Za ścianą – recytacja

Za ścianą – recytacja

Recytacja mojego opowiadania z muzyką też mojego autorstwa. Jest to zapowiedź książki „CZERŃ NORMALNOŚCI” – zbioru opowiadań – która ukaże się jesienią. To zbiór tekstów psychologicznych, a motto przewodnie brzmi:
” — Nienawidzę tych idiotów, którzy chcą odstrzału dzików. — Trzasnęła za sobą drzwiami, wchodząc do kliniki aborcyjnej…”
A oto inny fragment z opowiadania tytułowego:
„Zwyczajny człowieczy żywot, pełen błędów, potknięć, grzeszków czy nawet wielkich grzechów. Bo czym byłaby najdoskonalsza konstrukcja natury bez niedoskonałości? Powtarzalnym stemplem spod ręki zblazowanego urzędnika błękitu? Może efektem rytualnego obrzędu zwanego miłością?”

Czyja wina

Czyja wina

grzech, wina, wirus

Kiedy Sławek, który nie miał kolegów ani koleżanek oraz był skłonny do depresji, wyznał Agnieszce miłość, wyśmiała go. Uciekł do domu i popełnił samobójstwo. Większość rówieśników winiła Agę.

Dwa lata wcześniej Adrian zakochał się w Ali. Mieli po osiemnaście lat i całe życie przed sobą. Zaprosiła go na wycieczkę rowerową poza miasto. Po drodze spytała:

– Jak wyobrażasz sobie przyszłość?

– Gdy zamknę oczy, widzę, jak stoimy na placu pełnym bawiących się ludzi, nad głowami strzelają fajerwerki, a my pijemy szampana w tę sylwestrową noc, dzieci zostały pod opieką mojej mamy.

Ala spuściła głowę i nie powiedziała ani słowa.

Dojechali na cichą polanę w środku lasu, gdzie rozbrzmiewały dźwięki wilg i dzięciołów, pachniało runem leśnym, a oczy cieszyła żywa zieleń. Adrian usiadł obok Ali, objął ją ręką i chciał pocałować. Podskoczyła, jakby usłyszała oszczerstwo na swój temat, i ryknęła:

– Co ty sobie wyobrażasz?! Kurduplu, myślisz, że mi się podobasz? Jesteś godny pożałowania!

Chłopak nie wytrzymał i czym prędzej odjechał. Dziewczyna, kiedy już doszła do siebie, gorzko zapłakała.

Rok później Adrian poderwał inną dziewczynę, Agnieszkę, przespał się z nią i porzucił. Nie wychodziła po tym przez tydzień z domu. Od tego dnia Aga traktowała chłopaków przedmiotowo, nie chciała mieć z nimi nic wspólnego.

Czyja więc była wina?

Zapoczątkowała to Ala, mówiąc Adrianowi ostre słowa. Potem to przeszło na z Adriana na Agnieszkę. Aż w końcu z Agnieszki na Sławka. I na nim się zakończyło.

Zło, a więc w konsekwencji wina, jest jak wirus, przenosi się z osoby na osobę. Wystarczy odrobina słabości, aby nami zawładnęło.

I stąd KTOŚpowiedział: musicie być silni!

Ale czy oby na pewno Ala była pierwsza?

Cały ty

Cały ty

Liny, W Niewoli, Modelu, Ręce, Kobieta, Fikcja, Pomysł

Przedstawiam swoje stare opowiadanie.

Tekst jest przeznaczony tylko dla osób pełnoletnich

* * * *

Poznałam cię w Arsusie na wieczorku autorskim z okazji wydania mojej pierwszej książki. Stałam niemal nieruchomo, ludzie podchodzili, gratulowali. Czułam się jak manekin. Przed oczyma miałam mgłę, w zasadzie nie widziałam twarzy, tylko puste postacie przelewały się jak bohaterowie kreskówek. Pamiętam, że dwa dni szykowałam się do tego wydarzenia. Najpierw kosmetyczka, solarium, potem fryzjer, kupno nowych ciuchów, aż wreszcie wizyta u terapeuty. Mówił, żebym się nie przejmowała, bo moja książka to nie ja, to tylko wytwór wyobraźni i intelektu. Ale jak tu się nie przejmować, skoro prawie rok nad nią pracowałam? Poza tym zawarłam tam samą siebie.

I nagle przede mną stanąłeś, wyciągnąłeś dłoń i niepewnym głosem gratulowałeś sukcesu. To jedyna rzecz, jaką zapamiętałam z tego wieczoru – ta niepewność ponad miarę. A przecież głównym bohaterem mojej książki jest zagubiony, nieśmiały i nieco chaotyczny mężczyzna. Pamiętam, że odruchowo spojrzałam ci w twarz i widziałam faceta, którym należy się zaopiekować. Już chciałam dać ci egzemplarz książki z autografem i numerem telefonu, gdy wyciągnąłeś wizytówkę i cichutko stwierdziłeś:

– Jakby pani wydała coś jeszcze, to proszę dać mi znać. Albo po prostu proszę zadzwonić.

Zatkało mnie. Na przekór wszystkim tak zwanym standardom osiadłeś w mojej wyobraźni na dobre. Standardom, bo chyba nie tak powinien wyglądać mężczyzna sukcesu pasujący do kobiety, która taki sukces właśnie odnosi.

Potem godzinami siedziałam w domu, zastanawiając się, czy to już pora, aby zadzwonić. Wielokrotnie wybierałam twój numer, by od razu zrezygnować. Już pierwszego dnia znałam go na pamięć. Aż wreszcie drugiego dnia, gdy wróciłam od koleżanki podpita, zadzwoniłam. W zasadzie nie wiem, co mówiłam, pewnie same dyrdymały, ale czy to ma jakieś znaczenie? Najważniejsze, że umówiliśmy się w najbliższy weekend do kawiarni. Teraz mi się wydaje, że ja to zaproponowałam, chociaż pewna nie jestem.

I spotkaliśmy się. Pamiętam, że szłam na to spotkanie na miękkich nogach, w głowie układałam, jak poprowadzę rozmowę, ale także wyobrażałam sobie naszą przyszłość. Całe życie śmiałam się z podobnych zachowań, a wtedy sama to robiłam – fantazjowałam o wielkiej miłości. Wszystkie te durne harlequiny, które przeczytałam tylko po to, aby wiedzieć, jak mam nie pisać, przejęły władzę nad moją własną wolą. I prawdę powiedziawszy, podobało mi się to, i to bardzo. Gdy zbliżałam się do knajpy, o mało nie wpadłam pod samochód – tak bardzo odpłynęłam. Na koniec jeszcze przejrzałam się w oknie wystawy sklepu z sukniami ślubnymi, porównując się do stojącego tam manekina i weszłam. Co było dalej, nie wiem. Pamiętam jedynie poszczególne słowa, reszta to jeden wielki szum w głowie.

Natomiast doskonale pamiętam ten pierwszy wspólny raz, gdy tydzień później dałeś się zaprosić na kawę po tym, jak odwiozłeś mnie do domu. Nie przypuszczałam, że trzydziestoletni facet może tak długo ciągnąć grę wstępną. Chyba z godzinę. W pewnym momencie już bałam się, że dojdziesz, nie doprowadziwszy do pełnego zbliżenia. Bo ja była bliska, pierwszy raz w życiu w trakcie samych pieszczot. A kiedy skończyłeś, to i skończona byłam ja. Skończona na wszystko poza odpoczynkiem. I leżeliśmy chyba ze dwie godziny bez słowa, przytuleni do siebie i nawet twój ostry zapach potu nie przeszkadzał. Pierwszy raz w życiu czułam całą sobą, że ten zapach to dowód na to, że się nie oszczędzałeś, że harowałeś, aby mi było dobrze. Sama nie wiem, w którym momencie usnęliśmy. Pamiętam tylko, że ostatnią myślą było, że Bóg jednak istnieje.

Niespełna pół roku później przestałeś się u mnie pojawiać. Pierwszego dnia nie panikowałam, ale ogarnęła mnie gonitwa myśli. Drugiego, gdy nadal nie odbierałeś, pojechałam, lecz odbiłam się od drzwi. Trzeciego obdzwoniłam wszystkich twoich znajomych, do których miałam numery, to również nie przyniosło rezultatu. Czwartego odwiedziłam twoich rodziców i dowiedziałam się, że matka ci zmarła bardzo nagle. Wróciłam pod twoje drzwi i dobijałam się, dopóki nie otworzyłeś. Wyglądałeś strasznie – zarzygany sweter i spodnie, w jednej skarpecie i z papierosem w kąciku ust, a przecież tak rzadko widziałam cię palącego. Nie chciałeś mnie wpuścić, ale okazałam się silniejsza. Zresztą po czterech dniach chlania, bez jedzenia i wypaliwszy kilka paczek, byłeś słabszy od każdego. A przynajmniej mniej zdecydowany w działaniach. Zaprowadziłam cię do łazienki, wykąpałam, a potem zataszczyłam do łóżka, bo tak cię rozebrała ta ciepła woda. I chyba ze dwie godziny siedziałam obok, głaszcząc cię po włosach, a ty pochrapywałeś. Tylko od czasu do czasu zrywałeś się i wymiotowałeś do miski, którą trzymałam przy łóżku. Sama tej nocy spałam niewiele. Dopiero nad ranem zasnęłam na podłodze na kocu.

Na naszej podróży poślubnej byliśmy na Krecie. Do dziś mnie śmieszy, że można tak wypoczywać na tym małym ssaku. Żartowałam też, że dobrze, iż nie polecieliśmy na Majorkę, bo byłabym zazdrosna o tę wojskową. Drugiego dnia siedzieliśmy przy kolacji, już szykowałam się psychicznie do wieczornych figli, gdy jadalnię wypełnił twój głos o tonie, którego nie znałam:

– Miałaś mi przypomnieć, żeby zadzwonić do ojca! – krzyknąłeś, aż przeszedł mnie dreszcz.

Wstałeś gwałtownie od stołu, z dłońmi zaciśniętymi na sztućcach i spojrzałeś na mnie w taki sposób, że zobaczyłam kogoś innego.

– Przepraszam, zapomniałam, nie wiem, co powiedzieć – zareagowałam odruchowo, rozglądając się po innych osobach siedzących z nami.

Rzuciłeś sztućce z hukiem na talerz, odepchnąłeś stojące za plecami krzesło, które przesunęło się po posadzce ze zgrzytem, i odszedłeś w stronę plaży. W pierwszym momencie chciałam za tobą iść, ale nasza sąsiadka złapała mnie za rękę. Dokończyłam więc kolację, a każdy kęs smakował, jakbym przełykała wywar z piołunu. Potem poszłam do pokoju i zapłakałam. Swoim zaniedbaniem zniszczyłam wszystko, co udało się do tej pory osiągnąć.

Postanowiłam więc od tego momentu starać się jeszcze bardziej. Bo tak być przecież nie może, że coś jest przeze mnie. Nie dość, że komuś przykro, że nie zadzwoniłeś, to jeszcze ty tracisz panowanie, a wiadomo, że po śmierci matki masz ciężej niż ja, niż ktokolwiek. I tak po powrocie zaczęłam ci wieczorem szykować śniadanie na następny dzień, bo zwykle wstawałeś wcześniej. Przez pewien czas było w porządku, aż któregoś dnia, wychodząc do pracy, rzekłeś:

– Mogłabyś zrobić mi czasami coś ciepłego na śniadanie.

Wstałam natychmiast, aby to naprawić, ale ty właśnie wychodziłeś. Trzaśnięcie drzwiami przeszyło mnie na wskroś, było jak wielki policzek. Dlaczego, do jasnej cholery, sama o tym nie pomyślałam? Przedpokój zaczął rozmazywać się w jedną wielką mgłę. Przywarłam plecami do ściany, w głowie zawirowało i osunęłam się bezsilnie na podłogę. Przybrałam pozycję embrionalną i płacz mnie pochłonął. Widziałam tylko w myślach pogrzeb mojego ojca.

Jakiś czas później, gdy byłam w trzecim miesiącu ciąży, zaczęłam z samego rana wymiotować. W tym samy czasie gotowałam ci mleczną zupę. I niestety wykipiała.

– Jak sobie nie radzisz, to poproś mnie o pomoc, zamiast udawać, jaka jesteś niezastąpiona – stwierdziłeś, zaglądając do łazienki.

– Już wychodzę, poczekaj, zrobię ci nową.

– Nie, będzie za późno, zjem coś na zimno.

– Ale naprawdę…

– Lepiej doprowadź się do porządku, bo nie chcę, abyś zarzygana robiła mi coś do jedzenia.

Zatkało mnie. Faktycznie chciałam tylko przemyć twarz, przepłukać usta i jak gdyby nigdy nic zająć się twoim śniadaniem. Jaka ze mnie bezmyślna baba! I jaka roztargniona!

Byłeś w pracy, gdy wezwałam taksówkę i pojechałam na porodówkę do szpitala na Madalińskiego. Mówiłeś, że chcesz być wtedy blisko, nie przy samym porodzie, ale blisko. Nie zadzwoniłam jednak, bo wiedziałam, jak praca jest dla ciebie ważna. W życiu nic mnie tak nie bolało. Aż miałam trudności ze złapaniem ostrości wzroku. W drodze tak jęczałam, że taksówkarz miał poważne wątpliwości, czy nie urodzę u niego w aucie. Co chwilę się oglądał, nerwowo zerkał mi w twarz, a następnie na siedzenie. Boże, jak ja się modliłam, aby przypadkiem mi wody nie odeszły. Znów byłabym wszystkiemu winna. Pamiętam, jak miałam kilka latek, wracaliśmy z tatą samochodem, byłam bardzo chora i zsikałam się na fotel. Już wtedy mało nie zapadłam się ze wstydu, a co dopiero teraz, gdy jestem dorosłą kobietą? Gdy dojechaliśmy, rzuciłam taksówkarzowi pięć dych i nie czekając na resztę, ruszyłam, ni to biegiem, ni to zataczając się, na izbę przyjęć. Pod drzwiami straciłam przytomność. Następne, co pamiętam, to jak leżałam na łóżku z maską tlenową na twarzy, a obok mnie próbowała wstać, jak się szybko domyśliłam, kobieta po porodzie. Odruchowo dotknęłam swojego brzucha. Poczułam, że jest mniejszy. Boże, czy poroniłam? Czy mała żyje? Ale pod palcami ujawnił się opatrunek na podbrzuszu. Czyli cesarka. Tylko ciekawe, czy po to, aby ratować mnie, czy małą? Leżałam na plecach, w lewej ręce tkwił wenflon, do prawej miałam przyczepiony jakiś czujnik, a obok stało urządzenie monitorujące stan zdrowia. Próbowałam wstać, ale kobieta z łóżka obok nacisnęła przycisk i przyszła pielęgniarka, która szybko mi wybiła z głowy takie pomysły. Potem chciałam zdjąć maskę i spytać, co z dzieckiem, ale piguła przytrzymała maskę i z miną kompletnie obojętną stwierdziła:

– Mała jest na intensywnej terapii. Niepotrzebnie sama tu jechałaś, trzeba było wezwać pogotowie.

Odebrało mi wszystkie siły. Swoją głupotą naraziłam dziecko! To, że mnie mogło coś się stać, było o tyle ważne, że dziecko musi mieć matkę, poza tym mój los był mi obojętny. Kolejna sprawa, że ty byś mi tego nie wybaczył. Odrzuciłam jej rękę i ściągnęłam maskę.

– Ale przeżyje? – spytałam, ledwo otwierając usta.

– Trzeba było się o to martwić wcześniej. Teraz wszystko w rękach lekarzy. – Odrzuciła kołdrę i zerknęła, czy krwawię. Spojrzała tylko i z wyraźnym grymasem pozwoliła, abym pozostała bez maski.

– Niech pani coś więcej powie – wybełkotałam przez łzy.

– Kobieto, śpij i nie zawracaj mi głowy! – Rzuciła kołdrę na mnie z taką siłą, że poczułam ból, jakby przeszedł mnie prąd elektryczny. Należało mi się!

