Cywilizacja

Cywilizacja

Prezentuję swój tekst, za który otrzymałem I miejsce w konkursie „Opowiem Wam Historię” organizowanym przez ośrodek Arsus, a dotyczącym kilku dzielnic Warszawy.

Dzieli nas teraz cała cywilizacja.

Wyszedłem z domu przy ulicy Rolnej o siódmej rano. Jest połowa lipca, słońce nieco za chmurami, ale dość chłodno jak na tę porę roku. Staję przed wejściem, patrzę wokół i po raz kolejny nie mogę się nadziwić, jak bardzo zmieniła się Warszawa. Tutaj była granica stolicy jeszcze pięćdziesiąt lat temu. Ot, ledwie domostwa dochodziły do Doliny Służewieckiej. A teraz? Blokowisko opiera się o Las Kabacki. Ty też mieszkałaś na Rolnej, ale na drugim jej końcu, gdzie wtedy była wieś o nazwie Ursynów. Obecnie fragment ulicy z twojej strony nazywa się Gminna. Rolna została podzielona przez wielki Ursynów. Cywilizacja wkroczyła między nas i tkwi tak aż do dziś.

Pomyśleć, ile razy szedłem do ciebie na piechotę, grzęznąc w błocie. Do dziś czuję pod stopami tę maź o specyficznej konsystencji, która lepiła się, sprawiając, że każdy but ważył wiele kilogramów. Do tego dźwięk niedający się porównać z niczym innym — połączenie chlupania i odkorkowywania butelki. Taka przechadzka po błotnistej drodze, gdzie każdy krok wymaga wysiłku i uwagi, aby nie stracić równowagi i nie upaść. Tak sobie myślę, że ta nazwa to pamiątka po polach uprawnych, które rozciągały się na południe aż po Las Kabacki.

Byłaś na początku taka niedostępna. Co nie próbowałem amorów, to kąsałaś. Lecz wiedziałem, że to tylko zakazy twoich rodziców, które należy powoli przełamać. Byli tacy dystyngowani, tacy światowi, pracowali już wtedy w stolicy w biurze. A moja rodzina to zwykli chłopi, którzy mieli kilka hektarów. Twoi nie pozwalali nam się spotykać, ale i tak ukradkiem wyciągałem cię na randki. Bałaś się ich. Nie miałem prawie wykształcenia, ot podstawówkę i szkołę zasadniczą, choć zawsze mnie ciągnęło do edukacji. Dopiero później, gdy na naszym polu wybudowano bloki, poszedłem dalej do szkoły. Ukończyłem technikum rolnicze, potem SGGW. Wybrałem taki kierunek, jakby miał być mi jeszcze do czegoś potrzebny. Ale czym skorupka za młodu nasiąknie… powiadają.

W latach sześćdziesiątych mieszkałem tu jeszcze w drewnianej chacie, a obecny dom wybudowałem ponad czterdzieści lat temu. Stała tu nasza chałupa, kilka domostw, a dalej całe połacie pól uprawnych. Chyba nigdy nie przywyknę do tej całej nowoczesności, autobusów niskopodłogowych, wybetonowanych chodników i ulic pokrytych asfaltem. Za mojej młodości chadzało się po piaszczystych czy błotnistych drogach. Dziś to już nie to samo: buty niezabłocone, nogawki niezakurzone, ale i serce jakieś takie puste. Uwielbiałem jako dziecko iść polną drogą i muskać dłonią kłosy żyta — tak miło łaskotały. Do tego z niczym nie da się porównać szumu wiatru w złocistych łanach. To jakby szum morza, ale delikatniejszy, subtelniejszy, bardziej spokojny. Chyba znasz to uczucie, gdy obcujesz z naturą i czujesz tę jedyną w swoim rodzaju więź, której próżno szukać w świecie blokowisk, samochodów, maszyn i muzyki zagłuszającej wszystkie niuanse. Teraz wszystko takie techniczne, takie ugłaskane.

Dziś postanowiłem cię odwiedzić na piechotę. Choć sam nie wiem, jak tego dokonam — gubię drogę na starość w tych wszystkich obecnych ulicach, przejściach dla pieszych. Nawet nie ma gdzie spokojnie odpocząć. Parę tygodni temu jak szedłem na Ciszewskiego i usiadłem na trawniku, zainteresowała się młoda dziewczyna i spytała, czy ze mną wszystko w porządku. W sumie to chyba powinno być miłe, ale jakoś czuję się po tym jeszcze starzej, jakbym miał już wykorkować.

Pójdę Aleją KEN, bo najprościej. Najpierw chciałem mniej więcej starą Rolną, ale tamtędy mogłoby być ciężko, bo nawet nie poznałbym, którędy ta ulica biegła, tyle tego wszystkiego nastawiali. Tam, gdzie ciągnęła się stara Rolna, teraz i Centrum Onkologii, i wielkie osiedla jak chociażby Służew Nad Dolinką. W zasadzie istnieją tylko dwa fragmenty tej ulicy — jeden tu, na Mokotowie, a drugi na Ursynowie przy Górce Kazurce, biegnący z przerwami aż do ulicy Makolągwy, która dochodzi do Puławskiej.

Ruszam więc mokotowską częścią Rolnej na południe w stronę Ursynowa. Pod nogami zamiast piasku czy błota tępy beton i asfalt. Czasem mam wrażenie, że i zapach tego jest inny. Unosi się w powietrzu coś, co bardziej przypomina pomyje po próbówkach z laboratorium chemicznego niż miejsce, gdzie egzystuje człowiek. Dochodzę do linii metra, które powstawało kilkadziesiąt lat zbyt późno. Tu, od Wałbrzyskiej ciągnie się wzdłuż mojej trasy, aż prawie po sam Las Kabacki. Pierwsza linia metra w Warszawie i Polsce. Gdy otwarto ją, śmiano się, że Wąchock też jest wielkim miastem, bo ma tylko jedną linię metra mniej niż stolica. A ileż to trwały prace? I co to się działo podczas budowy wzdłuż KEN-u, która wtedy jeszcze nie istniała. Wielkie wykopy, mnóstwo błota i liczne incydenty, jak podtopienie czy problemy z gruntem. Dokładnie pamiętam dzień otwarcia pierwszej linii metra — to początek kwietnia tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego piątego roku. Opóźniło się to znacznie, głównie ze względu na brak pieniędzy, ale też zwiększone wymogi bezpieczeństwa. Ale kiedy już ruszyło, wszyscy mówili o metrze. Zbliżało nas do wielkiego świata. Aż strach pomyśleć, nieco ponad dwadzieścia lat wcześniej były to w większości pola uprawne. Myślę sobie, że to najlepszy dowód na migracje ludności ze wsi do miast i na rozrastanie się stolicy.

Mijam centrum handlowe Land. Dobrze pamiętam, kiedy je otworzyli. Zaledwie kilka lat po Okrągłym Stole. Jaki to wtedy był przebój, wielki świat do nas zawitał. Człowiek myślał, że teraz to będzie się żyło inaczej, lepiej, a prawda jest taka, że więcej z tym kłopotów. Obok bloki osiedla Służew Nad Dolinką, które powstały mniej więcej w tym samym czasie, co północny Ursynów.

Kiedy do ciebie chadzałem, nie było tego wszystkiego. Poznałem cię na jednym z niedzielnych spacerów na terenie obecnego Ursynowa. Nigdy nie lubiłem zbytnio towarzystwa, więc poszedłem po porannej mszy, aby pobyć samemu. To samo zrobiłaś ty. Spotkaliśmy się gdzieś na skrzyżowaniu Migdałowej i Mandarynki, pewnie był rok tysiąc dziewięćset siedemdziesiąty drugi, może trzeci. Pamiętam to do dziś: łany zboża, nieopodal niewielki las i ty, podobnie jak ja, uciekałaś od ludzi. Spędziliśmy tamtego dnia ze sobą ładnych kilka godzin. Potem widywaliśmy się niemal co niedzielę w tym samym miejscu. Aż zaprowadziłaś mnie na Nowoursynowską, pod ten sześćsetletni dąb, Mieszko Pierwszy, który teraz jest pomnikiem przyrody.

Tam po raz pierwszy się pocałowaliśmy; siąpił wiosenny deszcz, my schowani pod drzewem, które i tak nas niewiele chroniło, wokół pola i las. I pod nim także kochaliśmy się po raz pierwszy. Był lipiec, chłopi robili sianokosy, a my przez cały dzień siedzieliśmy w cieniu jego liści i podjadaliśmy agrest od ciebie z ogródka, a potem gdy nastał wieczór, skosztowaliśmy siebie nawzajem — nawet twoje usta smakowały agrestem. I miałem wrażenie, że pachniałaś sianem. Jak sobie pomyślę, to agrest będzie mi się zawsze kojarzył z tobą. I trochę z twoimi rodzicami, bo co nie próbowałem się zbliżyć, czułem ich ukłucia. Ilekroć jem agrest, stajesz mi przed oczyma ty, wciąż tak samo młoda, tak samo dziewczęca i niewinna. Mówią, że pamięć jest zawodna, a ja sobie myślę, że często siedzą w niej obrazy sprzed lat, które w niezmienionej formie zabierzemy ze sobą aż do grobu. Dla mnie takim obrazem jesteś ty leżąca na wznak na trawie, taka odprężona, taka spokojna i uśmiechnięta, z kołyszącymi się na wietrze w twoich źrenicach gałęziami Mieszka Pierwszego. Często jak zasypiam, czuję tę mieszaninę niebiańskich zapachów z tamtego wieczoru: woń agrestu zmieszaną ze słodką nutą kobiecego erotyzmu.

— Dobrze mi z tobą — powiedziałaś i spojrzałaś mi w oczy. — Wiesz, ale ja niedługo wyjeżdżam na studia i nie będziemy się tak często widywali.

— To nic, będę cię odwiedzał. — Przytuliłem się do ciebie.

— Kto wie, jak to może być. Ty tu, ja tam… Rodzice mówią, abym się przestała z tobą spotykać.

— Ale nie posłuchasz ich?

— Mówią, że u ciebie w domu to zacofanie, życie niegodne kogoś wykształconego, i że ja zasługuję na coś więcej.

— Jedno jest pewne, Aniu, ja nie zasługuję na ciebie.

To cię poruszyło, podniosłaś się i wyszeptałaś:

— Nie wiem, co mam robić. — Rozpłakałaś się i ruszyłaś biegiem w stronę domu.

Potem zaczęto budować pierwsze bloki na Ursynowie. A jakby wraz z ich budową, ciebie wysłano na studia do Lublina. Kontakt między nami się utrudnił, ale nie urwał. Gdy tylko przyjeżdżałaś, szliśmy znów pod Mieszka Pierwszego. I niemal za każdym razem się kochaliśmy. Nawet zimą, jak ledwo przebrnęliśmy przez zaspy, zaszyliśmy się w krzakach i robiliśmy to na stojąco. A gdy ty nie przyjeżdżałaś, pisaliśmy do siebie listy. Ileż to na strychu w starej skrzyni ich nadal mam. Każdy zabezpieczony, aby się nie zniszczył, a te wyjątkowe oprawiłem w ramki. Czasem ja wsiadałem w pociąg i jechałem do ciebie, ale miałem wrażenie, że się mnie trochę wstydziłaś, bo nigdy nie wyglądałem na miastowego.

Chyba w siedemdziesiątym piątym, kiedy Osiedle Służew Nad Dolinką się budowało, a pierwsze bloki Ursynowa zostały zasiedlone, napisałaś mi, że jesteś zmęczona i żebym nie przyjeżdżał na weekend. Wiedziałem, że masz mnóstwo zajęć na uczelni, więc nie nalegałem. W wakacje przyjechałaś, ale byłaś już jakaś inna. Sama zabrałaś mnie pod Mieszka i wtedy kochaliśmy się po raz ostatni. Gdzieś w sercu przeczuwałem, że to koniec, ale nie byłem w stanie dopuścić tego do świadomości.

Właśnie przechodzę Aleją Ken, przedłużeniem Rolnej przez Surowieckiego. Po prawej minąłem bloki przy Końskim Jarze, po lewej przy Koncertowej. Ale też po prawej wznosi się Kopa Cwila, sztuczne wzniesienie usypane z uszkodzonych prefabrykatów budowlanych i ziemi wybranej przy budowie dróg i budynków. Pamiętam, jak powstawała wraz z pierwszymi blokami na Ursynowie. Zwróciłem na nią uwagę, gdy po raz ostatni szedłem na spotkanie z tobą, brnąłem w głębokim błocie i zastanawiałem się, ile prawdy w tym, co mówiono w telewizji o planach na budowę wielkiego Ursynowa. Okazało się, że to była sama prawda. Kolejne bloki po prawej przy Wiolinowej — dobrze pamiętam, jak je oddawano do użytku, pewnie był rok siedemdziesiąty siódmy, może ósmy. Nasz dalszy sąsiad, którego wysiedlono, dostał tutaj mieszkanie. Poszedłem raz do niego w odwiedziny zaraz po zasiedleniu i to, co pamiętam najbardziej, to wszechobecne błoto. Nawet w twoich okolicach, gdy te tereny jeszcze nie należały do Warszawy, nie było tyle błota. Zupełnie jakby matka ziemia chciała zaprotestować przed kolonizacją kolejnych terenów i błotem próbowała zatrzymać ludzi. Pamiętam, że aż wstydziłem się wejść do jego mieszkania w tak ubłoconych butach — on w tym wielkim świecie, a tu przychodzi taki chłopek i brudzi mu dywany. Ale jak do niego wszedłem, przestałem się wstydzić, bo buty miał jeszcze bardziej umorusane.

Muszę sobie odpocząć, bo nogi zmęczone, wszak mając osiemdziesiątkę na karku, człowiek o wiele już słabszy. Siadam więc na niewielkim trawniku za Surowieckiego i wspominam ciebie. Wiele razy chadzałem w okolice twojego domu, aby próbować się do ciebie zbliżyć, może cię zobaczyć, mimo iż mieszkałaś w lubelskim internacie. Na dobrą sprawę nie wiem, po co to robiłem, po prostu musiałem, i już. Trochę dalej przy Surowieckiego stoi ursynowski Megasam, w którym czasami robiłem zakupy. Pamiętam, że wkrótce po jego otwarciu kupiłem tam fajerwerki na Sylwestra. Cieszyłem się jak dziecko. A potem doszły mnie informacje, że niedługo ugiął się od śniegu dach, a trzy lata później zapaliły się fajerwerki i spłonęła część magazynu. Tak sobie czasem myślę, co to by było, gdyby ten dach spadł mi na głowę.

Ruszam dalej na południe i mijam po prawej Pasaż Ursynowski, który oddano dokładnie na przełomie dekad. W tym całym skupisku wielkich bloków ten fragment jest nieco inny: niskie szeregowce z witrynami sklepów i nieregularnymi dachami, co sprawia wrażenie luksusu. Wtedy przestałaś zupełnie przyjeżdżać do rodziców. Słuchy mnie doszły, że zamieszkałaś z kimś od siebie z roku. Ale ja wcale nie odpuszczałem, nadal chadzałem w okolice domu twoich rodziców. Chyba po prostu nie chciałem się pogodzić z tym, że nie jesteśmy razem. Nawet raz pojechałem do Lublina, skryłem się gdzieś w zaroślach i obserwowałem wyjście od ciebie z wydziału. Szłaś w objęciach mężczyzny, który w żadnym względzie nie przypominał mnie: był wysoki, świetnie ubrany i taki męski. Wsiedliście do jakiegoś zachodniego samochodu i odjechaliście z piskiem. Poczułem, że między nami stanęli nie tylko twoi rodzice, ale i przepaść cywilizacyjna. Bo mnie nawet nie było stać na malucha, a ten twój facet jeździł czymś z wielkiego Zachodu. Poszedłem do dworcowego baru i upiłem się, aż milicja zawiozła mnie do izby wytrzeźwień. Wracając pociągiem, obiecywałem sobie, że koniec z tymi sentymentami, czas zadbać o siebie. Ale jak tylko dotarłem do Warszawy, zrobiło mi się smutno, jakoś żałośnie i znów polazłem pod dom twoich rodziców.

Przechodzę teraz obok galerii Ken Center, która powstała w wyniku rozbudowy marketu Leclerc. To obecne centrum handlowe niewiele przypomina tamten stary market, który istniał jeszcze pod inną nazwą na początku lat osiemdziesiątych. Po prawej bloki przy Hawajskiej. Oddawano je również na początku dekady. Wtedy już powoli sobie odpuszczałem, choć jeszcze czasem chadzałem w twoje okolice czy pod Mieszka Pierwszego. Zdarzyło się nawet zabrać tam jakąś koleżankę, ale w gruncie rzeczy nie byłem nią zainteresowany i nie zostaliśmy parą. Bezustannie siedziałaś mi w głowie, mimo iż czułem, jak rośnie między nami wielki mur. Myślę sobie, czy przypadkiem to nie było tak, że wraz z przyłączeniem terenów, gdzie mieszkałaś, do Warszawy, w tobie nie obudziła się chęć brnięcia ku cywilizacji. W końcu bycie Warszawiakiem do czegoś zobowiązuje.

Dalej mijam Multikino przy Indiry Gandhi. W czasach gdy je oddano, byłem już dawno po studiach, z ciepłą posadką na SGGW i wspomnieniami ciebie, które nie chciały mnie opuścić. Co nie próbowałem sobie ułożyć życie z jakąś kobietą, część mnie protestowała i uciekałem niemal w panice. Multikino powstało pod koniec lat dziewięćdziesiątych. Jakież kolejki się tu ustawiały, bo niemal każdy chciał zobaczyć film w tak wielkim i nowoczesnym kinie.

Gdy dochodzę do Płaskowickiej, tu po lewej jest adres KEN pięćdziesiąt cztery, gdzie mieści się lokalna klubokawiarnia, w której czasem wygłaszane są prelekcje historyczne i nie tylko. Byłem tam raz na odczycie na temat historii Ursynowa. Serce się krajało, jak przypominałem sobie czasy, gdy byliśmy razem. Tę część Ursynowa wybudowano w latach osiemdziesiątych, kiedy ja już poszedłem na studia. Wtedy dowiedziałem się, że ułożyłaś sobie życie z tym mężczyzną, którego przy tobie widziałem.

Skręcam w lewo w Płaskowickiej, aby zajrzeć na tymczasowo przeniesiony w to miejsce Bazarek na Dołku. Jego stała lokalizacja znajdowała się kilkaset metrów stąd, ale zmieniono ją na czas budowy obwodnicy. To najznamienitszy bazarek na Ursynowie, lokalnie znany równie dobrze jak Bazar Różyckiego na skalę całej Warszawy. Aż dziwnie się wchodzi między stragany w innym miejscu, wciąż nazywając to Bazarkiem na Dołku. Przechodzę obok kolejnych stoisk. Sam nie wiem, czego szukam. Tu artykuły spożywcze, tam mnóstwo drobiazgów, dalej widzę warzywa i owoce. Waham się, czy tam podejść, bo jestem już bardzo zmęczony i każde wchodzenie w skupiska ludzkie powoduje jeszcze większe wyczerpanie. Ale podchodzę pchany ciekawością. Soczyste jabłka, smakowite gruszki, czerwone wiśnie, trochę porzeczek i… agrest! Jest agrest!

— Po ile ten agrest? — pytam sprzedawczynię. Nawet na nią nie patrzę, interesuje mnie tylko pudełko z agrestem.

— Osiem złotych, drogi panie — odpowiada słabym głosem. — Świeżutki, dziś rano zrywany.

Dobrze wiem, ile prawdy w tych słowach. Kobieta przyjechała tu skoro świt, więc musiałaby zrywać agrest po nocy.

— Naturalnie, naturalnie. — Kiwam głową. — To wezmę opakowanie.

Sięgam do kieszeni po portfel, ale właśnie sobie przypominam, że został na szafce w przedpokoju. Widzę przed sobą wyciągniętą dłoń kobiety z agrestem.

— Bierze pan? — pyta poirytowana sprzedawczyni.

— Nie, zapomniałem z domu pieniędzy. — Powoli odwracam się, aby wyjść z bazarku.

— Czekaj pan. Wygląda pan na dobrego człowieka i że ten agrest panu naprawdę smakuje.

Spoglądam na nią nieśmiało.

— Weź pan za darmo, dziś nikt nie chce go kupować, tylko inne owoce — ciągnie. — Lepiej, żeby pan go zjadł, niż miałby się zmarnować.

— Naprawdę? — Nie wierzę w to, co słyszę.

— Młodemu to bym nie dała, ale takiemu jak pan to grzech nie dać. — Uśmiecha się.

— Ale pani straci…

— Raz stracę, drugi raz zyskam, życie kołem fortuny się toczy. Kto wie, może to ostatni agrest w pana życiu?

— Ale…

— Bierz pan, bo się rozmyślę — podnosi głos.

Z dużą niepewnością sięgam po pudełko z agrestem, nie mogąc spojrzeć sprzedawczyni w twarz. Wiem, że powinienem, że tak doceniłbym jej gest, ale nie jestem w stanie.

Odchodzę najszybciej, jak potrafię. Idę w nieokreślonym kierunku przytłoczony tym, co się stało. Czuję się z jednej strony dobrze, że mam to, czego chciałem, ale z drugiej znów dopada mnie wrażenie, że ten przywilej to z racji wieku, a to informacja dająca mi do zrozumienia, że już jestem bardzo blisko. Sam nie wiem, czy nie wolałbym odejść bez agrestu, tak przynajmniej czułbym się w pełni sił i zdrowia. Drepczę, gdzie mnie nogi poniosą, nie patrzę na ulice, budynki, czy cokolwiek innego. Chyba chcę uciec od swojego wieku. Na dłuższy moment niemal tracę świadomość. Przed oczyma pojawia mi się na chwilę jakieś duże skrzyżowanie, potem męcząca wędrówka szybkim krokiem, kolejne duże skrzyżowanie i wchodzę na brukowaną drogę, która wydaje mi się dobrze znajoma. Ostrożnie stawiam stopy, aby nie skręcić kostki. Jestem wykończony. Chyba nigdy w życiu nie czułem się tak zmęczony. W końcu dostrzegam, że siadam na trawie obok jakichś stalowych konstrukcji. Niemal padam ze zmęczenia. Zamykam oczy i zasypiam, trzymając w ręku plastikowe pudełko agrestu.

Budzę się nadal zmęczony, ale już przytomny. Słońce chyli się ku zachodowi. Patrzę przed siebie, a wokół stoi kilka osób w szerokim okręgu. Ktoś właśnie podchodzi, dzwoniąc na pogotowie, słyszę.

— Proszę nie dzwonić — mówię. — Wszystko ze mną w porządku, chciałem po prostu odpocząć. — Ale dociera do mnie, że mój głos jest ledwie słyszalny.

— Już zadzwoniłam — mówi młoda dziewczyna. Spoglądam jej w twarz i jest tak podobna do ciebie: kolor włosów ten sam, rysy podobne, budowa ciała niemal identyczna. — Gdzie pan mieszka?

— Ja?… Na Rolnej.

— Naprawdę? Ja, można powiedzieć, również — energicznie odpowiada dziewczyna. — W zasadzie na Gminnej, która była kiedyś Rolną, na Ursynowie, nie na Mokotowie. — Siada koło mnie. — Ale pewnie pan jej nie kojarzy.

— Kojarzę. — Uśmiecham się. — I to bardzo dobrze.

— A co pan tutaj robi?

— Sam nie wiem. — Rozglądam się po raz pierwszy i właśnie dociera do mnie, że siedzę pod Mieszkiem, dębem z naszej młodości. Jak tu dotarłem?

— Rozsypał się panu agrest. — Dziewczyna sięga i zaczyna zbierać do pojemnika nieco rozsypanych owoców. Nagle zakrywa dłońmi twarz i zaczyna płakać.

