Chwalimy się

Chwalimy się

Chciałbym się pochwalić, że wczoraj dotarła do mnie informacja, iż w konkursie literackim „Opowiem Wam Historię” w DK Arsus zdobyłem I i II miejsce, odpowiednio za teksty:

„Cywilizacja” (wymyślona historia miłości dwojga ludzi z ulicy Rolnej w Warszawie, która została podzielona przez wielki Ursynów na dwie części)

oraz „Szlak zbieraczy kawy” (historia oparta na faktach, jak pracownicy PKP, a konkretnie Warsu wynosili do domu trudno dostępną w czasach PRL kawę.)

Niestety tekstów na razie nie mogę zaprezentować z powodu umowy z konkursowej.

Nieśmieszny śmiech — dribble

Nieśmieszny śmiech — dribble

Żałoba, Kobieta, Płakać, Zniszczenia, Ból, Emocje

Dwa lata wcześniej Piotr popełnił samobójstwo, kiedy wyśmiała go Ola.

Od tego dnia Ola nie śmiała się już wcale. Unikała śmiechu za wszelką cenę. Znienawidziła śmiech. I zaakceptowała swój smutny stan.

Pewnego razu kolega chciał poprawić jej humor i opowiedział dowcip, który sprawił, że Ola niestety zaczęła się śmiać wniebogłosy…

Apokatastaza

Apokatastaza

Wstał niepewnie z łóżka, myląc pierwszą nogę z lewą. Pomyślał, że przetrze czarne od ropy krwiste oczy i podrapie się po racicach. Tak tylko pomyślał. Ruszył w ciężki dzień, klucząc między palącymi wspomnieniami. Pamięć zapłonęła magmą.

O jedenastej odbył rozmowę. Rozmówcę zaczęły palić zwinne kieszonkowe dłonie.

O trzynastej pewna kobieta, wychodząc od niego, po raz pierwszy uśmiechnęła się do lustra.

O piętnastej jednak narodziło się dziecko z objawami downa dwa piętra nad nim.

O siedemnastej wmuszał w siebie wykwintny posiłek.

Wieczorem ułożył się na brzuchu, twarzą do poduszki. Tak nie czuł nabrzmiałej samotności.

Zmarł dokładnie o północy, w godzinę duchów.

Jak?

Jak?

jak się masz

pra-nowy człowieku

każdy twój ruch wywodzi się z arcnetu

przymrużam oczy

ponieważ tylko w słońcu cię znajduję

*

jak się masz

osobniku w kolorach tej bajki

gdyż nieme kino jest zbyt szare i niemega

*

jak się masz

wykonując swoje obowiązki tak

że krzywisz się na smutek przełożonego

lecz nie na pamięć własnych czynów

*

jak się masz

w świecie gdzie dalej do przodu to cel i meritum drogi

a każdy odważnik kupiony być musi – musi – z uśmiechem

bo inaczej nie jesteś chwat

*

jak się masz

wieszając na lodówce i lustrze carpe diem

i wykrzykując

przeciwcielcowy bunt

*

bez cienia wątpliwości

Kobieta – rozdział II

Kobieta – rozdział II

Hej. Chciałem Wam przedstawić fragment mojej nieukończonej książki, którą pisałem 2,5 roku temu, kiedy jeszcze byłem słaby w pisaniu. Są błędy zarówno w powtórzeniach, literówki, jak i nawet gramatyczne. Ale chodzi mi o opinię, czy warto nad tym pracować. Na pewno książka jest bardzo, ale to bardzo kontrowersyjna, mogłaby wywołać nawet skandal i protesty feministek. Ale wiem, że ludzi podobni do bohatera istnieją…

Obudził go budzik z telefonu o ósmej. Czuł się nadal podpity, ale nie miał wyboru, trzeba jechać. Wykąpał się, wypił szybką kawę, zamówił taksówkę.

Wieczorem położył się w łóżku około dwudziestej. Już się przebrał w piżamę. Jeszcze nie chciał spać, ale miał wszystkiego dość. Przedtem tylko posprzątał niezmyte naczynia, nieco ogarnął całe mieszkanie, wyrzucił śmiecie. Dbał o porządek, mimo iż mieszkał sam i nikogo się nie spodziewał w najbliższym czasie. Zawsze taki był. Leżał i myślał:

„A może by tak spróbować związać się Anią? W końcu mówiła, że mam artystyczną duszę. Może dostrzegłaby we mnie to, co najważniejsze? Może jest podobna do Dagmary? Ale nie. Jej nic nie zastąpi. Już czas zacząć żyć, a nie tylko chlać piwsko. W końcu po coś zarabiam ciężkie pieniądze. To dla tej jedynej. Bo po co mi to wszystko? No, po co? Ani to nie wyjeżdżam nigdzie, bo wolę siedzieć w domu i chlać, ani nawet nie chodzę na koncerty czy do teatru. A w dobrej restauracji bywam tylko służbowo i to też nie za często. Jak Olka mnie zaprosiła, to ją niemal natychmiast wyciągnąłem i przyprowadziłem tutaj. Aby zerżnąć. I chciała tego. Nie liczyła na miłość, chciała tylko się pieprzyć i to mi się podobało. Co z tego, że po siódmym spotkaniu miała ochotę na coś więcej? Ja nie chciałem. Bo rzygać mi się chcę, jak patrzę na te napalone suki. Ja to mógłbym ją posuwać do dziś, bo robiła to jak mało która. O, Ania taka nie jest. Była trochę nieobecna, może natchniona. Nie skupiała się, aby mi zrobić dobrze, po prostu odpływała. I to lubię. Muszę wymyślić dla niej na następny raz coś szczególnego. W sumie ją też tylko rżnąłem, ale teraz widzę, że jest inna. A może mi się tylko tak wydaje? Tylko o co jej chodziło, że może mi pomóc? W czym? Stanie się Dagmarą, czy co? Stań się nią, to pomożesz, a nie pieprzysz głodne kawałki. Następna laska, która uważa, że może naprawić świat. A potem taka mężowi nie daje żyć, bo uważa, że może go naprawić. Ale nie naprawia, tylko dostosowuje do swoich wyobrażeń. A jakoś jedna z drugą nie potrafi zaakceptować. Egoistki. Anka mówi, że jestem artysta, a chce mnie zmieniać. A zmień się sama… Nie, muszę się napić.”

Przebrał się i wyszedł do sklepu. Kupił cztery piwa. Mniej niż zwykle, ale wiedział, że następnego dnia będzie miał ciężko, a poza tym zdawał sobie sprawę, że kilka dni z rzędu, to nic dobrego. Wrócił, zasiadł przed komputerem i otworzył pierwsze. Jak zwykle był to żywiec. Innego prawie nie pijał. Kiedyś próbował i innych polskich, i czeskich, i słowackich, i niemieckich, ale żywiec najbardziej mu smakował. Lubił jego charakterystyczny posmak zostający na języku jeszcze dość długo. Otworzył Facebooka i po raz kolejny próbował odnaleźć Dagmarę. Wpisywał jej imię i nazwisko, ale wyskakiwały tylko jakieś nieinteresujące go panienki. Jedna uśmiechnięta, stojąca pod palmą, druga z dzieckiem na ręku, trzecia gówniara w towarzystwie dwóch chłopaczków. Ale jej nie było. Po raz kolejny. Próbował odnaleźć Iwonę, bo to była jej przyjaciółka, ale jej też nie znalazł. Kiedyś miał ją Naszej Klasie, ale po tym, jak wykasował swoje konto, bo był wkurzony na wszystko i wszystkich, stracił kontakt. Iwona też żyła na bakier i mógł przewidzieć, że nie ma konta na Facebooku. Jak odnaleźć Dagmarę? Może nadal jest wolna? A nawet jak ma męża czy faceta, to przynajmniej Franek mógłby zamknąć tę historię, a tak żył w zawieszeniu. A może nie chciał jej zamknąć?

