Czym jest podświadomość?… — kij w mrowisko.

Czym jest podświadomość?… — kij w mrowisko.

A co, jeśli podświadomość to zupełnie co innego, niż nam się obecnie wydaje?

Bez bajdurzenia, opowiadania, jak rozumiana jest obecnie podświadomość, chciałbym zaproponować w wielkim skrócie własny pomysł na opisanie struktury umysłu.

Otóż: Według mnie trzeba byłoby zacząć od zmiany nomenklatury. Słowo podświadomość, a także nieświadomość osobiście przypisałbym efektom działania mechanizmów obronnych. I tak: u neurotyków występowałaby podświadomość, a u psychotyków nieświadomość. (Dla niezorientowanych: ludzie z grubsza dzielą się na neurotyków i psychotyków. Neurotycy zaprzeczają niewygodnym faktom z życia i stąd nadałbym nazwę podświadomość, a psychotycy wyrzucają takie fakty poza świadomość — dlatego nieświadomość. U neurotyków występuje walka między prawdą a zaprzeczeniem, a u psychotyków odzywają się nieświadome treści w postaci „podszeptów”.) W związku z tym nazw podświadomość i nieświadomość używałbym zamiennie. I, co można wywnioskować z powyższego, obie struktury powstają dopiero w trakcie życia. Nie ma ich od razu po narodzeniu. (Spełniają przynajmniej dwie przeciwstawne funkcje: stabilizują umysł, ale i znacząco osłabiają wyobraźnię i kreatywność. Prawidłowo funkcjonujące mechanizmy obronne tworzą niewielką podświadomość, która słabo wpływa negatywnie na świadomość i funkcjonowanie człowieka. Im większa podświadomość/nieświadomość, tym większe problemy psychiczne.) Co więcej: skoro obie powstają na skutek wielu pojedynczych zaprzeczeń/wyparć, to są strukturami niejednorodnymi, ale składającymi się z bardzo wielu osobnych pól będących wynikiem działania mechanizmów obronnych. Są jak zbiór działek należących do różnych, nieznanych sobie nawzajem właścicieli. Tak więc podświadomość/nieświadomość jako całość nie ma żadnej wielkiej siły, a jedynie mnóstwo małych sił. I to właśnie przez rozproszoną strukturę tych sił możemy mieć do czynienia z osobowością wieloraką, czy kilkoma głosami w głowie, które się wzajemnie przekrzykują. Owszem, czasem zdarza się, że pojedyncze zaprzeczenie/wyparcie jest na tyle „duże”, że to ono ma decydujący głos. I to właśnie z powodu tego, że podświadomość/nieświadomość składa się z bardzo wielu pól, które nie są całością, człowiek o mocno rozbudowanej tej części umysłu jest słaby i skłonny do depresji, bo siły umysłowe, które są potrzebne do odseparowania każdego z pól, są niejako odejmowane od całkowitej siły umysłowej człowieka. (Dla nieobeznanych: do podtrzymania działania mechanizmów obronnych używana jest bezustannie siła, którą można by spożytkować na co innego.) Podświadomość wydzielana jest ze zwykłej świadomości, tym samym ujmując zdolności i sił, dlatego między innymi dzieci szybciej uczą się np języków, bo jeszcze nie mają odjętego tego obszaru. To z grubsza tyle na temat tego, czym jest podświadomość/nieświadomość.

Tyle że przy takim założeniu trzeba wprowadzić kolejne zmiany w to, z czego składa się umysł. Oprócz wspominanych struktur mamy świadomość, ale także coś, co nazwałbym — nie mając pomysłu na lepszą nazwę — pozaświadomością. To obszar, który jest od urodzenia odłączony od naszej świadomości, a który spełnia między innymi takie funkcje:

– przechowywanie pamięci gatunku, czyli m.in. mechanizmów odruchów bezwarunkowych;

– pamięci odruchów warunkowych;

– nauczone zapamiętane, ale świadomie zapomniane treści;

– zautomatyzowane czynności ruchowe i nie tylko ruchowe;

– wiele innych.

To właśnie w pozaświadomości kryją się takie zdolności jak prowadzenie samochodu czy jazda na rowerze. I ona nie wpływa negatywnie na człowieka. Negatywnie może jedynie wpływać podświadomość/nieświadomość. Pozaświadomość nie ma nic wspólnego z podświadomością.

Lecz przy takiej systematyzacji budowy umysłu pojawia się mnóstwo pytań, na których większości odpowiedzi jeszcze nie znam. Ale na niektóre tak. Otóż, według mnie sny nie są głosem podświadomości/nieświadomości, ale głosem wszystkich części umysłu, w tym zwykłej świadomości. (Chyba każdy z nas śnił o czymś, co przydarzyło się dnia poprzedniego, a o czym wciąż pamiętamy?) Co więcej — sugerowałbym, że sny pochodzą głównie ze świadomości. I nie ma żadnego uniwersalnego klucza, według którego można zrozumieć sny czy podszepty podświadomości/nieświadomości.

Niestety, taka koncepcja nie przejdzie, choćby była najprawdziwsza, gdyż słowo „podświadomie” weszło na stałe w nasz język.

I równie bez bajdurzenia czy kwiecistego podsumowania chcę zakończyć ten artykuł.

Nic więcej na ten temat nie mam do powiedzenia.

Ślady

Ślady

Sweter, zapach, wspomnienie

Która to godzina?…

Czwarta w nocy. Czas budzenia się wszystkiego, co uśpione. Szarik otwiera jedno oko i spogląda na mnie, nie za bardzo wiedząc, czy to ta pora. Powoli odkrywam kołdrę, patrzę na swoje nogi, czy leżą samotnie, może będą mogły się przytulić? Łydki, palce i pięty zewrzeć nawzajem, by po chwili poczuć te ciarki, gdy zaprzestaje się pocierania. Chłód pokoju wytrąca mnie z równowagi ciepła, które beznamiętnie zimna kołdra daje jako iluzję bezpieczeństwa i bliskości.

Wstaję. Zerkam na ścianę, na której wisi spojrzenie i pamięć. Tafla oceanu, chmury pierzaste, promienie słońca i niezapomnienie. I Szarik hasający po plaży, w piasku i wodzie. Do dziś widzę, jak otrząsając sierść, chlapie dookoła. A potem się tuli, nie zważając, że cały mokry. Podchodzę do szafki pod oknem, otwieram, wysuwa się notatnik z tym jedynym pismem, pamiętnik tamtych dni. Zerkam na przypadkową stronę. Wiersz. O kataryniarzu, co go nie ma na ulicach od długich lat, o dorożce zamiast taksówki i niewygodnych do stąpania kamieniach, co po nich przyszedł asfalt i beton. Jest też nasz Szarik, gdy ciągnie kocyk spod tyłków na wielkiej łące kwitnącej mleczami i koniczyną. Wkładam z powrotem pamiętnik do szafki, choć uparte z niego bydle, ciągle chce powrócić pod moje stopy. Szarik wiele rzeczy podgryzał, ale tego nigdy nie ruszył.

Ani tego swetra, co obok. Sięgam po niego, czuję, jak wełna ugina się pod palcami. Przykładam do nosa, wciągam głęboko powietrze. Przed oczyma staje mi kuchnia i kanapa przed telewizorem w długie zimowe dni. A u stóp Szarik. Taki spokojny, taki szczęśliwy, gdy mógł dotykać nóg. Choćby tylko grzbietem, ogonem czy koniuszkiem łapy. Tak bardzo się cieszył, gdy rozpalałem w kominku. Wiedział, że spędzimy wieczór razem. Teraz to nie chcę tam rozpalać. Niech ciepło ognia zostanie w pamięci, będzie nośnikiem wspomnień. Wolę zachować tę wyraźną linię czasu – ogień i ciepło tam, kaloryfer i samotność tu. Tak jest uczciwiej. I dla ciebie, i dla mnie.

Idę dalej, do łazienki. Szuram kapciami o dębowy parkiet, na którym wciąż słyszę odgłosy tańczących stóp: lekkie stukanie, delikatny dźwięk przesuwanych z gracją opuszek. I pstrykanie stawów, gdy ciężar ciała spoczywał na palcach. Szarik nie wiedział, co ma ze sobą zrobić – czy leżeć dalej, czy może dołączyć do tego baletu. Podrygiwał, kusiło go, ale jednak pozostawał na swoim malutkim dywaniku, który służy mu do dziś. Potem przez długie tygodnie z niego nie schodził, cały czas czekał. Ale przywykł, bo nawet do piekła można przywyknąć. Ciekawe jak w sercu psa wygląda piekło tęsknoty? Potrafi takie serce pęknąć jak ludzkie?

Gdy przekraczam próg łazienki, dobiega mnie zapach perfum. Ten dobrze znany mi jaśmin z nutą czegoś bliżej nieokreślonego. Nerwowo się rozglądam, zerkam w każdy zakamarek, spoglądam, czy wejściowe drzwi się nie otworzą, a nuż?… Jednak pusto niezmiennie. Ściany aż dudnią nostalgią.

Tylko gdzieś wewnątrz domu, w każdym kącie, na każdej powierzchni, na każdej półce i w każdym niewyrzuconym ubraniu jesteś ty, taka zwyczajna, ze zwichrowanymi włosami, spokojem, którym zarażałaś i niezastąpionym ciepłem duszy i ciała. Szarik czasem obwąchuje to wszystko, lecz mam wrażenie, że krzywi się i płacze bez łez. A potem wraca na swój mały dywanik, który kupiłaś mu nad morzem. Dla niego te wspomnienia są równie bolesne. Ja to przynajmniej potrafię zapłakać. Choć ostatnio coraz rzadziej i rzadziej. To znak, że umieram bezpowrotnie. Usycham z braku ciebie, Paulinko

Paulinko.

Druga połowa życia

Druga połowa życia

dziecko, wspomnienia, pojednanie

Późnym wieczorem, w zasadzie wczesną nocą Janusz wyszedł ze swojego mieszkania z butelką wina w kieszeni spodni. Robił to, kiedy wiedział, że nikt nie będzie przeszkadzał. Skierował się do windy i nacisnął… przycisk najwyższego piętra. Zaczął odliczać: trzy, cztery, aż dotarł do dziesięciu. Tyle właśnie pięter liczył jego blok w Ursusie na Niedźwiadku. Podszedł do kraty, do której już trzymał w ręku klucz. Mimo iż panował półmrok, dobrze znał te kształty: okrągłe pręty, prostokątny zamek i dziurka jak ze starych baśni. Przekręcanie klucza odezwało się niosącym po metalu dźwiękiem, przypominając otwieranie celi, w której mógłby być uwięziony, gdyby emocje ciałem się stały. Zawiasy zaskrzypiały. Był u wrót wolności. Jedynej w swoim rodzaju. Kiedy zamknął za sobą kratę, klapki zastukały na ostatnich schodach. Wiatr szarpnął otwieranymi drzwiami i uderzył go chłód nocy wnikający w rozgrzane wnętrze klatki schodowej.

Wyszedł na dach. Tu był najwyżej w okolicy. Tylko w oddali wysokościowce wskazywały centrum stolicy. Usiadł na murku i zatrzeszczała blacha. Wziął głęboki oddech, przeczesał do tyłu długie włosy, uniósł wzrok ku niebu, które pokrywały niskie chmury w kolorze szaro-pomarańczowym rozświetlone przez światła wielkiego miasta. Sięgnął po butelkę francuskiego wina, a do drugiej kieszeni po scyzoryk z korkociągiem. Otworzył. Wino było białe, półwytrawne, cierpkie.

Pierwszy łyk i nic więcej mu do szczęścia nie było trzeba w tę czerwcową noc. Zagrał Bach, wzniośle i dostojnie. Pierwsze nuty i Janusz już nie był samotny. Pierwsza harmonia dźwięków, a czuł, że teraz nic nie ma znaczenia. To były ostatnie chwile przed urlopem. Jeszcze tylko dwa dni robocze, dwie noce, które należało przetrwać. On sam na wysokości kilkudziesięciu metrów, poniżej szum samochodów, a wokół odseparowująca go od świata przestrzeń dachu. Drugi łyk i potrafił zapomnieć o bożym świecie. Zatopił się we własnych myślach.

Miesiąc temu mieszkał z kobietą, dwa miesiące temu wydawało się, że będzie w tym związku na zawsze, a tymczasem odeszła niemal z dnia na dzień, bez jakiejś wielkiej kłótni czy zdrady. Ot, przyszedł któregoś dnia po pracy i zobaczył ją pakującą walizki. I zniknęła mu z oczu. Ale nie żałował. Gdzieś w głębi duszy potrzebował samotności.

Z każdym kolejnym łykiem wina jego umysł się otwierał, oswobadzał. To, co za dnia ciążyło, tutaj znikało ugaszone przeciwzgryzotowym płynem. Już nie powtarzał bezgłośnie słów, które go dotknęły, już nie roztrząsał tego, co dawno zamknięte – teraz po prostu odpoczywał. Daleko od ludzi, od szumu wielkiego miasta, od przyziemności i od własnych przymusów. Spuścił głowę, zamknął oczy, popadając niemalże w stan zbliżony do nirwany. To była ta jedna część jego życia. Chciałoby się powiedzieć, że połowa…

Nagle zobaczył padający śnieg. Nie obficie, jednak pojedyncze płatki spadały powoli z nieba. Osiadały na dachu i na nim samym. Te, które dotykały nieosłoniętych części ciała, topiły się, niemalże migocząc, rozświetlane odrobiną świateł miasta. Zmienił pozycję. Teraz płatki wpadały mu do otwartych oczu, rozmazując obraz i spływając niczym łzy po wrażliwych policzkach dziecka, które otrzymało dawno temu czas samotności zamiast normalnej rodziny. Gdy tylko poczuł mokre strużki na twarzy, wytarł je ręką i zdał sobie sprawę, że nie pamięta, kiedy ostatnio płakał. Chyba w pierwszy dzień w szkole; miał siedem lat, nowe zaczynające się życie towarzyskie i ani trochę ku temu chęci. Kolejne strużki roztopionego śniegu spłynęły wprost do ust. Poczuł słony smak. Natychmiast otrząsnął się, wyprostował, twarz opuścił w dół i wypił wino do końca. Teraz to już brzmiała cała symfonia Bacha okraszona delikatnym szumem i niosącym się pogłosem. Nawet dźwięk oddechu docierał, jakby stał ktoś obok. W jednym momencie ujrzał samego siebie z boku. Jasno i wyraźnie. Kim był? Sobą samym, czy zlepkiem tego, co pozostało z dawnych czasów?

Dwa dni później pojechał w Bieszczady, jedyne w miarę dzikie góry w kraju. Kiedy już siedział za kierownicą, uśmiech nie znikał z twarzy. A gdy koła przekroczyły Wisłok, cały podrygiwał i podskakiwał z radości. Jeszcze tylko kilkadziesiąt kilometrów, odstawienie auta na parking, szybkie późne śniadanie, zarzucenie plecaka z namiotem na ramiona i w drogę. Muzyka na uszach, chęć odczuwania natury, słońce nad głową i wolność we włosach.

Turystyczny szlak, którym szedł, rozbujał się rytmicznie. Co krok, to dalej od cywilizacji, dalej od codzienności. Drzewa zaszumiały przyjaźnie, krzewy rozsunęły się ze ścieżki, trawa i mech nadały miękkości. Kolorowe miraże mijanej rzeczywistości odbiły się w pamięci, która, przelewając się w niedostrzegalny sposób między teraźniejszością a przeszłością, zabrała Janusza w świat jego własnych wartości. Ponownie zagrał Bach, tym razem jednak wspomagany przez scenografię, w której Janusz poczuł się jak za dawnych czasów.

Wszedł na pierwsze duże wzniesienie, na którym rosły czarne drzewa, krwisto-czerwone krzewy i błękitna trawa. Tuż obok szlaku dostrzegł krzew dzikiego głogu o naturalnych kolorach, pod którym siedział kilkuletni chłopiec. Czym prędzej podszedł.

– Co tu robisz? – zapytał, zdziwiony jego samotnością w takim miejscu.

Muzyka ucichła prawie całkowicie. Chłopiec powolnie odwrócił do niego głowę.

– Wleszcie jesteś – odpowiedział maluch, nie wymawiając r i przebijając się głosem przez podmuchy gwiżdżącego wiatru.

Janusz jeszcze raz się rozejrzał, a dostrzegłszy, że są sami, zrzucił plecak na trawę i usiadł koło malucha.

– Dzieciaku, gdzie twoi rodzice?

– Mamusia mnie porzuciła. – Chłopczyk spuścił wzrok ze smutkiem.

Janusz usłyszał wycie wilka.

– Jak to porzuciła?

– Wyblała kalielę i pieniądze – głos chłopca, mimo iż z brzmienia dziecięcy, sprawiał wrażenie, że należy do kogoś dorosłego.

– A gdzie jest teraz? – dopytał Janusz.

– Nie wiem. Ostatni laz ją widziałem dawno temu. Już plawie nie pamiętam.

Janusz ujrzał, jak jakieś małe rączki przed oczyma bawią się żołnierzykami.

– A wiesz, gdzie mieszkacie? Trafisz tam? – Wyciągnął telefon, aby zadzwonić na numer alarmowy.

– Nie dzwoń, ona i tak mnie nie chce – wyszeptał maluch i zdawało się temu wtórować to samo odległe wycie wilka.

– Muszę zawiadomić policję, to poważna sprawa.

Malec wstał. Janusz zaczął wybierać numer alarmowy.

– Nie dzwoń, pobądź ze mną.

– Muszę, takie są zasady.

– Zasad nie ma, bo inaczej by mnie nie zostawiła.

– A ja ci pokażę, że zasady są! – Przyłożył telefon do ucha. Wycie wilka zbliżyło się.

Chłopiec usiadł po turecku, spuścił głowę, założył ręce na przeponę i zrobił kilka głębszych, znaczących wdechów.

– Nie dzwoń, ploszę.

Januszowi zadrżała ręka. Nerwowo spojrzał na telefon, na malca, znów na telefon i rozłączył się, zanim ktoś zdążył odebrać.

– Dziękuję – wyszeptał dzieciak.

– To, co ja mam zrobić? – Janusz nagle poczuł wszystkie swoje emocje.

– Polozmawiaj ze mną.

Janusz ponownie usiadł obok malca, głęboko oddychając i drżącym głosem odpowiedział:

– Dobrze, już dobrze.

– Bałem się, ale już jesteś.

– Tak, jestem, pomogę ci – do wycia wilka dołączył Bach, donośnie.

– Dobrze. – Chłopczyk spojrzał Januszowi w oczy. – Ale to ja ci pomogę, Knotku.

Janusz znieruchomiał, bo właśnie mianem knotka nazywała go babcia, jak jeszcze żyła. Zacisnął zęby, przymrużył oczy z emocji, wstrzymał powietrze i przez chwilę bał się spojrzeć chłopcu w twarz.

– Weźmiesz mnie z sobą?

– Tak, wezmę, gdziekolwiek zechcesz. – Januszowi rozmazał się obraz przed oczyma. – A gdzie byś chciał?

– Najpielw na lody, potem do zoo, a potem to już do domu.

– Ale… – Bach rozbrzmiał na dobre, zagłuszając wycie wilka. – Tak, najpierw na lody, potem do zoo, a potem to już tylko do domu. – Czubek nosa Janusza zajaśniał od wilgoci.

– Nie płacz, ja ci pomogę.

Janusz trzymał głowę prosto, patrzył na chłopca, lecz emocje grały własną melodię.

– Będę ci pomagał sprzątać, gotować, lobić zakupy, a ty będziesz mnie przytulał.

Janusz, prawie nic nie widząc przez łzy, wstał i zaczął chodzić w kółko.

– Ty będziesz moim tatą, a ja twoim synkiem.

– Nie… – Janusz chciał coś powiedzieć, ale zaniechał z bezsilności.

– Nie będę ci przeszkadzał w domu?

Mężczyzna zmusił się, aby usiąść obok chłopca i poczuł się samotny.

– Oczywiście, że nie będziesz mi przeszkadzał. Będziesz mi najdroższą istotą na świecie. – Janusz sam się dziwił, jakie słowa właśnie wypowiedział. Przecież nawet w stosunku do swojej byłej dziewczyny nie był taki czuły i uczuciowy.

– Dloższą niś pieniądze?

– Naturalnie.

– Dloższą niś placa?

– Oczywiście.

– Dloższą niż koledzy?

– Pewnie, że tak.

– A będziemy przyjaciółmi?

– Tak.

Z każdym słowem chłopca Janusz odpływał w świat muzyki i dzikiego wilka. Przypomniał sobie wygląd matki, o którym dawno zdążył zapomnieć.

– Mamusia mnie nie chciała, tylko placowała i placowała – powiedział chłopczyk.

Przed oczyma Janusza stanęła jakaś nieznajoma kobieta, do której tak bardzo nie chciał chodzić.

– Ale najgolsze było, jak zniknęła. Żeby nadal na mnie krzyczała, żeby nadal dużo placowała, ale żeby mnie nie zostawiała. Żeby więcej nie znikała.

Janusz spuścił głowę i zapadł się w głąb siebie. Łzy nie pozwalały spojrzeć kajtkowi w oczy.

– Ale ty mnie nie zostawisz?

– Nnnniiieee – wybełkotał Janusz. Czuł się, jakby był kilkuletnim chłopcem.

– Ja ciebie też nie. Nigdy. Aż do śmielci.

Krzew dzikiego głogu zaszumiał, wilk zawył po raz ostatni, a Bach zagrał końcowe dźwięki. Kolory się rozpłynęły, zlały w jedno i wpłynęły w świadomość Janusza, ukazując zwykły las, zieloną trawę i obdarzając słuch śpiewem skowronka.

– Dobrze się pan czuje? – Janusz poczuł szarpnięcie za ramię.

Otworzył oczy. Stała przed nim kobieta, o pięknych, długich, kasztanowych włosach, przez które przedzierało się światło słoneczne. Twarzy nie widział, jedynie błysk oczu i ciepły uśmiech. Opierał się o spory kamień leżący pod krzakiem głogu.

– Pomóc panu? – spytała.

Nie mógł otworzyć ust. Wiedział jedynie, że nieznajoma będzie jego żoną.

W pogoni za sobą samym

W pogoni za sobą samym

Farby, Młody Model, Strzelać Moda, Fotografii

…I tylko szmery codziennych obowiązków wytrącają mnie z rytmu Twoich słów, które przelewają się przez palce, nie mogę ich zatrzymać. Twoje słowa są ulotne i takie senne. Gdy zamknę więc oczy, a cielesność nie będzie mi już potrzebna, może wtedy dosięgnę Ciebie. Dotknę Twoich słów i cieszył się nimi będę. Potem wraz ze snem uspokoją się i szum, i gwałtowność, i stopy…

Marcin był starszy ode mnie o siedem lat. Zainteresował mnie swoją osobą w obskurnym, całodobowym barze na Dworcu Zachodnim w Warszawie. Gdy przyszedłem, pił drugie piwo. Udałem, że znalazłem się tam zupełnie przypadkowo, a w gruncie rzeczy było inaczej – umyślnie chciałem go spotkać. Z początku, jak mnie zobaczył, mówił, iż dopija piwo i idzie do domu. Dosiadłem się do jego stolika i zaczęliśmy rozmawiać. Do tej pory znałem go na zupełnie innej stopie, więc rozmowa z początku weszła na tematy zawodowe i ogólne, dopiero po kilkudziesięciu minutach, gdy mieliśmy już we krwi trochę alkoholu, zacząłem mówić o sprawach osobistych: zwierzyłem mu się z prywatnego życia z dość szczegółowymi opisami niektórych przeżyć, sympatii i antypatii. Połknął haczyk i po paru minutach sam się wkręcił. To, co tego dnia opowiedział o swoim życiu, stanęło mi w głowie jak ość w gardle i od tamtej pory intensywnie myślę o przełożeniu tego na papier. Historia, którą przeczytacie, wydaje się zupełnie nieprawdopodobna, a może i niedorzeczna, ale dla Marcina to jego życie. Starałem się nie pominąć ani drobnego słowa, które miałoby większe znaczenie dla tej opowieści, a jeśli o czymś zapomniałem, to z niepamięci.