Sposób, w jaki płacze, tak bardzo przypomina mi ciebie. Próbuję się podnieść, ale nogi odmawiają posłuszeństwa. Szoruję tylko piętami o trawnik, na którym siedzę. W końcu zaprzestaje prób i pytam:

— Coś się stało?

— Znam pana — odpowiada dziewczyna przez łzy. Spogląda na mnie, a ja widzę ciebie. — Ten agrest, ten dąb i ta Rolna. — Ponownie zakrywa dłońmi twarz.

Nie rozumiem, co do mnie mówi. Czy ja się nadal nie obudziłem i śnisz mi się ty?

— Poczęstuj się. — Mimo iż miesza mi się w głowie, podnoszę pojemnik z agrestem i podsuwam bliżej niej.

Dziewczyna powoli opanowuje płacz.

— Ma pan na imię Jerzy i tu, pod tym dębem przeżywał pan swoją wielką miłość — mówi. Sięga po agrest, wkłada do ust jeden owoc, ostrożnie rozgryza, nieco się krzywi i uśmiecha. — Faktycznie, smakuje tak, jak to słyszałam. Wie pan, że nigdy nie jadłam agrestu? Znam go tylko z opowiadań.

— Naprawdę. — Chyba nie dociera do mnie to, co słyszę.

— Tak, kilka razy chciałam już go spróbować, ale za każdym razem rezygnowałam, aby nie konfrontować swojej wyobraźni z rzeczywistością. Powiem panu, że jest pyszny: trochę słodki, mocno kwaśny i niepowtarzalny. — Sięga po kolejny owoc i rozgryza go równie wolno.

— Kim ty jesteś? — pytam szeptem.

Dziewczyna spogląda mi w oczy już bez łez.

— Pana przyszywaną, a może niedoszłą wnuczką. — Targana skrajnymi emocjami wybucha śmiechem. — Też mam na imię Ania, po niej.

Nie wierzę w to, co słyszę.

— Tak, panie niedoszły dziadku — nadal się zaśmiewa. — Panie Jurku, ona nigdy nie przestała pana kochać, tylko rodzice, kariera i wielki świat zawróciły jej w głowie. Od kiedy pamiętam, opowiadała mi o panu.

— Mówisz, dziecko, o Ani? — zadaję głupie pytanie.

— Tak, wiem, że tu mieliście pierwszą randkę, tu się kochaliście. A teraz niech pan spojrzy. — Pokazuje ręką w górę na drzewo, pod którym siedzimy. — Ktoś go podpalił w zeszłym roku. Nawet wasze miejsce spotkań mało nie zostało zniszczone. Babcia mówiła, że zrobiła to rodzina dziadka, bo dziadek zawsze był zazdrosny o pana i całą waszą historię.

Rozglądam się i faktycznie widzę poczerniałe od ognia gałęzie i pień. Do tego konary wsparte są na stalowych słupach, tak, aby nie rozdarły Mieszka.

— Jeszcze miesiąc temu babcia wahała się, czy się do pana nie odezwać — kontynuuje. — Ledwo żyła, a myślała tylko o panu.

— Jak to ledwo żyła? — pytam niepewnie.

— Hmmm… — Opuszcza głowę, wstrzymuje oddech. — Właśnie wracam z jej pogrzebu, panie Jurku.

Gdy to słyszę, odchodzą ode mnie wszystkie siły witalne. Czuję, jakbym umierał sam.

— Myślę, że to ona nas tu przyprowadziła — szepcze, bierze mi z ręki pudełko z agrestem, stawia na trawniku i przytula się do mnie.

Zaczynam płakać jak dziecko. Czuję, jakbyś to była ty.

A może to nadal ty?…

Czym jest podświadomość?… — kij w mrowisko.

Czym jest podświadomość?… — kij w mrowisko.



A co, jeśli podświadomość to zupełnie co innego, niż nam się obecnie wydaje?



Bez bajdurzenia, opowiadania, jak rozumiana jest obecnie podświadomość, chciałbym zaproponować w wielkim skrócie własny pomysł na opisanie niektórych struktury umysłu.
Otóż: według mnie trzeba byłoby zacząć od zmiany nomenklatury. Słowo podświadomość, a także nieświadomość osobiście przypisałbym efektom działania mechanizmów obronnych. I tylko im. I tak: u neurotyków występowałaby podświadomość, a u psychotyków nieświadomość. (Dla niezorientowanych: ludzie z grubsza dzielą się na neurotyków i psychotyków. Neurotycy zaprzeczają niewygodnym faktom z życia i stąd nadałbym nazwę podświadomość, a psychotycy wyrzucają takie fakty poza świadomość — dlatego nieświadomość. U neurotyków występuje walka między prawdą a zaprzeczeniem, a u psychotyków odzywają się nieświadome treści w postaci „podszeptów”.) W związku z tym nazw podświadomość i nieświadomość używałbym zamiennie. I, co można wywnioskować z powyższego, obie struktury powstają dopiero w trakcie życia. Nie ma ich od razu po narodzeniu. Spełniają przynajmniej dwie przeciwstawne funkcje: stabilizują umysł, ale i znacząco osłabiają wyobraźnię i kreatywność. Prawidłowo funkcjonujące mechanizmy obronne tworzą niewielką podświadomość, która słabo wpływa negatywnie na świadomość i funkcjonowanie człowieka. Im większa podświadomość/nieświadomość, tym większe problemy psychiczne. Co więcej: skoro obie powstają na skutek wielu pojedynczych zaprzeczeń/wyparć, to są strukturami niejednorodnymi, składającymi się z bardzo wielu osobnych pól będących wynikiem działania mechanizmów obronnych. Są jak zbiór działek należących do różnych, nieznanych sobie nawzajem właścicieli. Tak więc podświadomość/nieświadomość jako całość nie ma żadnej wielkiej siły, a jedynie mnóstwo małych sił. I to właśnie przez rozproszoną strukturę tych sił możemy mieć do czynienia z osobowością wieloraką, czy kilkoma głosami w głowie, które się wzajemnie przekrzykują. Owszem, czasem zdarza się, że pojedyncze zaprzeczenie/wyparcie jest na tyle „duże”, że to ono ma decydujący głos. I to właśnie z powodu tego, że podświadomość/nieświadomość składa się z bardzo wielu pól, które nie są całością, człowiek o mocno rozbudowanej tej części umysłu jest słaby i skłonny do depresji, bo siły umysłowe, które są potrzebne do odseparowania każdego z pól, są niejako odejmowane od całkowitej siły umysłowej człowieka oraz wpływy poszczególnych pól potrafią być przeciwstawne, zaprzeczające się nawzajem. (Dla nieobeznanych: do podtrzymania działania mechanizmów obronnych używana jest bezustannie siła, którą można by spożytkować na co innego.) Podświadomość wydzielana jest ze zwykłej świadomości, tym samym ujmując zdolności i sił, dlatego między innymi dzieci szybciej uczą się np języków, bo jeszcze nie mają odjętego tego obszaru i nie odczuwają wpływu wielu drobnych sił, które osłabiają umysł. To z grubsza tyle na temat tego, czym wg mnie jest podświadomość/nieświadomość.
Tyle że przy takim założeniu trzeba wprowadzić kolejne zmiany w to, z czego składa się umysł. Oprócz wspominanych struktur mamy: świadomość, ale także coś, co nazwałbym — nie mając pomysłu na lepszą nazwę — pozaświadomością. To obszar, który jest od urodzenia odłączony od naszej świadomości, a który spełnia między innymi takie funkcje:
– przechowywanie pamięci gatunku, czyli m.in. mechanizmów odruchów bezwarunkowych;
– pamięci odruchów warunkowych;
– nauczone zapamiętane, ale świadomie zapomniane treści;
– zautomatyzowane czynności ruchowe i nie tylko ruchowe;
– wiele innych.
To właśnie w pozaświadomości kryją się takie zdolności jak prowadzenie samochodu czy jazda na rowerze. I ona nie wpływa negatywnie na człowieka. Negatywnie może jedynie wpływać podświadomość/nieświadomość. Pozaświadomość nie ma nic wspólnego z podświadomością. (Zastanawiam się jednak, czy pozaświadomość ma wpływ na podświadomość/nieświadomość?)
Lecz przy takiej systematyzacji budowy umysłu pojawia się mnóstwo pytań, na których większości odpowiedzi jeszcze nie znam. Ale na niektóre tak. Otóż, według mnie sny nie są głosem podświadomości/nieświadomości, ale głosem wszystkich części umysłu, w tym zwykłej świadomości. (Chyba każdy z nas śnił o czymś, co przydarzyło się dnia poprzedniego, a o czym wciąż pamiętamy?) Co więcej — sugerowałbym, że sny pochodzą głównie ze świadomości. I nie ma żadnego uniwersalnego klucza, według którego można zrozumieć sny czy podszepty podświadomości/nieświadomości. Owszem, są archetypy, ale u każdego człowieka oznaczają one co innego.
Niestety, taka koncepcja nie przejdzie, choćby była najprawdziwsza, gdyż słowo „podświadomie” weszło na stałe w nasz język.
I równie bez bajdurzenia czy kwiecistego podsumowania chcę zakończyć ten artykuł.
Nic więcej na ten temat nie mam do powiedzenia.


Mamusia mówiła

Mamusia mówiła

Zatrzymać Samobójstwo Dorosłych

Mamusia mówiła, że nigdy nie zostanę sam. Nawet jeśli odejdzie, będzie spoglądała z góry. Ale ja nie rozumiałem, co to znaczy. Bo mamusia nigdy nie odejdzie, zawsze będzie przy mnie. Za każdym razem tak się cieszyłem, kiedy ją widziałem, chociaż wychodziło z niej tyle rurek. Ale taka pani w białym fartuchu przychodziła i nie pozwalała nam tam zostać. Najwyżej tyle, co trwa dobranocka. Potem wracałem z tatusiem do domu, tatuś robił kolację i układał mnie do łóżeczka tuż po dobranocce. Najbardziej pamiętam tę bajkę o dziewczynce, co macocha chciała ją otruć, a uratował ją książę.

Od dawna nie widziałem mamusi. Tatuś nie chciał powiedzieć, dlaczego do niej już nie jeździmy. Wczoraj wieczorem mówił, że musimy wstać rano, przyszykował jakieś ciemne ubrania, usiadł w kuchni przy oknie i się rozpłakał. Podszedłem, żeby go przytulić, ale od razu wziął mnie na ręce i zaniósł do łóżeczka. Ale nie mogłem zasnąć, bo brakowało mi mamusi. Patrzyłem na uchylone drzwi do mojego pokoiku, czy się w nich nie pokaże. Potem odwróciłem się do ściany, bo jakoś tak strasznie smutno mi się zrobiło, i zacząłem liczyć, jak nas uczyła pani Basia w szkole. Nie wiem, kiedy zasnąłem, ale pamiętam, że doliczyłem do tysiąca.

Rano nie chciałem wstać z łóżeczka. Miałem ochotę leżeć tak cały dzień. A przecież lubię szkołę i dzieci, z którymi mogę się bawić. Spojrzałem za okno: padał deszcz i było jakoś ciemno na dworze. Słyszałem, że tatuś chodzi po całym mieszkaniu, jakby czegoś szukał. Na chwilę zamykał się w łazience, potem wychodził, trzaskał drzwiami i zaraz włączał telewizor. Ale tatuś nigdy nie oglądał telewizora tak rano. Zaraz wyłączał telewizor i znów wchodził do łazienki. Czy to ja coś złego zrobiłem?

W końcu tatuś ubrał mnie w te ciemne ubranka, dał do napicia się soczku i pojechaliśmy bez śniadania do jakiegoś kościoła. Nie pamiętam, co tam było, ale czułem w sobie taki straszny smutek. Powiedziałem, że chcę stamtąd wyjść, ale mi nie pozwolił, bo deszcz i zimno. Patrzyłem tylko na księdza, co stał przed jakąś dużą skrzynią, a wokół leżało dużo kwiatów. Najbardziej zrobiło mi się smutno, gdy ksiądz machał czymś metalowym na łańcuchu i leciał stamtąd dym. Powiedział coś o prochu, ale to dziwne, bo tatuś mówił, że prochu używało się do armat i pistoletów. I jak poczułem ten dym, to źle się poczułem. Przytuliłem się do tatusia i tak mi się bardzo zachciało płakać. Potem przyszło czterech panów ubranych na czarno i wynieśli z kościoła tę skrzynię. A za nimi wyszli wszyscy ludzie. Później szliśmy pod parasolami za takim śmiesznym długim samochodem, który też był cały czarny jak ci panowie, co tę skrzynię wynieśli. Weszliśmy na cmentarz i zacząłem płakać, gdy podszedł wujek i spytał, czy brakuje mi mamusi. Wtedy zrozumiałem, że zakopują mamusię na cmentarzu. A ja tak bardzo nie chciałem, żeby ją zakopywali. Chciałem, żeby wróciła. Pamiętam, że tatuś wziął mnie na ręce i mocno przytulił. Tak strasznie gorzko mi się zrobiło w buzi od tych łez. Mamusia mówiła, żeby się nie wstydzić płaczu, że to wcale nie znaczy, że jest się dzieckiem. Pamiętam tylko, jak ci panowie ubrani na czarno spuszczają tę skrzynię do wielkiego dołu, a potem zasypują. Dlaczego musieli mamusię zasypać?

Potem pamiętam, jak szliśmy na piechotę do domu. Tatuś cały czas wycierał łzy. Spytałem, czy coś źle zrobiłem, ale spojrzał na mnie i powiedział, żebym nigdy tak nie myślał.

Od tego dnia tatuś przychodził do domu smutny, siadał przed telewizorem i oglądał go całymi wieczorami. Często prosiłem, żeby mi pomógł w pracy domowej, ale wtedy stawał przy mnie, pytał, czego nie rozumiem, ale nic więcej nie mówił. I w ogóle mi nie pomagał. W szkole zacząłem dostawać gorsze stopnie i pani kilka razy wpisała uwagę do dzienniczka, że przyszedłem bez odrobionych lekcji.

Gdy była jesień, tatuś przyszedł wcześnie do szkoły i mnie zabrał. Pojechaliśmy do cioci, która mówiła, że tatuś potrzebuje pomocy i żeby poszedł do lekarza, ale nazwy nie zapamiętałem. I tego samego dnia pojechaliśmy do przychodni. Tatuś mnie zostawił przy jakiejś pani, która odbierała telefony, a sam wszedł do gabinetu i siedział tam chyba pół dnia. Potem wyszedł, a pani doktor pogładziła go po ramieniu. Pomyślałem, że teraz to będzie nowa mamusia, a ja chciałem mojej prawdziwej mamusi. Byłem zły i na tatusia i na tą panią.

Tatuś przestał mnie odbierać ze szkoły, wracałem sam. Mówił, żebym uważał na samochody i nie rozmawiał z nieznajomymi. Robiłem tak, jak mówił tatuś. Tylko któregoś dnia jakoś się dziwnie poczułem i poszedłem na ten cmentarz, co tam mamusię zakopali do ziemi. Wszedłem przez bramę i zaraz podszedł do mnie jakiś pan i spytał, dlaczego jestem sam. Ale tatuś nie pozwolił mi rozmawiać z nieznajomymi, więc uciekłem. Biegłem, aż nie mogłem złapać tchu. Zobaczyłem taki mały budyneczek. Miał z przodu kratę, a dalej małe pomieszczenie. Chwyciłem za kratę i otworzyłem ją. Wszedłem do środka. Pod sufitem był straszny pająk, który miał na plecach narysowany taki sam znak, jak na tych kamiennych płytach, co wokół. Przypomniałem sobie, że mamusia mówiła na to „krzyż”, ale nie wiedziałem, co to znaczy. Ciocia kiedyś mi opowiadała, że dawno temu jakaś pani z dzieckiem uciekała przed złymi ludźmi i schowała się w jaskini. Ci źli ludzie nie szukali jej tam, bo wejście zasłoniły pajęczyną właśnie takie pająki z tym krzyżem. Podobno te pająki ją uratowały. Jakoś nie wierzyłem cioci, bo bardzo się bałem tych pająków. Ale siedziałem w tym budyneczku z tym pająkiem, bo tatuś mi nie powiedział, żebym się ich bał, mówił, żebym nie rozmawiał z nieznajomymi.

Po jakimś czasie, gdy nie widziałem już nikogo wokół, wyszedłem i zacząłem szukać miejsca, gdzie zakopali mamusię. Jak tylko kogoś widziałem, chowałem się za te krzyże. Malutki jestem, więc mnie nie zobaczyli. Szukałem chyba pół dnia, ale przypomniałem sobie, że mamusię zakopali pod takim wielkim drzewem. Wszedłem na jedną kamienną płytę, potem ostrożnie, żeby nie spaść na krzyż i zobaczyłem to drzewo. Rosło całkiem niedaleko. Pobiegłem tam jak najszybciej. W tym miejscu, gdzie zakopali mamusię, był też krzyż, ale drewniany. A na nim tabliczka, na której ktoś napisał imię i nazwisko mamusi i jakieś cyfry. Ziemia była usypana w taki mały nasyp, na którym leżało dużo kwiatów.

Zrzuciłem tornister i zacząłem przekładać kwiaty na bok. Wszystkie już uschły. Jedne były naprawdę ciężkie, bo wyglądały jak takie koło do pływania po wodzie. Ledwo go uniosłem, ale w końcu mi się udało. Gdy nasyp był już pusty, zacząłem rękami kopać. Ci panowie, co byli na czarno ubrani, to mieli łopaty i szybko zasypali dół, ale wiedziałem, że jeśli będę długo kopał, to odkopię mamusię i rękami. Odgarniałem ziemię na bok, na miejsce obok, gdzie nie było ani kamiennej płyty, ani podobnego nasypu jak tu, u mamusi. Jak pomyślałem, że niedługo znów będę z mamusią, zacząłem płakać. Ale kopałem dalej. Wycierałem łzy dłońmi i kopałem, i kopałem. Spociłem się zaraz, że musiałem zdjąć kurtkę. Jak kolejny raz wytarłem twarz z łez, poczułem, że ziemia zgrzyta mi między zębami. Stanąłem więc i próbowałem wypluć to co w buzi, bo mamusia kiedyś mówiła, że w ziemi są bakterie i można się zarazić. Zobaczyłem, że mam całe czarne ręce. Wytarłem je w kurtkę, bo mamusia będzie się gniewała, że jestem taki brudny. I znów zacząłem kopać.

Gdy dół sięgał mi do piersi, zmęczyłem się. Powoli robiło się ciemno. Poczułem, że tak bardzo chce mi się spać. Założyłem z powrotem kurtkę i położyłem się na dnie tego dołu. Chciałem odkopać mamusię, ale już nie miałem siły. Jak się prześpię, będę kopał dalej. Nawet nie wiem, kiedy usnąłem.

Obudziło mnie wołanie tatusia. To mnie wołał. Było całkowicie ciemno, a ja bardzo zmarzłem. Wstałem i próbowałem wyjść z tego dołu, co go wykopałem, ale cały czas obsypywała się ziemia i spadałem na dno. W końcu zobaczyłem światło latarki, a po chwili tatuś stanął nade mną zdyszany i upadł na kolana. Zaczął bardzo płakać. A ja razem z nim. Chciałem się do niego przytulić, ale byłem w tym dole, a on tam na górze. Za chwilę tatuś przetarł oczy, wyciągnął mnie z dołu i bardzo mocno przytulił, tak, że aż mi kości zatrzeszczały. Widziałem w świetle tej latarki, że bardzo go ubrudziłem. Zasnąłem mu chyba na rękach.

Następnego dnia gdy się wyspałem, poszliśmy do tej samej pani doktor, co tata był u niej kilka dni wcześniej. Mówiła mi, że czasem tak jest, że ktoś umiera i nie da się go już ani odkopać, ani przywrócić do życia.

Ale ja w to nie wiezrę. Wiem, że mamusia jest gdzieś, tylko daleko, i spogląda na mnie z góry, jak to mi mówiła tuż przed śmiercią. Tak bardzo za nią tęsknię. Chciałbym już umrzeć i być z nią tam na górze. Tatuś mówił kiedyś, że nieba nie ma, ale ja w to nie wierzę.

Nad rzeką — erotyk

Nad rzeką — erotyk

Tekst przeznaczony jest tylko dla osób pełnoletnich

Zakradłem się do Pauliny, kiedy już zmierzchało. Po całym upalnym dniu czułem nieco orzeźwienia, bo temperatura wreszcie znacznie spadła. Podszedłem na czworaka pod jej okno, cały czas przytulony do drewnianej ściany chałupy, i cichutko zapukałem. Pachniało maciejką i świeżo suszonym sianem. Przysłuchiwałem się, czy nikt mnie nie zauważy, toteż skupiony byłem na najcichszych dźwiękach, spośród których wybijały się dwa: pobliskich świerszczy i nieco bardziej odległych żab w stawie u Malickiego. Przypomniałem sobie czas, gdy obserwowałem Paulinę i nie miałem odwagi, aby się do niej odezwać. A dziś? Po prostu chciałem ją wyciągnąć na nocną randkę.

Po kilku chwilach coś zachrobotało mi nad głową. Skuliłem się jeszcze bardziej, niepewny sytuacji. Tuż nade mną pojawiła się twarz Pauliny.

– Co jest? Nie powinieneś… – zaczęła, ale natychmiast przerwałem:

– Chodź, idziemy nad rzekę. Tylko przez okno, aby cię nikt nie zauważył.

– Zwariowałeś! – podniosła głos, ale zasłoniłem jej usta dłonią.

– Zakładaj buty i nic nie mów, nie pożałujesz.

Posłuchała, bo na chwilę znikła w pokoju i pojawiła się znowu, próbując bezszelestnie do mnie dołączyć. Miała na sobie błękitną sukienkę sięgającą kolan. Najpierw wysunęła jedną nogę i nagle zorientowała się, że jestem pod nią.

– Odsuń się i nie patrz! – rozkazała ze śmiechem.

Wiedziałem, że jeśli powiedziała to ze śmiechem, to tylko dla przyzwoitości. Jednak nie dałem po sobie poznać, że przez krótki moment dostrzegłem jej białe majtki w czerwone grochy, opięte na tym, co interesowało mnie najbardziej – na bułeczce przekrojonej wzdłuż. Zrobiło mi się gorąco. Jednak spełniłem jej wolę i odsunąłem się w bok, a wzrok wbiłem pobliski kwiat bratka, który właśnie zapylany był przez pracowitego trzmiela. Pomyślałem o słodyczy nektaru.

Nad rzeczkę doszliśmy prawie całkowicie po zmroku. Oprócz zapachów kwiatów i siana w powietrzu unosiła się również woń wodnej roślinności i samej wody, która źródło miała kilkadziesiąt metrów dalej – pachniała matką ziemią, ale i czymś nieziemsko świeżym; zapraszała do picia i kąpieli.

– I co będziemy robili? – spytała szeptem, zupełnie jakbyśmy nadal skradali się pod jej chatą.

– Nie wiem jak ty, ale ja zamierzam się naj… wykąpać. – Chciałem powiedzieć najpierw, ale ugryzłem się w język, żeby trzymać ją w niepewności.

– To wskakuj. – Znów się zaśmiała.

Rozejrzałem się, czy nikt nie nadchodzi, ale otaczały nas jedynie liczne olchy i osiki. Ściągnąłem koszulkę, odruchowo wciągnąłem brzuch. Paulina próbowała odwrócić wzrok, ale co chwilę ciekawość szarpała jej głową w moją stronę. W końcu sięgnąłem po pasek spodni i szybkim ruchem rozpiąłem. Miałem wrażenie, że wraz z jej wstrzymanym oddechem zamilkły i żaby i świerszcze. Spuściła głowę. Zsunąłem spodnie razem z majtkami. Paulina gwałtownie nabrała powietrza i zrobiła kilka głębokich oddechów.

