Ósmy pasażer tramwaju

Ósmy pasażer tramwaju

Sypialnia, okno, życie

Mam trzydzieści osiem lat, proszę pana, więc jestem gdzieś w pół drogi na tym padole. Ale czuje się, jakbym miał przynajmniej sześćdziesiątkę. Od lat tu mieszkam. Dostałem to mieszkanie od rodziców. Bogaci są. Kiedyś ojciec często wyjeżdżał za granicę na różne placówki. Z wykształcenia jest inżynierem budowy mostów. Więcej go nie było, niż był. Wielokrotnie siedziałem w swoim pokoju i czekałem. Marzyłem, aby wrócił. W głowie miałem, proszę pana, jak pokazywał mi, jak się golić, czy wiązać krawat. Tyle pytań mi się rodziło. A potem przyjeżdżał na kilka tygodni i od razu się zaczynało, jak sobie radzę w szkole, czy mamie pomagam, czy mam właściwych kolegów. Był taki oficjalny, taki zawodowy, a ja potrzebowałem kumpla.

Mieszkanie dostałem zaraz na początku studiów. To, jak pan widzi, dwupokojowe spore lokum na warszawskim Tarchominie. Od razu się w nim zakochałem. W mniejszym pokoju urządziłem sobie graciarnię, a w większym mieszkałem. Ten drugi ma trzy okna: jedno od wschodu i dwa od południa. W bezchmurne dni słońce mnie budziło, pojawiając się w lewym oknie, następnie podnosiło się łukiem, przesuwało w prawo, na pewien czas znikało, by znów zabłysnąć w drugim, nadając w ten sposób odrobinę rytmu codzienności. W gwiaździste noce, proszę pana, księżyc oświetlał pokój, wędrując podobnie jak słońce i zalewał go srebrną poświatą. Wypełniał mnie magią i wspomnieniami. Wraz z promieniami srebrnego wędrowcy przeistaczałem się w podróżnika w czasie. Wielokrotnie starałem się wybiec myślami naprzód, ale wciąż stała przede mną niemożliwa do przekroczenia bariera ojca.

Często kładłem się na łóżku na wznak, rozpościerałem ręce na boki, słuchałem Bacha, Vivaldiego czy Bethovena i próbowałem wyciszyć się, uspokoić, wczuć w odwieczny rytm natury oglądanej przez moje trzy okna. W lewym widziałem czubek drzewa, a na nim siadające ptaki. Bardzo często zastanawiałem się, proszę pana, które z nich przylatują tu sporadycznie, a które są stałymi bywalcami. Po pewnym czasie nauczyłem się rozróżniać kilka z nich. Miałem wtedy wrażenie, jakby specjalnie dla mnie przylatywały, chcąc okazać swoją wierność czy przywiązanie. W środkowym oknie widziałem w oddali dwa słupy energetyczne, niezmienne przez cały rok, jedynie druty zimą były krótsze, a latem dłuższe. W prawym oknie przelatywały samoloty, porywając mnie w przestworza. Szybowałem wtedy wysoko nad ziemią, wolny i niezależny.

Zaraz po tym, jak tu zamieszkałem, proszę pana, poznałem pewną dziewczynę. Młody byłem, wcześniej nie miałem dziewczyny. Zaczęliśmy się spotykać. Recytowała wierszyki, opisywała ładnie naturę, odwiedzała schronisko dla psów, aby się nimi opiekować. Związaliśmy się drugiego dnia świąt Wielkiej Nocy, kiedy przyjechała do mnie po raz pierwszy. Potem przyjeżdżała coraz częściej, aż któregoś dnia dałem jej klucze. I powiem panu, że to był błąd. Od wtedy stała się nie do wytrzymania. Chciała wprowadzać swoje porządki, przemeblowywać mieszkanie, kupować za moje pieniądze rzeczy do kuchni. Przez długi czas to znosiłem, ale gdy stwierdziła, że będziemy mieszkać z jej psem, nie wytrzymałem. To nie tak, że ja przeciw zwierzętom, ale psa nie chciałem w domu. Powiem panu, że bardzo mnie to wszystko zabolało. Niby sam z nią zerwałem, ale i cierpiałem. Bo na swój sposób ją pokochałem. Potem wydzwaniała, przepraszała, błagała. Wprowadzała się i znów swoje. Teraz myślę, że to taka kobieta – z wpojonym przymusem, aby rządzić. A ja nie dam sobie w kaszę dmuchać. W końcu gdy się któregoś razu pokłóciliśmy, popchnąłem ją i wylądowała na ścianie. Tak, tak, proszę pana, doszło do przemocy. Jedyny raz byłem agresywny w stosunku do kobiety. Pyta pan, czy żałuję. Oczywiście, ale nerwy swoje mam, a ona działała mi na nerwy jak żadna inna.

Jak już ją rzuciłem, zastanawiałem się nieraz, czy oby na pewno dobrze zrobiłem. Bo miałem wyrzuty sumienia, proszę pana, oj, miałem. Niejednokrotnie leżąc w łóżku całymi dniami, narastała we mnie bezsilność, współczucie, ale i złość. Tak, tak, drogi panie, zezłościłem się. I to nie na nią, bo ona była, jaka była, ale na siebie, że nie potrafię jak prawdziwy mężczyzna, tylko ta melancholia mi w głowie. Potem znów przychodziły wyrzuty sumienia i nawet wahałem się, czy do niej nie zadzwonić, żeby nie cierpiała, a razem z nią ja. Kupowałem czasem dwa wina, czasem sześciopak piwa i walczyłem ze sobą. Mówi pan, że z takiej walki to nic dobrego nie wyjdzie? Ma pan rację. Ale człowiek jest tylko człowiekiem i ma swoje słabości. Któregoś dnia, gdy odwiedziłem wspólnych znajomych, dowiedziałem się, że niecałe trzy tygodnie po tym, jak ją odepchnąłem, związała się z innym. I wtedy coś we mnie pękło. Pomyślałem, że koniec z tym rozczulaniem się. Bo ja tu tracę zmysły, a ona skacze z kwiatka na kwiatek. I to mnie, proszę pana, zmieniło. Taka była pierwsza pasażerka w tym tramwaju zwanym przeze mnie na początku miłością.

