Samotność Boga — cz. II

Samotność Boga — cz. II

Obudził się po jedenastej przed południem. Spał ponad dwanaście godzin. Przez okno wpadały promienie słońca, oświetlając obrazek, który otrzymał od koleżanki na osiemnaste urodziny. Namalowała go sama. Przedstawiał inną dziewczynę, w której Marek podkochiwał się, a której nigdy nie odważył się wyznać swoich uczuć. Nikomu nie wyjawił tego sekretu, a mimo to koleżanka, która namalowała ten obrazek, doskonale wiedziała. Marek pamiętał, że podeszła do niego, chwyciła za rękę i pociągnęła do pustego pomieszczenia.

— Masz tu coś, z czego się chyba bardzo ucieszysz, ale chwalić się tym raczej nie będziesz. Ja też nikomu nie powiedziałam i nie powiem. — Zbliżyła się i pocałowała go prawie w same usta.

Marek wielokrotnie zastanawiał się, skąd malarka wiedziała o jego fascynacji. Owszem, teraz mając swoje lata i wiedzę, zdawał sobie sprawę, że mógł nieświadomie okazywać zainteresowanie, na przykład mową ciała czy choćby tym, jak długo potrafił się wpatrywać w swoją miłość, ale nadal go dziwiło, że nikt inny tego nie zauważył tylko malarka. Rozmawiał kiedyś na ten temat z kolegą, który stwierdził, że artyści są właśnie artystami nie dlatego, że mają większe zdolności, ale dlatego, że więcej widzą. Bo zdarzają się ludzie, którzy potrafią rysować czy malować jak mało kto, ale swoimi dziełami nigdy nie przyciągną tak wielu osób, gdyż po prostu nie ma w nich ukrytych znaczeń, które nie są ukryte właśnie dla artystów. Gdy Marek się nad tym zastanawiał, dochodził do identycznego wniosku. Ten obrazek nie był jakiś wybitny pod względem odwzorowania rzeczywistości, kolorystyki czy kształtów, ale miał w sobie coś, co nie pozostawiało wątpliwości, kim jest namalowana postać, mimo iż całość wykonana była w stylu będącym gdzieś z pogranicza kubizmu i impresjonizmu.

Ilekroć Marek przypominał sobie moment wręczania mu obrazka, żałował, że nie spróbował zbliżyć się i być może związać z malarką. Już sam fakt namalowania dla niego innej dziewczyny świadczył o braku zazdrości, a nawet być może o chęci pomocy w zeswataniu Marka z wybranką. Poza tym malarka pocałowała go prawie w same usta, tak, że Marek poczuł kącikiem ust jej wargi, a to świadczyło, że nie pozostawał jej obojętny, a być może nawet się w nim podkochiwała. W takim razie czy obrazek był po to, aby Markowi przypominać dziewczynę, w której był zakochany, czy może po to, aby patrząc na niego, nie mógł zapomnieć tej, która to namalowała? Pytań można zadawać dziesiątki, a odpowiedzi jednoznacznych brak. Może na tym właśnie polega umysł artysty, że z jednej strony jest niezrozumiały dla przeciętnego człowieka, a z drugiej tylko on potrafi wyrazić rzeczywistość w sztuce?

Tego dnia wyszedł z domu grubo po czternastej. W końcu w weekend nigdzie się nie spieszył. Większość właścicieli zakładów pogrzebowych samodzielnie wszystko kontroluje, jest dostępna pod telefonem dwadzieścia cztery godziny na dobę, a on miał dość czasów, gdy pracował w szpitalu i zdarzało się, że musiał być dostępny przez wiele godzin. On w swojej firmie ustalił dyżury, które pełnili pracownicy z większym doświadczeniem. I tylko w sytuacjach niestandardowych pracownicy się z nim kontaktowali. Oczywiście wiązało się to z pewnymi niedogodnościami, czasem utratą klienta, ale Marek wolał mniej zarobić i mieć spokój, niż być dyspozycyjny na okrągło. Poszedł na piechotę po samochód i pół godziny później ruszył na przejażdżkę do Puszczy Kampinoskiej. Gdy tylko mógł, wyjeżdżał poza miasto.

Na miejscu, czyli przy mało uczęszczanym szlaku znalazł się po piętnastej. Zaparkował na sporym parkingu, rozejrzał się i rzuciła mu się w oczy kobieta w zwiewnej, kolorowej sukni podchodząca do swojego audi. Widział ją tylko z profilu, i to nieco z tyłu, a spodobała mu się bardzo. Nieznajoma otworzyła z pilota auto, podeszła do bagażnika, wyjęła jakiś notes, spojrzała na zegarek i po chwili coś zanotowała. Marek przyjrzał się jej z daleka. Zaintrygował go fakt robienia notatek. Ruszył w jej stronę. Kobieta odłożyła notes z powrotem do bagażnika, odwróciła się twarzą w jego stronę, chwilę później wsiadła za kierownicę i szeroko otworzyła szybę. Po chwili zabrzmiały dźwięki jazzu. Marek przyspieszył kroku. Dzieliło go kilkanaście metrów. Kobieta uruchomiła silnik, gdy Marek był o trzy metry. Wrzuciła wsteczny bieg i sprawdzając, czy może ruszyć, rozejrzała się. Ich spojrzenia się spotkały. Kobieta wbiła w niego wzrok, nie będąc pewna, co jest grane. Była niezwykle piękna, o twarzy jak z żurnala, szczupła, bardzo nieznacznie umalowana. Nigdy nie zdarzyło mu się zaczepić tak pięknej kobiety. W końcu stanął na wyciągnięcie ręki i powiedział:

— Czy my się znamy?

Kobieta wyrzuciła bieg, zgasiła silnik i nadal przyglądając mu się, zapytała:

— Słucham?

— No, pytałem, czy my się znamy?

— To ja powinnam o to zapytać. Kim pan jest?

— Nazywam się Marek Olkuń i mieszkam w Pruszkowie.

— Ja pana nie znam — oświadczyła zbywająco.

— A ja mam wręcz przeciwne wrażenie.

— Nic na to nie poradzę. — Ponownie odpaliła silnik.

Marek zauważył na jej twarzy odrobinę niepokoju.

— Proszę się mnie nie obawiać — powiedział cicho. — Mam wrażenie, jakbym panią gdzieś widział.

— Naprawdę? — Zrobiła sztucznie przejętą minę.

— A… — Zawahał się. — Czy mogę wiedzieć, co pani notowała przed chwilą?

— Nie pańska sprawa! — podniosła głos.

— Ok, nie chcę być wścibski czy niegrzeczny, ja tak pytam z sympatii. Chyba.

— Chyba? — Wzruszyła ramionami. — To sam pan nie wie?

— Powiem tak: chcę cię poznać. Nie musisz się niczego obawiać — przeszedł na ty.

— Uuuu, drogi panie, nie zawieram znajomości z nieznajomymi.

Marek przyjrzał się po raz kolejny jej twarzy. Była kobietą przed trzydziestką. Przez chwilę nie mógł się oprzeć wrażeniu, że na jej twarzy odciska się jakieś cierpienie.

— Mam taką propozycję: umówmy się tu kiedyś na spacer, będziemy mieli okazję się poznać. Na razie nie pytam o notatki.

— Nie jestem zainteresowana! — powiedziała jeszcze ostrzej, co szybko Marek odczytał.

— To ja ci dam swój numer telefonu i gdybyś zmieniła zdanie, możesz wysłać wiadomość lub zadzwonić. I bez obaw, umiem odpuścić.

— To wspaniale, wspaniale — rzuciła na odczepkę.

Wyciągnął z kieszeni portfel, już chciał dać jej aktualną wizytówkę, ale coś go tknęło, że przecież tam widnieje jako właściciel zakładu pogrzebowego, więc zawahał się, i już chciał odpuścić, gdy przypomniał sobie, że ma jeszcze kilka wizytówek z czasów, gdy pracował jako lekarz.

— To moja wizytówka, pomyśl, może znajdziesz dla mnie czas.

Nieznajoma spojrzała i powiedziała:

— O, chirurg. Czyli pierwsze nie szkodzić nie jest panu obce… — Pokiwała głową. — Może pomyślę, zobaczymy. A tymczasem żegnam. — Ruszając, rzuciła jeszcze z szerokim uśmiechem: — Miły z pana gość, do widzenia. — Odjechała.

— Do widzenia.

Marek ruszył opustoszałym szlakiem przez puszczę. Była połowa kwietnia i życie dopiero się rozwijało po ciężkiej i długiej zimie. Brzózki puszczały pierwsze listki, sosny pachniały żywicą, kwitły przydrożne zawilce, a kilkadziesiąt metrów dalej na mokradłach kaczeńce, odzywały się wilgi, kosy i szpaki, niebo pokrywały lekkie chmury, z których raczej nie należało się spodziewać deszczu. Wyciągnął z kieszeni telefon i sprawdził, czy nie ma wiadomości z zakładu. Wędrował niespiesznie przed siebie, przypominając sobie czasy, gdy był na początku drugiej specjalizacji.

* * *

— Chciałbym ci przedstawić Lenę, moją pracownicę — powiedział Roman, kolega Marka z liceum. Kobieta była wysoka, bardzo szczupła z wypisaną na twarzy delikatnością.

— Miło mi — odpowiedział odruchowo Marek, ale z podziwem spojrzał na twarz przedstawianej kobiety. Podał jej rękę.

— Miło mi — odpowiedziała ze wschodnim akcentem.

— Ty długo w Polsce? — odważył się mówić po imieniu.

— Już dwa lata minęło.

Markowi spodobało się, jak wymawiała głoskę „ł”, brzmiało to trochę jak ze starych polskich filmów. W ogóle patrzył na Lenę jak w obrazek.

— Dobrze mówisz po polsku, prawie nie słychać akcentu — skłamał.

— Moja mama jest Polką, w domu rozmawialiśmy też po polsku.

— A długo zamierzasz tu być?

— Nie wiem. Jak będzie wiza, to długo. To nie ode mnie zależy.

Marek nawet nie zauważył, kiedy odszedł jego kolega.

— A co zrobisz, jak nie dostaniesz wizy?

— Będę musiała wrócić, ale mam nadzieję, że ktoś mi pomoże. — Spojrzała Markowi w oczy i zamrugała rzęsami.

— A gdzie mieszkasz?

— Na razie u koleżanki, ale ona też nie ma pewnego miejsca.

Z każdą chwilą Marek czuł, że powinien coś zrobić, szczególnie że dziewczyna bardzo mu się podobała, ale nie miał odwagi umówić się, widząc ją po raz pierwszy. Widział również, że Ukrainka cały czas patrzy na niego tym jedynym, kobiecym wzrokiem. Czuł, że się jej podoba.

— Jak koleżanka straci mieszkanie, to i ja nie będę miała co ze sobą zrobić — ciągnęła.

— A jak… — Chciał na początku powiedzieć, jak mógłby jej pomóc, ale ugryzł się w język. — A jak ci się tu żyje? Podoba się Polska?

— Lepiej niż na Ukrainie, tam to pracowałam na dworze.

— Na dworze?

— No tak, owoce, pszczoły, siano kosiłam.

Marek uśmiechnął się na to ostatnie określenie.

— Czyli pracowałaś w polu, na roli?

— A tak, tak, mój polski nie jest bardzo dobry.

— Naturalnie, naturalnie.

— To może się tak zdarzyć, że już niedługo będę musiała wracać, jak nie będę miała gdzie mieszkać.

— Jestem dobrej myśli — odpowiedział, walcząc ze sobą.

— Ale czasem można spotkać dobrych ludzi, którzy pomogą.

Marek nie był w stanie zaproponować dziewczynie randki, czuł dobrze znaną blokadę. Po chwili znów wszedł jego znajomy i szybko zauważył zainteresowanie Markiem ze strony Leny.

— Jak tam gołąbki? — Zaśmiał się wchodzący.

— Dobrze, chyba czas na mnie — odparł Marek.

Ukrainka gwałtownie spuściła wzrok i bez słowa usiadła na krześle za recepcją. Marek wyszedł na korytarz, a za nim Roman. Marek stanął na dłuższą chwilę w bezruchu, jakby wahając się co zrobić. Jego kolega w końcu chwycił go za ramię i rzekł:

— Zapisz sobie numer Leny. — Sięgnął do swojego telefonu po numer.

— Tak? — spytał z niedowierzaniem Marek.

— Tak, tak, nie ma co tu deliberować, podobasz się lasce i chyba z wzajemnością. Mylę się?

Marek spojrzał na kolegę z niepewnością.

— Myślisz, że powinienem?

— Pewnie! — Roman podniósł głos.

Tamtego dnia Marek wracał do domu na piechotę całe osiem kilometrów, od miejsca, gdzie wysiadł od kolegi z samochodu. Był środek zimy, pod stopami skrzypiący śnieg i prawie dwudziestostopniowy mróz. Marek zastanawiał się, czy zaproszenie Leny na randkę to dobry pomysł, gdyż ciągle nie mógł zapomnieć sytuacji, gdy kobiece zwłoki wywołały w nim erotyczną reakcję. Od tamtego czasu każda kobieta stanowiła wyzwalacz. Marek nawet próbował oglądać kobiece akty, ale za każdym razem kończyło się to w taki sam sposób — wzbierająca w nim fala świadomego obrzydzenia podsycana czymś, co nie pozwalało mu zapomnieć, co kazało się konfrontować. Buzowała w nim jakaś nieokreślona siła, która wymuszała próbować, i mimo bólu wciąż próbować. Oglądając akty, wielokrotnie zastanawiał się, co to za siła, ale jedynym wnioskiem było porównanie jej do rozkazu wydanego w trakcie hipnozy — człowiek wie, że ma coś do zrobienia, ale nie zdaje sobie sprawy dlaczego; przynajmniej taki obraz niezrozumiałych działań wyniósł z filmów. Pamiętał też moment, gdy idąc latem po parku w Pruszkowie, widział na ławce opalającą się kobietę rozebraną do bikini. A miało to miejsce zaraz po feralnym wydarzeniu w prosektorium. Wtedy oglądając się na nią jak na goniącego zombie, uciekał przez park. Potknął się o krzak róży rosnący przy deptaku, runął jak długi u stóp policjanta, który chwilę później sprawdził jego trzeźwość.

* * *

A teraz, spacerując turystycznym szlakiem Puszczy Kampinoskiej, dumał, co takiego zainteresowało go w kobiecie z parkingu. W zasadzie pamiętał dwa szczegóły: bardzo ładną twarz i fakt zapisywania czegoś w notesie trzymanym w bagażniku. I chyba to drugie bardziej przyciągało uwagę. Bo która osoba robi coś takiego w lesie? Jego pierwsza myśl była taka, że kobieta jest pisarką i właśnie wpadła na jakiś wiekopomny pomysł. A może malarką? Jej sukienka kojarzyła mu się z artystką. A połączenie artystki z pragmatycznymi zapiskami to wręcz ideał. On sam nigdy nie przejawiał zapędów artystycznych, ale osoby takie darzył niezrozumiałą sympatią. A ucząc się niegdyś na chirurga, musiał stać się pragmatyczny, inaczej nie dałby rady prowadzić skomplikowanych operacji, do których potrzebne są procedury. Nawet pisał własne notatki, z których wyciągał wnioski i robił raporty. Może więc fakt, że sam pisał notatki, sprawił, że zainteresował się tą kobietą?

Po kilku kilometrach usiadł na zwalonym pniu nad niewielkim strumykiem płynącym niedaleko szlaku. Mniemał, że strumyk niesie wodę, która powstała z roztopionego śniegu. Tego roku mrozy puściły i roztopiły się śniegi dopiero pod koniec marca. Marek poczuł zapach sosnowej żywicy, która wiosną napełnia drzewa bardziej niż w innych porach roku. Zanurzył palec wskazujący w strumyku i ciało przeszyło dojmujące zimno. Woda miała temperaturę niewiele wyższą od zera. Zwrócił uwagę na dziwne wodorosty wyglądające jak chemiczne zanieczyszczenia lub też wydzielina jakiegoś zwierzęcia czy nawet człowieka. Mogły też przypominać jasnozielone włosy dziecięcej lalki. Czepiały się napotkanych gałązek czy kamieni, tworząc coś hipnotyzującego, magicznego. Siedział długo, obserwując, jak niewidoczne pojedyncze włókna oblepiają gałązki i kamyki, łączą się ze sobą, z każdą chwilą zmieniając kształt jasnozielonego tworu. Jednak istniało coś więcej oprócz zielonych włókien: to woda sama w sobie, i jej szum. Marek już niemal świadomie zapomniał o chęci oczyszczenia się ze zwyrodniałych skłonności do kobiecych zwłok, ale jego nieświadoma część umysłu przypominała mu podprogowymi podszeptami. Czuł, że chciałby cały wskoczyć do tego miniaturowego strumyka. Zmniejszyć się do rozmiarów żołnierzyka z plastiku i stanąć po pachy w lodowatej strudze. Tak, aby nie pozostał ani fragment nieczystego ciała, tak, aby zimno zamroziło niechciane zapędy… Nawet nie zauważył, że trzymany w wodzie palec wskazujący całkowicie skostniał, stał się bez czucia. Wyciągnął go i zgiął z uczuciem ciała obcego. Ruszył dalej w drogę.

Wieczorem długo ślęczał, czytając książkę; sen wciąż nie nadchodził. Zwykle tak miał, gdy poprzedniego dnia wziął tabletkę i spał dwanaście godzin lub więcej. Zagłębił się w akcję książki i nawet nie zauważał mijającego czasu. Zrobiła się jedenasta, potem dwunasta, pierwsza. W końcu o wpół do trzeciej odłożył książkę z powodu zmęczonych oczu i wypił kubek gorącej herbaty. Jednak nadal nie mógł usnąć. Wyszedł więc na spacer ulicami Pruszkowa. Gdy przechodził przez spore skrzyżowanie, usłyszał głośny dźwięk silnika dobiegający z mniejszej drogi. Przyspieszył kroku. Kątem oka zobaczył błysk świateł z prawej strony; dźwięk silnika gwałtownie rósł. Po chwili, gdy Marek był kilkanaście metrów od ulicy, usłyszał pisk opon, a po chwili głośne uderzenie. Stanął i się odwrócił. Dostrzegł samochód osobowy niemal wbity w przydrożną latarnię. Spod maski wydobywały się kłęby pary, wokół leżały rozbite elementy, a wewnątrz Marek dostrzegł ruch. Nagle drzwi drgnęły, zatrzeszczały, ale się nie otworzyły. Przez nierozbitą szybę Marek zobaczył zakrwawioną twarz młodej kobiety. Zrobił krok w tamtą stronę, ale z boku wyglądało to, jakby zderzył się z niewidoczną ścianą: nagle stanął. Opuścił głowę, twarz zakrył dłońmi i wstrzymał oddech.

* * *

— Nie mogłeś nic więcej zrobić — mówiła Zofia, matka Marka do zamkniętych drzwi jego mieszkania. — Rozmawiałam z Elą, ona jest tego samego zdania.

— Odejdź stąd. — Z wewnątrz przez drzwi wydobył się słaby głos Marka.

— Synku, otwórz, chcę z tobą porozmawiać.

— Daj mi spokój. Idź sobie.

— Wpuść mnie. Kiedy ostatni raz wyszedłeś z domu?

— Nie potrzebuje wychodzić — odpowiedział po dłuższej przerwie.

— Otwórz, nie możesz się odcinać od ludzi, którzy chcą dla ciebie dobrze.

— Odejdź! — wrzasnął i po chwili rozległ się odgłos silnego uderzenia.

— Mareczku, krzywdę sobie zrobisz. Daj mi wejść… — Matka przytuliła się do zimnych drzwi, jakby przez nie mogła przekazać synowi odrobinę czułości. — Otwórz! Co, matki nie wpuścisz?

Ale z drugiej strony wszelkie dźwięki ucichły. Zofia po raz kolejny się rozpłakała i bezsilnie opadła na kolana. Przychodziła pod jego drzwi trzeci dzień z rzędu, a efekt cały czas był ten sam — Marek nie otwierał. Tego dnia przynajmniej z nim porozmawiała przez drzwi, bo poprzednio syn nawet nie odpowiedział słowem. Dowiedziała się o tym, co zaszło, od Eli, koleżanki Marka jeszcze ze studiów, która pracowała w tym samym szpitalu. Marek podobno na chwilę zjawił się w szpitalu, ale wyglądało, jakby się upił, ale ktoś, kto go zaczepił przy wyjściu, nie wyczuł specyficznego zapachu. Tamtego dnia Marek zostawił samochód pod szpitalem i nie wiadomo jak wrócił do domu. Sąsiad widział go opierającego się o każdy napotkany przedmiot; był pewien, że Marek solidnie zapił. Najpierw chciał do niego podejść i pomóc dojść do domu, bo Marek wyglądał tragicznie, ale gdy zbliżył się na kilka metrów, Marek jakby otrząsnął się, wyprostował i dalszą drogę pokonał niemal zwyczajnie. Od tamtej pory nikt go nie widział.

Jego matka dzwoniła do Jadzi, która natychmiast po tragedii od niego odeszła, ale ta nie odebrała telefonu. Po kilkunastu próbach Zofia poprosiła kogoś, by do niej zadzwonił z numeru, którego ona nie zna. Gdy poproszono, aby nie odchodziła od Marka, wykrzyczała kilka ostrych słów i się rozłączyła. Marek został sam i choć miał rodzinę i przyjaciół, nie chciał widzieć nikogo. W pracy zostawił list, w którym napisał, że odchodzi natychmiast i jeśli chcą, niech potraktują to jak porzucenie stanowiska. I od sześciu dni siedział zamknięty w czterech ścianach mieszkania. Telefon miał wyłączony, zasłony zaciągnięte, a zamki zablokowane od wewnątrz, gdyż Zofia w końcu odebrała klucze od Jadwigi i próbowała otworzyć. Ale po głosie nie słyszała, żeby pił. Raczej wyglądało to jak świadome odcięcie się od całego świata. Gdy tego dnia znów odbiła się od jego drzwi, zastanawiała się wraz z córką, czy to chwilowe, aby przetrawić tragedię, czy może Marek umrze odcięty od świata. Uznały jednak, że to chwilowe i tylko dlatego nie zgłosili tego jako stanu psychicznego zagrażającego życiu, a w związku w tym służby nie wyważyły drzwi czy nie weszły przez okna. Ale obie kobiety ustaliły, że jeśli sytuacja nie zmieni się w ciągu tygodnia, będą zmuszone to zrobić.

* * *

Kiedy Marek niemal całkowicie odpłynął w głąb umysłu, z rozbitego samochodu dobiegł go głośny, płaczliwy krzyk. Tylko raz słyszał podobny głos, miało to miejsce, gdy w czasie studiów uczestniczył w próbie reanimacji pacjenta, którego przywieziono po silnym porażeniu prądem. Żona pacjenta najpierw nie mogła usiedzieć ani chwili w oczekiwaniu na efekt reanimacji, a gdy poinformowano ją, że to koniec, wpadła w histerię i krzyczała na cały oddział. Tym razem Marek na początku nie reagował. Nie był w stanie. Przeszłość działała na niego jak anestetyk, który pozbawia czucia i władzy nad częścią ciała.

Dopiero po dłuższej chwili, gdy kobiecy głos prawie ucichł, Marek jakby oprzytomniał: podniósł głowę, spojrzał na auto, szybko ocenił sytuację i wyciągnął telefon. Ruszył do wypadku, rozmawiając z kimś spod numeru alarmowego. W głowie kotłowały mu się wspomnienia: jedne ze studiów, gdy uczył się lekarskiego fachu, inne z dotychczasowej praktyki, a jeszcze inne z feralnego przypadku. Podszedł bezwiednie do samochodu, chwycił wygięte drzwi i z całej siły pociągnął. Te drgnęły o kilka centymetrów, lecz pozostały zamknięte. Przeszedł od drugiej strony i dopiero w tym momencie zauważył młodego mężczyznę ze zwieszoną głową i krwią kapiącą z ust. Marek dotknął szyby, jakby dało się przez nią wyczuć puls, zamknął oczy i ponownie stanął w bezruchu. Kobieta wewnątrz przesunęła się do niego, jakby próbując iść w stronę jedynej możliwej pomocy, i głośno zapłakała. Marek instynktownie chwycił drzwi i silnie pociągnął. Drzwi ustąpiły, a chłopak bez zapiętych pasów osunął się częściowo na chodnik do stóp, a częściowo na nogi Marka.

Marek zamarł. Przed sobą miał nieprzytomnego mężczyznę, który wymagał jak najszybszej pomocy, a w głowie kłębiły mu się wspomnienia z przeszłości: tamta operacja, a niespełna rok później ta tragiczna wiadomość. Przypomniał sobie feralne zdarzenie. Ile to razy wyobrażał sobie sytuację, gdy coś idzie nie tak — zawsze znajdował wytłumaczenie, jakieś alibi, dzięki któremu nie musiałby czuć się winny. Wreszcie ile razy przygotowywał się na najgorsze. Ale na takie najgorsze przygotować się nie można. Żaden tok myślenia na to nie pozwoli, żaden trening nie przygotuje, żaden psychoterapeuta czy spowiednik nie pomoże. Takie coś może się zdarzyć, a potem trzeba jakoś żyć. Często nie sposób przewidzieć, jak potoczy się to dalej. Niektórzy potrafią się otrząsnąć, inni świadomie zmieniają całe swoje życie, a jeszcze inni po prostu uciekają. I to, co budowaliśmy w mozole przez lata, często legnie w ruinie. Nie można przewidzieć, jak zareagujemy, gdy dotknie nas najgorsze. Szczególnie to, co wydawało się, że jest już opanowane. Jak będzie wyglądało nasze życie? Jak bardzo zmieni się nasze postrzeganie? Ktoś kiedyś powiedział:

Jeśli chcesz rozśmieszyć Boga, powiedz mu, że masz jakieś plany na przyszłość.

Po dłuższej chwili Marek otrząsnął się ze wspomnień i poczuł na udach emocjonalnie dotkliwy ciężar nieprzytomnego mężczyzny. Po jego prawej nogawce ściekała wąska strużka krwi z ust rannego. Zacisnął zęby, na chwilę zamknął oczy, jakby szukając sił wewnątrz samego siebie, i delikatnie ujął w dłonie głowę mężczyzny. Dopiero gdy kobieta chwyciła go za nadgarstek, ponownie usłyszał płacz, który wcześniej jego mózg ignorował.

— Niech pan go ratuje — błagała przez łzy.

Gdy tylko do Marka to dotarło, wspomnienia powróciły ponownie. Słowa, które nie mogły go opuścić, to właśnie krzyk Jadzi, aby ratował Jacusia, mimo iż było po wszystkim. Nie chciał pamiętać niczego, starał się zapomnieć, ale tamto nie dawało mu spokoju.

— Niech pan go ratuje — powtórzyła kobieta i spazmatycznie zakasłała, wypluwając na swój rękaw niewielką ilość krwi.