Pielęgniarka wyciągnęła nie wiadomo skąd skórzane pasy i przypięła mi ręce do łóżka. Nie miałam siły protestować. Gdy wyszła, młoda dziewczyna z łóżka obok, która nacisnęła przycisk, cicho powiedziała:

– Nie martw się, lekarz mówił, że będzie dobrze. A ona to dobra kobieta, tylko jest wściekła, że nikt ci nie pomógł. Sama miała męża, którego gówno interesowało dziecko.

– A mała płakała chociaż? – spytałam.

– Nie wiem, bo przywieźli cię tu samą.

– Czyli pani jej nie widziała?

– Nie.

– A kiedy będzie jakiś lekarz, żebym mogła zapytać?

– Obchody są dwa razy dziennie, rano o ósmej i wieczorem o siódmej.

– A która teraz?

– Piąta po południu.

– Czyli nieprzytomna byłam ponad cztery godziny… – Wyobraziłam sobie, jak bardzo musisz się martwić, bo zwykle dzwoniłam w ciągu dnia.

– Zaraz po cesarce wybudzili cię z narkozy, ale szybko zasnęłaś.

– Jezu, nic nie pamiętam… – Próbowałam złapać się za głowę, ale pasy zrobiły swoje.

– Śpij, moja droga, musisz odpoczywać – powiedziała takim głosem, że nie miałam siły się oprzeć.

Obudziłam się następnego dnia rano. Ręce nadal miałam w pasach. Czułam takie ciśnienie moczu, że mnie skręcało. Aż dziw, że wytrzymałam całą noc.

– Muszę do łazienki – powiedziałam ni to do siebie, ni to do sąsiadki.

– Nie możesz wstawać. Masz pieluchę, więc śmiało… – wyraźnie urwała.

Jak to? Ja, kobieta sukcesu, ledwo po trzydziestce mam sikać pod siebie? Nie, tak być nie może!

– Do toalety muszę! – Krzyknęłam i poczułam ostre kłucie z miejsca, gdzie mnie zszyli.

Do sali weszła ta sama pielęgniarka. Spojrzała na mnie z politowaniem i stwierdziła:

– Co najwyżej dostaniesz basen, ale nigdzie się nie ruszysz.

I za chwilę słyszałam metaliczny odgłos moczu uderzającego w metalowe naczynie. Ile bym dała, aby nikt tego nie słyszał!

Dwie godziny później dostałam swój telefon i zobaczyłam kilkanaście nieodebranych połączeń. Wszystkie od ciebie. Już chciałam zadzwonić, ale przeraziłam się w myślach, jaka będzie twoja reakcja. Drżącą ręką i z przyspieszonym oddechem zadzwoniłam.

– Gdzie ty się, kurwa, podziewasz?! – usłyszałam w słuchawce.

– Jestem w szpitalu, miałam cesarkę. – Pomyślałam, że będziesz wściekły, że sama nie urodziłam.

– W którym, do cholery?! – Nie spuszczałeś z tonu.

– Na Karowej.

– Kiedy cię oporządzili?

Zatkało mnie. Chyba lepszego słowa nie mogłeś użyć. Do czego ja się w ogóle nadaję, że sama nie byłam w stanie urodzić?

– Wczoraj przed południem… – chciałam mówić dalej, ale przerwałeś:

– I, do kurwy nędzy, dopiero teraz dzwonisz?

Boże, co ja zrobiłam…

– Przepraszam. – Rozpłakałam się, starając się, abyś tego nie słyszał.

– Zwalniam się z pracy i zaraz przyjeżdżam.

Poczułam ulgę. Chwilę później rozłączyliśmy się i znów zasnęłam. Zasypiając, chciałam zapytać, co z dzieckiem, ale już nie miałam sił.

Byłeś u mnie trzy godziny później. Wyczułam alkohol. To nic, najważniejsze, aby mała była zdrowa i abyś mi wybaczył. Dyżurowała inna pielęgniarka i nawet z uśmiechem powiedziała nam, że z dzieckiem dobrze i żeby się nie martwić. Posiedziałeś bardzo krótko, może z pół godziny. W sumie nie dziwię się, bo stękające, obolałe kobiety i płacz dzieci to nic miłego. Poprosiłam tylko, abyś mi przywiózł ze dwie czy trzy książki. I wyszedłeś.

Nie pojawiłeś się więcej u mnie w szpitalu. Trochę było mi smutno, ale sama nie wiem, czy chciałabym, abyś znosił takie warunki. Wyszłam prawie dwa tygodnie później. Z małą było już wszystko w porządku. A trzymali ją na intensywnej terapii bardziej na wszelki wypadek i dlatego, że mogła być niedotleniona po tym, jak zemdlałam. Przywiózł mnie do domu mój agent, przy okazji próbując zorganizować kolejne spotkanie autorskie. Odmówiłam, wiedząc, że teraz najważniejsze jest dziecko i ty. Wszedł na górę, pomógł się zadomowić w nowych realiach i pijąc kawę, spytał, co z tobą. Wymyśliłam jakąś bajeczkę o delegacji.

Pojawiłeś się dwa dni później. Ledwo stałeś na nogach, a z daleka czuć było alkoholem. Spojrzałeś na śpiącą małą i miałam wrażenie, że ironicznie się zaśmiałeś. Choć dla mnie to był śmiech ze szczęścia. Usiadłeś na fotelu, włączyłeś telewizor i zapaliłeś papierosa.

– Kochanie, mógłbyś nie palić przy dziecku.

– I co jeszcze?! – podniosłeś głos. – Przez bachora mam zmienić wszystkie nawyki? Niedoczekanie!

Wzięłam ją na ręce i wyszłam do drugiego pokoju. Nakarmiłam piersią, ułożyłam do snu i wróciłam do ciebie. Siedziałeś, popijając wódkę z butelki.

– Szykuj się, bo mam ochotę zadupcyć – wybełkotałeś z uśmiechem, który widziałam u ciebie pierwszy raz. Sama nie wiedziałam, czego jest wyrazem.

– Kochanie, nie mogę, bo jeszcze się nie zagoiłam.

– A tam nie możesz! Nie chcesz, kurwa, i tyle!

– Chciałabym, ale nie dam rady… Może jakoś w inny sposób cię zadowolę? – zaproponowałam.

Wstałeś i kołysząc się, wyciągnąłeś członka. Był na wpół gotowy.

– To bierz się do roboty – odparłeś ze śmiechem.

Wzięłam go do ust. Był słony i śmierdział moczem. Owszem, już wielokrotnie robiłam ci dobrze ustami, lecz zawsze byłeś świeżo po kąpieli. Mimo to się nie wycofałam. Musiałam to zrobić, abyś ode mnie nie odszedł. Następnego dnia oświadczyłeś, że zmieniasz pracę i wyszedłeś. Ponownie nie było cię kilka dni. Gdy wróciłeś, wydawało mi się, że oprócz alkoholu wyczułam jakieś perfumy. Ale to nic, najważniejsze, abyś został ze mną. I znów ci dogodziłam ustami, mimo iż byłeś bez kąpieli.

Przez najbliższy miesiąc widywałam cię co kilka dni. Przychodziłeś, zrzucałeś brudne ciuchy i gdy poziom alkoholu w twojej krwi spadał do zera, znów znikałeś. Powoli czułam się coraz lepiej, Małgosia rosła jak na drożdżach. Któregoś dnia wyszłam do parku Achera z małą na spacer i spotkałam kolegę z ogólniaka. Zainteresował się Małgosią, wziął ją na ręce, a i pomógł zrobić zakupy. Zaprosiłam go na kawę. Gęba mi się nie zamykała, w końcu miesiąc siedziałam prawie tylko z dzieckiem. Opowiedział, że żona od niego odeszła, zaraz po tym, jak poroniła. Nie powiedział tego wprost, ale czułam, że wini się za to. Wręcz emanowało od niego poczucie winy. Że też ludzie nie widzą u siebie takich rzeczy. Przecież to zupełnie nie jego wina. Opowiedziałam mu o tym, jak mocno wpłynęło na ciebie dziecko, że ledwo dajesz radę.

W pewnym momencie wszedłeś ty. Znów byłeś kompletnie pijany. Jak tylko zobaczyłeś Adama, podbiegłeś do szafy, wyciągnąłeś siekierę i krzyczałeś:

– Wypierdalaj stąd, gnoju, bo cię, kurwa, zabiję!

Adam wstał, już chciał grzecznie wychodzić, gdy uniosłeś siekierę i rzuciłeś się na niego. Zasłonił się ręką, odepchnął ostrze w stronę ściany, ale trzonek wylądował na mojej głowie. Ostatnie, co pamiętam, to furia w twoich oczach.

Obudziłam się w szpitalu na Banacha, a Adam siedział obok. Pierwsze, na co zwróciłam uwagę, to jego zafrasowana mina.

– Co z małą? – spytałam nerwowo.

– Spokojnie, jest w sali obok. Nic jej nie zrobił.

– A co z nim?

– Obezwładniłem go, zadzwoniłem po policję i zabrali go do izby wytrzeźwień.

– Kiedy mogę wrócić do domu?

– Lekarz mówił, że poleżysz tu kilka dni.

– Ale ja muszę się zaopiekować Leszkiem.

– Ty to musisz się zaopiekować małą i sobą, a on jak tak chla, to sam musi sobie pomóc. Nikt za niego tego nie zrobi.

– Ale on jest taki wrażliwy… – Rozpłakałam się.

– Wrażliwy może i jest, bo często ludzie wrażliwi kończą źle, ale i jest chory! – Adam po raz pierwszy podniósł głos.

– Muszę mu pomóc! – zaprotestowałam.

– Nie zabronię ci. Może mu przejdzie.

Wyszłam ze szpitala trzy dni później. Niosłam Małgosię na rękach, gdy zobaczyłam cię idącego pod rękę z jakąś kobietą. Zabolało mnie. Jak cholera. Poczułam, że mam ochotę wydrapać jej oczy. Wróciłam do domu i tylko zapłakałam. Sama nie wiem, o czym myślałam. Przed oczyma tylko pojawił mi się pogrzeb mojego ojca. Co ja wtedy czułam? Nie pamiętam, miałam przecież ledwie sześć lat.

Wszedłeś do domu pijany kilka godzin później i pierwsze, co zrobiłeś, to wystawiłeś członka, abym ci obciągnęła. Nie sprzeciwiałam się. Tym razem oprócz moczu czułam nieumytą, kilkudniową spermę. Ale dałam radę. Może ode mnie nie odejdziesz. Gdy skończyłam, zacisnąłeś pięść i sieknąłeś mnie pod oko. Tym razem nie straciłam przytomności, ale w głowie zawirowało. Pierwszy raz w życiu pomyślałam, aby od ciebie odejść.

Od tego dnia nie pozwalałeś mi prawie nigdzie wychodzić, czasem spoliczkowałeś, gdy czegoś nie zrobiłam, a i bywało, że uderzyłeś pięścią w brzuch. W twarz już tego nie robiłeś, bo powiedziałam, że jak ktoś zauważy, to będziesz miał kłopoty. Adam do mnie wysyłał sms-y, które jak najszybciej kasowałam, abyś nie zauważył. Pisał, że gdybym chciała, to ma wolny pokój i mogę u niego zamieszkać. Niejednokrotnie o tym myślałam, ale zawsze tłumaczyłam sobie, że przywykniesz do nowej sytuacji i ojcostwo przestanie cię przytłaczać. Kilka miesięcy później znów zniknąłeś. Tym razem na dużo dłużej, bo prawie na trzy tygodnie. Ktoś do mnie dzwonił, że widział cię na mieście z jakąś kobietą, kto inny, że pomógł ci wsiąść do taksówki, bo tak byłeś pijany. W domu jednak się nie zjawiałeś. Zadzwoniłam więc po Adama, bo jakoś stał mi się wyjątkowo bliski. Siedzieliśmy w kuchni przy stole, piliśmy kawę, aż wyszedł do łazienki. Wtedy wszedłeś ty. Ponownie pijany. Jak tylko zobaczyłeś męskie buty, rzuciłeś się na mnie. Ostatnie, co pamiętam, to jak leżałam na podłodze, a ty mnie okładałeś.

Po raz kolejny obudziłam się w szpitalu. Obok łóżka, oprócz Adama, stała policjantka i spisywała jego zeznania. Gdy tylko zobaczyli, że się ocknęłam, zaczęli zdawać pytania. Byłam tak obolała i tak ledwo przytomna, że powiedziałam wszystko, łącznie z tym, że zmuszałeś mnie do obciągania i lałeś w brzuch, aby nie było widać. Nigdy w życiu tak nie płakałam. Ryczałam, że ledwo można było mnie zrozumieć. Pamiętam, że przed oczyma kolejny raz stanął mi pogrzeb ojca.

Policjantka zapewniła, że już nic mi nie grozi, że siedzisz w izbie wytrzeźwień, a stamtąd pójdziesz do aresztu i długo nie wyjdziesz. Jednocześnie zaproponowała wsparcie psychologiczne. Adam powiedział, że nie puści mnie do domu i zamieszkam u niego. Wyszłam ze szpitala pięć dni później. Prosto do Adama. Nie miałam obiekcji. I nawet przez myśl mi nie przeszło, aby cię odwiedzić w areszcie, a później w więzieniu. Adam dogadzał mi, jak mógł i przez pierwsze kilka miesięcy nawet nie starał się do mnie zbliżyć, choć widziałam, że chuć go rozpiera. Dopiero ja sama doprowadziłam do zbliżenia, gdy już pogodziłam się, że męża nie mam. Adam tylko spytał, czy na pewno tego chcę i czy jestem już gotowa. Byłam! Jak cholera! I od razu chciałam mu dogodzić ustami, ale podniósł głos i stwierdził, że on na to nie jest jeszcze gotowy.

Do poradni psychologicznej w Piastowie trafiłam kilkanaście dni później. Na początku cholernie się bałam mówić całą prawdę, ale gdy przypomniałam sobie, że przecież mógłbyś skrzywdzić i Małgosię, otworzyłam się. I znów płakałam jak bóbr. Niewiele pamiętam z tego, o czym rozmawialiśmy z panią psycholog. Jedynie w pamięci mam pogrzeb mojego ojca i to, że czułam się winna jego śmierci…

Druga połowa życia

Druga połowa życia

dziecko, wspomnienia, pojednanie

Późnym wieczorem, w zasadzie wczesną nocą Janusz wyszedł ze swojego mieszkania z butelką wina w kieszeni spodni. Robił to, kiedy wiedział, że nikt nie będzie przeszkadzał. Skierował się do windy i nacisnął… przycisk najwyższego piętra. Zaczął odliczać: trzy, cztery, aż dotarł do dziesięciu. Tyle właśnie pięter liczył jego blok w Ursusie na Niedźwiadku. Podszedł do kraty, do której już trzymał w ręku klucz. Mimo iż panował półmrok, dobrze znał te kształty: okrągłe pręty, prostokątny zamek i dziurka jak ze starych baśni. Przekręcanie klucza odezwało się niosącym po metalu dźwiękiem, przypominając otwieranie celi, w której mógłby być uwięziony, gdyby emocje ciałem się stały. Zawiasy zaskrzypiały. Był u wrót wolności. Jedynej w swoim rodzaju. Kiedy zamknął za sobą kratę, klapki zastukały na ostatnich schodach. Wiatr szarpnął otwieranymi drzwiami i uderzył go chłód nocy wnikający w rozgrzane wnętrze klatki schodowej.

Wyszedł na dach. Tu był najwyżej w okolicy. Tylko w oddali wysokościowce wskazywały centrum stolicy. Usiadł na murku i zatrzeszczała blacha. Wziął głęboki oddech, przeczesał do tyłu długie włosy, uniósł wzrok ku niebu, które pokrywały niskie chmury w kolorze szaro-pomarańczowym rozświetlone przez światła wielkiego miasta. Sięgnął po butelkę francuskiego wina, a do drugiej kieszeni po scyzoryk z korkociągiem. Otworzył. Wino było białe, półwytrawne, cierpkie.

Pierwszy łyk i nic więcej mu do szczęścia nie było trzeba w tę czerwcową noc. Zagrał Bach, wzniośle i dostojnie. Pierwsze nuty i Janusz już nie był samotny. Pierwsza harmonia dźwięków, a czuł, że teraz nic nie ma znaczenia. To były ostatnie chwile przed urlopem. Jeszcze tylko dwa dni robocze, dwie noce, które należało przetrwać. On sam na wysokości kilkudziesięciu metrów, poniżej szum samochodów, a wokół odseparowująca go od świata przestrzeń dachu. Drugi łyk i potrafił zapomnieć o bożym świecie. Zatopił się we własnych myślach.