Byłem wtedy, proszą pana, na drugim roku studiów. Zacząłem zauważać, że stałem się wygadany jak mało kto. Z łatwością mi przychodziło odpowiadanie na egzaminach ustnych, mimo iż nic nie umiałem, równie lekko radziłem sobie, gdy musiałem zabrać głos w towarzystwie. Któregoś dnia pokłóciłem się po alkoholu z koleżanką. W sumie miała rację, bo to ja zaprzeczałem sobie samemu, ale z łatwością z tego wybrnąłem. Jak skończyłem gadać, to już dziewczyna tylko patrzyła na mnie maślanymi oczami. Moja była. I ja to widziałem. Umówiliśmy się kilka razy na mieście. Ona słuchała, a ja nawijałem. Jak mi to imponowało, proszę pana. Bo bardzo ładna była, o wiele ładniejsza niż ta poprzednia. I znów związałem się z kobietą, gdy do mnie przyjechała. Chciała tego od razu, czułem to. Nie będę panu opowiadał, co my ze sobą wyczynialiśmy, ale sąsiedzi pewnie do dziś wspominają.

Zamieszkała u mnie bardzo szybko, bo już po trzech tygodniach. Imponowało mi, że mam tak ładną kobietę. A jej imponowało, że ma chłopaka, który ma tyle do powiedzenia na każdy temat. Ale to nie tak, proszę pana, wcale dużo nie wiedziałem, tylko tak ładnie gadałem. Zaczęła mnie wkrótce ubierać po swojemu. Nie chciała jak ta poprzednia rządzić mieszkaniem. Kupowała mi bluzy, luźne spodnie, bo twierdziła, że te moje wyprasowane koszule pasują bardziej dla faceta w średnim wieku lub dziadka. I mi się to spodobało. Żyliśmy seksem, pokazywaniem się wśród ludzi, a przede wszystkim szpanowaniem sobą nawzajem. Wielokrotnie pozwalałem, aby ktoś z nią zatańczył, by w środku piosenki odbić, pokazując, do kogo ona należy. Ona nie była lepsza. Puszczała mnie samego na imprezy, potem bezceremonialnie wchodziła i zabierała do domu. Byłem wściekły, proszę pana, a kto by nie był. I muszę panu powiedzieć, że dlatego się rozstaliśmy. Ale i tak długo ze sobą wytrzymaliśmy, bo ponad rok.

Rozstanie z nią przeżyłem dość ciężko, bo się przywiązałem. Nawet niejednokrotnie zastanawiałem się, czy to nie była miłość. Gdyż owszem, proszę pana, szpanowaliśmy sobą, ale byliśmy sobie potrzebni. Ale to ona bardziej cierpiała. Dzwoniła jeszcze dość długo, pytała, czy kogoś już sobie znalazłem, nieraz popłakała się w słuchawkę. Czasami zastanawiałem się, czy do niej nie wrócić, ale w końcu zeżarlibyśmy się nawzajem. Jedynie, gdy dopadła mnie chandra, kupowałem sporo piwa czy dwa wina i topiłem smutki.

Następna była matematyczka. Cholernie inteligentna kobieta, ale niezbyt ładna. Przyszła do mnie na imprezę z kolegą. Ale kolega poszedł w odstawkę, a fascynowałem ją ja. Od początku mi gadała, że nikt tak pięknie nie mówił. Powiem panu w tajemnicy, że popłynęła, jak zacząłem gadać, jak sobie ją wyobrażam w sukni ślubnej. Mówiłem, że taka biała to by do niej nie pasowała, raczej kremowa, bo kwiatów nie zdobi się kwiatami. W gruncie rzeczy chciałem się sprawdzić, czy dam radę uwieść tak inteligentną dziewczynę. I jak pan myśli? Mówi pan, że nie ma się czym chwalić. Racja. Ale chcę, aby pan mnie zrozumiał. I uwiodłem ją, i to już tego wieczoru. Do dziś pamiętam, że czasem przy śniadaniu rozmawialiśmy o twierdzeniach matematycznych. Wiele się przy niej nauczyłem. Zrozumiałem, że każda kobieta, choćby ta najgłupsza, ma swój rozum i trzeba to umieć zauważyć. Mówi pan, żebym więcej nie mówił słowa głupi. Znowu racja. Bo to stawia w złym świetle.

Przez pierwsze pół roku nie chciała ze mną zamieszkać. Twierdziła, że to byłoby bez sensu, niepoparte odpowiednimi dowodami. Tak, proszą pana, u niej wszystko musiało mieć sens, niemal matematyczny sens. Ale potem się wprowadziła. I wtedy się zaczęło. Nie, nie było tak jak z tą pierwszą. Ta zaczęła mieć o wszystko pretensje. Nie pogoniłem jej rano do pracy i się spóźniła – moja wina, bo dałem ze sobą zamieszkać. Chciałem zbyt często się kochać – moja wina, bo widzę w niej tylko obiekt do kopulacji. Wychodziłem z kolegami na piwo – moja wina, bo ją zaniedbuję. Słucham? A, pyta pan, czy nie dostrzegam żadnej swojej winy. Pewnie, że dostrzegam, ale kto jest bez winy?

W końcu po dwóch latach sama odeszła, bo stwierdziła, że chce męża, a nie faceta żyjącego obok. Chyba miała trochę racji. Związałem się z nią ze względu na inteligencję, a nie na nią samą. Śmieje się pan, że to rozróżniam? Ano rozróżniam, bo osobowość to coś więcej niż inteligencja, niż uroda, niż sposób bycia. Powiem panu, że to coś więcej niż to wszystko razem wzięte. Przeżyłem i to rozstanie, nie powiem. Zacząłem się zastanawiać, czy wszystko ze mną w porządku, że nie umiem stworzyć stałego związku. W końcu w ciągu pięciu lat miałem trzy kobiety.

I zastanawiałbym się dłużej, gdyby nie ta czwarta. Oj, co to była za laska, proszę pana. Wyższa ode mnie, twarz jak z okładki żurnala, kształty idealne, nogi do samej szyi i do tego zastępca dyrektora w niedużej firmie. Popłynąłem jak dziecko. Motyla, proszę pana, ze mnie zrobiła. Bo nigdy nie marzyłem o wyższej, aż tu się stało. Och, jak mnie duma rozpierała. Strach mówić. Była też starsza, całe sześć lat. Ale mi to nie przeszkadzało, wręcz odwrotnie. Chciałem się uczyć nowych rzeczy, bo nadal młody byłem, proszę pana. Co to jest dwadzieścia cztery lata? Zabierała mnie na przyjęcia, bale, czasem seminaria. Kazała mówić, że jestem bratem ciotecznym i chce mnie wprowadzić. Ona rządziła, a ja się nie sprzeciwiałem, bo była też moją sponsorką. Powiem panu, że przy żadnej innej nie nauczyłem się tyle.