Marek patrzył na tę krew jak na czerwone światło zabraniające przekroczenia tej szczególnej linii dzielącej go od powrotu do leczenia ludzi. Stał przed przejściem dla pieszych, na którym działy się dantejskie sceny, w których mogły umrzeć dwie osoby. Czym było to czerwone światło? I co musiało nastąpić, aby światło zmieniło się na zielone? W końcu jednak poczuł w sobie jakby emocjonalną eksplozję dającą mu w efekcie zezwolenie do działania ponad prawem ruchu drogowego. Powoli, niepewnie schylił się, ułożył delikatnie mężczyznę na chodniku i cichutko powiedział do kobiety:

— Proszę podać mi apteczkę

— Aaaale skąd? — wybełkotała.

— Prawdopodobnie jest w bagażniku, a jak nie to może na tylnej półce.

Kobieta otarła zakrwawione usta, drgnęła, spojrzała za siebie do wnętrza samochodu i wydawało się, że szuka z daleka apteczki. Marek tymczasem delikatnie ułożył nieprzytomnego, starając się jak najmniej nim poruszać, i tylko wymownie spojrzał na kobietę. W końcu się pozbierała, z trudem otworzyła bagażnik i po chwili znalazła apteczkę.

Marek nawet nie wiedział, ile czasu minęło, jak bardzo zagrożone było życie pacjenta, gdy usłyszał sygnał nadjeżdżającej karetki. Jedyne, na co zwracał uwagę, to puls i oddech nieprzytomnego, którego kurczowo trzymał za nadgarstek. W końcu podszedł do niego ratownik medyczny i powiedział, że przejmują poszkodowanego. Marek z ulgą puścił nadgarstek, wstał, spojrzał na kobietę, której, oprócz cieknącej z ust krwi, na pierwszy rzut oka nic się nie stało, i odszedł do domu. O tej porze w okolicy nie było nikogo oprócz niego, dwojga poszkodowanych i dwóch ratowników. I nikt nie zwrócił uwagi, że Marek zniknął. Szedł niezwykle powoli, zatopiony we własnych myślach. Kiedy dotarł do domu, zamknął za sobą drzwi i bez przebierania się w piżamę runął do łóżka. Poczuł, że łzy ciekną mu jak oszalałe, mimo iż na dobrą sprawę nie płakał. Jakby emocje wymusiły łzy, a reszta uczuć została zablokowana. Usnął, wciąż mokry od łez.

Następnego dnia obudził się wczesnym przedpołudniem. Otworzył oczy, rozejrzał się po pokoju, jednak nic nie przykuło jego uwagi. Tylko Zwłoczka leżała w nogach i głośno mruczała. Czasem sobie myślał, że wziął ją zamiast kobiety. Bywało, że łapał się na tym, że częściej myśli o niej niż o jakiejkolwiek niewieście. Powinien ją nakarmić, ale najchętniej nie wstawałby wcale, co akurat w niedzielę mogło być możliwe. Mimo iż starał się nie myśleć o tym, co miało miejsce poprzedniego dnia, to emocje go dołowały. Czuł apatię, wręcz depresję. Tyle się w życiu naczytał na tematy depresji, radzenia sobie z nią, a od czterech lat, kiedy niedobre emocje brały górę, czuł się bezbronny i kompletnie nieprzygotowany. Miał wrażenie, jakby cały świat walił się na głowę, a do czegoś takiego przygotować się nie sposób. Już próbował różnych antydepresantów, ale zazwyczaj efekt był taki, że jakby zupełnie bez zaangażowania emocjonalnego zamykał się w sobie i przepadał na długie godziny. Bez prochów przynajmniej wiedział, kiedy z nim jest nie tak, miał wgląd w swoją bolesną stronę, a ta stanowiła światło ostrzegawcze informujące o tym, żeby coś ze sobą zrobił. Psychotropy, mimo iż mu pomagały, otępiały czujność, mamiły zwyczajnością, podczas gdy on sam nie zachowywał się zwyczajnie. Bo czy zwyczajnością można nazwać wielodniowe zamykanie się w pustym domu? Albo wychodzenie w środku nocy na spacery po ulicach Pruszkowa?

Około południa zadzwonił telefon. Spojrzał na wyświetlacz, który oznajmiał, że dzwoni matka.

— Cześć, mamo. — Starał się mówić radosnym głosem.

— Cześć, jak się masz?

— Dobrze, dziś odpoczywam po ciężkim tygodniu. A co u was?

— Ja zrobiłam wczoraj porządki w domu, a tata skopał ogródek.

— Mamo, ile razy ci mówiłem, żebyście się nie przemęczali. Lepszy byłby spacer, wycieczka choćby do Łazienek. Po co wam ogródek?

— No, to na warzywa. Bo te ze sklepu to nie to samo. Swojskie to swojskie.

— A ja ci mówię, że nie wezmę od was żadnych warzyw. Wolę, żebyście zrobili coś dla siebie.

— Ale to jest dla nas. Dla ciebie i Marysi. A jak dla was, to i dla nas. Nie rozumiesz, że to nam sprawia radość? O wiele większą niż spacery, niż podróże.

— Mamo…

— Synku, dzieci są radością prawdziwego rodzica. I wnuczęta.

— Mamo… — Marek nie miał siły rozmawiać.

— Ale właśnie. Przyjedź dziś na obiad, będzie pieczeń cielęca, tak lubisz.

— Mamo, dziś nie dam rady.

— A co takiego będziesz robił?

— Muszę zająć się domem. Ostatnio bardzo dużo pracuję, więc nie mam czasu — skłamał.

— Nie dasz rady na obiad? Przecież to nie zajmie więcej niż dwie godziny.

— Nie, mamo, wybacz, innym razem.

— No dobrze. Ale mam nadzieję, że nie leżysz cały dzień w łóżku?

— Nie, no co ty. — Nagle wyskoczył z pościeli i stanął przy oknie. Poczuł w sobie moc, która stanowiła odpowiedź na jej słowa. Na dobrą sprawę nie musiał wstawać, ale czuł, że leżąc cały dzień, zawodzi matkę.

Po chwili się pożegnali, a Marek pozostał przy oknie. Patrzył na budzącą się wiosną przyrodę i nie mógł zapomnieć słów matki o tym, że dzieci są celem życia i prawdziwą radością. On dobrze wiedział, że to także dotyczy jego samego, choć nie w kwestii dzieci, bo odkąd przestał być lekarzem, czuł dokładnie to samo — stracił prawdziwy sens działania i życia w ogóle. Co prawda prowadził firmę rzetelnie, przykładał się do pracy, ale cały czas czuł, że do wszystkiego się zmusza. Niby zrezygnował z bycia chirurgiem na własne życzenie, ale coraz bardziej do niego docierało, że zrobił to wbrew sobie. A wiedział, że żadne królestwo nie będzie wielkie, jeśli występuje przeciw sobie.

W poniedziałek, gdy przyszedł do firmy, powitała go Ewa:

— Dzień dobry, szefie.

— Cześć, Ewo.

— Jak weekend?

— W porządku, odpocząłem, połaziłem po lesie. A jak u ciebie? — Podszedł do lady recepcji.

— Też dobrze, byliśmy z mężem w Beskidach.

— No, to kawałek drogi.

— Tak, sporo przejechaliśmy, ale i pochodziliśmy po górach. — Spuściła głowę. — A jak u pana powrót do pracy? Nie jest męczący?

Marek zastanowił się, skąd takie pytanie; w końcu jest szefem tej firmy i na dobrą sprawę mógłby w ogóle nie przychodzić, gdyby czuł się zmęczony czy nie miałby na to ochoty. Przyjrzał się dokładnie Ewie, która w tym momencie nieśmiało podniosła głowę i zerknęła mu w oczy.

— Ewo, w najgorszym wypadku pójdę na wagary. Wolno mi? — Zaśmiał się.

— Panu to wszystko wolno, nawet zamknąć tę firmę na amen — powiedziała jakby ze złością.

— Ale… — Marka zwyczajnie zatkało. Przecież nie żałował pieniędzy na wypłaty dla pracowników, a gdy było trzeba, starał się wspierać. — Źle ci się tu pracuje?

— Mnie? Bardzo dobrze, bardzo dobrze. Ale nie o mnie tu chodzi. — Odpuściła, ale pokręciła głową jakby z niedowierzaniem.

— A o kogo? Ewo, czy ja powinienem o czymś wiedzieć?

— Panie Marku… — zaczęła żałośnie. — Nie, ja tylko tak, bo jednak zmęczona jestem.

— To może chcesz iść do domu?

— Nie!… — Na chwilę zamilkła. — Niech szef się nie przemęcza.

— Dobrze — odpowiedział zmieszany Marek; nie wiedział, o co właściwie chodzi Ewie. Ale naciskać nie zamierzał. — Ty Ewo, jakbyś jednak miała ochotę na wolne, to wiesz, nie ma problemu, w końcu nie brałaś urlopu od wielu miesięcy.

— Dam radę, nie trzeba.

— Jak uważasz — odparł nieco mechanicznie, bo wciąż trapiło go, o co może jej chodzić.

Wszedł do gabinetu i jeszcze długo zastanawiał się nad jej słowami.

Tuż po trzynastej wyszedł z pracy i pojechał na pogrzeb żony swojego nauczyciela z liceum, pana Stanisława. Rzecz, na którą zwrócił uwagę, to fakt, że przybyło dość mało osób — łącznie z nim naliczył tylko dziewiętnaścioro. Gdy podchodził do Stanisława, zobaczył u niego mokre od łez oczy. Zdziwiło go to, bo rozmowa sprzed kilku dni wskazywała raczej, że były nauczyciel nie jest skłonny do płaczu. Tyle że zdawał sobie sprawę, że niemal każdy człowiek miewa w życiu różne momenty. On sam, dopóki nie wydarzyła się tamta tragedia, nie płakał prawie w ogóle, a teraz zdarza mu się uronić sporo łez — co prawda najczęściej bez szlochu, ale jednak. Marek podszedł do byłego nauczyciela jako ostatni.

— Moje kondolencje, panie Stanisławie — rzekł i uścisnął dłoń nauczyciela.

— Dziękuję, młody człowieku. Jednak przyszedłeś, to miłe.

— Tak, i jeśli pan pozwoli, potowarzyszę panu w drodze do domu.

— Nie wiem co powiedzieć. — Stanisław spojrzał wymownie na wnuczkę stojącą obok. — Nie jestem zbyt towarzyski, ale tym razem nie odmówię. — Starzec spuścił głowę.

Marek mógłby przysiąc, że właśnie rozpętała się w głowie rozmówcy emocjonalna burza. Przez chwilę pożałował, że w ogóle tu przyszedł.

— A pani mieszka z dziadkiem? — Marek spytał wnuczkę.

— Do tej pory nie, ale właśnie się przeprowadzam — powiedziała cichutko, niepewnie.

— Taka z niej miła wnuczka, że koniecznie musi dziadkowi udowadniać, że jest już jedną nogą po tamtej stronie. — Starzec uśmiechnął się szeroko, zbliżył do wnuczki i przytulił ją.

— Nie mów tak — poprosiła żałośnie.

— Młody człowieku, a jak ja mam się czuć? Do tej pory wnuczkę widywałem tylko czasem, a teraz będzie mnie pilnowała. Co do majątku to wiem, że na niego nie leci. Nie chce dopuścić, żebym wyciągnął kopyta i leżał kilka dni, zanim mnie znajdą. — Ponownie się uśmiechnął. — Oczywiście, że żartuję, bo wiem, że kto inny miałby dziadka gdzieś, ale takie myśli mnie nachodzą. — Pokręcił głową.

— Dziadku — wyszeptała.

— Jak zaczynają człowieka pilnować, to znaczy, że albo coś narozrabiał, albo ma już bliżej niż dalej, co na jedno wychodzi, bo sąd ostateczny się zbliża i wszystkie machlojki wyjdą. — Stanisław zaśmiał się na głos.

— Jest jeszcze jedna możliwość! — przerwała ostro wnuczka. — Bo dziecka też się pilnuje, a jest niewinne jak aniołek. Pilnują go, żeby chronić przez złem!

— O! — starzec podniósł głos. — O tym nie pomyślałem. — Ponownie przytulił wnuczkę. — Tak, dziecko i starzec są najbardziej narażeni, bo słabi. Ciekawe, co Bóg czuje, kiedy widzi, że ktoś taki zaczyna być właśnie władany przez zło? Tu zaczyna się odwieczny dylemat, młody człowieku: dać wolną wolę i pozwolić na zło, czy zniewolić, zamykając w klatce, do której zło nie ma dostępu. Im jestem starszy, tym dobitniej czuję, jak bardzo Bóg musi być nieszczęśliwy, wiedząc, że czego by nie zrobił, dobrze nie będzie.

— Panie Stanisławie — przerwał Marek. — Chodźmy do domu.

— Oj, tak, młody człowieku. Na starość to już nie o matematyce myślę, ale o sensie tego wszystkiego, o tym, co dalej. — Nauczyciel wypuścił głośno z płuc powietrze. Ruszył w stronę wyjścia z cmentarza. — Czasem się zastanawiam, czy przypadkiem życia nie zmarnowałem na tę matematykę. Teraz to wszystko takie prozaiczne mi się wydaje, takie zbyteczne.

Marek pojechał ze Stanisławem do jego domu, wypił kawę i wrócił prosto do siebie. Tego dnia nie miał już siły pracować. Usiadł na fotelu ze Zwłoczką na kolanach i gapił się w telewizję. Oglądał program publicystyczny o domu spokojnej starości dla osób pochodzących z domu dziecka. Zadał sobie pytanie: czy nie wystarczy dla jednego człowieka, że ma nieszczęśliwe dzieciństwo? Musi mieć też taką starość? Zastanowił się nad tym, co usłyszał na pogrzebie: dziecko i starzec są najbardziej narażeni na zło. A co z chorymi? Albo ludźmi bez sił psychicznych w ogóle? I wreszcie, jak Bóg może na to spokojnie patrzeć?

„Jak Bóg może spokojnie na to patrzeć” — powtórzył w myślach.

Samotność Boga — cz. I

Samotność Boga — cz. I

Prezentuję swoją najnowszą powieść w odcinkach. Będzie ich 11. (Pierwszy odcinek prezentowałem już, ale teraz jest mocno zmieniony.) Osobiście uważam, że to mój najlepszy tekst. Zapraszam do czytania i komentowania. Trochę czasu nad nią pracowałem, więc byłem prawie niedostępny.

Czym jest cierpienie? Jak może wpłynąć tragedia na danego człowieka? Czy niesie ona tylko spustoszenie? Dlaczego Bóg nie zapobiegnie temu, co niedobre, a nie pozostawi jedynie szczęścia i miłości?…

********************

Wciąż jeszcze dudniło Markowi Olkuniowi w głowie, kiedy się obudził. Mimo że już był świadomy, długo nie otwierał oczu. Powrót do funkcjonowania zajmował mu zwykle kwadrans, czasem dłużej. Podniósł powieki, dopiero gdy usłyszał dźwięk esemesa. Usiadł na łóżku i miał wrażenie, że jest bardziej zmęczony niż wieczorem. W takich sytuacjach zastanawiał się, gdzie ten świat z reklam, w których ludzie po obudzeniu mało nie podskoczą z wypoczęcia. Powoli uniósł rękę i podrapał się z tyłu głowy. Najchętniej zaszyłby się w łóżku jeszcze na kilka godzin, ale nie należał do osób, które ochoczo biorą sobie wolne. Sięgnął po stojącą na podłodze butelkę gazowanej wody. Pijąc kilka głębszych łyków, usłyszał dzwonek do drzwi. Odstawił butelkę i zmusił ciało do wstania. Zakręciło mu się w głowie. Wsunął stopy w zimne kapcie, zarzucił na siebie wiszący na krześle szlafrok. Chwilę później otworzył wejściowe drzwi, za którymi stał listonosz.

— Polecony dla pana — oświadczył poczciarz.

— Od kogo?

— Panie, ja to nie wiem, nawet nie chcę patrzeć. Jak zobaczyłbym, panie, że ze Skarbówki, to od razu klient mógłby marudzić, że nie przyjmie czy coś, a tak niech decyduje w ciemno. — Listonosz zmierzył wzrokiem Marka. — Bierzesz pan, czy nie?

— Biorę, biorę.

Marek podpisał papier, wziął kopertę opatrzoną jakąś czerwoną pieczątką i już chciał zamykać, gdy ten drugi stwierdził:

— Nie wiem, co pan robisz, ale dla mnie to nienormalne, aby o dziewiątej być jeszcze w piżamie.

— Mogę sobie na to pozwolić — rzucił automatycznie gospodarz.

— Panie, ja tam nie wiem, co żeś pan przeskrobał, ale listu z prokuratury to ja nigdy nie dostałem.

— Czyli jednak pan wie, skąd ten list? — Marek pokiwał głową.

— A co mam nie wiedzieć, spojrzałem, gdyś pan podpisywał. Ciekawość rzecz ludzka.

— No widzi pan, dostałem list z prokuratury. I co, teraz będę na cenzurowanym?

— Gdzie tam, panie. Co mam dostarczyć, dostarczę, tylko mnie ciekawi, że taki ktoś jak pan tak się zmienił. Panie, aż żal patrzeć.

— Niech się pan nie przejmuje. Ułożyłem sobie życie ponownie… — Marek wyraźnie urwał.

— Tak trzymać, tak trzymać, panie. — Listonosz poprawił wypchaną skórzaną torbę i odwracając się, rzekł: — Niech pan nie zapomni, że dziś piątek, piąteczek, piątunio, przed nami weekend. — Zaśmiał się na głos i zszedł po schodach.

Marek jeszcze długo stał w drzwiach, nie będąc w stanie zmierzyć się z tym, co w kopercie. Dobrze wiedział, że w końcu musi to zrobić, ale jego umysł wyraźnie się sprzeciwiał. Powoli zamknął drzwi, niemal z obrzydzeniem położył kopertę na szafce obok i osunął się po ścianie do pozycji siedzącej. Wbił głowę między kolana i na dłuższy moment wstrzymał oddech.

Przypomniał sobie, jak studiował, i od pierwszego semestru dobrze wiedział, jaką wybrać specjalizację. Mało tego, czuł już w szkole podstawowej, kim chce być. Niejednokrotnie spotykało się to z żartami, śmiechem czy kpinami rówieśników, bo przeciętny nastolatek nie ma tak ściśle sprecyzowanych planów. Nawet nauczycielka stwierdziła, że to piękne marzenie, ale praktycznie nieosiągalne. On jednak nie zamierzał się poddawać. Czuł, że został obdarzony specjalnymi predyspozycjami i że taka rola życiowa jest mu po prostu pisana. Do dziś w pamięci przelewały się terminy po łacinie. Do dziś widział siebie samego wchodzącego na pierwsze ćwiczenia. Te obrazy pozostaną w nim na zawsze, cokolwiek by robił, cokolwiek by się wydarzyło.

Podniósł się kilkanaście minut później i z niechęcią sięgnął po kopertę. Na pieczątce widniały dane prokuratury w Pruszkowie. Otworzył i zaczął czytać.

Prokuratura Rejonowa w Pruszkowie

Niniejszym oddala się wniosek o wszczęcie postępowania karnego przeciw Markowi Olkuniowi…

Godzinę później wszedł do pracy, domu pogrzebowego, który założył sam, gdy zmienił fach. Na początku był to niewielki zakład obsługujący nowe osiedla i pobliskie tereny, jednak z każdym miesiącem firma rozrastała się, mieli coraz więcej klientów, a i pracowników przybyło w ciągu ostatniego roku. Marek założył ten zakład mimo sprzeciwu dobrze prosperującego, działającego od wielu lat w mieście domu pogrzebowego. Właściciel tego drugiego chciał Marka przekonać, że otwieranie kolejnego zakładu to zły pomysł. Marek jednak tym się nie przejął i już po roku jego nowy interes zaczął przynosić zyski, a teraz, po czterech latach prosperował naprawdę dobrze.

Od razu po wejściu zaczepiła go recepcjonistka Ewa. Była blondynką, z mocno kręconymi włosami i seksownym pieprzykiem nad ustami.

— Panie Marku, nie jest dobrze…

— Co się dzieje?

— Mamy dziś straszny nawał pracy, a mówił pan, żeby o wszystkim informować, a właśnie nie będzie przez dłuższy czas Radka.

— A co z nim?

— Wysłałam panu esemesa, miał wczoraj wieczorem wypadek. Leży w domu, ale nieźle poobijany.

W tym momencie Marek przypomniał sobie, że dostał rano esemesa, o którym całkowicie zapomniał.

— A dlaczego dziś taki nawał?

— Panie Marku, z tego samego wypadku ma dziś trafić do nas czworo — ściszyła głos. — A i tak mieliśmy już dwa ciała i dziś jeden pochówek.

— Czyli ten wypadek to coś poważnego?

— Podobno policja mówiła, że to cud, że Radek prawie nie ucierpiał.

— Całe szczęście, całe szczęście. — Marek spuścił głowę i wyszeptał coś pod nosem.

— Ci, co są, pytali, co z nadgodzinami — powiedziała Ewa, kiedy już Marek się odwracał, aby pójść do siebie.

— A chcieliby, czy raczej odwrotnie?

— Mam wrażenie, że raczej nie.

— W takim razie nie ma sprawy.

— Ale raczej się nie wyrobimy.

— Spokojnie, Ewo, pomogę im.

— Tak?

— Tak, tak. — Wszedł do swojego gabinetu.

Zasiadł za biurkiem, zamknął oczy i zatopił się z myślach.

* * *

— Proszę na koniec wymienić przynajmniej osiem kości czaszki. Zobaczymy, czy nie umknęła panu wiedza z początku studiów — powiedziała po dłuższym zastanowieniu kobieta w średnim wieku siedząca naprzeciwko Marka. Obok niej siedziało dwóch starszych mężczyzn w garniturach.

Jednak Marek patrzył w jeden punkt na ścianie, gdzieś ponad głowami tych trzech osób. Nie reagował, jakby to zostało skierowane nie do niego, a właśnie przechodził egzamin na koniec specjalizacji.

— Panie Marku, tu ziemia, jest pan z nami? — Kobieta się uśmiechnęła.

— Tak, tak… — Marek potrząsnął głową, próbując się pobudzić. — Przepraszam, jakie było pytanie?

— Niech pan wymieni przynajmniej osiem kości czaszki.

— Kość czołowa, ciemieniowa, nosowa, łzowa, klinowa, potyliczna, skroniowa, jarzmowa, sitowa, ale również szczęka i żuchwa — Marek wyrecytował z pamięci jak wiersz.

— No, doskonale. A na koniec jeszcze łacińskie nazwy przynajmniej kilku.

— Frontalia, temporalia, parietalia, occipitale, sphenoidale, ethmoidale , maxilla, mandibula…

— Wystarczy, to nam zupełnie wystarczy. Prawda, panowie? — zwróciła się do mężczyzn siedzących obok niej.

— Oczywiście — zawtórowali obaj.

— W takim razie gratulujemy nowemu adeptowi chirurgii. — Kobieta spojrzała na obu mężczyzn. Pokiwali głowami na znak akceptacji.

Po chwili wszyscy troje wstali i po kolei wyciągnęli ręce do Marka. Natomiast on uścisnął im dłonie niepewnie, z niedowierzaniem. Czuł się trochę, jakby cały ten egzamin oglądał w telewizji.

— Jak się teraz pan czuje? — zapytała prowadząca.

— Ja?… — Marek opuścił głowę, jakby właśnie oblał egzamin. — Proszę państwa, czuję wielką radość — mówił niezwykle spokojnie. — Dwanaście lat nauki wreszcie przyniosło oczekiwany rezultat. — Każde słowo wypowiadał mechanicznie, bez emocji.

— Coś wygląda pan bardziej na znudzonego, a nie podekscytowanego — zauważył mężczyzna po prawej stronie.

— Ja?… Ależ jestem bardzo szczęśliwy, naprawdę, tylko… — zawiesił głos, zastanawiając się, co powiedzieć — jestem niewyspany, bo nie mogłem zmrużyć oka.

— W takim razie — kobieta jeszcze raz się rozejrzała — nie zatrzymujemy i życzymy powodzenia.

— I połamania skalpela — zażartował facet po lewej. — A, właśnie. Wie pan, po co chirurg nosi maseczkę?

— No, żeby nie wydychać drobnoustrojów.

— Niestety nie, panie Marku. — Śmiał się ten sam mężczyzna.

— Ale, panie profesorze, to nie było pytanie egzaminacyjne? — Zaśmiała się kobieta.

— Nie, nie było.

— A więc, po co te maseczki? — zapytała z uśmiechem prowadząca.

— Żeby chirurg nie oblizywał skalpela.

Wszyscy czworo ryknęli śmiechem. Marek jeszcze raz podał rękę każdemu z wykładowców i wyszedł na korytarz.

Zamiast wyjść na zewnątrz, wszedł na najwyższe piętro, udał się na koniec korytarza, gdzie praktycznie nikt nie zaglądał, usiadł przy oknie wychodzącym na park i budynek prosektorium i przywarł głową do chłodnej szyby. Na zewnątrz siąpił deszcz; krople spływały po szybie, tworząc miniaturowe soczewki, w których ogniskował się pobliski budynek prosektorium. Odwrócony dachem na dół, z pochmurnym niebem u stóp, wyglądał jak karykatura narysowana okrągłą kreską na sferycznej kropli wody. Spływając po szybie, zmieniał kształty od proporcji naturalnych aż po takie z bajek dla dzieci. Każdy z tych malutkich gmachów zamkniętych w wodnym świecie deszczu i szkła wędrował z góry na dół, zakreślając wymyślne wzory. Co jakiś czas krople łączyły się, ogniskując w sobie coraz większe i bardziej naturalne obrazy budynku prosektorium. A umysł Marka odpływał w nieokiełznany świat, którego do tej pory nie chciał poznać — świat znajdujący się gdzieś między rzeczywistością a całkowitym niebytem.

Wstał z podłogi, gdy ostatnie krople spłynęły na parapet, a wraz z nimi zniknęły te kuszące swym karykaturalnym pięknem soczewkowe obrazy rzeczywistości. Dopiero teraz mógł pójść do domu. Leniwie rozejrzał się wokół i ruszył. Czuł wielki niedosyt wiedzy, może niespełnienia. Zupełnie jakby nie zdobycie dyplomu a nauka była celem samym w sobie. Mógłby uczyć się tak jeszcze przez wiele lat i nigdy nie zacząć pracować.

