrzał na dzieci i gorzko zapłakał, nie za bardzo wiedząc, które życie jest piękniejsze: realna Marzena z dziećmi, czy senne widziadło. Wrócił do żony, padł z powrotem na łóżko i leżał dobre półtorej godziny, zanim się obudziła. Na dokładkę bał się, że mógł zacząć mówić przez sen. Jak by się żonie z tego wytłumaczył? Wypowiadać imię jakiejś Agnieszki i mówić, że będzie z nią aż do śmierci, brzmi wyraźnie jednoznacznie. Na pewno zrozumiałaby, iż podczas jej nieobecności ma romans, a może i chcieć ją rzucić dla tamtej.

Po kilku godzinach spędzonych z żoną i dziećmi zupełnie zapomniał o sennych marzeniach i powrócił do roli kochającego męża i ojca. Spędził z rodziną cały tydzień, chodząc do lasu, nad wodę czy na łąkę. Opiekował się nimi, jak mógł i byli szczęśliwą rodziną. Do końca pobytu na prowincji senne widziadło nie powróciło. Prawie codziennie sypiał z żoną i sprawiało to obojgu przyjemność taką samą jak przed wakacjami.

Wyjechał do Warszawy w sobotę, tydzień po przyjeździe. Wrócił do królestwa swojej książki i prawie od razu po powrocie usiadł nad jej pisaniem. Teraz miał nie lada zadanie: oddzielić ze snu to, co dotyczyło bezpośrednio jego, od tego, co mogło dotyczyć każdego innego człowieka. Po prostu nie mógł sobie pozwolić, aby w jakikolwiek sposób książka mówiła o nim samym. W taki sposób musiał pominąć niektóre elementy ze snu. Na przykład naszyjnik nie mógł się znaleźć w książce w tej samej postaci co we śnie. To samo było z suknią żony. I tak sam stał się cenzorem swoich marzeń na potrzeby książki.

(Zapisał dość długą notatkę z tego, co przyszło mu do głowy, w sprawie kontroli treści. Dokładnie nie wiem, co tam zawarł, ale w skrócie powiedział, że tym się różnił od szaleńca, że dokładnie wiedział, na co może sobie pozwolić, a na co nie. Gdyby nie to, popadłby w obłęd. Podobno nawet miał kiedyś znajomego, który postradał zmysły, i to, co rzuciło się Marcinowi w oczy, to fakt, że ów nieszczęśnik z pełną premedytacją pomijał wszystko, co mogło go w jakikolwiek sposób ograniczać. Znikły bariery moralne, granice przyzwoitości, etyka, nawet zakazy i nakazy wynikające z wiary w Boga, w którego zawsze wierzył nieprzytomnie. Marcin zakończył tę opowieść pytaniem: czy to nie jest tak, że szaleństwo to świadomy wybór każdego z nas?)

Z soboty na niedzielę Marcin miał kolejny sen, w którym przyszła do niego Agnieszka, przywitali się gorąco i usiedli na kanapie u niego w mieszkaniu.

Marcin obudził się około szóstej rano. Wstał z łóżka i zaczął przygotowywać sobie śniadanie. Cały czas myślał o swoim śnie i w żaden sposób nie mógł go zrozumieć. Kołatał mu się w głowie niejasny dialog, a on, właściciel swojej podświadomości, czyli twórcy nocnego marzenia, był daleki od jasności zaistniałej sytuacji. Wkrótce zasiadł z powrotem nad książką. Słowa niemal same przelewały się przez jego palce na klawiaturę komputera. Pisał i jedyne, nad czym się zastanawiał, to sens zapamiętanych słów. Około trzynastej zrobił sobie przerwę i wyszedł na krótki spacer. Chodził po ulicach Woli, bezmyślnie obierając trasę wędrówki. Czasem szedł prosto, czasem skręcał, a innym razem zatrzymywał się, siadał na ławce, siedział parę minut i znów ruszał. Do domu wrócił po ponad dwóch godzinach. Ponownie zasiadł do komputera i pisał. Kolejnym jego posiłkiem była obiadokolacja, którą spożył po dwudziestej. Był to szybki, skromny, ale bardzo sycący posiłek. Zjadł go, jak mógł najprędzej i znów zaczął pisać. Do łóżka wskoczył po północy. Od razu zasnął jak kamień, a widziadło wróciło.

Tym razem ubrana była w lnianą, jednobarwną suknię w kolorze szaro-morskim.

Gdy wyszli z domu, na ulicy, przed jego oknami stała starodawna dorożka z zaprzęgniętym białym koniem, i woźnicą, który niemal operowym głosem podśpiewywał sobie cicho arię z opery Carmen. Jechali dobrą godzinę i zatrzymali się przed wejściem do Pałacu Ujazdowskiego, gdzie czekało na nich kilku lokai. Weszli do środka i Marcin ujrzał cały dziedziniec przygotowany do tego święta. Po lewej stronie stały zastawione wyjątkowymi potrawami stoły, po prawej ustawiona niewielka scena z orkiestrą kameralną, a przed nią parkiet do tańca. Mnóstwo krzątających się kelnerów i kamerdynerów ubranych w starodawne stroje, muzyka klasyczna i wyczuwalna atmosfera wielkiej uczty specjalnie dla nich dwoje, bo wkrótce się okazało, że oprócz nich i służby nie ma tam nikogo.

Najpierw zasiedli przy niewielkim stoliku, nieopodal wielkich zastawionych stołów i dostali na srebrnych talerzach potrawy, których Marcin nawet nie wiedział jak zacząć jeść. Podano także dwie butelki szampana, z których jedną otworzono z hukiem i nalano do kryształowych, smukłych kielichów. Po chwili orkiestra zagrała Koncerty Skrzypcowe Bacha, potem Vivaldiego, Mozarta i Beethovena. Gdy Marcin i Agnieszka skończyli posiłek, ona poprosiła go do tańca. Ona w tej olśniewającej swą prostotą sukni, a on w starym sweterku, dżinsach i starych skórzanych, zawiązywanych pantoflach.

W tym momencie obudził Marcina telefon. Był poniedziałkowy ranek i dzwoniła żona, aby go poinformować, że Justynka się rozchorowała. Musiał wziąć ze dwa dni wolnego z pracy i przyjeżdżać z powrotem na prowincję. Przyszedł rano do pracy, załatwił formalności i pojechał do rodziny. Jego córeczka miała zapalenie płuc, które zdiagnozował lekarz, po czym przypisał leki i polecił, aby przez kilka dni leżała w łóżku. Wieczorem Marcin podszedł do Justynki, a ta cichutko, na ucho zadała mu pytanie:

Wyglądało na to, że to małe pięcioletnie dziecko coś wyczuło. W żaden sposób Marcin nie mógł sobie tego wytłumaczyć. Przecież pierwszą osobą, która powinna cokolwiek zauważyć była jego żona. Poza tym wcale nie zamierzał odejść, bo z kim? Z sennym marzeniem? To nie miało sensu. Więc o co jej chodziło? Na dodatek w tym samym czasie mocno się rozchorowała, więc dało mu to dużo do myślenia… Posiedział tam na prowincji do wtorkowego wieczoru i musiał wracać do Warszawy. Pożegnał się z żoną i dziećmi, wsiadł w samochód i wrócił.

Tej samej nocy pojawiła się Agnieszka. Przyszła do niego zupełnie naga. Kochali się we śnie bez opamiętania przez długi czas. Raz ona prowokowała go do kolejnych figli, a raz on ją. Trwało to na tyle długo, że zdążył osiągnąć szczyt cztery razy i wcale nie miał dosyć. (Jakie to niezwykłe rzeczy zdarzają się w snach…) I pewnie szalałby dalej, gdyby nie zadzwonił budzik.

Teraz dni były nieco inne niż kiedyś. Marcin pracował osiem godzin dziennie, czasem tylko zostawał dłużej, potem wracał do domu, pisał książkę, kładł się spać, zasypiał i prawie codziennie powracał jego kobiecy ideał. Całymi dniami czekał na noc, aby tam przeżywać swą idealną miłość i cieszyć się nią. Mijały dni, przybywało stron w jego książce, przybywało nocnych wrażeń, a dzień stawał się coraz krótszy i krótszy.

Po powrocie z pracy zasiadał do pisania, cedząc słowa, a książka nabierała grubości. W połowie sierpnia liczyła już ponad trzysta stron. Obfitowała w liczne szczegóły: długie opisy sytuacji i miejsc ze snów i co najważniejsze w jak najwierniejsze oddanie wyglądu i osobowości Agnieszki. Pochłonęła go prawie całkowicie, tak, że na co dzień szukał jakby jej odbicia w rzeczywistości. Zaczął porównywać wszystkie kobiety z jego sennym ideałem. Ale większość kobiet po prostu niemal go odrażała brakiem delikatności i sztucznością. Inne, bardziej przypominające jego wyobrażenia, zyskiwały niewielkie względy.

I tak, dzięki swoim marzeniom, miał to, czego chciał najbardziej – ideał kobiety. Ale powoli oddalał się od codzienności. Z tygodnia na tydzień zaczął tracić emocjonalny kontakt z otaczającym go światem. Normalnie pracował, jadł, dbał o higienę, ale tak naprawdę uciekał w głąb siebie. Podobno wcale nie zareagował, gdy dowiedział się, że jego podwładny zginął w wypadku samochodowym. Zwykły świat stawał się nierealny, a ten ze snu – prawdziwy, stanowiący dla niego drugą rzeczywistość. Rzeczywistość, w której wszystko było idealne i dokładnie takie, jak mógł sobie wymyślić. Wraz z zamknięciem oczu przeistaczał się w drugiego siebie, czekającego na swoją wymarzoną Panią. Marcin i jego alter-ego egzystowali razem w jednym czasie i jednym miejscu. Budząc się rano, powracał do życia, które okazywało się koszmarem w porównaniu do tego, co czuł w czasie snu. Z coraz większą niechęcią wstawał z łóżka i chodził do pracy, wściekał się na szarą rzeczywistość, że odbiera mu wszystko to, co przynosiły ze sobą senne marzenia.