Aż cztery lata później, gdy byłem pewien, że wreszcie się przełamię i poproszę ją o rękę, powiedziała, że z nami koniec. I wtedy pierwszy raz zachowałem się jak dziecko. Popłakałem się przy niej, prosiłem, niemal żebrałem, ale była nieubłagana. Stwierdziła jedynie, że nauczyła mnie wszystkiego, swój obowiązek spełniła i czas na nią. Nawet przytuliła mnie na do widzenia. Rzuciłem wtedy pracę z dnia na dzień, zamknąłem się w tym mieszkaniu i chlałem przez prawie dwa tygodnie. Kolega mnie, proszę pana, musiał ratować. Przyszedł i siedział, dopóki nie wytrzeźwiałem. Jak ja cierpiałem, mówię panu. Większego bólu wyobrazić sobie nie potrafię. Chciałem ją nawet śledzić, bo tak mi odbiło, ale wyprowadziła się do Francji.

I proszę pana, dochodziłem do siebie prawie dwa miesiące, a i później miałem lęki, rozmawiając z kobietami. Wreszcie pojechałem z kolegą na działkę do jego koleżanki. I poznałem ją. Była taka niewinna, taka dziewczęca, ale też mądra i zdecydowana. Poszliśmy któregoś wieczoru na długi spacer. Od razu spytała, ile miałem kobiet, czy je kochałem. Skłamałem, proszę pana, powiedziałem, że dwie. Ale nie skłamałem, mówiąc, że na swój sposób do dziś je kocham. I chyba uznała mnie za księcia z bajki. Bo z jednej strony nauczyłem się, jak się zachowywać w stosunku do kobiet, a z drugiej czuć było ode mnie to cierpienie po tej ostatniej. Dziewczyna miała zaledwie dziewiętnaście lat i była dziewicą. Powiedziała mi, że chce nią przestać być właśnie ze mną. Oj, proszę pana, jaką ja poczułem odpowiedzialność. Bo nie dość, że młodsza ode mnie dziesięć lat, dziewica, to jeszcze przecież mówiła, że ja jestem odpowiednim facetem. Mówi pan, że niektórym by to tylko imponowało? Mnie też imponowało, nie twierdzę, że nie, ale również czułem się odpowiedzialny. Powiedziałem, że znajdzie sobie kogoś młodszego, kogo pokocha naprawdę, a ona, że nie, że chce ze mną. Mówię panu, uparła się. I w końcu się zgodziłem. Rozdziewiczyłem ją. Potem leżeliśmy nad strumykiem aż do rana, a komary gryzły. Trzy dni później się rozstaliśmy i nikt z nas nawet nie próbował dzwonić czy pisać. Jej chyba było na swój sposób wstyd, mimo iż chciała sama. Mnie również, bo jakoś czułem, że sprzeniewierzyłem wszystkie swoje wartości. Tak, proszą pana, pozbawiając ją dziewictwa, czułem się jak ostatni skurwysyn. I wtedy coś we mnie pękło. Już nie miałem nic do stracenia, bo straciłem wszystko, co najcenniejsze.

W następny tydzień związałem się z młodszą ode mnie o jedenaście lat. Ledwo stała się pełnoletnia, a ja już ją uwiodłem. Była najpiękniejszą kobietą, jaką widziałem. Do tego taka delikatna, taka zmysłowa, taka skromna. Ale coś się we mnie zmieniło i w gruncie rzeczy miałem ją gdzieś. Byłem z nią prawie rok, ale cały czas sypiałem z innymi. Aż któregoś razu przyłapała mnie u mnie w domu. Odeszła natychmiast. Już mnie to nie obchodziło. Nie miało znaczenia, że taka piękna, subtelna, delikatna. Liczyło się, aby było dobrze mnie. Ale piłem przez cztery dni, jak odeszła. Sam, proszę pana, nie wiem czemu.

I pamiętam, że jak wytrzeźwiałem, zrobiłem najhuczniejszą imprezę. Ze trzydzieści osób przyszło. A wśród nich taka piękna, zabawna, ostra zarazem i przede wszystkim przypominająca mi tę starszą ode mnie. Ani chwili się nie zastanawiałem. I nawet nie musiałem jej uwodzić, bo to ona bardziej uwiodła mnie. Tak, to ona rządziła. Już tego dnia została u mnie i poszliśmy do łóżka. Ale nie chciałem, aby się sprowadzała. Chciałem swobody. Aż po kilku miesiącach wyznała, że jest w ciąży. A przecież zapewniała, że bierze pigułki. Mówi pan, że kłamała? Chyba tak. Teraz myślę, że złowiła mnie na ciążę. Od razu to ona dominowała. Wszystko musiało być, jak chciała ona. A że spotkała taki egzemplarz jak ja, który doskonale potrafił postępować z kobietami, to musiałem być jej. I tylko jej.

Z jednej strony byłem przerażony ciążą, a z drugiej poczułem, że chcę spróbować być ojcem. Bo to już był czas, miałem trzydziestkę. Wzięliśmy ślub, potem poród, małe dziecko, pieluchy, wrzaski, aż przestałem dawać radę. Gdzieś w głębi czułem, że to nieodpowiednia kobieta. Dziecko nawet kochałem i kocham do dziś, ale nie ją. Była przeciwieństwem wszystkiego tego, co kochałem. I zacząłem regularnie popijać, proszę pana. Najpierw dwa, trzy piwa, potem więcej, aż doszło do tego, że mając trzydzieści pięć lat, wypijałem sześć piw, a w weekendy i całą flaszkę. Po prostu nie dawałem rady. Oj, proszę pana, liczyła się dla mnie praca i alkohol, nic więcej. I nie chce pan wiedzieć, jak się wtedy czułem. Druga sprawa, że w nerwach bardzo ją krzywdziłem psychicznie. Wreszcie dwa lata temu się wyprowadziłem. Zostawiłem jej moje własne mieszkanie i poszedłem do wynajętego. Ale zachowała się na tyle dobrze, że rok później wyprowadziła się z dzieckiem. Tylko chciała sporej rekompensaty i alimentów.