Wszedłem do lodowatej wody, która nieco okiełznała moją już nabrzmiałą męskość. W końcu zimna woda działa jak najlepszy środek antykoncepcyjny. Zacząłem zmywać z siebie całodniowy pot. Poczułem kosmiczne orzeźwienie i jeszcze bardziej nieziemskie dreszcze. W końcu jeśli wszystko pójdzie dobrze, niedługo odlecę na Księżyc.

Nawet nie zauważyłem, kiedy Paulina się rozebrała i również weszła. Zorientowałem się dopiero, gdy potarła dłonią o mój pośladek. Gwałtownie zaszumiało mi w głowie i poczułem znów pęczniejącą męskość. Ale nie chciałem już teraz dać znać po sobie, co czuję, toteż z premedytacją upadłem, mocząc nawet całą głowę. Dźwięki natury zastąpił jednostajny pomruk przepływającej wody.

Gdy się wynurzyłem, Paulina stała nade mną zupełnie naga. Miała rozstawione szeroko nogi, spomiędzy których przebijała się czerń zarostu i ledwo dostrzegalny w półmroku róż jej kobiecości. Niemal oszalałem. Chwyciłem ją za nogę i przewróciłem. Cicho zapiszczała, a po chwili zatrzepotała rękami o powierzchnię. Rzuciłem się w jej stronę i przywarłem, nie zważając na twardniejącą męskość. Paulina, leżąc na plecach, uniosła głowę ponad wodę i wlepiła we mnie jednoznaczny wzrok. Nie zawahałem się. Błyskawicznie wstałem, chwyciłem ją na ręce i bez zastanowienia wyniosłem na brzeg, gdzie leżały nasze ubrania. Ułożyłem ją obok, na trawie. Oddychała głęboko. Poczułem, że szybujemy na orbicie.

Położyłem się na nią i zacząłem całować. Znów pachniało maciejką, świeżym sianem i źródlaną wodą. Odrobinę się broniła, ale co chwilę przyciągała moje ramiona. Jedną ręką masowałem jej pierś, a drugą sięgnąłem do bioder, a zaraz do pośladków, które co chwilę unosiła ponad ziemię, napinając wszystkie mięśnie. W końcu sięgnęła ręka do mojej głowy i wplotła palce we włosy. Do dotychczasowych zapachów dołączyła woń kobiety – coś słodkawego z cierpką nutą. Zakręciło mi się w głowie. Poczułem gigantyczne napięcie, z którym nie mogło się równać nic. Obniżyłem głowę i pieściłem jej piersi z nabrzmiałymi sutkami. Były dokładnie takie, jak uwielbiam – nie za duże, jędrne i sprężyste. Do moich uszu dotarło pomrukiwanie rozkoszy.

Sięgnąłem do jej łona. Wyczułem wilgotne włoski i kuszącą przerwę. Nie wytrzymałem i zjechałem twarzą między jej nogi. Gdy tylko dotknąłem tam ustami, zacisnęła uda na mojej głowie z taką siłą, że po raz kolejny mi zaszumiało, a dźwięki zastąpione zostały przez tętniący puls. Przez myśl mi przebiegło, czyj to puls. Lewą ręką sięgnąłem piersi, a prawą masowałem pośladki i biodra, które rytmicznie unosiła. Poczułem, że twarz zalewa mi jej kobiecy płyn, który coraz bardziej pachniał czymś niezwykle ostrym. W końcu zrównałem się z nią głowami i po raz kolejny spojrzałem jej w oczy, w którym znalazłem niemą zgodę.

Wsunąłem się w nią zupełnie po ciemku. Dalej niewiele pamiętam oprócz dźwięków żab, świerszczy i jej wzdychania. Była ekstaza, uścisk Pauliny i mój pęd naprzód. Wszystko zlało się w iście niebiańską aurę, która jest dostępna jedynie na Księżycu.

Skończyliśmy razem, tego jestem pewien. Zsunąłem się obok niej, próbując wyrównać oddech. Paulina cały czas dyszała, jakby przebiegła maraton. Pachniało maciejką, świeżym sianem, kobiecym podnieceniem i źródlaną wodą. A żaby i świerszcze rozszalały się, jakby chciały uczcić to, co się właśnie wydarzyło. Gładziłem Paulinę po piersiach i brzuchu, raz czując wciąż nabrzmiałe sutki, raz wilgotne włoski.

To był piękny dzień.

W górach

W górach

Wybrzeża, Brzeg, Skały, Cliff, Morze, Ocean, Wybrzeże

Paulina obudziła się zmarznięta i wystraszona. Półka skalna, na której spała, znajdowała się nad kilkusetmetrowym urwiskiem. Pod nią, na samym dole szumiał ocean, obok na licznych półkach skrzeczały mewy, a nad głową majestatycznie krążył orzeł wyglądający jak zawieszona w powietrzu postrzępiona na końcach deska. Rozejrzała się, czując ściskanie w żołądku spowodowane wysokością. Niepewnie spojrzała ku górze, gdzie, jak sądziła, istniała jedyna droga powrotu. Nad nią było tylko kilka metrów urwiska. Podniosła się do klęczków i przywarła do zimnej skały. Wydawało jej się, że ocean zaszumiał mocniej, a zbocze nachyliło się ku otchłani. Krzyk białych mew przeszył jej poruszone nerwy. Już chciała z powrotem usiąść, poddać się i zostać, gdzie się obudziła, ale przypomniała sobie słowa swojego świętej pamięci męża, aby w takich sytuacjach nigdy nie patrzeć w dół. Przywarła więc jeszcze mocniej do skały, odwróciła głowę od przepaści i omiotła wzrokiem grań w poszukiwaniu drogi na szczyt; uznała, że to jedyna szansa na ratunek.

Jak się tu znalazła? Nie pamiętała. Wiedziała jedynie, że poprzedniego dnia wyszła z domu, pijąc wódkę prosto z butelki. Ile to już alkoholu wlała w siebie, od kiedy zmarł mąż. Kołatało jej się w głowie, że wsiadała do jakiegoś autobusu, potem ktoś pomagał jej wysiąść, następnie, że kupowała kolejną butelkę i szła w nieokreślonym kierunku. Miała wrażenie, że się z kimś szarpała, może broniła. Ale teraz nie w głowie jej było, aby sprawdzać, czy nie ma podartego ubrania. Dalej nie pamiętała nic więcej. Ale skoro tu tkwiła, musiała przyjść sama. Tak, mąż zginął w górach podczas wspinaczki na Anna Purnę. Zaskoczyła ich potężna śnieżyca i uniemożliwiła powrót. Ciała męża i jego kolegi znaleziono kilka dni później na wysokości ponad siedmiu tysięcy metrów; siedzieli z otwartymi oczami i wyglądali, jakby chcieli tylko na chwilę odsapnąć. Tuż przed wyjazdem w Himalaje mąż powiedział Paulinie, że jeśli by tak się zdarzyło, że nie wróci, jego duch zostanie w górach na zawsze, bo góry są wszystkim tym, co kocha najbardziej.

Paulina zobaczyła kilka występów skalnych po lewej stronie, które były wystarczająco duże, aby posłużyć za stopnie. Przesunęła się więc w tamtą stronę i kurczowo chwyciła występu tuż nad głową. Odruchowo szarpnęła, aby sprawdzić, czy występ jest stabilny. Na wysokości kolan miała pierwszy stopień. Ostrożnie postawiła lewą nogę, aby prawa, silniejsza i sprawniejsza mogła zareagować w razie problemów. Oparła cały ciężar na lewej nodze, przytrzymując się półeczki nad głową i wspięła się kilkadziesiąt centymetrów. Omiotła wzrokiem ścianę. Znalazła kolejny stopień na wysokości bioder i uchwyt na ręce po prawej sporo wyżej. Była też szczelina po prawej stronie, w którą mogła włożyć palce stopy, a która mogła posłużyć jako tymczasowy stopnień. Wsunęła więc tam koniec prawej stopy i sięgnęła do uchwytu, który zauważyła. Niestety brakowało kilku centymetrów, aby go dosięgnąć. Musiała więc odepchnąć się prawą stopą ku górze, stojąc tylko na lewej nodze i przytrzymując się lewą ręką, która w takim wypadku nie spełniłaby funkcji, gdyż szarpnięcie w przypadku obślizgnięcia prawej ręki mogłoby okazać się zbyt mocne na utrzymanie się na niej. Bardzo ostrożnie spojrzała pod siebie. Półka, na której się obudziła, znajdowała się niespełna metr niżej, więc nie tak daleko, jednak gdyby stąd spadła, mogłaby stoczyć się w przepaść. Postanowiła mimo wszystko zaryzykować. Użyła całej siły prawej stopy, kurczowo złapała się lewą ręką i szarpnęła ciałem na kilkanaście centymetrów w górę. Dosięgnęła półki, na której jej zależało. Poczuła pod palcami prawej ręki, że coś się kruszy i odruchowo odwróciła oczy, aby ich nie zaprószyć. Lecz nagle dotarło do niej, co znaczyło to kruszenie się – to półka nie wytrzymała pod jej ciężarem. Usłyszała spadające kamyki, które najpierw odbijały się od półki poniżej, a potem leciały prosto do oceanu.

Jednak nadal trzymała się uchwytu, szukając oparcia na prawą stopę. Poczuła po chwili, że o coś zahacza. Nerwowo spojrzała w tamtą stronę. Miała na wysokości połowy lewego uda występ skalny, który śmiało mógł posłużyć jako kolejny stopień. Jednocześnie poczuła, że lewa ręka już nie wytrzymuje obciążenia i zaczyna zsuwać się z uchwytu. Gwałtownie więc podkurczyła prawą nogę i z trudem postawiła stopę na występie. Stała w szerokim rozkroku, który powodował ból w pachwinie i biodrach, lecz była już bezpieczna, gdyż powyżej stóp znajdowało się kilka solidnych stopni aż do szczytu. Po chwili ruszyła w górę.

Gdy już prawie dosięgała szczytu, zobaczyła wyciągniętą w jej stronę rękę.

– Może pomóc? – spytał męski głos.

Skoncentrowana na wspinaczce nawet nie spojrzała w górę. Jedynie wyciągnęła rękę i zacisnęła kurczowo dłoń na ręce nieznajomego. Poczuła jednocześnie, że ktoś bardzo silnie ją ciągnie. Po chwili stała na szczycie góry obok mężczyzny z kapturem na głowie i w butach trekingowych. Czuła się rozdygotana i kompletnie przemarznięta.

– Co tu robisz? – spytał.

– Co?… – Zastanowiła się, co ma w ogóle odpowiedzieć. Kłamać nie chciała, a prawda była wielką niewiadomą również dla niej. – Właśnie próbuję wrócić do domu – powiedziała na wydechu.

– A jak tu dotarłaś?

– A czy to ma jakieś znaczenie? Są w przeszłości rzeczy, które wypełniają ją całą, nie pozostawiając miejsca na takie błahostki. Wznoszą się w pamięci jako wielkie pałace zbudowana z ludzkich kości, w których do zaprawy użyto ludzkiej krwi. – Sama się dziwiła, że wypowiedziała takie słowa. Poczuła jednak, że to kwintesencja tego, co chciałaby powiedzieć.

– No dobrze. Chyba pora wracać do domu, do Donegal – rzekł mężczyzna.

– Tak, chyba wystarczy tych wygłupów. Rodzice pewnie już mnie szukają, ostatnio codziennie przyjeżdżają, aby zobaczyć, czy daję radę.

– Ale wiesz, że stąd droga nie jest łatwa do przystanku autobusowego.

– Powinnam wiedzieć, skoro tu dotarłam, prawda?

– No, wypadałoby. Inaczej skłonny jestem pomyśleć coś niedobrego. Ale przecież nie postradałaś zmysłów. – Mężczyzna uśmiechnął się półgębkiem.

– A żebym to ja sama wiedziała.

– Nie martw się, zaprowadzę cię tam.

Paulina nie za bardzo miała ochotę na jakiekolwiek towarzystwo, szczególnie męskie, ale skoro nie pamiętała, jak tu dotarła, nie miała też pojęcia jak wrócić. W końcu nieznajomy jej pomógł i nie wyglądał ani na niebezpiecznego, ani na natręta, który będzie chciał ją podrywać.

– A to nie kłopot dla ciebie? – spytała.

– Nie robi mi różnicy kilometr w tę czy kilometr w tamtą stronę. Tu się czuje jak u siebie.

– Naprawdę? – Spojrzała mu w oczy w poszukiwaniu oznak nieszczerości. Znalazła tam jednak jedynie coś, co wyglądało na delikatność i głębię, której może zaufać.

– Tak, to żaden problem. Pozwoli więc pani. – Wyciągnął ku niej dłoń, na której miała się oprzeć.

Nie miała wątpliwości ani obaw i ujęła jego rękę. Poczuła dziwne ciepło dochodzące z jego ciała.

– A ty co tu robisz? – spytała.

– Chodzę tu i ówdzie i – spojrzał jej w oczy, uśmiechnął się szeroko – pomagam zagubionym. – Głośno się zaśmiał.

– No, to mi się trafiło, w sam raz. – Pokiwała głową.

– Proszę tędy, młoda damo. – Pokazał jej wąską ścieżkę między gęstymi krzewami. – To jedyna droga na dół. W prawo zaraz kończy się urwiskiem, w lewo trafia na pionową nie do przejścia ścianę, do tyłu doprowadza też nad urwisko.

– Sama bym na pewno nie wybrała tej drogi – odparła. – Wygląda, jakby była ślepa.

– Dużo rzeczy na tym świecie nie wygląda na to, czym jest w rzeczywistości. Czasem mamy coś przed sobą, a oczy pozostają ślepe na prawdę. Ale tak bywa, gdy prawda okazałaby się zbyt bolesna.

Ruszyli w gęste zarośla, które z każdym krokiem czepiały się ubrań. Paulina cały czas czuła bijące od nieznajomego ciepło. Pewnie szybko szedł po górach, a ona sama wymarzła się na półce i stąd takie odczuwanie różnicy temperatur. Z każdym krokiem mężczyzna stawał się dla niej w jakiś sposób bliższy. To, co jeszcze kilka dni temu było niemożliwe, teraz stawało się faktem – powoli nawiązywała kontakt z jakimkolwiek mężczyzną. Bo od śmierci męża unikała ich, jak tylko mogła. Nie chciała, aby ta znajomość przerodziła się w coś więcej, bo wciąż kochała męża, jednak rodziło się w niej dziwne uczucie. Zupełnie jakby spotkała brata, któremu może zaufać i którego bliskość nie boli.

Gdy już przedarli się przez zarośla, potem przez labirynt wielkich skał i stanęli na szerokim szlaku, mężczyzna rzekł:

– Tędy dojdziesz do przystanku autobusowego. Jednak nie polecałbym czekać na autobus, jeżdżą zbyt rzadko. Dwa kilometry dalej jest niewielka wioska, w której na pewno znajdziesz coś do jedzenia. Tam posiedzisz w cieple i wrócisz najbliższym autobusem.

– A ty nie pójdziesz dalej ze mną?

– Niestety, bardzo bym chciał, ale muszę zostać tu, wśród dzikiej przyrody, skał i niebezpieczeństwa czającego się na roztargnionych turystów. Góry to mój dom. – Po raz ostatni uścisnął jej dłoń, odwrócił się i odszedł z powrotem, skąd przyszli.

Popatrzyła tylko za nim, nie do końca świadoma jeszcze tego, że ktoś jej pomógł wrócić. Tylko odprowadziła mężczyznę wzrokiem, odwróciła się i ruszyła ku cywilizacji.

Dotknąć klawiszy…

Dotknąć klawiszy…

Sztuka, Kolaż, Projekt, Kolorowy, Kolor, Streszczenie

To było dla mnie jak olśnienie. W półmroku sali gimnastycznej siedziałem oniemiały i nie mogłem uwierzyć, że to ty. Miałem wrażenie, że śpię w domu, w cieple pieleszy, a dźwięki pochodzą z mojej wyobraźni. Jeszcze do tego oświetlona byłaś punktowym reflektorem. Kołysałaś się przy klawiaturze wprzód i w tył. Nigdy wcześniej nie słuchałem z przyjemnością muzyki poważnej, a wtedy czułem, że żadna inna muzyka nie dorasta temu do pięt. Dopiero gdy skończyłaś, ogarnąłem się, zamknąłem rozdziawione usta i byłem w stanie wstać i bić brawo. Pamiętam, że aż dłonie mnie rozbolały. I wracałem do domu, nucąc sobie ostatni utwór, mimo iż nie był łatwy.

Tydzień później, gdy już wakacje trwały w najlepsze, zaprosiłem cię na spacer do pobliskiego lasu. Zgodziłaś się, mimo iż w szkole nie utrzymywaliśmy praktycznie żadnych stosunków. Przyszłaś w zwiewnej sukni, w aksamitnej chusteczce na włosach i z łańcuszkiem na prawej kostce nogi. Wyglądał trochę, jakby zsunęła ci się drogocenna podwiązka od pończochy, które stały się dla mnie, jako nastolatka, ważne kilka miesięcy wcześniej, gdy obejrzałem film miłosny z lat trzydziestych. Właśnie tak wyobrażałem sobie młodziutką artystkę. Pamiętam, że weszliśmy na niewielkie wzgórze, na którego szczycie rozciągała się spora polana z żółtymi mleczami, niebieskimi chabrami i kilkoma płaczącymi wierzbami. Usiedliśmy pod jedną z wierzb i zasypywałem cię pytaniami dotyczącymi gry na fortepianie. Odpowiadałaś spokojnie, z namaszczeniem; czułem, że muzykujesz z pietyzmem. A gdy zadałem ci pytanie o to, co nakłoniło cię do gry na fortepianie, zamilkłaś, stuliłaś głowę i bardzo posmutniałaś. Wiedziałem, że nie mogę ciągnąć tematu.

Tydzień później dałaś się pocałować pod tą samą wierzbą. Był to pierwszy pocałunek w moim życiu. Jak później powiedziałaś, w twoim też. Czułem, jakbym doznał nirwany: nie istniał świat, nie liczyły się problemy, zanikło odczuwanie wszystkiego oprócz ciebie. I wtedy pierwszy raz poczułem od ciebie chłód. Z jednej strony całowałaś czule, z podnieceniem, a z drugiej dało się wyczuć jakiś opór. Jakby coś trzymało cię na przysłowiowej smyczy i nie dało puścić się dzikim pędem w stronę pożądania.

Potem wielokrotnie odwiedzałem cię u ciebie w domu, ale tylko wtedy, gdy byłaś sama. I za każdym razem bardzo pilnowałaś, czy nikt nie nadchodzi oraz godziny, kiedy musiałem już wyjść. Zawsze prosiłem, żebyś zagrała jakiś swój ulubiony utwór i za każdym razem była to ta sama kompozycja Chopina, która wywoływała u mnie gęsią skórkę. Któregoś razu podszedłem do twoich pleców, gdy grałaś i przytuliłem się. Oparłaś głowę o moją klatkę piersiową, zamknęłaś oczy i zagrałaś chyba najpiękniej, jak potrafiłaś. Poszedłem w twoje ślady i również zamknąłem powieki. Staliśmy się jednym organizmem, gdzie ty byłaś mistrzem, a ja twoją pożywką.

Wyszłaś na chwilę do toalety i zostałem sam przy tym instrumencie, dzięki któremu staliśmy się sobie bliscy. Wierzyłem, że to dźwięki zawarte wewnątrz instrumentu, wychodzą same pod wpływem naciskanych klawiszy i wpływają do ciała artysty i słuchaczy. Podszedłem do fortepianu, uniosłem dłoń nad klawiaturą w miejscu, gdzie dźwięki wydawały się najprzyjemniejsze, zamknąłem oczy i do głowy mi przyszło, aby pomyśleć życzenie. Pierwsze, o czym zamarzyłem to, aby być z tobą.

Po prostu być razem z tobą.

Już chciałem nacisnąć klawisze, które miały zadziałać podobnie jak spadająca gwiazda, gdy weszłaś ty. Odskoczyłem od fortepianu, zupełnie jakbym chciał dokonać przestępstwa, a przynajmniej świętokradztwa. Poczułem, że jakbym dotknął klawiszy, poparzyłbym się.

Dwa dni później poszliśmy na tę samą polanę na szczycie wzniesienia już wieczorem. Siedzieliśmy pod płaczącą wierzbą, gdy powoli zapadał zmrok. Wtedy po raz pierwszy się kochaliśmy. Nad głowami szumiał wiatr, obok tętniła dźwiękami rzesza czerwcowych świerszczy, w oddali pomrukiwało miasteczko, a obok wzdychałaś ty. Czułem, jak każdy twój głęboki oddech przewiercał mnie emocjonalnie i mocował uchwyty w moim ciele, dzięki którym wystarczyło jedno dotknięcie, abym był twój.

Od tego dnia spotykaliśmy się codziennie, ale zawsze, gdy nie było twoich rodziców. Potem wracałem do domu i włóczyłem się samotnie po okolicznych drogach i ścieżkach, nie mogąc się otrząsnąć z miłości, która mnie dopadła. Ale z drugiej strony właśnie moim celem i marzeniem było, aby się nie otrząsnąć. Chciałem trwać w tym stanie jak najdłużej, dopóki życie mnie nie wezwie, aby stawić mu czoła. Zaniedbywałem kolegów, zdawkowo traktowałem rodzinę, a że trwały wakacje, nie musiałem się martwić nadchodzącą w najbliższym roku szkolnym maturą. Nawet kładąc się spać, myślałem o tobie. I prawie codziennie mi się śniłaś.

Kilka tygodni później, gdy wakacje zbliżały się do końca i siedzieliśmy pod tą samą wierzbą, powiedziałaś, że nie miałaś już dwóch okresów. Zamarłem. Przytuliłaś się do mnie i powiedziałaś:

– Obym się myliła, bo ojciec mnie zabije.

Nie potrafiłem na to odpowiedzieć. Siedziałem jak oniemiały. W jednej chwili miałem ochotę pozbyć się ciebie z mojego życia, uciec jak najdalej, oby tylko uniknąć odpowiedzialności. Nie potrafiłem sobie wyobrazić siebie jako ojca, gdy sam niejednokrotnie potrzebowałem jeszcze opieki. Miałem w końcu dopiero osiemnaście lat.

Tego dnia wróciłem do domu, wszedłem w ubraniu do łóżka i przykryłem się cały kołdrą, chcąc chyba uciec od bezwzględnego świata. Odciąłem się od wszystkiego i zapadłem w marzenia. Nagle zobaczyłem pod tą kołdrą mały, świecący fortepianik wielkości pudełka po butach. Odruchowo przybliżyłem głowę, aby się upewnić, czy nie mam zwidów. Jednak był, istniał i, jakoś tak, promieniował. Jeszcze bardziej się do niego zbliżyłem. Poczułem woń starego mebla, jakiej często można doświadczyć w muzeum czy leciwym, drewnianym domu. Odruchowo wyciągnąłem rękę, aby go dotknąć, ale dokładnie w tym momencie poczułem, jakby prąd elektryczny przeszył moje ciało. Zacisnąłem kilkakrotnie palce, upewniając się, że nie odebrało mi czucia, i przypomniałem sobie grane przez ciebie utwory. Znów poczułem, że gdybym dotknął tego malutkiego fortepianu, dokonałbym świętokradztwa, a może zerwał z muzycznego nieba najjaśniejszą gwiazdę, która świeciła, odkąd usłyszałem cię w sali gimnastycznej. Przytuliłem się za to do tego fortepianu, zamknąłem oczy i odpłynąłem, gdzie nie istniały troski, gdzie wciąż byłaś tą dziewczyną, która swoją grą dostarczała mi jedynie rozkoszy, a nie odbierała nic, informując o braku okresów. Rozpłynąłem się w niebycie beztroski.

