Czym jest podświadomość?… — kij w mrowisko.

Czym jest podświadomość?… — kij w mrowisko.

A co, jeśli podświadomość to zupełnie co innego, niż nam się obecnie wydaje?

Bez bajdurzenia, opowiadania, jak rozumiana jest obecnie podświadomość, chciałbym zaproponować w wielkim skrócie własny pomysł na opisanie niektórych struktury umysłu.

Otóż: według mnie trzeba byłoby zacząć od zmiany nomenklatury. Słowo podświadomość, a także nieświadomość osobiście przypisałbym efektom działania mechanizmów obronnych. I tylko im. I tak: u neurotyków występowałaby podświadomość, a u psychotyków nieświadomość. (Dla niezorientowanych: ludzie z grubsza dzielą się na neurotyków i psychotyków. Neurotycy zaprzeczają niewygodnym faktom z życia i stąd nadałbym nazwę podświadomość, a psychotycy wyrzucają takie fakty poza świadomość — dlatego nieświadomość. U neurotyków występuje walka między prawdą a zaprzeczeniem, a u psychotyków odzywają się nieświadome treści w postaci „podszeptów”.) W związku z tym nazw podświadomość i nieświadomość używałbym zamiennie. I, co można wywnioskować z powyższego, obie struktury powstają dopiero w trakcie życia. Nie ma ich od razu po narodzeniu. Spełniają przynajmniej dwie przeciwstawne funkcje: stabilizują umysł, ale i znacząco osłabiają wyobraźnię i kreatywność. Prawidłowo funkcjonujące mechanizmy obronne tworzą niewielką podświadomość, która słabo wpływa negatywnie na świadomość i funkcjonowanie człowieka. Im większa podświadomość/nieświadomość, tym większe problemy psychiczne. Co więcej: skoro obie powstają na skutek wielu pojedynczych zaprzeczeń/wyparć, to są strukturami niejednorodnymi, składającymi się z bardzo wielu osobnych pól będących wynikiem działania mechanizmów obronnych. Są jak zbiór działek należących do różnych, nieznanych sobie nawzajem właścicieli. Tak więc podświadomość/nieświadomość jako całość nie ma żadnej wielkiej siły, a jedynie mnóstwo małych sił. I to właśnie przez rozproszoną strukturę tych sił możemy mieć do czynienia z osobowością wieloraką, czy kilkoma głosami w głowie, które się wzajemnie przekrzykują. Owszem, czasem zdarza się, że pojedyncze zaprzeczenie/wyparcie jest na tyle „duże”, że to ono ma decydujący głos. I to właśnie z powodu tego, że podświadomość/nieświadomość składa się z bardzo wielu pól, które nie są całością, człowiek o mocno rozbudowanej tej części umysłu jest słaby i skłonny do depresji, bo siły umysłowe, które są potrzebne do odseparowania każdego z pól, są niejako odejmowane od całkowitej siły umysłowej człowieka oraz wpływy poszczególnych pól potrafią być przeciwstawne, zaprzeczające się nawzajem. (Dla nieobeznanych: do podtrzymania działania mechanizmów obronnych używana jest bezustannie siła, którą można by spożytkować na co innego.) Podświadomość wydzielana jest ze zwykłej świadomości, tym samym ujmując zdolności i sił, dlatego między innymi dzieci szybciej uczą się np języków, bo jeszcze nie mają odjętego tego obszaru i nie odczuwają wpływu wielu drobnych sił, które osłabiają umysł. To z grubsza tyle na temat tego, czym wg mnie jest podświadomość/nieświadomość.

Tyle że przy takim założeniu trzeba wprowadzić kolejne zmiany w to, z czego składa się umysł. Oprócz wspominanych struktur mamy: świadomość, ale także coś, co nazwałbym — nie mając pomysłu na lepszą nazwę — pozaświadomością. To obszar, który jest od urodzenia odłączony od naszej świadomości, a który spełnia między innymi takie funkcje:

– przechowywanie pamięci gatunku, czyli m.in. mechanizmów odruchów bezwarunkowych;

– pamięci odruchów warunkowych;

– nauczone zapamiętane, ale świadomie zapomniane treści;

– zautomatyzowane czynności ruchowe i nie tylko ruchowe;

– wiele innych.

To właśnie w pozaświadomości kryją się takie zdolności jak prowadzenie samochodu czy jazda na rowerze. I ona nie wpływa negatywnie na człowieka. Negatywnie może jedynie wpływać podświadomość/nieświadomość. Pozaświadomość nie ma nic wspólnego z podświadomością.

Lecz przy takiej systematyzacji budowy umysłu pojawia się mnóstwo pytań, na których większości odpowiedzi jeszcze nie znam. Ale na niektóre tak. Otóż, według mnie sny nie są głosem podświadomości/nieświadomości, ale głosem wszystkich części umysłu, w tym zwykłej świadomości. (Chyba każdy z nas śnił o czymś, co przydarzyło się dnia poprzedniego, a o czym wciąż pamiętamy?) Co więcej — sugerowałbym, że sny pochodzą głównie ze świadomości. I nie ma żadnego uniwersalnego klucza, według którego można zrozumieć sny czy podszepty podświadomości/nieświadomości.

Niestety, taka koncepcja nie przejdzie, choćby była najprawdziwsza, gdyż słowo „podświadomie” weszło na stałe w nasz język.

I równie bez bajdurzenia czy kwiecistego podsumowania chcę zakończyć ten artykuł.

Nic więcej na ten temat nie mam do powiedzenia.

Samotność Boga, cz. IX

Samotność Boga, cz. IX

Jeszcze pytania do końca nie wybrzmiały w jego głowie, gdy następnego dnia zadzwoniła ponownie Lidia. Marek najpierw spojrzał na wyświetlacz i zastanowił się, o co chodzi. Może niepotrzebnie pytał o to, co robi na co dzień, a szczególnie o to, że bywa w przytułku dla bezdomnych? A może jest tak naprawdę wściekła, że nie zaproponował, aby została na noc. Przypomniał sobie powiedzenie kolegi:

Kobiety są jak sytuacje podbramkowe w piłce nożnej. Te niewykorzystane się mszczą. Czyżby więc chodziło o to?

— Cześć, co byś powiedział, gdybym dziś wieczorem do ciebie przyjechała? Masz jakieś plany? A może po prostu nie chcesz mnie widzieć? Tylko chcę słyszeć prawdę — mówiła ciągiem.

— Cześć. W zasadzie nie mam planów… — Był zaskoczony takim obrotem spraw. Całe jego rozważanie na temat powodów tego telefonu zdawały się nietrafione. Poza tym sam nie wiedział, czy chce ją widzieć znowu już tego dnia. — Jeśli masz ochotę, zapraszam.

— A nie za często dla ciebie?

— Nie, spoko. Wpadaj.

— No to będę. Tylko nie wygoń mnie za to, co przygotuję. — Zaśmiała się do słuchawki.

— Nie zwykłem wyganiać kobiet. — Od razu przebiegły mu sytuacje, gdy matka próbowała się do niego dostać po tamtym fatalnym zdarzeniu. — A co to będzie?

— To niespodzianka.

— Nie lubię niespodzianek.

— Masz więc wybór: albo mam nie przyjeżdżać, albo przyjąć niespodziankę.

— Ale jak tak powiedziałaś, to teraz ciekawość mnie zeżre.

— To o której będziesz w domu? — spytała natarczywie.

— Zaraz po pracy, dziś nie mam zbyt dużo roboty. Powiedzmy… o osiemnastej będę na pewno.

— To będę o dziewiętnastej. Ale tym razem samochodem — dodała jakoś poważnie.

Gdy tylko się rozłączyli, Marek nie mógł się pozbyć z pamięci ostatniego zdania, które wypowiedziała: Ale tym razem samochodem. Czyżby jednak żywiła do niego pretensje?

Czekając na nią w domu, zaczął myśleć, jak to by było, gdyby miał żonę i dzieci. Tak, jak mu się wyobrażało, gdy był dzieckiem. Te puste ściany, mimo iż komfortowe, epatowały zimnem zarówno termicznym, jak i emocjonalnym. Na dobrą sprawę to, że nie miał kobiety, było jego wyborem, bo owszem, Jadwiga odeszła sama, ale potem, gdyby chciał, miałby okazje się związać, a tego nie zrobił. Inna sprawa z dziećmi. O własnych dzieciach nigdy nie było mowy. Właśnie, temat dzieci stanowił dla niego nie lada problem.

* * *

— Wujku, pobawisz się ze mną klockami? — spytał Jacuś.

— Tak, tylko poczekaj chwilkę, muszę dokończyć coś czytać — odparł Marek.

— Już ja chcę! — dzieciak podniósł głos.

— Pobaw się na razie czym innym. — Marek oderwał się od artykułu i spojrzał w oczy Jacusiowi. — Ja skończę za kwadrans, wtedy się z tobą pobawię.

— Wujku, dlaczego tak dużo pracujesz? — zapytał z żalem malec.

— Taki mam zawód. Muszę cały czas się uczyć, żeby móc leczyć ludzi.

— Tak jak mnie leczysz?

— Dokładnie tak. Twoje serduszko jest już prawie zdrowe. Niedługo będziesz się bawił na dworze tak jak inne dzieci.

— A dlaczego teraz nie mogę?

— Już ci tłumaczyłem. Jeszcze jest za wcześnie. Zawsze po tak skomplikowanej operacji serca trzeba jakiś czas odczekać, aby być pewnym, że przy dużym wysiłku nie stanie się coś złego. Poza tym u ciebie przecież były kłopoty po operacji, pamiętasz?

— Tak, pamiętam, jak mi się to nie chciało goić.

— Jacusiu, musisz być cierpliwy.

— Wujku, bo mi tak tutaj smutno. I nudzę się! — zawołał dzieciak.

— A pamiętasz naszą umowę?

— Jaką umowę?

— Tą, którą zawarliśmy, jak ostatnio rozmawialiśmy z mamusią przy śniadaniu.

— Tak! — wykrzyknął Jacuś.

— No, czyli jaka była?

— Że nie będę ci przeszkadzał, jak ty pracujesz — wypowiedział żałośnie mały, ale za chwilę krzyknął: — Ale ja się nudzę!

— No, to musisz nauczyć się sam organizować sobie czas. Klockami też można bawić się samemu.

— Wujku, ale inne dzieci są szczęśliwe, a ja nie.

Na te słowa Marek wstał od biurka, podszedł i przytulił Jacusia. Mały mógł mówić wszystko i Marek pozostałby niewzruszony, ale słowa o szczęściu go pokonały. Niedobrze się dzieje, gdy dziecko już nie jest szczęśliwe. Wziął dzieciaka na ręce.

— Jacusiu, już niedługo będziesz biegał po dworze i cieszył się z innymi. Czasem trzeba pocierpieć, aby później być szczęśliwym.

— Wujku, czy szczęście jest z cierpienia?

— To niezupełnie tak. Ale ty będziesz szczęśliwy, ja ci to mówię.

Tego dnia Jacuś musiał czekać na Marka znacznie dłużej niż obiecany kwadrans. Marek przeczytał jeden bardzo długi artykuł, potem drugi. Oba wywołały serię pytań, na które odpowiedzi nie znał. Sięgnął więc po kolejną literaturę, aby pogłębić wiedzę. Skończył dopiero późnym wieczorem, kiedy Jacuś już usypiał na siedząco. Jadzia jeszcze nie wróciła z pracy. Mimo iż po każdym takim zdarzeniu Marek miał do siebie pretensje o niedotrzymanie słowa, to powtarzał to niemal za każdym razem. Ile razy zadał sobie pytanie, czy jest złym ojczymem. Czy byłby lepszy, gdyby to było jego własne dziecko?

* * *

Do czasu przyjazdu Lidii wisiał zawieszony gdzieś pomiędzy wspomnieniami a teraźniejszością. Nie chciał wracać do tego, co było, ale i nie potrafił żyć tu i teraz. A temat dzieci, mimo iż w jakiś sposób upragnionych, odsuwał na dalszy plan. Tak, czasem nie pamiętał o przeszłości i pozwalał sobie na fantazje, w których widział dwójkę berbeci rozrabiających po domu. Zimne ściany, które teraz są ostoją spokoju i wytchnienia, wtedy stawały się ciepłe, ale gwarne i niespokojne. Sam chwilami nie wiedział, co w życiu jest ważniejsze — spokój czy ciepło, bo jedno z drugim nie szło w parze. A może wszystko jest potrzebne, ale każde w odpowiednim czasie? Może trzeba w średnim wieku wybrać ciepło, a pod koniec życia, kiedy już nie ma się siły na przeciwstawianie się bodźcom zewnętrznym, spokój?

Z rozważań wyrwał go dźwięk domofonu. Podszedł przed wejściowe drzwi, wziął głęboki oddech, aby samemu się przygotować na towarzystwo kobiety, wyprostował ciało, napinając mięśnie i odebrał.

— Halo, to ja, Lidia — odezwała się, ale Marek wyraźnie słyszał, że z czymś się zmaga.

— Zapraszam — odpowiedział automatycznie.

Co tym razem wyniknie z tej wizyty? Czy przyjechała tu, aby zostać na noc? Może powinna zostać już poprzednim razem? Albo jeszcze wcześniej?

Tym razem z zamyślenia wyrwało go pukanie do drzwi. Otworzył. Za drzwiami stała Lidia ze sporą torbą na ramieniu.

— Wprowadzasz się? — zażartował, szeroko się uśmiechając.

— Ja… — zawahała się — raczej ciebie wprowadzam.

— Słucham?

— Dobrze słyszysz. — Weszła do mieszkania, stawiając torbę zaraz przy wejściu. — Zaniesiesz ją do salonu? — spytała.

— Pewnie. — Marek schylił się i szarpnął za torbę, która mimo swoich rozmiarów nie była ciężka.

Przeszli do salonu. Lidia niemalże opadła na kanapę, okazując zmęczenie.

— Dasz mi coś do picia? — spytała.

— Jasne, powinienem sam zapytać.

— Nie szkodzi, mam otwór gębowy, więc mogę sama poprosić. — Zaśmiała się.

— Otwór gębowy — powtórzył ze śmiechem.

Wyszedł po szklankę wody. Stanął w kuchni twarzą do okna, za którym panował mrok, oparł się o blat i próbował przejrzeć ciemność na zewnątrz. Zdał sobie sprawę, że normalny facet cieszyłby się, kipiał energią, gdyby piękna kobieta siedziała u niego w salonie. Tymczasem on wpadł po raz kolejny w melancholię, która odbierała mu chęci do czegokolwiek oprócz samotności. Otworzył lodówkę i dostrzegł rozpoczętą butelkę wódki. Wyciągnął rękę, ścisnął butelkę dłonią i z pewnymi oporami wyjął z lodówki. Przyjrzał się napisowi Żołądkowa gorzka i odkręcił zakrętkę. Oby jak najszybciej przestać myśleć o przeszłości, wyzwolić się ze wspomnień. Gdyby to on wtedy szedł z Jacusiem…

— Jak tam, usnąłeś? — usłyszał z salonu pytanie Lidii.

— Nie, nie, już idę. — Wziął głęboki wdech i wypuścił powietrze z głośnym szumem. Zakręcił butelkę i wstawił do lodówki. Nie tym razem. Nalał Lidii szklankę wodę i wrócił do salonu.

— Lubisz niespodzianki? — spytała.

— Ja?… już ci mówiłem, że nie za bardzo… — Pokręcił głową.

— No to tym razem będziesz musiał coś zaakceptować, mimo iż nie lubisz. — Uśmiechnęła się.

— Czyli nie mam wyboru? — W gruncie rzeczy chyba już mu było obojętne, co za niespodziankę przygotowała. Mógł to być jakiś prezent, może poduszka, może wielki pluszak, a mogło być też co innego, oby tylko nie zechciała się wprowadzić. Na to nie był gotów.

— No, nie za bardzo. A w dodatku musisz współpracować.

— Muszę? — spytał z odrobiną pretensji.

— No, nie masz wyjścia. — Wstała z kanapy, podeszła do niego i pogładziła po ramieniu. — Nie masz wyjścia, bo tak pięknie cię proszę. — Szeroko się uśmiechnęła.

— Ale o co chodzi? — zareagował z pretensją.

Wzięła go za rękę, ścisnęła, leciutko potrząsnęła i odpowiedziała:

— Bardzo cię proszę, abyś wyszedł na parę chwil z salonu. Wrócisz, jak cię o to poproszę.

— Czy to konieczne?

— Tak. To nie potrwa długo.

Marek niechętnie wyszedł do kuchni. Jeszcze raz stanął przed oknem, na którym zaczęły się pojawiać pierwsze krople deszczu. Patrzył, jak odległe światła latarni zaczynają się powoli rozmazywać wraz ze ściekającą wodą. Wyobrażał sobie, że deszcz ma tak wielką moc, że zmywa światło, które spływa na ziemię i płynie przy krawężnikach, rozświetlając krawędzie ulic i chodników.

— Możesz już przyjść — usłyszał z salonu.

Powoli ruszył, niepewny tego, co go czeka.

Gdy wszedł do salonu, zaniemówił. Pośrodku stała Lidia ubrana w strój pielęgniarki, cała na biało, a w rękach trzymała chirurgiczny fartuch. Marek stanął jak wryty.

Lidia podeszła do niego, z uśmiechem spojrzała w oczy i powiedziała:

— Pan doktor pozwoli. — Podniosła fartuch, aby mu go założyć.

Marek nie potrafił wydusić ani słowa. Wspomnienia z prędkością odrzutowca przemknęły przez głowę. Był wstrząśnięty, ale i całkowicie pozbawiony własnej woli. Nawet nie drgnął.

Lidia podeszła jeszcze bliżej, jedną ręką nadal trzymała fartuch, w drugiej uniosła Marka rękę i powoli zaczęła go ubierać. Nie protestował. Nie miał sił.

Kiedy już fartuch wisiał mu na plecach, ściągnęła sobie z szyi stetoskop, którego nawet nie zauważył, i przewiesiła mu przez szyję.

— Panie doktorze, czy może pan zbadać jeszcze jedną pacjentkę? — spytała z uśmiechem.

— Co ty robisz?… — wydusił z siebie.

— A teraz niech doktor usiądzie na kanapie, mam coś do pokazania.

Marek bezwolnie wykonał polecenie.

Lidia wyciągnęła z torby jakiś album i otworzyła przed oczami Marka. Na pierwszej stronie było kilka zdjęć lekarzy w towarzystwie, jak się domyślał, pacjentów. Na pierwszym laryngolog zaglądający do ucha, na drugim okulista podczas badania, na trzecim inny doktor wypisujący receptę. Przewróciła stronę. I kolejne zdjęcia z lekarzami: neurolog z młoteczkiem do badania odruchów, radiolog przy aparacie USG i kolejny przy tomografie komputerowym. Na kolejnej stronie znajdowały się same zdjęcia chirurgów w maseczkach, ze skalpelami, w towarzystwie anestezjologów i pielęgniarek.

To było dla Marka za dużo. Powolnym ruchem odsunął album, skulił się, wsadził głowę między kolana i napiął wszystkie mięśnie. Lidia siedziała obok i nie próbowała reagować. Ona po prostu to wyzwoliła. I wiedziała, że Marek musi zostać sam.

Po kilku chwilach Marek wstał i bez słowa wyszedł na dwór. Wprost na ten wiosenny deszcz. Tak jak wtedy, gdy wybiegł z prosektorium. Stanął pośrodku placyku przed drzwiami i spojrzał w niebo. Deszcz padał już bardzo mocno. Strugi wody lały się do niezamkniętych ust, oczu, zalewały twarz.

Kilkanaście minut później wyszła do niego Lidia i bezwolnego wprowadziła do domu. Ściągnęła mu ciuchy aż do majtek i okryła ręcznikiem. Posadziła dygoczącego z zimna na kanapie. Nawet nie zauważył, kiedy podała mu gorącą herbatę. Sama przebrała się i wkrótce wyszła. Został sam na resztę nocy. Do rana nie zasnął. Tkwił w bezruchu bez świadomości.

* * *

— Wujku, jutro będę mógł wyjść na dwór? — spytał Jacuś, siedząc w piżamie przygotowany do snu.

— Nie, jutro jeszcze nie — odpowiedział Marek.

— A dlaczego? Dziś jak mnie badałeś, mówiłeś, że już jestem zdrowy.

— Tak, ale to jeszcze za wcześnie. Pamiętaj, że miałeś operowane serduszko, a potem były komplikacje.

— To po co mnie badasz i mówisz, że jestem zdrowy, jak nie mogę wyjść.

— To skomplikowane. — Marek sam nie wiedział, co ma odpowiedzieć.

— Ja to myślę, że ty się boisz — zauważył Jacuś.

— Ja? Boję się? — Marek podszedł do dzieciaka i przytulił go.

— Ciocia Monika też mówiła, że się za bardzo boisz.

— Jacusiu, ale naprawdę musisz jeszcze poczekać z wychodzeniem na dwór. — Postawił przed sobą chłopca i powiedział: — Chodź, usiądziemy na kanapie i opowiem ci, jak to było.

— Wujku, już mówiłeś — niecierpliwił się Jacuś.

Jednak obaj usiedli obok siebie na kanapie.

— Ale chyba nie wszystko ci mówiłem. Więc było to tak, że któregoś dnia zobaczyłem, jak jakaś pani trzyma synka na rękach i nie chce go wydać na badanie. To twoja mamusia. Okazało się, że jak najszybciej trzeba zrobić operację. Mamusia płakała, nie chciała się zgodzić, ale ja ją przekonałem, że to jedyne wyjście. W końcu wzięliśmy cię do szpitala i operowaliśmy. Ja tylko asystowałem. I kiedy… — Marek chciał już się przyznać do kropli potu, która spadła na niezaszyte cięcie, ale przerwał mu Jacuś:

— A co to znaczy asystowałem?

— Asystowałem… to znaczy, że pomagałem.

— To takie lekarskie słowo, tak?

— Tak, Jacusiu.

— I co było dalej?

— Jak już zaszywaliśmy ci skórę… — Marek wahał się, czy powiedzieć o pocie. — To wystąpiły komplikacje. — Spojrzał na chłopca z nadzieją, że jednak nie karze mu wyjaśniać, co dokładnie się zdarzyło. Do tego potu nie przyznał się też jego matce.

— I co, i co było dalej, bo nie wszystko pamiętam.

— A co pamiętasz?

— Pamiętam, że bardzo długo byłem w szpitalu.

— Tak było, a to dlatego, że to miejsce, gdzie rozcinaliśmy, a potem zszywaliśmy, nie chciało się zagoić.

— A dlaczego nie chciało się zagoić?

— Bo… — Marek wiedział, że jeśli się przyzna, mały powtórzy to mamie, a tego nie chciał pod żadnym pozorem. Doskonale wiedział, że Jadzia jest przewrażliwiona na punkcie synka jedynaka i że zacznie rozpaczać, histeryzować. — Czasem tak bywa. Wiesz, warunki operacji nigdy nie są idealne i zawsze coś może pójść nie tak. Poza tym po operacji też czasem jakieś bakterie mogą się dostać do rany.

— A jak długo leżałem w szpitalu?

— No, Jacusiu, prawie półtora miesiąca.

— To ile to jest?

— To prawie tyle, co od Świąt Bożego Narodzenia do twoich imienin.

— To długo.

— No i dlatego też tak długo siedzisz w domku — nieco skłamał Marek.

— Ale ja już bym chciał wyjść! — podniósł głos maluch. — Bo mówiłeś, że jestem zdrowy.

— Jacusiu, obiecuję, że jak tylko będziesz mógł wyjść, kupię ci dużego loda, takiego zakręcanego, jak lubisz.

— Ale o smaku truskawkowym?

— Tak, o smaku truskawkowym. A może czekoladowym?

— Nie, wolę truskawkowe. Ale jak będę mógł wyjść dopiero po lecie, to już nie będzie lodów.

— Nie bój się, Jacusiu, wyjdziesz wcześniej. Myślę, że już za jakiś miesiąc, a wtedy będzie dopiero sierpień i będą lody.

W przedpokoju otworzyły się drzwi wejściowe. To Jadzia.

— Część chłopaki, wróciłam — przywitała się. — A ty, Jacusiu, jeszcze nie śpisz?

— Czekałem na ciebie — odpowiedział chłopczyk.

— Ale przecież wczoraj mówiłam, żebyś nie czekał, bo wrócę późno.

— Ale ja się stęskniłem. — Mały podbiegł do mamy i chwycił za nogę.

Jadzia uniosła go i przytuliła.

— O czym rozmawialiście z wujkiem? — spytała.

— Że kiedy będę mógł już wyjść na dwór.

— I co wujek powiedział?

— Że w sierpieniu.

— W sierpniu się mówi, Jacusiu.

— Tak, w sierpniu.

— No to za miesiąc. — Postawiła chłopca na podłodze, zdjęła buty i powiesiła torebkę na wieszaku. — No, a teraz marsz do łóżka.

— A przyjdziesz mi opowiedzieć bajkę?

— A pamiętasz, że umawialiśmy się, że nie będę opowiadała codziennie? Wczoraj opowiadałam. Musisz nauczyć się zasypiać sam.

— A dlaczego?

— Bo dziecko musi się uczyć samodzielności, aby później, gdy dorośnie, umiało samo o siebie zadbać.

— A co to znaczy o siebie zadbać?

— To znaczy, że będzie potrafiło sobie radzić z trudnymi sytuacjami, ze smutkiem, a nawet z płaczem.

— A dlaczego nie będę mógł do ciebie przyjść, jak będę płakał?

— Jacusiu, bo dużemu chłopcu nie wypada płakać. — Ucałowała chłopca w czoło. — A teraz uciekaj do łóżeczka. Zajrzę do ciebie za kilka minut i masz już spać.

— Ale…

— No, już, wiem, że dasz radę.

Jacuś poszedł do swojego pokoju. Jadzia usiadła obok Marka na kanapie i westchnęła.

— Miałam ciężki dzień, ten przetarg jest ponad moje siły.

— Jeszcze tylko niespełna dwa tygodnie i się skończy. Pozostanie oczekiwanie na wyłonienie zwycięzcy.

— Mam nadzieję, że my będziemy. Szef już kręci nosem, coś mu się nie podoba. Twierdzi, że sam zrobiłby to lepiej.

— To niech zrobi! — Marek podniósł głos.

— On taki jest, że swoich błędów nie widzi, tylko czyjeś. Ale to naprawdę dobry człowiek.

— Dobry? I tak się zachowuje?

— Tak. Wielokrotnie, gdy coś było nie tak u któregoś z nas w domu, sam pytał, czy nie chcielibyśmy wolnego, proponował nawet bezpłatny urlop, jak skończył się zwykły. Wiesz, nadal tam pracuję, bo widzę w nim kogoś dobrego, naprawdę.

— Tak, wspominałaś, ale mi się nie chce w to wierzyć po tym, jak czasem miesza was z błotem.

— Nerwowy jest, to i miesza. A potem żałuje. A że jest szefem, to nie przeprosi, bo mu nie wypada, tylko chodzi struty pół dnia. On też cierpi… — Przytuliła się do Marka. — Zrobisz mi dziś porządny masaż? — Pocałowała go w usta i seksownie się uśmiechnęła.

— Zrobię — odparł bez emocji.

Jadzia mocno się przytuliła, założyła nogę na jego kolana i powiedziała:

— Ty nadal nie jesteś gotów?

— Jadziu — wyszeptał żałośnie. — Tak, nadal. Ale nic na to nie poradzę. — Schylił głowę. — Czasem nawet czuje podniecenie i chciałbym cieszyć się z seksu jak kiedyś, ale za każdym razem, gdy przychodzi do zbliżenia, mam ochotę uciekać. Wybiec…

— Na dwór? — przerwała mu. — W deszcz?

— Tak, już to zauważyłaś?

— A jak miałam nie zauważyć, gdy za każdym razem, jak próbuję się do ciebie zbliżyć, albo wychodzisz na dwór w padający deszcz, albo bierzesz prysznic i stoisz pod nim godzinami. Tego się nie da nie zauważyć.

— Tak, w deszcz… — powtórzył przeciągle.

— Kiedy ty wreszcie będziesz gotów? — zapytała z ogromnym żalem.

— Nie wiem. To jest silniejsze ode mnie.

Również przytulił się do niej i na dłuższy czas zamilkli. To, co siedziało mu w głowie, było poza jego kontrolą. Miał jedynie wspomnienia z tamtego uczelnianego prosektorium i przemożną chęć wybiegnięcia w deszcz. Ile to już razy widział w deszczu coś więcej niż opad atmosferyczny. Ileż to już razy próbował zrozumieć tę swoją fascynację? Ale za każdym razem bardziej czuł niż rozumiał. Czuł o wiele więcej…

* * *

Tego wieczoru, po wizycie Lidii, wciąż siedział zawinięty w ręcznik na kanapie. Herbata dawno się skończyła, cierpliwość do samego siebie również. Co z nim, że tak zareagował na te przebieranki? Czy nie po to zajął się zmarłymi, aby nie musieć więcej mieć do czynienia z pacjentami? Leczyć ich to jedno, ale bezsilnie patrzeć, jak dzieje się coś innego, niż sobie założył, było ponad jego siły. Tylko dlaczego praca lekarza tak na niego działała? Gdyby rzeczywiście tak bardzo to znienawidził, teraz zareagowałby złością na przebieranki Lidii. A on po prostu opadł z sił i chciał jeszcze raz zmoknąć. Co było takiego w tym deszczu, że pragnął go wciąż i wciąż. A może to nie deszcz miał coś w sobie, ale jego wyobrażenie deszczu? Skojarzenia z tym, co wtedy w prosektorium. Kto wie, co niesie nasz umysł pod postacią upodobań? Ale i antypatii. Czy w takim razie mamy moc, aby to zgłębić? Aby zrozumieć własne wybory. Tak jak ten — otworzenie zakładu pogrzebowego. Co Markiem kierowało, że wybrał właśnie ten fach?…

Siedział tak całą noc. W bezruchu. Chwilami przysypiał, czasami niemal zrywał się w przypływie emocji, ale ciągle balansował gdzieś na granicy świadomości. Okryty ręcznikiem i kocem, w ciepłych kapciach, w całkowitej ciszy. Ruszył się dopiero nad ranem, gdy już świtało. Ogolił się i wziął chłodny prysznic. Kiedy już zrobiło się na tyle późno, że można było do kogoś się odezwać, wysłał esemesa do swojego znajomego, chirurga ogólnego, pod którego okiem uczył się początku fachu:

Czy mogę Cię dziś odwiedzić? Potrzebuję rozmowy.

Nie musiał czekać długo. Kolega odpisał dosłownie po chwili:

pewnie wpadaj ciekawe czy dam radę ci pomóc…

Tuż po wpół do siódmej wsiadł w samochód i ruszył. Nie miało znaczenia, że będzie musiał pokonać aż taką odległość. To, co wywołała Lidia, nie mogło czekać. Nie mógł czekać on sam, i jego problem.

Na miejscu, czyli na centralnych Mazurach znalazł się przed dziesiątą. W sumie nie odwiedzał tego miejsca od ponad trzech lat, gdy zaraz po jego odejściu z pracy jako lekarz, znajomy przeszedł na emeryturę i przeprowadził się właśnie do Krainy Tysiąca Jezior. Ostatnie kilometry pokonywał w tempie iście żółwiowym. Rozglądał się, podziwiał pływające łajby przy przystaniach i marzył, aby zostać tu na dłuższy czas, by się oderwać. Tylko że oderwać się od siebie nie sposób.

— Jak się masz kostucho! — zawołał Magnuszewski, gdy Marek wysiadł z samochodu, zaparkowawszy na podwórku kolegi.

— Kostucho… — Zaśmiał się Marek. Jak to jest, przyjechał tu niemal po ratunek, może po naprowadzenie na właściwe tory, w tragicznym humorze, a już po jednym zdaniu się uśmiechnął?

— Tak. Jak żyjesz? W ogóle jeszcze żyjesz, czy do kogo przystajesz, taki się stajesz?! — zawołał bez obiekcji kolega.

— Może tak źle nie jest, ale muszę pogadać.

— No, jak musisz, to i chyba ja muszę. Tak. A mogłeś przywieźć ze dwie panienki. — Magnuszewski zaśmiał się na głos.

— Ja ci dam panienki! — zawołał kobiecy głos przez otwarte okno.

— Zachodź, wędrowcze. — Magnuszewski objął ramieniem Marka.

Weszli do drewnianego domu, gdzie zaraz przy wejściu stał wieszak na ubrania zrobiony ze stojaka na kroplówki.

— Dzień dobry — Marek przywitał się z żoną kolegi.

— Dzień dobry, Marku — odpowiedziała.

— A jak twoja kocica? — spytał gospodarz.

— A dobrze. Spokojna i samodzielna. Nie naprzykrza się, ale i nie jest dzika.

— Ale imię ma takie, jakie jej nadaliśmy?

— Tak, Zwłoczka. — Marek się uśmiechnął. — Znajomi mówią, że to kuszenie losu.

— Ej tam, kuszenie. Tak. Gdybym ja, jak jeszcze pracowałem, zwracał uwagę na podobne rzeczy, to przesądność nie pozwoliłaby mi na żadną operację, bo a to czarny kot, a to piątek, a to trzynastego lub nawet siedemnastego, a według mojej żony — spojrzał na nią — to bardziej pechowa liczba niż trzynastka.

— Też tak uważam. Nauczyłem się od ciebie, mimo wszystko, dystansu. Jesteś najbardziej ekstremalnym połączeniem mądrości i poczucia humoru.

— A, właśnie, słyszałeś dowcip, jak w nocy na sali operacyjnej leży lekarz i pielęgniarka?

— Przestań, stary, bo przez łeb szmatą dostaniesz! — zawołała ze śmiechem żona.

— No, nie znam — przyznał Marek.

— Tak. No więc leżą sobie, leżą, nic nie robią, nie gadają — opowiadał Magnuszewski. — W końcu pielęgniarka nie wytrzymała, podniosła się do siedzącego i pyta: panie doktorze, pan jest chirurgiem, czy anestezjologiem? Chirurgiem — odpowiada lekarz. Ona na to: to rżnij pan, nie usypiaj!

Marek ryknął śmiechem.

— Tak. To mówisz, że chcesz pogadać? — ciągnął Magnuszewski.

— No, po to tu przyjechałem, ale już chyba sam do siebie dochodzę. To twoje poczucie humoru ma taką moc — zauważył Marek.

— Oj tam. Trzeba się śmiać, inaczej człowiek by zwariował. Tak. Człowiek. A co dopiero chirurg!

— Może ja mam za mało śmiechu… — Marek spuścił głowę i zasiadł na fotelu.

— Co, myślisz o powrocie do zawodu? — spytał bezceremonialnie Magnuszewski.

— No, ciągnie mnie, ale wiesz… Chyba to ponad moje siły…

— Tak. Wiem. Najgorsze, że to, co się stało, nie było związane z zawodem chirurga. Przed czymś takim nie ma się jak bronić. Tak. Bo gdyby to coś z operacją, to można wyciągnąć wniosek, potraktować jako naukę. Jeśli oczywiście nie odebraliby tytułu lekarza za błąd lekarski. Tak.

— Nie wiesz wszystkiego, ale… — Marek się skulił. – Gdybym nie musiał się uczyć na temat operacji w tamtym czasie, poszedłbym z Jacusiem i być może zareagowałbym inaczej niż Monika…

— Takie życie kardiochirurga, że pracuje także w domu. Tak. To nie jest, dajmy na to, wożenie taksówką, gdzie po odstawieniu pasażera na właściwe miejsce sprawa jest zamknięta. Tu musisz cały czas się szkolić, poznawać nowe techniki. Tak. I jeszcze jedno: w tym wypadku też potraktowałeś to zdarzenie jako naukę, wyciągnąłeś wniosek. Może dlatego teraz nie chcesz pracować z pacjentami, aby nie musieć się uczyć, skoro raz przyniosło to taki skutek. Tak. Pomyśl.

— Właśnie to przez to stała się tragedia… — Marek skrył twarz w dłoniach.

— A nie pomyślałeś, że nikt nie jest w stanie pilnować dziecka dwadzieścia cztery godziny na dobę? Tak. Nie możesz winić się za wszystkie nieszczęścia tego świata.

— Najpierw go przebadałem, później asystowałem w operacji i już wtedy dałem ciała z tą kroplą potu, dalej prowadziłem półtora miesiąca w szpitalu, a na koniec jeszcze kontrolowałem w domu. Zobacz: może gdybym go nie wyleczył do końca albo popełnił błąd w diagnozie i uznał, że Jacuś jeszcze nie jest gotowy na spacer…

— Dałeś mu zdrowie, a tym samym wolność. A wolność zawsze wiąże się z niebezpieczeństwem. — Magnuszewski poklepał Marka po ramieniu. — Przecież nie mogłeś go więzić do końca życia. Życie bywa niebezpieczne.

— Poza tym wtedy… — Marek się rozpłakał. — Tam, w moim domu, zdarzyło się coś jeszcze. Coś i-n-t-y-m-n-e-g-o — wysylabizował szeptem Marek.

Nastała dłuższa, dzwoniąca w uszach cisza.

— Tak. To teraz rozumiem. Chociaż nie do końca wiem… Ech… — Magnuszewski pokręcił głową.

— Dlatego się rozstaliśmy z Jadzią — powiedział jeszcze ciszej Marek.

— Tak. To jak znienawidzone skojarzenie. Niby wiemy, że ta druga osoba jest niewinna, a jednak wszystko, co złe, nam się z nią kojarzy. Tak…

— Gdyby to bezpośrednio po operacji…

— Dobra, nie myśl już o tym, bo zwariujesz. A słyszałeś dowcip, jak do lekarza przychodzi żaba?

— Nie.

— No to przychodzi żaba do lekarza i mówi: nic nie kumam!

Po raz kolejny Marek ryknął ze śmiechu.

Magnuszewski był jego nauczycielem i mentorem. To on nadał takie imię kotce, co Marek bezwarunkowo zaakceptował. To on patrzył mu na ręce przy pierwszych zabiegach. I to on wybrał Marka na swojego kolegę, a może i przyjaciela. Mimo iż różniło ich trzydzieści lat. Z jego zdaniem Marek liczył się jak z żadnym innym.

— Marku, ja ci nie powiem, co masz robić. Tak. To musi być twoja decyzja. Ja mogę jedynie naświetlić ci dwie strony medalu. Tak — powiedział Magnuszewski na koniec dyskusji.

I może właśnie dlatego Marek tak szanował jego zdanie. Bo tu nie było zakazów i nakazów, a jedynie wskazówki, na których podstawie Marek wyciągał własne wnioski i decyzje. Czuł się przy starszym koledze wolny, nieskrępowany.

* * *

Następnego dnia obudził się dość wcześnie i był gotów do działania. Aby zmienić swoje życie. Zbyt wiele osób na każdym kroku przypominało mu, do jakich celów się szkolił całymi latami i co jest jego powołaniem. Ewa, Lidia, jego matka, którą ostatnio zaniedbywał przez to, że nie chciał wysłuchiwać pytań, czy kiedykolwiek wróci do zawodu. Jedynie Magnuszewski nie powiedział wprost, że Marek ma koniecznie wrócić do medycyny. Ale Marek czuł to między jego słowami. Te wszystkie dowcipy o lekarzach wypowiedziane zostały w konkretnym celu. I teraz Marek postanowił coś z tym zrobić. Leżał jeszcze na wznak w pościeli i wpatrywał się w pająka, który właśnie wyszedł zza obrazka ze swojej osiemnastki. Położył ręce pod głowę, skrzyżował nogi i czuł, że nabiera sił na ten szczególny dzień.

„Czy to ma jeszcze jakikolwiek sens? — spytał siebie w myślach.

W końcu podniósł się do pozycji siedzącej i podrapał po głowie. Pojedynczy włos spadł mu na kolana. Rozbujał zwisające z łóżka nogi, czując się przez krótką chwilę jak dziecko. W końcu wstał, gdy zegarek wskazywał kwadrans po szóstej. Zwłoczka otarła mu się o nagie stopy. Zaczął się dzień, ten dzień.

Wyszedł z domu naładowany energią bardziej niż przez ostatnie cztery lata. Nie pojechał do pracy. Tam tylko zadzwonił i uprzedził, że dziś go nie będzie. Rozmawiał ze Stefanem.

— Szefie, a nie potrzebujesz jakiejś pomocy?

— Nie, dziękuję ci, dam sobie radę — mówił Marek, ciężko oddychając.

— Ja ci, szefie, nigdy o tym nie mówiłem, ale nawet nie wiesz, jak dobrze cię rozumiem, mimo iż nie do końca wiem, co się kiedyś stało.

— Stefan… — Marek bezsilnie wypuścił powietrze. Nie chciał nikogo wciągać we własne problemy. — A dziś dużo roboty? — zmienił temat.

— W sumie dobrze, że szefa dziś nie będzie bo mamy cztery kobitki…

— A poradzicie sobie?

— A co mamy nie poradzić, jest nas dwóch.

— Ale pogrzebu dziś żadnego?

— Żadnego. Ale, szefie… — Stefan się zawahał. — Wszystko w porządku? Bo słyszę u szefa w głosie coś dziwnego.

— To nic takiego, Stefan, naprawdę.

— Może szef chce, żebym przyjechał? Przepraszam, ale…

— Co ale?

— W zasadzie nic. Dobra, szefie, to do jutra i niech szef na siebie uważa.

— Ok, będę uważał, dzięki za troskę.

Marek rozłączył się jak najszybciej, bo nie chciał, aby ktoś słyszał w jego głosie słabość, szczególnie pracownik.

Pojechał prosto do szpitala na Wrzesinie. Szedł korytarzem głównym szpitala z zaciśniętymi pięściami i zębami, był gotów do walki, walki ze samym sobą, aby zaangażować się w leczenie Stanisława i walki ze samym sobą o powrót do leczenia ludzi. Próbował sobie przypomnieć wszystko, czego go uczono na temat wątroby, jej wydolności, a nawet możliwości przeszczepu. Jeśli okaże się to konieczne, osobiście zaangażuje się w pomoc przy przeszczepie. Co z tego, że specjalizował się w kardiochirurgii, ogólne zasady znał i mógł być pomocny choćby jako asystent. Niemniej miał nadzieję, że przeszczep nie będzie konieczny.

Wszedł na salę do Stanisława bez namysłu, poza godzinami odwiedzin, chciał tylko się przywitać i udać do dyżurki w celu uzgodnienia szczegółów współpracy. Rozejrzał się po łóżkach, ale na trzech z nich leżały inne osoby, a czwarte świeciło pustkami. Przez chwilę chciał spytać o Stanisława, ale poszedł od razu na dyżurkę.

— Dzień dobry, Marek Olkuń jestem — przywitał się. — Jestem lekarzem i leży tu mój znajomy.

— Dzień dobry… — zaczęła odpowiadać pielęgniarka, ale jej przerwał:

— Co prawda jestem po kardiochirurgii, ale pomyślałem, że mogę być w czymś pomocny. Wie pani, to dość bliska mi osoba.

— Ach tak. — Pokiwała głową. — W dzisiejszych czasach każda para rąk…

— Nie pracowałem w zawodzie kilka lat — znów jej przerwał — ale wiele pamiętam. Od biedy to mógłbym i operację przeprowadzić z marszu.

— Panie Marku — przerwała mu kobieta. — Zacznijmy od tego, jak się nazywa pański znajomy.

— Stanisław Wyrzykowski.

— Pan Stasio… — Pielęgniarka pokręciła głową. — Przykro mi, ale pan Stasio zmarł dziś nad ranem.

— P-a-n S-t-a-n-i-s-ł-a-w? — wysylabizował Marek.

— Tak, przykro mi.

Marek dostrzegł stojące obok krzesło i bezsilnie siadł. Cały plan na powrót do zawodu właśnie przestał istnieć.

Wrócił do domu przed dziesiątą rano. Padł w ubraniu na łóżko i cały przykrył się kołdrą. Jedyne pytanie, które chodziło mu po głowie, to dlaczego los jest taki okrutny? Człowiek planuje jedno albo drugie, a przychodzi Pani Fortuna i wali zabawkami o stół, że aż kości bolą. Kim jest Bóg, że najpierw stworzył nas na własne podobieństwo, pokochał jak siebie samego, by potem rzucać takie kłody pod nogi? A może to nie on rzuca, tylko bezwolnie patrzy na to, co biegnie własnymi torami. W końcu jeśli stworzymy skomplikowaną maszynę, nie musimy później pamiętać, aby kręcić każdym kółkiem z osobna. I sterować każdą zapadką. To, co zaprojektowane, działa samo, bez dalszego naszego udziału; jedyne, co musimy zapewnić, to energię z zewnątrz, aby zakręcić silnikiem, który dalej porusza całą maszynerią. Tylko że dobry inżynier dogląda swojej maszyny, wydaje zlecenia na smarowanie trybów, cykliczne przeglądy czy kontrolę jakości produktu. A Bóg, jak widać, nie robi nic. Pozwolił Markowi skończyć studia ze specjalizacją kardiochirurga i natychmiast rzucił pod nogi kłodę nie do przeskoczenia. Nawet w trakcie studiów postawił przed nim nagą atrakcyjną, martwą kobietę, która wywołała w nim podniecenie. Czy to również wydarzyło się automatycznie, bez ingerencji Boga? Tylko dlaczego pozwolił tak długo leczyć Jacusia, by potem… Przecież jeśli Bóg tak bardzo miłuje ludzi, powinien skonstruować maszynę tak, aby nie działy się takie rzeczy. Dobro i zło, radość i smutek, szczęście i tragedia. Takie pary istnieją i dotykają każdego człowieka. Czemu Bóg z góry nie wykluczył tych negatywnych zdarzeń? Co te negatywne mają w sobie, że Bóg na nie pozwolił?

Marek był już gotów poddać się całkowicie, nie wstawać więcej z łóżka, zamknąć zakład pogrzebowy i iść na rentę. Jednak poszedł do kuchni, aby wziąć ledwo rozpoczętą butelkę wódki; może alkohol ukoi jego rozbuchane emocje. Stanął przed lodówką, sięgnął po butelkę z napisem Gorzka żołądkowa i ruszył do salonu. Dobrze wiedział, że w szafce ma kolejne trzy butelki wódki. Na taki dzień jak dziś. Zaciągnął kotary i usłyszał przeraźliwe miauknięcie Zwłoczki. Stała przed nim i patrzyła w oczy, jakby o coś prosiła. Usiadł na kanapie, a kotka natychmiast wskoczyła mu na kolana i zaczęła się ocierać o brodę. Marek raz patrzył na kota, raz na flaszkę, jakby rozgrywała się w nim wojna między życiem a śmiercią. Podniósł do góry butelkę, spojrzał pod znikome światło zza zaciągniętych zasłon i odkręcił zakrętkę.

Rozległo się głośne pukanie. Pomyślał, że coś na ulicy, ale po chwili powtórzyło się. Ktoś stukał do drzwi. Przecież u niego jest furtka i domofon. Co się dzieje?

Odstawił na podłogę nieruszoną flaszkę i powoli wstał. Wsunął stopy w kapcie i szorując o podłogę, poczłapał do drzwi.

— Cześć, szefie, musiałem przyjechać — mówił Stefan.

Marek odruchowo spojrzał na furtkę, była otwarta; widocznie w malignie nie zamknął jej.

— Co ty tu robisz? — spytał niepewnie Marek.

— Toż to głos szefa dziś rano brzmiał tak… No…

— Stefan, a co z zakładem?

— Szefie, to ważniejsze. Krzysiek powiedział, że jak trzeba, zostanie po godzinach. Musiałem przyjechać…

Marek wpuścił kolegę do domu, jednocześnie próbując ukryć odkręconą butelkę.

— Szefie — Stefan spojrzał na flaszkę — chodźmy do firmy, ja szefa zawiozę. Wszyscy chętnie by szefa widzieli.

— No nie wiem… — Marek spuścił głowę i głęboko westchnął.

— Tak, tak. — Stefan podsunął Markowi buty i ściągnął z wieszaka kurtkę. — Jedziemy.

— Ale…

— Bez dyskusji, chwilowo rządzę ja, w końcu szefa nie ma w pracy. — Pracownik zaśmiał się na głos.

— Ale…

Marek nie miał sił ani na dyskusję, ani na przepychanki. Po prostu ubrał się i powoli wyszedł ze Stefanem.

Kiedy wysiedli z auta przed zakładem, Marek ledwo stawiał nogi. Tego dnia nie miał na nic sił. Nawet na to, aby postawić się Stefanowi. Weszli do biura. Marek stanął naprzeciwko pustej recepcji i pomyślał jeszcze raz, dlaczego, do jasnej cholery, otworzył ten zakład pogrzebowy.

— O, cześć, Marek — usłyszał głos od strony toalety. Pojawiła się Ewa.

— Cześć — odpowiedział, ledwo otwierając usta.

— Świetnie, że jesteś. — Uśmiechnęła się.

— Niech szef wejdzie do siebie, zaraz przyjdę — powiedział Stefan.

Znów Marek bezwolnie wykonał polecenie. Zupełnie jakby sam był pracownikiem Stefana.

Za chwilę Ewa przyniosła kawę i spytała:

— Marku, coś nie tak?

— Nie, nie, wszystko w porządku… A w zasadzie nie. Nie spałem całą noc — skłamał.

— Tak właśnie widzę, że jesteś zmęczony.

— Dobrze, że o mnie pomyślałaś.

— To wypij kawkę i wracaj do żywych. — Uśmiechnęła się.

— Dziękuję.

Wyszła, zamykając za sobą drzwi. Zastanowił się, co ma dziś w ogóle robić. Najchętniej przestałby istnieć, ale skoro został tu doprowadzony, trzeba, jak to powiedziała Ewa, wracać do żywych. Wypił szybko kawę i z filiżanką w ręku zapatrzył się w okno, za którym właśnie wyjrzało słońce. Usłyszał pukanie.

— Szefie, szef pozwoli ze mną. — W progu stanął Stefan i kiwał głową w stronę pomieszczenia, w którym przygotowywano zwłoki.

Marek po raz kolejny bezwolnie wykonał polecenie. Prawdopodobnie wystąpił jakiś poważny problem z ciałem i czekają na jego decyzję.

Kiedy weszli do tego pomieszczenia, Marek zobaczył leżące na łóżkowym wózku zwłoki przykryte płótnem.

— I co z nimi? — spytał niepewnie.

— Szef podejdzie. — Stefan znów kiwnął głową, idąc w stronę ciała.

— Ale co jest? – Marek poczuł pulsującą w głowie krew.

— Bliżej, bliżej — naciskał kolega.

Marek podszedł do wózka na wyciągnięcie ręki. Przez białe płótno wyraźnie zarysowywał się biust i szerokie, kobiece biodra. Setki obrazów przeleciały mu w pamięci. Nerwowo zerknął za okno, sprawdzając, czy pada deszcz. Tak bardzo go w tym momencie pragnął. Już sobie wyobraził, że wybiega w strugi deszczu, które schładzają głowę, obmywają ciało z emocji, przede wszystkim z tego, jak kiedyś zareagował. Gdy dotarło do niego, że nie pada, pojawiła się nagła myśl, aby jak najszybciej wejść pod prysznic, użyć go jako substytutu deszczu. Woda. Ona stanowiła panaceum na jego wynaturzenie. Nie tylko to — stała się kwintesencją jego uwagi, tej szczególnej uwagi, które stanowiła oderwanie od świata realnego, od życia.

— Niespodzianka — powiedział Stefan i odsłonił zwłoki nagiej, pięknej, młodej kobiety.

Markowi się nogi ugięły. Wstrzymał powietrze. Ale tego dnia nie miał siły nawet walczyć. Tego dnia był zbyt wyczerpany, aby zrobić cokolwiek, więc po prostu stał i czekał na rozwinięcie się sytuacji.

— Jedyny raz wydam szefowi polecenie — powiedział kolega. — Ma szef przygotować to ciało.

Ale Marek milczał. Nawet nie drgnął. Odebrał ostatnie słowa kolegi jako rozkaz. A może jak coś znacznie więcej? Może od lat wiedział, że musi się z tym zmierzyć, ale nigdy nie było go stać na walkę? A może tu nie chodziło właśnie o walkę, a poddanie się sytuacji? Może zawsze walczył i zawsze przegrywał? Bo nikt nie jest w stanie wygrać ze samym sobą.

— Zostawię szefa samego. Proszę się nie spieszyć. — Stefan szybkim krokiem wyszedł i zatrzasnął za sobą drzwi.

Dźwięk trzaśnięcia przeszył Marka do głębi.

Przypomniał sobie dzieciństwo, gdy matka mu powtarzała, że ma być grzecznym chłopcem, ma być posłusznym boskim prawom. A jego wynaturzenie nie było w zgodzie z tymi prawami. W jego oczach stanowiło jeden z najcięższych grzechów. Bo w Biblii powiedziano, że nawet myślami można grzeszyć, a skoro doznał wzwodu, to musiał seksualnie pomyśleć o martwej kobiecie. Martwej kobiecie. Martwej kobiecie. Martwej. Kobiecie…

Stał i nadal nie był w stanie się ruszyć.

Przed nim leżała ta naga piękność i niemal się uśmiechała.

Co ten Stefan wymyślił? Dlaczego? Dlaczego dziś?

Ale w miarę jak patrzył na kobiece zwłoki, zaczęło do niego docierać, że to jest zwyczajne ciało, niewiele różniące się od innych.

Czuł zdenerwowanie, czuł napięcie, czuł niepokój, może nawet silny strach, ale ani na moment nie poczuł podniecenia seksualnego. Zwłoki nie wydawały się atrakcyjne, mimo iż nadal piękne, a on nie reagował wzwodem.

W jego głowie pojawiło się pytanie:

Czy to już minęło?…

Sam nie wiedział, jak długo stał w ten sposób, ale po dłuższym czasie podszedł do samych zwłok i dotknął. Zawrzało mu w emocjach. Z jednej strony czuł potworny stres, napinał wszystkie mięśnie, a z drugiej coś w nim się zmieniło. Widok nagich piersi martwej kobiety budził bardzo podobne odczucia jak za poprzednimi razami, ale tym razem nie miał siły, aby zareagować ucieczką czy walką. Po prostu poddał się. Czy to nie jest tak, że jeśli chodzi o traumy i winy, to stanem idealnym nie jest akceptacja, ale obojętność? Może on był na tyle zobojętniony, że nawet nie miał siły na reakcję obronną organizmu? A może we wszystkim tak jest, że obojętność a nie akceptacja to klucz?

Rozejrzał się i dostrzegł na stoliku obok akcesoria do przygotowania zwłok. Dalej wszystko zaczęło dziać się automatycznie: zakasał rękawy i bardzo powoli wziął się do roboty.

Otrząsnął się, gdy pod szyją zmarłej zawiązywał chustę, którą dała rodzina.

Właśnie zrobił to, czego nie mógł dokonać przez cztery lata…

Nagle zrozumiał, że nie tylko on, otwierając zakład pogrzebowy, dokonał wyboru, który był powrotem do przeżywania traumy. Przecież tak często słyszy się, że ludzie wybierają partnerów podobnych do swoich rodziców, a czasem rodzice ci przysporzyli o niejedną traumę. Co takiego jest w każdym z nas, że znów i znów chcemy przeżywać przeszłe trudne chwile?… Jest powiedzenie: czym się strułeś, tym się lecz. Może więc w tym wypadku zadziałało to właśnie w ten sposób?

