Przecież jestem z miasta — droubble

Przecież jestem z miasta — droubble

Wyszedłem na ulicę w najmodniejszych ciuchach. Do tego z przystrzyżoną brodą, w nowiuśkich sneakersach i oblany najnowszym zapachem od Giorgio Armaniego, przeglądając swój profil na Tinderze, gdzie tryskam optymizmem, zarażam uśmiechem i mam do siebie dystans.

W końcu jestem z miasta.

Wszedłem do korporacji, w której spędzę następne dwanaście godzin, aby zarobić na wielki apartament, podróże, gdzie zrobię sobie zdjęcia z palmami, wielbłądami i wulkanem Fuji w tle.

W końcu jestem z miasta.

Pytam koleżankę, jak jej mija dzień, na co słyszę, że jest w kiepskim humorze. Bardzo jej współczuję, ale odchodzę, aby mnie nie zaraziła tym humorem, bo ja muszę być zawsze uśmiechnięty.

W końcu jestem z miasta.

Tego dnia podpisuję umowę z klientem na dwa miliony miesięcznie. To się nazywa osiągnięcie! A nie byle co!

W końcu jestem z miasta.

Wracam do domu, spędzam godzinę na siłowni i dwie na jodze. Trzeba o siebie dbać.

W końcu jestem z miasta.

Kładę się spać głodny, gdyż późno nie jem, bo dbam o linię.

W końcu jestem z miasta.

Zasypiam, przypominając sobie, że odeszła ode mnie narzeczona, ponieważ stwierdziła, że nie potrafi żyć z manekinem. Uśmiecham się na tę myśl. Przecież to nic nie boli.

W końcu jestem z miasta.

Ideał

Ideał

Największy czarodziej zebrał wreszcie wszystkie potrzebne składniki do stworzenia człowieka idealnego. Rozpalił ogień w piecu, podgrzał substancje i czekał.

– No, mój doskonały Frenkenstein właśnie powstanie – powiedział.

Nowa praca postępowała. Ulepił więc z gliny kształt człowieka, polał poranną rosą i krwią ropuchy, a następnie machnął pałeczką. Zadymiło, poszumiało i zakipiało. W obłoku zaczął się ruszać jakiś kształt. Kwadrans później powstał z prochu człowiek doskonały. Bez skazy.

– Witaj, mój idealny – powiedział czarodziej.

– Witaj stwórco, jestem tu, ale mnie nie ma.

– Jak to nie ma, przecież widzę.

– A zerknij w lustro, czy mnie widzisz?

Czarodziej wykonał polecenie. W zwierciadle nie było nic oprócz odbicia komnaty.

– Ale co to znaczy? – spytał czarodziej.

– To, że twój plan nie mógł się powieść z samego założenia.

– Ale widzę cię. Jesteś wampirem?

– Nie. Zerknij na zegarek.

Czarodziej spojrzał. Wskazówki stały w miejscu.

– Ale dlaczego, o co chodzi? – spytał czarodziej.

– Jestem postacią istniejącą poza czasem. I poza rzeczywistością.

– Ale glina, odczynniki, magia!

– To wszystko na nic. Nigdy nie osiągniesz celu.

– Ale moje założenia! Moja praca!

– To nic, będę w twojej głowie. Ilekroć o mnie pomyślisz, będziesz miał do czego dążyć.

– Ale to wszystko bez sensu – powiedział czarodziej. – Moja praca jest bez sensu.

– Nie jest. Nigdy starania nie są bez sensu.

W tym momencie dym opanował całą izbę, a zegar wybił północ.

Znikło wszystko tak, jak się pojawiło.

Z garażu rozległo się miauczenie kota.

Lotniarz

Lotniarz

Zobaczyłem coś w górze, w przestworzach, między chmurami. To lotniarz szybował tak, jak sam zawsze marzyłem.

Był tak wysoko, a wydawał się taki malutki…

Chciałbym być wolny jak on, odlecieć, zapomnieć o wszystkim.

A wydawał się taki malutki.

Ciekawym jest fakt, że im dalej jesteśmy od drugiego człowieka, tym mniejszy nam się wydaje.

Co bym powiedział, gdybym zobaczył go startującego z ziemi?

Musiał biec naprawdę szybko.

A co, gdybym nie wiedział, czym jest lotnia? Gdyby była dla mnie tylko dziwactwem? Pewnie pomyślałbym, że to jakiś wariat!

Bo czy nie lepiej stąpać twardo po ziemi? Robić wszystko statycznie, dostojnie i normalnie?