Zamiast pójść prosto do wyjścia, skierował się korytarzami gmachu pod każde drzwi, za którymi przesiadywał na wykładach czy ćwiczeniach. Przy pierwszych przypomniał sobie, jak pomagał koleżance zrozumieć zasadę funkcjonowania trzustki. Przy kolejnych dokonywał oględzin krwinek pod mikroskopem. Przeszedł tak prawie cały budynek, aż znalazł się pod drzwiami sali, w której pokazywano na prezentacji wyjątkowe przypadki zwłok: od niemowlęcia z jeszcze zalepionymi oczami, przez mężczyznę w sile wieku z obciętymi nogami przy samej pachwinie i rękach na wysokości łokci, aż po bliźnięta syjamskie, dziewczynki, które posiadały dwie głowy, trzy płuca, a resztę wspólną. Do tamtej pory nie przypuszczał, że taki przypadek może istnieć. Bo owszem widywał zdjęcia osób ze wspólną nogą czy ręką, ale o czymś takim nawet nie potrafił spokojnie myśleć. Bo jak tu pojąć choćby zwykły głód, który jest odczuwany przez dwa mózgi? O potrzebach seksualnych nawet nie próbował medytować. Poza tym zastanowił się, że skoro bliźniaczki te miały jedno serce, a to kojarzone jest z siedzibą uczuć, to czy obie tak samo odczuwały rzeczywistość? I, jak rozumieć osobę jako taką, skoro tak mało jest w tym wypadku na wyłączność? Czy głowa to człowiek w tym wypadku? Jeśli tak, to czy zastępując całe ciało poza głową na robota, jak to przedstawiono w filmie Robocop, mamy do czynienia z tym samym człowiekiem? Czy człowiek to jaźń? Bo wszystko na to wskazuje, skoro o istocie o dwóch głowach mówimy, że to dwie osoby. A jeśli tak, to czy osoba o tym samym ciele, ale z całkowicie utraconą pamięcią, to nadal ten sam człowiek? Łącząc te przypadki, niezmiennym pozostaje tylko głowa, a co za tym idzie — mózg. Czy człowiek to mózg? Czy w takim razie mózg bez myśli stanowi człowieka? Czy może to coś innego, nieuchwytnego, co nie jest ani ciałem, ani umysłem? Marek zastanowił się, czy kochałby człowieka z wymienionym ciałem, po całkowitej amnezji, tak samo, jak przed tymi zmianami? Może aby to wyjaśnić i ujednolicić, trzeba wprowadzić byt, jakim jest dusza? Czym w takim razie jest dusza? Chyba nie sposób pojąć istoty konkretnego człowieka, nie odwołując się do takich bytów jak dusza, duch. I tu Marek zaczął się zastanawiać nad istotą Boga i tym, co ten tchnął w każdego z nas. Skoro Bóg, jakiego zna nasza zachodnia cywilizacja, stworzył każdego z nas na swoje podobieństwo, to też musi posiadać umysł i duszę, jakkolwiek ją rozumiemy. Ciało jest podatne na choroby, na starzenie, bo musi takie być, aby człowiek nie żył wiecznie, aby dać szanse kolejnym pokoleniom, umysł rodzi się prawie czysty, wypełnia myślami i bodźcami w trakcie życia, a na starość często zawodzi i tylko dusza pozostaje niezmienna. Ponadto Marek skojarzył, że tej właśnie duszy przypisujemy uczucia i emocje. Może to więc one stanowią duszę? Jednak dobrze znał ludzi, których emocjonalność zmieniła się w ciągu kilkunastu lat, a skoro tak, to czy ich dusza też się zmieniła? Tak więc ciało się zmienia, umysł się zmienia, emocje też, a co za tym idzie dusza, więc zmienia się wszystko. Dziecko rodzi się głodne miłości, głodne drugiego człowieka, potem dana osoba podąża za różnymi rzeczami, kształtuje swoją osobowość, na starość znów pragnie tylko spokoju i drugiego człowieka u boku. Czy w takim razie czegoś człowiekowi brak, że szuka swojej drugiej połówki? Tak, to, co pozostaje niezmiennym przez całe życie to uczucie pustki, którego nic nie jest w stanie do końca zapełnić. Czy to oznacza, że nasza dusza jest ułomna, jeśli człowiek odczuwa ciągły ból? Czym jest ten ból? I jaki jest Bóg, skoro tworząc nas na własne podobieństwo, obdarzył nas tym bólem?…

Marek wyszedł z budynku, w którym zdał egzamin, i podszedł naprzeciwko wejścia do prosektorium. W tym miejscu mieli zajęcia ze zwłokami. Gdy pierwszy raz wszedł tam, zobaczył kilka ciał, na których prowadzono sekcję zwłok. Odruch wymiotny pojawił się u niemalże wszystkich studentów, jednak nie u Marka. On poczuł tylko sporą odrazę. Ot, odwrócił głowę w momencie, gdy dokonywano trepanacji czaszki. Bo mógł znieść wszystko: cięcie skóry, narządów wewnętrznych, a nawet smród wnętrzności, jednak widoku krojonego mózgu — nie. Ale przychodząc tu wielokrotnie, uodpornił się. Nawet już widok mózgu nie robił na nim wrażenia.

Któregoś razu, gdy przyszedł sam, aby dokonać oględzin serca osoby zmarłej na zawał, wszedł na korytarz prowadzący do sali, w której dokonywano sekcji, i zobaczył młodą kobietę z opuszczonymi do kolan spodniami, bez górnej części garderoby, leżącą na kozetce pod ścianą. Odruchowo stanął w miejscu, odwrócił głowę i powiedział głośne: przepraszam panią. Był pewien, że z jakiegoś powodu przebiera się tu jedna ze studentek. Jednak po dłuższej chwili dotarło do niego, co widział. Zwrócił więc niepewnie głowę w jej stronę, nabrał głęboko powietrza i ruszył. Leżała przed nim nieprawdopodobnie piękna, młoda kobieta z mocno zarysowanymi kośćmi policzkowymi, o długich kasztanowych, zwisających z kozetki włosach, wciąż roztaczająca zapach jaśminowych perfum. Ciało miała niebywale kształtne, z jędrnymi piersiami i szerokimi biodrami. Przysiągłby, że taka kobieta mogłaby spokojnie startować w wyborach miss świata. Z jednej strony już dotarło do niego, że przed nim leży trup, ale z drugiej nie dowierzał własnym zmysłom. Był pewien, że to jakiś okrutny żart i piękność ta za chwilę się podniesie. Tak, przed nim wciąż leżała atrakcyjna, działająca na zmysły kobieta, której śmierci umysł Marka nie chciał albo nie mógł przyjąć do wiadomości. To spowodowało u Marka podniecenie seksualne, łącznie z początkami wzwodu.

Jak tylko to poczuł, zaczął biec do wyjścia z budynku prosektorium, wciąż na wdechu. Pokonywał kolejne stopnie schodów, kolejne metry korytarzy, mijał kolejne przechodzące osoby. Każdy skierowany na niego wzrok wymierzał mu głębokie emocjonalne cięcia, będące karą za jego aktualne skłonności seksualne. Wybiegł przed budynek na resztkach tchu. Dopiero wtedy zaczął oddychać. Stanął kilka metrów od wejścia i spojrzał w niebo w poszukiwaniu Boga, który dopuścił do czegoś tak przerażającego. Kim był ten Bóg, skoro pozwolił, aby dusza Marka pragnęła martwej kobiety? Aby pragnęła trupa?… Patrzył w niebo w niemym krzyku, a z góry zaczął padać rzęsisty deszcz. Marek nawet nie zwrócił uwagi, że będzie za chwilę mokry, po prostu stał w deszczu…

* * *

Gdy, siedząc przy swoim biurku w zakładzie pogrzebowym, otrząsnął się ze wspomnień, zerknął do komputera, aby sprawdzić, ile jeszcze zwłok zostało do przygotowania. Mieli wprowadzony system informatyczny, w którym na bieżąco odnotowywano, co zostało zrobione, a co czeka w kolejce. Mimo iż Marek nie należał do osób, które za wszelką cenę chciałyby wprowadzać nowoczesne rozwiązania, to taki system zakupił za namową młodszego brata, który pracował jako informatyk. Marek nie żałował wydanych pieniędzy. Wręcz przeciwnie, szybko doszedł do wniosku, że korzyści z tego powodu są bardzo odczuwalne. Jak dostrzegł, do przygotowania tego dnia zostało jeszcze pięcioro zwłok, co przy okrojonym składzie stanowiło nie lada wyzwanie, szczególnie że po południu mieli obsłużyć pogrzeb.

Przebrał się więc w ciuchy robocze, które trzymał w szafie w swoim pokoju, i wyszedł do pomieszczenia, gdzie przygotowywano zwłoki.

— Dzień dobry, szefie — odezwał się Stefan, który pracował tu od pierwszego dnia.

— Cześć, Stefan. A gdzie reszta?

— Zwłok, czy chłopaków? — zażartował pracownik.

— Chłopaków. Co z nimi?

— Jakiś problem przy wydawaniu zwłok, które przygotowywali. Podobno kobicie otworzyły się powtórnie oczy.

— To dość częste, nic w tym niezwykłego.

— Ale klienci nie chcieli tego przyjąć do wiadomości. Uważali, że zwłoki nie zostały dostatecznie dobrze przygotowane. Wtargnęli tu na salę, mimo sprzeciwów Ewy. Chłopaki musieli ich wyprowadzać.

— Pójdę tam. — Marek ruszył w stronę wyjścia.

— Chyba nie ma takiej potrzeby, ale jak uważasz, szefie.

— Zobaczę.

Kiedy Marek wyszedł do poczekalni, nie mógł uwierzyć własnym oczom, gdyż Ewa podtrzymywała starca, którym okazał się jego nauczyciel matematyki z liceum. Marek pamiętał go jako starszego, ale pełnego życia mężczyznę z pasją i charyzmą, tymczasem stał przed nim ktoś, kto wydawał się zaprzeczeniem tych cech: miał zgarbioną sylwetkę, trzęsące się ręce, grube szkła okularów i wspierał się na lasce. Obok w fotelu siedziała zapłakana kobieta około trzydziestki zakrywająca dłońmi twarz.

— Dzień dobry, panie Stanisławie — zaczął Marek.

Starzec rozejrzał się, próbując dociec, skąd dochodził dźwięk, co świadczyło o kiepskim słuchu, a kiedy dostrzegł Marka, zmarszczył brwi i za chwilę spytał:

— Skąd zna pan moje imię, młody człowieku?

— To ja, Marek Olkuń, uczeń z ogólniaka, sprzed… — liczył w pamięci minione lata — dwudziestu lat.

Mężczyzna jeszcze raz mu się przypatrzył i pokiwał głową. Marek jednak miał wrażenie, że były nauczyciel zrobił to dla świętego spokoju, bo nie pamiętał już tak odległych czasów.

— Młody człowieku, coś mi się faktycznie przypomina, choć skłamałbym, mówiąc, że pamiętam wszystkich. Pamięć nie ta. Jak będziesz miał moje lata, to zrozumiesz, o czym mówię. Osiemdziesiątka na karku to nie byle co. — Były nauczyciel pokiwał głową. — A ty ile masz wiosen?

— Trzydzieści osiem — wypowiedział przeciągle Marek.

— A co tu robisz? Też odbierasz zwłoki? — zapytał mężczyzna.

— Dziadku! — upomniała go kobieta. — Ten pan tu pracuje.

— Takie buty… — Starzec pokręcił głową. — To, co masz mi do powiedzenia, młody człowieku, na temat tych oczu?

— To normalna rzecz. Oczy czasem się otwierają po śmierci, panie Stanisławie. Wiem, że do przyjemnych rzeczy to nie należy, ale tak już bywa.

— Czyli to nie było niedopatrzenie twoje albo kolegów?

— Panie Stanisławie, ja tu jestem szefem i zapewniam, że moi chłopcy są niezwykle sumienni. Może być pan pewien.

— Młody człowieku, załatwmy więc formalności, chcę już stąd iść, to miejsce mi śmierdzi.

— Czym panu śmierdzi? — spytał Marek.

— Trupem, młody człowieku, trupem. Może by tak nie śmierdziało, gdyby nie mój wiek. Teraz to nawet kościół śmierdzi, bo tam będą czynić obrzędy, jak odejdę. Ja to bym chciał, żeby to było tak normalnie, w domu, tylko dla bliskich, ale…

— Dziadku! — wtrąciła się wnuczka. — Nie rozmawiajmy na ten temat — powiedziała płaczliwym głosem.

— O takich rzeczach trzeba rozmawiać, żeby potem mniej cierpieć, gdy ktoś umrze. — Starzec się uśmiechnął. — Trening czyni mistrza. Ja to mam zdanie, że w szkole powinni wprowadzić specjalny przedmiot, na którym cały czas by się mówiło o śmierci i trupach. To by uodporniło ludzi i nie byłoby tych wszystkich szlochów, lamentów.

— Dziadku! — podniosła głos kobieta. — Bo wyjdę!

— Dobrze, Aniu, już dobrze. Chcę jeszcze trochę przed śmiercią powymądrzać się. Zobaczysz, jeszcze nieraz wspomnicie o tym przy okazji jakiejś zabawy z alkoholem, kiedy umysł się rozluźni. — Były nauczyciel spojrzał na Marka. — A ty, młody człowieku, chyba przygotowany jesteś na śmierć, skoro tu pracujesz? — Pokiwał głową. — Ale, ale. Mówiłeś, że jesteś tu szefem, więc chyba nie pracujesz ze zwłokami? — Spojrzał Markowi w oczy.

— Jak trzeba, to pracuję. O własny interes trzeba dbać.

— O, święte słowa, święte słowa, młody człowieku. Ja o swój nie dbałem i od dawna to nawet viagra nie pomaga. — Starzec uśmiechnął się zawadiacko.

— Dziadku! — krzyknęła wnuczka i wyszła na zewnątrz.

— Młody człowieku, chyba na mnie czas. Jak widzisz, nawet poświntuszyć mi nie pozwalają. Człowiek na starość robi się jak eksponat muzealny albo pomnik przyrody: tego mi nie wolno, tamto zabronione. Jeszcze trochę to nie pozwolą w ogóle wychodzić na dwór, bo albo mnie przewieje, albo się czymś zarażę. Strach żyć, młody człowieku, strach żyć.

— Panie Stanisławie, niech pan nie zwraca na nich uwagi. Skoro jest pan jak pomnik przyrody, to będą wokół pana skakać i tak.

— Tak, zrobiłbym tak, gdyby nie to, że jak się doigram, to zakopią gdzieś w ogródku moje zwłoki, a potem będą jeść warzywa, które wyrosły na tym warzywie, które stoi przed tobą, młody człowieku. — Starzec po raz kolejny się zaśmiał. — Ale cóż, idę. Żona odeszła, to trzeba poudawać, że to nie do zniesienia. A prawda jest taka, że mimo iż to boli jak diabli, to żartować trzeba. Wszystko łatwiej znieść z humorem.

— Pamiętam, jak małżonka przychodziła czasem do pana do szkoły.

— Dobra z niej kobita była, młody człowieku, zawsze dbała o innych.

— A termin pan już ustalił z Ewą?

— Tak, wszystko ustalone. Pogrzeb będziecie robić w poniedziałek o czternastej w kościele na Żbikowie.

— Postaram się przyjść, choć wie pan, praca.

— Tak, tak wiem. Są rzeczy ważniejsze nić pogrzeb prawie całkiem nieznajomej kobity.

— To do widzenia, panie Stanisławie.

— Do widzenia, młody człowieku. — Uścisnął Markowi dłoń i wyszedł.

Marek stał dłuższy czas, zanim pozbył się natrętnych myśli o śmierci, do której przecież przywykł dość dobrze przez ostatnie lata. Zrozumiał, że wystarczyła odrobina innego podejścia do tego tematu, aby rozbudzić wygasłe uczucia. Tak, do śmierci nie sposób się przyzwyczaić, można jedynie uśpić czujność, aby nie zauważyła sygnałów płynących ze zmysłów.

Marek ruszył do roboty, czyli mycia i ubierania zwłok. Niektóre z nich w zasadzie od razu nadawały się do ubrania, bo po śmierci zostały już umyte, a potem nie miały jak się zabrudzić, ale niektóre należało przygotować od początku, gdyż wraz ze stężeniem pośmiertnym puściły zwieracze odpowiedzialne za trzymanie kału i moczu. W takim przypadku pielucha niemowlaka to nic, bo u dzieciaka po pierwsze jest mała ilość fekaliów, a po drugie inaczej czyści się ciało należące do żywego człowieka, a inaczej ciało stwardniałe, zimne i martwe. Za każdym razem Marek miał wrażenie, że ten cały trud jest zbyteczny, ponieważ zwykle trumnę zamykano w zakładzie pogrzebowym i ciągle zamknięta trafiała do grobu.

Pamiętał z dzieciństwa, gdy uczestniczył w wiejskiej ceremonii pogrzebowej. Otwarta trumna ze zwłokami stała dwadzieścia cztery godziny w gościnnej izbie domu, w którym mieszkał zmarły; przy niej czuwała na zmianę rodzina, bliscy oraz sąsiedzi, i niemal na okrągło albo odmawiany był różaniec, albo śpiewane pieśni żałobne. Żałobnicy zmieniali się co kilka godzin, a wypalone świece zastępowano nowymi. Marek, wtedy będąc dzieckiem, nie mógł pojąć, dlaczego ludzie mają taką małą moc, że nie potrafią wskrzesić zmarłego. Przecież w kościele słyszał, iż Jezus to potrafił i że jeśli się będzie miało dostatecznie silną wiarę, da to siłę, aby góry przenosić. A czym jest malutki człowiek w porównaniu do ogromu góry. Na koniec pożegnania kiedy już był czas, aby wywieźć ciało do kościoła na mszę, zgromadzeni podchodzili i osobiście żegnali się ze zmarłym. Jedni obściskiwali rękę zmarłego, drudzy przytulali się, a jeszcze inni całowali.

Kiedy Marek uporał się z pierwszymi zwłokami mężczyzny, podszedł do niego Stefan.

— Szefie, nie będzie pan zadowolony.

— Tylko mi nie mów…

— Niestety tak…

— Ale… — urwał Marek.

— No, tak się zdarzyło, sorry.

— Czyli co? Zostały same kobiety?

— No, tak.

— Dlaczego ja nie mogę spokojnie pracować?…

— Szefie, jak trzeba, zostaniemy dłużej, niech szef da sobie spokój.

— Inni chcą do domu, jest piątek, muszę! — Marek zacisnął w gniewie zęby.

— Szefie, a kiedy ostatni raz kazał im pan zostać dłużej w piątek? Bo ja nie pomnę. Raz mogą, nic im nie będzie!

— Ale…

— Szefie? — rzucił pytająco Stefan.

— Słucham.

— Niech szef idzie do domu, ja przejmę kontrolę. Jeśli to nie problem.

— Problem żaden, ale właśnie zdecydowałem! — Marek krzyknął.

— Czyli?… — zapytał niepewnie pracownik.

— Nie mogę wciąż unikać zwłok kobiet. Tak być po prostu nie może! Operować dawałem radę, więc i przygotowywać do pogrzebu dam radę! Przecież nic tragicznego się nie dzieje!

— Szefie…

— Co, szefie?… Robiłeś dotychczas wszystko, aby żadne kobiece zwłoki nie trafiły w moje ręce. Stefan, tak być nie może! To śmiech na sali, żeby lekarz miał obawy przed nagim kobiecym ciałem. Muszę, rozumiesz? Muszę! — Odszedł w stronę chłodni.

Kilka minut później przywiózł na wózku ciało do pomieszczenia, gdzie myło się zwłoki. Nie musiał podnosić białego płótna, aby wiedzieć, że to kobieta, w końcu powiedział to Stefan. Ustawił więc wózek z nieboszczką z boku sali, gdzie podłoga i ściana pokryte były płytkami ceramicznymi, zablokował hamulcem kółko i na dłuższy moment stanął w bezruchu. Nabrał głęboko powietrza, napiął wszystkie mięśnie, zamknął oczy i próbował się przygotować do widoku nagiej martwej kobiety. Starał sobie wyobrazić nieatrakcyjne zwłoki staruszki, z pomarszczoną skórą, zwałami nieregularnego tłuszczu i licznymi przebarwieniami w kolorze ciemnobrązowym i brunatnym. Robił wszystko, aby sobie obrzydzić aspekt erotyczny, który mógłby się pojawić w przypadku zwłok atrakcyjnej kobiety. W trakcie operacji nieraz widział nagie piękne kobiety leżące na stole operacyjnym i nigdy nie miał oporów, wykonywał swoje czynności jakby z wyłączeniem własnej osoby, ale tam było więcej osób, to po pierwsze, a po drugie miał zajętą głowę procedurą, czy jak to się nazywa w przypadku operacji — protokołem. Wtedy całą swoją uwagę kierował na kolejne kroki, na rozmiar i stan naczyń krwionośnych czy na czas, który minął od początku operacji. W dodatku był zawsze tylko asystentem, nigdy sam nie dokonał operacji serca. A tu, u siebie w zakładzie zajmował się ciałem zupełnie sam i nie było mowy o żadnych ustalonych krokach. Poza tym, co prawdopodobnie miało największe znaczenie, tu nie gonił czas — zwłoki nie mogły jeszcze raz umrzeć.

Otworzył oczy i gwałtownie odkrył głowę zmarłej. Na wózku spoczywała kobieta w średnim wieku, nie za ładna, nie za brzydka, taka zwyczajna czterdziestolatka. Kolejne pociągnięcie białego płótna i ujrzał szpitalną piżamę, spod której przez rozpięty guzik nieco widać było jędrną pierś. Marek po raz kolejny zamknął oczy i bezsilnie osunął się do pozycji kucznej. Nie był w stanie kontynuować. Znów czuł, że to zbyt wiele: połączenie kobiecego piękna i martwych zwłok. Jak najszybciej podniósł się i wyszedł. Wziął ręcznik i zamknął się pod prysznicem na długi czas. Czuł jak woda obmywa jego ciało ze wspomnień, z żądzy, która czasem się pojawiała w kontaktach z żywymi kobietami i z tego, co w nim pozostało z tamtego wydarzenia w akademickim prosektorium.

Wieczorem, gdy pracownicy przygotowali wszystkie ciała, przeszedł jeszcze po zakładzie, niejako sprawdzając firmę osobiście. Już doszedł do siebie po tej bolesnej konfrontacji z martwą kobietą.

— Stefan — rzekł do pracownika. — Jutro twój dyżur, więc nie spóźnij się, bo mają przywieźć zwłoki z samego rana.

— Jasna sprawa, szefie, nie trzeba przypominać.

— A kiedy się wybierasz na urlop?

— Szefie, ta firma to mój drugi dom. Żona sama jedzie, bo ja to bym z nią nie wyrobił.

— Aż tak wam się źle układa? — Marek zmarszczył brwi ze zdumienia.

— Nie w tym rzecz, szefie. Żona to lubi jak mało kto pojechać nad morze i wylegiwać się na plaży, a ja tam bym długo nie usiedział, bo ani pływać nie umiem, ani słońca nie za bardzo lubię, a ludzie w strojach kąpielowych zawsze kojarzą mi się z pracą. Co nie spojrzę na kogoś, to już w myślach go myję i ubieram do trumny. Pamiętam, jak ostatni raz poszedłem z nią na plażę. Szefie, nawet na babeczki normalnie już nie umiem patrzeć, tylko widzę rozmiary, trudności przy ubieraniu. Chłop to powinien widzieć problemy przy rozbieraniu baby, a nie przy ubieraniu. — Stefan z uśmiechem pokręcił głową. — To nienormalne, szefie, oj, nienormalne. Przez tę pracę to przykładnym katolikiem zostanę. Bo już obce baby mnie prawie nie kręcą.

— Naprawdę tak masz?

— No, jak bonie dydy, szefie. Któregoś razu jak łowiłem nad Wisłą, dosiadła się młoda dziewczyna. No nie wiem, może miała dwadzieścia lat, może nie. A ja, zamiast ją bajerować, to zwinąłem się czym prędzej.

— To nie miałeś na nią ochoty? Przecież masz dopiero pięćdziesiątkę.

— No, jak nie jak tak. Tylko że, szefie, jakoś coś mi kazało. A potem jak wracałem do domu, to kląłem pod nosem, że nie spróbowałem jej zbałamucić. — Stefan wbił wzrok w podłogę. — Mówię ci, szefie, ta praca mnie zmieniła.

— To może powinieneś ją zmienić?

— A co ja będę zmieniał. Mój kumpel to mi kiedyś powiedział: ceń szefa swego, bo możesz mieć gorszego. To samo z pracą. I to święta prawda. Ta praca niby męczy, ale bez niej żyć bym nie mógł.

— A co ty robisz, aby odpocząć?

— Co?… — Stefan się zamyślił. — A bo ja to wiem?… Albo posiedzę przed telewizorem, albo sobie pójdę właśnie na ryby, bo tam nikogo nie ma, albo śpię, ile wlezie.

— Może i ja polubiłbym wędkować?

— No, jak szef chce, to mogę zabrać któregoś razu. Tylko żeby żona nie wiedziała, bo ile razy wychodziłem na ryby z kolegą, to wracałem pijany. — Stefan się zaśmiał.

— Dobra, któregoś razu powiedz, jak będziesz jechał, to się zabiorę.

Tego dnia Marek poszedł do domu na piechotę, zostawiając samochód pod zakładem. Wielokrotnie tak robił, gdy dzień dał mu popalić. Do przejścia miał prawie trzy kilometry. Pruszków nie kojarzył się raczej bezpiecznie w związku z bandami przestępczymi i mafią, ale Marek nie doświadczył tu niczego złego; odnosił wrażenie, że tamte czasy minęły, a nawet jeśli mafia istniała nadal, była praktycznie niezauważalna.

W domu znalazł się kilka minut po szóstej wieczorem. Pierwsze, co zrobił, to wpuścił przez okno kota, który przednimi łapami dudnił od zewnątrz w szybę. Wziął go na wychowanie niedługo po tym, jak przestał pracować jako lekarz i otworzył zakład pogrzebowy. Była to samica o imieniu Zwłoczka, które nadał jej były chirurg, który wprowadzał Marka w chirurgię ogólną. Znajomi Marka wielokrotnie ganili go za takie imię, uważali, że to igranie z losem, ale jemu nawet się to spodobało. Poszedł do kuchni ją nakarmić. Tym razem wyjął z lodówki wieprzowe serca. Zwłoczka uwielbiała je. Potem sięgnął do lodówki po puszkę piwa i zasiadł przed telewizorem. Od czasu zmiany zawodu zaczął oglądać telewizję, przedtem włączał tylko okazjonalnie. Za chwilę kocica wskoczyła mu na kolana. Dawał jej na co dzień swobodę, wypuszczając na dwór, ale dobrze wiedział, że wróci. Zawsze wracała. Była przykładem bytu wolnego, który jednak wybiera bliskość. Czy ona też odczuwała tę samą pustkę, co człowiek? I co Bóg?

Tego dnia położył się bardzo wcześnie, zmęczony konfrontacją ze zwłokami kobiety. Ale zasnąć nie mógł. Zresztą miewał spore problemy ze snem od czasu tamtej tragedii. Przedtem zasypiał niemal od razu. Próbował sobie aplikować różne farmaceutyki na bezsenność, ale te albo nie działały wcale, albo otumaniały go na tyle, że następnego dnia miał problemy z normalnym funkcjonowaniem. Tylko w awaryjnych sytuacjach brał najmniejsze możliwe dawki pewnego neuroleptyka, który normalnie powinien działać przede wszystkim przeciwpsychotycznie, a na niego działał niezwykle nasennie. Nawet po minimalnej ilości Marek spał dwanaście godzin albo więcej. Ale unikał go, bo rzadko kiedy mógł sobie pozwolić na taką ilość snu. Jednak po prawie dwóch godzinach przewracania się z boku na bok sięgnął po ten lek. Wiedział, że przed nim sobota, wszystkie zwłoki zostały przygotowane, a resztą miał się zająć Stefan z Ewą.