Miesiąc temu mieszkał z kobietą, dwa miesiące temu wydawało się, że będzie w tym związku na zawsze, a tymczasem odeszła niemal z dnia na dzień, bez jakiejś wielkiej kłótni czy zdrady. Ot, przyszedł któregoś dnia po pracy i zobaczył ją pakującą walizki. I zniknęła mu z oczu. Ale nie żałował. Gdzieś w głębi duszy potrzebował samotności.

Z każdym kolejnym łykiem wina jego umysł się otwierał, oswobadzał. To, co za dnia ciążyło, tutaj znikało ugaszone przeciwzgryzotowym płynem. Już nie powtarzał bezgłośnie słów, które go dotknęły, już nie roztrząsał tego, co dawno zamknięte – teraz po prostu odpoczywał. Daleko od ludzi, od szumu wielkiego miasta, od przyziemności i od własnych przymusów. Spuścił głowę, zamknął oczy, popadając niemalże w stan zbliżony do nirwany. To była ta jedna część jego życia. Chciałoby się powiedzieć, że połowa…

Nagle zobaczył padający śnieg. Nie obficie, jednak pojedyncze płatki spadały powoli z nieba. Osiadały na dachu i na nim samym. Te, które dotykały nieosłoniętych części ciała, topiły się, niemalże migocząc, rozświetlane odrobiną świateł miasta. Zmienił pozycję. Teraz płatki wpadały mu do otwartych oczu, rozmazując obraz i spływając niczym łzy po wrażliwych policzkach dziecka, które otrzymało dawno temu czas samotności zamiast normalnej rodziny. Gdy tylko poczuł mokre strużki na twarzy, wytarł je ręką i zdał sobie sprawę, że nie pamięta, kiedy ostatnio płakał. Chyba w pierwszy dzień w szkole; miał siedem lat, nowe zaczynające się życie towarzyskie i ani trochę ku temu chęci. Kolejne strużki roztopionego śniegu spłynęły wprost do ust. Poczuł słony smak. Natychmiast otrząsnął się, wyprostował, twarz opuścił w dół i wypił wino do końca. Teraz to już brzmiała cała symfonia Bacha okraszona delikatnym szumem i niosącym się pogłosem. Nawet dźwięk oddechu docierał, jakby stał ktoś obok. W jednym momencie ujrzał samego siebie z boku. Jasno i wyraźnie. Kim był? Sobą samym, czy zlepkiem tego, co pozostało z dawnych czasów?

Dwa dni później pojechał w Bieszczady, jedyne w miarę dzikie góry w kraju. Kiedy już siedział za kierownicą, uśmiech nie znikał z twarzy. A gdy koła przekroczyły Wisłok, cały podrygiwał i podskakiwał z radości. Jeszcze tylko kilkadziesiąt kilometrów, odstawienie auta na parking, szybkie późne śniadanie, zarzucenie plecaka z namiotem na ramiona i w drogę. Muzyka na uszach, chęć odczuwania natury, słońce nad głową i wolność we włosach.

Turystyczny szlak, którym szedł, rozbujał się rytmicznie. Co krok, to dalej od cywilizacji, dalej od codzienności. Drzewa zaszumiały przyjaźnie, krzewy rozsunęły się ze ścieżki, trawa i mech nadały miękkości. Kolorowe miraże mijanej rzeczywistości odbiły się w pamięci, która, przelewając się w niedostrzegalny sposób między teraźniejszością a przeszłością, zabrała Janusza w świat jego własnych wartości. Ponownie zagrał Bach, tym razem jednak wspomagany przez scenografię, w której Janusz poczuł się jak za dawnych czasów.

Wszedł na pierwsze duże wzniesienie, na którym rosły czarne drzewa, krwisto-czerwone krzewy i błękitna trawa. Tuż obok szlaku dostrzegł krzew dzikiego głogu o naturalnych kolorach, pod którym siedział kilkuletni chłopiec. Czym prędzej podszedł.

– Co tu robisz? – zapytał, zdziwiony jego samotnością w takim miejscu.

Muzyka ucichła prawie całkowicie. Chłopiec powolnie odwrócił do niego głowę.

– Wleszcie jesteś – odpowiedział maluch, nie wymawiając r i przebijając się głosem przez podmuchy gwiżdżącego wiatru.

Janusz jeszcze raz się rozejrzał, a dostrzegłszy, że są sami, zrzucił plecak na trawę i usiadł koło malucha.

– Dzieciaku, gdzie twoi rodzice?

– Mamusia mnie porzuciła. – Chłopczyk spuścił wzrok ze smutkiem.

Janusz usłyszał wycie wilka.

– Jak to porzuciła?

– Wyblała kalielę i pieniądze – głos chłopca, mimo iż z brzmienia dziecięcy, sprawiał wrażenie, że należy do kogoś dorosłego.

– A gdzie jest teraz? – dopytał Janusz.

– Nie wiem. Ostatni laz ją widziałem dawno temu. Już plawie nie pamiętam.

Janusz ujrzał, jak jakieś małe rączki przed oczyma bawią się żołnierzykami.

– A wiesz, gdzie mieszkacie? Trafisz tam? – Wyciągnął telefon, aby zadzwonić na numer alarmowy.

– Nie dzwoń, ona i tak mnie nie chce – wyszeptał maluch i zdawało się temu wtórować to samo odległe wycie wilka.

– Muszę zawiadomić policję, to poważna sprawa.

Malec wstał. Janusz zaczął wybierać numer alarmowy.

– Nie dzwoń, pobądź ze mną.

– Muszę, takie są zasady.

– Zasad nie ma, bo inaczej by mnie nie zostawiła.

– A ja ci pokażę, że zasady są! – Przyłożył telefon do ucha. Wycie wilka zbliżyło się.

Chłopiec usiadł po turecku, spuścił głowę, założył ręce na przeponę i zrobił kilka głębszych, znaczących wdechów.

– Nie dzwoń, ploszę.

Januszowi zadrżała ręka. Nerwowo spojrzał na telefon, na malca, znów na telefon i rozłączył się, zanim ktoś zdążył odebrać.

– Dziękuję – wyszeptał dzieciak.

– To, co ja mam zrobić? – Janusz nagle poczuł wszystkie swoje emocje.

– Polozmawiaj ze mną.

Janusz ponownie usiadł obok malca, głęboko oddychając i drżącym głosem odpowiedział:

– Dobrze, już dobrze.

– Bałem się, ale już jesteś.

– Tak, jestem, pomogę ci – do wycia wilka dołączył Bach, donośnie.

– Dobrze. – Chłopczyk spojrzał Januszowi w oczy. – Ale to ja ci pomogę, Knotku.

Janusz znieruchomiał, bo właśnie mianem knotka nazywała go babcia, jak jeszcze żyła. Zacisnął zęby, przymrużył oczy z emocji, wstrzymał powietrze i przez chwilę bał się spojrzeć chłopcu w twarz.

– Weźmiesz mnie z sobą?

– Tak, wezmę, gdziekolwiek zechcesz. – Januszowi rozmazał się obraz przed oczyma. – A gdzie byś chciał?

– Najpielw na lody, potem do zoo, a potem to już do domu.

– Ale… – Bach rozbrzmiał na dobre, zagłuszając wycie wilka. – Tak, najpierw na lody, potem do zoo, a potem to już tylko do domu. – Czubek nosa Janusza zajaśniał od wilgoci.

– Nie płacz, ja ci pomogę.

Janusz trzymał głowę prosto, patrzył na chłopca, lecz emocje grały własną melodię.

– Będę ci pomagał sprzątać, gotować, lobić zakupy, a ty będziesz mnie przytulał.

Janusz, prawie nic nie widząc przez łzy, wstał i zaczął chodzić w kółko.

– Ty będziesz moim tatą, a ja twoim synkiem.

– Nie… – Janusz chciał coś powiedzieć, ale zaniechał z bezsilności.

– Nie będę ci przeszkadzał w domu?

Mężczyzna zmusił się, aby usiąść obok chłopca i poczuł się samotny.

– Oczywiście, że nie będziesz mi przeszkadzał. Będziesz mi najdroższą istotą na świecie. – Janusz sam się dziwił, jakie słowa właśnie wypowiedział. Przecież nawet w stosunku do swojej byłej dziewczyny nie był taki czuły i uczuciowy.

– Dloższą niś pieniądze?

– Naturalnie.

– Dloższą niś placa?

– Oczywiście.

– Dloższą niż koledzy?

– Pewnie, że tak.

– A będziemy przyjaciółmi?

– Tak.

Z każdym słowem chłopca Janusz odpływał w świat muzyki i dzikiego wilka. Przypomniał sobie wygląd matki, o którym dawno zdążył zapomnieć.

– Mamusia mnie nie chciała, tylko placowała i placowała – powiedział chłopczyk.

Przed oczyma Janusza stanęła jakaś nieznajoma kobieta, do której tak bardzo nie chciał chodzić.

– Ale najgolsze było, jak zniknęła. Żeby nadal na mnie krzyczała, żeby nadal dużo placowała, ale żeby mnie nie zostawiała. Żeby więcej nie znikała.

Janusz spuścił głowę i zapadł się w głąb siebie. Łzy nie pozwalały spojrzeć kajtkowi w oczy.

– Ale ty mnie nie zostawisz?

– Nnnniiieee – wybełkotał Janusz. Czuł się, jakby był kilkuletnim chłopcem.

– Ja ciebie też nie. Nigdy. Aż do śmielci.

Krzew dzikiego głogu zaszumiał, wilk zawył po raz ostatni, a Bach zagrał końcowe dźwięki. Kolory się rozpłynęły, zlały w jedno i wpłynęły w świadomość Janusza, ukazując zwykły las, zieloną trawę i obdarzając słuch śpiewem skowronka.

– Dobrze się pan czuje? – Janusz poczuł szarpnięcie za ramię.

Otworzył oczy. Stała przed nim kobieta, o pięknych, długich, kasztanowych włosach, przez które przedzierało się światło słoneczne. Twarzy nie widział, jedynie błysk oczu i ciepły uśmiech. Opierał się o spory kamień leżący pod krzakiem głogu.

– Pomóc panu? – spytała.

Nie mógł otworzyć ust. Wiedział jedynie, że nieznajoma będzie jego żoną.

Zniewolenie

Zniewolenie

marionet, manipulacja, uzależnienie

Kiedy w siódmej klasie podstawówki urządzono konkurs na najprzystojniejszego chłopaka, głosowałam na kogo innego, nie na Franka. Sama przed sobą nie chciałam przyznać, że tak mi się podoba. I to nie tylko fizycznie. Bo siedział cicho w ławce, nikomu nie wadził, nikogo nie zaczepiał, a gdy ktoś go zagadał, zwykle brakło mu języka w gębie. Był takim klasowym zahukanym odmieńcem. A odmieńcami każdy gardził, przynajmniej pozornie. Właśnie tak, udawałam, że mi się nie podoba, ale w gruncie rzeczy tylko on się liczył. Czasami wygłupiał się z innymi, ale miałam wrażenie, że żyje trochę z boku, jakby to, co miał w głowie, było bardziej interesujące niż rówieśnicy. Owszem, denerwowało mnie, gdy starałam się zwrócić na siebie jego uwagę, ale właśnie przez te emocje mnie przyciągał. Dlaczego interesował się taką szarą myszką, Kaśką, która nawet na niego nie zwracała uwagi? Dopiero jak powiedział kolegom, że najbardziej podoba mu się właśnie ona, zaczęła go zauważać. Ale nie zrobiła nic, by poczuł odwzajemnienie czy chociaż zainteresowanie. Tylko chodziła do tego swojego kościoła dzień w dzień i jeden Bóg raczy wiedzieć, o co się tam modliła. Mimo iż stanowiła dla mnie swego rodzaju konkurencję, podeszłam do niej któregoś razu, gdy byłyśmy same w klasie, i powiedziałam wprost:

– Kaśka, ten Franek to ci się podoba, czy w ogóle?

– Phiii – Odwróciła głowę.

– Za niski jest, prawda? – podpuszczałam.

– No. – Otworzyła książkę.

– I nie dba o siebie? O to ci chodzi?

– Tak! – wrzasnęła. – Daj mi spokój! – Zamknęła książkę z hukiem i wybiegła na korytarz.

Wtedy przestałam ją lubić. Bo ja tu przychodzę po przyjacielsku, a ona fochy stroi.

Kilka dni później zmieniłam ławkę na ostatnią, aby siedzieć za nim, by móc go obserwować. Nie przeszkadzało mi, że przychodzi z fryzurą, jakby piorun strzelił, lub w brudnych ciuchach. Ja widziałam w nim coś więcej niż przyziemność. Nigdy się dotąd do tego publicznie nie przyznałam, ale był dla mnie najprzystojniejszym chłopakiem, jakiego kiedykolwiek widziałam. Nawet nie tyle najprzystojniejszym, ile najładniejszym, bo charakteryzował się urodą iście dziewczęcą. Jakby cała jego wrażliwość wyraziła się właśnie w wyglądzie zewnętrznym. I chyba dlatego tak się nim interesowałam.

Po pewnym czasie, gdy nadal nie zwracał na mnie uwagi, zainteresowaniem zaczęłam darzyć Kaśkę. Wielokrotnie zastanawiałam się, co to za dziewczyna. Bo na dobrą sprawę nikt nic o niej nie wiedział. I podobnie jak Franek żyła trochę z boku. Zaczęłam ją śledzić. Co ciekawe, z domu wychodziła tylko do szkoły lub kościoła, nigdzie poza tym. Słyszałam od kogoś, że ojciec jej na nic nie pozwala. Ktoś inny powiedział, że ją leje tak, aby nie było widać. Ale nie dowierzałam. W końcu dałam sobie z nią spokój, bo nic ciekawego z tego śledzenia nie wynikało.

Po wakacjach przyszła do nas nowa dziewczyna, Ewa. Od razu zaczęła z przytupem:

– Kto tu rządzi? – krzyknęła na całą klasę.

– Ja – odezwał się Robert, klasowy błazen.

– To miej się na baczności, bo ja tu przyszłam.

W sumie wszyscy się zaśmiali, ale czułam, że to się dobrze nie skończy.

Była bardzo ładną dziewczyną, o wiele ładniejszą niż ja. Zazdrościłam jej zarówno urody, jak i tego całego luzu. Mało tego, jak większość dziewczyn, chciałam być jak ona. Bo wszystko przychodziło jej tak łatwo, tak z żartem. Nawet na lekcjach odpowiadała z humorem. Wkrótce wyrosła na klasowego prowodyra. Wszyscy jej zazdrościli i się jej na swój sposób bali. Opowiadała sprośne żarciki, uwodziła chłopaków, pokazywała, jak jest świetna.

Któregoś dnia pokazała Frankowi podobny do ogórka, tyle że grubszy piórnik i wykonując nim rytmiczne ruchy, stwierdziła:

– Może chciałbyś go zastąpić? Bo wiesz, na grubość jest w sam raz, ale taki zimny. – Zaśmiała się, a razem z nią cała klasa. Tylko Franek siedział z rozdziawioną gębą.

Miałam ochotę podejść i roztrzaskać jej łeb, ale tylko roznosiły mnie emocje.

Któregoś dnia Ewa usłyszała, że Frankowi najbardziej podoba się Kaśka i wzięła ją na rozmowę. W sumie nie wiem do końca, o czym rozmawiały, ale doszły mnie słuchy, że Ewa bardzo się przejmuje uczuciem Franka. Dzień później odwróciła się do niego na przerwie i spytała:

– Kasia jest najładniejsza, prawda?

– Tak! – wyrzucił z siebie Franek.

– Chciałbyś z nią chodzić?

Franek nie odpowiedział. Odwrócił się i udał, że nie słyszy.

Następnego dnia Ewa ubrała się w lepsze ciuchy, pół dnia omijała Franka, aż podeszła do niego na przerwie i spytała:

– Umówisz się ze mną?