Otworzył drugą puszkę, spił piankę z siorbnięciem i wypił dwa głębsze łyki.

„A może Ania nie jest taka zła? Może nie chce zmieniać kogoś dla siebie, tylko pomóc? Ale mnie nie może pomóc. Nie po Dagmarze. Wydrukuję zdjęcie Dagmary i położę Ance na twarzy, jak będę ją posuwał. Chce mi pomóc, to niech się na to zgodzi. Taka mocna jesteś? Chcesz pomagać? To zrób to. Wtedy będę wiedział, że nie robisz tego dla siebie… Ale tego to i ja bym nie chciał, bo wtedy wolałbym grać i śpiewać, a nie bzykać. A one lubią bzykanie. I ja też. Ale one bardziej. My, faceci do tego dążymy, bez tego żyć nie możemy, ale one bardziej to lubią. I bardziej potrzebują. I lubię je posuwać. Najbardziej mi się podobało, jak Jolkę doprowadziłem do dwóch orgazmów. Taka była zadowolona. Ale ją mam w dupie. Chciała jeszcze się spotykać, ale zaraz by się zakochała. Jeszcze tego by mi brakowało. Mieć na głowie czyjąś miłość. I nie wiem, czy dalej spotykać się z Anką, bo ona też może się zakochać. Ale chcę tego. Bzykać i patrzeć, jak przymyka oczy z rozkoszy. I prawie w ogóle nie jęczy. Zamknięta w sobie. To dobry znak. Ale na co dobry znak? No, na co?” – Odłożył drugą puszkę, otworzył kolejną, spił piankę po swojemu i spojrzał na gitary.

„Kiedyś grywałem nawet dwie godziny dziennie, czasem więcej, a teraz wiszą i marnieją. Ale może kiedyś jeszcze będę grał? Chciałbym. Ale nie jestem w stanie. Muzyka jest pusta, płaska, jak laska bez cycków. Ale nie cycki są najważniejsze, choć bez nich to jak posuwać faceta. Najważniejsze co mówi o mnie. A Anka mówi, że mam duszę artystyczną. Może by spróbować ją poznać i się z nią związać? Tylko że ona chce zmieniać. Właśnie, zmieniać, czy pomagać? Może jedyna, która myśli o czyimś szczęściu. Zadzwonię do niej za dwa dni. Wcześniej to nie, bo pomyśli, że chcę za bardzo. A jak za dwa dni, to będzie wiedziała, że na zbyt dużo nie może liczyć. Że mam swoje życie. Ale chyba i tak o tym wie, bo mówiła, że nie chce się narzucać. A może zrobiła to tylko po to, aby stworzyć pozory? Udaje. Na pewno siedzi teraz w domu i marzy o mnie. Ale spotkam się z nią i jak tylko zobaczę, że się zakochuje, to pogonię. Mam dość zakochanych lasek.” – Otworzył trzecią puszkę, spił piankę, wypił dwa głębokie łyki i poszedł się odlać. Zwykle potrafił wypić nawet siedem bez sikania, ale teraz go przypiliło. Wrócił.

„Jak chłopaki z zespołu byli zazdrośni o Dagmarę, gdy przyszła na próbę z ciastkami. Grzesiek aż wyskoczył zza perkusji. Tylko Robert cały czas brzdąkał na basie. Jedyny, któremu nie zawróciła w głowie. A może też zawróciła, ale nie dał tego po sobie znać? A potem siedziała i słuchała, jak gramy i śpiewam. A gdy graliśmy tę jej ulubioną, to zamknęła oczy i tak pięknie wyglądał. Teraz miałbym ochotę uklęknąć przed nią i śpiewać na kolanach. Ale byłem wielki artysta i to ona miała piać na mój widok. Jaki ja byłem głupi. Potem odprowadziła mnie do domu. Nie ja ją, ale ona mnie. Bo artystę trzeba odprowadzać do domu. A ja nawijałem o tej swojej muzyce. A ona słuchała. I lubiła słuchać.

Ale teraz też bym chciał, aby ktoś posłuchał mojej muzyki i o niej chciałbym pogadać. Tylko że żadna jej nie zrozumie. Nie to, co Dagmara. Te tylko sikają majtki, jak śpiewam i gram. I żadnych głębszych przemyśleń. A nawet jak co nieco zrozumieją, to nie wiedzą, jak to odnieść do mojej osoby. Przecież moja muzyka, to część mnie. To moja dusza. A one najwyżej, że ładne, mądre i romantyczne. A w dupie mam tę ich romantyczność. Teraz jakbym miał coś napisać, bo byłoby śmieszne i wesołe. Żadnego uzewnętrzniania się. Przynajmniej nie musiałbym słuchać tych głodnych kawałków, jakie to wspaniałe i romantyczne. Najgorsze słowo na świecie – romantyczność. A jak się pieprzą, to nie w głowie im romantyczność. Jak dobrze je dopcham, to wtedy są zadowolone. Pamiętam ten dowcip: kiedy kobieta jest najbardziej zadowolona? Kiedy się naga-da. A kiedy jest najmniej zadowolona? Kiedy powie gnie-wam się. Opowiedziałem to w czwartej klasie liceum facetowi od matmy. Był starszy, miał ponad sześćdziesiątkę. A on, że czasem może się tak zdarzyć, ale zwykle tak nie jest. Ale lubiłem go. A czemu to powiedziałem, nie zważając na jego wiek? Bo nie myślałem. Ale było śmiesznie.

Dagmara była naprawdę romantyczna. Kiedyś opowiedziałem jej dowcip o seksie – nie pamiętam jaki – to spuściła głowę i przez dłuższy czas się nie odzywała. Wiem, że wolałaby posiedzieć przy świecach, niż się bzykać. Posłuchać muzyki, pogadać o poezji, o książkach. To powinna być moja żona. A może teraz lubi się bzykać i nie daje mężowi spokoju? Kto wie? Ale wtedy była święta, czysta, nieskalana.” – Otworzył czwartą puszkę, spił piankę i wypił dwa łyki.

„Tylko widok nagiej z Anki z kotem na kolanach zrobił na mnie wrażenie. Ładna jest, bardzo ładna. Cycki ma nie za duże, jak lubię, pośladki zgrabne, brzuszek wklęsły. Może by z nią spróbować? Na dłużej?… Ale jakoś nie mogę… Chociaż?… Polubiłem ją. Jak to fajnie by było położyć się wieczorem koło kobiety. Zamiast chlać. W sumie nie ma żadnych skutków tego, że popijam. Słyszałem, że wątroba może wysiąść, ale jest dobrze. Staszek nawet coś wspominał o Anonimowych Alkoholikach, ale to nie dla mnie. Banda nieudaczników niemogących poradzić sobie samemu. Na pewno każdy ma fioletowy nos i cuchnie na kilometr. A może odwyk? Zamknąć się na dwa miesiące i może to spowoduje, że przestanę chlać? Ale tam też są ludzie z przymusu i na pewno to degeneraci, a tacy tylko jeszcze gorzej by na mnie podziałali… Nie, nie jestem alkoholikiem, bo przecież dobrze sobie radzę w pracy. I z laskami. Jak będę chciał, to przestanę pić. Ale nie chcę. Bo lubię to. Zresztą nie wyobrażam sobie, aby tak o suchym pysku cały tydzień. Człowiek musi się zresetować. Wtedy odpływają emocje i jest dobrze. I teraz jest mi dobrze. Ale chyba lepiej byłoby z… Może z Anią? Jest inna niż wszystkie. Chciałbym ją teraz przytulić. Po prostu przytulić. Ale żeby nie była zbyt nachalna. Tak jak Zośka. Jak ją rżnąłem, to darła się! A potem jak się położyliśmy, to mało mnie w siebie nie wciągnęła. Zachłanna suka. Ale Dagmarę to był przytulał, ściskał. Nawet gdybyśmy się kochali, to potem bym ją przytulał… Dobra, czas do łóżka.” – Odstawił czwartą puszkę koło fotela,

Poszedł się odlać, wrócił do łóżka, przebrał się w piżamę, ukląkł i chwilę się pomodlił. Położył się. Ale nie mógł usnąć. Gapił się w telewizję na jakiś głupkowaty film. Lubił filmy akcji. Te z Van-Dammem, ze Stallonem i z Jackie Chanem. Kiedyś wybierał bardziej ambitne, ale teraz właśnie takie. Miał już dość myślenia. Leżał, gapił się i wiedział, że jeszcze długo nie zaśnie. Usnął dopiero około czwartej w nocy.