Samotność Boga — cz. VIII

Samotność Boga — cz. VIII

Na sobotę umówił się z Lidią na przechadzkę po Puszczy Kampinoskiej. Zbliżał się do niej, mimo iż dobrze pamiętał, co powiedziała mu Lena: miał więcej nie krzywdzić kobiet. Wsiadł do samochodu tuż po dziesiątej przed południem i ruszył w stronę Ursusa. Zaczął sobie układać szereg pytań, które zada Lidii; chciał mieć wszystko pod kontrolą. Czy dlatego chciał mieć pod kontrolą, że poprzednie jego pójście na żywioł z kobietą skończyło się właśnie w taki sposób? On jednak tego nie wiedział, działał intuicyjnie. Chciał panować nad sytuacją. Tak więc najpierw zapyta ją, czy kogoś ma. I tu zdał sobie sprawę, że jeśli miałaby kogoś, a spotykała się z nim, zapewne nie wyjawiłaby prawdy. Ale musiał zadać to pytanie, aby mieć spokojne sumienie, że nie odbija właśnie jej z rąk innego, prawdopodobnie kochającego, mężczyzny. A gdyby była z kimś a zataiła to, to już nie jego problem. Nic więcej nie mógł zrobić, aby nie przyczyniać się do czyjegoś nieszczęścia. A jeśli powie, że kogoś ma, co wtedy? Wtedy trzeba będzie zadać pytanie, dlaczego spotyka się z nim samym. Cóż, odpowiedzi mogłyby być różne. Nagle zdał sobie sprawę, że całe te rozważania to nic innego niż ubezpieczanie się. Jak nie to, to tamto, jak nie tamto, to jeszcze co innego. W każdym z tych wypadków czaiło się zagrożenie. Czaiło się to, co z przeszłości, a z czego nie zdawał sobie sprawy. Poczuł, że ma tego wszystkiego dość i trzeba zacząć iść na żywioł, nie zastanawiać się, tylko czuć i reagować na bieżąco. Włączył radio i rozkręcił głośność. Leciała piosenka „Wish you were here” Pink Floyd. Zaczął śpiewać razem z wokalistą:

How I wish you were here…

Gdy utwór się skończył, ściszył radio i zamyślił się. Słowa piosenki przywołały wspomnienie Jadzi.

* * *

— Nie przejmuj się. To nie twoja wina, że nie możesz — mówiła żałośnie Jadwiga. — Jeszcze przyjdzie czas, że uciekniesz od tego wszystkiego i będziemy szczęśliwi. — Podeszła do Marka od tyłu i wtuliła się w jego plecy.

— Ja już nie za bardzo wiem, co mam robić — odpowiedział ze spuszczoną głową. — Wiesz, że to nie problem z potencją, to kwestia głowy.

— Tak, tak, wiem. Nie przejmuj się. Nie bierz tego do siebie. Skoro chciałbyś, a nie możesz, to dla mnie najważniejsze.

— Tak się zastanawiam, czy gdybyśmy się zbliżyli emocjonalnie, to pomogłoby cokolwiek.

— Wiesz, ja też kiedyś po pewnym facecie nie mogłam się przełamać, trwało to dość długo, aż zamieszkaliśmy razem w jednym pokoju i to pomogło. To jeszcze za czasów studenckich. Wybacz, że obciążam cię swoją przeszłością, nie wiem, czy chciałbyś wiedzieć cokolwiek o moich byłych, ale może to ci jakoś pomoże.

— A trudno ci było z nim zamieszkać? Mówię, w sensie emocjonalnym.

— Bardzo trudno. To jak wskakiwanie na głęboką wodę po tym, jak się topiło. Czułam strach całą sobą. Pamiętam, że w przeddzień tego, jak kolega miał się wprowadzić, obudziłam się w nocy cała zlana potem. Śniło mi się, że poszłam z nim do łóżka, a kiedy rano wstał i poszedł do łazienki, zobaczyłam na pościeli tam, gdzie spał, wijące się czarne robaki. I jednego wyciągnęłam sobie z pochwy. To chyba był najstraszniejszy sen, jaki miałam.

— I jak to przezwyciężyłaś?

— Zaraz zadzwoniłam do koleżanki i gadałyśmy ze dwie godziny, zanim się nie uspokoiłam.

— A wprowadził się tego dnia?

— Tak. Ale obserwowałam każdy jego ruch, każde słowo. Bałam się go jak nie wiem co.

— I po jakim czasie lęki ci minęły?

— Sama nie wiem. Najpierw zaczęłam z nim wojować. Nie wiedziałam dlaczego. Teraz chyba wiem: chciałam go sprawdzić, czy nie jest niebezpieczny nawet po prowokacji. Potem gdy reagował wycofaniem a nie agresją, jak się obawiałam, poczułam, że mam odpuścić. I odpuściłam. Przez pewien czas mieszkaliśmy razem, ale każde z nas robiło swoje. Do tego stopnia, że posiłki jedliśmy osobno. W zasadzie to koleżanka pytała, dlaczego w ogóle zdecydowałam się z nim zamieszkać, ale ja czułam, że tak muszę. A za jakiś czas ugotowałam obiad dla nas dwojga. I to był dzień, kiedy poczułam, jak jest mi bliski. Pierwszy raz po tym obiedzie miałam ochotę się do niego zbliżyć.

— A jak to się skończyło? — spytał Marek.

— Jak? Pokłóciliśmy się o to, gdzie chcemy mieszkać po studiach: on w końcu wrócił do Lublina, ja zostałam w Warszawie. Ale powiem ci, że czasem do siebie do dziś pisujemy esemesy.

— Czyli wspólne zamieszkanie ci pomogło?

— Tak, jak najbardziej. Myślę, że gdybym wtedy tego nie zrobiła, do końca życia byłabym sama. Ale muszę ci powiedzieć, że cholernie dużo zawdzięczam właśnie jemu. Bo nie okazał się hardy czy urażalski, tylko chciał budować związek.

— Czy chcesz mi powiedzieć, że powinienem zrobić to samo? — spytał niepewnie.

— Nie wiem. To twoje życie, twoje uczucia. Ja tylko wiem, że ja bym tak zrobiła. Powiedziałam ci to, że może wyciągniesz dla siebie jakiś wniosek. — Przytuliła się jeszcze raz do jego pleców i pocałowała w tył głowy.

— Muszę się nad tym wszystkim zastanowić. Sam nie wiem. U mnie to jest trochę co innego, bo, jak widzisz, chciałbym, ale w ostatnim momencie się wycofuje. A może takie zamieszkanie pomogłoby i na to?

— Może?…

* * *

Teraz kiedy jechał do Lidii, chciałby znów pójść na całość, ale od razu rozpętywało się w jego głowie piekło myśli, emocji i skojarzeń. Nawet nie zauważył, kiedy dotarł pod jej blok. Wysłał esemesa, że czeka i wysiadł, aby rozprostować nogi i nieco spróbować oderwać się od natłoku myśli. Nagle z bocznej ulicy wyszła Lidia.

— Cześć — przywitała się cicho.

— Cześć, a ty nie z domu?

— No nie, byłam… — zawahała się — w sklepie. — Uśmiechnęła się.

— To co, jedziemy?

— Tak, oczywiście.

Otworzył jej drzwi pasażera, a potem sam wsiadł za kierownicę. Ruszyli. Nie mówił, dokąd dokładnie jadą. Powiedział tylko, że połażą po lesie.

Kiedy już dotarli, Lidia skomentowała:

— Widzę, że jesteś sentymentalny.

— Ja wiem, czy sentymentalny? Po prostu lubię wracać w te same miejsca.

— To jest właśnie sentymentalizm.

— Ale ty nie masz nic przeciwko? — Spojrzał jej w twarz, chcąc być pewien, że powie prawdę.

— To zależy. W tym wypadku jest ok, ale są miejsca, w które za nic nie chcę wracać.

— Jak i ja, jak i ja. No, to idźmy, może tam. — Wskazał na szlak, którym wędrował w dniu, kiedy ją poznał.

— Ok, ty prowadzisz.

— A ty zawsze taka zgodna?

— Powiedzmy, że od jakiegoś czasu. — Nagle posmutniała.

— A wcześniej?

— Za dużo chciałbyś wiedzieć! — podniosła głos.

Marek się mocno zdziwił, bo pierwszy raz zareagowała w taki sposób. To podniesienie głosu brzmiało jak skryta agresja. Czyżby coś ukrywała?

Kiedy doszli do miejsca, w którym usiadł poprzednim razem, zwolnił, rozejrzał się, a że pogoda była piękna, zaproponował:

— Może usiądziemy? — Wskazał głową na leżący pień przy niewielkim strumyku.

— Czemu nie. Ty tu rządzisz. — Szeroko się uśmiechnęła.

Spoczęli na tym samym leżącym drzewie, co on poprzednim razem. Marek przyjrzał się, jak teraz wygląda strumyk. Poprzednio woda niosła ze sobą zielone rośliny, które wyglądały jak jakaś wydzielina, ale tym razem tego nie było. Sięgnął i włożył palec do wody, aby sprawdzić temperaturę. Tym razem strumyk już nie był lodowaty, ale do tego, aby uznać go za ciepły, brakowało sporo.

— Gdyby był głębszy, zaproponowałbym kąpiel. — Uśmiechnął się szeroko.

— Wiesz… można się rozebrać, położyć na dnie i będzie jak kąpiel.

— Tak, tylko te mrówki — wskazał na pobliskie mrowisko — potraktowałyby cię jako most, a przy okazji jako obiad.

— No, to trzeba wymyślić co innego. Zdaję się na ciebie.

— Lidka, mam pomysł! — niemal krzyknął.

— No?

— Ściągamy buty i do wody!

— No… — Zawahała się.

— Dawaj!

— No, dobra. Najwyżej będziesz mnie później leczył, jak się przeziębię.

— Nic się nie przeziębisz.

Marek ściągnął buty najpierw, a po krótkim wahaniu ona. Weszli do strumienia. Zimna woda wywoływała uczucie, jakby ktoś wbijał w stopy szpilki. Ale oboje nie zrezygnowali. Brnęli w górę strumienia z butami w dłoniach. Marek pomyślał, że czegoś takiego właśnie było mu trzeba. Każdy stawiany z bólem krok przyciągał go bliżej do odczuwania życia bez blokad, bez uprzedzeń, bliżej do prawdziwego życia, które ostatnio było mu tak dalekie. Poczuł, jakby znów był małym dzieckiem. Woda sięgała mu powyżej kostek, obmywała łydki. Każdy krok wywoływał pluśnięcia, które po raz kolejny wdzierały się do świadomości Marka, przypominając moment, gdy wybiegł z prosektorium. Zaczął więc podskakiwać, aby się rozruszać i uciec od goniących myśli. Woda rozbryzgiwała się na wszystkie strony, więc Lidka odeszła nieco dalej i przyglądała się temu tańcowi, jakby oglądała emocjonalny balet. Marek na to nie zważał, woda dla niego była drugą rzeczywistością i czymś więcej.

— To co, nie zawiodłem? — spytał, kiedy już zbliżali się z powrotem do samochodu.

— No, nie zgubiliśmy się, odmroziliśmy sobie stopy — zaśmiała się — więc jest cudownie.

— No, ja też jestem bardzo zadowolony.

— To kiedy następnym razem?

— Może przyszły weekend? — spytał.

— Ale nie znów tutaj? — Spojrzała mu w oczy i się ciepło uśmiechnęła.

— A jak chcesz?

— Gdzie indziej.

— Dobrze, coś wymyślę.

Kiedy już dochodzili do samochodu, przypomniał sobie, jak zobaczył ją po raz pierwszy.

— Mogę zadać ci pytanie? — spytał.

— Możesz.

— Jak się poznaliśmy, to coś notowałaś. Co to było?

— Co?… — Spuściła głowę i zamilkła.

Marek poczuł, że to temat tabu. W dodatku miał wrażenie, że coś dla niej nieprzyjemnego. Zamilkł więc też i bez słów wsiedli do auta.

— Odwieź mnie do domu — wyszeptała.

— Dobrze — zgodził się bez żadnych pytań.

W drodze powrotnej prawie w ogóle się nie odzywali. Grało radio i tylko czasami któreś z nich coś skomentowało. Lidia prawie cały czas miała spuszczoną głowę, a w pewnym momencie odwróciła się w prawą stronę, a po chwili sięgnęła po chusteczkę i przetarła oczy. Nie musiał pytać, aby wiedzieć, że płakała. I o nic nie pytał. Wiedział, że temat notatek musi pozostać niewyjaśniony.

Na wieczór umówił się z koleżanką ze studiów. Gdy tylko się obudził, poczuł, że nie ma ochoty iść na to spotkanie. Najchętniej wciąż odcinałby się od całej przeszłości, mimo iż kilka dni temu tak się cieszył, gdy pomógł Stefanowi. Tyle w ostatnim czasie słyszał na temat strefy komfortu i konieczności wychodzenia poza nią. Potwierdziło się to w świetnym samopoczuciu kilka dni wcześniej. Ale znów zanurzył się w bezpiecznej niechęci do leczenia, która była dla niego jak wody płodowe i łono matki dla płodu. Narodzenie się, opuszczenie brzucha stanowiło wyzwanie, zaraz po którym dziecko zaczyna płakać, nie czuć się pewnie, by w końcu z czasem cieszyć się swobodą i życiem. Być całkowicie bezpiecznym, znaczy nie żyć pełnią życia. Zawsze trzeba zrobić coś wykraczającego poza schemat, poza tę rzeczoną strefę bezpieczeństwa, by osiągnąć więcej. By potem być dumnym.

Gdy dojechał autem do knajpy, w której się umówili, miał ochotę nie wysiadać, wrócić do domu, a koleżankę przeprosić za nieobecność. Jednak gdy już to rozważał, zadzwonił telefon. Na wyświetlaczu pojawiło się imię koleżanki.

— I jak, kiedy będziesz? — spytała pełna entuzjazmu.

— Już… — zawahał się — właśnie wychodzę z samochodu.

— To przyjechałeś samochodem? Myślałam, że se popijemy jak za starych lat.

— Chyba zbyt wygodny jestem.

— Dobra, dawaj tutaj, zaraz coś wymyślimy.

Marek wysiadł z samochodu i poszedł do knajpy, na chwilę zapomniawszy o problemach. W jakiś sposób możliwość spotkania koleżanki sprzed lat dodała mu energii do działania. Gdy stanął przed stolikiem, nie mógł uwierzyć własnym oczom — przed nim siedziały cztery osoby z jego studiów: Małgosia, Jarek, którego nie widział od dziesięciu albo więcej lat, Andrzej, który zawsze się odgrażał, że zostanie dentystą i Joasia, o której nie słyszał nic od dawna.

— Dzień dobry — zaczął Marek.

Wszystkie twarze zwróciły się na niego. W każdym ze spojrzeń czaił się strach, ale to był Marka własny strach przed konfrontacją, przed tym, co musiał będzie tłumaczyć.

— Cześć — wykrzyknęły głosy zza stołu.

Wszyscy po kolei zaczęli wstawać i się witać. Marek czuł, że z każdym uściskiem opanowuje go coś nieokreślonego, coś, co powodowało, że przestawał się obawiać.

— Siadaj — wykrzyknęła Joasia.

— Tu masz miejsce — dodał Andrzej.

— Jak tam żyjesz? — spytał Jarek. — Bo niemal o wszystkich coś słyszałem, tylko nie o tobie.

— Jak? — Marek się zawahał. — Ujdzie. Ale co u was?

— No, ja pracuję w szpitalu na Wrzesinie, o czym już wiesz — powiedziała Małgosia. — Andrzej jest dentystą, jak planował, i pracuje z Luxmedzie, Jarek zmienił zdanie i jest laryngologiem, a Asia? Hohoho! — Pokręciła głową.

Inni zabuczeli jakby z podziwu.

— No, co?

— Otworzyłam małą klinikę w Sochaczewie. Na razie tylko siedmiu lekarzy, ale się rozwijamy.

— Eeee, to widzę, że bizneswoman. — Zaśmiał się.

— Dokładnie — odparł Andrzej. — Jak zechce rozszerzyć działalność, to złożę do niej podanie o przyjęcie.

— I ja — wtrącił Jarek — choć już trwają rozmowy. — Spojrzał na Joannę i żartobliwie się ukłonił.

— No, to teraz twoja kolej — zwróciła się do Marka Małgosia.

— Ja?… — Spuścił głowę i spojrzał na znajomych spode łba. — Chcecie przeżyć szok?

— Ta, zaraz się okaże, że robisz doktorat z kardiochirurgii — odparła Joanna. — Wszyscy wiemy, jaką specjalizację robiłeś i na co cię stać. — Zaśmiała się.

— No, to nie do końca prawda… — powiedział ściszonym głosem.

— No to chwal się! Nie bądź taki skromny! — naciskał Andrzej.

— Jak by to powiedzieć…

— No… — zabuczał ktoś.

— Już nie jestem lekarzem.

Nastała całkowita cisza. Wszyscy tylko rozejrzeli się po sobie, czekając na reakcję kogoś innego.

— Jak to? — spytała Małgosia.

— No tak to. Chcecie wiedzieć, co robię? — spytał Marek.

Nikt się nie odezwał. Dobrze wszyscy wiedzieli, że Marek od zawsze chciał być kardiochirurgiem i jeśli nim nie jest, musiało zdarzyć się coś bardzo niedobrego.

— To wam powiem — ciągnął. — Jestem właścicielem zakładu pogrzebowego.

— Co?! — wykrzyknęła Małgosia. Gwałtownie wstała z miejsca, ale natychmiast bezsilnie usiadła z powrotem.

— Dobrze słyszycie.

Po raz kolejny zapanowała cisza. Zgromadzeni nawet nie patrzyli sobie nawzajem w oczy, jakby kontakt wzrokowy mógł przenosić w tej sytuacji emocje, które się właśnie narodziły.

— Ja nic nie chcę wiedzieć — powiedziała cicho Małgorzata.

— Ja też — rzekła po chwili Asia.

— Ja również — podchwycił Jarek.

— E, chłopie, dobrze wyglądasz! — wykrzyknął Andrzej. — Czemu jeszcze nic nie zamówiłeś? Piwo chcesz, czy drinka?

— Jestem samochodem.

— A postawiłeś w bezpiecznym miejscu? — dopytywał Andrzej.

— Tak, ale chcę wrócić do domu samochodem.

— Nie wygłupiaj się — rzuciła Małgosia. — Nic się nie stanie, jak popijesz z nami, jutro niedziela.

— Chyba że nie możesz… — wyszeptał Andrzej.

Po raz kolejny wszyscy rozejrzeli się po sobie.

— Słuchajcie, wiem, że zawód kardiochirurga jest narażony na stres, a to może być powodem alkoholizmu, ale ja mogę pić, tylko… — Marek pokręcił głową.

— To jak możesz, to nie ma przebacz. Przypomnimy sobie stare czasy, pośmiejemy się — dorzucił Jarek.

Tego wieczoru Marek wypił pięć piw i wrócił taksówką. Już nie pamiętał, kiedy tak się zabawił. I, o dziwo, nikt więcej nie spytał ani słowem o to, dlaczego prowadzi zakład pogrzebowy. Widocznie wiedzieli, że musiało zdarzyć się coś okropnego. A ten wieczór miał służyć zabawie, a nie rozpaczaniu. Kładąc się spać, już nie myślał ani o Lidii, ani o pracy, ani o przeszłości. Zaznał spokoju pierwszy raz od wielu miesięcy. Usnął natychmiast.

Rano czuł się jak po najcięższym w życiu egzaminie. Poruszony temat medycyny, pomieszany ze sporą dawką alkoholu, który wyparował, zostawiając rozedrgany system nerwowy, tworzyły tykające punkty odwołań do przeszłości. Znajomi zadali pytania, na które nie uzyskali odpowiedzi, bo Marek nie chciał odpowiadać. Jednak pytania te nie znikły. To, że coś ignorujemy, nie oznacza, że to coś przestaje istnieć. Tylko czy człowiek może normalnie żyć, świadomie ignorując takie rzeczy? Czy można funkcjonować, gdy za plecami dzieją się dantejskie sceny? A może całe przystosowanie właśnie polega na tym, aby umieć to robić? W końcu dziecko nie godzi się na wiele rzeczy, zadaje mnóstwo niewygodnych pytań, a gdy dorasta, przechodzi z tym do porządku dziennego? Bo czy akceptowalnym jest fakt istnienia obok nas bezdomnych lub głodu w Afryce? Owszem, u części z tych rzeczy można dostrzec inne cechy, który to spowodowały, a które są wyborem jednostki, a nie zrządzeniem losu. Taki bowiem bezdomny to zazwyczaj alkoholik, a nałóg to nałóg — traktowany jest przez większość jak świadomy wybór, a więc bezdomność jest poniekąd na własne życzenie. Jednak dlaczego jeden tak chętnie sięga po alkohol, a drugi prawie wcale? Czyż to nie naturalne predyspozycje to powodują? Czy więc można ignorować bezdomnych jako osoby, które same sobie na to zasłużyły? I czy ta ignorancja to przypadkiem nie jest ułatwianie sobie życia, świadome odcinanie się od empatii, skoro dzieci współczują takim osobom? Jak bardzo ułatwiamy sobie życie na co dzień, ignorując całe gamy niewygodnych faktów? Czy taki nie jest każdy z nas? Czemu więc fakt, że Marek porzucił medyczny fach, jest zwykle widziany jako upadek, a nie przystosowanie się do zaistniałych realiów? Czy grabarz to gorszy sort człowieka niż lekarz, niż kardiochirurg? Zastanówmy się, co przyniosłoby większe szkody: zaprzestanie leczenia, czy zaprzestanie grzebania ludzi? Czy to drugie nie wywołałoby epidemii, która pochłonęłaby o wiele więcej osób, niż zaprzestanie leczenia? Czy to nie jest kolejny fakt, który ignorujemy, tak chętnie wywyższając pracę lekarza nad pracę grabarza? Owszem, o wiele większych umiejętności wymaga leczenie, ale czy w związku z tym my ludzie nie przedkładamy umiejętności i wiedzy ponad zwykłe człowieczeństwo? Co jest dla nas wyznacznikiem wartości człowieka? Czy rodząc się i umierając, nie jesteśmy warci dokładnie tyle samo? Czy lekarz bądź grabarz powinien kierować się takimi wartościami? A może dlatego Bóg pozostawił świat, jakim jest, nie wtrąca się, bo i tak to, co dzieje się tu na ziemskiej drodze, niewiele wpływa na wartość finalną człowieka? Bo każdy rodzi się nagi i nagi umiera. Może więc trzeba przejść przez to wszystko, aby zrozumieć, że tak naprawdę nic nie ma znaczenia? I może Bóg dobrze o tym wie?

Marek przyjechał w poniedziałek do firmy nieco skołowany. Niewypowiedziane odpowiedzi, samotnie spędzona niedziela i wielki znak zapytania postawiony gdzieś z tyłu głowy. Od razu zaczepiła go Ewa:

— Szefie, znów mamy nawał — powiedziała niepewnie.

— Ile ciał? — spytał zdawkowo.

— Sześć. Wie pan, co to znaczy?

— Ewo! — podniósł znacząco, ale łagodnie głos i spojrzał jej w oczy.

— Tak, tak, mam mówić po imieniu. Ale nie mogę się przemóc.

— Powtórz: Marku.

— Marku — powiedziała nieśmiało.

— No, i tak masz mówić. A doskonale wiem, co to znaczy. Sam muszę się wziąć za przygotowywanie ciał.

— Chyba nie ma wyjścia. — Rzuciła nagle długopisem gdzieś na biurko. — A ja nawet pomóc nie jestem w stanie.

— Ewo, ty i tak robisz aż nadto, obsługujesz klientów, organizujesz ludzi do współpracy, układasz kalendarz. W zasadzie ja tylko czasem nadzoruję to, co ty zaplanowałaś. Bez ciebie to firma długo nie pociągnęłaby.

— Przesadza p… — zawahała się. — Przesadzasz — poprawiła.

— Nic nie przesadzam. Ty się ogólnie za bardzo przejmujesz. I to nie tylko sprawami firmowymi.. — Znacząco pokiwał głową.

— Czyli mam się nie wtrącać w to, że pan już nie leczy? — spytała retorycznie po chwili.

— Cóż… Takie wtrącanie się nic nie zmieni, a tylko… — urwał wpół zdania i machnął ręką, dając do zrozumienia, że ma to gdzieś.

Wszedł do swojego gabinetu.

Pół godziny później zajął się przygotowywaniem ciał. Ustalił, że on zajmie się dwoma, a reszta zostanie dla pozostałych. Był to kolejny zwyczajny dzień, w którym musiał się osobiście wysilić, gdyby nie drugie zwłoki. Natychmiast rozpoznał twarz. Zrobiło mu się gorąco. To ta sama twarz, która przemykała mu dwukrotnie w szpitalu na Wrzesinie. I dopiero teraz skojarzył, że należała do człowieka, który odzyskał mu dane w telefonie komórkowym.

Wrócił do domu załamany. Właśnie będzie grzebał człowieka, któremu powinien pomóc. To się nazywa ignorancja cudzych potrzeb i własne przystosowanie! Zaległ na fotelu z czteropakiem piwa pod ręką. Mimo iż nie nadużywał alkoholu na co dzień, w ciągu ostatnich trzech dni właśnie drugi raz postanowił się napić. Jako pracujący kardiochirurg nie mógłby sobie na to pozwolić, bo podrażnione nerwy mogłyby powodować drżenie rąk, a to eliminowałoby go z wykonywania operacji. Gdzieś zdawał sobie sprawę, że powiedział człowiekowi od telefonów, żeby się dokładnie przebadał, żeby nie ignorował długotrwałego omdlenia, ale też sam mógł spróbować go wstępnie zbadać, choćby neurologicznie, czego uczył się w trakcie studiów. Tyle że w takich przypadkach, gdy omdlenie występuje jednokrotnie, bez późniejszych innych objawów, ciężko jest pomóc na miejscu, najczęściej potrzebne są dogłębne badania, czasem łącznie z tomografią, która, jak wiadomo, nie jest dostępna od ręki. Tak więc zdawał sobie sprawę, że w zasadzie chyba nie mógłby mu pomóc na miejscu, ale gdyby oświadczył, że jest lekarzem, to ten mężczyzna prawdopodobnie potraktowałby jego słowa poważniej i może coś zrobił ze zdrowiem. Marek czuł, że było to z jego strony zaniedbanie, mimo iż sam już nie leczył ludzi. Pozostało w jego głowie coś, co skutecznie odbierało spokój ducha i dobre samopoczucie. A może on tak do końca nigdy nie zignorował faktu, że jednak szkolił się na lekarza? I może nigdy nie przystosował się do nowych realiów?

We wtorek z samego rana przyjechał do pracy, aby pomóc Ewie w organizacji kolejnych pochówków. Właśnie siedział u siebie w gabinecie, gdy usłyszał pukanie do drzwi.

— Tak, Ewo, wejdź — krzyknął.

Drzwi się otworzyły, ale zamiast Ewy stanął w nich Stefan. Zatrzymał się w progu.

— Dzień dobry, szefie. Jestem z powrotem. — Stefan wyprostował się i obrócił w obie strony, pokazując, że już wszystko z nim w porządku.

— Wyzdrowiałeś, widzę.

— Tak, to dzięki tobie, szefie.

— No, to drobiazg, nic takiego. — Marek pokręcił głową.

— Wiesz, szefie, jeden lekarz nie pomógł, a pan tak.

— Skoro wystarczył zwykły voltaren, to żaden ze mnie znawca.

— Szefie, ja tam się nie znam, ale po mojemu to trzeba wiedzieć, że drobiazg pomoże. To, co dla pana jest zwyczajne, dla innego okazało się ponad jego możliwości.

— Stefan, dajmy już spokój…

Wtem w progu razem ze Stefanem stanęła Ewa.

— Czy Marek cię wyleczył? — spytała Stefana.

— Tak, A teraz mówi, że to nic takiego.

— Marek, zawsze w ciebie wierzyłam. — Podbiegła do Marka i pocałowała go w policzek.

— Oj, przesadzacie, przesadzacie. — Marek po raz kolejny pokręcił głową. Ale też szeroko się uśmiechnął.

— O, szefie, widzę uśmiech, co jest u pana rzadkością — zauważył Stefan.

— Aaaa… — Marek zaniemówił. — No, co się tak gapicie. Wracajcie do pracy — zawołał z dużym uśmiechem. — Jest dziś sporo do roboty. — I zanim zdążyli zareagować, dopytał: — Stefan, ty możesz normalnie pracować?

— Tak jest, szefie.

— No, to do pracy. Koniec zbiegowiska. — Zaśmiał się na cały głos.

Gdy został sam, poczuł się po raz kolejny fantastycznie. Bo mimo iż pomoc Stefanowi nie wymagała nie lada wiedzy i zdolności, to jednak zrobił coś, co pominął jego poprzednik. Zasiadł w fotelu, odchylił się, założył ręce za głowę i wziął głęboki oddech. A może jednak powinien…?

* * *

— Panie doktorze, doktor Magnuszewski chce z panem rozmawiać.

— Oczywiście, Grażynko, już idę — odpowiedział pielęgniarce.

Marek poszedł do chirurga prowadzącego, pod którego kontrolą robił aktualnie specjalizację z chirurgii ogólnej. Stanął przed drzwiami i przez chwilę zawahał się, czy wejść. Uniósł prawą rękę, żeby zapukać, ale drążyła go niepewność. W końcu z samego rana Magnuszewski zapowiedział, że tego dnia czeka Marka pierwszy samodzielny zabieg. Przez głowę Marka przebiegło mnóstwo myśli: czy to już ten czas, czy sobie poradzi, czy może poprosić o przełożenie jego inicjacji na inny termin. W końcu uniósł twarz ku niebu i głęboko nabrał powietrza. Słyszał szum oddechu, a w klatce piersiowej poczuł rytm serca. W końcu zapukał.

— Dzień dobry, doktorze — zaczął.

— Siadaj, Marku. Tak. To jak długo już u nas jesteś?

— No, trzy miesiące.

— No właśnie. Tak. Najwyższa pora zmierzyć się samemu z jakimś zabiegiem, jak wspominałem rano.

— Ale… — Marek sam nie wiedział, czy chce się z tego wykręcić, czy może mieć to już za sobą. — Co to za zabieg?

— Nic skomplikowanego, duży ropień na łydce po urazie zardzewiałym gwoździem.

— Ale… — Marek zdawał sobie sprawę, że musi uczyć się wszystkiego.

— Poradzisz sobie. Tak. Poza tym nie będziesz tego wykonywał sam, ja będę stał obok. W razie gdybyś coś zaczął chrzanić — prowadzący uśmiechnął się ironicznie — dam ci po łapach i sam dokończę.

— Ale ja tylko raz widziałem, jak ktoś usuwa podobny ropień.

— Marku, a co się stanie, gdy w przyszłości podczas operacji serca wynikną nieprzewidziane komplikacje? Co, powiesz, że tego nie umiesz, że nie robiłeś? Tak. Musisz się uczyć kreatywności, improwizacji.

— Ale… — Marek chciał jeszcze protestować, lecz zdawał sobie sprawę, że Magnuszewski ma rację. Pokiwał więc tylko głową na znak zgody.

— Tak. To zaczynasz za pół godziny, pacjent już czeka.

— Za pół godziny? — Marek poczuł dreszcz przebiegający po plecach. — Ale…

— Tak, za pół godziny. — Zmierzył Marka wzrokiem. — No, idź już, bo nie zdążysz. Tak, już.

Gdy tylko Marek wyszedł, przestał próbować emocjonalnie protestować, bo wiedział, że nie ma wyjścia. I już nie zastanawiał się nad niczym innym niż to, że ma do wykonania zadanie, drobny zabieg, który dla niego wcale nie jawił się jako drobny. Ruszył żwawo przed siebie. Najpierw do łazienki, aby dokładnie umyć ręce i twarz, potem do pokoju, gdzie przebrał się w sterylne ciuchy, założył lateksowe rękawice i maseczkę.

Gdy wszedł na sale operacyjną, był jeszcze sam. Spojrzał na wiszący na ścianie zegar, który wskazywał, że jest dziesięć minut przed czasem. Pokręcił z niedowierzaniem głową, że udało mu się tak szybko przygotować. A co, jeśli coś przeoczył i nie jest sterylny? Po chwili poczuł, że robi mu się gorąco, w końcu miał nakrycie głowy, maseczkę i dodatkowe ubranie. Tyle że zdawał sobie sprawę z tego, że ta sala była klimatyzowana i raczej powinno być mu chłodno niż gorąco. W takim razie to przez stres przed pierwszym zabiegiem. Rozejrzał się po stojącej aparaturze. Cóż, niedługo to wszystko będzie go wspierało w operacjach. A może nie tylko wspierało?

— Tak. I jak tam się czujesz? — usłyszał za sobą głos.

Zanim się odwrócił, rozpoznał głos doktora Magnuszewskiego.

— No, nie wiem, czy sobie poradzę — wyszeptał.

— To dobrze. Tak. — Prowadzący pokiwał głową.

— Dobrze, że nie mam pewności?

— Dokładnie. Ci, którzy są zbyt pewni, popełniają więcej błędów, bo najpierw działają, a dopiero potem widzą skutki. Tak. Musisz być pewien każdego ruchu, jak już zaczniesz ciąć, nie możesz się wahać, ale też nie możesz tego robić bez zastanowienia. Lepiej dwa razy pomyśleć i raz ciąć niż odwrotnie. Tak. Tak to właśnie jest.

— Ale ja się boję, że coś pójdzie nie tak.

— Jak wiesz, co masz robić, to będzie dobrze. Tak. Nie możesz się wahać, czy na przykład przeciąć skórę, jak oczyścić ranę. Ale masz prawo się wahać, jakiego użyć narzędzia do oczyszczenia rany, bo każda rana jest inna. A powinieneś nie mieć pewności, że zawsze to samo rozwiązanie będzie skuteczne. Tak. To częsty błąd nowicjuszy: widzą problem i zaczynają działać, mimo iż w tym wypadku należałoby zastosować co innego, mniej oczywistego.

— To ja już w głowie mam jeden wielki mętlik.

— Wszechświat zrodził się z chaosu. — Magnuszewski się zaśmiał. — I gwiazdy, i Ziemia.

— Chce pan powiedzieć, że lepiej jest na początku nie wiedzieć zbyt wiele?

— Nie tyle nie wiedzieć, ile nie być pewnym. Uczyłeś się wiele lat i wiedzę masz, ale lepiej, aby ona była tylko mąką, z której chleb upieczesz sam. Jeśli za bardzo jesteś pewien, to postrzegasz przez tego pryzmat, nie widzisz innych możliwości. Najlepiej gdyby każdy sam stworzył sobie własny wszechświat z chaosu. Tak. Zresztą to nie dotyczy tylko operacji i zabiegów, ale i zwyczajnego życia. Pewność siebie, jeśli postrzegana tak, jak to nam wmawiają, jest tylko przeszkodą w postrzeganiu, w poznawaniu. Tak.

— Teraz to już boję się w ogóle zacząć operować — zauważył Marek.

— Tak? To ja ci powiem, że obserwując cię wielokrotnie, gdy stałeś obok mnie w czasie zabiegów, wiem, że sobie poradzisz. Tak. Te pytania, które zadawałeś, te spostrzeżenia…

— Tak pan sądzi?

— Tak jest. Za pierwszym razem wykonasz to wolniej niż inni, ale i nie będziesz działał automatycznie. Taki automatyzm przyjdzie sam, kiedy nabierzesz już wprawy. Tak. Zapamiętaj, Marku, że zawód chirurga jest najbardziej narażony na powstanie ogromnego, nadętego ego. Zminimalizujesz to, jeśli nie wyłączysz wątpliwości. — Magnuszewski pokiwał głową. — Wątpliwości musisz mieć cały czas, inaczej ignorancja cię zeżre od środka, nawet nie zauważysz. Tak.

Marek usłyszał za sobą dźwięk wózka łóżkowego. Spojrzał w tamtą stronę. Na wózku siedziała piękna, młoda dziewczyna z kruczoczarnymi włosami prawie do pasa i wyrazistymi, kobiecymi kośćmi policzkowymi. Nie tego się spodziewał. Prawdę powiedziawszy, widział oczyma wyobraźni chorego, bez płci, u którego ropień na łydce wybija się ponad inne cechy, tymczasem wjechała na salę jakże atrakcyjna dziewczyna. I to do tego tylko w koszulce i majtkach. A nogi miała wyjątkowo zgrabne. I seksowne. Marek zmierzył ją wzrokiem, udał, że nie zwrócił uwagi na te nagie nogi, i powiedział do pielęgniarki, która wprowadziła wózek:

— Proszę chorą położyć na stole.

Doktor Magnuszewski przysunął się do Marka i kiedy inni nie patrzyli, trącił go znacząco ramieniem. Zbliżył się do ucha Marka i wyszeptał:

— Tylko nie pomyl cięcia z rżnięciem.

Marek mało nie parsknął ze śmiechu. Całe napięcie, które się w nim zbierało, właśnie zostało rozładowane. Zastanowił się, czy był to świadomy zabieg doktora prowadzącego, bo widział spięcie Marka, czy zwykły, powtarzany często wśród chirurgów żart. Jednocześnie Marek zdał sobie sprawę, że jeszcze przed chwilą czuł odrobinę podniecenia seksualnego, którego się u siebie brzydził, a teraz wszystko minęło. Czy gdyby nie ten żart, byłby w stanie operować tę piękną kobietę?

Sam zabieg nie stanowił dla Marka problemu. Najpierw znieczulenie miejscowe w postaci zastrzyku powyżej rany, choć to prawdopodobnie było na wyrost, gdyż w okolicach ropnia nerwy były już martwe, potem odkażenie powierzchniowe, aż w końcu jedno porządne nacięcie skalpelem, opróżnienie rany z zebranej ropy i sprawdzenie, czy gdzieś głębiej nie kryje się dodatkowy pęcherz zapalny. Markowi najtrudniej było wykonać to ostatnie, gdyż cały czas miał obiekcje, czy pacjentka nie będzie czuła tego, co on robi, a grzebał w ranie naprawdę głęboko. W czasie całego zabiegu był tak spięty, że nie odezwał się słowem do pięknej kobiety. Jedynie Magnuszewski rozśmieszał ją cały czas. Na koniec, kiedy przemył ranę i zaszył skórę, zostawiając na wierzchu niewielki dren do osuszania, spojrzał dziewczynie w oczy i powiedział, że wszystko będzie dobrze. I dopiero wtedy zaczął się martwić, mimo iż dwukrotnie sprawdzał, a poza tym Magnuszewski też to kontrolował. Nawet po odejściu od stołu pojawiła się taka myśl, że może przeoczył jakiś pęcherz ropny. Lecz były to jedynie obawy spowodowane brakiem doświadczenia.

Kiedy już przebrał się w normalne ciuchy, całe napięcie zaczęło mijać. Stres znikł, bo zabieg przebiegł pomyślnie, a pozostała satysfakcja i ulga. Wracając do domu, doznał euforii. Wszystko kojarzyło mu się pozytywnie. To, co jeszcze poprzedniego dnia postrzegał negatywnie, teraz jawiło się przyjemnie. Nawet zdarzenie z prosektorium nie budziło wstrętu czy poczucia winy. Ot, coś takiego go kiedyś spotkało i tyle. Wysiadł pod domem z samochodu, wyprostował się jak dumny orator i powiedział do siebie półgłosem:

— No, chłopie, dokonałeś tego!.

Dopiero gdy przekraczał próg domu, przypomniał sobie słowa doktora Magnuszewskiego, że zawód chirurga jest najbardziej narażony na wielkie ego. Zdał sobie sprawę, że właśnie to zaczęło się dziać u niego samego. A nie chciał tego, pragnął żyć w zgodzie z tym, co usłyszał w kościele — aby być pokornym i skromnym. I zobaczył swojego ojca, który za każdym razem, gdy Marek coś przeskrobał, stosował drobne kary. To wywołało efekt, żeby nigdy nie zamiatać pod dywan swoich win i niedoskonałości. Bo Marek zdał sobie sprawę, że przestał mieć wątpliwości, czy przypadkiem nie popełni błędu, a przecież według słów Magnuszewskiego wraz z brakiem wątpliwości rodzi się ignorancja. Poczuł, że musi zachować wątpliwości. Musi! Ale na tę chwilę tego nie potrafił…

* * *

Wieczorem zadzwonił do Lidii, aby nieco oderwać się od buzujących myśli, które zostały wywołane przez pomoc Stefanowi. To, co powinno być dla lekarza rutyną, teraz wywoływało w Marku zawrót głowy, ale i przypływ poczucia szczęścia. Wystarczyły cztery lata podświadomego głodu do leczenia ludzi, aby drobna pomoc medyczna potrzebującemu wywołała w nim istną lawinę emocji. Opowiedział Lidii o tym, że komuś pomógł i że teraz go roznoszą emocje. Ona tylko wysłuchała i nie skomentowała tego ani słowem. Umówili się na następny dzień u niego w domu.

Wieczorem nie mógł usnąć. Położył się spać przed północą, wziął książkę, aby poczytać, ale nie mógł się skupić na treści. Gdzieś z tyłu głowy buzowały wywołane zdarzeniem z minionego dnia wspomnienia dawnych czasów, gdy robił wszystko, aby zostać kardiochirurgiem. Pierwszy raz od czasu tamtego tragicznego dnia pomyślał, że jest z nim coś nie tak, że cała ta decyzja o prowadzeniu zakładu pogrzebowego to krzywdzenie samego siebie. Dlaczego wybrał akurat zakład pogrzebowy, a nie na przykład inną pracę związaną z medycyną? Mało to jest zawodów pokrewnych? Owszem, tu pieniądze są większe, ale zadał sobie pytanie, czy kiedykolwiek w życiu skusiły go właśnie pieniądze. Odpowiedź była jedna: nie. Kierował się w życiu innymi pobudkami, czasem nie do końca świadomymi, lecz zawsze dalekimi od względów finansowych. Cóż więc stało się tym razem? Dlaczego jest — upraszczając — grabarzem?

Zasnął nad ranem, kiedy już zaczynało świtać.

Wieczorem dotarła do niego Lidia. Najpierw chciał przygotować kolację, dokładnie posprzątać dom, ale dopadła go bezsilność i ograniczył się tylko do jako takiego uprzątnięcia salonu i zamówienia sushi na wynos z pobliskiej restauracji. Wiedział, że Lidia gustuje w sushi. On mógł je zjeść, ale nigdy nie przepadał. Myślał też przez chwilę o wymianie pościeli na nową, bo gdy kobieta przyjeżdża do domu mężczyzny, wszystko może się zdarzyć, lecz od razu dopadły go wspomnienia tamtego tragicznego dnia. Gdyby chociaż coś złego stało się bezpośrednio z powodu błędu lekarskiego, jaki on sam popełnił przy opiece po operacji, to wiedziałby, co poszło źle, a tak wszystko zmierzało w dobrym kierunku, ale i tak stała się tragedia. Markowi najtrudniej było zaakceptować fakt, że całe dobro w postaci opieki medycznej obróciło się przeciw życiu. Może gdyby Jacuś był jeszcze w szpitalu, nie wydarzyłaby się ta tragedia.

Gdy Lidia już siedziała przy stole i jadła sushi, Marek wyszedł do kuchni i przyniósł butelkę czerwonego wina.

— Sam robiłeś? — spytała, wskazując na sushi.

— No coś ty. — Zaśmiał się. — Choć, przyznam, myślałem, aby zrobić coś własnego. Ale wtedy nie byłoby to sushi.

— Jak nie miałeś ochoty, to dobrze, że zamówiłeś. A gdzie takie sprzedają?

— Kilka ulic dalej, taka mała knajpka, tyle że współpracująca z Uber Eats.

— Fajnie tam jest?

— Fajnie. Jak chcesz, następnym razem możemy tam pójść.

— Nieee! — nieco podniosła głos.

— Czemu?

— Nie lubię się pokazywać… — Pokręciła głową.

Marka to zastanowiło. Która kobieta nie chce się pokazywać, nie pragnie być zauważana i podziwiana.

— A smakuje ci? — spytał po chwili.

— Tak, bardzo. Jedno z lepszych sushi, jakie jadłam ostatnio.

— A wina, rozumiem, napijesz się? — Uniósł butelkę.

— Tak, z chęcią. — Na chwilę zamilkła. — Czerwone wino do sushi. — Uśmiechnęła się. — Lubię czerwone — dopowiedziała.

— Potem zamówię ci taksówkę — nagle wypalił. Aż sam się zdziwił, że zrobił to tak automatycznie, z taką pewnością. W końcu czy nie powinno być tak, że mężczyzna próbuje zatrzymać kobietę na noc?

Lidia nawet nie zareagowała na te słowa, po prostu jadła. Po kilku chwilach powiedziała:

— Miło mi będzie, jak zamówisz taksówkę. — Oderwała się od jedzenia i bardzo szeroko uśmiechnęła, spoglądając mu w oczy. — Tak, jesteś wyjątkowym mężczyzną — dodała.

Godzinę później siedzieli na kanapie i kończyli drugą butelkę wina. Marek spytał:

— A co ty w zasadzie robisz na co dzień? Gdzie pracujesz?

— Hmmm — zawahała się. — W sumie miałeś nie pytać o mnie, ale chyba to głupie.

— Faktycznie, przepraszam.

— Nic się nie stało. To normalne, że ludzie lubią wiedzieć o sobie takie rzeczy. — Przełknęła łyk wina. — Pracuję jako kierownik niewielkiego działu w sporej korporacji. A poza tym bywam w przytułku dla bezdomnych.

— Bywam? — dopytał.

— No tak. Ale niepotrzebnie o tym wspominałam. Zostawmy to.

— Ale ja chciałbym wiedzieć.

— Chciałbyś? — zapytała jakoś dziwnie. — Wszystko chciałbyś wiedzieć? — Zaśmiała się. — Kto mniej wie, spokojniej żyje.

— Czyli nie powiesz? — Nalał po jeszcze jednej lampce wina, opróżniając butelkę.

— Nie. — Zaśmiała się nieco demonicznie.

Marek pierwszy raz poczuł, że jest z nią coś nie tak. To nie jest zwyczajna kobieta. Zdecydowanie coś leży gdzieś na dnie jej duszy, tego zaczynał być pewien. Czy to ma związek z tymi notatkami, o których nie chciała mówić?

Robiła się już dość późna godzina, Lidia wypytywała go o studia, o staż, ale o powody porzucenia zawodu nie. Marek zwrócił na to uwagę. I był wdzięczny, że nie musi sam się do tego cofać. Zrozumiał, że zarówno on, jak i ona mają coś wspólnego, to fakty z życia, o których najchętniej by zapomnieli. Czy to znak, aby spróbował się z nią związać? Może to już czas po tych czterech latach?

— Będę już jechała. — Wstała z kanapy. — Zamówisz mi taksówkę?

Teraz, po tej długiej rozmowie Marek poczuł, że chciałby, żeby została na noc. Nawet nie za bardzo myślał o niej seksualnie, ale zdecydowanie stała mu się bliższa emocjonalnie.

— Już? A może byś… — zawiesił głos.

— Tak jest dobrze — odpowiedziała natychmiast. — Nawet nie wiesz, jak jestem ci wdzięczna za ten kończący się w taki sposób wieczór. Innego pożegnania na tę chwilę bym nie chciała.

— Naprawdę? — spytał niepewnie.

— Tak. — Po chwili bezsilnie opadła na kanapę i zasłoniła twarz.

Chciał zareagować, przytulić ją, ale Lidia spojrzała na niego i stwierdziła bardzo ostro: — Nie przejmuj się, to taka moja lekcja prawdziwego życia. Jak to śpiewała Antonina Krzysztoń: takie moje wędrowanie, zasłużyłam sobie na nie.

— Ponownie wstała, a kiedy ruszył do niej, wyciągnęła rękę jako znak stopu. — Mam to, na co zapracowałam przez wiele lat. — Wyszła gwałtownie do toalety.

Kiedy już wsadził Lidię w taksówkę i wrócił do domu, jemu samemu zakręciła się łezka w oku. Spotkał kobietę z prawdziwymi problemami. Czy właśnie to wyczuł, zaczepiając ją wtedy na leśnym parkingu?

Samotność Boga — cz. VII

Samotność Boga — cz. VII

Gdy dojeżdżał do Lidii, pomyślał po raz kolejny, że może czas zmienić swoje życie. W końcu od czasu Jadzi nie spotykał się z żadną kobietą. Czyżby już był gotów? Może przez ten cały czas pracy ze zmarłymi coś się w nim zmieniło? Jadąc, przeżegnał się i zaczął modlić, czego nie robił od dawna. Bardzo wierzył w Boga, nigdy nie zwątpił, ale żadnych, nawet najmniejszych obrzędów czy jakichkolwiek działań nie czynił chyba od czasu feralnego zdarzenia w prosektorium. Zadał Bogu pytanie, czy przez tę pracę ze zmarłymi już odkupił swój grzech nieczystości i to w stosunku do zmarłej kobiety. W końcu stanął przed drzwiami Lidii i zadzwonił.

— Proszę, wejdź — przywitała go z bardzo smutną miną.

— Coś się stało? — spytał od razu.

— Nie, wszystko w porządku. Wszystko. — Przymknęła oczy jakby z bólu.

— Niestety dziś znajomy miał badania i nie mogłem się z nim zobaczyć.

— Ktoś bliski?

— W sumie nie, nauczyciel z liceum, spotkałem go po latach, ale obiecałem, że coś dla niego zrobię.

— Trzeba dbać o ludzi — wyszeptała tak cicho, że ledwo usłyszał.

— Dokładnie. Szczególnie jak się ma coś… — nagle urwał.

— Co ma? — spytała.

— Co?… — Zastanowił się, nie chcąc zwierzać się za bardzo.

— W sumie nieważne. Każdy coś tam pewnie ma. — Nagle się ożywiła. — To zrobisz coś dla mnie?

— A co? — Poczuł dreszcz na samą myśl o badaniu medycznym.

— Ale poproszę cię o to tylko pod warunkiem, że zrobisz to z chęcią. Jeśli masz się zmuszać, to od razu dajmy temu spokój.

— Czy…? — chciał spytać, czy to badanie lekarskie, ale nie był w stanie się przemóc.

— Tak, tylko jeśli to zrobisz z chęcią. Teraz mi obiecaj, że jeśli będzie ci to nie na rękę, to odmówisz.

— Ale…

— No, obiecaj już teraz — przerwała mu.

— Ale…

— Bo nic nie powiem. No, już! — ponagliła.

— No dobra, niech ci będzie.

— Obiecaj. Powiedz: obiecuję.

— Że niby to takie ważne? — Uśmiechnął się.

— Tak, dla mnie tak. Obiecaj.

— Ok, obiecuję.

— No dobrze. Dziękuję. — Wyciągnęła rękę i kiwnęła, aby poszedł za nią i ruszyła do innego pokoju. A on jej śladem.

Idąc, zastanawiał się, co ma zrobić: przecież badanie lekarskie jest niemal ponad jego siły, czy więc ma spełnić obietnicę i powiedzieć, że będzie musiał się zmuszać, czy jednak zrobić, co powinien i tym razem skłamać? Gdy stanęli pośrodku drugiego pokoju, powiedziała:

— Więc… chcę… abyś… — składała słowa. Wyraźnie to, co miała powiedzieć, nie przychodziło jej lekko. — Chcę, abyś — wskazała na leżący pod ścianą karton — złożył mi półkę. Ja do tego mam dwie lewe ręce. — Spojrzała mu badawczo w twarz.

Marek zaniemówił. Poczuł jednocześnie niewyobrażalną ulgę, jak i konsternację. Takiego obrotu spraw to się nie spodziewał.

— Oczywiście, że zrobię to z przyjemnością — odparł i zaczął się śmiać.

— Przepraszam, że będę wścibska, ale czemu się śmiejesz?

— Bo — zaśmiał się na cały głos — nie tego się spodziewałem. — Spojrzał jej w twarz i pokiwał głową.

— Aha! — Odwzajemniła śmiech. — No tak, to byłoby dość normalne. — Wzięła go odruchowo za rękę i potrząchnęła, jakby chciała pogratulować.

— No, ja ci daję taką wizytówkę, dlaczego więc ty nie miałabyś chcieć, abym cię leczył.

— Następnym razem poproszę właśnie o to. — Nie przestawała się śmiać.

— No dobrze. — Schylił się do kartonu. — Masz jakiś śrubokręt? Bo ja nic nie mam.

— Tak. — Odwróciła się i wyjęła z szuflady plastikowy pojemnik z narzędziami. — Tu jest kilka śrubokrętów.

Kiedy zaczął składać szafkę, Lidia najpierw przyglądała się, ale chwilę potem wyszła. Jak mu się wydawało, zamknęła się w łazience. Zastanowił się, że Lidia albo musi być samotna, że nie miała kogo poprosić o skręcenie tej półki, albo wybrała specjalnie jego. A jeśli jego, znaczy, że to był niejako pretekst do spotkania. A skoro pretekst, to jej zależy. Czy to dobrze? Chyba nie za bardzo, bo on sam nie wiedział, czy jemu zależy i czy chciałby, aby zaczęło zależeć. Może jest gotowy na związek, a może nie. Na dobrą sprawę chyba wygodniej było mu, aby nic w swoim życiu nie zmieniać. Przynajmniej na dużą skalę. Owszem, w jakiś sposób cieszył się, że może jej pomóc, cieszył się, że do niej przyjechał, ale wiedział, że od skoku na zbyt głęboką wodę może po prostu utonąć. Wszystko powoli. Tyle że często kobiety wolą, jak coś się dzieje dynamicznie, szybko. Ale czy mu w ogóle zależało, aby spełniać oczekiwania Lidii czy jakiejkolwiek kobiety? Chyba nie.

* * *

Z jakiegoś powodu przypomniał sobie, co działo się po operacji Jacusia:

– Panie doktorze, nie można dać mu już większej dawki klindamycyny – powiedziała pielęgniarka opiekująca się Jacusiem.

– Tak wiem. Ale jak tak dalej pójdzie, zakażenie rozszerzy się i obejmie nie tylko skórę i mostek, ale może dojść do serca.

– Specjaliści od mikrobiologii mówili, że klindamycyna zahamuje ten proces. Panie Marku, niech pan im zaufa. Ja wiem, że pan chciałby sam zajmować się wszystkim, ale powtarzam, niech pan im zaufa.

– Ja współoperowałem, więc i ja muszę o niego dbać. Poza tym… – Marek nie chciał mówić, jakie uczucia zaczyna żywić do matki dziecka.

– Panie Marku, po mojemu to pan zbyt czarno wszystko widzi. Ok, wdało się zakażenie, szybko się rozszerzyło, ale od dwóch dni widzimy wyraźne jego zahamowanie.

– Bo… – Marek zwiesił bezsilnie głowę. – Mogę coś powiedzieć w tajemnicy?

– Oczywiście. Ja też nieraz panu mówiłam rzeczy, o których tylko pan wie.

– Bo w takich sytuacjach mam dość. Najchętniej uciekłbym od ludzi, aby nie być już za nich odpowiedzialnym. Czasem budzę się rano i wyobrażam sobie najgorsze, że pacjent umiera. A jak robiłem chirurgię ogólną, to widziałem swoich pacjentów bez nóg, innych, których powtórnie trzeba operować. Wie pani, ile razy wróciłem na salę operacyjną, aby policzyć narzędzia i upewnić się, że niczego nie zostawiłem w pacjencie? Wszystko, co złe, co tragiczne, jawiło mi się, że nastąpi po operacji. Czasami myślę, że chyba tylko nadaję się do kopania rowów, albo do innej pracy, w której nie da się nikomu zaszkodzić. Ech…

– Marku?… Mogę tak mówić?

– Tak.

– Ja miałam podobnie, dopóki się nie związałam i nie wyszłam za mąż. Widziałam wszystko z ciemnych barwach.

– Ale – Marek nie mógł powiedzieć koleżance o swoich problemach ze zbliżaniem się do kobiet.

– Mąż sprawił, że zaakceptowałam się taką, jaka jestem. I teraz widzę wszystko zupełnie inaczej. W kolorach.