Franek uciekł na korytarz. Miałam ochotę za nim pobiec, powiedzieć, jak mi się podoba…

Na kolejnej przerwie Ewa zebrała wszystkich w klasie, upewniła się, że każdy patrzy i ponowiła pytanie:

– Pójdziesz ze mną na randkę? – A gdy nie odpowiadał – No, nie wstydź się. Pójdziesz?

Widziałam, jak Franek męczy się, jak roznoszą go emocje. Czułam go całą sobą. Mogłabym przysiąc, że właśnie toczy się w nim wielka wojna między tym, co sobie obiecane, a tym, co tak atrakcyjne.

– To jak? – domagała się. – Pójdziesz?

– Tak – wypowiedział cicho, bez pewności w głosie.

To słowo do dziś brzmi mi w głowie. Nie mogę o nim zapomnieć. Ilekroć myślę o prawdziwej miłości, przed oczyma mam właśnie tę sytuację. Franka, Ewę, tę przerwę i to, co się później zdarzyło.

Gdy tylko Franek wypowiedział swoje wymęczone „tak”, Ewa wraz z kilkoma osobami ryknęli niewyobrażalnym śmiechem.

– Ech, ty głupi! – ryczała Ewa. – Myślałeś, że ja się umówię z takim gnojkiem?

Franek siedział z bezruchu i z sekundy na sekundę robił się coraz bardziej czerwony. Wyglądało, jakby cała krew napłynęła mu do twarzy. Nie wytrzymałam i wybiegłam do domu. Po drodze bardzo płakałam, jak nigdy dotąd. Czułam, że to ja siedzę na miejscu Franka i że wszystkie te śmiechy są ze mnie. Przeciwko mnie. Nie pojawiłam się w szkole przez tydzień. Następnego dnia lekarz rozpoznał u mnie ciężkie zapalenie gardła.

Gdy wróciłam, okazało się, że Franek przepadł. Wyszedł z domu i nikt nie wiedział, gdzie jest. To kolejna cegiełka, za którą mam do siebie pretensje do dziś. Bo kochałam go, jak nikogo przedtem czy potem, a nie pomogłam. Franek w końcu wrócił. Podobno zatrzymała go milicja gdzieś na warszawskiej Woli w środku nocy. Ale już to nie był ten sam chłopak. Wstąpiło w niego coś złego. Jakby sam diabeł go opętał. Od tego dnia zaczął się wyśmiewać z koleżanek, upodobnił do Ewy. Ale zaczął o siebie dbać, co jednak mi się w ogóle nie podobało. Kaśkę omijał z daleka. Zastanawiałam się wielokrotnie czy to ze wstydu, czy ze złości. Opuścił się w nauce, zaczął chodzić na wagary, co mu się wcześniej nie zdarzało. A przede wszystkim świntuszył jak stary zbok.

Kilka miesięcy później znów urządzono konkurs na najprzystojniejszego chłopaka. Tym razem głosowałam jawnie na Franka.

Notatka na marginesie

Serce

Serce, Złamane, miłość, nienawiść

Serce chodziło po świecie. Lecz nie było szczęśliwe, bo męczyła je samotność. Snuło się więc od drzwi do drzwi, prosząc o łaskę. Ale ludzie, widząc nagi mięsień, z którego sączyła się krew, odwracali głowy. Czuli zwyczajną, ludzką odrazę. A że serce, całe dla innych, odrazy nie posiadało, nie rozumiało, czemu jest odrzucane.

Któregoś razu zakolegowało się z bezdomnym kundelkiem. Podeszli więc do pierwszych drzwi, a człowiek, który otworzył, kopnął serce, a przygarnął psa. Potem serce widziało, jak człowiek przyciska czworonoga do klatki piersiowej w okolicy mostka. Serce poczuło zazdrość. A kiedy to poczuło, zrozumiało, że jakikolwiek kontakt z ludźmi sprawia, że staje się złe.

Zamknęło się więc serce w stalowej klatce i postanowiło, że dopóki jakiś człowiek sam go nie wybierze, ono będzie z daleka.

Ale któregoś dnia podszedł samotny, nieszczęśliwy chłopaczyna. Spojrzał na serce, ukląkł i zapłakał. Serce się wahało, czy pomóc, ale obiecywało sobie przecież, że to człowiek ma je wybrać. W końcu chłopaczyna wstał, spojrzał na serce, chwycił kraty i rozerwał klatkę na strzępy. Nie patrząc na sączącą się krew, przytulił serce i uśmiechnął się pierwszy raz od wielu lat.

Od tego czasu chłopaczek zaczął być radosny. Serce rosło z dnia na dzień. I przestało krwawić.

Lecz któregoś dnia mężczyzna przyszedł z innym człowiekiem. I całował go, pieścił. Następnego dnia z kolejnym. Codziennie inny człowiek. I każdy tylko na chwilę. Serce patrzyło, i choć odzywała się z nim zazdrość, to jeszcze bardziej czuło się winne, że mężczyzna bawi się kolejnymi ludźmi. Poczucie winy zagłuszyło prawdziwą naturę serca.

Spojrzało więc serce na mężczyznę i go za to znienawidziło. I wszystkich ludzi. Od tego czasu zalewało ludziom, znów sączącą się krwią oczy i uszy. I ludzie zapałali nienawiścią.

Notatka na marginesie

Taka wigilia

Ludzie piszą opowieści wigilijne, więc i ja naskrobałem. Wesołych Świąt!

Villa, Opuszczony, Pusty, Stary, Zapomnieć

Wyszedł z pracy po tym, jak pożegnał ostatniego pracownika po spotkaniu wigilijnym. Chciał jak najszybciej do domu, tylko do żony. Przepięknej kobiety, która wybrała właśnie jego. Pragnął być z nią z dala od ludzi.

Pogoda była niesamowita jak na koniec grudnia: dziesięć stopni na plusie, bezchmurne niebo i całkowity brak wiatru. Przeszedł obok wyłączonej fontanny, pod którą woda tworzyła idealną taflę odbijającą świąteczną choinkę stojącą przy wejściu. Wsiadł do swojego samochodu, oparł się wygodnie i już poczuł, że jest wraz z żoną w Bieszczadach, jego ukochanej krainie, gdzie można o tej porze iść kilka dni, zanim się kogoś spotka.

Nagle zadzwonił telefon.

– Szefie, wycofali się – wycedził głos kierownika działu handlowego.

– Jak to wycofali? Przecież była podpisana umowa przedwstępna. – Marek poczuł, że zaczyna mu pulsować w głowie.

– Powiedzieli, że zapłacą karę umowną.

– Rafał, co się stało? O czymś nie wiem?

– Wie pan tyle, co i ja. Nie wiem, o co chodzi.

– Pół roku starań na marne… – Marek założył drugą rękę za głowę i próbował ścisnąć czaszkę.

– Musiałem to powiedzieć dziś, wybacz, szefie.

– Nie ma sprawy, sam ci kazałem siebie o wszystkim informować.

– I co teraz? – spytał podwładny.

– Co?… Spędźmy te święta, jakby wszystko było w porządku.

– No tak, rozkaz to rozkaz – zażartował Rafał.

– Jeszcze raz wesołych!

– Wesołych, szefie.

Rozłączyli się. Marek poczuł, że ten dzień będzie jednym z najgorszych w jego życiu. Przekręcił kluczyk, wrzucił bieg i ruszył, poza miasto, aby w samotności za kierownicą przetrawić to, co się stało. Prowadzenie zawsze go uspokajało, dodawało sił, napełniało spokojem. Wyjechał na drogę szybkiego ruchu i nie zatrzymywał się przez ponad dwie godziny. Problem został w tyle. Przynajmniej do Nowego Roku, kiedy trzeba będzie jakoś dalej pchać ten zawodowy wózek.

Gdy podjeżdżał do domu, zastanowiły go wyłączone światła. Żona czasem lubiła się przespać w ciągu dnia, szczególnie gdy chciała odpocząć od nawału obowiązków. Ostrożnie przekręcił zamek, jeszcze delikatniej pchnął drzwi i dobiegł go zapach świeżo upieczonego ciasta drożdżowego, jakie nauczyła piec żonę jego świętej pamięci babcia. Ostrożnie zdjął buty, powiesił płaszcz na wieszaku i wszedł do salonu. Na świątecznie udekorowanym stole stały puste talerze, nowe świece, talerzyk z opłatkiem, a obok leżała kartka z pismem żony.

Nie mogłam tak dłużej. Nie potrafię być nieuczciwa wobec ciebie, za bardzo mnie kochasz.

(Dalej było kilka linijek całkowicie zamazanych tym samym długopisem.)

Od dłuższego czasu mam kogoś. To było jak rażenie piorunem. Zakochaliśmy się od pierwszego wejrzenia. Nadal Ciebie kocham, ale jak brata, kogoś z rodziny. Zawsze byłeś dla mnie taki dobry, taki uczciwy, taki doskonały. Pomagałeś innym, uczestniczyłeś w zbiórkach pieniędzy dla potrzebujących, nawet zapisałeś się do tej grupy wsparcia dla bitych kobiet, bo wciąż przed oczyma miałeś swoją matkę. Nawet zawsze wyrażałeś się tak idealnie, tak dostojnie. Na początku mi to imponowało. Ale po dłuższym czasie stało się nie do wytrzymania. Bo ile można patrzeć na ideał, samemu popełniając tyle błędów… Od dłuższego czasu marzyłam, aby ci się noga podwinęła, bym mogła się poczuć choć raz tą lepszą. A tak być nie może. I zaczęłam się z tym czuć jeszcze gorzej. Od wielu miesięcy balansowałam na krawędzi. Aż pojawił się on – taki niedoskonały, taki ordynarny, taki… mój!

Upiekłam Ci Twoje ulubione ciasto. Mam nadzieję, że chociaż to mi dobrze w życiu wychodziło…

Kocham Cię nadal, Iza.

Opadł bezsilnie na krzesło. Nie wiedział nawet, czy ma w ogóle myśleć. Najchętniej zanurzyłby się w kąpieli, która wyciągnęłaby z niego cały ten stan, natłok, który atakował myśli. Sięgnął do komody po ciasto, postawił przed sobą na śnieżnobiałym obrusie i… Przekręcił brytfannę do góry dnem, potrząsnął, a ciasto spadło na nieskazitelność. Z rozpędem uderzył w nie twarzą. Poczuł silny ból, ale i smak z dzieciństwa.

Gdy podniósł głowę z braku oddechu, jego oczom ukazała się kremowo-czerwona plama. Z nosa skapywała mu krew. Podszedł do kanapy i padł bez świadomości.

Obudził go dzwoniący telefon. Zerwał się i podbiegł. Nieznany numer.

– Halo? – odezwał się niepewnie.

– Dzień dobry – usłyszał głos kobiety. – Ja dzwonię z Jaworzna, jestem pracownikiem pomocy społecznej.

Markowi gwałtownie przyspieszył puls.

– Przykro mi, że dzwonię z taką informacją w taki dzień. Pański ojciec nie żyje.

Po tej stronie słuchawki panowała ogłuszająca cisza. Po drugiej słychać było ból empatii.

– Znaleziono go leżącego na podłodze.

– Pijany był? – spytał po chwili Marek.

– Nie, we krwi nie było alkoholu. Wygląda to na zawał. Zresztą pański tata nie pił od ponad roku.

– Przestał? – przerwał Marek.

– Tak, mówił, że zrobił to, aby mu pan wybaczył.

– Wybaczył… – powtórzył.

– My zajmiemy się pogrzebem, ale papiery musi podpisać pan, dlatego chcemy, aby pan jak najszybciej tu przyjechał.

– Oczywiście, oczywiście – odparł drżącym głosem.

Rozłączyli się.

Przed oczyma Marka stanęło całe dzieciństwo. On sam, rodzice, młodsza siostra i jeszcze młodszy brat. Kiedy ostatni raz się z nimi kontaktował? Chyba z pięć lat będzie. Jeszcze ten grób matki, na który jeździł w każdą Wielkanoc. Sam, bez żony, bez rodziny. Spędzał tam czasem nawet cały dzień…

* * *

– Jak nasz pacjent się czuje? – usłyszał kobiecy głos. – Otworzył oczęta, znaczy, że dobrzeje.

Przed otwieranymi oczyma Marka ukazała się dość ładna kobieta w białym kitlu pielęgniarki, o twarzy delikatnej, wręcz dziecięcej.

– Wszystkiego najlepszego z Nowym Rokiem – powiedziała z uśmiechem. – Podała mu piernik w kształcie serca.

– Odwal się – rzucił pogardliwie i przekręcił twarz w stronę szpitalnego okna, na którym wisiała kartka z napisem:

Kochamy Cię, Marku.

Pod spodem był dopisek:

Mnie się też podobasz.

A na końcu namalowany delikatną szminką znaczek serduszka.

– Oj, a jaki zły chłopiec – dodała z uśmiechem pielęgniarka, poprawiając mu poduszkę pod głową…

Notatka na marginesie

Czerń normalności

jasność, świętość, niebo

Pojawia się niezauważalnie, z każdą chwilą ciut głośniej i głośniej. Z całkowitej ciszy. Zaczyna ją wypełniać, ożywiać. Może nawet nadawać sens. Bo czym jest pustka dla człowieka jako kwintesencji materii? Lub centrum, od którego wszystko się zaczyna? Zaczyna się od tej gwiazdy, co próbuje wszystko rozświetlić, aby widzieć, aby mieć pod kontrolą. Bo to, co pod kontrolą, nie jest już takie groźne. I można bez lęku zamknąć oczy i spać. Albo umrzeć. Wszystko jedno, skoro w obu przypadkach nie wiadomo, co się dzieje na zewnątrz. Szczęśliwi ci, którzy puścili lejce i jadą, gdzie ich ta dzika klacz poniesie.

Już muzyka rozbrzmiewa w najlepsze. Rytm dobrze znany dla Mozarta, jednak to nowoczesne wykonanie w stylu rockowym. Perkusja rytmizuje, bass zahacza o funk, gitara w zamian harfy i kilka instrumentów orkiestry symfonicznej próbuje przechylić szalę brzmienia na stronę klasyki. Jednak coś majaczy, jakiś materiał, może puszek? Wyraźnie łagodna, miękka faktura o kształtach obłych, z uwypukleniami i zagięciami. Zmienność kolorów materiału wyraźnie kontrastuje z klasyką orkiestry symfonicznej. Czuć niedoskonałość, wpływ świata, użyteczną funkcję przedmiotu. To nachyla wyobraźnię nad zwykły los. Zwyczajny człowieczy żywot, pełen błędów, potknięć, grzeszków czy nawet wielkich grzechów. Bo czym byłaby najdoskonalsza konstrukcja natury bez niedoskonałości? Powtarzalnym stemplem spod ręki zblazowanego urzędnika błękitu? Może efektem rytualnego obrzędu zwanego miłością, a tak rzadko mającego z nim coś wspólnego?

Powoli muzyka zanika, obraz się rozszerza, ukazując starego, mocno przybrudzonego, pluszowego misia. Cały jest nijaki, bez dawnej miękkości, bez sznytu świeżości. Za to dawno został po brzegi przepełniony bólem, samotnością, cierpieniem i ucieczką. Oraz zapachami, które wszystkie razem tworzą trudny do określenia, wyrażenia, a nawet wyobrażenia sobie smród. Do tego pluszak twarz ma nijaką – ani uśmiechu, ani smutku, ani nawet obojętności; jeśli ktoś chciałby wyrazić nijakość, to mógłby pokazać właśnie ją.