W zasadzie powinienem Marcina opisać od dzieciństwa, gdyż przypuszczalnie wtedy pozyskał kilka cech charakteru, które później – gdy stał się dorosły – kształtowały jego życie. Jednak tak nie zrobię, ponieważ wiem o tym jedynie co nieco – tyle ile od niego usłyszałem, a po drugie nie chcę mówić, co doprowadziło do takiej osobowości, tylko kim on jest dziś.

Marcin ożenił się, mając dwadzieścia sześć lat, dwa lata po studiach. Jego o rok młodsza żona, Marzena tuż przed ślubem obroniła pracę magisterską i szła na dobre do pracy. Ukończyła SGH i zatrudniła się jako zastępca głównej księgowej w jednej z dobrze prosperujących warszawskich firm. Zarabiała dość sporo, więc niedługo po ślubie, czyli w tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym drugim roku wzięli kredyt mieszkaniowy i kupili dwupokojowe mieszkanko na warszawskiej Woli. On wtedy pracował jako programista u dużego dystrybutora perfum, więc także zarabiał nieźle. W ciągu paru miesięcy urządzili jako tako mieszkanie i czas było pomyśleć o dziecku. Rok po ślubie zdecydowali się na to i kolejne dziewięć miesięcy później urodziła im się dziewczynka, której dali na imię Justynka.

Przez pierwszy rok małżeństwa zwiedzili większość Europy, a tuż przed tym, jak Marzena zaszła w ciążę, wyjechali na dwa tygodnie do Ekwadoru. Marcin chciał koniecznie zobaczyć Andy na własne oczy. Jak mi później opowiadał, spędzili tam najlepsze wakacje swojego życia. Zwiedzali góry, miasteczka i małe wioski indiańskie. Oboje wrócili zadowoleni i wypoczęci i wkrótce poczęli pierwsze dziecko.

W tym czasie Marcin zakochał się w górach na dobre i regularnie raz w miesiącu wyjeżdżał samotnie w Tatry lub Alpy. Właśnie w Tatrach poznał człowieka imieniem Roman i od tego czasu zaczął się powoli zmieniać. Jego nowo poznany przyjaciel miał ponad czterdzieści lat i od prawie dwudziestu był górskim maniakiem. Poza tym był typem samotnika i starym kawalerem z wyboru. Jak się okazało kilka miesięcy później, był także genialnym muzykiem. Grywał na kilku instrumentach i pracował jako muzyk sesyjny. Większość czasu spędzał, ćwicząc, a gdy przyszło do nagrania, zamykał się w studiu i praktycznie nie wychodził aż do ukończenia materiału. Marcin przyjaźnił się z nim dobre cztery lata, aż tamten uległ wypadkowi samochodowemu, a wkrótce zmarł w szpitalu.

Marcin bardzo to przeżył i zawsze wspominał go jak swojego duchowego guru. Często słuchał muzyki skomponowanej przez Romka, czytał jego wiersze i filozoficzne zapiski. Nie wiem dokładnie, co było w nich szczególnego, ale to, co mogę powiedzieć, to fakt, iż przesycone były idealizmem, romantyzmem i marzeniami. Wiele z nich dotyczyło ideałów kobiety, prawdy jako istoty obiektywnej i sensu życia. Jedyna rzecz, którą Marcin mi powiedział z tych zapisków, to następujący fragment:

Choćbyśmy się starali jak najlepiej ocenić jakieś zdarzenie, to zawsze nasza ocena będzie tylko cząstką naszej psychiki. Nigdy nie zdołamy uwolnić się od niej na tyle, aby nie wyznaczała nam barier…”

W dwa lata po narodzinach Justyny zdecydowali się na drugie dziecko, a kolejnych dziewięć miesięcy później mieli syna – Marka. Marzena zrezygnowała z pracy, a Marcin został szefem działu informatycznego w tej samej firmie co na początku małżeństwa. Dwa lata po urodzeniu się Marka spłacili mieszkanie, a ponieważ mieli odłożonych sporo pieniędzy, zaczęli się zastanawiać nad kolejną pożyczką i kupnem segmentu poza Warszawą.

I niestety, tutaj cała historia zaczyna się komplikować; kończy się sielanka i błogość rodzinnego spokoju. Marcin popada w coś, co na zawsze zmieni jego życie.

* * *

Latem tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego dziewiątego roku Marzena razem z dziećmi wyjechała do swojej matki na prowincję, a Marcin został sam w domu na prawie trzy miesiące. Dwa razy na miesiąc odwiedzał ją, potem wracał do Warszawy. Nie mając obok siebie kogoś najbliższego, znów sięgnął po zapiski Romana i czytał je dniami i nocami. Stały się dla niego biblią i swoistym „rozmówcą”. Rzadko wychodził z domu, ponieważ stracił dobry kontakt z większością dawnych przyjaciół. Poza tym, nie mając przy sobie kochanej i kochającej żony, w jego głowie zaczęły się rodzić dzikie marzenia. Wyobraźnia pracowała na najwyższych obrotach i zaczął sobie tworzyć własny świat.

Natchniony zapiskami Romana, w połowie czerwca rozpoczął pracę nad swoją pierwszą książką. Miała to być historia dwojga młodych ludzi wywodzących się z domu dziecka. Koncepcja wyglądała następująco: układają sobie powoli wspólne życie, ledwo wiążąc koniec z końcem, ona doskonała w mniemaniu Marcina, a on nerwowy i dość bezpośredni. Opowiadanie próbował zacząć od szczegółowego jej opisu, więc bez przerwy rozmyślał, jak powinna wyglądać zarówno fizycznie, jak i psychicznie. Pisał po kilka stron, potem wykasowywał wszystko i zaczynał od nowa. Ciągle coś mu nie pasowało. A to jego bohaterka była zbyt sztuczna, a to jej osobowość zbyt płaska, a czasem po prostu łapał się na tym, że nie jest jego ideałem, tylko tym, co akurat przypasowało w danej chwili. Męczył się nad tym dobre dwa tygodnie i nie stworzył zadowalającej wersji.

W tym czasie sięgnął po kolejne książki, aby tam znaleźć cząstki swojego ideału. W ciągu tych dwóch tygodni przeczytał osiem i nic. Chadzał do kina, teatru, aby obserwować różne osobowości, albo po prostu do parku i tam patrzył na kobiety, słuchał ich i zapisywał najciekawsze wnioski. Po tym czasie postanowił, że będzie śledził takie kobiety, które mu przypadły do gustu w jakiś szczególny sposób. Pierwszy raz tak zrobił pewnego niedzielnego popołudnia. Poszedł do paku Sowińskiego, upatrzył sobie dziewczynę i nie spuszczał z niej wzroku przez parę godzin. Szła z koleżanką. Najpierw dość długo spacerowały po parku, potem wsiadły do autobusu numer sto pięć jadącego na Bemowo, a on wsiadł z nimi. Wysiadły przy Wojskowej Akademii Technicznej, on podjechał jeden, krótki przystanek dalej i za nimi ruszył. Weszły w boczną uliczkę i wtedy spostrzegły, że są śledzone. Zbliżył się, a po paru minutach do nich dołączył. Były mocno przestraszone. Od razu wyjaśnił, że pisze książkę i chce zbadać reakcje dziewczyn na śledzenie. Z początku nie wierzyły, ale kiedy wyciągnął z kieszeni mały, zapisany i pokreślony notes, dały się przekonać. Odprowadził je do domów, pożegnał się i wrócił do parku. Było późne popołudnie i znów upatrzył sobie „obiekt” i kolejny raz poszedł jego śladem. Tym razem dziewczyna była mniej spostrzegawcza i nic nie zauważyła. Powtarzał to jeszcze przez tydzień, a że i to nie przyniosło żądanego rezultatu, musiał wymyślić coś nowego.

Zaczął podchodzić do kobiet, pytał o drogę do miejsc, które rzekomo go interesowały i prosił o podprowadzenie. Kilkakrotnie udało mu się wyciągnąć parę cennych uwag w kwestii kobiecego ideału, które skrzętnie zapisywał, lecz mimo to książka nie ruszyła z miejsca.

Kolejny raz próbował poskładać do kupy wszystkie swoje zapiski i spostrzeżenia. Zasiadł do komputera wczesnym wieczorem, próbując opisać swój ideał. Pisał po kilka zdań, kasował, wściekał się i nadal nic nie wychodziło. Siedział prawie do rana i nie napisał nic konkretnego. W żadnym wypadku kobieta, którą opisywał, nie była taka, jaką by sobie wymarzył, wyśnił. Położył się dopiero wtedy, gdy uświadomił sobie, że próbuje opisać swoją żonę zmienioną o cechy ze swojego notatnika. Poczuł, że wpadł w błędne koło.

Od czasu do czasu zaczął kupować sobie sporą ilość alkoholu i zapijał się na śmierć w poszukiwaniu tej jedynej. Na początku robił to raz w tygodniu, na ogół w piątek, aby w weekend móc wrócić do siebie. Podczas tych samotnych libacji, zapisywał mnóstwo kłębiących się w głowie myśli i przestał je kasować z komputera. Jak się później okazało, wyprodukował ponad czterdzieści stron samych opisów naj-kobiety. Ciągle jednak nie mógł wyrazić swojego ideału. Po miesiącu zapijania się na śmierć zdał sobie sprawę, że nie tędy droga i znów wrócił do czytania książek, chodzenia do kina i spacerów w parku.

Każda książka, którą czytał, oprócz standardowych wartości, niosła przede wszystkim rodzaj kobiecego piękna. Zwrócił uwagę na to, że fragmenty, gdzie są opisy kobiet, czytał kilkakrotnie dłużej niż pozostałe.

W połowie lipca wciąż nie rozpoczął swojej książki. Postanowił tworzyć samą fabułę, bez opisów i zaledwie w ciągu tygodnia spłodził sto dwadzieścia stron. Oczywiście nie była to wersja ostateczna, ale zaledwie zarys mający ulec stylistycznym i rzeczowym poprawkom. Wtedy przydarzyła się rzecz niesamowita i właściwie od tego powinna zaczynać się ta historia.

W drugiej połowie lipca Marcin obudził się rano i zdał sobie sprawę, że śniła mu się idealna kobieta. Taka, jaką mógł sobie wymarzyć. Piękna, inteligentna, zaradna i tak samo idealistycznie podchodząca do życia jak on. Ponieważ miał duże zdolności plastyczne i w młodości uczęszczał na kółko malarskie, postanowił ją namalować. Portret wyglądał niemal jak zdjęcie – doskonały i niepomijający żadnego szczegółu. Pracował nad nim trzy wieczory. Powiesił go nad łóżkiem i wiedział już wszystko o wyglądzie ideału.

Około tygodnia później przyśniła mu się po raz drugi. Nie różniła się zupełnie niczym w porównaniu do pierwszego razu. Była identyczna zarówno pod względem urody jak i charakteru. Rano się obudził i był wniebowzięty. Wreszcie się doczekał.

Kolejne noce przyniosły kolejne sny i, jak się okazało, każdy następny stanowił kontynuację poprzedniego. W ten sposób pomysł na książkę, który niegdyś miał w głowie i nad którym zaczął pracować, legł w gruzach, a pojawiła się nowa historia. Historia wzięta wprost z jego podświadomości. Postanowił napisać książkę właśnie na podstawie własnych snów.

Całość zaczynała się od przypadkowego poznania Agnieszki, bo właśnie tak miała na imię ta dziewczyna. Spotkał ją na przyjęciu urodzinowym u swojego kolegi, gdy jeszcze obydwaj byli kawalerami. Miała metr siedemdziesiąt wzrostu i była szczupła. Ciemne, kasztanowe włosy do połowy pleców, lekko wystające kości policzkowe, zadarty nos, dość duże, szeroko rozstawione oczy i namiętne usta. Ubrana w żakiet koloru błękitnego. Zawsze uśmiechnięta, wyglądała na bardzo szczęśliwą, ale od czasu do czasu zamyślała się i tonęła we własnym świecie. Nie była typem kokietki, a raczej kobiety o niepozornych ruchach, a mimo to miała w sobie szalenie dużo naturalnego wdzięku i pogody ducha. Podszedł do niej, poprosił do tańca i tak się poznali. Rozmawiali ze sobą bardzo dużo tego wieczora i wymienili telefony. (To dziwne, ale podał jej telefon, pod którym był uchwytny, jak jeszcze był kawalerem.) Tak skończył się pierwszy sen.

Kolejny zaczął się od wspólnego spotkania w parku Sowińskiego (tym, w którym śledził dziewczyny). Spędzili ze sobą ponad sześć godzin, aż odwiózł ją do domu tramwajem gdzieś na Żoliborz. Wrócił do domu i sen się skończył.

Za trzecim razem poszli do kina „Śląsk” na film „Dawno temu w Ameryce” i pamiętał go po przebudzeniu ze szczegółami, mimo iż w rzeczywistości widział go ponad dziesięć lat wcześniej. Potem poszli do jakiejś kawiarni, której nigdy nie znał i nie miał pojęcia, czy naprawdę istnieje. Spędzili przy drinkach i deserach trzy godziny, a później, nadal jako tylko dobrzy znajomi, rozstali się pod jej blokiem, którego wygląd również dobrze zapamiętał.

Czwarty sen spędzili na wspólnym wyjeździe poza miasto i właśnie tam doszło do pierwszego pocałunku. Dość długo oboje nie mogli się na to zdecydować, aż lunął deszcz, a oni skryli się przemoknięci pod niewielkim daszkiem, mimowolnie przytulili i jak dwa mokre pieski niemal żebrali o pocałunek, trącali się przesiąkniętą sierścią, aż ulegli pod naporem pożądania. Tak zaczął się na dobre ich senny romans. Raz się zaczął i po tak pięknym, bo sennym, wstępie nie mógł się szybko skończyć.

Niedługo potem Marcin wyjechał na tygodniowy urlop na prowincję; dotarł tam w sobotnie popołudnie. Z wielkim entuzjazmem powitał żonę i dzieci, teściową i teścia. Najpierw spędził wraz z żoną długie chwile na rozmowie i przytulaniu się, potem on bawił się z Justynką, aż zrobiło się późno, więc położyli się do łóżek. On położył się z żoną w małym pokoiku, aby nadrobić zaległości długiego rozstania, dziećmi zajęła się teściowa. Usnęli dopiero po północy, wymęczeni i przepoceni.

Tej nocy powróciła Agnieszka. I nie to, że powróciła i już. Wtargnęła w sen, wygłodniała jego obecności jak wilk. Od razu zaczęły się namiętne pocałunki i przytulania. Ubrana była inaczej niż zwykle: tym razem miała na sobie najgustowniejszą suknię jego żony. Od czasu do czasu wypowiadała całe zdania swojej rywalki, które dobrze Marcinowi utkwiły w pamięci ze względu na ich osobisty charakter, a każde z nich było jakby drobnym talizmanem tego małżeństwa. Tkwiły w jego głowie od czasu wypowiedzenia ich przez Marzenę i będą trwały aż do jego śmierci. Po długim powitaniu Agnieszka wyjęła z torebki naszyjnik, który Marcin dał swojej żonie, a ta zgubiła go tuż przed ślubem.

Obudził się obok śpiącej żony, przetarł oczy, wstał i poszedł sprawdzić jak dzieci, które jeszcze spały w najlepsze. Cały czas czując obok siebie Agnieszkę, spojrzał na dzieci i gorzko zapłakał, nie za bardzo wiedząc, które życie jest piękniejsze: realna Marzena z dziećmi, czy senne widziadło. Wrócił do żony, padł z powrotem na łóżko i leżał dobre półtorej godziny, zanim się obudziła. Na dokładkę bał się, że mógł zacząć mówić przez sen. Jak by się żonie z tego wytłumaczył? Wypowiadać imię jakiejś Agnieszki i mówić, że będzie z nią aż do śmierci, brzmi wyraźnie jednoznacznie. Na pewno zrozumiałaby, iż podczas jej nieobecności ma romans, a może i chcieć ją rzucić dla tamtej.

Po kilku godzinach spędzonych z żoną i dziećmi zupełnie zapomniał o sennych marzeniach i powrócił do roli kochającego męża i ojca. Spędził z rodziną cały tydzień, chodząc do lasu, nad wodę czy na łąkę. Opiekował się nimi, jak mógł i byli szczęśliwą rodziną. Do końca pobytu na prowincji senne widziadło nie powróciło. Prawie codziennie sypiał z żoną i sprawiało to obojgu przyjemność taką samą jak przed wakacjami.

Wyjechał do Warszawy w sobotę, tydzień po przyjeździe. Wrócił do królestwa swojej książki i prawie od razu po powrocie usiadł nad jej pisaniem. Teraz miał nie lada zadanie: oddzielić ze snu to, co dotyczyło bezpośrednio jego, od tego, co mogło dotyczyć każdego innego człowieka. Po prostu nie mógł sobie pozwolić, aby w jakikolwiek sposób książka mówiła o nim samym. W taki sposób musiał pominąć niektóre elementy ze snu. Na przykład naszyjnik nie mógł się znaleźć w książce w tej samej postaci co we śnie. To samo było z suknią żony. I tak sam stał się cenzorem swoich marzeń na potrzeby książki.

(Zapisał dość długą notatkę z tego, co przyszło mu do głowy, w sprawie kontroli treści. Dokładnie nie wiem, co tam zawarł, ale w skrócie powiedział, że tym się różnił od szaleńca, że dokładnie wiedział, na co może sobie pozwolić, a na co nie. Gdyby nie to, popadłby w obłęd. Podobno nawet miał kiedyś znajomego, który postradał zmysły, i to, co rzuciło się Marcinowi w oczy, to fakt, że ów nieszczęśnik z pełną premedytacją pomijał wszystko, co mogło go w jakikolwiek sposób ograniczać. Znikły bariery moralne, granice przyzwoitości, etyka, nawet zakazy i nakazy wynikające z wiary w Boga, w którego zawsze wierzył nieprzytomnie. Marcin zakończył tę opowieść pytaniem: czy to nie jest tak, że szaleństwo to świadomy wybór każdego z nas?)

Z soboty na niedzielę Marcin miał kolejny sen, w którym przyszła do niego Agnieszka, przywitali się gorąco i usiedli na kanapie u niego w mieszkaniu.

Marcin obudził się około szóstej rano. Wstał z łóżka i zaczął przygotowywać sobie śniadanie. Cały czas myślał o swoim śnie i w żaden sposób nie mógł go zrozumieć. Kołatał mu się w głowie niejasny dialog, a on, właściciel swojej podświadomości, czyli twórcy nocnego marzenia, był daleki od jasności zaistniałej sytuacji. Wkrótce zasiadł z powrotem nad książką. Słowa niemal same przelewały się przez jego palce na klawiaturę komputera. Pisał i jedyne, nad czym się zastanawiał, to sens zapamiętanych słów. Około trzynastej zrobił sobie przerwę i wyszedł na krótki spacer. Chodził po ulicach Woli, bezmyślnie obierając trasę wędrówki. Czasem szedł prosto, czasem skręcał, a innym razem zatrzymywał się, siadał na ławce, siedział parę minut i znów ruszał. Do domu wrócił po ponad dwóch godzinach. Ponownie zasiadł do komputera i pisał. Kolejnym jego posiłkiem była obiadokolacja, którą spożył po dwudziestej. Był to szybki, skromny, ale bardzo sycący posiłek. Zjadł go, jak mógł najprędzej i znów zaczął pisać. Do łóżka wskoczył po północy. Od razu zasnął jak kamień, a widziadło wróciło.

Tym razem ubrana była w lnianą, jednobarwną suknię w kolorze szaro-morskim.

Gdy wyszli z domu, na ulicy, przed jego oknami stała starodawna dorożka z zaprzęgniętym białym koniem, i woźnicą, który niemal operowym głosem podśpiewywał sobie cicho arię z opery Carmen. Jechali dobrą godzinę i zatrzymali się przed wejściem do Pałacu Ujazdowskiego, gdzie czekało na nich kilku lokai. Weszli do środka i Marcin ujrzał cały dziedziniec przygotowany do tego święta. Po lewej stronie stały zastawione wyjątkowymi potrawami stoły, po prawej ustawiona niewielka scena z orkiestrą kameralną, a przed nią parkiet do tańca. Mnóstwo krzątających się kelnerów i kamerdynerów ubranych w starodawne stroje, muzyka klasyczna i wyczuwalna atmosfera wielkiej uczty specjalnie dla nich dwoje, bo wkrótce się okazało, że oprócz nich i służby nie ma tam nikogo.

Najpierw zasiedli przy niewielkim stoliku, nieopodal wielkich zastawionych stołów i dostali na srebrnych talerzach potrawy, których Marcin nawet nie wiedział jak zacząć jeść. Podano także dwie butelki szampana, z których jedną otworzono z hukiem i nalano do kryształowych, smukłych kielichów. Po chwili orkiestra zagrała Koncerty Skrzypcowe Bacha, potem Vivaldiego, Mozarta i Beethovena. Gdy Marcin i Agnieszka skończyli posiłek, ona poprosiła go do tańca. Ona w tej olśniewającej swą prostotą sukni, a on w starym sweterku, dżinsach i starych skórzanych, zawiązywanych pantoflach.

W tym momencie obudził Marcina telefon. Był poniedziałkowy ranek i dzwoniła żona, aby go poinformować, że Justynka się rozchorowała. Musiał wziąć ze dwa dni wolnego z pracy i przyjeżdżać z powrotem na prowincję. Przyszedł rano do pracy, załatwił formalności i pojechał do rodziny. Jego córeczka miała zapalenie płuc, które zdiagnozował lekarz, po czym przypisał leki i polecił, aby przez kilka dni leżała w łóżku. Wieczorem Marcin podszedł do Justynki, a ta cichutko, na ucho zadała mu pytanie:

Wyglądało na to, że to małe pięcioletnie dziecko coś wyczuło. W żaden sposób Marcin nie mógł sobie tego wytłumaczyć. Przecież pierwszą osobą, która powinna cokolwiek zauważyć była jego żona. Poza tym wcale nie zamierzał odejść, bo z kim? Z sennym marzeniem? To nie miało sensu. Więc o co jej chodziło? Na dodatek w tym samym czasie mocno się rozchorowała, więc dało mu to dużo do myślenia… Posiedział tam na prowincji do wtorkowego wieczoru i musiał wracać do Warszawy. Pożegnał się z żoną i dziećmi, wsiadł w samochód i wrócił.