Następnego dnia wracał autobusem z pracy. Była prawie dwudziesta. Już się powoli ściemniało, nie padało, ale było chłodno. Ubrany był w garnitur i płaszcz. Krawat zdjął, wychodząc z firmy. Nie lubił krawatów, ale wiedział, że musi je nosić od czasu do czasu. Zwykle zakładał dżinsy i lekką marynarkę, ale tym razem miał spotkanie z firmą z Holandii, o której rozmawiał w niedzielę ze Staszkiem. Wypadło nieźle. Musiał się wysilać, bo co prawda mówił po angielsku, ale niezbyt płynnie. Z porozumiewaniem się nie miał problemów, ale wygłaszać przemowy, to było za dużo. Stał na końcu pojazdu, opierał się o poręcz przy tylnej szybie i zastanawiał się, czy tego dnia kupić sobie kilka piw na wieczór. Z jednej strony to jego życie, aktualny sposób na stres i całą rzeczywistość, ale tez zdawał sobie sprawę, że nie powinien tak codziennie. W sumie miał w domu ze trzy butelki wódki, tak na wszelki wypadek, ale po nią sięgał tylko w ostateczności. Nagle zobaczył, że siedząca kilka metrów dalej kobieta w wieku około trzydziestu lat uśmiecha się do niego. Nie była piękna, ale za brzydką też jej nie uważał. Nawet mogłaby mu się spodobać. Sam się uśmiechnął, spojrzał jej głęboko w oczy, co odwzajemniła, i to bez skrępowania, wykonał ruch brwiami do góry, taki prowokacyjny, a ona jeszcze szerzej się uśmiechnęła. Przez chwilę wahał się, ale podszedł. Po prostu podszedł, usiadł obok niej, jeszcze raz, tym razem z bliska, spojrzał jej w oczy i spytał:

– Jak masz na imię?

– Gośka.

– Franek jestem. – Podał jej rękę, ujął ją delikatnie, pogładził kciukiem, a gdy nie zauważył oporu, dodał – pojedziesz do mnie?

– Słucham? – Podniosła głos i spojrzała z wyrzutem.

– Więcej nie będę powtarzał.

– Co ty sobie wyobrażasz! – krzyknęła.

Nadal gapił się jej w ślipia, uśmiechał się.

– Nie pożałujesz.

– A weź się, człowieku, odwal.

„Oporna z pozoru” – pomyślał. Przysunął do niej głowę i z takim samym uśmiechem wyszeptał coś na ucho.

Odchyliła głowę do tyłu, zrobiła się nieco czerwona, chwilę milczała, aż wzięła go za rękę i mocno ścisnęła. Byli u niego kilkanaście minut później. Nawet nie zwróciła uwagi na kota. Natychmiast się rżnęli. Tak samo ostro, jak z Anią. Ale teraz Gośka jęczała. I to bardzo. Tym razem trwało to dłużej niż zwykle, bo ponad pół godziny. Zawsze mógł dość długo, ale tym razem dłużej, bo prawie go nie podniecała. Gdy skończyli, wstał, poszedł wyrzucić prezerwatywę i się opłukać.

– Masz coś do picia? – spytała, gdy już wrócił.

– Może być cola?

– A jakiś alkohol? – Zmarszczyła czoło.

– To może wódkę z colą?

– Może być. Muszę odsapnąć.

Nalał drinka, ale tylko jej. Sobie tylko coli. Podał, a sam usiadł nago na fotelu. Kot siedział pod oknem w kącie.

– Często tak zapraszasz panienki?

– Nie za często – skłamał.

– A kiedy ostatnio?

– Jakiś miesiąc temu.

– Lubisz się bzykać, prawda?

– Lubię – odpowiadał niechętnie.

– I dobrze to robisz. Rzadko który jest w stanie mnie doprowadzić. – Uśmiechnęła się.

– Dobrze, skończmy to. – Zrobił ponurą minę.

– Co mamy skończyć?

– Odwiozę cię taksówką.

– Już? – poruszyła się.

– Tak, już.

– Gdybym wiedziała… – chciała coś powiedzieć, ale jej przerwał:

– Ubieraj się i to już! – Wstał i zaczął zakładać majtki, spodnie i koszulę. Mimo że nie lubił tych eleganckich ubrań, to założył to, co miał pod ręką, aby tylko szybciej się jej pozbyć.

– No dobra! – Wypiła szybko drinka do końca i też się ubrała. – Nie musisz mnie odwozić, mieszkam niedaleko.

– Jak se chcesz – odparł obojętnie.

– Już wychodzę! – Założyła buty i trzasnęła za sobą drzwiami.

Przez chwilę stał w kuchni ze spuszczoną głową, było tuż po dziewiątej. Sięgnął po flaszkę wódki i opróżnił ją jednym tchem. Usiadł na łóżku, chwilę tak powisiał, rozebrał się, poszedł się odlać, ukląkł i moment się modlił. Padł i piętnaście minut później zasnął. Godzinę później obudziły go wzbierające się torsje. Ucisk w żołądku, naprężenie mięśni brzucha. Już chciał się podnieść, gdy… Nie zdążył. Zwymiotował na pościel. Nie za dużo. Tylko lekko popłynęło. Zacisnął usta i biegiem ruszył do kibla. Po drodze mu się ulało i zabrudził podłogę. Podbiegł do sedesu i wymiotował. Z głośnym pluskiem i stęknięciami. Raz, potem drugi i trzeci. Trzymał się dłońmi brzegu kibla, przyciągał się jak najbliżej i rzygał. W ustach poczuł gorzko-kwaśny smak, odrobiny jedzenia zaczepiły mu się na zębach i języku. I wisiał nad sedesem. I wydawał z siebie przeraźliwe dźwięki. Jednocześnie zrobiło mu się lepiej, doznał ulgi, ale już myślał o pościeli.

Chwilę później spuścił wodę, zapalił światło, podszedł do umywalki, najpierw nabrał do ust wody i wypłukał resztki nieprzetrawionego jedzenia. Splunął do kibla. Kolor był czerwono-brązowy, bo tego dnia jadł surówkę z czerwonej kapusty. Podszedł do zlewu, wziął szczoteczkę, pastę i umył zęby. Kiedy skończył, pomyślał o czekającej go konieczności zmierzenia się z tym, co na pościeli. Ruszył do pokoju, omijając drobne plamy wymiocin. Na razie to zostawił, zajął się łóżkiem. Zapalił światło i nie wyglądało tak źle. Mała plama na poduszce i tyle. Też w kolorze czerwono-brązowym z odrobinami kapusty. Zabrał poduszkę do łazienki, znów omijając to, co na podłodze. Był nadal półprzytomny i chyba dlatego robił to tak bez emocji, bez awersji. Ściągnął poszewkę, napuścił do umywalki wody i namoczył ją. A samą poduszkę zaczął szorować szczoteczką. Nie moczył jej zbytnio, tylko trochę. I zmywał. Kiedy już uznał, że jest w miarę czysta, położył ją nieco mokrą na kosz z brudną bielizną. Wziął szmatkę i skrupulatnie starł plamy z podłogi. Nie czuł smrodu. Był w takim stanie, że niewiele docierało do jego nosa, a w zasadzie do mózgu. Na koniec wziął z szafki kuchennej miskę, postawił obok łóżka, wyciągnął z łóżka dodatkowy jasiek i się położył. Usnął pół godziny później.