Pod koniec sierpnia Marzena wróciła z dziećmi od swojej matki i dopiero wtedy zauważyła zmiany, które w nim zaszły. Nie był już taki jak kiedyś. Bardziej zamknął się w sobie, mniej się odzywał, dłużej spał. Mniej czasu poświęcał dzieciom, a zważając na to, iż kiedyś one stały u niego na czołowym miejscu, może nawet wyżej niż żona, było to coś niepokojącego. Marzena zaczęła wypytywać, co się z nim dzieje, dlaczego się zmienił, a on jedynie milczał. Niejednokrotnie popłakała się podczas rozmowy, ale nie usłyszała od męża nic konkretnego. Bo co miał Marcin powiedzieć? Że zakochał się we własnej wyobraźni? To byłoby chyba najbliższe prawdzie, jednak w tym czasie Marcin zaczął tracić kontrolę nad własnymi snami, własną osobowością, a co za tym idzie codziennością, więc wyobrażał sobie, że Agnieszka jest jak najbardziej realna.

Postanowił na razie nic nie mówić Marzenie o swojej książce, która już wtedy liczyła blisko pięćset stron, bo nie wyobrażał sobie, jak mógłby wytłumaczyć jej powstanie. Nigdy nie przejawiał chęci pisarskich, aż tu nagle napisał tyle. Ukończenie powieści zajęło mu jeszcze dwa tygodnie. W tym czasie dopisał historię do końca i wstępnie poprawił stylistykę i błędy rzeczowe. Dopiero na początku października zdecydował pochwalić się żonie efektem swojej pracy. Najpierw reakcja jej była ciepła i oddawała pełnię podziwu dla jego talentu. Wyjaśnił, iż gdy brakowało mu jej, wziął się za pisanie, a potem wciągnął się na tyle, że nie mógł przestać. Zagłębił się w powieść i stąd jego zmiany. Było to zresztą częściowo zgodne z prawdą. Jednak po przeczytaniu całości Marzena spochmurniała i przycichła, gdyż postać Agnieszki w żaden sposób nie pasowała do niej samej. Musiała zdać sobie sprawę, że daleko jej do ideału Marcina. Po tygodniu jednak wzięła się w garść i oceniła dzieło jako wyjątkowe. Godzinami rozwodziła się nad treścią książki, nad opisami ludzi, sytuacji i poezją zawartych tam wydarzeń. Czasem na głos czytała dzieciom fragmenty i zawsze kończyła stwierdzeniem:

– To napisał wasz tata. Pamiętajcie o tym i kochajcie go ponad wszystko.

Jeszcze przez prawie miesiąc Marcin wprowadzał drobne poprawki, w ten sposób udoskonalając swoje dzieło i nadając mu niepowtarzalny styl. Styl trochę ze snu, a trochę z rzeczywistości. Każde zdanie czytał wielokrotnie, aż było takie, jakie chciał, aby pozostało uwiecznione.

Trochę rzadziej niż za czasów wakacji pojawiała się senna jawa tworząca specjalnie dla niego inny – jego własny świat. Przychodziła średnio dwa razy w tygodniu, zawsze bez ostrzeżenia i niespodziewanie, zaskakując go za każdym razem różnorodnością strojów, słów i czynów. Niejednokrotnie sypiał z nią w najbardziej nieprawdopodobnych miejscach. Któregoś razu zabrała go w Andy i tam na jednym z najwyższych szczytów kochali się jak zwykle do nieprzytomności: mieli nad sobą pałające błękitem niebo, wokół szumiące na lekkim wietrze występy skalne, a pod sobą pulsujący życiem granit. Innym razem byli w jakimś bardzo starym lesie: ptaki śpiewały odwieczną melodię spokoju i ciszy, drzewa wtórowały, tworząc do niej tło, wiatr chłodził ich spocone ciała, a słońce rozpalało namiętność.

Tak trwało aż do momentu, gdy Marcin dokonał ostatnich poprawek w swojej książce. Wtedy wszystko znikło. Agnieszka odeszła bez pożegnania i więcej nie powróciła. Pozostało po niej tylko wspomnienie w postaci pięćsetstronicowej książki. Ideały zostały zapisane na papier, uwiecznione raz na zawsze i zabrakło dla nich miejsca w świecie Marcina. On pozostał sam ze swoimi wspomnieniami i musiał stawić czoła samotnej wędrówce przez dalsze życie.

Marcin zrozumiał, że Agnieszka była wytworem jego wyobraźni przywołanym przez niego samego na potrzeby książki. Książka stanowiła ją, a ona książkę. Pisząc powieść, zagłębił się w nią na tyle, iż świat, który opisywał, stał się jego własnym światem, a rzeczywistość uciekła gdzieś daleko, prześlizgując się między niebytem a drugą rzeczywistością, którą tworzył. Role zostały na jakiś czas zamienione, tworząc swoiste dwa bieguny jego psychiki. Jednym była ziemia i wszystko, co się na niej działo, a drugim jego własna podświadomość. Podświadomość na tyle silna i na tyle nieznana Marcinowi, że potrafiła go oczarować, i wciągnąć, pozostawiając w świadomości ślad piękna, który będzie w nim tkwił aż do końca życia. Ślad piękna, którego nie mogło zastąpić na ziemi nic, ponieważ pachniał tym, co zwykło się nazywać drugą połową.

Niejednokrotnie próbował coś poprawiać w książce, aby w ten sposób przywołać do życia Agnieszkę, ale na próżno. W jego powieści tak naprawdę nie było już nic do poprawienia. Dopisywał pojedyncze słowa, zdania a czasem i rozdziały. Niestety, nijak nie pasowały do już zamkniętej, doskonałej całości. Wymazywał, poprawiał, wściekał się i nic. Wcześniej zakończone dzieło nie przyjmowało do siebie już nic nowego. Zachowywało się jak żywa istota. Za każdym razem, gdy próbował coś zmienić, powieść wywoływała w nim drgawki, wyciskała łzy i zmuszała do wymazania poprawek. Książka była jego własną podświadomością i kiedy próbował ją poprawiać, udoskonalać, ta ostro dawała mu się w kość, przyprawiając o kolejne pomieszanie zmysłów.

W tym czasie zaczął odwiedzać miejsca ze snów. Chodził tam, mając nadzieję, że spotka Agnieszkę. Każde miejsce pachniało jej perfumami, oddechem, gdy krople deszczu spadały na niego z ciężkich jesiennych chmur. Czasem słychać było jej głos, powracający wraz z kolejnymi podmuchami wiatru, krakaniem wron, gruchaniem gołębi czy krzykami bawiących się dzieci. Liście spadające z drzew przypominały mu kartki jego własnej książki, a gdy wiatr unosił je z ziemi, Marcin miał nadzieję, że odkryje się pod spodem rzeczywistość, gdzie żyje Agnieszka. Często patrzył wysoko w niebo i niejednokrotnie wpatrując się w samo słońce, miał nadzieję, iż promienie stopią w jego głowie barierę między świadomością a podświadomością. Niemal każdy nietypowy ruch w przyrodzie budził w nim wyobraźnię. Zupełnie, jakby wspomnienia Agnieszki żywiły się energią codzienności. Ale w rzeczywistości było niemal odwrotnie – Marcin niemal świadomie karmił świat Agnieszki wszystkim, co go spotykało. Stworzyło się błędne koło, gdzie początkiem było pragnienie Agnieszki, obwodem nadzieja podsycana życiem i końcem znów Agnieszka. Świat się nie kończył i nie zaczynał…

Po pewnym czasie przyszła mu do głowy myśl, że być może Agnieszka istnieje naprawdę. Może widział ją kiedyś, dawno temu i pozostawiła w nim wspomnienie. Wspomnienie jak cień, który pozostał w podświadomości, będąc całkowicie wymazany ze świadomej pamięci. Toteż chadzał z portretem Agnieszki we wszystkie miejsca ich sennych spotkań.

Potem podchodził do kolejnej osoby i znów zadawał pytanie:

– Czy pani nie widziała Agnieszki? – I podsuwając jej swoje malowidło, dodawał – to ta kobieta.

– Chwileczkę – powiedziała jedna młoda dziewczyna. – Nie, raczej jej nie widziałam, ale wie pan co? Sam pan to namalował?

Odwiedził w tym celu zarówno park Sowińskiego, znajomego, u którego we śnie ją spotkał po raz pierwszy, i wszystkie miejsca, w których spotykał się z Agnieszką. Jego znajomy patrzył trochę jak na wariata, gdy ten wyciągnął portret i spytał, czy nie zna kobiety z portretu. Ale w gruncie rzeczy Marcinowi było wszystko jedno, co o nim powiedzą ludzie.

Któregoś razu postanowił odszukać blok, w którym mieszkała Agnieszka. Pamiętał tylko, że było to na Żoliborzu. Całymi popołudniami po pracy włóczył się ulicami tej dzielnicy, najpierw szukając tylko bloków, potem już zwykłych domów, bo sam zatracił poczucie, że we śnie był to na pewno blok. Któregoś dnia, kiedy już ledwo szedł ze zmęczenia, zobaczył od tyłu dziewczynę wychodzącą z jednorodzinnego domku przy Alei Wojska Polskiego wyglądającą zupełnie jak Agnieszka. Czym prędzej podbiegł, chwycił ją za ramię, już chciał przytulić, ale twarz okazała się zupełnie inna. Osunął się bezsilnie, usiadł na krawężniku, a przestraszona dziewczyna najpierw chciała uciekać, a potem, gdy dotarło do niej, że z Marcinem jest bardzo źle, zadzwoniła po pogotowie. Spędził w szpitalu dwa dni, podłączony do kroplówek i zmuszany do rozmów z psychologiem i psychiatrą. Jednak nie powiedział im nic oprócz tego, że szuka czegoś, co zgubił.