Obraz nadal się powiększa. Ukazują się najpierw stare, zniszczone, grube dłonie z dużą ilością brudu za paznokciami, potem wychudzone ręce, by w końcu odsłonić postać mężczyzny o pionowych rysach, oczach z kącikami skierowanymi mocno do dołu i lekko rozchylonych ustach. Jednak jest w jego twarzy nieziemski spokój, może nawet pokój. Mężczyzna ściska pluszaka w geście niemal rozpaczliwym, jakby swoją życiową energią tworzył misiowy respirator. Lub kokon ocalałego życia wśród wiecznej nocy człowieczeństwa. Pomiędzy wieloma osobowościami tak świecącymi, że oczy bolą od jasności. A tu chciałoby się ciemności, odcięcia od impulsów z zewnątrz, wiecznej czerni normalności i choć odrobiny potępienia…

Wstał z ławki w parku, jedną ręką nieco sobie pomagając, drugą nadal kurczowo idealizując kokon. Można odnieść wrażenie, że z tak przykurczoną ręką, pod którą żyje pluszak, chodzi od wielu, wielu lat. Przeszedł powolnym, chwiejnym krokiem obok całującej się na ławce pary, dalej przy mężczyźnie w garniturze czytającym najświeższą gazetę, by przystanąć naprzeciwko niemłodej kobiety karmiącej gołębie. Na jego twarzy, oprócz tajemniczego spokoju zawierającego cały oczekiwany pokój na świecie, pojawił się uśmiech. Kobieta podniosła wzrok, spojrzała na postać nieznajomego, potem głęboko w oczy i…

Mężczyzna jeszcze bardziej docisnął pluszaka, przerzucił cały ciężar na jedną nogę i puścił się biegiem w stronę wyjścia, mimo iż tam musiał unikać jeszcze większej ilości oczu. Jego oddech przyspieszył, serce zakołatało, zanim zmęczenie w mięśniach tego zażądało.

– Już prawie, już prawie, kochany – szepnął w pluszowy niebyt. – Jeszcze dzień, a na pewno dasz radę. Już niedługo, cierpliwości.

Podbiegł do pobliskiego budynku, skrył się w ciemnej bramie, by za chwilę zaszyć się na dole schodów prowadzących do nieczynnej piwnicy. Tu światło docierało stłumione, ludzie nie zaglądali, a czysto ludzki błysk nie zawitał nigdy – tu był jego świat i kosmos w jednym. Jedynie koty czasem się zapuszczały, stanowiąc śmiertelne zagrożenie dla tego niebytu. Tu było jego niebo, jednak rzeczywistość układała się inaczej – to piekło z brudnej postaci: ze smrodem wielomiesięcznego niedomycia, panicznie oddawanego w kącie kału i moczu. Gdzie kartonowe posłanie było cenniejsze niż prawdziwe łóżko kilka kilometrów dalej. Prawdziwe mieszkanie, własne, z pachnącą kobietą, czystym obrusem, obiadem zniewalającym wonią i kosmosem prywatności.

– Zwieźć cię może ciągnący ulicami tłum, wódka w parku wypita albo zachód słońca… – na powierzchni, nad schodami słychać było nuconą melodię. Jednak ton bardziej przypominał małą dziewczynkę… albo starego pluszaka.

Wkrótce zapadła dwulicowa noc, podczas której raczej nie wychodziły na zewnątrz te ludzkie światłości, ale z drugiej strony, jeśli już jakaś się pojawiła, kłuła w oczy i rozum ze zdwojoną siłą, bo kontrastowała ze zbawienną ciemnością. Mężczyzna wykopał się spod schodów, stanął pośrodku kamienicznej studni, spojrzał w niebo, szukając schowanego za gęstymi chmurami błędnego wędrowcy, który mimo braku celu wraca i wraca i wraca. A potem znów wraca i powraca. I wraca. Podschodowy rozluźnił uścisk lewej ręki, wziął pluszaka w prawą i wyciągnął ku miejscu spoczynku Twardowskiego.

– Powoli rośniesz, czuję to. Dziś mniej, bo nas opuścił, ale jutro czy pojutrze się najesz jego blaskiem. A wtedy wrócisz. Już nie będę ci potrzebny.

Wyjął z kieszeni metalowe etui – jedyną zadbaną rzecz w jego zniszczonym świecie. Puzderko lśniło w minimalnym półmroku latarni, cieszyło oczy drobnymi ryskami wzdłuż, wykonanymi z pietyzmem i natchnieniem. Zbliżył się do klatki schodowej z zamkniętymi drzwiami i, jakby dokopując się skarbu, otworzył etui. W miękkim, idealnym wnętrzu spoczywał od zawsze klucz do tych drzwi. Mężczyzna dotknął klejnotu, pogładził go po delikatnej, aksamitnej skórze i z głębokim oddechem jeszcze raz spojrzał w niebo.

– Nie dziś. To nie ten dzień. Szanujmy się, mój drogi – wyszeptał w stronę pluszaka.

Zamknął z namaszczeniem etui, z kieszeni wyciągnął aksamitną szmatkę i w nią zawinął skarb. Całość schował do kieszeni.

Następnego dnia, gdy powolne jesienne słońce dopiero rozświetlało wierzchołki domów, poszedł do pobliskiego, osiedlowego sklepiku. Z wewnętrznej kieszeni spodni, drugiej niż ta ze skarbem, wyciągnął koszmarnie zniszczony portfel i kartę z banku.

– Dzień dobry, droga pani. Nieduży kawałek, proszę niezwykle uprzejmie, sera, do tego pół bochenka chleba i najtańszą wodę gazowaną, półtoralitrową, bardzo proszę.

– Panie, mówiłam już, straszysz pan klientów. Pan coś zrobi ze sobą, bo strach się zbliżyć. – Ekspedientka sięgnęła z wyraźnym grymasem po produkty, nabiła na kasę i przysunęła do Podschodowego terminal płatniczy.

Mężczyzna jak najszybciej zbliżył kartę, upewnił się, że transakcję zaakceptowano i błyskawicznie, wychodząc z jedzeniem w siatce w jednej, a z przytulonym pluszakiem w drugiej ręce, rzucił ciche:

– Przepraszam najmocniej. – A gdy byli za drzwiami – nie martw się, kochany, tak ma być, wielkiej krzywdy im nie robimy, a czynić swoje musimy.

Udał się do tego samego, pobliskiego parku. Gdy podchodził do swojego miejsca, spostrzegł, że jego ławka jest zajęta. Stanął więc w pobliżu, niemal ginąc pochłonięty przez życzliwe zarośla. Padł na niego wzrok przechodnia, taki ciekawski, szukalski i natrętny. Podschodowy jeszcze bardziej się zagłębił, a wzrok spuścił na matkę glebę.

Wieczorem, gdy już w parku nie było żywej duszy, mężczyzna wyszedł na trawnik otoczony kwietnikiem, przytulił misia i zaczął kołysać się w rytm muzyki wszech-siebie. Zamknął oczy, uniósł głowę i zniknął ze świadomości. Nawet nie zauważył przechodzącej pary młodych zakochanych ludzi.

– O, jakiś szaman – zażartował chłopak. – Ucałuje misia w dupę i zamiast królewicza pojawi się zbok z zamiłowaniem do analnych zabaw. – Sam uśmiał się ze swojego dowcipu. Jego wybranka zawtórowała.

Podschodowy usłyszał to, otworzył nerwowe oczy, zamarł z bezruchu i widać było wzrok szukający schronienia. I jedyne, co zrobił, to schował misia za pazuchę kurtki. Byli już bezpieczni.

Gdy ostatnie obłoki przegonił życzliwy wiatr, a kamieniczną studnię zalała srebrna poświata, mężczyzna wydobył się spod schodów, spojrzał w górę i rzekł do pluszaka:

– Może wreszcie dzisiaj, to dobra noc na narodziny.

Wyciągnął błyszczące etui i wyjął klucz, by niesłyszalnie przekręcić zamek. Wdrapał się mozolnie po schodach na trzecie piętro, stanął przed zalanymi ciemnością drzwiami na dach i zrobił krok.

Tym razem zagrał sam Mozart, wskrzeszany na te szczególne chwile, a świeże powietrze wypełniło każdy zakamarek odzienia Podschodowego. Uniósł on pluszaka ku błędnemu wędrowcy i otworzył oczy najszerzej, jak potrafił. Pluszak jednak nie towarzyszył mu w tej czynności. Twarz, tak samo bez wyrazu, nie reagowała. Minutę, potem kwadrans, godzinę, aż mężczyzna opadł bezsilnie na kolana, ale zamiast rozpaczą zareagował uśmiechem.

– Kiedy wreszcie przyjdziesz? Kiedy się znów narodzisz? – Ponownie przytulił go najmocniej, jak mógł i zasnął na dłuższy czas.

Rano, gdy głód dawał mu się we znaki, wytoczył swoje ciało spod schodów i przed nim stanęła… jego żona.

– I co? Masz już dość? Bo ja tak… – Wypuściła bezsilnie powietrze. – Gdybym wiedziała, że to tak się skończy, nie pomogłabym załatwić tej renty. Zresztą… – Pokręciła głową, nie dowierzając temu, z czym przyszło jej się zmagać. – On już nie wróci. Nie żyje od czterech lat, czy ty to rozumiesz? Nie wskrzesisz go… – Opadła na kolana, podobnie jak on ostatniej nocy, i zapłakała, tłumiąc dźwięki. – Myślisz stary durniu, że mi łatwo? To ja od niego odeszłam do ciebie, do jego najlepszego przyjaciela! Nie sądziłam, że sobie nie poradzi, że tak mnie kocha… Każdego wieczoru mam ochotę podciąć sobie żyły, szczególnie teraz, gdy ty odszedłeś. Nie! Ty nie odszedłeś! Ty, kurwa, odmaszerowałeś z tego jebanego świata! Od tej całej klasy, na którą tak poleciałam! Pojebańcu, wiesz, jak ja ci zazdroszczę? Ty ciągle masz nadzieję, że ożywisz go tymi swoimi popierdolonymi rytuałami wchodzenia na ten jebany dach, z którego skoczył! Kurwa, Adam, wracaj, bo ja już nie daję rady. Noszę w sobie i jego i ciebie! Nie rozumiesz tego? On, kurwa, nie żyje! – próbowała wrzasnąć przez zaciśnięte gardło, ale bardziej to przypominało skowyt bitego psa.

Osunęła się z kolan na bok, uderzając głową o betonowe podłoże studni. Podschodowy podszedł, zdecydowanym, jakby nieswoim ruchem chwycił ją za rękę, pociągnął tak silnie, że jęknęła z bólu, i zmusił do wstania. Jednak ani na moment nie spojrzał w oczy. Ale za to, odwracając się na pięcie już po swojemu, zaśpiewał tak, aby słyszała:

– Lecz pamiętaj, naprawdę nie dzieje się nic i nie stanie się nic aż do końca…

Zszedł po swoich schodach, opuszczając żonę po raz ostatni.

Odnośnik

Morpho peleides

Motyl, Niebieski, Owad

Mizerne się pojęcie ma, co karą jest, a co nagrodą” – Piotr Bukartyk.

Kilkanaście lat wcześniej, w młodości, Piotra zostawiła dziewczyna. Bardzo to przeżył. Nie wychodził z domu przez miesiąc.

– To mój prawdziwy skarb. Całe moje życie. Nikt mi go nie zabierze! A niejeden by chciał! Ale to moje oczko w głowie – mówił do siebie Piotr, przeglądając kolekcję motyli.

Zbierał je od wielu lat, odkąd pamiętał. Będąc nastolatkiem, zaczął od tych polskich, a potem dołączał bardziej egzotyczne. Najpierw były takie okazy jak bielinek, cytrynek, paź królowej – w sumie ponad trzy tysiące gatunków motyli krajowych, a do tego prawie pięć tysięcy zagranicznych. Wydał niemal fortunę, spokojnie wystarczyłoby na dobry samochód, a może nawet na niewielkie lokum.

Żył w dwupokojowym mieszkaniu, które zostawiła mu matka. Mniejszy pokój służył jemu samemu, a większy to sanktuarium motyli. Na ścianach wywieszonych było, oprawionych w złocone ramki, prawie pięćdziesiąt co piękniejszych okazów. Reszta w przeszklonych gablotach starannie ułożonych na specjalnie w tym celu zaprojektowanym regale. Do tego w całym domu zainstalowany alarm i monitoring pokoju z eksponatami działający przez internet. Mieszkanie ubezpieczył na kwotę kilkukrotnie przekraczającą wartość samej nieruchomości.

Niestety kolekcja odbijała się na jego zdrowiu psychicznym. Najdelikatniej mówiąc, był przewrażliwiony. Będąc poza domem, co chwilę sprawdzał w telefonie, czy wszystko w porządku z jego skarbem, a i nocą spał bardzo płytko, obawiając się kradzieży. Byle szmer go wybudzał, toteż miewał dni, kiedy spał zaledwie godzinę czy dwie. Jego cioteczny brat, w zasadzie jedyna rodzina, wielokrotnie go skłaniał do rozpoczęcia leczenia odwykowego, gdyż, jak sądził, Piotrem władało uzależnienie od kolekcji. I było w tym wiele prawdy, bo Piotr niemal całe życie podporządkował swojemu hobby. Przestało ono być odskocznią, a stało się panem i władcą.

Któregoś dnia, będąc na wystawie motyli, poznał kilka lat młodszą kobietę. Ubrana była w zwiewną suknię w kolorze błękitnym, z wielkimi płachtami materiału ciągnącymi się od rąk do tułowia, co wyglądało, jakby była motylem pochodzącym z Ameryki Południowej o nazwie morpho peleides. Podeszła i spytała:

– Masz takiego w swojej kolekcji? – Stali akurat przed okazem o nazwie ornithoptera alexandra, największego motyla świata, pochodzącego z Nowej Gwinei, osiągającego rozpiętość skrzydeł do dwudziestu ośmiu centymetrów.

– Tak, wi…wi…si w centralnym pu…pu…nkcie – odparł speszony.

– A co masz jeszcze ciekawego?

– Ja?… – Rozejrzał się, sprawdzając, czy oby na pewno zaczepiała właśnie jego. – Wszy…wszy…stkie polskie i sporo… – zaczął nerwowo rozcierać dłonie – egzoty…ty…cznych – jąkał się.

– A ile w sumie? – Uśmiechnęła się i przytuliła delikatnie barkiem.

Piotr zamarł. Nie wiedział, co ma począć z takim zjawiskiem, jak zaloty pięknej kobiety. Wstrzymał oddech, powoli zwrócił głowę w jej stronę, spojrzał gdzieś w okolice szyi, bo w oczy nie miał odwagi, i głosem grobowym skomentował:

– Chyba już pó…pó…jdę.

Kobieta chwyciła go za rękę, przyciągnęła do siebie i dała słodkiego całusa.

– Ja… nie mo…mo…gę.

Godzinę później byli u niego. Najpierw wszedł do domu sam, sprawdził, czy drzwi do sanktuarium są zamknięte i zaprosił ją do pokoju, gdzie mieszkał. Stanęła pośrodku, rozpostarła skrzydła i wydając z siebie szum imitujący wiatr, wyszeptała:

– A teraz cię wyzwolę.

Kilkanaście minut później doprowadziła do tego, że się kochali. A w zasadzie ona go ujeżdżała, bo Piotr myślał tylko o tym, co za zamkniętymi drzwiami.

I od tego dnia była stałym bywalcem u niego w domu. Najpierw był tylko seks, na który na początku godził się z oporami, a potem nawet zaczęła gotować mu obiady. Kilkanaście tygodni później Piotr już sam doprowadzał do zbliżenia, a i wymyślał coraz to nowe pozycje. Jego cioteczny brat któregoś razu skomentował, że nic lepszego nie mogło się Piotrowi przytrafić niż Ewa, bo tak miała na imię pani-motyl. Lecz twierdził, że bez odwyku się nie obędzie, bo co prawda na co dzień Piotr coraz rzadziej sprawdzał monitorowany pokój, spał spokojniej i głębiej, a i wkrótce zmienił pracę na lepiej płatną, ale nadal spędzał przynajmniej trzy czy cztery godziny dziennie w sanktuarium.

– Nie uważasz, że masz hopla na punkcie tych motyli? – spytała któregoś dnia Ewa.

– Takie moje hobby – odparł bez zająknięcia.

– A może wyjedziemy gdzieś na wakacje?

– Wiesz, że zbieram na nowe okazy.

– Przecież ty nie masz życia poza tymi swoimi pieprzonymi motylami! – Wyszła, trzaskając za sobą drzwiami.

I już więcej się nie pojawiła.

Dwa tygodnie później, będąc w pracy, odkrył, że monitoring nie działa. Gdy wrócił do domu, kolekcji nie było. Ani jednego okazu. A przecież dał Ewie klucze i kody do systemu zabezpieczeń…

Pół roku później Piotr wyjechał na długie wakacje z kobietą, którą zaczepił na ulicy. I już nie chciał mieć żadnego hobby. Teraz, zamiast mieć hobby, po prostu żył.