Następnego dnia zauważył, że lekko trzęsą mu się ręce. Nie za bardzo, a mimo to wiedział, że musi przystopować z alkoholem. W końcu pił cztery dni z rzędu. Co prawda w poniedziałek tylko cztery piwa, ale w pozostałe dni do oporu. A przecież poprzedniego dnia się zrzygał. Chyba z nadmiaru alkoholu. Próbował sobie tłumaczyć, że coś mu zaszkodziło, ale gdzieś w głębi wiedział, że to alkohol. Wyszedł z pracy po około szóstej, więc dość wcześnie. Mimo iż się spóźnił, bo był wpół do dziesiątej. Poszedł na pobliski postój taksówek i zaczął wybierać. Nie brał pierwszej z brzegu, bo chciał taką z przyciemnianymi szybami. Cena była nieważna. Wybrał Audi A4 i tak się złożyło, że było to EkoTaxi, najtańsza korporacja w Warszawie.

– Dzień dobry, można? – spytał.

– Bardzo proszę – odparł chłopak w wieku mniej więcej trzydziestu pięciu lat.

– Na Bemowo – i dalej podał nazwę ulicy.

– Już się robi. – Uśmiechnął się kierowca.

– Tylko tam nie kończymy. Ma pan trochę czasu?

– Czasu to mam. – Kierowca jeszcze bardziej się uśmiechnął.

– To postoimy na miejscu z godzinę, może dwie i wrócimy do Ursusa.

– To mi się podoba. – Taksówkarz się zaśmiał na głos.

Ruszyli. Kierowca słuchał radia „Eska rock” i leciała akurat Metallica.

– Specjalnie pan wybrał najtańszą taksówkę? – spytał prowadzący.

– Nie, potrzebowałem takiej z przyciemnianymi szybami.

– Chce pan kogoś śledzić? – Znów tamten się zaśmiał.

– Można tak powiedzieć.

– Ale nie będę musiał za kimś jeździć, bo tego nie lubię.

– Nie, po prostu postoimy.

– A nie ma tam zakazu? – dopytał kierowca.

– Z tego, co pamiętam, to nie.

– Też kiedyś byłem zazdrosny o kobitę, śledziłem ją. Ale jak będzie chciała, to pan jej nie wyśledzi. Przebiegłe są. Wtedy tak dobrze się ukrywała, że dopiero po trzech miesiącach zobaczyłem ją z innym. Mówię panu, szkoda na to czasu. Lepiej napić się piwa w domu. Jak ma odejść, to odejdzie…

– Dobra, przestań pan gadać i prowadź pan – przerwał mu.

– Ok, chciałem dobrze.

Dojechali na miejsce około siódmej. Jeszcze było widno. Skrył się jak mógł w oparciu tylnej kanapy i patrzył na dom, w którym kiedyś mieszkała Dagmara. Parterowy, trzy pokoje, spora kuchnia i łazienka. Z ulicy był widok na okno kuchni i największego pokoju. Na razie nie widział nikogo w środku. Ale czego miał się spodziewać? Że Dagmara wyskoczy? Przecież nawet go nie było widać. Wyciągnął komórkę i szybko przejrzał sms’y. I znów się gapił na ten dom.

Przypominały mu się czasy, gdy ją odprowadzał, gdy pił tę orzechową kawę, ale też, gdy przyjechał do niej ze Stefanem. Ona świata poza nim nie widziała, on jakoś nie umiał się do niej zbliżyć i między nimi pojawił się Stefan. Podrywał ją, prawił jej komplementy, a i wziął ją na moment za rękę. I o to Franek tak się wściekł, że mu na to pozwoliła. Szybko wyszedł, za nim Stefan, ale wrócili na Gołąbki osobno. I od tego dnia przestali się kumplować. Tamten chciał, ale Franek nie. I przypomniał sobie, że któregoś razu wziął od ojca samochód i do niej przyjechał zimą. Zaparkował kilka ulic dalej, na poboczu i poszedł do jej domu na piechotę. Spytała go, czy przyszedł z Ursusa na piechotę. Potwierdził, bo chciał, aby wyglądało, że jest w stanie zrobić dla niej wszystko. Jak teraz o tym myśli, to mu się robi niedobrze. Potem wrócił do samochodu, ale tan stał w zaspie śniegu, więc miał kłopoty z wyjechaniem. Pomogły mu go wypchnąć jakieś dzieciaki, a odwdzięczając się im, zrobił kulig. To co, że to zakazane i bardzo niebezpieczne. Wtedy miał głowę pustą.

Nadal patrzył na ten dom, powoli robiło się szaro i zapaliło się w kuchni światło. Jeszcze bardziej przytulił się do fotela. Weszła tam jej matka. Prawie się nie zmieniła przez te wszystkie lata. Dagmara była do niej podobna. To też musiała być piękna dziewczyna. Zresztą nadal to piękna kobieta, mimo iż teraz miała ponad pięćdziesiąt lat. Widział to przez okno. A może tak mu się tylko wydawało? Było już po dwudziestej i widział tylko matkę. Czyżby mieszkała sama? Ale już wtedy podejrzewał, że z jej ojcem jest coś rodzinnie nie tak. Wparował w środku nocy, jak Franek spał w drugim pokoju po jej osiemnastce i wyglądał na zaskoczonego całą sytuacją. Musiała się z nim nacierpieć. Pewnie jej brat też. Jak on miał na imię?… Nie pamiętał, ale wydawało mi się, że gnojek zbyt szybko dojrzał. Miał ze trzynaście lat, a gadał jak stary. Pewnie oboje nie wytrzymali i się szybko wyprowadzili, i dlatego teraz matka mieszkała sama. Z ojcem chyba się w końcu rozwiodła. Postali jeszcze kolejne pół godziny i kazał się odwieźć do domu. Nie widział Dagmary. Przedtem nawet obiecywał sobie, że zapuka do jej domu i spyta o nią, ale zabrakło mu odwagi. Tyle tylko, że sobie co nieco przypomniał.

Z taksówki poszedł prosto do domu. Obiecał sobie, że tym razem się nie napije. Przebrał się w swoje ulubione dżinsy, założył luźny podkoszulek i zasiadł przed komputerem. Włączył mapy Googli i jeszcze raz zobaczył, gdzie był przed kilkudziesięcioma minutami. Potem włączył telewizor i położył się na nieposłanym łóżku. I znów gapił się na jakiś mecz. Czy to ważne jaki? Aby kopali. To najważniejsze. „Dlaczego zabrakło mi odwagi? Przecież najwyżej by mnie potraktowała jak dziwaka. Nigdy więcej się nie zobaczymy. Ale jakoś nie mogłem. Po tych kilkunastu latach nie mogłem. Pewnie jej matka też miała do mnie pretensje, że ją tak nagle zostawiłem. Bo Dagmara mnie kochała. I matka na pewno o tym wiedziała. A ja byłem tak głupi i taki zazdrosny. Nienawidzę siebie. Jak ja siebie nienawidzę!” – Wstał, ubrał się i poszedł po piwo. Miał blisko trzy sklepy z alkoholem i za każdym razem szedł do innego, aby stworzyć odrobinę pozorów. Tym razem poszedł do faceta około pięćdziesiątki, z krótkimi, ciemnymi włosami z odrobiną siwizny, twarz miał okrągłą, ale nie tył tęgi i Franek zwrócił uwagę na jego nieco anemiczne ruchy i jakby spowolnione reakcje.

– Pięć żywców w puszkach.

– Już podaję. – Sprzedawca sięgnął do lodówki i gdy mu podawał, dopowiedział – pan zawsze kupuje żywce.

– Tak, lubię je – odparł oficjalnie.

– Nie chcę się wtrącać, ale pięć piw to sporo.

– To na dwa, trzy dni.

– Ja bym uważał, bo łatwo się uzależnić. – Facet spojrzał na niego spode łba.

– Nie ma obawy – sparował z pretensją.

– To nie moja sprawa. Dbam tylko o klientów.

– Dziękuję za troskę – mówił już przez zęby.