Od tego dnia starałem się ciebie omijać, szerokim łukiem obchodzić okolice, gdzie mieszkałaś i nie zbliżać się do polany na wzniesieniu, gdzie uprawialiśmy seks. Często chadzałem na długie spacery, daleko poza granice naszego miasteczka, aby zostawić za sobą nadchodzący ciężar odpowiedzialności. I udawało mi się to. Miewałem wrażenie, że wraz z krokami pompuję do głowy jakieś hormony, które pomagają spojrzeć na problem z dystansu lub po prostu przezwyciężyć złowrogi lęk. Radowałem się wtedy każdym napotkanym drobiazgiem, każdym symptomem spontanicznego życia. Trawy cieszyły jak nigdy, zboże szumiało inaczej, jakoś tak pro ludzko, drzewa dawały zbawienny cień od sierpniowego upalnego słońca, a przepływające strumyki urzekały krystaliczną wodą, którą dopiero wtedy odważyłem się pić, zaczerpując w złączone w naczynko dłonie. Potem wracałem do domu i zwykle dopadało mnie zniechęcenie, apatia i coś na kształt depresji. Kazałem rodzicom mówić, że nie ma mnie dla nikogo, i nawet dla ciebie nie robili wyjątków. Kilkakrotnie prosiłaś, abym się z tobą skontaktował, ale nie chciałem o tym słyszeć. Wieczorami wchodziłem pod moją kołdrę, bo chciałem znów zobaczyć ten malutki fortepianik, ale się nie pojawiał. Znikł. Z mojej wyobraźni czy już mojej realnej rzeczywistości?

Tydzień później zapukała do mnie policja, kiedy siedziałem w domu sam. Naiwnymi i dziecinnymi oczyma wyobraźni zobaczyłem, jak zawiadamiasz ograny ścigania, że próbuję uniknąć odpowiedzialności. Stanąłem na baczność i oczekiwałem wyroku. Jednak policjanci jakby ze smutkiem spytali, czy mogą wejść, i po chwili usiedli na kanapie w dużym pokoju. Zaczęli pytać, co mnie łączy z tobą, jak układały się nasze stosunki i kiedy widziałem cię po raz ostatni. Odpowiadałem doskonale, na każde pytanie pełnymi zdaniami, czułem, że jak tylko wypadnę dostatecznie dobrze, to sobie pójdą i nie powróci koszmar braku twoich okresów.

Jednak po chwili jeden z nich wstał, podszedł do mnie, wziął mnie tak po ludzku za przedramię i oświadczył:

– Ania nie żyje. Zabił ją ojciec, gdy dowiedział się, że jest w ciąży.

Nie pamiętam nic więcej z tego wieczoru. Kojarzę jedynie, że zaszywając się pod swoją kołdrą, znów widziałem świecący fortepianik. Tym razem pachniał jeszcze mocniej, kusił zamkniętymi w środku złotymi dźwiękami jeszcze bardziej, stwarzał jeszcze większe poczucie bezpieczeństwa. I obija mi się po głowie jedynie, że byłem bliski, aby nacisnąć klawisze, wydobyć dźwięki, ale z jakiegoś powodu tego nie zrobiłem.

W połowie września, kiedy po raz kolejny się rozchorowałem na tyle, że znów wzięto mnie do szpitala, a kiedy przestałem reagować na innych ludzi, przysłano psychiatrę. Mówił jakimś niezrozumiałym językiem, którego pojedyncze słowa rozumiałem, lecz całość mieszała się, tworząc miksturę z innego wszechświata. Posiedział przy mnie dłuższy czas, próbował rozmawiać, ale de facto był to monolog. Odchodząc, polecił, aby podawać mi jakieś proszki, nawet gdybym się sprzeciwiał. Potem czułem się jak w wehikule czasu: ludzie krzątali się wokół mnie w przyspieszonym tempie, słońce i chmury tańczyły za oknem, a cykl dnia i nocy stał się jak oddech, dzięki któremu jeszcze żyłem.

Po jakimś czasie, gdy zapłakani rodzice po raz kolejny rozmawiali z lekarzami, zdecydowano, że przewiozą mnie do domu i tam będą doglądać. Mama odeszła z pracy, aby się mną opiekować, a tata sprowadzał kolejnych psychiatrów i psychologów. Żaden nie mógł znaleźć ani kontaktu ze mną, ani tym bardziej sposobu na przywrócenie mnie do stanu zdrowia psychicznego. Znów ludzie biegali w przyspieszonym tempie, ja nawet ruszałem się nieco, ale ani nie reagowałem na słowa, ani nie byłem w stanie zadbać o swoją cielesność.

Od momentu, gdy dowiedziałem się o twojej śmierci, trwało to równo dziewięć miesięcy. Wciąż tkwiłem w łóżku, wciąż prawie bez ruchu, wciąż żadnego kontaktu. Aż gdy któregoś dnia z samego rana mama zrywała kolejną kartkę kalendarza, pod którą widniała właśnie dziewiąta miesięcznica, nagle wstałem i wyszedłem z domu w piżamie na bosaka. Mama próbowała mnie powstrzymać, ale odepchnąłem ją z taką siłą, jakbym przez te wszystkie dni w łóżku zbierał energię właśnie na tę chwilę. I poszedłem poza miasto. Świeciło mocne słońce, właśnie zaczynały się w szkołach wakacje, a ja wędrowałem, gdzie mnie nogi poniosły. A w głowie od samego rana grała mi melodia, którą ty wtedy zagrałaś na sali gimnastycznej. Nie wiem, ile kilometrów pokonałem, ale do domu wróciłem z pozdzieranymi do krwi stopami. Znów wezwano psychiatrę i policję, która ponoć szukała mnie cały dzień. Ja tylko powiedziałem zwyczajne „dzień dobry” i zamknąłem się w swoim pokoju. Czułem się wykończony. Ponownie zaszyłem się pod kołdrą i po raz kolejny ujrzałem ten mały fortepianik. Muzyka w głowie ucichła natychmiast, jakby zawstydzona prawdziwym pięknem, jakie skrywał w sobie ten miniaturowy instrument. Tym razem poczułem od niego silne ciepło, wręcz emanował nieparzącym gorącem. Przytuliłem się i zapragnąłem stać się z nim jednością. Kusił mnie, nęcił, choć sam nie do końca rozumiałem do czego. I tak jak poprzednio patrzyłem jak zahipnotyzowany w klawisze, ale nie odważyłem się ich dotknąć.

Po wakacjach wróciłem do szkoły, choć do innej grupy ludzi, bo moi byli już po maturze. Muszę przyznać, że nauka szła mi całkiem nie najgorzej. Codziennie jadłem posiłki, normalnie spędzałem ze starymi przyjaciółmi wolny czas i zwyczajnie chadzałem na osiemnastki nowych znajomych. Rano długo wylegiwałem się w łóżku po przebudzeniu, patrząc, jak słońce, teraz o wiele wolniej niż, gdy leżałem w bezruchu, przesuwa się po nieboskłonie, jak podlatują na parapet wróble i sroki i wpatrują się w moją stronę. W drodze do i ze szkoły liczyłem pod stopami płytki chodnikowe, próbując za każdym razem osiągnąć dokładnie tę samą ilość kroków. Często zasiadałem w kuchni przy oknie i wpatrywałem się z przeszklony świat, zupełnie jakbym mógł znaleźć tam to, co…

Dni upływały tak samo, ale z każdym przebudzeniem wdzierała się do mojej głowy coraz potężniejsza cisza, która jakby sobą zakłócała dźwięki z zewnątrz. A wraz z tą ciszą narastała pustka, do zapełnienia której z każdym dniem brakowało coraz więcej środków. Czułem się, jakby wewnątrz mojej głowy powstawała gigantyczna jaskinia dudniąca echem, które, zniekształcając wszystkie dźwięki, tworzyło coś, co byłem w stanie nazwać tylko jednym słowem: otchłań. I na co dzień coraz bardziej mnie korciło, aby zagrać na tym malutkim fortepianiku.

Aż któregoś razu, gdy po jednej osiemnastce odprowadzałem do domu dobrą koleżankę, ona oświadczyła mi się, powiedziała, że żyć beze mnie nie może, że nigdy nie spotkała kogoś takiego jak ja. Rzuciła mi się na szyję i zaczęła całować. Nie wiem, co zrobiłem, ale ocknąłem się, gdy siedziałem po turecku przed twoim grobem. Przyszedłem tu pierwszy raz. Sam nie wiem, jak tu trafiłem. Przed oczyma miałem napis:

Zmarła razem z nienarodzonym dzieckiem śmiercią tragiczną.

A poniżej:

Nie lękaj się, ona czeka na Ciebie w niebiesiech.

Znów nie wiem, co się ze mną działo przed dłuższy czas. Pamiętam jedynie, że w nocy włamałem się do apteki i wykradłem spory zapas leków nasennych. Potem też niewiele pamiętam, aż do momentu, gdy ponownie zaszyłem się pod kołdrą. W świetle fortepianiku nasypywałem do garści tabletek i popijałem wódką prosto z butelki. Podchodziłem coraz bliżej fortepianu. Ciało stawało się coraz bardziej bezwładne, powieki coraz cięższe, aż poczułem, że znów jestem w wehikule czasu.

Siedziałaś na sali gimnastycznej i grałaś utwór muzyki poważnej. Nie mogłem uwierzyć, że dziewczyna, którą tak dobrze znałem, potrafi tak grać. Ale nagle muzyka ucichła, ty wstałaś od fortepianu, podeszłaś do mnie, wzięłaś mnie za rękę i delikatnie pociągnęłaś w stronę drzwi, za którymi jaśniało błękitne, żywe światło. Poszedłem za tobą.

Mały fortepianik wciąż świecił. Pierwszy raz w życiu pewnie wyciągnąłem ku niemu dłoń i…

Nacisnąłem klawisze…

Odezwał się dźwiękiem złotym.

I rozbłysł błękitnym światłem, które mnie pochłonęło.

Głos natury

Głos natury

Kobieta stała nad swoją córką, Emy, która już kilka godzin nie chciała odejść z brzegu jeziora. Emy wyglądała, jakby nad czymś intensywnie myślała. Matka czuła się nieco podenerwowana, bo czas ją gonił, aby przyszykować obiad, jednak dość chętnie patrzyła na pojawiające się na wodzie regularne kształty wywołane podmuchami wiatru. Aktualnie na tafli ukształtowała się cyfra „trzy”.

***

– To jest-est-est-est twój cel-el-el, twoje przeznaczenie-enie-enie.

Przez chwilę wydawało się Ian’owi, że jest jeszcze w świecie snów, że to, co dotarło do jego uszu, to jedynie wytwór podświadomości. Wyciągnął rękę ze śpiwora i zerknął na falujący od wiatru namiot. Jednocześnie cały czas słyszał gdzieś w oddali cykliczne trzeszczenie przypominające otwieranie drzwi. To gałęzie starego buka, na który się wspinał, będąc dzieckiem, tarły o siebie. Usiadł w niewielkim namiocie, prawie dotykając głową sufitu. Nagły podmuch wiatru zaszeleścił liśćmi dębiny opodal. Ian rozsunął suwak namiotu. W twarz uderzyła go fala rześkiego powietrza. Wypełzł ze śpiwora i stanął przed namiotem. Po prawej stronie starego buka, stojącego na samym brzegu jeziora, właśnie wschodziło słońce. Czerwonkawe promienie skrzyły się na pofałdowanej tafli wody. Bardziej na prawo, niemal na linii horyzontu piętrzyło się spore wzniesienie porośnięte lasem. Uniósł twarz ku niebu i wyprostował ręce na boki.

Oto całej pobliskiej przyrodzie ukazał się on, wynalazca urządzenia zmieniającego myśli, uczucia i emocje, oraz cały umysł w wibracje natury: w orbitowanie elektronów wokół jądra atomu, w wiązania cząsteczek materii, oddziaływanie magnetyczne, grawitację, czy zwykłe ruchy powietrza, wody, a nawet plazmy ognia.

Mimo iż była dopiero połowa maja, temperatura nawet o samym poranku sięgała dwudziestu stopni. Ściągnął z siebie całe ubranie i nie zważając na otoczenie, ruszył nago do jeziora. Miał na sobie tylko swój wodoszczelny wynalazek owinięty wokół pasa. Pierwsze zetknięcie stóp z zimną wodą wywołało przejmujący dreszcz i gęsią skórkę. Wyciągnął rękę ku słońcu, w którego promieniach zatańczyły na wietrze postawione dęba włoski na przedramieniu. Po chwili Ian zanurzył się całkowicie. Usłyszał coś, co brzmiało jak odległy głos mitycznej syreny. Jakby operowy śpiew, ale spotęgowany przez echo niosące się w wodzie. Poczuł, że jest zapraszany w głębiny. Ponownie do jego uszu dobiegł dźwięk, który brzmiał jak wołanie:

– To jest-est-est-est twój cel-el-el, twoje przeznaczenie-enie-enie.

Tym razem jednak był już pewien, że głos nie dobiegał z podświadomości. To pochodziło z zewnątrz. Jego oczom ukazały się liczne światła w głębinach. Nurkując, spojrzał na malutki ekranik na swoim wynalazku. Przeskakujące cyfry wskazywały, że właśnie dochodzi ten czas.

Nagle z głębin wyłonił się wielometrowy stwór o podłużnym kształcie i świecących, fioletowych oczach. Ian rozpoznał w nim ten sam gatunek, co Potwór z Lochness. Z drugiej strony zjawiła się półprzezroczysta istota o błękitnej barwie i hipnotyzującym, podobnym do meduzy wyglądzie. Przed nim zmaterializowała się przepiękna istota przypominająca od głowy do pasa kobietę, a poniżej rybę. Otworzyła usta, wydając z siebie dźwięk, który przeniknął Iana na wskroś. Nagle toń jakby zamarła, tworząc krystalicznie czystą ciecz, która czarowała pięknem. Istota o ogonie ryby wyciągnęła ku niemu rękę i przez toń jeziora zawołała:

– To jest-est-est-est twój cel-el-el, twoje przeznaczenie-enie-enie.

Ian podał jej rękę, kątem oka dostrzegając, że licznik na jego pasie wskazuje godzinę zero…

***

– Emy, nie możesz całymi dniami siedzieć nad tym jeziorem – powiedziała troskliwie matka.

– Mamo, jeszcze tylko chwilę, wiem, że to jezioro odpowie mi na każde pytanie.

Walka ze snem

Walka ze snem

Wschód słońca, dzień

Powoli umieram. Rak mózgu zmienia percepcję całkowicie. Czasem mam wrażenie, że oglądam świat w telewizji: żadnych emocji, oprócz usilnej chęci, żeby przeżyć jeszcze jeden wschód słońca. Mniej istotne słoneczne dni czy wieczory przy kominku razem z rodziną. Pragnę zobaczyć, jak niebo powoli rozświetla się, znika aksamit nocy.

Guz umiejscowił się w takim miejscu, że lekarze mówią, iż wystarczy raz zasnąć, a już się nie obudzę. Tym razem więc odpoczynek jest równy odpoczynkowi wiecznemu.

Nie śpię już prawie od dwóch tygodni. I sam nie jestem pewien, czy ta moja zmieniona percepcja to kwestia guza czy tylu nieprzespanych nocy. Niemalże co godzinę wypijam kawę, która daje mi odrobinę nadziei, że dzięki niej nie zasnę. Stała się jak tlen na co dzień, jak szklanka wody po wysiłku, jak grawitacja, która nie pozwala odlecieć z twardej ziemi.

Już ledwo patrzę na oczy mimo dwóch kaw z rzędu. Jak widać, wszystko ma swój limit, również pobudzająca moc kofeiny. Powoli odpływam w stronę snu. Powieki są coraz cięższe, wzrok całkowicie mętny. A jeszcze zostało tylko pół godziny. Nie mogę zasnąć, nie zobaczywszy wschodu. Zapowiadali idealnie czyste niebo, więc wschód słońca będzie wyglądał z mojego okna na czternastym piętrze widowiskowo. Muszę go zobaczyć, ostatni raz!

Resztkami sił idę na czworaka do kuchni, wsypuję do kubka dwadzieścia łyżeczek rozpuszczalnej kawy i włączam czajnik. Dobiegają mnie trzaski i szum podgrzewanej wody. Opieram się o kuchenne krzesło, nogi całkowicie odmówiły posłuszeństwa. Zalewam kawę, mieszam, dolewam dużo zimnego mleka i wypijam jak najszybciej. Powietrze wypełniają dziwne mroczki i szum. Umysłem odrywam się od ciała. I czekam na wschód słońca. W końcu upadam na podłogę. Ale kątem oka zauważam poświatę od strony okna. Pełznę w tamtym kierunku. Unoszę głowę, twarz przyklejam do szyby balkonu i widzę pierwsze promienie. Na idealnie czystym niebie. Najpierw rozświetla się sufit w salonie, po chwili ściany, aż w końcu i moja twarz. Oczy wypełniają się jasnością.

Widzę najpiękniejszy wschód słońca w moim życiu.

Odpływam…

Twój HP

Twój HP

Macierz, Technologia, Tech, Danych, Cyfrowy, Sieci

Stary komputer zaniemógł. Szum, wycie wiatraka, bzyknięcie i koniec. Nic dziwnego, miał już trzy lata, czyli staruszek. Wystawiłem więc go na wyciągniętych rękach za okno, zamknąłem oczy, odmówiłem komputerową modlitwę i puściłem z ósmego piętra. Stałem przy oknie, nie za bardzo wiedząc co ze sobą zrobić. Komputera nie miałem, telewizora już dawno też nie, książek nie czytałem, więc pozostało mi wpatrywanie się w świat. Z zamroczenia wyrwało mnie pukanie do drzwi.

– Kogo licho niesie? – spytałem, otwierając drzwi.

– Panie kochany, przyszłam panu podziękować – powiedziała kobieta z miną, jakby złapała Pana Jezusa za bosą stópkę.

– A za cóż to? – Skrzywiłem się.

– Mój mąż szedł do kolegów na libację, właśnie odkręcił flaszkę, postawił ją na chodniku, aby zapalić papierosa, i pański komputer spadł na flaszkę. Jak to zobaczył, rzucił papierosa i pobiegł do pobliskiego kościoła, aby się modlić.

– Ale…

– To dzięki panu! Mąż mówi, że to cud, że go nie zabiło. Powiedział, że resztę życia spędzi bogobojnie!

– Ale…

– Jestem tak bardzo panu wdzięczna! – Chwyciła mnie za ramiona i pocałowała prosto w usta. – Mój zbawicielu!

Dwie godziny później wyszedłem z domu dumny i blady. Ja, wielki informatyk, zbawiciel alkoholików, nadzieja umęczonych szedłem kupić sobie nowy komputer. Jakiś przechodzień gryzł znaczek Apple’a, nieco wyżej roiło się od symboli systemu operacyjnego Microsoftu, a na niebie świeciło coś podobnego do ikonki Gadu-Gadu. Przydrożne reklamy kusiły znamienitymi markami. Ale dla mnie był tylko jeden święty Marek, a właściwie święta marka: to Hewlett Packard.

Wszedłem więc do marketu komputerowego i od razu skierowałem się do stoiska z laptopami. Niestety, nie wziąłem z domu okularów, owładnięty słowami kobiety sprzed dwóch godzin. I tak widziałem takie notebooki jak: Ell (czy to ten wydawca prasy dla kobiet?), Sus (zdaje się to nawiązanie do aktywności fizycznej), Cera (czyżby coś o urodzie?), Hujowiej (tego raczej nie chciałem), Piano (aż dziw, że są firmy aż tak wielobranżowe), nawet był jakiś wyprodukowany na Nowo czy coś. Jednak na końcu był mój producent: HP. HP… HP…….. Westchnąłem tylko głęboko i poprosiłem o moje marzenie.

W domu go odpaliłem. Cichutki jak alkoholik z flaszką denaturatu. Włączyłem przeglądarkę. Wyświetliła mi się strona reklamowa HP. Kliknąłem. Ale w tym momencie zaczęło się!

Notebook zawył wentylatorem, zamrugał wszystkimi diodami, błysnął kamerką i wyświetlił na ekranie napis najbardziej romantyczną czcionką, Times New Roman:

Kocham Cię, Antosiu! Ajlowjucię!

Zamarłem. Czyżby to wirus? Chwyciłem więc mojego służbowego pandrive’a i jak najszybciej zainstalowałem z niego antywirusa. W tym momencie jeszcze bardziej zaszumiało i ikonka antywira pękła, a po chwili rozsypała się na drobny pył. Przeraziłem się, bo który wirus może mieć takie możliwości, taką siłę? Wtem ekran znów zamigotał i pojawiło się wyświetlone zdjęcie przedstawiające negatywny wynik badania na obecność HIV, a obok napis:

Nie potrzebujemy antywirusa, jestem czysty, twój HP.

Złapałem mocniej myszkę, ale w tym momencie ona sama zaczęła mi jeździć pod dłonią. Puściłem ją i chciałem wyświetlić stronę, jak pozbyć się wyjątkowo groźnych wirusów. Już wpisałem na pamięć adres, ale zauważyłem, że zamiast polskiej strony jest wprowadzona nazwa w obcym języku, innymi literami. Zerknąłem na prawy dolny róg ekranu i ustawiona była klawiatura w języku chińskim. I zamiast strony z przepisami na wyleczenie komputera, wyświetliła się chińska strona pornograficzna, a na niej ośmiu facetów z jedną kobietą. Pod spodem pojawił się napis:

O ludzi nie jestem zazdrosny, ale komputerów nie waż mi się oglądać. Twój HP.

Byłem w pułapce. Mój komputer oszalał.

Przez najbliższe kilkanaście godzin oglądałem setki pornoli w różnych, czasem niezrozumiałych dla mnie kombinacjach, i odchodziłem od zmysłów. Tyle pieniędzy wydanych tylko po to, aby mieć przemęczone przedramię…

W końcu, gdy już miałem dość, resztkami sił wstałem od komputera, podszedłem do okna, za którym panowała nieprzenikniona ciemność, stanąłem na parapecie, zamknąłem oczy i przechyliłem się w stronę śmierci…

Ten lot trwał całe moje dotychczasowe życie…

Aż gruchnąłem, jak mi się wydawało. Rozejrzałem się: byłem zawinięty w jakieś płótno i wszędzie paliły się świece. „Tak wygląda niebo” – pomyślałem.

Lecz spomiędzy świec, z całkowitej ciemności wynurzyła się twarz kobiety, która zapukała do mnie rano.

– Jesteś, mój zbawco! – zawołała. – Spójrz, to na twoją cześć.

Rozejrzałem się. Wcale nie byłem w niebie. To, co mnie uchroniło przed śmiercią to płótno służące jako baldachim nad czymś, co wyglądało jak ołtarz.

– Mąż już nie pije, mój zbawco! Jesteś wreszcie tam, gdzie być powinieneś, na ołtarzu!

Znikanie

Znikanie

Biblioteka, Biblioteka Recepcja, Uroda

– Koniciła – przywitałem klienta.

– Koniciła – odpowiedział. – Chcę zniknąć.

– To fantastycznie, nasza firma się w tym specjalizuje. Ale czy jest pan pewien?

– Najzupełniej w świecie.

– Ale to jest wbrew obowiązującym trendom mody.

– To nic, chcę zniknąć, i już!

– Tak… Jak mówiłem w tym się specjalizujemy, ale w swoim statucie mamy napisane zgodnie z modą, która przyszła z Zachodu: „not be evil”, więc jestem zmuszony przedstawić panu wszystkie przeciw,

– Ok, w pełni pana rozumiem, sam pewnie zrobiłbym to samo. Nawet powiem panu, że dziwi mnie własna chęć zniknięcia.

– Dziwi? – spytałem.