– Gdyby to było takie proste…

* * *

W pewnym momencie usiadł na środku podłogi z jedną ścianką szafki w rękach i wpatrywał się tępo w fakturę przypominającą słoje drzewa. Miał skojarzenia z trumną. Wręcz nie mógł się od tego uwolnić. Jednocześnie to skojarzenie wywołało następne i następne. Zatrzymał się na tym, że ściskał półkę z całych sił, próbując nie pozwolić, aby wspomnienie tego, co zdarzyło się w prosektorium, zawładnęło nim na tę chwilę. W jakiś sposób liczył na to, że coś uda mu się stworzyć z Lidią, ale też pamiętał, co stało się z Leną. Wobec tego był niegdyś bezsilny. Czy nadal tak będzie?

— Dość — powiedział na głos i od razu się zreflektował, że na pewno usłyszała to Lidia.

Za chwilę przyszła do niego i powiedziała:

— Widzę, że masz dość, więc daj spokój, poradzę sobie jakoś.

Marek gwałtownie zerwał się z podłogi i chwycił śrubokręt.

— Nie, ja tylko tak sam do siebie, na inny temat — odparł ze złością.

— Ale… — chciała coś powiedzieć, lecz jej przerwał:

— Zrobię to, bo tak chcę. I będę z siebie dumny.

— Obiecałeś… — Uśmiechnęła się.

— Tak, właśnie obiecałem i mówię, jak jest. Chcę to zrobić. Muszę!

— Musisz? — spytała niepewnie.

— Tak, muszę. I nie dyskutuj.

Gdy już siedzieli przy skręconej półce stojącej pod ścianą i popijali herbatę, Lidia wyszeptała:

— Nie wiem, czy mieć wyrzuty sumienia czy nie. Nie zrobiłeś tego z chęcią. — Pokręciła głową.

— Najważniejsze, że teraz jestem z siebie dumny i nie żałuję. Liczy się stan końcowy.

— Stan końcowy… — Uśmiechnęła się, jak się Markowi wydało, ironicznie.

— Tak, stan końcowy — powtórzył. Poczuł, jak bardzo istotny dla niego jest teraz stan końcowy. Przecież jego firma zajmuje się właśnie stanem końcowym.

— A co z tym, co było wcześniej? To się nie liczy?

— Nie, ważny jest stan końcowy — niemal perorował.

— A jeśli przed tym stanem końcowym wszystko było nie tak?

— Na przykład co? — spytał, choć z tyłu głowy pojawiła mu się sytuacja z prosektorium. Poczuł po raz kolejny, że ma dość. Nie chciał dalej tego ciągnąć. Pójść do domu i zaszyć się w czterech kątach — to było jego marzenie.

— Aaa… — Zrobiła niewesołą minę, machnęła z rezygnacją ręką i wyszła z pokoju.

W zasadzie wróciła do niego za kilka chwil, ale oboje nie mówili nic. Marek chciał się odezwać, ale też nie mógł. Wyszedł od Lidii pięć minut później.

Gdy dotarł do domu, poczuł, że nie wytrzyma w czterech ścianach. Lidia wyraźnie poruszyła w nim tę szczególną strunę. Zostawił samochód pod domem, a sam poszedł na długi spacer. Grube chmury pokrywały większość nieba, ale tuż nad horyzontem przecierało się. Który to raz z kolei szedł bez celu ulicami Pruszkowa? Ale czy to było ważne, który? Istotna była chęć oderwania się od tego, co go trzymało w przeszłości. Pojawiła się kobieta, która chciała się z nim spotykać. Dlaczego? Może dlatego, że zaimponował jej jako lekarz? Może dlatego, że nie bał się zaczepić tej kobiety? A może istniał jeszcze inny powód, o którym nawet nie przypuszczał. Przypomniał sobie po raz kolejny Lenę:

* * *

— Chciałam ci tylko powiedzieć, że smutno mi było, że nie wszedłeś — powiedziała przez telefon.

— Przykro mi… — Nie wiedział, co ma powiedzieć. Z jednej strony chciał nie wracać do tamtego zdarzenia, a z drugiej miał ochotę znów się z nią spotkać.

— Rozchorowałam się po tym, jak wyszłam do ciebie na ten deszcz. Nie wiem, ile to trwało, ale chyba wtedy powiedziałam ci wszystko, co czuję. — Rozpłakała się w słuchawkę.

— Tak, wiem. Nie powinnaś wychodzić do mnie na dwór. Czasem potrzebuję, aby chwilę postać na deszczu.

— Chwilę? To trwało z godzinę. Nigdy tak nie zmokłam. Marek, zrób coś ze sobą, bo krzywdę sobie zrobisz.

— Lenko, spotkamy się dzisiaj?

— Słucham?! — wykrzyknęła.

— Chcę się z tobą spotkać.

— Nie ma mowy! Ja już próbowałam, i to nieraz. I za każdym razem jest tak samo: gdy jesteśmy już dość blisko, odbijam się jak od muru. Marek, ja już nie mam siły! — wrzasnęła.

— Lenko, ale ja bym chciał, ale to jest silniejsze ode mnie.

— I właśnie dlatego już nie chcę cię widzieć! Rozumiesz?! Mam tego dość, choć wciąż cię… — urwała.

— Wciąż co?

— Co? Nic! Daj mi spokój i więcej nie dzwoń. Tego się nie da wytrzymać! Nie było dnia, kiedy bym nie zastanawiała się, jak mogę ci pomóc. I kiedy nie czułabym się winna za to, że ty nie możesz. Bo ile razy próbowaliśmy się zbliżyć? Osiem, dziesięć?! I za każdym razem było dokładnie tak samo: ty wycofywałeś się w ostatnim momencie. Marek, ja nie jestem z żelaza! Ani z drewna! Ja czuję!

— Lenko, ja bardzo przepraszam, ja…

— Ja, ja! Czemu ty nie spojrzałeś na mnie, na to, jak ja się czuję?! Ty tylko wycofujesz się, a potem znów dzwonisz. I znów! Czemu nie spojrzysz na mnie? Gdybyś spojrzał, to być więcej nie zadzwonił, bo wiedziałbyś, jak ja cierpię!

— Ale ja patrzę…

— Tak? To czemu to robisz? — spytała już spokojniej.

— Bo za każdym razem mam nadzieję, że będzie dobrze, że dam radę… Ale…

— Właśnie, jest to ale. Marek, ja nie mam siły na dłużej. Czy ty to rozumiesz?… Rozumiesz?

— Tak, chyba tak.

— To jak rozumiesz, to więcej do mnie nie dzwoń. Uszanuj mój spokój i nie dzwoń więcej. — Rozłączyła się.

Marek osunął się po ścianie do pozycji siedzącej, nadal patrząc w ekran, jakby liczył, że Lena jednak zadzwoni. Ale dobrze wiedział, że tego nie zrobi. Do tej pory miał nadzieję, że coś się zmieni następnym razem w jego emocjach i dlatego dzwonił znów i znów. Lecz teraz Lena zrobiła to, co chyba powinna zrobić już dawno. Ale przy okazji odebrała mu ostatnią nadzieję. Bo teraz, kiedy pokazała, aby zwracał uwagę na to, że kobiety też cierpią, musiał definitywnie przestać próbować się z nimi spotykać. Nie po to szkolił się na lekarza, aby teraz przez niego ktoś cierpiał. On miał pomagać. W końcu włożył głowę między kolana, ścisnął z całej siły, aż mu zaszumiało w uszach, i cisnął telefonem o przeciwległą ścianę.

* * *

W pewnym momencie doszedł do parku przy jeziorku i usiadł na jednej z ławek. Położył się i najchętniej przespałby całą noc tam, gdzie był. Spojrzał na odbijające się od pofałdowanej tafli wody światła miasta. Kiedy ostatnio usiadł w tym miejscu? Chyba właśnie na jednym ze spacerów z Leną. Bolało go to, co się stało, ale już się z tym pogodził. Przestał spotykać się z kobietami, więc na swój sposób spełnił wole Leny, żeby nie krzywdzić więcej kobiet. Był kiedyś kilka razy na grupie wsparcia dla osób niepotrafiących stworzyć związku i tam powtarzano mu, że dopóki nie prześpi się z kobietą lub z nią nie zamieszka, nie ma mowy o tym, że ona cierpi z jego powodu. Jak to powiedział psycholog: kobieta też ma prawo decydować, nie tylko on, i niech Marek da im ten wybór — albo dalsze próby, albo niech sama odejdzie, skoro sprawia jej to ból. To zdanie potwierdziło również kilkoro potrzebujących wsparcia. On sam jednak uważał inaczej: nie ma sensu próbować, skoro z góry wiadomo, jak to się skończy. A on już dobrze wiedział, że nie stać go na to, aby stworzyć jakikolwiek związek. Co więc stało się tym razem, gdy zaczepił Lidkę? Czyżby uznał, że Lidka nie będzie cierpiała? Tylko dlaczego mógł tak sądzić? Bo jest na tyle piękną kobietą, że sprawa związków damsko-męskich spowszedniała jej, a może nawet zbrzydła? W końcu każdy pragnie tego, czego mu brakuje. Tak jak ten, co picia ma pod dostatkiem, nie pragnie wody, najedzony nie pragnie jedzenia, a rozbitek samotności, tak i dla pięknej kobiety, którą adorują dziesiątki mężczyzn, związek jawi się bardziej jako jedna z możliwości niż konieczność. Łatwiej więc znieść odrzucenie. Tylko czy Marek mógł przewidzieć, że Lidia zareaguje właśnie tak? A może podszedł do niej wtedy na leśnym parkingu z zupełniej innego powodu, którego nie rozumie?

Miniaturowe fale wywołane łagodnymi podmuchami wiatru rozbijały się o brzeg, a odbicia świateł latarni i okien rozmazywały na powierzchni jeziorka. Marek obserwował to, całkowicie tracąc poczucie rzeczywistości. Kolejny raz magia wody pochłaniała całkowicie jego umysł.

Nagle usłyszał nad sobą głos:

— On nie przeżył.

Marek spojrzał w górę i zobaczył stojącą w czarnym płaszczu kobietę, której twarz nikła prawie w półmroku.

— Dla ciebie to była rozkosz, a dla niego śmierć.

— Słucham? — Marek podniósł się do pozycji siedzącej.

— Co, dobrze się bawiłeś? Ty, lekarz, zamiast o niego zadbać, to dbałeś tylko o swoją przyjemność — mówiła półgłosem kobieta.

Marek spróbował wstać, ale czuł, jakby był przyklejony do ławki. Jednocześnie słowa te brzmiały bardzo prawdziwie.

— O co pani chodzi?

— O twoją rozkosz! — rzekła. — O twoją rozkosz! — usłyszał powtarzające się słowa: — O twoją rozkosz.

Zerwał się do pozycji siedzącej. Wokół panował półmrok. Nie było kobiety, a jedynie wspomnienie snu. Marek przetarł spocone ze strachu czoło.

Gdy następnego dnia wyszedł z firmy po pracy, od razu skierował się do szpitala na Wrzesinie, aby odwiedzić Stanisława. Polubił go, odkąd się poznali. Chyba przede wszystkim za to, że chciał sam ustalić szczegóły swojego pogrzebu. Druga sprawa, że jego dystans do samego siebie i poczucie humoru też sprawiało, że Marek darzył go przyjacielskimi względami. Zaparkował przy ulicy pod szpitalem i ruszył do budynku. Zastanawiał się, co jeszcze Stanisław wymyśli na ten swój przyszły pogrzeb. Dziewczynki sypiące kwiatami? Nie, to byłoby zbyt ckliwe. Może zażyczy sobie kremacji? Choć akurat jego o to nie podejrzewał; kremację zwykle wybierali ludzie młodsi.

Kiedy wszedł na salę, zobaczył, że Stanisław siedzi na łóżku po turecku i gestykuluje rękami jak młodzieniaszek. Marek w progu uśmiechnął się szeroko, bo zrozumiał, że chyba zbyt czarno widział sytuację zdrowotną Stanisława. Może ta marskość wątroby wcale nie jest aż tak zaawansowana?

— Witaj, młody człowieku — zaczął starzec.

— Dzień dobry.

— Usiądź. — Stanisław wskazał krzesło stojące pod ścianą.

— Jak się pan czuje?

— Jak to jak! — zawołał starzec. — Jak tylko mnie wypiszą, poproszę wnuczkę, żeby mnie dodała do jakiejś strony matrymonialnej. Będę szukał żony! — Zaśmiał się na głos. — A może ty pomożesz mi w tym?

— No, panie Stanisławie, nie na portal randkowy, ale zaprowadzę na dyskotekę!

— O, to, to! Tylko muszę sobie jakieś młodzieżowe ciuchy kupić, bo ja to mam same staromodne.

— Nie ma sprawy, pojedziemy do Factory i coś wybierzemy. Co pan preferuje, dżinsy, sztruksy czy może dresy?

— Ajajaj, młody człowieku, widzę, że i ty masz podobne problemy, co ja, toż to sztruksy już niemodne. Nie wiem, kiedy ostatnio kogoś widziałem w sztruksach.

— No tak… — Marek zaśmiał się i pokiwał głową. — To pozostają dżinsy lub dresy.

— Może dresy? Bo tak sobie myślę, że myślenia mam w życiu dosyć, więc może pora zmienić zainteresowania na inne kobiety. — Stanisław podrapał się po głowie.

Marek nie wytrzymał i parsknął śmiechem. A wraz z nim młody mężczyzna leżący na tej samej sali.

— No, to się pośmialiśmy, ale musimy ustalić dalsze szczegóły mojego pochówku.

— Panie Stanisławie, nie może to poczekać, aż pan wyjdzie?

— Nie za bardzo. — Starzec pokręcił głową. — Nie za bardzo — powtórzył.

— Dlaczego?

— Jak by ci to powiedzieć… — Starzec się zastanowił. — To na wypadek, gdybym nie przetrzymał tej dyskoteki. — Zaśmiał się.

— Czyli taki testament? Jak tak, niech będzie.

— Więc, młody człowieku, kolejnym, a zarazem moim ostatnim warunkiem jest… — zawahał się — aby moją trumnę powieziono tradycyjną furmanką. No, wiesz, takim wozem drabiniastym.

— Ale… — Marek chciał odruchowo zaprotestować, bo skąd dziś wziąć furmankę, ale pomyślał, że jeśli będzie trzeba, dołoży z własnych pieniędzy i ściągnie kogoś z jakiejś wioski.

— Żadne ale — upomniał go Stanisław.

— Ale z jednym koniem czy z dwoma? — Marek się uśmiechnął.

— A, jak takie ale, to co innego. — Starzec odwzajemnił uśmiech. — To nie mam wymagań. Może być z jednym.

Do sali weszła Ania, wnuczka.

— Dzień dobry, panie Marku, cześć, dziadku, dzień dobry wszystkim — przywitała się.

— Usiądź, dziecko.

— Proszę, siadaj. — Marek wstał i ustąpił jej krzesła. — Ja już wychodzę, bo dziś mam trochę roboty. — Początkowo miał ochotę posiedzieć dłużej, ale pomyślał, że nie będzie się wtrącał w rodzinne rozmowy, odwiedzi Stanisława innym razem.

Wkrótce wyszedł z pokoju i podążał długim korytarzem. Z każdej z mijanych sal dobiegały go ciche rozmowy, ale i silne szpitalne zapachy. Czuł się jak za dawnych lat, gdy był na specjalizacji i pracował w szpitalu. Nagle z jednej sal wyszła w białym fartuchu jego koleżanka ze studiów.

— Część, co ty tu robisz? — Podeszła i ucałowała go w policzek.

— Cześć, Małgosiu, odwiedzam znajomego. A ty tu pracujesz?

— Tak, przeprowadziłam się do Piastowa rok temu i tu dostałam pracę. A który to twój znajomy? — Rozejrzała się badawczo.

— Tam — wskazał wzrokiem na salę, z której wyszedł — Stanisław Wyrzykowski.

— Ach, pan Stanisław. — Znajoma posmutniała. — A co u ciebie słychać? Może się spotkamy i poplotkujemy?

— Wiesz… — Marek się zawahał, trochę bał się, czy mówić, że nie pracuje w zawodzie, wstydził się przyznać przed koleżanką ze studiów. — W sumie chętnie, choć myślę, że się rozczarujesz.

— A czemu to? Coś nie tak u ciebie?

— Czy nie tak?… — Zastanowił się. — To zależy jak na to patrzeć. To wszystko zależy… — powtórzył.

— Dobra, spotkajmy się, to pogadamy. Masz wizytówkę? Zadzwonię.

— Tak, mam. — Wyjmując portfel, zastanowił się, czy po raz drugi oszukać kobietę i dać jej nieaktualną wizytówkę. Postawił wszystko na jedną kartę i wyciągnął lekarską. Odruchowo chwyciła wizytówkę i włożyła w tylną kieszeń spodni. Odetchnął z ulgą. W sumie co się odwlecze, to nie uciecze.

— Ok, dzięki, muszę lecieć. Zadzwonię. — Pocałowała go ponownie w policzek, odwróciła się i ruszyła w głąb szpitala. — I zadbam o pana Stanisława — rzuciła przez ramię.

Marek wszystkiego by się spodziewał, ale nie tego, że spotka kogoś znajomego. W sumie nic szczególnego w tym nie było, lecz chciał za wszelką cenę uniknąć rozmów na temat tego, czemu zmienił zawód, a osoby z branży na pewno będą pytały o szczegóły. Poza tym Małgosię znał dość dobrze, bo wielokrotnie uczyli się razem do egzaminów, czy chodzili do czytelni. Potem ona wzięła rok urlopu dziekańskiego i wyjechała do Stanów do rodziny. I kontakt się urwał. Ale jak widać, wróciła na uczelnię i skończyła medycynę i na pewno jakąś specjalizację. Co ona chciała robić — internę czy wewnętrzny? To niestety uleciało mu z głowy.

Gdy szedł korytarzem ku wyjściu, przewieziono przed nim mężczyznę na wózku łóżkowym. Przelotnie spojrzał na jego twarz, która wydała mu się dziwnie znajoma. Czy to ten sam mężczyzna, którego widział kilka dni temu? Wtedy również nie mógł skojarzyć tej twarzy z nikim konkretnym. Wózek prowadziły dwie pielęgniarki i wtoczyły go do windy. Marek nawet nie mógł się ponownie przyjrzeć.

Wrócił do domu i zaczął się zastanawiać, skąd do licha wytrzasnąć furmankę na pogrzeb Stanisława. Przecież mieszkając w Pruszkowie, nie widział nigdzie blisko takiej od kilkudziesięciu lat. W sumie, jak kilka miesięcy wcześniej jechał na Mazury, to jeszcze taką dostrzegł, ale przecież nie ściągnie jej z Mazur. Zasiadł przed komputerem i zaczął wyszukiwać w internecie tego jako atrakcji. Bo to chyba jedyne sensowne rozwiązanie, gdyż nawet jeśli znalazłby taką furmankę blisko, ale ta służyłaby do celów gospodarczych, nie wyglądałaby godnie na pogrzebie. Tyle że chyba Stanisław zdawał sobie sprawę, że może tak wyglądać. Ale Marek nie chciał byle czego. Skoro Stanisławowi tak zależy na kilku szczegółach pochówku, to trzeba zadbać, aby wszystko było najwyższej jakości.

Marek nagle zdał sobie sprawę, że teraz, gdy Stanisław jest w szpitalu, zaczyna mu się spieszyć z załatwianiem formalności, podczas gdy wcześniej po prostu przyjmował do wiadomości kolejne wymogi starca. Najwyraźniej zrozumiał, że niewydolność wątroby wywołana marskością jest początkiem końca. A może to tylko czarnowidztwo? Może tak naprawdę Stanisławowi coś chwilowo zaszkodziło, wątroba zaniemogła, ale już będzie lepiej? Z wątrobą wszystko jest możliwe: dopóki nie ma marskości, można z nią żyć i jest szansa, że się zregeneruje, ale marskość jest nieodwracalna. Czemu nie spytał, jak wyszło badanie tomografem?

Następnego dnia, gdy tylko Marek przyszedł do firmy, pomyślał o Stefanie. To był bez wątpienia najważniejszy pracownik, który często pod nieobecność Marka zajmował się wszystkim, co trzeba. W dodatku pojechali razem na ryby, a Marek nawet do niego nie zadzwonił. Już wyciągnął telefon, aby po prostu zadzwonić i odbębnić zwyczajną rozmowę telefoniczną, ale poczuł, że musi, a przede wszystkim chce potraktować go w specjalny sposób, jak przyjaciela. Ile razy Stefan harował po godzinach, aby tylko Marek nie musiał pracować z kobiecymi zwłokami? Ile razy dyrygował pracą innych, gdy Marek tylko siedział w domu, bo dopadła go chandra? Odłożył więc telefon i wyszedł na recepcje porozmawiać z Ewą:

Gdy tylko na nią spojrzał, poczuł, że znów Ewa dusi w sobie coś, czego za chwilę on będzie musiał wysłuchać.

— Ewo, czy odzywał się Stefan?

— Czy odzywał się Stefan… — powtórzyła.

— No tak.

— Nie, nie odzywał się.

— Czyli nadal chory? — spytał głupio.

— Przepraszam, ale to ja powinnam o to pytać lekarza — powiedziała z wyrzutem.

— Ewo, ale…

— Szefie, kiedy pan pieprznie tę robotę i wróci do zawodu?

— Ale…

— Bo już nie da się patrzeć. I słuchać. Pan unika tematów medycznych, jak może, ale ile można? No, ile?

— Ewo! — podniósł głos. — To, że ja ci pozwalam na bardzo dużo, nie znaczy, że masz się wtrącać w moje życie. To moje życie! Rozumiesz? — wypowiedział gniewnie. A kiedy nie odpowiedziała, dorzucił: — Doceniam, że się o mnie troszczysz, ale pozwól, że sam będę decydował, co dla mnie dobre, a co nie. Ok?

— Panie Marku… — zaczęła cichutko.

— I posłuchaj, ludzie nie tak upadają jak ja i żyją. I muszą żyć. Wiele osób na twoim miejscu cieszyłoby się, że ma takiego szefa, który nie załamał się, tylko zaczął wszystko od nowa w innym zawodzie. — Marek już chciał odejść, gdy Ewa cichutko powiedziała:

— Tak czy inaczej jestem z panem.

To go całkowicie zaskoczyło. Przed chwilą niemal zrobiła mu scenę, a teraz wspiera. Odwrócił się do niej i rzekł:

— I jeszcze jedno — powiedział bardzo ostro i przeszył ją wzrokiem. — Od teraz masz nowe zadanie.

— Tak?…

— Masz mi mówić po imieniu. — Uśmiechnął się.

Spojrzała mu niepewnie w oczy, jakby w tym, co powiedział, czaił się podstęp. Po chwili odparła:

— Dobrze, Mareczku. — Gwałtownie wstała zza lady i poszła do toalety.

Sam wszedł z powrotem do gabinetu, jeszcze raz wyciągnął telefon, czy nie zadzwonić do Stefana, w końcu schował telefon do kieszeni, ubrał się i wyszedł.

Cóż miała znaczyć ta scena? Czyżby dawał jej zbyt dużo luzu i dlatego Ewa uważa, że może sobie pozwolić na krytykowanie szefa? Marek nie chciał tego zmieniać, czuł się dobrze, gdy pracownicy mieli dużo luzu, zdecydowanie wolał to niż rygor czy bicie pokłonów. A jednak teraz zaczął się zastanawiać, czy robi słusznie. Jeszcze do tego na koniec zmniejszył dystans między nimi, każąc jej mówić sobie po imieniu. Czy to przypadkiem nie doprowadzi do czegoś jeszcze gorszego? A może właśnie przez to Marek dał jej do zrozumienia, że mogą być jak znajomi czy nawet przyjaciele, tylko niech nie wtrąca się w sprawę jego powrotu do pracy w medycynie. Tak czy inaczej, Ewa chyba wzięła sobie do serca jego słowa, bo to nagłe wyjście do toalety mogło świadczyć o wzbierających emocjach.

Dotarł pod dom Stefana pół godziny później, bo ten mieszkał za Grodziskiem Mazowieckim. Marek nigdy tu nie był, znał jedynie adres, więc wysiadł z samochodu niepewnie i spojrzał na tabliczkę z numerem, a potem na skrzynkę na listy. Wszystko się zgadzało, tu mieszkał jego pracownik. Rozejrzał się po okolicy. Posiadłość znajdowała się na końcu miasteczka, jako ostatnia w stronę Żyrardowa. Większość terenu pokrywały zwyczajne podwórza i łąki, a dom Stefana czaił się w dość gęstych zaroślach, spośród których wybijały się bzy, dalej kilka sosen i brzóz. Marek pomyślał, że fajnie byłoby mieszkać w takim miejscu. On zajmowałby się pracą, a jego kobieta tylko domem. Właśnie, ilekroć myśli o domostwie, widzi obok siebie kobietę. A przecież nie robi nic, aby stworzyć związek. Jak ma być więc szczęśliwy?

Po chwili namysłu zadzwonił do furtki, naciskając mały czerwony przycisk starego dzwonka. Drzwi wejściowe się otworzyły i pojawiła się kobieta w średnim wieku w czerwonym szlafroku.

— Słucham — zaczęła.

— Dzień dobry, jestem szefem Stefana. Przyjechałem go odwiedzić.

Kobieta gwałtownie na niego spojrzała, zmierzyła wzrokiem, delikatnie się uśmiechnęła i odparła:

— A, to pan. Proszę. — Nacisnęła przycisk za drzwiami, który odblokował furtkę.

— Jak się Stefan czuje? — spytał, przekraczając próg.

— Sam go niech o to spyta. Ja tylko powiem, że w ogóle nie może się ruszać.

Marek wszedł do pokoju, gdzie pod ścianą stało posłane łóżko, a w nim Stefan.

— Dzień dobry, szefie! — Stefan odruchowo szarpnął się, aby wstać, ale złapał się za brzuch, zwinął w kłębek i zasyczał z bólu.

— Aż tak niedobrze? — Marek zwrócił się do kobiety.

— No, nikt nie wie, co mu jest. Co się nie poruszy, to zwija się z bólu.

— Już… — zaczął Stefan — dobrze, szefie. — Powoli położył się na boku, a pod głowę podłożył sobie poduszkę.

— Czyli byłeś u lekarza? — spytał Marek.

— Tak, byłem, a właściwie lekarz był tu. Potem kazali jechać na EKG, ale serce to ja mam zdrowe jak dzwon.

— A co ci dokładnie jest? — zaciekawił się Marek.

— No, tu — wskazał na mostek i okolice żeber po lewej stronie — boli jak diabli. Co się nie ruszę, to kłuje, jakby ktoś nóż wbijał.

Marek na chwilę zamarł w bezruchu. Zastanawiał się, czy spróbować zbadać pracownika. Z jednej strony miał ku temu stosowną edukację, ale przecież nikogo nie badał od ponad czterech lat. I wahał się nie dlatego, że miał przerwę, ale dlatego, że to budziło wspomnienia. Jakże bolesne wspomnienia. Bo ile można poświęcić na to, aby w końcu pójść na całość, a efekt jest najbardziej tragiczny, jak można sobie wyobrazić. Kilka lat człowiek nie ma dość sił, aby na coś się zdecydować, a gdy wreszcie tego dokonuje, wszystko obraca się przeciwko niemu. W końcu Marek drgnął z miejsca, gwałtownie rozpiął kurtkę, rzucił ją na pobliski fotel i ruszył w stronę kolegi.

— Czy szef?… — Stefan zaczął, ale nie dokończył.

— Tak, zamierzam cię zbadać — odparł Marek bardzo ostro.

— Ale już lekarz badał — wtrąciła kobieta.

— Basiu, to jest właśnie lekarz. I to nie byle jaki — odpowiedział Stefan.

— Ale przecież pan prowadzi zakład pogrzebowy… — wypowiedziała niepewnie.

— Tak, ale pan Marek jest po medycynie. To kardiochirurg.

— K-a-r-d-i-o-c-h-i-r-u-r-g — wysylabizowała Barbara.

Marek podszedł do Stefana, ale zawrócił i spytał kobietę:

— Gdzie mogę umyć ręce?

— Tu jest ubikacja. — Kobieta wskazała drzwi w głębi korytarza.

Gdy już umył ręce, podszedł ponownie do Stefana i rzekł:

— Podwiń piżamę i pokaż dokładnie, gdzie cię boli.

— O, tu — Stefan pokazał całkiem sporą powierzchnię od mostka aż po bok. — I kłuje przy oddychaniu.

Marek dotknął i zaczął delikatnie naciskać.

— A jakbyś miał określić, to boli cię jakoś bardzo głęboko?

— No właśnie nie. Mam wrażenie, jakby to same żebra mnie bolały, a nie głębiej.

— A mówiłeś to lekarzowi?

— Tak.

— I co, skierował cię na EKG, a gdy to wyszło w porządku, przypisał tylko środki przeciwbólowe?

— No tak. To mówiłem jej, że to nie serce.

— No, w sumie zawsze w takich przypadkach należy sprawdzić serce, bo bóle od serca różnie się objawiają. Ale w tym przypadku powinny ci pomóc proszki przeciwzapalne. To jest zapalenie nerwu.

— Zapalenie? — spytał Stefan?

— Tak. Słyszałeś kiedyś albo miałeś tak zwane korzonki?

— Sam nie miałem, ale mój ojciec miewał.

— No, jest to odpowiednik korzonków, tyle że w tym akurat miejscu.

— Naprawdę? Ale szefie, to tak boli, że ruszyć się nie idzie, nawet po prochach przeciwbólowych.

— Tak to się właśnie objawia.

— Czyli jakie leki mam brać? — spytał niepewnie Stefan.

— Zwyczajny Voltaren, tyle że w tabletkach, w wersji forte. I do tego aspirynę.

— Ten voltaren, co reklamują?

— Ten sam. Niech żona kupi. — Wyciągnął z kieszeni kartkę, długopis i zapisał nazwę. — Voltaren Acti Forte i masz go brać przez cztery dni po trzy tabletki. Potem należy odstawić. A jak nie przejdzie, to odczekać ze dwa dni i znów powtórzyć. Ale myślę, że powinno pomóc po tych kilku dniach.

— I to wszystko?

— Nie, do tego dużą dawkę witaminy B-complex przez kilka tygodni. A właściwie to jak długo cię to już boli?

— No, od trzech dni, przedtem byłem po prostu mocno przeziębiony.

— Tak, to często zaczyna się od przeziębienia. I masz sporo szczęścia, że tak szybko zaczniesz brać Voltaren, bo takie nieleczone zapalenie potrafi skutkować trwałym uszkodzeniem nerwu. Robi się coś w rodzaju blizny i do końca życia mogłyby łapać cię w tym miejscu bóle i skurcze.

— Szefie, dziękuję.

— Dziękujemy — dodała Barbara.

— Dobrze, że przyjechałem. Na coś się przydałem. — Marek szeroko się uśmiechnął.

Gdy wracał do zakładu, czuł się wspaniale. W sumie sporo energii kosztował go chwilowy powrót do leczenia, ale zdecydowanie nie żałował. Włączył radio i rozkręcił głośność. Rozkoszował się jednym z przebojów zespołu A-ha. Pomyślał, że cała ta jego rezygnacja z leczenia może i miała swoje podstawy, może musiał to zrobić, ale na tę chwilę ten jeden raz okazał się zbawienny dla jego samopoczucia. Czy to coś trwale zmieni w jego życiu?

Samotność Boga — cz. VI

Samotność Boga — cz. VI

Kilka dni później, gdy Marek siedział w swoim gabinecie, zadzwonił telefon. Niechętnie spojrzał na wyświetlacz, który oznajmiał, że dzwoniła Ania, wnuczka Stanisława. Markowi przez głowę przebiegło mnóstwo myśli. Pewnie znów starzec chce się spotkać i ustalić kolejne szczegóły własnego pogrzebu. Niby na tym polegała praca Marka, aby organizować pogrzeby, więc był do tego przyzwyczajony, jednak wysłuchiwanie ostatnich życzeń kogoś, kogo lubił i niezwykle szanował, nie należało do jego ulubionych zajęć. Najchętniej zleciłby ustalenie tych wszystkich szczegółów Ewie lub Stefanowi, ale po pierwsze Stefan był na chorobowym, Ewy nie chciał obciążać po ostatnich zwierzeniach, a po drugie dobrze wiedział, że Stanisław chce rozmawiać tylko z nim. Zanim Marek odebrał, zastanowił się, jakie znów nietypowe rzeczy wpadły starcowi do głowy, bo pomysł z kopnięciem w klepsydrę i muzyka niezwiązana z uroczystościami pogrzebowymi jawiły mu się ekstrawagancko i nie na miejscu. Jeszcze raz spojrzał na wyświetlacz, jakby chciał siłą woli sprawić, aby Ania się rozłączyła. Jednak telefon nie przestawał dzwonić. W końcu odebrał.

— Halo? — odezwał się.

— Dzień dobry, panie Marku. Mam złą wiadomość… — kobieta zawiesiła głos.

Marek zamarł, spodziewał się najgorszego. Natychmiast przebiegł go po plecach zimny dreszcz.

— Tak?

— Dziadek dziś rano trafił do szpitala w ciężkim stanie…

Nastała cisza. Marek pomyślał, że jego obowiązkiem powinna być pomoc medyczna Stanisławowi, bo przecież składał przyrzeczenie nawiązujące do przysięgi Hipokratesa, którego trzeci punkt przecież mówi, że ma przeciwdziałać cierpieniu i zapobiegać chorobom według najlepszej swej wiedzy. Od razu przypomniał sobie wypadek, którego był świadkiem w nocy, a przy którym tylko nieznacznie skorzystał ze swojej wiedzy: mógł zrobić o wiele więcej. W końcu, gdy w słuchawce usłyszał, że kobieta płacze, spytał:

— A co jest dziadkowi?

— Wstępne badania wskazują na bardzo silną niewydolność wątroby.

— Żółtaczka? — spytał, choć zdawał sobie sprawę, że to po prostu kwestia wieku.

— Nie wiadomo, ale raczej nie. Chyba marskość, ze starości.

— A… — Marek składał myśli — dziadek robił sobie wcześniej badania w tym kierunku?

— Nie, wszystko było w porządku. Stało się to nagle… — Ponownie się rozpłakała.

Marek nie wiedział, jak ma zareagować. Po pierwsze Ania nie wiedziała, że był lekarzem, a po drugie zdawał sobie sprawę, że skoro Stanisław trafił do szpitala i zdiagnozowano marskość, to zajmują się nim specjaliści o wiele lepsi w tej kwestii niż on sam. Tyle że czuł się z tym źle. Bo jak miał czuć się dobrze, skoro powinien leczyć ludzi, a tego zaprzestał.

— Wczoraj wieczorem wcześnie położył się spać — mówiła przez łzy — bo powiedział, że jest jakoś zmęczony, a dziś rano już nie był w stanie wstać z łóżka. Bardzo silne zawroty głowy i kompletne wyczerpanie.

— Rozumiem, że chcesz, abym do niego podjechał? — spytał niepewnie.

— Bo dziadek tego chce…

— A co powiedzieli lekarze?

— Jeszcze nic nie mówią, bo twierdzą, że to za wcześnie, ale ja to widzę, że kręcą głowami.

Znów zapanowała cisza. Po raz pierwszy Marek poczuł, że musi tam pojechać i osobiście dowiedzieć się o jego stanie zdrowia.

— A gdzie dziadek leży, w którym szpitalu?

— Na Wrzesinie… Panie Marku, to ja już nie zawracam głowy. Proszę go jak najszybciej odwiedzić. — Zanim odłożyła słuchawkę, usłyszał głośny lament.

Zaraz po rozłączeniu się poszedł do domu. Dobrze wiedział, że powinien jechać do Stanisława już tego dnia, ale nie był w stanie się zmusić. Musiał najpierw pozbierać myśli, a przede wszystkim jeszcze raz zmierzyć się z własną decyzją o porzuceniu medycyny. Zamknął za sobą drzwi do domu i bezsilnie osunął się na korytarzu po ścianie do pozycji siedzącej. Miałby ochotę wyjechać gdzieś daleko, ale dobrze wiedział, że nazajutrz musi z samego rana iść do szpitala do Stanisława. Przypomniał sobie jednak o poleconym, który przyszedł do niego kilkanaście dni wcześniej.

Niniejszym oddala się wniosek o wszczęcie postępowania karnego przeciw Markowi Olkuniowi…

Zadał sobie pytanie: kto przy zdrowych zmysłach wysyła anonimowy list, w którym domaga się wszczęcia postępowania karnego przeciwko sobie? Bo właśnie to zrobił on: chciał, aby ukarano go za przystąpienie do operacji w stanie niepełnego zdrowia fizycznego. Jednak nie docierało do niego, że to, co robił podczas tragicznego zdarzenia w połączeniu z jego traumą z prosektorium, powodowało poczucie winy i chęć obwiniania się.

Gdy następnego dnia rano był już w stanie funkcjonować, zebrał się i pojechał do pobliskiego szpitala na Wrzesinie. Próg budynku przekraczał z oporami. A kiedy pytał na dyżurce o Stanisława, czuł, że jest na granicy wytrzymałości psychofizycznej. Dopadły go niezrozumiałe lęki i fizyczne osłabienie. Ostatni korytarz przed wejściem na salę, gdzie przebywał chory, pokonywał na przysłowiowych oparach. W końcu wszedł. Stanisław leżał podłączony do kroplówki i aparatury monitorującej stan zdrowia. Miał zamknięte oczy. Marek stanął w bezruchu, nie za bardzo wiedząc, czy w takiej sytuacji w ogóle ma go budzić. Po chwili Stanisław ruszył się i położył rękę na udzie. Jednak oczu nie otworzył. Marek podszedł do łóżka i usiadł na stojącym obok krześle.

— Dzień dobry, panie Stanisławie — przywitał się.

Starzec poruszył się gwałtownie, ale powieki otworzył dopiero po dłuższej chwili. W końcu powiedział:

— Witaj, młody człowieku. — Starzec uśmiechnął się.

— Jak się pan czuje?

— Jak? — Stanisław zaśmiał się na głos, choć widać, że z bólem. — Jestem pełen życia! Zobacz, podpięli do mnie tę całą aparaturę, by czerpać ze mnie energię. Mówię ci, na końcu tych kabli znajdują się akumulatory, które się ładują z mojej energii życiowej. Normalne ampery płyną tymi kabelkami. — Starzec potrząsnął jednym z przewodów.

— Taaaak — Marek opanowywał uśmiech. — Właśnie widzę, że jest pan coraz młodszy. Z każdym dniem.

— A co myślałeś. Jeszcze rano założyli mi maskę i wysysali ze mnie zdrowe powietrze. Bo jak wiesz, teraz smog i zanieczyszczenia. Mówię ci, zdrowemu nie popuszczą, aż odbiorą wszystkie siły… — Stanisław cały czas się uśmiechał. — Nie wierzysz?

— No wierze, wierzę. — Marek pokiwał głową z uśmiechem.

— Zobaczysz — starzec przysunął się w stronę Marka, kiwnął, aby się nachylił i cicho dodał — tak mnie tu urządzą, że wyciągnę kopyta. — Rozejrzał się, czy ktoś się nie przysłuchuje.

Po chwili do sali weszła pielęgniarka, spojrzała na Marka z wyrzutem i stwierdziła:

— O tej porze nie ma odwiedzin. Kto pana tu wpuścił?

Marek odpowiedział automatycznie:

— Jestem lekarzem, Marek Olkuń, kardiochirurg.

Pielęgniarka popatrzyła na niego badająco, na chwilę na Stanisława, potem znów na Marka i spytała:

— Ale pan u nas nie pracuje?

— Nie.

— Kardiochirurg? — wycedził Stanisław.

— Oj, taki tam tytuł. — Marek spojrzał na starca i mrugnął okiem.

— Oj, coś mi się nie widzi, że pan jest w ogóle lekarzem, a co dopiero kardiochirurgiem — odparła pielęgniarka.

— Ale jestem tu prywatnie, to mój znajomy, nauczyciel z liceum — odparł Marek, nie chciał mówić na temat swojej medycznej edukacji.

— W takim razie nie może pan tu zostać — stwierdziła pielęgniarka. — Proszę wrócić o dwunastej, gdy będą odwiedziny.

— Ależ, dobra kobieto, proszę pozwolić mu zostać — rzekł Stanisław.

— Nie ma mowy. Nie będzie wyjątków. Proszę wyjść albo zawołam ochronę.

— Ok, ok. — Marek pokiwał głową. — Wrócę po południu, panie Stanisławie. Mam nadzieję, że do tego czasu nie wyssą z pana całej energii. — Zaśmiał się na głos.

Pielęgniarka tylko zmierzyła go wzrokiem. Marek wyszedł z pokoju.

Gry szedł zamyślony korytarzem już do wyjścia, mignęła przed nim znajoma twarz człowieka wiezionego na łóżkowym wózku. Marek zatrzymał się i zastanowił, kto to był. Przeleciał pamięcią wszystkich znajomych, ale do nikogo nie pasowała ta twarz. Lecz przysiągłby, że już widział tego człowieka. Może to po prostu jakiś jego klient z zakładu pogrzebowego, a może pacjent sprzed lat? Czasem tak miał, że rozpoznawał twarz, ale nie potrafił jej przypisać do nikogo konkretnego. Rozejrzał się więc w poszukiwaniu czegokolwiek, co mogłoby go naprowadzić na właściwy trop, ale na korytarzu siedziała tylko starsza kobieta w piżamie, a dalej stała pielęgniarka notująca coś przy którymś z pokoi. W końcu otworzył drzwi wyjściowe, gdy przed nim stanęła Lena. To go całkowicie zamurowało. Nie był w stanie się ruszyć. Ona również przystanęła, spojrzała mu w oczy, delikatnie się uśmiechnęła i powiedziała:

— Cześć, ty nie w białym szlafroku?

Markowi od razu przypomniało się, że myliła słowa, co spowodowało, że uśmiechnął się życzliwie.

— No, już nie pracuję jako lekarz — odparł niepewnie.

— Nie?! — niemal wykrzyknęła. — Przecież to była twoja pasja, całe twoje życie…

— Ano tak wyszło. — Spuścił głowę: trochę ze wstydu, trochę z poczucia winy.

— A co tu robisz?

— Odwiedzałem znajomego.

W tym momencie Marek spojrzał na jej brzuch, który wyraźnie wskazywał na zaawansowaną ciążę. Ale poza sporym brzuchem nie dostrzegł, aby przytyła.

— A ty na badania. — Wskazał wzrokiem na brzuch.

— Tak, za dwa tygodnie mam odwiązanie.

— Chyba rozwiązanie? — zapytał z serdecznym uśmiechem.

— No tak, tak, ciągle mylę słowa.

— Ale tak samo piękna, jak kiedyś… — Wziął głęboki oddech, co oznaczało wciąż drążący go sentyment.

— Daj spokój! — upomniała go. — Nie wracaj już do tego, co było.

— Ja wcale nie wracam, chciałem być po prostu miły.

— Marek, musisz wiedzieć, że teraz jestem szczęśliwa. O tym masz pamiętać! — podniosła głos.

— Tak, tak… — Marek nie wiedział co powiedzieć. Właśnie zdał sobie sprawę, że jakiś fragment uczucia do Leny wciąż się w nim tli. — A pracujesz tam, gdzie pracowałaś?

— Nie, teraz zatrudniłam się w domu kultury, uczę dzieci śpiewać i zajmuję się papierkami.

— Czyli widzę, że twoja pasja ci nie przeszła? — Pokiwał głową. — Dobrze, że nie rezygnujesz z marzeń. Ale sama śpiewasz dalej?

— No teraz to nie, ale jak narodzę, to tak.

— Jak urodzę — poprawił.

— Tak, tak, jak urodzę.

— A wiesz już: chłopiec czy dziewczynka?

— Naturalnie, że chłopiec.

— A czemu mówisz, że naturalnie?

— Bo bardzo chcę mieć syna. Zostanie le… — nagle urwała.

— Słucham? — Marek wytężył słuchu.

— Nie, nic, nic. A co robisz, skoro już nie operujesz?

— A… — zawahał się. — Prowadzę własną firmę, ale to nic takiego. — Nie chciał zwierzać się jej z tego, że otworzył zakład pogrzebowy.

Marek już chciał się z nią pożegnać, gdy przypomniał sobie ostatnią wolę Stanisława. Jeszcze raz zmierzył Lenę wzrokiem, jakby badając, czy byłaby na to chętna, wziął głęboki wdech i spytał niepewnie:

— A czy nie zechciałabyś zaśpiewać u kogoś na pogrzebie pewną piosenkę?

— P-i-o-s-e-n-k-ę? — wycedziła.

— No tak, mój znajomy zażyczył sobie, żeby na jego pochówku zabrzmiała pewna bardzo smutna piosenka.

— Taki testament?

— Niezupełnie. On jeszcze żyje, ale takie ma wymagania.

— Ale to nie teraz? Bo teraz nie dałabym rady z powodu ciąży.

— Nie, nie, jak mówię, on jeszcze żyje. Na razie szukam chętnego.

— Wiesz… — Spojrzała Markowi głęboko w oczy. — A tobie na tym zależy?

— No tak, to mój były nauczyciel z liceum.

— Jak jeszcze będę w kraju, to zaśpiewam.

— Naprawdę?

— Tak. Ale to koniec przysług.

— Oczywiście.

— A teraz — rozejrzała się — wybacz, ale muszę lecieć na badania. Zadzwoń do mnie w sprawie tej piosenki, numer mam ten sam.

— Oczywiście — powtórzył i odsunął się, aby mogła swobodnie przejść.

Gdy tylko wsiadł do samochodu, dopadły go wspomnienia.

* * *

Marek stał jak oniemiały w kościele na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie, gdzie Lena występowała razem ze swoim chórem. Pasja według świętego Jana brzmiała fenomenalnie. Brzmienie kilkunastoosobowego chóru z pogłosem sporego kościoła idealnie zgrywało się z wykonywanym repertuarem. Mimo iż nie słuchał na co dzień muzyki klasycznej, był zachwycony. Docenił to, co mówiła przed występem Lena: Bach był mistrzem kompozycji. Marek próbował wsłuchać się, czy głos Leny wybija się ponad inne, lecz dobiegała go tylko harmonia chóru, wzbogacona o brzmienie kościelnych organów. Widział jedynie, jak Lena szeroko otwiera usta do śpiewu i porusza klatką piersiową. Pomyślał, że chciałby związać się z nią, z kobietą posiadającą również silne hobby, które realizuje, poświęcając sporo czasu i energii.

Muzyka wdzierała się do jego świadomości, drążyła kolejne połacie, by osiadać z siłą, jakiej jeszcze nie doświadczył. Wraz z kolejnymi dźwiękami stopniowo odzywały się pokłady emocji, które w ostatnich czasach Marek odłożył gdzieś, gdzie pozostawały bez kontaktu z nim samym. Gdy chór śpiewał pieśń wstępną, doświadczył wyrzutów sumienia, kiedy zespół wykonywał kolejny utwór, poczuł wszechogarniający smutek, jakiego nie czuł od czasu śmierci swojej babci. Przy którymś z kolei utworze zaznał spokoju jak za czasów, gdy skończył liceum, zdał na medycynę i kilka miesięcy mógł żyć zupełnie beztrosko. Czuł, jakby wskrzeszony na tę chwilę Bach wyciągał z niego wszystko, co ugrzęzło na dnie duszy. Jakby ktoś dokonywał operacji, w której dotykał każdego mięśnia, każdego narządu wewnętrznego, każdej tkanki. Jakby podmieniono krew na taką, która niesie orzeźwienie, ale i ból. Wszystko w nim zawrzało, by pod koniec znaleźć ujście w płynących po policzkach łzach. I nie wstydził się tego. Pomyślał, że starożytni wiedzieli, co mówili, nazywając to uczucie katharsis. On sam doświadczył katharsis z pełną mocą.

Gdy wyszli razem z Leną kościoła i podążali do samochodu, nie mógł się powstrzymać i pocałował ją prosto w usta. Zrobił to odruchowo, naturalnie i bez zbędnych przemyśleń. Na tę chwilę znów stał się chłopcem, który reagował emocjami, całym sobą. Poczuł, że tak naprawdę nic nie ma znaczenia oprócz tej chwili i tego pocałunku. Lena zabiegła mu drogę. Dostrzegł w jej oczach — nomen, omen — pasję i pożądanie. Przysiągłby, że jej źrenice wciąż drgały wraz z muzyką, która jeszcze odzywała się w pamięci. Coś w nich błysnęło, coś ciemniejszego przemknęło, a coś przyciągało. Zbliżył się i zaczął ją całować. Po raz kolejny byli tak blisko.

Kiedy już szli do jego domu, lunął rzęsisty deszcz. Mimo iż była wczesna jesień, zmarzli. Marek otworzył drzwi, wpuścił Lenę do środka, a sam stanął z podniesioną ku niebu głową w strugach deszczu. Woda zalewała mu otwarte usta, noc i oczy. Tak samo jak wtedy, gdy wybiegł z prosektorium. Wszystko, czego doświadczył, słuchając Bacha, właśnie było zmywane wraz z kolejnymi litrami lejącej się z nieba wody. Deszcz, którego potrzebował wtedy, pod prosektorium, aby się oczyścić, tym razem zadziałał odwrotnie i opłukał go z nieskazitelności emocji, które rodziły się do Leny w trakcie koncertu. I znów poczuł, że jego podniecenie seksualne jest niezdrowe — nie mógł pozbyć się widoku nagiego trupa tamtej pięknej kobiety. On, deszcz i wspomnienie wynaturzenia. Został na dworze. Nie chciał iść do Leny…

* * *

Wrócił do domu ze szpitala na Wrzesinie całkowicie bezsilny. Mimo iż bardzo cieszył się ze spotkania Leny, to czuł się wyobcowany. W końcu Lena zaznała w życiu szczęścia, stworzyła związek, a on sam był od tego daleko. A chciałby. Zarówno cieszył się z ciąży Leny, jak i miałby ochotę uderzyć pięścią w przysłowiowy stół uczty życia, bo fortuna sprzysięgła się przeciw niemu. Już był tak blisko Leny, już emocje mówiły jedno, aż stanął w tym wspomnieniowym deszczu i wszystko się zmieniło. Pamięć bywa największym przeciwnikiem.

Nie wrócił do pracy, nie był w stanie. Zasiadł na fotelu, wziął na kolana Zwłoczkę i zapadł się w głąb siebie. Który to już raz życie kierowało nim samym, zamiast na odwrót? Który to już raz zamykał się w domu w trudnej chwili? Wstał i zasłonił okna. Nie chciał widzieć nikogo i nie chciał, aby ktokolwiek widział jego. Nie wiadomo dlaczego przeszył go zimny dreszcz. Sięgnął po leżący obok na kanapie koc i zarzucił sobie na plecy.

* * *

— Mareczku, otwórz, bardzo cię proszę — mówiła matka przez zamknięte drzwi. — To już szósty dzień, gdy nie wychodzisz zza tych zasłoniętych zasłon.

— Mamo — wyszeptał bezsilnie.

— Już stoję tu dzisiaj sześć godzin. Myślisz, że mi łatwo? Pomyśl. — Po raz kolejny zastukała. — Na pewno schudłeś, nic nie jesz…

Marek już miał dość ciągłego wystawanie jej pod drzwiami. Uczucia, którymi ją darzył, zaczynały wzbudzać empatię, która powoli przechylała szalę z autodestrukcji na współczucie. W końcu podszedł powoli do drzwi, oparł otwarte dłonie, próbując powstrzymać wdzierające się do jego mieszkania cierpienie matki. Zrozumiał, że wraz z nim cierpi i ona. I trzymając te dzielące ich drzwi, poczuł, że w tym momencie to ona cierpi bardziej. Być może jego ból już się wypalił, natomiast miłość matki jest nieograniczona.

W końcu sięgnął do tkwiącego od wewnątrz w zamku klucza, zawahał się chwilę, ale przekręcił go. Przeskakujące zapadki zagrały silnymi emocjami. Na zewnątrz zapadła cisza. Matka przestała mówić. Co teraz? Czy wejdzie?

Nagle matka sięgnęła do klamki i otworzyła drzwi. Zobaczyła stojącego przed sobą ducha własnego syna — mężczyznę zarośniętego, śmierdzącego, wymęczonego na twarzy. Ale i ukochanego. Rzuciła mu się w ramiona.

* * *

Następnego dnia rano, gdy wchodził do zakładu, usłyszał głos Ewy:

— Dzień dobry, panie Marku. Znów mamy zbyt wiele ciał. Krzysiek nie da rady.

— Cześć, Ewo. Tak, tak, pomogę mu — odparł, choć było mu to nie na rękę, ponieważ tego dnia chciał jechać w odwiedziny do Stanisława. — Stefana nadal nie ma, Radka też jeszcze nie… — powiedział do siebie półgłosem i wszedł do gabinetu.

Gdy wziął się za przygotowywanie zwłok, poczuł wzrastającą niechęć. Do tego, aby musieć jako szef samemu coś takiego robić, do tego, aby w ogóle zajmować się zwłokami, a tym samym do prowadzenia tej firmy. To, że ma z tego naprawdę dobre pieniądze, to fakt, to, że zwykle może sam decydować o swojej pracy, to następna prawda, wreszcie to, że na dobrą sprawę to praca, która jest w opozycji do pracy kardiochirurga, której miał dość. Tylko dlaczego wybrał to, a nie na przykład handel medykamentami, o których miał całkiem dobre pojęcie? Niby miał również pojęcie o ludzkich ciałach, tyle że dogłębna znajomość medycyny nijak się miała do ciał, którym już nie da się pomóc. Poza tym, za każdym razem zaczynając pracować osobiście ze zwłokami, z nerwowością wypatrywał, czy nie trafi mu się jakaś kobieta. W zasadzie chyba tylko Stefan miał pojęcie o jego problemie związanym z płcią ciała, ale domniemywał, że inni pracownicy również to wiedzą, choć otwarcie niczego nie mówili. Powoli zaczynał nienawidzić tej roboty. Wszystko kojarzyło mu się ze śmiercią, końcem i nieszczęściem. Przypomniał sobie czasy, gdy już w szkole średniej dobrze wiedział, że zostanie kardiochirurgiem. Wtedy czuł dumę, rosnący zapał i radość. Co się z nim stało?

Pracę skończył o wiele później, niż planował. Tego dnia przygotował dwa ciała, oba mężczyzn. Wsiadł do samochodu, uruchomił silnik, już miał ruszać do szpitala, gdy zadzwonił telefon. Odebrał:

— Cześć, tu Lidia. Co dziś robisz?

Wyłączył silnik i od razu zastanowił się co robić, bo spodziewał się, że Lidka chce się spotkać.

— Cześć… — zawahał się. — Właśnie jadę do szpitala.

— Coś ci jest? — spytała natychmiast.

— Nie, do znajomego.

— A długo tam będziesz?

— Jeszcze nie wiem, ale mam do obga… — chciał powiedzieć, że do obgadania kilka szczegółów, ale przecież nie będzie teraz tego ustalał ze Stanisławem, gdy ten jest ciężko chory i tak naprawdę nie wiadomo, czy z tego wyjdzie. — Posłuchaj, nie wiem, ile tam będę siedział, lepiej, jak się umówimy na inny termin.

— Szkoda. Bo mam dla ciebie fuchę. — Cichutko się zaśmiała.

— Co masz dla mnie? — Zastanowił się, czy ona chce, aby kogoś przebadał?

— No, fuchę. — Powtórzyła śmiech na cały głos.

— Czyli? — Odwzajemnił śmiech, jakoś poczuł, że będzie zabawnie.

— Przyjedź, to się dowiesz.

— Nie powiesz nic więcej?