Tamten podał cenę, rozliczyli się i Franek wrócił do siebie. I znów zasiadł przy stole z komputerem. Otworzył pierwsze, spił po swojemu piankę i pociągnął dwa łyki.

„Obiecałem sobie, że dziś się nie napiję. Ale co tam. Pięć to nie zbrodnia. Wytrzeźwieję do rana. Biorąc pod uwagę, że na każde piwo trzeba liczyć dwie godziny, to trzeźwy będę za dziesięć godzin. Jest tuż po dziewiątej, więc o siódmej. No, może o ósmej. A pracę zaczynam o dziewiątej. W sumie powinienem kupić alkomat, ale nie mam samochodu, więc najwyżej Staszek będzie czuł, jak przesadzę. W sumie już wie, bo przecież mówił o Anonimowych Alkoholikach. Ale wie, że w pracy nie zawiodę. Tylko ja rozmawiam z klientami w poważnych sprawach. Zresztą mówił mi, że nie wie, co by zrobił beze mnie. Więc jaki za mnie alkoholik? A ten facet niech się w dupę pocałuje z takimi radami. Tyle wie o mnie co i Magda. Jej grałem, ale tylko się tępo uśmiechała. Nienawidzę jej. Nie to, co Dagmara. Jak mnie słuchała, to była taka skupiona. Wiedziała o mnie wszystko. Przecież mówiła, że nie znajdę swojego prawdziwego życia. Moje prawdziwe życie to ona. Tylko ona. Żadna inna. Te obecne tylko widzą we mnie biznesmena, który nadal umie grać i śpiewać. Ale nie Anka. Ona widzi we mnie artystę. A może tak tylko gada, żeby mnie poderwać? Ale nie spytała jak dotąd, gdzie pracuję. A każda pyta. Co do jednej. Łase to na kasę. Rzygać mi się chce. Ale Ania o wszystkim, tylko nie o pracy. Tylko gdyby tak szybko nie poszła do łóżka… Nie wiem, co o niej sądzić… Jeszcze się wygadała, że często nie wraca na noc do domu. Niby u koleżanki, ale co miałaby powiedzieć? Że rżnie się na lewo i prawo?” – Odstawił pustą puszkę na podłodze obok fotela, spojrzał na kota, a ten spał na parapecie. Otworzył drugie, spił pianę i łyknął dwa razy. – „A niech się rżnie, tylko niech zobaczy mnie takiego, jakim naprawdę jestem. Bez tego pieprzonego biznesmena. I bez grajka. Może kiedyś jej zagram, ale jeszcze teraz. Teraz to i tego nienawidzę. W sumie mam na kompie wszystkie swoje teksty, ale nie zaglądałem do nich od wielu lat. Od ilu? Chyba od pięciu. Ale niech będą, może jeszcze się przydadzą. Ale gdyby Dagmara przyjechała, to wydrukowałbym jej wszystkie. Ona je kochała. I jako jedyna rozumiała. I widziała w nich mnie. Mam gdzieś też na kasecie nagrania zespołu, ale do tego trzeba by było pożyczyć magnetofon, a kto go teraz ma? Ale to tylko dla Dagmary. Nigdy nie chciałem się z nią kochać. Ona była święta. I jest nadal. Może tylko w moim umyśle?… Jaka ona była? Może nie odezwała się po tym, jak odszedłem ze Stefanem, bo uważała, że jej nie kochałem, skoro jeszcze się nie przespaliśmy? A tyle było okazji. Ale ja tylko chciałem ją podziwiać, uwielbiać, rozmawiać. Nigdy mi się później nie śniła. Owszem, Zośka tak, Magda też, ale nie ona. Co to może znaczyć? Może mój umysł chce zapomnieć? Ale jakoś ja nie mogę. Umysł to najdziwniejsza z konstrukcji. Śni mi się często, że nie zdążam na samolot. I kiedyś nie zdążyłem. I musiałem w Londynie czekać kilkanaście godzin na następny. Ale wtedy myślałem o Dagmarze. To pamiętam. Cały czas o niej myślę. Może ten sen mówi mi, że spóźniam się na samolot do niej? Ale to było cztery lata temu, a wtedy jej nie widziałem od wielu lat. A może sny to bełkot umysłu? Kiedyś czytałem, że właśnie tak jest. Jakieś nieskoordynowane wspomnienia przeplatane fantazją. Zresztą co mnie obchodzą sny? Nie mam większych problemów? Tylko jakoś po ciężkim śnie nie mogę dojść do siebie przez pół dnia. Czasem i dłużej. A pieprzyć je!” – Odstawił drugą puszkę, wziął kolejną, spił piankę i pociągnął dwa łyki. – „Dobrze, że mam kota. Tylko jego kocham. I troszczę się o niego. Nie wiem, co bym bez niego zrobił. Czasem wydaje mi się, że rozumie mnie bez słów. Przecież prawie nigdy nie wskakuje mi na kolana, jak piję. A jak leżę w łóżku, to nie miauczy. A jak przyjdę zmęczony, to robi się taki słodki. Jakby czuł, co mi jest. A jak pilnował go Krzysiek, bo byłem w delegacji, to potem był na mnie obrażony przez dwa dni. Więcej ma rozumu niż te tępe laski. Chociaż Ania jest chyba inna. Jutro do niej zadzwonię i zaproszę do siebie. Przyjdzie, obiecała. Chyba kot ją polubił, a nie każdego tak traktuje. Zwykle chowa się, jak są obcy. A jej przyszedł na kolana. Do dobry znak. Tylko na co znak? Przecież kocham tylko Dagmarę. Od czasu, gdy się rozstaliśmy, nie związałem się na dłużej z żadną. Jedynie a Aśką na dwa tygodnie. Ale nie wytrzymałem. Chyba była najgorsza. Ciągle chciała się szlajać po restauracjach, do teatru. Chciała być wszędzie, gdzie mogła się pokazać. Aby ją tylko podziwiali. A zostać we dwoje na wieczór? To dla niej strata czasu. A jak się rozbierała do bzykania czy do kąpieli, to nie zdarzyło się, aby nie spytała, czy dobrze wygląda. Szmata. A może po niej tak ich nienawidzę? W końcu ona była pierwsza po Dagmarze. Byłem z nią rok po Dagmarze. Wcześniej nie mogłem się żadną zainteresować. A niby teraz mogę? Co ja pieprzę. To nie po niej. Po prostu nie ma takiej drugiej jak Dagmara. Nic już nie będzie takie samo. Ile razy chciałem, aby mi się przyśniła, ale nic z tego. Dlaczego inne mi się śnią, ale nie ona? Nawet mi się śniło, że się bzykam z jakąś nieznajomą. A wolałbym z nią… Chociaż nie. Ją bym uwielbiał, całował, śpiewał, ale nie bzykał. Chyba że sama by tego chciała. Ale czy byłaby w stanie coś takiego powiedzieć? Chyba nie. Nie ona.” – Otworzył kolejne piwo, spił piankę, wypił dwa łyki. – „Wejdę na jakiś portal randkowy, może trafi się jakaś fajna. Ale tam są tylko te puste. No, może czasami. Andrzej był na jednym przez dwa lata i nic. Co prawda jest nieśmiały i niski, a w dodatku nie umie gadać. Ale słyszałem, że tam jak facet ma poniżej metra siedemdziesięciu pięciu, to jest przegrany. Nie, to bez sensu, bo jaką tam znajdę? Kolejną do bzykania? A niby mało mam na co dzień? Słyszałem, że Kryśka tak znalazła swojego, ale to wyjątek. A może spróbować? Może jakaś będzie podobna do Dagmary? A może ją spotkam? Trzeba to zrobić.” – Odstawił prawie pustą puszkę i szybko założył konto na Sympatii.