Uśmiech

Uśmiech

Kapelusz, Moda, Styl, Szczęśliwy, Człowiek, Hipster

Przekręcił drzwi wejściowe na klucz. Buty odezwały się na schodach i za chwilę wpłynął w promienie już chylącego się, październikowego słońca. Na jego twarzy zakwitł uśmiech. I to nie z powodu pogody ani jakiegoś wydarzenia z życia. Po prostu Jarek uśmiechał się do siebie. Teraz wspominał, jak dziwne rzeczy robił w przeszłości. Na przykład pojechał kiedyś do Bydgoszczy na osiemnaste urodziny dziewczyny, którą poznał kilka miesięcy wcześniej. W zasadzie nie znał jej, nawet nie darzył specjalną sympatią, a pojechał, bo go o to poprosiła. I jej rodzice chcieli wiedzieć o nim wszystko. Począwszy od tego, jakie miał dzieciństwo, a skończywszy na planach na przyszłość. A że był artystą-marzycielem, to plany miał takie, aby zostać muzykiem. I pytali, z czego zamierza żyć, bo z muzykowania nie da się specjalnie, szczególnie że Jarek planował nie zhańbić się komercją, czyli chałtury odpadały. Szedł teraz chodnikiem wzdłuż ulicy 1 Maja, podśmiewając się sam z siebie. I ten uśmiech był wręcz nienaturalny. Nawet na lekcjach czy zajęciach nie znikał z jego twarzy. Mówił coś – uśmiechał się, myślał – również. Jarek usłyszał kiedyś komentarz: pierdolnięty zawsze uśmiechnięty. Ale się nie przejął. Dalej się uśmiechał.

Właśnie podążał na uczelnię. Po lewej miał Odrę, a po prawej zbliżał się do Zakładu Wodociągów i Kanalizacji. Nagle wyszła stamtąd znajoma ze szkoły średniej, Bogusia.

– Cześć, dawno cię nie widziałem – zaczął.

– Cześć. – Uśmiechnęła się.

– Co tu robisz?

– Pracuję.

– Od dawna? Nigdy cię tu nie widziałem.

– Zaczęłam zaraz po liceum. Zwykle siedzę za biurkiem, a dziś wysłano mnie na pocztę.

– Jak ci się wiedzie?

– Dobrze, tylko brakuje mi drugiej połówki. – Spojrzała w jakiś dziwny sposób i zrobiła krok w tył.

– Mi jest dobrze, jak jest. – Z jego twarzy nie znikał uśmiech.

– A ty zawsze taki uśmiechnięty, zazdroszczę ci.

– A jakoś tak. Sam nie wiem czemu. – Zrobił głupkowatą minę. – A ty jak zwykle piękna. Ale i smutna, jak zawsze.

– Powtórzę twoje słowa… a jakoś tak.

– Przecież byłaś najładniejszą dziewczyną w klasie, więc powinnaś się cieszyć.

– Czasem ta uroda to tylko udręka… Dobra, nieważne. Czas na mnie, bo praca goni.

– To nie zatrzymuję. Trzymaj się, cześć.

– Cześć. – Ruszyła w przeciwną stronę ze spuszczoną głową.

On sam uśmiechnął się jeszcze szerzej, a podeszwy butów odezwały się z większą intensywnością niż zwykle. Bogusia zawsze mu się podobała, niejednokrotnie myślał o niej jak o swojej kobiecie, ale brakowało mu odwagi, bo tak piękna dziewczyna na pewno ma adoratorów co niemiara i nie zwróciłaby na niego uwagi.

Dotarł na uczelnię w takim samym humorze. Studiował w Państwowej Wyższej Szkole Zawodowej na kierunku Pedagogika Resocjalizacyjna. Podszedł z uśmiechem do grupki stojącej pośrodku korytarza i przywitał się z każdym z nich. Zwrócił jednak uwagę na dziewczynę, z którą rozmawiał poprzednim razem. Doskonale pamiętał, że to ona go zaczepiła. Wyglądała na zdecydowaną. Była dość ładną blondynką z pospolitą twarzą, tylko jej oczy niosły w sobie coś agresywnego. Miała na imię Agnieszka. Teraz znów podeszła i spytała:

– A ty jak zwykle zadowolony?

– A spotkałem po drodze koleżankę z liceum i się cieszę.

– Umówiliście się? – spytała ze śmiechem.

– Nie, znam ją od dawna.

– A ze mną się umówisz?

– Pewnie, że tak – odparł zaskoczony.

– To kiedy?

– Może jutro wieczorem?

– Daj mi numer, to zadzwonię. – Przybrała minę jakże podobną do jej oczu.

Kilka minut później odszedł z uśmiechem w stronę sali, w której odbywały się ćwiczenia, a ona w przeciwną, bo jej grupa miała w tym czasie inne zajęcia.

W tym czasie dwóch kolegów stojących po drugiej stronie korytarza uważnie przysłuchiwało się całej rozmowie, a gdy Jarek z Agnieszką się rozeszli, jeden skomentował:

– A ten to taki zadowolony, jakby mu ktoś do kieszeni nasrał.

– Coś z nim nie tak, bo nikt normalny nie jest tak zadowolony.

– Kurwa, aż go spytam, z czego tak się cieszy!

– Daj spokój. Szkoda mi go.

– Co daj spokój?! Taki palant myśli, że świat zawojuje tym kretyńskim uśmiechem! Człowiek tu się, kurwa, do wszystkiego zmusza, a przychodzi taki i się popisuje! Jebany!

– A ja myślę, że coś z nim nie tak.

– Zajebię dziada!

– Daj spokój. Szkoda nerwów. Chodź na ćwiczenia, bo czas.

Kilkanaście metrów dalej stały dwie dziewczyny; jedna dość ładna, a druga wręcz przeciwnie. Ta pierwsza, widząc odwagę Agnieszki, rzuciła do koleżanki:

– Chciałabym być jak ona.

– A co, zazdrosna?

– Schrupałabym go, ale nie mam odwagi się odezwać.

– Jak ty tego nie zrobisz, to ja z nim zagadam.

– Naprawdę?… – Zmarszczyła czoło. – Dawaj, póki Agniecha go nie zbałamuci.

– Na poprzednich ćwiczeniach siedziałam obok niego, to i teraz usiądę.

– Zazdroszczę mu tej pogody ducha.

– Wreszcie jakiś facet, który nie jest znudzony życiem.

– Dobra, idę do sali, a ty naprzód, śmiało, trzymam za ciebie kciuki.

Gdy znaleźli się w sali ćwiczeń, dziewczyna co prawda usiadła obok niego, ale przez dłuższy czas się nie odezwała. Dopiero pod koniec spytała:

– I jak dziś humor?

– Znakomicie – odpowiedział z tym samym uśmiechem.

– Rozchwytywany jesteś. – Uśmiechnęła się niepewnie.

– Ja? A czemu tak sądzisz?

– Ja tylko tak…

Zamyślił się, bo wiedział, że te słowa dotyczyły Agnieszki. Ale nie miał pojęcia, jak na to odpowiedzieć. Na chwilę z jego twarzy znikł uśmiech. Zastanawiał się, czy ta dziewczyna też go podrywa.

Wieczorem przyszedł do mieszkania, w którym nadal żył z rodzicami. Zjadł obiad i zamknął się w pokoju. Melancholijna muzyka wypełniła pokój i zapadł się w głąb siebie. Całodniowy uśmiech już zgasł, a jego miejsce zajął smutek. Gdy dźwięki ucichły, otworzył program do komponowania muzyki i na stojącym obok syntezatorze próbował nowych melodii. W sumie już nagrał na komputerze kilkaset minut różnych prób, jedne lepsze, drugie gorsze, a niektóre z nich wykonywał ze swoim zespołem. Grał w nim właśnie na klawiszach. Nie wyobrażał sobie życia bez muzyki. Przebierał palcami po klawiaturze, jednak nie cieszyły go efekty. Robił to, aby uciec od smutku, który wkradał się niepostrzeżenie, gdy wracał do domu. Smutku, który dominował. I był nie do przezwyciężenia. Położył się do łóżka około północy i leżał długie godziny, zanim zapadł w sen.

Następnego dnia łóżko ledwo wypuściło jego zmęczone ciało i umysł. Przymusił się do porannej toalety, a potem, pijąc kawę, siedział przy komputerze. I znów smutek był panem i władcą. Wziął odruchowo do ręki telefon, sprawdził, czy nie ma wiadomości albo nieodebranych połączeń i przez chwilę się wahał, aby wysłać do Agnieszki jakiegoś sms-a. Ale nie zrobił tego z bliżej nieokreślonych przyczyn.

Gdy tylko wyszedł z domu, od razu nabrał odpowiedniego, swojego rytmu: przyspieszył ruchy, a na twarzy pojawił się uśmiech. Minął sąsiada, za którym nie przepadał, ale i to nie popsuło mu humoru. Jak zwykle wędrował ulicą 1 Maja, a potem przez tunel na Josepha von Eichendorffa. Gdy był w połowie tunelu, zatrzymał się, przytulił do ściany, zamknął oczy i docierały do niego odgłosy przejeżdżających samochodów. Przyszło mu do głowy, jak wielka jest różnica między tym jego stanem, a tym, w który wpada w domu. Teraz cieszył go bezruch, delektował się półmrokiem i niemal czuł całym sobą rytm miasta. W końcu ruszył dalej, jeszcze bardziej przyspieszając. Na uczelni zjawił się planowo i pierwsze, na co zwrócił uwagę, to fakt, że nie było Agnieszki. Ale i to nie popsuło mu humoru. W końcu mieli do siebie numery i nawet jeśli ona się tu nie pojawi, to pewnie spotkają się wieczorem zgodnie z umową. W pewnym momencie podszedł do niego nieco starszy kolega z grupy.

– Słyszałem, że grasz w zespole? – spytał tamten.

– Ano gram – przyznał Jarek z tym samym uśmiechem.

– Ja też gram. My ostatnio musieliśmy wywalić jednego, bo się nie nadawał. Tak to uważał się za lepszego, a naprawdę niewiele umiał. Zaczęliśmy grać czyjeś kawałki, a on nawet nie potrafił powtórzyć ich wiernie. Tylko się głupio uśmiechał.

Jarkowi od razu przyszło do głowy, że to nawiązanie do jego uśmiechu. Ale nic nie powiedział. Bo co tu powiedzieć? Tylko uśmiech mu nieco zgasł.

– Mówię ci, co to za koleś – ciągnął tamten. – Bo ja to cwaniaków nie lubię.

– Są tacy, którzy powtórzą każdą frazę, ale zero własnej inwencji, a są tacy, którzy stawiają właśnie na inwencję. – Jarek już miał dość tej rozmowy.

– Jak ktoś nie umie kopiować, to i inwencja nic nie pomoże. A jak cwaniaczy, to jeszcze może dostać wpierdol.

– A jak tam, przygotowany do dzisiejszych ćwiczeń? Pamiętałeś, aby przygotować krótki referat? – Jarek zmienił temat po chwili.

– Tak, tak. O mnie się nie martw. Lepiej martw się o siebie.

– A czemu mam się martwić?

– Ja bym na twoim miejscu uważał. – Tamten spojrzał mu w oczy, pokiwał głową i odwracając się, rzucił – zastanów się.

Jarek nic nie odpowiedział. Tylko miał dziwne wrażenie, że koledzy patrzą na niego nieprzychylnie.

Po skończonych zajęciach poszedł do parku Roth. Lubił tu przychodzić od czasu, gdy spotkał się w tym miejscu kilka razy z dziewczyną, w której był zakochany. Pamiętał ten dzień, w którym próbował się do niej przytulić. Odskoczyła i uciekła bez słowa. A potem już nie odbierała nawet telefonu. Pomyślał, że jest z nim coś nie tak, bo ktoś inny pewnie niemiło by wspominał taką sytuację i prawdopodobnie nie miał ochoty na sentymentalne powroty w to miejsce. A może właśnie wszystko z nim w porządku? Może potrafi zaakceptować swoją przeszłość, nawet jeśli nie jest przyjemna? Tylko z drugiej strony, co z nim się dzieje w domu, kiedy to ma kłopoty zarówno ze skupieniem się, jak i z bezsennością, nie wspominając o tym wszechogarniającym smutku?

Usiadł na ławce, na której wielokrotnie widział zastanawiającego go faceta. Tamten wyglądał na bezdomnego, czasem popijał wódkę, ale Jarek nigdy nie widział go pijanego. Jednak ubranie miał zawsze czyste. Mógł mieć około sześćdziesiątki. Tym razem go nie było, mimo iż pogoda dopisywała. Jarek spuścił głowę i zatopił się w rozmyślaniach, ale z jego twarzy nie znikł uśmiech. Kilka minut później pojawił się tamten.

– Szanowny pozwoli, że się dosiądę, bo to moje miejsce – zaczął przybysz.

– Ależ proszę. A może mam się przenieść, skoro to pana miejsce?

– Ależ szanowny, zmieścimy się we dwóch.

– Często tu pana widuję.

– Lubię, a co. Ja też szanownego widziałem parokrotnie. Chyba szanowny lubi ten park?

– Dobrze mi się kojarzy.

– Szanowny mi wybaczy, że pytam, ale pewnie jakaś kobitka?

– I to jaka… – Jarek jeszcze szerzej się uśmiechnął.

– Dobrze, że szanowny to miło wspomina, mimo że, jak widzę, się skończyło.

– Wspomnienia. To mi pozostało. – Jarek pokiwał głową, chyba bardziej do samego siebie.

– Wspomnienia, wspomnieniami, ale żyć trzeba, szanowny.

– A pan czemu tak tu przesiaduje?

– W moim wieku, szanowny, to co mi pozostało oprócz wspomnień?

– A rodziny pan nie ma?

– Miałem, ale już nie mam, szanowny.

– A czy mogę o coś spytać?

– Niech szanowny pyta.

– Jest pan bezdomny?

– Szanowny, ależ skąd. Sypiam w domu, ale za dnia usiedzieć tam nie mogę. W domu to ludzie umierają, szanowny.

– Ja też w domu jakoś przygasam. – Jarek zastanowił się, że nieznajomy ma wiele z nim wspólnego.

– Tylko jak szanowny jest poza domem, to jest szczęśliwy. Zauważyłem u szanownego ten szczery, ciepły uśmiech.

– A jakoś tak…

– Myślę, że szanowny umie zamienić cały ten swój lęk w coś pozytywnego. Niewielu to potrafi. Tylko szanownemu pozazdrościć.

Jarkowi przyszło do głowy, że ten człowiek wie, co mówi. I że on sam jest szczęśliwcem, skoro umie zachować taką pogodę ducha. Nieznajomy wyciągnął zza pazuchy małą butelkę kolorowej wódki i spytał:

– Szanowny się nie obrazi? To mi pomaga.

– Nie, skąd.

– A może szanowny się poczęstuje?

– Nie, dziękuję. Zresztą już na mnie czas, bo niedługo mam randkę. – Jarek wstał, podał facetowi rękę i dorzucił – niech pan nie przesadza z alkoholem, bo to nic dobrego.

– Wypijam taką małpkę raz na dzień i mi starcza, szanowny. W moim wieku, szanowny, to już nic mi nie zaszkodzi.

Jarek odszedł w swoją stronę. Na spotkanie z Agnieszką, bo w ciągu dnia dzwoniła i umówili się właśnie w tym parku. A ustalili to miejsce z jego inicjatywy. Spojrzał na telefon i zostało tylko piętnaście minut. Już chciał iść na mały spacer, gdy dostał sms-a. Przeczytał:

Nie mogę bez ciebie żyć. Marzę o tobie. Do zobaczenia.

To było od Agnieszki. Jarkowi się nogi ugięły. Bo bardzo mu się podobała. Pomyślał, że wreszcie się zwiąże z kobietą, czego tak bardzo mu brakowało. Od razu w głowie pojawiły mu się wizje, że chadzają po tym parku, trzymając się za ręce, odwiedzają razem znajomych, a on jest dumny i szczęśliwy. Wreszcie, że siedzą sami w pustym mieszkaniu i świat nie istnieje. Zapadł się psychicznie w sobie, a na twarzy całkowicie zgasł uśmiech. Deptak pod stopami przyspieszył, reagując miarowymi stuknięciami na jego kroki.