Pewnego razu przypomniał sobie o pewnym miejscu, którego nie znał, a w którym był z Agnieszką. Była to kawiarnia bez nazwy stojąca samotnie przy jakiejś nieuczęszczanej ulicy. Wychodził z pracy, ruszał we wszystkie możliwe zakątki Warszawy w poszukiwaniu tego miejsca, mając resztki nadziei na spotkanie tam Agnieszki. Potem namalował, jak wyglądała ta kawiarnia z zewnątrz i niejednokrotnie pytał taksówkarzy, czy przypadkiem nie znają tego miejsca. A dzień był coraz to krótszy i krótszy…

Właśnie tak wyglądała jego samotna wędrówka. Od kiedy zabrakło Agnieszki, poczuł, iż stracił wszystko, co miał najcenniejsze. Nagle okazało się, że jego żona już nic dla niego nie znaczy. Tylko dla dzieci zachował nieco miłości i troski. Z Marzeną sypiał dość regularnie, ale raczej z obowiązku niż z prawdziwej przyjemności. Rozmawiał z nią na co dzień, ale z każdą chwilą zbierała się w nim chęć jakiejś ucieczki.

Na początku zimy, gdy Marzena go niemal zmusiła, chadzał do licznych psychologów, a nawet psychiatrów, ale leków brać nie chciał. Każda wizyta budziła w nim coraz większą niechęć i obrzydzenie do całego świata, w którym przyszło mu żyć. Zdał sobie sprawę, że specjaliści nie są w stanie mu pomóc, ponieważ to, z czym próbował walczyć, nie było chorobą czy zaburzeniem psychiki, to inny stan świadomości, tak samo dla niego naturalny, jakim dla nas jest sen, po którym budzimy się zlani potem. Specjaliści w zasadzie próbowali pozbawić go jego własnej podświadomej wyobraźni i „leczenie” wywoływało w nim coraz większą nienawiść do cywilizacji i świata w ogóle.

Na początku roku zmienił pracę (i zaczął być moim bezpośrednim szefem). Chciał w ten sposób uciec od goniących go problemów. Na próżno. Za trochę ponad miesiąc wyprowadził się od żony i dzieci, zamieszkując w wynajętej kawalerce. Miał nadzieję, że w ten sposób stęskni się za Marzeną i za jakiś czas wróci. To także spełzło na niczym. Około lutego dwutysięcznego roku po wypiciu zbyt dużej ilości alkoholu trafił do izby wytrzeźwień. W kwietniu stracił pracę i przez pewien czas żył z zaoszczędzonych pieniędzy. Teraz zamierza wyjechać na stałe do Ekwadoru i tam prowadzić spokojny i ubogi żywot.

Swoją książkę zniszczył w przypływie wściekłości i pozostało po niej tylko wspomnienie…

* * *

Marcin powiedział mi rzecz, która utkwiła mi w pamięci. Był to kilkunastominutowy monolog o sobie samym.

Czy wiesz, jak ciężko jest żyć, jeśli człowiek znienawidzi samego siebie za to, co robi? Każdy krok jest przepełniony obrzydzeniem do własnej osoby. Budzisz się przy kochającej żonie i dziecku, wiesz, że jesteś im potrzebny, a oni nadal w jakiś sposób Tobie, ale natychmiast przypominasz sobie sen i jedyne, czego naprawdę pragniesz, to znów śnić. Próbujesz być szczęśliwy w takich realiach, jakie są za dnia, zmuszasz się do tego, ale to wszystko na darmo, bo im bardziej się starasz, tym bardziej nienawidzisz swoich snów, że tak ci zniszczyły życie. Ale i nienawidzisz życia, czując, jak jest odległe od ideału ze snu. Potem uzmysławiasz sobie, że sny to twoja podświadomość i zaczynasz nienawidzić siebie samego. Idziesz wieczorem do baru, aby zniszczyć własnego siebie, tego, który tobie zniszczył życie. Trafiasz do izby wytrzeźwień i gdy stamtąd wychodzisz, cieszysz się, że go upokorzyłeś. Jesteś z siebie dumny, że go pokonałeś. Jeden dzień masz spokojny, bo okazałeś się od niego lepszy. Mówisz sobie: nie pozwolę sobie zniszczyć życia, aż tu nagle budzisz się następnego ranka i czegoś ci brakuje. Nie ma tej jedynej, wyśnionej kobiety. Gdyby tylko wróciła do moich snów, mógłbym nadal żyć ze swoją żoną i dziećmi. I znowu zaczyna się to samo. Zaczynasz być dla nich nieprzyjemny, wręcz chamski, bo to podświadomość porównuje ich z kobietą ze snu. I tak powoli wszystko się wali. Wzajemne napięcia, świadomość, że już nie jest tak jak kiedyś. I nic by nie pomogło, gdybyś żonie zwierzył się ze swoich problemów. Gdybyś tak zrobił, ona zrozumiałaby, że jej już nie kochasz, mimo że nadal chcesz z nią być. Zobacz, jak by się czuła? Jak ostatnia deska ratunku, jak substytut twoich pragnień. Nie mogłem jej tego zrobić.

Najgorszą rzeczą jest nienawiść do samego siebie. Paraliżuję cię w każdej sytuacji. Sprawy, które niegdyś były łatwe do załatwienia, okazują się niemal niemożliwe. Rozmowa z kimkolwiek przychodzi z nieprawdopodobnym trudem. Mówiąc cokolwiek, nie wiesz, czy nie powiesz czegoś, co jest przeciwko tobie. Najpierw nie zastanawiasz się, co mówisz, ale potem, mając na uwadze to, co zrobiłeś żonie, odnajdujesz w swoich słowach przejawy egoizmu i samolubstwa. I znów zaczynasz się za to nienawidzić. Do tego doszło, że staram się nie mówić nic, bo cokolwiek bym powiedział, tego sam użyję przeciwko sobie.

Muszę wyjechać stąd, bo każdy człowiek, nawet ty, przypominasz mi przeszłość, a ta zawsze jest przeciwko mnie. Nawet rzeczy, na które nikt nie zwrócił uwagi traktuję jako krzywdzące dla kogoś. Tak dłużej być nie może. Chcę zostać samotnikiem. Nikogo nie widzieć, nikogo nie słyszeć, a tym samym nikogo nie krzywdzić. Za tydzień wyjeżdżam do Ekwadoru…

Nieobecność

Nieobecność

Znów napisałem wiersz… ech…

Łabędź Niemy, Samiec, Rozprysk Wody, Ptaki

z łóżka dalej

współgrać z zębatkami

nie zadając pytań słyszeć nie ma

takiego numeru

nie spodziewałem się

bo przechodząc obok twego wizerunku

wyczułem

nieobecność

nade mną

sprawujesz już dziś

*

to nie różowy ani zielony

ale błękit wśród zapachów

moja wewnętrzna

woń twojej absencji

*

a w błękicie wszystko

co (u)lotne

zaledwie dwa oddechy

przy kolejnych boję się

własnej obecności

Ciemność

Ciemność

Ludzie, Kobieta, Tożsamość, Zaburzenie, Osobowość

Ciemność, dudni, taka pustka. Zabłądziłem chyba gdzieś niepotrzebnie. Zalewa mi rozum pytanie, które wtedy zadałaś. Cisza, to męczy, tylko własne myśli. Widzę jedynie upadek, wydaje się nieunikniony. Bo czym jest dla ciebie to wszystko? Milczysz, wpadam do studni z zimną wodą. Skurcz mięśni, ale świadomy, to zamiast agresji.

Gdzie klamka? Gdzie drzwi? Jaki mam wybrać kierunek? Uderzam w stojące krzesło, kolano boli. Pod prawą stopą coś śliskiego, to pewnie rozlana woda. Słyszę jakiś oddech. Czy to mój? Halo, jest tu kto? Ściany się zbliżają, zacieśniają. Próbuję nabrać powietrza!

Znajduję klamkę.

Zamknięte!

Szarpię, napieram!

Puszczają.

Wychodzę.

Stoisz ty. Taka zwyczajna, uśmiechnięta.

Notatka na marginesie

Serce

Serce, Złamane, miłość, nienawiść

Serce chodziło po świecie. Lecz nie było szczęśliwe, bo męczyła je samotność. Snuło się więc od drzwi do drzwi, prosząc o łaskę. Ale ludzie, widząc nagi mięsień, z którego sączyła się krew, odwracali głowy. Czuli zwyczajną, ludzką odrazę. A że serce, całe dla innych, odrazy nie posiadało, nie rozumiało, czemu jest odrzucane.

Któregoś razu zakolegowało się z bezdomnym kundelkiem. Podeszli więc do pierwszych drzwi, a człowiek, który otworzył, kopnął serce, a przygarnął psa. Potem serce widziało, jak człowiek przyciska czworonoga do klatki piersiowej w okolicy mostka. Serce poczuło zazdrość. A kiedy to poczuło, zrozumiało, że jakikolwiek kontakt z ludźmi sprawia, że staje się złe.

Zamknęło się więc serce w stalowej klatce i postanowiło, że dopóki jakiś człowiek sam go nie wybierze, ono będzie z daleka.

Ale któregoś dnia podszedł samotny, nieszczęśliwy chłopaczyna. Spojrzał na serce, ukląkł i zapłakał. Serce się wahało, czy pomóc, ale obiecywało sobie przecież, że to człowiek ma je wybrać. W końcu chłopaczyna wstał, spojrzał na serce, chwycił kraty i rozerwał klatkę na strzępy. Nie patrząc na sączącą się krew, przytulił serce i uśmiechnął się pierwszy raz od wielu lat.

Od tego czasu chłopaczek zaczął być radosny. Serce rosło z dnia na dzień. I przestało krwawić.

Lecz któregoś dnia mężczyzna przyszedł z innym człowiekiem. I całował go, pieścił. Następnego dnia z kolejnym. Codziennie inny człowiek. I każdy tylko na chwilę. Serce patrzyło, i choć odzywała się z nim zazdrość, to jeszcze bardziej czuło się winne, że mężczyzna bawi się kolejnymi ludźmi. Poczucie winy zagłuszyło prawdziwą naturę serca.