Ale co tam miał napisać? Nie chciał, że jest biznesmenem, że gra na gitarze też, więc co mu pozostało? Umieścić swoje zdjęcie, kilka słów jak wygląda, że ma kota, pracę, na którą nie narzeka i że szuka zwyczajnej, ale niezwyczajnej kobiety. Specjalnie nie chciał się rozpisywać, ale wiedział, że musi kilka słów. Może trafi się druga Dagmara? Zresztą kompletnie mu nie zależało, aby któraś go zauważyła. To on miał zauważyć tę właściwą. Chwilę później opłacił abonament na pół roku. A nóż? Dopił piwo, otworzył piąte, spił piankę i wypił dwa łyki. I zaczął szukać. Kogo? Dagmary. A kogoż by innego. Albo przynajmniej jej kopii. Oglądał następne i następne profile, ale albo zdjęcie mu nie pasowało, albo to, co napisały. Jedna nawet była podobna ze zdjęcia, włosy miała kasztanowe, twarz nieco przypominającą, ale pod spodem napisała, że szuka mężczyzn, którzy wiedzą, czego chcą. A on to niby nie wie? Tylko że on chce Dagmary. Zresztą co to za stwierdzenie? Facet, który wie, czego chce. Większego frazesu chyba nie można napisać.

I przerzucił się na inny profil. Ta znów nie przypominała Dagmary, ale była ładna. Ale on nie urody szukał. Urodę to miał w zasięgu ręki w postaci Ani, a szukał dalej. I kolejny profil. Ta miała zdjęcie bardzo niewyraźne, tak, że nawet twarzy nie za bardzo można było zobaczyć. Ale pisała ładnie. Trochę poetycko, logicznie i mądrze. Ale do niej też się nie odezwał. Bo to nie Dagmara, bo była blondynką. I szukał dalej. Przez następne piętnaście minut żadna mu się nie spodobała i wylogował się, nie napisawszy ani jednej wiadomości. Dopił ostatniego żywca, poszedł się odlać, przebrał się, chwilę pomodlił i położył się. Usnął trzy godziny później. Przy włączonym telewizorze. Zasypiając, wyciszał go, ale nie wyłączał. Nie chciał być sam.

Miłość

Miłość

Zamek, Magia, Atmosfera, Mgła

Nadal to czuję. Czego bym nie zrobił, jakąkolwiek radość przeżywał, nie mogę zapomnieć. Im jestem bliżej, tym mocniej mnie ściska w piersi…

Dziś Edyta zapytała, czym dla nas jest miłość.

Dla mnie?…

Choćbym przeczytał wszystkie książki, poznał zdanie wszystkich ludzi, nie zdołam jej opisać, ani okiełznać w ogóle. To tak jak z pięknym widokiem, gdzie zmurszałe mury zamku skąpane są w porannej mgle. Za każdym razem, gdy chcę to opisać, wychodzi blady kicz, w którym słowo „mgła” kłuje w oczy swoim wyświechtaniem.

Czym więc jest ta miłość?

Mógłbym pisać epopeje, wiersze, czy wielkie powieści, ale powiem tak:

to szczęśliwe łzy.

Chemia miłości

Chemia miłości

Chemik, Laboratorium, System Okresowe, Chemia

– Profesorze, mam to! – wrzasnęła, pokazując wydruk.

– Jesteś pewna?

– Tak! – Podskoczyła. – Wreszcie to wyodrębniłam!

– To cóż, tylko pogratulować. – Profesor spuścił smętnie głowę. – Czyli miłość będzie dostępna dla każdego. – Bezsilnie opadł na krzesło.

Następnego dnia wstrzyknęła sobie miksturę. Już godzinę potem czuła się doskonale, wręcz epatowała pogodą ducha. Wybiegła na ulicę i zaczęła przytulać po kolei ludzi: przystojnego chłopaka, dystyngowanego pana, dostojną paniusię i zgarbioną emerytkę. Po powrocie do laboratorium zapisała wnioski.

Nobel przypadnie jej!

Wieczorem wróciła do pustego domu, zasiadła przed telewizorem i przytuliła się do ukochanego jaśka. Wyświetlali film miłosny.

Kwadrans później, kiedy specyfik nadal działał, płakała, czując się nieszczęśliwa.

Parada nierówności

Parada nierówności

Noc, Ludzie, Młody, Sylwetka, Światło, Tłum

Obserwując, co się dzieje w mojej wiosce, wpadłem na pomysł. Otóż tak chętnie się mówi o równości. A co, gdyby zorganizować paradę nierówności jako ekstrawagancki event?

Wziąć transparent i krzyczeć na całe gardło, że jestem lepszy od innych. A co tam!

Nie liczyłem na to, że pokażą mnie w wiadomościach, ale chciałem zrobić to dla samego siebie. Taki protest będący wyrazem buntu.

Samemu poczuć się kimś!

Lecz zdawałem sobie sprawę, że najprawdopodobniej wzbudzę nienawiść. Postanowiłem więc zrobić to w środku nocy.

Gdy stanąłem na starcie, mało nie upadłem z wrażenia. Lunatykując i idąc niemal na ślepo, przyszła uczestniczyć większość ludzi.

Dzień dobry

Dzień dobry

Komiks Stylu, Portrety Człowieka, Przyjaciele, Przyjaźń

Po wielu dniach życia w pętli czasowej, która nie zamierzała się skończyć, dopóki wszystko nie będzie dobre, wreszcie się wyrwałem.

Obudziłem się wypoczęty, choć z obawami. Lecz zamiast niedoskonałości istniała tylko nieskazitelność dobroci. I tak, sąsiad był dobry, sąsiadka także, nawet mieli tabliczkę na bramie z napisem: uwaga, dobry pies. Poszedłem do pracy, i wiecie co? Też była dobra. Szef również. I lunch w przerwie. Zgorzkniała kadrowa dobrocią pałała. Po pracy poszedłem na przystanek i od razu przyjechał dobry autobus. A za kółkiem dobry kierowca ustępował wszystkim innym.

Po całym tym dniu dobroci wróciłem do domu. I byłem kurewsko zmęczony.

Wielki powrót

Wielki powrót

Brama Brandenburska, Zmierzch, Wschód, Zachód Słońca

Była w domu. Pokazała, co potrafi, wszyscy pokiwali z uznaniem głowami, i odeszła w szeroki świat, gdzie niebo stanowiło limit.

Wzniosła się nad umartwioną ziemię, surfowała w przestworzach, aby nie czuć matki gleby.

Któregoś dnia osiągnęła kolejny poziom sprawności. Lewel tłenty fajw został zdobyty. Udała się więc do swojego nowoczesnego boga, by otrzymać medal. Zapukała do niebieskich bram, ale zrobiła to tak mocno, że odpadła cała farba i ukazała się szara stal.

Chmura nad nią się rozwarła, a starodawny Zeus zagrzmiał i cisnął piorunem.

Porażona wróciła skąd przyszła.

Była w domu. Znów pokazała, co potrafi, wszyscy pokiwali z uznaniem głowami…

Szary łabędź

Szary łabędź

Łabędź, Biały, Wody, Deszcz, kobieta

Odbity od niej, od lustra, zerkam.

W niebo.

Chętnie się wznoszę, przefruwam między chmurami kłębiastymi, dotykam jednej. Albo szybuję ponad białymi baranami, czując nad sobą chmury pierzaste.

I tylko zabłąkany szary łabędź, który lata tak wysoko, zastygły w pozie zapomnienia ziemi zamknął ze mną oczy. I dalej razem. Na zawsze.

Gdzieś w dole przydźwięki miast, szum kilometrów powietrza i nostalgia szarego łabędzia, co ucieka, moje serce, żeby żyć. Czasem ląduje, lecz jedynie na chwilę, by poczuć swą inność i znów się unieść w stratosferę. Widząc mnie, zapiszczał, nawet zbliżył lot, ale zawstydzony swoim głosem zanurkował jeszcze wyżej.

Najwyżej spośród ptaków.

Pomoc

Pomoc

Ręka, Pomocna Dłoń, Pomocy, Pomoc, Opieki, Przyjaźń

– Jaka jest ta pomoc?