I tak wróciłem tutaj i nadal obserwuję to słońce wstające w lewym oknie, potem podnoszące się w środkowym, by w prawym skłaniać się ku zachodowi. Ptaki już chyba inne przylatują, choć mam nieodparte wrażenie, że jeden wciąż mnie odwiedza. Mówi pan, że to niemożliwe. Nie wiem, ile żyje ptak. Od moich pierwszych dni w tym mieszkaniu minęło dziewiętnaście lat, dokładnie tyle, ile miałem, tu zamieszkując. Można więc też powiedzieć, że wtedy byłem w połowie drogi do tego, co dziś. Musiałem tak wiele przeżyć, aby zrozumieć, że te siedem kobiet, które były dla mnie ważne, to siedmioro pasażerów w tramwaju zwanym niegdyś miłością, potem pożądaniem, aby znów dziś myśleć, że to tramwaj zwany miłością. Tak, proszę pana, teraz gdy już nie piję, znów szukam miłości, ale nie jest łatwo, bo zbyt wiele bólu kłębi się w głowie. Trzeźwiejąc, musiałem zmierzyć się z każdą sytuacją, by zrozumieć, jak bardzo cierpiałem od dziecka, ale też jak bardzo krzywdziłem innych. I to pierwsze już się chyba, proszę pana, nie zmieni.

Powiem tylko panu, że był ósmy pasażer, którego dziś wolałbym nie mieć w ogóle. To on spowodował, że przestałem być czujny i dałem się złapać na ciążę. Gdyby nie on, nie piłbym tyle. Działa podstępnie, powoli, mami, mydli oczy, zagłusza sumienie i stwarza pozory siły. Widzę, że się pan krzywi. Mówię panu, sporo ludzi daje się omamić. A niektórzy uważają go za największego przyjaciela. Pyta pan, co jest tym ósmym pasażerem. Powiem panu:

– To zbytnia pewność siebie…

Rozmaryn

Rozmaryn

Scena, pokaz

– O mój rozmarynie, rozwijaj się, o mój rozmarynie, rozwijaj się, pójdę do dziewczyny, pójdę do jedynej…

Zofia właśnie nosiła świeżo narąbane drewno spod pieńka do komórki. Miała ponad siedemdziesiątkę na karku, a radziła sobie sama. Nawet mały ogródek uprawiała, a w nim trochę marchewek, pietruszki, buraków czy pomidorów.

Ułożyła ostatnie szczapy i poszła do swojej starej, pokrytej strzechą chaty. Wzięła się za pieczenie placków. W sklepie kupowała na ogół półprodukty i z nich sporządzała coś do jedzenia. Uważała, że tak jest taniej, a z tego, co zaoszczędzi, zostanie dla córki jedynaczki.

– Może dziś do mnie Kasia przyjedzie? Dawno jej nie było – mówiła, stojąc przy kaflowej kuchni. – Mówiłam jej, żeby tyle nie pracowała. Wiem, że ona chce dla dzieci, aby było im lżej, gdy dorosną, ale opieka i miłość są najważniejsze. Bez nich to żadne pieniądze nie dadzą szczęścia. Taki sam błąd zrobiłam ja. Ile bym dała, aby znów być młodą, urodzić ją i wychować na nowo, okazując miłość… Poza tym ta dzisiejsza moda… na pracę ponad siły i na wiele innych.

Kiedy już skończyła pieczenie placków, usiadła przy okrągłym stole, na którym w centralnym punkcie umieszczona była kilkudziesięcioletnia lalka. Posypała placki cukrem pudrem i już miała zacząć jeść, gdy zauważyła, że na drewnianym słupku obok stołu, przy oknie, z krzaczka rozmarynu opadła jedna gałązka. Wstała, sięgnęła po metalowy kubek z wodą ze studni i podlała roślinę.

– Tylko mi, kochany, nie umieraj – mówiła do rozmarynu. – Zimę przytrzymałeś, więc i teraz się nie wygłupiaj. Jak zwiędniesz, to zostanę sama. Dzisiaj Kasia obiecała, że przyjedzie, ale jest taka zapracowana…

Tymczasem Kasia udała się na bal charytatywny, którego celem była zbiórka pieniędzy na dom dziecka gdzieś pod Opolem. Założyła najpiękniejszą czerwoną sukienkę z wielkim dekoltem, do tego na szyi zawiesiła szur pereł, które kupiła po tym, jak zostawił ją mąż, a na ramię wzięła torebkę ze sztucznej skóry. Gwoździem programu miała być licytacja obrazów jednego z lokalnych artystów. Już wisiały na ścianie przeciwległej do okien. Jeden przedstawiał but z zapuszczonymi korzeniami w coś, co przypominało mózg, drugi to zbiór kilku nakładających się na siebie i różnokolorowych figur geometrycznych, a trzeci to wóz z sianem, na wierzchu którego siedziało dwoje obejmujących się starych ludzi.

Podszedł do Kasi mężczyzna w średnim wieku, ubrany w rozciągnięty sweter, stare dżinsy i wypastowane, ale nieco zużyte skórzane buty. Spojrzała najpierw na jego buty, skrzywiła się i rzekła:

– Wstydziłby się pan. Biedne zwierzaczki. – Pokiwała głową, jakby sama sobie chciała przyznać rację.

– Ale o co chodzi? – Zmarszczył czoło nieznajomy.

– Odejdź, człowieku. – Odwróciła się i oddaliła kilka metrów.

Godzinę później zaczęto licytację. Gdy sprzedawano obraz z sianem, przeszła do innego pomieszczenia. Chwilę potem wychyliła się i zobaczyła, że licytują ten z figurami geometrycznymi. Wróciła, dopiero gdy była kolej na ten trzeci obraz, przedstawiający buty z zapuszczonymi korzeniami.

– Cztery tysiące złotych. Kto da więcej? – grzmiał głos z podestu z przodu sali.

– Cztery sto – odezwał się mężczyzna w wyciągniętym swetrze.

– Tak być nie może – burknęła pod nosem Katarzyna. – Cztery dwieście!

– Cztery pięćset – odparł z uśmiechem tamten.

– Sześć! – Podskoczyła do góry.

Nastała cisza. Po sali rozniosły się szepty, a niektórzy z podziwem spoglądali na Kasię.

– Sześć tysięcy po raz pierwszy… po raz drugi… po raz trzeci! Wygrała pani w czerwonej sukience!

Rozległy się brawa, a twarze wszystkich skierowały się na nią.

– Pozwoli pani do nas – rzekł do mikrofonu mężczyzna prowadzący aukcję.

Kasia ruszyła dumnym krokiem, z wysoko uniesionym nosem i ustami ułożonymi w dzióbek. Pokonała dwa stopnie i stanęła przed mikrofonem.

– Co panią skłoniło, aby wziąć udział w licytacji? I przede wszystkim skąd taka duża suma? – spytał prowadzący.

– Dzień dobry państwu. Wzięłam udział w licytacji, bo nie mogę patrzeć, jak cierpią te dzieci. Nie mają rodziców, więc chociaż niech im czego innego nie brakuje. Bo tak wielu ludzi myśli tylko o sobie. – Spojrzała na mężczyznę w rozciągniętym swetrze i skórzanych butach. – Moi drodzy, trzeba współczuć innym! – podniosła głos.