– Tak. Byłem z tym, zgodnie z panującą modą, u psychoterapeuty, który stwierdził, że takie zniknięcie mi się po prostu należy.

– Należy, powiada pan?

– Tak, płacę składki zdrowotne, emerytalne, więc należy mi się pomoc w zniknięciu, a potem stosowna renta.

– Przykro mi, drogi panie, ale my takiej renty zapewnić nie możemy. Specjalizujemy się jedynie w znikaniu.

– Ach tak. To ja nie chcę tak zniknąć.

– Czemu?

– Bo nie będę miał z czego żyć.

– Nie, nie, nie, drogi panie. Pan nas źle zrozumiał. My pomagamy znikać na dobre.

– A ja myślałem, że na dobre i na złe.

– Nie, drogi panie. To dobry serial, ale naszą dewizą jest przecież: „not be evil”.

– Ach, faktycznie.

– No.

– Na czym miałoby polegać takie zniknięcie? Mogę poznać szczegóły?

– Niestety, to tajemnica.

– Tajemnica? Dla mnie? Dla klienta?

– Oczywiście. Bo mógłby pan się upić i komuś to wyjawić.

– Rzeczywiście.

– No, pomyśleliśmy o wszystkim, prawda?

– Tak… tylko w tej sytuacji to ja się boję.

– Naprawdę?

– Tak, aż mnie poty oblewają.

– To niech pan podejdzie.

– A po co?

– Muszę pana powąchać.

– Powąchać?

– Tak. A nie słyszał pan, że strach da się wyczuć węchem?

– Coś mi świta.

Klient podszedł.

– Drogi panie, pachnie pan przednio, ale nie możemy pana obsłużyć.

– Czemu?

– Bo cała nasza praca pójdzie na marne.

– Dlaczego?

– Ponieważ właśnie wyczułem, że umrze pan w ciągu trzech tygodni.

– O, nie!

– O, tak!

– A nie mógł pan tego przede mną zataić?

– Niestety, drogi panie, nie. Gdybym to zataił, stałbym się zły, a naszą dewizą jest…?

– Faktycznie, „not be evil”.

– W takim razie żegnam pana i niech panu ziemia lekką będzie.

– Dziękuję! Napiszę o was dobrą opinię w internecie!

Za ścianą – recytacja

Za ścianą – recytacja

Recytacja mojego opowiadania z muzyką też mojego autorstwa. Jest to zapowiedź książki „CZERŃ NORMALNOŚCI” – zbioru opowiadań – która ukaże się jesienią. To zbiór tekstów psychologicznych, a motto przewodnie brzmi:
” — Nienawidzę tych idiotów, którzy chcą odstrzału dzików. — Trzasnęła za sobą drzwiami, wchodząc do kliniki aborcyjnej…”
A oto inny fragment z opowiadania tytułowego:
„Zwyczajny człowieczy żywot, pełen błędów, potknięć, grzeszków czy nawet wielkich grzechów. Bo czym byłaby najdoskonalsza konstrukcja natury bez niedoskonałości? Powtarzalnym stemplem spod ręki zblazowanego urzędnika błękitu? Może efektem rytualnego obrzędu zwanego miłością?”

Obudź się!!! :-P

Obudź się!!! :-P

Pokój, Puste, Wnętrze, Podłoża, Wood Floor, Brązowy

Zawsze wiedziałam, że za dużo piję. Już wielokrotnie mi powtarzano, abym nie przesadzała, ale czym byłoby życie bez tej odrobiny szaleństwa. Lecz tym razem chyba przesadziłam. Pamiętam wieczór w klubie, pamiętam chłopaka, którego spotkałam, nawet coś mi świta, że wyszliśmy razem. Natomiast co było później, stanowi jedną wielką zagadkę.
Leże od kilkunastu minut z przykrytą kołdrą głową i aż się boję spojrzeć, gdzie jestem. Bo na pewno nie jestem u siebie i chyba pierwszy raz w życiu nie pamiętam ani jak tu dotarłam, ani z kim. A co, jeśli obok leży jakiś okropny drech albo co gorsze laluś z włosami na żel? Wyciągam rękę, przesuwając dłonią po delikatnym prześcieradle. Nie wyczuwam też przykrych woni, więc może nie jest tak źle. Sięgam, aby sprawdzić, czy jestem w majtkach i staniku – całe szczęście tak. Próbuję skupić się na swoim kroczu, poczuć, czy wczoraj uprawiałam seks, ale jedyne, co czuję, to ucisk pęcherza moczowego. I ten ucisk to jedyna rzecz, która skłania mnie, aby w ogóle wyjrzeć spod kołdry. Powoli wymacuję koniec kołdry, jeszcze wolniej pociągam w dół, a oczy mi zalewa jaskrawe światło, które budzi dotychczas niezauważalny ból głowy. Pierwsze, co dostrzegam, to jakaś plecionka z kolorowych włókien zawieszona tuż nad łóżkiem. Wygląda jak coś indiańskiego i od razu przypomina mi się obraz z dzieciństwa, gdy oglądałam samotnie western, w którym skalpowano białych. Odruchowo sięgam do głowy i jednak wymacuję swoje włosy. Są spięte w kok.
Oczy dostosowują się do jasności i zauważam wielki obraz przedstawiający stare, zniszczone buty, podobne do tych, które miałam w dzieciństwie, a które tu na obrazie wypuściły zielone pędy do słońca powyżej. Obok na obrazie walają się setki fragmentów butów: liczne zelówki, połamane obcasy, zdarte podeszwy i popękane skórzane wierzchy. Przypomina mi się moment, gdy tata zawiózł mnie do szpitala po tym, jak chlałam przez tydzień, bo zostawił mnie chłopak. Tego nigdy nie zapomnę: ja, lekko zatruta alkoholem, a wokół sami alkoholicy – degeneraci, dla których butelka taniego wina jest cenniejsza niż bochen świeżego chleba. Zadaję sobie pytanie, gdzie jestem? Czy to mieszkanie mężczyzny, z którym prawdopodobnie wyszłam z imprezy? Rozglądam się po pokoju, szukając czegoś, co mogłoby świadczyć o tym, że to pokój faceta. Ale na próżno. Oprócz plecionki i obrazu nie dostrzegam niczego więcej – jedynie przeraźliwie białe ściany, drewnianą podłogę i równie białe, zamknięte drzwi. Nawet nie ma moich ubrań ani butów.
Wstaję z drewnianego łóżka z coraz większym łupaniem pod czaszką. Ilekroć doprowadzę się do tego stanu, powtarzam sobie, że ten ból to kara od Boga za nadużywanie. Starzec dobrze wiedział, co robi, dając takie skutki. Ci, co chcą się uczyć na własnych błędach, nauczą się, że z każdym nadużyciem wiążę się cierpienie, więc będą unikać alkoholu, a przynajmniej starać się unikać. A ja co? Nawet nie próbowałam. Stawiam pierwszy krok po dębowych deskach, które trzeszczą przy najdrobniejszym nacisku. Podchodzę do drzwi. Zamknięte na klucz. Zerkam w stronę łóżka, obok którego dopiero teraz dostrzegam nocnik i rolkę papieru toaletowego. Robi mi się niedobrze. Żebym to ja, dwudziestoośmioletnia kobieta musiała korzystać z nocnika, zostawiając na widoku siuśki czy kupę? Szarpię za klamkę z całej siły. Na próżno. Odzywa się tylko pogłos po drugiej stronie. Rozpłakuję się. Zakrywam dłońmi twarz i osuwam się tyłkiem na podłogę. Wiem, że długo nie wytrzymam nacisku na pęcherz. Mam ochotę zapaść się pod ziemię. Przypominam sobie moment, gdy wracałam ze szkoły, zgubiłam klucz i czekając na rodziców, zsikałam się. Miałam wtedy osiem lat, a mimo to nie daje mi to spokoju do dziś. Wpadam w coraz większy szloch. Opadam na bok przytulona plecami do drzwi.
Nagle słyszę za mną kroki. Odruchowo odskakuję od drzwi. Dźwięki cichną. Po chwili spod drzwi wysuwa się kartka złożona na cztery. Jak ja, kurwa, nie cierpię wiadomości przekazywanych na kartkach. Ale to chyba po tym, jak tamten chłopak właśnie tak mi obwieścił, że ze mną zrywa. Przez chwilę nie wiem, co robić, ale ciekawość zwycięża i sięgam po kartkę.

Proszę skorzystać z nocnika,

głosi napis, a obok namazany jest obrazek z dziewczynką stojącą przed domem w słoneczny dzień. Nawet nie zauważyłam, że przestałam płakać i doznałam przypływu werwy życiowej. Jeszcze raz wstaję i sięgam do klamki. Nadal zamknięte. Jednocześnie przestępuję już z nogi na nogę, próbując opanować chęć wysikania się.
W końcu coś we mnie wstępuję i siadam na nocnik. Po chwili uszy drażni świdrujący odgłos uderzającego o plastik moczu. Ponownie się rozpłakuję. A mimo to wiem, że muszę wstać jak najszybciej, aby ktoś mnie tak nie nakrył. Podcieram się, wsuwam majtki. Wpadam na pomysł, że mogłam schować ubranie pod materac. Zrywam go, ale widzę jedynie sprężyny, które kojarzą mi się z wakacjami u babci, która spała na podobnym łóżku. Całkiem miłe wspomnienie miesza się z aktualnym podenerwowaniem, sprawiając, że teraz i tamto wydaje się okropne. Zerkam pod łóżko, ale tam też pusto.
Jak lśnienie spływa na mnie wspomnienie, gdy kolega, były rabuś, z którym często piłam, uczył mnie otwierania drzwi za pomocą wytrycha. Skąd mogę wziąć coś podobnego. Rozglądam się i jedyne, co mi przychodzi do głowy, to sprężyny, ale jednak są zdecydowanie zbyt grube i twarde, aby z nich móc zrobić wytrych. Nagle mnie olśniewa: kok na głowie! Sięgam do włosów i wymacuję dwie spinki. Wyciągam jedną. Jest idealna! Podbiegam do drzwi, w palcach kształtując spinkę na wytrych. Nasłuchuję, ale nikogo nie słychać. Wsuwam spinkę do zamka, a ta ułamuje się, zostawiając wewnątrz kawałek drutu. Wiem, że jeśli go nie wyjmę, nie otworzę drzwi. Sięgam więc po drugą spinkę i powoli wydłubuję drut. Ponownie, tym razem delikatniej, kształtuję spinkę, wsadzam w zamek i przekręcam. Drzwi otwierają się. Wybiegam, ile sił w nogach. Nie zważam, że mam na sobie tylko majtki i stanik. To nic, aby tylko uciec od tego koszmarnego miejsca. Nawet nie zauważam, że wybiegam w gęsty deszcz, nogi zaczynają się ślizgać na wodzie i lecę plecami na ziemię. Czuję silne uderzenie w tył głowy…

Zerwałam się z łóżka zlana potem. Obok leżał obcy mężczyzna, czułam, że poprzedniego dnia uprawiałam seks, głowa mi pękała od kaca. Byłam u siebie w pokoju. Czy to dobrze?…

W poszukiwaniu istoty

W poszukiwaniu istoty

Osoby, Człowiek, Samiec, Mężczyźni Lasu, Twarz, Ponury

Usłyszałem o nim w miejscowym pubie. Od razu mnie zafascynował. Niemal od pierwszego zdania wypowiedzianego przez starego Antoniego widziałem go oczyma wyobraźni. Pamiętam, że siedziałem przy piwie, zapadłem się w głąb własnego umysłu i wyobrażałem sobie, jak może wyglądać. Jest niski, wysoki, chudy, gruby, podobny do przeciętnego człowieka, czy może raczej przypomina yeti albo neandertalczyka? Wróciłem wtedy do domu mocno podpity, otworzyłem swój kajet i zacząłem przelewać na kartkę efekty wyobraźni. Pociągnąłem ołówkiem kilka zdecydowanych linii i wyłonił się on: cały w cętki, wzrostu koszykarza, z włosami, które nie widziały fryzjera od lat, i ubraniem jak u bezdomnego. Tak wyobrażałem sobie tę istotę. Odłożyłem rysunek na stolik obok łóżka. Zasypiając, myślami byłem w tym lesie.

Siedzę na pniu powalonej sosny, spoglądam na runo leśne pod stopami, a gdzieś w górze odzywa się wilga. W zasadzie nie wiem, dlaczego tak siedzę, ale zdaję sobie sprawę, że ruszyć się nie mogę. A może wcale to do mnie nie dociera, tylko czuję? Dwie myśli zaprzątają mi głowę: gdyby tak spotkać Człowieka Lasu; oraz która jest godzina, co wywołuje we mnie odruch spoglądania na zegarek. Gdy już się pogodziłem, że istoty tej nie ujrzę, coś porusza krzakami. Odruchowo padam pod pobliski jałowiec, a gruby korzeń żądli mnie w klejnoty. Ogromna ciekawość walczy z jeszcze większym bólem, co zmusza mnie do wykrzyknięcia:

– Stój! Kim jesteś?

Zza krzaków wyłania się sąsiadka z koszykiem w połowie wypełnionym grzybami.

– To ja, Mariola. Co tak krzyczysz? Nawet grzyby spłoszysz! – Śmieje się.

Mija chwila, zanim dochodzę do siebie na tyle, aby wstać. Podchodzę do niej wreszcie, zerkam na niezwykle ponętne kształty, ale tym razem nie pociąga mnie. Spoglądam na bolące krocze, sprawdzając, czy nie mam rozdartych spodni, ale widzę jedynie brązowy ślad po korzeniu dokładnie na wysokości penisa.

– A co sąsiad taki brudny? – Spogląda mi w to miejsce?

– Ja?… Ja jakoś… Ja jakoś tak… – Nagle echo powtarza moje słowa, a drzewa szumią gwałtownie.

Zrywa się wiatr, który podnosi z ziemi setki liści, przesłaniając wszystko przed oczyma. Przez chwilę mam wrażenie, że jestem w oku trąby powietrznej: wszystko wiruje i faluje niezrozumiale. Siła wiatru jeszcze się wzmaga i podrywa mnie nad powierzchnię ziemi. Lewituję gdzieś wysoko wśród wirujących liści i igliwia, gdy wiatr cichnie, a ja spadam z ogromnej wysokości wprost w krzaki jeżyn.

Zerwałem się do pozycji siedzącej, zrzucając całkowicie kołdrę na podłogę. Odruchowo spojrzałem na zegarek na lewej ręce. Obok tylko od podmuchu drgnęła kartka, na której dzień wcześniej narysowałem Człowieka Lasu. Sięgnąłem jeszcze raz po ołówek, zastanawiając się jednocześnie nad minionym snem. Czy Mariola może mieć z tym coś wspólnego? Może widziała Człowieka Lasu? A może tylko o nim słyszała? Z drugiej strony to właśnie ona mieszka najbliżej lasu, więc coś może być na rzeczy. Tak czy inaczej, wiedziałem, że muszę ją o to zapytać. Nagle spostrzegłem, że dorysowałem nad trzymanym rysunkiem klepsydrę. Nawet nie zdawałem sobie z tego sprawy, działo się to podświadomie, zupełnie jak z pismem automatycznym, którego sam doświadczyłem kilkanaście lat temu, gdy rozpaczając po sprzedaży klaczy, napisałem jedyny w życiu wiersz. Wiersz do dziś dla mnie niezrozumiały.

Gdy około południa zapukałem do Marioli, byłem już całkowicie pochłonięty tematem Człowieka Lasu. Otworzyła z wyraźnym grymasem. Spojrzałem przelotnie na zegarek. Pokiwała bez słów głową, abym wszedł i poczęstowała herbatą. Patrzyłem na jej ponętne kształty, tym razem w głowie mi buzowało, ale nie byłem w stanie wypowiedzieć ani jednego słowa. Ona krzątała się po całej kuchni, w której mnie przyjęła, i opowiadała o świętej pamięci mężu, który ponoć zaginął w pobliskim lesie. Nikt nigdy nie wypowiedział tego słowa na głos, ale wszyscy byli w pełni przekonani, co się z nim stało. Potem usiadła na drugim krześle i również piła herbatę.

– Tak to było – skwitowała swoją opowieść.

– Tak, tak. – Pokiwałem głową.

– Ale cóż. – Westchnęła.

– No, trzeba żyć. – Przejąłem się i przetarłem twarz dłońmi.

– Takie życie. – Siorbnęła herbatę. – Takie życie.

– Nic się na to nie poradzi. – W pełni ją rozumiałem.

– Bo człowiek chciałby tu tak czy owak, a wychodzi inaczej.

– Oj, wychodzi, wychodzi.

– Aż strach patrzeć.

– Oj, strach, strach – przyznałem.

Dalej siedzieliśmy bez słowa, a ja czułem w gaciach rewolucję. Od zawsze mnie podniecała. Na tyle byłem tym razem pobudzony, że nie zwracałem uwagi na rzeczywistość – lewitowałem w przestworzach nieuświadomionych fantazji erotycznych. Nawet nie poczułem, jak zrobiło mi się mokro w majtkach. Dyskretnie spojrzałem na zegarek.

– To co? – spytała. – Herbatka dobra?

– Oj dobra, oj dobra. – Oddychałem głęboko.

– No, no, no.

– Czuję się wniebowzięty.

– Ojej. – Ruszyła biodrami, wypinając jedną ich stronę bardziej niż zwykle. – Herbatka, herbatka.

– Tak, tak, tak.

– To co? – Spojrzała mi głęboko w oczy i seksownie przeczesała włosy.

– To już chyba pójdę. – Wstałem, dopiłem resztę herbaty, niemal dławiąc się fusami.

– No tak, trzeba do domu, trzeba do domu.

– Do zobaczenia. – Zostawiłem za sobą niezamknięte drzwi.

Wieczorem znów sięgnąłem po rysunek Człowieka Lasu. Włączyłem jednocześnie telewizor, w którym leciał program o Potworze z Loch Ness. Nikt go nie sfotografował w pełnej krasie, nie znaleziono śladów na jego istnienie, a jednak tak wiele słyszano relacji. Czyżby to stworzenie przetrwało z prehistorii do dziś? Może to dinozaur, który ocalał? A może zmutowany gatunek ryb głębinowych? Zawsze było coś, co mnie do takich historii przyciągało. Już w szkole średniej zaczytywałem się na ten temat, oglądałem nieliczne zdjęcia tego jeziora z dziwnymi obiektami na powierzchni wody. Raz wyglądało to jak gigantyczny wąż, a innym razem przypominało garby wielbłąda. Ponownie nawet nie zauważyłem, że dorysowałem z boku Człowieka Lasu jakąś wieżę ratusza, z iglicą, bogatymi zdobieniami i zegarem, który wskazywał niemal północ. Albo południe.

Tego dnia od rana szykowałem się do tego. W zasadzie powinienem pójść od razu po śniadaniu, ale zwlekałem z niezrozumiałych przyczyn. Zarzuciłem na siebie kurtkę, zapakowałem do plecaka butelkę napoju i kilka kanapek. Wyruszyłem jeszcze grubo przed południem. Dzień był ładny, choć nietypowy, bo niebo pokrywały gęste obłoki, ale żadnej chmury deszczowej. Dodatkowo regularnie co kilka minut przedzierały się pojedyncze promienie, zupełnie jakby walczyły z potęgą chmur.

Do lasu dotarłem przed południem. Spojrzałem na zegarek. Usiadłem na powalonym pniu sosny, pod stopami miałem leśne runo, a w górze świergoliła wilga. Poczułem jakiś bezwład w całym ciele, tak, że nawet gdybym chciał, to nie byłem w stanie drgnąć z miejsca. Wpadłem w głąb własnego umysłu, przypominając sobie każde słowo dotyczące tego, po co tu przyszedłem. Widziałem tylko obracające się wskazówki na zegarku, który nosiłem. Odgłosy lasu zlały się w jeden przeciągły szum, cienie rzucane przez chmury zatańczyły, a ja tkwiłem jakby poza ciałem, obserwując to wszystko z boku.

Nawet nie zauważyłem, jak zrobiło się zupełnie ciemno. Nadal czułem, że nie mogę ruszyć ciałem. Zupełnie, jakbym zapuścił korzenie w pień, na którym siedziałem. Ale nie martwiłem się – było w tym coś uspokajającego, magicznego. Chmury się rozproszyły, dając miejsce księżycowi w pełni, którego światło pozwalało na dość dobre, ale nie idealne widzenie otoczenia. Nagle coś drgnęło za pobliskimi krzakami. Oprzytomniałem, dopiero gdy wyrósł przede mną stwór wyglądający jak połączenie człowieka i niewielkiego dębu, z liśćmi na głowie i na ubraniu oraz w butach pokrytych mchem. Ledwie mogłem to wszystko dostrzec w półmroku księżycowej nocy. Jednocześnie jego twarz nie przypominała niczego, co widziałem dotychczas. Kiedy powaga sytuacji do mnie dotarła, przeraziłem się. Człowiek Lasu szedł w moją stronę powolnym krokiem, najwyraźniej w bardzo konkretnym celu. Czyli te wszystkie opowieści to prawda. Zresztą nie tylko to. Rozbity latający talerz w Rosswell, Potwór Z Loch Ness, Yeti, wciąż żyjący Elvis i ten, stojący przede mną, Człowiek Lasu. Pewnie za chwilę zginę i pozostanie po mnie wspomnienie, tak samo jak po mężu Marioli. Przygotowywałem się na śmierć. Nawet zacząłem „Ojcze nasz”, choć za bardzo wierzący nie byłem. Stwór stanął metr przede mną. Już widziałem, jak przeobraża się w wilkołaka i mnie rozszarpuje, za chwilę wyobraziłem sobie, że połyka mnie w całości.

Czym jest życie, że tak długo krzątałem się po tym świecie, nie znalazłszy sensu, a teraz, gdy jedna z tajemnic została rozwikłana, miałem zginąć?

Człowiek Lasu spojrzał mi w oczy i rzekł:

– Człowieku, która godzina?

Nerwowo spojrzałem na zegarek.

– Za minutę północ – odpowiedziałem.

Powoli odwrócił się i potrząsnął całym ciałem. I zniknął bezszelestnie w ciemnościach lipcowej nocy.

Ślady

Ślady

Sweter, zapach, wspomnienie

Która to godzina?…

Czwarta w nocy. Czas budzenia się wszystkiego, co uśpione. Szarik otwiera jedno oko i spogląda na mnie, nie za bardzo wiedząc, czy to ta pora. Powoli odkrywam kołdrę, patrzę na swoje nogi, czy leżą samotnie, może będą mogły się przytulić? Łydki, palce i pięty zewrzeć nawzajem, by po chwili poczuć te ciarki, gdy zaprzestaje się pocierania. Chłód pokoju wytrąca mnie z równowagi ciepła, które beznamiętnie zimna kołdra daje jako iluzję bezpieczeństwa i bliskości.

Wstaję. Zerkam na ścianę, na której wisi spojrzenie i pamięć. Tafla oceanu, chmury pierzaste, promienie słońca i niezapomnienie. I Szarik hasający po plaży, w piasku i wodzie. Do dziś widzę, jak otrząsając sierść, chlapie dookoła. A potem się tuli, nie zważając, że cały mokry. Podchodzę do szafki pod oknem, otwieram, wysuwa się notatnik z tym jedynym pismem, pamiętnik tamtych dni. Zerkam na przypadkową stronę. Wiersz. O kataryniarzu, co go nie ma na ulicach od długich lat, o dorożce zamiast taksówki i niewygodnych do stąpania kamieniach, co po nich przyszedł asfalt i beton. Jest też nasz Szarik, gdy ciągnie kocyk spod tyłków na wielkiej łące kwitnącej mleczami i koniczyną. Wkładam z powrotem pamiętnik do szafki, choć uparte z niego bydle, ciągle chce powrócić pod moje stopy. Szarik wiele rzeczy podgryzał, ale tego nigdy nie ruszył.