— Nie. To kiedy jeśli nie dziś?

— Jutro po pracy.

— No, dobrze. To do zobaczenia.

— Do widzenia.

Ponownie odpalił silnik i ruszył do szpitala. Nie mógł przestać myśleć, co za fuchę ma Lidka. Może wzięła sobie za bardzo do serca własne słowa, że Marek chciałby wrócić do leczenia ludzi, i zorganizowała mu kogoś do przebadania? A może jeszcze lepiej — jakaś drobna operacja jak na przykład usunięcie brodawki lub czyraka? Bo przecież nie zaciągnie go siłą na salę operacyjną. Jednocześnie Marek zdał sobie sprawę, że po raz pierwszy od czasów tej tragedii myśli o kobiecie w ten szczególny sposób. Czyżby był już gotowy, aby powrócić do życia? Do leczenia ludzi?

Kwadrans później szedł korytarzem szpitala i zastanawiał się co robić, gdy Stanisław zacznie mówić na temat organizacji własnego pogrzebu. Na dobrą sprawę nie mógł nic na to zaradzić. Bo co, powie, że ani słowa na ten temat? Przecież Stanisław dobrze zdaje sobie sprawę, w jakiej sytuacji się znalazł. W końcu znalezienie wątroby do przeszczepu dla kogoś w tym wieku jest niemal niemożliwe. Sam o tym dużo nie wiedział, w końcu szkolił się na specjalistę od serca, ale zdawał sobie sprawę, że zawsze pierwszeństwo mają młodsi.

Kiedy tylko wszedł na salę, zamarł. Łóżko, na którym leżał Stanisław, stało puste. Mnóstwo myśli przetoczyło mu się przez głowę. Czy stało się właśnie to? Wyszedł z pokoju, zauważył stojącą pod ścianą ławkę i bezsilnie usiadł. Skrył twarz w dłoniach. Dobrze starzec wyczuł, że to jego ostatnie dni. Dobrze, że przynajmniej część warunków pogrzebu przekazał Markowi. A może resztę gdzieś zapisał? Marek natychmiast pomyślał o Ani: dziewczyna i tak ma dość życia, a teraz zostanie sama. Jeszcze nie pozbierała się po tym, jak odebrano jej narzeczonego, a teraz śmierć. Los niektórych nie oszczędza. Czy teraz to już będzie musiała się udać do specjalisty, jak to rzekł Stanisław, od rozumu?

— Dzień dobry, panie Marku — usłyszał nad sobą. Od razu rozpoznał głos Ani.

Błyskawicznie spojrzał. Stała nad nim i delikatnie się uśmiechała.

— Dzień dobry… — Nie wiedział, jak zareagować.

— Szuka pan dziadka? Na razie wzięli go na tomografię, a później przenoszą go na odział wewnętrzny.

Marek poczuł silną falę gorąca zalewającą go od stóp do głów.

— Czyli dziadek żyje? — zapytał cichutko, nie za bardzo pewny tego, co usłyszał.

— Tak, stan się mocno poprawił, wątroba zaczęła pracować.

— Wiadomo, co to było?

— Prawdopodobnie silne zatrucie jakimś pokarmem, ale takie, które rzuciło się tylko na wątrobę.

— Tak, przy marskości tak bywa — powiedział do siebie.

— Słucham?

— Mówię, że tak się zdarza. — Wziął głęboki oddech. — Myśli pani, że dziś powinienem go odwiedzić?

— Myślę, że nie — odparła po zastanowieniu. — Dziadek pewnie chciałby, ale musi odpoczywać.

— Naturalnie — odpowiedział mechanicznie i zadał sobie pytanie, jak bardzo zapomniał o tym, że to on powinien odpowiadać na takie pytania.

— Jutro zadzwonię i powiem co i jak.

— Oczywiście. — Zastanowił się. — A ty jak się czujesz?

— Dobrze, jestem dobrej myśli, jeśli o to pan pyta. Dziadek szybko wróci, to tylko chwilowe. — Szeroko się uśmiechnęła.

Marek nie odpowiedział nic, tylko odwzajemnił uśmiech.

— Tak że zadzwonię jutro — dopowiedziała.

Wyszedł ze szpitala skołowany. W końcu taka huśtawka nastroju nie zdarza się co dzień. Jeszcze do tego ten śmiech Ani; w zasadzie pierwszy raz widział ją, jak tak bardzo się uśmiechnęła. Pomyślał, że chciałby dziś się nieco rozerwać. Wyciągnął telefon i przez chwilę wahał się, czy zadzwonić, ale po prostu wysłał do Lidki esemesa:

Jednak dziś mam wolne. Jeśli aktualne, mogę być za pół godziny.

Oparł się wygodnie w samochodowym fotelu i zatopił w myślach. Może by tak zrobić Stanisławowi przysługę i znaleźć jakiegoś dobrego psychoterapeutę dla Ani? A może nawet zapłacić za kilka wizyt? Nie znał prawie ani Stanisława, ani jego wnuczki, a jednak to go dręczyło. A może wystarczy pomóc jej znaleźć nowego narzeczonego? Tyle że nie znał nikogo takiego.

Rozmyślania przerwał dźwięk przychodzącej wiadomości.

To super! Zapraszam. Wwa, Apartamentowa 126 m. 4.

Błyskawicznie odpalił silnik i ruszył.

* * *

— Mareczku, wracaj do domu — powiedziała matka. — Dość już tej zabawy.

— Mamo, ale jeszcze chwilę — odpowiedział mały Mareczek.

— Nie, zaraz pora iść do kościoła. Muszę cię przebrać.

Chłopiec podszedł bliżej, zostawiając rówieśników. Gdy był blisko mamy, cichutko powiedział:

— Ja nie chcę do kościoła. To jest nudne. Nie chcę.

— Mareczku. — Mama wzięła go za rękę. — Bez Bozi to nie wolno żyć. Tak to tylko żyją źli ludzie. Chcesz być zły?

— Ale mamo…

— Czy chcesz być dobry, żeby cię wszyscy kochali?

— Ale dzieci to się ze mnie śmieją, że ja to ciągle do tego kościoła. Mówią, że zostanę księdzem. A ja nie chcę być księdzem.

— A kim chcesz być? Ksiądz najlepszy.

— Ja chcę być lekarzem. Takim co leczy ludzi.

— Ale lekarz musi być dobry, więc musi być grzeczny. A jak nie będziesz chodził do kościoła, będziesz niegrzeczny. I cię nie będą chcieli na lekarza.

— Będą chcieli! — krzyknął Mareczek.

— Będą chcieli, jak będziesz grzeczny i dobry. I dlatego musisz chodzić do kościółka.

— Ale ja nie chcę.

— No to zostaniesz robotnikiem, co kopie rowy. Do tego nie trzeba być dobrym — odparła z wyrzutem matka.

— Nie! Chcę być lekarzem!

— To powtarzam, jak chcesz być lekarzem, musisz chodzić do kościółka.

Mareczek stanął przed wejściem do domu, założył ręce na pierś, spuścił głowę i wyszeptał:

— No dobrze, ale króciutko.

— Tyle, ile trzeba.

— Króciutko! — przekomarzał się.

— Bozia będzie się gniewała, jak nie będziesz słuchał mamusi.

Mareczek wszedł do domu. Kilkanaście minut później poszedł ze skwaszoną miną do kościoła, trzymając mamę za rękę. Nie chciał się modlić, nie chciał śpiewać z innymi, chciał odbębnić swoje i wrócić do rówieśników. Tyle że matka zabierała go codziennie do kościoła. Na wieczorną mszę. Za każdym razem szedł z mniejszym oporem, potem całkiem malutkim, aż w końcu nie sprzeciwiał się wcale. W końcu dzięki temu zostanie lekarzem.

Samotność Boga — cz. V

Samotność Boga — cz. V

Dotarł do zakładu, cały czas wahając się, aby zadzwonić do Lidii. Albo przynajmniej odpisać. Pewnie i tak już postawiła na nim krzyżyk, bo tyle dni milczał. Wszedł do pomieszczenia, gdzie myto zwłoki i stanął nieruchomo pod ścianą. Obserwował, jak pracownik myje szlauchem podłogę wyłożoną kafelkami. Po raz kolejny zapadł się w myślach. Widział tylko odbijające się od glazury krople wody i strumienie płynące ku okratkowanym wylotom w podłodze. Pojedyncze strugi niemal wciągały jego uwagę. Wiły się na płaskiej powierzchni, a gdy docierały do żłobień służących do odprowadzania wody, wyrównywały ciek na prosty, bardziej zbity i silniejszy. Który to już raz Marek stał niemal zahipnotyzowany wodą.

W końcu po południu postanowił zadzwonić do Lidii. W pamięci miał jedynie strzępki tamtego spotkania. Zanim zadzwonił, zastanawiał się, czemu miewa wątpliwości, czy pozna ją w rzeczywistości. Przecież widział ją z bliska, chwilę rozmawiali, pamięta, że jest blondynką, prawie bez makijażu, niezwykłej urody. Ale jego umysł dwoił się i troił, aby zobaczyć w pamięci wygląd twarzy. Czy to nie jest przypadkiem tak, że ostatnimi czasy utracił do siebie zaufanie w ogóle? A jeśli je utracił, to zwyczajnie nie dowierza, że to, co pamięta, wystarczy do rozpoznania Lidii.

— Tak, słucham — usłyszał w słuchawce bardzo cichy głos, zaraz po tym, jak się połączył. To go speszyło, ponieważ wyraźnie wyczuł, że Lidka nie za bardzo ma ochotę na rozmowę.

— Dzień dobry — zaczął oficjalnie. — Nie wiem, czy mnie jeszcze pamiętasz, ale jestem tym… — chciał powiedzieć lekarzem, ale ugryzł się w język — człowiekiem, który zaczepił cię na parkingu w Puszczy Kampinoskiej.

— A, dzień dobry! — odpowiedziała z nutą euforii.

— Ja trochę późno dzwonię, bo… — ponownie zawiesił głos — miałem pewne trudności, ale to już za mną. Czy nie za późno, aby cię gdzieś zaprosić?

— Nie, dopiero mamy przecież wczesne popołudnie — odparła.

Marek uśmiechnął się w duchu, mimo iż w gruncie rzeczy nie do śmiechu mu było. Miał na myśli kilkudniowe spóźnienie, a ona od razu wyskakuje ze spotkaniem tego samego dnia.

— A o której możesz się spotkać? — palnął.

— Kończę pracę o siedemnastej, więc, powiedzmy, o osiemnastej.

— Ale w sumie nie ustaliliśmy, gdzie mieszkasz, bo ja pod Warszawą, w Pruszkowie.

— Ja w Ursusie. — Słychać było, że się uśmiechnęła. — Więc nie mamy tak daleko.

Marek na dłuższą chwilę zamilkł, bo zastanawiała go ta przemiana: pierwsze słowa wypowiedziała, jakby wszystkiego miała dość, a teraz niemal tryska humorem. Czyżby tak dobrze go odebrała?

— Halo, jesteś tam? — spytała.

— Tak, tak. To może w Gawrze, tam jest całkiem przyjemna restauracja? Wiesz, gdzie to jest?

— Jasne!

— To co? O osiemnastej pod Gawrą?

— Jasne — powtórzyła.

Gdy się rozłączył, dopadły go myśli, wśród których dominowała jedna: po co się z nią spotyka? Po co w ogóle spotyka się z jakąkolwiek kobietą? Przecież przez ostatnie kilka lat, odkąd prowadzi zakład pogrzebowy, nie spotkał się ani razu. Nie w głowie były mu kobiety. A może to wreszcie czas, aby coś zmienić? Aby wrócić do świata żywych?

— To, co zamawiasz? — spytał, gdy siedzieli już przy stoliku?

— Spaghetti bolognese. A ty?

— Ja chyba to samo. — Przerzucił kartkę menu.

— To mówisz, że jesteś lekarzem?

Marek zastanowił się co odpowiedzieć. Z jednej strony chciał być uczciwy, a z drugiej wiedział, że to, iż jest lekarzem, przekonało ją, aby się w ogóle odezwać. Co, teraz powie, że dał taką wizytówkę, aby zrobić lepsze wrażenie?

— Jak by to powiedzieć — zaczął. — To nie do końca tak. — Spuścił głowę, nie za bardzo wiedząc, jak z tego wybrnąć.

— No, na wizytówce było napisane kardiochirurg. To ściema? — spytała niepewnie.

— Powiem wprost: byłem kardiochirurgiem kilka lat temu. Ale już nie jestem.

— Aha, rozumiem. — Pokiwała głową.

— Dałem ci taką wizytówkę, bo ta mi się nawinęła. Sam nie wiem co powiedzieć. — Marek czuł, że danie Lidii starej, nieaktualnej wizytówki spowoduje u niej niechęć, bo gdzieś z tyłu głowy zdawał sobie sprawę, dlaczego dał jej akurat tę wizytówkę. A wiedział, że kobiety nie lubią być okłamywane, niektóre mają na tym punkcie istnego fioła. Spuścił wzrok na stolik, czekając na wyrok.

— Wiesz, tak sobie myślę, że zrobiłeś to, bo chciałbyś wrócić do zawodu, a jednocześnie nie możesz tego zrobić z jakiegoś powodu — odparła po krótkiej chwili.

Takiej odpowiedzi się nie spodziewał. Widział Lidię odchodzącą już od stolika, a przynajmniej obrażoną, a tymczasem rzuciła nowe światło na jego aktualne życie. Zerknął ukradkiem jej w twarz. O dziwo, też miała spuszczoną głowę. Czyżby aż tak wyczuła jego stan? Czy on faktycznie pragnie znów być kardiochirurgiem? W końcu nieśmiało zapytał:

— Dlaczego sądzisz, że chciałbym wrócić?

— Dlaczego? Bo skoro dałeś kobiecie właśnie tę wizytówkę, to znaczy, że ten zawód wydaje ci się bardziej atrakcyjny.

— A może uznałem, że jest bardziej atrakcyjny dla kobiety, dla kogoś z zewnątrz?

— Wiesz… — Spojrzała mu w oczy. — Nie wierzę, że ktoś chciałby dać taką wizytówkę, jednocześnie darząc nienawiścią czy niechęcią ten zawód. — Rozejrzała się. — Ale, ale, chyba coś na zbyt poważne tematy nas wzięło. — Uśmiechnęła się. — Znaczy, mnie wzięło, ty tylko odpowiadasz… A co teraz robisz?

— Co?… A czy to przesłuchanie? — zapytał z uśmiechem, podchwyciwszy chęć zmiany klimatu rozmowy na lżejszy.

— No, w sumie racja. Nie chcesz, to nie odpowiadaj. Ja tylko tak pytam…

— Ważne jest to, że lubimy samotne spacery po lesie.

— A to tak. — Uśmiechnęła się, ale jakoś sztucznie.

Miał wrażenie, że zrobiła to z przymusu.

— Często tak spędzasz czas?

— Ostatnio dość często. Kiedyś inaczej żyłam. — Zaśmiała się pod nosem, choć Marek mógłby przysiąc, że zawierała się w tym jakaś złośliwość.

— A co poza tym lubisz robić? — spytał.

— Przepraszam, ale nie rozmawiajmy o mnie. — Skrzywiła się. — Możemy mówić nawet o całkach, czy wydzielinach ludzkiego ciała, ale nie o mnie — zażartowała.

— Naprawdę, mogę? — podchwycił żart.

Oboje wybuchnęli śmiechem.

Kiedy jedli posiłek, Marek zerkał na Lidię, starając się nie być zbyt nachalnym. Zdał sobie sprawę, że poznałby ją zawsze i wszędzie, tę twarz zapamięta chyba do końca życia. Tylko niepotrzebnie się nad tym zastanawiał. Z każdym kolejnym kęsem miał wrażenie, że Lidia jest coraz smutniejsza, coraz bardziej wycofana, choć na pierwszy rzut oka wyglądało, jakby po prostu jadła. Spojrzał na szklankę w gazowaną wodą stojącą na stole. Na całej powierzchni styku napoju ze szkłem rodziły się kolejne i kolejne pęcherzyki dwutlenku węgla, które z każdą chwilą zwiększały objętość, by w końcu oderwać się od ścianki czy dna, wypłynąć na powierzchnię i tam eksplodować, uwalniając zawarty gaz. Sama woda tymczasem pozostawała niemal nieruchoma, jedynie na powierzchni rozchodziły się szybkie kręgi miniaturowych fal, które kończyły swój żywot na ściance szklanki.

— Jakie plany na dziś? — spytała bardzo cicho.

— Sam nie wiem. Lubię siedzieć po prostu w domu.

— Ja też — błyskawicznie odparła i spuściła głowę.

— Mam dość męczącą pracę.

— A ja tak od jakiegoś czasu… — Pokręciła głową.

— Będziesz słuchała muzyki? Lubisz?

— Nie za bardzo, nie za bardzo. Choć czasem tak, ale nie za bardzo — powtórzyła.

— A książki?

— Nie, żadnych nie piszę — zaśmiała się ironicznie.

— W sumie ja też — odpowiedział i od razu przyszło mu do głowy, że zupełnie niechcący dowiedział się, że te notatki na parkingu to nie z powodu prozy czy poezji.

— Tak, przepraszam za szczerość, ale chyba oboje nie mamy zbyt dużo ciekawych rzeczy do powiedzenia.

Marka zatkało. On sam nigdy by się nie odważył, aby powiedzieć coś takiego na randce.

— Ale nie mówię, że to źle — podniosła głos. — Mówi się, że trafiła kosa na kamień, a w tym wypadku to raczej trafiła kropla na ocean.

— Czemu akurat woda? — zapytał natychmiast.

— Czemu?… Bo mówi się: nabrać wody w usta. Zobacz: ty nie za bardzo chcesz się zwierzać, ja również, więc co będę owijała w bawełnę.

— No tak, trafnie z tą wodą — zauważył.

— Ja wiem, czy tak trafnie? — wykrzywiła nieco po męsku usta. Wyglądała przy tym mniej atrakcyjnie, bardziej jak kolega. Marek zastanowił się, że tak piękna kobieta nie próbuje za wszelką cenę być idealna. Bo na pewno ten grymas był daleki od ideału kobiecego wyglądu. — Powiedziałam to, co mi przyszło do głowy. A że tobie się podoba, to fajnie, cieszy mnie to.

Dodatkowo Marek zastanowił się, że Lidia podała przykład wody, która przecież jest dla niego bardzo znacząca już od dawien dawna. Czyżby podobieństwo dusz? A może… A może zauważyła, jak przyglądał się szklance i wyczuła jego fascynację wodą? Może to wszystko Lidia robi po to, aby mu się przypodobać? Bo to, że powiedział, iż nie pracuje jako kardiochirurg, wcale nie musiało być przez nią potraktowane jako prawda, a jako niechęć pokazywania się. Czyżby miała chore serce i dowiedziawszy się o jego zawodzie, próbuje wejść w łaski i szybciej załatwić sobie jakiś zabieg? Zastanowił się, jakie notatki może sporządzać ktoś chory na serce. Jeśli spacer był długi i intensywny, to na pewno mogła notować, jaki ma puls, a być może nawet jakie ciśnienie. Tak, to na pewno jest to! Ot, kolejna interesowna kobieta, która nawet robi z siebie cierpiącą, tylko po to, aby zdobyć jego względy jako lekarza. Ale ciekawe, że tak szybko go rozgryzła. Przecież zrobiła to niemal natychmiast. Rozstali się na parkingu pod galerią Gawra. Marek nie odprowadził Lidii do samochodu, bo cała ta sytuacja wpłynęła na niego nie za dobrze. Widział jedynie, że poszła w stronę samochodu, a sam czym prędzej odjechał. Umówili się, że to ona zadzwoni.

Tego dnia Marek wrócił do domu dość wcześnie. Randka okazała się całkowicie nieudana. Co prawda nie usłyszał nic, co by potwierdzało jego teorię o chorobie kardiologicznej, ale miał takie obawy. A może to tylko obawy? Może chodzi o zupełnie co innego? W końcu nie wszystkie piękne kobiety tryskają humorem czy choćby dobrym samopoczuciem. A jeśli to jedna z nich?

Zapadł się w fotelu z gorącą herbatą w dłoni i włączył telewizor. Zrzucił kapcie, a nogi oparł o krzesło. Wskoczyła mu na kolana Zwłoczka i zaczęła głośno mruczeć. Fakty były takie, że umówił się z Lidią na kolejną randkę, choć szczegółów jeszcze nie ustalili. Zrobił to, bo w gruncie rzeczy chciałby jej pomóc, nawet już nie pracując jako kardiochirurg. Pewna część osobowości jednak pozostaje niezmienna, mimo tak drastycznej zmiany zawodu. A skoro chciałby jej pomóc, to w jakiś sposób zignorował swoją obawę. Najwyżej jeśli Lidia ma problemy z sercem, a okazałaby się za bardzo interesowna, zadzwoni do jakiegoś kolegi z czasów pracy w szpitalu i poprosi o zajęcie się sprawą, a z nią przestanie utrzymywać jakiekolwiek kontakty. Spróbował więc zapomnieć na tę chwilę o niej i po prostu gapił się w telewizję. Popijając gorącą herbatę, z nogami na krześle stojącym naprzeciwko, oglądał program o ssakach żyjących na Antarktydzie.

* * *

— To gdzie pójdziemy? — spytała Lena, gdy spotkali się po raz pierwszy.

— Ty jesteś przyjezdna, więc pewnie chciałabyś coś zobaczyć, ja się dopasuję.

— A ty gdzie byś chciał?

— Ja pojechałbym nad Wisłę albo gdzieś do lasu — odparł.

— Dobrze, to tam pojedźmy — cichutko przytaknęła.

— Czyli gdzie, nad Wisłę czy gdzieś dalej?

— Wybierz ty, ja się dopasuję.

— To może jednak do lasu, do Puszczy Kampinowskiej?

— A to gdzieś daleko?

— Nie, kilkanaście kilometrów pod Warszawą.

— A jak tam dojedziemy? Autobusem?

— Nie, mam samochód. Spokojnie, autobusem bym cię tam nie ciągnął.

Ruszyli w kierunku auta. Lena umówiła się z nim po pierwszych słowach, nie musiał zachęcać, pytać. Ostatni raz spotkał się z kobietą na randce na początku studiów, byli zresztą ze sobą jakiś czas, ale w końcu rozstali się, choć sam Marek nie wiedział dlaczego. Ot, któregoś dnia zadzwonił do niej, a ona oznajmiła, że ten związek to nie to, czego oczekiwałaby. Więcej się nie spotkali. Ale Marek nie martwił się tym za bardzo, bo na dobrą sprawę bardziej przejmował się studiami i karierą kardiochirurga. Teraz szedł obok pięknej Ukrainki i o wiele bardziej mu zależało. Z jednej strony miał dużo większe opory, by się z nią w ogóle umówić, a z drugiej, kiedy już do tego doszło, czuł większe zaangażowanie niż w poprzednim przypadku. A może to jest tak, że im miłość przychodzi trudniej, tym bardziej nam zależy? Tylko dlaczego to, co kiedyś przychodziło mu bez trudu, teraz stanowi nie lada problem?

— To twój auto? — spytała podekscytowana, widząc prawie nowego Nissana Corollę.

— Tak, to moje auto. — Pokiwał głową.

— Stać cię na takie? Przecież cały czas jeszcze studiujesz?

— To prezent od rodziców za to, że dostałem się na specjalizację.

— Bogatych masz… — urwała w połowie zdania i spojrzała Markowi w oczy.

— Tak, mają dość pieniędzy, na to nie mogę narzekać.

— Ale ja nie chcę mówić o pieniądzach. I nie pomyśl sobie, że na to biegnę.

Marek się zaśmiał. Od razu jak poznał Lenę, widział w niej kobietę, która w życiu kieruje się emocjami i dobrocią, a nie pieniędzmi i karierą. Ale też rozbawiło go przekręcenie ostatniego słowa.

— Po polsku mówi się: lecę na coś, a nie biegnę na coś — poprawił ją wciąż z uśmiechem.

— Tak, tak, mylę polskie słowa — odparła ze smutkiem.

— Ale nie przejmuj się. W zasadzie to możesz mówić, jak chcesz. — Otworzył najpierw drzwi pasażera i wpuścił ją do środka.

Tego dnia spędzili kilka godzin w Puszczy Kampinoskiej. Spacerowali niespiesznie, opowiadając o swoim dzieciństwie, o dorastaniu, o rzeczach charakterystycznych dla swoich krajów. Okazało się, że matka Leny urodziła się już na Ukrainie, choć matka była Polką; mieszkali na terenach, które niegdyś należały do Polski. Zdarzały się momenty, gdy Marek przestawał mówić, mając ochotę na chwilę ciszy, a Lena podchwytywała to w mig i też milkła. Szli wtedy w niemal całkowitej ciszy i jedynie ptaki oraz wiatr odzywały się gdzieś w górze. Marek nie zastanawiał się nad tym, czy Lena milkła, aby mu się przypodobać, czy sama również nie za bardzo lubiła mówić, ale gdyby miał zgadywać, powiedziałby, że to po prostu taka kobieta — ceniąca ciszę i spokój ponad inne wartości. W pewnym momencie zatrzymali się na leśnym miejscu biwakowym z drewnianym stołem, drewnianymi ławami i daszkiem.

— Często tu zabierasz kobiety? — spytała.

Marek siedział ze spuszczoną głową. Na te słowa jednak oderwał się od myśli, spojrzał jej w twarz i odparł:

— W zasadzie to pierwszy raz tu jestem z kobietą. — Pokiwał głową.

— To czuję się wyróżniona. — Przysunęła się bliżej niego. — A dlaczego akurat ja?

— Dlaczego?… — Zastanowił się. — Bo jesteś piękną kobietą, a w dodatku w typie, który bardzo lubię.

— Naprawdę? Ty też mi się podobasz. — Przysunęła się do niego jeszcze ciut bliżej.

Marek zauważył, że Lena próbuje skrócić dystans, jednak sam nie chciał, aby coś się między nimi zdarzyło już tego dnia. Wiedział, że to nie jest dobry pomysł, aby doszło do czegokolwiek na pierwszej randce, gdy zależy mu na czymś więcej niż przelotnej znajomości. Wstali więc wkrótce i ruszyli dalej, ku niezadowoleniu Leny. Lecz niezadowolenie, które zauważył, nie trwało długo. Już po kilku minutach rozmawiali znów w najlepsze. Do domu wrócił tamtego dnia dość późno, bo po odwiezieniu Leny pojechał jeszcze na dłuższą przejażdżkę po stolicy.

Za każdym razem gdy myślał o niej w sposób seksualny, nie mógł się oprzeć wspomnieniom tego, co wydarzyło się w prosektorium. Znów widział siebie jako wynaturzonego mężczyznę, który ma wzwód na widok trupa. To nic, że tym razem miał do czynienia z żywą kobietą, która, jak widział, pragnęła go z każdą chwilą bardziej. Jadąc samochodem przez oświetlone Aleje Ujazdowskie, zastanawiał się, czy gdyby Lena trafiła do prosektorium, też czułby to samo, co kilka lat wcześniej. Bo tego, że niezwykle podobała mu się fizycznie, był absolutnie pewien. Poza tym, czy tamten moment podniecenia seksualnego zdarzył się jedynie przez nieuwagę, przez nieuświadomienie sobie, że kobieta nie żyła, czy może zdarzyłby się ponownie i ponownie. Wolał nie próbować. W domu rodzinnym wpojono mu żelazne zasady i wiarę w Boga, która mówiła, że za każdy występek spotka go odpowiednia kara. I choć bardziej mówiono tam o karze po śmierci, na Sądzie Ostatecznym, to Marek dopatrywał się kary jeszcze tu za życia. Wzięło się to stąd, że jego ojciec traktował go dość ostro, często wymierzając drobne kary za byle przewinienie. Jego matka natomiast zawsze stanowiła dla niego azyl, osobę, do której mógł przyjść i się nawet wypłakać. I teraz brakowało mu takiej osoby, choć do kobiet czuł olbrzymi dystans po sytuacji w prosektorium.

* * *

Następnego dnia po spotkaniu z Lidią nie mogły go opuścić wspomnienia przeszłości: Lena, sytuacja z prosektorium, aż wreszcie jego pierwsza randka. To zdarzyło się tak dawno, że pamiętał jedynie drobne rzeczy, jak podekscytowanie przed i rozanielenie po. Natomiast z samego spotkanie nie pamiętał zbyt wiele. Zupełnie jakby co innego przyćmiło wspomnienia. Zastanawiał się teraz czy to emocje, czy może zwykła niepamięć. Ale biorąc pod uwagę, że pamiętał dokładnie ze szczegółami dużo wcześniejsze fakty ze swojego życia, to raczej w wypadku pierwszej randki wspomnienia zostały przyćmione przez emocje. Zastanowił się, jak to jest, że czasem emocje powodują, że pamiętamy zdarzenie, a w tym wypadku działały odwrotnie.

Wyszedł z domu przed dziewiątą rano i pojechał do pracy. Gdy wszedł do zakładu, zza recepcji odezwała się Ewa:

— Szefie, Stefan się rozchorował. Nie będzie go w pracy.

— Coś poważnego?

— Tego nie wiem, ale wspominał przez telefon, że nie będzie go jakiś czas, ma zadzwonić, jak dojdzie do siebie.

— Czyli nie wiadomo, kiedy wróci? — Marek od razu pomyślał, że teraz sam nie będzie mógł pozwolić sobie na tyle swobody, co do tej pory, bo w razie potrzeby Stefan zajmował się niemal wszystkim — był jego prawą ręką.

— Nie, mówił jedynie, że go nie będzie jakiś czas.

Marek wszedł do siebie do gabinetu, usiadł na fotelu i zaczął się zastanawiać, czy nie odwiedzić Stefana. Przyszło mu do głowy, czy ta choroba to nie przypadkiem po wspólnym wędkowaniu, bo temperatura była dość niska. Jednak od dłuższego czasu, od porzucenia kariery kardiochirurga, unikał ludzi. Z drugiej strony teraz spotkał się z Lidią, ze Stefanem przecież też zacieśnił więzi koleżeńskie, więc może już czas przestać zadręczać się przeszłością, a czas zacząć żyć normalnie. Jakkolwiek jawiło się to mu niezgodne z emocjami, czuł, że to jedyna droga. Już sięgnął po komórkę, aby zadzwonić do Stefana, ale zrezygnował. Sam nie do końca wiedział, o czym mógłby teraz z nim rozmawiać, a poruszać tematów zdrowotnych nie był nadal w stanie. Nie po tym, co się wydarzyło.

Usłyszał pukanie do drzwi.

— Panie Marku — mówiła Ewa — Radka wciąż nie ma, Stefan na zwolnieniu…

— Tak, tak, wiem — przerwał jej. — Zaraz się przebiorę i pójdę im pomóc, niech obędą się beze mnie kwadrans.

— Panie Marku, ale Adam właśnie stwierdził, że rezygnuje, że nie nadaje się do takiej pracy. Został Krzysiek, a on sam nie da rady. Mamy dziś cztery ciała. Może trzeba pomyśleć, aby kogoś zatrudnić? Teraz to nawet nosić trumnę nie ma komu, bo choć Arek i Mirek mogą nadal przychodzić dorywczo do samych pogrzebów, jak już to robili wcześniej, to teraz jest ich najwyżej trzech, brakuje czwartego, a dziś mamy pogrzeb.

— Czyli co? Nie pozostało mi nic innego jak nieść z nimi trumnę.

— Szefie, nie to miałam na myśli, raczej myślałam o poszukaniu kogoś dorywczo takiego jak Arek i Mirek.

— Ewo, mało prawdopodobne, abyśmy dziś kogoś takiego znaleźli. Jeszcze gdyby na stałe, to tak, ale na dorywczo, tylko na pogrzeby, to nie ma szans.

— A nie ma pan oporów?

— Osobiście żadnych. Najwyżej jeśli spotkam jakiegoś byłego pacjenta, to zacznie się plotkowanie na większą skalę. Ale wie pani co? — Oparł się wygodnie w fotelu, spojrzał jej w oczy. — Guzik mnie to obchodzi. Już nieraz mnie pytano, dlaczego rzuciłem pracę jako lekarz i pracuję tutaj. Żadna praca nie hańbi, a ta również uszlachetnia.

— Panie Marku. — Weszła do gabinetu i zamknęła za sobą drzwi. — Mogę być szczera? Ale tak bardzo szczera?

— Tak, Ewo, proszę mówić — odparł automatycznie, choć dreszcz niepewności przebiegł mu po plecach.

— Pan to powinien wrócić do zawodu, ja panu mówię. Przepraszam za wyrażenie, ale gada pan głupoty, że ta praca uszlachetnia. Według mnie ta praca to tylko pieniądze, nic więcej. Tu za nikogo pan nie odpowiada tak naprawdę, przyjmuje pan trupy i trupy pan grzebie. Co może pójść nie tak? Uśmierci pan któregoś? — podniosła głos.

— Ewo…

— Nie, panie Marku, serce mi się kraje, jak widzę, że tak dobry człowiek i lekarz kardiochirurg marnuje sobie życie. Ile razy obiecywałam sobie, że powiem to panu, ale za każdym razem tłumaczyłam sobie, że to nie moja sprawa, że to pańskie życie.

— Ewo, nie wiesz wszystkiego. — odparł cicho. — Dla mnie to naprawdę…

— Owszem, nie wiem wszystkiego — przerwała mu — ale wiem tyle, że to nienormalne, aby lekarz grzebał ludzi. Owszem — podniosła głos jeszcze bardziej, ledwo opanowując emocje — mówi się, że każdy lekarz ma swój cmentarz, ale pan to se chyba to za bardzo wziął do serca. Ja się na to nie godzę, to nie na moje nerwy — biernie przyglądać się i codziennie mówić sobie, że tak ma być, że to nie mój zasrany interes. Nawet mój mąż ma pretensje, że bardziej się przejmuję panem niż nim. — Wybuchnęła płaczem.

Marek wstał z fotela, podszedł do niej i przez chwilę zastanawiał się, co zrobić. Jednak w jakiś niezrozumiały sposób instynkt zadziałał i Marek objął ją ramieniem.

— Nie! — zaprotestowała i odeszła krok w bok. — Teraz jest pan czuły i to jest dobre, ale za chwilę pozbędzie się pan duszy i znów będzie bezdusznym grabarzem. Z każdym pogrzebem pozbywa się pan kawałka swojej duszy. A na co pan to zamienia? Na srebrniki!

— To nie tak! — Marek aż drgnął.

— Co nie tak? Może mnie pan zwolnić za to, co właśnie powiedziałam, mam to w dupie! Ważne, że teraz będę miała spokojniejsze sumienie. A tak z każdym pieprzonym pogrzebem w moje sumienie wbijały się coraz większe zadry z tych pieprzonych trumien.

— Ewo! — Marek podniósł głos. — Ewo! — powtórzył.

— Tak? — spytała żałośnie.

— Dziękuję. I w żadnym wypadku cię nie zwolnię. Wręcz odwrotnie: choć mam swoje powody, dla których prowadzę ten zakład, to dziękuję ci za te słowa. Wiem, że to z troski o mnie. Jeszcze raz dziękuję. — Ponownie objął ją ramieniem. Ewa jeszcze bardziej się rozpłakała.

Pomyślał, że wreszcie to wyraziła, bo już od dłuższego czasu widział, że ma coś do powiedzenia. Ilekroć przechodził obok recepcji, zerkał na nią jakby w oczekiwaniu na wypowiedzenie tego, co w niej buzowało. Kilka razy nawet już zaczęła coś mówić. Tak, jak poprzednim razem, gdy powiedziała, że mógłby zamknąć tę firmę na amen. Jak to się dzieje, że osoba, której płaci dobrze i która traktowana jest z szacunkiem i po ludzku, mówi takie rzeczy. Przecież powinna przede wszystkim dbać o swój interes, a nie o to, żeby zamknąć firmę. Czyżby dobro szefa było dla niej ważniejsze niż własne? Jeśli tak, to może się w nim podkochuje? Ale przecież nigdy nie zauważył, aby wysyłała mu jakiekolwiek sygnały. Takie rzeczy da się dostrzec natychmiast: kobieta za każdym razem, gdy widzi mężczyznę, w którym się podkochuje, poprawia fryzurę, czy wypina biust. Lub zwyczajnie bawi ją wszystko w sposób naturalny. Tu tego nie było. Czyżby więc po prostu widziała, że Marek się męczy w tej pracy, i to jej nie dawało spokoju? Już kolejna osoba mu to powtarza. Najpierw matka, teraz Ewa. Może jest coś, czego on sam nie widzi? Jakiegoś własnego zachowania?

Tego dnia Marek wrócił do domu po czarny garnitur. Pogrzeb rozpoczynał się o trzynastej. Marek podszedł do karawanu stojącego przed kościołem w ostatniej chwili; mimo wszystko miał opory, aby pokazywać się jako ten, który niesie trumnę. Niby nie zależało mu specjalnie na opinii, ale chciał uniknąć plotek, bo takie na pewno by się pojawiły, gdyż widok lekarza, i to kardiochirurga niosącego trumnę, mógł wzbudzać niepotrzebne rozmyślania. Nie czuł nieprzyjemnych emocji, dopóki nie poczuł ciężaru na ramieniu. Do tego on był najniższy ze wszystkich niosących, więc ciut więcej masy przypadało na niego. Wtedy miałby ochotę zostawić ten zawód i albo wrócić do pracy jako lekarz, albo znaleźć jeszcze coś innego. Zastanowił się, jak to jest, że wybrał prowadzenie zakładu pogrzebowego; nie wystarczyło mu emocji płynących z pamięci tego, co zdarzyło się w czasie studiów w prosektorium?

Gdy wyjmowali trumnę z karawanu już na cmentarzu, zobaczył przyglądającą się kobietę. Nie był pewien, czy ją zna. I nie miał pewności czy ona przypatruje się samej czynności pogrzebowej, czy może właśnie jemu jako byłemu lekarzowi. Na tę myśl zrobiło mu się nieco gorąco. Ale poczuł prawdziwe emocje, opuszczając z kolegami trumnę do grobu. Sam nie potrafił nazwać tego, co go dotknęło. Może świadomość kruchości ludzkiego życia, może fakt, że mimo iż wielokrotnie przygotowywał ciała w zakładzie, to nigdy nie uczestniczył w ten sposób w pochówku? A może po prostu wszystkiego po trochu, łącznie z tym, że ktoś może podejść i spytać, dlaczego już nie jest lekarzem. Niby mogły zdarzyć się takie osoby i wśród tych, którzy odwiedzali zakład, jednak dotychczas to się nie wydarzyło. Mogło mieć na to wpływ, że jako lekarz pracował w Instytucie Kardiologii w warszawskim Aninie, a mieszkał i prowadził zakład pod Warszawą.

Gdy zasypywano grób, a on sam stanął nieco z boku, podeszła do niego kobieta, która mu się przyglądała.

— Nigdy panu tego nie zapomnę! — wysyczała z wyrzutem.

Marek nerwowo na nią zerknął, ale nie rozpoznał nikogo konkretnego.

— Mój tata żył tylko pół roku po pana zabiegu! Nie dziwię się, żeś pan zmienił zawód, ten o wiele bardziej do pana pasuje! — Odwróciła się i odeszła.

Najpierw odruchowo spojrzał jeszcze raz na tabliczkę przeznaczoną na grób, czy to nie jeden z pacjentów, w których operacji uczestniczył. Ale szybko sobie zdał sprawę, że kobieta wspomniała, że ojciec żył pół roku, a przecież on już nie jest lekarzem od ponad czterech. Potem zerknął na zgromadzonych, szczególnie tych, którzy stali blisko kobiety. Ale na próżno. Poza tym zastanowił się, że przecież nie prowadził samodzielnie operacji, więc kobieta musiała zapamiętać zarówno jego, jak i kardiochirurga prowadzącego. Może to więc było tak, że od razu szukała potencjalnych ofiar?

Wrócił do domu niemal bez sił. Cała ta sytuacja z pogrzebem dała mu się bardzo we znaki. I to, że musiał nieść trumnę, i to, że opuszczał ją do grobu, a szczególnie słowa wściekłej kobiety. Ledwo ściągnął garnitur i padł na łóżko. Przykrył się i za chwilę Zwłoczka wskoczyła tuż obok niego. Marek skulił się w sobie i chciałby po raz kolejny przestać istnieć. Jeszcze spojrzał za okno, za którym zaczął siąpić deszcz. To go uspokoiło. Leżąc bokiem, z przytuloną do poduszki głową, obserwował mokry świat, głaszcząc kotkę. Po raz kolejny zastanowił się, dlaczego zmienił zawód na taki. Ok, rodzice mieli pieniądze na rozruch, to dobrze płatny fach, miał doświadczenia i kontakty ze studiów, aby ułatwić sobie start, ale przecież do cholery to było przywoływanie na własne życzenie uczuć, które nim targały od czasów zdarzenia w prosektorium. Czemu znów pracuje z nieboszczykami?

Kolejnego dnia wchodził na recepcję z pewnymi oporami, nie wiedział, czy Ewa znów nie wytknie mu tego, co było jakże prawdziwe. Niby był szefem i mógł po prostu zabronić jej o tym wspominać, jednak dobrze wiedział, że to nie rozwiąże problemu. Bo jeśli przestaje się mówić o problemie, ten wcale nie znika. Spojrzał tylko na Ewę, ale nie zauważył, aby tym razem miała ochotę coś powiedzieć; przemknął do swojego gabinetu tak szybko, jak mógł, i zajął się pracą. Jednak godzinę później ktoś zapukał do drzwi.

— Panie Marku — zaczęła Ewa.

On nastawił się na kolejną reprymendę z jej strony.

— Ktoś do pana — kontynuowała. — Mogę wpuścić?

— Klient? — spytał z ulgą. Bo niemal wszystko inne był w stanie przyjąć z ulgą; oby tylko Ewa nie przypominała mu, że powinien leczyć ludzi.

— Nie wiem, raczej nie. Ten pan już tu kiedyś był. — Wskazała głową na pojawiającego się za plecami pana Stanisława.

— O, witam, panie Stanisławie, proszę wejść. — Kiwnął głową, aby Ewa go wpuściła.

— Witaj, młody człowieku — przywitał się wchodzący. Trzymał w ręku sporą reklamówkę z czymś niezwykle cienkim i kwadratowym.

— Proszę usiąść. — Wskazał na stojący fotel pod ścianą. — Co pana sprowadza? — spytał głupio, ale od razu ugryzł się w język, bo przecież dobrze wiedział, że przyszedł w sprawie pogrzebu.

— Można szklankę wody?

— A, tak, tak, oczywiście. — Wstał i podniósł głos, aby usłyszała go Ewa za zamkniętymi już drzwiami: — Pani Ewo! — A po chwili, gdy otworzyła drzwi: — Proszę podać panu Stanisławowi szklankę wody.

— Oczywiście.

— Młody człowieku — zaczął starzec. — Zapewne wiesz, co mnie sprowadza. — Pokiwał głową, jakby sam sobie przyznawał rację.

— No, domyślam się. Chodzi o pogrzeb.

— Dokładnie tak. Co my tak już ustaliliśmy… Aha, ma być żarcik na klepsydrze. — Starzec uśmiechnął się zawadiacko. — Druga sprawa jest taka, że chcę, aby na moim pogrzebie zagrano pewną starą piosenkę z czasów, gdy byłem w sile wieku. Wiesz… pamiętam, jak wróciłem z pogrzebu mojego znajomego, który umarł nazbyt wcześnie, Panie świeć nad jego duszą, i kolega przyniósł mi płytę z tym utworem. Pomyślałem wtedy, że to idealna piosenka na pogrzeb. Do dziś jej często słucham, mówię ci, młody człowieku, piękna stara polska muzyka — zamilkł na chwilę i napił się wody.

— A co to za piosenka?

— Pewnie nawet nie słyszałeś. To Dwa plus jeden, piosenka „Komu w oczach słońce”. — Stanisław spojrzał na Marka pytająco. Sięgnął do reklamówki i wyciągnął z niej tradycyjną czarną płytę tego zespołu o tytule „Teatr na drodze”.

— Nie, słyszałem ich kilka piosenek w radio: „Pomaluj mój świat” czy „Iść w stronę słońca”. — Marek pokiwał głową.

— Tak, to ich. Ale tego pewnie nie słyszałeś, młody człowieku. — Starzec ostrożnie wstał i podał płytę. — Nie wiem, czy masz patefon, jak nie to zapłacę, byś sobie kupił. To ostatnia piosenka z tej płyty, ale możesz przesłuchać całą, myślę, że ci się spodoba.

— Patefon, pan powiada. — Marek się uśmiechnął. — Całe wieki nie słyszałem tego określenia. Ostatnio mówiła tak moja babcia.

— No tak, teraz to chyba jakoś inaczej się na to mówi…

— Panie Stanisławie, teraz mówi się gramofon. Choć, jak zapewne pan wie, teraz to już nawet nie moda na płyty kompaktowe, teraz wszystko w Internecie.

— Naturalnie, wnuczka czasem włącza coś z tych internetów i niektóre to nawet ładne piosenki. Ale niektóre to tylko łupanie, żadnej melodii.

— Czyli pan chce, aby tę piosenkę włączyć z gramofonu na pogrzebie? — spytał Marek.

— Nie — zdecydowanie zaprzeczył Stanisław. — Chcę, aby ktoś to zagrał i zaśpiewał.

— Ale… — Marek nie wiedział co powiedzieć.

— Żadnego ale, młody człowieku, żadnego ale. Ja niewiele żądałem w życiu, a na stare lata to jeszcze się pogłębiło, lecz co do pogrzebu będę nieugięty. A wiem, że jeśli ustalimy, ty dotrzymasz słowa. Płacę za wszystko z góry. — Stanisław sięgnął do kieszeni po portfel i stuknął nim w drugą dłoń. — Chcesz, abym teraz zapłacił?

— Nie, panie Stanisławie, nie o to chodzi. Tylko nie wiem, czy ktokolwiek zgodzi się na pogrzebie zaśpiewać niereligijną i nieżałobną piosenkę.

— Zgodzi się, zgodzi. Nawet już znalazłem kościół z organistą, który czasem gra nietypowe pieśni.

— Ale..

— Wiem, że powinienem mieć mszę pożegnalną w mojej parafii, ale już ustaliłem z proboszczem, że się zgodzi. — Stanisław wyciągnął z reklamówki kopertę i wręczył Markowi. — Tu jest zgoda na piśmie. Załatwiła to wnuczka. Ale reszta należy do ciebie, młody człowieku.

— Panie Stanisławie. W takim razie zrobię wszystko, czego pan żąda.

— No, i to się rozumie. A żeby nie było, że jestem gołosłowny, to mówię ci, że kopnę w klepsydrę w ciągu góra roku… — zawiesił głos. — Tak że na dziś starczy tych rewelacji.

— Tak… — Marek pokiwał głową. Już czuł się zmęczony tymi przygotowaniami.

— A Ania ostatni cały weekend w ogóle nie wychodziła z domu. Zamknęła się w pokoju i płakała. Myślała, że się nie dowiem, że było z nią nie tak, ale ściany nie takie grube i słyszałem, że szlochała. Aż sam musiałem iść na zakupy. Rozumiesz, młody człowieku?

— No tak, w pana wieku, iść na zakupy.

— Tyle że nie o to mi chodzi, że Ania mnie zaniedbała, że przez nią musiałem na te zakupy, ale o to, że naprawdę coś jest nie tak. Mówię ci, młody człowieku, ta okropna baba zniszczyła życie mojej Ani.

— Ta, co zabrała narzeczonego? — spytał niepewnie Marek.

— Ta sama. Jakbym ją spotkał na ulicy, to krzywdę bym zrobił i nie patrzył, że to niezgodne z prawem. Kija bym chwycił i plecy wygarbował. — Starzec pokręcił głową. — Choć mówi się, że wygarbowałbym skórę. Ale ja wiem, że niejeden kij bym na niej połamał! — Starzec podniósł głos.

— Teraz, panie Stanisławie, takie czasy, że człowiek dla człowieka wilkiem.

— Ależ nie, młody człowieku. Wcale nie teraz. Zawsze tak było. Za mojej młodości to były w Warszawie dzielnice, gdzie nikt nie chciał jechać, bo tylko złodzieje i dziwki. Teraz to tylko na Pradze trochę tego pozostało, ale i to już niewiele. A wiesz, dlaczego teraz wszyscy mówią, że jest gorzej?

— No, nie.

— Bo wszędzie trąbią o samych tragediach, wypadkach, napadach, rabunkach, zabójstwach. Wszędzie, czy to w radiu, czy w telewizji. Kiedy, młody człowieku, ostatnio widziałeś, aby w wiadomościach podali o czymś naprawdę radosnym? No, kiedy? — Stanisław napił się wody.

— Nie no, czasem jest, jak choćby o Wielkiej Orkiestrze Świątecznej Pomocy, czy… — Marek zaczął się zastanawiać, ale tak naprawdę to była jedyna pozytywna wiadomość, która przychodziła mu do głowy.

— Ludzie lubią tragedie, żyć bez nich nie mogą. A jak ich zabraknie wokół, to sami je tworzą. Oby tylko się coś działo.

— Nigdy się nad tym nie zastanawiałem — odparł automatycznie Marek. Zaczął myśleć o wnuczce Stanisława. Czy dałoby się jej jakoś pomóc?

— Tak to jest, młody człowieku, tak to jest.

— Panie Stanisławie, chyba nie powinienem tego mówić, ale może wnuczka już musi zasięgnąć specjalistycznej pomocy? Lekarskiej, znaczy psychiatrycznej, a przynajmniej psychologicznej.

— Też się nad tym, młody człowieku, zastanawiałem. Teraz wszędzie trąbią, żeby w razie problemów zgłaszać się do poradni. Może trzeba by było ją zaprowadzić gdzieś, bo sama to nie pójdzie, charakter ma po mnie, ja też wolałem wszystko sam znosić niż poprosić o pomoc.

— No to może trzeba coś z tym zrobić.

— Właśnie mi uświadomiłeś, młody człowieku, że mam jej pomóc, bo ona to nie najlepiej zarabia. Ale to też po tym, jak rzucił ją narzeczony. Przedtem to nawet kierowniczką w sklepie była, a teraz rozkłada towar na półki. Zapłacę za tego specjalistę. — Stanisław pokiwał głową. — Jeśli się zgodzi, jeśli się zgodzi, bo tak jak ja chce być niezależna i samodzielna. A pomoc przyjąć też trudno. Czasem trudniej niż dać.

— Coś o tym wiem… — Marek pokiwał głową i poczuł, że chce jak najszybciej zakończyć tę rozmowę. Spuścił głowę. Przez dłuższy czas obaj milczeli, aż Stanisław pożegnał się i wyszedł.

Marek przygotowywał mnóstwo pochówków i choć może nie robił tego od wielu lat, tylko od czterech, to nigdy się nie zdarzyło, aby klient zażyczył sobie na pogrzebie muzykę. I to niereligijną. Do tego jeszcze ten tekst na nekrologu. Czy ten Stanisław w ogóle zastanawia się, że po jego śmierci inni będą cierpieć i mogą nie chcieć takich atrakcji? Ale na dobrą sprawę nie mógł mu tego powiedzieć, bo wyczuł, że Stanisław nie zaakceptuje żadnego sprzeciwu. Tyle dobrego, że te wymogi były niegroźne. A ten tekst na nekrologu nie musiał być dostrzeżony przez wiele osób.

* * *

Tamtego dnia Marek nie czuł się dobrze: słabo przespana noc, kłopoty żołądkowe z poprzedniego dnia i ogólne zmęczenie dawało się we znaki. Przyjechał do szpitala z niewielkim opóźnieniem. Spóźnił się na obchód tuż przed operacją. Dołączył, gdy badali małego Jacusia. I to właśnie Jacuś, syn Jadwigi tego dnia szedł na stół operacyjny. Musieli poprawić to, co od urodzenia działało niewłaściwie. On miał jedynie asystować. Marek poczuł się już dobrze przed samą operacją, a na wszelki wypadek wziął leki na biegunkę. Pół godziny wcześniej zaczepił go kardiochirurg prowadzący:

— Jesteś w stanie asystować?

— Tak, tak, wszystko w porządku. Już jest dobrze.

— No to widzimy się za kwadrans. Widziałem, że rozmawiałeś z jego matką i wyglądało, jakbyście się dobrze znali.

— W zasadzie to nie, przyjąłem ich na badania wstępne kilka tygodni temu, a potem prowadziłem Jacka. Rozmawiamy ze sobą tylko.

— Czyli nie ma mowy o jakichś niepotrzebnych emocjach? Wiesz, pytam, bo jest taka niepisana zasada, że nie powinno się operować bliskich właśnie ze względu na emocje.

— Nie, nie, spokojnie, to obcy mi ludzie.

— Na pewno? — Uśmiechnął się kolega. — Jak was widziałem, dałbym głowę, że ze sobą flirtujecie.

— Tak, nie ma mowy o emocjach.

— Wiesz, jak trzeba, poprowadzę operację sam, a ty będziesz asystował przy następnej.

— Naprawdę, wszystko w porządku.

Gdy zaczęła się operacja, Marek poczuł, że Jacek nie jest mu tak samo emocjonalnie obcy jak inni pacjenci. Jednak było za późno na jakiekolwiek zamiany. Przyglądał się więc najpierw, jak mały pacjent jest schładzany do dwudziestu ośmiu stopni, aby wydłużyć czas na wykonanie całego zabiegu, potem sam otworzył klatkę piersiową i rozciął mostek. Główny kardiochirurg zastąpił krążenie na pozaustrojowe, podpinając płucoserce zamiast serca, aż w końcu zaczął korekcję Zespołu Fallota. Po obłożeniu serca lodem, co zatrzymało jego akcję, w końcu otworzył ten narząd, aby dokonać zmian we wnętrzu.

Ocenił pień płucny (główne naczynie krwionośne doprowadzające krew z serca do płuc) oraz zastawkę płucną, która zapobiega cofaniu się krwi z powrotem do serca. Następnie przystąpił do zabiegu korekcji samej zastawki. Rozciął i odciął od ściany pnia płucnego spoidła jej płatków. W dalszej kolejności uwidocznił drogę odpływu prawej komory i dokonał resekcji zwężenia podzastawkowego. Potem trzeba było zamknąć ubytek międzykomorowy za pomocą specjalnej łaty z dakronu; w zdrowym sercu nie ma połączenia między komorami, a w tym przypadku ubytek przegrody był tuż przy ujściu aorty. I aorta to kolejny problem, którym należało się zająć. Powinna ona wychodzić z lewej komory, natomiast w tej chorobie przesunięta jest ona na prawo, w tym wypadku nad ubytek międzykomorowy. Dakronową łatę należało wszyć tak, aby jednocześnie odgrodzić ujście aorty od prawej komory.

Całość skomplikowanej operacji trwała prawie cztery godziny. Z każdą chwilą Marek czuł coraz większe zmęczenie. I z każdym momentem przeszywały go coraz silniejsze dreszcze gorąca. Widocznie dolegliwość trawienna z poprzedniego dnia zaczynała się odzywać, choć Marek nie czuł potrzeby pójścia do toalety. Jednak w pewnym momencie poczuł kapiący spod lewej pachy pot. Zrozumiał, jakimi emocjami darzy małego Jacusia: teraz to już nie był obcy chłopiec — to był syn kobiety, do której zaczynał czuć coś więcej. To, co mówił kolega, właśnie się dokonywało: emocje przejmowały prym, a Marek nie myślał już spokojnie i całkiem trzeźwo.

Pod koniec zabiegu kardiochirurg prowadzący zaszył serce i z powrotem przywrócił krążenie ustrojowe, spojrzał na Marka i rzekł:

— No to teraz twoja kolej. Masz go zaszyć.