Rozległy się gromkie brawa. Kasia wkraczała na pole chwały…

Zofia wstała od stołu. Była prawie dziewiąta wieczorem. Kasia nie przyjechała. Staruszka podeszła do słupka, pogłaskała krzak rozmarynu, przekręciła doniczkę, aby następnego dnia roślina była nasłoneczniona z drugiej strony i przeszła do łóżka. Zebrała z narzuty kilka rozpadających się ze starości lalek, płócienną wiewiórkę z urwanym ogonem i pieska, który kupiła Kasi na trzecie urodziny. Ściągnęła narzutę, przebrała się i położyła na wznak.

– A jak mi odpowie, nie kocham cię, a jak mi odpowie, nie kocham cię, ułani werbują, strzelcy maszerują, zaciągnę się…

Sierżant

Sierżant

https://cdn.pixabay.com/photo/2017/07/25/01/36/the-military-2536694_960_720.jpg

– Pluton, baczność! – wrzasnął sierżant Boruc.

Dwa szeregi żołnierzy, prężąc się, wykonały polecenie. Wśród nich był niewysoki blondyn z wyraźnie skwaszoną miną; miał na imię Janusz. Mimo iż słuchał rozkazów, to dało się wyczuć, że robi to dużo wolniej i mniej sprawnie niż inni.

– W prawo zwrot… – kontynuował sierżant Boruc – naprzód marsz!

Ruszyli. Zawsze po wieczornej zbiórce szli w okolice głównego budynku, aby tam jeszcze raz zasalutować przy wiszącym sztandarze. Dziś szeregowy Janusz Koryncki maszerował, powłócząc nogami. Przypuszczalnie miały na to wpływ całodzienne manewry na pobliskim poligonie. Nie miał dobrej kondycji ani ogólnej sprawności fizycznej.

– Szeregowy Koryncki, równaj! – rzucił bardzo ostro przełożony.

– Tak jest, panie sierżancie – wybełkotał Janusz i przeskoczył z nogi na nogę, zrównując marsz z pozostałymi.

– Szeregowy, co z wami jest?! Czemu, do jasnej cholery, wstąpiliście do armii?!

– Aby służyć ojczyźnie, panie sierżancie.

– Oj, szeregowy, odpowiadać to umiecie, ale żołnierz z was żaden!

– Panie sierżancie, już będzie w porządku! – Koryncki zdobył się na okrzyk.

– Jak nie, to zabawicie się w satelitę!

„Satelita” polegała na tym, że pluton maszerował swoim tempem, a żołnierz biegał wokół nich z podniesionymi rękoma. Dla sprawnego żołnierza jest to niezwykle męczące, a co dopiero dla takiego chucherka jak Janusz.

– Nie ma takiej konieczności, panie sierżancie! – wykrzyknął Koryncki, falując głosem.

– Po skończonym apelu do mnie!

– Tak jest, panie sierżancie.

Na koniec sierżant odszedł, zostawiając żołnierzy przed głównym budynkiem. Miał zwyczaj tutaj kończyć dzień, bo, jak twierdził, w tym miejscu czuć powagę armii. Poszedł do siebie szybkim, sprężystym krokiem, nie oglądając się za szeregowym Korynckim. Już nie pierwszy raz miało dojść do takiej rozmowy. Zawsze były uwagi sierżanta i zapewnienia o poprawie szeregowego. W końcu doszli do pokoju przełożonego. Boruc usiadł na swoim obrotowym krześle, założył nogę na nogę, całkowicie złagodniał i głosem już spokojnym zapytał:

– A teraz mi, synu, powiedz, czemu jesteś w armii.

– Bo chcę służyć ojczyźnie, panie… – szeregowy zaczął, ale przerwał to sierżant:

– Dość! Tak odpowiadać to możesz, jak jesteśmy wśród innych, a teraz mów prawdę.

– Ale to prawda…

– Albo zaczniesz mówić po ludzku, albo koniec ze specjalnym, lżejszym traktowaniem! – Boruc podniósł głos.

– Bo… – młody się wahał.

– Ja już słyszałem niejedną historię i nic mnie nie zdziwi. Jeden przyszedł, bo rzuciła go narzeczona, drugi, bo stracił oboje rodziców, a trzeci, bo nie wierzył, że w cywilu może coś osiągnąć. Ja chcę, chłopcze, dla ciebie dobrze, tylko muszę poznać prawdę.

– A czy ja mogę zadać pytanie? – spytał Janusz, ledwo otwierając usta.

– Dawaj.

– A po co panu sierżantowi to wiedzieć?

– Powiedzmy, że to moje hobby.

– Nigdy tego nie powiem! Wolę umrz…! – wykrzyknął szeregowy i nagle zamilkł.

– Jak se chcesz, ale moim zdaniem daleko tak nie pociągniesz.

– Czy to już wszystko, panie sierżancie?

– Oj, Koryncki, Koryncki, sam się prosisz o kłopoty.

– Czy już mogę iść?

– Nie!… – podniósł głos Boruc. – Co ja mam z tobą zrobić? Przecież wyraźnie odstajesz od wszystkich! A nie pomyślałeś, że ja też mogę mieć przez ciebie kłopoty?

– Przykro mi, panie sierżancie, ale staram się.

– Koryncki… Zróbmy tak. Jak powiesz mi, dlaczego tu jesteś, to ja postaram się załatwić dla ciebie przeniesienie do Radiówki.

– Ale ja wcale nie chcę, chcę być z obecnymi.

– Dobra, idź już do siebie, bo nie mam na ciebie siły. Jutro się zastanowię, co z tobą zrobić.

– Tak jest, panie sierżancie. – Koryncki odmaszerował.

A sierżant otworzył szufladę biurka i wyciągnął zdjęcie, które trzymał tam prawie od zawsze. Była na nim młoda kobieta, szatynka o niezwykle spokojnej twarzy, z jakimś emanującym smutkiem. Miała spuszczone oczy, a w dłoni trzymała pierścionek.

Boruc wrócił do domu. Otworzył drzwi, zrzucił buty i podszedł do stojącej w kuchni żony. Nie mieli dzieci. Pocałował ją w policzek, po czym bez słowa przebrał się i zasiadł w salonie przed telewizorem. Zatopił się w rozmyślaniach.