– Taka, która też szkodzi.

– Jak to?

– Skoro kradniesz, będę cię musiał tego oduczyć. – Spojrzał rozmówcy w oczy.

– Oducz.

– Ale wtedy stracisz źródło utrzymania.

– A nie da się inaczej?

– Chcesz pomocy, czy tylko pochwał?

– Pomocy.

– Więc najpierw musisz stracić źródło utrzymania, potem zawisnąć nad przepaścią, by w końcu móc zbudować nowe życie.

– A co, jeśli sobie nie poradzę?

– Zawsze możesz wrócić do starego.

– A nadal będę tego chciał?

– To zależy od ciebie.

– Tylko ode mnie?

– Tak. Twoje życie będzie zależało tylko od ciebie.

– A nie boisz się o mnie?

– Ten lęk to mój czyściec tu na ziemi.

Ciemność

Ciemność

Ludzie, Kobieta, Tożsamość, Zaburzenie, Osobowość

Ciemność, dudni, taka pustka. Zabłądziłem chyba gdzieś niepotrzebnie. Zalewa mi rozum pytanie, które wtedy zadałaś. Cisza, to męczy, tylko własne myśli. Widzę jedynie upadek, wydaje się nieunikniony. Bo czym jest dla ciebie to wszystko? Milczysz, wpadam do studni z zimną wodą. Skurcz mięśni, ale świadomy, to zamiast agresji.

Gdzie klamka? Gdzie drzwi? Jaki mam wybrać kierunek? Uderzam w stojące krzesło, kolano boli. Pod prawą stopą coś śliskiego, to pewnie rozlana woda. Słyszę jakiś oddech. Czy to mój? Halo, jest tu kto? Ściany się zbliżają, zacieśniają. Próbuję nabrać powietrza!

Znajduję klamkę.

Zamknięte!

Szarpię, napieram!

Puszczają.

Wychodzę.

Stoisz ty. Taka zwyczajna, uśmiechnięta.

Sztorm

Sztorm

Ocean, Powierzchni, Zachód Słońca, Fale, Morze, Wody

Janusz był silny. Nie bał się więc wyzwań. Wypłynął pewnego razu na otwarte morze, lecz złapał go sztorm, podczas gdy jadł posiłek. Gigantyczne fale sprawiły, że połknął wielki kęs bez gryzienia.

Od tego czasu cierpiał na niestrawności. Co patrzył na jedzenie, robiło mu się niedobrze. Niezwykle głodował, ale i reagował obrzydzeniem.

Któregoś dnia, kiedy był słaby, wyruszył w bezkres oceanu. Drugi raz w życiu dopadł go sztorm. Ciskał Januszem po całej łódce, aż wywołał chorobę morską, której Janusz nie miał, gdy emanował życiową siłą. Janusz zwymiotował wszystko, bezsilnie padł na dno łodzi i zasnął.

Kiedy się obudził, był już zdrowy.

Z jaskini – droubble

Z jaskini – droubble

Przodek, Neandertalczyk, Historia

Właśnie wyszedłem z partnerką z jaskini. Świat ładny, cywilizacji jeszcze brak, pojawi się za jakieś 60.000 lat. Wody czystej pod dostatkiem, mamutów na mięso co niemiara. Żyć, nie umierać. No, gdyby nie tygrysy szablozębe, przez które tak długo siedzieliśmy w jaskini.

Złowiłem mamuta, będzie na kilka długich, zimowych miesięcy. Tylko co tu robić, gdy zmrok zapada o… Zaraz, zaraz, kiedyś będą na to mówić szesnasta. Do łóżka z kobitą to ile można, instrumentów muzycznych jeszcze nie wymyślono, śpiewać też bez sensu, skoro gam nie znamy.

Miałem tu gdzieś owoce w pojemniku. Sprawdźmy, co z nimi. Niestety, popsuły się. Śmierdzą jak oddech mojej kobity, tylko inaczej. Takiego zapachu jeszcze nie czułem… A gdyby tak wypić płyn, który powstał?

Hmmm. Jakoś wesoło się robi, kobita jakby ładniejsza, tygrysy mi mogą naskoczyć, wszystko jest proste. Jednym słowem: hulaj dusz… Ale, ale, duszy jeszcze nie znamy, więc: hulaj neandertalczyk! Od dziś będę to spożywał. Wszystko stanie się lepsze.

20 lat później.

Gdzie jakieś owoce? Muszę je dorwać! Bez nich nie chce mi się żyć. Idź stąd kobito, weź tę chmarę dzieciaków. To co, że nie mogę nic zrobić, bo tak mi się łapy trzęsą. Gdzie jakieś owoce, jakiekolwiek!

OWOCE ZMIENIAJĄ CZŁOWIEKA! OWOCE TO ZŁO!

Wzdłuż życia – dribble/wiersz

Wzdłuż życia – dribble/wiersz

rzeka, życia, młodość, szczęście

Wyszedłem z domku na ludzkiej nóżce.

Rozpostarłem ramiona wzdłuż życia, czując całym sobą poroztopową młodość. Przeszłość przyciemniała, przyszłość stała się fikcją, a oczy światem.

Szłaś po drugiej stronie, prowadząc brak wątpliwości. Braki podążały orlego.

I opadły mi powieki. Lecz bez wstydu, bez winy, bez ciała.

Czy tylko ja to widziałem?

Dziwak w kropki…

Dziwak w kropki…

Krowa, kropki

Żył dziwak. Był jakiś obcy, aspołeczny i… dziwny.

Nie lubili go. Ale on sam siebie lubił. I miał gdzieś, że ludzie z niego szydzą.

Któregoś dnia się zakochał. A potem swoim dziwactwem sprawił, że dziewczyna straciła spokój ducha. Poczuł wyrzuty sumienia i gorzko zapłakał.

Od tego czasu starał się nie robić rzeczy, które niszczą. Rozpoczął pracę nad sobą, nad własnym życiem. A że od zawsze mu powtarzano, aby brał przykład z innych, zaczął upodabniać się do ludzi.

Z efektów dumny był zcoraz to bardziej. Lecz kiedy zasypiał…

Któregoś dnia stanął przed lustrem…

Nadal był dziwakiem. Ale już siebie nie lubił.

Notatka na marginesie

Bagienny stwór

Chłopiec, Błoto, brud, emocje

Dawno temu po bagnach chodził stwór. Cały w błocie. Z każdym krokiem unosił na nogach zlepy. Przechodził kawałek i się zatrzymywał. Potem znów. Co ruch to wysiłek.

Wędrowała mgiełka. Gdy go zobaczyła, wzruszyła się, całkowicie przesłaniając widok.

Następny był wiatr. Wzburzył się, zrzucając z drzew liście, które stwora oblepiły jeszcze bardziej.

Później słońce zajaśniało z wrażenia, ale promieniami wysuszyło błoto, więc stwór stanął zmieniony w błotnisty posąg.

I tkwił tak wiele lat. Przechodnie robili sobie pamiątkowe zdjęcia, dzieci ganiały się wokół, nawet najbardziej radosny piesek obsikał nogę.

Któregoś dnia nadeszła chmura i poczuła w posągu ból. Zapłakała po raz ostatni…

Notatka na marginesie

Las człowieka – droubble

Motyl, Niebieski, Las, Fantasy, Lasy, Dream

Matka natura to odwieczne prawo. Wybór przetrwania wśród zmienności otoczenia. Losowanie szczęśliwych cech, by istnieć, by pozostać, nie pozostawić po sobie pustki. Nie pozostawić po sobie pustki…

Dzieciństwo to niewiedza, mierzenie kulą w płot, ale radosne, bo niewielkie duchem, szczęśliwe z naturą, swym skromnym rozmiarem. Potem obranie roli życiowej. Czasem takiej, która jest konsekwencją energii natury, przepływającego prądu między mitochondriami. To ta siła kieruje, aby rozpalić w sobie płomień pchający ku energii, temu, co elektryczne. I tak, człowiek, błądząc, wybiera rolę obywatela, aby chociaż złudna jasność żarówki zastąpiła energię wszechświata.