Marek nie protestował. Ale choć wielokrotnie dokonywał szycia, czuł, że tym razem to będzie prawdziwe wyzwanie. Chyba przecenił swoje możliwości w kilku aspektach: po pierwsze darzył chłopca emocjami, po drugie miał osłabiony organizm po silnej niestrawności, a co za tym idzie, czuł się przemęczony. Ale nie powiedział prowadzącemu, że jednak nie da rady; zawziął się w sobie i zaczął robić to, co mu polecono. Z każdą chwilą czuł coraz silniejsze fale gorąca, które powodowały, że kolejne krople potu spływały spod jego pach. Gdy wykonywał ostatni szew, zadrżała mu ręka. Natychmiast wstrzymał ruchy całkowicie, wziął głęboki oddech i nachylił się nad małym pacjentem, aby z bliska się przypatrzeć jakości swojej pracy. I w tym momencie poczuł spływającą po czole kroplę potu, która błyskawicznie osiągnęła łuk brwiowy, i zanim Marek zdążył zareagować, skapnęła prosto w otwarte wciąż cięcie na mostku. Wszyscy zamarli w bezruchu, tylko pielęgniarka stojąca obok doskoczyła i przetarła mu twarz. Kardiochirurg prowadzący odsunął bez słów Marka na bok i jak najszybciej sterylnym gazikiem osuszył miejsce szycia. Całe szczęście pot zatrzymał się na skórze, nie spłynął głębiej. Marek dalej już nie pamiętał, co się wydarzyło. Patrzył i był nieobecny. W pełni doszedł do siebie dopiero, gdy się przebierali.

Gdy tamtego dnia wrócił do domu, czuł się bez sił. Mimo iż nic tragicznego się nie stało, a sytuację opanował jego kolega, to Marek miał poczucie winy. Szczególnie dlatego, że nie potrafił dobrze ocenić swoich możliwości. Od razu po przyjściu wziął prysznic i przebrał się w piżamę. Nie chciał widzieć nikogo. Zasiadł w fotelu i włączył telewizję.

W pewnym momencie zadzwonił telefon:

— Cześć — odezwała się Jadzia. — Możemy się spotkać? Jestem taka podekscytowana — mówiła bez przerwy. — Chcę ci osobiście podziękować.

— Cześć. Wiem, ile dla ciebie znaczy ten dzień i to, że operacja się udała, ale jestem wykończony i byłbym marnym towarzyszem. Poza tym podziękowania należą się Jurkowi, to on operował, ja tylko asystowałem.

— Jemu już podziękowałam, ale nadal nie mogę usiedzieć w miejscu. Przy Jacusiu nie mogę, bo przecież jest na intensywnej terapii. Podaj mi adres, przyjadę.

— Jadziu, to naprawdę niedobry pomysł.

— Dawaj, bez dyskusji! — Zaśmiała się głośno. — Dziś mnie tak łatwo nie odpędzisz od siebie.

Po dłuższej wymianie zdań Marek w końcu się zgodził, ale czuł się na tyle zmęczony, że nie przebrał się z powrotem z piżamy w ubranie, tylko zarzucił na siebie szlafrok.

Gdy już siedzieli w salonie na kanapie, Marek nie mógł wyjść z podziwu, ile energii może wyzwolić z siebie w takiej sytuacji Jadwiga. To był istny gejzer. Najpierw pytała o szczegóły operacji, czy nie było komplikacji, jak Jacuś zniósł hipotermię, aż spytała o Marka odczucia.

— Wiesz, ja dziś jestem mocno przemęczony. Poprzedniego dnia miałem kłopoty gastryczne, które dały mi w kość.

— I wytrzymałeś w takim stanie przy stole te pięć godzin?

— No, ledwo, ale wytrzymałem. Za to teraz jestem wykończony.

— Wybacz, że cię męczę, ale jestem taka podekscytowana. — Przysunęła się do niego. — Wiesz, że będę ci wdzięczna do końca życia? Jacuś to całe moje życie. — Wzięła go za rękę.

Marek poczuł pożądanie seksualne i zanim się zorientował, stał zamknięty w łazience, próbując opanować emocje. Przy zgaszonym świetle, w całkowitej ciszy, z własnymi myślami. On tu, a ona w drugim pokoju, porzucona nagle, za co Marek dodatkowo się winił. W dodatku nie wspomniał jej nic o incydencie z kroplą potu. Bał się jej reakcji. Serce waliło jak oszalałe, gonitwa myśli przyćmiła prawidłową percepcję, a oddech przyspieszył jak po szybkim biegu. Nie był w stanie się zbliżyć do Jadwigi. Po raz kolejny wspomnienie z prosektorium panowało nad jego wolą. Który to już raz nie był w stanie związać się z kobietą?

Samotność Boga — cz. IV

Samotność Boga — cz. IV

W piątek po południu Marek odebrał telefon.

— Dzień dobry, dzwonię w sprawie skasowanych esemesów.

— Tak?! — wykrzyknął.

— Więc tak to udało się, są esemesy od niejakiej Lidii.

— Sama treść, czy też numer telefonu? — spytał podekscytowany Marek.

— Wszystko w komplecie.

— Kiedy mogę przyjechać?

— Dziś zaraz wyjeżdżam, więc tak to nie da rady, ale zapraszam w poniedziałek.

— W poniedziałek?! — zapytał z pretensją.

— Przykro mi, ale za chwilę wyjeżdżam na weekend do Francji z narzeczoną. Samolot nie poczeka.

— I nic się nie da zrobić? Może pan podyktuje mi chociaż ten numer?

— Więc tak to, jak mówię, nic. Jestem już w domu, a pański telefon został w firmie. Ale będzie pan spokojniejszy, że numer dał się odzyskać.

— Ale weekend nadchodzi… — ciągnął rozpaczliwie Marek. — Tak to bym się z nią już spotkał.

— Czekała tyle, więc poczeka jeszcze kilka dni. A pan niech się cieszy, że w ogóle dało się odzyskać, bo przy tych nowych pamięciach to wcale nie jest takie pewne.

— No…

— To, do zobaczenia w poniedziałek, więc tak to mam otwarte od dziesiątej do osiemnastej, zapraszam.

— Do zobaczenia.

Marek odłożył słuchawkę i opadł bezsilnie na krzesło. Gdzieś z tyłu głowy założył sobie, że uzyska ten numer przed weekendem i że postara się umówić z Lidią, a rzeczywistość okazała się brutalna i bezwzględna. Skulił się, podciągnął nogi do piersi i wypuścił bezsilnie powietrze. Dostrzegł notatnik leżący na lodówce. Trzymał go tam, aby zapisywać spostrzeżenia dotyczące przygotowywania posiłków. Nagle coś go tknęło, gwałtownie wstał, zabrał notatnik, ubrał się i wyszedł z domu.

Pół godziny później zaparkował samochód na tym samym parkingu w Puszczy Kampinoskiej, na którym spotkał Lidię. Wyszedł z auta. Oprócz niego nie było żywej duszy. Stanął pośrodku placu, wyciągnął ręce ku górze, spojrzał w niebo i cieszył się chwilą. Do jego uszu dobiegał pojedynczy śpiew wilgi. Wolnym krokiem obszedł dookoła parking, ruszył w stronę szlaku, z którego wróciła Lidia, ale po chwili stanął i zerknął na zegarek. Dochodziła osiemnasta. Zawrócił i jeszcze wolniej wrócił do samochodu. Wyciągnął z bagażnika notatnik, z kieszeni długopis i zaczął się zastanawiać, co Lidia mogła zapisywać. Próbował wczuć się w jej osobę. Bardzo ładna kobieta bez makijażu wraca z lasu i coś notuje. Iście frapująca czynność. Zamknął oczy, wziął głęboki oddech i starał się to zgłębić empatią.

Nagle zobaczył, jakby sam zapisywał to, co go poruszyło w czasie spaceru. Spostrzeżenia, które mogą się przydać. Ale nie rozumiał, w czym mogą się przydać. W malowaniu obrazów? Może w pisaniu wierszy albo prozy? Słyszał niegdyś, że to znana technika zapamiętywania poszczególnych scen, obrazów z życia i spostrzeżeń, bo często wpada się na jakiś pomysł, a kilka dni później o nim zapomina czy to z powodu ułomności pamięci, czy to z powodu takiego, że zamysł na daną chwilę wydaje się niedobry. Tymczasem to, co w jednym momencie jawi się niedobre, w innym może okazać się strzałem w dziesiątkę.

Dostrzegł ławkę wykonaną z dużego fragmentu pnia sosny stojącą przy drugim końcu parkingu. Wolno ruszył w jej stronę. Z każdym stawianym krokiem chrzęścił pod stopami żwir, którym pokryty był parking. Z oddali dobiegało miarowe stukanie dzięcioła. Marek poczuł bagienny zapach przyniesiony przez pojedynczy podmuch wiatru znad podmokłego terenu znajdującego się kilkaset metrów dalej w stronę głębi lasu. Usiadł na ławce, wyciągnął ręce ku górze i szeroko ziewnął. Zamarzył, aby w takich warunkach zasnąć na leżaku czy hamaku: bliskość lasu, świeże powietrze, odgłosy natury, zapach niosący coś związanego z wodą, która była mu bliska już od dawna.

Przypomniał sobie swoją koleżankę z liceum, która namalowała jego miłość. Czy ona również dokonuje takich notatek, aby na ich podstawie tworzyć? Czy nosi ze sobą podobny notes? A może młodzieńcza fascynacja malarstwem minęła, a został pragmatyzm i szarość życia? Przecież często ludzie wpadają w tryby życia codziennego i nie w głowie im nic więcej niż dbałość o rodzinę, o zarobki, o wypoczynek. A może radzi sobie inaczej z problemem zapamiętywania; przecież w każdym smartfonie dostępny jest dyktafon lub prosty notatnik.

Gdy wracał autem do domu, zadzwonił telefon. Kątem oka zerknął na wyświetlacz, ale że telefon miał pożyczony, nie pokazała się żadna wizytówka, jedynie numer. Odebrał na głośnomówiącym:

— Halo?

— Dzień dobry, panie Marku, z tej strony Ania Wyrzykowska, wnuczka Stanisława, pana nauczyciela od matematyki.

— Dzień dobry — odparł ze zdziwieniem Marek.

— Czy nie zechciałby pan do nas przyjechać? Dziadek chciałby z panem porozmawiać.

— A czemu nie, w końcu obiecałem, że będę dziadka odwiedzał.

— To kiedy dziadek może się pana spodziewać?

— A dzisiaj wchodzi w grę? — spytał.

— Tak, jak najbardziej, zapraszamy. O której pan będzie?

— A mogę za pół godziny? Właśnie jadę samochodem i od razu przyjechałbym.

— Tak, jak najbardziej. To do widzenia. — Nagle się rozłączyła.

Marek niepewnie spojrzał na wyświetlacz, czy oby na pewno się rozłączyła. Zrobiła to tak nagle…

Podjechał pod dom Stanisława trochę z mieszanymi uczuciami. Z jednej strony obiecał przecież, że będzie go odwiedzał, ale z drugiej najchętniej zaszyłby się w domu i w samotności spędził weekend. Bo niby o czym ma rozmawiać z byłym nauczycielem? Owszem, bardzo dobrze go wspominał, ale najchętniej nie wracałby pamięcią do przeszłości w ogóle. Wysiadł z samochodu i na dłuższy czas stanął w miejscu. Promienie chylącego się nad sąsiednim dachem słońca oświetlały mu twarz. Ile by dał, aby pozostać w tym stanie samemu i nie musieć z nikim rozmawiać. Zamknął oczy i skierował twarz ku promieniom. Czuł wręcz, jak fotony muskają mu skórę, dodają energii.

— Witaj, młody człowieku — usłyszał od strony domu.

Spojrzał, mimo iż od razu rozpoznał głos nauczyciela.

— Zapraszam do środka — ciągnął Stanisław.

Zaskrzypiała furtka, rozcinając ciszę bocznych ulic przedmieścia.

— Młody człowieku… — zaczął Stanisław, gdy już siedzieli w domu. — Mam do ciebie sprawę. Chciałoby się powiedzieć życia lub śmierci, ale niestety w tym wypadku dotyczy to tylko śmierci… — Spojrzał Markowi w oczy.

— Tak?

— Chodzi o to, że ja już niedługo wyciągnę kopyta i zaprosiłem cię tu, aby cię prosić, abyś według moich upodobań przyszykował mi pogrzeb…

— Panie Stanisławie… — Marek się zawahał.

— Zróbmy tak. Płacę podwójnie, ale chcę mieć wszystko przygotowane osobiście przez ciebie. I nie interesuje mnie, czy zrobią to twoi chłopcy, czy ludzie z innego zakładu. Ale ty to masz nadzorować. Bo siedzisz w tym od lat i pomożesz mi ustalić możliwe warunki. — Starzec wziął głęboki oddech.

— Panie Stanisławie, ale chyba jeszcze pan nigdzie się nie wybiera?

— Młody człowieku, moje dni są policzone. Wiem, że nie zostało mi dużo czasu.

— Jakiś lekarz to panu powiedział?

— Nie, ale ja to czuję.

— Aj tam: czuję, czuję! — Zdenerwował się Marek.

— Nie doceniasz, młody człowieku, intuicji. Teraz jest z tym coraz gorzej, ale kiedyś ludzie właśnie nią się kierowali.

— I co ta intuicja panu mówi? No co? — zapytał prowokacyjnie Marek.

— Że wyciągnę kopyta w ciągu roku, może krócej.

Zapanowała krótka cisza. Marek nie miał ochoty dyskutować, kiedy Stanisław umrze. Jednak zapytał:

— Nie zna pan innych określeń tylko: wyciągnąć kopyta?

— Ależ znam. Na przykład: kopnąć w kalendarz, pójść nogami do przodu, odwalić kitę czy wykitować. Ale, ale, to ostatnie określenie jest bardzo ładne: w-y-k-i-t-o-w-a-ć. Co o nim sądzisz? — spytał Stanisław z uśmiechem.

— Wolę po prostu: umrzeć — odparł zażenowany taką rozmową Marek.

— Ależ to piękne słowo. Wykitować. Kit. Do kitu. Choć ja jestem już do kitu, więc wykitować to tak, jakby umrzeć jeszcze bardziej. A może kopnąć w kalendarz?… A czemu nie w zegarek?… Albo nie — kopnąć w klepsydrę! Klepsydra w końcu brzmi staroświecko, czyli odpowiednio do mnie, a poza tym klepsydra to też nekrolog i fajnie będzie brzmiał taki żarcik: to będzie prawdziwe kopnięcie w klepsydrę. Chcę, aby właśnie takie słowa napisano na moim nekrologu. Jak umierać, to z przytupem. Niech żałobnicy mają odrobinę uciechy. — Starzec wziął kolejny głęboki oddech. — Resztę warunków ustalimy innym razem, kiedy się definitywnie zgodzisz.

— A mam wybór? — Marek patrzył na całą sprawę nieco z przerażeniem.

— No, podobno w takich sytuacjach się nie odmawia.

Marek tylko przytaknął, bo w gruncie rzeczy wiedział, że chce się podjąć tego dla swojego byłego nauczyciela, mimo iż warunek narzucony przez starca był ekstrawagancki i według jego wyczucia niegodny pogrzebu. Ale skoro byłemu nauczycielowi ani jego rodzinie to nie przeszkadza, to i Marek musiał się podporządkować. Po chwili do pokoju weszła z opuszczoną głową wnuczka nauczyciela, Ania i spytała, czy nie podać czegoś do picia. Obaj podziękowali.

— Widzisz, młody człowieku — Stanisław wstał i zamknął drzwi od pokoju. — Ania ma już trzydzieści jeden lat, jest, jak widzisz, bardzo ładna, a od pięciu lat nie spotkała się z żadnym mężczyzną. Martwi mnie to.

Marek już chciał zapytać o powody, ale ugryzł się w język; w końcu to nie jego sprawa.

— Miała narzeczonego, już ustalali powoli termin ślubu, ale się rozsypało. Znaczy, samo to się nie rozsypało, inna baba pomogła. Usidliła Mariusza i odebrała Ani. Mówię ci, młody człowieku, okropna to baba. Takiej, której to ja bym kijem nie dotknął. Taka zadziorna, jak to mówią młodzi: modliszka. Ale, co trzeba przyznać, przepiękna kobieta, niejednemu potrafiłaby zawrócić w głowie. Do tego zaradna, dyrektorka w jakimś biurze. Podobno niejedno małżeństwo rozbiła. A potem porzucała chłopa i dawaj za następnego. Okropieństwo.

— I przez tyle lat Ania nie może dojść do siebie?

— Wrażliwa jest, jak nie wiem co. Ale to moja wina, bo gdy z żoną zajmowaliśmy się karierami, to ona jako mały szkrab poszła do mojej mamy, gdzie mieszkali sami, z dala od wsi i innych ludzi. I Ania bardzo źle to zniosła. Od dziecka sobie nie za bardzo radziła. A po tym, jak odszedł Mariusz, to w ogóle nie chce znać chłopów. Mówię ci, młody człowieku, specjalista by jej się przydał, taki od rozumu. Bo po mojemu to postradała go, mimo iż pracuje i opiekuje się mną. Podobnież teraz to każdemu potrafią pomóc z głową… — Starzec zamilkł.

— Nie wiem, co powiedzieć, panie Stanisławie. Nie znam żadnego takiego specjalisty. Niby dwie osoby ze studiów zostały psychiatrami, ale nie mam z nimi żadnego kontaktu. Nie potrafię pomóc.

— Nie mam do ciebie pretensji, młody człowieku, tylko żalę się, bo komu innemu miałbym?… — Starzec spuścił głowę i popłynęła mu pojedyncza łza.

Markowi też zakręciło się od tego wszystkiego w głowie. Miał dość rozmów o szykowaniu pogrzebu, dość rozmów o Ani czy o jakichkolwiek innych ludziach. Pożegnał się ze Stanisławem i wsiadł do samochodu. Gdy jechał do domu, zaczął padać deszcz. Marek w pewnym momencie zatrzymał się na małym parkingu i obserwował, jak wycieraczki zgarniają kolejne krople deszczu. Zgrzyt, pióro przejeżdżało po szybie i zostawiało kolejne porcje wody w końcowych strefach działania. Spływała ona dalej po szybie ku dołowi, tworząc rozmazujący się obraz rzeczywistości. Marek zatopił się w rozmyślaniach. Jeszcze kilka lat wcześniej ratował ludzkie życia, a dziś grzebie ich. Jeszcze do tego ma dopilnować specjalnego sposobu pochówku, który wymyślił sobie pan Stanisław. Najchętniej nie spotykałby się z ludźmi w ogóle, a teraz ma obserwować ostatnie chwile swojego byłego nauczyciela. Tego było zbyt dużo jak na jeden dzień.

Następnego dnia Marek wyszedł na długi spacer. Po nocnym deszczu na ulicach i chodnikach zalegały kałuże. Jednak chmury już ustąpiły i świeciło wiosenne słońce. Szedł, zatopiony w myślach, licząc pod stopami chodnikowe kafelki, gdy usłyszał głos.

— Dzień dobry, panie doktorze.

Wyrwał się z rozmyślań i spojrzał w stronę głosu. Stała przed nim dziwnie znajoma kobieta. Jeszcze kilka lat temu pewnie ucieszyłby się w takiej sytuacji, ale teraz słowa „panie doktorze” wywołały nerwowość i niechęć. Wszystko, co cofało go do czasów, gdy leczył ludzi, działało negatywnie. Zmierzył ostro kobietę wzrokiem, mając nadzieję, że tym ją zdeprymuje. Jednak ta szeroko się uśmiechnęła, spojrzała mu w oczy i rzekła:

— Pięć lat temu leczył pan chirurgicznie wieńcówkę mojemu mężowi. Pamięta pan? — Okręciła twarz w obie strony, aby mógł się lepiej przyjrzeć.

— Przepraszam, ale nie. Poza tym zapewne tylko asystowałem.

— Ale później pan opiekował się mężem.

— Ale już… — zawahał się, czy kontynuować.

— To nic nie szkodzi. Wie pan, chciałam panu powiedzieć, że jestem niezwykle wdzięczna, bo zmienił pan moje życie.

— To mnie bardzo cieszy — odparł mechanicznie.

— Bo to było tak, że przed tą operacją to mąż był nie do zniesienia. Codziennie pił, awanturował się, a i raz mnie uderzył. Mówię panu, nie było dobrze. Ja już nie wiedziałam co robić. Chciałam się z nim rozwieść, bo nie sposób było wytrzymać. Ale wie pan, dzieci są, więc rozwód to nie jest prosta decyzja.

— No tak… — Marek pokiwał głową dla świętego spokoju.

— Codziennie się modliłam, aby coś się stało, żeby przestał pić. I codziennie błagałam Boga, żeby nie musieć się z nim rozwodzić, bo jeszcze taki rozwód to niezgodny z moją wiarą.

— I przestał pić? — spytał bezmyślnie Marek.

— Ale któregoś razu, gdy był pijany, złapał się za pierś i zaczął się zwijać z bólu. Wezwałam pogotowie, zabrano go, najpierw chcieli na izbę go zawieźć, ale w końcu wzięli do szpitala, gdzie szybko zdiagnozowano wieńcówkę. Dziewięćdziesiąt pięć procent zwężenia tętnicy miał. I potem pan go operował. Powiem panu, że podczas tej operacji to ja nie chciałam być w szpitalu, chyba nadal się go bałam, w sumie niepotrzebnie, bo przecież ledwo dychał. Ale wie pan, panie doktorze, jak mąż długo był agresywny, to nawet widziałam go wstającego bezpośrednio ze stołu operacyjnego i robiącego awanturę. A miałam tego dość. Dzieci też. — Kobieta sięgnęła do torebki po papierosa i zapaliła. — Pali pan? Ale chyba nie, bo to wbrew. Na czym to ja skończyłam… — Zaciągnęła się. — A, tak, ta operacja. Po niej przyszłam w końcu do tego szpitala, bo już mnie sumienie gryzło, że tak go zaniedbuję, wchodzę na salę, a on na mój widok jak nie wpadnie w płacz, to i ja się rozpłakałam. Padłam, panie doktorze, przed tym jego łóżkiem na kolana i zaczęłam całować go po rękach. Bo już wtedy widziałam, że stał się cud. Widziałam to w jego oczach, w tym, że płakał, bo on, panie doktorze, nigdy nie płakał, nawet na filmach. I oboje zaczęliśmy tak szlochać, aż mnie pielęgniarka wyprowadziła, bo nie wolno go było na takie emocje narażać. — Mówiła szybko, zaciągając się dymem. — I powiem panu, że od tamtego dnia to najlepszy mąż na świecie się z niego zrobił. Przestał pić, chodził gdzieś na jakieś grupy alkoholików, dbał o rodzinę, bez pytania sprzątał, gotował. No, mówię panu, panie doktorze, ideał. Tylko… — Kobieta spuściła głowę i rozpłakała się.

— Tak? — spytał już delikatnie Marek.

— Kiedy już wszyscy zapomnieli, jaki on był, gdy pił, kiedy naprawdę układało nam się w najlepsze, pewnego dnia wieczorem zmówił modlitwę, położył się i już się nie obudził. — Kobieta rozpłakała się na głos…

Marek nie był w stanie jej przytulić, nawet za bardzo pocieszyć: po prostu stał w milczeniu.

— Lekarz stwierdził, że zmarł ze starości, ale on jeszcze młody chłop był, niespełna sześćdziesiątkę na karku miał. — Wyciągnęła chusteczki i zaczęła wycierać łzy. — Ja to wiem, panie doktorze, że jego to nadal te wyrzuty sumienia tak gryzły za to, kim był wcześniej. Wszyscy mu wybaczyliśmy, cieszyliśmy się, że jesteśmy razem, ale on ciągle był jakiś nieobecny. Mówię panu, on ze zgryzoty zmarł.

— Przykro mi — wydusił z siebie.

— Niech panu nie będzie przykro, panie doktorze. — Przestała już płakać. — Jak ja się cieszę, że on w pokoju z Panem Bogiem odszedł. Bo po tych zmianach to już do nieba trafi, a przedtem to tylko by go piekło czekało… — Zamyśliła się. — Poza tym inaczej jest żegnać męża, życząc mu źle, bo wcześniej to już bywało, że i źle mu życzyłam, a inaczej go pożegnać w miłości. Tak o wiele łatwiej, panie doktorze.

— Ale…

— To nic, że teraz płaczę, płaczę, bo to dobrze się skończyło. Bóg mnie wysłuchał.

— Droga pani, przepraszam, ale czas mnie goni. — Słowa o Bogu wywoływały w nim negatywne emocje, mimo iż często sam o nim myślał.

— A, tak, tak, rzeczywiście. Ma pan innych pacjentów, a ja głupia zabieram panu doktorowi czas. Najmocniej przepraszam. — Kobieta ukłoniła się i szybkim krokiem odeszła.

Marek stał jeszcze dłuższą chwilę w bezruchu, próbując poskładać do kupy to, co właśnie usłyszał. Nie mieściło mu się w głowie, jak można komuś tak dziękować, mimo iż mąż zmarł.

* * *

Marek zdał sobie sprawę, że pierwsza operacja serca, w której uczestniczył, odbyła się wczesną wiosną. Wstał z samego rana pełen energii, zamówił taksówkę i pojechał o wiele wcześniej, niż powinien. Najpierw planował jechać samochodem, ale zbyt intensywnie myślał o operacji, na niczym innym nie mógł się skupić. Gdy tylko wszedł do szpitala, przywitała go znajoma pielęgniarka, pytając, czy jest zdenerwowany. Mimo iż nie osobiście dokonywał zabiegu, trema go zżerała. Studiował tyle lat, znał na pamięć po kolei każde cięcie, każdy szew, każdą możliwą reakcję serca, a jednak obawiał się nieprzewidywalnego. Bo każda procedura, a w przypadku chirurgii każdy protokół opiera się na wcześniejszych doświadczeniach innych lekarzy, a przecież możliwych reakcji organizmu jest więcej. Nawet myjąc ręce przed samą operacją, Marek miał przed oczami takie wizje. Potem, gdy wchodził na salę operacyjną, stało się coś niezwykłego: umysł jakby przeskoczył w tryb automatyczny i przestały go zadręczać wizje najgorszego.

Stanął nad stołem operacyjnym i asystował w operacji, wykonując to, czego uczył się od tylu lat. Niemal bez emocji otworzył klatkę piersiową pacjenta, razem z rozcięciem kości, a dalej główny kardiochirurg podłączył pacjenta do płucoserca. Każdą czynność Marek obserwował, jakby wykonywane było to na manekinie podczas szkolenia. Nie drgnął również, gdy kolega wszczepiał jako by-pass pobraną przez niego samego wcześniej żyłę z podudzia. Gdy kardiochirurg z powrotem przywrócił krążenie ustrojowe, Marek pomógł w sprawdzeniu, czy wszystkie dokonane połączenia są szczelne. Jedyny moment zawahania pojawił się, kiedy trzeba było użyć defibrylatora, aby je ponownie uruchomić. Jakoś przykładanie prądu do odsłoniętego serca wzbudziło w Marku niepokój i, o dziwo, niesmak. Ale ulga nastąpiła, gdy serce pacjenta znów zaczęło bić, a połączenia by-pass’u nadal trzymały. Odetchnął. Resztę operacji, czyli sklejenie mostka i zaszycie skóry, wykonał również automatycznie. Gdy po wszystkim pomyślał, czuł się niemal jak zaprogramowana maszyna, stworzona specjalnie do celu. Po wszystkim gdy główny chirurg poklepał go po ramieniu, Markowi zadrżała ręka i pojawiły się obawy o dalszy los pacjenta. Jak najszybciej wyszedł z sali operacyjnej, wszedł do toalety i siedział tam dobrą godzinę, i to nie z powodów gastrycznych. Potem wracał taksówką i poprosił o wysadzenie w Ursusie, skąd miał do domu na piechotę jeszcze ponad osiem kilometrów. Do domu dotarł niemal bez sił. Od razu padł na łóżko i spał ponad dwanaście godzin bez przerwy.

* * *

W poniedziałek, zaraz po przyjściu do swojego zakładu zadzwonił do człowieka od odzyskiwania danych.

— I jak? — spytał, gdy tylko tamten odebrał. — Kiedy mogę przyjechać po odbiór?

— Dzień dobry — zaczął z uśmiechem specjalista. — Więc tak to pan od tych wykasowanych esemesów? — zapytał retorycznie. — Poznaję pana po głosie.

— Tak, to ja. Kiedy? — powtórzył ostrzej pytanie.

— No, ja zaczynam pracę za niecałą godzinę, o dziesiątej, więc tak to zapraszam.

— Będę! — wykrzyknął Marek i się rozłączył.

Gdy tylko odłożył telefon, sam nie mógł się nadziwić, co go tak ciągnie do tej kobiety? Owszem, piękna, owszem, to notowanie na leśnym parkingu było intrygujące, ale żeby tak od razu rzucać pracę i pędzić po telefon z odzyskanymi esemesami? Oparł się w fotelu, założył ręce za głowę, zaplótł palce i wziął głęboki oddech. Coś w jego życiu wyraźnie się zmieniało.

Gdy tylko dotarł do specjalisty, zobaczył na drzwiach wywieszoną tabliczkę z napisem „otwarte”. Spojrzał odruchowo na zegarek; było siedem po dziesiątej. Chwycił za klamkę, otworzył drzwi i wszedł do niewielkiego lokalu usługowego. Jednak w pomieszczeniu nie zastał nikogo. Rozejrzał się niepewnie. Podszedł do lady i głośno chrząknął. Nie odpowiedział mu żaden dźwięk. Po następnych kilku chwilach głośno powiedział:

— Halo, jest tu kto?

Zza otwartych drzwi zaplecza dobiegł go cichy szmer. Jakieś szorowanie, zgrzyt, może ciche jęknięcie. Zupełnie, jakby ktoś się z czymś zmagał. Marek powtórzył pytanie:

— Halo, czy tu ktoś jest.

Zamarł w bezruchu. Przez głowę przebiegły mu liczne skojarzenia. Poczuł podenerwowanie. Już chciał ruszyć na zaplecze, aby sprawdzić, co się dzieje, gdy wyszedł stamtąd młody kociak. Marek wypuścił z ulgą powietrze. Schylił się, aby pogłaskać zwierzaka. Kotek podszedł i zaczął się ocierać. Marek wziął go na ręce.

— Dzień dobry — usłyszał za chwilę od strony zaplecza. — Punktualnie pan przyszedł. Jeśli mogę zażartować, to musi być miłość. Lidia — bardzo ładne i nietypowe imię. Więc tak to mnie się kojarzy jedynie z Lidką z Czterech Pancernych. Oglądał pan? — mówił ciągiem specjalista.

— Tak, pamiętam. Janek, Gustlik, Marusia i Lidka. I Szarik. — Spojrzał na kociaka. — Lidkę to chyba Pola Raksa grała? — odstawił kotka na podłogę.

— Ja to nazwiska nie znam, ale piękna kobieta. Mam nadzieję, że nie ma mi pan za złe, że czytałem esemesy, ale musiałem być pewien, że odzyskałem właściwe.

— Ależ skąd, bez tego by się nie dało.

— Więc tak to odzyskałem, co trzeba. — Specjalista sięgnął do szafki pod ladą i wyciągnął telefon. — W sumie to tak bardzo się nie narobiłem, więc nie zadrę z pana. — Zaśmiał się.

— Cieszy mnie to.

— Dwieście złotych… — zawiesił głos i spojrzał Markowi w oczy — byłoby, gdyby nie skojarzenie z piękną — jak to pan powiedział? — Polą Roksą.

— Polą Raksą — poprawił Marek.

— Więc tak to jest sto pięćdziesiąt.

— Ale… — Marek się zawahał. — Na pewno? Nie dwieście? Stać mnie na dwieście.

— No, klient się domaga więcej? Ho, ho! — Fachowiec ponownie się zaśmiał. — Dla dobrych ludzi zawsze jest taniej. Więc tak jest sto pięćdziesiąt, i bez dyskusji.

— Ok, nie będę się kłócił. — Marek sięgnął do portfela i zapłacił.

Wracał do zakładu, cały czas spoglądając na odzyskane wiadomości. Zupełnie jakby się obawiał, czy z powrotem nie znikną. Czytał ich treść, przypominając sobie, jak wygląda Lidia. Pamiętał dobrze ją stojącą obok samochodu, ale obraz samej twarzy jakby uleciał mu z głowy. Zastanowił się, czy teraz w ogóle by ją poznał. A może ma w głowie kogoś zupełnie innego? Czemu nie zrobił jej zdjęcia na tym parkingu, tak by mógł jeszcze raz spojrzeć i skonfrontować to, co pamięta, z rzeczywistością. Ale zdawał sobie sprawę, że gdyby wtedy zrobił zdjęcie, prawdopodobnie Lidia nie odezwałaby się w ogóle.

Po raz kolejny zastanowił się nad zdrowiem człowieka od odzyskiwania danych. Bez dodatkowych badań albo powiedziałby, że to cukrzyca, albo właśnie coś poważnego z sercem. Choć to drugie zwykle objawia się silnymi bólami w klatce piersiowej, a specjalista nic nie wspominał o żadnym bólu, jedynie o utracie przytomności. A może coś z płucami? W końcu niedotlenienie też może spowodować podobne objawy. Tak czy siak, trzeba by było zrobić szereg dodatkowych badań, aby wiedzieć cokolwiek. Dlaczego nie przykazał mu, aby koniecznie poszedł do lekarza? Owszem, wspomniał, aby poszedł, ale samo wspominanie to za mało, szczególnie w przypadku mężczyzn, którzy nie dbają o zdrowie.

Marek nagle zdał sobie sprawę, że myśli jak lekarz. Natychmiast przekręcił gałkę głośności radia i zalały go dźwięki piosenki „Monlight shadow”. Chciał jak najszybciej przestać myśleć o medycynie, więc zaczął próbować śpiewać, do czego nigdy nie miał zdolności.

Samotność Boga — cz. III

Samotność Boga — cz. III

We wtorek obudził się już po piątej rano. Spał tylko niecałe pięć godzin. Wielokrotnie budził się rano czy w środku nocy. Swego czasu próbował skorelować to z wydarzeniami dnia poprzedniego, ale żadnej zależności nie znalazł. Po prostu, nieważne, czy dzień miał lekki czy ciężki, czasem to się zdarzało. Spojrzał na swoją sypialnię. Drobinki kurzu tańczyły w promieniach słońca przedzierających się przez szparę w zaciągniętych zasłonach, oświetlając malunek, który dostał na osiemnastkę.

O szóstej wyszedł na długi spacer. Szedł ulicami Pruszkowa powolnym krokiem. Zawsze wybierał tę samą drogę. Nie zastanawiał się nad tym, lubił powtarzalność. Ile już razy przechodził obok tego samego śmietnika, ile razy widział tych samych ludzi i ile razy zwrócił uwagę na nierówno ułożony chodnik. Miał wrażenie, że w tych powtarzalnych odczuciach kryje się coś więcej niż tylko codzienność. Czuł, jakby za każdym razem przeżywał znowu coś niezwykle ważnego, coś zbawiennego. Przypominał sobie film „Dzień świstaka” i chciałby, aby taka filmowa rzeczywistość dotknęła jego samego. Choć sama idea takiego doskonalenia się wydawała mu się zbyt filmowa, zbyt hollywoodzka.

Gdy już siedział w domu i jadł śniadanie, usłyszał dźwięk esemesa. Oderwał się od jajecznicy, wstał i zerknął. Numeru nie znał. Otworzył wiadomość.

Cześć. Czy oferta spotkania nadal jest aktualna?

Przez chwilę nie wiedział, od kogo ta wiadomość, bo podpisu nie było, ale zaraz skojarzył to z kobietą, którą spotkał w Puszczy Kampinoskiej.

Cześć. To zależy, z kim rozmawiam. Czy jesteś kobietą, którą spotkałem trzy dni temu?

Oczami wyobraźni ujrzał ją przed sobą, tu w kuchni przygotowującą obiad. Brakowało mu kobiety, która zajęłaby się domem, bo on sam nie zawsze miał na to czas. Brakowało mu też kogoś bliskiego, mimo iż od lat unikał kontaktów damsko-męskich. Swego czasu zastanawiał się, czy nie zatrudnić gosposi, bo stać go było na to, ale zrezygnował, gdyż nawet w takiej relacji mógłby poczuć niepotrzebne emocje, których tak bardzo unikał od czterech lat.

Gdy już chciał wrócić do posiłku, znów przyszedł esemes.

Tak, przepraszam, że się nie przedstawiłam, mam na imię Lidia. To co, chętny na spotkanie?

Coś w Marka wstąpiło, poczuł przypływ nieokreślonej złości i w bez zastanowienia wykasował wszystkie trzy esemesy.

Nie dojadł jajecznicy, tylko ubrał się i znów wyszedł na spacer. Tym razem maszerował tak szybko, jak tylko potrafił. Chciał zostawić za sobą coś nieokreślonego. Po co w ogóle zaczepiał tę kobietę?

* * *

Zadzwonił do Leny tydzień po tym, jak ją poznał. Sam nie był przekonany, czy umawianie się z nią to dobry pomysł. Poczekał trzy sygnały, zanim odebrała. Już przy trzecim wahał się, czy się nie rozłączyć.

— Halo — usłyszał w słuchawce.

— Dzień dobry — zaczął oficjalnie. Pomyślał, że przecież umówienie się na spotkanie to nic zobowiązującego. — Widzieliśmy się kilka dni temu u Romana w firmie. Dzwonię, aby spytać, co u ciebie.

— O! — niemal krzyknęła w słuchawkę. — Cieszę się, że dzwonisz. U mnie nawet dobrze, choć… — Wyraźnie urwała w połowie zdania.

— Choć co?

— Nieważne. A co u ciebie, jak nauka?

— Dobrze, w zasadzie dopiero zacząłem drugą specjalizację, więc jeszcze cztery lata przede mną.

— Ja cię podziwiam, że studiujesz tyle lat. Ile to już?

— No, dwanaście. Ale nie narzekam, dorabiam u znajomego jako handlowiec.

— A u mnie tata ostatnio rozchorował się położnie. Zastanawiałam się, czy nie wrócić w Ukrainę. Ale już lepiej.

— Chyba obłożnie się rozchorował, a nie położnie. — Marek się uśmiechnął.

— Tak, tak. Mylą mi się polskie słowa.

— A co jest tacie?

— Tata to nie chce nic mówić, ale mama powiedziała, że to przepuklina pachwinowa.

— A miał operację?

— Tak, miał, dlatego lepiej.

— Czyli już nie chcesz wracać do domu?

— Zastanawiam się, bo tu jestem sama. — Ściszyła głos.

Marek odniósł wrażenie, że Lena bardzo pragnie się z kimś związać, ale też, że to skromna i wstydliwa dziewczyna, która nie powie wprost, mimo iż wyraźnie słyszał sugestię.

— Brakuje ci rodziny? — spytał.

— No, brakuje, brakuje.

Marek po raz kolejny zastanowił się, czy spróbować się z nią umówić. Wiedział, że gdyby się związali, zamieszkaliby w Polsce, więc prawdopodobnie bardzo rzadko odwiedzałaby rodzinę.

— A po co do mnie dzwonisz? — spytała. Marek poczuł, jakby miała odrobinę pretensji.

— Ja? — Zawahał się.

— Tak, z czymś konkretnym?

— Bo…

— Tak…?

— Bo chciałbym się z tobą umówić — powiedział cichutko.

— Kiedy? — niemal krzyknęła.

— A kiedy masz czas?

— Dzi… — Tym razem ona się zawahała. — Może jakoś w tym tygodniu? A kiedy ty masz czas?

— To może jutro? Ok?

— Tak! — odparła bez zastanowienia.

* * *

Godzinę później Marek wrócił do domu po bardzo szybkim spacerze. Czuł się nieco zmęczony, a przed sobą miał cały dzień. Był przepocony, więc wszedł pod prysznic. I już pierwsze krople wody obmyły go ze wspomnień, z gwałtowności, z chęci ucieczki. Natychmiast pożałował, że bezpowrotnie wykasował wiadomości od Lidii. To pierwsza kobieta, którą zaczepił od lat, i jedyna, z którą to zrobił w ten sposób. Co go tknęło, aby ją zagadać? Majaczyło mu się jedynie to, że robiła jakieś notatki zaraz po spacerze w lesie.

Gdy tylko wyszedł spod prysznica, sprawdził, czy na pewno nie jest w stanie przywrócić wiadomości w telefonie. Jakoś niezrozumiale czuł, że musi się do niej odezwać. Przejrzał wszystkie foldery, ale nic nie znalazł. A wiedział, że jeśli nie odpisze, Lidia uzna, że sprawa nieaktualna, że się rozmyślił i da sobie spokój. Marek pierwszy raz od kilku lat poczuł, że na kimś mu zaczyna zależeć. A prawie jej nie znał. I ta dojmująca myśl go zaniepokoiła, bo on, taki niezależny, starający się do nikogo nie przywiązywać, nagle odczuwa potrzebę zawarcia znajomości. Nie, to nie była zwyczajna potrzeba zawarcia znajomości, to coś więcej.

Tego dnia pracy było niewiele. Ot, w sumie trzy ciała, więc nie musiał sam ich szykować. Jedynie zajął się formalnościami. Za każdym razem zwracał uwagę na nazwisko zmarłego, chcąc być pewien, że nie ma do czynienia z kimś, kogo znał. Niby powinno być mu wszystko jedno, wszak zmarły to zmarły, jednak on znajomych traktował szczególnie. Tak, jak w przypadku żony nauczyciela matematyki — poszedł na pogrzeb, mimo iż jej prawie nie znał.

W końcu, gdy uporał się z papierami, jeszcze raz wziął do ręki telefon i próbował odzyskać usunięte wiadomości. Kiedyś czytał, że prawie każde dane można przywrócić, o ile nie są wyczyszczone przez specjalny program. Choć z drugiej strony, po co miał odzyskiwać? Czy źle mu samemu, bez kobiety? Nikt niczego nie narzuca, nie wymaga, nie potrzebuje. Ale, co bardziej dotkliwe, niczego nie daje. Bo nieraz brakowało mu kogoś bliskiego, tak zwanej drugiej połówki, do której mógłby się po prostu przytulić. Po co w ogóle zaczepił tę kobietę? Gdyby tego nie zrobił, nie zaprzątałby sobie głowy. A tak od samego rana chodzą mu po głowie wykasowane esemesy. Ale czy to tak źle? Nawet jeśli nic z tego nie wyjdzie, przynajmniej urozmaici sobie życie, załata działaniem nudne wieczory, których miewał po wyżej uszu. Bo nawet największy samotnik czasem potrzebuje kogoś do rozmowy, do wymiany emocji.

Gdy już stwierdził, że sam niczego nie zdziała, otworzył w komputerze przeglądarkę i wyszukał specjalistów od odzyskiwania danych w telefonach komórkowych. Wybrał kogoś z Pruszkowa, zadzwonił i umówił się na późne popołudnie. W tym czasie cały czas powtarzał sobie imię kobiety spotkanej w Puszczy Kampinoskiej.

— To co, mówi pan, że raczej da się odzyskać? Na kiedy? — spytał w pewnym momencie, gdy już dotarł do specjalisty.

— Więc tak to teraz mam mnóstwo pracy, ale zajmę się tym najszybciej, jak będę mógł.

— Czyli kiedy?

— Powiedzmy, za tydzień.

— A nie da się wcześniej?

— Niestety, kolejka czeka.

— Ale jeśli ma to tyle trwać, to muszę mieć pewność, że odzyska pan te wiadomości.

Mężczyzna spojrzał Markowi w oczy z przejęciem i cicho rzekł:

— Więc tak to pewność to miałby pan, jakbym ja miał pewność, że dożyję.

— Niech pan nie żartuje — Marek upomniał rozmówcę.

— Ech… — mężczyzna się żachnął. — Nic nie żartuję. Nic a nic.

— A… — Marek się zawahał. Przed oczyma stanęły mu stare czasy, gdy miał staż na internie. — Co panu jest?

— Co?… A bo ja ci to wiem? Więc tak to wczoraj jak rano wstałem, straciłem przytomność i ocknąłem się dopiero kilkanaście minut później. A mieszkam sam. Ale dobra, mniejsza o większość. — Mężczyzna spiął się w sobie. — Może uda mi się szybciej odzyskać te dane.

— No, nie naciskam.

— Oj, dobra, jakoś się sprężę.

— Wie pan co? — Marek stanął od rozmówcy na wyciągnięcie ręki. Już chciał go przebadać, może skierować do jakiegoś swojego znajomego lekarza, ale jak piorun znów zagrzmiała w nim przeszłość. — A robił pan szczegółowe badania? — Zmienił temat.

— Gdzie tam! Fakt, że trochę mnie to martwi, ale nie lubię chadzać po nieznajomych lekarzach, a znajomego medyka nie mam.

— Niech pan lepiej pójdzie, bo to może być coś poważnego — Marek mówił powoli, balansując na granicy powrotu do leczenia ludzi.

— Więc tak to może pójdę, ale teraz jest dobrze. Poza tym czasu nie ma. Aha, nie wiem, czy pan zdaje sobie sprawę, ale jeśli mam odzyskać szybciej dane, to musi pan zostawić u mnie telefon, abym miał go w każdej wolnej chwili?

— Ale…

— No, albo szybciej, albo umawiamy się za tydzień.

— Sam nie wiem… — Marek nie wiedział, co ma zrobić.

— Dobra, zróbmy tak: więc tak to jeśli się pan zdecyduje na szybciej, to niech go pan podrzuci wieczorem.

— OK, zastanowię się.

— Dobra, w takim razie do zobaczenia.

— Do zobaczenia.

Marek w końcu pożyczył od kolegi telefon, a swój zawiózł wieczorem do specjalisty, z którym się umówił. Gdy wrócił do domu, z jednej strony czuł sporą nadzieję na odzyskanie numeru, a z drugiej gryzło go, że spotkał człowieka, który potrzebował pomocy lekarskiej, a mu nie pomógł. Przecież całą młodość dążył do tego, aby być lekarzem, poświęcił na to szesnaście lat, a teraz uważał sprawę za zamkniętą. Pomyślał, że to zwyczajnie niespotykane marnotrawstwo czasu, którego zasób mamy w życiu ograniczony. Nie powinno się tak lekkomyślnie zamykać czegoś takiego. Ale on w zasadzie nie miał wyboru, bo był to dla niego niemal przymus. Ilekroć próbował wrócić do leczenia, czuł, że jakaś nieznana siła odbiera mu siły witalne i chęć do życia w ogóle.

Leżał w łóżku, gdy zadzwonił telefon. Z niechęcią spojrzał na wyświetlacz, który wyświetlał dobrze znany mu numer matki.

— Tak? — zaczął.

— Cześć, synku. Jak się masz?

— Dobrze, mamo, wszystko… — chciał kontynuować, ale matka przerwała.

— Może przywiozę ci zaraz obiad na kilka dni? Jesteś w domu?

— Mamo, jestem, ale mam co jeść — odparł żałośnie. Unikał takich rozmów z matką, bo doskonale pamiętał, gdy wystawała pod jego drzwiami zaraz po feralnym zdarzeniu. Poza tym, jak większość matek, chciała niemal zagłaskać swoje dziecko.

— Oj tam, na pewno nie dojadasz. Pozbierać się, Mareczku, nie możesz. Odkąd rzuciłeś pracę lekarza, jest z tobą coraz gorzej.

Na te słowa Marek miałby ochotę się rozłączyć, bo to go za bardzo dotykało, było zbyt prawdziwe, a tej prawdy nie chciał do siebie dopuścić. Bo jak tu dopuścić fakt, że zamiast pomagać ludziom przeżyć, pomaga ich grzebać. To pogodzenie się z własną bezsilnością, bezradnością i wybranie zawodu, który nie pozostawia złudzeń, że coś na tym świecie może od niego zależeć. Tu sprawa miała się prosto: płacono mu, a on zmyślnie majstrował przy zwłokach, aby wyglądały na zadbane, mimo iż w ogromnej większości przypadków i tak nikt tego nie mógł docenić, zobaczyć.

— Ma-mo, ta-ka by-ła mo-ja de-cy-zja — sylabizował.

— Decyzja, decyzja. Ty uciekasz przed przeszłością. Tak się nie da żyć.

— Daj mi spo-kój, ma-mo.

— Synku, ludzie potrzebują twojej pracy, czekają na operacje. Pomyśl o tym.

— Ma-mo mu-szę koń-czyć. Nie przy-jeż-dżaj — wypowiedział już bardzo powoli.

— Marecz…

Rozłączył się i wyłączył telefon. Tak jak stał przy kuchennej szafce, osunął się na podłogę do pozycji siedzącej i wtulił głowę między uda. Matka zbyt mocno przypominała mu o jego słabości, o ucieczce, do której sam przed sobą nie chciał się przyznać. Bo na co dzień nie myślał o tym, radził sobie w zapomnieniu, ale gdy przydarzało się cokolwiek, co pobudzało wyobraźnię i przywoływało wspomnienia, stawał się bezbronny wobec tej części własnej osobowości, która pozostała wykluczona, wzięta w nawias. To tak, jakby nosił w sobie wielki balon, który gromadził obezwładniający gaz sprzed lat. Marek był bezpieczny, dopóki jakaś szpilka nie naruszyła delikatnej struktury.

Tej nocy nie mógł usnąć. Czytał więc do późna niedawno zaczętą książkę, a gdy oczy się zmęczyły, wyszedł na spacer. Chętnie odcinał się od ludzi, a jeszcze chętniej od bodźców w ogóle, bo większość bodźców niosła w sobie fragmenty przeszłości. Ławka w parku informowała przez skojarzenie z podwójnym dnem — opalająca się tylko w bikini kobieta, która przypomniała mu ciało tamtej niezwykle atrakcyjnej dziewczyny w prosektorium — jak zareagował. Staw w parku przypominał Lenę, która weszła do niego w ubraniu. Ale w nocy przynajmniej nie musiał konfrontować swojego wyboru pracy z ludźmi, a to zdawało się największym wyzwaniem. Tak, już dawno zrozumiał, że to ludzie wzbudzają w nim niepotrzebne emocje. Żywi ludzie. Żywi, bo oni skłonni byli potrzebować pomocy lekarskiej, której udzielić już nie był w stanie. I tak naprawdę dlatego wybrał taką pracę, gdzie o leczeniu nie mogło być mowy. Jedynie członkowie rodziny zmarłych stanowili zagrożenie, ale oni pojawiali się na chwilę, na ogół przesiąknięci żałobą, i nawet jeśli mieliby jakiś problem zdrowotny, ten nikł. Śmierć stanowiła koniec problemów zdrowotnych u zmarłych i najczęściej ich chwilowy zanik u żyjących. W końcu wrócił do domu, padł na łóżko i zasnął.

Stoi sam na czymś, co wygląda jak ciągnąca się po horyzont szachownica złożona z czarnych i czerwonych pól. Patrzy na pomarańczowy zachód słońca, którego promienie blikują od półbłyszczącej powierzchni podłoża. Rozgląda się, ale nie widzi nikogo ani niczego oprócz dwóch krzeseł odwróconych do siebie przodami stojących kilka metrów dalej. Marek czuje zmęczenie i po chwili siada na jednym z nich. Próbuje je przestawić, ruszyć z miejsca, ale nogi są przytwierdzone do podłoża. Nagle wokół zaczynają wyskakiwać ze środków pól szmaciane laleczki o twarzach umalowanych w jaskrawe kolory. Po kolei jedno pole po drugim otwiera się, ukazując kolejną kukłę. Ta najbliżej niego z wypisanym na licu smutkiem, patrzy mu prosto w oczy i po chwili mruga raz powiekami. Kolejna, kilka metrów dalej, wyraźnie uśmiechnięta spogląda na drugie krzesło, które zaczyna nieznacznie drżeć. Wyskakują laleczki jak okiem sięgnąć. Jednocześnie rozbrzmiewa jakaś melodia, która brzmi jak grana na pozytywce. Słońce chyli się coraz bardziej. Wraz z narastającą muzyką kukiełki zaczynają rytmicznie podrygiwać. Z góry, niczym śnieg, opada na niego i szachownicę kolorowe confetti. Krzesło naprzeciwko rusza w prawo i powoli się rozkręca wokół niego. Marek ma wrażenie, że jest na karuzeli. Obraz przed oczami powoli się rozmywa, tworząc rozmazane smugi pozostawione przez laleczki i dwukolorowe pola szachownicy. W głowie wszystko wiruje, przysparzając o mdłości. Z każdą chwilą Marek ma ochotę uciec z tego przedziwnego świata, powrócić do domu, ale czuje się na tyle bezsilny, że nawet nie próbuje wstać. Gdy wszystko wokół tworzy rozmazaną plamę, spada Markowi na kolana czarne pióro. Świat jeszcze bardziej przyspiesza. Muzyka dzwoni dźwiękami pozytywki. To w końcu przekształca się w szum. Marek nie widzi nic poza swoim ciałem, krzesłem, na którym siedzi i czarnym piórem leżącym na kolanach. Unosi twarz ku górze, otwiera usta, które szybko napełniają się kolorowym confetti. Zaczyna mu brakować powietrza. Zakrztusza się i gwałtownie kaszle, wypluwając nie tylko confetti, ale i jakiś dym, który opada, tworząc gęstą mgłę skrywającą wszystko, co poniżej piersi. Marek czuje ucisk, jakby dym tworzył wyjątkowe ciśnienie napierające na ciało. Po raz kolejny ma problemy z nabraniem powietrza. Raptownie szarpie się i wstaje z krzesła. Pióro spada z kolan na podłoże, pod stopy. Marek zaciska pięści, zupełnie jakby chciał osobiście walczyć z nienamacalną mgłą i obracającym się światem. Wtem wyraźnie czuje, jakby ktoś wyłączył tę całą karuzelę. Dźwięki powoli cichną, obracająca się rzeczywistość zwalnia, a mgła opada. Ale wraz z tym do jego uszu zaczyna dobiegać płacz dziecka powtarzany nieregularnym echem. Marek nie jest w stanie zlokalizować, skąd to pochodzi. Lecz gdy mgła całkowicie znika, Marek widzi u swoich stóp, tam, gdzie spadło czarne pióro, dziecko z chirurgicznie otwartą klatką piersiową i odsłoniętym sercem. Spogląda dziecku w twarz: to synek Jadzi.

Marek zerwał się około dziewiątej przed południem. Dźwięk gwałtownie nabieranego powietrza odbijał się pogłosem od ścian sypialni. Po policzku spłynęła mu do ust gorzka kropla potu. Rozejrzał się po pokoju, zawieszając wzrok na urnie przypominającej kielich.

— Jeszcze te sny — wymamrotał do siebie.

Spojrzał na szczelinę w niedbale zaciągniętych zasłonach. Na zewnątrz deszcz dzwonił o blaszany parapet. Każdy dźwięk spadającej kropli przypominał mu uderzenia w werble na wojskowej uroczystości pogrzebowej lub w dzień zmarłych pod pomnikiem Nieznanego Żołnierza. Nieporadnie wstał z łóżka i boso wyszedł przed dom. Stanął w piżamie w strugach kapuśniaczka i skierował twarz ku niebu. Pragnął zmyć z siebie wspomnienie snu, które przywołało to, co zdarzyło się kilka lat wcześniej. Znów, tak, jak wtedy pod prosektorium, tak i teraz mókł samotnie, oczekując pomocy z góry. Od Boga.