Spojrzało więc serce na mężczyznę i go za to znienawidziło. I wszystkich ludzi. Od tego czasu zalewało ludziom, znów sączącą się krwią oczy i uszy. I ludzie zapałali nienawiścią.

Notatka na marginesie

Słowo po słowie – dribble

rozczłonkowanie, umieranie

– Wiele mi pomogłeś, kochany. Stanęłam na nogi.

– To dobrze, moja najdroższa, że nie zaszkodziłem – odparł ze smutkiem.

– Skąd ten pesymizm?

– Człowiek się rodzi wolny, szczęśliwy, a umiera zwykle zniewolony, bojąc się nawet śmierci. Oddajemy siebie uczynek po uczynku, słowo po słowie, zgoda po zgodzie.

– To dlaczego tak bardzo cię pragnę?

Odnośnik

Morpho peleides

Motyl, Niebieski, Owad

Mizerne się pojęcie ma, co karą jest, a co nagrodą” – Piotr Bukartyk.

Kilkanaście lat wcześniej, w młodości, Piotra zostawiła dziewczyna. Bardzo to przeżył. Nie wychodził z domu przez miesiąc.

– To mój prawdziwy skarb. Całe moje życie. Nikt mi go nie zabierze! A niejeden by chciał! Ale to moje oczko w głowie – mówił do siebie Piotr, przeglądając kolekcję motyli.

Zbierał je od wielu lat, odkąd pamiętał. Będąc nastolatkiem, zaczął od tych polskich, a potem dołączał bardziej egzotyczne. Najpierw były takie okazy jak bielinek, cytrynek, paź królowej – w sumie ponad trzy tysiące gatunków motyli krajowych, a do tego prawie pięć tysięcy zagranicznych. Wydał niemal fortunę, spokojnie wystarczyłoby na dobry samochód, a może nawet na niewielkie lokum.

Żył w dwupokojowym mieszkaniu, które zostawiła mu matka. Mniejszy pokój służył jemu samemu, a większy to sanktuarium motyli. Na ścianach wywieszonych było, oprawionych w złocone ramki, prawie pięćdziesiąt co piękniejszych okazów. Reszta w przeszklonych gablotach starannie ułożonych na specjalnie w tym celu zaprojektowanym regale. Do tego w całym domu zainstalowany alarm i monitoring pokoju z eksponatami działający przez internet. Mieszkanie ubezpieczył na kwotę kilkukrotnie przekraczającą wartość samej nieruchomości.

Niestety kolekcja odbijała się na jego zdrowiu psychicznym. Najdelikatniej mówiąc, był przewrażliwiony. Będąc poza domem, co chwilę sprawdzał w telefonie, czy wszystko w porządku z jego skarbem, a i nocą spał bardzo płytko, obawiając się kradzieży. Byle szmer go wybudzał, toteż miewał dni, kiedy spał zaledwie godzinę czy dwie. Jego cioteczny brat, w zasadzie jedyna rodzina, wielokrotnie go skłaniał do rozpoczęcia leczenia odwykowego, gdyż, jak sądził, Piotrem władało uzależnienie od kolekcji. I było w tym wiele prawdy, bo Piotr niemal całe życie podporządkował swojemu hobby. Przestało ono być odskocznią, a stało się panem i władcą.

Któregoś dnia, będąc na wystawie motyli, poznał kilka lat młodszą kobietę. Ubrana była w zwiewną suknię w kolorze błękitnym, z wielkimi płachtami materiału ciągnącymi się od rąk do tułowia, co wyglądało, jakby była motylem pochodzącym z Ameryki Południowej o nazwie morpho peleides. Podeszła i spytała:

– Masz takiego w swojej kolekcji? – Stali akurat przed okazem o nazwie ornithoptera alexandra, największego motyla świata, pochodzącego z Nowej Gwinei, osiągającego rozpiętość skrzydeł do dwudziestu ośmiu centymetrów.

– Tak, wi…wi…si w centralnym pu…pu…nkcie – odparł speszony.

– A co masz jeszcze ciekawego?

– Ja?… – Rozejrzał się, sprawdzając, czy oby na pewno zaczepiała właśnie jego. – Wszy…wszy…stkie polskie i sporo… – zaczął nerwowo rozcierać dłonie – egzoty…ty…cznych – jąkał się.

– A ile w sumie? – Uśmiechnęła się i przytuliła delikatnie barkiem.

Piotr zamarł. Nie wiedział, co ma począć z takim zjawiskiem, jak zaloty pięknej kobiety. Wstrzymał oddech, powoli zwrócił głowę w jej stronę, spojrzał gdzieś w okolice szyi, bo w oczy nie miał odwagi, i głosem grobowym skomentował:

– Chyba już pó…pó…jdę.

Kobieta chwyciła go za rękę, przyciągnęła do siebie i dała słodkiego całusa.

– Ja… nie mo…mo…gę.

Godzinę później byli u niego. Najpierw wszedł do domu sam, sprawdził, czy drzwi do sanktuarium są zamknięte i zaprosił ją do pokoju, gdzie mieszkał. Stanęła pośrodku, rozpostarła skrzydła i wydając z siebie szum imitujący wiatr, wyszeptała:

– A teraz cię wyzwolę.

Kilkanaście minut później doprowadziła do tego, że się kochali. A w zasadzie ona go ujeżdżała, bo Piotr myślał tylko o tym, co za zamkniętymi drzwiami.

I od tego dnia była stałym bywalcem u niego w domu. Najpierw był tylko seks, na który na początku godził się z oporami, a potem nawet zaczęła gotować mu obiady. Kilkanaście tygodni później Piotr już sam doprowadzał do zbliżenia, a i wymyślał coraz to nowe pozycje. Jego cioteczny brat któregoś razu skomentował, że nic lepszego nie mogło się Piotrowi przytrafić niż Ewa, bo tak miała na imię pani-motyl. Lecz twierdził, że bez odwyku się nie obędzie, bo co prawda na co dzień Piotr coraz rzadziej sprawdzał monitorowany pokój, spał spokojniej i głębiej, a i wkrótce zmienił pracę na lepiej płatną, ale nadal spędzał przynajmniej trzy czy cztery godziny dziennie w sanktuarium.

– Nie uważasz, że masz hopla na punkcie tych motyli? – spytała któregoś dnia Ewa.

– Takie moje hobby – odparł bez zająknięcia.

– A może wyjedziemy gdzieś na wakacje?

– Wiesz, że zbieram na nowe okazy.

– Przecież ty nie masz życia poza tymi swoimi pieprzonymi motylami! – Wyszła, trzaskając za sobą drzwiami.

I już więcej się nie pojawiła.

Dwa tygodnie później, będąc w pracy, odkrył, że monitoring nie działa. Gdy wrócił do domu, kolekcji nie było. Ani jednego okazu. A przecież dał Ewie klucze i kody do systemu zabezpieczeń…

Pół roku później Piotr wyjechał na długie wakacje z kobietą, którą zaczepił na ulicy. I już nie chciał mieć żadnego hobby. Teraz, zamiast mieć hobby, po prostu żył.

Człowiek jako jeden z wyzwalaczy

Człowiek jako jeden z wyzwalaczy

rzeka, jesień, odpoczynek

Nie myśląc o nikim konkretnym, wyszedłem w błękitne niebo północnej Warszawy. Uniosłem głowę ku chmurom. Obłoki wpłynęły mi do wolnej od myśli głowy. Uśmiech zawitał. Włosy zaszumiały wiatrem. Nabrałem głęboko powietrza, delektując się każdym atomem tlenu. Nadwiślański deptak rytmicznie zastukał podeszwami. Nie było ludzi, nie było przeszłości ani przyszłości…

Pamiętam ten film, gdy delfin cieszył się z powodu kontaktu z człowiekiem. I tę historię o psie, który zdechł na grobie swojego pana. Oraz pewne drabble o zwierzętach, którego nigdy nie zapomnę. Ale też drugie o potworze, co wyszedł z jaskini…

Spuściłem głowę. Wypuściłem powietrze. Uśmiech pozostał.

A jednak miłość istnieje.

Za ścianą

Za ścianą

Wiara, Śmierć W Wenecji, Duch Święty, Chrześcijaństwo

Szara płachta papieru leży gdzieś w zaułku. Są na niej rysunki. Jedne wyraźne, narysowane twardym ołówkiem, z dwiema szczęśliwymi postaciami, drugie rozmazane, pociągnięte węglem, z czymś, czego nie umiem rozpoznać, a jeszcze inne to bardziej plamy i rozmycia.

To, co dzieje się za ścianą, przyprawia mnie o pomieszanie zmysłów. To dla mnie zbyt dużo. Zamknąłem te drzwi i zniknęła mi z oczu. A tak chciałbym ją jeszcze zobaczyć. Czasem areszt domowy jest nie dla osoby zamkniętej, ale dla tej, która musiała ją zamknąć.

Prawie nie zmrużyłem oka. Tylko moment lewitowałem gdzieś w czasoprzestrzeni, próbując zrozumieć, jak to się dzieje, że gdy otwieram powieki, wszystko jest inne niż przed chwilą – łóżko zwyczajne, stół normalny, to samo biurko i fotel, nawet kot taki zwykły, dachowiec. Patrzę na zegarek: czwarta dwadzieścia. Mówili, że to kwestia godzin. Wypuszczam powietrze, słysząc szum, który zakłóca to, co najważniejsze. Coś zgrzytnęło! Z której to strony?! Ale istnieje tylko ten jeden kierunek. Miałbym ochotę zburzyć ścianę, połączyć pokoje w całość, być tam, ale obiecałem, że nie będę patrzył. A każda komórka nerwowa mózgu się tego domaga.

Staram się sobie tego nie wyobrażać, choć trudno utrzymać umysł na wodzach; jest jak dziki kot zamknięty w klatce: szamocze się, rzuca nerwowo, wydaje pomruki – są ostrzeżeniem dla innych czy dla niego samego? Ale w mojej głowie pojawiają się niechciane obrazy, każdy z nich niby niezwiązany, odległy, a nie wiedzieć czemu czuję w nich to, co nieuniknione.