Zasypiając, wciąż miał przed oczami sytuację z minionego dnia. Nawet nie tyle same zwłoki, ile wysuwającą się przez rozpięty guzik pierś — pierś jędrną, pełną, jak mniemał, kształtną, za którą obejrzałoby się większość mężczyzn. Najpierw wyobraził sobie dokładnie to, co widział w ciągu dnia, czyli rozpięty jeden guzik i fragment piersi z sutkiem. I stanęła mu przed oczyma kobieta, z którą kiedyś uprawiał seks, starsza od niego, o wiele starsza, ale ponętna, kusząca i pachnąca kobiecością. Gdy dosiadła go i pochyliła się, oparła piersi na jego twarzy. I teraz, przypominając sobie martwe ciało kobiety, które widział tego dnia, rodziło się w nim przypomnienie tego, co sprzed lat, jak i odraza przed martwą nagością. Pierś ta zaczęła falować, jakby w środku coś żyło, jakby brzemienne łono kobiety wypychane było na zewnątrz przez kopiące nóżki nienarodzonego dziecka. Albo jakby w tej piersi żył obcy i miał za chwilę wyskoczyć jak w filmie. Chwilę później biust zaczął pęcznieć, nabierać rozmiarów jak nadmuchiwany balon. Strzelił kolejny guzik, poleciał w stronę twarzy Marka i uderzył go w czoło. Cycek nadal rósł, robił się coraz bardziej napęczniały. Na skórze zaczęły uwidaczniać się sine żyły, tworząc sieć przypominającą lotnicze zdjęcia delty sporej rzeki lub źródeł innej. Marek koncentrował się na nich, jakby w tej strukturze tkwiła jakaś niezwykle ważna tajemnica, którą trzeba było jak najszybciej rozwikłać. Przez chwilę mógłby przysiąc, że w żyłach tych nie płynie czerwona, żywa krew, lecz zgniła ciecz, która niegdyś była krwią, a teraz jest mieszaniną brudu, zlepków bakterii i mazi przypominającej ropę z zakażonej rany. Nagle pierś pękła, z boku pociekła ta ropa zmieszana z krwią, a w powietrzu rozniósł się smród siarkowodoru. Ilość zgniłej cieczy rosła, a wraz z tym cycek flaczał z każdą chwilą. Aż w końcu pusta wewnątrz skóra opadła na klatkę piersiową, której żebra odznaczyły się podłużnymi górkami i dołkami. Marek miał ochotę chwycić tę pierś, zszyć, jak go szkolono na uczelni, może nawet nadmuchać, mimo smrodu, który stawał się coraz bardziej nie do zniesienia.

W końcu otworzył oczy. Na zewnątrz już widniało. Obok spała Zwłoczka. Spojrzał na zegarek, który wskazywał piątą rano. Przez chwilę próbował wstać, ale czuł się tak zmęczony, jakby nie zmrużył oka od kilku dni. Przewrócił się więc na plecy, dłoń ułożył na kocie i po chwili znów zasnął.

W świat snów

W świat snów

Przedstawiam swój stary tekst. Nie wiem, co o nim sądzić.

Ciekawa historia się z nim wiąże. Kiedyś, bardzo dawno temu napisałem podobny tekst i później myślałem, że mi przepadł na zawsze. Więc napisałem ten. Kilkanaście miesięcy później znalazłem ten sprzed lat i okazało się, że imiona bohaterów są identyczne. Tematyka również bardzo podobna. A zupełnie nie pamiętałem świadomie, o czym był ten stary.

Wróbel, Sperling, Ptak, Upierzenie, Wtapianie, Zwierząt

– Dzień dobry, panie doktorze.

– Witam pana.

– Da pan chwilę? – zapytał doktora, podchodząc niepewnie do jego biurka. – Zaraz powiem, co mi jest.

– Oczywiście, nie ma pośpiechu.

– Gdzie mam usiąść? – kontynuował Marcin i rozejrzał się po całym gabinecie. – Tutaj, na tym krześle?.

– Tak. – Zwracając uwagę na każdy ruch, lekarz uważnie obserwował pacjenta. Był łysiejącym facetem, w wieku około pięćdziesiątki, ubrany był w szary garnitur, białą koszulę i krawat w pięciolinie.

Tymczasem Marcin spoczął i dopiero wtedy wzrok lekarza padł na niego.

– Więc mam problemy z koncentracją i wrażenie, że wszystko jest moją winą – wypowiedział Marcin jednym tchem, wziął głęboki oddech i dodał – to tak w skrócie.

– Wszystko, co pan robi, jest pana winą, czy nie tylko to?

– To znaczy? – To pytanie wydało się Marcinowi trochę niejasne, toteż przyjrzał mu się uważnie i czekał na odpowiedź.

– Chodzi o to – wyjaśniał psychiatra – że jeżeli przydarza się coś, w czym pan nie brał udziału, to też uważa pan, że zawinił?

– Tak.

– To proszę to nieco rozwinąć. – Lekarz cały czas przypatrywał się pacjentowi.

– Więc już jako nastolatek potrafiłem się przyznać do rzeczy, których nie zrobiłem – mówiąc to, cofnął się pamięcią wstecz i próbował sobie przypomnieć, co się niegdyś wydarzyło.

– Ale zdawał sobie pan sprawę, że to nie pana wina, a mimo to, robił?

– No właśnie nie do końca – Marcin pokręcił lekko głową, przekrzywił nieco usta, spoglądając pod nogi. – Miałem taką sytuację w szkole podstawowej, że któryś z kolegów coś przeskrobał, nauczycielka kazała się komuś przyznać, więc ja bez wahania to zrobiłem. Dopiero wtedy winny wstał i powiedział, że to on. – Zrobił krótką przerwę i dodał – ja cały czas myślałem, że to ja. Potem inni potwierdzili, iż nie miałem z tym nic wspólnego.

– Jak pan na to zareagował? Zdziwiło to pana? – Próbując zgłębić problem Marcina, lekarz zmarszczył brwi.

– Owszem. – Pacjent pokiwał głową i z przejęciem to rozwinął. – Na początku byłem pewien, że wszyscy próbują mnie bronić i że to ja narozrabiałem.

– A kiedy się pan zorientował, że mówią prawdę?

– Jakiś czas później, gdy winowajca zaczął ze mną rozmawiać i opowiedział w szczegółach całe zajście. – W tym momencie Marcin zapadł się w sobie, przywołując sytuację sprzed lat. – Inni też mówili identycznie.

– A jak pan się czuł, gdy zrozumiał, że się niesłusznie przyznawał?

– To dziwne… – Marcin zawiesił głos, rozejrzał się po gabinecie, spuścił wzrok i oznajmił – pomyślałem, że sobie na to zasłużyłem.

– A teraz jak pan myśli?

– Teraz mam dwadzieścia dwa lata – niejako domagając się pomocy, pacjent spojrzał rozmówcy głęboko w oczy – zdążyłem siebie jako tako poznać i wiem, że ze mną zawsze było coś nie tak.

– Ale czy sądzi pan, że zasłużył sobie na nieswoją karę?

– Nie – Marcin zaprzeczył, po czym sprostował – raczej nie.

– Raczej czy na pewno? – psychiatra dopytał.

– Wie pan, panie doktorze… – Mimo że starał się być analityczny, to jednak coś go gryzło. – Logicznie rzecz biorąc, to wiem, że nie, ale czasem dopada mnie myśl, że to dobra sankcja za moje grzechy.

– Czyli zdaje pan sobie sprawę, że ma na koncie jakieś przewinienia?

– Tak, doskonale.

– Ale przecież nikt nie jest bez win. – Lekarz, rozłożywszy nieco bezradnie ręce, dał mu do zrozumienia, że wszyscy są ludźmi. – Lecz nikt nie powinien uważać, że koniecznie musi być za to ukarany. Szczególnie że mamy tu do czynienia z braniem na siebie czyichś kar.

– Nie wiem, co powiedzieć. Tak mam i już… – Marcin spuścił głowę i przez dłuższy czas jej nie podnosił.

– A jakieś inne przykłady obarczania się? – dopytał doktor.

– Spotykałem się z pewną dziewczyną i przez pewien czas było wszystko w porządku – rozpoczął pacjent po chwili zastanowienia. – Ale potem ona szybko nauczyła się, że po każdej sprzeczce biorę winę na siebie, więc zaczęła to wykorzystywać. Najpierw tylko powtarzała, że jestem dla niej jakimś skaraniem boskim, a później to już mnie znienawidziła i wkrótce odeszła.

– A nie potrafił pan rozstrzygnąć, czyje było przewinienie naprawdę?

– Sam nie wiem. – Marcin po raz kolejny pokręcił głową, jakby nie mógł się pogodzić z własnym sobą. – Za każdym razem miałem wrażenie, że będzie lepiej, jeśli okażę pokorę.

– Kobiety tego nie lubią – oznajmił psychiatra z odrobiną złości.

– Chyba tak… – Zamyślił się pacjent, znów spuścił wzrok i dodał – teraz to już wiem, ale mimo to nie żałuję, że brałem wszystko na swoje barki.

Nastąpiła dłuższa cisza, gdyż Marcin nie za bardzo wiedział, co dalej mówić, a lekarz jakby czekał na coś więcej. Siedzieli niemal naprzeciwko siebie, oddzieleni biurkiem.

– Nie wiem, czy to panu pomoże, ale przypiszę panu pewien lek – lekarz, mówiąc to, wziął głęboki oddech i zajrzał do książki ze spisem farmaceutyków.

– A jak on działa? – dopytał pacjent.

– Generalnie – wyjaśniał doktor, przeglądając spis – pozwala nieco wyrzucić na zewnątrz emocje. Za długo musiałbym tłumaczyć…

– A nie zaszkodzi mi?

– Nie powinien – odpowiedział psychiatra nieco niepewnie i z pewną dawką sceptycyzmu.

– A jakie są skutki uboczne?

– Przede wszystkim może pan przybrać na wadze. – Lekarz wziął się już za wypisywanie recepty.

– Tym się akurat nie przejmuję – Marcin nieco się uśmiechnął – Gdyż, jak pan doktor widzi, do grubasów nie należę.

– To prawda. – Lekarz jeszcze raz zmierzył Marcina od stóp do głowy. – Nie zaszkodzi, jeśli pan przytyje kilka kilogramów.

– Zawsze byłem za chudy.

– Dobrze… – Doktor przybił pieczątkę, chwilę później się podpisał, jeszcze raz na nią rzucił okiem i dodał – oto recepta, a na wizytę kontrolną proszę przyjść za miesiąc.

Potem lekarz dopełnił formalności, Marcin podziękował i pożegnali się. Wyszedł z gabinetu i skierował się do najbliższej apteki, gdzie wydano mu lekarstwo, a później pojechał na studia. Miał duże wątpliwości co do słuszności swojej wizyty u lekarza i brania prochów psychotropowych, ale skoro zarówno rodzina, jak i niektórzy przyjaciele to doradzali, to poszedł. Z jednej strony nie chciał żadnych farmaceutyków, a z drugiej miał dość życia takiego jak dotąd. Wiedział, że to przez swoje obarczanie się, nie był w stanie stworzyć związku z byłą dziewczyną, a poza tym chciał coś zmienić.

ROZDZIAŁ II

Na początku nie zauważył żadnych zmian w swoim zachowaniu, poza dziwnym mrowieniem w okolicach mostka pierwszego dnia. Uznał, że tak powinno być i przyjmował lekarstwa raz dziennie, zgodnie z zaleceniami. Najważniejsze było dla niego, czy ten specyfik zmieni postrzeganie świata trwale, czy tylko tymczasowo, na czas zażywania. Wiedział, że nie chce brać ich przez całe życie, więc miał nadzieję, że wywrą długotrwały skutek. Poza tym zdawał sobie sprawę, że skoro raz był u tego specjalisty, to przy ewentualnych problemach będzie widniało, iż leczył się psychiatrycznie, a to nie jest okoliczność sprzyjająca. Mogło to przecież zaszkodzić choćby w znalezieniu pracy. Co prawda uświadamiał sobie, że to prawdopodobnie nigdy się nie wyda, jednakże przewidywał przeróżne możliwości, a niektóre z nich dość mocno nadinterpretowywał. Tak czy inaczej, ewentualnymi skutkami starał się nie zaprzątać sobie głowy. Niemal każdego dnia wieczorem, siedząc samotnie w domu, marzył o dziewczynie: jak to by było wspólnie leżeć, obejmując się, czy po prostu być blisko siebie.

Kilka lat wcześniej był podrywany przez koleżankę z roku. Była bardzo szczupła, twarz miała ładną, włosy blond do ramion i jego kolega miał na nią ochotę. Niby Marcin rozmawiał z nią, ale w gruncie rzeczy go nie interesowała. Nie dawała mu spokoju przez kilka miesięcy, w końcu umówił się z nią do knajpy, a tam powiedział jej: „jesteś bardzo ładna i miła, ale ja do ciebie nic nie czuję”. Innym razem, jeszcze rok wcześniej pewna dziewczyna zaprosiła go na koncert. Poszedł, tuż po nim oświadczył, że dziękuje za zaproszenie, ale nie jest zainteresowany żadną bliższą znajomością. Wielokrotnie był zaczepiany czy prowokowany przez kobiety, ale jeśli to nie on upatrzył ją sobie, to nie było mowy o związku. Natomiast miał sytuację dwa lata wcześniej, że wybrał sobie obiekt westchnień, lecz ta nie miała ochoty na związek z nim. Podobna sytuacja miała miejsce w liceum – on chciał, a tamta nie.

Po tygodniu zrozumiał, że po tych farmaceutykach lepiej zasypia, śpi spokojniej, a i rano budzi się z większą chęcią do życia. Jak dotychczas nie miał żadnej sytuacji, w której mógłby się za coś obwiniać, więc w tym względzie nie był pewien, czy leki działają. Zauważył jednak pewien znaczący pozytyw. Otóż lepiej mógł się skupić na nauce czy choćby czytaniu książek, więc uznał, że lekarz, przypisując właśnie ten lek, wiedział, co robi. Przestał się też zamęczać ciągłym rozmyślaniem na temat przeszłych porażek, co też przypisał działaniu prochów. Także do całych wątpliwości odnośnie zażywania go, dołączyło zadowolenie, więc przestał się zastanawiać, czy zrobił dobrze, idąc do psychiatry. Teraz był niemal pewien, że to była dobra decyzja. Jedynie po głowie krzątała mu się myśl, że za nic w świecie nie będzie go zażywał do końca życia.

Z biegiem czasu przywykł do swojego nowego stanu umysłowego i przestał zawracać sobie głowę całą resztą. Po niespełna miesiącu zdarzyło się coś, co potwierdziło skuteczność terapii. Otóż był na spotkaniu ze znajomymi i doszło do dość ostrej dyskusji na temat ewentualnego spisku w sprawie World Trade Center.

– Ten cały zamach na World Trade Center to spisek. Przecież budynek nie zawaliłby się w ten sposób – stwierdził jeden z uczestników.

– Też tak sądzę – odpowiedział inny. – To tylko po to, aby były powody wysłać wojsko na kolejną wojnę.

– Żadnego spisku nie było – odpowiedział ostro Marcin.

– To jak wytłumaczysz to zawalenie się wież? – spytał pierwszy.

– Normalnie. Uderzyły w nie samoloty, zapaliły się, konstrukcja się stopiła, a że to było wiele metrów poniżej szczytu, to ciężar tego, co wyżej to spowodował – sparował Marcin.

– To najwyżej zawaliłyby się te części powyżej, a reszta pozostałaby prawie nieruszona – odparł drugi.

– Ale przecież to były setki ton, a budynki nie są obliczone na tak wielkie obciążenia! – Poirytował się mocno Marcin.

– A ja myślę, że ta górna część najwyżej by spadła w bok! – Pierwszy podniósł głos.

– Chyba powariowaliście! – oznajmił zarówno ostro, jak i bezsilnie Marcin.

– Chyba ktoś chce rozwalić imprezę – wtrącił się gospodarz.

– Nie dam się przekonać i całą dyskusję uważam za zakończoną! – zakończył apodyktycznie Marcin, wstając z krzesła. Przed rozpoczęciem brania leków pewnie oznajmiłby, że to on niepotrzebnie nakręcał całą sytuację.

Na jakiś czas rozmowa przeszła na inny temat, ale później wyznał gospodarzowi:

– Niedobrze mi się robi, jak słyszę takie dyrdymały.

Po powrocie do domu nie mógł się nadziwić, że zachował się właśnie w taki sposób. Przecież to zupełnie nie w jego stylu…

W miesiąc po pierwszej wizycie udał się na kolejną. Opowiedział lekarzowi, że chyba faktycznie terapia poskutkowała, porozmawiali przez chwilę, dostał receptę na kolejne trzy miesiące, a w razie czego miał się zgłosić wcześniej. W ogóle nie wspomniał o incydencie sprzed kilkunastu dni, a lekarz też o nic dodatkowego nie zapytał. Wrócił do domu, był koniec października, w ten dzień nie miał wykładów, więc zamierzał całą resztę dnia spędzić na oglądaniu filmów i czytaniu książki.

Mieszkał w Warszawie przy ulicy Gwiaździstej, gdzie posiadał własne, dwupokojowe mieszkanie, otrzymane w spadku po babci. Większy pokój miał powierzchnię około czternastu metrów kwadratowych, a mniejszy ośmiu. Ten pierwszy traktował jako salon i po prawej stronie znajdował się niewielki regał, zajmujący większość ściany, po lewej stół z czterema krzesłami, przy ścianie przeciwległej do okna dwa fotele, a obok nich mały stolik. W mniejszym pokoju po lewo stała obszerna szafa, po prawo łóżko, pod oknem stolik z komputerem, nad nim wisiał telewizor i to pomieszczenie traktował jako sypialnię. Kuchnia przylegała do większego pomieszczenia i była naprzeciwko okna. Ponieważ mieszkał sam, to nie za bardzo dbał o porządek, toteż szczególny bałagan panował w sypialni. Często walały się tam brudne ubrania, stały niezmyte talerze, a i kurzu nie brakowało. Jak to kawalerskie mieszkanie. Sprzątał raz na jakiś czas i w tych sytuacjach przykładał się do tego z sercem, tym niemniej na co dzień to zaniedbywał. W sypialni co wieczór zapalał dwie świece i traktował to, jak swoisty rytuał. Lubił ich światło i delikatny zapach. Często potrafił przesiadywać przy nich całymi godzinami i zapominać o czymkolwiek innym.

Kilka dni później pojechał do znajomych na grilla. Mieli tam być jego przyjaciele i trochę nieznajomych osób, ale, jak się okazało, zjawili się niemal wyłącznie ci drudzy, lecz potrafiąc nawiązywać nowe znajomości, starał się zająć właśnie tym. Poznał pewnego chłopaka o imieniu Piotrek, który od samego początku sprawiał na nim dobre wrażenie. Rozmawiali, śmiali się, lecz w pewnym momencie przyszli znajomi nowego kolegi, toteż przyłączając się do nowo przybyłych, tamten zostawił go. Marcin próbował nawiązać kontakt z nimi wszystkimi, ale jedna dziewczyna zrobiła na nim szalenie złe wrażenie. Na tyle złe, że zepsuł mu się całkowicie humor. Wypijając piwo za piwem (a wypił w sumie pięć), siedział gdzieś z boku, aż w pewnym momencie nie wytrzymał, podszedł do nich i zaczął ją słownie prowokować.

– Laska, gadasz od rzeczy – stwierdził z uśmiechem.

Za jakiś czas:

– Ładny sweterek, a męskich nie było?

Potem:

– Chyba powinnaś iść do cieśli, aby wygładził ci te twoje fałdki!

W pewnym momencie dość wysoki i tęgi chłopak stwierdził:

– Chłopie, chyba masz dość. Przestań pić i wracaj do domu.

– Wy debile, kretyni, co wy możecie wiedzieć! Nic nie rozumiecie!

– Marcin, chodź na chwilę – oznajmił organizator i pociągnął za ciuchy do kuchni. Kiedy już tam przeszli dokończył – wynoś się, bo nie życzę sobie ciebie w takim stanie!

– Kurwa, pozabijam was! Imbecyle niedorobione! Ja wam dam! – Marcin zaczął się szarpać, ale organizator wypchnął go z mieszkania.

Wrócił do domu. Wkrótce usnął.

Następnego dnia, gdy tylko się obudził i przypomniał sobie całe zajście, dotarło do niego, że zaczyna być z nim coś nie tak, gdyż nigdy dotąd tak się nie zachowywał. „Jakby coś we mnie wstąpiło” – myślał. Nie za bardzo miał ochotę wstawać z łóżka, toteż leżał w nim i rozmyślał na temat swoich ekscesów. Na początku nie do końca wiedział, skąd mogły się one wziąć, ale po pewnym czasie skojarzył to z przyjmowaniem leków, więc zaczął szukać w internecie informacji. Szybko znalazł, że nie wolno ich łączyć z alkoholem. Od tego dnia postanowił nie pić, przynajmniej do momentu, gdy przestanie brać prochy. Zadzwonił także do organizatora ostatniego spotkania i serdecznie przeprosił za swoje zachowanie. Nie tłumaczył jednak, czemu do tego doszło, gdyż nie chciał ujawniać, że leczy się psychiatrycznie. Tamten przyjął przeprosiny i jedynie stwierdził, że naprawdę musiało być z nim coś nie tak, gdyż w takim stanie widział go po raz pierwszy, a niejedno piwo razem wypili.

Potem, starając się przykładać do tego, jak mógł najlepiej, chodził niemal co dzień na studia. O dziwo, odkąd zaczął brać leki, wyniki były ciut lepsze i wiązał to z ich przyjmowaniem. Wiedział już, że teraz jest w stanie lepiej się skoncentrować, a poza tym miał więcej energii, więc z większym zapałem brał się do nauki. Wcześniej w zasadzie tylko przed sesją siadał w domu do wkuwania, a aktualnie robił to dość regularnie, toteż samozadowolenie wzrosło. Zauważył także, iż stał się bardziej otwarty na ludzi. Do niedawna miał co prawda znajomych i przyjaciół, jednakże często zdarzały się sytuacje, gdy wolał zostać sam, a teraz coś go do nich ciągnęło. Chętniej i dłużej pozostawał w towarzystwie, miał więcej do powiedzenia i czuł mniej oporów przed zawieraniem nowych znajomości. Nawet siedząc samotnie w domu, czuł większy spokój wewnętrzny i był w stanie na przykład leżeć przez kilka godzin bez włączania telewizji czy robienia czegokolwiek innego. Coś się ewidentnie w nim zmieniło na pozytyw, choć nie do końca zdawał sobie sprawę co.

Pod koniec listopada poszedł na imieniny do Andrzeja, tego, u którego był jakiś czas wcześniej na grillu. Zjawił się około dwudziestej, gdy kilka osób już było, a wśród nich ci ludzie, którym poprzednim razem nawymyślał. Po przekroczeniu drzwi stanął w miejscu, zawahał się, czy w ogóle wejść, ale po chwili to zrobił. Najpierw przywitał się z organizatorem, złożył życzenia, a następnie podszedł bezpośrednio do nich. Także przywitał się i rzekł:

– Bardzo was przepraszam, że ostatnio tak się zachowałem, ale sam nie wiem, co mnie wtedy napadło – spuścił nieco głowę w akcie pokory i zaczął podawać im rękę.

Większość z nich odwzajemniła gest, ale dziewczyna, z którą miał na pieńku i jej chłopak odwrócili się od niego, dając do zrozumienia, że nie jest mile widziany. Zamienił z pozostałymi kilka słów i podszedł do kolejnych gości. Również się przywitał, ale gdy tylko to zrobił, to dotarło do niego, że nie zazna tu spokoju, więc wkrótce odszedł nieco na bok, usiadł i zamknął się w sobie. Siedział w ten sposób dobre pół godziny od czasu do czasu zagadywany przez Andrzeja, ale mniej więcej wtedy uznał, że lepiej będzie, gdy wróci do domu. Pożegnał się i wyszedł. W domu dotarło do niego, że przez swoją niewiedzę w kwestii łączenia leków z alkoholem zrobił z siebie kogoś, kim nigdy nie chciałby się stać. Wkrótce położył się do łóżka, zapalił świece, włączył telewizor, pogapił się przez pewien czas i niedługo później usnął. Także do wszystkich pozytywów związanych z braniem prochów dołączył negatywny aspekt. Co prawda postanowił więcej nie pić, ale zdawał sobie sprawę, że sam alkohol nie spowodowałby tego. „A jakie jeszcze nieprzyjemne skutki przyniesie łykanie tych psychotropów?” – myślał.

Na Święta Bożego Narodzenia pojechał do rodziców na Mokotów. Wcześniej kupił dwa prezenty dla będących tam dzieci i przybył około osiemnastej. Wigilia miała się zacząć lada moment. Zasiadł przy stole, podczas gdy matka zajmowała się jeszcze ostatnimi przygotowaniami. Kończyła podgrzewać dania i ustawiała wszystko na stole. Potem zaczęła się wieczerza, przy której wszystko przebiegało normalnie. Dopiero później, gdy dzieci zajęły się otwieraniem prezentów, doszło do dyskusji, w której na tapetę wzięto przyjmowanie imigrantów.

– Szkoda mi tych imigrantów – stwierdziła z żalem matka.

– A czemu? – spytał ostro Marcin.

– Bo mają wojnę u siebie, a i do Europy przyjeżdżają do nowego kraju, więc są na wygnaniu.

– To banda pasożytów! – Oburzył się.

– Marcin, ale oni naprawdę uciekają od wojny – ciągnęła.

– To niech inne arabskie kraje ich przyjmują.

– A co ci szkodzi, żeby byli tutaj? – spytała żałośnie.

– Będzie tak jak na przykład w Skandynawii. Są rejony, gdzie całkowicie przejęli władzę.

– No to co?

– No tak, nawet doszło do tego, że gdzieś zabronili wystawiać choinki na rynku! – krzyknął. – Chciałabyś mieć święta bez choinki?.

– Ale to przecież sporadyczne przypadki.

– Jak przyjeżdżają do obcej kultury, to niech ją szanują, a nie wprowadzają swoją dzicz!

– Mają do tego prawo, w końcu jest demokracja.

– Ale my nikomu nie narzucamy ani wiary, ani tego, czy ma świętować, czy nie! – kontynuował w tym samym tonie.

– Mimo wszystko ja jestem za tym, aby ich przyjmować – ściszyła głos.

– Absolutnie. Won do domu! – krzyknął.

– Marcin, uspokój się, bo nie jesteś sam.

– Są święta i nie czas na takie zatargi – stwierdził spokojnie ojciec.

– Nie chcę cię znać! – Marcin zwrócił się do matki, wstając z krzesła.

Usiadł z powrotem i szybko dotarło do niego, co się stało. Jednak było za późno, bo matka wyszła do kuchni i zaczęła po cichu płakać. Za jakiś czas także wstał, poszedł do niej, przeprosił, ona to przyjęła, ale reszta wigilii przebiegała dość sztucznie i oficjalnie. Co prawda nikt nic nie powiedział, jednak dało się wyczuć, że większość zgromadzonych ma do niego pretensje. Natychmiast zdał sobie sprawę, że niemal powtórzyła się sytuacja z grilla sprzed ponad dwóch miesięcy i uznał, iż przyczyną tego jest zażywanie leków, lecz nie chciał się tym dzielić ze zgromadzonymi, mimo iż większość z nich namawiała go na psychiatrę.