Kilkanaście minut później zobaczył ją stojącą przy wejściu do parku w umówionym miejscu. Podszedł i wyciągnął ręce, aby się do niej przytulić, czekając na to samo z jej strony. Przymknął oczy i poczuł wielką ulgę od swojej samotności. Z uśmiechniętego młodego mężczyzny przeistoczył się w romantycznego kochanka. Ale ona zrobiła krok do tyłu, spojrzała na niego z politowaniem i rzekła:

– Myślałam, że jesteś prawdziwy facet, a ty się zachowujesz jak przedszkolak. Zawiodłam się na tobie. Mógłbyś sobie darować te maślane oczka i to ckliwe zachowanie. – Odwróciła się i bez słowa odeszła.

W jego głowie zrodził się krzyk niemożliwy do wyrażenia. Popłynęły łzy. Stał pośrodku deptaka i nie widział przechodzących ludzi. Nie istniał świat, nie istniało życie. Tylko spuścił głowę i miał ochotę uciekać. Bo nic z tego nie rozumiał. Dlaczego przysłała mu takiego sms-a, skoro chwilę później tak go potraktowała?

Wrócił do domu bez świadomości. Nie przywitał się z rodzicami, tylko zamknął drzwi pokoju i padł bezsilnie na łóżko. Przykrył głowę kołdrą i jeszcze raz zapłakał. I nie miał już ochoty na kontynuowanie studiów. Nie miał ochoty na nic. Tej nocy nie zasnął nawet na chwilę.

Rano dźwięk budzika zabił ostatnie struny spokoju. Zmusił się, aby pójść na uczelnię. Szedł pozbawiony jakichkolwiek sił, na twarzy już nie miał tego uśmiechu, a nogami ledwo powłóczył. Gdy był w pobliżu Zakładu Wodociągów i Kanalizacji, zobaczył Bogusię.

– Miło cię widzieć – zaczęła.

– Właśnie idę na uczelnię – odparł bez przekonania.

– Co się dzieje? Bo wyglądasz jakoś inaczej.

– Wszystko w porządku, miałem ciężką noc.

– Pierwszy raz widzę cię w takim stanie. Ale to nic złego. Każdy ma czasem gorsze momenty.

– Zmęczony jestem i tyle.

– Spotkajmy się dziś wieczorem. – Zrobiła krok w jego stronę.

– Nie wiem, czy mam na to ochotę. Przepraszam.

– Pogadamy, poczujesz się lepiej. Lubię opiekować się mężczyznami.

– Ale ja nie potrzebuję opieki! – rzucił rozpaczliwie.

– Czasem każdy potrzebuje. Dziś ty, a innym razem ja. Kończę o siedemnastej. Pójdziemy nad Odrę się powłóczyć.

– Może innym razem? – Wypuścił bezsilnie powietrze.

– Bądź, a nie pożałujesz. Jesteś wyjątkowy.

Jak tylko to usłyszał, przypomniał sobie słowa Agnieszki i pierwsze, na co miał ochotę, to uciekać od Bogusi jak najdalej. Ale i na to nie miał siły.

– Zobaczysz, odzyskasz humor. A jak nie przyjdziesz, to zamęczę cię telefonami. Nie akceptuję odmowy – ciągnęła.

– A nie będzie ci przeszkadzało, jak będę smutny? – ledwo otwierał usta.

– Dziś ja będę tą wesołą. A ty bądź kim chcesz.

Nie powiedział nic. Pokiwał tylko głową. I nie za bardzo wiedział, co dalej.

– No dobra, leć na uczelnię i do zobaczenia.

– Do zobaczenia.

Na uczelni nie mógł się na niczym skupić. Tylko patrzył, czy już wszyscy się z niego śmieją. Każdy dźwięk przybierał psychodelicznego aspektu: wybrzmiewał wielokrotnie w głowie jak echo w pustym, ciemnym i przerażającym pomieszczeniu. A twarze wokół wydawały się obce, napastliwe i wrogie. Wrócił do domu wczesnym popołudniem, poleżał w łóżku i tuż przed siedemnastą poszedł na spotkanie. W zasadzie nie miał na to ochoty. Bo o czym w ogóle będą rozmawiali? Przecież znali się od ponad czterech lat. I jeszcze miał wrażenie, że Bogusia chce się z nim spotkać z powodu litości, jaką wzbudził w niej swoim tragicznym humorem. A litości nie chciał, brzydził się nią. Poczekał na nią chwilę pod firmą i poszli nad rzekę. Usiedli w ustronnym miejscu.

– O czym marzysz? – spytała.

– Daj mi dzisiaj spokój. W zasadzie nie wiem, po co tu przyszedłem.

– Wiesz, że zawsze się ciebie w jakiś sposób bałam?

– Ale czego?

– Tego twojego uśmiechu. Przyciągał mnie, ale bałam się.

– Dlaczego?

– Bo ludzie czasem są smutni, a ty niemal zawsze byłeś taki zadowolony. Tak jakbyś miał coś w zanadrzu. Coś niespodziewanego, coś przerażającego.

– Ale ja tylko tak…

– I dlatego dziś się z tobą umówiłam, bo zobaczyłam w tobie człowieka. I już ten uśmiech nie będzie mi przeszkadzał, bo wiem, że jesteś normalny.

Przysunęła się do niego i przytuliła. Przez chwilę obawiał się czegoś podobnego, co spotkało go ze strony Agnieszki, ale pomyślał, że Bogusia robi to, co czuje. Objął ją ramieniem i zatopili się w niemal całkowitej ciszy. Zamknął oczy, a na jego twarzy znów zagościł ciepły, szczery uśmiech.

Galeria

Iza

Zdjęcie pobrane z „Zszywka.pl” autorstwa Asiaaa_S
————————————————

Dziś wracam z objęć Morfeusza już po czterech godzinach snu. Błyskawicznie otwieram ciężkie powieki, zerkam na zegarek. Piąta dwadzieścia. Tykanie wdziera się do mojego mózgu, jakby to były krople wody roztrzaskujące się na czole. Czuję się zmęczona. Szczególnie rano tak miewam, kiedy jeszcze nie wejdę na obroty. Na nocnej szafce, jak zwykle, pali się lampka. Całą noc. Denerwujące, ale konieczne światło. Mogłabym spać dłużej, jednak dzisiaj jest to. Czekałam ponad piętnaście lat. Zbyt długo. I sama nie wiem, czy to przez czekanie, czy przez co innego, ale buzują mi myśli, których nawet nie jestem w stanie sprecyzować. Czekam, ale nerwowo zaciskają mi się mięśnie.

Śniło mi się ciasne, ciemne pomieszczenie bez klamki. Próbowałam wyjść, ale wszędzie były tylko zimne ściany. Jakaś izolatka? A może karcer? Nie pamiętam swoich uczuć, jedynie tę ciasnotę i ciemność.

Wczoraj wkurzył mnie sąsiad, bo mył samochód przed blokiem, a mydliny spływały na nasz trawnik. Idiota! A potem wszyscy narzekają, że betonowa pustynia! Ale sama święta też nie jestem, nieraz zrobiłam coś, czego potem żałowałam. Jak więc mam pielęgnować w sobie nienawiść czy niechęć, skoro robię podobnie? Nawet czytałam coś analogicznego, aby skupić się na sobie, zmieniać świat, zaczynając od siebie. Ale na dobrą sprawę nie musiałam tego czytać. Czułam to od zawsze.

Cieszę się, bo dwa dni wolnego w pracy, dla znajomych też mnie nie ma, liczy się tylko on. Ale to dopiero o pierwszej po południu. Potem, gdy go już spotkam, czas nie będzie się liczył. Przekręcam głowę w stronę nocnej szafki, widzę jego zdjęcie otulone półmrokiem. Jest na nim razem ze mną. Miałam wtedy czternaście lat i widziałam go tamtym razem tylko przez chwilę. Zdjęcie zrobiła mama, jak siedzimy przytuleni na kanapie. Wciąż czuję jego ciepło. Na dworze ciemno, głucho, a Misiek śpi w najlepsze z głową ułożoną na przednich łapach, wygląda, jakby o coś prosił. Ten zegarek kupiłam sobie sama, ale zawsze będzie mi się kojarzył z nim; dostałam od niego taki na rękę, gdy miałam sześć lat; już wtedy uczył mnie, jak czytać godzinę po wskazówkach. A potem już go nie było. Znaczy, był, ale nie przy mnie. Ciągle znikał na długie miesiące czy lata, a mama tłumaczyła, że wyjechał w delegacje i zajmuje się bardzo poważną pracą dla rządu. Na początku nawet nie wiedziałam, co to znaczy, ale po obejrzeniu kilku szpiegowskich filmów zrozumiałam. Czy jest takim drugim Jamesem Bondem? A może kimś jeszcze bardziej tajemniczym? W każdym razie dla mnie był niedostępny. A ja go potrzebowałam. Zawsze czekałam na jego powrót, nie odchodziłam od okna, wyglądałam. Zjawiał się na chwilę, a potem znikał znów na całą wieczność. I ponownie był niedostępny.

Biorę w rękę zdjęcie, dotykam kciukiem jego twarzy, próbuję poczuć kształt. I wydaje mi się, że jest przy mnie, że zaraz wyjdzie ze zdjęcia i usiądzie obok. Po chwili zbliżam je do nosa, wącham. Może wyczuję jego zapach? Głupia jestem. A Jolka mówiła, że to zdjęcie to tak naprawdę substytut. Ale świnia nie powiedziała, czego substytut. Choć domyślam się.

Mam przyjaciółkę, Anię. Czasem się spotykamy, obgadujemy, co się da, i za każdym razem mówi, że w moim wieku to już powinnam mieć męża. Ja jednak wiem swoje, nie spieszy mi się. Co z tego, że skończyłam w tym roku trzydziestkę? A bo to jedna wiązała się później? Ostatni był Andrzej. Kręcił się koło mnie dobre dwa i pół roku, ale w końcu dał sobie spokój, bo ile można. Lubiłam go, i zresztą nadal lubię, choć teraz to mnie unika – przechodzi na drugą stronę ulicy, gdy się mijamy, a jak mu wysłałam sms-a z pytaniem, co u niego, to nie odpisał i podobno zmienił numer. Jak się widzieliśmy po raz ostatni, to mówił, że kogoś spotkał. Byłam trochę zazdrosna i nawet chciałam ją poznać, ale w porę powiedziałam sobie nie. Choć mnie kusiło, bo Andrzej zasługuje na dobrą kobitę. Właśnie, czemu go nie chciałam? To dobre pytanie. Przecież jest przystojny, miał dobrą pracę, charakter trochę wybuchowy, ale serce najlepsze, jakie znałam.

Odkrywam kołdrę, przeszywa mnie dreszcz chłodu i patrzę na nogi, których nie goliłam już z miesiąc, bo i po co? Misiek tylko sapie, przewraca się na drugi bok i chyba myśli, że jego pani zwariowała, że tak wcześnie wstaje. Idę do łazienki umyć zęby, przepłukać twarz, skorzystać z toalety, a martwa cisza wdziera się do mojej głowy z siłą tajemnicy. Pstrykam kontakt, ale światło tylko błysnęło i zgasło. No tak, jeszcze żarówka się przepaliła. Przynoszę taboret, ostrożnie się na niego wdrapuję, ściągam nieco zakurzony klosz i nagle kręci mi się w głowie. Szum, mroczki i zawrót. Taboret wysuwa mi się spod stóp, przechylam się i po chwili uderzam barkiem w ścianę, a potem ląduję na podłodze w nieokreślonej pozycji przy koszu na brudną bieliznę. Jedyne, co poczułam, to uderzenie w tyłek i przedramieniem o sedes. Ale nie za bardzo boli. Pewnie dopiero zacznie. Widzę przed sobą roztrzaskany klosz na setki drobin, taboret leżący pod umywalką, a wszystko to przesłonięte przez brąz włosów, które opadły mi na oczy w trakcie upadku. Po chwili do łazienki wchodzi Misiek i skomle, czując, że coś jest nie tak. Odganiam go, aby sobie łap nie pokaleczył. Sama niespiesznie wstaję, uważając na te wszystkie odłamki. Ledwo je widzę, ale odrobina światła z przedpokoju skrzy się w nich. Co mi się stało, że tak poleciałam? Przecież nigdy nie miałam problemu z błędnikiem ani z równowagą w ogóle. Może to mała ilość snu, a może nadchodzące spotkanie?

Robię sobie kawę. Rozpuszczalną, bo ekspresu nigdy nie kupiłam. W sumie najważniejsze, aby pobudzała, a to, czy ma dobry smak, stoi na drugim miejscu. Czajnik rozpruwa ciszę głośnym szumem oraz miarowym rytmem trzasków. Wkrótce wychodzę z Miśkiem. Jest dość zimno, bo w końcu jesień. Silny wiatr przenika kurtkę, spodnie łopocą o łydki, a włosy wpadają mi do oczu. Sprzątam z trawnika po Miśku, wyrzucam do kosza i widzę przechodzącego sąsiada. Spaceruję krócej niż zwykle. Sama nie wiem czemu. Chyba boję się, że nie zdążę.

Po powrocie do domu Misiek się kładzie na swoim posłaniu, a ja siadam do komputera i zaczynam przeglądać internet. Na Onecie reklama bardzo ładnej sukienki. Kiedy kupiłam sobie coś szałowego? A może by tak dziś się wylansować? Może i ogolę nogi? W końcu mam sporo czasu, a i usiedzieć na czterech literach nie mogę, roznosi mnie. Rozbieram się ponownie, wchodzę do wanny. Płyn się podnosi, powoli rozgrzewa moje ciało, a ja zastanawiam się, kiedy ostatnio tak poleżałam w wannie pełnej wody. Zwykle nie mam na to czasu. Dziś jest wyjątek. Kiedy już zakręciłam kran, golę nogi, powoli, pociągnięcie za pociągnięciem, a po czole, łaskocząc, spływa kropla potu wywołana gorącą wodą. Ponownie się rozkładam w wygodnej pozycji i czuje ciepło każdym kawałkiem zanurzonego ciała. Wystaje mi tylko głowa. Kiedyś lubiłam kąpać się z pianą, otulona tylko światłem świec, ale ostatnio stałam się bardzo pragmatyczna. Zresztą unikam ciemności, zasypiam przecież przy zapalonej lampce. Kiedyś tak nie było, nasiliło się z wiekiem. Dziwne, bo to dzieci zwykle boją się ciemności… A co do pragmatyczności, to nawet ubrania kupuję takie, które są mi potrzebne, a nie ze względu na wygląd. Żakiety, garsonki, spodnie, bardzo rzadko spódnice, a nie sukienki. Dziś muszę zaszaleć. Bo nawet gdybym chciała, to nie mam w czym. A dla niego chcę. Wycieram się miękkim ręcznikiem, staję nago pośrodku łazienki, spoglądam w lustro i widzę uśmiechniętą twarz. Kiedy ostatnio ta gęba tak wyglądała? Zbliżam się do niej, przyglądam uważnie i widzę kurze łapki w kącikach oczu. Moja mama mówiła, że będę piękniała do dwudziestego piątego roku życia, a potem to już z górki. Ale nie martwię się, może trochę. Jak zareagowałby Andrzej na taki wygląd? Nadal by mnie chciał? Kusi mnie, aby spróbować go odnaleźć i pogadać. Lecz przecież obiecałam sobie – żadnego narzucania się. Jednak chciałabym poczuć, że jestem dla niego atrakcyjna, nadal jedyna. Chyba zawsze tego pragnęłam…

Pamiętam, jak Andrzej na mnie patrzył. Byliśmy raz nad wodą, nie miałam kostiumu, więc wykąpałam się w samym podkoszulku i majtkach. Jak wyszłam, spojrzał na moje ciało opięte mokrym ciuchem, wyraźnie uwidocznione piersi i widziałam, że miał ochotę za nie złapać. Ale ja byłam za bardzo wyniosła, aby jakiś napalony koleś się ślinił. Kurde, chciałam być dla niego atrakcyjna, a zarazem brzydziłam się jego reakcji… Lecz to minęło, została mi teraz praca i dzisiejsze spotkanie. Bo już nie pamiętam, kiedy się z kimś spotkałam na randkę, nie wspominając o stałym związku. Brakuje mi tego. Patrzę nadal na coraz mniej uśmiechniętą gębę i chyba umaluję rzęsy. Na co dzień tego nie robię. Matka, jak żyła, powtarzała, żebym się malowała, bo sama to robiła, ale tak widziałabym jeszcze więcej napalonych facetów. Ale dziś, dla tego, z którym mam się spotkać, zrobię sobie rzęsy.