Ani tego swetra, co obok. Sięgam po niego, czuję, jak wełna ugina się pod palcami. Przykładam do nosa, wciągam głęboko powietrze. Przed oczyma staje mi kuchnia i kanapa przed telewizorem w długie zimowe dni. A u stóp Szarik. Taki spokojny, taki szczęśliwy, gdy mógł dotykać nóg. Choćby tylko grzbietem, ogonem czy koniuszkiem łapy. Tak bardzo się cieszył, gdy rozpalałem w kominku. Wiedział, że spędzimy wieczór razem. Teraz to nie chcę tam rozpalać. Niech ciepło ognia zostanie w pamięci, będzie nośnikiem wspomnień. Wolę zachować tę wyraźną linię czasu – ogień i ciepło tam, kaloryfer i samotność tu. Tak jest uczciwiej. I dla ciebie, i dla mnie.

Idę dalej, do łazienki. Szuram kapciami o dębowy parkiet, na którym wciąż słyszę odgłosy tańczących stóp: lekkie stukanie, delikatny dźwięk przesuwanych z gracją opuszek. I pstrykanie stawów, gdy ciężar ciała spoczywał na palcach. Szarik nie wiedział, co ma ze sobą zrobić – czy leżeć dalej, czy może dołączyć do tego baletu. Podrygiwał, kusiło go, ale jednak pozostawał na swoim malutkim dywaniku, który służy mu do dziś. Potem przez długie tygodnie z niego nie schodził, cały czas czekał. Ale przywykł, bo nawet do piekła można przywyknąć. Ciekawe jak w sercu psa wygląda piekło tęsknoty? Potrafi takie serce pęknąć jak ludzkie?

Gdy przekraczam próg łazienki, dobiega mnie zapach perfum. Ten dobrze znany mi jaśmin z nutą czegoś bliżej nieokreślonego. Nerwowo się rozglądam, zerkam w każdy zakamarek, spoglądam, czy wejściowe drzwi się nie otworzą, a nuż?… Jednak pusto niezmiennie. Ściany aż dudnią nostalgią.

Tylko gdzieś wewnątrz domu, w każdym kącie, na każdej powierzchni, na każdej półce i w każdym niewyrzuconym ubraniu jesteś ty, taka zwyczajna, ze zwichrowanymi włosami, spokojem, którym zarażałaś i niezastąpionym ciepłem duszy i ciała. Szarik czasem obwąchuje to wszystko, lecz mam wrażenie, że krzywi się i płacze bez łez. A potem wraca na swój mały dywanik, który kupiłaś mu nad morzem. Dla niego te wspomnienia są równie bolesne. Ja to przynajmniej potrafię zapłakać. Choć ostatnio coraz rzadziej i rzadziej. To znak, że umieram bezpowrotnie. Usycham z braku ciebie, Paulinko

Paulinko.

Zegarmistrz

Zegarmistrz

zegar, zegarmistrz

Zapowiadał się jeden z najbardziej paskudnych dni tej zimy. Zamiast śniegu, padał deszcz z gradem i chociaż chwilami wypogadzało się, zdawała się wisieć nad głowami groźba kolejnego opadu. Nikt dziś nie przyjdzie, szeptały jednostajnym tik-tak ustawione na półkach i stoliku zegary. Obserwowały Mikołaja, który każdemu z nich podarowywał drugie lub trzecie, a może i czwarte życie. Siedział pochylony nad martwą maszynerią pięknego zegara ściennego z końca XVIII wieku. Mikołaj wyciągał poszczególne elementy i zegary słyszały, jak mówił do siebie, a może do naprawianego zabytku:

– No i cóż to ci się przydarzyło, mój piękny? Ile lat służyłeś w dobrej kondycji? Trybiki masz teraz nieco wytarte. Chyba znajdę niektóre, ale ten największy trzeba będzie dorabiać. Zaraz, zaraz, chyba jednak będę taki miał… Twoje serce jest bardzo oryginalnie zdobione, muszę je oczyścić.

Mruczące cicho zegary obserwowały Mikołaja, a ten podniósł się od stolika i zaczął wyszukiwać w skrzynce odpowiednie części. Podszedł znów do naprawianego zabytku, złożył werk, zamontował, ustawił na stole, poruszył wahadłem i zegar nagle zaczął głośno i równomiernie pracować.

– No, to teraz opowiedz mi swoją historię – powiedział Mikołaj.

Ale zegar, machając jednostajnie wahadłem, wystukiwał rytm, który co prawda niewiele miał wspólnego z mową, ale za to stanowił sam sobą wielką otchłań postrzegania i zapomnienia. Tik-tak, tik-tak, rozbrzmiewały mechaniczne dźwięki, wiercąc w czasoprzestrzeni należącej do Mikołaja wielką czarną dziurę. Świadomość Mikołaja zaczęła się cyklicznie przechylać w stronę tej dziury, a gdy osiągnęła punkt krytyczny, czyli swoisty horyzont zdarzeń pamięci, Mikołaj bezsilnie osunął się na krzesło i z otwartymi ustami wpatrywał w bujające wahadło. Odpłynął. Jego jaźń cofnęła się w głąb umysłu, rozpłynęła po szarych komórkach, a jej miejsce zajęło to, co od dawna skrywała podświadomość. I tak znikły wszystkie bariery społeczne, religijne, obyczajowe i czysto ludzkie, a do głosu doszedł straszliwy twór, który zepchnięty w otchłań nieświadomości, tylko czekał na taki moment.

Mikołaj, już bez czucia i świadomości, zarzucił na siebie czarną kurtkę, której nie używał od wielu lat, założył wypastowane na glanc przez pomyłkę adidasy, przełożył przez ramie dziwnie wypchaną pederastkę i wyszedł z domu, nawet nie zamykając drzwi. Gdy mijał sąsiadkę z naprzeciwka, ta skuliła się w kłębek, przykucnęła i wielokrotnie przeżegnała. Potem Azor sąsiada z samego dołu zaskowyczał i skrył się pod schodami. Nawet gołębie rozbiegły się jak najdalej od Mikołaja. Czas stanął w miejscu, świat zamarł.

Nadchodziła apokalipsa.

Po kilkuset metrach Mikołaj stał w samotności na tramwajowym przystanku, bo wszyscy ludzie również uciekli. Stał aż do momentu, gdy nadjechał tramwaj. Krok za krokiem wspiął się do wagonu, rzucił druzgoczące spojrzenie, aż ciche jęknięcia przeszyły powietrze.

Mikołaj otworzył pederastkę. W umysłach pasażerów nastała noc. Mikołaj wyciągnął mocno przeterminowaną plakietkę Transportu Miejskiego, spojrzał piorunującym wzrokiem i rozciął powietrze słowami:

– Bileciki do kontroli!

Walka płci

Walka płci

Tekst powstał na drobny konkurs, gdzie limit znaków wynosił 1700, a temat jak powyżej.

Melancholia, Starzec
  • * * *

Odłożę na chwilę tę szczotkę. Brakuje mi ciebie. Pewnie chciałabyś, żebym przestał tu przychodzić? A co mam lepszego do roboty? Ślęczeć nie wiem po co w domu, albo przed nim i próbować pasjonować się życiem sąsiadów? To nie dla mnie. Ty przynajmniej miałaś te swoje kwiatki, warzywa, grządki. Naprawdę wolę spędzać czas tutaj.

Pamiętasz, jak się poznaliśmy? W czwartej klasie przyszłaś do naszej szkoły. Miałaś takie długie włosy. Ganiałem za tobą i krzyczałem: Agata, ogonem zamiata. Ty tylko patrzyłaś na mnie z pożałowaniem i kiwałaś głową, jakbyś już wiedziała, co nas czeka.

Albo jak przewróciłem cię w zaspę, gdy zmiatałaś śnieg z chodnika przed waszym domem? Ale wtedy byłaś ode mnie o wiele większa, więc dopadłaś mnie, rzuciłaś w tę samą zaspę i wcierałaś mi śnieg w twarz. Myślałem, że skóra mi popęka, tak zmarzłem.

A dzień naszego ślubu? Te małe dziewczynki sypały nam pod nogi kwiatki i mówiłaś, żeby tylko wiatr ich nie zmiótł, bo chwilami wiało naprawdę mocno. Twoja matka twierdziła, że jak wieje w dniu ślubu, znaczy, że związek będzie burzliwy, ale szczęśliwy.

Sam nie wiem, co ja sobie myślałem, gdy wielokrotnie zamiatałaś podłogę, a ja tylko siedziałem przed telewizorem i czytałem gazetę. Wściekałaś się, co i mnie złościło, ale teraz wiem, że to było moje lenistwo, a nie prawdziwy ja. Tak to jest, że kobieta dba o dom, a facetowi wystarczy, aby miał którędy przejść do kuchni i łazienki.

Dobrze, dokończę teraz zamiatać, bo przez te wspominki to będę tutaj nocował. Zobacz, całe nasze życie kręciło się wokół zamiatania i teraz też to pozostało niezmienione. Codziennie zamiatam twój grób, bo co mam lepszego do roboty?…

Nie, zamiatam, bo wciąż cię kocham.

Królik królem

Królik królem

Przyjdźmy wszyscy, bo miał miejsce wielki wypadek. Każdy, kto odpowiednio zareaguje, otrzyma zapłatę adekwatną do reakcji. Wóz, którym stary Anton transportował zwierzęta do nowej posiadłości, przewrócił się do rowu zaraz przy wyjazdowej bramie!

Zbiegły się wszystkie zwierzęta z gospodarstwa Antona. Krowa, świnia, owce, kaczki, kury, a przede wszystkim królik. Na wywróconej furmance leżał Anton oraz gęsi, indyki, dwa psy, trzy młode kociaki.
Zwierzęta stanęły w szerokim okręgu i bezgłośnie wszystko obserwowały. Stary Anton z zaplątaną postronkiem nogą próbował się uwolnić, złorzecząc każdej istocie w pobliżu. Tak więc najpierw oberwała słownie krowa, bo największa, potem świnia z racji jej niechlubnej nazwy, kończąc na Bogu ducha winnym króliku, który akurat podgryzał przydrożną koniczynę.
Zgromadzeni, z obawą, czy nie zostaną przygnieceni przez furmankę, nie reagowali. Tylko królik zajęty swoimi sprawami, bardziej wsłuchany, czy nie zbliża się jakiś drapieżnik, pokicał przed siebie i po prostu gryzł. Przez przypadek przegryzł postronek, który więził gospodarza. Kilka ruchów szczęką i Anton był wolny.
Nazajutrz Anton przewiózł zwierzęta do nowej posesji. Zagadywały się one nawzajem o tym, co dzień wcześniej zrobił królik. Mówiły, że trzeba przecież być prawdziwym bohaterem, aby uwolnić swojego pana. Do tego jeszcze tak szybko. Kura nioska chodziła od jednego do drugiego i gdakała piękną wieść. Krowa stanęła nad sianem i w zamyśleniu przeżuwała całe zajście, świnia ryła, wierząc, że znajdzie w gruncie rzeczy, kogut wskoczył na płot i piał z zachwytu i tylko baran beczał niezrozumiale. On jedyny stanął z dala od całego zamieszania i pomyślał, że nie dołączy do tych zachwytów.
Po kilku godzinach zwierzęta wybrały przedstawiciela, osła, który stanął pośrodku placu i wygłosił przemowę:
– Jak wiemy, wczoraj miał miejsce wypadek, w którym ucierpiał nasz pan. Stało się to, gdy przewoził wielu z nas właśnie tutaj, gdzie mamy lepiej, bo większa obora, obszerniejsze podwórko, a i w stodole więcej siana na zimę. Z pomocą przyszedł mu królik, za co wszyscy jesteśmy wdzięczni.
„Oj głupcy, głupcy” – pomyślał baran.
– Właśnie, jesteśmy nie tylko wdzięczni, ale i pełni podziwu za bohaterstwo – kontynuował osioł. – Pragniemy mu za to podziękować, mianując naszym?… – zawiesił głos, tworząc napięcie.
Po placu przebiegł cichy pomruk, przez który przebijały się pojedyncze słowa:
– Szefem – wymamrotał koń.
– Królem – poprawiła krowa.
– Prezydentem – wygdakała kura, dłubiąc w ziemi.
– Wodzem – pokiwał z pobłażaniem baran.
– Właśnie, wodzem! – wykrzyknął osioł. – Królik od tej pory będzie naszym wodzem. Nie królem, bo to zbyt zwyczajne dla jego nazwy, nie prezydentem, bo nie mamy prezydium, nie szefem, bo jeszcze owce pomyślą, że ktoś spróbuje zrobić szew z wełny, ale właśnie wodzem! – powtórzył. – Proponuję nadać mu wszystkie przywileje, jakie nam przyjdą do głowy, i niech on stanowi nowe prawo.
Zwierzęta pokiwały z aprobatą.

Kilka dni później królik, zupełnie nie rozumiejąc, czego w oczach innych dokonał, zarządził doszkalanie wszystkich zwierząt w zakresie przegryzania postronków. Trzeba było więc pomóc innym, aby na przyszłość byli w stanie powtórzyć ten wyczyn. Bo przecież kochał innych. I w ten sposób sznur gryzł koń, dziobała kaczka, pazurami szarpał kot, a ryjem bezskutecznie ryła świnia. O ile koniowi poszło to jak z płatka, tak inne zwierzęta miały już większe problemy, a świnia męczyła się cały dzień, a i tak nie dała rady przepołowić postronka.
Królik postanowił nauczyć wszystkich kicać. Szmer przemknął po zgromadzonych zwierzętach. Kot poradził sobie całkiem dobrze, jednak miał kłopoty z ciągłym przysiadaniem na tylnych łapach. Pies tak samo. Koń nawet usiadł podobnie, ale nie mógł powstrzymać się od rżenia. Krowa próbowała wielokrotnie, ale za każdym razem zginała również przednie nogi i zalegała na glebie. Najgorzej miało ptactwo domowe, bo jak tu się podpierać skrzydłami? A baran stał z daleka, patrzył, kiwał łbem i już prawie nic nie mówił.
Po tym zadaniu królik zniknął w rogu psiej budy i postanowił przemyśleć, co zrobić, aby każde zwierze jednak było w stanie przegryźć postronek. Przecież wszystko zaczęło się od tego, że jadł sobie smacznie koniczynę, nic go więcej nie obchodziło. To musi być klucz!
Nazajutrz zwołał zebranie i wydał polecenie:
– Od dziś wszystkie zwierzęta mają jeść tylko rośliny, a przede wszystkim trawę. To dla waszego dobra! Dzięki temu będziecie w stanie przegryźć niejeden postronek…

Tylko baran stał z dala i już nawet przestał kiwać łbem. Poszedł do chałupy Antona i tłukąc rogami w drzwi, domagał się interwencji. Ale stary Anton plótł nowy postronek, aby mieć czym krępować zwierzęta, bo nadchodziła Wielkanoc, na którą zaplanował mnóstwo świeżego mięsa.

Czerwony kapturek – kryminał/groteska

Czerwony kapturek – kryminał/groteska

Czerwony Kapturek, Czerwony, Mało, Hood, Konna

Czerwony Kapturek wracała od babci późnym wieczorem przez las. Była wyraźnie zdenerwowana: kopała z wściekłością mijane kamienie i przedrzeźniała okoliczne ptaki głośnym zawodzeniem. Chciała znaleźć się jak najszybciej w domu. Ten dzień nie ułożył się dobrze: najpierw w szkole rzucił ją chłopak, a potem ta wizyta u babci… Nagle zobaczyła idącego pewnym krokiem środkiem leśnej ścieżki wilka. Schowała się więc za krzakiem dorodnego jałowca, aby uniknąć spotkania. Chwila nerwów, parę wstrzymanych oddechów i wilk poszedł swoją drogą.

Do domu wróciła kilkanaście minut później.

– Byłaś u babci, Czerwony Kapturku? – spytała mama.

– Tak – odburknęła Kapturek.

– Dałaś jej lekarstwa i jedzenie?

– No! Daj mi spokój! – syknęła.

– Nie bądź zła, przecież wiesz, że babcia jest ciężko chora i trzeba jej pomagać. Jutro też dasz radę? – głos mamy był niemal błagalny.

– A pójdę, pójdę, tylko się odczep. – Trzasnęła za sobą drzwiami od swojego pokoju.

Mama usiadła na fotelu przed telewizorem, ale zamiast skupić się na filmie, myślała. Bo owszem, zdarzała się Kapturkowi złość, nawet wściekłość, ale Kapturek o babci zawsze miała dobre zdanie. Tymczasem Kapturek zaszyła się w łóżku i w zupełnej ciszy zatopiła się w rozmyślaniach. Przed oczyma wyobraźni miała babcię, byłego chłopaka i wilka.

Następnego dnia ruszyła do babci, jednak zamiast iść bezpośrednio do chatki, zaczęła krążyć po lesie, śpiewając na całe gardło Zenka Martyniuka, co było o tyle dziwne, że na co dzień słuchała głównie death metalu. Gdy na tapecie było „Przez te oczy zielone”, zza krzaków wyszedł wilk.

– Te, laska, gorzej ci? – spytał.

– O, pan wilk, jak miło! – Kapturek podskoczyła z radości.

Wilk stanął jak wryty, rozejrzał się, aby być pewnym, że ta radość z jego powodu, potrząsnął z niedowierzania głową i stwierdził:

– Normalnie to bym cię wszamał, ale jak śpiewasz Martyniuka, to kto wie, co jeszcze w tobie siedzi.

– Wilku… – Spuściła Kapturek głowę. – Jakoś się źle czuję, a tu mam z tym oto koszyczkiem iść do babci, bo ona nie może wstać z łóżka. Mam tu jedzenie i lekarstwa. – Popatrzyła na rozmówcę błagalnym wzrokiem. – Nie zaniósłbyś jej tego?

– A jest sama? – spytał po chwili wilk.

– Tak, leży w łóżku.

– A otworzy mi?

– Tak, jak zastukasz rytm „Zegarmistrza światła purpurowego”, to ci otworzy, to nasz znak rozpoznawczy.

Wilk zadumał się, pocmokał i się zgodził.

Następnego dnia okazało się, że babcia została zamordowana. Na miejsce przyjechała policja, zebrała ślady, odciski linii papilarnych i ust. Szybko ustalili, iż oprócz śladów babci i kapturka były też wyraźne ślady wilka. Znaleźli również odciski jeszcze jednej osoby, lecz mieli trudności z ustaleniem, czyje.

Nazajutrz zaczęto przesłuchiwać wilka.

– Co tam robiłeś, wilku? – spytał policjant w randze aspiranta wyglądający niemal jak Hans Kloss.

– Poszedłem Martyniuka posłuchać. Kapturek go śpiewała, stamtąd wracając, więc uznałem, że tam jej się na uszy rzuciło.

– Ta, Martyniuka. Nie obrażaj wielkiego kompozytora swoją osobą! – zagrzmiał śledczy.

– No, czyli pan aspirant tez by przyszedł posłuchać?

– Milcz! – syknął policjant.

– To po co tu zostałem ściągnięty, skoro mam milczeć? – Zaśmiał się wilk.

– Dosyć! Na koszyku były twoje odciski. Skąd go miałeś? – Aspirant teraz już wrzeszczał.

– Od Kapturka.

– I co, tak po dobroci ci dała? Wielkiemu, złemu wilkowi?

– Tak. Szedłem sobie jak zwykle po lesie, a ona, śpiewając Martyniuka na całe gardło, czy bym nie zaniósł. To zaniosłem. I tyle.

– I pewnie powiesz, że to nie ty ją zamordowałeś?

– Ja? Przecież babcia żyła w rezerwacie i była chyba – zaśmiał się szyderczo – pod ochroną. No wie pan, panie władzo, ludzie dbają o nas, to i my o ludzi.

Funkcjonariusz sięgnął do skrzyni z dowodami i wyjął odgryzioną rękę babci, w której zaciśniętej pięści wciąż tkwiła płyta Martyniuka.

– Wilku, dziś damy to do analizy i założę się, że to ślady twoich zębów.

– No co, no co? No, rozszarpałem babcię. Instynkt zadziałał i tyle miałem do powiedzenia.

– Oj, bratku. – Podróbka Klossa pokręciła głową. – Posiedzisz za to długo.

Po kilku dniach policja ustaliła, że niezidentyfikowane ślady, które znaleziono w domu babci, należały do byłego chłopaka kapturka. Czy był świadkiem zabójstwa? Czy te młode oczy mogły znieść taki widok? Wezwano go na przesłuchanie, w którym dowiedziano się, że był u babci dwa dni wcześniej i że bardzo się zdenerwował, gdy usłyszał u niej Martyniuka.

Postanowiono więc przesłuchać kapturka.

– Czemu dałaś wilkowi koszyczek z jedzeniem? – pytał śledczy.

– Bo źle się czułam, a wilk szedł akurat w tamtą stronę.

– A czemu źle się czułaś?

– Bo dzień wcześniej rzucił mnie chłopak – wyrwało się Kapturkowi.

– A czemu cię rzucił?

– Nie wiem! – wrzasnęła dziewczynka.

– Jakbyś nie wiedziała, to nie byłabyś taka nerwowa. Czemu?

– Dajcie mi spokój!

– A my już wiemy, co się stało – aspirant mówił spokojnie.

– Tak? Ciekawe!

– Ano ciekawe! W szkole masz same szóstki, co znaczy, że jesteś bardzo inteligentna. Ale i przebiegła. Otóż dowiedzieliśmy się, że chłopak rzucił cię za to, że masz babcię, która słucha Martyniuka. Ty wściekłaś się za to na babcię i wymyśliłaś morderstwo prawie doskonałe. Wiedziałaś, że jak wilk pójdzie do babci, to ją zamorduje, taki jego instynkt. Zaczaiłaś się więc, dałaś mu koszyczek i w ten sposób zemściłaś się na babci. Idziesz do więzienia za współudział w morderstwie.

– I za śpiewanie Martyniuka – dodał przez uchylone drzwi wilk.

Notatka na marginesie

W piekarni

Jestem wściekły. Naprawdę wściekły! Bo co ona sobie w ogóle wyobraża? Że jeżdżę do tej szkoły, by licealistki się we mnie zakochiwały? Co za bzdura! Ile razy jej mówiłem, że chcę sobie przypomnieć ten jeden dzień. Co ja z niego pamiętam?… Drogę z domu, a potem powrót, i nic pomiędzy. Co się wtedy działo?

Wiele razy śni mi się, że idę tamtego dnia do szkoły i za każdym razem coś wypada, że się spóźniam. Zawsze! Ale nie, Ola mówi, że młode dupy mi w głowie. Zresztą mam ją gdzieś! A dziś zrobię jej na złość. Umówiłem się z Anią po pracy na zapleczu, u nas w piekarni. Ma przyjść, jak skończy robotę. To dopiero będzie zemsta na Oli. Jak to mówią, karma wraca – mówiła, że szukam kochanki, mówiła, powtarzała i się spełniło. To już przesądzone. Ania tego chce, inaczej nie pocałowałaby mnie w usta. A co dopiero będzie się działo tutaj, na zapleczu?… Mam dziwne wrażenie, że ją skądś znam… Nie, tylko mi się wydaje.

Siedzę więc tu już od kwadransa. Nie mogłem się doczekać. Wokół ciemno i tylko te skrzynki pełne świeżego, jeszcze ciepłego chleba. W sumie to nawet jestem głodny. A gdyby tak coś zjeść?