Wrócił do domu około północy, walnął się na łóżko, zapalił świece i zaczął płakać. Dotarło do niego, że każda ingerencja w psychikę może przynieść skutki zarówno pozytywne, jak i negatywne. Tak jak się mówi, że każdy kijek ma dwa końce, tak i psychotropy niosły ulgę, ale także agresję. Niby wiedział, że może poprosić o zmianę leków, ale postanowił, że z tym koniec. Więcej ich nie weźmie. I tak dobiegła krótka przygoda z tymi prochami. Odstawił je następnego dnia i więcej do nich nie wrócił. Swoją drogą zmiana prochów mogłaby okazać się zbawienna.

ROZDZIAŁ III

Pod koniec stycznia wracał z wykładów z kolegą ze studiów, który był bardzo wysoki i tak samo chudy; ubrany był grubą, czarną, puchową kurtkę i czarne dżinsy. Siedzieli w autobusie i gawędzili na przypadkowe tematy.

– Ostatnio zacząłem się interesować świadomym snem – rzekł ten drugi po chwili rozmowy.

– A co to jest ten świadomy sen? – Marcin spojrzał na rozmówcę, gdyż temat ten od razu przykuł jego uwagę.

– To sposób, w który sami decydujemy, o czym śnimy – wyjaśniał kolega, najwyraźniej pochłonięty sprawą. – Chodzi o to, że zwykle to nasza podświadomość nadaje nam tematy snów i nie panujemy nad tym. Tymczasem dzięki tej technice możemy się nauczyć to kontrolować.

– Ciekawe… – Marcin zawiesił głos, a jednocześnie bardzo się ożywił. – Powiedz coś o tym więcej.

– Niedawno przeczytałem na ten temat pewną publikację i nie jest to takie trudne. Wystarczy sporo samozaparcia, wytrwałości i systematyczności.

– A nie grozi to niczym negatywnym? – spytał Marcin, pamiętając swoją niedawną przygodę z psychotropami.

– Absolutnie nie! – Rozmówca pokręcił głową, lekko się uśmiechnął, jakby pytanie było absurdalne. – Teraz czytam w internecie wypowiedzi ludzi stosujących to i wszyscy są zachwyceni. Robią to naukowcy, artyści, a nawet pisarze. Wyobraź sobie, że chcesz się na przykład przespać z jakąś kobietą, w rzeczywistości nie jesteś w stanie, a śniąc świadomie, to żaden problem. Po prostu chcesz i masz. Albo jesteś muzykiem i borykasz się z jakimś problemem dotyczącym kompozycji, a wtedy rozwiązania przychodzą o wiele łatwiej.

– Ciekawe to, co mówisz – Marcin wykazywał zafrasowanie. – Jednak ja chyba bym się bał ewentualnych skutków ubocznych.

– Przeczytałem naprawdę dużo i nigdzie nie znalazłem informacji, że to może być niebezpieczne. Wszędzie tylko znajduję pochwały czy wręcz uwielbienie dla tej techniki – mówił ten drugi jak natchniony. – Wyobraź sobie, że wtedy możesz wszystko. Jesteś bogiem.

– A trudne to jest? – zapytał, mając w głowie zarówno pewne wątpliwości, jak i rosnące zaciekawienie.

– No – wyjaśniał kolega, przybrawszy dość poważny wyraz twarzy i dało się z niej wyczytać, że traktuje sprawę właśnie tak – ja pracuję nad tym trzeci miesiąc i jeszcze to mi się nie udało, ale to tylko kwestia czasu…

– A jak wyglądają przygotowania?

– Po pierwsze musisz codziennie zapisywać swoje sny. – Teraz inicjator tematu, niejako wyliczając kolejne punkty działania, zaczął stukać palcem wskazującym prawej ręki w lewą otwartą dłoń. – To początek. Nawet budząc się w środku nocy, masz przypomnieć sobie, co ci się śniło i notować to. Potem zapamiętujesz, co w twoich snach się powtarza i jeśli jest taka czynność albo sytuacja, to w ciągu dnia robisz coś specyficznego, gdy dzieje się to samo. Potem łapiesz nawyk i gdy to się powtarza we śnie, to automatycznie to czynisz i wiesz, że śnisz, a jak zdajesz sobie z tego sprawę, to jesteś w stanie to kontrolować. W ten sposób rozpoznajesz, co jest jawą, a co snem

– Brzmi dość prosto. A jak ktoś nie ma cyklicznych snów?

– Są także inne techniki, ale to musiałbyś przeczytać całą publikację – wyjaśniał podekscytowany rozmówca.

– To jakaś książka, czy w internecie? – dopytał Marcin.

– Ja to mam w postaci ebook’a, ale możesz też znaleźć strony internetowe poświęcone temu.

– A podrzucisz mi ją na jakimś pendrive’ie? – prosił, a jego głos na ten czas się nieco ściszył.

– Nie ma problemu. Jutro to masz.

Wrócił do domu i natychmiast zasiadł do internetu w poszukiwaniu tej techniki. Bez żadnego problemu znalazł wiele artykułów i blogów. Zaczął je po kolei czytać. Na razie traktował tę metodę dość sceptycznie, jednakże z biegiem czasu, gdy poznawał kolejne opinie, fascynowała go coraz bardziej. Świat internetu wyrażał się o tym w samych superlatywach, więc i on tracił jakiekolwiek obiekcje. „W końcu wszyscy nie mogą się mylić” – myślał. Strona po stronie chłonął opinie oraz inne informacje i z każdą z nich chciał tego spróbować. Szczególnie przydatne wydawało mu się to w aspekcie damsko-męskim, gdyż ze związaniem się z dziewczyną miał więcej problemów niż przeciętny chłopak. Toteż wyobrażał sobie, że zapada w sen i jest szczęśliwy. Tam spotyka się z wybranką, przytula i z nią kocha. Jak do tej pory był tylko dwukrotnie w związku, i taki senny, magiczny i niezwykle intymny świat byłby dla niego wybawieniem. Tak, zaczął to traktować od samego początku jak panaceum na swoją bolączkę, toteż wsiąkł w te tematy już pierwszego dnia.

Po trzech godzinach ubrał się, wyszedł po duży i gruby zeszyt, aby spisywać swoje sny. Od tego chciał zacząć, zgodnie z tym, co mówił kolega. Poszedł do kilku sklepów i w trzecim z nich znalazł to, czego szukał. Był to brulion formatu A4 o grubości prawie stu stron, toteż wracając do domu, mógł być spokojny, że miejsca w nim nie zabraknie przez dłuższy czas. Szedł ubrany w ciepłą kurtkę, czapkę i rękawiczki, a w dłoni dzierżył czarny notatnik. Gdy wrócił do domu, zdał sobie sprawę z koloru. Kupując go, myślał tylko o tym, aby było w czym notować, ale teraz wolałby wybrać w innej barwie. Od zawsze nie lubił czarnych rzeczy, bo kojarzyły mu się z czymś bardzo negatywnym albo tragicznym, a tu ma taki notatnik, który de facto może zmienić jego życie. Coś mu mówiło, że to nie najlepszy omen, ale głos rozsądku przejął prym, więc uznał, iż to nic takiego. W końcu to tylko narzędzie pomagające w osiągnięciu zamierzonego celu.

ROZDZIAŁ IV

Któregoś dnia, idąc chodnikiem, dostrzegł leżącego na trawniku wróbla. Był początek lutego i panowała temperatura bliska minus dwudziestu pięciu stopni. Zwykle nie zwracał uwagi na martwe ptaki, ale tym razem coś przykuło wzrok. Ptak się nie ruszał, ale ułożony był w bardzo specyficzny sposób. Leżał na brzuchu, a skrzydła miał rozpostarte, zupełnie jakby były gotowe do lotu. Podszedł do niego, schylił się i delikatnie potrącił ręką okutą w rękawiczkę. Przez moment nic się nie działo, jednak chwilę potem, zwierzę wydało z siebie cichy pisk, przypominający zawodzenie i drgnęło mu skrzydło. Kucał moment nad nim, nie wiedząc, co dalej, pozbierał myśli, zrobiło mu się szkoda, więc wziął go na ręce i wstał. W tym momencie wróbel zaczął się leciutko szamotać i Marcin zrozumiał, że musi go wziąć do domu. Wyszedł po to, aby pojechać na uczelnię, ale widok konającego stworzenia skłonił go do zabrania ptaszka do domu. Zatem wrócił do mieszkania, wyciągnął stare tekturowe pudełko, włożył tam go i wyszedł do sklepu zoologicznego po coś do jedzenia. Po krótkiej konsultacji ze sprzedającym wziął dość spore opakowanie i zaniósł do siebie. Wróbel w tym czasie leżał w niezmienionej pozycji, więc pomyślał, że prawdopodobnie na próżno się trudzi, gdyż zwierzę i tak zdechnie. Na wszelki wypadek postawił obok niego nakrętkę od słoika wypełnioną karmą, obok drugą, do której nalał wody, chwilę postał i pojechał na uczelnię. Przez całą drogę myślał intensywnie o ptaszku: czy coś zje, wypije, czy nie potrzebna będzie specjalistyczna pomoc weterynaryjna i wreszcie, czy przeżyje. Nigdy nie wykazywał specjalnej troski o los zwierząt, jednak w tej sytuacji zamartwiał się niezwykle. Do końca wykładów siedział jak na szpilkach, czekając, aż będzie mógł wreszcie sprawdzić, co z lokatorem. Tak jak się myśli o chorym i bliskim członku rodziny, tak i on pokochał zwierzaka całym sobą. I stało się to od samego początku, gdy go tylko wziął na ręce. Poczuł, że ma go pod swoją opieką i jest za niego odpowiedzialny.

Po powrocie do domu natychmiast podszedł do kartonu, nawet nie zdejmując kurtki ani butów. Spojrzał do środka i dostrzegł, iż ptak przemieścił się o kilka centymetrów, ale jedzenie pozostało nietknięte, więc schylił się, leciutko go trącił i zobaczył, że drgnął. To był dobry znak, gdyż jeśli nie zdechł przez te kilka godzin, to być może przeżyje. W końcu przeszedł do przedpokoju, rozebrał się i wrócił. Delikatnie wziął go w dłoń i dzióbek skierował do wody. Zwierzę się wzdrygnęło, ale pić nie chciało. Zresztą on na dobrą sprawę nie miał pojęcia, jak wygląda pojenie takich zwierząt. Potrzymał dłuższą chwilę w ręku, po czym odłożył do pudełka. Nic więcej nie mógł zrobić. Tego wieczoru znów zaczytywał się na temat świadomego snu, a w międzyczasie wstawał i sprawdzał co z ptakiem. Żadnych oznak powrotu do zdrowia widać nie było, więc powracał do lektury, która pochłonęła go prawie całkowicie. Czytał przeróżne wpisy: od takich, pochodzących od przeciętnych ludzi, aż do opinii artystów. Nie do końca mógł zrozumieć, jak to się dzieje, że we śnie stać nas na o wiele więcej, jednak przyjmował do wiadomości nową wiedzę i wierzył w nią bezkrytycznie. Miał nadzieję dowiedzieć się tego z publikacji obiecanej przez kolegę.

Jakiś czas później wstał, zapalił dwie świece, zgasił światło i wrócił do komputera. Znów siedział i czytał, tym razem w półmroku, a lekko falujące płomienie tworzyły klimat iście tajemniczy. Drgały od czasu do czasu, a cienie tańczące po ścianach wprowadzały go w coś w rodzaju transu. Zaraz obok świec stała drewniana figurka przedstawiająca Świętego Walentego, który uznawany jest za patrona zakochanych, ale mało kto wie, że jest także opiekunem osób chorych umysłowo. I cień rzucany przez niego przy tych zapalonych świecach wyglądał niezwykle demonicznie: był wielki na prawie dwa metry, delikatnie drżał i rozmazywał się na konturach; górując nad całym mrocznym pokojem, nadawał wymiaru grozy czy horroru. W pewnym momencie odpłynął gdzieś w świat tego, co czytał i oprócz ptaka nie wiele więcej go interesowało. Żył tym, zagłębiał się i niemal przestał istnieć.

Następnego dnia rano, zaraz po przebudzeniu zajrzał do pudełka i zauważył, że wróbel znów się nieco przemieścił, ale w tym momencie nie wykazywał oznak życia. Jeszcze raz wziął na dłoń, dzióbek skierował do wody i trzymał go tak dłuższą chwilę. W tym czasie stworzenie, dając nadzieję, że być może jednak przetrwa, delikatnie się poruszyło. Potem odłożył do kartonu, główkę umieścił tuż obok wody i zajął się przygotowaniami do wyjścia. Pojechał na uczelnię i dopiero tego dnia otrzymał od kolegi pendrive’a z publikacją. Niemal nie podskoczył, gdyż temat ten stał się ważniejszy niż studia, niż znajomi i tylko wróbelek mógł z tym konkurować. Potem wrócił do domu, spojrzał do ptaka i znów zobaczył, że się przesunął. Dostrzegł też, że w nakrętce od słoika zrobiło się mniej wody, więc po raz kolejny poczuł w sobie radość. Co prawda płyn mógł wyparować, ale coś mu mówiło, że sprawcą tego nie jest temperatura, lecz wróbelek. Rzucił okiem na karmę, ale nie zauważył, aby ubyło, tym niemniej zdawał sobie sprawę, że zwierzę, które prawie się nie rusza, raczej nie będzie jadło. Najważniejsze, że pije.

Lektura podrzuconej książki wciągnęła go całkowicie i po raz kolejny niemal stracił świadomość tego, co wokół niego. Czytał, wgłębiając się i starając się zapamiętać jak najwięcej, a dzień się powoli chylił ku końcowi. Dopiero około dwudziestej pierwszej poczuł głód, poszedł do kuchni, zrobił sobie co nieco na szybko, zjadł i znów zajrzał do ptaka. Ten przemieszczał się cyklicznie wewnątrz pudełka i wydawało mu się, że co raz to pokonuje w ten sposób nieco większe odległości, więc wyglądało na to, że zdrowieje. Potem znów zasiadł do komputera i zapalając przy tym tradycyjnie dwie świece, czytał. I kolejny raz nad pokojem zapanował diabelski cień Świętego Walentego.

Położył się spać około drugiej w nocy. Przy poduszce położył czarny jak smoła zeszyt, obok długopis z czarnym wkładem i wkrótce zasnął. Poprzedniego dnia zupełnie zapomniał o konieczności zapisywania snów. Obudził go budzik, więc odruchowo otworzył oczy, spojrzał najpierw w okno, potem rozejrzał się po pokoju i dopiero wtedy przypomniał sobie, co ma robić. Zamknął powieki, próbując sobie przypomnieć, co mu się śniło, ale nie był w stanie tego zrobić. Doskonale wiedział, że o czymś śnił, jednak tego treść ulotniła się wraz ze spojrzeniem w okno. Chcąc zapamiętać miniony sen, należy nie otwierać oczu i do niego wrócić, jak kiedyś wyczytał. Tym razem zrobił inaczej i cała nocna wizja umknęła. Leżał jeszcze kilkanaście minut, próbując przywołać senne obrazy, ale mu się to nie udało.

Potem wstał i podszedł do kartonu. Woda w nakrętce znikła niemal zupełnie, więc czym prędzej napełnił ją i postawił obok ptaka, który tej nocy poruszył się jeszcze bardziej, więc optymizm w nim wzrastał. Ale nadal leżał w bezruchu. Rano pojechał na wykłady, a gdy wrócił z nich, zobaczył, że tymczasowy podopieczny już nie leży, ale siedzi skulony w rogu kartonu, w innych jego częściach jest nieco pierza, a to znak, iż próbował się stamtąd wydostać. Rzucił okiem na pokrywkę z jedzeniem, ale nie zauważył, aby go ubyło, natomiast woda znikła prawie całkowicie. Wyglądało, że zdrowieje. Nie znał się na tym, ale czuł, że tak jest. Zdał sobie sprawę z jeszcze jednej rzeczy: otóż powinien pójść z nim do weterynarza, jednak nie mając zbyt dużo pieniędzy, zaniechał tego. Nie czuł się z tym zbyt dobrze, wiedząc, że specjalista mógłby szybciej pomóc, ale też rozumiał, iż nie każdy zająłby się chorym ptakiem w jakikolwiek sposób. (Swoją drogą to nie miał pojęcia, że weterynarz nie pomógłby wróbelkowi, gdyż oni ptakami się praktycznie w ogóle nie zajmują. Są w tym celu specjalne azyle na przykład przy ogrodach zoologicznych.) Potem zjadł coś na szybko, a ostatnio głównie tak jadał, i zasiadł do czytania zarówno publikacji, jak i tego, co było w internecie. Po raz kolejny rozpłynął się w niebycie, a uwaga pochłonięta była całkowicie tematem. Gdy zrobiło się ciemno, jeszcze bardziej zatapiając się w czytaniu, tradycyjnie zapalił dwie świece, Ślęczał przed komputerem, a mroczny nastrój nadawał całej sytuacji elementu magicznego. Spać się położył znów grubo po północy i usnął prawie od razu.

Nazajutrz rano, gdy tylko obudził go budzik, chciał od razu wstać, ale zdał sobie sprawę, że musi postarać się przypomnieć sobie sen. Zatem przekręcił się na brzuch, głowę wtulił w poduszkę i cofał się pamięcią do minionej nocy. Pamiętał fragmenty snu, ale przez dłuższy czas nie był w stanie ułożyć z tego jako takiej całości. Nie próbował sklecić z tego czegoś logicznego, gdyż czytał, i to do niego przemówiło, że sny wcale nie muszą być logiczne. Zanurzony we własnej pamięci, dwojąc się i trojąc, uznał w końcu, że nic więcej nie wykombinuje. Wtedy usiadł na łóżku, sięgnął po zeszyt i zapisał całą historię, przyobleczoną odrobiną abstrakcji. Notował najdrobniejsze szczegóły, ponieważ doczytał się, że to one mogą stanowić klucz do jak najszybszego panowania nad snami. Całość zajęła mu trochę ponad jedną trzecią strony, na dole zapisał datę oraz godzinę sporządzenia notatki. Potem odłożył zeszyt obok poduszki i wziął się za sprawy codzienne. Pierwsze co zrobił po wstaniu z łóżka, to zajrzał do ptaka, a z tym, jak mu się wydawało, było coraz lepiej, gdyż widniały wyraźne ślady przemieszczania się po całym kartonie. Wziął go na chwilę w dłoń, ptak zamarł, chwilę potrzymał, później odłożył i poszedł do toalety.

I podobnie mijały kolejne dni. Rano zapisywał, co pamiętał ze snów, doglądał ptaka, zjadał śniadanie, jechał na uczelnię, wracał, znów wróbel, coś do jedzenia, kolejne przeczytane rzeczy, tradycyjne odpalanie świec i do łóżka. Piątego dnia ptaszek zaczął coś jeść, a szóstego usilnie starał się wyfrunąć z kartonu, jednak to jeszcze mu się nie udało. Brał go w dłoń tak często, jak tylko mógł, a ten zamierał w bezruchu, a po jakimś czasie zaczynał piszczeć. Po tygodniu od pierwszej notatki miał już sporządzonych osiem wpisów, gdyż zdarzyło się raz, że w środku nocy obudził się i zapisał sen. Na uczelni wszystko układało się tak, jak powinno i tylko czasami udawał się do znajomego do sklepu, gdy ten potrzebował pomocy w pracy. Po kilkunastu dniach ptak, próbując fruwać, zaczął wyskakiwać z kartonu i zostawiał na podłodze niemiłe ślady w postaci odchodów. Wszystko było normalnie, a cykl odmierzały zapalane co wieczór świece. I ten cień Świętego Walentego.

W tym czasie wsiąkł całkowicie i poza zajęciami na uczelni był niedostępny praktycznie dla nikogo (oprócz kolegi ze sklepu – w końcu musiał z czegoś żyć). Nawet nie przyjął zaproszenia od rodziców. Temat świadomego snu pochłonął go w stu procentach. Po dwóch tygodniach przeczesał większość dostępnych na ten temat informacji i w zasadzie mógłby gdzieś się pokazać, jednak tak się wciągnął, że założył blog i wpisywał tam wszystko, czym żył: od wróbelka, przez treść snów, aż po własne postępy w wiadomej sprawie. Czarny notatnik się powoli zapełniał co rano, a wieczorami przepisywał to do internetu. Tam jednak dokonywał pewnej korekty, starając się nadać snom nieco fabuły, a może i grozy, ale zmiany te były czysto kosmetyczne, toteż nie czuł, aby blog był w jakikolwiek sposób fałszywy. Był po prostu pełniejszy i piękniejszy. Po kilku dniach zaczął otrzymywać wiadomości od innych z pytaniami dotyczącymi świadomego snu, treści marzeń sennych, ale także i wróbelka. Na początku marca tą ostatnią sprawą zainteresowała się jakaś dziewczyna, zasypując go komplementami, że tak potrafi się zatroszczyć o zwierzaka, ale także pisała, co u niej na co dzień. Nieco go zdziwiło, że obca dziewczyna pisze takie rzeczy, ale w gruncie rzeczy traktował ją z dużą sympatią. Nawiązali korespondencję, wymienili się email’ami i tą drogą pisywali do siebie codziennie.

Zastanawiał się, czym tak naprawdę są sny. Większość artykułów w internecie mówiła, że są odzwierciedleniem ukrytych pragnień człowieka, które przekazywane są do świadomości. Znalazł też wpisy, że sen to sposób na pozbycie się napięć i uporządkowania ważnych informacji pochodzących z dnia. I bardziej przemawiała do niego ta druga opinia. Również doszukał się informacji, że sny to z grubsza bełkot i nie należy próbować ich interpretować. To ostatnie nie stało jednak w pełnej opozycji ze stwierdzeniem, że to sposób na pozbycie się napięć. Co więcej, wydawało mu się to logiczne, gdyż zdawał sobie sprawę, że na co dzień nie zawsze wiemy, co wywołuje w nas napięcie. To znaczy, zdajemy sobie sprawę, kiedy się ono pojawia, ale nie do końca rozumiemy wewnętrzne tego przyczyny. Wielokrotnie zastanawiał się nad treścią swoich snów i nawet dogłębnie analizując, w większości przypadków nie mógł znaleźć korelacji z rzeczywistością. W sumie doczytał się, że aby je zrozumieć, potrzebna jest dogłębna wiedza z zakresu psychologii – jak na przykład symbolika. A może to tylko bełkot, niemający prawie nic wspólnego z rzeczywistością? Przemawiałoby za tym, że umysł ludzki nie znosi stagnacji i musi się zająć czymkolwiek. Nie ważne czym, ale aby tylko nie być „pusty”. To tak, jak z naczyniami połączonymi: to puste samoczynnie się napełnia.

ROZDZIAŁ V

W pierwszej połowie marca ptaszek przefruwał już nawet kilka metrów, jadł dość sporo i tylko odchody zostawione z różnych miejscach mieszkania mogły być uciążliwe. Przez chwilę zastanawiał się, czy nie kupić albo pożyczyć klatki, ale szybko uznał, że byłaby to niewola, a jej nie chciał mu zafundować; wolał się męczyć sprzątaniem niż więzić. Brał go na ręce tak często, jak mógł i za jakiś czas wróbel przyzwyczaił się do tego, a nawet zostawiony na dłoni na dłuższą chwilę nie próbował zejść. Któregoś razu Marcin obudził się, a na kołdrze, wpatrując się w niego, siedział ptak. Kwilił delikatnie, więc Marcin natychmiast otworzył oczy, zapominając o próbach przypomnienia sobie snu. Widok ten zarówno go zaskoczył, jak i niezwykle ucieszył, gdyż, jak się okazywało, wróbelek przestał się go w ogóle bać. Co więcej, nawet gdy Marcin zaczął się ruszać, to ptaszek nie uciekł, więc doszedł do wniosku, że w jakiś sposób się przywiązał. Było w tym coś magicznego, gdyż miesiąc to za mało, aby dzikie zwierzę się przyzwyczaiło. A może to on miał w sobie taką siłę?…

W połowie marca ptak już regularnie fruwał po mieszkaniu, więc on stwierdził, że nadchodzi czas, aby go wypuścić na wolność, jednak zanim tego dokonał, to podzielił się tym na blogu. Tego dnia wieczorem odezwała się Kasia, bo tak miała na imię dziewczyna, z którą korespondował, i zapytała, czy mogłaby do niego wpaść i osobiście obejrzeć wychowanka przed wypuszczeniem. Mieszkała także w Warszawie, więc z tym aspektem nie było problemu. Zdziwiło go to nieco, ale bez wahania się zgodził. Następnego dnia posprzątał nieco w mieszkaniu, zrobił na szybko coś do jedzenia i czekał z niecierpliwością.

Pojawiła się około dwudziestej. Była bardzo ładną dziewczyną, szatynką z włosami do ramion, twarzą delikatną, nieco pociągłą i zielonymi oczyma. Nie była bardzo szczupła, ale do otyłych też jej nie można było zaliczyć. Niektórzy stwierdzali, iż mogłaby zrzucić parę kilo, a inni, że ta delikatna nadwaga nic jej nie ujmuje. Jemu się spodobała od samego początku, toteż zaraz po przekroczeniu przez nią progu, wpatrując się w jej oczy i lekko unosząc brwi, dał jej o tym znać. Była to jedna z tych kobiet, które by sam sobie wybrał, gdyby sytuacja była nieco inna. Tymczasem to ona pierwsza nawiązała kontakt, więc różniło się to od jego przyzwyczajeń. Jednak od razu poczuł do niej to coś. Od pierwszego wejrzenia wydała mu się bliska i piękna. Przywitała się, uśmiechnęła i natychmiast spytała, gdzie ptaszek. Siedział w większym pokoju na krześle. Na jej widok zapiszczał, przeskoczył nieco dalej i skulił się w kłębek. Próbowała do niego podejść, ale widząc reakcję, zaniechała, stwierdzając tylko, że chyba czuje się tu niezmiernie dobrze. Marcin za chwilę przeniósł go do mniejszego pomieszczenia, a oboje zasiedli do stołu. Zaproponował coś do jedzenia, ale poprosiła tylko o kawę, więc zrobił dwie. Od samego początku patrzyła w niego jak w obrazek, obserwując każdą reakcję, każde ułożenie ciała, a on, widząc to, delikatnie się uśmiechał i od czasu do czasu spuszczał uwodzicielsko wzrok.

– To mówisz, że masz go od początku lutego? – spytała.

– Tak, znalazłem go, jak były te siarczyste mrozy – odpowiadał, przyglądając się jej. – Na początku nie okazywał prawie oznak życia, a teraz tylko wystarczy popatrzyć… – Napił się kawy i dodał – zresztą znasz jego historię.

– Aż szkoda go wypuszczać. – Zrobiła niezwykle przejętą minę, ściszyła nieco głos, po czym trochę dziecinnie dodała – jest taki słodki…

– Też mi żal, ale nie będę go więził. – Pokazał wzrokiem drugi pokój, a następnie z lekkim smutkiem kontynuował – na dworze będzie miał lepiej, bo zrobiło się w miarę ciepło i pewnie dołączy do towarzyszy.

– Z tego, co widzę, to się do ciebie przywiązał…

– Tak. – I pokręcił głową. – Aż sam jestem w szoku, że stało się to tak szybko.

– Ciekawe czy będzie przylatywał w odwiedziny? – nachylając się nieco w jego stronę, spytała z odrobiną ekscytacji.