Tej samej nocy pojawiła się Agnieszka. Przyszła do niego zupełnie naga. Kochali się we śnie bez opamiętania przez długi czas. Raz ona prowokowała go do kolejnych figli, a raz on ją. Trwało to na tyle długo, że zdążył osiągnąć szczyt cztery razy i wcale nie miał dosyć. (Jakie to niezwykłe rzeczy zdarzają się w snach…) I pewnie szalałby dalej, gdyby nie zadzwonił budzik.

Teraz dni były nieco inne niż kiedyś. Marcin pracował osiem godzin dziennie, czasem tylko zostawał dłużej, potem wracał do domu, pisał książkę, kładł się spać, zasypiał i prawie codziennie powracał jego kobiecy ideał. Całymi dniami czekał na noc, aby tam przeżywać swą idealną miłość i cieszyć się nią. Mijały dni, przybywało stron w jego książce, przybywało nocnych wrażeń, a dzień stawał się coraz krótszy i krótszy.

Po powrocie z pracy zasiadał do pisania, cedząc słowa, a książka nabierała grubości. W połowie sierpnia liczyła już ponad trzysta stron. Obfitowała w liczne szczegóły: długie opisy sytuacji i miejsc ze snów i co najważniejsze w jak najwierniejsze oddanie wyglądu i osobowości Agnieszki. Pochłonęła go prawie całkowicie, tak, że na co dzień szukał jakby jej odbicia w rzeczywistości. Zaczął porównywać wszystkie kobiety z jego sennym ideałem. Ale większość kobiet po prostu niemal go odrażała brakiem delikatności i sztucznością. Inne, bardziej przypominające jego wyobrażenia, zyskiwały niewielkie względy.

I tak, dzięki swoim marzeniom, miał to, czego chciał najbardziej – ideał kobiety. Ale powoli oddalał się od codzienności. Z tygodnia na tydzień zaczął tracić emocjonalny kontakt z otaczającym go światem. Normalnie pracował, jadł, dbał o higienę, ale tak naprawdę uciekał w głąb siebie. Podobno wcale nie zareagował, gdy dowiedział się, że jego podwładny zginął w wypadku samochodowym. Zwykły świat stawał się nierealny, a ten ze snu – prawdziwy, stanowiący dla niego drugą rzeczywistość. Rzeczywistość, w której wszystko było idealne i dokładnie takie, jak mógł sobie wymyślić. Wraz z zamknięciem oczu przeistaczał się w drugiego siebie, czekającego na swoją wymarzoną Panią. Marcin i jego alter-ego egzystowali razem w jednym czasie i jednym miejscu. Budząc się rano, powracał do życia, które okazywało się koszmarem w porównaniu do tego, co czuł w czasie snu. Z coraz większą niechęcią wstawał z łóżka i chodził do pracy, wściekał się na szarą rzeczywistość, że odbiera mu wszystko to, co przynosiły ze sobą senne marzenia.

Pod koniec sierpnia Marzena wróciła z dziećmi od swojej matki i dopiero wtedy zauważyła zmiany, które w nim zaszły. Nie był już taki jak kiedyś. Bardziej zamknął się w sobie, mniej się odzywał, dłużej spał. Mniej czasu poświęcał dzieciom, a zważając na to, iż kiedyś one stały u niego na czołowym miejscu, może nawet wyżej niż żona, było to coś niepokojącego. Marzena zaczęła wypytywać, co się z nim dzieje, dlaczego się zmienił, a on jedynie milczał. Niejednokrotnie popłakała się podczas rozmowy, ale nie usłyszała od męża nic konkretnego. Bo co miał Marcin powiedzieć? Że zakochał się we własnej wyobraźni? To byłoby chyba najbliższe prawdzie, jednak w tym czasie Marcin zaczął tracić kontrolę nad własnymi snami, własną osobowością, a co za tym idzie codziennością, więc wyobrażał sobie, że Agnieszka jest jak najbardziej realna.

Postanowił na razie nic nie mówić Marzenie o swojej książce, która już wtedy liczyła blisko pięćset stron, bo nie wyobrażał sobie, jak mógłby wytłumaczyć jej powstanie. Nigdy nie przejawiał chęci pisarskich, aż tu nagle napisał tyle. Ukończenie powieści zajęło mu jeszcze dwa tygodnie. W tym czasie dopisał historię do końca i wstępnie poprawił stylistykę i błędy rzeczowe. Dopiero na początku października zdecydował pochwalić się żonie efektem swojej pracy. Najpierw reakcja jej była ciepła i oddawała pełnię podziwu dla jego talentu. Wyjaśnił, iż gdy brakowało mu jej, wziął się za pisanie, a potem wciągnął się na tyle, że nie mógł przestać. Zagłębił się w powieść i stąd jego zmiany. Było to zresztą częściowo zgodne z prawdą. Jednak po przeczytaniu całości Marzena spochmurniała i przycichła, gdyż postać Agnieszki w żaden sposób nie pasowała do niej samej. Musiała zdać sobie sprawę, że daleko jej do ideału Marcina. Po tygodniu jednak wzięła się w garść i oceniła dzieło jako wyjątkowe. Godzinami rozwodziła się nad treścią książki, nad opisami ludzi, sytuacji i poezją zawartych tam wydarzeń. Czasem na głos czytała dzieciom fragmenty i zawsze kończyła stwierdzeniem:

– To napisał wasz tata. Pamiętajcie o tym i kochajcie go ponad wszystko.

Jeszcze przez prawie miesiąc Marcin wprowadzał drobne poprawki, w ten sposób udoskonalając swoje dzieło i nadając mu niepowtarzalny styl. Styl trochę ze snu, a trochę z rzeczywistości. Każde zdanie czytał wielokrotnie, aż było takie, jakie chciał, aby pozostało uwiecznione.

Trochę rzadziej niż za czasów wakacji pojawiała się senna jawa tworząca specjalnie dla niego inny – jego własny świat. Przychodziła średnio dwa razy w tygodniu, zawsze bez ostrzeżenia i niespodziewanie, zaskakując go za każdym razem różnorodnością strojów, słów i czynów. Niejednokrotnie sypiał z nią w najbardziej nieprawdopodobnych miejscach. Któregoś razu zabrała go w Andy i tam na jednym z najwyższych szczytów kochali się jak zwykle do nieprzytomności: mieli nad sobą pałające błękitem niebo, wokół szumiące na lekkim wietrze występy skalne, a pod sobą pulsujący życiem granit. Innym razem byli w jakimś bardzo starym lesie: ptaki śpiewały odwieczną melodię spokoju i ciszy, drzewa wtórowały, tworząc do niej tło, wiatr chłodził ich spocone ciała, a słońce rozpalało namiętność.

Tak trwało aż do momentu, gdy Marcin dokonał ostatnich poprawek w swojej książce. Wtedy wszystko znikło. Agnieszka odeszła bez pożegnania i więcej nie powróciła. Pozostało po niej tylko wspomnienie w postaci pięćsetstronicowej książki. Ideały zostały zapisane na papier, uwiecznione raz na zawsze i zabrakło dla nich miejsca w świecie Marcina. On pozostał sam ze swoimi wspomnieniami i musiał stawić czoła samotnej wędrówce przez dalsze życie.

Marcin zrozumiał, że Agnieszka była wytworem jego wyobraźni przywołanym przez niego samego na potrzeby książki. Książka stanowiła ją, a ona książkę. Pisząc powieść, zagłębił się w nią na tyle, iż świat, który opisywał, stał się jego własnym światem, a rzeczywistość uciekła gdzieś daleko, prześlizgując się między niebytem a drugą rzeczywistością, którą tworzył. Role zostały na jakiś czas zamienione, tworząc swoiste dwa bieguny jego psychiki. Jednym była ziemia i wszystko, co się na niej działo, a drugim jego własna podświadomość. Podświadomość na tyle silna i na tyle nieznana Marcinowi, że potrafiła go oczarować, i wciągnąć, pozostawiając w świadomości ślad piękna, który będzie w nim tkwił aż do końca życia. Ślad piękna, którego nie mogło zastąpić na ziemi nic, ponieważ pachniał tym, co zwykło się nazywać drugą połową.

Niejednokrotnie próbował coś poprawiać w książce, aby w ten sposób przywołać do życia Agnieszkę, ale na próżno. W jego powieści tak naprawdę nie było już nic do poprawienia. Dopisywał pojedyncze słowa, zdania a czasem i rozdziały. Niestety, nijak nie pasowały do już zamkniętej, doskonałej całości. Wymazywał, poprawiał, wściekał się i nic. Wcześniej zakończone dzieło nie przyjmowało do siebie już nic nowego. Zachowywało się jak żywa istota. Za każdym razem, gdy próbował coś zmienić, powieść wywoływała w nim drgawki, wyciskała łzy i zmuszała do wymazania poprawek. Książka była jego własną podświadomością i kiedy próbował ją poprawiać, udoskonalać, ta ostro dawała mu się w kość, przyprawiając o kolejne pomieszanie zmysłów.

W tym czasie zaczął odwiedzać miejsca ze snów. Chodził tam, mając nadzieję, że spotka Agnieszkę. Każde miejsce pachniało jej perfumami, oddechem, gdy krople deszczu spadały na niego z ciężkich jesiennych chmur. Czasem słychać było jej głos, powracający wraz z kolejnymi podmuchami wiatru, krakaniem wron, gruchaniem gołębi czy krzykami bawiących się dzieci. Liście spadające z drzew przypominały mu kartki jego własnej książki, a gdy wiatr unosił je z ziemi, Marcin miał nadzieję, że odkryje się pod spodem rzeczywistość, gdzie żyje Agnieszka. Często patrzył wysoko w niebo i niejednokrotnie wpatrując się w samo słońce, miał nadzieję, iż promienie stopią w jego głowie barierę między świadomością a podświadomością. Niemal każdy nietypowy ruch w przyrodzie budził w nim wyobraźnię. Zupełnie, jakby wspomnienia Agnieszki żywiły się energią codzienności. Ale w rzeczywistości było niemal odwrotnie – Marcin niemal świadomie karmił świat Agnieszki wszystkim, co go spotykało. Stworzyło się błędne koło, gdzie początkiem było pragnienie Agnieszki, obwodem nadzieja podsycana życiem i końcem znów Agnieszka. Świat się nie kończył i nie zaczynał…

Po pewnym czasie przyszła mu do głowy myśl, że być może Agnieszka istnieje naprawdę. Może widział ją kiedyś, dawno temu i pozostawiła w nim wspomnienie. Wspomnienie jak cień, który pozostał w podświadomości, będąc całkowicie wymazany ze świadomej pamięci. Toteż chadzał z portretem Agnieszki we wszystkie miejsca ich sennych spotkań.

Potem podchodził do kolejnej osoby i znów zadawał pytanie:

– Czy pani nie widziała Agnieszki? – I podsuwając jej swoje malowidło, dodawał – to ta kobieta.

– Chwileczkę – powiedziała jedna młoda dziewczyna. – Nie, raczej jej nie widziałam, ale wie pan co? Sam pan to namalował?

Odwiedził w tym celu zarówno park Sowińskiego, znajomego, u którego we śnie ją spotkał po raz pierwszy, i wszystkie miejsca, w których spotykał się z Agnieszką. Jego znajomy patrzył trochę jak na wariata, gdy ten wyciągnął portret i spytał, czy nie zna kobiety z portretu. Ale w gruncie rzeczy Marcinowi było wszystko jedno, co o nim powiedzą ludzie.

Któregoś razu postanowił odszukać blok, w którym mieszkała Agnieszka. Pamiętał tylko, że było to na Żoliborzu. Całymi popołudniami po pracy włóczył się ulicami tej dzielnicy, najpierw szukając tylko bloków, potem już zwykłych domów, bo sam zatracił poczucie, że we śnie był to na pewno blok. Któregoś dnia, kiedy już ledwo szedł ze zmęczenia, zobaczył od tyłu dziewczynę wychodzącą z jednorodzinnego domku przy Alei Wojska Polskiego wyglądającą zupełnie jak Agnieszka. Czym prędzej podbiegł, chwycił ją za ramię, już chciał przytulić, ale twarz okazała się zupełnie inna. Osunął się bezsilnie, usiadł na krawężniku, a przestraszona dziewczyna najpierw chciała uciekać, a potem, gdy dotarło do niej, że z Marcinem jest bardzo źle, zadzwoniła po pogotowie. Spędził w szpitalu dwa dni, podłączony do kroplówek i zmuszany do rozmów z psychologiem i psychiatrą. Jednak nie powiedział im nic oprócz tego, że szuka czegoś, co zgubił.

Pewnego razu przypomniał sobie o pewnym miejscu, którego nie znał, a w którym był z Agnieszką. Była to kawiarnia bez nazwy stojąca samotnie przy jakiejś nieuczęszczanej ulicy. Wychodził z pracy, ruszał we wszystkie możliwe zakątki Warszawy w poszukiwaniu tego miejsca, mając resztki nadziei na spotkanie tam Agnieszki. Potem namalował, jak wyglądała ta kawiarnia z zewnątrz i niejednokrotnie pytał taksówkarzy, czy przypadkiem nie znają tego miejsca. A dzień był coraz to krótszy i krótszy…

Właśnie tak wyglądała jego samotna wędrówka. Od kiedy zabrakło Agnieszki, poczuł, iż stracił wszystko, co miał najcenniejsze. Nagle okazało się, że jego żona już nic dla niego nie znaczy. Tylko dla dzieci zachował nieco miłości i troski. Z Marzeną sypiał dość regularnie, ale raczej z obowiązku niż z prawdziwej przyjemności. Rozmawiał z nią na co dzień, ale z każdą chwilą zbierała się w nim chęć jakiejś ucieczki.

Na początku zimy, gdy Marzena go niemal zmusiła, chadzał do licznych psychologów, a nawet psychiatrów, ale leków brać nie chciał. Każda wizyta budziła w nim coraz większą niechęć i obrzydzenie do całego świata, w którym przyszło mu żyć. Zdał sobie sprawę, że specjaliści nie są w stanie mu pomóc, ponieważ to, z czym próbował walczyć, nie było chorobą czy zaburzeniem psychiki, to inny stan świadomości, tak samo dla niego naturalny, jakim dla nas jest sen, po którym budzimy się zlani potem. Specjaliści w zasadzie próbowali pozbawić go jego własnej podświadomej wyobraźni i „leczenie” wywoływało w nim coraz większą nienawiść do cywilizacji i świata w ogóle.

Na początku roku zmienił pracę (i zaczął być moim bezpośrednim szefem). Chciał w ten sposób uciec od goniących go problemów. Na próżno. Za trochę ponad miesiąc wyprowadził się od żony i dzieci, zamieszkując w wynajętej kawalerce. Miał nadzieję, że w ten sposób stęskni się za Marzeną i za jakiś czas wróci. To także spełzło na niczym. Około lutego dwutysięcznego roku po wypiciu zbyt dużej ilości alkoholu trafił do izby wytrzeźwień. W kwietniu stracił pracę i przez pewien czas żył z zaoszczędzonych pieniędzy. Teraz zamierza wyjechać na stałe do Ekwadoru i tam prowadzić spokojny i ubogi żywot.

Swoją książkę zniszczył w przypływie wściekłości i pozostało po niej tylko wspomnienie…

* * *

Marcin powiedział mi rzecz, która utkwiła mi w pamięci. Był to kilkunastominutowy monolog o sobie samym.

Czy wiesz, jak ciężko jest żyć, jeśli człowiek znienawidzi samego siebie za to, co robi? Każdy krok jest przepełniony obrzydzeniem do własnej osoby. Budzisz się przy kochającej żonie i dziecku, wiesz, że jesteś im potrzebny, a oni nadal w jakiś sposób Tobie, ale natychmiast przypominasz sobie sen i jedyne, czego naprawdę pragniesz, to znów śnić. Próbujesz być szczęśliwy w takich realiach, jakie są za dnia, zmuszasz się do tego, ale to wszystko na darmo, bo im bardziej się starasz, tym bardziej nienawidzisz swoich snów, że tak ci zniszczyły życie. Ale i nienawidzisz życia, czując, jak jest odległe od ideału ze snu. Potem uzmysławiasz sobie, że sny to twoja podświadomość i zaczynasz nienawidzić siebie samego. Idziesz wieczorem do baru, aby zniszczyć własnego siebie, tego, który tobie zniszczył życie. Trafiasz do izby wytrzeźwień i gdy stamtąd wychodzisz, cieszysz się, że go upokorzyłeś. Jesteś z siebie dumny, że go pokonałeś. Jeden dzień masz spokojny, bo okazałeś się od niego lepszy. Mówisz sobie: nie pozwolę sobie zniszczyć życia, aż tu nagle budzisz się następnego ranka i czegoś ci brakuje. Nie ma tej jedynej, wyśnionej kobiety. Gdyby tylko wróciła do moich snów, mógłbym nadal żyć ze swoją żoną i dziećmi. I znowu zaczyna się to samo. Zaczynasz być dla nich nieprzyjemny, wręcz chamski, bo to podświadomość porównuje ich z kobietą ze snu. I tak powoli wszystko się wali. Wzajemne napięcia, świadomość, że już nie jest tak jak kiedyś. I nic by nie pomogło, gdybyś żonie zwierzył się ze swoich problemów. Gdybyś tak zrobił, ona zrozumiałaby, że jej już nie kochasz, mimo że nadal chcesz z nią być. Zobacz, jak by się czuła? Jak ostatnia deska ratunku, jak substytut twoich pragnień. Nie mogłem jej tego zrobić.

Najgorszą rzeczą jest nienawiść do samego siebie. Paraliżuję cię w każdej sytuacji. Sprawy, które niegdyś były łatwe do załatwienia, okazują się niemal niemożliwe. Rozmowa z kimkolwiek przychodzi z nieprawdopodobnym trudem. Mówiąc cokolwiek, nie wiesz, czy nie powiesz czegoś, co jest przeciwko tobie. Najpierw nie zastanawiasz się, co mówisz, ale potem, mając na uwadze to, co zrobiłeś żonie, odnajdujesz w swoich słowach przejawy egoizmu i samolubstwa. I znów zaczynasz się za to nienawidzić. Do tego doszło, że staram się nie mówić nic, bo cokolwiek bym powiedział, tego sam użyję przeciwko sobie.

Muszę wyjechać stąd, bo każdy człowiek, nawet ty, przypominasz mi przeszłość, a ta zawsze jest przeciwko mnie. Nawet rzeczy, na które nikt nie zwrócił uwagi traktuję jako krzywdzące dla kogoś. Tak dłużej być nie może. Chcę zostać samotnikiem. Nikogo nie widzieć, nikogo nie słyszeć, a tym samym nikogo nie krzywdzić. Za tydzień wyjeżdżam do Ekwadoru…

Ciemność

Ciemność

Ludzie, Kobieta, Tożsamość, Zaburzenie, Osobowość

Ciemność, dudni, taka pustka. Zabłądziłem chyba gdzieś niepotrzebnie. Zalewa mi rozum pytanie, które wtedy zadałaś. Cisza, to męczy, tylko własne myśli. Widzę jedynie upadek, wydaje się nieunikniony. Bo czym jest dla ciebie to wszystko? Milczysz, wpadam do studni z zimną wodą. Skurcz mięśni, ale świadomy, to zamiast agresji.

Gdzie klamka? Gdzie drzwi? Jaki mam wybrać kierunek? Uderzam w stojące krzesło, kolano boli. Pod prawą stopą coś śliskiego, to pewnie rozlana woda. Słyszę jakiś oddech. Czy to mój? Halo, jest tu kto? Ściany się zbliżają, zacieśniają. Próbuję nabrać powietrza!

Znajduję klamkę.

Zamknięte!

Szarpię, napieram!

Puszczają.

Wychodzę.

Stoisz ty. Taka zwyczajna, uśmiechnięta.

Zegarmistrz

Zegarmistrz

zegar, zegarmistrz

Zapowiadał się jeden z najbardziej paskudnych dni tej zimy. Zamiast śniegu, padał deszcz z gradem i chociaż chwilami wypogadzało się, zdawała się wisieć nad głowami groźba kolejnego opadu. Nikt dziś nie przyjdzie, szeptały jednostajnym tik-tak ustawione na półkach i stoliku zegary. Obserwowały Mikołaja, który każdemu z nich podarowywał drugie lub trzecie, a może i czwarte życie. Siedział pochylony nad martwą maszynerią pięknego zegara ściennego z końca XVIII wieku. Mikołaj wyciągał poszczególne elementy i zegary słyszały, jak mówił do siebie, a może do naprawianego zabytku:

– No i cóż to ci się przydarzyło, mój piękny? Ile lat służyłeś w dobrej kondycji? Trybiki masz teraz nieco wytarte. Chyba znajdę niektóre, ale ten największy trzeba będzie dorabiać. Zaraz, zaraz, chyba jednak będę taki miał… Twoje serce jest bardzo oryginalnie zdobione, muszę je oczyścić.

Mruczące cicho zegary obserwowały Mikołaja, a ten podniósł się od stolika i zaczął wyszukiwać w skrzynce odpowiednie części. Podszedł znów do naprawianego zabytku, złożył werk, zamontował, ustawił na stole, poruszył wahadłem i zegar nagle zaczął głośno i równomiernie pracować.

– No, to teraz opowiedz mi swoją historię – powiedział Mikołaj.

Ale zegar, machając jednostajnie wahadłem, wystukiwał rytm, który co prawda niewiele miał wspólnego z mową, ale za to stanowił sam sobą wielką otchłań postrzegania i zapomnienia. Tik-tak, tik-tak, rozbrzmiewały mechaniczne dźwięki, wiercąc w czasoprzestrzeni należącej do Mikołaja wielką czarną dziurę. Świadomość Mikołaja zaczęła się cyklicznie przechylać w stronę tej dziury, a gdy osiągnęła punkt krytyczny, czyli swoisty horyzont zdarzeń pamięci, Mikołaj bezsilnie osunął się na krzesło i z otwartymi ustami wpatrywał w bujające wahadło. Odpłynął. Jego jaźń cofnęła się w głąb umysłu, rozpłynęła po szarych komórkach, a jej miejsce zajęło to, co od dawna skrywała podświadomość. I tak znikły wszystkie bariery społeczne, religijne, obyczajowe i czysto ludzkie, a do głosu doszedł straszliwy twór, który zepchnięty w otchłań nieświadomości, tylko czekał na taki moment.

Mikołaj, już bez czucia i świadomości, zarzucił na siebie czarną kurtkę, której nie używał od wielu lat, założył wypastowane na glanc przez pomyłkę adidasy, przełożył przez ramie dziwnie wypchaną pederastkę i wyszedł z domu, nawet nie zamykając drzwi. Gdy mijał sąsiadkę z naprzeciwka, ta skuliła się w kłębek, przykucnęła i wielokrotnie przeżegnała. Potem Azor sąsiada z samego dołu zaskowyczał i skrył się pod schodami. Nawet gołębie rozbiegły się jak najdalej od Mikołaja. Czas stanął w miejscu, świat zamarł.

Nadchodziła apokalipsa.

Po kilkuset metrach Mikołaj stał w samotności na tramwajowym przystanku, bo wszyscy ludzie również uciekli. Stał aż do momentu, gdy nadjechał tramwaj. Krok za krokiem wspiął się do wagonu, rzucił druzgoczące spojrzenie, aż ciche jęknięcia przeszyły powietrze.