* * *

Przypomniał sobie jeszcze jedno niezwykle ważne zdarzenie, gdy padał deszcz. Pewnego dnia Marek nie mógł oderwać się od zamokniętej szyby. Doszły go słowa jednej z pielęgniarek, że jakaś kobieta nie chce dać zabrać swojego synka na kompleksowe badania. Właśnie obserwował wielką kroplę wody spływającą w połowie szyby, gdy usłyszał jej szloch. Nie chciał się odrywać, uwielbiał widok jednoczących swe siły kropel, które z każdym połączeniem ruszały w dół z jeszcze większą prędkością. Te malutkie mogły wisieć na oknie całymi godzinami, dopóki nie wyschły, a połączywszy się, zyskiwały masę i energię, ale skracały swój żywot na szybie. W końcu oderwał się od wodnego spektaklu światła oraz soczewek i ruszył na oddział. Po chwili zobaczył kobietę kurczowo tzrymającą na rękach trzy czy czteroletniego chłopca, z którą usilnie dyskutowała jego koleżanka Ela i pielęgniarka Krystyna.

— Proszę nam go dać, zrobimy badania i oddamy — mówiła lekarka.

— Nieee! — wycharczała nieznajoma.

— To nie potrwa długo, najwyżej godzinkę. Musimy zrobić te badania — wtrąciła pielęgniarka.

— Nigdyyyy!

— Ale pani dziecko jest w niedobrym stanie, proszę nie pogarszać jego stanu — ciągnęła Ela.

— Dajcieee naaam spoookóóój! — nadal charczała z płaczem kobieta.

Marek w końcu podszedł i stanął bardzo blisko nieznajomej, naprzeciwko, odgradzając ją od innych.

— Dzień dobry — powiedział z uśmiechem. — O, co ja tu widzę. Synek w świetnym stanie, to tylko drobna niedyspozycja, z którą sobie poradzimy, zanim pani zdoła się zorientować. — Spojrzał kobiecie głęboko w oczy. — Jestem Marek Olkuń i chciałbym osobiście pani potwierdzić, że wszystko będzie dobrze. Pozwoli pani? — Po raz kolejny się uśmiechnął.

— Nieee! — powtórzyła łagodniej nieznajoma.

— Ale proszę pomyśleć, w końcu po coś pani tu przyszła. Jak ma pani na imię?

Po chwili ciszy kobieta odpowiedziała:

— Jadwiga.

— Marek jestem, proszę mi mówić po imieniu.

— Nie oddam swojego synka! — wyszeptała stanowczo.

— Czy ja wyglądam, jakbym miał synkowi zrobić krzywdę? No, proszę na mnie spojrzeć.

Nieznajoma niechętnie oderwała wzrok od trzymanego na rękach dziecka i zerknęła Markowi w oczy.

— Panie Marku…

— Po prostu Marku.

— Marku, ale! — Gwałtownie jeszcze bardziej przytuliła dziecko.

— Śmiało, sam się nim zajmę.

Zanim kobieta się odezwała, zabrała głos Ela:

— Marek, przecież za dwie godziny masz operację, musisz odpocząć.

Marek spojrzał na nią z uśmiechem i odparł:

— No, to będę miał na to prawie godzinę.

— Ale przecież nie zajmujesz…

Marek skarcił ją wzrokiem, przerywając, zupełnie jakby wiedział, że chce powiedzieć, iż on nie zajmuje się dziećmi.

— Właśnie pani Jadzia się zgadza, abym zajął się jej synkiem, prawda?

— Ja… — wahała się kobieta. — Ale nic mu się nie stanie?

— Jestem kardiochirurgiem — odpowiedział. — To jak?

— Ale tylko na godzinkę? Nie dłużej.

— Tak, tylko na godzinkę. A potem zapraszam do mnie do gabinetu na kawę. — Po raz kolejny spojrzał kobiecie w oczy.

Gdy wiózł z powrotem małego po badaniach, kobieta nerwowo dreptała na korytarzu przed oddziałem. Na jej widok gwałtownie zwolnił, nie wiedział, co na dobrą sprawę ma powiedzieć. Jadwiga ruszyła w jego stronę i wykrzyknęła:

— I jak z nim? I jak?

— Jadziu… Mogę tak mówić, prawda?

— Co jest?! — wrzasnęła.

— Jacek będzie wymagał operacji serca jak najszybciej.

— Co?! — kobieta jeszcze bardziej podniosła głos.

Marek podszedł i objął ją ramieniem.

— Czy przeżyje? — ciągnęła.

— Tak, ale operacja musi być wykonana jak najszybciej. — Chciał odruchowo się uśmiechnąć, ale nie był w stanie. — A teraz zapraszam do mnie na kawę, Jacuś jedzie z nami — uprzedził jej pytanie.

Tamtego dnia Marek długo nie mógł usnąć. Kotłowało mu się w głowie po burzliwym dniu. Wrócił do domu dopiero nad ranem po skomplikowanej operacji, która całe szczęście zakończyła się pozytywnie. Ale mimo to cały czas martwił się o pacjenta, który miał zaledwie niespełna trzydziestkę na karku.

W końcu tamtego dnia, po poznaniu Jadzi, Marek wstał nad ranem z łóżka bez odrobiny snu, wsunął stopy w zimne kapcie i poczłapał do okna, za którym już widniało. Na zewnątrz wciąż siąpił deszcz. To jedyny przyjaciel, który jeszcze płakał, nie wstydząc się tego. Z obojętnością godną psychopaty lał deszczowe łzy. Marek rozsunął zasłony. W tym drobnym deszczu gawron na pobliskim dębie skubał sobie pióra, niejako dokonując porannej toalety. Marek zastanowił się, czemu zwierzęta potrafią żyć w samotności. Owszem, zakładają gniazda czy legowiska, ale niektóre gatunki na akcie prokreacji i wychowania młodych kończą swoje uczestnictwo w związkach. Najbardziej znanym gatunkiem zwierząt, które żyją często w samotności, są wilki. Czy zwierzęta odczuwają taką samą pustkę jak człowiek. Dajmy na to, taki kruk egzystuje często całe życie niemal samotnie i nie lgnie za wszelką cenę do innych osobników. Czy więc tylko człowiek ma w duszy pustkę, której nie jest w stanie nigdy do końca zapełnić? Czym jest ta pustka? Czy to błąd Boga w sztuce tworzenia, czy może umyślna funkcja, która ma jakiś niezrozumiały cel?

* * *

Następnego dnia, w czwartek Marek wybrał się z samego rana z kolegą Stefanem na ryby. Tego dnia Stefan miał wolne, a w zakładzie nie było co robić poza wyczekiwaniem. Jadąc tuż po piątej rano nad Wisłę, Marek zastanawiał się, kiedy dane z jego telefonu będą gotowe. W jakiś sposób Lidia nie dawała mu spokoju, mimo iż nie znał jej prawie w ogóle. Wciąż miał przed oczami, jak samotnie spacerowała w Puszczy Kampinoskiej i jak robiła tajemnicze notatki. Próbował analizować, co zrobiło na nim większe wrażenie, ale to trochę tak, jakby próbować zrozumieć, czy o atrakcyjności chleba stanowi mąka, czy drożdże — te półprodukty mogą być przyrządzone na wiele sposobów, na wiele smaków, ale dopiero razem, dołożone w odpowiednich proporcjach tworzą chleb, nasz powszedni. I wystarczy, aby dodać ciut zbyt dużo soli, aby całość była niezjadliwa. Może więc to mieszanina kilku cech u Lidii spowodowała, że Marka ogarnęły tak intensywne uczucia? Uczucia pozytywne, ale i szarpiące umysłem — inaczej nie wykasowałby tych esemesów.

Kiedy już siedzieli nad rzeką, Marek spytał:

— I co, w końcu żona wie, że razem tu przyjechaliśmy? — zacierał skostniałe od zimna dłonie. O tej porze roku ranki były jeszcze bardzo chłodne, czasem z przymrozkiem.

— A skąd, szefie. Jak człowiek mniej wie, to spokojnie śpi. — Stefan postawił kołnierz w kurtce.

— Ale przecież mogłaby pomyśleć, że przyjeżdżasz tu z jakąś kobietą.

— Z kobitą? Szefie, niech szef spojrzy na mnie. — Stefan stanął przed Markiem. — Co szef widzi?

— No, fajnego faceta.

— Nieee. — Stefan się zaśmiał. — Szefie, wyglądam jak, nie przymierzając, chłoporobotnik z Trybuny Ludu. Twarz kostropata, nos wielki, niskie, bandyckie czółko i postawa jak skradający się szpieg z krainy deszczowców. Szefie, toż to żadna kobita na to nie poleci.

— Tak myślisz? A ja sądzę, że dla niejednej byłoby to zaletą. A jeszcze więcej w ogóle na to nie zwraca uwagi. Poza tym — Marek wstał, stanął naprzeciwko Stefana, uścisnął mu dłoń — nie mów do mnie szefie, mów mi po imieniu.

— Nie, szefie, szef dla mnie zawsze pozostanie szefem. A imię znam, ale niech ono pozostanie dla kogo innego.

— Dlaczego?

— Dlaczego? Bo tam, gdzie zaczyna się znajomość, kończy się karność, a bez karności to jeszczem gotów zaniedbywać pracę.

— Stefan, ty i tak starasz się za dwóch, za bardzo dbasz o mnie. Zobacz choćby ostatni problem z kobiecymi zwłokami. Kto harował do późna, gdy ja kolejny raz zaniemogłem?

— Mnie to, szefie, takie dni są potrzebne. Wracam potem do domu wymęczony, ale i szczęśliwy. Bo jak dostanę popalić, to czuję się sobą. Mówię ci, szefie, nic tak dobrze na mnie nie wpływa jak rygor i harówa.

— A te ryby? — spytał bez namysłu Marek.

— A, to co innego. Tutaj to przychodzę, aby pobyć sam, oderwać się od tego wszystkiego.

— W takim razie niepotrzebnie przyjechałem z tobą.

— Aj tam, niepotrzebnie. Szefie, to dla mnie przyjemność! A jak zarażę szefa wędkowaniem, to będę cały szczęśliwy.

Na chwilę zamilkli. Marek zastanowił się nad tym, o czym myślał niegdyś, zaraz po poznaniu Jadzi. Czy dawanie kawałka siebie, czym w tej sytuacji jest chęć zarażenia wędkowaniem, to ten brakujący fragment w układance ku pełni człowieka? Czy dzielenie się fragmentami własnego szczęścia to wyraz samotności i chęci nawiązania bliższych relacji, czy może egoistyczny zabieg mający na celu narzucenie swojego zdania?

— Teraz popatrz, szefie, spławik zaczyna drgać — szepnął Stefan. — To znak, że zaczyna się branie. Jakaś ryba skubie już przynętę. Jeszcze chwila i będziemy wyciągać.

Stefan delikatnie ujął wędkę w dłonie i powiedział:

— Niech szef chwyci jak ja, tak łatwo wyczuć, gdy coś się dzieje.

— Ale tak zwyczajnie czy jak?

— No, delikatnie, tak, aby czuć każde drgnięcie, toż to teraz jak żywy organizm.

Marek tylko znacząco wypuścił powietrze. Pomyślał o czasach, gdy na co dzień majstrował w żywych organizmach. Nie chciał do tego wracać.

— Czuje szef? — ciągnął Stefan. — Zaczyna szarpać w bok, znaczy, już haczyk się wbił, teraz trzeba czekać, aż wejdzie głębiej.

— Tak, czuję — odpowiedział niepewnie Marek.

— No, to już czas, ostro szarpie w prawo. Niech szef gwałtownie pociągnie. Ale raz, a porządnie.

Marek zrobił, co mu kazano. Wyraźnie poczuł, jak wraz z pociągnięciem wędka mocniej szarpnęła.

— A teraz delikatnie do góry, ja podstawię podbierak — rzekł głośniej Stefan.

Gdy już wyciągnęli rybę, Stefan cichutko powiedział:

— Wiem, że szef niezwyczajny, ale trzeba szybko dobić, żeby się nie męczyła. Bo taka ryba to też cierpi, szefie. — Stefan sięgnął po spory tasak i wręczył Markowi. — Jednym ruchem proszę uciąć głowę.

Marek zawahał się. Nigdy w życiu nie zabił świadomie żadnego zwierzęcia. Patrzył, jak ryba rzuca się na trawie tuż przed nim. Rozpaczliwie otwiera usta, aby nabrać jeszcze haust zbawiennej wody zawierającej życiodajny tlen. W końcu poczuł na ramieniu uścisk dłoni Stefana.

— Szefie, już czas — wyszeptał jeszcze ciszej kolega.

Marek wziął głęboki oddech, przytrzymał rybę lewą ręką, a prawą zadał decydujący cios.

Tak oto świadomie pozbawił życia istotę żywą.

Marek przez dłuższą chwilę obserwował, co robi jego kolega. Najpierw wbił na haczyk kolejną przynętę, obejrzał dokładnie żyłkę, czy nie jest naruszona, wyregulował długość żyłki i ze sporym zamachem zarzucił wędkę. Spławik zakołysał się na powierzchni rzeki. Marek wcisnął dłonie w kieszenie. Panowała całkowita cisza, bo o tej porze ani nie słychać było żab, ani wodnego ptactwa, a do cywilizacji mieli spory kawałek drogi. Rozejrzał się po całej rzece. Gdzieś w dole zaczynała się wyspa oddzielona od brzegu wąskim pasem wody, a w górze majaczyły słupy wysokiego napięcia, które w okolicach takich rzek mają monstrualne rozmiary.

— Bo wiesz, szefie — przerwał ciszę Stefan. — To jest tak, że ja tu przejeżdżam na te ryby z powodu pracy. Jak się napatrzę na co dzień na te wszystkie trupy, to na niepokój mnie bierze. Ileż to młodych do nas trafia. Nie dawniej jak dwa tygodnie temu przywieźli dziewczynę, może dwudziestoletnią. Szefie, ile bym dał, aby ktoś inny za mnie się nią zajął. Żal patrzeć. Całe życie miała przed sobą, a wyciągnęła kopyta. Często myślę sobie, że ten świat jest nie tak stworzony. Starzy powinni iść do piachu, a nie młodzi. A już najgorzej, jak się dowiem, że przywieźli kogoś po długiej chorobie. A jak była jeszcze nieuleczalna, to zastanawiam się, czy przypadkiem śmierć to nie przysługa dla niej. Bo co to za życie, cały czas leżeć w łóżku? Ani to człowiek nie nacieszy się swobodą, ani nie zazna przyjemności, tylko udręka. A po niej koniec. Żebym to chociaż był pewien, że coś tam jest po tej drugiej stronie, to jakoś łatwiej byłoby to przełknąć. A ja tyle już widziałem bezsensownych śmierci, że i wierzyć przestałem. Teraz to dla mnie jedynie koniec życia. I nic dalej nie ma. I jak ktoś, szefie, przez ostatnie lata tylko cierpi z powodu choroby, to sobie myślę, że ta śmierć to i tak jest wybawieniem. I przyjeżdżam na te ryby, aby sobie udowodnić, że przeze mnie żadne stworzenie nie będzie cierpiało. Ciach tasakiem i już ryba martwa. Inni to, szefie, łapią te bidne ryby, wyszarpują haczyk, wrzucają je do pustego wiadra, a ryba też czuje i cierpi. A jak za mała, to wyrywają haczyk i wrzucają rybę do rzeki, że niby zagoi się. Ja tam, szefie, w to wątpię. A nawet jak się zagoi, to ryba się swoje nacierpi. A ryba to ryba, jej zadaniem jest rozmnożyć się i tyle. I żyć w spokoju. A jak cierpi, to patrzeć nie można. — Stefan sięgnął po tasak, zważył w dłoni, potrząsnął. — Taki tasak, szefie, to bez niego bym na ryby nie przyjeżdżał. To narzędzie dla godności zwierzęcia. Nie dla mnie. Bo dźwigać trzeba, ostrzyć za każdym razem. Kiedyś przyjechałem tutaj bez niego, już zacząłem się rozkładać, ale gdy zobaczyłem, że go zapomniałem, to wróciłem. Bez tego tasaka, to jak bez ręki, szefie.

Stefan sięgnął do plecaka i wyciągnął dwie puszki piwa. Marek bez słowa przyjął jedną. Ale odzywać się nie zamierzał. Słuchał kolegi z zaciekawieniem, zrozumieniem i żywymi emocjami. Jednak emocje te jawiły mu się tylko negatywnie, bo przecież kilka lat temu przywracał chorych do pełni życia, wielokrotnie ratował od śmierci. Nie chciał więc wracać do takiego życia, teraz pragnął jedynie nie mierzyć się z problemami życia lub śmierci — dążył, aby być od tego jak najdalej.

— A potem, po takich rybach, szefie — ciągnął Stefan — jak wrócę do roboty, to jakoś mi na duszy lżej, że zrobiłem wszystko, co w mojej mocy, aby skrócić cierpienie. Nadal boli, jak widzę bezsensowną śmierć, ale przynajmniej nie mam do siebie pretensji, że nic nie robię w tym kierunku. — Stefan napił się kilka łyków piwa. — A mogę mieć do szefa pytanie?

— Tak, pewnie.

— Tylko widzisz szefie, bo nie wiem, czy powinienem o to pytać… — Stefan wtulił głowę w podniesiony kołnierz.

— Śmiało.

— Bo widzisz, szefie, próbuję to od dawna zrozumieć, ale same głupoty mi do łba przychodzą. Dlaczego szef nie jest w stanie obrabiać kobiecych zwłok?

Nastąpiło milczenie. Marek zastanawiał się, co w ogóle odpowiedzieć. Przecież nie powie pracownikowi, że kiedyś miał wzwód na widok trupa. Takie informacje, mimo iż Stefan wykazywał maksimum empatii, musiały pozostać tylko Marka tajemnicą. Podniósł puszkę i pijąc kilka łyków, Marek dostrzegł w górze lecących kilka czarnych ptaków. „To na pewno kruki” — powiedział do siebie w myślach.

— Stefan, to przez tę pracę chirurga — skłamał. — Ale nie pytaj o więcej. — Spojrzał koledze w oczy. — Każdy ma swojego bzika, ty ryby, ja martwe kobitki. Niech tak zostanie.

Mamusia mówiła

Mamusia mówiła

Zatrzymać Samobójstwo Dorosłych

Mamusia mówiła, że nigdy nie zostanę sam. Nawet jeśli odejdzie, będzie spoglądała z góry. Ale ja nie rozumiałem, co to znaczy. Bo mamusia nigdy nie odejdzie, zawsze będzie przy mnie. Za każdym razem tak się cieszyłem, kiedy ją widziałem, chociaż wychodziło z niej tyle rurek. Ale taka pani w białym fartuchu przychodziła i nie pozwalała nam tam zostać. Najwyżej tyle, co trwa dobranocka. Potem wracałem z tatusiem do domu, tatuś robił kolację i układał mnie do łóżeczka tuż po dobranocce. Najbardziej pamiętam tę bajkę o dziewczynce, co macocha chciała ją otruć, a uratował ją książę.

Od dawna nie widziałem mamusi. Tatuś nie chciał powiedzieć, dlaczego do niej już nie jeździmy. Wczoraj wieczorem mówił, że musimy wstać rano, przyszykował jakieś ciemne ubrania, usiadł w kuchni przy oknie i się rozpłakał. Podszedłem, żeby go przytulić, ale od razu wziął mnie na ręce i zaniósł do łóżeczka. Ale nie mogłem zasnąć, bo brakowało mi mamusi. Patrzyłem na uchylone drzwi do mojego pokoiku, czy się w nich nie pokaże. Potem odwróciłem się do ściany, bo jakoś tak strasznie smutno mi się zrobiło, i zacząłem liczyć, jak nas uczyła pani Basia w szkole. Nie wiem, kiedy zasnąłem, ale pamiętam, że doliczyłem do tysiąca.

Rano nie chciałem wstać z łóżeczka. Miałem ochotę leżeć tak cały dzień. A przecież lubię szkołę i dzieci, z którymi mogę się bawić. Spojrzałem za okno: padał deszcz i było jakoś ciemno na dworze. Słyszałem, że tatuś chodzi po całym mieszkaniu, jakby czegoś szukał. Na chwilę zamykał się w łazience, potem wychodził, trzaskał drzwiami i zaraz włączał telewizor. Ale tatuś nigdy nie oglądał telewizora tak rano. Zaraz wyłączał telewizor i znów wchodził do łazienki. Czy to ja coś złego zrobiłem?

W końcu tatuś ubrał mnie w te ciemne ubranka, dał do napicia się soczku i pojechaliśmy bez śniadania do jakiegoś kościoła. Nie pamiętam, co tam było, ale czułem w sobie taki straszny smutek. Powiedziałem, że chcę stamtąd wyjść, ale mi nie pozwolił, bo deszcz i zimno. Patrzyłem tylko na księdza, co stał przed jakąś dużą skrzynią, a wokół leżało dużo kwiatów. Najbardziej zrobiło mi się smutno, gdy ksiądz machał czymś metalowym na łańcuchu i leciał stamtąd dym. Powiedział coś o prochu, ale to dziwne, bo tatuś mówił, że prochu używało się do armat i pistoletów. I jak poczułem ten dym, to źle się poczułem. Przytuliłem się do tatusia i tak mi się bardzo zachciało płakać. Potem przyszło czterech panów ubranych na czarno i wynieśli z kościoła tę skrzynię. A za nimi wyszli wszyscy ludzie. Później szliśmy pod parasolami za takim śmiesznym długim samochodem, który też był cały czarny jak ci panowie, co tę skrzynię wynieśli. Weszliśmy na cmentarz i zacząłem płakać, gdy podszedł wujek i spytał, czy brakuje mi mamusi. Wtedy zrozumiałem, że zakopują mamusię na cmentarzu. A ja tak bardzo nie chciałem, żeby ją zakopywali. Chciałem, żeby wróciła. Pamiętam, że tatuś wziął mnie na ręce i mocno przytulił. Tak strasznie gorzko mi się zrobiło w buzi od tych łez. Mamusia mówiła, żeby się nie wstydzić płaczu, że to wcale nie znaczy, że jest się dzieckiem. Pamiętam tylko, jak ci panowie ubrani na czarno spuszczają tę skrzynię do wielkiego dołu, a potem zasypują. Dlaczego musieli mamusię zasypać?

Potem pamiętam, jak szliśmy na piechotę do domu. Tatuś cały czas wycierał łzy. Spytałem, czy coś źle zrobiłem, ale spojrzał na mnie i powiedział, żebym nigdy tak nie myślał.

Od tego dnia tatuś przychodził do domu smutny, siadał przed telewizorem i oglądał go całymi wieczorami. Często prosiłem, żeby mi pomógł w pracy domowej, ale wtedy stawał przy mnie, pytał, czego nie rozumiem, ale nic więcej nie mówił. I w ogóle mi nie pomagał. W szkole zacząłem dostawać gorsze stopnie i pani kilka razy wpisała uwagę do dzienniczka, że przyszedłem bez odrobionych lekcji.

Gdy była jesień, tatuś przyszedł wcześnie do szkoły i mnie zabrał. Pojechaliśmy do cioci, która mówiła, że tatuś potrzebuje pomocy i żeby poszedł do lekarza, ale nazwy nie zapamiętałem. I tego samego dnia pojechaliśmy do przychodni. Tatuś mnie zostawił przy jakiejś pani, która odbierała telefony, a sam wszedł do gabinetu i siedział tam chyba pół dnia. Potem wyszedł, a pani doktor pogładziła go po ramieniu. Pomyślałem, że teraz to będzie nowa mamusia, a ja chciałem mojej prawdziwej mamusi. Byłem zły i na tatusia i na tą panią.

Tatuś przestał mnie odbierać ze szkoły, wracałem sam. Mówił, żebym uważał na samochody i nie rozmawiał z nieznajomymi. Robiłem tak, jak mówił tatuś. Tylko któregoś dnia jakoś się dziwnie poczułem i poszedłem na ten cmentarz, co tam mamusię zakopali do ziemi. Wszedłem przez bramę i zaraz podszedł do mnie jakiś pan i spytał, dlaczego jestem sam. Ale tatuś nie pozwolił mi rozmawiać z nieznajomymi, więc uciekłem. Biegłem, aż nie mogłem złapać tchu. Zobaczyłem taki mały budyneczek. Miał z przodu kratę, a dalej małe pomieszczenie. Chwyciłem za kratę i otworzyłem ją. Wszedłem do środka. Pod sufitem był straszny pająk, który miał na plecach narysowany taki sam znak, jak na tych kamiennych płytach, co wokół. Przypomniałem sobie, że mamusia mówiła na to „krzyż”, ale nie wiedziałem, co to znaczy. Ciocia kiedyś mi opowiadała, że dawno temu jakaś pani z dzieckiem uciekała przed złymi ludźmi i schowała się w jaskini. Ci źli ludzie nie szukali jej tam, bo wejście zasłoniły pajęczyną właśnie takie pająki z tym krzyżem. Podobno te pająki ją uratowały. Jakoś nie wierzyłem cioci, bo bardzo się bałem tych pająków. Ale siedziałem w tym budyneczku z tym pająkiem, bo tatuś mi nie powiedział, żebym się ich bał, mówił, żebym nie rozmawiał z nieznajomymi.

Po jakimś czasie, gdy nie widziałem już nikogo wokół, wyszedłem i zacząłem szukać miejsca, gdzie zakopali mamusię. Jak tylko kogoś widziałem, chowałem się za te krzyże. Malutki jestem, więc mnie nie zobaczyli. Szukałem chyba pół dnia, ale przypomniałem sobie, że mamusię zakopali pod takim wielkim drzewem. Wszedłem na jedną kamienną płytę, potem ostrożnie, żeby nie spaść na krzyż i zobaczyłem to drzewo. Rosło całkiem niedaleko. Pobiegłem tam jak najszybciej. W tym miejscu, gdzie zakopali mamusię, był też krzyż, ale drewniany. A na nim tabliczka, na której ktoś napisał imię i nazwisko mamusi i jakieś cyfry. Ziemia była usypana w taki mały nasyp, na którym leżało dużo kwiatów.

Zrzuciłem tornister i zacząłem przekładać kwiaty na bok. Wszystkie już uschły. Jedne były naprawdę ciężkie, bo wyglądały jak takie koło do pływania po wodzie. Ledwo go uniosłem, ale w końcu mi się udało. Gdy nasyp był już pusty, zacząłem rękami kopać. Ci panowie, co byli na czarno ubrani, to mieli łopaty i szybko zasypali dół, ale wiedziałem, że jeśli będę długo kopał, to odkopię mamusię i rękami. Odgarniałem ziemię na bok, na miejsce obok, gdzie nie było ani kamiennej płyty, ani podobnego nasypu jak tu, u mamusi. Jak pomyślałem, że niedługo znów będę z mamusią, zacząłem płakać. Ale kopałem dalej. Wycierałem łzy dłońmi i kopałem, i kopałem. Spociłem się zaraz, że musiałem zdjąć kurtkę. Jak kolejny raz wytarłem twarz z łez, poczułem, że ziemia zgrzyta mi między zębami. Stanąłem więc i próbowałem wypluć to co w buzi, bo mamusia kiedyś mówiła, że w ziemi są bakterie i można się zarazić. Zobaczyłem, że mam całe czarne ręce. Wytarłem je w kurtkę, bo mamusia będzie się gniewała, że jestem taki brudny. I znów zacząłem kopać.

Gdy dół sięgał mi do piersi, zmęczyłem się. Powoli robiło się ciemno. Poczułem, że tak bardzo chce mi się spać. Założyłem z powrotem kurtkę i położyłem się na dnie tego dołu. Chciałem odkopać mamusię, ale już nie miałem siły. Jak się prześpię, będę kopał dalej. Nawet nie wiem, kiedy usnąłem.

Obudziło mnie wołanie tatusia. To mnie wołał. Było całkowicie ciemno, a ja bardzo zmarzłem. Wstałem i próbowałem wyjść z tego dołu, co go wykopałem, ale cały czas obsypywała się ziemia i spadałem na dno. W końcu zobaczyłem światło latarki, a po chwili tatuś stanął nade mną zdyszany i upadł na kolana. Zaczął bardzo płakać. A ja razem z nim. Chciałem się do niego przytulić, ale byłem w tym dole, a on tam na górze. Za chwilę tatuś przetarł oczy, wyciągnął mnie z dołu i bardzo mocno przytulił, tak, że aż mi kości zatrzeszczały. Widziałem w świetle tej latarki, że bardzo go ubrudziłem. Zasnąłem mu chyba na rękach.

Następnego dnia gdy się wyspałem, poszliśmy do tej samej pani doktor, co tata był u niej kilka dni wcześniej. Mówiła mi, że czasem tak jest, że ktoś umiera i nie da się go już ani odkopać, ani przywrócić do życia.

Ale ja w to nie wiezrę. Wiem, że mamusia jest gdzieś, tylko daleko, i spogląda na mnie z góry, jak to mi mówiła tuż przed śmiercią. Tak bardzo za nią tęsknię. Chciałbym już umrzeć i być z nią tam na górze. Tatuś mówił kiedyś, że nieba nie ma, ale ja w to nie wierzę.

Nad rzeką — erotyk

Nad rzeką — erotyk

Tekst przeznaczony jest tylko dla osób pełnoletnich

Zakradłem się do Pauliny, kiedy już zmierzchało. Po całym upalnym dniu czułem nieco orzeźwienia, bo temperatura wreszcie znacznie spadła. Podszedłem na czworaka pod jej okno, cały czas przytulony do drewnianej ściany chałupy, i cichutko zapukałem. Pachniało maciejką i świeżo suszonym sianem. Przysłuchiwałem się, czy nikt mnie nie zauważy, toteż skupiony byłem na najcichszych dźwiękach, spośród których wybijały się dwa: pobliskich świerszczy i nieco bardziej odległych żab w stawie u Malickiego. Przypomniałem sobie czas, gdy obserwowałem Paulinę i nie miałem odwagi, aby się do niej odezwać. A dziś? Po prostu chciałem ją wyciągnąć na nocną randkę.

Po kilku chwilach coś zachrobotało mi nad głową. Skuliłem się jeszcze bardziej, niepewny sytuacji. Tuż nade mną pojawiła się twarz Pauliny.

– Co jest? Nie powinieneś… – zaczęła, ale natychmiast przerwałem:

– Chodź, idziemy nad rzekę. Tylko przez okno, aby cię nikt nie zauważył.

– Zwariowałeś! – podniosła głos, ale zasłoniłem jej usta dłonią.

– Zakładaj buty i nic nie mów, nie pożałujesz.

Posłuchała, bo na chwilę znikła w pokoju i pojawiła się znowu, próbując bezszelestnie do mnie dołączyć. Miała na sobie błękitną sukienkę sięgającą kolan. Najpierw wysunęła jedną nogę i nagle zorientowała się, że jestem pod nią.

– Odsuń się i nie patrz! – rozkazała ze śmiechem.

Wiedziałem, że jeśli powiedziała to ze śmiechem, to tylko dla przyzwoitości. Jednak nie dałem po sobie poznać, że przez krótki moment dostrzegłem jej białe majtki w czerwone grochy, opięte na tym, co interesowało mnie najbardziej – na bułeczce przekrojonej wzdłuż. Zrobiło mi się gorąco. Jednak spełniłem jej wolę i odsunąłem się w bok, a wzrok wbiłem pobliski kwiat bratka, który właśnie zapylany był przez pracowitego trzmiela. Pomyślałem o słodyczy nektaru.

Nad rzeczkę doszliśmy prawie całkowicie po zmroku. Oprócz zapachów kwiatów i siana w powietrzu unosiła się również woń wodnej roślinności i samej wody, która źródło miała kilkadziesiąt metrów dalej – pachniała matką ziemią, ale i czymś nieziemsko świeżym; zapraszała do picia i kąpieli.

– I co będziemy robili? – spytała szeptem, zupełnie jakbyśmy nadal skradali się pod jej chatą.

– Nie wiem jak ty, ale ja zamierzam się naj… wykąpać. – Chciałem powiedzieć najpierw, ale ugryzłem się w język, żeby trzymać ją w niepewności.

– To wskakuj. – Znów się zaśmiała.

Rozejrzałem się, czy nikt nie nadchodzi, ale otaczały nas jedynie liczne olchy i osiki. Ściągnąłem koszulkę, odruchowo wciągnąłem brzuch. Paulina próbowała odwrócić wzrok, ale co chwilę ciekawość szarpała jej głową w moją stronę. W końcu sięgnąłem po pasek spodni i szybkim ruchem rozpiąłem. Miałem wrażenie, że wraz z jej wstrzymanym oddechem zamilkły i żaby i świerszcze. Spuściła głowę. Zsunąłem spodnie razem z majtkami. Paulina gwałtownie nabrała powietrza i zrobiła kilka głębokich oddechów.

Wszedłem do lodowatej wody, która nieco okiełznała moją już nabrzmiałą męskość. W końcu zimna woda działa jak najlepszy środek antykoncepcyjny. Zacząłem zmywać z siebie całodniowy pot. Poczułem kosmiczne orzeźwienie i jeszcze bardziej nieziemskie dreszcze. W końcu jeśli wszystko pójdzie dobrze, niedługo odlecę na Księżyc.

Nawet nie zauważyłem, kiedy Paulina się rozebrała i również weszła. Zorientowałem się dopiero, gdy potarła dłonią o mój pośladek. Gwałtownie zaszumiało mi w głowie i poczułem znów pęczniejącą męskość. Ale nie chciałem już teraz dać znać po sobie, co czuję, toteż z premedytacją upadłem, mocząc nawet całą głowę. Dźwięki natury zastąpił jednostajny pomruk przepływającej wody.

Gdy się wynurzyłem, Paulina stała nade mną zupełnie naga. Miała rozstawione szeroko nogi, spomiędzy których przebijała się czerń zarostu i ledwo dostrzegalny w półmroku róż jej kobiecości. Niemal oszalałem. Chwyciłem ją za nogę i przewróciłem. Cicho zapiszczała, a po chwili zatrzepotała rękami o powierzchnię. Rzuciłem się w jej stronę i przywarłem, nie zważając na twardniejącą męskość. Paulina, leżąc na plecach, uniosła głowę ponad wodę i wlepiła we mnie jednoznaczny wzrok. Nie zawahałem się. Błyskawicznie wstałem, chwyciłem ją na ręce i bez zastanowienia wyniosłem na brzeg, gdzie leżały nasze ubrania. Ułożyłem ją obok, na trawie. Oddychała głęboko. Poczułem, że szybujemy na orbicie.

Położyłem się na nią i zacząłem całować. Znów pachniało maciejką, świeżym sianem i źródlaną wodą. Odrobinę się broniła, ale co chwilę przyciągała moje ramiona. Jedną ręką masowałem jej pierś, a drugą sięgnąłem do bioder, a zaraz do pośladków, które co chwilę unosiła ponad ziemię, napinając wszystkie mięśnie. W końcu sięgnęła ręka do mojej głowy i wplotła palce we włosy. Do dotychczasowych zapachów dołączyła woń kobiety – coś słodkawego z cierpką nutą. Zakręciło mi się w głowie. Poczułem gigantyczne napięcie, z którym nie mogło się równać nic. Obniżyłem głowę i pieściłem jej piersi z nabrzmiałymi sutkami. Były dokładnie takie, jak uwielbiam – nie za duże, jędrne i sprężyste. Do moich uszu dotarło pomrukiwanie rozkoszy.

Sięgnąłem do jej łona. Wyczułem wilgotne włoski i kuszącą przerwę. Nie wytrzymałem i zjechałem twarzą między jej nogi. Gdy tylko dotknąłem tam ustami, zacisnęła uda na mojej głowie z taką siłą, że po raz kolejny mi zaszumiało, a dźwięki zastąpione zostały przez tętniący puls. Przez myśl mi przebiegło, czyj to puls. Lewą ręką sięgnąłem piersi, a prawą masowałem pośladki i biodra, które rytmicznie unosiła. Poczułem, że twarz zalewa mi jej kobiecy płyn, który coraz bardziej pachniał czymś niezwykle ostrym. W końcu zrównałem się z nią głowami i po raz kolejny spojrzałem jej w oczy, w którym znalazłem niemą zgodę.

Wsunąłem się w nią zupełnie po ciemku. Dalej niewiele pamiętam oprócz dźwięków żab, świerszczy i jej wzdychania. Była ekstaza, uścisk Pauliny i mój pęd naprzód. Wszystko zlało się w iście niebiańską aurę, która jest dostępna jedynie na Księżycu.

Skończyliśmy razem, tego jestem pewien. Zsunąłem się obok niej, próbując wyrównać oddech. Paulina cały czas dyszała, jakby przebiegła maraton. Pachniało maciejką, świeżym sianem, kobiecym podnieceniem i źródlaną wodą. A żaby i świerszcze rozszalały się, jakby chciały uczcić to, co się właśnie wydarzyło. Gładziłem Paulinę po piersiach i brzuchu, raz czując wciąż nabrzmiałe sutki, raz wilgotne włoski.

To był piękny dzień.

W górach

W górach

Wybrzeża, Brzeg, Skały, Cliff, Morze, Ocean, Wybrzeże

Paulina obudziła się zmarznięta i wystraszona. Półka skalna, na której spała, znajdowała się nad kilkusetmetrowym urwiskiem. Pod nią, na samym dole szumiał ocean, obok na licznych półkach skrzeczały mewy, a nad głową majestatycznie krążył orzeł wyglądający jak zawieszona w powietrzu postrzępiona na końcach deska. Rozejrzała się, czując ściskanie w żołądku spowodowane wysokością. Niepewnie spojrzała ku górze, gdzie, jak sądziła, istniała jedyna droga powrotu. Nad nią było tylko kilka metrów urwiska. Podniosła się do klęczków i przywarła do zimnej skały. Wydawało jej się, że ocean zaszumiał mocniej, a zbocze nachyliło się ku otchłani. Krzyk białych mew przeszył jej poruszone nerwy. Już chciała z powrotem usiąść, poddać się i zostać, gdzie się obudziła, ale przypomniała sobie słowa swojego świętej pamięci męża, aby w takich sytuacjach nigdy nie patrzeć w dół. Przywarła więc jeszcze mocniej do skały, odwróciła głowę od przepaści i omiotła wzrokiem grań w poszukiwaniu drogi na szczyt; uznała, że to jedyna szansa na ratunek.

Jak się tu znalazła? Nie pamiętała. Wiedziała jedynie, że poprzedniego dnia wyszła z domu, pijąc wódkę prosto z butelki. Ile to już alkoholu wlała w siebie, od kiedy zmarł mąż. Kołatało jej się w głowie, że wsiadała do jakiegoś autobusu, potem ktoś pomagał jej wysiąść, następnie, że kupowała kolejną butelkę i szła w nieokreślonym kierunku. Miała wrażenie, że się z kimś szarpała, może broniła. Ale teraz nie w głowie jej było, aby sprawdzać, czy nie ma podartego ubrania. Dalej nie pamiętała nic więcej. Ale skoro tu tkwiła, musiała przyjść sama. Tak, mąż zginął w górach podczas wspinaczki na Anna Purnę. Zaskoczyła ich potężna śnieżyca i uniemożliwiła powrót. Ciała męża i jego kolegi znaleziono kilka dni później na wysokości ponad siedmiu tysięcy metrów; siedzieli z otwartymi oczami i wyglądali, jakby chcieli tylko na chwilę odsapnąć. Tuż przed wyjazdem w Himalaje mąż powiedział Paulinie, że jeśli by tak się zdarzyło, że nie wróci, jego duch zostanie w górach na zawsze, bo góry są wszystkim tym, co kocha najbardziej.

Paulina zobaczyła kilka występów skalnych po lewej stronie, które były wystarczająco duże, aby posłużyć za stopnie. Przesunęła się więc w tamtą stronę i kurczowo chwyciła występu tuż nad głową. Odruchowo szarpnęła, aby sprawdzić, czy występ jest stabilny. Na wysokości kolan miała pierwszy stopień. Ostrożnie postawiła lewą nogę, aby prawa, silniejsza i sprawniejsza mogła zareagować w razie problemów. Oparła cały ciężar na lewej nodze, przytrzymując się półeczki nad głową i wspięła się kilkadziesiąt centymetrów. Omiotła wzrokiem ścianę. Znalazła kolejny stopień na wysokości bioder i uchwyt na ręce po prawej sporo wyżej. Była też szczelina po prawej stronie, w którą mogła włożyć palce stopy, a która mogła posłużyć jako tymczasowy stopnień. Wsunęła więc tam koniec prawej stopy i sięgnęła do uchwytu, który zauważyła. Niestety brakowało kilku centymetrów, aby go dosięgnąć. Musiała więc odepchnąć się prawą stopą ku górze, stojąc tylko na lewej nodze i przytrzymując się lewą ręką, która w takim wypadku nie spełniłaby funkcji, gdyż szarpnięcie w przypadku obślizgnięcia prawej ręki mogłoby okazać się zbyt mocne na utrzymanie się na niej. Bardzo ostrożnie spojrzała pod siebie. Półka, na której się obudziła, znajdowała się niespełna metr niżej, więc nie tak daleko, jednak gdyby stąd spadła, mogłaby stoczyć się w przepaść. Postanowiła mimo wszystko zaryzykować. Użyła całej siły prawej stopy, kurczowo złapała się lewą ręką i szarpnęła ciałem na kilkanaście centymetrów w górę. Dosięgnęła półki, na której jej zależało. Poczuła pod palcami prawej ręki, że coś się kruszy i odruchowo odwróciła oczy, aby ich nie zaprószyć. Lecz nagle dotarło do niej, co znaczyło to kruszenie się – to półka nie wytrzymała pod jej ciężarem. Usłyszała spadające kamyki, które najpierw odbijały się od półki poniżej, a potem leciały prosto do oceanu.

Jednak nadal trzymała się uchwytu, szukając oparcia na prawą stopę. Poczuła po chwili, że o coś zahacza. Nerwowo spojrzała w tamtą stronę. Miała na wysokości połowy lewego uda występ skalny, który śmiało mógł posłużyć jako kolejny stopień. Jednocześnie poczuła, że lewa ręka już nie wytrzymuje obciążenia i zaczyna zsuwać się z uchwytu. Gwałtownie więc podkurczyła prawą nogę i z trudem postawiła stopę na występie. Stała w szerokim rozkroku, który powodował ból w pachwinie i biodrach, lecz była już bezpieczna, gdyż powyżej stóp znajdowało się kilka solidnych stopni aż do szczytu. Po chwili ruszyła w górę.

Gdy już prawie dosięgała szczytu, zobaczyła wyciągniętą w jej stronę rękę.

– Może pomóc? – spytał męski głos.

Skoncentrowana na wspinaczce nawet nie spojrzała w górę. Jedynie wyciągnęła rękę i zacisnęła kurczowo dłoń na ręce nieznajomego. Poczuła jednocześnie, że ktoś bardzo silnie ją ciągnie. Po chwili stała na szczycie góry obok mężczyzny z kapturem na głowie i w butach trekingowych. Czuła się rozdygotana i kompletnie przemarznięta.

– Co tu robisz? – spytał.

– Co?… – Zastanowiła się, co ma w ogóle odpowiedzieć. Kłamać nie chciała, a prawda była wielką niewiadomą również dla niej. – Właśnie próbuję wrócić do domu – powiedziała na wydechu.

– A jak tu dotarłaś?

– A czy to ma jakieś znaczenie? Są w przeszłości rzeczy, które wypełniają ją całą, nie pozostawiając miejsca na takie błahostki. Wznoszą się w pamięci jako wielkie pałace zbudowana z ludzkich kości, w których do zaprawy użyto ludzkiej krwi. – Sama się dziwiła, że wypowiedziała takie słowa. Poczuła jednak, że to kwintesencja tego, co chciałaby powiedzieć.

– No dobrze. Chyba pora wracać do domu, do Donegal – rzekł mężczyzna.

– Tak, chyba wystarczy tych wygłupów. Rodzice pewnie już mnie szukają, ostatnio codziennie przyjeżdżają, aby zobaczyć, czy daję radę.

– Ale wiesz, że stąd droga nie jest łatwa do przystanku autobusowego.

– Powinnam wiedzieć, skoro tu dotarłam, prawda?

– No, wypadałoby. Inaczej skłonny jestem pomyśleć coś niedobrego. Ale przecież nie postradałaś zmysłów. – Mężczyzna uśmiechnął się półgębkiem.

– A żebym to ja sama wiedziała.

– Nie martw się, zaprowadzę cię tam.

Paulina nie za bardzo miała ochotę na jakiekolwiek towarzystwo, szczególnie męskie, ale skoro nie pamiętała, jak tu dotarła, nie miała też pojęcia jak wrócić. W końcu nieznajomy jej pomógł i nie wyglądał ani na niebezpiecznego, ani na natręta, który będzie chciał ją podrywać.

– A to nie kłopot dla ciebie? – spytała.

– Nie robi mi różnicy kilometr w tę czy kilometr w tamtą stronę. Tu się czuje jak u siebie.

– Naprawdę? – Spojrzała mu w oczy w poszukiwaniu oznak nieszczerości. Znalazła tam jednak jedynie coś, co wyglądało na delikatność i głębię, której może zaufać.

– Tak, to żaden problem. Pozwoli więc pani. – Wyciągnął ku niej dłoń, na której miała się oprzeć.

Nie miała wątpliwości ani obaw i ujęła jego rękę. Poczuła dziwne ciepło dochodzące z jego ciała.

– A ty co tu robisz? – spytała.

– Chodzę tu i ówdzie i – spojrzał jej w oczy, uśmiechnął się szeroko – pomagam zagubionym. – Głośno się zaśmiał.

– No, to mi się trafiło, w sam raz. – Pokiwała głową.

– Proszę tędy, młoda damo. – Pokazał jej wąską ścieżkę między gęstymi krzewami. – To jedyna droga na dół. W prawo zaraz kończy się urwiskiem, w lewo trafia na pionową nie do przejścia ścianę, do tyłu doprowadza też nad urwisko.

– Sama bym na pewno nie wybrała tej drogi – odparła. – Wygląda, jakby była ślepa.

– Dużo rzeczy na tym świecie nie wygląda na to, czym jest w rzeczywistości. Czasem mamy coś przed sobą, a oczy pozostają ślepe na prawdę. Ale tak bywa, gdy prawda okazałaby się zbyt bolesna.

Ruszyli w gęste zarośla, które z każdym krokiem czepiały się ubrań. Paulina cały czas czuła bijące od nieznajomego ciepło. Pewnie szybko szedł po górach, a ona sama wymarzła się na półce i stąd takie odczuwanie różnicy temperatur. Z każdym krokiem mężczyzna stawał się dla niej w jakiś sposób bliższy. To, co jeszcze kilka dni temu było niemożliwe, teraz stawało się faktem – powoli nawiązywała kontakt z jakimkolwiek mężczyzną. Bo od śmierci męża unikała ich, jak tylko mogła. Nie chciała, aby ta znajomość przerodziła się w coś więcej, bo wciąż kochała męża, jednak rodziło się w niej dziwne uczucie. Zupełnie jakby spotkała brata, któremu może zaufać i którego bliskość nie boli.

Gdy już przedarli się przez zarośla, potem przez labirynt wielkich skał i stanęli na szerokim szlaku, mężczyzna rzekł:

– Tędy dojdziesz do przystanku autobusowego. Jednak nie polecałbym czekać na autobus, jeżdżą zbyt rzadko. Dwa kilometry dalej jest niewielka wioska, w której na pewno znajdziesz coś do jedzenia. Tam posiedzisz w cieple i wrócisz najbliższym autobusem.

– A ty nie pójdziesz dalej ze mną?

– Niestety, bardzo bym chciał, ale muszę zostać tu, wśród dzikiej przyrody, skał i niebezpieczeństwa czającego się na roztargnionych turystów. Góry to mój dom. – Po raz ostatni uścisnął jej dłoń, odwrócił się i odszedł z powrotem, skąd przyszli.

Popatrzyła tylko za nim, nie do końca świadoma jeszcze tego, że ktoś jej pomógł wrócić. Tylko odprowadziła mężczyznę wzrokiem, odwróciła się i ruszyła ku cywilizacji.

Dotknąć klawiszy…

Dotknąć klawiszy…

Sztuka, Kolaż, Projekt, Kolorowy, Kolor, Streszczenie

To było dla mnie jak olśnienie. W półmroku sali gimnastycznej siedziałem oniemiały i nie mogłem uwierzyć, że to ty. Miałem wrażenie, że śpię w domu, w cieple pieleszy, a dźwięki pochodzą z mojej wyobraźni. Jeszcze do tego oświetlona byłaś punktowym reflektorem. Kołysałaś się przy klawiaturze wprzód i w tył. Nigdy wcześniej nie słuchałem z przyjemnością muzyki poważnej, a wtedy czułem, że żadna inna muzyka nie dorasta temu do pięt. Dopiero gdy skończyłaś, ogarnąłem się, zamknąłem rozdziawione usta i byłem w stanie wstać i bić brawo. Pamiętam, że aż dłonie mnie rozbolały. I wracałem do domu, nucąc sobie ostatni utwór, mimo iż nie był łatwy.

Tydzień później, gdy już wakacje trwały w najlepsze, zaprosiłem cię na spacer do pobliskiego lasu. Zgodziłaś się, mimo iż w szkole nie utrzymywaliśmy praktycznie żadnych stosunków. Przyszłaś w zwiewnej sukni, w aksamitnej chusteczce na włosach i z łańcuszkiem na prawej kostce nogi. Wyglądał trochę, jakby zsunęła ci się drogocenna podwiązka od pończochy, które stały się dla mnie, jako nastolatka, ważne kilka miesięcy wcześniej, gdy obejrzałem film miłosny z lat trzydziestych. Właśnie tak wyobrażałem sobie młodziutką artystkę. Pamiętam, że weszliśmy na niewielkie wzgórze, na którego szczycie rozciągała się spora polana z żółtymi mleczami, niebieskimi chabrami i kilkoma płaczącymi wierzbami. Usiedliśmy pod jedną z wierzb i zasypywałem cię pytaniami dotyczącymi gry na fortepianie. Odpowiadałaś spokojnie, z namaszczeniem; czułem, że muzykujesz z pietyzmem. A gdy zadałem ci pytanie o to, co nakłoniło cię do gry na fortepianie, zamilkłaś, stuliłaś głowę i bardzo posmutniałaś. Wiedziałem, że nie mogę ciągnąć tematu.

Tydzień później dałaś się pocałować pod tą samą wierzbą. Był to pierwszy pocałunek w moim życiu. Jak później powiedziałaś, w twoim też. Czułem, jakbym doznał nirwany: nie istniał świat, nie liczyły się problemy, zanikło odczuwanie wszystkiego oprócz ciebie. I wtedy pierwszy raz poczułem od ciebie chłód. Z jednej strony całowałaś czule, z podnieceniem, a z drugiej dało się wyczuć jakiś opór. Jakby coś trzymało cię na przysłowiowej smyczy i nie dało puścić się dzikim pędem w stronę pożądania.

Potem wielokrotnie odwiedzałem cię u ciebie w domu, ale tylko wtedy, gdy byłaś sama. I za każdym razem bardzo pilnowałaś, czy nikt nie nadchodzi oraz godziny, kiedy musiałem już wyjść. Zawsze prosiłem, żebyś zagrała jakiś swój ulubiony utwór i za każdym razem była to ta sama kompozycja Chopina, która wywoływała u mnie gęsią skórkę. Któregoś razu podszedłem do twoich pleców, gdy grałaś i przytuliłem się. Oparłaś głowę o moją klatkę piersiową, zamknęłaś oczy i zagrałaś chyba najpiękniej, jak potrafiłaś. Poszedłem w twoje ślady i również zamknąłem powieki. Staliśmy się jednym organizmem, gdzie ty byłaś mistrzem, a ja twoją pożywką.

Wyszłaś na chwilę do toalety i zostałem sam przy tym instrumencie, dzięki któremu staliśmy się sobie bliscy. Wierzyłem, że to dźwięki zawarte wewnątrz instrumentu, wychodzą same pod wpływem naciskanych klawiszy i wpływają do ciała artysty i słuchaczy. Podszedłem do fortepianu, uniosłem dłoń nad klawiaturą w miejscu, gdzie dźwięki wydawały się najprzyjemniejsze, zamknąłem oczy i do głowy mi przyszło, aby pomyśleć życzenie. Pierwsze, o czym zamarzyłem to, aby być z tobą.

Po prostu być razem z tobą.

Już chciałem nacisnąć klawisze, które miały zadziałać podobnie jak spadająca gwiazda, gdy weszłaś ty. Odskoczyłem od fortepianu, zupełnie jakbym chciał dokonać przestępstwa, a przynajmniej świętokradztwa. Poczułem, że jakbym dotknął klawiszy, poparzyłbym się.

Dwa dni później poszliśmy na tę samą polanę na szczycie wzniesienia już wieczorem. Siedzieliśmy pod płaczącą wierzbą, gdy powoli zapadał zmrok. Wtedy po raz pierwszy się kochaliśmy. Nad głowami szumiał wiatr, obok tętniła dźwiękami rzesza czerwcowych świerszczy, w oddali pomrukiwało miasteczko, a obok wzdychałaś ty. Czułem, jak każdy twój głęboki oddech przewiercał mnie emocjonalnie i mocował uchwyty w moim ciele, dzięki którym wystarczyło jedno dotknięcie, abym był twój.

Od tego dnia spotykaliśmy się codziennie, ale zawsze, gdy nie było twoich rodziców. Potem wracałem do domu i włóczyłem się samotnie po okolicznych drogach i ścieżkach, nie mogąc się otrząsnąć z miłości, która mnie dopadła. Ale z drugiej strony właśnie moim celem i marzeniem było, aby się nie otrząsnąć. Chciałem trwać w tym stanie jak najdłużej, dopóki życie mnie nie wezwie, aby stawić mu czoła. Zaniedbywałem kolegów, zdawkowo traktowałem rodzinę, a że trwały wakacje, nie musiałem się martwić nadchodzącą w najbliższym roku szkolnym maturą. Nawet kładąc się spać, myślałem o tobie. I prawie codziennie mi się śniłaś.

Kilka tygodni później, gdy wakacje zbliżały się do końca i siedzieliśmy pod tą samą wierzbą, powiedziałaś, że nie miałaś już dwóch okresów. Zamarłem. Przytuliłaś się do mnie i powiedziałaś:

– Obym się myliła, bo ojciec mnie zabije.

Nie potrafiłem na to odpowiedzieć. Siedziałem jak oniemiały. W jednej chwili miałem ochotę pozbyć się ciebie z mojego życia, uciec jak najdalej, oby tylko uniknąć odpowiedzialności. Nie potrafiłem sobie wyobrazić siebie jako ojca, gdy sam niejednokrotnie potrzebowałem jeszcze opieki. Miałem w końcu dopiero osiemnaście lat.

Tego dnia wróciłem do domu, wszedłem w ubraniu do łóżka i przykryłem się cały kołdrą, chcąc chyba uciec od bezwzględnego świata. Odciąłem się od wszystkiego i zapadłem w marzenia. Nagle zobaczyłem pod tą kołdrą mały, świecący fortepianik wielkości pudełka po butach. Odruchowo przybliżyłem głowę, aby się upewnić, czy nie mam zwidów. Jednak był, istniał i, jakoś tak, promieniował. Jeszcze bardziej się do niego zbliżyłem. Poczułem woń starego mebla, jakiej często można doświadczyć w muzeum czy leciwym, drewnianym domu. Odruchowo wyciągnąłem rękę, aby go dotknąć, ale dokładnie w tym momencie poczułem, jakby prąd elektryczny przeszył moje ciało. Zacisnąłem kilkakrotnie palce, upewniając się, że nie odebrało mi czucia, i przypomniałem sobie grane przez ciebie utwory. Znów poczułem, że gdybym dotknął tego malutkiego fortepianu, dokonałbym świętokradztwa, a może zerwał z muzycznego nieba najjaśniejszą gwiazdę, która świeciła, odkąd usłyszałem cię w sali gimnastycznej. Przytuliłem się za to do tego fortepianu, zamknąłem oczy i odpłynąłem, gdzie nie istniały troski, gdzie wciąż byłaś tą dziewczyną, która swoją grą dostarczała mi jedynie rozkoszy, a nie odbierała nic, informując o braku okresów. Rozpłynąłem się w niebycie beztroski.