– Też się nad tym zastanawiałem – teraz spuścił wzrok, po chwili zrobił głęboki oddech i dokończył – ale szczerze powiedziawszy, to wątpię. Może mnie polubił, ale to dzikie zwierzę.

– A mogę zajrzeć do drugiego pokoju i zobaczyć go jeszcze raz?

– Pewnie, że tak. – Kiwnął głową, pokazując jej, aby czuła się jak u siebie.

Wstała, przeszła do progu wspomnianego pomieszczenia i od razu zwróciła uwagę na wypalone do połowy dwie świece.

– Świece… – zauważyła, spojrzała mu w twarz i dopytała – zapalasz je w chwilach romantycznych z dziewczyną?

– Nie mam dziewczyny… – Zawiesił głos, także spojrzał jej głęboko w oczy, flirciarsko się uśmiechnął i dodał – sam je zapalam co wieczór. Lubię taki nastrój.

– Romantyczny jesteś. – Odwzajemniła zaloty i delikatnie przeczesała włosy.

– Może i tak. – Otarł się o nią w znaczący sposób i odwrócił się, aby pójść z powrotem do stołu, ale po chwili poczuł jej ręce na biodrach.

Spojrzał jej w twarz, ona gapiła mu się prosto w oczy i poczuł pożądanie. Błyskawicznie zaczęli się całować i nim się zorientowali, rozbierając się nawzajem, leżeli na łóżku. Trwało to prawie pół godziny, a gdy było po wszystkim, on wstał, zapalił świece, zgasił inne światła i ponownie się położył obok niej.

– Ten święty daje prawdziwie demoniczny cień – cichutko stwierdziła.

– To Święty Walenty. – Najpierw popatrzył na figurkę, potem na cień, a następnie jej w oczy, uśmiechając się. – Nie dość, że się rymuje, to jeszcze patron zakochanych.

– To miło być przy nim z tobą… – wyszeptała. – Ale cienia się boję.

– Nie zwróciłem na niego uwagi, ale faktycznie ma w sobie coś diabelskiego. – Jeszcze raz przyjrzał się konturom na ścianie.

– A może to nie Walenty, tylko jakiś bies?

– Nie. – Kolejny raz się uśmiechnął. – Takich rzeczy nie trzymałbym w domu.

– Jesteś wierzący? – zapytała, podnosząc odrobinę głos.

– Tak, a ty?

– Ja też. – Pokiwała głową. – Choć raczej rzadko bywam w kościele.

– To tak, jak ja. – Sięgnął pamięcią wstecz, chwilę pomyślał i wyjaśnił – ostatnim razem byłem w Boże Narodzenie.

– Ale w twoich snach nie doczytałam się niczego związanego z wiarą – zauważyła.

– W sumie masz rację. – Przybrał nieco ironiczną minę. – Tam jest tylko istny kosmos.

– To prawda – odwzajemniła to i cichutko się zaśmiała. – Są odjechane…

– A tobie co się zwykle śni?

– Wiesz… – Patrząc tępo przed siebie, zamyśliła się. – Ostatnio śnił mi się jakiś pogrzeb, ale dziwny był, bo trumna była pusta. Potem siedziałam przy jakimś oknie i tylko się gapiłam. Tyle, co zapamiętałam.

– A wcześniej jakie miałaś sny? – dopytał, wykazując spore zainteresowanie.

– Zanim zaczęłam czytać twojego bloga – wyjaśniała z odrobiną zobojętnienia w głosie – to nie zwracałam na nie uwagi. Czasem coś tam pamiętałam po przebudzeniu, ale szybko wyparowywało to z głowy.

– A nie chciałabyś się nauczyć świadomie śnić? – Teraz to już uniósł głowę, wyraźnie pobudzony.

– Absolutnie nie! – podniosła głos i dało się wyczuć, że nie spodobało jej się to pytanie. – Uważam, że sny są w taki, a nie inny sposób człowiekowi dane i nie należy tego zmieniać. Według mnie to zbyt niebezpieczne.

– Nie ma w tym nic niebezpiecznego. – Próbując trochę złagodzić sytuację, uśmiechnął się.

– Wolę nie eksperymentować. – Wykazywała już mniej niechęci, ale kontynuowała nadal dość ostro – a poza tym wystarcza mi rzeczywistość, więc po co miałabym panować nad tym, co w nocy?…

– Mi się tam marzy jakaś niewyobrażalna historia, na którą nie byłoby mnie normalnie stać… – Tym razem to on tępo patrzył przed siebie, zapadając się w marzeniach.

Leżeli dłuższy czas przy zapalonych świecach i w obecności diabelskiego Walentego. Wróbelek popiskiwał od czasu do czasu, a oni cieszyli się sobą nawzajem. Około północy zgasił świece, ale usnęli za dobre dwie godziny.

Następnego dnia, po powrocie z uczelni wziął w ręce wróbelka, otworzył okno i wystawił go na zewnętrzny parapet. Ptak przez dłuższy czas tylko siedział, ale w pewnym momencie po prostu odfrunął. Najpierw zniżył lot o kilka metrów, ale wkrótce go nieco podniósł, skręcił i poleciał na pobliską topolę. Marcin przez kilkadziesiąt minut, starając się podążać za nim, wyglądał przez otwarte okno, ale gdy zmarzł, zamknął je i poszedł coś zjeść. Wychowanek był zdrowy i wolny. Stojąc w kuchni, pomyślał, że po fakcie nada mu imię i nazwał go Kasiek.

ROZDZIAŁ VI

Najbliższy czas był nieco cięższy, gdyż Kasiek odleciał, on został sam w mieszkaniu i tylko wpadająca co kilka dni Kasia wnosiła tam odrobinę życia. Ich spotkania były przesycone zarówno seksem, jak i bliskością emocjonalną. Oboje zapałali do siebie niezwykle wielką sympatią od pierwszego wejrzenia i czekał na nią za każdym razem, a ona zawsze starała się być u niego jak najszybciej. Mieszkała z rodzicami, więc jak na razie nie odwiedzał jej, toteż spotykali się tylko u niego. Nie wychodzili nigdzie, gdyż wystarczała im swoja własna obecność. Ona wielokrotnie wspominała Kaśka (zresztą niezwykle była zadowolona z jego imienia, zdając sobie sprawę, że nadał je z jej powodu), a on także dość często stał w oknie, wyglądając, czy nie przyleci albo po prostu go gdzieś nie zobaczy. Co prawda był niemal pewien, że z daleka i tak by go raczej nie rozpoznał, ale miał nadzieję. W dni, kiedy siedział sam, albo próbował wyszukiwać nowe informacje czy opinie na temat świadomego snu, albo zajmował się blogiem, który notabene pochłonął go niemal całkowicie. Teraz zapisywał tam prawie wszystko, co mu się przydarzało, jednak w sprawie swojej nowej dziewczyny nie napisał nic, poza informacją, że była i widziała wróbelka. Rano się budził, coraz bardziej zapełniając czarny brulion, potem studia, czasem praca u znajomego, następnie zwyczajowe zapalanie świec, pisanie bloga, sen i tak w kółko. Jedynym urozmaiceniem były wspomniane, romantyczne wizyty kobiety.

Któregoś dnia odkrył, że jedna sytuacja powtarza się w snach cyklicznie i jest to przeprowadzka do aktualnego mieszkania. Powraca średnio raz w tygodniu i zawsze jest wtedy zarówno podekscytowany, jak i nieco przestraszony. I te uczucia są wyraźną kopią tego, co czuł, kiedy w rzeczywistości się przenosił. Był podekscytowany, bo przeprowadzka na swoje jest niemal zawsze taka dla młodego człowieka, natomiast wystraszony, gdyż zdawał sobie sprawę z ograniczonych środków finansowych, ale także ze swojej skłonności do brania na siebie winy, a to ostatnie traktował wtedy jako psychiczną ułomność i jej się obawiał. Od czasu, gdy uświadomił sobie powracający sen, zaczął na co dzień wykonywać jedną, charakterystyczną czynność, jeśli coś mu się z nią kojarzyło, a była to próba wykręcenia sobie lewej dłoni. W rzeczywistości było to nieco bolesne, ale zdawał sobie sprawę, że we śnie takie nie będzie i ten właśnie szczegół pozwoli odróżnić jedno od drugiego. Także jak widział na przykład samochód dostawczy (a takim przewieziono jego rzeczy do nowego mieszkania), to wykręcał sobie ową dłoń. To samo czynił, gdy przekraczał próg swojego domu. I podobnych korelacji uczynił dość sporo, aby jak najszybciej zapanować nad snem.

Mimo iż przeczesywał niemal wszystko, co było dostępne w internecie, to nie znalazł informacji, czemu tak się dzieje, że we śnie możemy więcej – na przykład kompozytorzy tworzą wtedy lepsze dzieła. Niby wiedział, że sen rządzi się własnymi prawami i nie obowiązują tam takie ograniczenia jak na co dzień, ale nie tłumaczy to choćby tych lepszych kompozycji. Któregoś razu spytał kolegę, który go wciągnął w ten temat, ale tamten tylko stwierdził, że wtedy uruchamiają się nasze wszystkie zasoby, podczas gdy za dnia część z nich mamy wyłączone. Jednak to do niego nie przemawiało. On potrzebował czegoś więcej – informacji dogłębnej i przekonywującej. Także w tej kwestii czuł spory niedosyt i nawet zastanawiał się, czy pójść do psychiatry, u którego już był, bo być może on wie coś więcej na ten temat. Jednak zaniechał tego, stwierdzając, że skoro był zmuszony przestać brać leki, to lekarz ten nie zawsze wie, co robi i nie wszystko rozumie.

Pod koniec kwietnia nastąpiła trudna sytuacja między nim a dziewczyną. Otóż, ustalając wcześniej miejsce i godzinę, mieli się spotkać na mieście (zresztą po raz pierwszy). Zjawił się mniej więcej o czasie, ale czekał dość długo, a po dwudziestu minutach zadzwonił i okazało się, że ona myślała, iż mają się spotkać godzinę później. Dobrze wiedział, że nie popełnił błędu, gdyż zaraz po umówieniu się zanotował to w telefonie. Jednak gdy się już spotkali, wziął całą sytuację na siebie, tłumacząc, iż to on coś pokręcił. Potem ona okazała skruchę, twierdząc, że nie po raz pierwszy tak się pomyliła, tym niemniej on oznajmił, iż tym razem to niej wina. W efekcie przytuliła go i wyszeptała, że jest kochany. Zachowała się zgoła inaczej niż jego poprzednia kobieta, ale on nieco później, po powrocie do domu uznał, że naprawdę jest z nim coś nie tak, gdyż w pewnym momencie uwierzył w swoją winę. Potem jeszcze wspólnie pojechali do jego rodziców na obiad i siedzieli tam prawie dwie godziny. Jak już wrócił do siebie, wieczorem tylko zapalił świece, włączył telewizor i gapił się bezmyślnie, usiłując ogarnąć swój umysł.

W połowie maja żadnych efektów prób kontroli snów jeszcze nie było, ale nie zamierzał się poddawać. Wielokrotnie czytał, że te mogą przyjść po kilku miesiącach czy nawet dopiero roku, jednak zadowolenie z tego powodu będzie ogromne, stanowiąc zadośćuczynienie za poświęcone zabiegi. Toteż co rano zapisywał treść nocnych wizji, a w ciągu dnia ćwiczył nawyk wykręcania sobie lewej dłoni. Z Kasią układało się jak najlepiej i tylko wyglądając Kaśka, często stawał przed oknem. Jak do tej pory go nie zauważył. Wieczorem zapalał świece i przy nich pisał bloga czy na przykład uczył się do wykładów. (Przy tym ostatnim zapalał czasem lampkę, gdy miał do czynienia z książkami czy odręcznymi notatkami.) Któregoś razu dziewczyna przyjechała wczesnym popołudniem, gdyż wtedy miała dzień wolny. Od razu wskoczyli do łóżka, potem wyszli na długi spacer, a następnie znów się kochali. To był jedyny raz, kiedy zrobili to dwukrotnie jednego dnia i oboje byli tym zaskoczeni. Tego też dnia usłyszeli kwilenie od strony okna, on podbiegł i zobaczył odfruwającego wróbelka. Był pewien, że to Kasiek. Ona do niego podeszła, przytuliła i stwierdziła, że ptak chyba nie zapomniał.

ROZDZIAŁ VII

Następnego dnia był umówiony u znajomych w Ostrołęce, więc gdy tylko słońce uniosło się ponad horyzont, wyszedł z domu, udał się na wylotówkę w tym kierunku i zaczął łapać stopa. Przez dłuższy czas nikt nie chciał się zatrzymać, jednak po kilkudziesięciu minutach zobaczył stającą Mazdę Sześć Dwa Sześć, a w środku troje młodych ludzi.

– Dokąd? – spytała blondynka siedząca obok kierowcy.

– Do Ostrołęki – odpowiedział.

– Wsiadaj – zaprosił go kierowca.

– Jestem Marcin – przedstawił się, zajmując miejsce na tylnej kanapie obok dziewczyny, która olśniła go już jakiś czas temu, gdyż, jak się okazało, znał je obie od siebie z uczelni. Ubrana była w szare dżinsy, brązowe, sportowe buty, szarą bluzkę i błękitny, rozpinany sweterek. Włosy miała kasztanowe, spięte w kok z tyłu głowy.

– Magda – przedstawiła się blondynka z przodu.

– Agnieszka jestem. – Podała mu rękę ta obok niego.

– Dziewczyny, zdaje się, że studiujemy razem na polonistyce? – zapytał retorycznie.

– Właśnie miałam powiedzieć, że gdzieś cię widziałam – stwierdziła Magda.

– Chyba jesteście na pierwszym roku? – patrząc cały czas na Agnieszkę, kontynuował.

– Tak, a ty? – wtrąciła się Aga.

– Ja na czwartym.

– Niesamowite spotkanie – mówiła Magda.

– To prawda, ja bym się tego nie spodziewał.

Teraz, po raz pierwszy mógł się przyjrzeć Agnieszce. Wyglądała wręcz oszałamiająco, więc przez dłuższy czas przypatrywał się tylko jej. Niby rozmawiał z obiema dziewczynami, ale liczyła się tylko ona. Była uosobieniem tego, co mógłby sobie wymarzyć. Wielokrotnie myśląc o świadomym śnie, widział ją pojawiającą się w nim, a teraz ta niewyobrażalna bogini siedziała obok i z nią rozmawiał. Bywały momenty, gdy już na uczelni chciał ją zaczepić, ale zawsze brakowało odwagi i odchodził ze zwieszoną głową. Tymczasem obecnie nie musiał robić prawie nic, aby się do niej zbliżyć; wystarczyła zwykła rozmowa i na przykład prośba o numer telefonu. Dodatkowo pomyślał, że nieprawdopodobny zbieg okoliczności, czyli spotkanie w zatrzymanym aucie, był znakiem, iż będą razem. Tak, wierzył w takie rzeczy, nimi żył, ale z nikim się tym nie dzielił. To było prywatną i intymną magią. Gawędzili o wykładowcach, o egzaminach, ale także o wspólnej podróży. Nie liczyło się dla niego nic innego poza Agnieszką i nawet zobaczył, że nieco się speszyła, widząc, że gapi się tylko na nią, jednak nie był w stanie oderwać od niej wzroku. W pewnym momencie wzdrygnęła się i tonem iście oficjalnym oznajmiła:

– Na polonistyce jestem tylko do końca roku, potem przenoszę się na psychologię.

Zadziałało to na niego niezwykle pozytywnie, gdyż sam zdawał sobie sprawę ze swoich problemów psychicznych i ostatniego zainteresowania ludzką psychiką. Przecież całe zabiegi ze świadomym snem to niemal czysta psychologia.

– A czemu zmieniasz kierunek? – spytał ją chwilę później?

– Bo tamto mnie bardziej interesuje – oznajmiła znów bardzo oficjalnie.

– Też ostatnio się zastanawiałem, czy tam nie pójść, ale chyba najpierw muszę skończyć ten kierunek – wyjaśniał. – W końcu niedużo już zostało. Zakamarki ludzkiego umysłu mnie fascynują. Już coś na ten temat czytałem i to jest moje hobby.

– Pewnie, że tak – wtrąciła się blondynka. – Ukończ polonistykę, a na psychologię zawsze będzie jeszcze czas.

– Co prawda, chciałbym już, ale co nagle to po diable. – I na myśl mu przyszedł cień Świętego Walentego. – Bo wiecie dziewczyny, sam widzę, że miewam czasem nierówno pod sufitem. – Zaśmiał się, dając im do zrozumienia, iż to był żart.

– Nie ma ludzi zdrowych – są tylko niezdiagnozowani – odparła ze śmiechem blondynka z przodu, podczas gdy Aga siedziała nieco wycofana z tej dyskusji.

Potem jeszcze gadali chwilę, po czym wyciągnął telefon.

– Dziewczyny, mogę dostać wasze numery? – spytał dość niepewnie i dodał – to w razie, gdybym miał dla was jakieś informacje.

– Nie ma problemu – odparła ta z przodu i podała mu go.

Nastała cisza, w której dopadło go poczucie, że być może zbyt szybko o to poprosił, gdyż Agnieszka tylko siedziała wpatrzona za okno. Jednak po jakimś czasie spojrzała na niego, nieco zmierzyła wzrokiem i podała swój numer. Potem jechali dalej, dyskutując i śmiejąc się, aż dotarli do Ostrołęki, gdzie wysiadł i ruszył do znajomych.

Idąc przez nieznane miasto, w głowie miał tylko Agnieszkę. Nic innego się nie liczyło. Zawróciła mu w głowie całkowicie, odbierając zarówno zdrowe zmysły, jak i świadomość prawie w ogóle. Szedł, powłóczył nogami, świat zewnętrzny prawie nie istniał i tylko od czasu do czasu zatrzymywał się, pytając kogoś o drogę. Niby wiedział, że w Warszawie ma kochającą, piękną dziewczynę, ale w tym momencie ona dla niego nie istniała. Dwukrotnie się nieco pogubił i do znajomych dotarł trochę skołowany i nieobecny. Była sobota i początkowo miał posiedzieć u nich do popołudnia następnego dnia, lecz po kilku godzinach stwierdził:

– Miałem telefon i muszę wracać do Warszawy.

– Marcin, zostań dłużej. Tak się cieszymy, że przyjechałeś – mówiła dziewczyna.

– Zostań, jutro pojedziesz – naciskał chłopak.

– Niestety coś niedobrego dzieje się z moją kobietą i muszę.

– Coś poważnego? – spytała.

– To się okaże, mam nadzieję, że nie.

– A nie poradzi sobie do jutra sama? – dopytał chłopak.

– Nie wiem, ale chcę być przy niej.

– Jak uważasz, ale my jesteśmy za tym, żebyś został – naciskała.

– Też chętnie bym pobył, ale muszę z nią być.

– Skoro tak, to odwieziemy cię na wylotówkę – oświadczył chłopak.

– Dzięki.

Odwieźli go, a on znów autostopem wrócił do Warszawy. Po powrocie nie zamierzał ani jechać do Kasi, ani nawet jej informować, że już jest. Po prostu chciał być sam i tylko sam. Wieczorem zapalił dwie świece, włączył z komputera muzykę (a robił to niezwykle rzadko), położył się na łóżku i marzył o Adze. Tak dużo by dał, aby już móc świadomie śnić, bo wtedy byłby razem z nią. Zapadł się gdzieś w głąb swojej wyobraźni, a rozdygotany cień ogarniał cały pokój.

Następnego dnia rano zaczął sobie przypominać, co mu się śniło i odkrył, że była to ona. Trzymając się za ręce i prawie nic nie mówiąc, siedzieli razem na jakimś pomoście nad jeziorem. Zapamiętał tylko tyle. Przewrócił się na brzuch, grzebiąc w pamięci w poszukiwaniach czegoś więcej, ale nic innego nie było. Tylko on, ona, pomost i jezioro. Po tym jak wstał, bez wahania zapisał to w notatniku. Potem siedział w domu, cały czas o niej rozmyślając. Dopiero telefon od Kasi go nieco oprzytomnił. Wtedy umówił się z nią na wieczór i znów tylko leżał.

Przyszła około dwudziestej pierwszej i na dzień dobry zaciągnęła go do łóżka. Po wszystkim zapalił świece, usiadł nago na brzegu i oświadczył:

– Z nami koniec. – Spuścił głowę, nieco się odwrócił i dodał – przykro mi.

– Słucham? – wysylabizowała, błyskawicznie podniosła się z łóżka i starała się przytulić.

Natychmiast wstał, założył majtki, potem spodnie i ostro stwierdził:

– Lepiej, jak już sobie pojedziesz i więcej tu się nie pojawisz.

– Marcin… – Rozpłakała się. – Co się dzieje?

– Nic, po prostu muszę być sam.

– Jak potrzebujesz więcej swobody, to tylko powiedz. – Wstała, znów starała się przytulić.

– Nie. O nic nie pytaj… – Spojrzał jej głęboko w oczy. – Nie zrozumiesz. Wracaj do siebie.

– To przez te próby kontroli snów, prawda? – zapytała, płacząc.

– Wiesz… – Zawiesił głos i zastanowił się jak by tu zrobić, aby ją jak najmniej bolało. – Po prostu zrozumiałem, że muszę być sam.

– Jakaś inna kobieta? Ładniejsza ode mnie? – zapytała z błaganiem w głosie.

– To nie tak… Ty mi się bardzo podobasz i nikogo więcej nie zamierzam szukać… – Spuścił głowę, przez chwilę błądził w myślach i dodał – nie mam siły… Ubieraj się i wyjdź jak najszybciej.

Potem ona dość długo ślęczała w łóżku, łkając czy nawet szlochając, a on siedział w drugim pokoju w bezruchu. W końcu się ubrała, jeszcze raz próbowała się do niego zbliżyć, ale gdy tylko podchodziła, wstawał i odchodził bez słowa w inne miejsce. Wyszła około dwudziestej trzeciej.

ROZDZIAŁ VIII

Następnych kilka dni w ogóle nie wychodził z domu, mimo iż powinien uczęszczać na uczelnię. Głównie leżał w łóżku i tylko czytając na temat swojej nowej pasji, zasiadał przed komputerem. W środę pojawił się sen z przeprowadzką, lecz nie był w stanie nad nim zapanować. Obudziwszy się, zapisał go. W czwartek pojechał na studia, ale wszystko, co się tam działo, niemalże umknęło uwadze. Po powrocie do domu miał ochotę odezwać się do Agi, ale zaniechał tego z bliżej nieokreślonych powodów. Jednak wieczorem, jak ostatnio zwykle, położył się na łóżku, zapalając wcześniej swoje świece. Cały czas myślał o Adze jak o swojej przyszłej dziewczynie. Znał ją ledwo co, a mimo to, dla niej rzucił dotychczasową kobietę i snuł w stosunku do niej dalekosiężne plany. Doskonale wiedział, że prawdopodobnie nie spotka jej już wcale, a jednak nie był w stanie się otrząsnąć. Spotkanie w samochodzie było dla niego dobrym znakiem i początkiem nowego. Dodatkowo sen, który się pojawił dnia następnego po jej spotkaniu, dał nadzieję i wiarę we wspólną przyszłość. Odpływał gdzieś w nieznane.

Kasia próbowała dzwonić co kilka dni i na początku odbierał jej telefony, tłumacząc, że nic z tego nie będzie, jednak z biegiem czasu przestał reagować na wyświetlające się w telefonie jej imię. Tylko stojąc od czasu do czasu w oknie i wypatrując Kaśka, powracał do niej myślami i były krótkie chwilę, że żałował swojej decyzji, jednak potem mówił nie, otrząsając się z tych wspomnień. Wróbelek się nie pokazywał i nie wpływało to na niego krzepiąco, więc coraz bardziej zapadał się w swoje marzenia na temat Agnieszki. Na blogu nie wspomniał o niej z dwóch powodów: po pierwsze uważał to za sprawę zbyt intymną, a po drugie nie chciał, aby Kasia o tym coś wiedziała. W tym okresie zapisał czarny zeszyt do połowy i któregoś razu przeglądając swoje notatki, doszedł do wniosku, że z biegiem czasu pojawia się tam coraz więcej szczegółów. Zrozumiał, że trening czyni mistrza, a brulion jest tego najlepszym dowodem. Kilka dni później Kasia zaczęła wydzwaniać do jego rodziców, gdyż numer ten posiadała od jakiegoś czasu. Bardzo się o niego martwiła i chciała, aby ktoś z nim porozmawiał, a może nakłonił do zmiany decyzji w jej sprawie. Po tych telefonach matka nawet przyjechała osobiście.

– Marcin, wszystko w porządku? – spytała, siedząc przy stole.

– Tak, mamo, wszystko ok.

– Czemu zerwałeś z Kasią? – Martwiła się.

– Bo chcę być sam, a ten związek był pomyłką – odparł bardzo oficjalnie.

– Ale mówiłeś, że ci z nią dobrze i że nie jest taka, jak twoja poprzednia.

– Mimo wszystko to nie to – kontynuował w tym samym stylu.

– Bardzo ją polubiłam. Ale nie myśl, że rozmawiam z tobą, bo chcę dobrze dla niej. Mimo że ją lubię, to chcę dobrze tylko dla ciebie.

– Mamo, jak chcesz dla mnie dobrze, to zaakceptuj to, że tak będzie lepiej.

– Trudno mi to sobie wyobrazić… – Zamyśliła się. – Przecież zawsze powtarzałeś, że zależy ci na dziewczynie.

– Ale też mówiłem, że nie na jakiejkolwiek. Na konkretnej. A Kasia taką nie była.

– Marcin, na pewno nic złego się nie dzieje?

– Mamo, na pewno. Właśnie ożywam.

– Jak sobie chcesz, ale gdybyś chciał porozmawiać, to pamiętaj, że ze mną możesz o wszystkim.

– Dziękuję, mamo – zakończył, cały czas w oficjalny sposób.

W końcu wróciła do domu, a on był coraz bardziej nieprzytomnie zakochany i tylko cykliczne odpalanie świec niezmiennie wymierzało rytm dnia i nocy.