Mikołaj otworzył pederastkę. W umysłach pasażerów nastała noc. Mikołaj wyciągnął mocno przeterminowaną plakietkę Transportu Miejskiego, spojrzał piorunującym wzrokiem i rozciął powietrze słowami:

– Bileciki do kontroli!

Ósmy pasażer tramwaju

Ósmy pasażer tramwaju

Sypialnia, okno, życie

Mam trzydzieści osiem lat, proszę pana, więc jestem gdzieś w pół drogi na tym padole. Ale czuje się, jakbym miał przynajmniej sześćdziesiątkę. Od lat tu mieszkam. Dostałem to mieszkanie od rodziców. Bogaci są. Kiedyś ojciec często wyjeżdżał za granicę na różne placówki. Z wykształcenia jest inżynierem budowy mostów. Więcej go nie było, niż był. Wielokrotnie siedziałem w swoim pokoju i czekałem. Marzyłem, aby wrócił. W głowie miałem, proszę pana, jak pokazywał mi, jak się golić, czy wiązać krawat. Tyle pytań mi się rodziło. A potem przyjeżdżał na kilka tygodni i od razu się zaczynało, jak sobie radzę w szkole, czy mamie pomagam, czy mam właściwych kolegów. Był taki oficjalny, taki zawodowy, a ja potrzebowałem kumpla.

Mieszkanie dostałem zaraz na początku studiów. To, jak pan widzi, dwupokojowe spore lokum na warszawskim Tarchominie. Od razu się w nim zakochałem. W mniejszym pokoju urządziłem sobie graciarnię, a w większym mieszkałem. Ten drugi ma trzy okna: jedno od wschodu i dwa od południa. W bezchmurne dni słońce mnie budziło, pojawiając się w lewym oknie, następnie podnosiło się łukiem, przesuwało w prawo, na pewien czas znikało, by znów zabłysnąć w drugim, nadając w ten sposób odrobinę rytmu codzienności. W gwiaździste noce, proszę pana, księżyc oświetlał pokój, wędrując podobnie jak słońce i zalewał go srebrną poświatą. Wypełniał mnie magią i wspomnieniami. Wraz z promieniami srebrnego wędrowcy przeistaczałem się w podróżnika w czasie. Wielokrotnie starałem się wybiec myślami naprzód, ale wciąż stała przede mną niemożliwa do przekroczenia bariera ojca.

Często kładłem się na łóżku na wznak, rozpościerałem ręce na boki, słuchałem Bacha, Vivaldiego czy Bethovena i próbowałem wyciszyć się, uspokoić, wczuć w odwieczny rytm natury oglądanej przez moje trzy okna. W lewym widziałem czubek drzewa, a na nim siadające ptaki. Bardzo często zastanawiałem się, proszę pana, które z nich przylatują tu sporadycznie, a które są stałymi bywalcami. Po pewnym czasie nauczyłem się rozróżniać kilka z nich. Miałem wtedy wrażenie, jakby specjalnie dla mnie przylatywały, chcąc okazać swoją wierność czy przywiązanie. W środkowym oknie widziałem w oddali dwa słupy energetyczne, niezmienne przez cały rok, jedynie druty zimą były krótsze, a latem dłuższe. W prawym oknie przelatywały samoloty, porywając mnie w przestworza. Szybowałem wtedy wysoko nad ziemią, wolny i niezależny.

Zaraz po tym, jak tu zamieszkałem, proszę pana, poznałem pewną dziewczynę. Młody byłem, wcześniej nie miałem dziewczyny. Zaczęliśmy się spotykać. Recytowała wierszyki, opisywała ładnie naturę, odwiedzała schronisko dla psów, aby się nimi opiekować. Związaliśmy się drugiego dnia świąt Wielkiej Nocy, kiedy przyjechała do mnie po raz pierwszy. Potem przyjeżdżała coraz częściej, aż któregoś dnia dałem jej klucze. I powiem panu, że to był błąd. Od wtedy stała się nie do wytrzymania. Chciała wprowadzać swoje porządki, przemeblowywać mieszkanie, kupować za moje pieniądze rzeczy do kuchni. Przez długi czas to znosiłem, ale gdy stwierdziła, że będziemy mieszkać z jej psem, nie wytrzymałem. To nie tak, że ja przeciw zwierzętom, ale psa nie chciałem w domu. Powiem panu, że bardzo mnie to wszystko zabolało. Niby sam z nią zerwałem, ale i cierpiałem. Bo na swój sposób ją pokochałem. Potem wydzwaniała, przepraszała, błagała. Wprowadzała się i znów swoje. Teraz myślę, że to taka kobieta – z wpojonym przymusem, aby rządzić. A ja nie dam sobie w kaszę dmuchać. W końcu gdy się któregoś razu pokłóciliśmy, popchnąłem ją i wylądowała na ścianie. Tak, tak, proszę pana, doszło do przemocy. Jedyny raz byłem agresywny w stosunku do kobiety. Pyta pan, czy żałuję. Oczywiście, ale nerwy swoje mam, a ona działała mi na nerwy jak żadna inna.

Jak już ją rzuciłem, zastanawiałem się nieraz, czy oby na pewno dobrze zrobiłem. Bo miałem wyrzuty sumienia, proszę pana, oj, miałem. Niejednokrotnie leżąc w łóżku całymi dniami, narastała we mnie bezsilność, współczucie, ale i złość. Tak, tak, drogi panie, zezłościłem się. I to nie na nią, bo ona była, jaka była, ale na siebie, że nie potrafię jak prawdziwy mężczyzna, tylko ta melancholia mi w głowie. Potem znów przychodziły wyrzuty sumienia i nawet wahałem się, czy do niej nie zadzwonić, żeby nie cierpiała, a razem z nią ja. Kupowałem czasem dwa wina, czasem sześciopak piwa i walczyłem ze sobą. Mówi pan, że z takiej walki to nic dobrego nie wyjdzie? Ma pan rację. Ale człowiek jest tylko człowiekiem i ma swoje słabości. Któregoś dnia, gdy odwiedziłem wspólnych znajomych, dowiedziałem się, że niecałe trzy tygodnie po tym, jak ją odepchnąłem, związała się z innym. I wtedy coś we mnie pękło. Pomyślałem, że koniec z tym rozczulaniem się. Bo ja tu tracę zmysły, a ona skacze z kwiatka na kwiatek. I to mnie, proszę pana, zmieniło. Taka była pierwsza pasażerka w tym tramwaju zwanym przeze mnie na początku miłością.

Byłem wtedy, proszą pana, na drugim roku studiów. Zacząłem zauważać, że stałem się wygadany jak mało kto. Z łatwością mi przychodziło odpowiadanie na egzaminach ustnych, mimo iż nic nie umiałem, równie lekko radziłem sobie, gdy musiałem zabrać głos w towarzystwie. Któregoś dnia pokłóciłem się po alkoholu z koleżanką. W sumie miała rację, bo to ja zaprzeczałem sobie samemu, ale z łatwością z tego wybrnąłem. Jak skończyłem gadać, to już dziewczyna tylko patrzyła na mnie maślanymi oczami. Moja była. I ja to widziałem. Umówiliśmy się kilka razy na mieście. Ona słuchała, a ja nawijałem. Jak mi to imponowało, proszę pana. Bo bardzo ładna była, o wiele ładniejsza niż ta poprzednia. I znów związałem się z kobietą, gdy do mnie przyjechała. Chciała tego od razu, czułem to. Nie będę panu opowiadał, co my ze sobą wyczynialiśmy, ale sąsiedzi pewnie do dziś wspominają.

Zamieszkała u mnie bardzo szybko, bo już po trzech tygodniach. Imponowało mi, że mam tak ładną kobietę. A jej imponowało, że ma chłopaka, który ma tyle do powiedzenia na każdy temat. Ale to nie tak, proszę pana, wcale dużo nie wiedziałem, tylko tak ładnie gadałem. Zaczęła mnie wkrótce ubierać po swojemu. Nie chciała jak ta poprzednia rządzić mieszkaniem. Kupowała mi bluzy, luźne spodnie, bo twierdziła, że te moje wyprasowane koszule pasują bardziej dla faceta w średnim wieku lub dziadka. I mi się to spodobało. Żyliśmy seksem, pokazywaniem się wśród ludzi, a przede wszystkim szpanowaniem sobą nawzajem. Wielokrotnie pozwalałem, aby ktoś z nią zatańczył, by w środku piosenki odbić, pokazując, do kogo ona należy. Ona nie była lepsza. Puszczała mnie samego na imprezy, potem bezceremonialnie wchodziła i zabierała do domu. Byłem wściekły, proszę pana, a kto by nie był. I muszę panu powiedzieć, że dlatego się rozstaliśmy. Ale i tak długo ze sobą wytrzymaliśmy, bo ponad rok.

Rozstanie z nią przeżyłem dość ciężko, bo się przywiązałem. Nawet niejednokrotnie zastanawiałem się, czy to nie była miłość. Gdyż owszem, proszę pana, szpanowaliśmy sobą, ale byliśmy sobie potrzebni. Ale to ona bardziej cierpiała. Dzwoniła jeszcze dość długo, pytała, czy kogoś już sobie znalazłem, nieraz popłakała się w słuchawkę. Czasami zastanawiałem się, czy do niej nie wrócić, ale w końcu zeżarlibyśmy się nawzajem. Jedynie, gdy dopadła mnie chandra, kupowałem sporo piwa czy dwa wina i topiłem smutki.

Następna była matematyczka. Cholernie inteligentna kobieta, ale niezbyt ładna. Przyszła do mnie na imprezę z kolegą. Ale kolega poszedł w odstawkę, a fascynowałem ją ja. Od początku mi gadała, że nikt tak pięknie nie mówił. Powiem panu w tajemnicy, że popłynęła, jak zacząłem gadać, jak sobie ją wyobrażam w sukni ślubnej. Mówiłem, że taka biała to by do niej nie pasowała, raczej kremowa, bo kwiatów nie zdobi się kwiatami. W gruncie rzeczy chciałem się sprawdzić, czy dam radę uwieść tak inteligentną dziewczynę. I jak pan myśli? Mówi pan, że nie ma się czym chwalić. Racja. Ale chcę, aby pan mnie zrozumiał. I uwiodłem ją, i to już tego wieczoru. Do dziś pamiętam, że czasem przy śniadaniu rozmawialiśmy o twierdzeniach matematycznych. Wiele się przy niej nauczyłem. Zrozumiałem, że każda kobieta, choćby ta najgłupsza, ma swój rozum i trzeba to umieć zauważyć. Mówi pan, żebym więcej nie mówił słowa głupi. Znowu racja. Bo to stawia w złym świetle.

Przez pierwsze pół roku nie chciała ze mną zamieszkać. Twierdziła, że to byłoby bez sensu, niepoparte odpowiednimi dowodami. Tak, proszą pana, u niej wszystko musiało mieć sens, niemal matematyczny sens. Ale potem się wprowadziła. I wtedy się zaczęło. Nie, nie było tak jak z tą pierwszą. Ta zaczęła mieć o wszystko pretensje. Nie pogoniłem jej rano do pracy i się spóźniła – moja wina, bo dałem ze sobą zamieszkać. Chciałem zbyt często się kochać – moja wina, bo widzę w niej tylko obiekt do kopulacji. Wychodziłem z kolegami na piwo – moja wina, bo ją zaniedbuję. Słucham? A, pyta pan, czy nie dostrzegam żadnej swojej winy. Pewnie, że dostrzegam, ale kto jest bez winy?

W końcu po dwóch latach sama odeszła, bo stwierdziła, że chce męża, a nie faceta żyjącego obok. Chyba miała trochę racji. Związałem się z nią ze względu na inteligencję, a nie na nią samą. Śmieje się pan, że to rozróżniam? Ano rozróżniam, bo osobowość to coś więcej niż inteligencja, niż uroda, niż sposób bycia. Powiem panu, że to coś więcej niż to wszystko razem wzięte. Przeżyłem i to rozstanie, nie powiem. Zacząłem się zastanawiać, czy wszystko ze mną w porządku, że nie umiem stworzyć stałego związku. W końcu w ciągu pięciu lat miałem trzy kobiety.

I zastanawiałbym się dłużej, gdyby nie ta czwarta. Oj, co to była za laska, proszę pana. Wyższa ode mnie, twarz jak z okładki żurnala, kształty idealne, nogi do samej szyi i do tego zastępca dyrektora w niedużej firmie. Popłynąłem jak dziecko. Motyla, proszę pana, ze mnie zrobiła. Bo nigdy nie marzyłem o wyższej, aż tu się stało. Och, jak mnie duma rozpierała. Strach mówić. Była też starsza, całe sześć lat. Ale mi to nie przeszkadzało, wręcz odwrotnie. Chciałem się uczyć nowych rzeczy, bo nadal młody byłem, proszę pana. Co to jest dwadzieścia cztery lata? Zabierała mnie na przyjęcia, bale, czasem seminaria. Kazała mówić, że jestem bratem ciotecznym i chce mnie wprowadzić. Ona rządziła, a ja się nie sprzeciwiałem, bo była też moją sponsorką. Powiem panu, że przy żadnej innej nie nauczyłem się tyle.

Aż cztery lata później, gdy byłem pewien, że wreszcie się przełamię i poproszę ją o rękę, powiedziała, że z nami koniec. I wtedy pierwszy raz zachowałem się jak dziecko. Popłakałem się przy niej, prosiłem, niemal żebrałem, ale była nieubłagana. Stwierdziła jedynie, że nauczyła mnie wszystkiego, swój obowiązek spełniła i czas na nią. Nawet przytuliła mnie na do widzenia. Rzuciłem wtedy pracę z dnia na dzień, zamknąłem się w tym mieszkaniu i chlałem przez prawie dwa tygodnie. Kolega mnie, proszę pana, musiał ratować. Przyszedł i siedział, dopóki nie wytrzeźwiałem. Jak ja cierpiałem, mówię panu. Większego bólu wyobrazić sobie nie potrafię. Chciałem ją nawet śledzić, bo tak mi odbiło, ale wyprowadziła się do Francji.

I proszę pana, dochodziłem do siebie prawie dwa miesiące, a i później miałem lęki, rozmawiając z kobietami. Wreszcie pojechałem z kolegą na działkę do jego koleżanki. I poznałem ją. Była taka niewinna, taka dziewczęca, ale też mądra i zdecydowana. Poszliśmy któregoś wieczoru na długi spacer. Od razu spytała, ile miałem kobiet, czy je kochałem. Skłamałem, proszę pana, powiedziałem, że dwie. Ale nie skłamałem, mówiąc, że na swój sposób do dziś je kocham. I chyba uznała mnie za księcia z bajki. Bo z jednej strony nauczyłem się, jak się zachowywać w stosunku do kobiet, a z drugiej czuć było ode mnie to cierpienie po tej ostatniej. Dziewczyna miała zaledwie dziewiętnaście lat i była dziewicą. Powiedziała mi, że chce nią przestać być właśnie ze mną. Oj, proszę pana, jaką ja poczułem odpowiedzialność. Bo nie dość, że młodsza ode mnie dziesięć lat, dziewica, to jeszcze przecież mówiła, że ja jestem odpowiednim facetem. Mówi pan, że niektórym by to tylko imponowało? Mnie też imponowało, nie twierdzę, że nie, ale również czułem się odpowiedzialny. Powiedziałem, że znajdzie sobie kogoś młodszego, kogo pokocha naprawdę, a ona, że nie, że chce ze mną. Mówię panu, uparła się. I w końcu się zgodziłem. Rozdziewiczyłem ją. Potem leżeliśmy nad strumykiem aż do rana, a komary gryzły. Trzy dni później się rozstaliśmy i nikt z nas nawet nie próbował dzwonić czy pisać. Jej chyba było na swój sposób wstyd, mimo iż chciała sama. Mnie również, bo jakoś czułem, że sprzeniewierzyłem wszystkie swoje wartości. Tak, proszą pana, pozbawiając ją dziewictwa, czułem się jak ostatni skurwysyn. I wtedy coś we mnie pękło. Już nie miałem nic do stracenia, bo straciłem wszystko, co najcenniejsze.

W następny tydzień związałem się z młodszą ode mnie o jedenaście lat. Ledwo stała się pełnoletnia, a ja już ją uwiodłem. Była najpiękniejszą kobietą, jaką widziałem. Do tego taka delikatna, taka zmysłowa, taka skromna. Ale coś się we mnie zmieniło i w gruncie rzeczy miałem ją gdzieś. Byłem z nią prawie rok, ale cały czas sypiałem z innymi. Aż któregoś razu przyłapała mnie u mnie w domu. Odeszła natychmiast. Już mnie to nie obchodziło. Nie miało znaczenia, że taka piękna, subtelna, delikatna. Liczyło się, aby było dobrze mnie. Ale piłem przez cztery dni, jak odeszła. Sam, proszę pana, nie wiem czemu.

I pamiętam, że jak wytrzeźwiałem, zrobiłem najhuczniejszą imprezę. Ze trzydzieści osób przyszło. A wśród nich taka piękna, zabawna, ostra zarazem i przede wszystkim przypominająca mi tę starszą ode mnie. Ani chwili się nie zastanawiałem. I nawet nie musiałem jej uwodzić, bo to ona bardziej uwiodła mnie. Tak, to ona rządziła. Już tego dnia została u mnie i poszliśmy do łóżka. Ale nie chciałem, aby się sprowadzała. Chciałem swobody. Aż po kilku miesiącach wyznała, że jest w ciąży. A przecież zapewniała, że bierze pigułki. Mówi pan, że kłamała? Chyba tak. Teraz myślę, że złowiła mnie na ciążę. Od razu to ona dominowała. Wszystko musiało być, jak chciała ona. A że spotkała taki egzemplarz jak ja, który doskonale potrafił postępować z kobietami, to musiałem być jej. I tylko jej.

Z jednej strony byłem przerażony ciążą, a z drugiej poczułem, że chcę spróbować być ojcem. Bo to już był czas, miałem trzydziestkę. Wzięliśmy ślub, potem poród, małe dziecko, pieluchy, wrzaski, aż przestałem dawać radę. Gdzieś w głębi czułem, że to nieodpowiednia kobieta. Dziecko nawet kochałem i kocham do dziś, ale nie ją. Była przeciwieństwem wszystkiego tego, co kochałem. I zacząłem regularnie popijać, proszę pana. Najpierw dwa, trzy piwa, potem więcej, aż doszło do tego, że mając trzydzieści pięć lat, wypijałem sześć piw, a w weekendy i całą flaszkę. Po prostu nie dawałem rady. Oj, proszę pana, liczyła się dla mnie praca i alkohol, nic więcej. I nie chce pan wiedzieć, jak się wtedy czułem. Druga sprawa, że w nerwach bardzo ją krzywdziłem psychicznie. Wreszcie dwa lata temu się wyprowadziłem. Zostawiłem jej moje własne mieszkanie i poszedłem do wynajętego. Ale zachowała się na tyle dobrze, że rok później wyprowadziła się z dzieckiem. Tylko chciała sporej rekompensaty i alimentów.

I tak wróciłem tutaj i nadal obserwuję to słońce wstające w lewym oknie, potem podnoszące się w środkowym, by w prawym skłaniać się ku zachodowi. Ptaki już chyba inne przylatują, choć mam nieodparte wrażenie, że jeden wciąż mnie odwiedza. Mówi pan, że to niemożliwe. Nie wiem, ile żyje ptak. Od moich pierwszych dni w tym mieszkaniu minęło dziewiętnaście lat, dokładnie tyle, ile miałem, tu zamieszkując. Można więc też powiedzieć, że wtedy byłem w połowie drogi do tego, co dziś. Musiałem tak wiele przeżyć, aby zrozumieć, że te siedem kobiet, które były dla mnie ważne, to siedmioro pasażerów w tramwaju zwanym niegdyś miłością, potem pożądaniem, aby znów dziś myśleć, że to tramwaj zwany miłością. Tak, proszę pana, teraz gdy już nie piję, znów szukam miłości, ale nie jest łatwo, bo zbyt wiele bólu kłębi się w głowie. Trzeźwiejąc, musiałem zmierzyć się z każdą sytuacją, by zrozumieć, jak bardzo cierpiałem od dziecka, ale też jak bardzo krzywdziłem innych. I to pierwsze już się chyba, proszę pana, nie zmieni.

Powiem tylko panu, że był ósmy pasażer, którego dziś wolałbym nie mieć w ogóle. To on spowodował, że przestałem być czujny i dałem się złapać na ciążę. Gdyby nie on, nie piłbym tyle. Działa podstępnie, powoli, mami, mydli oczy, zagłusza sumienie i stwarza pozory siły. Widzę, że się pan krzywi. Mówię panu, sporo ludzi daje się omamić. A niektórzy uważają go za największego przyjaciela. Pyta pan, co jest tym ósmym pasażerem. Powiem panu:

– To zbytnia pewność siebie…

Z jaskini – droubble

Z jaskini – droubble

Przodek, Neandertalczyk, Historia

Właśnie wyszedłem z partnerką z jaskini. Świat ładny, cywilizacji jeszcze brak, pojawi się za jakieś 60.000 lat. Wody czystej pod dostatkiem, mamutów na mięso co niemiara. Żyć, nie umierać. No, gdyby nie tygrysy szablozębe, przez które tak długo siedzieliśmy w jaskini.

Złowiłem mamuta, będzie na kilka długich, zimowych miesięcy. Tylko co tu robić, gdy zmrok zapada o… Zaraz, zaraz, kiedyś będą na to mówić szesnasta. Do łóżka z kobitą to ile można, instrumentów muzycznych jeszcze nie wymyślono, śpiewać też bez sensu, skoro gam nie znamy.

Miałem tu gdzieś owoce w pojemniku. Sprawdźmy, co z nimi. Niestety, popsuły się. Śmierdzą jak oddech mojej kobity, tylko inaczej. Takiego zapachu jeszcze nie czułem… A gdyby tak wypić płyn, który powstał?

Hmmm. Jakoś wesoło się robi, kobita jakby ładniejsza, tygrysy mi mogą naskoczyć, wszystko jest proste. Jednym słowem: hulaj dusz… Ale, ale, duszy jeszcze nie znamy, więc: hulaj neandertalczyk! Od dziś będę to spożywał. Wszystko stanie się lepsze.

20 lat później.

Gdzie jakieś owoce? Muszę je dorwać! Bez nich nie chce mi się żyć. Idź stąd kobito, weź tę chmarę dzieciaków. To co, że nie mogę nic zrobić, bo tak mi się łapy trzęsą. Gdzie jakieś owoce, jakiekolwiek!

OWOCE ZMIENIAJĄ CZŁOWIEKA! OWOCE TO ZŁO!