Od tego dnia starałem się ciebie omijać, szerokim łukiem obchodzić okolice, gdzie mieszkałaś i nie zbliżać się do polany na wzniesieniu, gdzie uprawialiśmy seks. Często chadzałem na długie spacery, daleko poza granice naszego miasteczka, aby zostawić za sobą nadchodzący ciężar odpowiedzialności. I udawało mi się to. Miewałem wrażenie, że wraz z krokami pompuję do głowy jakieś hormony, które pomagają spojrzeć na problem z dystansu lub po prostu przezwyciężyć złowrogi lęk. Radowałem się wtedy każdym napotkanym drobiazgiem, każdym symptomem spontanicznego życia. Trawy cieszyły jak nigdy, zboże szumiało inaczej, jakoś tak pro ludzko, drzewa dawały zbawienny cień od sierpniowego upalnego słońca, a przepływające strumyki urzekały krystaliczną wodą, którą dopiero wtedy odważyłem się pić, zaczerpując w złączone w naczynko dłonie. Potem wracałem do domu i zwykle dopadało mnie zniechęcenie, apatia i coś na kształt depresji. Kazałem rodzicom mówić, że nie ma mnie dla nikogo, i nawet dla ciebie nie robili wyjątków. Kilkakrotnie prosiłaś, abym się z tobą skontaktował, ale nie chciałem o tym słyszeć. Wieczorami wchodziłem pod moją kołdrę, bo chciałem znów zobaczyć ten malutki fortepianik, ale się nie pojawiał. Znikł. Z mojej wyobraźni czy już mojej realnej rzeczywistości?

Tydzień później zapukała do mnie policja, kiedy siedziałem w domu sam. Naiwnymi i dziecinnymi oczyma wyobraźni zobaczyłem, jak zawiadamiasz ograny ścigania, że próbuję uniknąć odpowiedzialności. Stanąłem na baczność i oczekiwałem wyroku. Jednak policjanci jakby ze smutkiem spytali, czy mogą wejść, i po chwili usiedli na kanapie w dużym pokoju. Zaczęli pytać, co mnie łączy z tobą, jak układały się nasze stosunki i kiedy widziałem cię po raz ostatni. Odpowiadałem doskonale, na każde pytanie pełnymi zdaniami, czułem, że jak tylko wypadnę dostatecznie dobrze, to sobie pójdą i nie powróci koszmar braku twoich okresów.

Jednak po chwili jeden z nich wstał, podszedł do mnie, wziął mnie tak po ludzku za przedramię i oświadczył:

– Ania nie żyje. Zabił ją ojciec, gdy dowiedział się, że jest w ciąży.

Nie pamiętam nic więcej z tego wieczoru. Kojarzę jedynie, że zaszywając się pod swoją kołdrą, znów widziałem świecący fortepianik. Tym razem pachniał jeszcze mocniej, kusił zamkniętymi w środku złotymi dźwiękami jeszcze bardziej, stwarzał jeszcze większe poczucie bezpieczeństwa. I obija mi się po głowie jedynie, że byłem bliski, aby nacisnąć klawisze, wydobyć dźwięki, ale z jakiegoś powodu tego nie zrobiłem.

W połowie września, kiedy po raz kolejny się rozchorowałem na tyle, że znów wzięto mnie do szpitala, a kiedy przestałem reagować na innych ludzi, przysłano psychiatrę. Mówił jakimś niezrozumiałym językiem, którego pojedyncze słowa rozumiałem, lecz całość mieszała się, tworząc miksturę z innego wszechświata. Posiedział przy mnie dłuższy czas, próbował rozmawiać, ale de facto był to monolog. Odchodząc, polecił, aby podawać mi jakieś proszki, nawet gdybym się sprzeciwiał. Potem czułem się jak w wehikule czasu: ludzie krzątali się wokół mnie w przyspieszonym tempie, słońce i chmury tańczyły za oknem, a cykl dnia i nocy stał się jak oddech, dzięki któremu jeszcze żyłem.

Po jakimś czasie, gdy zapłakani rodzice po raz kolejny rozmawiali z lekarzami, zdecydowano, że przewiozą mnie do domu i tam będą doglądać. Mama odeszła z pracy, aby się mną opiekować, a tata sprowadzał kolejnych psychiatrów i psychologów. Żaden nie mógł znaleźć ani kontaktu ze mną, ani tym bardziej sposobu na przywrócenie mnie do stanu zdrowia psychicznego. Znów ludzie biegali w przyspieszonym tempie, ja nawet ruszałem się nieco, ale ani nie reagowałem na słowa, ani nie byłem w stanie zadbać o swoją cielesność.

Od momentu, gdy dowiedziałem się o twojej śmierci, trwało to równo dziewięć miesięcy. Wciąż tkwiłem w łóżku, wciąż prawie bez ruchu, wciąż żadnego kontaktu. Aż gdy któregoś dnia z samego rana mama zrywała kolejną kartkę kalendarza, pod którą widniała właśnie dziewiąta miesięcznica, nagle wstałem i wyszedłem z domu w piżamie na bosaka. Mama próbowała mnie powstrzymać, ale odepchnąłem ją z taką siłą, jakbym przez te wszystkie dni w łóżku zbierał energię właśnie na tę chwilę. I poszedłem poza miasto. Świeciło mocne słońce, właśnie zaczynały się w szkołach wakacje, a ja wędrowałem, gdzie mnie nogi poniosły. A w głowie od samego rana grała mi melodia, którą ty wtedy zagrałaś na sali gimnastycznej. Nie wiem, ile kilometrów pokonałem, ale do domu wróciłem z pozdzieranymi do krwi stopami. Znów wezwano psychiatrę i policję, która ponoć szukała mnie cały dzień. Ja tylko powiedziałem zwyczajne „dzień dobry” i zamknąłem się w swoim pokoju. Czułem się wykończony. Ponownie zaszyłem się pod kołdrą i po raz kolejny ujrzałem ten mały fortepianik. Muzyka w głowie ucichła natychmiast, jakby zawstydzona prawdziwym pięknem, jakie skrywał w sobie ten miniaturowy instrument. Tym razem poczułem od niego silne ciepło, wręcz emanował nieparzącym gorącem. Przytuliłem się i zapragnąłem stać się z nim jednością. Kusił mnie, nęcił, choć sam nie do końca rozumiałem do czego. I tak jak poprzednio patrzyłem jak zahipnotyzowany w klawisze, ale nie odważyłem się ich dotknąć.

Po wakacjach wróciłem do szkoły, choć do innej grupy ludzi, bo moi byli już po maturze. Muszę przyznać, że nauka szła mi całkiem nie najgorzej. Codziennie jadłem posiłki, normalnie spędzałem ze starymi przyjaciółmi wolny czas i zwyczajnie chadzałem na osiemnastki nowych znajomych. Rano długo wylegiwałem się w łóżku po przebudzeniu, patrząc, jak słońce, teraz o wiele wolniej niż, gdy leżałem w bezruchu, przesuwa się po nieboskłonie, jak podlatują na parapet wróble i sroki i wpatrują się w moją stronę. W drodze do i ze szkoły liczyłem pod stopami płytki chodnikowe, próbując za każdym razem osiągnąć dokładnie tę samą ilość kroków. Często zasiadałem w kuchni przy oknie i wpatrywałem się z przeszklony świat, zupełnie jakbym mógł znaleźć tam to, co…

Dni upływały tak samo, ale z każdym przebudzeniem wdzierała się do mojej głowy coraz potężniejsza cisza, która jakby sobą zakłócała dźwięki z zewnątrz. A wraz z tą ciszą narastała pustka, do zapełnienia której z każdym dniem brakowało coraz więcej środków. Czułem się, jakby wewnątrz mojej głowy powstawała gigantyczna jaskinia dudniąca echem, które, zniekształcając wszystkie dźwięki, tworzyło coś, co byłem w stanie nazwać tylko jednym słowem: otchłań. I na co dzień coraz bardziej mnie korciło, aby zagrać na tym malutkim fortepianiku.

Aż któregoś razu, gdy po jednej osiemnastce odprowadzałem do domu dobrą koleżankę, ona oświadczyła mi się, powiedziała, że żyć beze mnie nie może, że nigdy nie spotkała kogoś takiego jak ja. Rzuciła mi się na szyję i zaczęła całować. Nie wiem, co zrobiłem, ale ocknąłem się, gdy siedziałem po turecku przed twoim grobem. Przyszedłem tu pierwszy raz. Sam nie wiem, jak tu trafiłem. Przed oczyma miałem napis:

Zmarła razem z nienarodzonym dzieckiem śmiercią tragiczną.

A poniżej:

Nie lękaj się, ona czeka na Ciebie w niebiesiech.

Znów nie wiem, co się ze mną działo przed dłuższy czas. Pamiętam jedynie, że w nocy włamałem się do apteki i wykradłem spory zapas leków nasennych. Potem też niewiele pamiętam, aż do momentu, gdy ponownie zaszyłem się pod kołdrą. W świetle fortepianiku nasypywałem do garści tabletek i popijałem wódką prosto z butelki. Podchodziłem coraz bliżej fortepianu. Ciało stawało się coraz bardziej bezwładne, powieki coraz cięższe, aż poczułem, że znów jestem w wehikule czasu.

Siedziałaś na sali gimnastycznej i grałaś utwór muzyki poważnej. Nie mogłem uwierzyć, że dziewczyna, którą tak dobrze znałem, potrafi tak grać. Ale nagle muzyka ucichła, ty wstałaś od fortepianu, podeszłaś do mnie, wzięłaś mnie za rękę i delikatnie pociągnęłaś w stronę drzwi, za którymi jaśniało błękitne, żywe światło. Poszedłem za tobą.

Mały fortepianik wciąż świecił. Pierwszy raz w życiu pewnie wyciągnąłem ku niemu dłoń i…

Nacisnąłem klawisze…

Odezwał się dźwiękiem złotym.

I rozbłysł błękitnym światłem, które mnie pochłonęło.

Głos natury

Głos natury

Kobieta stała nad swoją córką, Emy, która już kilka godzin nie chciała odejść z brzegu jeziora. Emy wyglądała, jakby nad czymś intensywnie myślała. Matka czuła się nieco podenerwowana, bo czas ją gonił, aby przyszykować obiad, jednak dość chętnie patrzyła na pojawiające się na wodzie regularne kształty wywołane podmuchami wiatru. Aktualnie na tafli ukształtowała się cyfra „trzy”.

***

– To jest-est-est-est twój cel-el-el, twoje przeznaczenie-enie-enie.

Przez chwilę wydawało się Ian’owi, że jest jeszcze w świecie snów, że to, co dotarło do jego uszu, to jedynie wytwór podświadomości. Wyciągnął rękę ze śpiwora i zerknął na falujący od wiatru namiot. Jednocześnie cały czas słyszał gdzieś w oddali cykliczne trzeszczenie przypominające otwieranie drzwi. To gałęzie starego buka, na który się wspinał, będąc dzieckiem, tarły o siebie. Usiadł w niewielkim namiocie, prawie dotykając głową sufitu. Nagły podmuch wiatru zaszeleścił liśćmi dębiny opodal. Ian rozsunął suwak namiotu. W twarz uderzyła go fala rześkiego powietrza. Wypełzł ze śpiwora i stanął przed namiotem. Po prawej stronie starego buka, stojącego na samym brzegu jeziora, właśnie wschodziło słońce. Czerwonkawe promienie skrzyły się na pofałdowanej tafli wody. Bardziej na prawo, niemal na linii horyzontu piętrzyło się spore wzniesienie porośnięte lasem. Uniósł twarz ku niebu i wyprostował ręce na boki.

Oto całej pobliskiej przyrodzie ukazał się on, wynalazca urządzenia zmieniającego myśli, uczucia i emocje, oraz cały umysł w wibracje natury: w orbitowanie elektronów wokół jądra atomu, w wiązania cząsteczek materii, oddziaływanie magnetyczne, grawitację, czy zwykłe ruchy powietrza, wody, a nawet plazmy ognia.

Mimo iż była dopiero połowa maja, temperatura nawet o samym poranku sięgała dwudziestu stopni. Ściągnął z siebie całe ubranie i nie zważając na otoczenie, ruszył nago do jeziora. Miał na sobie tylko swój wodoszczelny wynalazek owinięty wokół pasa. Pierwsze zetknięcie stóp z zimną wodą wywołało przejmujący dreszcz i gęsią skórkę. Wyciągnął rękę ku słońcu, w którego promieniach zatańczyły na wietrze postawione dęba włoski na przedramieniu. Po chwili Ian zanurzył się całkowicie. Usłyszał coś, co brzmiało jak odległy głos mitycznej syreny. Jakby operowy śpiew, ale spotęgowany przez echo niosące się w wodzie. Poczuł, że jest zapraszany w głębiny. Ponownie do jego uszu dobiegł dźwięk, który brzmiał jak wołanie:

– To jest-est-est-est twój cel-el-el, twoje przeznaczenie-enie-enie.

Tym razem jednak był już pewien, że głos nie dobiegał z podświadomości. To pochodziło z zewnątrz. Jego oczom ukazały się liczne światła w głębinach. Nurkując, spojrzał na malutki ekranik na swoim wynalazku. Przeskakujące cyfry wskazywały, że właśnie dochodzi ten czas.

Nagle z głębin wyłonił się wielometrowy stwór o podłużnym kształcie i świecących, fioletowych oczach. Ian rozpoznał w nim ten sam gatunek, co Potwór z Lochness. Z drugiej strony zjawiła się półprzezroczysta istota o błękitnej barwie i hipnotyzującym, podobnym do meduzy wyglądzie. Przed nim zmaterializowała się przepiękna istota przypominająca od głowy do pasa kobietę, a poniżej rybę. Otworzyła usta, wydając z siebie dźwięk, który przeniknął Iana na wskroś. Nagle toń jakby zamarła, tworząc krystalicznie czystą ciecz, która czarowała pięknem. Istota o ogonie ryby wyciągnęła ku niemu rękę i przez toń jeziora zawołała:

– To jest-est-est-est twój cel-el-el, twoje przeznaczenie-enie-enie.

Ian podał jej rękę, kątem oka dostrzegając, że licznik na jego pasie wskazuje godzinę zero…

***

– Emy, nie możesz całymi dniami siedzieć nad tym jeziorem – powiedziała troskliwie matka.

– Mamo, jeszcze tylko chwilę, wiem, że to jezioro odpowie mi na każde pytanie.

Walka ze snem

Walka ze snem

Wschód słońca, dzień

Powoli umieram. Rak mózgu zmienia percepcję całkowicie. Czasem mam wrażenie, że oglądam świat w telewizji: żadnych emocji, oprócz usilnej chęci, żeby przeżyć jeszcze jeden wschód słońca. Mniej istotne słoneczne dni czy wieczory przy kominku razem z rodziną. Pragnę zobaczyć, jak niebo powoli rozświetla się, znika aksamit nocy.

Guz umiejscowił się w takim miejscu, że lekarze mówią, iż wystarczy raz zasnąć, a już się nie obudzę. Tym razem więc odpoczynek jest równy odpoczynkowi wiecznemu.

Nie śpię już prawie od dwóch tygodni. I sam nie jestem pewien, czy ta moja zmieniona percepcja to kwestia guza czy tylu nieprzespanych nocy. Niemalże co godzinę wypijam kawę, która daje mi odrobinę nadziei, że dzięki niej nie zasnę. Stała się jak tlen na co dzień, jak szklanka wody po wysiłku, jak grawitacja, która nie pozwala odlecieć z twardej ziemi.

Już ledwo patrzę na oczy mimo dwóch kaw z rzędu. Jak widać, wszystko ma swój limit, również pobudzająca moc kofeiny. Powoli odpływam w stronę snu. Powieki są coraz cięższe, wzrok całkowicie mętny. A jeszcze zostało tylko pół godziny. Nie mogę zasnąć, nie zobaczywszy wschodu. Zapowiadali idealnie czyste niebo, więc wschód słońca będzie wyglądał z mojego okna na czternastym piętrze widowiskowo. Muszę go zobaczyć, ostatni raz!

Resztkami sił idę na czworaka do kuchni, wsypuję do kubka dwadzieścia łyżeczek rozpuszczalnej kawy i włączam czajnik. Dobiegają mnie trzaski i szum podgrzewanej wody. Opieram się o kuchenne krzesło, nogi całkowicie odmówiły posłuszeństwa. Zalewam kawę, mieszam, dolewam dużo zimnego mleka i wypijam jak najszybciej. Powietrze wypełniają dziwne mroczki i szum. Umysłem odrywam się od ciała. I czekam na wschód słońca. W końcu upadam na podłogę. Ale kątem oka zauważam poświatę od strony okna. Pełznę w tamtym kierunku. Unoszę głowę, twarz przyklejam do szyby balkonu i widzę pierwsze promienie. Na idealnie czystym niebie. Najpierw rozświetla się sufit w salonie, po chwili ściany, aż w końcu i moja twarz. Oczy wypełniają się jasnością.

Widzę najpiękniejszy wschód słońca w moim życiu.

Odpływam…

Twój HP

Twój HP

Macierz, Technologia, Tech, Danych, Cyfrowy, Sieci

Stary komputer zaniemógł. Szum, wycie wiatraka, bzyknięcie i koniec. Nic dziwnego, miał już trzy lata, czyli staruszek. Wystawiłem więc go na wyciągniętych rękach za okno, zamknąłem oczy, odmówiłem komputerową modlitwę i puściłem z ósmego piętra. Stałem przy oknie, nie za bardzo wiedząc co ze sobą zrobić. Komputera nie miałem, telewizora już dawno też nie, książek nie czytałem, więc pozostało mi wpatrywanie się w świat. Z zamroczenia wyrwało mnie pukanie do drzwi.

– Kogo licho niesie? – spytałem, otwierając drzwi.

– Panie kochany, przyszłam panu podziękować – powiedziała kobieta z miną, jakby złapała Pana Jezusa za bosą stópkę.

– A za cóż to? – Skrzywiłem się.

– Mój mąż szedł do kolegów na libację, właśnie odkręcił flaszkę, postawił ją na chodniku, aby zapalić papierosa, i pański komputer spadł na flaszkę. Jak to zobaczył, rzucił papierosa i pobiegł do pobliskiego kościoła, aby się modlić.

– Ale…

– To dzięki panu! Mąż mówi, że to cud, że go nie zabiło. Powiedział, że resztę życia spędzi bogobojnie!

– Ale…

– Jestem tak bardzo panu wdzięczna! – Chwyciła mnie za ramiona i pocałowała prosto w usta. – Mój zbawicielu!

Dwie godziny później wyszedłem z domu dumny i blady. Ja, wielki informatyk, zbawiciel alkoholików, nadzieja umęczonych szedłem kupić sobie nowy komputer. Jakiś przechodzień gryzł znaczek Apple’a, nieco wyżej roiło się od symboli systemu operacyjnego Microsoftu, a na niebie świeciło coś podobnego do ikonki Gadu-Gadu. Przydrożne reklamy kusiły znamienitymi markami. Ale dla mnie był tylko jeden święty Marek, a właściwie święta marka: to Hewlett Packard.

Wszedłem więc do marketu komputerowego i od razu skierowałem się do stoiska z laptopami. Niestety, nie wziąłem z domu okularów, owładnięty słowami kobiety sprzed dwóch godzin. I tak widziałem takie notebooki jak: Ell (czy to ten wydawca prasy dla kobiet?), Sus (zdaje się to nawiązanie do aktywności fizycznej), Cera (czyżby coś o urodzie?), Hujowiej (tego raczej nie chciałem), Piano (aż dziw, że są firmy aż tak wielobranżowe), nawet był jakiś wyprodukowany na Nowo czy coś. Jednak na końcu był mój producent: HP. HP… HP…….. Westchnąłem tylko głęboko i poprosiłem o moje marzenie.

W domu go odpaliłem. Cichutki jak alkoholik z flaszką denaturatu. Włączyłem przeglądarkę. Wyświetliła mi się strona reklamowa HP. Kliknąłem. Ale w tym momencie zaczęło się!

Notebook zawył wentylatorem, zamrugał wszystkimi diodami, błysnął kamerką i wyświetlił na ekranie napis najbardziej romantyczną czcionką, Times New Roman:

Kocham Cię, Antosiu! Ajlowjucię!

Zamarłem. Czyżby to wirus? Chwyciłem więc mojego służbowego pandrive’a i jak najszybciej zainstalowałem z niego antywirusa. W tym momencie jeszcze bardziej zaszumiało i ikonka antywira pękła, a po chwili rozsypała się na drobny pył. Przeraziłem się, bo który wirus może mieć takie możliwości, taką siłę? Wtem ekran znów zamigotał i pojawiło się wyświetlone zdjęcie przedstawiające negatywny wynik badania na obecność HIV, a obok napis:

Nie potrzebujemy antywirusa, jestem czysty, twój HP.

Złapałem mocniej myszkę, ale w tym momencie ona sama zaczęła mi jeździć pod dłonią. Puściłem ją i chciałem wyświetlić stronę, jak pozbyć się wyjątkowo groźnych wirusów. Już wpisałem na pamięć adres, ale zauważyłem, że zamiast polskiej strony jest wprowadzona nazwa w obcym języku, innymi literami. Zerknąłem na prawy dolny róg ekranu i ustawiona była klawiatura w języku chińskim. I zamiast strony z przepisami na wyleczenie komputera, wyświetliła się chińska strona pornograficzna, a na niej ośmiu facetów z jedną kobietą. Pod spodem pojawił się napis:

O ludzi nie jestem zazdrosny, ale komputerów nie waż mi się oglądać. Twój HP.

Byłem w pułapce. Mój komputer oszalał.

Przez najbliższe kilkanaście godzin oglądałem setki pornoli w różnych, czasem niezrozumiałych dla mnie kombinacjach, i odchodziłem od zmysłów. Tyle pieniędzy wydanych tylko po to, aby mieć przemęczone przedramię…

W końcu, gdy już miałem dość, resztkami sił wstałem od komputera, podszedłem do okna, za którym panowała nieprzenikniona ciemność, stanąłem na parapecie, zamknąłem oczy i przechyliłem się w stronę śmierci…

Ten lot trwał całe moje dotychczasowe życie…

Aż gruchnąłem, jak mi się wydawało. Rozejrzałem się: byłem zawinięty w jakieś płótno i wszędzie paliły się świece. „Tak wygląda niebo” – pomyślałem.

Lecz spomiędzy świec, z całkowitej ciemności wynurzyła się twarz kobiety, która zapukała do mnie rano.

– Jesteś, mój zbawco! – zawołała. – Spójrz, to na twoją cześć.

Rozejrzałem się. Wcale nie byłem w niebie. To, co mnie uchroniło przed śmiercią to płótno służące jako baldachim nad czymś, co wyglądało jak ołtarz.

– Mąż już nie pije, mój zbawco! Jesteś wreszcie tam, gdzie być powinieneś, na ołtarzu!

Znikanie

Znikanie

Biblioteka, Biblioteka Recepcja, Uroda

– Koniciła – przywitałem klienta.

– Koniciła – odpowiedział. – Chcę zniknąć.

– To fantastycznie, nasza firma się w tym specjalizuje. Ale czy jest pan pewien?

– Najzupełniej w świecie.

– Ale to jest wbrew obowiązującym trendom mody.

– To nic, chcę zniknąć, i już!

– Tak… Jak mówiłem w tym się specjalizujemy, ale w swoim statucie mamy napisane zgodnie z modą, która przyszła z Zachodu: „not be evil”, więc jestem zmuszony przedstawić panu wszystkie przeciw,

– Ok, w pełni pana rozumiem, sam pewnie zrobiłbym to samo. Nawet powiem panu, że dziwi mnie własna chęć zniknięcia.

– Dziwi? – spytałem.

– Tak. Byłem z tym, zgodnie z panującą modą, u psychoterapeuty, który stwierdził, że takie zniknięcie mi się po prostu należy.

– Należy, powiada pan?

– Tak, płacę składki zdrowotne, emerytalne, więc należy mi się pomoc w zniknięciu, a potem stosowna renta.

– Przykro mi, drogi panie, ale my takiej renty zapewnić nie możemy. Specjalizujemy się jedynie w znikaniu.

– Ach tak. To ja nie chcę tak zniknąć.

– Czemu?

– Bo nie będę miał z czego żyć.

– Nie, nie, nie, drogi panie. Pan nas źle zrozumiał. My pomagamy znikać na dobre.

– A ja myślałem, że na dobre i na złe.

– Nie, drogi panie. To dobry serial, ale naszą dewizą jest przecież: „not be evil”.

– Ach, faktycznie.

– No.

– Na czym miałoby polegać takie zniknięcie? Mogę poznać szczegóły?

– Niestety, to tajemnica.

– Tajemnica? Dla mnie? Dla klienta?

– Oczywiście. Bo mógłby pan się upić i komuś to wyjawić.

– Rzeczywiście.

– No, pomyśleliśmy o wszystkim, prawda?

– Tak… tylko w tej sytuacji to ja się boję.

– Naprawdę?

– Tak, aż mnie poty oblewają.

– To niech pan podejdzie.

– A po co?

– Muszę pana powąchać.

– Powąchać?

– Tak. A nie słyszał pan, że strach da się wyczuć węchem?

– Coś mi świta.

Klient podszedł.

– Drogi panie, pachnie pan przednio, ale nie możemy pana obsłużyć.

– Czemu?

– Bo cała nasza praca pójdzie na marne.

– Dlaczego?

– Ponieważ właśnie wyczułem, że umrze pan w ciągu trzech tygodni.

– O, nie!

– O, tak!

– A nie mógł pan tego przede mną zataić?

– Niestety, drogi panie, nie. Gdybym to zataił, stałbym się zły, a naszą dewizą jest…?

– Faktycznie, „not be evil”.

– W takim razie żegnam pana i niech panu ziemia lekką będzie.

– Dziękuję! Napiszę o was dobrą opinię w internecie!

Za ścianą – recytacja

Za ścianą – recytacja

Recytacja mojego opowiadania z muzyką też mojego autorstwa. Jest to zapowiedź książki „CZERŃ NORMALNOŚCI” – zbioru opowiadań – która ukaże się jesienią. To zbiór tekstów psychologicznych, a motto przewodnie brzmi:
” — Nienawidzę tych idiotów, którzy chcą odstrzału dzików. — Trzasnęła za sobą drzwiami, wchodząc do kliniki aborcyjnej…”
A oto inny fragment z opowiadania tytułowego:
„Zwyczajny człowieczy żywot, pełen błędów, potknięć, grzeszków czy nawet wielkich grzechów. Bo czym byłaby najdoskonalsza konstrukcja natury bez niedoskonałości? Powtarzalnym stemplem spod ręki zblazowanego urzędnika błękitu? Może efektem rytualnego obrzędu zwanego miłością?”

Obudź się!!! :-P

Obudź się!!! :-P

Pokój, Puste, Wnętrze, Podłoża, Wood Floor, Brązowy

Zawsze wiedziałam, że za dużo piję. Już wielokrotnie mi powtarzano, abym nie przesadzała, ale czym byłoby życie bez tej odrobiny szaleństwa. Lecz tym razem chyba przesadziłam. Pamiętam wieczór w klubie, pamiętam chłopaka, którego spotkałam, nawet coś mi świta, że wyszliśmy razem. Natomiast co było później, stanowi jedną wielką zagadkę.
Leże od kilkunastu minut z przykrytą kołdrą głową i aż się boję spojrzeć, gdzie jestem. Bo na pewno nie jestem u siebie i chyba pierwszy raz w życiu nie pamiętam ani jak tu dotarłam, ani z kim. A co, jeśli obok leży jakiś okropny drech albo co gorsze laluś z włosami na żel? Wyciągam rękę, przesuwając dłonią po delikatnym prześcieradle. Nie wyczuwam też przykrych woni, więc może nie jest tak źle. Sięgam, aby sprawdzić, czy jestem w majtkach i staniku – całe szczęście tak. Próbuję skupić się na swoim kroczu, poczuć, czy wczoraj uprawiałam seks, ale jedyne, co czuję, to ucisk pęcherza moczowego. I ten ucisk to jedyna rzecz, która skłania mnie, aby w ogóle wyjrzeć spod kołdry. Powoli wymacuję koniec kołdry, jeszcze wolniej pociągam w dół, a oczy mi zalewa jaskrawe światło, które budzi dotychczas niezauważalny ból głowy. Pierwsze, co dostrzegam, to jakaś plecionka z kolorowych włókien zawieszona tuż nad łóżkiem. Wygląda jak coś indiańskiego i od razu przypomina mi się obraz z dzieciństwa, gdy oglądałam samotnie western, w którym skalpowano białych. Odruchowo sięgam do głowy i jednak wymacuję swoje włosy. Są spięte w kok.
Oczy dostosowują się do jasności i zauważam wielki obraz przedstawiający stare, zniszczone buty, podobne do tych, które miałam w dzieciństwie, a które tu na obrazie wypuściły zielone pędy do słońca powyżej. Obok na obrazie walają się setki fragmentów butów: liczne zelówki, połamane obcasy, zdarte podeszwy i popękane skórzane wierzchy. Przypomina mi się moment, gdy tata zawiózł mnie do szpitala po tym, jak chlałam przez tydzień, bo zostawił mnie chłopak. Tego nigdy nie zapomnę: ja, lekko zatruta alkoholem, a wokół sami alkoholicy – degeneraci, dla których butelka taniego wina jest cenniejsza niż bochen świeżego chleba. Zadaję sobie pytanie, gdzie jestem? Czy to mieszkanie mężczyzny, z którym prawdopodobnie wyszłam z imprezy? Rozglądam się po pokoju, szukając czegoś, co mogłoby świadczyć o tym, że to pokój faceta. Ale na próżno. Oprócz plecionki i obrazu nie dostrzegam niczego więcej – jedynie przeraźliwie białe ściany, drewnianą podłogę i równie białe, zamknięte drzwi. Nawet nie ma moich ubrań ani butów.
Wstaję z drewnianego łóżka z coraz większym łupaniem pod czaszką. Ilekroć doprowadzę się do tego stanu, powtarzam sobie, że ten ból to kara od Boga za nadużywanie. Starzec dobrze wiedział, co robi, dając takie skutki. Ci, co chcą się uczyć na własnych błędach, nauczą się, że z każdym nadużyciem wiążę się cierpienie, więc będą unikać alkoholu, a przynajmniej starać się unikać. A ja co? Nawet nie próbowałam. Stawiam pierwszy krok po dębowych deskach, które trzeszczą przy najdrobniejszym nacisku. Podchodzę do drzwi. Zamknięte na klucz. Zerkam w stronę łóżka, obok którego dopiero teraz dostrzegam nocnik i rolkę papieru toaletowego. Robi mi się niedobrze. Żebym to ja, dwudziestoośmioletnia kobieta musiała korzystać z nocnika, zostawiając na widoku siuśki czy kupę? Szarpię za klamkę z całej siły. Na próżno. Odzywa się tylko pogłos po drugiej stronie. Rozpłakuję się. Zakrywam dłońmi twarz i osuwam się tyłkiem na podłogę. Wiem, że długo nie wytrzymam nacisku na pęcherz. Mam ochotę zapaść się pod ziemię. Przypominam sobie moment, gdy wracałam ze szkoły, zgubiłam klucz i czekając na rodziców, zsikałam się. Miałam wtedy osiem lat, a mimo to nie daje mi to spokoju do dziś. Wpadam w coraz większy szloch. Opadam na bok przytulona plecami do drzwi.
Nagle słyszę za mną kroki. Odruchowo odskakuję od drzwi. Dźwięki cichną. Po chwili spod drzwi wysuwa się kartka złożona na cztery. Jak ja, kurwa, nie cierpię wiadomości przekazywanych na kartkach. Ale to chyba po tym, jak tamten chłopak właśnie tak mi obwieścił, że ze mną zrywa. Przez chwilę nie wiem, co robić, ale ciekawość zwycięża i sięgam po kartkę.

Proszę skorzystać z nocnika,

głosi napis, a obok namazany jest obrazek z dziewczynką stojącą przed domem w słoneczny dzień. Nawet nie zauważyłam, że przestałam płakać i doznałam przypływu werwy życiowej. Jeszcze raz wstaję i sięgam do klamki. Nadal zamknięte. Jednocześnie przestępuję już z nogi na nogę, próbując opanować chęć wysikania się.
W końcu coś we mnie wstępuję i siadam na nocnik. Po chwili uszy drażni świdrujący odgłos uderzającego o plastik moczu. Ponownie się rozpłakuję. A mimo to wiem, że muszę wstać jak najszybciej, aby ktoś mnie tak nie nakrył. Podcieram się, wsuwam majtki. Wpadam na pomysł, że mogłam schować ubranie pod materac. Zrywam go, ale widzę jedynie sprężyny, które kojarzą mi się z wakacjami u babci, która spała na podobnym łóżku. Całkiem miłe wspomnienie miesza się z aktualnym podenerwowaniem, sprawiając, że teraz i tamto wydaje się okropne. Zerkam pod łóżko, ale tam też pusto.
Jak lśnienie spływa na mnie wspomnienie, gdy kolega, były rabuś, z którym często piłam, uczył mnie otwierania drzwi za pomocą wytrycha. Skąd mogę wziąć coś podobnego. Rozglądam się i jedyne, co mi przychodzi do głowy, to sprężyny, ale jednak są zdecydowanie zbyt grube i twarde, aby z nich móc zrobić wytrych. Nagle mnie olśniewa: kok na głowie! Sięgam do włosów i wymacuję dwie spinki. Wyciągam jedną. Jest idealna! Podbiegam do drzwi, w palcach kształtując spinkę na wytrych. Nasłuchuję, ale nikogo nie słychać. Wsuwam spinkę do zamka, a ta ułamuje się, zostawiając wewnątrz kawałek drutu. Wiem, że jeśli go nie wyjmę, nie otworzę drzwi. Sięgam więc po drugą spinkę i powoli wydłubuję drut. Ponownie, tym razem delikatniej, kształtuję spinkę, wsadzam w zamek i przekręcam. Drzwi otwierają się. Wybiegam, ile sił w nogach. Nie zważam, że mam na sobie tylko majtki i stanik. To nic, aby tylko uciec od tego koszmarnego miejsca. Nawet nie zauważam, że wybiegam w gęsty deszcz, nogi zaczynają się ślizgać na wodzie i lecę plecami na ziemię. Czuję silne uderzenie w tył głowy…

Zerwałam się z łóżka zlana potem. Obok leżał obcy mężczyzna, czułam, że poprzedniego dnia uprawiałam seks, głowa mi pękała od kaca. Byłam u siebie w pokoju. Czy to dobrze?…

W poszukiwaniu istoty

W poszukiwaniu istoty

Osoby, Człowiek, Samiec, Mężczyźni Lasu, Twarz, Ponury

Usłyszałem o nim w miejscowym pubie. Od razu mnie zafascynował. Niemal od pierwszego zdania wypowiedzianego przez starego Antoniego widziałem go oczyma wyobraźni. Pamiętam, że siedziałem przy piwie, zapadłem się w głąb własnego umysłu i wyobrażałem sobie, jak może wyglądać. Jest niski, wysoki, chudy, gruby, podobny do przeciętnego człowieka, czy może raczej przypomina yeti albo neandertalczyka? Wróciłem wtedy do domu mocno podpity, otworzyłem swój kajet i zacząłem przelewać na kartkę efekty wyobraźni. Pociągnąłem ołówkiem kilka zdecydowanych linii i wyłonił się on: cały w cętki, wzrostu koszykarza, z włosami, które nie widziały fryzjera od lat, i ubraniem jak u bezdomnego. Tak wyobrażałem sobie tę istotę. Odłożyłem rysunek na stolik obok łóżka. Zasypiając, myślami byłem w tym lesie.

Siedzę na pniu powalonej sosny, spoglądam na runo leśne pod stopami, a gdzieś w górze odzywa się wilga. W zasadzie nie wiem, dlaczego tak siedzę, ale zdaję sobie sprawę, że ruszyć się nie mogę. A może wcale to do mnie nie dociera, tylko czuję? Dwie myśli zaprzątają mi głowę: gdyby tak spotkać Człowieka Lasu; oraz która jest godzina, co wywołuje we mnie odruch spoglądania na zegarek. Gdy już się pogodziłem, że istoty tej nie ujrzę, coś porusza krzakami. Odruchowo padam pod pobliski jałowiec, a gruby korzeń żądli mnie w klejnoty. Ogromna ciekawość walczy z jeszcze większym bólem, co zmusza mnie do wykrzyknięcia:

– Stój! Kim jesteś?

Zza krzaków wyłania się sąsiadka z koszykiem w połowie wypełnionym grzybami.

– To ja, Mariola. Co tak krzyczysz? Nawet grzyby spłoszysz! – Śmieje się.

Mija chwila, zanim dochodzę do siebie na tyle, aby wstać. Podchodzę do niej wreszcie, zerkam na niezwykle ponętne kształty, ale tym razem nie pociąga mnie. Spoglądam na bolące krocze, sprawdzając, czy nie mam rozdartych spodni, ale widzę jedynie brązowy ślad po korzeniu dokładnie na wysokości penisa.

– A co sąsiad taki brudny? – Spogląda mi w to miejsce?

– Ja?… Ja jakoś… Ja jakoś tak… – Nagle echo powtarza moje słowa, a drzewa szumią gwałtownie.

Zrywa się wiatr, który podnosi z ziemi setki liści, przesłaniając wszystko przed oczyma. Przez chwilę mam wrażenie, że jestem w oku trąby powietrznej: wszystko wiruje i faluje niezrozumiale. Siła wiatru jeszcze się wzmaga i podrywa mnie nad powierzchnię ziemi. Lewituję gdzieś wysoko wśród wirujących liści i igliwia, gdy wiatr cichnie, a ja spadam z ogromnej wysokości wprost w krzaki jeżyn.

Zerwałem się do pozycji siedzącej, zrzucając całkowicie kołdrę na podłogę. Odruchowo spojrzałem na zegarek na lewej ręce. Obok tylko od podmuchu drgnęła kartka, na której dzień wcześniej narysowałem Człowieka Lasu. Sięgnąłem jeszcze raz po ołówek, zastanawiając się jednocześnie nad minionym snem. Czy Mariola może mieć z tym coś wspólnego? Może widziała Człowieka Lasu? A może tylko o nim słyszała? Z drugiej strony to właśnie ona mieszka najbliżej lasu, więc coś może być na rzeczy. Tak czy inaczej, wiedziałem, że muszę ją o to zapytać. Nagle spostrzegłem, że dorysowałem nad trzymanym rysunkiem klepsydrę. Nawet nie zdawałem sobie z tego sprawy, działo się to podświadomie, zupełnie jak z pismem automatycznym, którego sam doświadczyłem kilkanaście lat temu, gdy rozpaczając po sprzedaży klaczy, napisałem jedyny w życiu wiersz. Wiersz do dziś dla mnie niezrozumiały.

Gdy około południa zapukałem do Marioli, byłem już całkowicie pochłonięty tematem Człowieka Lasu. Otworzyła z wyraźnym grymasem. Spojrzałem przelotnie na zegarek. Pokiwała bez słów głową, abym wszedł i poczęstowała herbatą. Patrzyłem na jej ponętne kształty, tym razem w głowie mi buzowało, ale nie byłem w stanie wypowiedzieć ani jednego słowa. Ona krzątała się po całej kuchni, w której mnie przyjęła, i opowiadała o świętej pamięci mężu, który ponoć zaginął w pobliskim lesie. Nikt nigdy nie wypowiedział tego słowa na głos, ale wszyscy byli w pełni przekonani, co się z nim stało. Potem usiadła na drugim krześle i również piła herbatę.

– Tak to było – skwitowała swoją opowieść.

– Tak, tak. – Pokiwałem głową.

– Ale cóż. – Westchnęła.

– No, trzeba żyć. – Przejąłem się i przetarłem twarz dłońmi.

– Takie życie. – Siorbnęła herbatę. – Takie życie.

– Nic się na to nie poradzi. – W pełni ją rozumiałem.

– Bo człowiek chciałby tu tak czy owak, a wychodzi inaczej.

– Oj, wychodzi, wychodzi.

– Aż strach patrzeć.

– Oj, strach, strach – przyznałem.

Dalej siedzieliśmy bez słowa, a ja czułem w gaciach rewolucję. Od zawsze mnie podniecała. Na tyle byłem tym razem pobudzony, że nie zwracałem uwagi na rzeczywistość – lewitowałem w przestworzach nieuświadomionych fantazji erotycznych. Nawet nie poczułem, jak zrobiło mi się mokro w majtkach. Dyskretnie spojrzałem na zegarek.

– To co? – spytała. – Herbatka dobra?

– Oj dobra, oj dobra. – Oddychałem głęboko.

– No, no, no.

– Czuję się wniebowzięty.

– Ojej. – Ruszyła biodrami, wypinając jedną ich stronę bardziej niż zwykle. – Herbatka, herbatka.

– Tak, tak, tak.

– To co? – Spojrzała mi głęboko w oczy i seksownie przeczesała włosy.

– To już chyba pójdę. – Wstałem, dopiłem resztę herbaty, niemal dławiąc się fusami.

– No tak, trzeba do domu, trzeba do domu.

– Do zobaczenia. – Zostawiłem za sobą niezamknięte drzwi.

Wieczorem znów sięgnąłem po rysunek Człowieka Lasu. Włączyłem jednocześnie telewizor, w którym leciał program o Potworze z Loch Ness. Nikt go nie sfotografował w pełnej krasie, nie znaleziono śladów na jego istnienie, a jednak tak wiele słyszano relacji. Czyżby to stworzenie przetrwało z prehistorii do dziś? Może to dinozaur, który ocalał? A może zmutowany gatunek ryb głębinowych? Zawsze było coś, co mnie do takich historii przyciągało. Już w szkole średniej zaczytywałem się na ten temat, oglądałem nieliczne zdjęcia tego jeziora z dziwnymi obiektami na powierzchni wody. Raz wyglądało to jak gigantyczny wąż, a innym razem przypominało garby wielbłąda. Ponownie nawet nie zauważyłem, że dorysowałem z boku Człowieka Lasu jakąś wieżę ratusza, z iglicą, bogatymi zdobieniami i zegarem, który wskazywał niemal północ. Albo południe.

Tego dnia od rana szykowałem się do tego. W zasadzie powinienem pójść od razu po śniadaniu, ale zwlekałem z niezrozumiałych przyczyn. Zarzuciłem na siebie kurtkę, zapakowałem do plecaka butelkę napoju i kilka kanapek. Wyruszyłem jeszcze grubo przed południem. Dzień był ładny, choć nietypowy, bo niebo pokrywały gęste obłoki, ale żadnej chmury deszczowej. Dodatkowo regularnie co kilka minut przedzierały się pojedyncze promienie, zupełnie jakby walczyły z potęgą chmur.

Do lasu dotarłem przed południem. Spojrzałem na zegarek. Usiadłem na powalonym pniu sosny, pod stopami miałem leśne runo, a w górze świergoliła wilga. Poczułem jakiś bezwład w całym ciele, tak, że nawet gdybym chciał, to nie byłem w stanie drgnąć z miejsca. Wpadłem w głąb własnego umysłu, przypominając sobie każde słowo dotyczące tego, po co tu przyszedłem. Widziałem tylko obracające się wskazówki na zegarku, który nosiłem. Odgłosy lasu zlały się w jeden przeciągły szum, cienie rzucane przez chmury zatańczyły, a ja tkwiłem jakby poza ciałem, obserwując to wszystko z boku.

Nawet nie zauważyłem, jak zrobiło się zupełnie ciemno. Nadal czułem, że nie mogę ruszyć ciałem. Zupełnie, jakbym zapuścił korzenie w pień, na którym siedziałem. Ale nie martwiłem się – było w tym coś uspokajającego, magicznego. Chmury się rozproszyły, dając miejsce księżycowi w pełni, którego światło pozwalało na dość dobre, ale nie idealne widzenie otoczenia. Nagle coś drgnęło za pobliskimi krzakami. Oprzytomniałem, dopiero gdy wyrósł przede mną stwór wyglądający jak połączenie człowieka i niewielkiego dębu, z liśćmi na głowie i na ubraniu oraz w butach pokrytych mchem. Ledwie mogłem to wszystko dostrzec w półmroku księżycowej nocy. Jednocześnie jego twarz nie przypominała niczego, co widziałem dotychczas. Kiedy powaga sytuacji do mnie dotarła, przeraziłem się. Człowiek Lasu szedł w moją stronę powolnym krokiem, najwyraźniej w bardzo konkretnym celu. Czyli te wszystkie opowieści to prawda. Zresztą nie tylko to. Rozbity latający talerz w Rosswell, Potwór Z Loch Ness, Yeti, wciąż żyjący Elvis i ten, stojący przede mną, Człowiek Lasu. Pewnie za chwilę zginę i pozostanie po mnie wspomnienie, tak samo jak po mężu Marioli. Przygotowywałem się na śmierć. Nawet zacząłem „Ojcze nasz”, choć za bardzo wierzący nie byłem. Stwór stanął metr przede mną. Już widziałem, jak przeobraża się w wilkołaka i mnie rozszarpuje, za chwilę wyobraziłem sobie, że połyka mnie w całości.

Czym jest życie, że tak długo krzątałem się po tym świecie, nie znalazłszy sensu, a teraz, gdy jedna z tajemnic została rozwikłana, miałem zginąć?

Człowiek Lasu spojrzał mi w oczy i rzekł:

– Człowieku, która godzina?

Nerwowo spojrzałem na zegarek.

– Za minutę północ – odpowiedziałem.

Powoli odwrócił się i potrząsnął całym ciałem. I zniknął bezszelestnie w ciemnościach lipcowej nocy.

Ślady

Ślady

Sweter, zapach, wspomnienie

Która to godzina?…

Czwarta w nocy. Czas budzenia się wszystkiego, co uśpione. Szarik otwiera jedno oko i spogląda na mnie, nie za bardzo wiedząc, czy to ta pora. Powoli odkrywam kołdrę, patrzę na swoje nogi, czy leżą samotnie, może będą mogły się przytulić? Łydki, palce i pięty zewrzeć nawzajem, by po chwili poczuć te ciarki, gdy zaprzestaje się pocierania. Chłód pokoju wytrąca mnie z równowagi ciepła, które beznamiętnie zimna kołdra daje jako iluzję bezpieczeństwa i bliskości.

Wstaję. Zerkam na ścianę, na której wisi spojrzenie i pamięć. Tafla oceanu, chmury pierzaste, promienie słońca i niezapomnienie. I Szarik hasający po plaży, w piasku i wodzie. Do dziś widzę, jak otrząsając sierść, chlapie dookoła. A potem się tuli, nie zważając, że cały mokry. Podchodzę do szafki pod oknem, otwieram, wysuwa się notatnik z tym jedynym pismem, pamiętnik tamtych dni. Zerkam na przypadkową stronę. Wiersz. O kataryniarzu, co go nie ma na ulicach od długich lat, o dorożce zamiast taksówki i niewygodnych do stąpania kamieniach, co po nich przyszedł asfalt i beton. Jest też nasz Szarik, gdy ciągnie kocyk spod tyłków na wielkiej łące kwitnącej mleczami i koniczyną. Wkładam z powrotem pamiętnik do szafki, choć uparte z niego bydle, ciągle chce powrócić pod moje stopy. Szarik wiele rzeczy podgryzał, ale tego nigdy nie ruszył.

Ani tego swetra, co obok. Sięgam po niego, czuję, jak wełna ugina się pod palcami. Przykładam do nosa, wciągam głęboko powietrze. Przed oczyma staje mi kuchnia i kanapa przed telewizorem w długie zimowe dni. A u stóp Szarik. Taki spokojny, taki szczęśliwy, gdy mógł dotykać nóg. Choćby tylko grzbietem, ogonem czy koniuszkiem łapy. Tak bardzo się cieszył, gdy rozpalałem w kominku. Wiedział, że spędzimy wieczór razem. Teraz to nie chcę tam rozpalać. Niech ciepło ognia zostanie w pamięci, będzie nośnikiem wspomnień. Wolę zachować tę wyraźną linię czasu – ogień i ciepło tam, kaloryfer i samotność tu. Tak jest uczciwiej. I dla ciebie, i dla mnie.

Idę dalej, do łazienki. Szuram kapciami o dębowy parkiet, na którym wciąż słyszę odgłosy tańczących stóp: lekkie stukanie, delikatny dźwięk przesuwanych z gracją opuszek. I pstrykanie stawów, gdy ciężar ciała spoczywał na palcach. Szarik nie wiedział, co ma ze sobą zrobić – czy leżeć dalej, czy może dołączyć do tego baletu. Podrygiwał, kusiło go, ale jednak pozostawał na swoim malutkim dywaniku, który służy mu do dziś. Potem przez długie tygodnie z niego nie schodził, cały czas czekał. Ale przywykł, bo nawet do piekła można przywyknąć. Ciekawe jak w sercu psa wygląda piekło tęsknoty? Potrafi takie serce pęknąć jak ludzkie?

Gdy przekraczam próg łazienki, dobiega mnie zapach perfum. Ten dobrze znany mi jaśmin z nutą czegoś bliżej nieokreślonego. Nerwowo się rozglądam, zerkam w każdy zakamarek, spoglądam, czy wejściowe drzwi się nie otworzą, a nuż?… Jednak pusto niezmiennie. Ściany aż dudnią nostalgią.

Tylko gdzieś wewnątrz domu, w każdym kącie, na każdej powierzchni, na każdej półce i w każdym niewyrzuconym ubraniu jesteś ty, taka zwyczajna, ze zwichrowanymi włosami, spokojem, którym zarażałaś i niezastąpionym ciepłem duszy i ciała. Szarik czasem obwąchuje to wszystko, lecz mam wrażenie, że krzywi się i płacze bez łez. A potem wraca na swój mały dywanik, który kupiłaś mu nad morzem. Dla niego te wspomnienia są równie bolesne. Ja to przynajmniej potrafię zapłakać. Choć ostatnio coraz rzadziej i rzadziej. To znak, że umieram bezpowrotnie. Usycham z braku ciebie, Paulinko

Paulinko.

Zegarmistrz

Zegarmistrz

zegar, zegarmistrz

Zapowiadał się jeden z najbardziej paskudnych dni tej zimy. Zamiast śniegu, padał deszcz z gradem i chociaż chwilami wypogadzało się, zdawała się wisieć nad głowami groźba kolejnego opadu. Nikt dziś nie przyjdzie, szeptały jednostajnym tik-tak ustawione na półkach i stoliku zegary. Obserwowały Mikołaja, który każdemu z nich podarowywał drugie lub trzecie, a może i czwarte życie. Siedział pochylony nad martwą maszynerią pięknego zegara ściennego z końca XVIII wieku. Mikołaj wyciągał poszczególne elementy i zegary słyszały, jak mówił do siebie, a może do naprawianego zabytku:

– No i cóż to ci się przydarzyło, mój piękny? Ile lat służyłeś w dobrej kondycji? Trybiki masz teraz nieco wytarte. Chyba znajdę niektóre, ale ten największy trzeba będzie dorabiać. Zaraz, zaraz, chyba jednak będę taki miał… Twoje serce jest bardzo oryginalnie zdobione, muszę je oczyścić.

Mruczące cicho zegary obserwowały Mikołaja, a ten podniósł się od stolika i zaczął wyszukiwać w skrzynce odpowiednie części. Podszedł znów do naprawianego zabytku, złożył werk, zamontował, ustawił na stole, poruszył wahadłem i zegar nagle zaczął głośno i równomiernie pracować.

– No, to teraz opowiedz mi swoją historię – powiedział Mikołaj.

Ale zegar, machając jednostajnie wahadłem, wystukiwał rytm, który co prawda niewiele miał wspólnego z mową, ale za to stanowił sam sobą wielką otchłań postrzegania i zapomnienia. Tik-tak, tik-tak, rozbrzmiewały mechaniczne dźwięki, wiercąc w czasoprzestrzeni należącej do Mikołaja wielką czarną dziurę. Świadomość Mikołaja zaczęła się cyklicznie przechylać w stronę tej dziury, a gdy osiągnęła punkt krytyczny, czyli swoisty horyzont zdarzeń pamięci, Mikołaj bezsilnie osunął się na krzesło i z otwartymi ustami wpatrywał w bujające wahadło. Odpłynął. Jego jaźń cofnęła się w głąb umysłu, rozpłynęła po szarych komórkach, a jej miejsce zajęło to, co od dawna skrywała podświadomość. I tak znikły wszystkie bariery społeczne, religijne, obyczajowe i czysto ludzkie, a do głosu doszedł straszliwy twór, który zepchnięty w otchłań nieświadomości, tylko czekał na taki moment.

Mikołaj, już bez czucia i świadomości, zarzucił na siebie czarną kurtkę, której nie używał od wielu lat, założył wypastowane na glanc przez pomyłkę adidasy, przełożył przez ramie dziwnie wypchaną pederastkę i wyszedł z domu, nawet nie zamykając drzwi. Gdy mijał sąsiadkę z naprzeciwka, ta skuliła się w kłębek, przykucnęła i wielokrotnie przeżegnała. Potem Azor sąsiada z samego dołu zaskowyczał i skrył się pod schodami. Nawet gołębie rozbiegły się jak najdalej od Mikołaja. Czas stanął w miejscu, świat zamarł.

Nadchodziła apokalipsa.

Po kilkuset metrach Mikołaj stał w samotności na tramwajowym przystanku, bo wszyscy ludzie również uciekli. Stał aż do momentu, gdy nadjechał tramwaj. Krok za krokiem wspiął się do wagonu, rzucił druzgoczące spojrzenie, aż ciche jęknięcia przeszyły powietrze.

Mikołaj otworzył pederastkę. W umysłach pasażerów nastała noc. Mikołaj wyciągnął mocno przeterminowaną plakietkę Transportu Miejskiego, spojrzał piorunującym wzrokiem i rozciął powietrze słowami:

– Bileciki do kontroli!

Walka płci

Walka płci

Tekst powstał na drobny konkurs, gdzie limit znaków wynosił 1700, a temat jak powyżej.

Melancholia, Starzec
  • * * *

Odłożę na chwilę tę szczotkę. Brakuje mi ciebie. Pewnie chciałabyś, żebym przestał tu przychodzić? A co mam lepszego do roboty? Ślęczeć nie wiem po co w domu, albo przed nim i próbować pasjonować się życiem sąsiadów? To nie dla mnie. Ty przynajmniej miałaś te swoje kwiatki, warzywa, grządki. Naprawdę wolę spędzać czas tutaj.

Pamiętasz, jak się poznaliśmy? W czwartej klasie przyszłaś do naszej szkoły. Miałaś takie długie włosy. Ganiałem za tobą i krzyczałem: Agata, ogonem zamiata. Ty tylko patrzyłaś na mnie z pożałowaniem i kiwałaś głową, jakbyś już wiedziała, co nas czeka.

Albo jak przewróciłem cię w zaspę, gdy zmiatałaś śnieg z chodnika przed waszym domem? Ale wtedy byłaś ode mnie o wiele większa, więc dopadłaś mnie, rzuciłaś w tę samą zaspę i wcierałaś mi śnieg w twarz. Myślałem, że skóra mi popęka, tak zmarzłem.

A dzień naszego ślubu? Te małe dziewczynki sypały nam pod nogi kwiatki i mówiłaś, żeby tylko wiatr ich nie zmiótł, bo chwilami wiało naprawdę mocno. Twoja matka twierdziła, że jak wieje w dniu ślubu, znaczy, że związek będzie burzliwy, ale szczęśliwy.