Ucieka się poza miasto, jak najdalej, do lasu, by zatopić się w energii, której erzacami karmimy się codziennie. W tym lesie prawdziwa dusza ożywa, roztapia się z lodu w płyn wewnątrzmaciczny, w którym powstaliśmy, który trzymał nas w bezpiecznych objęciach. Las ten, dziki w naszych umysłach, oplata marzeniami i emocjami, których na próżno szukać w świecie rozwiniętej cywilizacji.

I gdy poczujemy tę moc natury, jeden dzień bez ucieczki od nas samych jest jak niekończący się psychofizyczny ból uczuć, kiełkujący w samotność, w niezrozumienie, odtrącenie i brak nadziei.

A gdy przywykniemy do zgiełku…

Mówią, że nadzieja umiera ostatnia.

Nie, to nie nadzieja. To ten ból umiera ostatni.

Dalej jest tylko błękit…

Notatka na marginesie

Zadra

Złamane Serce, Serce, Ikona, Miłość

Nie pamiętam, od kiedy miałem zadrę. Bolało, jak cholera. Chodziłem i ciągle o niej gadałem. Ludzie prosili, abym poszedł do lekarza. Niektórzy nawet ciągnęli za rękę. Ale co ktoś jej dotykał, kluło jeszcze bardziej, więc odskakiwałem jak poparzony.

Toteż przez lata z bolącym problemem drażniłem wszystkich, bo narzekałem, lecz nic zrobić nie pozwoliłem.

Aż przyszedł silniejszy ode mnie, chwycił odważnie za szyję, ścisnął i bez ceregieli ją wyciągnął. Wrzasnąłem na całą okolicę. Chyba nic bardziej nie zabolało.

Nareszcie nie mam zadry. Już nie kłuje. Myślę o szczęściu, a nie o cierpieniu. Mogę żyć pełnią życia.

Nie ma wolności bez cierpienia.

Notatka na marginesie

Słowo po słowie – dribble

rozczłonkowanie, umieranie

– Wiele mi pomogłeś, kochany. Stanęłam na nogi.

– To dobrze, moja najdroższa, że nie zaszkodziłem – odparł ze smutkiem.

– Skąd ten pesymizm?

– Człowiek się rodzi wolny, szczęśliwy, a umiera zwykle zniewolony, bojąc się nawet śmierci. Oddajemy siebie uczynek po uczynku, słowo po słowie, zgoda po zgodzie.

– To dlaczego tak bardzo cię pragnę?

Ogródek

Ogródek

zło

Miałem dwa ogródki. Jeden blisko domu i tam chętnie wychodziłem, a drugi dalej, o którym szybko zapomniałem. Za jakiś czas zauważyłem, że ten drugi zaczyna zarastać chwastami. Tak bardzo mnie one denerwowały, że ogrodziłem ogródek wysokim płotem. I nie zaglądałem tam przez wiele lat.

Uważałem, że co tam rośnie, jest nie moje, bo przecież u mnie tylko kwiaty, warzywa i owoce.

Lecz któregoś dnia, gdy płot legł od zbyt silnego wiatru, przeraziło mnie to, co ujrzałem. Chwasty miały ponad dwa metry i były tak gęste, że przez nie zupełnie nic nie widziałem.

Ale już byłem zbyt stary, aby wprowadzić porządek.

Notatka na marginesie

Moda

maska

– Oddałem mu swój stary rower. Prawda, że jestem dobrym człowiekiem? – zapytał żonę z uśmiechem.

– Nienawidzę tych idiotów, którzy chcą odstrzału dzików. – Trzasnęła za sobą drzwiami, wchodząc do kliniki aborcyjnej.

– Dla mnie najwyższą wartością jest człowiek. – Wstał od mikrofonu, zszedł z podestu, wyszedł i zadzwonił do kolegi. – Posłuchaj mnie bardzo uważnie. Twoje problemy biorą się z braku prawdziwych problemów.

– Ach, te sandały ze skarpetami… – Zaśmiała się i związała się z dobrze ubranym i pewnym siebie mężczyzną, nie wiedząc, że niedawno pobił swoją byłą kobietę.

– Doblo wlaca – powiedziała czteroletnia dziewczynka, trzymając za rękę mamę, gdy obie szły po raz ostatni w Oświęcimiu.

Lustra

Lustra

lustro, zwierciadło, narcyzm

Mówił o sobie, że jest najprzystojniejszym mężczyzną, a twarz jak ze snu.

– Trzeba je wszystkie niszczyć! Nie mają prawa bytu! Nędzne szkiełka, które nawet to, co cenne, czyli srebro, posiadają nie z tej strony! – Cisnął lustrem o posadzkę.

Pewnego dnia wyszedł z domu i poszedł w nieznane tereny: łąki, pola, lasy. I na którejś z łąk zaskoczyła go trąba powietrzna. Ogromna. Wszystko zawirowało i stracił orientację na dłuższy czas. A odłamki raniły całe ciało.

Twarz pokryły zmarszczki, których wcześniej nie zauważał. Był zwykłym facetem.

Kilka dni później kupił wielkie, drogie i najlepszej jakości lustro. I już nie chciał go tłuc.

Lotniarz

Lotniarz

Zobaczyłem coś w górze, w przestworzach, między chmurami. To lotniarz szybował tak, jak sam zawsze marzyłem.

Był tak wysoko, a wydawał się taki malutki…

Chciałbym być wolny jak on, odlecieć, zapomnieć o wszystkim.

A wydawał się taki malutki.

Ciekawym jest fakt, że im dalej jesteśmy od drugiego człowieka, tym mniejszy nam się wydaje.

Co bym powiedział, gdybym zobaczył go startującego z ziemi?

Musiał biec naprawdę szybko.

A co, gdybym nie wiedział, czym jest lotnia? Gdyby była dla mnie tylko dziwactwem? Pewnie pomyślałbym, że to jakiś wariat!

Bo czy nie lepiej stąpać twardo po ziemi? Robić wszystko statycznie, dostojnie i normalnie?

Kult deszczu – drouble

Kult deszczu – drouble

Deszcz, Buty, Parasol, Mokre, Padający Deszcz

Jest rok 2098. Jak państwo wiedzą, już od ponad dekady panuje całkowity zakaz produkcji, noszenia i w ogóle posiadanie płaszczy przeciwdeszczowych i parasoli. Doskonale wiadomo, że przyczyną wprowadzenia tego zakazu była wygrana partii DYSZCZ, która dowiodła, iż powodem rozbicia się samochodu przewożącego słynnego hipstera McAjfona było światło słoneczne padające na przednią szybę, które oślepiło kierującego pojazdem, pracownika biura MAŚL, tzw. Maślaka. Od tego czasu powstał wręcz kult wszelkiego rodzaju opadów atmosferycznych. Podczas deszczu wszyscy przestają pracować i albo udają się na kawę, albo wychodzą zmoknąć, podczas śnieżycy wypłacane są dodatkowe premie i honoraria, a podczas gradu losowane wygrane w Światowej Loterii Wygranych MOTTO.

Jednak, proszę państwa, nie jest tak kolorowo. Nie wszyscy cieszą się z kultu opadów atmosferycznych i zakazu posiadania płaszczy przeciwdeszczowych czy parasoli. Na przykład taka pani Leokadia, znana na cały świat zbieraczka psich kup. Zapytaliśmy ją, z czym zmaga się na co dzień:

– Panie redaktorze. A toż to pan zapytał. Jak chory w kubeł.

– Pani Leokadio…

– Panie redaktorze. Zbierał pan kiedyś psie kupy? No, zbierał?…

– Tak.

– A próbował pan robić to w rzęsistym deszczu bez płaszcza czy parasola?

– Nie.

– Panie redaktorze. Toż to psia kupa przez palce przelatuje, płynna się robi. Jak tu żyć, jak tu żyć?