Chciałbym pamiętać ten pierwszy dzień i pierwszą noc, znów cieszyć się jak wtedy, odnowić to, co najpiękniejsze, lecz odbijam się z hukiem od twardej ściany emocji. Przyszłość jest najsilniejsza. Tyka niesłyszalnym, lecz najgłośniejszym przeskakiwaniem wskazówek. Staram się nie myśleć o tym, co obok, jednak wewnętrzny wzrok jest tam wlepiony, zahipnotyzowany monotonią. Kiedyś wyobrażałem sobie dokładnie, jak mógłbym się zachować w podobnej sytuacji – wszystko było ułożone w swej beznadziejności, dojmujące smutkiem. Ale rzeczywistość jest inna. To nie smutek, nie rozpacz. To pomieszczenie bez wyjścia z zaciskającymi się ścianami.

Zamykam oczy, pragnąc choć na chwilę odpłynąć, przyśnić obraz z dzieciństwa, gdzie wszystko było proste i bezpieczne, ale widzę tylko jedno: unoszącą się na wietrze płachtę szarego papieru. Najpierw podrywa się o metr w górę, skręca w lewo, potem w prawo, znów się unosi, by zatoczyć wielkie koło w wirze emocji. W końcu kieruje się w stronę słońca, przesłania blask, dając łunę dookoła i dziwny cień ogarniający całą moją postać. Tylko ruchoma kamera umysłu z wyraźnie widocznymi brzegami kadru, drżąc, kieruje się za tą płachtą, aż z ostrzeżeniem wyczerpanej baterii gaśnie…

Budzę się z gwałtownym ściśnięciem żołądka. Piąta za pięć. Czyli przespałem pół godziny. Chociaż tyle dobrego. A co, jeśli już po wszystkim? Wsłuchuję się w niesłyszalne dźwięki. Jest ich sporo. Bardzo dużo. Jedne przypominają szuranie kapciami o podłogę, inne odchrząkiwanie, a kolejne to odgłosy przyrządzanej porannej kawy; czajnik zaczyna szumieć, łyżeczka dzwoni o kubek, nawet słyszę nuconą melodię, która była ze mną od momentu, gdy się poznaliśmy. A może to wszystko mi się przyśniło i cały czas jest jak kiedyś, bez tych cholernych zmian? Już odkrywam kołdrę, chcę się poderwać, sprawdzić, ale leżące obok zdjęcie rentgenowskie płuc nie pozostawia złudzeń.

Od trzech dni nie wyszedłem z domu. Siedzę w tym przeklętym pokoju – przecież obiecałem, że nie będę patrzył. A chciałbym wsiąść w samochód, zatankować do pełna i popędzić, gdzie los poniesie, oby jak najdalej, bo skoro nie mogę być blisko, to może odległość złagodzi te łączące nas, a teraz nie do wytrzymania więzi. Pojechać w góry, wdrapać się na najwyższy szczyt i dać się pochłonąć otaczającej przestrzeni.

Dobiega do mnie dziwny jęk. Takiego jeszcze nigdy nie słyszałem, nawet nie potrafiłbym sobie wyobrazić. Niesie wszystko, co mroczne, co zapowiedziane. Dobiega zza ściany? Nie, to kolejny raz umysł płata mi figle. Przekręcam się na brzuch, wtulam twarz w poduszkę, chcę uciec od wszystkiego. Szum w głowie narasta, ale nie zagłusza tego jęku.

Nagle słyszę swoje imię. Wyraźnie i głośno. Zrywam się z łóżka, już chcę biec w tamtą stronę, ale w pamięci dudni błaganie, abym był z dala. A co, jeśli zmieniła zdanie? Moja druga połówka. Jedyna, od zawsze. A jeśli chce mnie obok siebie? Wypowiada moje imię z bólem, wręcz ze skurczem całego ciała – na wydechu. Ostatnia głoska się urywa, przeistaczając w moim umyśle w łagodne: kocham cię.

I wszystkie dźwięki ustają. Padam bezsilnie na łóżko. Nawet wskazówki zegarka zamierają w bezruchu.

Ania nuci swoją ulubioną melodię. Jesteśmy znów razem.

Tylko unosząca się płachta szarego papieru faluje coraz wyżej i wyżej. Płynie w stronę światła. I znika wchłonięta przez wieczność.

Sierżant

Sierżant

https://cdn.pixabay.com/photo/2017/07/25/01/36/the-military-2536694_960_720.jpg

– Pluton, baczność! – wrzasnął sierżant Boruc.

Dwa szeregi żołnierzy, prężąc się, wykonały polecenie. Wśród nich był niewysoki blondyn z wyraźnie skwaszoną miną; miał na imię Janusz. Mimo iż słuchał rozkazów, to dało się wyczuć, że robi to dużo wolniej i mniej sprawnie niż inni.

– W prawo zwrot… – kontynuował sierżant Boruc – naprzód marsz!

Ruszyli. Zawsze po wieczornej zbiórce szli w okolice głównego budynku, aby tam jeszcze raz zasalutować przy wiszącym sztandarze. Dziś szeregowy Janusz Koryncki maszerował, powłócząc nogami. Przypuszczalnie miały na to wpływ całodzienne manewry na pobliskim poligonie. Nie miał dobrej kondycji ani ogólnej sprawności fizycznej.

– Szeregowy Koryncki, równaj! – rzucił bardzo ostro przełożony.

– Tak jest, panie sierżancie – wybełkotał Janusz i przeskoczył z nogi na nogę, zrównując marsz z pozostałymi.

– Szeregowy, co z wami jest?! Czemu, do jasnej cholery, wstąpiliście do armii?!

– Aby służyć ojczyźnie, panie sierżancie.

– Oj, szeregowy, odpowiadać to umiecie, ale żołnierz z was żaden!

– Panie sierżancie, już będzie w porządku! – Koryncki zdobył się na okrzyk.

– Jak nie, to zabawicie się w satelitę!

„Satelita” polegała na tym, że pluton maszerował swoim tempem, a żołnierz biegał wokół nich z podniesionymi rękoma. Dla sprawnego żołnierza jest to niezwykle męczące, a co dopiero dla takiego chucherka jak Janusz.

– Nie ma takiej konieczności, panie sierżancie! – wykrzyknął Koryncki, falując głosem.

– Po skończonym apelu do mnie!

– Tak jest, panie sierżancie.

Na koniec sierżant odszedł, zostawiając żołnierzy przed głównym budynkiem. Miał zwyczaj tutaj kończyć dzień, bo, jak twierdził, w tym miejscu czuć powagę armii. Poszedł do siebie szybkim, sprężystym krokiem, nie oglądając się za szeregowym Korynckim. Już nie pierwszy raz miało dojść do takiej rozmowy. Zawsze były uwagi sierżanta i zapewnienia o poprawie szeregowego. W końcu doszli do pokoju przełożonego. Boruc usiadł na swoim obrotowym krześle, założył nogę na nogę, całkowicie złagodniał i głosem już spokojnym zapytał:

– A teraz mi, synu, powiedz, czemu jesteś w armii.

– Bo chcę służyć ojczyźnie, panie… – szeregowy zaczął, ale przerwał to sierżant:

– Dość! Tak odpowiadać to możesz, jak jesteśmy wśród innych, a teraz mów prawdę.

– Ale to prawda…

– Albo zaczniesz mówić po ludzku, albo koniec ze specjalnym, lżejszym traktowaniem! – Boruc podniósł głos.

– Bo… – młody się wahał.

– Ja już słyszałem niejedną historię i nic mnie nie zdziwi. Jeden przyszedł, bo rzuciła go narzeczona, drugi, bo stracił oboje rodziców, a trzeci, bo nie wierzył, że w cywilu może coś osiągnąć. Ja chcę, chłopcze, dla ciebie dobrze, tylko muszę poznać prawdę.

– A czy ja mogę zadać pytanie? – spytał Janusz, ledwo otwierając usta.

– Dawaj.

– A po co panu sierżantowi to wiedzieć?

– Powiedzmy, że to moje hobby.

– Nigdy tego nie powiem! Wolę umrz…! – wykrzyknął szeregowy i nagle zamilkł.

– Jak se chcesz, ale moim zdaniem daleko tak nie pociągniesz.

– Czy to już wszystko, panie sierżancie?

– Oj, Koryncki, Koryncki, sam się prosisz o kłopoty.

– Czy już mogę iść?

– Nie!… – podniósł głos Boruc. – Co ja mam z tobą zrobić? Przecież wyraźnie odstajesz od wszystkich! A nie pomyślałeś, że ja też mogę mieć przez ciebie kłopoty?

– Przykro mi, panie sierżancie, ale staram się.

– Koryncki… Zróbmy tak. Jak powiesz mi, dlaczego tu jesteś, to ja postaram się załatwić dla ciebie przeniesienie do Radiówki.

– Ale ja wcale nie chcę, chcę być z obecnymi.

– Dobra, idź już do siebie, bo nie mam na ciebie siły. Jutro się zastanowię, co z tobą zrobić.

– Tak jest, panie sierżancie. – Koryncki odmaszerował.

A sierżant otworzył szufladę biurka i wyciągnął zdjęcie, które trzymał tam prawie od zawsze. Była na nim młoda kobieta, szatynka o niezwykle spokojnej twarzy, z jakimś emanującym smutkiem. Miała spuszczone oczy, a w dłoni trzymała pierścionek.

Boruc wrócił do domu. Otworzył drzwi, zrzucił buty i podszedł do stojącej w kuchni żony. Nie mieli dzieci. Pocałował ją w policzek, po czym bez słowa przebrał się i zasiadł w salonie przed telewizorem. Zatopił się w rozmyślaniach.

Ponad dwadzieścia lat wcześniej, gdy był plutonowym, w jednostce służył podobny żołnierz do Korynckiego. Miał na imię Staszek. Boruc starał się go doprowadzić do porządku, często wymierzając srogie kary czy ćwiczenia fizyczne. Wierzył, że z, jak to mawiał, wymoczka, da się zrobić żołnierza. Jednak się pomylił. Chłopak, nie mogąc znieść agresji współtowarzyszy nazywanej falą, popełnił samobójstwo.