Zniewolenie

Zniewolenie

marionet, manipulacja, uzależnienie

Kiedy w siódmej klasie podstawówki urządzono konkurs na najprzystojniejszego chłopaka, głosowałam na kogo innego, nie na Franka. Sama przed sobą nie chciałam przyznać, że tak mi się podoba. I to nie tylko fizycznie. Bo siedział cicho w ławce, nikomu nie wadził, nikogo nie zaczepiał, a gdy ktoś go zagadał, zwykle brakło mu języka w gębie. Był takim klasowym zahukanym odmieńcem. A odmieńcami każdy gardził, przynajmniej pozornie. Właśnie tak, udawałam, że mi się nie podoba, ale w gruncie rzeczy tylko on się liczył. Czasami wygłupiał się z innymi, ale miałam wrażenie, że żyje trochę z boku, jakby to, co miał w głowie, było bardziej interesujące niż rówieśnicy. Owszem, denerwowało mnie, gdy starałam się zwrócić na siebie jego uwagę, ale właśnie przez te emocje mnie przyciągał. Dlaczego interesował się taką szarą myszką, Kaśką, która nawet na niego nie zwracała uwagi? Dopiero jak powiedział kolegom, że najbardziej podoba mu się właśnie ona, zaczęła go zauważać. Ale nie zrobiła nic, by poczuł odwzajemnienie czy chociaż zainteresowanie. Tylko chodziła do tego swojego kościoła dzień w dzień i jeden Bóg raczy wiedzieć, o co się tam modliła. Mimo iż stanowiła dla mnie swego rodzaju konkurencję, podeszłam do niej któregoś razu, gdy byłyśmy same w klasie, i powiedziałam wprost:

– Kaśka, ten Franek to ci się podoba, czy w ogóle?

– Phiii – Odwróciła głowę.

– Za niski jest, prawda? – podpuszczałam.

– No. – Otworzyła książkę.

– I nie dba o siebie? O to ci chodzi?

– Tak! – wrzasnęła. – Daj mi spokój! – Zamknęła książkę z hukiem i wybiegła na korytarz.

Wtedy przestałam ją lubić. Bo ja tu przychodzę po przyjacielsku, a ona fochy stroi.

Kilka dni później zmieniłam ławkę na ostatnią, aby siedzieć za nim, by móc go obserwować. Nie przeszkadzało mi, że przychodzi z fryzurą, jakby piorun strzelił, lub w brudnych ciuchach. Ja widziałam w nim coś więcej niż przyziemność. Nigdy się dotąd do tego publicznie nie przyznałam, ale był dla mnie najprzystojniejszym chłopakiem, jakiego kiedykolwiek widziałam. Nawet nie tyle najprzystojniejszym, ile najładniejszym, bo charakteryzował się urodą iście dziewczęcą. Jakby cała jego wrażliwość wyraziła się właśnie w wyglądzie zewnętrznym. I chyba dlatego tak się nim interesowałam.

Po pewnym czasie, gdy nadal nie zwracał na mnie uwagi, zainteresowaniem zaczęłam darzyć Kaśkę. Wielokrotnie zastanawiałam się, co to za dziewczyna. Bo na dobrą sprawę nikt nic o niej nie wiedział. I podobnie jak Franek żyła trochę z boku. Zaczęłam ją śledzić. Co ciekawe, z domu wychodziła tylko do szkoły lub kościoła, nigdzie poza tym. Słyszałam od kogoś, że ojciec jej na nic nie pozwala. Ktoś inny powiedział, że ją leje tak, aby nie było widać. Ale nie dowierzałam. W końcu dałam sobie z nią spokój, bo nic ciekawego z tego śledzenia nie wynikało.

Po wakacjach przyszła do nas nowa dziewczyna, Ewa. Od razu zaczęła z przytupem:

– Kto tu rządzi? – krzyknęła na całą klasę.

– Ja – odezwał się Robert, klasowy błazen.

– To miej się na baczności, bo ja tu przyszłam.

W sumie wszyscy się zaśmiali, ale czułam, że to się dobrze nie skończy.

Była bardzo ładną dziewczyną, o wiele ładniejszą niż ja. Zazdrościłam jej zarówno urody, jak i tego całego luzu. Mało tego, jak większość dziewczyn, chciałam być jak ona. Bo wszystko przychodziło jej tak łatwo, tak z żartem. Nawet na lekcjach odpowiadała z humorem. Wkrótce wyrosła na klasowego prowodyra. Wszyscy jej zazdrościli i się jej na swój sposób bali. Opowiadała sprośne żarciki, uwodziła chłopaków, pokazywała, jak jest świetna.

Któregoś dnia pokazała Frankowi podobny do ogórka, tyle że grubszy piórnik i wykonując nim rytmiczne ruchy, stwierdziła:

– Może chciałbyś go zastąpić? Bo wiesz, na grubość jest w sam raz, ale taki zimny. – Zaśmiała się, a razem z nią cała klasa. Tylko Franek siedział z rozdziawioną gębą.

Miałam ochotę podejść i roztrzaskać jej łeb, ale tylko roznosiły mnie emocje.

Któregoś dnia Ewa usłyszała, że Frankowi najbardziej podoba się Kaśka i wzięła ją na rozmowę. W sumie nie wiem do końca, o czym rozmawiały, ale doszły mnie słuchy, że Ewa bardzo się przejmuje uczuciem Franka. Dzień później odwróciła się do niego na przerwie i spytała:

– Kasia jest najładniejsza, prawda?

– Tak! – wyrzucił z siebie Franek.

– Chciałbyś z nią chodzić?

Franek nie odpowiedział. Odwrócił się i udał, że nie słyszy.

Następnego dnia Ewa ubrała się w lepsze ciuchy, pół dnia omijała Franka, aż podeszła do niego na przerwie i spytała:

– Umówisz się ze mną?

Franek uciekł na korytarz. Miałam ochotę za nim pobiec, powiedzieć, jak mi się podoba…

Na kolejnej przerwie Ewa zebrała wszystkich w klasie, upewniła się, że każdy patrzy i ponowiła pytanie:

– Pójdziesz ze mną na randkę? – A gdy nie odpowiadał – No, nie wstydź się. Pójdziesz?

Widziałam, jak Franek męczy się, jak roznoszą go emocje. Czułam go całą sobą. Mogłabym przysiąc, że właśnie toczy się w nim wielka wojna między tym, co sobie obiecane, a tym, co tak atrakcyjne.

– To jak? – domagała się. – Pójdziesz?

– Tak – wypowiedział cicho, bez pewności w głosie.

To słowo do dziś brzmi mi w głowie. Nie mogę o nim zapomnieć. Ilekroć myślę o prawdziwej miłości, przed oczyma mam właśnie tę sytuację. Franka, Ewę, tę przerwę i to, co się później zdarzyło.

Gdy tylko Franek wypowiedział swoje wymęczone „tak”, Ewa wraz z kilkoma osobami ryknęli niewyobrażalnym śmiechem.

– Ech, ty głupi! – ryczała Ewa. – Myślałeś, że ja się umówię z takim gnojkiem?

Franek siedział z bezruchu i z sekundy na sekundę robił się coraz bardziej czerwony. Wyglądało, jakby cała krew napłynęła mu do twarzy. Nie wytrzymałam i wybiegłam do domu. Po drodze bardzo płakałam, jak nigdy dotąd. Czułam, że to ja siedzę na miejscu Franka i że wszystkie te śmiechy są ze mnie. Przeciwko mnie. Nie pojawiłam się w szkole przez tydzień. Następnego dnia lekarz rozpoznał u mnie ciężkie zapalenie gardła.

Gdy wróciłam, okazało się, że Franek przepadł. Wyszedł z domu i nikt nie wiedział, gdzie jest. To kolejna cegiełka, za którą mam do siebie pretensje do dziś. Bo kochałam go, jak nikogo przedtem czy potem, a nie pomogłam. Franek w końcu wrócił. Podobno zatrzymała go milicja gdzieś na warszawskiej Woli w środku nocy. Ale już to nie był ten sam chłopak. Wstąpiło w niego coś złego. Jakby sam diabeł go opętał. Od tego dnia zaczął się wyśmiewać z koleżanek, upodobnił do Ewy. Ale zaczął o siebie dbać, co jednak mi się w ogóle nie podobało. Kaśkę omijał z daleka. Zastanawiałam się wielokrotnie czy to ze wstydu, czy ze złości. Opuścił się w nauce, zaczął chodzić na wagary, co mu się wcześniej nie zdarzało. A przede wszystkim świntuszył jak stary zbok.

Kilka miesięcy później znów urządzono konkurs na najprzystojniejszego chłopaka. Tym razem głosowałam jawnie na Franka.

Wzdłuż życia – dribble/wiersz

Wzdłuż życia – dribble/wiersz

rzeka, życia, młodość, szczęście

Wyszedłem z domku na ludzkiej nóżce.

Rozpostarłem ramiona wzdłuż życia, czując całym sobą poroztopową młodość. Przeszłość przyciemniała, przyszłość stała się fikcją, a oczy światem.

Szłaś po drugiej stronie, prowadząc brak wątpliwości. Braki podążały orlego.

I opadły mi powieki. Lecz bez wstydu, bez winy, bez ciała.

Czy tylko ja to widziałem?

Dziwak w kropki…

Dziwak w kropki…

Krowa, kropki

Żył dziwak. Był jakiś obcy, aspołeczny i… dziwny.

Nie lubili go. Ale on sam siebie lubił. I miał gdzieś, że ludzie z niego szydzą.

Któregoś dnia się zakochał. A potem swoim dziwactwem sprawił, że dziewczyna straciła spokój ducha. Poczuł wyrzuty sumienia i gorzko zapłakał.

Od tego czasu starał się nie robić rzeczy, które niszczą. Rozpoczął pracę nad sobą, nad własnym życiem. A że od zawsze mu powtarzano, aby brał przykład z innych, zaczął upodabniać się do ludzi.

Z efektów dumny był zcoraz to bardziej. Lecz kiedy zasypiał…

Któregoś dnia stanął przed lustrem…

Nadal był dziwakiem. Ale już siebie nie lubił.

Królik królem

Królik królem

Przyjdźmy wszyscy, bo miał miejsce wielki wypadek. Każdy, kto odpowiednio zareaguje, otrzyma zapłatę adekwatną do reakcji. Wóz, którym stary Anton transportował zwierzęta do nowej posiadłości, przewrócił się do rowu zaraz przy wyjazdowej bramie!

Zbiegły się wszystkie zwierzęta z gospodarstwa Antona. Krowa, świnia, owce, kaczki, kury, a przede wszystkim królik. Na wywróconej furmance leżał Anton oraz gęsi, indyki, dwa psy, trzy młode kociaki.
Zwierzęta stanęły w szerokim okręgu i bezgłośnie wszystko obserwowały. Stary Anton z zaplątaną postronkiem nogą próbował się uwolnić, złorzecząc każdej istocie w pobliżu. Tak więc najpierw oberwała słownie krowa, bo największa, potem świnia z racji jej niechlubnej nazwy, kończąc na Bogu ducha winnym króliku, który akurat podgryzał przydrożną koniczynę.
Zgromadzeni, z obawą, czy nie zostaną przygnieceni przez furmankę, nie reagowali. Tylko królik zajęty swoimi sprawami, bardziej wsłuchany, czy nie zbliża się jakiś drapieżnik, pokicał przed siebie i po prostu gryzł. Przez przypadek przegryzł postronek, który więził gospodarza. Kilka ruchów szczęką i Anton był wolny.
Nazajutrz Anton przewiózł zwierzęta do nowej posesji. Zagadywały się one nawzajem o tym, co dzień wcześniej zrobił królik. Mówiły, że trzeba przecież być prawdziwym bohaterem, aby uwolnić swojego pana. Do tego jeszcze tak szybko. Kura nioska chodziła od jednego do drugiego i gdakała piękną wieść. Krowa stanęła nad sianem i w zamyśleniu przeżuwała całe zajście, świnia ryła, wierząc, że znajdzie w gruncie rzeczy, kogut wskoczył na płot i piał z zachwytu i tylko baran beczał niezrozumiale. On jedyny stanął z dala od całego zamieszania i pomyślał, że nie dołączy do tych zachwytów.
Po kilku godzinach zwierzęta wybrały przedstawiciela, osła, który stanął pośrodku placu i wygłosił przemowę:
– Jak wiemy, wczoraj miał miejsce wypadek, w którym ucierpiał nasz pan. Stało się to, gdy przewoził wielu z nas właśnie tutaj, gdzie mamy lepiej, bo większa obora, obszerniejsze podwórko, a i w stodole więcej siana na zimę. Z pomocą przyszedł mu królik, za co wszyscy jesteśmy wdzięczni.
„Oj głupcy, głupcy” – pomyślał baran.
– Właśnie, jesteśmy nie tylko wdzięczni, ale i pełni podziwu za bohaterstwo – kontynuował osioł. – Pragniemy mu za to podziękować, mianując naszym?… – zawiesił głos, tworząc napięcie.
Po placu przebiegł cichy pomruk, przez który przebijały się pojedyncze słowa:
– Szefem – wymamrotał koń.
– Królem – poprawiła krowa.
– Prezydentem – wygdakała kura, dłubiąc w ziemi.
– Wodzem – pokiwał z pobłażaniem baran.
– Właśnie, wodzem! – wykrzyknął osioł. – Królik od tej pory będzie naszym wodzem. Nie królem, bo to zbyt zwyczajne dla jego nazwy, nie prezydentem, bo nie mamy prezydium, nie szefem, bo jeszcze owce pomyślą, że ktoś spróbuje zrobić szew z wełny, ale właśnie wodzem! – powtórzył. – Proponuję nadać mu wszystkie przywileje, jakie nam przyjdą do głowy, i niech on stanowi nowe prawo.
Zwierzęta pokiwały z aprobatą.

Kilka dni później królik, zupełnie nie rozumiejąc, czego w oczach innych dokonał, zarządził doszkalanie wszystkich zwierząt w zakresie przegryzania postronków. Trzeba było więc pomóc innym, aby na przyszłość byli w stanie powtórzyć ten wyczyn. Bo przecież kochał innych. I w ten sposób sznur gryzł koń, dziobała kaczka, pazurami szarpał kot, a ryjem bezskutecznie ryła świnia. O ile koniowi poszło to jak z płatka, tak inne zwierzęta miały już większe problemy, a świnia męczyła się cały dzień, a i tak nie dała rady przepołowić postronka.
Królik postanowił nauczyć wszystkich kicać. Szmer przemknął po zgromadzonych zwierzętach. Kot poradził sobie całkiem dobrze, jednak miał kłopoty z ciągłym przysiadaniem na tylnych łapach. Pies tak samo. Koń nawet usiadł podobnie, ale nie mógł powstrzymać się od rżenia. Krowa próbowała wielokrotnie, ale za każdym razem zginała również przednie nogi i zalegała na glebie. Najgorzej miało ptactwo domowe, bo jak tu się podpierać skrzydłami? A baran stał z daleka, patrzył, kiwał łbem i już prawie nic nie mówił.
Po tym zadaniu królik zniknął w rogu psiej budy i postanowił przemyśleć, co zrobić, aby każde zwierze jednak było w stanie przegryźć postronek. Przecież wszystko zaczęło się od tego, że jadł sobie smacznie koniczynę, nic go więcej nie obchodziło. To musi być klucz!
Nazajutrz zwołał zebranie i wydał polecenie:
– Od dziś wszystkie zwierzęta mają jeść tylko rośliny, a przede wszystkim trawę. To dla waszego dobra! Dzięki temu będziecie w stanie przegryźć niejeden postronek…

Tylko baran stał z dala i już nawet przestał kiwać łbem. Poszedł do chałupy Antona i tłukąc rogami w drzwi, domagał się interwencji. Ale stary Anton plótł nowy postronek, aby mieć czym krępować zwierzęta, bo nadchodziła Wielkanoc, na którą zaplanował mnóstwo świeżego mięsa.

Czerwony kapturek – kryminał/groteska

Czerwony kapturek – kryminał/groteska

Czerwony Kapturek, Czerwony, Mało, Hood, Konna

Czerwony Kapturek wracała od babci późnym wieczorem przez las. Była wyraźnie zdenerwowana: kopała z wściekłością mijane kamienie i przedrzeźniała okoliczne ptaki głośnym zawodzeniem. Chciała znaleźć się jak najszybciej w domu. Ten dzień nie ułożył się dobrze: najpierw w szkole rzucił ją chłopak, a potem ta wizyta u babci… Nagle zobaczyła idącego pewnym krokiem środkiem leśnej ścieżki wilka. Schowała się więc za krzakiem dorodnego jałowca, aby uniknąć spotkania. Chwila nerwów, parę wstrzymanych oddechów i wilk poszedł swoją drogą.

Do domu wróciła kilkanaście minut później.

– Byłaś u babci, Czerwony Kapturku? – spytała mama.

– Tak – odburknęła Kapturek.

– Dałaś jej lekarstwa i jedzenie?

– No! Daj mi spokój! – syknęła.

– Nie bądź zła, przecież wiesz, że babcia jest ciężko chora i trzeba jej pomagać. Jutro też dasz radę? – głos mamy był niemal błagalny.

– A pójdę, pójdę, tylko się odczep. – Trzasnęła za sobą drzwiami od swojego pokoju.

Mama usiadła na fotelu przed telewizorem, ale zamiast skupić się na filmie, myślała. Bo owszem, zdarzała się Kapturkowi złość, nawet wściekłość, ale Kapturek o babci zawsze miała dobre zdanie. Tymczasem Kapturek zaszyła się w łóżku i w zupełnej ciszy zatopiła się w rozmyślaniach. Przed oczyma wyobraźni miała babcię, byłego chłopaka i wilka.

Następnego dnia ruszyła do babci, jednak zamiast iść bezpośrednio do chatki, zaczęła krążyć po lesie, śpiewając na całe gardło Zenka Martyniuka, co było o tyle dziwne, że na co dzień słuchała głównie death metalu. Gdy na tapecie było „Przez te oczy zielone”, zza krzaków wyszedł wilk.

– Te, laska, gorzej ci? – spytał.

– O, pan wilk, jak miło! – Kapturek podskoczyła z radości.

Wilk stanął jak wryty, rozejrzał się, aby być pewnym, że ta radość z jego powodu, potrząsnął z niedowierzania głową i stwierdził:

– Normalnie to bym cię wszamał, ale jak śpiewasz Martyniuka, to kto wie, co jeszcze w tobie siedzi.

– Wilku… – Spuściła Kapturek głowę. – Jakoś się źle czuję, a tu mam z tym oto koszyczkiem iść do babci, bo ona nie może wstać z łóżka. Mam tu jedzenie i lekarstwa. – Popatrzyła na rozmówcę błagalnym wzrokiem. – Nie zaniósłbyś jej tego?

– A jest sama? – spytał po chwili wilk.

– Tak, leży w łóżku.

– A otworzy mi?

– Tak, jak zastukasz rytm „Zegarmistrza światła purpurowego”, to ci otworzy, to nasz znak rozpoznawczy.

Wilk zadumał się, pocmokał i się zgodził.

Następnego dnia okazało się, że babcia została zamordowana. Na miejsce przyjechała policja, zebrała ślady, odciski linii papilarnych i ust. Szybko ustalili, iż oprócz śladów babci i kapturka były też wyraźne ślady wilka. Znaleźli również odciski jeszcze jednej osoby, lecz mieli trudności z ustaleniem, czyje.

Nazajutrz zaczęto przesłuchiwać wilka.

– Co tam robiłeś, wilku? – spytał policjant w randze aspiranta wyglądający niemal jak Hans Kloss.

– Poszedłem Martyniuka posłuchać. Kapturek go śpiewała, stamtąd wracając, więc uznałem, że tam jej się na uszy rzuciło.

– Ta, Martyniuka. Nie obrażaj wielkiego kompozytora swoją osobą! – zagrzmiał śledczy.

– No, czyli pan aspirant tez by przyszedł posłuchać?

– Milcz! – syknął policjant.

– To po co tu zostałem ściągnięty, skoro mam milczeć? – Zaśmiał się wilk.

– Dosyć! Na koszyku były twoje odciski. Skąd go miałeś? – Aspirant teraz już wrzeszczał.

– Od Kapturka.

– I co, tak po dobroci ci dała? Wielkiemu, złemu wilkowi?

– Tak. Szedłem sobie jak zwykle po lesie, a ona, śpiewając Martyniuka na całe gardło, czy bym nie zaniósł. To zaniosłem. I tyle.

– I pewnie powiesz, że to nie ty ją zamordowałeś?

– Ja? Przecież babcia żyła w rezerwacie i była chyba – zaśmiał się szyderczo – pod ochroną. No wie pan, panie władzo, ludzie dbają o nas, to i my o ludzi.

Funkcjonariusz sięgnął do skrzyni z dowodami i wyjął odgryzioną rękę babci, w której zaciśniętej pięści wciąż tkwiła płyta Martyniuka.

– Wilku, dziś damy to do analizy i założę się, że to ślady twoich zębów.

– No co, no co? No, rozszarpałem babcię. Instynkt zadziałał i tyle miałem do powiedzenia.

– Oj, bratku. – Podróbka Klossa pokręciła głową. – Posiedzisz za to długo.

Po kilku dniach policja ustaliła, że niezidentyfikowane ślady, które znaleziono w domu babci, należały do byłego chłopaka kapturka. Czy był świadkiem zabójstwa? Czy te młode oczy mogły znieść taki widok? Wezwano go na przesłuchanie, w którym dowiedziano się, że był u babci dwa dni wcześniej i że bardzo się zdenerwował, gdy usłyszał u niej Martyniuka.

Postanowiono więc przesłuchać kapturka.

– Czemu dałaś wilkowi koszyczek z jedzeniem? – pytał śledczy.

– Bo źle się czułam, a wilk szedł akurat w tamtą stronę.

– A czemu źle się czułaś?

– Bo dzień wcześniej rzucił mnie chłopak – wyrwało się Kapturkowi.

– A czemu cię rzucił?

– Nie wiem! – wrzasnęła dziewczynka.

– Jakbyś nie wiedziała, to nie byłabyś taka nerwowa. Czemu?

– Dajcie mi spokój!

– A my już wiemy, co się stało – aspirant mówił spokojnie.

– Tak? Ciekawe!

– Ano ciekawe! W szkole masz same szóstki, co znaczy, że jesteś bardzo inteligentna. Ale i przebiegła. Otóż dowiedzieliśmy się, że chłopak rzucił cię za to, że masz babcię, która słucha Martyniuka. Ty wściekłaś się za to na babcię i wymyśliłaś morderstwo prawie doskonałe. Wiedziałaś, że jak wilk pójdzie do babci, to ją zamorduje, taki jego instynkt. Zaczaiłaś się więc, dałaś mu koszyczek i w ten sposób zemściłaś się na babci. Idziesz do więzienia za współudział w morderstwie.

– I za śpiewanie Martyniuka – dodał przez uchylone drzwi wilk.

Notatka na marginesie

Serce

Serce, Złamane, miłość, nienawiść

Serce chodziło po świecie. Lecz nie było szczęśliwe, bo męczyła je samotność. Snuło się więc od drzwi do drzwi, prosząc o łaskę. Ale ludzie, widząc nagi mięsień, z którego sączyła się krew, odwracali głowy. Czuli zwyczajną, ludzką odrazę. A że serce, całe dla innych, odrazy nie posiadało, nie rozumiało, czemu jest odrzucane.

Któregoś razu zakolegowało się z bezdomnym kundelkiem. Podeszli więc do pierwszych drzwi, a człowiek, który otworzył, kopnął serce, a przygarnął psa. Potem serce widziało, jak człowiek przyciska czworonoga do klatki piersiowej w okolicy mostka. Serce poczuło zazdrość. A kiedy to poczuło, zrozumiało, że jakikolwiek kontakt z ludźmi sprawia, że staje się złe.