Ponad dwadzieścia lat wcześniej, gdy był plutonowym, w jednostce służył podobny żołnierz do Korynckiego. Miał na imię Staszek. Boruc starał się go doprowadzić do porządku, często wymierzając srogie kary czy ćwiczenia fizyczne. Wierzył, że z, jak to mawiał, wymoczka, da się zrobić żołnierza. Jednak się pomylił. Chłopak, nie mogąc znieść agresji współtowarzyszy nazywanej falą, popełnił samobójstwo.

Boruc poznał dziewczynę Staszka, Olę i spotkał się z nią poza koszarami na długim spacerze. W pewnym momencie ukradkiem uronił kilka łez.

– Jego śmierć to moja wina! To ja podsycałem te chore wymagania! Gdyby nie ja, to inni daliby mu spokój! – wyznał.

Dziewczyna milczała i tylko od czasu do czasu spoglądała na niego kątem oka.

– Nie wiem, jak mam cię prosić o wybaczenie – ciągnął.

– Tego już nie cofniemy. Staszek sam chciał do wojska, wiedział, w co się pakuje – odrzekła.

– Ale mam kogoś na sumieniu!

– Pan się nie nadaje na żołnierza – odparła po chwili.

– Ale to wszystko, co w życiu mam.

– A rodzina, przyjaciele?

– Mam w zasadzie tylko żonę, bo przyjaciele mają swoje życia i widujemy się jedynie czasami – zawiesił głos, nabrał głęboko powietrza i dodał – co ja mogę zrobić, aby to naprawić?

– Być łagodniejszym. To najważniejsza ludzka cecha. Wszędzie jest na to miejsce – mówiła spokojnie.

– Ale to wojsko! – rzucił rozpaczliwie.

– Kompromis, tego trzeba.

Szli dalej w pobliskim lesie, on już nie wiedział, co ma mówić, a ona wcale nie wykazywała ani złości, ani tym bardziej nienawiści za to, co się stało. Pomyślał, że to jest ta jedyna kobieta. Nie żona, ale właśnie Ola. Zakochał się w niej. Po tym, co się stało. Wpływ na to miała niewątpliwie jej niezwykła, spokojna i delikatna uroda. Mawiają, że są kobiety, na widok których furczy w rozporku, a są takie, z którymi się chce spędzić resztę życia. I do tych drugich zaliczała się Ola.

Następnego dnia Boruc znów wziął do siebie szeregowego Korynckiego.

– Przenoszę cię do Radiówki – oznajmił tonem nieznoszącym sprzeciwu.

– Ale panie sierżancie…

– Cicho bądź, bo inaczej porozmawiamy.

– Nie zgadzam się! – wykrzyknął Janusz. – To teraz niech pan posłucha. Jestem tu po to, aby stać się prawdziwym mężczyzną, bo dziewczyna odeszła ode mnie z takim!

– I co, chcesz mu dorównać? A może wpierdolić? Synu, po co ci to? Nie była ciebie warta.

– Już żaden nie będzie nade mną panował! Kobiety lubią silnych facetów!

– Tak myślisz? – uśmiechnął się sierżant.

– Tak!

– To ja ci powiem, że nie wszystkie. Są takie, które by wiele oddały, aby być z kimś delikatnym. Owszem, zdecydowanym i stanowczym być powinieneś, ale nie staraj się dorównać innym, bo źle na tym wyjdziesz. Jak będziesz chciał być jak inni, to zatracisz samego siebie.

– Dlaczego pan sierżant mi to mówi! – wrzasnął Koryncki.

– Łagodność, to najważniejsza ludzka cecha – niemal powtórzył słowa, które przed dwudziestoma latami usłyszał od Oli.

– Ale ja chcę być silnym i męskim! – Janusz starał się podnosić głos, ale wyraźnie ogarniały go emocje.

– Nie musisz. Wilk powinien pozostać wilkiem, a łania łanią. Inaczej będą same kłopoty. – Spojrzał na szeregowego, przyłożył palec do ust, dając mu do zrozumienia, aby milczał i dodał – masz trzy dni na decyzję, czy chcesz do Radiówki, bo na siłę cię tam nie przeniosę. A teraz wracaj do siebie i pamiętaj: łagodność, tego nam trzeba.

Boruc po skończonej dość wcześnie służbie wsiadł w samochód i pojechał prawie sto kilometrów dalej, gdzie niegdyś mieszkała Ola. Cała ta sytuacja z Korynckim przypomniała mu ją za bardzo. Co prawda sam nie wierzył, że ona nadal tam mieszka, ale chciał poczuć w sobie tę wieczną miłość. Zastanowił się, czy mimo wszystko kocha żonę. O dziwo odpowiedział sobie na to pytanie pozytywnie. A kogo by wybrał – żonę czy Olę? Oczywiście, że Olę. Ale ta druga była tylko w jego marzeniach, nie widział jej od dwudziestu lat. Jak teraz wygląda? Czy nadal ma to samo spokojne spojrzenie, ten smutek wypisany na twarzy? I to coś, że chciałby z nią spędzić resztę życia? Druga sprawa, czy Ola poznałaby teraz jego? Przecież widzieli się tylko dwa razy: pierwszy raz na tym pamiętnym spacerze po lesie, a drugi u niej w domu, gdy pozwoliła zrobić sobie zdjęcie z pierścionkiem, który dostała od tragicznie zmarłego Staszka. Boruc chciał, aby to zdjęcie było właśnie z tym pierścionkiem, bo miał mu przypominać, żeby znów nie popełnił podobnego błędu. W końcu zaparkował samochód przed jej domem, sam się z siebie podśmiewając:

– Ależ ja jestem głupi… Dziewczyna ma od dawna swoje życie, a ja szukam duchów przeszłości – mówił do siebie półgłosem.

Ale w pewnym momencie zobaczył, że z domu wychodzi kobieta około czterdziestki, z zawiązanymi chustką włosami. Poznał ją! Od razu! To była Ola! Przez chwilę wahał się, co robić, ale coś go tknęło i wyskoczył z samochodu.

– Cześć – zaczął bardzo niepewnie.

– A my się znamy? – spytała.

– Spotkaliśmy się dwukrotnie dwadzieścia lat temu. Przykro mi, że to przypominam, ale jestem tym zwyrodnialcem, który doprowadził do śmierci twojego chłopaka.

Spojrzała na niego, uważnie się przyjrzała, po czym delikatnie uśmiechnęła i stwierdziła:

– Skoro tu znowu jesteś, to nie taki z ciebie zwyrodnialec.

– Przepraszam, ale musiałem cię jeszcze raz zobaczyć. – Spuścił głowę, nie za bardzo wiedząc, jak się zachować.

– W zasadzie szłam do sklepu, ale to może poczekać. Wejdźmy – zaproponowała.

