Ani słowa!

Ani słowa!

Pamiętam, jak siedziałem na kanapie, patrząc ponad siebie na wielką moją mamę. Mamusię. Krzątała się niezrozumiale po domu, coś zrobiła tu, coś tam, przeszła do kuchni i wróciła z talerzem kanapek z pomidorami. Potem wyciągnęła odkurzacz i przeleciała całą podłogę, mówiąc, że mogę się już tarzać. Dopiero po tych słowach opuściłem kanapę i położyłem się na jasnym dywanie. Mama zasiadła do maszyny do szycia i wzięła się za ubranko dla mnie. Wcześniej uszyty sweterek teraz obszywała guzikami.

— Mamusiu, a czemu przyszywasz guziki? — spytałem.

— Bo jak ci będzie zimno, to będziesz mógł je zapiąć i zrobi ci się cieplej. Ciepełko nie wyjdzie na zewnątrz. Nic nie wydostanie się na zewnątrz.

Długo potem posadziła mnie na fotelu i włączyła bajki na dobranoc. Jakżeż śmieszne było to wszystko. Ale i czasem straszne, bo ten królik mało nie zginął! Na koniec pomachał do kamery łapką i mama przeniosła mnie do sypialni na moje łóżeczko.

Zaczęła opowiadać o tym wszystkim, co wtedy było dla mnie obce. I nowe. Ale i niezrozumiałe. O tym, że jak dorosnę, znajdę sobie żonę, a ja mówiłem, że nigdy nie opuszczę mamusi i ożenię się z nią, o tym, że trzeba pracować nie tylko dla pieniędzy — pieniądze już chciałem mieć, ale nie ogarniałem tego, że praca może znaczyć coś więcej.

Któregoś razu, po niezliczonych wykładach mamusi na temat tego, jak traktować kobiety i że one głównie chcą wielkiej miłości, a mężczyźni często je wykorzystują dla własnych celów, spytałem:

— To co mogę zrobić, aby dziewczyna była szczęśliwa?

— Musisz pamiętać, że nie możesz mówić wszystkiego tego, co sprawiłoby radość tylko tobie. Musisz pamiętać, że jak jesteś z kobietą, to macie szukać radości razem.

Jakiś czas później, gdy zobaczyłem, jak dziewczyna płacze, obiecałem sobie, że ja nigdy tego nie sprowokuję.

Lecz od tego czasu, gdy chodziłem do szkoły, nie dość, że dziewczyny wciąż płakały przez innych chłopców, to jeszcze któregoś razu, prowokowany przez kolegę, ja sam Martę nazwałem gówniarą. Popłakała się i uciekła.

Usiadłem na końcu klasy w ławce i poczułem, jak bardzo to zabolało także i mnie. Ból zadany komuś, bolał i mnie samego.

Wróciłem do domu, położyłem się smutny do łóżka, zamknąłem oczy i pomyślałem, jak by tu zrobić, aby więcej żadna dziewczyna przeze mnie nie płakała.

Od tamtego czasu noszę w świadomości przyszyte do warg guziki, które sprawiają, że żadne słowo nie wydostanie się na zewnątrz.

Ale wkrótce zacząłem mieć problemy. Jedne dotyczyły tego, że usta zaczęły mi się zrastać, więc nie mogłem też jeść, co sprawiło, że chudłem. A jak chudłem, to traciłem siły, także dla mamusi. Lecz do tego przyzwyczaiłem się, bo wynalazłem wyimaginowaną kroplówkę. Jednak potem spodobała mi się Zosia, zbliżyłem się do niej, chciałem powiedzieć, że bardzo ją lubię, ale usta były wciąż zrośnięte.

Od tego czasu żyję wewnątrz własnego umysłu, bez wyrażania siebie samego, bez właściwego kontaktu z otoczeniem. Ale coś wymyśliłem. Jeśli opanowałbym sztukę telepatii, mógłbym cały czas mieć zapięte guziki na ustach, a jednak móc rozmawiać.

Tak sobie teraz myślę, gdy znalazłem sposób na to, by być szczęśliwym, że telepatia istnieje, mimo iż nie ma na nią dowodów…

Bó(u)l

Bó(u)l

Ból

ból

ból.

Czy naprawdę to tak boli,

czy to czucie fantomowe?

Ból

ból

ból.

Słowa ranią jak siekiera,

tną swym ostrzem, jak popadnie.

Ból

ból

ból.

Obustronny to jest oręż,

pokaleczyć umie dłonie.

Bul…

Ranny ten, co pokonany,

jak i ten, co zadał cięcie.

Bul

bul…

Ja wygrałem, ktoś jest ranny,

tylko czemu ja też cierpię?

Bul

bul

bul…

Notatka na marginesie

Wilk

Wilk, księżyc, wycie, zawodzenie, ból, człowieczeństwo

I.

Wilk wyszedł z lasu, bo wezwał go głód,

by zapolować i jeść.

Dostrzegł ofiarę, więc zbliżył się i…

poczuł dzikości swej zew.

Lecz los dał mu sarnę i… kły.

Dalej wiesz, spełnił się wilczy byt.

Odchodząc z miejsca posiłku, był syt.

Marzył ułożyć się spać.

Ale natrafił na sarenki trzy,

matki szukały, by żyć.

Wilk stał, bo zrozumiał to, że

teraz on jest ich ojcem po kres.

Chorus.

Jak żyć, jak to znieść,

by powstrzymać zew?

Jak dbać, karmić jak

ojcem jadła być?

Bezpieczeństwo dać,

by wychować je.

Nawet kiedy głód

po wnętrznościach rwie.

Refren.

Począł uciekać, a niosła go krew,

wbiegł na najwyższy tam szczyt,

nocą, gdy księżyc oświetlał mu łeb,

na całe gardło jął wyć.

II

Od tego czasu, gdy ruszał, by jeść,

zatracał siebie, był zły.

Potem powracał o sarenki dbać,

czuł, że zabija wśród swych.

Więc ból wzrastał w wilku co dnia.

Dziki zew przeistoczył się w strach.

Znane mu wilki widziały ten stan,

współczuły ze wszystkich sił.

Idąc polować, walczyły co tchu –

ale ze sobą, by żyć.

Więc ból wzrastał w wilkach co dnia,

dziki zew przeistaczał się w strach.

Refren.

I kiedy księżyc oświetla ich świat,

wyją do niego co sił.

Czy ten wariatem, co krzyczy do gwiazd,

czy drugi, co nie czuje nic?