Zamknęło się więc serce w stalowej klatce i postanowiło, że dopóki jakiś człowiek sam go nie wybierze, ono będzie z daleka.

Ale któregoś dnia podszedł samotny, nieszczęśliwy chłopaczyna. Spojrzał na serce, ukląkł i zapłakał. Serce się wahało, czy pomóc, ale obiecywało sobie przecież, że to człowiek ma je wybrać. W końcu chłopaczyna wstał, spojrzał na serce, chwycił kraty i rozerwał klatkę na strzępy. Nie patrząc na sączącą się krew, przytulił serce i uśmiechnął się pierwszy raz od wielu lat.

Od tego czasu chłopaczek zaczął być radosny. Serce rosło z dnia na dzień. I przestało krwawić.

Lecz któregoś dnia mężczyzna przyszedł z innym człowiekiem. I całował go, pieścił. Następnego dnia z kolejnym. Codziennie inny człowiek. I każdy tylko na chwilę. Serce patrzyło, i choć odzywała się z nim zazdrość, to jeszcze bardziej czuło się winne, że mężczyzna bawi się kolejnymi ludźmi. Poczucie winy zagłuszyło prawdziwą naturę serca.

Spojrzało więc serce na mężczyznę i go za to znienawidziło. I wszystkich ludzi. Od tego czasu zalewało ludziom, znów sączącą się krwią oczy i uszy. I ludzie zapałali nienawiścią.

Notatka na marginesie

Słowo po słowie – dribble

rozczłonkowanie, umieranie

– Wiele mi pomogłeś, kochany. Stanęłam na nogi.

– To dobrze, moja najdroższa, że nie zaszkodziłem – odparł ze smutkiem.

– Skąd ten pesymizm?

– Człowiek się rodzi wolny, szczęśliwy, a umiera zwykle zniewolony, bojąc się nawet śmierci. Oddajemy siebie uczynek po uczynku, słowo po słowie, zgoda po zgodzie.

– To dlaczego tak bardzo cię pragnę?

Notatka na marginesie

Czerń normalności

jasność, świętość, niebo

Pojawia się niezauważalnie, z każdą chwilą ciut głośniej i głośniej. Z całkowitej ciszy. Zaczyna ją wypełniać, ożywiać. Może nawet nadawać sens. Bo czym jest pustka dla człowieka jako kwintesencji materii? Lub centrum, od którego wszystko się zaczyna? Zaczyna się od tej gwiazdy, co próbuje wszystko rozświetlić, aby widzieć, aby mieć pod kontrolą. Bo to, co pod kontrolą, nie jest już takie groźne. I można bez lęku zamknąć oczy i spać. Albo umrzeć. Wszystko jedno, skoro w obu przypadkach nie wiadomo, co się dzieje na zewnątrz. Szczęśliwi ci, którzy puścili lejce i jadą, gdzie ich ta dzika klacz poniesie.

Już muzyka rozbrzmiewa w najlepsze. Rytm dobrze znany dla Mozarta, jednak to nowoczesne wykonanie w stylu rockowym. Perkusja rytmizuje, bass zahacza o funk, gitara w zamian harfy i kilka instrumentów orkiestry symfonicznej próbuje przechylić szalę brzmienia na stronę klasyki. Jednak coś majaczy, jakiś materiał, może puszek? Wyraźnie łagodna, miękka faktura o kształtach obłych, z uwypukleniami i zagięciami. Zmienność kolorów materiału wyraźnie kontrastuje z klasyką orkiestry symfonicznej. Czuć niedoskonałość, wpływ świata, użyteczną funkcję przedmiotu. To nachyla wyobraźnię nad zwykły los. Zwyczajny człowieczy żywot, pełen błędów, potknięć, grzeszków czy nawet wielkich grzechów. Bo czym byłaby najdoskonalsza konstrukcja natury bez niedoskonałości? Powtarzalnym stemplem spod ręki zblazowanego urzędnika błękitu? Może efektem rytualnego obrzędu zwanego miłością, a tak rzadko mającego z nim coś wspólnego?

Powoli muzyka zanika, obraz się rozszerza, ukazując starego, mocno przybrudzonego, pluszowego misia. Cały jest nijaki, bez dawnej miękkości, bez sznytu świeżości. Za to dawno został po brzegi przepełniony bólem, samotnością, cierpieniem i ucieczką. Oraz zapachami, które wszystkie razem tworzą trudny do określenia, wyrażenia, a nawet wyobrażenia sobie smród. Do tego pluszak twarz ma nijaką – ani uśmiechu, ani smutku, ani nawet obojętności; jeśli ktoś chciałby wyrazić nijakość, to mógłby pokazać właśnie ją.

Obraz nadal się powiększa. Ukazują się najpierw stare, zniszczone, grube dłonie z dużą ilością brudu za paznokciami, potem wychudzone ręce, by w końcu odsłonić postać mężczyzny o pionowych rysach, oczach z kącikami skierowanymi mocno do dołu i lekko rozchylonych ustach. Jednak jest w jego twarzy nieziemski spokój, może nawet pokój. Mężczyzna ściska pluszaka w geście niemal rozpaczliwym, jakby swoją życiową energią tworzył misiowy respirator. Lub kokon ocalałego życia wśród wiecznej nocy człowieczeństwa. Pomiędzy wieloma osobowościami tak świecącymi, że oczy bolą od jasności. A tu chciałoby się ciemności, odcięcia od impulsów z zewnątrz, wiecznej czerni normalności i choć odrobiny potępienia…

Wstał z ławki w parku, jedną ręką nieco sobie pomagając, drugą nadal kurczowo idealizując kokon. Można odnieść wrażenie, że z tak przykurczoną ręką, pod którą żyje pluszak, chodzi od wielu, wielu lat. Przeszedł powolnym, chwiejnym krokiem obok całującej się na ławce pary, dalej przy mężczyźnie w garniturze czytającym najświeższą gazetę, by przystanąć naprzeciwko niemłodej kobiety karmiącej gołębie. Na jego twarzy, oprócz tajemniczego spokoju zawierającego cały oczekiwany pokój na świecie, pojawił się uśmiech. Kobieta podniosła wzrok, spojrzała na postać nieznajomego, potem głęboko w oczy i…

Mężczyzna jeszcze bardziej docisnął pluszaka, przerzucił cały ciężar na jedną nogę i puścił się biegiem w stronę wyjścia, mimo iż tam musiał unikać jeszcze większej ilości oczu. Jego oddech przyspieszył, serce zakołatało, zanim zmęczenie w mięśniach tego zażądało.

– Już prawie, już prawie, kochany – szepnął w pluszowy niebyt. – Jeszcze dzień, a na pewno dasz radę. Już niedługo, cierpliwości.

Podbiegł do pobliskiego budynku, skrył się w ciemnej bramie, by za chwilę zaszyć się na dole schodów prowadzących do nieczynnej piwnicy. Tu światło docierało stłumione, ludzie nie zaglądali, a czysto ludzki błysk nie zawitał nigdy – tu był jego świat i kosmos w jednym. Jedynie koty czasem się zapuszczały, stanowiąc śmiertelne zagrożenie dla tego niebytu. Tu było jego niebo, jednak rzeczywistość układała się inaczej – to piekło z brudnej postaci: ze smrodem wielomiesięcznego niedomycia, panicznie oddawanego w kącie kału i moczu. Gdzie kartonowe posłanie było cenniejsze niż prawdziwe łóżko kilka kilometrów dalej. Prawdziwe mieszkanie, własne, z pachnącą kobietą, czystym obrusem, obiadem zniewalającym wonią i kosmosem prywatności.

– Zwieźć cię może ciągnący ulicami tłum, wódka w parku wypita albo zachód słońca… – na powierzchni, nad schodami słychać było nuconą melodię. Jednak ton bardziej przypominał małą dziewczynkę… albo starego pluszaka.

Wkrótce zapadła dwulicowa noc, podczas której raczej nie wychodziły na zewnątrz te ludzkie światłości, ale z drugiej strony, jeśli już jakaś się pojawiła, kłuła w oczy i rozum ze zdwojoną siłą, bo kontrastowała ze zbawienną ciemnością. Mężczyzna wykopał się spod schodów, stanął pośrodku kamienicznej studni, spojrzał w niebo, szukając schowanego za gęstymi chmurami błędnego wędrowcy, który mimo braku celu wraca i wraca i wraca. A potem znów wraca i powraca. I wraca. Podschodowy rozluźnił uścisk lewej ręki, wziął pluszaka w prawą i wyciągnął ku miejscu spoczynku Twardowskiego.

– Powoli rośniesz, czuję to. Dziś mniej, bo nas opuścił, ale jutro czy pojutrze się najesz jego blaskiem. A wtedy wrócisz. Już nie będę ci potrzebny.

Wyjął z kieszeni metalowe etui – jedyną zadbaną rzecz w jego zniszczonym świecie. Puzderko lśniło w minimalnym półmroku latarni, cieszyło oczy drobnymi ryskami wzdłuż, wykonanymi z pietyzmem i natchnieniem. Zbliżył się do klatki schodowej z zamkniętymi drzwiami i, jakby dokopując się skarbu, otworzył etui. W miękkim, idealnym wnętrzu spoczywał od zawsze klucz do tych drzwi. Mężczyzna dotknął klejnotu, pogładził go po delikatnej, aksamitnej skórze i z głębokim oddechem jeszcze raz spojrzał w niebo.

– Nie dziś. To nie ten dzień. Szanujmy się, mój drogi – wyszeptał w stronę pluszaka.

Zamknął z namaszczeniem etui, z kieszeni wyciągnął aksamitną szmatkę i w nią zawinął skarb. Całość schował do kieszeni.

Następnego dnia, gdy powolne jesienne słońce dopiero rozświetlało wierzchołki domów, poszedł do pobliskiego, osiedlowego sklepiku. Z wewnętrznej kieszeni spodni, drugiej niż ta ze skarbem, wyciągnął koszmarnie zniszczony portfel i kartę z banku.

– Dzień dobry, droga pani. Nieduży kawałek, proszę niezwykle uprzejmie, sera, do tego pół bochenka chleba i najtańszą wodę gazowaną, półtoralitrową, bardzo proszę.

– Panie, mówiłam już, straszysz pan klientów. Pan coś zrobi ze sobą, bo strach się zbliżyć. – Ekspedientka sięgnęła z wyraźnym grymasem po produkty, nabiła na kasę i przysunęła do Podschodowego terminal płatniczy.

Mężczyzna jak najszybciej zbliżył kartę, upewnił się, że transakcję zaakceptowano i błyskawicznie, wychodząc z jedzeniem w siatce w jednej, a z przytulonym pluszakiem w drugiej ręce, rzucił ciche:

– Przepraszam najmocniej. – A gdy byli za drzwiami – nie martw się, kochany, tak ma być, wielkiej krzywdy im nie robimy, a czynić swoje musimy.

Udał się do tego samego, pobliskiego parku. Gdy podchodził do swojego miejsca, spostrzegł, że jego ławka jest zajęta. Stanął więc w pobliżu, niemal ginąc pochłonięty przez życzliwe zarośla. Padł na niego wzrok przechodnia, taki ciekawski, szukalski i natrętny. Podschodowy jeszcze bardziej się zagłębił, a wzrok spuścił na matkę glebę.

Wieczorem, gdy już w parku nie było żywej duszy, mężczyzna wyszedł na trawnik otoczony kwietnikiem, przytulił misia i zaczął kołysać się w rytm muzyki wszech-siebie. Zamknął oczy, uniósł głowę i zniknął ze świadomości. Nawet nie zauważył przechodzącej pary młodych zakochanych ludzi.

– O, jakiś szaman – zażartował chłopak. – Ucałuje misia w dupę i zamiast królewicza pojawi się zbok z zamiłowaniem do analnych zabaw. – Sam uśmiał się ze swojego dowcipu. Jego wybranka zawtórowała.

Podschodowy usłyszał to, otworzył nerwowe oczy, zamarł z bezruchu i widać było wzrok szukający schronienia. I jedyne, co zrobił, to schował misia za pazuchę kurtki. Byli już bezpieczni.

Gdy ostatnie obłoki przegonił życzliwy wiatr, a kamieniczną studnię zalała srebrna poświata, mężczyzna wydobył się spod schodów, spojrzał w górę i rzekł do pluszaka:

– Może wreszcie dzisiaj, to dobra noc na narodziny.

Wyciągnął błyszczące etui i wyjął klucz, by niesłyszalnie przekręcić zamek. Wdrapał się mozolnie po schodach na trzecie piętro, stanął przed zalanymi ciemnością drzwiami na dach i zrobił krok.

Tym razem zagrał sam Mozart, wskrzeszany na te szczególne chwile, a świeże powietrze wypełniło każdy zakamarek odzienia Podschodowego. Uniósł on pluszaka ku błędnemu wędrowcy i otworzył oczy najszerzej, jak potrafił. Pluszak jednak nie towarzyszył mu w tej czynności. Twarz, tak samo bez wyrazu, nie reagowała. Minutę, potem kwadrans, godzinę, aż mężczyzna opadł bezsilnie na kolana, ale zamiast rozpaczą zareagował uśmiechem.

– Kiedy wreszcie przyjdziesz? Kiedy się znów narodzisz? – Ponownie przytulił go najmocniej, jak mógł i zasnął na dłuższy czas.

Rano, gdy głód dawał mu się we znaki, wytoczył swoje ciało spod schodów i przed nim stanęła… jego żona.

– I co? Masz już dość? Bo ja tak… – Wypuściła bezsilnie powietrze. – Gdybym wiedziała, że to tak się skończy, nie pomogłabym załatwić tej renty. Zresztą… – Pokręciła głową, nie dowierzając temu, z czym przyszło jej się zmagać. – On już nie wróci. Nie żyje od czterech lat, czy ty to rozumiesz? Nie wskrzesisz go… – Opadła na kolana, podobnie jak on ostatniej nocy, i zapłakała, tłumiąc dźwięki. – Myślisz stary durniu, że mi łatwo? To ja od niego odeszłam do ciebie, do jego najlepszego przyjaciela! Nie sądziłam, że sobie nie poradzi, że tak mnie kocha… Każdego wieczoru mam ochotę podciąć sobie żyły, szczególnie teraz, gdy ty odszedłeś. Nie! Ty nie odszedłeś! Ty, kurwa, odmaszerowałeś z tego jebanego świata! Od tej całej klasy, na którą tak poleciałam! Pojebańcu, wiesz, jak ja ci zazdroszczę? Ty ciągle masz nadzieję, że ożywisz go tymi swoimi popierdolonymi rytuałami wchodzenia na ten jebany dach, z którego skoczył! Kurwa, Adam, wracaj, bo ja już nie daję rady. Noszę w sobie i jego i ciebie! Nie rozumiesz tego? On, kurwa, nie żyje! – próbowała wrzasnąć przez zaciśnięte gardło, ale bardziej to przypominało skowyt bitego psa.

Osunęła się z kolan na bok, uderzając głową o betonowe podłoże studni. Podschodowy podszedł, zdecydowanym, jakby nieswoim ruchem chwycił ją za rękę, pociągnął tak silnie, że jęknęła z bólu, i zmusił do wstania. Jednak ani na moment nie spojrzał w oczy. Ale za to, odwracając się na pięcie już po swojemu, zaśpiewał tak, aby słyszała:

– Lecz pamiętaj, naprawdę nie dzieje się nic i nie stanie się nic aż do końca…

Zszedł po swoich schodach, opuszczając żonę po raz ostatni.

Notatka na marginesie

Wilk

Wilk, księżyc, wycie, zawodzenie, ból, człowieczeństwo

I.

Wilk wyszedł z lasu, bo wezwał go głód,

by zapolować i jeść.

Dostrzegł ofiarę, więc zbliżył się i…

poczuł dzikości swej zew.

Lecz los dał mu sarnę i… kły.

Dalej wiesz, spełnił się wilczy byt.

Odchodząc z miejsca posiłku, był syt.

Marzył ułożyć się spać.

Ale natrafił na sarenki trzy,

matki szukały, by żyć.

Wilk stał, bo zrozumiał to, że

teraz on jest ich ojcem po kres.

Chorus.

Jak żyć, jak to znieść,

by powstrzymać zew?

Jak dbać, karmić jak

ojcem jadła być?

Bezpieczeństwo dać,

by wychować je.

Nawet kiedy głód

po wnętrznościach rwie.

Refren.

Począł uciekać, a niosła go krew,

wbiegł na najwyższy tam szczyt,

nocą, gdy księżyc oświetlał mu łeb,

na całe gardło jął wyć.

II

Od tego czasu, gdy ruszał, by jeść,

zatracał siebie, był zły.

Potem powracał o sarenki dbać,

czuł, że zabija wśród swych.

Więc ból wzrastał w wilku co dnia.

Dziki zew przeistoczył się w strach.

Znane mu wilki widziały ten stan,

współczuły ze wszystkich sił.

Idąc polować, walczyły co tchu –

ale ze sobą, by żyć.

Więc ból wzrastał w wilkach co dnia,

dziki zew przeistaczał się w strach.

Refren.

I kiedy księżyc oświetla ich świat,

wyją do niego co sił.

Czy ten wariatem, co krzyczy do gwiazd,

czy drugi, co nie czuje nic?

Rozmaryn

Rozmaryn

Scena, pokaz

– O mój rozmarynie, rozwijaj się, o mój rozmarynie, rozwijaj się, pójdę do dziewczyny, pójdę do jedynej…

Zofia właśnie nosiła świeżo narąbane drewno spod pieńka do komórki. Miała ponad siedemdziesiątkę na karku, a radziła sobie sama. Nawet mały ogródek uprawiała, a w nim trochę marchewek, pietruszki, buraków czy pomidorów.

Ułożyła ostatnie szczapy i poszła do swojej starej, pokrytej strzechą chaty. Wzięła się za pieczenie placków. W sklepie kupowała na ogół półprodukty i z nich sporządzała coś do jedzenia. Uważała, że tak jest taniej, a z tego, co zaoszczędzi, zostanie dla córki jedynaczki.

– Może dziś do mnie Kasia przyjedzie? Dawno jej nie było – mówiła, stojąc przy kaflowej kuchni. – Mówiłam jej, żeby tyle nie pracowała. Wiem, że ona chce dla dzieci, aby było im lżej, gdy dorosną, ale opieka i miłość są najważniejsze. Bez nich to żadne pieniądze nie dadzą szczęścia. Taki sam błąd zrobiłam ja. Ile bym dała, aby znów być młodą, urodzić ją i wychować na nowo, okazując miłość… Poza tym ta dzisiejsza moda… na pracę ponad siły i na wiele innych.

Kiedy już skończyła pieczenie placków, usiadła przy okrągłym stole, na którym w centralnym punkcie umieszczona była kilkudziesięcioletnia lalka. Posypała placki cukrem pudrem i już miała zacząć jeść, gdy zauważyła, że na drewnianym słupku obok stołu, przy oknie, z krzaczka rozmarynu opadła jedna gałązka. Wstała, sięgnęła po metalowy kubek z wodą ze studni i podlała roślinę.

– Tylko mi, kochany, nie umieraj – mówiła do rozmarynu. – Zimę przytrzymałeś, więc i teraz się nie wygłupiaj. Jak zwiędniesz, to zostanę sama. Dzisiaj Kasia obiecała, że przyjedzie, ale jest taka zapracowana…

Tymczasem Kasia udała się na bal charytatywny, którego celem była zbiórka pieniędzy na dom dziecka gdzieś pod Opolem. Założyła najpiękniejszą czerwoną sukienkę z wielkim dekoltem, do tego na szyi zawiesiła szur pereł, które kupiła po tym, jak zostawił ją mąż, a na ramię wzięła torebkę ze sztucznej skóry. Gwoździem programu miała być licytacja obrazów jednego z lokalnych artystów. Już wisiały na ścianie przeciwległej do okien. Jeden przedstawiał but z zapuszczonymi korzeniami w coś, co przypominało mózg, drugi to zbiór kilku nakładających się na siebie i różnokolorowych figur geometrycznych, a trzeci to wóz z sianem, na wierzchu którego siedziało dwoje obejmujących się starych ludzi.

Podszedł do Kasi mężczyzna w średnim wieku, ubrany w rozciągnięty sweter, stare dżinsy i wypastowane, ale nieco zużyte skórzane buty. Spojrzała najpierw na jego buty, skrzywiła się i rzekła:

– Wstydziłby się pan. Biedne zwierzaczki. – Pokiwała głową, jakby sama sobie chciała przyznać rację.

– Ale o co chodzi? – Zmarszczył czoło nieznajomy.

– Odejdź, człowieku. – Odwróciła się i oddaliła kilka metrów.

Godzinę później zaczęto licytację. Gdy sprzedawano obraz z sianem, przeszła do innego pomieszczenia. Chwilę potem wychyliła się i zobaczyła, że licytują ten z figurami geometrycznymi. Wróciła, dopiero gdy była kolej na ten trzeci obraz, przedstawiający buty z zapuszczonymi korzeniami.

– Cztery tysiące złotych. Kto da więcej? – grzmiał głos z podestu z przodu sali.

– Cztery sto – odezwał się mężczyzna w wyciągniętym swetrze.

– Tak być nie może – burknęła pod nosem Katarzyna. – Cztery dwieście!

– Cztery pięćset – odparł z uśmiechem tamten.

– Sześć! – Podskoczyła do góry.

Nastała cisza. Po sali rozniosły się szepty, a niektórzy z podziwem spoglądali na Kasię.

– Sześć tysięcy po raz pierwszy… po raz drugi… po raz trzeci! Wygrała pani w czerwonej sukience!

Rozległy się brawa, a twarze wszystkich skierowały się na nią.

– Pozwoli pani do nas – rzekł do mikrofonu mężczyzna prowadzący aukcję.

Kasia ruszyła dumnym krokiem, z wysoko uniesionym nosem i ustami ułożonymi w dzióbek. Pokonała dwa stopnie i stanęła przed mikrofonem.

– Co panią skłoniło, aby wziąć udział w licytacji? I przede wszystkim skąd taka duża suma? – spytał prowadzący.

– Dzień dobry państwu. Wzięłam udział w licytacji, bo nie mogę patrzeć, jak cierpią te dzieci. Nie mają rodziców, więc chociaż niech im czego innego nie brakuje. Bo tak wielu ludzi myśli tylko o sobie. – Spojrzała na mężczyznę w rozciągniętym swetrze i skórzanych butach. – Moi drodzy, trzeba współczuć innym! – podniosła głos.

Rozległy się gromkie brawa. Kasia wkraczała na pole chwały…

Zofia wstała od stołu. Była prawie dziewiąta wieczorem. Kasia nie przyjechała. Staruszka podeszła do słupka, pogłaskała krzak rozmarynu, przekręciła doniczkę, aby następnego dnia roślina była nasłoneczniona z drugiej strony i przeszła do łóżka. Zebrała z narzuty kilka rozpadających się ze starości lalek, płócienną wiewiórkę z urwanym ogonem i pieska, który kupiła Kasi na trzecie urodziny. Ściągnęła narzutę, przebrała się i położyła na wznak.