Boruc poznał dziewczynę Staszka, Olę i spotkał się z nią poza koszarami na długim spacerze. W pewnym momencie ukradkiem uronił kilka łez.

– Jego śmierć to moja wina! To ja podsycałem te chore wymagania! Gdyby nie ja, to inni daliby mu spokój! – wyznał.

Dziewczyna milczała i tylko od czasu do czasu spoglądała na niego kątem oka.

– Nie wiem, jak mam cię prosić o wybaczenie – ciągnął.

– Tego już nie cofniemy. Staszek sam chciał do wojska, wiedział, w co się pakuje – odrzekła.

– Ale mam kogoś na sumieniu!

– Pan się nie nadaje na żołnierza – odparła po chwili.

– Ale to wszystko, co w życiu mam.

– A rodzina, przyjaciele?

– Mam w zasadzie tylko żonę, bo przyjaciele mają swoje życia i widujemy się jedynie czasami – zawiesił głos, nabrał głęboko powietrza i dodał – co ja mogę zrobić, aby to naprawić?

– Być łagodniejszym. To najważniejsza ludzka cecha. Wszędzie jest na to miejsce – mówiła spokojnie.

– Ale to wojsko! – rzucił rozpaczliwie.

– Kompromis, tego trzeba.

Szli dalej w pobliskim lesie, on już nie wiedział, co ma mówić, a ona wcale nie wykazywała ani złości, ani tym bardziej nienawiści za to, co się stało. Pomyślał, że to jest ta jedyna kobieta. Nie żona, ale właśnie Ola. Zakochał się w niej. Po tym, co się stało. Wpływ na to miała niewątpliwie jej niezwykła, spokojna i delikatna uroda. Mawiają, że są kobiety, na widok których furczy w rozporku, a są takie, z którymi się chce spędzić resztę życia. I do tych drugich zaliczała się Ola.

Następnego dnia Boruc znów wziął do siebie szeregowego Korynckiego.

– Przenoszę cię do Radiówki – oznajmił tonem nieznoszącym sprzeciwu.

– Ale panie sierżancie…

– Cicho bądź, bo inaczej porozmawiamy.

– Nie zgadzam się! – wykrzyknął Janusz. – To teraz niech pan posłucha. Jestem tu po to, aby stać się prawdziwym mężczyzną, bo dziewczyna odeszła ode mnie z takim!

– I co, chcesz mu dorównać? A może wpierdolić? Synu, po co ci to? Nie była ciebie warta.

– Już żaden nie będzie nade mną panował! Kobiety lubią silnych facetów!

– Tak myślisz? – uśmiechnął się sierżant.

– Tak!

– To ja ci powiem, że nie wszystkie. Są takie, które by wiele oddały, aby być z kimś delikatnym. Owszem, zdecydowanym i stanowczym być powinieneś, ale nie staraj się dorównać innym, bo źle na tym wyjdziesz. Jak będziesz chciał być jak inni, to zatracisz samego siebie.

– Dlaczego pan sierżant mi to mówi! – wrzasnął Koryncki.

– Łagodność, to najważniejsza ludzka cecha – niemal powtórzył słowa, które przed dwudziestoma latami usłyszał od Oli.

– Ale ja chcę być silnym i męskim! – Janusz starał się podnosić głos, ale wyraźnie ogarniały go emocje.

– Nie musisz. Wilk powinien pozostać wilkiem, a łania łanią. Inaczej będą same kłopoty. – Spojrzał na szeregowego, przyłożył palec do ust, dając mu do zrozumienia, aby milczał i dodał – masz trzy dni na decyzję, czy chcesz do Radiówki, bo na siłę cię tam nie przeniosę. A teraz wracaj do siebie i pamiętaj: łagodność, tego nam trzeba.

Boruc po skończonej dość wcześnie służbie wsiadł w samochód i pojechał prawie sto kilometrów dalej, gdzie niegdyś mieszkała Ola. Cała ta sytuacja z Korynckim przypomniała mu ją za bardzo. Co prawda sam nie wierzył, że ona nadal tam mieszka, ale chciał poczuć w sobie tę wieczną miłość. Zastanowił się, czy mimo wszystko kocha żonę. O dziwo odpowiedział sobie na to pytanie pozytywnie. A kogo by wybrał – żonę czy Olę? Oczywiście, że Olę. Ale ta druga była tylko w jego marzeniach, nie widział jej od dwudziestu lat. Jak teraz wygląda? Czy nadal ma to samo spokojne spojrzenie, ten smutek wypisany na twarzy? I to coś, że chciałby z nią spędzić resztę życia? Druga sprawa, czy Ola poznałaby teraz jego? Przecież widzieli się tylko dwa razy: pierwszy raz na tym pamiętnym spacerze po lesie, a drugi u niej w domu, gdy pozwoliła zrobić sobie zdjęcie z pierścionkiem, który dostała od tragicznie zmarłego Staszka. Boruc chciał, aby to zdjęcie było właśnie z tym pierścionkiem, bo miał mu przypominać, żeby znów nie popełnił podobnego błędu. W końcu zaparkował samochód przed jej domem, sam się z siebie podśmiewając:

– Ależ ja jestem głupi… Dziewczyna ma od dawna swoje życie, a ja szukam duchów przeszłości – mówił do siebie półgłosem.

Ale w pewnym momencie zobaczył, że z domu wychodzi kobieta około czterdziestki, z zawiązanymi chustką włosami. Poznał ją! Od razu! To była Ola! Przez chwilę wahał się, co robić, ale coś go tknęło i wyskoczył z samochodu.

– Cześć – zaczął bardzo niepewnie.

– A my się znamy? – spytała.

– Spotkaliśmy się dwukrotnie dwadzieścia lat temu. Przykro mi, że to przypominam, ale jestem tym zwyrodnialcem, który doprowadził do śmierci twojego chłopaka.

Spojrzała na niego, uważnie się przyjrzała, po czym delikatnie uśmiechnęła i stwierdziła:

– Skoro tu znowu jesteś, to nie taki z ciebie zwyrodnialec.

– Przepraszam, ale musiałem cię jeszcze raz zobaczyć. – Spuścił głowę, nie za bardzo wiedząc, jak się zachować.

– W zasadzie szłam do sklepu, ale to może poczekać. Wejdźmy – zaproponowała.

Usłuchał i za chwilę zaprosiła go do kuchni, tłumacząc, że gdzie indziej ma bałagan.

– Nie możesz zapomnieć? – spytała.

– Ani jego, ani ciebie – odrzekł automatycznie, bez zastanowienia, ale od razu ugryzł się w język.

Uśmiechnęła się, spuściła po swojemu oczy, podała mu kubek z kawą i dodała:

– Nie wiem, czy się cieszyć, że o mnie pamiętasz, ale prawda jest taka, że od śmierci Staszka z nikim się nie związałam. Nadal go w jakiś sposób kocham. I mam z nim dziecko.

Boruc zaniemówił, nie wiedział, co powiedzieć. Jeszcze tego brakowało, żeby przez jego własne działania ktoś nie miał ojca. Po raz kolejny ogarnęły go wyrzuty sumienia. Ale na dobrą sprawę nigdy się ich nie pozbył – jedynie wyciszone szemrały gdzieś w jego podświadomości.

– Ale syn był tak głupi i poszedł w ślady ojca – ciągnęła.

– To znaczy? – wymamrotał.

– Służy w wojsku.

To Borucowi całkowicie odebrało mowę. Pił tylko kawę i chciał jak najszybciej wyjść. Po cholerę tu w ogóle przyjeżdżał?

– Ty nadal w tej samej jednostce? – spytała po dłuższej chwili.

– Tak.

– To on jest u ciebie. Ale możesz go nie kojarzyć po nazwisku, bo ma je po mnie. Nie chciałam dawać mu po ojcu, sama do końca nie wiem dlaczego. Chyba bałam się, aby właśnie nie poszedł w jego ślady.

Boruc poczuł gigantyczne ściskanie w żołądku. Ola dodała:

– Pokaże ci jego zdjęcie, poczekaj. – Wyszła i wróciła z nim.

Był na nim…

Szeregowy Koryncki.

Uśmiech

Uśmiech

Kapelusz, Moda, Styl, Szczęśliwy, Człowiek, Hipster

Przekręcił drzwi wejściowe na klucz. Buty odezwały się na schodach i za chwilę wpłynął w promienie już chylącego się, październikowego słońca. Na jego twarzy zakwitł uśmiech. I to nie z powodu pogody ani jakiegoś wydarzenia z życia. Po prostu Jarek uśmiechał się do siebie. Teraz wspominał, jak dziwne rzeczy robił w przeszłości. Na przykład pojechał kiedyś do Bydgoszczy na osiemnaste urodziny dziewczyny, którą poznał kilka miesięcy wcześniej. W zasadzie nie znał jej, nawet nie darzył specjalną sympatią, a pojechał, bo go o to poprosiła. I jej rodzice chcieli wiedzieć o nim wszystko. Począwszy od tego, jakie miał dzieciństwo, a skończywszy na planach na przyszłość. A że był artystą-marzycielem, to plany miał takie, aby zostać muzykiem. I pytali, z czego zamierza żyć, bo z muzykowania nie da się specjalnie, szczególnie że Jarek planował nie zhańbić się komercją, czyli chałtury odpadały. Szedł teraz chodnikiem wzdłuż ulicy 1 Maja, podśmiewając się sam z siebie. I ten uśmiech był wręcz nienaturalny. Nawet na lekcjach czy zajęciach nie znikał z jego twarzy. Mówił coś – uśmiechał się, myślał – również. Jarek usłyszał kiedyś komentarz: pierdolnięty zawsze uśmiechnięty. Ale się nie przejął. Dalej się uśmiechał.

Właśnie podążał na uczelnię. Po lewej miał Odrę, a po prawej zbliżał się do Zakładu Wodociągów i Kanalizacji. Nagle wyszła stamtąd znajoma ze szkoły średniej, Bogusia.

– Cześć, dawno cię nie widziałem – zaczął.