Sam nie wiem, co ja sobie myślałem, gdy wielokrotnie zamiatałaś podłogę, a ja tylko siedziałem przed telewizorem i czytałem gazetę. Wściekałaś się, co i mnie złościło, ale teraz wiem, że to było moje lenistwo, a nie prawdziwy ja. Tak to jest, że kobieta dba o dom, a facetowi wystarczy, aby miał którędy przejść do kuchni i łazienki.

Dobrze, dokończę teraz zamiatać, bo przez te wspominki to będę tutaj nocował. Zobacz, całe nasze życie kręciło się wokół zamiatania i teraz też to pozostało niezmienione. Codziennie zamiatam twój grób, bo co mam lepszego do roboty?…

Nie, zamiatam, bo wciąż cię kocham.

Królik królem

Królik królem

Przyjdźmy wszyscy, bo miał miejsce wielki wypadek. Każdy, kto odpowiednio zareaguje, otrzyma zapłatę adekwatną do reakcji. Wóz, którym stary Anton transportował zwierzęta do nowej posiadłości, przewrócił się do rowu zaraz przy wyjazdowej bramie!

Zbiegły się wszystkie zwierzęta z gospodarstwa Antona. Krowa, świnia, owce, kaczki, kury, a przede wszystkim królik. Na wywróconej furmance leżał Anton oraz gęsi, indyki, dwa psy, trzy młode kociaki.
Zwierzęta stanęły w szerokim okręgu i bezgłośnie wszystko obserwowały. Stary Anton z zaplątaną postronkiem nogą próbował się uwolnić, złorzecząc każdej istocie w pobliżu. Tak więc najpierw oberwała słownie krowa, bo największa, potem świnia z racji jej niechlubnej nazwy, kończąc na Bogu ducha winnym króliku, który akurat podgryzał przydrożną koniczynę.
Zgromadzeni, z obawą, czy nie zostaną przygnieceni przez furmankę, nie reagowali. Tylko królik zajęty swoimi sprawami, bardziej wsłuchany, czy nie zbliża się jakiś drapieżnik, pokicał przed siebie i po prostu gryzł. Przez przypadek przegryzł postronek, który więził gospodarza. Kilka ruchów szczęką i Anton był wolny.
Nazajutrz Anton przewiózł zwierzęta do nowej posesji. Zagadywały się one nawzajem o tym, co dzień wcześniej zrobił królik. Mówiły, że trzeba przecież być prawdziwym bohaterem, aby uwolnić swojego pana. Do tego jeszcze tak szybko. Kura nioska chodziła od jednego do drugiego i gdakała piękną wieść. Krowa stanęła nad sianem i w zamyśleniu przeżuwała całe zajście, świnia ryła, wierząc, że znajdzie w gruncie rzeczy, kogut wskoczył na płot i piał z zachwytu i tylko baran beczał niezrozumiale. On jedyny stanął z dala od całego zamieszania i pomyślał, że nie dołączy do tych zachwytów.
Po kilku godzinach zwierzęta wybrały przedstawiciela, osła, który stanął pośrodku placu i wygłosił przemowę:
– Jak wiemy, wczoraj miał miejsce wypadek, w którym ucierpiał nasz pan. Stało się to, gdy przewoził wielu z nas właśnie tutaj, gdzie mamy lepiej, bo większa obora, obszerniejsze podwórko, a i w stodole więcej siana na zimę. Z pomocą przyszedł mu królik, za co wszyscy jesteśmy wdzięczni.
„Oj głupcy, głupcy” – pomyślał baran.
– Właśnie, jesteśmy nie tylko wdzięczni, ale i pełni podziwu za bohaterstwo – kontynuował osioł. – Pragniemy mu za to podziękować, mianując naszym?… – zawiesił głos, tworząc napięcie.
Po placu przebiegł cichy pomruk, przez który przebijały się pojedyncze słowa:
– Szefem – wymamrotał koń.
– Królem – poprawiła krowa.
– Prezydentem – wygdakała kura, dłubiąc w ziemi.
– Wodzem – pokiwał z pobłażaniem baran.
– Właśnie, wodzem! – wykrzyknął osioł. – Królik od tej pory będzie naszym wodzem. Nie królem, bo to zbyt zwyczajne dla jego nazwy, nie prezydentem, bo nie mamy prezydium, nie szefem, bo jeszcze owce pomyślą, że ktoś spróbuje zrobić szew z wełny, ale właśnie wodzem! – powtórzył. – Proponuję nadać mu wszystkie przywileje, jakie nam przyjdą do głowy, i niech on stanowi nowe prawo.
Zwierzęta pokiwały z aprobatą.

Kilka dni później królik, zupełnie nie rozumiejąc, czego w oczach innych dokonał, zarządził doszkalanie wszystkich zwierząt w zakresie przegryzania postronków. Trzeba było więc pomóc innym, aby na przyszłość byli w stanie powtórzyć ten wyczyn. Bo przecież kochał innych. I w ten sposób sznur gryzł koń, dziobała kaczka, pazurami szarpał kot, a ryjem bezskutecznie ryła świnia. O ile koniowi poszło to jak z płatka, tak inne zwierzęta miały już większe problemy, a świnia męczyła się cały dzień, a i tak nie dała rady przepołowić postronka.
Królik postanowił nauczyć wszystkich kicać. Szmer przemknął po zgromadzonych zwierzętach. Kot poradził sobie całkiem dobrze, jednak miał kłopoty z ciągłym przysiadaniem na tylnych łapach. Pies tak samo. Koń nawet usiadł podobnie, ale nie mógł powstrzymać się od rżenia. Krowa próbowała wielokrotnie, ale za każdym razem zginała również przednie nogi i zalegała na glebie. Najgorzej miało ptactwo domowe, bo jak tu się podpierać skrzydłami? A baran stał z daleka, patrzył, kiwał łbem i już prawie nic nie mówił.
Po tym zadaniu królik zniknął w rogu psiej budy i postanowił przemyśleć, co zrobić, aby każde zwierze jednak było w stanie przegryźć postronek. Przecież wszystko zaczęło się od tego, że jadł sobie smacznie koniczynę, nic go więcej nie obchodziło. To musi być klucz!
Nazajutrz zwołał zebranie i wydał polecenie:
– Od dziś wszystkie zwierzęta mają jeść tylko rośliny, a przede wszystkim trawę. To dla waszego dobra! Dzięki temu będziecie w stanie przegryźć niejeden postronek…

Tylko baran stał z dala i już nawet przestał kiwać łbem. Poszedł do chałupy Antona i tłukąc rogami w drzwi, domagał się interwencji. Ale stary Anton plótł nowy postronek, aby mieć czym krępować zwierzęta, bo nadchodziła Wielkanoc, na którą zaplanował mnóstwo świeżego mięsa.

Czerwony kapturek – kryminał/groteska

Czerwony kapturek – kryminał/groteska

Czerwony Kapturek, Czerwony, Mało, Hood, Konna

Czerwony Kapturek wracała od babci późnym wieczorem przez las. Była wyraźnie zdenerwowana: kopała z wściekłością mijane kamienie i przedrzeźniała okoliczne ptaki głośnym zawodzeniem. Chciała znaleźć się jak najszybciej w domu. Ten dzień nie ułożył się dobrze: najpierw w szkole rzucił ją chłopak, a potem ta wizyta u babci… Nagle zobaczyła idącego pewnym krokiem środkiem leśnej ścieżki wilka. Schowała się więc za krzakiem dorodnego jałowca, aby uniknąć spotkania. Chwila nerwów, parę wstrzymanych oddechów i wilk poszedł swoją drogą.

Do domu wróciła kilkanaście minut później.

– Byłaś u babci, Czerwony Kapturku? – spytała mama.

– Tak – odburknęła Kapturek.

– Dałaś jej lekarstwa i jedzenie?

– No! Daj mi spokój! – syknęła.

– Nie bądź zła, przecież wiesz, że babcia jest ciężko chora i trzeba jej pomagać. Jutro też dasz radę? – głos mamy był niemal błagalny.

– A pójdę, pójdę, tylko się odczep. – Trzasnęła za sobą drzwiami od swojego pokoju.

Mama usiadła na fotelu przed telewizorem, ale zamiast skupić się na filmie, myślała. Bo owszem, zdarzała się Kapturkowi złość, nawet wściekłość, ale Kapturek o babci zawsze miała dobre zdanie. Tymczasem Kapturek zaszyła się w łóżku i w zupełnej ciszy zatopiła się w rozmyślaniach. Przed oczyma wyobraźni miała babcię, byłego chłopaka i wilka.

Następnego dnia ruszyła do babci, jednak zamiast iść bezpośrednio do chatki, zaczęła krążyć po lesie, śpiewając na całe gardło Zenka Martyniuka, co było o tyle dziwne, że na co dzień słuchała głównie death metalu. Gdy na tapecie było „Przez te oczy zielone”, zza krzaków wyszedł wilk.

– Te, laska, gorzej ci? – spytał.

– O, pan wilk, jak miło! – Kapturek podskoczyła z radości.

Wilk stanął jak wryty, rozejrzał się, aby być pewnym, że ta radość z jego powodu, potrząsnął z niedowierzania głową i stwierdził:

– Normalnie to bym cię wszamał, ale jak śpiewasz Martyniuka, to kto wie, co jeszcze w tobie siedzi.

– Wilku… – Spuściła Kapturek głowę. – Jakoś się źle czuję, a tu mam z tym oto koszyczkiem iść do babci, bo ona nie może wstać z łóżka. Mam tu jedzenie i lekarstwa. – Popatrzyła na rozmówcę błagalnym wzrokiem. – Nie zaniósłbyś jej tego?

– A jest sama? – spytał po chwili wilk.

– Tak, leży w łóżku.

– A otworzy mi?

– Tak, jak zastukasz rytm „Zegarmistrza światła purpurowego”, to ci otworzy, to nasz znak rozpoznawczy.

Wilk zadumał się, pocmokał i się zgodził.

Następnego dnia okazało się, że babcia została zamordowana. Na miejsce przyjechała policja, zebrała ślady, odciski linii papilarnych i ust. Szybko ustalili, iż oprócz śladów babci i kapturka były też wyraźne ślady wilka. Znaleźli również odciski jeszcze jednej osoby, lecz mieli trudności z ustaleniem, czyje.

Nazajutrz zaczęto przesłuchiwać wilka.

– Co tam robiłeś, wilku? – spytał policjant w randze aspiranta wyglądający niemal jak Hans Kloss.

– Poszedłem Martyniuka posłuchać. Kapturek go śpiewała, stamtąd wracając, więc uznałem, że tam jej się na uszy rzuciło.

– Ta, Martyniuka. Nie obrażaj wielkiego kompozytora swoją osobą! – zagrzmiał śledczy.

– No, czyli pan aspirant tez by przyszedł posłuchać?

– Milcz! – syknął policjant.

– To po co tu zostałem ściągnięty, skoro mam milczeć? – Zaśmiał się wilk.

– Dosyć! Na koszyku były twoje odciski. Skąd go miałeś? – Aspirant teraz już wrzeszczał.

– Od Kapturka.

– I co, tak po dobroci ci dała? Wielkiemu, złemu wilkowi?

– Tak. Szedłem sobie jak zwykle po lesie, a ona, śpiewając Martyniuka na całe gardło, czy bym nie zaniósł. To zaniosłem. I tyle.

– I pewnie powiesz, że to nie ty ją zamordowałeś?

– Ja? Przecież babcia żyła w rezerwacie i była chyba – zaśmiał się szyderczo – pod ochroną. No wie pan, panie władzo, ludzie dbają o nas, to i my o ludzi.

Funkcjonariusz sięgnął do skrzyni z dowodami i wyjął odgryzioną rękę babci, w której zaciśniętej pięści wciąż tkwiła płyta Martyniuka.

– Wilku, dziś damy to do analizy i założę się, że to ślady twoich zębów.

– No co, no co? No, rozszarpałem babcię. Instynkt zadziałał i tyle miałem do powiedzenia.

– Oj, bratku. – Podróbka Klossa pokręciła głową. – Posiedzisz za to długo.

Po kilku dniach policja ustaliła, że niezidentyfikowane ślady, które znaleziono w domu babci, należały do byłego chłopaka kapturka. Czy był świadkiem zabójstwa? Czy te młode oczy mogły znieść taki widok? Wezwano go na przesłuchanie, w którym dowiedziano się, że był u babci dwa dni wcześniej i że bardzo się zdenerwował, gdy usłyszał u niej Martyniuka.

Postanowiono więc przesłuchać kapturka.

– Czemu dałaś wilkowi koszyczek z jedzeniem? – pytał śledczy.

– Bo źle się czułam, a wilk szedł akurat w tamtą stronę.

– A czemu źle się czułaś?

– Bo dzień wcześniej rzucił mnie chłopak – wyrwało się Kapturkowi.

– A czemu cię rzucił?

– Nie wiem! – wrzasnęła dziewczynka.

– Jakbyś nie wiedziała, to nie byłabyś taka nerwowa. Czemu?

– Dajcie mi spokój!

– A my już wiemy, co się stało – aspirant mówił spokojnie.

– Tak? Ciekawe!

– Ano ciekawe! W szkole masz same szóstki, co znaczy, że jesteś bardzo inteligentna. Ale i przebiegła. Otóż dowiedzieliśmy się, że chłopak rzucił cię za to, że masz babcię, która słucha Martyniuka. Ty wściekłaś się za to na babcię i wymyśliłaś morderstwo prawie doskonałe. Wiedziałaś, że jak wilk pójdzie do babci, to ją zamorduje, taki jego instynkt. Zaczaiłaś się więc, dałaś mu koszyczek i w ten sposób zemściłaś się na babci. Idziesz do więzienia za współudział w morderstwie.

– I za śpiewanie Martyniuka – dodał przez uchylone drzwi wilk.

Notatka na marginesie

W piekarni

Jestem wściekły. Naprawdę wściekły! Bo co ona sobie w ogóle wyobraża? Że jeżdżę do tej szkoły, by licealistki się we mnie zakochiwały? Co za bzdura! Ile razy jej mówiłem, że chcę sobie przypomnieć ten jeden dzień. Co ja z niego pamiętam?… Drogę z domu, a potem powrót, i nic pomiędzy. Co się wtedy działo?

Wiele razy śni mi się, że idę tamtego dnia do szkoły i za każdym razem coś wypada, że się spóźniam. Zawsze! Ale nie, Ola mówi, że młode dupy mi w głowie. Zresztą mam ją gdzieś! A dziś zrobię jej na złość. Umówiłem się z Anią po pracy na zapleczu, u nas w piekarni. Ma przyjść, jak skończy robotę. To dopiero będzie zemsta na Oli. Jak to mówią, karma wraca – mówiła, że szukam kochanki, mówiła, powtarzała i się spełniło. To już przesądzone. Ania tego chce, inaczej nie pocałowałaby mnie w usta. A co dopiero będzie się działo tutaj, na zapleczu?… Mam dziwne wrażenie, że ją skądś znam… Nie, tylko mi się wydaje.

Siedzę więc tu już od kwadransa. Nie mogłem się doczekać. Wokół ciemno i tylko te skrzynki pełne świeżego, jeszcze ciepłego chleba. W sumie to nawet jestem głodny. A gdyby tak coś zjeść?

Kurde, przypomina mi się, jak spędzałem u babci całe wakacje i jadłem najsmaczniejsze danie mojego dzieciństwa: świeży, jeszcze ciepły chleb, z równie świeżą, domową śmietaną, a wszystko posypane cukrem. Brało się taką pajdę w umorusane ręce i biegło na podwórko. Ile razy wypadła taka kromka na ziemie. Ale to nic, jadło się z piachem! Dziś – nie do pomyślenia! Gdyby to ktoś zobaczył, zrobiłby raban na całego fejsbuka. Ale właśnie za takie chwile kocham tę wioskę, ten czas i świętej pamięci babcię. Nigdy nie zabroniła mi latać z jedzeniem. To była wolność. Ilekroć czuję zapach śmietany, ten smak wraca, jak oszalały.

Ale zaraz, zaraz. Co ja robiłem tamtego dnia w szkole?…

Dobra, koniec tych wspominków, robię się naprawdę głodny. A ten chleb tak bardzo pachnie… Zawsze miałem słabość do ciepłego chleba. Z masłem albo nawet samego. Pamiętam, że kiedyś zjadłem prawie cały bochenek naraz. Teraz będę mógł się najeść do woli. Ale, która to godzina? Kurde, od pięciu minut powinna być Ania. Sprawdzę, co się dzieje na piekarni… Ech, te drzwi zawsze się tak ciężko otwierały… No, jeszcze raz… Chwila! Co jest?!… Przecież to jedyne wyjście! Ktoś mnie zamknął! Pomocy, ratunku, jest tam kto?…

O ja cię… Dziś piątek i o osiemnastej wszyscy wychodzą do domów na weekend. Ostatnia miała być Ania! Czyżby to ona mnie zamknęła?… Ale…

A to szmata! Już wtedy zauważyłem jej reakcję, gdy wspominałem, że mam żonę! Czyli solidarność jajników. A nawet nie zna mojej żony… A ten pocałunek to podpucha. Abym się napalił i nie zastanawiał za mocno… Ale się wpierdoliłem…

I co ja teraz zrobię? Przecież dopiero w niedzielę wieczorem ktoś otworzy, gdy przyjadą po pieczywo na poniedziałek. Czterdzieści osiem godzin w zamkniętym pokoju z całą tą masą chleba. Przynajmniej będę miał co jeść.

* * *

Jest niedziela rano. Od kilkudziesięciu godzin jem tylko chleb i popijam wodą z kranu. A wokół ciemno, że oko wykol. Ogarnia mnie jakieś dziwne uczucie, niesprecyzowane, jakby coś się we mnie budziło. Czuję, jakbym wracał emocjonalnie do dzieciństwa. To niepokojące, a zarazem jakieś takie jakby uwalniające… Ale uwalniające od czego?

Chleb już nie pachnie, teraz niemal śmierdzi, że zbiera mi się na wymioty. Taka moja pokuta za chęć zdrady Oli. A jak cudownie było jeść te posiłki robione przez babcię, ociekające tłuszczem. Takie niezdrowe, takie same puste kalorie. Ale jakie smaczne! Pieczony boczek w ziołach i czosnku, domowy pasztet, pierogi z kapustą i grzybami, cholernie pieprzne, chyba tylko babcia takie robiła. To było genialne. Zresztą, w porównaniu do tego, że teraz jem już tyle czasu sam chleb, to wszystko jest wyśmienite. I pełne wartości odżywczych…

Kurde, cały czas czuję, jak mnie to coś dopada…

O, matko! Wiedziałem, że znałem skądś Anię! Tamtego dnia w szkole zaczepiłem ją na korytarzu, była młodsza, i usmarowałem jej warkocz smarem z zawiasu drzwi od naszej klasy. Obraziła się i pobiegła na skargę do dyrektorki. Tak, już wiem… Dyrektorka zamknęła mnie za karę w tej małej, ciemnej kozie. Ja sam, puste ściany, całkowity mrok i moje lęki… to mnie tak przeraziło, że zapomniałem o tym dniu…

A może trzeba mi było tego zamknięcia tu na zapleczu, aby przypomnieć sobie tamtą kozę?…

Notatka na marginesie

Piwnica

Drzwi, Tajemnica,

Te drzwi stały się moją obsesją. Czymś nierozwiązywalnym, nieodgadnionym. Pojawiają się w snach do dziś. Czasem są to wizje przyjemne, choćby ze wspominkami dzieciństwa, a czasem przerażające koszmary, pełne ruszających się szkieletów, gnijących ciał, czy białych robaków wychodzących z oczu, uszu, nosa i ust.

Poznałem go, mając jakieś dziewięć lat. Pamiętam, że zwrócił mi uwagę na zbyt długie nogawki. Założyłem spodnie starszego brata, bo poza rozmiarem były identyczne. Podszedł, ukląkł tuż przede mną i podwinął. Potem go nie widziałem jakiś czas, aż któregoś dnia, gdy wracałem cały mokry po polekcyjnej wojnie na torebki z wodą, podszedł i, gdy spodziewałem się reprymendy, głosem najspokojniejszym, jaki potrafiłem sobie wyobrazić, stwierdził, że lepsza wojna na wodę niż na pięści. Widywałem go tu i ówdzie: raz odwiedził moją szkołę, drugi raz usilnie dyskutował z ekspedientką w sklepie, innym razem wysiadał z taksówki ubrany w szalenie elegancki garnitur. Lecz niemal za każdym razem dłonie miał złożone na brzuchu, palce skrzyżowane i kręcił jednym kciukiem wokół drugiego.

Któregoś dnia, pewnie jak miałem jakieś dwanaście lat, siedział nieruchomo na ławce w parku. Biegłem z kolegą ze szkoły i zamarłem. Wyglądał, jakby nie żył. Podszedłem niemal na palcach. Nagle otworzył oczy, odkaszlnął i ruchem ręki wskazał, abym usiadł obok. Bałem się. Przede wszystkim tego, że wykorkuje obok mnie, bo tak trochę wyglądał. On jednak wymusił na swojej twarzy cień uśmiechu i rzekł, że jeszcze nie pora na niego. Nie mam pojęcia, skąd wiedział o moich obawach, ale wyglądało, jakby czytał mi w myślach. Z jednej strony byłem tym przerażony, a z drugiej pragnąłem go poznać jak najbliżej. I od tego dnia zostaliśmy kumplami. Koledzy z klasy poszli nieco w odstawkę, ci spod bloku tak samo i tylko rodzice zapytali któregoś razu, czy ten pan nie próbuje się za mną jakoś dziwnie bawić. Nie próbował. Znaczy tak, ale to zabawa zwyczajne kumplostwo. On wiele starszy, zupełnie jakby był dobrym wujkiem.

Miał na imię Dariusz. Nazywałem go Darek. Na początku traktowałem to imię zwyczajnie, ale mając kilkanaście lat, gdy zacząłem uczyć się angielskiego, skojarzyłem je ze słowem dark czyli ciemność. I z tym właśnie mi się kojarzył. Dlatego, że nic o nim nie wiedziałem, bo nic o sobie nie mówił. A może gdzieś podświadomie widziałem go w ciemnych barwach? Ilekroć myślałem o tajemniczości, on stawał mi przed oczyma.

Odwiedzałem go wielokrotnie. Najpierw rodzice byli przeciwko temu, ale gdy zaprosiłem go do domu, aby mogli go lepiej poznać, przestali mieć obawy. Mieszkał w starym, zaniedbanym domu dwie ulice dalej. Podobno sąsiedzi dopingowali go, aby zatroszczył się swoim podwórkiem, ale nic sobie z tego nie robił. Któregoś razu zwróciłem uwagę na zawsze zamknięte drzwi do piwnicy. Te właśnie drzwi. Próbowałem je otworzyć, ale były zamknięte. Gdy spytałem, co tam jest, stwierdził, że nic do oglądania, a jeśli jestem taki wścibski, to chyba pora zakończyć znajomość. To mnie z jednej strony zabolało, a z drugiej wyznaczyło granicę, której przekroczyć nie mogłem. Potem przez długi czas nie spytałem, co jest w piwnicy, ale nigdy nie pozbyłem się świdrującej ciekawości. Wielokrotnie siedząc samotnie w domu, próbowałem rysować skrzynie pełne złota, innym razem podłogę zapełnioną trumnami, lecz szczytem fantazji była uwięziona tam cała rodzina. Ale nie bałem się później go odwiedzać. Jakoś myślałem, że skoro ich zamknął, to na pewno sobie na to zasłużyli.

Potem był moim świadkiem na ślubie. Co z tego, że miał prawie dwadzieścia pięć lat więcej i bardziej wyglądał na ojca niż świadka? Niektórzy właśnie to mi zarzucali, ale miałem to gdzieś. Od dziecka potrzebowałem kogoś takiego starszego, bo moi rodzice to tylko żyli pracą i nie mieli dla mnie czasu. I na tym weselu spił się, że musieliśmy go wynosić na zaplecze, gdzie spędził noc. Ale nigdy nie widziałem nikogo po alkoholu, kto by był spokojniejszy i bardziej zamknięty w sobie. Następnego dnia, gdy wszyscy siedzieli na poprawinach, usiadłem obok niego i spytałem, dlaczego wybrał mnie. Spojrzał, uśmiechnął się półgębkiem i tylko stwierdził, że tego potrzebował. Potem wielokrotnie zadawałem mu to samo pytanie, ale bez odpowiedzi.

Któregoś dnia, gdy nasze dziecko miało iść do szkoły, zaszliśmy do niego z żoną. Zanim nam otworzył, wyraźnie słyszałem nietypowy dźwięk zamykanych drzwi. Biorąc pod uwagę, że znałem w jego domu niemal każde trzaśnięcie, to musiały być drzwi od piwnicy. Gdy tylko weszliśmy, zauważyłem, że dłonie ma pobrudzone ziemią. Kto schodzi do piwnicy, aby tam kopać? Nawet odruchowo pomyślałem, czy w pobliżu nie ma żadnego banku. Cóż, naoglądałem się starych filmów i zbierałem żniwo…

Tego dnia po raz pierwszy spytałem go, czy ma jakąś rodzinę. Milczał. Jakichś znajomych? Tylko się uśmiechnął, patrząc mi w oczy. Siedział przy komputerze, coś pisał i nie za bardzo miał ochotę na rozmowę. W końcu nieśmiało zadałem kłopotliwe pytanie:

– Dlaczego nic o tobie nie wiem?

– Bo nie chcę. – Jego uśmiech był rozbrajający. Potwierdzał to, co wiedziałem od dawna: rządził on, a ja musiałem się podporządkować.

– A kto ci będzie pomagał na starość? – spytałem rozpaczliwie i od razu ugryzłem się w język. – Znaczy, mogę ja, ale nie w tym rzecz.

– Ty to masz swoje życie – odparł ze spokojem. – Pewnie jeszcze z dziesięć lat… – wyraźnie nie dokończył myśli.

– Co ty mówisz?! – podniosłem głos. – Weźmiemy cię do siebie. Ale nie o to mi chodziło. Naprawdę nie masz nikogo, kto mógłby ci pomóc?

– A co cię tak naszło? Wyglądam, jakbym już się wybierał na tamten świat? – Zaśmiał się.

– Posłuchaj, znamy się tyle lat, jesteś mi jak rodzina i teraz, kiedy sam czuję upływ czasu, widząc swoje dorastające dziecko, myślę, że czas pomyśleć o tobie.

– Poproszę inny zestaw pytań. – Nadal się śmiał.

– Inny? A co może być ważniejszego niż przyszłość mojego najlepszego przyjaciela?

– Powtarzam, spytaj mnie o coś innego.

– Ok. – założyłem ręce na przeponę. – Co masz w piwnicy?

Nagle wstał, zrobił grobową minę i rzekł niemal martwym głosem:

– Wyjdźcie, i to już!

– Ale… – chciałem coś powiedzieć, ale ponowił:

– I to już! – Odwrócił się i wyszedł do innego pomieszczenia.

Wiedziałem, że nie ma co napierać. Wyszliśmy i nie pojawiłem się u niego prawie przez miesiąc.

Potem widziałem go zaraz po tym, jak nasz syn wyprowadził się do narzeczonej. Pamiętam, że siedział na kanapie z laptopem na kolanach i coś czytał. Ale pierwsze, na co zwróciłem uwagę, to zapach stęchlizny, którego nigdy w tym domu nie było. Rozejrzałem się, szukając plam na suficie i ścianach spowodowanych przeciekaniem dachu. Na próżno. Przy podłodze również nie zauważyłem czegoś niepokojącego.

– Skąd ten zapach? – spytałem.

– A, taki się jakoś takoś rozniósł. – Uśmiechnął się nieznacznie.

– Potrzeba ci pomocy przy domu?

– Jak będę potrzebował, to dam ci znać, a teraz siadajcie. – Wskazał mnie i żonie dwa fotele, które już wyglądały jak ze staroświeckiego horroru o duchach lub wampirach.

– Pewnie się nie zgodzisz, ale chcieliśmy cię zabrać ze sobą na tydzień na Mazury, bo wybieramy się niedługo – mówiłem tak, bo zdawałem sobie sprawę, jaki z niego samotnik.

– A wiesz co? – Uniósł brwi, co u niego oznaczało ekscytację. – Chętnie. – Uśmiechnął się.

– Poważnie? – Wtrąciła się żona.

– Jak najbardziej. Myślę, że to dobry czas na odetchnięcie od tego domu. – Spojrzał znacząco pod stopy.

– Mówisz… o… – już chciałem zapytać, ale mnie ubiegł:

– To kiedy jedziemy? – Zaśmiał się.

Pojechaliśmy na te Mazury. Ja i żona odsypialiśmy codzienne życie, a Darek wstawał niemal o świcie i robił śniadania. Któregoś dnia poszedł na pomost i pierwszy raz w życiu wędkował. Ślęczał w ciszy zatopiony we własnym świecie i nawet nie zwracał uwagi, gdy któreś z nas przyszło zobaczyć, co u niego. Pod wieczór w końcu przyszedł do chaty z połową wiaderka ryb. Ale żadne z nas do końca nie wiedziało, jak je oporządzić. Dopiero wspólnymi siłami coś zrobiliśmy. I koniec końców wszyscy przyznaliśmy, że Bóg wie, jak dawno nie jedliśmy czegoś tak dobrego. I właśnie przy kolacji zaczął opowiadać coś o sobie. Pierwszy raz.

– Po wojnie wesoło nie było. Kochani bracia zza Buga pozabierali majątki bogatym, zrobili kołchozy, sowchozy, spółdzielnie, Bóg wie, co jeszcze. Moi rodzice stracili prawie czterdzieści hektarów, zostawiono im nędzny ochłap, niecałe pięć. I weź tu, człowieku, godnie żyj z takiego skrawka. A było nas piątka dzieci. Niełatwo wykarmić taką ferajnę. Jaki to był rarytas, gdy w niedzielę ojciec szlachtował koguta na rosół. Ale jednego smaku nie zapomnę do śmierci: jeszcze ciepłego chleba na zakwasie ze świeżą śmietaną i cukrem. Później próbowałem kupić od chłopa taką świeżą śmietanę, chleb, ale to nie to samo. Nie wiem, czy to wszystko teraz smakuje rzeczywiście inaczej, czy to moja wyobraźnia dokłada głębi smaku. I od wtedy już nawet nie próbuję przypominać sobie smaków dzieciństwa, wolę żyć wspomnieniami. – Sięgnął po kubek z dawno wystygłą herbatą i patrząc w dno, westchnął, jakby zobaczył tam cały ciężar swojego życia. – Tuż po wojnie, jak miałem kilkanaście lat, zbieraliśmy z kolegami pociski, których jeszcze nie zdążono sprzątnąć, rozpalaliśmy ognisko z nimi w środku i przeskakiwaliśmy. Kto odważy się ostatni. Tak, tacy byliśmy. I dopiero jak koledze urwało nogę, to pomiarkowaliśmy, żeby przestać. Ale takie zdarzenia odkładają się w psychice, na długo. Nawet po latach człowiek budzi się czasem rano i oczyma wspomnień widzi te okaleczenia…

Potem coś wspominał o wyuczonych schematach, o tym, że człowiek podświadomie powiela to, co widział wcześniej. Na koniec wymamrotał jakieś jedno czy dwa zdania o swojej rodzinie, ale gdy tylko poprosiliśmy o więcej, spuścił głowę, zamilkł i dało się wyczuć, że to temat tabu. Niby powiedział, że ojciec to lub tamto, matka co innego, lecz tak naprawdę były to tylko wzmianki. Nic nieznaczące informacje. Nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że z jego rodzinnym domem wiąże się jakaś niedobra historia.

Po tygodniu wróciliśmy. Dla nas powrót do obowiązków był lekki, bo z naładowanymi akumulatorami, ale on… Zamknął się w domu na ponad tydzień. Tylko raz się odezwał, gdy przez prawie kwadrans dobijaliśmy się do drzwi. Słychać było przytłumione, wymęczone: dajcie mi spokój.

Od tego czasu widywaliśmy go coraz rzadziej. Zwykle nie chciał naszych wizyt, twierdząc, że nie jest w humorze, sam również przestał nas odwiedzać, a i coraz mniej wychodził z domu. Wielokrotnie zastanawialiśmy się, skąd bierze pieniądze, bo nie wyglądało, aby miał stałe źródło dochodów. Frapowało nas także, jak zaopatruje się w jedzenie, czy inne zakupy, gdyż nie widzieliśmy, aby chodził do sklepu. Tylko małe okienko do piwnicy było rozświetlane coraz dłużej i dłużej…

Któregoś razu, gdy po standardowym kwadransie stukania do drzwi nie odzywał się, a po kolejnej godzinie nadal milczał, wezwaliśmy policję i straż. W końcu ujrzeliśmy to, czego można było się spodziewać. Leżał martwy na korytarzu na parterze, zaraz obok tych drzwi, które po raz pierwszy były otwarte. Wokół wszystko, a szczególnie jego ręce zabrudzone ziemią i ta drażniąca woń stęchlizny.

Gdy go zabrali, zostaliśmy tylko ja i żona, jako jemu najbliżsi. W tym starym domu. Z jednej strony tak dobrze nam znanym, a z drugiej z tymi drzwiami.

Siedzieliśmy i rozmawialiśmy dobre trzy czy cztery godziny, zanim zdecydowaliśmy się tam zejść. Bo owszem, ciekawość nas zżerała, ale silniejszy był lęk przed nieznanym, przed złamaniem niepisanego prawa, jakie powinniśmy uszanować.

To, co ujrzeliśmy, pozostało w nas na zawsze. Stało się niemal kolejnym archetypem, który dominuje w naszych umysłach do dziś.

Pośrodku piwnicy była wykopana niemal studnia: okrągły dół o głębokości kilku metrów, z obsypującymi się ścianami i zbierającą się na dnie wodą. I w całej piwnicy nie znaleźliśmy niczego innego. Ani szpadla, ani wiadra do wynoszenia ziemi. Tylko gołe ściany i ten otwór…

Następnego dnia, gdy wróciliśmy, aby nieco posprzątać dom, znaleźliśmy zapisaną, postrzępioną kartkę, która wyglądała jak list pożegnalny. Nie było jednak ani zapisów świadczących, że to testament, ani nic o śmierci. Jedynie tajemnicze pięć słów:

Tylko nie myślcie o piwnicy.

Ciąża

Ciąża

Zarodka, Ludzi, Niemowlę, Ciąża, Sylwetka

– Sam nie wiem, czemu tu przychodzę. Obiecałem, że nie będę tego robił, a jednak jakoś tak muszę. Była Pani mi bliska przez ostatnie kilka lat… Jak sobie przypomnę, jakie były początki naszej znajomości… Chyba Pani zdawała sobie sprawę, że nie przepadałem za Panią. To wysiadywanie na ławeczce było irytujące. Śmiałem się, że mamy sąsiedzki monitoring. A potem poprosiła mnie Pani o pomoc. Nawet nie próbowałem odmówić. Ale tak naprawdę dopiero ze cztery lata temu Panią polubiłem. Jak opowiedziała Pani swoją historię: o domu dziecka, o głodzie w czasie wojny, o tym, jak Panią przesłuchiwała SB…

– Dobra, idę już sobie, niech Pani tam odpoczywa, bo miała Pani ciężkie życie. I proszę czasem o mnie ciepło pomyśleć. – Mariusz poprawił wcześniej postawione znicze, jeszcze rozejrzał się, czy czegoś nie zapomniał, przeżegnał się i ruszył w stronę wyjścia z cmentarza.

Pół godziny później wyszedł z psem na spacer. Był dopiero początek października, a mimo to spadła odrobina śniegu. Właśnie omijał kolejną z poroztopowych kałuż, gdy zadzwonił telefon.

– Halo?

– O której będziesz w domu? – Usłyszał mocno podniesiony, a zarazem mówiony jakby z uśmiechem, głos swojej kobiety.

– Za kilkanaście minut, a co się dzieje? – Stanął w miejscu, czując, jak Puszek wyrywa się na smyczy do przodu.

– Chcę z tobą porozmawiać. To ważne.

– Mów teraz.

– To nie na telefon. Bądź jak najszybciej. Ko… cham cię. – Rozłączyła się.

Mariusz zastanowił się, o co może chodzić, bo już nie pamiętał, kiedy Ewa powiedziała, że go kocha. Ich stosunki były dobre, ale raczej dominowało w nich poczucie humoru, sprawy codzienne, czasem sprzeczki czy drobne kłótnie, a nie uczucia. Tak czy inaczej, rozejrzał się po parku i zawrócił do domu. Puszek również wydawał się niezadowolony z tak szybkiego końca spaceru, bo wyrywał na boki, przystawał co chwilę i zaszczekał jakoś dziwnie. Gdy Mariusz wszedł do domu, podbiegł jego kot i po swojemu przywitał się zarówno z nim, jak i z psem. Mało kiedy tego nie robił, co jak na kota, słynącego przecież z lenistwa i wylegiwania się, było prawdziwie dziwne. Mariusz zdjął buty, odpiął smycz i wszedł do pokoju, gdzie w zupełnej ciszy siedziała Ewa.

– Co jest? – spytał.

– Siadaj – stwierdziła, szeroko się uśmiechając, jednak on wyczuł w tym sztuczność. Zajął fotel, a na kolana od razu wskoczył mu kot Stefan.

– Coś złego? – spytał.

– A czemu ma być złe? Przecież nie wszystko, co pilne, musi być niedobre. A może to miła niespodzianka?… – Zaśmiała się na głos.

Nie pasowało mu to zachowanie. Owszem, Ewa zawsze była zabawna, ale ten śmiech go niemal przeraził.

– No to mów. Zamieniam się w słuch. – Patrzył jej prosto w oczy.

– A gdzie byłeś z samego rana? Znowu tam?

– Tak. Czuję, że chcę tam chadzać.

– Już ci mówiłam, dlaczego to robisz. Ale rób, co chcesz. Twoja sprawa.

– Przestań pieprzyć! Opiekowałem się nią przez ostatnie cztery lata, więc jak ma nie być mi bliska? – podniósł głos. – Już ci nieraz mówiłem, żebyś nie poruszała tego tematu!

– Zostawiła ci mieszkanie i kupę kasy, więc dlatego się nią opiekowałeś. – Znów się zaśmiała.

– Nie pierdol! Gadaj, o co ci chodzi albo nie zawracaj mi dupy!

– Dobrze ci teraz, co? Możesz nie pracować przez kilka lat… Rzuciłeś pracę i masz spokój. Hulaj dusza, co nie? – Zaśmiała się przeraźliwie.

– Praca to moja sprawa! Stać mnie na dłuższy odpoczynek. – Odwrócił głowę w wyrazie dezaprobaty. – No gadaj, o co chodzi!

– Jestem w ciąży – odparła o ton ciszej.

– Słucham?! – zmarszczył twarz w wyrazie niedowierzania.

– Dobrze słyszysz.

Nagle coś w Mariusza wstąpiło. Przez chwilę siedział nieruchomo, twarz zaczęła mu purpurowieć, zacisnął pięści i z zaciśniętym gardłem powiedział:

– Przecież, kurwa, pytałem, czy bierzesz pigułki? Co jest, do kurwy nędzy?! – Wstał i niemal krzyczał. – A jak chciałem założyć gumkę, to mówiłaś, że nie, że nie trzeba, że bez tego lepiej czujesz!

– Nic na to nie poradzę. Jestem w ciąży i już – również podniosła głos, ale znacznie mniej.

– Nie chcę, kurwa, o tym wiedzieć! – wrzeszczał na cały głos. – Rób se, co chcesz! Nie wiem… Pojedź za granicę się wyskrobać! Mnie jest wszystko jedno! Nie chcę słyszeć o tym dziecku! Rozumiesz?

– Chcę ci przypomnieć, że to również twoje dziecko – mówiła głośno, ale niepewnie. – Skończy ci się ten twój luz. – Ponownie się zaśmiała. – Co, myślałeś, że teraz będziesz mógł nic nie robić, nie być za nic odpowiedzialny?

– Wynoś się, i to już! – ryknął, podszedł do niej, chwycił za ubranie i pociągnął w stronę wyjścia.

– Lecz się, człowieku! – mówiła drżącym głosem. – Moja mamusia ci da! Wiem, że się jej boisz! A ona jak się wkurzy, to nie daj Boże! Cienko będziesz przed nią śpiewał!

– Specjalnie próbujesz mnie złapać na ciążę. Pieniądze ci zawróciły w głowie! Pieniądze i to mieszkanie! Wypierdalaj! – Wypchnął ją za próg, rzucił na podłogę kurtkę i buty, i zatrzasnął drzwi.

Poszedł do lodówki, wziął flaszkę, popitkę i zasiadł w pokoju przed telewizorem. Wielokrotnie pytał Ewę o te cholerne pigułki oraz czy nie użyć prezerwatywy, bo bał się odpowiedzialności. A może nawet nie tyle się bał, co chciał jeszcze nadal być jak najbardziej niezależny, a dziecko to wielkie uwiązanie. I Ewa wielokrotnie zapewniała go, że dziecka nie będzie, aż tu nagle bach! Już nawet nie tyle świadomość ciąży go rozwścieczyła, co podejście Ewy. Bo gdyby to powiedziała inaczej, może jakoś by przetrawił. A ona zaczęła przecież od pretensji o wizyty na cmentarzu. Druga sprawa, że teraz, po śmierci pani Bogusi, chciał nacieszyć się wolnością, ponieważ ostatnie cztery lata to ciągła opieka, łącznie ze zmienianiem pieluch przez kilka tygodni. Siedział skulony w fotelu, pił wódkę z gwinta, a telewizor szczekał poza świadomością. Czuł, że go za bardzo poniosło. Pierwszy raz w życiu zachował się w taki sposób. Czy to oznacza, że jest złym człowiekiem?… Zdecydowanie gryzło go sumienie. Jak nigdy dotąd. Gdy kończył flaszkę, rozpłakał się. I jeszcze bardziej skulił w kłębek. Zasnął wkrótce na siedząco.

Kilka godzin później obudził go szczęk rozbitego szkła. Po dłuższej chwili, będąc wciąż pijany, zwlókł się z fotela, wsunął stopy w kapcie i zataczając się, powolutku poszedł sprawdzić, co się dzieje. W kuchni, na środku podłogi leżały odłamki szkła. Spojrzał na szafkę powyżej. To jego ulubiona waza, którą dostał od pani Bogusi. Na progu kuchni stał na ugiętych łapach Puszek i skomlał. Jedyny raz słyszał u niego takie skomlenie, gdy umierała pani Bogusia. Pewnie Stefan zrzucił tę wazę, szukając jedzenia, bo przez to zapicie Mariusz całkowicie o nim zapomniał. Już chciał sięgnąć po szczotkę i szufelkę, gdy zobaczył na blacie zrobiony solą napis:

PRZESADZIŁEŚ!

Nogi się pod nim ugięły. Natychmiast się rozejrzał. Ale nikogo nie było. Wyskoczył z kuchni i sprawdził inne pomieszczenia. Pusto.

„Co się, kurwa, dzieje? – pomyślał.”

Poczuł, że mu się kręci w głowie. Doznał jakiegoś pomieszania zmysłów. Miał wrażenie, że zaraz zwariuje. Wrócił do kuchni, chwycił z lodówki sześciopak piwa i za chwilę zapadł się w fotelu. Spojrzał na mały zegarek stojący na półce z książkami i go zamurowało. Wskazówki drgały, ale nie przeskakiwały do przodu, stały w miejscu. Pewnie baterie były na wyczerpaniu. Od razu przez głowę przebiegło mu setki myśli. Odstawił piwo i poszedł jeszcze raz zerknąć na ciąg liter. Czyżby to pani Bogusia zza grobu zwracała mu uwagę? Ale nie, raczej nie ona, bo pisała okrągłe drukowane „A”, a tu było szpiczaste. Więc kto? Rozejrzał się, czy nadal nikogo nie ma w mieszkaniu. W kuchni zegar ścienny również przestał chodzić. Zacisnął pięści, jakby sprawdzając, czy nadal jego percepcja jest prawidłowa. I nagle go olśniło. Przecież Ewa ma klucze i to mogła być ona. Ale czy odważyłaby się jeszcze tu przyjść? Albo czy w ogóle pozwoliłby jej na to honor? Wrócił na fotel i duszkiem wypił jedno piwo, potem błyskawicznie drugie. Podczas trzeciego poczuł, że zasypia.

Chwilę później ponownie obudził go hałas. Ale zanim doszedł do siebie, minęła dłuższa chwila. Gdy wstawał, usłyszał coś jakby przekręcanie zamku w drzwiach. Tym razem, z każdym krokiem przyspieszając, w samych skarpetkach ruszył do przedpokoju. Nikogo tam nie było. Ale na progu łazienki stał na ugiętych łapach Puszek i ponownie skomlał. Mariusz błyskawicznie spojrzał do łazienki. W wannie leżała zrzucona szafka, a obok porozbijane buteleczki z perfumami i kosmetykami. Wstrzymał z nerwów oddech, podskoczyło mu ciśnienie, ale równocześnie poczuł smród kału. Spojrzał na podłogę. Był tam zrobiony gównem napis:

NIE DAM CI SPOKOJU!

Błyskawicznie zatrzasnął drzwi, zabrał ze sobą Puszka i ponownie zasiadł na fotelu. Kto się z nim tak zabawia? To na pewno pani Bogusia. Bo przecież prosiła go, aby nadal był tym samym człowiekiem, by dbał o Ewę i nie myślał o tych pieniądzach. Ale czy ona zniszczyłaby swoją wazę? Poza tym szafka była ciężka i ktoś w jej wieku nie dałby rady. Ewa też nie dałaby rady. Jeszcze ten napis kałem… Kogoś musiał naprawdę wkurzyć.

Po chwili zwlókł się z fotela, chwiejnie założył kurtkę i buty, zapiął Puszkowi smycz i chwycił za klamkę, aby wyjść na spacer. I nagle dostrzegł, że górny zamek został zamieniony na Gerdę. Złapał za pokrętło, ale było zablokowane. Przypomniał sobie, że jeśli zamknie się go na dwa spusty od zewnątrz, nie da się otworzyć od środka. No to go ktoś urządził… Był uwięziony. Na dobre. Puszek przytulił się do jego nogi i kolejny raz przeraźliwie skomlał. Mariusz osunął się na podłogę i zapłakał. Po raz kolejny czuł wyrzuty sumienia z powodu Ewy. Jeszcze na dodatek ktoś starał się strachem wymusić na nim te wyrzuty sumienia. Chyba mu się udało. Po chwili z małego pokoju wyszedł Stefan i miaucząc, ocierał się o nogi. Mariusz przytulił oba zwierzaki i jeszcze bardziej zapłakał. Wkrótce przeszedł na fotel i dopił resztę piwa. Ponownie poczuł, że traci przytomność.

Obudziło go trzaśnięcie drzwi. Zerwał się błyskawicznie i pobiegł sprawdzić. Cała podłoga przedpokoju zawalona była ubraniami wyciągniętymi z szafy, a każde porwane, pocięte, postrzępione. Na dodatek front szafy, lustrzane drzwi pokrywał wielki pająk potłuczenia. Na drzwiach wejściowych zaś widniał wykonany szminką napis:

PO TOBIE!

To całkowicie go obudziło. W pokoju wyciągnął paczkę papierosów, którą trzymał na czarną godzinę, i poszedł na balkon zapalić. Wypalił jednego i pod koniec drugiego do jego uszu dobiegł przeraźliwy wrzask kota. Zdusił papierosa i wbiegł do domu. Na środku małego pokoju leżał Stefan z poderżniętym gardłem. Jeszcze się szamotał, jeszcze próbował wstać, jeszcze w oczach widać było życie. Ale wkrótce znieruchomiał. Na zawsze. A wokół czerwieniła się kałuża krwi. Mariusz pobiegł do łazienki zwymiotować, po drodze wdeptując w gówniany napis. Kręciło mu się całkowicie w głowie i to nie z powodu alkoholu, którego przecież wypił ogrom, ale z emocji. Rzygał dłuższą chwilę. Potem zawisł nad sedesem, zrobiło mu się słabo, już zaczął tracić świadomość, gdy usłyszał skowyt Puszka.

Zerwał się i wybiegł z łazienki. Na środku przedpokoju Puszek leżał martwy z wbitym w klatkę piersiową nożem. A z klosza przy suficie, dyndając, zwisał sznurek, na końcu którego przywiązany był pentagram. Mariusz po raz kolejny osunął się na podłogę, skulił w kłębek i zaczął wyć wniebogłosy. Ton jego głosu przypominał ryk niedźwiedzia. Dotarło do niego, kto stoi za tym wszystkim. To niedoszła teściowa. Ewa mówiła, że mamusia mu da! Bo przecież ta kiedyś była sportsmenką, więc miała dość siły na to wszystko. A charakteru też jej nie brakowało. Ewa dała jej klucze i teściowa w zemście niszczy całe jego życie. Płakał, bardzo. Nie, nawet to już nie był płacz, co niespotykany szloch bezsilności i wściekłości zarazem. Czuł w gardle, jakby połknął papier ścierny. Zacisnął powieki i zdał sobie sprawę, że teraz już cholernie mocno żałuje tego, jak potraktował Ewę. Cała jego chęć życia bez zobowiązań stłumiona została przez wyrzuty sumienia. Teraz pragnął tego dziecka. Pragnął też Ewy.

Już powoli zaczął się uspokajać, gdy poczuł coś dziwnego na lewej dłoni. Jakby coś szorstkiego po niej przejeżdżało. Coś szorstkiego, mokrego i ciepłego. Z jednej strony bał się otworzyć oczy, ale lęk w końcu zadziałał odwrotnie i zmusił go do tego. Spojrzał.

Siedział nadal w fotelu, obok stało niedokończone piwo, a po dłoni lizał go Puszek.

Za ścianą

Za ścianą

Wiara, Śmierć W Wenecji, Duch Święty, Chrześcijaństwo

Szara płachta papieru leży gdzieś w zaułku. Są na niej rysunki. Jedne wyraźne, narysowane twardym ołówkiem, z dwiema szczęśliwymi postaciami, drugie rozmazane, pociągnięte węglem, z czymś, czego nie umiem rozpoznać, a jeszcze inne to bardziej plamy i rozmycia.

To, co dzieje się za ścianą, przyprawia mnie o pomieszanie zmysłów. To dla mnie zbyt dużo. Zamknąłem te drzwi i zniknęła mi z oczu. A tak chciałbym ją jeszcze zobaczyć. Czasem areszt domowy jest nie dla osoby zamkniętej, ale dla tej, która musiała ją zamknąć.

Prawie nie zmrużyłem oka. Tylko moment lewitowałem gdzieś w czasoprzestrzeni, próbując zrozumieć, jak to się dzieje, że gdy otwieram powieki, wszystko jest inne niż przed chwilą – łóżko zwyczajne, stół normalny, to samo biurko i fotel, nawet kot taki zwykły, dachowiec. Patrzę na zegarek: czwarta dwadzieścia. Mówili, że to kwestia godzin. Wypuszczam powietrze, słysząc szum, który zakłóca to, co najważniejsze. Coś zgrzytnęło! Z której to strony?! Ale istnieje tylko ten jeden kierunek. Miałbym ochotę zburzyć ścianę, połączyć pokoje w całość, być tam, ale obiecałem, że nie będę patrzył. A każda komórka nerwowa mózgu się tego domaga.

Staram się sobie tego nie wyobrażać, choć trudno utrzymać umysł na wodzach; jest jak dziki kot zamknięty w klatce: szamocze się, rzuca nerwowo, wydaje pomruki – są ostrzeżeniem dla innych czy dla niego samego? Ale w mojej głowie pojawiają się niechciane obrazy, każdy z nich niby niezwiązany, odległy, a nie wiedzieć czemu czuję w nich to, co nieuniknione.

Chciałbym pamiętać ten pierwszy dzień i pierwszą noc, znów cieszyć się jak wtedy, odnowić to, co najpiękniejsze, lecz odbijam się z hukiem od twardej ściany emocji. Przyszłość jest najsilniejsza. Tyka niesłyszalnym, lecz najgłośniejszym przeskakiwaniem wskazówek. Staram się nie myśleć o tym, co obok, jednak wewnętrzny wzrok jest tam wlepiony, zahipnotyzowany monotonią. Kiedyś wyobrażałem sobie dokładnie, jak mógłbym się zachować w podobnej sytuacji – wszystko było ułożone w swej beznadziejności, dojmujące smutkiem. Ale rzeczywistość jest inna. To nie smutek, nie rozpacz. To pomieszczenie bez wyjścia z zaciskającymi się ścianami.

Zamykam oczy, pragnąc choć na chwilę odpłynąć, przyśnić obraz z dzieciństwa, gdzie wszystko było proste i bezpieczne, ale widzę tylko jedno: unoszącą się na wietrze płachtę szarego papieru. Najpierw podrywa się o metr w górę, skręca w lewo, potem w prawo, znów się unosi, by zatoczyć wielkie koło w wirze emocji. W końcu kieruje się w stronę słońca, przesłania blask, dając łunę dookoła i dziwny cień ogarniający całą moją postać. Tylko ruchoma kamera umysłu z wyraźnie widocznymi brzegami kadru, drżąc, kieruje się za tą płachtą, aż z ostrzeżeniem wyczerpanej baterii gaśnie…

Budzę się z gwałtownym ściśnięciem żołądka. Piąta za pięć. Czyli przespałem pół godziny. Chociaż tyle dobrego. A co, jeśli już po wszystkim? Wsłuchuję się w niesłyszalne dźwięki. Jest ich sporo. Bardzo dużo. Jedne przypominają szuranie kapciami o podłogę, inne odchrząkiwanie, a kolejne to odgłosy przyrządzanej porannej kawy; czajnik zaczyna szumieć, łyżeczka dzwoni o kubek, nawet słyszę nuconą melodię, która była ze mną od momentu, gdy się poznaliśmy. A może to wszystko mi się przyśniło i cały czas jest jak kiedyś, bez tych cholernych zmian? Już odkrywam kołdrę, chcę się poderwać, sprawdzić, ale leżące obok zdjęcie rentgenowskie płuc nie pozostawia złudzeń.

Od trzech dni nie wyszedłem z domu. Siedzę w tym przeklętym pokoju – przecież obiecałem, że nie będę patrzył. A chciałbym wsiąść w samochód, zatankować do pełna i popędzić, gdzie los poniesie, oby jak najdalej, bo skoro nie mogę być blisko, to może odległość złagodzi te łączące nas, a teraz nie do wytrzymania więzi. Pojechać w góry, wdrapać się na najwyższy szczyt i dać się pochłonąć otaczającej przestrzeni.

Dobiega do mnie dziwny jęk. Takiego jeszcze nigdy nie słyszałem, nawet nie potrafiłbym sobie wyobrazić. Niesie wszystko, co mroczne, co zapowiedziane. Dobiega zza ściany? Nie, to kolejny raz umysł płata mi figle. Przekręcam się na brzuch, wtulam twarz w poduszkę, chcę uciec od wszystkiego. Szum w głowie narasta, ale nie zagłusza tego jęku.

Nagle słyszę swoje imię. Wyraźnie i głośno. Zrywam się z łóżka, już chcę biec w tamtą stronę, ale w pamięci dudni błaganie, abym był z dala. A co, jeśli zmieniła zdanie? Moja druga połówka. Jedyna, od zawsze. A jeśli chce mnie obok siebie? Wypowiada moje imię z bólem, wręcz ze skurczem całego ciała – na wydechu. Ostatnia głoska się urywa, przeistaczając w moim umyśle w łagodne: kocham cię.

I wszystkie dźwięki ustają. Padam bezsilnie na łóżko. Nawet wskazówki zegarka zamierają w bezruchu.

Ania nuci swoją ulubioną melodię. Jesteśmy znów razem.

Tylko unosząca się płachta szarego papieru faluje coraz wyżej i wyżej. Płynie w stronę światła. I znika wchłonięta przez wieczność.