– A jak mi odpowie, nie kocham cię, a jak mi odpowie, nie kocham cię, ułani werbują, strzelcy maszerują, zaciągnę się…

Ogródek

Ogródek

zło

Miałem dwa ogródki. Jeden blisko domu i tam chętnie wychodziłem, a drugi dalej, o którym szybko zapomniałem. Za jakiś czas zauważyłem, że ten drugi zaczyna zarastać chwastami. Tak bardzo mnie one denerwowały, że ogrodziłem ogródek wysokim płotem. I nie zaglądałem tam przez wiele lat.

Uważałem, że co tam rośnie, jest nie moje, bo przecież u mnie tylko kwiaty, warzywa i owoce.

Lecz któregoś dnia, gdy płot legł od zbyt silnego wiatru, przeraziło mnie to, co ujrzałem. Chwasty miały ponad dwa metry i były tak gęste, że przez nie zupełnie nic nie widziałem.

Ale już byłem zbyt stary, aby wprowadzić porządek.

Lotniarz

Lotniarz

Zobaczyłem coś w górze, w przestworzach, między chmurami. To lotniarz szybował tak, jak sam zawsze marzyłem.

Był tak wysoko, a wydawał się taki malutki…

Chciałbym być wolny jak on, odlecieć, zapomnieć o wszystkim.

A wydawał się taki malutki.

Ciekawym jest fakt, że im dalej jesteśmy od drugiego człowieka, tym mniejszy nam się wydaje.

Co bym powiedział, gdybym zobaczył go startującego z ziemi?

Musiał biec naprawdę szybko.

A co, gdybym nie wiedział, czym jest lotnia? Gdyby była dla mnie tylko dziwactwem? Pewnie pomyślałbym, że to jakiś wariat!

Bo czy nie lepiej stąpać twardo po ziemi? Robić wszystko statycznie, dostojnie i normalnie?

Za ścianą

Za ścianą

Wiara, Śmierć W Wenecji, Duch Święty, Chrześcijaństwo

Szara płachta papieru leży gdzieś w zaułku. Są na niej rysunki. Jedne wyraźne, narysowane twardym ołówkiem, z dwiema szczęśliwymi postaciami, drugie rozmazane, pociągnięte węglem, z czymś, czego nie umiem rozpoznać, a jeszcze inne to bardziej plamy i rozmycia.

To, co dzieje się za ścianą, przyprawia mnie o pomieszanie zmysłów. To dla mnie zbyt dużo. Zamknąłem te drzwi i zniknęła mi z oczu. A tak chciałbym ją jeszcze zobaczyć. Czasem areszt domowy jest nie dla osoby zamkniętej, ale dla tej, która musiała ją zamknąć.

Prawie nie zmrużyłem oka. Tylko moment lewitowałem gdzieś w czasoprzestrzeni, próbując zrozumieć, jak to się dzieje, że gdy otwieram powieki, wszystko jest inne niż przed chwilą – łóżko zwyczajne, stół normalny, to samo biurko i fotel, nawet kot taki zwykły, dachowiec. Patrzę na zegarek: czwarta dwadzieścia. Mówili, że to kwestia godzin. Wypuszczam powietrze, słysząc szum, który zakłóca to, co najważniejsze. Coś zgrzytnęło! Z której to strony?! Ale istnieje tylko ten jeden kierunek. Miałbym ochotę zburzyć ścianę, połączyć pokoje w całość, być tam, ale obiecałem, że nie będę patrzył. A każda komórka nerwowa mózgu się tego domaga.

Staram się sobie tego nie wyobrażać, choć trudno utrzymać umysł na wodzach; jest jak dziki kot zamknięty w klatce: szamocze się, rzuca nerwowo, wydaje pomruki – są ostrzeżeniem dla innych czy dla niego samego? Ale w mojej głowie pojawiają się niechciane obrazy, każdy z nich niby niezwiązany, odległy, a nie wiedzieć czemu czuję w nich to, co nieuniknione.

Chciałbym pamiętać ten pierwszy dzień i pierwszą noc, znów cieszyć się jak wtedy, odnowić to, co najpiękniejsze, lecz odbijam się z hukiem od twardej ściany emocji. Przyszłość jest najsilniejsza. Tyka niesłyszalnym, lecz najgłośniejszym przeskakiwaniem wskazówek. Staram się nie myśleć o tym, co obok, jednak wewnętrzny wzrok jest tam wlepiony, zahipnotyzowany monotonią. Kiedyś wyobrażałem sobie dokładnie, jak mógłbym się zachować w podobnej sytuacji – wszystko było ułożone w swej beznadziejności, dojmujące smutkiem. Ale rzeczywistość jest inna. To nie smutek, nie rozpacz. To pomieszczenie bez wyjścia z zaciskającymi się ścianami.

Zamykam oczy, pragnąc choć na chwilę odpłynąć, przyśnić obraz z dzieciństwa, gdzie wszystko było proste i bezpieczne, ale widzę tylko jedno: unoszącą się na wietrze płachtę szarego papieru. Najpierw podrywa się o metr w górę, skręca w lewo, potem w prawo, znów się unosi, by zatoczyć wielkie koło w wirze emocji. W końcu kieruje się w stronę słońca, przesłania blask, dając łunę dookoła i dziwny cień ogarniający całą moją postać. Tylko ruchoma kamera umysłu z wyraźnie widocznymi brzegami kadru, drżąc, kieruje się za tą płachtą, aż z ostrzeżeniem wyczerpanej baterii gaśnie…

Budzę się z gwałtownym ściśnięciem żołądka. Piąta za pięć. Czyli przespałem pół godziny. Chociaż tyle dobrego. A co, jeśli już po wszystkim? Wsłuchuję się w niesłyszalne dźwięki. Jest ich sporo. Bardzo dużo. Jedne przypominają szuranie kapciami o podłogę, inne odchrząkiwanie, a kolejne to odgłosy przyrządzanej porannej kawy; czajnik zaczyna szumieć, łyżeczka dzwoni o kubek, nawet słyszę nuconą melodię, która była ze mną od momentu, gdy się poznaliśmy. A może to wszystko mi się przyśniło i cały czas jest jak kiedyś, bez tych cholernych zmian? Już odkrywam kołdrę, chcę się poderwać, sprawdzić, ale leżące obok zdjęcie rentgenowskie płuc nie pozostawia złudzeń.

Od trzech dni nie wyszedłem z domu. Siedzę w tym przeklętym pokoju – przecież obiecałem, że nie będę patrzył. A chciałbym wsiąść w samochód, zatankować do pełna i popędzić, gdzie los poniesie, oby jak najdalej, bo skoro nie mogę być blisko, to może odległość złagodzi te łączące nas, a teraz nie do wytrzymania więzi. Pojechać w góry, wdrapać się na najwyższy szczyt i dać się pochłonąć otaczającej przestrzeni.

Dobiega do mnie dziwny jęk. Takiego jeszcze nigdy nie słyszałem, nawet nie potrafiłbym sobie wyobrazić. Niesie wszystko, co mroczne, co zapowiedziane. Dobiega zza ściany? Nie, to kolejny raz umysł płata mi figle. Przekręcam się na brzuch, wtulam twarz w poduszkę, chcę uciec od wszystkiego. Szum w głowie narasta, ale nie zagłusza tego jęku.

Nagle słyszę swoje imię. Wyraźnie i głośno. Zrywam się z łóżka, już chcę biec w tamtą stronę, ale w pamięci dudni błaganie, abym był z dala. A co, jeśli zmieniła zdanie? Moja druga połówka. Jedyna, od zawsze. A jeśli chce mnie obok siebie? Wypowiada moje imię z bólem, wręcz ze skurczem całego ciała – na wydechu. Ostatnia głoska się urywa, przeistaczając w moim umyśle w łagodne: kocham cię.

I wszystkie dźwięki ustają. Padam bezsilnie na łóżko. Nawet wskazówki zegarka zamierają w bezruchu.

Ania nuci swoją ulubioną melodię. Jesteśmy znów razem.

Tylko unosząca się płachta szarego papieru faluje coraz wyżej i wyżej. Płynie w stronę światła. I znika wchłonięta przez wieczność.

Zmęczony

Zmęczony

Alkoholizm, Pacjenci, Alkoholików

Rafał wrócił do domu około dziewiętnastej. Wejściowe drzwi przywitały go skrzypieniem i przeniknął z jesieni na zewnątrz do dudniących pustką czterech ścian. Nawet jego żona nie zapełniała tej pustki. Ale teraz jej nie było, mimo iż prawie zawsze wracała przed nim. Zdejmując buty, zastanowił się, co się z nią dzieje. Może jakieś pilne zadanie służbowe, a może poszła na zakupy? Przebrał się i zaczął robić obiad.

Gdy kończył przygotowywanie obiadu, weszła Monika.

– Jak tam w pracy? – spytała.

– Wiesz co?… – Spojrzał na nią ze skwaszoną miną. – Cały dzień się modliłem, aby iść już do domu. Piątki są najgorsze.

– No to odpoczniesz, bo poniedziałek wolny.

– Wreszcie. A możemy nie jechać do twoich rodziców?

– No co ty! Przecież to urodziny mamy! – Monika rozłożyła ręce.

– Najchętniej uciekłbym od tego życia na dłuższy czas. – Przeszedł do salonu i klapnął na kanapie.

– Ode mnie też?

– Nie, ale czasem marzy mi się kilka dni w samotności.

– Ta robota cię wykończy, może powinieneś ją zmienić?

– To nie robota. Przecież wiesz. – Zrobił żałosną minę.

– Nie rozumiem cię. Dawno się odciąłeś od domu rodzinnego, a ciągle tam wracasz myślami. Zostaw to, żyj chwilą, ciesz się tym, co masz.

– Myślisz, że to tak łatwo? Nie da się pewnych spraw zapomnieć. Kto miał w dzieciństwie tak ciężko jak ja? Mam ci przypominać? Niemal wszystko, co złe, spotkało mnie. Śmierć matki, ojciec alkoholik, pobyt w domu dziecka, uprowadzenie przez tego zboka. To cały czas we mnie żyje. Najgorsze było to opuszczenie przez rodziców. Policja zabrała mnie od nich. I jak po czymś takim w ogóle wierzyć w ludzi, no jak?

– Ale już dobrze, kocham cię, jesteś dla mnie najważniejszy. – Monika spuściła głowę, przetarła twarz dłońmi i ciężko westchnęła. – To się dla ciebie nie liczy? Niektórzy nie mają nic. Ani pracy, ani kochającej żony, ani domu. Użalasz się nad sobą!

– Nie użalam się! – krzyknął i zaczął machać prawą stopą.

Popatrzyła na jego nerwowe ruchy i odwracając się, rzuciła:

– Czasem mam wrażenie, że kochasz tylko siebie, a mnie masz gdzieś.

– Nie! – ryknął. – Próbuje sobie jedynie wytłumaczyć, dlaczego mam tak ciężko!

Nie odpowiedziała.

Poszedł do kuchni, wziął czteropak zimnego piwa i wrócił na kanapę. Włączył telewizor. Który to już raz Monika go nie rozumie? Przecież widzi ciągłe balansowanie na granicy poddania się. Inny na jego miejscu to dawno dałby za wygraną i zamknął się w szpitalu psychiatrycznym. Z taką przeszłością mógłby stać się degeneratem, alkoholikiem czy bezdomnym. Ale on musi radzić sobie bez niczyjej pomocy, więc jest naprawdę silny. A to, że lubi ponarzekać? Że czasem zastanawia się, czy żona jest tą właściwą? Albo myśli o zmianie pracy. Od narzekania jeszcze nic złego nikomu się nie stało. Narzekając, przynajmniej wie, jak ma ciężko.

Kilka dni później wrócił do domu około dziewiętnastej, a Moniki jeszcze nie było. Znów. Przygotowywanie obiadu z ledwością wyrywało go ze szpon własnego umysłu. Ponownie nie czekał na nią, mimo iż to ona zwykle gotowała. Ciszę mieszkania rozcięły otwierające się drzwi, kiedy już jedzenie stygło. Podszedł i wyczuł od niej woń alkoholu.

– Byłaś z koleżankami? – spytał.

– Tak, tak – odpowiedziała w jakiś dziwny sposób.

– Czyli nie muszę być zazdrosny?

– No co ty? – podniosła głos. – Weronika się zakochała i chciała pogadać.

– Zjedz, bo zaraz będzie zimne – rzekł po chwili.

– Nie jestem głodna, coś jadłyśmy.

Zbliżył się do niej, przytulił i wyraźnie poczuł nutę jakiegoś męskiego zapachu perfum.

– Ale pachniesz dziwnie… – Zmarszczył czoło.

– Mówiłam Weronice, że te perfumy to dla faceta.

– Takich używa?

– Tak, na dodatek sądzi, że do niej pasują.

Wrócił do salonu, kanapa objęła miękkością jego ciało. Rzucił w jej stronę:

– Dzisiaj mam dość. Że ja jeszcze daje radę. Możesz być dumna, że z taką przeszłością jestem kimś.

Nie odpowiedziała. Zamknęła się łazience i siedziała tam dobre pół godziny. On jak zwykle wyciągnął czteropak i gapiąc się w telewizję, niespiesznie wypił.

Trzy dni potem dostał od Moniki sms-a, że wróci później. Znowu będzie wspierać Weronikę? Przecież dotąd takie spotkania zdarzały się góra raz na pół roku. Wrócił do domu i nawet nie wziął się za obiad. Tylko chodził w kółko po salonie, popijając piwo, a pustka czterech ścian wypełniała się nerwowością. Jedynie włączył telewizor, ale zarówno obrazy, jak i dźwięki prześlizgiwały się gdzieś poza świadomością. Przyszła tym razem prawie o ósmej.

– I gdzie tym razem? – spytał.

– Ta Weronika nie da nam spokoju. Normalnie gadała, że faceci to świnie, a teraz widzi w nim księcia z bajki.

– Mam dość! – ryknął.

– Kochanie, o co ci chodzi? – Zrobiła dwa kroki w jego stronę, próbując skruszyć właśnie wybudowany mur.

– A ja myślę, że spotykasz się jakimś facetem!

– No co ty… Koch… – zawiesiła głos. – Ale z drugiej strony masz prawo być zazdrosny. – Uśmiechnęła się. – Kto wie, co mi po głowie chodzi.

– Nie nakręcaj mnie.

– Wiesz co? Myśl, co chcesz, ja wychodzę. – Włożyła z powrotem buty i bez słowa zostawiła za sobą niedomknięte drzwi.

Wisiał gdzieś między stagnacją a gwałtowną reakcją, aż napłynęła fala wciągająca go w czeluści własnej bezsilności. Domowe klapki odezwały się echem ścian klatki schodowej, aż w końcu nienaturalnie biły po oczach w sklepie z alkoholem. Kupił pół litra i wróciwszy, patrzył na zbyt szybko obniżający się poziom w butelce. Zasypiając, majaczyło się, że widzi żonę w objęciach przystojniejszego i bardziej męskiego faceta.

Tydzień później znów w trakcie pracy odczytał od niej wiadomość, że spotka się z Weroniką. Fotel, w którym siedział, wchłonął kurczące się ciało, a mózg szalał, poklatkując przeszłość. Kolejny raz dudniły głosy kolegów śmiejących się, że jego ojciec jest degeneratem, koleżanek, które omijały go z powodu zaniedbania, i tego faceta, który go uprowadził. Nie wytrzymał. Wszedł do szefa i poprosił o wolne na ten dzień. Wyszedł w szarość namysłowskich ulic, a nogi smętnie nie nadążały. Widok budynku firmy Moniki obudził czujność. O siedemnastej zobaczył ją wychodzącą z jakimś facetem. Ukrył się za rogiem i chwilę później, przypominając postać z detektywistycznej kreskówki, wymierzał niepewnym krokiem kolejne, tłukące go po zmysłach płytki chodnikowe. Tamci trafili do niewielkiej knajpki kilka przecznic dalej. Pobliskie krzaki pochłonęły jego postać, jedynie dając miejsce na świdrujący, skierowany w stronę knajpki wzrok. Klapnął na ławce, skulił się w kłębek i zapłakał.

Wtoczył się do domu bez świadomości, ale za to z dużą butelką wódki. Pieprznął kurtkę byle gdzie, podobnie zrobił z butami i znów wchłonęła go przeszłość. Cykliczne butelkowe bulknięcia wyznaczały rytm upodlenia. I wkrótce zimny, obcy sen, mimo wszystko, wyrwał go z koszmaru.

Od tego dnia coraz częściej pochłaniał go duch ognistej wody. Wielokrotnie szedł do pracy wczorajszy. Kolejne dni witały go następnymi falami obaw i lęków. I chyba już się pogodził. Z porażką. Tą, która wisiała nad nim, od kiedy tylko pamiętał. Nawet wspólne noce z Moniką nie mogły go wyrwać z maligny. Z jednej strony dopytywała, co się dzieje, a z drugiej coraz częściej nie wracała na czas.

Miesiąc później zwolniono go za, jak to nazwano, rażące uchybienia i podejmowanie pracy w stanie wskazującym. Droga powrotna do domu wydłużała się z każdym krokiem, a drzwi wejściowe otworzyły czeluści piekieł. Padł na kanapę z dużą butelką wódki, której moc była większa od wszystkich tragedii tego świata. Kończąc ją, zwlókł się i niemal popełzł po kolejną. Ironiczny uśmieszek sąsiadki nawet nie dotarł do jego świadomości. Gdy pił tę drugą, ściśnięcie żołądka zmusiło go do oddania zawartości prosto na dywan, a żałosne jęknięcia wypełniły salon. Był degeneratem. Był nikim.

Następnego dnia promienie słoneczne zapukały w jego powieki z nieznośną bezczelnością. Otworzył oczy i widział obraz, który był reminiscencją z rodzinnego domu. Zarzygany dywan, dwie puste flaszki i zbliżający się brak środków do życia. Teraz to już pewnie będzie czekał go szpital psychiatryczny. Głuchą ciszę przerwała Monika.

– Co ci?

– Wracaj do tego swojego kochanka, a ode mnie się odwal!

– Ale ja nie mam żadnego kochanka. – Uklękła obok kanapy, wzięła go za rękę i spytała – byleś u mnie pod firmą i widziałeś?

– Tak, śledziłem was. Odejdź!

– Rafałku, to nie tak… – Spuściła głowę.

– Zwolnili mnie z roboty. To już koniec. Rozumiesz? Koniec!

– O matko… – Rozpłakała się. – Ja chciałam, żebyś był zazdrosny. Specjalnie to zaaranżowałam. Myślałam, że się po tym weźmiesz w garść i przestaniesz narzekać. Ty wiesz, jak miałam tego dość? Niemal każdego dnia słyszałam, jak to miałeś ciężko. To nawet najsilniejszego by załamało. – Skuliła się w kłębek, a jego uszy musiały słuchać przeraźliwego szlochu.

Mężczyzna jest, jaki jest i nie ma co przy nim majstrować. Im szybciej kobieta to zrozumie, tym lepiej dla niej. I dla niego. – Maria Czubaszek

Szczęśliwym być

Szczęśliwym być

Ludzie, Skoki, Szczęście, Szczęśliwy, Zabawa, Młody

– Boże, tak bardzo w ciebie wierzę… Spraw, bym był najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Nie pragnę dużo pieniędzy ani sławy. Nawet wielka miłość już mi się nie marzy, bo potem, aby nadal być razem, trzeba mnóstwo wyrzeczeń.

Opadł na kolana i gorzko zapłakał, przypominając sobie, czego oczekiwał jeszcze pięć lat wcześniej.

– Wiem, że chciałem być milionerem. Posiadać najpiękniejszą kobietę w świecie… Swoją drogą to ciekawe słowa: p-o-s-i-a-d-a-ć kobietę… Już naprawdę, chcę jedynie być szczęśliwy!

Nazajutrz obudził się i nie pamiętał niczego. Ani własnej przeszłości, ani wyglądu zachodu słońca, ani nawet smaku świeżego chleba…

Od tego dnia budził się zawsze bez pamięci.

Galeria

Iza

Zdjęcie pobrane z „Zszywka.pl” autorstwa Asiaaa_S
————————————————

Dziś wracam z objęć Morfeusza już po czterech godzinach snu. Błyskawicznie otwieram ciężkie powieki, zerkam na zegarek. Piąta dwadzieścia. Tykanie wdziera się do mojego mózgu, jakby to były krople wody roztrzaskujące się na czole. Czuję się zmęczona. Szczególnie rano tak miewam, kiedy jeszcze nie wejdę na obroty. Na nocnej szafce, jak zwykle, pali się lampka. Całą noc. Denerwujące, ale konieczne światło. Mogłabym spać dłużej, jednak dzisiaj jest to. Czekałam ponad piętnaście lat. Zbyt długo. I sama nie wiem, czy to przez czekanie, czy przez co innego, ale buzują mi myśli, których nawet nie jestem w stanie sprecyzować. Czekam, ale nerwowo zaciskają mi się mięśnie.

Śniło mi się ciasne, ciemne pomieszczenie bez klamki. Próbowałam wyjść, ale wszędzie były tylko zimne ściany. Jakaś izolatka? A może karcer? Nie pamiętam swoich uczuć, jedynie tę ciasnotę i ciemność.

Wczoraj wkurzył mnie sąsiad, bo mył samochód przed blokiem, a mydliny spływały na nasz trawnik. Idiota! A potem wszyscy narzekają, że betonowa pustynia! Ale sama święta też nie jestem, nieraz zrobiłam coś, czego potem żałowałam. Jak więc mam pielęgnować w sobie nienawiść czy niechęć, skoro robię podobnie? Nawet czytałam coś analogicznego, aby skupić się na sobie, zmieniać świat, zaczynając od siebie. Ale na dobrą sprawę nie musiałam tego czytać. Czułam to od zawsze.

Cieszę się, bo dwa dni wolnego w pracy, dla znajomych też mnie nie ma, liczy się tylko on. Ale to dopiero o pierwszej po południu. Potem, gdy go już spotkam, czas nie będzie się liczył. Przekręcam głowę w stronę nocnej szafki, widzę jego zdjęcie otulone półmrokiem. Jest na nim razem ze mną. Miałam wtedy czternaście lat i widziałam go tamtym razem tylko przez chwilę. Zdjęcie zrobiła mama, jak siedzimy przytuleni na kanapie. Wciąż czuję jego ciepło. Na dworze ciemno, głucho, a Misiek śpi w najlepsze z głową ułożoną na przednich łapach, wygląda, jakby o coś prosił. Ten zegarek kupiłam sobie sama, ale zawsze będzie mi się kojarzył z nim; dostałam od niego taki na rękę, gdy miałam sześć lat; już wtedy uczył mnie, jak czytać godzinę po wskazówkach. A potem już go nie było. Znaczy, był, ale nie przy mnie. Ciągle znikał na długie miesiące czy lata, a mama tłumaczyła, że wyjechał w delegacje i zajmuje się bardzo poważną pracą dla rządu. Na początku nawet nie wiedziałam, co to znaczy, ale po obejrzeniu kilku szpiegowskich filmów zrozumiałam. Czy jest takim drugim Jamesem Bondem? A może kimś jeszcze bardziej tajemniczym? W każdym razie dla mnie był niedostępny. A ja go potrzebowałam. Zawsze czekałam na jego powrót, nie odchodziłam od okna, wyglądałam. Zjawiał się na chwilę, a potem znikał znów na całą wieczność. I ponownie był niedostępny.