Kurde, przypomina mi się, jak spędzałem u babci całe wakacje i jadłem najsmaczniejsze danie mojego dzieciństwa: świeży, jeszcze ciepły chleb, z równie świeżą, domową śmietaną, a wszystko posypane cukrem. Brało się taką pajdę w umorusane ręce i biegło na podwórko. Ile razy wypadła taka kromka na ziemie. Ale to nic, jadło się z piachem! Dziś – nie do pomyślenia! Gdyby to ktoś zobaczył, zrobiłby raban na całego fejsbuka. Ale właśnie za takie chwile kocham tę wioskę, ten czas i świętej pamięci babcię. Nigdy nie zabroniła mi latać z jedzeniem. To była wolność. Ilekroć czuję zapach śmietany, ten smak wraca, jak oszalały.

Ale zaraz, zaraz. Co ja robiłem tamtego dnia w szkole?…

Dobra, koniec tych wspominków, robię się naprawdę głodny. A ten chleb tak bardzo pachnie… Zawsze miałem słabość do ciepłego chleba. Z masłem albo nawet samego. Pamiętam, że kiedyś zjadłem prawie cały bochenek naraz. Teraz będę mógł się najeść do woli. Ale, która to godzina? Kurde, od pięciu minut powinna być Ania. Sprawdzę, co się dzieje na piekarni… Ech, te drzwi zawsze się tak ciężko otwierały… No, jeszcze raz… Chwila! Co jest?!… Przecież to jedyne wyjście! Ktoś mnie zamknął! Pomocy, ratunku, jest tam kto?…

O ja cię… Dziś piątek i o osiemnastej wszyscy wychodzą do domów na weekend. Ostatnia miała być Ania! Czyżby to ona mnie zamknęła?… Ale…

A to szmata! Już wtedy zauważyłem jej reakcję, gdy wspominałem, że mam żonę! Czyli solidarność jajników. A nawet nie zna mojej żony… A ten pocałunek to podpucha. Abym się napalił i nie zastanawiał za mocno… Ale się wpierdoliłem…

I co ja teraz zrobię? Przecież dopiero w niedzielę wieczorem ktoś otworzy, gdy przyjadą po pieczywo na poniedziałek. Czterdzieści osiem godzin w zamkniętym pokoju z całą tą masą chleba. Przynajmniej będę miał co jeść.

* * *

Jest niedziela rano. Od kilkudziesięciu godzin jem tylko chleb i popijam wodą z kranu. A wokół ciemno, że oko wykol. Ogarnia mnie jakieś dziwne uczucie, niesprecyzowane, jakby coś się we mnie budziło. Czuję, jakbym wracał emocjonalnie do dzieciństwa. To niepokojące, a zarazem jakieś takie jakby uwalniające… Ale uwalniające od czego?

Chleb już nie pachnie, teraz niemal śmierdzi, że zbiera mi się na wymioty. Taka moja pokuta za chęć zdrady Oli. A jak cudownie było jeść te posiłki robione przez babcię, ociekające tłuszczem. Takie niezdrowe, takie same puste kalorie. Ale jakie smaczne! Pieczony boczek w ziołach i czosnku, domowy pasztet, pierogi z kapustą i grzybami, cholernie pieprzne, chyba tylko babcia takie robiła. To było genialne. Zresztą, w porównaniu do tego, że teraz jem już tyle czasu sam chleb, to wszystko jest wyśmienite. I pełne wartości odżywczych…

Kurde, cały czas czuję, jak mnie to coś dopada…

O, matko! Wiedziałem, że znałem skądś Anię! Tamtego dnia w szkole zaczepiłem ją na korytarzu, była młodsza, i usmarowałem jej warkocz smarem z zawiasu drzwi od naszej klasy. Obraziła się i pobiegła na skargę do dyrektorki. Tak, już wiem… Dyrektorka zamknęła mnie za karę w tej małej, ciemnej kozie. Ja sam, puste ściany, całkowity mrok i moje lęki… to mnie tak przeraziło, że zapomniałem o tym dniu…

A może trzeba mi było tego zamknięcia tu na zapleczu, aby przypomnieć sobie tamtą kozę?…

Notatka na marginesie

Piwnica

Drzwi, Tajemnica,

Te drzwi stały się moją obsesją. Czymś nierozwiązywalnym, nieodgadnionym. Pojawiają się w snach do dziś. Czasem są to wizje przyjemne, choćby ze wspominkami dzieciństwa, a czasem przerażające koszmary, pełne ruszających się szkieletów, gnijących ciał, czy białych robaków wychodzących z oczu, uszu, nosa i ust.

Poznałem go, mając jakieś dziewięć lat. Pamiętam, że zwrócił mi uwagę na zbyt długie nogawki. Założyłem spodnie starszego brata, bo poza rozmiarem były identyczne. Podszedł, ukląkł tuż przede mną i podwinął. Potem go nie widziałem jakiś czas, aż któregoś dnia, gdy wracałem cały mokry po polekcyjnej wojnie na torebki z wodą, podszedł i, gdy spodziewałem się reprymendy, głosem najspokojniejszym, jaki potrafiłem sobie wyobrazić, stwierdził, że lepsza wojna na wodę niż na pięści. Widywałem go tu i ówdzie: raz odwiedził moją szkołę, drugi raz usilnie dyskutował z ekspedientką w sklepie, innym razem wysiadał z taksówki ubrany w szalenie elegancki garnitur. Lecz niemal za każdym razem dłonie miał złożone na brzuchu, palce skrzyżowane i kręcił jednym kciukiem wokół drugiego.

Któregoś dnia, pewnie jak miałem jakieś dwanaście lat, siedział nieruchomo na ławce w parku. Biegłem z kolegą ze szkoły i zamarłem. Wyglądał, jakby nie żył. Podszedłem niemal na palcach. Nagle otworzył oczy, odkaszlnął i ruchem ręki wskazał, abym usiadł obok. Bałem się. Przede wszystkim tego, że wykorkuje obok mnie, bo tak trochę wyglądał. On jednak wymusił na swojej twarzy cień uśmiechu i rzekł, że jeszcze nie pora na niego. Nie mam pojęcia, skąd wiedział o moich obawach, ale wyglądało, jakby czytał mi w myślach. Z jednej strony byłem tym przerażony, a z drugiej pragnąłem go poznać jak najbliżej. I od tego dnia zostaliśmy kumplami. Koledzy z klasy poszli nieco w odstawkę, ci spod bloku tak samo i tylko rodzice zapytali któregoś razu, czy ten pan nie próbuje się za mną jakoś dziwnie bawić. Nie próbował. Znaczy tak, ale to zabawa zwyczajne kumplostwo. On wiele starszy, zupełnie jakby był dobrym wujkiem.

Miał na imię Dariusz. Nazywałem go Darek. Na początku traktowałem to imię zwyczajnie, ale mając kilkanaście lat, gdy zacząłem uczyć się angielskiego, skojarzyłem je ze słowem dark czyli ciemność. I z tym właśnie mi się kojarzył. Dlatego, że nic o nim nie wiedziałem, bo nic o sobie nie mówił. A może gdzieś podświadomie widziałem go w ciemnych barwach? Ilekroć myślałem o tajemniczości, on stawał mi przed oczyma.

Odwiedzałem go wielokrotnie. Najpierw rodzice byli przeciwko temu, ale gdy zaprosiłem go do domu, aby mogli go lepiej poznać, przestali mieć obawy. Mieszkał w starym, zaniedbanym domu dwie ulice dalej. Podobno sąsiedzi dopingowali go, aby zatroszczył się swoim podwórkiem, ale nic sobie z tego nie robił. Któregoś razu zwróciłem uwagę na zawsze zamknięte drzwi do piwnicy. Te właśnie drzwi. Próbowałem je otworzyć, ale były zamknięte. Gdy spytałem, co tam jest, stwierdził, że nic do oglądania, a jeśli jestem taki wścibski, to chyba pora zakończyć znajomość. To mnie z jednej strony zabolało, a z drugiej wyznaczyło granicę, której przekroczyć nie mogłem. Potem przez długi czas nie spytałem, co jest w piwnicy, ale nigdy nie pozbyłem się świdrującej ciekawości. Wielokrotnie siedząc samotnie w domu, próbowałem rysować skrzynie pełne złota, innym razem podłogę zapełnioną trumnami, lecz szczytem fantazji była uwięziona tam cała rodzina. Ale nie bałem się później go odwiedzać. Jakoś myślałem, że skoro ich zamknął, to na pewno sobie na to zasłużyli.

Potem był moim świadkiem na ślubie. Co z tego, że miał prawie dwadzieścia pięć lat więcej i bardziej wyglądał na ojca niż świadka? Niektórzy właśnie to mi zarzucali, ale miałem to gdzieś. Od dziecka potrzebowałem kogoś takiego starszego, bo moi rodzice to tylko żyli pracą i nie mieli dla mnie czasu. I na tym weselu spił się, że musieliśmy go wynosić na zaplecze, gdzie spędził noc. Ale nigdy nie widziałem nikogo po alkoholu, kto by był spokojniejszy i bardziej zamknięty w sobie. Następnego dnia, gdy wszyscy siedzieli na poprawinach, usiadłem obok niego i spytałem, dlaczego wybrał mnie. Spojrzał, uśmiechnął się półgębkiem i tylko stwierdził, że tego potrzebował. Potem wielokrotnie zadawałem mu to samo pytanie, ale bez odpowiedzi.

Któregoś dnia, gdy nasze dziecko miało iść do szkoły, zaszliśmy do niego z żoną. Zanim nam otworzył, wyraźnie słyszałem nietypowy dźwięk zamykanych drzwi. Biorąc pod uwagę, że znałem w jego domu niemal każde trzaśnięcie, to musiały być drzwi od piwnicy. Gdy tylko weszliśmy, zauważyłem, że dłonie ma pobrudzone ziemią. Kto schodzi do piwnicy, aby tam kopać? Nawet odruchowo pomyślałem, czy w pobliżu nie ma żadnego banku. Cóż, naoglądałem się starych filmów i zbierałem żniwo…

Tego dnia po raz pierwszy spytałem go, czy ma jakąś rodzinę. Milczał. Jakichś znajomych? Tylko się uśmiechnął, patrząc mi w oczy. Siedział przy komputerze, coś pisał i nie za bardzo miał ochotę na rozmowę. W końcu nieśmiało zadałem kłopotliwe pytanie:

– Dlaczego nic o tobie nie wiem?

– Bo nie chcę. – Jego uśmiech był rozbrajający. Potwierdzał to, co wiedziałem od dawna: rządził on, a ja musiałem się podporządkować.

– A kto ci będzie pomagał na starość? – spytałem rozpaczliwie i od razu ugryzłem się w język. – Znaczy, mogę ja, ale nie w tym rzecz.

– Ty to masz swoje życie – odparł ze spokojem. – Pewnie jeszcze z dziesięć lat… – wyraźnie nie dokończył myśli.

– Co ty mówisz?! – podniosłem głos. – Weźmiemy cię do siebie. Ale nie o to mi chodziło. Naprawdę nie masz nikogo, kto mógłby ci pomóc?

– A co cię tak naszło? Wyglądam, jakbym już się wybierał na tamten świat? – Zaśmiał się.

– Posłuchaj, znamy się tyle lat, jesteś mi jak rodzina i teraz, kiedy sam czuję upływ czasu, widząc swoje dorastające dziecko, myślę, że czas pomyśleć o tobie.

– Poproszę inny zestaw pytań. – Nadal się śmiał.

– Inny? A co może być ważniejszego niż przyszłość mojego najlepszego przyjaciela?

– Powtarzam, spytaj mnie o coś innego.

– Ok. – założyłem ręce na przeponę. – Co masz w piwnicy?

Nagle wstał, zrobił grobową minę i rzekł niemal martwym głosem:

– Wyjdźcie, i to już!

– Ale… – chciałem coś powiedzieć, ale ponowił:

– I to już! – Odwrócił się i wyszedł do innego pomieszczenia.

Wiedziałem, że nie ma co napierać. Wyszliśmy i nie pojawiłem się u niego prawie przez miesiąc.

Potem widziałem go zaraz po tym, jak nasz syn wyprowadził się do narzeczonej. Pamiętam, że siedział na kanapie z laptopem na kolanach i coś czytał. Ale pierwsze, na co zwróciłem uwagę, to zapach stęchlizny, którego nigdy w tym domu nie było. Rozejrzałem się, szukając plam na suficie i ścianach spowodowanych przeciekaniem dachu. Na próżno. Przy podłodze również nie zauważyłem czegoś niepokojącego.

– Skąd ten zapach? – spytałem.

– A, taki się jakoś takoś rozniósł. – Uśmiechnął się nieznacznie.

– Potrzeba ci pomocy przy domu?

– Jak będę potrzebował, to dam ci znać, a teraz siadajcie. – Wskazał mnie i żonie dwa fotele, które już wyglądały jak ze staroświeckiego horroru o duchach lub wampirach.

– Pewnie się nie zgodzisz, ale chcieliśmy cię zabrać ze sobą na tydzień na Mazury, bo wybieramy się niedługo – mówiłem tak, bo zdawałem sobie sprawę, jaki z niego samotnik.

– A wiesz co? – Uniósł brwi, co u niego oznaczało ekscytację. – Chętnie. – Uśmiechnął się.

– Poważnie? – Wtrąciła się żona.

– Jak najbardziej. Myślę, że to dobry czas na odetchnięcie od tego domu. – Spojrzał znacząco pod stopy.

– Mówisz… o… – już chciałem zapytać, ale mnie ubiegł:

– To kiedy jedziemy? – Zaśmiał się.

Pojechaliśmy na te Mazury. Ja i żona odsypialiśmy codzienne życie, a Darek wstawał niemal o świcie i robił śniadania. Któregoś dnia poszedł na pomost i pierwszy raz w życiu wędkował. Ślęczał w ciszy zatopiony we własnym świecie i nawet nie zwracał uwagi, gdy któreś z nas przyszło zobaczyć, co u niego. Pod wieczór w końcu przyszedł do chaty z połową wiaderka ryb. Ale żadne z nas do końca nie wiedziało, jak je oporządzić. Dopiero wspólnymi siłami coś zrobiliśmy. I koniec końców wszyscy przyznaliśmy, że Bóg wie, jak dawno nie jedliśmy czegoś tak dobrego. I właśnie przy kolacji zaczął opowiadać coś o sobie. Pierwszy raz.

– Po wojnie wesoło nie było. Kochani bracia zza Buga pozabierali majątki bogatym, zrobili kołchozy, sowchozy, spółdzielnie, Bóg wie, co jeszcze. Moi rodzice stracili prawie czterdzieści hektarów, zostawiono im nędzny ochłap, niecałe pięć. I weź tu, człowieku, godnie żyj z takiego skrawka. A było nas piątka dzieci. Niełatwo wykarmić taką ferajnę. Jaki to był rarytas, gdy w niedzielę ojciec szlachtował koguta na rosół. Ale jednego smaku nie zapomnę do śmierci: jeszcze ciepłego chleba na zakwasie ze świeżą śmietaną i cukrem. Później próbowałem kupić od chłopa taką świeżą śmietanę, chleb, ale to nie to samo. Nie wiem, czy to wszystko teraz smakuje rzeczywiście inaczej, czy to moja wyobraźnia dokłada głębi smaku. I od wtedy już nawet nie próbuję przypominać sobie smaków dzieciństwa, wolę żyć wspomnieniami. – Sięgnął po kubek z dawno wystygłą herbatą i patrząc w dno, westchnął, jakby zobaczył tam cały ciężar swojego życia. – Tuż po wojnie, jak miałem kilkanaście lat, zbieraliśmy z kolegami pociski, których jeszcze nie zdążono sprzątnąć, rozpalaliśmy ognisko z nimi w środku i przeskakiwaliśmy. Kto odważy się ostatni. Tak, tacy byliśmy. I dopiero jak koledze urwało nogę, to pomiarkowaliśmy, żeby przestać. Ale takie zdarzenia odkładają się w psychice, na długo. Nawet po latach człowiek budzi się czasem rano i oczyma wspomnień widzi te okaleczenia…

Potem coś wspominał o wyuczonych schematach, o tym, że człowiek podświadomie powiela to, co widział wcześniej. Na koniec wymamrotał jakieś jedno czy dwa zdania o swojej rodzinie, ale gdy tylko poprosiliśmy o więcej, spuścił głowę, zamilkł i dało się wyczuć, że to temat tabu. Niby powiedział, że ojciec to lub tamto, matka co innego, lecz tak naprawdę były to tylko wzmianki. Nic nieznaczące informacje. Nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że z jego rodzinnym domem wiąże się jakaś niedobra historia.

Po tygodniu wróciliśmy. Dla nas powrót do obowiązków był lekki, bo z naładowanymi akumulatorami, ale on… Zamknął się w domu na ponad tydzień. Tylko raz się odezwał, gdy przez prawie kwadrans dobijaliśmy się do drzwi. Słychać było przytłumione, wymęczone: dajcie mi spokój.

Od tego czasu widywaliśmy go coraz rzadziej. Zwykle nie chciał naszych wizyt, twierdząc, że nie jest w humorze, sam również przestał nas odwiedzać, a i coraz mniej wychodził z domu. Wielokrotnie zastanawialiśmy się, skąd bierze pieniądze, bo nie wyglądało, aby miał stałe źródło dochodów. Frapowało nas także, jak zaopatruje się w jedzenie, czy inne zakupy, gdyż nie widzieliśmy, aby chodził do sklepu. Tylko małe okienko do piwnicy było rozświetlane coraz dłużej i dłużej…

Któregoś razu, gdy po standardowym kwadransie stukania do drzwi nie odzywał się, a po kolejnej godzinie nadal milczał, wezwaliśmy policję i straż. W końcu ujrzeliśmy to, czego można było się spodziewać. Leżał martwy na korytarzu na parterze, zaraz obok tych drzwi, które po raz pierwszy były otwarte. Wokół wszystko, a szczególnie jego ręce zabrudzone ziemią i ta drażniąca woń stęchlizny.

Gdy go zabrali, zostaliśmy tylko ja i żona, jako jemu najbliżsi. W tym starym domu. Z jednej strony tak dobrze nam znanym, a z drugiej z tymi drzwiami.

Siedzieliśmy i rozmawialiśmy dobre trzy czy cztery godziny, zanim zdecydowaliśmy się tam zejść. Bo owszem, ciekawość nas zżerała, ale silniejszy był lęk przed nieznanym, przed złamaniem niepisanego prawa, jakie powinniśmy uszanować.

To, co ujrzeliśmy, pozostało w nas na zawsze. Stało się niemal kolejnym archetypem, który dominuje w naszych umysłach do dziś.

Pośrodku piwnicy była wykopana niemal studnia: okrągły dół o głębokości kilku metrów, z obsypującymi się ścianami i zbierającą się na dnie wodą. I w całej piwnicy nie znaleźliśmy niczego innego. Ani szpadla, ani wiadra do wynoszenia ziemi. Tylko gołe ściany i ten otwór…

Następnego dnia, gdy wróciliśmy, aby nieco posprzątać dom, znaleźliśmy zapisaną, postrzępioną kartkę, która wyglądała jak list pożegnalny. Nie było jednak ani zapisów świadczących, że to testament, ani nic o śmierci. Jedynie tajemnicze pięć słów:

Tylko nie myślcie o piwnicy.

Ciąża

Ciąża

Zarodka, Ludzi, Niemowlę, Ciąża, Sylwetka

– Sam nie wiem, czemu tu przychodzę. Obiecałem, że nie będę tego robił, a jednak jakoś tak muszę. Była Pani mi bliska przez ostatnie kilka lat… Jak sobie przypomnę, jakie były początki naszej znajomości… Chyba Pani zdawała sobie sprawę, że nie przepadałem za Panią. To wysiadywanie na ławeczce było irytujące. Śmiałem się, że mamy sąsiedzki monitoring. A potem poprosiła mnie Pani o pomoc. Nawet nie próbowałem odmówić. Ale tak naprawdę dopiero ze cztery lata temu Panią polubiłem. Jak opowiedziała Pani swoją historię: o domu dziecka, o głodzie w czasie wojny, o tym, jak Panią przesłuchiwała SB…

– Dobra, idę już sobie, niech Pani tam odpoczywa, bo miała Pani ciężkie życie. I proszę czasem o mnie ciepło pomyśleć. – Mariusz poprawił wcześniej postawione znicze, jeszcze rozejrzał się, czy czegoś nie zapomniał, przeżegnał się i ruszył w stronę wyjścia z cmentarza.

Pół godziny później wyszedł z psem na spacer. Był dopiero początek października, a mimo to spadła odrobina śniegu. Właśnie omijał kolejną z poroztopowych kałuż, gdy zadzwonił telefon.

– Halo?

– O której będziesz w domu? – Usłyszał mocno podniesiony, a zarazem mówiony jakby z uśmiechem, głos swojej kobiety.

– Za kilkanaście minut, a co się dzieje? – Stanął w miejscu, czując, jak Puszek wyrywa się na smyczy do przodu.

– Chcę z tobą porozmawiać. To ważne.

– Mów teraz.

– To nie na telefon. Bądź jak najszybciej. Ko… cham cię. – Rozłączyła się.

Mariusz zastanowił się, o co może chodzić, bo już nie pamiętał, kiedy Ewa powiedziała, że go kocha. Ich stosunki były dobre, ale raczej dominowało w nich poczucie humoru, sprawy codzienne, czasem sprzeczki czy drobne kłótnie, a nie uczucia. Tak czy inaczej, rozejrzał się po parku i zawrócił do domu. Puszek również wydawał się niezadowolony z tak szybkiego końca spaceru, bo wyrywał na boki, przystawał co chwilę i zaszczekał jakoś dziwnie. Gdy Mariusz wszedł do domu, podbiegł jego kot i po swojemu przywitał się zarówno z nim, jak i z psem. Mało kiedy tego nie robił, co jak na kota, słynącego przecież z lenistwa i wylegiwania się, było prawdziwie dziwne. Mariusz zdjął buty, odpiął smycz i wszedł do pokoju, gdzie w zupełnej ciszy siedziała Ewa.

– Co jest? – spytał.

– Siadaj – stwierdziła, szeroko się uśmiechając, jednak on wyczuł w tym sztuczność. Zajął fotel, a na kolana od razu wskoczył mu kot Stefan.

– Coś złego? – spytał.

– A czemu ma być złe? Przecież nie wszystko, co pilne, musi być niedobre. A może to miła niespodzianka?… – Zaśmiała się na głos.

Nie pasowało mu to zachowanie. Owszem, Ewa zawsze była zabawna, ale ten śmiech go niemal przeraził.

– No to mów. Zamieniam się w słuch. – Patrzył jej prosto w oczy.

– A gdzie byłeś z samego rana? Znowu tam?

– Tak. Czuję, że chcę tam chadzać.

– Już ci mówiłam, dlaczego to robisz. Ale rób, co chcesz. Twoja sprawa.

– Przestań pieprzyć! Opiekowałem się nią przez ostatnie cztery lata, więc jak ma nie być mi bliska? – podniósł głos. – Już ci nieraz mówiłem, żebyś nie poruszała tego tematu!

– Zostawiła ci mieszkanie i kupę kasy, więc dlatego się nią opiekowałeś. – Znów się zaśmiała.

– Nie pierdol! Gadaj, o co ci chodzi albo nie zawracaj mi dupy!

– Dobrze ci teraz, co? Możesz nie pracować przez kilka lat… Rzuciłeś pracę i masz spokój. Hulaj dusza, co nie? – Zaśmiała się przeraźliwie.

– Praca to moja sprawa! Stać mnie na dłuższy odpoczynek. – Odwrócił głowę w wyrazie dezaprobaty. – No gadaj, o co chodzi!

– Jestem w ciąży – odparła o ton ciszej.

– Słucham?! – zmarszczył twarz w wyrazie niedowierzania.

– Dobrze słyszysz.

Nagle coś w Mariusza wstąpiło. Przez chwilę siedział nieruchomo, twarz zaczęła mu purpurowieć, zacisnął pięści i z zaciśniętym gardłem powiedział:

– Przecież, kurwa, pytałem, czy bierzesz pigułki? Co jest, do kurwy nędzy?! – Wstał i niemal krzyczał. – A jak chciałem założyć gumkę, to mówiłaś, że nie, że nie trzeba, że bez tego lepiej czujesz!