Usłuchał i za chwilę zaprosiła go do kuchni, tłumacząc, że gdzie indziej ma bałagan.

– Nie możesz zapomnieć? – spytała.

– Ani jego, ani ciebie – odrzekł automatycznie, bez zastanowienia, ale od razu ugryzł się w język.

Uśmiechnęła się, spuściła po swojemu oczy, podała mu kubek z kawą i dodała:

– Nie wiem, czy się cieszyć, że o mnie pamiętasz, ale prawda jest taka, że od śmierci Staszka z nikim się nie związałam. Nadal go w jakiś sposób kocham. I mam z nim dziecko.

Boruc zaniemówił, nie wiedział, co powiedzieć. Jeszcze tego brakowało, żeby przez jego własne działania ktoś nie miał ojca. Po raz kolejny ogarnęły go wyrzuty sumienia. Ale na dobrą sprawę nigdy się ich nie pozbył – jedynie wyciszone szemrały gdzieś w jego podświadomości.

– Ale syn był tak głupi i poszedł w ślady ojca – ciągnęła.

– To znaczy? – wymamrotał.

– Służy w wojsku.

To Borucowi całkowicie odebrało mowę. Pił tylko kawę i chciał jak najszybciej wyjść. Po cholerę tu w ogóle przyjeżdżał?

– Ty nadal w tej samej jednostce? – spytała po dłuższej chwili.

– Tak.

– To on jest u ciebie. Ale możesz go nie kojarzyć po nazwisku, bo ma je po mnie. Nie chciałam dawać mu po ojcu, sama do końca nie wiem dlaczego. Chyba bałam się, aby właśnie nie poszedł w jego ślady.

Boruc poczuł gigantyczne ściskanie w żołądku. Ola dodała:

– Pokaże ci jego zdjęcie, poczekaj. – Wyszła i wróciła z nim.

Był na nim…

Szeregowy Koryncki.

Zmęczony

Zmęczony

Alkoholizm, Pacjenci, Alkoholików

Rafał wrócił do domu około dziewiętnastej. Wejściowe drzwi przywitały go skrzypieniem i przeniknął z jesieni na zewnątrz do dudniących pustką czterech ścian. Nawet jego żona nie zapełniała tej pustki. Ale teraz jej nie było, mimo iż prawie zawsze wracała przed nim. Zdejmując buty, zastanowił się, co się z nią dzieje. Może jakieś pilne zadanie służbowe, a może poszła na zakupy? Przebrał się i zaczął robić obiad.

Gdy kończył przygotowywanie obiadu, weszła Monika.

– Jak tam w pracy? – spytała.

– Wiesz co?… – Spojrzał na nią ze skwaszoną miną. – Cały dzień się modliłem, aby iść już do domu. Piątki są najgorsze.

– No to odpoczniesz, bo poniedziałek wolny.

– Wreszcie. A możemy nie jechać do twoich rodziców?

– No co ty! Przecież to urodziny mamy! – Monika rozłożyła ręce.

– Najchętniej uciekłbym od tego życia na dłuższy czas. – Przeszedł do salonu i klapnął na kanapie.

– Ode mnie też?

– Nie, ale czasem marzy mi się kilka dni w samotności.

– Ta robota cię wykończy, może powinieneś ją zmienić?

– To nie robota. Przecież wiesz. – Zrobił żałosną minę.

– Nie rozumiem cię. Dawno się odciąłeś od domu rodzinnego, a ciągle tam wracasz myślami. Zostaw to, żyj chwilą, ciesz się tym, co masz.

– Myślisz, że to tak łatwo? Nie da się pewnych spraw zapomnieć. Kto miał w dzieciństwie tak ciężko jak ja? Mam ci przypominać? Niemal wszystko, co złe, spotkało mnie. Śmierć matki, ojciec alkoholik, pobyt w domu dziecka, uprowadzenie przez tego zboka. To cały czas we mnie żyje. Najgorsze było to opuszczenie przez rodziców. Policja zabrała mnie od nich. I jak po czymś takim w ogóle wierzyć w ludzi, no jak?

– Ale już dobrze, kocham cię, jesteś dla mnie najważniejszy. – Monika spuściła głowę, przetarła twarz dłońmi i ciężko westchnęła. – To się dla ciebie nie liczy? Niektórzy nie mają nic. Ani pracy, ani kochającej żony, ani domu. Użalasz się nad sobą!

– Nie użalam się! – krzyknął i zaczął machać prawą stopą.

Popatrzyła na jego nerwowe ruchy i odwracając się, rzuciła:

– Czasem mam wrażenie, że kochasz tylko siebie, a mnie masz gdzieś.

– Nie! – ryknął. – Próbuje sobie jedynie wytłumaczyć, dlaczego mam tak ciężko!

Nie odpowiedziała.

Poszedł do kuchni, wziął czteropak zimnego piwa i wrócił na kanapę. Włączył telewizor. Który to już raz Monika go nie rozumie? Przecież widzi ciągłe balansowanie na granicy poddania się. Inny na jego miejscu to dawno dałby za wygraną i zamknął się w szpitalu psychiatrycznym. Z taką przeszłością mógłby stać się degeneratem, alkoholikiem czy bezdomnym. Ale on musi radzić sobie bez niczyjej pomocy, więc jest naprawdę silny. A to, że lubi ponarzekać? Że czasem zastanawia się, czy żona jest tą właściwą? Albo myśli o zmianie pracy. Od narzekania jeszcze nic złego nikomu się nie stało. Narzekając, przynajmniej wie, jak ma ciężko.

Kilka dni później wrócił do domu około dziewiętnastej, a Moniki jeszcze nie było. Znów. Przygotowywanie obiadu z ledwością wyrywało go ze szpon własnego umysłu. Ponownie nie czekał na nią, mimo iż to ona zwykle gotowała. Ciszę mieszkania rozcięły otwierające się drzwi, kiedy już jedzenie stygło. Podszedł i wyczuł od niej woń alkoholu.

– Byłaś z koleżankami? – spytał.

– Tak, tak – odpowiedziała w jakiś dziwny sposób.

– Czyli nie muszę być zazdrosny?

– No co ty? – podniosła głos. – Weronika się zakochała i chciała pogadać.

– Zjedz, bo zaraz będzie zimne – rzekł po chwili.

– Nie jestem głodna, coś jadłyśmy.

Zbliżył się do niej, przytulił i wyraźnie poczuł nutę jakiegoś męskiego zapachu perfum.

– Ale pachniesz dziwnie… – Zmarszczył czoło.