– Cześć. – Uśmiechnęła się.

– Co tu robisz?

– Pracuję.

– Od dawna? Nigdy cię tu nie widziałem.

– Zaczęłam zaraz po liceum. Zwykle siedzę za biurkiem, a dziś wysłano mnie na pocztę.

– Jak ci się wiedzie?

– Dobrze, tylko brakuje mi drugiej połówki. – Spojrzała w jakiś dziwny sposób i zrobiła krok w tył.

– Mi jest dobrze, jak jest. – Z jego twarzy nie znikał uśmiech.

– A ty zawsze taki uśmiechnięty, zazdroszczę ci.

– A jakoś tak. Sam nie wiem czemu. – Zrobił głupkowatą minę. – A ty jak zwykle piękna. Ale i smutna, jak zawsze.

– Powtórzę twoje słowa… a jakoś tak.

– Przecież byłaś najładniejszą dziewczyną w klasie, więc powinnaś się cieszyć.

– Czasem ta uroda to tylko udręka… Dobra, nieważne. Czas na mnie, bo praca goni.

– To nie zatrzymuję. Trzymaj się, cześć.

– Cześć. – Ruszyła w przeciwną stronę ze spuszczoną głową.

On sam uśmiechnął się jeszcze szerzej, a podeszwy butów odezwały się z większą intensywnością niż zwykle. Bogusia zawsze mu się podobała, niejednokrotnie myślał o niej jak o swojej kobiecie, ale brakowało mu odwagi, bo tak piękna dziewczyna na pewno ma adoratorów co niemiara i nie zwróciłaby na niego uwagi.

Dotarł na uczelnię w takim samym humorze. Studiował w Państwowej Wyższej Szkole Zawodowej na kierunku Pedagogika Resocjalizacyjna. Podszedł z uśmiechem do grupki stojącej pośrodku korytarza i przywitał się z każdym z nich. Zwrócił jednak uwagę na dziewczynę, z którą rozmawiał poprzednim razem. Doskonale pamiętał, że to ona go zaczepiła. Wyglądała na zdecydowaną. Była dość ładną blondynką z pospolitą twarzą, tylko jej oczy niosły w sobie coś agresywnego. Miała na imię Agnieszka. Teraz znów podeszła i spytała:

– A ty jak zwykle zadowolony?

– A spotkałem po drodze koleżankę z liceum i się cieszę.

– Umówiliście się? – spytała ze śmiechem.

– Nie, znam ją od dawna.

– A ze mną się umówisz?

– Pewnie, że tak – odparł zaskoczony.

– To kiedy?

– Może jutro wieczorem?

– Daj mi numer, to zadzwonię. – Przybrała minę jakże podobną do jej oczu.

Kilka minut później odszedł z uśmiechem w stronę sali, w której odbywały się ćwiczenia, a ona w przeciwną, bo jej grupa miała w tym czasie inne zajęcia.

W tym czasie dwóch kolegów stojących po drugiej stronie korytarza uważnie przysłuchiwało się całej rozmowie, a gdy Jarek z Agnieszką się rozeszli, jeden skomentował:

– A ten to taki zadowolony, jakby mu ktoś do kieszeni nasrał.

– Coś z nim nie tak, bo nikt normalny nie jest tak zadowolony.

– Kurwa, aż go spytam, z czego tak się cieszy!

– Daj spokój. Szkoda mi go.

– Co daj spokój?! Taki palant myśli, że świat zawojuje tym kretyńskim uśmiechem! Człowiek tu się, kurwa, do wszystkiego zmusza, a przychodzi taki i się popisuje! Jebany!

– A ja myślę, że coś z nim nie tak.

– Zajebię dziada!

– Daj spokój. Szkoda nerwów. Chodź na ćwiczenia, bo czas.

Kilkanaście metrów dalej stały dwie dziewczyny; jedna dość ładna, a druga wręcz przeciwnie. Ta pierwsza, widząc odwagę Agnieszki, rzuciła do koleżanki:

– Chciałabym być jak ona.

– A co, zazdrosna?

– Schrupałabym go, ale nie mam odwagi się odezwać.

– Jak ty tego nie zrobisz, to ja z nim zagadam.

– Naprawdę?… – Zmarszczyła czoło. – Dawaj, póki Agniecha go nie zbałamuci.

– Na poprzednich ćwiczeniach siedziałam obok niego, to i teraz usiądę.

– Zazdroszczę mu tej pogody ducha.

– Wreszcie jakiś facet, który nie jest znudzony życiem.

– Dobra, idę do sali, a ty naprzód, śmiało, trzymam za ciebie kciuki.

Gdy znaleźli się w sali ćwiczeń, dziewczyna co prawda usiadła obok niego, ale przez dłuższy czas się nie odezwała. Dopiero pod koniec spytała:

– I jak dziś humor?

– Znakomicie – odpowiedział z tym samym uśmiechem.

– Rozchwytywany jesteś. – Uśmiechnęła się niepewnie.

– Ja? A czemu tak sądzisz?

– Ja tylko tak…

Zamyślił się, bo wiedział, że te słowa dotyczyły Agnieszki. Ale nie miał pojęcia, jak na to odpowiedzieć. Na chwilę z jego twarzy znikł uśmiech. Zastanawiał się, czy ta dziewczyna też go podrywa.

Wieczorem przyszedł do mieszkania, w którym nadal żył z rodzicami. Zjadł obiad i zamknął się w pokoju. Melancholijna muzyka wypełniła pokój i zapadł się w głąb siebie. Całodniowy uśmiech już zgasł, a jego miejsce zajął smutek. Gdy dźwięki ucichły, otworzył program do komponowania muzyki i na stojącym obok syntezatorze próbował nowych melodii. W sumie już nagrał na komputerze kilkaset minut różnych prób, jedne lepsze, drugie gorsze, a niektóre z nich wykonywał ze swoim zespołem. Grał w nim właśnie na klawiszach. Nie wyobrażał sobie życia bez muzyki. Przebierał palcami po klawiaturze, jednak nie cieszyły go efekty. Robił to, aby uciec od smutku, który wkradał się niepostrzeżenie, gdy wracał do domu. Smutku, który dominował. I był nie do przezwyciężenia. Położył się do łóżka około północy i leżał długie godziny, zanim zapadł w sen.

Następnego dnia łóżko ledwo wypuściło jego zmęczone ciało i umysł. Przymusił się do porannej toalety, a potem, pijąc kawę, siedział przy komputerze. I znów smutek był panem i władcą. Wziął odruchowo do ręki telefon, sprawdził, czy nie ma wiadomości albo nieodebranych połączeń i przez chwilę się wahał, aby wysłać do Agnieszki jakiegoś sms-a. Ale nie zrobił tego z bliżej nieokreślonych przyczyn.

Gdy tylko wyszedł z domu, od razu nabrał odpowiedniego, swojego rytmu: przyspieszył ruchy, a na twarzy pojawił się uśmiech. Minął sąsiada, za którym nie przepadał, ale i to nie popsuło mu humoru. Jak zwykle wędrował ulicą 1 Maja, a potem przez tunel na Josepha von Eichendorffa. Gdy był w połowie tunelu, zatrzymał się, przytulił do ściany, zamknął oczy i docierały do niego odgłosy przejeżdżających samochodów. Przyszło mu do głowy, jak wielka jest różnica między tym jego stanem, a tym, w który wpada w domu. Teraz cieszył go bezruch, delektował się półmrokiem i niemal czuł całym sobą rytm miasta. W końcu ruszył dalej, jeszcze bardziej przyspieszając. Na uczelni zjawił się planowo i pierwsze, na co zwrócił uwagę, to fakt, że nie było Agnieszki. Ale i to nie popsuło mu humoru. W końcu mieli do siebie numery i nawet jeśli ona się tu nie pojawi, to pewnie spotkają się wieczorem zgodnie z umową. W pewnym momencie podszedł do niego nieco starszy kolega z grupy.

– Słyszałem, że grasz w zespole? – spytał tamten.

– Ano gram – przyznał Jarek z tym samym uśmiechem.

– Ja też gram. My ostatnio musieliśmy wywalić jednego, bo się nie nadawał. Tak to uważał się za lepszego, a naprawdę niewiele umiał. Zaczęliśmy grać czyjeś kawałki, a on nawet nie potrafił powtórzyć ich wiernie. Tylko się głupio uśmiechał.

Jarkowi od razu przyszło do głowy, że to nawiązanie do jego uśmiechu. Ale nic nie powiedział. Bo co tu powiedzieć? Tylko uśmiech mu nieco zgasł.

– Mówię ci, co to za koleś – ciągnął tamten. – Bo ja to cwaniaków nie lubię.

– Są tacy, którzy powtórzą każdą frazę, ale zero własnej inwencji, a są tacy, którzy stawiają właśnie na inwencję. – Jarek już miał dość tej rozmowy.

– Jak ktoś nie umie kopiować, to i inwencja nic nie pomoże. A jak cwaniaczy, to jeszcze może dostać wpierdol.

– A jak tam, przygotowany do dzisiejszych ćwiczeń? Pamiętałeś, aby przygotować krótki referat? – Jarek zmienił temat po chwili.

– Tak, tak. O mnie się nie martw. Lepiej martw się o siebie.

– A czemu mam się martwić?

– Ja bym na twoim miejscu uważał. – Tamten spojrzał mu w oczy, pokiwał głową i odwracając się, rzucił – zastanów się.

Jarek nic nie odpowiedział. Tylko miał dziwne wrażenie, że koledzy patrzą na niego nieprzychylnie.

Po skończonych zajęciach poszedł do parku Roth. Lubił tu przychodzić od czasu, gdy spotkał się w tym miejscu kilka razy z dziewczyną, w której był zakochany. Pamiętał ten dzień, w którym próbował się do niej przytulić. Odskoczyła i uciekła bez słowa. A potem już nie odbierała nawet telefonu. Pomyślał, że jest z nim coś nie tak, bo ktoś inny pewnie niemiło by wspominał taką sytuację i prawdopodobnie nie miał ochoty na sentymentalne powroty w to miejsce. A może właśnie wszystko z nim w porządku? Może potrafi zaakceptować swoją przeszłość, nawet jeśli nie jest przyjemna? Tylko z drugiej strony, co z nim się dzieje w domu, kiedy to ma kłopoty zarówno ze skupieniem się, jak i z bezsennością, nie wspominając o tym wszechogarniającym smutku?