– Nic na to nie poradzę. Jestem w ciąży i już – również podniosła głos, ale znacznie mniej.

– Nie chcę, kurwa, o tym wiedzieć! – wrzeszczał na cały głos. – Rób se, co chcesz! Nie wiem… Pojedź za granicę się wyskrobać! Mnie jest wszystko jedno! Nie chcę słyszeć o tym dziecku! Rozumiesz?

– Chcę ci przypomnieć, że to również twoje dziecko – mówiła głośno, ale niepewnie. – Skończy ci się ten twój luz. – Ponownie się zaśmiała. – Co, myślałeś, że teraz będziesz mógł nic nie robić, nie być za nic odpowiedzialny?

– Wynoś się, i to już! – ryknął, podszedł do niej, chwycił za ubranie i pociągnął w stronę wyjścia.

– Lecz się, człowieku! – mówiła drżącym głosem. – Moja mamusia ci da! Wiem, że się jej boisz! A ona jak się wkurzy, to nie daj Boże! Cienko będziesz przed nią śpiewał!

– Specjalnie próbujesz mnie złapać na ciążę. Pieniądze ci zawróciły w głowie! Pieniądze i to mieszkanie! Wypierdalaj! – Wypchnął ją za próg, rzucił na podłogę kurtkę i buty, i zatrzasnął drzwi.

Poszedł do lodówki, wziął flaszkę, popitkę i zasiadł w pokoju przed telewizorem. Wielokrotnie pytał Ewę o te cholerne pigułki oraz czy nie użyć prezerwatywy, bo bał się odpowiedzialności. A może nawet nie tyle się bał, co chciał jeszcze nadal być jak najbardziej niezależny, a dziecko to wielkie uwiązanie. I Ewa wielokrotnie zapewniała go, że dziecka nie będzie, aż tu nagle bach! Już nawet nie tyle świadomość ciąży go rozwścieczyła, co podejście Ewy. Bo gdyby to powiedziała inaczej, może jakoś by przetrawił. A ona zaczęła przecież od pretensji o wizyty na cmentarzu. Druga sprawa, że teraz, po śmierci pani Bogusi, chciał nacieszyć się wolnością, ponieważ ostatnie cztery lata to ciągła opieka, łącznie ze zmienianiem pieluch przez kilka tygodni. Siedział skulony w fotelu, pił wódkę z gwinta, a telewizor szczekał poza świadomością. Czuł, że go za bardzo poniosło. Pierwszy raz w życiu zachował się w taki sposób. Czy to oznacza, że jest złym człowiekiem?… Zdecydowanie gryzło go sumienie. Jak nigdy dotąd. Gdy kończył flaszkę, rozpłakał się. I jeszcze bardziej skulił w kłębek. Zasnął wkrótce na siedząco.

Kilka godzin później obudził go szczęk rozbitego szkła. Po dłuższej chwili, będąc wciąż pijany, zwlókł się z fotela, wsunął stopy w kapcie i zataczając się, powolutku poszedł sprawdzić, co się dzieje. W kuchni, na środku podłogi leżały odłamki szkła. Spojrzał na szafkę powyżej. To jego ulubiona waza, którą dostał od pani Bogusi. Na progu kuchni stał na ugiętych łapach Puszek i skomlał. Jedyny raz słyszał u niego takie skomlenie, gdy umierała pani Bogusia. Pewnie Stefan zrzucił tę wazę, szukając jedzenia, bo przez to zapicie Mariusz całkowicie o nim zapomniał. Już chciał sięgnąć po szczotkę i szufelkę, gdy zobaczył na blacie zrobiony solą napis:

PRZESADZIŁEŚ!

Nogi się pod nim ugięły. Natychmiast się rozejrzał. Ale nikogo nie było. Wyskoczył z kuchni i sprawdził inne pomieszczenia. Pusto.

„Co się, kurwa, dzieje? – pomyślał.”

Poczuł, że mu się kręci w głowie. Doznał jakiegoś pomieszania zmysłów. Miał wrażenie, że zaraz zwariuje. Wrócił do kuchni, chwycił z lodówki sześciopak piwa i za chwilę zapadł się w fotelu. Spojrzał na mały zegarek stojący na półce z książkami i go zamurowało. Wskazówki drgały, ale nie przeskakiwały do przodu, stały w miejscu. Pewnie baterie były na wyczerpaniu. Od razu przez głowę przebiegło mu setki myśli. Odstawił piwo i poszedł jeszcze raz zerknąć na ciąg liter. Czyżby to pani Bogusia zza grobu zwracała mu uwagę? Ale nie, raczej nie ona, bo pisała okrągłe drukowane „A”, a tu było szpiczaste. Więc kto? Rozejrzał się, czy nadal nikogo nie ma w mieszkaniu. W kuchni zegar ścienny również przestał chodzić. Zacisnął pięści, jakby sprawdzając, czy nadal jego percepcja jest prawidłowa. I nagle go olśniło. Przecież Ewa ma klucze i to mogła być ona. Ale czy odważyłaby się jeszcze tu przyjść? Albo czy w ogóle pozwoliłby jej na to honor? Wrócił na fotel i duszkiem wypił jedno piwo, potem błyskawicznie drugie. Podczas trzeciego poczuł, że zasypia.

Chwilę później ponownie obudził go hałas. Ale zanim doszedł do siebie, minęła dłuższa chwila. Gdy wstawał, usłyszał coś jakby przekręcanie zamku w drzwiach. Tym razem, z każdym krokiem przyspieszając, w samych skarpetkach ruszył do przedpokoju. Nikogo tam nie było. Ale na progu łazienki stał na ugiętych łapach Puszek i ponownie skomlał. Mariusz błyskawicznie spojrzał do łazienki. W wannie leżała zrzucona szafka, a obok porozbijane buteleczki z perfumami i kosmetykami. Wstrzymał z nerwów oddech, podskoczyło mu ciśnienie, ale równocześnie poczuł smród kału. Spojrzał na podłogę. Był tam zrobiony gównem napis:

NIE DAM CI SPOKOJU!

Błyskawicznie zatrzasnął drzwi, zabrał ze sobą Puszka i ponownie zasiadł na fotelu. Kto się z nim tak zabawia? To na pewno pani Bogusia. Bo przecież prosiła go, aby nadal był tym samym człowiekiem, by dbał o Ewę i nie myślał o tych pieniądzach. Ale czy ona zniszczyłaby swoją wazę? Poza tym szafka była ciężka i ktoś w jej wieku nie dałby rady. Ewa też nie dałaby rady. Jeszcze ten napis kałem… Kogoś musiał naprawdę wkurzyć.

Po chwili zwlókł się z fotela, chwiejnie założył kurtkę i buty, zapiął Puszkowi smycz i chwycił za klamkę, aby wyjść na spacer. I nagle dostrzegł, że górny zamek został zamieniony na Gerdę. Złapał za pokrętło, ale było zablokowane. Przypomniał sobie, że jeśli zamknie się go na dwa spusty od zewnątrz, nie da się otworzyć od środka. No to go ktoś urządził… Był uwięziony. Na dobre. Puszek przytulił się do jego nogi i kolejny raz przeraźliwie skomlał. Mariusz osunął się na podłogę i zapłakał. Po raz kolejny czuł wyrzuty sumienia z powodu Ewy. Jeszcze na dodatek ktoś starał się strachem wymusić na nim te wyrzuty sumienia. Chyba mu się udało. Po chwili z małego pokoju wyszedł Stefan i miaucząc, ocierał się o nogi. Mariusz przytulił oba zwierzaki i jeszcze bardziej zapłakał. Wkrótce przeszedł na fotel i dopił resztę piwa. Ponownie poczuł, że traci przytomność.

Obudziło go trzaśnięcie drzwi. Zerwał się błyskawicznie i pobiegł sprawdzić. Cała podłoga przedpokoju zawalona była ubraniami wyciągniętymi z szafy, a każde porwane, pocięte, postrzępione. Na dodatek front szafy, lustrzane drzwi pokrywał wielki pająk potłuczenia. Na drzwiach wejściowych zaś widniał wykonany szminką napis:

PO TOBIE!

To całkowicie go obudziło. W pokoju wyciągnął paczkę papierosów, którą trzymał na czarną godzinę, i poszedł na balkon zapalić. Wypalił jednego i pod koniec drugiego do jego uszu dobiegł przeraźliwy wrzask kota. Zdusił papierosa i wbiegł do domu. Na środku małego pokoju leżał Stefan z poderżniętym gardłem. Jeszcze się szamotał, jeszcze próbował wstać, jeszcze w oczach widać było życie. Ale wkrótce znieruchomiał. Na zawsze. A wokół czerwieniła się kałuża krwi. Mariusz pobiegł do łazienki zwymiotować, po drodze wdeptując w gówniany napis. Kręciło mu się całkowicie w głowie i to nie z powodu alkoholu, którego przecież wypił ogrom, ale z emocji. Rzygał dłuższą chwilę. Potem zawisł nad sedesem, zrobiło mu się słabo, już zaczął tracić świadomość, gdy usłyszał skowyt Puszka.

Zerwał się i wybiegł z łazienki. Na środku przedpokoju Puszek leżał martwy z wbitym w klatkę piersiową nożem. A z klosza przy suficie, dyndając, zwisał sznurek, na końcu którego przywiązany był pentagram. Mariusz po raz kolejny osunął się na podłogę, skulił w kłębek i zaczął wyć wniebogłosy. Ton jego głosu przypominał ryk niedźwiedzia. Dotarło do niego, kto stoi za tym wszystkim. To niedoszła teściowa. Ewa mówiła, że mamusia mu da! Bo przecież ta kiedyś była sportsmenką, więc miała dość siły na to wszystko. A charakteru też jej nie brakowało. Ewa dała jej klucze i teściowa w zemście niszczy całe jego życie. Płakał, bardzo. Nie, nawet to już nie był płacz, co niespotykany szloch bezsilności i wściekłości zarazem. Czuł w gardle, jakby połknął papier ścierny. Zacisnął powieki i zdał sobie sprawę, że teraz już cholernie mocno żałuje tego, jak potraktował Ewę. Cała jego chęć życia bez zobowiązań stłumiona została przez wyrzuty sumienia. Teraz pragnął tego dziecka. Pragnął też Ewy.

Już powoli zaczął się uspokajać, gdy poczuł coś dziwnego na lewej dłoni. Jakby coś szorstkiego po niej przejeżdżało. Coś szorstkiego, mokrego i ciepłego. Z jednej strony bał się otworzyć oczy, ale lęk w końcu zadziałał odwrotnie i zmusił go do tego. Spojrzał.

Siedział nadal w fotelu, obok stało niedokończone piwo, a po dłoni lizał go Puszek.

Za ścianą

Za ścianą

Wiara, Śmierć W Wenecji, Duch Święty, Chrześcijaństwo

Szara płachta papieru leży gdzieś w zaułku. Są na niej rysunki. Jedne wyraźne, narysowane twardym ołówkiem, z dwiema szczęśliwymi postaciami, drugie rozmazane, pociągnięte węglem, z czymś, czego nie umiem rozpoznać, a jeszcze inne to bardziej plamy i rozmycia.

To, co dzieje się za ścianą, przyprawia mnie o pomieszanie zmysłów. To dla mnie zbyt dużo. Zamknąłem te drzwi i zniknęła mi z oczu. A tak chciałbym ją jeszcze zobaczyć. Czasem areszt domowy jest nie dla osoby zamkniętej, ale dla tej, która musiała ją zamknąć.

Prawie nie zmrużyłem oka. Tylko moment lewitowałem gdzieś w czasoprzestrzeni, próbując zrozumieć, jak to się dzieje, że gdy otwieram powieki, wszystko jest inne niż przed chwilą – łóżko zwyczajne, stół normalny, to samo biurko i fotel, nawet kot taki zwykły, dachowiec. Patrzę na zegarek: czwarta dwadzieścia. Mówili, że to kwestia godzin. Wypuszczam powietrze, słysząc szum, który zakłóca to, co najważniejsze. Coś zgrzytnęło! Z której to strony?! Ale istnieje tylko ten jeden kierunek. Miałbym ochotę zburzyć ścianę, połączyć pokoje w całość, być tam, ale obiecałem, że nie będę patrzył. A każda komórka nerwowa mózgu się tego domaga.

Staram się sobie tego nie wyobrażać, choć trudno utrzymać umysł na wodzach; jest jak dziki kot zamknięty w klatce: szamocze się, rzuca nerwowo, wydaje pomruki – są ostrzeżeniem dla innych czy dla niego samego? Ale w mojej głowie pojawiają się niechciane obrazy, każdy z nich niby niezwiązany, odległy, a nie wiedzieć czemu czuję w nich to, co nieuniknione.

Chciałbym pamiętać ten pierwszy dzień i pierwszą noc, znów cieszyć się jak wtedy, odnowić to, co najpiękniejsze, lecz odbijam się z hukiem od twardej ściany emocji. Przyszłość jest najsilniejsza. Tyka niesłyszalnym, lecz najgłośniejszym przeskakiwaniem wskazówek. Staram się nie myśleć o tym, co obok, jednak wewnętrzny wzrok jest tam wlepiony, zahipnotyzowany monotonią. Kiedyś wyobrażałem sobie dokładnie, jak mógłbym się zachować w podobnej sytuacji – wszystko było ułożone w swej beznadziejności, dojmujące smutkiem. Ale rzeczywistość jest inna. To nie smutek, nie rozpacz. To pomieszczenie bez wyjścia z zaciskającymi się ścianami.

Zamykam oczy, pragnąc choć na chwilę odpłynąć, przyśnić obraz z dzieciństwa, gdzie wszystko było proste i bezpieczne, ale widzę tylko jedno: unoszącą się na wietrze płachtę szarego papieru. Najpierw podrywa się o metr w górę, skręca w lewo, potem w prawo, znów się unosi, by zatoczyć wielkie koło w wirze emocji. W końcu kieruje się w stronę słońca, przesłania blask, dając łunę dookoła i dziwny cień ogarniający całą moją postać. Tylko ruchoma kamera umysłu z wyraźnie widocznymi brzegami kadru, drżąc, kieruje się za tą płachtą, aż z ostrzeżeniem wyczerpanej baterii gaśnie…

Budzę się z gwałtownym ściśnięciem żołądka. Piąta za pięć. Czyli przespałem pół godziny. Chociaż tyle dobrego. A co, jeśli już po wszystkim? Wsłuchuję się w niesłyszalne dźwięki. Jest ich sporo. Bardzo dużo. Jedne przypominają szuranie kapciami o podłogę, inne odchrząkiwanie, a kolejne to odgłosy przyrządzanej porannej kawy; czajnik zaczyna szumieć, łyżeczka dzwoni o kubek, nawet słyszę nuconą melodię, która była ze mną od momentu, gdy się poznaliśmy. A może to wszystko mi się przyśniło i cały czas jest jak kiedyś, bez tych cholernych zmian? Już odkrywam kołdrę, chcę się poderwać, sprawdzić, ale leżące obok zdjęcie rentgenowskie płuc nie pozostawia złudzeń.

Od trzech dni nie wyszedłem z domu. Siedzę w tym przeklętym pokoju – przecież obiecałem, że nie będę patrzył. A chciałbym wsiąść w samochód, zatankować do pełna i popędzić, gdzie los poniesie, oby jak najdalej, bo skoro nie mogę być blisko, to może odległość złagodzi te łączące nas, a teraz nie do wytrzymania więzi. Pojechać w góry, wdrapać się na najwyższy szczyt i dać się pochłonąć otaczającej przestrzeni.

Dobiega do mnie dziwny jęk. Takiego jeszcze nigdy nie słyszałem, nawet nie potrafiłbym sobie wyobrazić. Niesie wszystko, co mroczne, co zapowiedziane. Dobiega zza ściany? Nie, to kolejny raz umysł płata mi figle. Przekręcam się na brzuch, wtulam twarz w poduszkę, chcę uciec od wszystkiego. Szum w głowie narasta, ale nie zagłusza tego jęku.

Nagle słyszę swoje imię. Wyraźnie i głośno. Zrywam się z łóżka, już chcę biec w tamtą stronę, ale w pamięci dudni błaganie, abym był z dala. A co, jeśli zmieniła zdanie? Moja druga połówka. Jedyna, od zawsze. A jeśli chce mnie obok siebie? Wypowiada moje imię z bólem, wręcz ze skurczem całego ciała – na wydechu. Ostatnia głoska się urywa, przeistaczając w moim umyśle w łagodne: kocham cię.

I wszystkie dźwięki ustają. Padam bezsilnie na łóżko. Nawet wskazówki zegarka zamierają w bezruchu.

Ania nuci swoją ulubioną melodię. Jesteśmy znów razem.

Tylko unosząca się płachta szarego papieru faluje coraz wyżej i wyżej. Płynie w stronę światła. I znika wchłonięta przez wieczność.

Kiełbasa

Kiełbasa

Co jest prawdziwym życiem?

Uprzejmości, kurtuazja i rytm czy walka, aby przetrwać?

Zombie, City, Apokalipsa, Horror, Zombies

Położyłem się spać. Oto co mi się przyśniło.

Wstaję z łóżka i chcę coś zjeść. Otwieram lodówkę. Leży w niej kilka pomidorów na środkowej półce, a na samej górze mięso, które kupiłem poprzedniego dnia. Wieprzowe. Owinięte w biały papier. Wycieka z niego woda zmieszana z krwią. Na samym dole spostrzegam oblaną tym płynem kiełbasę. Kiedy po nią sięgam, ta zamienia się w szczypce homara, które chcą złapać mnie za rękę. Próbuję tego jeszcze kilka razy i ciągle to samo. Rezygnuję z jedzenia i kładę się spać.

Wstałem rano. Na dworze wiał silny wiatr. Pamiętając sen, podszedłem do lodówki, urwałem kawałek kiełbasy, wziąłem pomidora i zjadłem. Poszedłem do pracy.
– Dzień dobry Panie Szetan.
– Dzień dobry Pani X.
– Jak się Pan miewa?
– Dziękuję, doskonale, a co u Pani?
– Też wszystko w porządku, dziękuję.
– Cieszę, się i życzę miłej pracy.
– Nawzajem.
Podpisałem listę w sekretariacie i udałem się do pokoju. Tam, zmagając się z codziennymi obowiązkami, doczekałem godziny siedemnastej, która, jeśli muszę wyjaśniać, jest początkiem wolnego.
Wróciłem do domu, obejrzałem transmisję z meczu piłki nożnej zupełnie nieznanych drużyn. Wyszedłem do knajpy na spotkanie ze znajomymi, wróciłem i dzień się skończył. Usnąłem.
Siedzę przed blokiem, na schodach, kiedy przechodzi mocno pijany młodzieniec. Siada na piaskownicy i myli przechodniów z pewną męską częścią ciała albo przyrównuje czyjąś matkę do kobiety lekkich obyczajów. Kilka chwil później podchodzi do niego bezpański pies. Nieświadomy obecności świata młody człowiek zaczyna go przytulać, a po chwili płakać. Trwa to parę minut, aż chwyta czteronożnego przyjaciela za łeb i z rozpędem wbija zęby w jego szyję. Szamotanina, moment i koniec. Ot kilkanaście sekund. Kundel pada, a dzielny wojownik wstaje, ociera się z krwi i odchodzi.

Obudziłem się. Na zewnątrz siąpił deszcz. Podszedłem do lodówki, urwałem kawałek kiełbasy, wziąłem pomidora i zjadłem. Poszedłem do pracy.
– Dzień dobry Panie Szetan.
– Witam Panią, Pani X.
– Jak dzień?
– Doskonale, dziękuję, a u Pani?
– Także nie najgorzej.
Podpisałem listę i rozpocząłem robotę. Załatwiłem kilka bardzo ważnych spraw, które wbrew oczekiwaniom nie były trudne. Spojrzałem na zegarek. Była szesnasta pięćdziesiąt. Byłem u stóp wolności. Potem usłyszałem z radia pięć krótkich dźwięków, a następnie ktoś podał czas. Wyszedłem.
W domu znalazłem się błyskawicznie. Zjadłem obiad i powędrowałem na wystawę. Wróciłem około dwudziestej pierwszej. Obejrzałem film. Silny mężczyzna, bił złych ludzi. Fakt, robili źle, więc im się należało. Film dobrze się skończył, bo ten muskularny, uratował kobietę i wkrótce potem się pobrali. Wskoczyłem do łóżka. Zasnąłem.
Piękna kobieta. Fajna! A jakie nogi!… Idę z nią do jej domu. Cóż za ciało!… Nie ma co! Dwie godziny i jeszcze nie mam dość! Po wszystkim ona wstaje, prosi o pięćdziesiąt dolarów, a następnie, kiedy już je otrzymuje, otwiera torebkę, wyjmuje rewolwer i mówi:
– Obiecałam sobie, że to będzie ostatni raz!
Przykłada sobie do skroni i naciska spust.

Wstałem z łóżka około siódmej rano. Za oknem było szaro i mgliście. Podszedłem do lodówki, urwałem kawałek kiełbasy, wziąłem pomidora i zjadłem. Pojechałem do pracy.
– Dzień dobry Panie Szetan.
– Moje uszanowanie.
– Jak minęła noc?
– Bardzo dobrze, a czy Pani też wypoczęła?
– Oczywiście.
Podpisałem listę i za chwilę byłem za biurkiem. Kilka telefonów, parę e-maili, dwa krótkie spotkania z klientami i rozmowa z prezesem. Zasiedziałem się i kolega zwrócił uwagę, że już po piątej. Wyszedłem.
W telewizorze kreskówki. Super! Najbardziej mi się podobało, jak ten królik poleciał na księżyc. Śmiałem się jak dziecko. Potem czytałem książkę, w której byli dobry i zły człowiek. Zły był zły, a dobry – dobry. Zły robił źle, a dobry – dobrze. Zły miał czarne kręcone włosy, a dobry był siwy. Dobry nie mógł sobie poradzić ze złym, bo ten drugi odnajdywał przyjemność w prześladowaniu pierwszego. Pod koniec, prześladowca wpadł we własne sidła i trafił za kratki. Siwy wyjechał nad morze, aby odpocząć i tam zakochał się w najpiękniejszej na świecie babce. Dokończyłem czytać i poszedłem spać.
Znajduję zegarek. Bardzo ładny. Chyba jest to Omega. Zakładam na rękę. Potem idę po drewnianych balach, przełożonych nad wykopem, tworzących kładkę. Chwieję się. Lewą ręką pocieram o biodro, a zegarek odpina się i spada w piach poniżej. Ostrożnie schodzę, aby go odszukać. Jest! Ale dziwne… Oprócz niego znajduję jeszcze przynajmniej ze dwadzieścia innych cykaczy. Jedne stare, z poobdzieranymi kopertami, inne nowiutkie. Zabieram wszystkie. Kiedy wracam do domu i kładę się, one zaczynają mnie denerwować. Nic dziwnego! Noc, cisza, a one terkoczą! Kto je wymyślił?! Postanawiam je wszystkie schować głęboko do szuflady. Taki swoisty knebel. Uf… Wreszcie mogę zasnąć. Budzę się rano i co? Otwieram szufladę, a tu zamiast zegarków są rachunki ze sklepów spożywczych. No tak. Nigdy ich nie wyrzucam, aby w ten sposób kontrolować swoje wydatki. Nic szczególnego. Jeden z nich jest za chleb, jajka, sok pomidorowy i masło. Inny za pięć piw i kiełbasę. Trochę dziwi mnie ta metamorfoza. A gdzie zegarki?

Obudziłem się. Nie patrząc za okno, podszedłem do lodówki i ku mojemu zdziwieniu zabrakło kiełbasy. To już koniec…