W końcu robię kolejną kawę, włączam muzykę, dźwięki wypełniają melancholią całe mieszkanie i przez chwilę myślę, czy nie potańczyć. Kiedyś tańczyłam sama, ale teraz już nie. Może to starość, a może ten pragmatyzm? Powinnam zjeść śniadanie, zwykle to robię, ale nie dziś. Przed tym spotkaniem niczego bym nie przełknęła. Staję przy oknie i patrzę na już ogołocony z liści klon. Nagie konary wydają się martwe. Który to już raz porównuję jesień do swojego wieku? Koń by się uśmiał! Mam przecież dopiero trzydziestkę. Już jest całkiem widno, więc dostrzegam puste gniazdo blisko wierzchołka. Latem tylko docierało do mnie stamtąd kwilenie pisklaków, bo liście wszystko zasłaniały, a teraz mogę się przyjrzeć, ale po co? Przecież ptaki odleciały. Może tak jest w całym życiu, że to, co najpiękniejsze jest zakryte, niewidoczne, niedostępne? A to, co ordynarne i zwykłe na wyciągnięcie ręki? A może jest odwrotnie i to, co na wyciągnięcie ręki wydaje się prozaiczne?…

Prawie ósma, więc trzeba iść do Lidla po zakupy spożywcze. Zwykle robię to w sobotę, a gdy i tego dnia pracuję, to w niedzielę. Podchodzę do zdjęcia, przykładam je sobie do piersi. Biorę głęboki oddech. Robi mi się cieplej na duszy… Wychodzę. W sumie powinnam wysuszyć włosy, lecz chcę czuć jak najdłużej tę świeżość wilgoci. Nie przeziębię się. Bo kiedy ostatnio byłam chora? Pewnie ze trzy lata temu. Jak miałam kilkanaście lat, lubiłam biegać z mokrą głową. Wariatka byłam. Nawet matka mi mawiała: wariatka z mokrą głową. Pamiętam, jak on mnie wykąpał, umył głowę, ale suszyć nie chciał, bo stwierdził, że się uodpornię. I chyba miał rację. Wychodzę szybkim krokiem, spotykam Mariolę i zamieniam z nią tylko kilka zdawkowych słów. Spieszy się do pracy, więc rozumiem ten pośpiech. W końcu wchodzę do sklepu, zgarniam do koszyka, co potrzebne, mijam krzątających się i niewiedzących, co ze sobą zrobić ludzi, i staję jak wryta przed półką z dziecięcymi zabawkami. Nie mogę się ruszyć z miejsca, a przecież tak nie znoszę robienia zakupów… Ania to się ze mnie śmieje, że nie umiem jak normalna kobieta, muszę wszystko mieć poukładane, zorganizowane. To mi służy, odnajduję się w tym. Nawet Andrzej się dziwił, czemu jestem taka, jak to mawiał, mechaniczna. W końcu zaciskam zęby, spinam się w sobie i idę do kasy. Facet przede mną pakuje zakupy do torby. Jak wolno, jak nieporadnie. To jakaś ciota czy co? Następna jest babka około pięćdziesiątki, niewiele lepsza, lecz ona przynajmniej zaczęła pakować, zanim zapłaciła. Ale i tak to wszystko za wolno. Czy ci ludzie odnajdują przyjemność w takim ślamazarstwie? W końcu moja kolej. Zanim przyszło do płacenia, mam już prawie wszystko spakowane. I co, można? Zbliżam kartę, dopakowuję resztę, wbijam pin i wychodzę, nie czekając na paragon. Bo po co mi on? Wrócę z reklamacją, że kajzerki zbyt okrągłe albo banany powykrzywiane?

Czemu ja wszystko robię tak szybko? Nie potrafię jak człowiek? Jestem tym zmęczona. Bardzo zmęczona. Nie mam sił. Chciałabym usnąć i przespać kilka dni…

Zrobiła się prawie dziesiąta, więc pora jechać po sukienkę. Czy zdążę przed spotkaniem? Na pewno tak, tylko głupia panikuję. Zerkam na jego zdjęcie i chcę się do niego przytulać tak jak wtedy. Czuć bliskość, słyszeć ciepły głos. Wychodzę z domu, wsiadam w samochód i ruszam z piskiem opon. W sumie zdążę, bo mam jeszcze dwie godziny do wyjazdu, ale jakoś nie lubię tak wolno, statecznie. Chyba powinnam mieć jaja jak facet, ale, o dziwo, jeszcze nie urosły. Jadę do outletu, wyprzedzam po kolei samochody, hamuję przed światłami tak, że prawie ląduję na kierownicy, ruszam znów z piskiem i w końcu parkuję tyłem równolegle wzdłuż jezdni przy sklepie, bo reszta parkingu jest w remoncie. Idę do mojego ulubionego stoiska, rozglądam się, ale tam nie uwidzi sukienek – same garsonki, żakiety, trochę innych ciuchów. Ale czego się spodziewałam? Przemierzam cały outlet, zerkam na wystawy i w pewnym momencie przykuwa moją uwagę sukienka w kolorze błękitnym. Nie, to raczej morski. Jest śliczna. Wchodzę bez namysłu, pytam dziewczynę o mój rozmiar, dostaję do przymierzenia, ale sama nie jestem pewna, czy w ogóle to robić. Rozmiar to rozmiar. Ale z drugiej strony dziś muszę wyglądać idealnie. Wchodzę więc do przymierzalni i przywdziewam to cudo. Leży jak ulał. Bioderka zarysowane, talia podkreślona, a cycki lekko upięte i wypchnięte ciut do góry. Robię kilka kroków w te i nazad, sprawdzając, czy nie ogranicza ruchów, po raz kolejny spoglądam w lustro i nie dostrzegam kurzych łapek – widzę tylko szeroki uśmiech. Płacę ponad czterysta złotych i ruszam do domu. Pewnie znalazłabym tańszą, ale tak rzadko coś sobie kupuję, że kasa nie ma większego znaczenia. Wracam autem jeszcze szybciej, naładowana jak elektrownia atomowa. Aż dziw, że nie mam wypadku, bo ciągle zerkam na sukienkę.

W końcu docieram do domu. Misiek śpi przy samych drzwiach i nawet gdy przechodzę obok, nie reaguje. Ma już kochanek swoje lata. Co ja bez niego zrobię? Będę musiała znaleźć sobie chłopa. Tylko żaden mi nie pasuje. Nie to, że mam jakieś straszne wymagania co do facetów ogólnie, ale ten jedyny musi być idealny. Siadam do komputera, piszę do Zuzki zaległego maila, w którym pocieszam ją po tym, jak rozstała się z chłopakiem. Nawet go nie poznałam, a przecież kiedyś była mi dość bliska. I mieszka również w Krakowie, więc daleko nie mamy. Ale ta moja praca i praca. Zastanawiam się, kiedy tak bardzo odpłynęłam zawodowo. Wreszcie kończę, jest kwadrans do dwunastej, więc pora jechać. Czy zdążę?

Stoję w łazience, przebieram się w sukienkę, dokładnie się sobie przyglądam. Powinnam mu się spodobać. Jak to będzie cudownie go spotkać po tylu latach. Stęskniłam się. Poprawiam opięcie na biodrach, przekręcam ciało raz w jeden, raz w drugi bok; z profilu też wyglądam świetnie – widać biust, tyłeczek i prawie idealnie płaski brzuch. Przesuwam ramiączka tak, by leżały idealnie, podciągam nieco cycki. Znów rzucam okiem na jego podobiznę, wygląda na niej jak anioł stróż. Jestem taka samotna… Zabieram zdjęcie ze sobą, bo boję się, czy go rozpoznam po tylu latach.

Wychodzę z domu i kolejny raz ruszam z piskiem. Przejeżdżam obok stojącego sąsiada, kłaniamy się sobie. Muzyka z radia mnie drażni. Wyłączam. W końcu wyjeżdżam poza miasto – teraz będzie się jechało spokojniej. Mijam kolejne miejscowości i gdy dojeżdżam do Jerzmanowic, przypominam sobie, jak Andrzej zabrał mnie tutaj na cały dzień. Zrobił grilla, piknik i pokazał swoje ulubione, bielące się wśród zieleni skałki. Pamiętam, że rozmawialiśmy o tym, z którym mam się spotkać. Andrzej pytał, czemu się na niego nie wkurzę, czemu nie powiem, że nie chcę go znać. Tak mówił, aby mnie nakręcić, ale miał za dobre serce, żeby tak zrobić. Ja też tak nie zrobię. Kocham go i czekam na dzisiejsze spotkanie z niecierpliwością. Ale i nerwowo przyciskam gaz. Zerkam często na fotografię, próbując sobie wyobrazić, jak wygląda dziś.

Dlaczego nie umówił się ze mną w Krakowie, tylko na jakimś zadupiu? W sumie Olkusz to nie takie zadupie, ale dla mnie tak. Może będzie tam mieszkał u jakiejś kobity? To całkiem prawdopodobne. Bo jaka inna mogłaby być przyczyna? Jak nie ma gdzie mieszkać, to mu pisałam, że może u mnie, a w zasadzie to przecież bardziej jego niż moje. A może nie ma odwagi mi się narzucać po tych wszystkich latach?

Gdy dojeżdżam do Olkusza, widzę billboard o niestosowaniu przemocy wobec dzieci. Odwracam wzrok. To mnie nie dotyczy. Wszędzie o tym trąbią: w telewizji, radiu, internecie, na mieście. Zawsze się od tego odcinam. Jest za dwadzieścia pierwsza, więc mam jeszcze trochę czasu; wolę być wcześniej. Pędzę tak szybko, że nikt mnie nie wyprzedza. Wreszcie dojeżdżam do centrum, gdzie jest ta kawiarnia, parkuje samochód, rozpinam kurtkę, poprawiam sukienkę i nakręcona, ale i niepewna idę. Nogi mi się coraz bardziej trzęsą i są jak z waty. Szukam przez chwilę kawiarni, w końcu widzę z daleka napis: Rodzinna. Dobrze sobie to wymyślił, aby spotkać się w takim miejscu. Zajmuję stolik przy oknie, żeby było widać zbliżających się ludzi, ale wcale się nie odprężam. Serce wali, czuje to. Zdejmuję kurtkę, zostając w samej sukience. Nerwowo rzucam okiem na zdjęcie. Miałabym ochotę je walnąć przez okno, a przecież chcę spotkania. Co ze mną? Podchodzi kelner, zamawiam kawę i ciastko. W sumie nie jestem pewna, czy chcę to drugie, bo nie czuje głodu, ale trzeba coś zamówić. Kelner uśmiecha się, chyba mnie podrywa; mówi, że ślicznie wyglądam, a następnie, że jakbym czegoś potrzebowała, to jest na moje zawołanie. Trochę niedobrze mi się robi od takich słów, bo słyszę je od większości mężczyzn. Tylko Andrzej był inny. On nigdy nie powiedział, że jestem piękna, atrakcyjna, że mogę na niego liczyć – on, zamiast gadać, robił takie rzeczy, że sama o tym wiedziałam. To wyjątkowy facet. Ale i tak go nie chciałam. Czemu?…

W końcu widzę go. Idzie ze zwieszoną głową. Nawet nie spojrzał, czy już jestem. Nie tęsknił? A jeśli nie, to po co chciał się spotkać? Ubrany jest w jakieś stare dżinsy, brązową kurtkę i buty, których nowość minęła dawno temu. Otwiera drzwi, ja wstrzymuję oddech i patrzę mu prosto w twarz. Staje metr od nich i dopiero podnosi głowę. Nie wiem czemu, ale mam ochotę wyjść. Jak najszybciej. Te emocje są nie do zniesienia. Wreszcie mnie dostrzega, ale się nie uśmiecha. Rusza do mnie. Z nerwów strącam torebkę wiszącą na oparciu za mną. Ale jej nie podnoszę. Niech leży! Wstać, czy pozostać na siedząco? Powinnam się podnieść, ale nie jestem w stanie. Siada naprzeciwko mnie bez słowa, zerka mi w oczy, ale głowę ma spuszczoną. W końcu napinam wszystkie mięśnie i mówię:

– Cześć, tato.

– Dawno cię nie widziałem, wyrosłaś, ledwo cię poznałem.

– Jak się miewasz? – z trudem otwieram usta.

– Jakoś muszę przywyknąć do wolności. Po tylu latach to niełatwe.

– Brakowało mi ci… – nie jestem w stanie dokończyć.

– Naprawdę? – Marszczy czoło, przymyka oczy. – Nie byłem dla ciebie dobry.

Coś mi zaczyna świtać…

Jak to? Przecież jest i był moim ukochanym tatusiem…

Chcę coś powiedzieć, ale zaczyna mi szumieć w głowie. Sekundy mijają, a ja coraz bardziej mam ochotę wyjść. A tak bardzo szykowałam się do tego spotkania.

– A pamiętasz, jak mnie kąpałeś i zabraniałeś suszyć włosy? – wykrztuszam.

– Nie tylko to pamiętam. Ile razy zamknąłem cię w spiżarni, bo mi się coś nie spodobało?

– Cicho! – szepczę.

– I nieraz dostałaś w tyłek pasem.

– Nic nie mów! – nieco podnoszę głos.

– A po wywiadówce targałem cię za uszy.

– Przestań! – już prawie krzyczę.

– Poza tym chyba wiesz, że siedziałem za morderstwo – mówi bez emocji.

– Po co o tym mówisz?! – nie zmieniam tonu. – Było, minęło!

– Nie możesz zapomnieć o wyrodnym ojcu, musisz go nienawidzić.

– Ja cię ko… – znów słowa grzęzną, czuję gorycz w gardle. Tyle razy sobie powtarzałam, że go kocham, a teraz to nie może mi przejść przez gardło.

– Widzisz, nawet nie jesteś w stanie tego powiedzieć. Jesteś zbyt prawdomówna i uczciwa. Nie to, co ja.

Łzy zaczynają mi płynąć ciurkiem. Obraz się rozpływa. Nie widzę ani jego, ani nic dookoła. Ale nie mam ochoty na płacz. Tylko te łzy ciekną jak oszalałe.

– Dziękuję ci, że tu przyjechałaś, bo w Krakowie się nigdy nie pokażę, abyś była ode mnie wolna. Na zawsze – ciągnie.

– Tato, możesz do mnie przyj… – Rozpłakuję się na dobre. Nie ze względu na niego czy swoją przeszłość, którą tak dobrze mi przypomniał, ale na bezsilność. A może tak mi się wydaje…

– Wiem, że byś mnie nie wygoniła, ale nie chcę. Chociaż to może byłby dobry pomysł. Przynajmniej byś mnie szczerze znienawidziła.

– Zamknij się! – krzyczę przez łzy.

– Dobrze, wykrzycz się, to ci ulży, a może całkowicie minie.

Już nie wiem, co powiedzieć. Mam spuszczoną głowę, chusteczką wycieram nos i oczy, czuję w piersi ucisk, ale już nie mam ochoty wyjść. I odwagi spojrzeć mu w twarz. Kochany tatuś…

– To ja już pójdę – mówi delikatnie. – Sam nie wiem, po co chciałem cię zobaczyć. Ale musiałem. Ostatni raz.

– Tato! – Podnoszę głowę, lecz nadal omijam go wzrokiem.

– Niech ci się układa jak najlepiej i zapomnij o mnie.

– Tato! – wrzeszczę.

– Żegnaj Izuniu. – Wstaje, jeszcze raz mierzy mnie wzrokiem i wychodzi ze spuszczoną głową.

Nie mam siły, aby za nim pobiec. Nie mam siły na nic. Wciąż go kocham i będę kochała. Bo tak czuję. Bo to prawdziwa ja. Zamykam oczy i widzę ciemność spiżarni. Przerażającą. Boję się nawet płakać. Tylko duszę w sobie wszystko, wierząc, że po każdej nocy musi przyjść dzień…