Biorę w rękę zdjęcie, dotykam kciukiem jego twarzy, próbuję poczuć kształt. I wydaje mi się, że jest przy mnie, że zaraz wyjdzie ze zdjęcia i usiądzie obok. Po chwili zbliżam je do nosa, wącham. Może wyczuję jego zapach? Głupia jestem. A Jolka mówiła, że to zdjęcie to tak naprawdę substytut. Ale świnia nie powiedziała, czego substytut. Choć domyślam się.

Mam przyjaciółkę, Anię. Czasem się spotykamy, obgadujemy, co się da, i za każdym razem mówi, że w moim wieku to już powinnam mieć męża. Ja jednak wiem swoje, nie spieszy mi się. Co z tego, że skończyłam w tym roku trzydziestkę? A bo to jedna wiązała się później? Ostatni był Andrzej. Kręcił się koło mnie dobre dwa i pół roku, ale w końcu dał sobie spokój, bo ile można. Lubiłam go, i zresztą nadal lubię, choć teraz to mnie unika – przechodzi na drugą stronę ulicy, gdy się mijamy, a jak mu wysłałam sms-a z pytaniem, co u niego, to nie odpisał i podobno zmienił numer. Jak się widzieliśmy po raz ostatni, to mówił, że kogoś spotkał. Byłam trochę zazdrosna i nawet chciałam ją poznać, ale w porę powiedziałam sobie nie. Choć mnie kusiło, bo Andrzej zasługuje na dobrą kobitę. Właśnie, czemu go nie chciałam? To dobre pytanie. Przecież jest przystojny, miał dobrą pracę, charakter trochę wybuchowy, ale serce najlepsze, jakie znałam.

Odkrywam kołdrę, przeszywa mnie dreszcz chłodu i patrzę na nogi, których nie goliłam już z miesiąc, bo i po co? Misiek tylko sapie, przewraca się na drugi bok i chyba myśli, że jego pani zwariowała, że tak wcześnie wstaje. Idę do łazienki umyć zęby, przepłukać twarz, skorzystać z toalety, a martwa cisza wdziera się do mojej głowy z siłą tajemnicy. Pstrykam kontakt, ale światło tylko błysnęło i zgasło. No tak, jeszcze żarówka się przepaliła. Przynoszę taboret, ostrożnie się na niego wdrapuję, ściągam nieco zakurzony klosz i nagle kręci mi się w głowie. Szum, mroczki i zawrót. Taboret wysuwa mi się spod stóp, przechylam się i po chwili uderzam barkiem w ścianę, a potem ląduję na podłodze w nieokreślonej pozycji przy koszu na brudną bieliznę. Jedyne, co poczułam, to uderzenie w tyłek i przedramieniem o sedes. Ale nie za bardzo boli. Pewnie dopiero zacznie. Widzę przed sobą roztrzaskany klosz na setki drobin, taboret leżący pod umywalką, a wszystko to przesłonięte przez brąz włosów, które opadły mi na oczy w trakcie upadku. Po chwili do łazienki wchodzi Misiek i skomle, czując, że coś jest nie tak. Odganiam go, aby sobie łap nie pokaleczył. Sama niespiesznie wstaję, uważając na te wszystkie odłamki. Ledwo je widzę, ale odrobina światła z przedpokoju skrzy się w nich. Co mi się stało, że tak poleciałam? Przecież nigdy nie miałam problemu z błędnikiem ani z równowagą w ogóle. Może to mała ilość snu, a może nadchodzące spotkanie?

Robię sobie kawę. Rozpuszczalną, bo ekspresu nigdy nie kupiłam. W sumie najważniejsze, aby pobudzała, a to, czy ma dobry smak, stoi na drugim miejscu. Czajnik rozpruwa ciszę głośnym szumem oraz miarowym rytmem trzasków. Wkrótce wychodzę z Miśkiem. Jest dość zimno, bo w końcu jesień. Silny wiatr przenika kurtkę, spodnie łopocą o łydki, a włosy wpadają mi do oczu. Sprzątam z trawnika po Miśku, wyrzucam do kosza i widzę przechodzącego sąsiada. Spaceruję krócej niż zwykle. Sama nie wiem czemu. Chyba boję się, że nie zdążę.

Po powrocie do domu Misiek się kładzie na swoim posłaniu, a ja siadam do komputera i zaczynam przeglądać internet. Na Onecie reklama bardzo ładnej sukienki. Kiedy kupiłam sobie coś szałowego? A może by tak dziś się wylansować? Może i ogolę nogi? W końcu mam sporo czasu, a i usiedzieć na czterech literach nie mogę, roznosi mnie. Rozbieram się ponownie, wchodzę do wanny. Płyn się podnosi, powoli rozgrzewa moje ciało, a ja zastanawiam się, kiedy ostatnio tak poleżałam w wannie pełnej wody. Zwykle nie mam na to czasu. Dziś jest wyjątek. Kiedy już zakręciłam kran, golę nogi, powoli, pociągnięcie za pociągnięciem, a po czole, łaskocząc, spływa kropla potu wywołana gorącą wodą. Ponownie się rozkładam w wygodnej pozycji i czuje ciepło każdym kawałkiem zanurzonego ciała. Wystaje mi tylko głowa. Kiedyś lubiłam kąpać się z pianą, otulona tylko światłem świec, ale ostatnio stałam się bardzo pragmatyczna. Zresztą unikam ciemności, zasypiam przecież przy zapalonej lampce. Kiedyś tak nie było, nasiliło się z wiekiem. Dziwne, bo to dzieci zwykle boją się ciemności… A co do pragmatyczności, to nawet ubrania kupuję takie, które są mi potrzebne, a nie ze względu na wygląd. Żakiety, garsonki, spodnie, bardzo rzadko spódnice, a nie sukienki. Dziś muszę zaszaleć. Bo nawet gdybym chciała, to nie mam w czym. A dla niego chcę. Wycieram się miękkim ręcznikiem, staję nago pośrodku łazienki, spoglądam w lustro i widzę uśmiechniętą twarz. Kiedy ostatnio ta gęba tak wyglądała? Zbliżam się do niej, przyglądam uważnie i widzę kurze łapki w kącikach oczu. Moja mama mówiła, że będę piękniała do dwudziestego piątego roku życia, a potem to już z górki. Ale nie martwię się, może trochę. Jak zareagowałby Andrzej na taki wygląd? Nadal by mnie chciał? Kusi mnie, aby spróbować go odnaleźć i pogadać. Lecz przecież obiecałam sobie – żadnego narzucania się. Jednak chciałabym poczuć, że jestem dla niego atrakcyjna, nadal jedyna. Chyba zawsze tego pragnęłam…

Pamiętam, jak Andrzej na mnie patrzył. Byliśmy raz nad wodą, nie miałam kostiumu, więc wykąpałam się w samym podkoszulku i majtkach. Jak wyszłam, spojrzał na moje ciało opięte mokrym ciuchem, wyraźnie uwidocznione piersi i widziałam, że miał ochotę za nie złapać. Ale ja byłam za bardzo wyniosła, aby jakiś napalony koleś się ślinił. Kurde, chciałam być dla niego atrakcyjna, a zarazem brzydziłam się jego reakcji… Lecz to minęło, została mi teraz praca i dzisiejsze spotkanie. Bo już nie pamiętam, kiedy się z kimś spotkałam na randkę, nie wspominając o stałym związku. Brakuje mi tego. Patrzę nadal na coraz mniej uśmiechniętą gębę i chyba umaluję rzęsy. Na co dzień tego nie robię. Matka, jak żyła, powtarzała, żebym się malowała, bo sama to robiła, ale tak widziałabym jeszcze więcej napalonych facetów. Ale dziś, dla tego, z którym mam się spotkać, zrobię sobie rzęsy.

W końcu robię kolejną kawę, włączam muzykę, dźwięki wypełniają melancholią całe mieszkanie i przez chwilę myślę, czy nie potańczyć. Kiedyś tańczyłam sama, ale teraz już nie. Może to starość, a może ten pragmatyzm? Powinnam zjeść śniadanie, zwykle to robię, ale nie dziś. Przed tym spotkaniem niczego bym nie przełknęła. Staję przy oknie i patrzę na już ogołocony z liści klon. Nagie konary wydają się martwe. Który to już raz porównuję jesień do swojego wieku? Koń by się uśmiał! Mam przecież dopiero trzydziestkę. Już jest całkiem widno, więc dostrzegam puste gniazdo blisko wierzchołka. Latem tylko docierało do mnie stamtąd kwilenie pisklaków, bo liście wszystko zasłaniały, a teraz mogę się przyjrzeć, ale po co? Przecież ptaki odleciały. Może tak jest w całym życiu, że to, co najpiękniejsze jest zakryte, niewidoczne, niedostępne? A to, co ordynarne i zwykłe na wyciągnięcie ręki? A może jest odwrotnie i to, co na wyciągnięcie ręki wydaje się prozaiczne?…

Prawie ósma, więc trzeba iść do Lidla po zakupy spożywcze. Zwykle robię to w sobotę, a gdy i tego dnia pracuję, to w niedzielę. Podchodzę do zdjęcia, przykładam je sobie do piersi. Biorę głęboki oddech. Robi mi się cieplej na duszy… Wychodzę. W sumie powinnam wysuszyć włosy, lecz chcę czuć jak najdłużej tę świeżość wilgoci. Nie przeziębię się. Bo kiedy ostatnio byłam chora? Pewnie ze trzy lata temu. Jak miałam kilkanaście lat, lubiłam biegać z mokrą głową. Wariatka byłam. Nawet matka mi mawiała: wariatka z mokrą głową. Pamiętam, jak on mnie wykąpał, umył głowę, ale suszyć nie chciał, bo stwierdził, że się uodpornię. I chyba miał rację. Wychodzę szybkim krokiem, spotykam Mariolę i zamieniam z nią tylko kilka zdawkowych słów. Spieszy się do pracy, więc rozumiem ten pośpiech. W końcu wchodzę do sklepu, zgarniam do koszyka, co potrzebne, mijam krzątających się i niewiedzących, co ze sobą zrobić ludzi, i staję jak wryta przed półką z dziecięcymi zabawkami. Nie mogę się ruszyć z miejsca, a przecież tak nie znoszę robienia zakupów… Ania to się ze mnie śmieje, że nie umiem jak normalna kobieta, muszę wszystko mieć poukładane, zorganizowane. To mi służy, odnajduję się w tym. Nawet Andrzej się dziwił, czemu jestem taka, jak to mawiał, mechaniczna. W końcu zaciskam zęby, spinam się w sobie i idę do kasy. Facet przede mną pakuje zakupy do torby. Jak wolno, jak nieporadnie. To jakaś ciota czy co? Następna jest babka około pięćdziesiątki, niewiele lepsza, lecz ona przynajmniej zaczęła pakować, zanim zapłaciła. Ale i tak to wszystko za wolno. Czy ci ludzie odnajdują przyjemność w takim ślamazarstwie? W końcu moja kolej. Zanim przyszło do płacenia, mam już prawie wszystko spakowane. I co, można? Zbliżam kartę, dopakowuję resztę, wbijam pin i wychodzę, nie czekając na paragon. Bo po co mi on? Wrócę z reklamacją, że kajzerki zbyt okrągłe albo banany powykrzywiane?

Czemu ja wszystko robię tak szybko? Nie potrafię jak człowiek? Jestem tym zmęczona. Bardzo zmęczona. Nie mam sił. Chciałabym usnąć i przespać kilka dni…

Zrobiła się prawie dziesiąta, więc pora jechać po sukienkę. Czy zdążę przed spotkaniem? Na pewno tak, tylko głupia panikuję. Zerkam na jego zdjęcie i chcę się do niego przytulać tak jak wtedy. Czuć bliskość, słyszeć ciepły głos. Wychodzę z domu, wsiadam w samochód i ruszam z piskiem opon. W sumie zdążę, bo mam jeszcze dwie godziny do wyjazdu, ale jakoś nie lubię tak wolno, statecznie. Chyba powinnam mieć jaja jak facet, ale, o dziwo, jeszcze nie urosły. Jadę do outletu, wyprzedzam po kolei samochody, hamuję przed światłami tak, że prawie ląduję na kierownicy, ruszam znów z piskiem i w końcu parkuję tyłem równolegle wzdłuż jezdni przy sklepie, bo reszta parkingu jest w remoncie. Idę do mojego ulubionego stoiska, rozglądam się, ale tam nie uwidzi sukienek – same garsonki, żakiety, trochę innych ciuchów. Ale czego się spodziewałam? Przemierzam cały outlet, zerkam na wystawy i w pewnym momencie przykuwa moją uwagę sukienka w kolorze błękitnym. Nie, to raczej morski. Jest śliczna. Wchodzę bez namysłu, pytam dziewczynę o mój rozmiar, dostaję do przymierzenia, ale sama nie jestem pewna, czy w ogóle to robić. Rozmiar to rozmiar. Ale z drugiej strony dziś muszę wyglądać idealnie. Wchodzę więc do przymierzalni i przywdziewam to cudo. Leży jak ulał. Bioderka zarysowane, talia podkreślona, a cycki lekko upięte i wypchnięte ciut do góry. Robię kilka kroków w te i nazad, sprawdzając, czy nie ogranicza ruchów, po raz kolejny spoglądam w lustro i nie dostrzegam kurzych łapek – widzę tylko szeroki uśmiech. Płacę ponad czterysta złotych i ruszam do domu. Pewnie znalazłabym tańszą, ale tak rzadko coś sobie kupuję, że kasa nie ma większego znaczenia. Wracam autem jeszcze szybciej, naładowana jak elektrownia atomowa. Aż dziw, że nie mam wypadku, bo ciągle zerkam na sukienkę.

W końcu docieram do domu. Misiek śpi przy samych drzwiach i nawet gdy przechodzę obok, nie reaguje. Ma już kochanek swoje lata. Co ja bez niego zrobię? Będę musiała znaleźć sobie chłopa. Tylko żaden mi nie pasuje. Nie to, że mam jakieś straszne wymagania co do facetów ogólnie, ale ten jedyny musi być idealny. Siadam do komputera, piszę do Zuzki zaległego maila, w którym pocieszam ją po tym, jak rozstała się z chłopakiem. Nawet go nie poznałam, a przecież kiedyś była mi dość bliska. I mieszka również w Krakowie, więc daleko nie mamy. Ale ta moja praca i praca. Zastanawiam się, kiedy tak bardzo odpłynęłam zawodowo. Wreszcie kończę, jest kwadrans do dwunastej, więc pora jechać. Czy zdążę?

Stoję w łazience, przebieram się w sukienkę, dokładnie się sobie przyglądam. Powinnam mu się spodobać. Jak to będzie cudownie go spotkać po tylu latach. Stęskniłam się. Poprawiam opięcie na biodrach, przekręcam ciało raz w jeden, raz w drugi bok; z profilu też wyglądam świetnie – widać biust, tyłeczek i prawie idealnie płaski brzuch. Przesuwam ramiączka tak, by leżały idealnie, podciągam nieco cycki. Znów rzucam okiem na jego podobiznę, wygląda na niej jak anioł stróż. Jestem taka samotna… Zabieram zdjęcie ze sobą, bo boję się, czy go rozpoznam po tylu latach.

Wychodzę z domu i kolejny raz ruszam z piskiem. Przejeżdżam obok stojącego sąsiada, kłaniamy się sobie. Muzyka z radia mnie drażni. Wyłączam. W końcu wyjeżdżam poza miasto – teraz będzie się jechało spokojniej. Mijam kolejne miejscowości i gdy dojeżdżam do Jerzmanowic, przypominam sobie, jak Andrzej zabrał mnie tutaj na cały dzień. Zrobił grilla, piknik i pokazał swoje ulubione, bielące się wśród zieleni skałki. Pamiętam, że rozmawialiśmy o tym, z którym mam się spotkać. Andrzej pytał, czemu się na niego nie wkurzę, czemu nie powiem, że nie chcę go znać. Tak mówił, aby mnie nakręcić, ale miał za dobre serce, żeby tak zrobić. Ja też tak nie zrobię. Kocham go i czekam na dzisiejsze spotkanie z niecierpliwością. Ale i nerwowo przyciskam gaz. Zerkam często na fotografię, próbując sobie wyobrazić, jak wygląda dziś.

Dlaczego nie umówił się ze mną w Krakowie, tylko na jakimś zadupiu? W sumie Olkusz to nie takie zadupie, ale dla mnie tak. Może będzie tam mieszkał u jakiejś kobity? To całkiem prawdopodobne. Bo jaka inna mogłaby być przyczyna? Jak nie ma gdzie mieszkać, to mu pisałam, że może u mnie, a w zasadzie to przecież bardziej jego niż moje. A może nie ma odwagi mi się narzucać po tych wszystkich latach?

Gdy dojeżdżam do Olkusza, widzę billboard o niestosowaniu przemocy wobec dzieci. Odwracam wzrok. To mnie nie dotyczy. Wszędzie o tym trąbią: w telewizji, radiu, internecie, na mieście. Zawsze się od tego odcinam. Jest za dwadzieścia pierwsza, więc mam jeszcze trochę czasu; wolę być wcześniej. Pędzę tak szybko, że nikt mnie nie wyprzedza. Wreszcie dojeżdżam do centrum, gdzie jest ta kawiarnia, parkuje samochód, rozpinam kurtkę, poprawiam sukienkę i nakręcona, ale i niepewna idę. Nogi mi się coraz bardziej trzęsą i są jak z waty. Szukam przez chwilę kawiarni, w końcu widzę z daleka napis: Rodzinna. Dobrze sobie to wymyślił, aby spotkać się w takim miejscu. Zajmuję stolik przy oknie, żeby było widać zbliżających się ludzi, ale wcale się nie odprężam. Serce wali, czuje to. Zdejmuję kurtkę, zostając w samej sukience. Nerwowo rzucam okiem na zdjęcie. Miałabym ochotę je walnąć przez okno, a przecież chcę spotkania. Co ze mną? Podchodzi kelner, zamawiam kawę i ciastko. W sumie nie jestem pewna, czy chcę to drugie, bo nie czuje głodu, ale trzeba coś zamówić. Kelner uśmiecha się, chyba mnie podrywa; mówi, że ślicznie wyglądam, a następnie, że jakbym czegoś potrzebowała, to jest na moje zawołanie. Trochę niedobrze mi się robi od takich słów, bo słyszę je od większości mężczyzn. Tylko Andrzej był inny. On nigdy nie powiedział, że jestem piękna, atrakcyjna, że mogę na niego liczyć – on, zamiast gadać, robił takie rzeczy, że sama o tym wiedziałam. To wyjątkowy facet. Ale i tak go nie chciałam. Czemu?…

W końcu widzę go. Idzie ze zwieszoną głową. Nawet nie spojrzał, czy już jestem. Nie tęsknił? A jeśli nie, to po co chciał się spotkać? Ubrany jest w jakieś stare dżinsy, brązową kurtkę i buty, których nowość minęła dawno temu. Otwiera drzwi, ja wstrzymuję oddech i patrzę mu prosto w twarz. Staje metr od nich i dopiero podnosi głowę. Nie wiem czemu, ale mam ochotę wyjść. Jak najszybciej. Te emocje są nie do zniesienia. Wreszcie mnie dostrzega, ale się nie uśmiecha. Rusza do mnie. Z nerwów strącam torebkę wiszącą na oparciu za mną. Ale jej nie podnoszę. Niech leży! Wstać, czy pozostać na siedząco? Powinnam się podnieść, ale nie jestem w stanie. Siada naprzeciwko mnie bez słowa, zerka mi w oczy, ale głowę ma spuszczoną. W końcu napinam wszystkie mięśnie i mówię:

– Cześć, tato.

– Dawno cię nie widziałem, wyrosłaś, ledwo cię poznałem.

– Jak się miewasz? – z trudem otwieram usta.

– Jakoś muszę przywyknąć do wolności. Po tylu latach to niełatwe.

– Brakowało mi ci… – nie jestem w stanie dokończyć.

– Naprawdę? – Marszczy czoło, przymyka oczy. – Nie byłem dla ciebie dobry.

Coś mi zaczyna świtać…

Jak to? Przecież jest i był moim ukochanym tatusiem…

Chcę coś powiedzieć, ale zaczyna mi szumieć w głowie. Sekundy mijają, a ja coraz bardziej mam ochotę wyjść. A tak bardzo szykowałam się do tego spotkania.

– A pamiętasz, jak mnie kąpałeś i zabraniałeś suszyć włosy? – wykrztuszam.

– Nie tylko to pamiętam. Ile razy zamknąłem cię w spiżarni, bo mi się coś nie spodobało?

– Cicho! – szepczę.

– I nieraz dostałaś w tyłek pasem.

– Nic nie mów! – nieco podnoszę głos.

– A po wywiadówce targałem cię za uszy.

– Przestań! – już prawie krzyczę.

– Poza tym chyba wiesz, że siedziałem za morderstwo – mówi bez emocji.

– Po co o tym mówisz?! – nie zmieniam tonu. – Było, minęło!

– Nie możesz zapomnieć o wyrodnym ojcu, musisz go nienawidzić.

– Ja cię ko… – znów słowa grzęzną, czuję gorycz w gardle. Tyle razy sobie powtarzałam, że go kocham, a teraz to nie może mi przejść przez gardło.

– Widzisz, nawet nie jesteś w stanie tego powiedzieć. Jesteś zbyt prawdomówna i uczciwa. Nie to, co ja.

Łzy zaczynają mi płynąć ciurkiem. Obraz się rozpływa. Nie widzę ani jego, ani nic dookoła. Ale nie mam ochoty na płacz. Tylko te łzy ciekną jak oszalałe.

– Dziękuję ci, że tu przyjechałaś, bo w Krakowie się nigdy nie pokażę, abyś była ode mnie wolna. Na zawsze – ciągnie.

– Tato, możesz do mnie przyj… – Rozpłakuję się na dobre. Nie ze względu na niego czy swoją przeszłość, którą tak dobrze mi przypomniał, ale na bezsilność. A może tak mi się wydaje…

– Wiem, że byś mnie nie wygoniła, ale nie chcę. Chociaż to może byłby dobry pomysł. Przynajmniej byś mnie szczerze znienawidziła.

– Zamknij się! – krzyczę przez łzy.

– Dobrze, wykrzycz się, to ci ulży, a może całkowicie minie.

Już nie wiem, co powiedzieć. Mam spuszczoną głowę, chusteczką wycieram nos i oczy, czuję w piersi ucisk, ale już nie mam ochoty wyjść. I odwagi spojrzeć mu w twarz. Kochany tatuś…

– To ja już pójdę – mówi delikatnie. – Sam nie wiem, po co chciałem cię zobaczyć. Ale musiałem. Ostatni raz.

– Tato! – Podnoszę głowę, lecz nadal omijam go wzrokiem.

– Niech ci się układa jak najlepiej i zapomnij o mnie.

– Tato! – wrzeszczę.

– Żegnaj Izuniu. – Wstaje, jeszcze raz mierzy mnie wzrokiem i wychodzi ze spuszczoną głową.

Nie mam siły, aby za nim pobiec. Nie mam siły na nic. Wciąż go kocham i będę kochała. Bo tak czuję. Bo to prawdziwa ja. Zamykam oczy i widzę ciemność spiżarni. Przerażającą. Boję się nawet płakać. Tylko duszę w sobie wszystko, wierząc, że po każdej nocy musi przyjść dzień…