Pod koniec maja położył się jak zwykle późnym wieczorem do łóżka, zgasił świece i rozmyślając na temat Agi, leżał tak dłuższą chwilę. W pewnym momencie usłyszał niezidentyfikowane dźwięki od strony okna. Przez chwilę je ignorował, ale potem ruszył się nieco, zapalił lampkę, jeszcze przez moment nasłuchiwał i to coś dobiegło ponownie. Wstał, podszedł do okna i zobaczył Kaśka siedzącego na metalowym parapecie na zewnątrz. Natychmiast otworzył okno, a ptak wfrunął do środka. Najpierw podleciał do stojącego obok krzesła, a następnie przemieścił się do większego pokoju i usiadł na podłodze, w pobliżu miejsca, gdzie niegdyś stało kartonowe pudełko. Znowu zaczął kwilić, więc Marcin, podążając za nim, podszedł do niego, wyciągnął dłoń, a wróbelek na nią wszedł. Marcin mało nie podskoczył z radości, ale nie chcąc go płoszyć, tylko uśmiechnął się szeroko, po czym razem z nim poszedł do kuchni po coś do jedzenia. Zostało jeszcze nieco pokarmu, który kupił, znajdując go, więc jedną ręką wsypał do pokrywki od słoika, a na drugiej cały czas siedział Kasiek. Przeszedł z nim do pokoju i postawił na podłodze pokrywkę, a obok dał zejść ptakowi. Wróbelek zaczął jeść, momentami popiskując i łypiąc na niego wzrokiem. W tym czasie on usiadł na jednym z krzeseł i obserwował, co się dzieje. Nie wierzył własnym oczom, że Kasiek znów zawitał, gdyż to mu się wydawało wręcz niewyobrażalne. Dzikie zwierze pamiętało i wróciło. Kilka chwil później ptak się najadł, usiadł na podłodze, więc on znów się zbliżył i kolejny raz wyciągnął rękę. Wróbelek bez wahania na nią wskoczył. Potem siedzieli kilkanaście minut, aż Kasiek przefrunął na wewnętrzny parapet, więc czas go wypuścić. Odlatując w ciemną noc, zostawił po sobie ciepłe wspomnienie. Tej nocy Marcin wszedł na bloga i zamieścił informację o niespodziewanych odwiedzinach. Późniejszych komentarzy było mnóstwo, a wszyscy nie mogli uwierzyć, że to prawda. Jakiś czas później położył się z powrotem do łóżka i niedługo zasnął.

ROZDZIAŁ IX

Zaczęło mu się śnić, że się przeprowadza i nagle zadziałał wyuczony odruch, więc we śnie wykręcił sobie lewą rękę i nie poczuł bólu. Powtórzył to jeszcze kilkakrotnie i dotarło do niego, że śni. To było uczucie wręcz niesamowite. Cała wielotygodniowa praca przyniosła skutek i teraz mógł być, gdzie chciał i z kim chciał. Przez chwilę pozostał tam w miejscu, ale potem postanowił spotkać się z Agnieszką. Chwila moment i siedział z nią u siebie w domu przy stole przy zapalonych świecach. Zaczęli rozmawiać i był wniebowzięty. Sam na sam ze swoją marzeniową miłością, w dodatku widział, że ona też jest szczęśliwa, więc co mu więcej było trzeba?… Gadali, uśmiechając się do siebie nawzajem, przyobleczeni odrobiną magii. Wreszcie dokonał tego, nad czym tak długo pracował…

Obudził go zwyczajowo budzik, ale tym razem natychmiast doskonale pamiętał wszystko z nocnej wizji. Zarówno ją, jak i każdy szczegół, więc nie wiele myśląc, chwycił telefon i wysłał do niej następującą wiadomość:

Śniłaś mi się i to był bardzo miły sen. Byłaś w nim szczęśliwa i ze mną…

Nie liczyło się nic innego, oprócz niewyobrażalnego szczęścia. Nawet nie pomyślał, że ona może to źle odebrać. To było kompletnie nieistotne. Istniał tylko świadomy sen i to, co aktualnie czuł. Dopiero potem skojarzył wizytę Kaśka z następującym po nim przełomem i uznał, że to był dobry znak. „Skoro to był znak, to znaczy, że będziemy razem” – tak myślał. – „To tylko kwestia czasu”.

Od tego dnia kładł się wcześniej, aby jak najszybciej zapaść w sen, a tym samym śnić o niej. Przez pewien czas nie mógł powtórzyć sennej świadomości, więc budził się rano dość smutny i wykonując swoje codzienne obowiązki, czekał tylko na wieczór. Nadal spisywał nocne wizje, ale zaprzestał prowadzenia bloga. Uznał, że temat Agi jest zbyt intymny, aby się nim dzielić. Kilka dni później, wysyłając maila z pytaniem, czy wszystko w porządku, zainteresowała się tym Kasia, na co odpisał, że zamyka temat, bo nigdy nie uda mu się kontrolować snów i kategorycznie zabronił do siebie więcej pisać.

Za kilka dni powtórzyła się kontrola snu, znów się spotkał z Agą, byli oboje szczęśliwi i nawzajem w sobie zakochani. Tym razem jeszcze nie próbował doprowadzić do zbliżenia, a mimo to po obudzeniu roznosiła go energia. Ponownie wysłał jej wiadomość, z informacją co u niego słychać i że tęskni. Nie wspominał o nocnych wyczynach, bo już wtedy wydawały mu się one zupełnie realne. Myślał kategoriami snu i tym żył.

ROZDZIAŁ X

Najbliższy okres w jego życiu zaczyna być nieco niejasny, gdyż zatracił poczucie rzeczywistości i to, co dalej napiszę, będzie oparte głównie na relacjach osób trzecich, ale także na szczątkowych zapiskach, ponieważ przestał zapisywać sny, lecz zamiast tego tylko odrobinę tego, co się działo na co dzień.

Ważne jest to, że nadal co wieczór zapalał świece, czasem godzinami przypatrując się dwumetrowemu cieniowi patrona. Ogień, delikatnie kołysząc się i pulsując, chłonął stearynę. I od czasu pierwszej nocy z Kasią zaczął zwracać na cień baczną uwagę, przypisując mu jakąś nadprzyrodzoną moc, a ten ogarniał go z dnia na dzień bardziej i bardziej. Marcin coraz częściej rządził tym, co w nocy i zawsze spotykał się z nią. Po kilkunastu dniach próbował uprawiać z nią seks, ale wtedy odepchnęła go i wyszła bez słowa. Za każdym razem po przebudzeniu wysyłał jej sms’y i nie liczył na jakikolwiek odzew. Liczyło się tylko to, aby dać znać, że jest wybranką. Co noc starał się z nią kochać, a ona co noc uciekała i za żadne skarby nie był w stanie spowodować, aby było po jego myśli. Niby sam rządził swoimi wizjami, jednak ona była w nich jak żywa – poza kontrolą. Studia odpuścił sobie w ogóle i tylko od czasu do czasu pojawiał się u znajomego w sklepie, aby zarobić na życie – z tej konieczności jeszcze zdawał sobie sprawę. Jakiś czas później przestał jednak odbierać jakiekolwiek wiadomości, a i niektóre połączenia ignorował. Któregoś razu, po kolejnej nieudanej próbie zbliżenia się do niej, wysłał jej wiadomość:

Jak nie będziesz ze mną, to zobaczysz, co zrobię. Będziesz tego żałowała.

Świadczy to o tym, że już wtedy nie za bardzo wiedział, co jest snem, a co jawą. W nocy spotkał się przecież z jej wyobrażeniem, a rano wysyłał wiadomości do jej realnej… Tak naprawdę nie wiemy do końca, co zamierzał, ale wkrótce potem ona zadzwoniła.

– Halo – odezwał się zalotnie – a jednak zadzwoniłaś, bo już się martwiłem.

Po tych słowach usłyszał tylko przeciągłe: „aaallleee” i po kilku kolejnych się rozłączyła. Wiadomo, że wtedy miał ochotę natychmiast oddzwonić, lecz z niewiadomych względów tego nie zrobił. Chwilę później znów zadzwoniła, lecz usłyszał tylko głos znajomej blondynki z samochodu:

– Aga nie jest tobą zainteresowana! Odczep się od niej, bo nic z tego nie będzie! Powtarzam, odczep się!

Po tej wiadomości nieco oprzytomniał, bo nawet zadzwonił do rodziców, jednak rozmawiał z matką bardzo krótko, a ta odniosła wrażenie, jakby komunikowała się z kimś zupełnie obcym. Potem znów zapadł się w sobie i tylko praca w sklepie świadczyła o jakiejkolwiek aktywności.

Następnie nic nie wiadomo, co się z nim działo, aż do momentu, gdy wysłał jej kolejną wiadomość:

Myślę, że chcesz być ze mną, inaczej sama byś powiedziała, że nie chcesz mnie znać. Kocham cię.

Później wysyłał jej różne wiadomości i, jak można wyczytać z czarnego zeszytu, zmagał się ze snami, nad którymi przestał panować. To ona, ale już bez jego chęci, pojawiała się w nich i za każdym razem dawała mu kosza, gdy tylko chciał się z nią kochać. W wizjach zaistniał niezależny byt, na tyle silny, że przejął całą kontrolę. Tyle wiemy. Następnie znów zapadł się w sobie i przestał cokolwiek notować, więc tu jest dość spora dziura.

Kolejnego wpisu dokonał tuż przed połową września i czytamy w nim:

„Widuję ją codziennie. Dziś sprzedawała mi chleb w sklepie. Nie wiem, czego ona ode mnie chce, ale mam tego serdecznie dość. Muszę to jak najszybciej przerwać…”

I jedynie wiadomo, że widział ją w rzeczywistości. A w zasadzie wydawało mu się, że widzi. Tak, w tym czasie kompletnie oszalał i w obcych kobietach widział ją. Może były podobne, a może nie? Tego się chyba nie dowiemy. Istotne jest, że przestał odróżniać sen od jawy. Aż strach pomyśleć, co wtedy przeżywał… Z relacji Agnieszki wiemy, że w połowie września wysłał jej rozpaczliwego sms’a, w którym błagał, aby dała mu spokój. Ostatniego dnia tego miesiąca użył gróźb, iż dłużej tego nie wytrzyma i że ją zabije. Tego samego wieczoru spotkał się z nią osobiście pod wydziałem, a w nocy zapisał ostatnią notatkę:

„Tym razem spotkałem się z nią naprawdę… Była taka, jak ją zapamiętałem… Powiedziała mi, że kocha kogo innego i żebym dał sobie z nią spokój… Chyba czas się leczyć…”

Następnego dnia rano zgłosił się do szpitala psychiatrycznego i spędził tam kilka tygodni. Matka po odwiedzinach zadzwoniła do Kasi, a ta czym prędzej do niego pojechała. Mówiła, że wyglądał przerażająco i nie było z nim prawie żadnego kontaktu. Prawie nie mówił, a jeśli już, to głosem martwym, oczy miał przymknięte, puste, a usta bezsilnie rozchylone. Gdy wzięła go za rękę, czuła, jakby dotykała manekina, a i śmierdziało od niego wielodniowym niedomyciem. Mówiła do niego długo, a on wydawał się nic nie słyszeć. Podobno nawet posiłków nie chciał jeść. Po kilku dniach podłączono go do kroplówki. Dopiero po tygodniu pobytu w szpitalu można było z nim zamienić kilka słów, a i wtedy Kasia odnosiła wrażenie, że to ktoś inny. Mówił w zasadzie tylko o Kaśku i o figurce Świętego Walentego. Po trzech tygodniach już było z nim dobrze, ale nadal wolał milczeć. I to się nie zmieniło aż do dziś. Po wyjściu ze szpitala znów zaczął się spotykać z Kasią i teraz zamierzają się pobrać. Nigdy nikomu nie wspomniał, co się wtedy z nim działo, a na pytania o to denerwował się i zamykał w sobie na dłuższy czas. Powiedział tylko, że wolałby, aby ten okres w ogóle nie istniał.

W pogoni za sobą samym

W pogoni za sobą samym

Farby, Młody Model, Strzelać Moda, Fotografii

…I tylko szmery codziennych obowiązków wytrącają mnie z rytmu Twoich słów, które przelewają się przez palce, nie mogę ich zatrzymać. Twoje słowa są ulotne i takie senne. Gdy zamknę więc oczy, a cielesność nie będzie mi już potrzebna, może wtedy dosięgnę Ciebie. Dotknę Twoich słów i cieszył się nimi będę. Potem wraz ze snem uspokoją się i szum, i gwałtowność, i stopy…

Marcin był starszy ode mnie o siedem lat. Zainteresował mnie swoją osobą w obskurnym, całodobowym barze na Dworcu Zachodnim w Warszawie. Gdy przyszedłem, pił drugie piwo. Udałem, że znalazłem się tam zupełnie przypadkowo, a w gruncie rzeczy było inaczej – umyślnie chciałem go spotkać. Z początku, jak mnie zobaczył, mówił, iż dopija piwo i idzie do domu. Dosiadłem się do jego stolika i zaczęliśmy rozmawiać. Do tej pory znałem go na zupełnie innej stopie, więc rozmowa z początku weszła na tematy zawodowe i ogólne, dopiero po kilkudziesięciu minutach, gdy mieliśmy już we krwi trochę alkoholu, zacząłem mówić o sprawach osobistych: zwierzyłem mu się z prywatnego życia z dość szczegółowymi opisami niektórych przeżyć, sympatii i antypatii. Połknął haczyk i po paru minutach sam się wkręcił. To, co tego dnia opowiedział o swoim życiu, stanęło mi w głowie jak ość w gardle i od tamtej pory intensywnie myślę o przełożeniu tego na papier. Historia, którą przeczytacie, wydaje się zupełnie nieprawdopodobna, a może i niedorzeczna, ale dla Marcina to jego życie. Starałem się nie pominąć ani drobnego słowa, które miałoby większe znaczenie dla tej opowieści, a jeśli o czymś zapomniałem, to z niepamięci.

W zasadzie powinienem Marcina opisać od dzieciństwa, gdyż przypuszczalnie wtedy pozyskał kilka cech charakteru, które później – gdy stał się dorosły – kształtowały jego życie. Jednak tak nie zrobię, ponieważ wiem o tym jedynie co nieco – tyle ile od niego usłyszałem, a po drugie nie chcę mówić, co doprowadziło do takiej osobowości, tylko kim on jest dziś.

Marcin ożenił się, mając dwadzieścia sześć lat, dwa lata po studiach. Jego o rok młodsza żona, Marzena tuż przed ślubem obroniła pracę magisterską i szła na dobre do pracy. Ukończyła SGH i zatrudniła się jako zastępca głównej księgowej w jednej z dobrze prosperujących warszawskich firm. Zarabiała dość sporo, więc niedługo po ślubie, czyli w tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym drugim roku wzięli kredyt mieszkaniowy i kupili dwupokojowe mieszkanko na warszawskiej Woli. On wtedy pracował jako programista u dużego dystrybutora perfum, więc także zarabiał nieźle. W ciągu paru miesięcy urządzili jako tako mieszkanie i czas było pomyśleć o dziecku. Rok po ślubie zdecydowali się na to i kolejne dziewięć miesięcy później urodziła im się dziewczynka, której dali na imię Justynka.

Przez pierwszy rok małżeństwa zwiedzili większość Europy, a tuż przed tym, jak Marzena zaszła w ciążę, wyjechali na dwa tygodnie do Ekwadoru. Marcin chciał koniecznie zobaczyć Andy na własne oczy. Jak mi później opowiadał, spędzili tam najlepsze wakacje swojego życia. Zwiedzali góry, miasteczka i małe wioski indiańskie. Oboje wrócili zadowoleni i wypoczęci i wkrótce poczęli pierwsze dziecko.

W tym czasie Marcin zakochał się w górach na dobre i regularnie raz w miesiącu wyjeżdżał samotnie w Tatry lub Alpy. Właśnie w Tatrach poznał człowieka imieniem Roman i od tego czasu zaczął się powoli zmieniać. Jego nowo poznany przyjaciel miał ponad czterdzieści lat i od prawie dwudziestu był górskim maniakiem. Poza tym był typem samotnika i starym kawalerem z wyboru. Jak się okazało kilka miesięcy później, był także genialnym muzykiem. Grywał na kilku instrumentach i pracował jako muzyk sesyjny. Większość czasu spędzał, ćwicząc, a gdy przyszło do nagrania, zamykał się w studiu i praktycznie nie wychodził aż do ukończenia materiału. Marcin przyjaźnił się z nim dobre cztery lata, aż tamten uległ wypadkowi samochodowemu, a wkrótce zmarł w szpitalu.

Marcin bardzo to przeżył i zawsze wspominał go jak swojego duchowego guru. Często słuchał muzyki skomponowanej przez Romka, czytał jego wiersze i filozoficzne zapiski. Nie wiem dokładnie, co było w nich szczególnego, ale to, co mogę powiedzieć, to fakt, iż przesycone były idealizmem, romantyzmem i marzeniami. Wiele z nich dotyczyło ideałów kobiety, prawdy jako istoty obiektywnej i sensu życia. Jedyna rzecz, którą Marcin mi powiedział z tych zapisków, to następujący fragment:

Choćbyśmy się starali jak najlepiej ocenić jakieś zdarzenie, to zawsze nasza ocena będzie tylko cząstką naszej psychiki. Nigdy nie zdołamy uwolnić się od niej na tyle, aby nie wyznaczała nam barier…”

W dwa lata po narodzinach Justyny zdecydowali się na drugie dziecko, a kolejnych dziewięć miesięcy później mieli syna – Marka. Marzena zrezygnowała z pracy, a Marcin został szefem działu informatycznego w tej samej firmie co na początku małżeństwa. Dwa lata po urodzeniu się Marka spłacili mieszkanie, a ponieważ mieli odłożonych sporo pieniędzy, zaczęli się zastanawiać nad kolejną pożyczką i kupnem segmentu poza Warszawą.

I niestety, tutaj cała historia zaczyna się komplikować; kończy się sielanka i błogość rodzinnego spokoju. Marcin popada w coś, co na zawsze zmieni jego życie.

* * *

Latem tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego dziewiątego roku Marzena razem z dziećmi wyjechała do swojej matki na prowincję, a Marcin został sam w domu na prawie trzy miesiące. Dwa razy na miesiąc odwiedzał ją, potem wracał do Warszawy. Nie mając obok siebie kogoś najbliższego, znów sięgnął po zapiski Romana i czytał je dniami i nocami. Stały się dla niego biblią i swoistym „rozmówcą”. Rzadko wychodził z domu, ponieważ stracił dobry kontakt z większością dawnych przyjaciół. Poza tym, nie mając przy sobie kochanej i kochającej żony, w jego głowie zaczęły się rodzić dzikie marzenia. Wyobraźnia pracowała na najwyższych obrotach i zaczął sobie tworzyć własny świat.

Natchniony zapiskami Romana, w połowie czerwca rozpoczął pracę nad swoją pierwszą książką. Miała to być historia dwojga młodych ludzi wywodzących się z domu dziecka. Koncepcja wyglądała następująco: układają sobie powoli wspólne życie, ledwo wiążąc koniec z końcem, ona doskonała w mniemaniu Marcina, a on nerwowy i dość bezpośredni. Opowiadanie próbował zacząć od szczegółowego jej opisu, więc bez przerwy rozmyślał, jak powinna wyglądać zarówno fizycznie, jak i psychicznie. Pisał po kilka stron, potem wykasowywał wszystko i zaczynał od nowa. Ciągle coś mu nie pasowało. A to jego bohaterka była zbyt sztuczna, a to jej osobowość zbyt płaska, a czasem po prostu łapał się na tym, że nie jest jego ideałem, tylko tym, co akurat przypasowało w danej chwili. Męczył się nad tym dobre dwa tygodnie i nie stworzył zadowalającej wersji.

W tym czasie sięgnął po kolejne książki, aby tam znaleźć cząstki swojego ideału. W ciągu tych dwóch tygodni przeczytał osiem i nic. Chadzał do kina, teatru, aby obserwować różne osobowości, albo po prostu do parku i tam patrzył na kobiety, słuchał ich i zapisywał najciekawsze wnioski. Po tym czasie postanowił, że będzie śledził takie kobiety, które mu przypadły do gustu w jakiś szczególny sposób. Pierwszy raz tak zrobił pewnego niedzielnego popołudnia. Poszedł do paku Sowińskiego, upatrzył sobie dziewczynę i nie spuszczał z niej wzroku przez parę godzin. Szła z koleżanką. Najpierw dość długo spacerowały po parku, potem wsiadły do autobusu numer sto pięć jadącego na Bemowo, a on wsiadł z nimi. Wysiadły przy Wojskowej Akademii Technicznej, on podjechał jeden, krótki przystanek dalej i za nimi ruszył. Weszły w boczną uliczkę i wtedy spostrzegły, że są śledzone. Zbliżył się, a po paru minutach do nich dołączył. Były mocno przestraszone. Od razu wyjaśnił, że pisze książkę i chce zbadać reakcje dziewczyn na śledzenie. Z początku nie wierzyły, ale kiedy wyciągnął z kieszeni mały, zapisany i pokreślony notes, dały się przekonać. Odprowadził je do domów, pożegnał się i wrócił do parku. Było późne popołudnie i znów upatrzył sobie „obiekt” i kolejny raz poszedł jego śladem. Tym razem dziewczyna była mniej spostrzegawcza i nic nie zauważyła. Powtarzał to jeszcze przez tydzień, a że i to nie przyniosło żądanego rezultatu, musiał wymyślić coś nowego.

Zaczął podchodzić do kobiet, pytał o drogę do miejsc, które rzekomo go interesowały i prosił o podprowadzenie. Kilkakrotnie udało mu się wyciągnąć parę cennych uwag w kwestii kobiecego ideału, które skrzętnie zapisywał, lecz mimo to książka nie ruszyła z miejsca.

Kolejny raz próbował poskładać do kupy wszystkie swoje zapiski i spostrzeżenia. Zasiadł do komputera wczesnym wieczorem, próbując opisać swój ideał. Pisał po kilka zdań, kasował, wściekał się i nadal nic nie wychodziło. Siedział prawie do rana i nie napisał nic konkretnego. W żadnym wypadku kobieta, którą opisywał, nie była taka, jaką by sobie wymarzył, wyśnił. Położył się dopiero wtedy, gdy uświadomił sobie, że próbuje opisać swoją żonę zmienioną o cechy ze swojego notatnika. Poczuł, że wpadł w błędne koło.

Od czasu do czasu zaczął kupować sobie sporą ilość alkoholu i zapijał się na śmierć w poszukiwaniu tej jedynej. Na początku robił to raz w tygodniu, na ogół w piątek, aby w weekend móc wrócić do siebie. Podczas tych samotnych libacji, zapisywał mnóstwo kłębiących się w głowie myśli i przestał je kasować z komputera. Jak się później okazało, wyprodukował ponad czterdzieści stron samych opisów naj-kobiety. Ciągle jednak nie mógł wyrazić swojego ideału. Po miesiącu zapijania się na śmierć zdał sobie sprawę, że nie tędy droga i znów wrócił do czytania książek, chodzenia do kina i spacerów w parku.

Każda książka, którą czytał, oprócz standardowych wartości, niosła przede wszystkim rodzaj kobiecego piękna. Zwrócił uwagę na to, że fragmenty, gdzie są opisy kobiet, czytał kilkakrotnie dłużej niż pozostałe.

W połowie lipca wciąż nie rozpoczął swojej książki. Postanowił tworzyć samą fabułę, bez opisów i zaledwie w ciągu tygodnia spłodził sto dwadzieścia stron. Oczywiście nie była to wersja ostateczna, ale zaledwie zarys mający ulec stylistycznym i rzeczowym poprawkom. Wtedy przydarzyła się rzecz niesamowita i właściwie od tego powinna zaczynać się ta historia.

W drugiej połowie lipca Marcin obudził się rano i zdał sobie sprawę, że śniła mu się idealna kobieta. Taka, jaką mógł sobie wymarzyć. Piękna, inteligentna, zaradna i tak samo idealistycznie podchodząca do życia jak on. Ponieważ miał duże zdolności plastyczne i w młodości uczęszczał na kółko malarskie, postanowił ją namalować. Portret wyglądał niemal jak zdjęcie – doskonały i niepomijający żadnego szczegółu. Pracował nad nim trzy wieczory. Powiesił go nad łóżkiem i wiedział już wszystko o wyglądzie ideału.

Około tygodnia później przyśniła mu się po raz drugi. Nie różniła się zupełnie niczym w porównaniu do pierwszego razu. Była identyczna zarówno pod względem urody jak i charakteru. Rano się obudził i był wniebowzięty. Wreszcie się doczekał.

Kolejne noce przyniosły kolejne sny i, jak się okazało, każdy następny stanowił kontynuację poprzedniego. W ten sposób pomysł na książkę, który niegdyś miał w głowie i nad którym zaczął pracować, legł w gruzach, a pojawiła się nowa historia. Historia wzięta wprost z jego podświadomości. Postanowił napisać książkę właśnie na podstawie własnych snów.

Całość zaczynała się od przypadkowego poznania Agnieszki, bo właśnie tak miała na imię ta dziewczyna. Spotkał ją na przyjęciu urodzinowym u swojego kolegi, gdy jeszcze obydwaj byli kawalerami. Miała metr siedemdziesiąt wzrostu i była szczupła. Ciemne, kasztanowe włosy do połowy pleców, lekko wystające kości policzkowe, zadarty nos, dość duże, szeroko rozstawione oczy i namiętne usta. Ubrana w żakiet koloru błękitnego. Zawsze uśmiechnięta, wyglądała na bardzo szczęśliwą, ale od czasu do czasu zamyślała się i tonęła we własnym świecie. Nie była typem kokietki, a raczej kobiety o niepozornych ruchach, a mimo to miała w sobie szalenie dużo naturalnego wdzięku i pogody ducha. Podszedł do niej, poprosił do tańca i tak się poznali. Rozmawiali ze sobą bardzo dużo tego wieczora i wymienili telefony. (To dziwne, ale podał jej telefon, pod którym był uchwytny, jak jeszcze był kawalerem.) Tak skończył się pierwszy sen.

Kolejny zaczął się od wspólnego spotkania w parku Sowińskiego (tym, w którym śledził dziewczyny). Spędzili ze sobą ponad sześć godzin, aż odwiózł ją do domu tramwajem gdzieś na Żoliborz. Wrócił do domu i sen się skończył.

Za trzecim razem poszli do kina „Śląsk” na film „Dawno temu w Ameryce” i pamiętał go po przebudzeniu ze szczegółami, mimo iż w rzeczywistości widział go ponad dziesięć lat wcześniej. Potem poszli do jakiejś kawiarni, której nigdy nie znał i nie miał pojęcia, czy naprawdę istnieje. Spędzili przy drinkach i deserach trzy godziny, a później, nadal jako tylko dobrzy znajomi, rozstali się pod jej blokiem, którego wygląd również dobrze zapamiętał.

Czwarty sen spędzili na wspólnym wyjeździe poza miasto i właśnie tam doszło do pierwszego pocałunku. Dość długo oboje nie mogli się na to zdecydować, aż lunął deszcz, a oni skryli się przemoknięci pod niewielkim daszkiem, mimowolnie przytulili i jak dwa mokre pieski niemal żebrali o pocałunek, trącali się przesiąkniętą sierścią, aż ulegli pod naporem pożądania. Tak zaczął się na dobre ich senny romans. Raz się zaczął i po tak pięknym, bo sennym, wstępie nie mógł się szybko skończyć.

Niedługo potem Marcin wyjechał na tygodniowy urlop na prowincję; dotarł tam w sobotnie popołudnie. Z wielkim entuzjazmem powitał żonę i dzieci, teściową i teścia. Najpierw spędził wraz z żoną długie chwile na rozmowie i przytulaniu się, potem on bawił się z Justynką, aż zrobiło się późno, więc położyli się do łóżek. On położył się z żoną w małym pokoiku, aby nadrobić zaległości długiego rozstania, dziećmi zajęła się teściowa. Usnęli dopiero po północy, wymęczeni i przepoceni.