Usiadł na ławce, na której wielokrotnie widział zastanawiającego go faceta. Tamten wyglądał na bezdomnego, czasem popijał wódkę, ale Jarek nigdy nie widział go pijanego. Jednak ubranie miał zawsze czyste. Mógł mieć około sześćdziesiątki. Tym razem go nie było, mimo iż pogoda dopisywała. Jarek spuścił głowę i zatopił się w rozmyślaniach, ale z jego twarzy nie znikł uśmiech. Kilka minut później pojawił się tamten.

– Szanowny pozwoli, że się dosiądę, bo to moje miejsce – zaczął przybysz.

– Ależ proszę. A może mam się przenieść, skoro to pana miejsce?

– Ależ szanowny, zmieścimy się we dwóch.

– Często tu pana widuję.

– Lubię, a co. Ja też szanownego widziałem parokrotnie. Chyba szanowny lubi ten park?

– Dobrze mi się kojarzy.

– Szanowny mi wybaczy, że pytam, ale pewnie jakaś kobitka?

– I to jaka… – Jarek jeszcze szerzej się uśmiechnął.

– Dobrze, że szanowny to miło wspomina, mimo że, jak widzę, się skończyło.

– Wspomnienia. To mi pozostało. – Jarek pokiwał głową, chyba bardziej do samego siebie.

– Wspomnienia, wspomnieniami, ale żyć trzeba, szanowny.

– A pan czemu tak tu przesiaduje?

– W moim wieku, szanowny, to co mi pozostało oprócz wspomnień?

– A rodziny pan nie ma?

– Miałem, ale już nie mam, szanowny.

– A czy mogę o coś spytać?

– Niech szanowny pyta.

– Jest pan bezdomny?

– Szanowny, ależ skąd. Sypiam w domu, ale za dnia usiedzieć tam nie mogę. W domu to ludzie umierają, szanowny.

– Ja też w domu jakoś przygasam. – Jarek zastanowił się, że nieznajomy ma wiele z nim wspólnego.

– Tylko jak szanowny jest poza domem, to jest szczęśliwy. Zauważyłem u szanownego ten szczery, ciepły uśmiech.

– A jakoś tak…

– Myślę, że szanowny umie zamienić cały ten swój lęk w coś pozytywnego. Niewielu to potrafi. Tylko szanownemu pozazdrościć.

Jarkowi przyszło do głowy, że ten człowiek wie, co mówi. I że on sam jest szczęśliwcem, skoro umie zachować taką pogodę ducha. Nieznajomy wyciągnął zza pazuchy małą butelkę kolorowej wódki i spytał:

– Szanowny się nie obrazi? To mi pomaga.

– Nie, skąd.

– A może szanowny się poczęstuje?

– Nie, dziękuję. Zresztą już na mnie czas, bo niedługo mam randkę. – Jarek wstał, podał facetowi rękę i dorzucił – niech pan nie przesadza z alkoholem, bo to nic dobrego.

– Wypijam taką małpkę raz na dzień i mi starcza, szanowny. W moim wieku, szanowny, to już nic mi nie zaszkodzi.

Jarek odszedł w swoją stronę. Na spotkanie z Agnieszką, bo w ciągu dnia dzwoniła i umówili się właśnie w tym parku. A ustalili to miejsce z jego inicjatywy. Spojrzał na telefon i zostało tylko piętnaście minut. Już chciał iść na mały spacer, gdy dostał sms-a. Przeczytał:

Nie mogę bez ciebie żyć. Marzę o tobie. Do zobaczenia.

To było od Agnieszki. Jarkowi się nogi ugięły. Bo bardzo mu się podobała. Pomyślał, że wreszcie się zwiąże z kobietą, czego tak bardzo mu brakowało. Od razu w głowie pojawiły mu się wizje, że chadzają po tym parku, trzymając się za ręce, odwiedzają razem znajomych, a on jest dumny i szczęśliwy. Wreszcie, że siedzą sami w pustym mieszkaniu i świat nie istnieje. Zapadł się psychicznie w sobie, a na twarzy całkowicie zgasł uśmiech. Deptak pod stopami przyspieszył, reagując miarowymi stuknięciami na jego kroki.

Kilkanaście minut później zobaczył ją stojącą przy wejściu do parku w umówionym miejscu. Podszedł i wyciągnął ręce, aby się do niej przytulić, czekając na to samo z jej strony. Przymknął oczy i poczuł wielką ulgę od swojej samotności. Z uśmiechniętego młodego mężczyzny przeistoczył się w romantycznego kochanka. Ale ona zrobiła krok do tyłu, spojrzała na niego z politowaniem i rzekła:

– Myślałam, że jesteś prawdziwy facet, a ty się zachowujesz jak przedszkolak. Zawiodłam się na tobie. Mógłbyś sobie darować te maślane oczka i to ckliwe zachowanie. – Odwróciła się i bez słowa odeszła.

W jego głowie zrodził się krzyk niemożliwy do wyrażenia. Popłynęły łzy. Stał pośrodku deptaka i nie widział przechodzących ludzi. Nie istniał świat, nie istniało życie. Tylko spuścił głowę i miał ochotę uciekać. Bo nic z tego nie rozumiał. Dlaczego przysłała mu takiego sms-a, skoro chwilę później tak go potraktowała?

Wrócił do domu bez świadomości. Nie przywitał się z rodzicami, tylko zamknął drzwi pokoju i padł bezsilnie na łóżko. Przykrył głowę kołdrą i jeszcze raz zapłakał. I nie miał już ochoty na kontynuowanie studiów. Nie miał ochoty na nic. Tej nocy nie zasnął nawet na chwilę.

Rano dźwięk budzika zabił ostatnie struny spokoju. Zmusił się, aby pójść na uczelnię. Szedł pozbawiony jakichkolwiek sił, na twarzy już nie miał tego uśmiechu, a nogami ledwo powłóczył. Gdy był w pobliżu Zakładu Wodociągów i Kanalizacji, zobaczył Bogusię.

– Miło cię widzieć – zaczęła.

– Właśnie idę na uczelnię – odparł bez przekonania.

– Co się dzieje? Bo wyglądasz jakoś inaczej.

– Wszystko w porządku, miałem ciężką noc.

– Pierwszy raz widzę cię w takim stanie. Ale to nic złego. Każdy ma czasem gorsze momenty.

– Zmęczony jestem i tyle.

– Spotkajmy się dziś wieczorem. – Zrobiła krok w jego stronę.

– Nie wiem, czy mam na to ochotę. Przepraszam.

– Pogadamy, poczujesz się lepiej. Lubię opiekować się mężczyznami.

– Ale ja nie potrzebuję opieki! – rzucił rozpaczliwie.

– Czasem każdy potrzebuje. Dziś ty, a innym razem ja. Kończę o siedemnastej. Pójdziemy nad Odrę się powłóczyć.

– Może innym razem? – Wypuścił bezsilnie powietrze.

– Bądź, a nie pożałujesz. Jesteś wyjątkowy.

Jak tylko to usłyszał, przypomniał sobie słowa Agnieszki i pierwsze, na co miał ochotę, to uciekać od Bogusi jak najdalej. Ale i na to nie miał siły.

– Zobaczysz, odzyskasz humor. A jak nie przyjdziesz, to zamęczę cię telefonami. Nie akceptuję odmowy – ciągnęła.

– A nie będzie ci przeszkadzało, jak będę smutny? – ledwo otwierał usta.

– Dziś ja będę tą wesołą. A ty bądź kim chcesz.

Nie powiedział nic. Pokiwał tylko głową. I nie za bardzo wiedział, co dalej.

– No dobra, leć na uczelnię i do zobaczenia.

– Do zobaczenia.

Na uczelni nie mógł się na niczym skupić. Tylko patrzył, czy już wszyscy się z niego śmieją. Każdy dźwięk przybierał psychodelicznego aspektu: wybrzmiewał wielokrotnie w głowie jak echo w pustym, ciemnym i przerażającym pomieszczeniu. A twarze wokół wydawały się obce, napastliwe i wrogie. Wrócił do domu wczesnym popołudniem, poleżał w łóżku i tuż przed siedemnastą poszedł na spotkanie. W zasadzie nie miał na to ochoty. Bo o czym w ogóle będą rozmawiali? Przecież znali się od ponad czterech lat. I jeszcze miał wrażenie, że Bogusia chce się z nim spotkać z powodu litości, jaką wzbudził w niej swoim tragicznym humorem. A litości nie chciał, brzydził się nią. Poczekał na nią chwilę pod firmą i poszli nad rzekę. Usiedli w ustronnym miejscu.

– O czym marzysz? – spytała.

– Daj mi dzisiaj spokój. W zasadzie nie wiem, po co tu przyszedłem.

– Wiesz, że zawsze się ciebie w jakiś sposób bałam?

– Ale czego?

– Tego twojego uśmiechu. Przyciągał mnie, ale bałam się.

– Dlaczego?

– Bo ludzie czasem są smutni, a ty niemal zawsze byłeś taki zadowolony. Tak jakbyś miał coś w zanadrzu. Coś niespodziewanego, coś przerażającego.

– Ale ja tylko tak…

– I dlatego dziś się z tobą umówiłam, bo zobaczyłam w tobie człowieka. I już ten uśmiech nie będzie mi przeszkadzał, bo wiem, że jesteś normalny.

Przysunęła się do niego i przytuliła. Przez chwilę obawiał się czegoś podobnego, co spotkało go ze strony Agnieszki, ale pomyślał, że Bogusia robi to, co czuje. Objął ją ramieniem i zatopili się w niemal całkowitej ciszy. Zamknął oczy, a na jego twarzy znów zagościł ciepły, szczery uśmiech.