– Mówiłam Weronice, że te perfumy to dla faceta.

– Takich używa?

– Tak, na dodatek sądzi, że do niej pasują.

Wrócił do salonu, kanapa objęła miękkością jego ciało. Rzucił w jej stronę:

– Dzisiaj mam dość. Że ja jeszcze daje radę. Możesz być dumna, że z taką przeszłością jestem kimś.

Nie odpowiedziała. Zamknęła się łazience i siedziała tam dobre pół godziny. On jak zwykle wyciągnął czteropak i gapiąc się w telewizję, niespiesznie wypił.

Trzy dni potem dostał od Moniki sms-a, że wróci później. Znowu będzie wspierać Weronikę? Przecież dotąd takie spotkania zdarzały się góra raz na pół roku. Wrócił do domu i nawet nie wziął się za obiad. Tylko chodził w kółko po salonie, popijając piwo, a pustka czterech ścian wypełniała się nerwowością. Jedynie włączył telewizor, ale zarówno obrazy, jak i dźwięki prześlizgiwały się gdzieś poza świadomością. Przyszła tym razem prawie o ósmej.

– I gdzie tym razem? – spytał.

– Ta Weronika nie da nam spokoju. Normalnie gadała, że faceci to świnie, a teraz widzi w nim księcia z bajki.

– Mam dość! – ryknął.

– Kochanie, o co ci chodzi? – Zrobiła dwa kroki w jego stronę, próbując skruszyć właśnie wybudowany mur.

– A ja myślę, że spotykasz się jakimś facetem!

– No co ty… Koch… – zawiesiła głos. – Ale z drugiej strony masz prawo być zazdrosny. – Uśmiechnęła się. – Kto wie, co mi po głowie chodzi.

– Nie nakręcaj mnie.

– Wiesz co? Myśl, co chcesz, ja wychodzę. – Włożyła z powrotem buty i bez słowa zostawiła za sobą niedomknięte drzwi.

Wisiał gdzieś między stagnacją a gwałtowną reakcją, aż napłynęła fala wciągająca go w czeluści własnej bezsilności. Domowe klapki odezwały się echem ścian klatki schodowej, aż w końcu nienaturalnie biły po oczach w sklepie z alkoholem. Kupił pół litra i wróciwszy, patrzył na zbyt szybko obniżający się poziom w butelce. Zasypiając, majaczyło się, że widzi żonę w objęciach przystojniejszego i bardziej męskiego faceta.

Tydzień później znów w trakcie pracy odczytał od niej wiadomość, że spotka się z Weroniką. Fotel, w którym siedział, wchłonął kurczące się ciało, a mózg szalał, poklatkując przeszłość. Kolejny raz dudniły głosy kolegów śmiejących się, że jego ojciec jest degeneratem, koleżanek, które omijały go z powodu zaniedbania, i tego faceta, który go uprowadził. Nie wytrzymał. Wszedł do szefa i poprosił o wolne na ten dzień. Wyszedł w szarość namysłowskich ulic, a nogi smętnie nie nadążały. Widok budynku firmy Moniki obudził czujność. O siedemnastej zobaczył ją wychodzącą z jakimś facetem. Ukrył się za rogiem i chwilę później, przypominając postać z detektywistycznej kreskówki, wymierzał niepewnym krokiem kolejne, tłukące go po zmysłach płytki chodnikowe. Tamci trafili do niewielkiej knajpki kilka przecznic dalej. Pobliskie krzaki pochłonęły jego postać, jedynie dając miejsce na świdrujący, skierowany w stronę knajpki wzrok. Klapnął na ławce, skulił się w kłębek i zapłakał.

Wtoczył się do domu bez świadomości, ale za to z dużą butelką wódki. Pieprznął kurtkę byle gdzie, podobnie zrobił z butami i znów wchłonęła go przeszłość. Cykliczne butelkowe bulknięcia wyznaczały rytm upodlenia. I wkrótce zimny, obcy sen, mimo wszystko, wyrwał go z koszmaru.

Od tego dnia coraz częściej pochłaniał go duch ognistej wody. Wielokrotnie szedł do pracy wczorajszy. Kolejne dni witały go następnymi falami obaw i lęków. I chyba już się pogodził. Z porażką. Tą, która wisiała nad nim, od kiedy tylko pamiętał. Nawet wspólne noce z Moniką nie mogły go wyrwać z maligny. Z jednej strony dopytywała, co się dzieje, a z drugiej coraz częściej nie wracała na czas.

Miesiąc później zwolniono go za, jak to nazwano, rażące uchybienia i podejmowanie pracy w stanie wskazującym. Droga powrotna do domu wydłużała się z każdym krokiem, a drzwi wejściowe otworzyły czeluści piekieł. Padł na kanapę z dużą butelką wódki, której moc była większa od wszystkich tragedii tego świata. Kończąc ją, zwlókł się i niemal popełzł po kolejną. Ironiczny uśmieszek sąsiadki nawet nie dotarł do jego świadomości. Gdy pił tę drugą, ściśnięcie żołądka zmusiło go do oddania zawartości prosto na dywan, a żałosne jęknięcia wypełniły salon. Był degeneratem. Był nikim.

Następnego dnia promienie słoneczne zapukały w jego powieki z nieznośną bezczelnością. Otworzył oczy i widział obraz, który był reminiscencją z rodzinnego domu. Zarzygany dywan, dwie puste flaszki i zbliżający się brak środków do życia. Teraz to już pewnie będzie czekał go szpital psychiatryczny. Głuchą ciszę przerwała Monika.

– Co ci?

– Wracaj do tego swojego kochanka, a ode mnie się odwal!

– Ale ja nie mam żadnego kochanka. – Uklękła obok kanapy, wzięła go za rękę i spytała – byleś u mnie pod firmą i widziałeś?

– Tak, śledziłem was. Odejdź!

– Rafałku, to nie tak… – Spuściła głowę.

– Zwolnili mnie z roboty. To już koniec. Rozumiesz? Koniec!

– O matko… – Rozpłakała się. – Ja chciałam, żebyś był zazdrosny. Specjalnie to zaaranżowałam. Myślałam, że się po tym weźmiesz w garść i przestaniesz narzekać. Ty wiesz, jak miałam tego dość? Niemal każdego dnia słyszałam, jak to miałeś ciężko. To nawet najsilniejszego by załamało. – Skuliła się w kłębek, a jego uszy musiały słuchać przeraźliwego szlochu.

Mężczyzna jest, jaki jest i nie ma co przy nim majstrować. Im szybciej kobieta to zrozumie, tym lepiej dla niej. I dla niego. – Maria Czubaszek