Tej nocy powróciła Agnieszka. I nie to, że powróciła i już. Wtargnęła w sen, wygłodniała jego obecności jak wilk. Od razu zaczęły się namiętne pocałunki i przytulania. Ubrana była inaczej niż zwykle: tym razem miała na sobie najgustowniejszą suknię jego żony. Od czasu do czasu wypowiadała całe zdania swojej rywalki, które dobrze Marcinowi utkwiły w pamięci ze względu na ich osobisty charakter, a każde z nich było jakby drobnym talizmanem tego małżeństwa. Tkwiły w jego głowie od czasu wypowiedzenia ich przez Marzenę i będą trwały aż do jego śmierci. Po długim powitaniu Agnieszka wyjęła z torebki naszyjnik, który Marcin dał swojej żonie, a ta zgubiła go tuż przed ślubem.

Obudził się obok śpiącej żony, przetarł oczy, wstał i poszedł sprawdzić jak dzieci, które jeszcze spały w najlepsze. Cały czas czując obok siebie Agnieszkę, spojrzał na dzieci i gorzko zapłakał, nie za bardzo wiedząc, które życie jest piękniejsze: realna Marzena z dziećmi, czy senne widziadło. Wrócił do żony, padł z powrotem na łóżko i leżał dobre półtorej godziny, zanim się obudziła. Na dokładkę bał się, że mógł zacząć mówić przez sen. Jak by się żonie z tego wytłumaczył? Wypowiadać imię jakiejś Agnieszki i mówić, że będzie z nią aż do śmierci, brzmi wyraźnie jednoznacznie. Na pewno zrozumiałaby, iż podczas jej nieobecności ma romans, a może i chcieć ją rzucić dla tamtej.

Po kilku godzinach spędzonych z żoną i dziećmi zupełnie zapomniał o sennych marzeniach i powrócił do roli kochającego męża i ojca. Spędził z rodziną cały tydzień, chodząc do lasu, nad wodę czy na łąkę. Opiekował się nimi, jak mógł i byli szczęśliwą rodziną. Do końca pobytu na prowincji senne widziadło nie powróciło. Prawie codziennie sypiał z żoną i sprawiało to obojgu przyjemność taką samą jak przed wakacjami.

Wyjechał do Warszawy w sobotę, tydzień po przyjeździe. Wrócił do królestwa swojej książki i prawie od razu po powrocie usiadł nad jej pisaniem. Teraz miał nie lada zadanie: oddzielić ze snu to, co dotyczyło bezpośrednio jego, od tego, co mogło dotyczyć każdego innego człowieka. Po prostu nie mógł sobie pozwolić, aby w jakikolwiek sposób książka mówiła o nim samym. W taki sposób musiał pominąć niektóre elementy ze snu. Na przykład naszyjnik nie mógł się znaleźć w książce w tej samej postaci co we śnie. To samo było z suknią żony. I tak sam stał się cenzorem swoich marzeń na potrzeby książki.

(Zapisał dość długą notatkę z tego, co przyszło mu do głowy, w sprawie kontroli treści. Dokładnie nie wiem, co tam zawarł, ale w skrócie powiedział, że tym się różnił od szaleńca, że dokładnie wiedział, na co może sobie pozwolić, a na co nie. Gdyby nie to, popadłby w obłęd. Podobno nawet miał kiedyś znajomego, który postradał zmysły, i to, co rzuciło się Marcinowi w oczy, to fakt, że ów nieszczęśnik z pełną premedytacją pomijał wszystko, co mogło go w jakikolwiek sposób ograniczać. Znikły bariery moralne, granice przyzwoitości, etyka, nawet zakazy i nakazy wynikające z wiary w Boga, w którego zawsze wierzył nieprzytomnie. Marcin zakończył tę opowieść pytaniem: czy to nie jest tak, że szaleństwo to świadomy wybór każdego z nas?)

Z soboty na niedzielę Marcin miał kolejny sen, w którym przyszła do niego Agnieszka, przywitali się gorąco i usiedli na kanapie u niego w mieszkaniu.

Marcin obudził się około szóstej rano. Wstał z łóżka i zaczął przygotowywać sobie śniadanie. Cały czas myślał o swoim śnie i w żaden sposób nie mógł go zrozumieć. Kołatał mu się w głowie niejasny dialog, a on, właściciel swojej podświadomości, czyli twórcy nocnego marzenia, był daleki od jasności zaistniałej sytuacji. Wkrótce zasiadł z powrotem nad książką. Słowa niemal same przelewały się przez jego palce na klawiaturę komputera. Pisał i jedyne, nad czym się zastanawiał, to sens zapamiętanych słów. Około trzynastej zrobił sobie przerwę i wyszedł na krótki spacer. Chodził po ulicach Woli, bezmyślnie obierając trasę wędrówki. Czasem szedł prosto, czasem skręcał, a innym razem zatrzymywał się, siadał na ławce, siedział parę minut i znów ruszał. Do domu wrócił po ponad dwóch godzinach. Ponownie zasiadł do komputera i pisał. Kolejnym jego posiłkiem była obiadokolacja, którą spożył po dwudziestej. Był to szybki, skromny, ale bardzo sycący posiłek. Zjadł go, jak mógł najprędzej i znów zaczął pisać. Do łóżka wskoczył po północy. Od razu zasnął jak kamień, a widziadło wróciło.

Tym razem ubrana była w lnianą, jednobarwną suknię w kolorze szaro-morskim.

Gdy wyszli z domu, na ulicy, przed jego oknami stała starodawna dorożka z zaprzęgniętym białym koniem, i woźnicą, który niemal operowym głosem podśpiewywał sobie cicho arię z opery Carmen. Jechali dobrą godzinę i zatrzymali się przed wejściem do Pałacu Ujazdowskiego, gdzie czekało na nich kilku lokai. Weszli do środka i Marcin ujrzał cały dziedziniec przygotowany do tego święta. Po lewej stronie stały zastawione wyjątkowymi potrawami stoły, po prawej ustawiona niewielka scena z orkiestrą kameralną, a przed nią parkiet do tańca. Mnóstwo krzątających się kelnerów i kamerdynerów ubranych w starodawne stroje, muzyka klasyczna i wyczuwalna atmosfera wielkiej uczty specjalnie dla nich dwoje, bo wkrótce się okazało, że oprócz nich i służby nie ma tam nikogo.

Najpierw zasiedli przy niewielkim stoliku, nieopodal wielkich zastawionych stołów i dostali na srebrnych talerzach potrawy, których Marcin nawet nie wiedział jak zacząć jeść. Podano także dwie butelki szampana, z których jedną otworzono z hukiem i nalano do kryształowych, smukłych kielichów. Po chwili orkiestra zagrała Koncerty Skrzypcowe Bacha, potem Vivaldiego, Mozarta i Beethovena. Gdy Marcin i Agnieszka skończyli posiłek, ona poprosiła go do tańca. Ona w tej olśniewającej swą prostotą sukni, a on w starym sweterku, dżinsach i starych skórzanych, zawiązywanych pantoflach.

W tym momencie obudził Marcina telefon. Był poniedziałkowy ranek i dzwoniła żona, aby go poinformować, że Justynka się rozchorowała. Musiał wziąć ze dwa dni wolnego z pracy i przyjeżdżać z powrotem na prowincję. Przyszedł rano do pracy, załatwił formalności i pojechał do rodziny. Jego córeczka miała zapalenie płuc, które zdiagnozował lekarz, po czym przypisał leki i polecił, aby przez kilka dni leżała w łóżku. Wieczorem Marcin podszedł do Justynki, a ta cichutko, na ucho zadała mu pytanie:

Wyglądało na to, że to małe pięcioletnie dziecko coś wyczuło. W żaden sposób Marcin nie mógł sobie tego wytłumaczyć. Przecież pierwszą osobą, która powinna cokolwiek zauważyć była jego żona. Poza tym wcale nie zamierzał odejść, bo z kim? Z sennym marzeniem? To nie miało sensu. Więc o co jej chodziło? Na dodatek w tym samym czasie mocno się rozchorowała, więc dało mu to dużo do myślenia… Posiedział tam na prowincji do wtorkowego wieczoru i musiał wracać do Warszawy. Pożegnał się z żoną i dziećmi, wsiadł w samochód i wrócił.

Tej samej nocy pojawiła się Agnieszka. Przyszła do niego zupełnie naga. Kochali się we śnie bez opamiętania przez długi czas. Raz ona prowokowała go do kolejnych figli, a raz on ją. Trwało to na tyle długo, że zdążył osiągnąć szczyt cztery razy i wcale nie miał dosyć. (Jakie to niezwykłe rzeczy zdarzają się w snach…) I pewnie szalałby dalej, gdyby nie zadzwonił budzik.

Teraz dni były nieco inne niż kiedyś. Marcin pracował osiem godzin dziennie, czasem tylko zostawał dłużej, potem wracał do domu, pisał książkę, kładł się spać, zasypiał i prawie codziennie powracał jego kobiecy ideał. Całymi dniami czekał na noc, aby tam przeżywać swą idealną miłość i cieszyć się nią. Mijały dni, przybywało stron w jego książce, przybywało nocnych wrażeń, a dzień stawał się coraz krótszy i krótszy.

Po powrocie z pracy zasiadał do pisania, cedząc słowa, a książka nabierała grubości. W połowie sierpnia liczyła już ponad trzysta stron. Obfitowała w liczne szczegóły: długie opisy sytuacji i miejsc ze snów i co najważniejsze w jak najwierniejsze oddanie wyglądu i osobowości Agnieszki. Pochłonęła go prawie całkowicie, tak, że na co dzień szukał jakby jej odbicia w rzeczywistości. Zaczął porównywać wszystkie kobiety z jego sennym ideałem. Ale większość kobiet po prostu niemal go odrażała brakiem delikatności i sztucznością. Inne, bardziej przypominające jego wyobrażenia, zyskiwały niewielkie względy.

I tak, dzięki swoim marzeniom, miał to, czego chciał najbardziej – ideał kobiety. Ale powoli oddalał się od codzienności. Z tygodnia na tydzień zaczął tracić emocjonalny kontakt z otaczającym go światem. Normalnie pracował, jadł, dbał o higienę, ale tak naprawdę uciekał w głąb siebie. Podobno wcale nie zareagował, gdy dowiedział się, że jego podwładny zginął w wypadku samochodowym. Zwykły świat stawał się nierealny, a ten ze snu – prawdziwy, stanowiący dla niego drugą rzeczywistość. Rzeczywistość, w której wszystko było idealne i dokładnie takie, jak mógł sobie wymyślić. Wraz z zamknięciem oczu przeistaczał się w drugiego siebie, czekającego na swoją wymarzoną Panią. Marcin i jego alter-ego egzystowali razem w jednym czasie i jednym miejscu. Budząc się rano, powracał do życia, które okazywało się koszmarem w porównaniu do tego, co czuł w czasie snu. Z coraz większą niechęcią wstawał z łóżka i chodził do pracy, wściekał się na szarą rzeczywistość, że odbiera mu wszystko to, co przynosiły ze sobą senne marzenia.

Pod koniec sierpnia Marzena wróciła z dziećmi od swojej matki i dopiero wtedy zauważyła zmiany, które w nim zaszły. Nie był już taki jak kiedyś. Bardziej zamknął się w sobie, mniej się odzywał, dłużej spał. Mniej czasu poświęcał dzieciom, a zważając na to, iż kiedyś one stały u niego na czołowym miejscu, może nawet wyżej niż żona, było to coś niepokojącego. Marzena zaczęła wypytywać, co się z nim dzieje, dlaczego się zmienił, a on jedynie milczał. Niejednokrotnie popłakała się podczas rozmowy, ale nie usłyszała od męża nic konkretnego. Bo co miał Marcin powiedzieć? Że zakochał się we własnej wyobraźni? To byłoby chyba najbliższe prawdzie, jednak w tym czasie Marcin zaczął tracić kontrolę nad własnymi snami, własną osobowością, a co za tym idzie codziennością, więc wyobrażał sobie, że Agnieszka jest jak najbardziej realna.

Postanowił na razie nic nie mówić Marzenie o swojej książce, która już wtedy liczyła blisko pięćset stron, bo nie wyobrażał sobie, jak mógłby wytłumaczyć jej powstanie. Nigdy nie przejawiał chęci pisarskich, aż tu nagle napisał tyle. Ukończenie powieści zajęło mu jeszcze dwa tygodnie. W tym czasie dopisał historię do końca i wstępnie poprawił stylistykę i błędy rzeczowe. Dopiero na początku października zdecydował pochwalić się żonie efektem swojej pracy. Najpierw reakcja jej była ciepła i oddawała pełnię podziwu dla jego talentu. Wyjaśnił, iż gdy brakowało mu jej, wziął się za pisanie, a potem wciągnął się na tyle, że nie mógł przestać. Zagłębił się w powieść i stąd jego zmiany. Było to zresztą częściowo zgodne z prawdą. Jednak po przeczytaniu całości Marzena spochmurniała i przycichła, gdyż postać Agnieszki w żaden sposób nie pasowała do niej samej. Musiała zdać sobie sprawę, że daleko jej do ideału Marcina. Po tygodniu jednak wzięła się w garść i oceniła dzieło jako wyjątkowe. Godzinami rozwodziła się nad treścią książki, nad opisami ludzi, sytuacji i poezją zawartych tam wydarzeń. Czasem na głos czytała dzieciom fragmenty i zawsze kończyła stwierdzeniem:

– To napisał wasz tata. Pamiętajcie o tym i kochajcie go ponad wszystko.

Jeszcze przez prawie miesiąc Marcin wprowadzał drobne poprawki, w ten sposób udoskonalając swoje dzieło i nadając mu niepowtarzalny styl. Styl trochę ze snu, a trochę z rzeczywistości. Każde zdanie czytał wielokrotnie, aż było takie, jakie chciał, aby pozostało uwiecznione.

Trochę rzadziej niż za czasów wakacji pojawiała się senna jawa tworząca specjalnie dla niego inny – jego własny świat. Przychodziła średnio dwa razy w tygodniu, zawsze bez ostrzeżenia i niespodziewanie, zaskakując go za każdym razem różnorodnością strojów, słów i czynów. Niejednokrotnie sypiał z nią w najbardziej nieprawdopodobnych miejscach. Któregoś razu zabrała go w Andy i tam na jednym z najwyższych szczytów kochali się jak zwykle do nieprzytomności: mieli nad sobą pałające błękitem niebo, wokół szumiące na lekkim wietrze występy skalne, a pod sobą pulsujący życiem granit. Innym razem byli w jakimś bardzo starym lesie: ptaki śpiewały odwieczną melodię spokoju i ciszy, drzewa wtórowały, tworząc do niej tło, wiatr chłodził ich spocone ciała, a słońce rozpalało namiętność.

Tak trwało aż do momentu, gdy Marcin dokonał ostatnich poprawek w swojej książce. Wtedy wszystko znikło. Agnieszka odeszła bez pożegnania i więcej nie powróciła. Pozostało po niej tylko wspomnienie w postaci pięćsetstronicowej książki. Ideały zostały zapisane na papier, uwiecznione raz na zawsze i zabrakło dla nich miejsca w świecie Marcina. On pozostał sam ze swoimi wspomnieniami i musiał stawić czoła samotnej wędrówce przez dalsze życie.

Marcin zrozumiał, że Agnieszka była wytworem jego wyobraźni przywołanym przez niego samego na potrzeby książki. Książka stanowiła ją, a ona książkę. Pisząc powieść, zagłębił się w nią na tyle, iż świat, który opisywał, stał się jego własnym światem, a rzeczywistość uciekła gdzieś daleko, prześlizgując się między niebytem a drugą rzeczywistością, którą tworzył. Role zostały na jakiś czas zamienione, tworząc swoiste dwa bieguny jego psychiki. Jednym była ziemia i wszystko, co się na niej działo, a drugim jego własna podświadomość. Podświadomość na tyle silna i na tyle nieznana Marcinowi, że potrafiła go oczarować, i wciągnąć, pozostawiając w świadomości ślad piękna, który będzie w nim tkwił aż do końca życia. Ślad piękna, którego nie mogło zastąpić na ziemi nic, ponieważ pachniał tym, co zwykło się nazywać drugą połową.

Niejednokrotnie próbował coś poprawiać w książce, aby w ten sposób przywołać do życia Agnieszkę, ale na próżno. W jego powieści tak naprawdę nie było już nic do poprawienia. Dopisywał pojedyncze słowa, zdania a czasem i rozdziały. Niestety, nijak nie pasowały do już zamkniętej, doskonałej całości. Wymazywał, poprawiał, wściekał się i nic. Wcześniej zakończone dzieło nie przyjmowało do siebie już nic nowego. Zachowywało się jak żywa istota. Za każdym razem, gdy próbował coś zmienić, powieść wywoływała w nim drgawki, wyciskała łzy i zmuszała do wymazania poprawek. Książka była jego własną podświadomością i kiedy próbował ją poprawiać, udoskonalać, ta ostro dawała mu się w kość, przyprawiając o kolejne pomieszanie zmysłów.

W tym czasie zaczął odwiedzać miejsca ze snów. Chodził tam, mając nadzieję, że spotka Agnieszkę. Każde miejsce pachniało jej perfumami, oddechem, gdy krople deszczu spadały na niego z ciężkich jesiennych chmur. Czasem słychać było jej głos, powracający wraz z kolejnymi podmuchami wiatru, krakaniem wron, gruchaniem gołębi czy krzykami bawiących się dzieci. Liście spadające z drzew przypominały mu kartki jego własnej książki, a gdy wiatr unosił je z ziemi, Marcin miał nadzieję, że odkryje się pod spodem rzeczywistość, gdzie żyje Agnieszka. Często patrzył wysoko w niebo i niejednokrotnie wpatrując się w samo słońce, miał nadzieję, iż promienie stopią w jego głowie barierę między świadomością a podświadomością. Niemal każdy nietypowy ruch w przyrodzie budził w nim wyobraźnię. Zupełnie, jakby wspomnienia Agnieszki żywiły się energią codzienności. Ale w rzeczywistości było niemal odwrotnie – Marcin niemal świadomie karmił świat Agnieszki wszystkim, co go spotykało. Stworzyło się błędne koło, gdzie początkiem było pragnienie Agnieszki, obwodem nadzieja podsycana życiem i końcem znów Agnieszka. Świat się nie kończył i nie zaczynał…

Po pewnym czasie przyszła mu do głowy myśl, że być może Agnieszka istnieje naprawdę. Może widział ją kiedyś, dawno temu i pozostawiła w nim wspomnienie. Wspomnienie jak cień, który pozostał w podświadomości, będąc całkowicie wymazany ze świadomej pamięci. Toteż chadzał z portretem Agnieszki we wszystkie miejsca ich sennych spotkań.

Potem podchodził do kolejnej osoby i znów zadawał pytanie:

– Czy pani nie widziała Agnieszki? – I podsuwając jej swoje malowidło, dodawał – to ta kobieta.

– Chwileczkę – powiedziała jedna młoda dziewczyna. – Nie, raczej jej nie widziałam, ale wie pan co? Sam pan to namalował?

Odwiedził w tym celu zarówno park Sowińskiego, znajomego, u którego we śnie ją spotkał po raz pierwszy, i wszystkie miejsca, w których spotykał się z Agnieszką. Jego znajomy patrzył trochę jak na wariata, gdy ten wyciągnął portret i spytał, czy nie zna kobiety z portretu. Ale w gruncie rzeczy Marcinowi było wszystko jedno, co o nim powiedzą ludzie.

Któregoś razu postanowił odszukać blok, w którym mieszkała Agnieszka. Pamiętał tylko, że było to na Żoliborzu. Całymi popołudniami po pracy włóczył się ulicami tej dzielnicy, najpierw szukając tylko bloków, potem już zwykłych domów, bo sam zatracił poczucie, że we śnie był to na pewno blok. Któregoś dnia, kiedy już ledwo szedł ze zmęczenia, zobaczył od tyłu dziewczynę wychodzącą z jednorodzinnego domku przy Alei Wojska Polskiego wyglądającą zupełnie jak Agnieszka. Czym prędzej podbiegł, chwycił ją za ramię, już chciał przytulić, ale twarz okazała się zupełnie inna. Osunął się bezsilnie, usiadł na krawężniku, a przestraszona dziewczyna najpierw chciała uciekać, a potem, gdy dotarło do niej, że z Marcinem jest bardzo źle, zadzwoniła po pogotowie. Spędził w szpitalu dwa dni, podłączony do kroplówek i zmuszany do rozmów z psychologiem i psychiatrą. Jednak nie powiedział im nic oprócz tego, że szuka czegoś, co zgubił.

Pewnego razu przypomniał sobie o pewnym miejscu, którego nie znał, a w którym był z Agnieszką. Była to kawiarnia bez nazwy stojąca samotnie przy jakiejś nieuczęszczanej ulicy. Wychodził z pracy, ruszał we wszystkie możliwe zakątki Warszawy w poszukiwaniu tego miejsca, mając resztki nadziei na spotkanie tam Agnieszki. Potem namalował, jak wyglądała ta kawiarnia z zewnątrz i niejednokrotnie pytał taksówkarzy, czy przypadkiem nie znają tego miejsca. A dzień był coraz to krótszy i krótszy…

Właśnie tak wyglądała jego samotna wędrówka. Od kiedy zabrakło Agnieszki, poczuł, iż stracił wszystko, co miał najcenniejsze. Nagle okazało się, że jego żona już nic dla niego nie znaczy. Tylko dla dzieci zachował nieco miłości i troski. Z Marzeną sypiał dość regularnie, ale raczej z obowiązku niż z prawdziwej przyjemności. Rozmawiał z nią na co dzień, ale z każdą chwilą zbierała się w nim chęć jakiejś ucieczki.

Na początku zimy, gdy Marzena go niemal zmusiła, chadzał do licznych psychologów, a nawet psychiatrów, ale leków brać nie chciał. Każda wizyta budziła w nim coraz większą niechęć i obrzydzenie do całego świata, w którym przyszło mu żyć. Zdał sobie sprawę, że specjaliści nie są w stanie mu pomóc, ponieważ to, z czym próbował walczyć, nie było chorobą czy zaburzeniem psychiki, to inny stan świadomości, tak samo dla niego naturalny, jakim dla nas jest sen, po którym budzimy się zlani potem. Specjaliści w zasadzie próbowali pozbawić go jego własnej podświadomej wyobraźni i „leczenie” wywoływało w nim coraz większą nienawiść do cywilizacji i świata w ogóle.

Na początku roku zmienił pracę (i zaczął być moim bezpośrednim szefem). Chciał w ten sposób uciec od goniących go problemów. Na próżno. Za trochę ponad miesiąc wyprowadził się od żony i dzieci, zamieszkując w wynajętej kawalerce. Miał nadzieję, że w ten sposób stęskni się za Marzeną i za jakiś czas wróci. To także spełzło na niczym. Około lutego dwutysięcznego roku po wypiciu zbyt dużej ilości alkoholu trafił do izby wytrzeźwień. W kwietniu stracił pracę i przez pewien czas żył z zaoszczędzonych pieniędzy. Teraz zamierza wyjechać na stałe do Ekwadoru i tam prowadzić spokojny i ubogi żywot.

Swoją książkę zniszczył w przypływie wściekłości i pozostało po niej tylko wspomnienie…

* * *

Marcin powiedział mi rzecz, która utkwiła mi w pamięci. Był to kilkunastominutowy monolog o sobie samym.

Czy wiesz, jak ciężko jest żyć, jeśli człowiek znienawidzi samego siebie za to, co robi? Każdy krok jest przepełniony obrzydzeniem do własnej osoby. Budzisz się przy kochającej żonie i dziecku, wiesz, że jesteś im potrzebny, a oni nadal w jakiś sposób Tobie, ale natychmiast przypominasz sobie sen i jedyne, czego naprawdę pragniesz, to znów śnić. Próbujesz być szczęśliwy w takich realiach, jakie są za dnia, zmuszasz się do tego, ale to wszystko na darmo, bo im bardziej się starasz, tym bardziej nienawidzisz swoich snów, że tak ci zniszczyły życie. Ale i nienawidzisz życia, czując, jak jest odległe od ideału ze snu. Potem uzmysławiasz sobie, że sny to twoja podświadomość i zaczynasz nienawidzić siebie samego. Idziesz wieczorem do baru, aby zniszczyć własnego siebie, tego, który tobie zniszczył życie. Trafiasz do izby wytrzeźwień i gdy stamtąd wychodzisz, cieszysz się, że go upokorzyłeś. Jesteś z siebie dumny, że go pokonałeś. Jeden dzień masz spokojny, bo okazałeś się od niego lepszy. Mówisz sobie: nie pozwolę sobie zniszczyć życia, aż tu nagle budzisz się następnego ranka i czegoś ci brakuje. Nie ma tej jedynej, wyśnionej kobiety. Gdyby tylko wróciła do moich snów, mógłbym nadal żyć ze swoją żoną i dziećmi. I znowu zaczyna się to samo. Zaczynasz być dla nich nieprzyjemny, wręcz chamski, bo to podświadomość porównuje ich z kobietą ze snu. I tak powoli wszystko się wali. Wzajemne napięcia, świadomość, że już nie jest tak jak kiedyś. I nic by nie pomogło, gdybyś żonie zwierzył się ze swoich problemów. Gdybyś tak zrobił, ona zrozumiałaby, że jej już nie kochasz, mimo że nadal chcesz z nią być. Zobacz, jak by się czuła? Jak ostatnia deska ratunku, jak substytut twoich pragnień. Nie mogłem jej tego zrobić.

Najgorszą rzeczą jest nienawiść do samego siebie. Paraliżuję cię w każdej sytuacji. Sprawy, które niegdyś były łatwe do załatwienia, okazują się niemal niemożliwe. Rozmowa z kimkolwiek przychodzi z nieprawdopodobnym trudem. Mówiąc cokolwiek, nie wiesz, czy nie powiesz czegoś, co jest przeciwko tobie. Najpierw nie zastanawiasz się, co mówisz, ale potem, mając na uwadze to, co zrobiłeś żonie, odnajdujesz w swoich słowach przejawy egoizmu i samolubstwa. I znów zaczynasz się za to nienawidzić. Do tego doszło, że staram się nie mówić nic, bo cokolwiek bym powiedział, tego sam użyję przeciwko sobie.

Muszę wyjechać stąd, bo każdy człowiek, nawet ty, przypominasz mi przeszłość, a ta zawsze jest przeciwko mnie. Nawet rzeczy, na które nikt nie zwrócił uwagi traktuję jako krzywdzące dla kogoś. Tak dłużej być nie może. Chcę zostać samotnikiem. Nikogo nie widzieć, nikogo nie słyszeć, a tym samym nikogo nie krzywdzić. Za tydzień wyjeżdżam do Ekwadoru…

Notatka na marginesie

Pod ziemią

ROZDZIAŁ I

Pozaziemskie, Klatki, Schwytanych, Samotność, Kara

Był rok dwa tysiące dziewiąty. Pracowałem w poradni psychologicznej w Warszawie, niedawno ukończyłem studia i wydawało się, że ze wszystkimi problemami jestem w stanie sobie poradzić. Myślałem, że skoro sam wyszedłem z własnego bagna, to już nic nie będzie straszne. Owszem, dodatkowo zaczytywałem się w przeróżnych książkach i publikacjach związanych z tematem, ale, jak się okaże, było to nic niewarte w tym konkretnym przypadku. Tym razem wszystko zawiodło, zaprowadziło mnie na manowce i wykręciło na lewą stronę. Tak, czułem się potem, jakbym spojrzał w niekończącą się, bezkresną i obezwładniającą swym ogromem otchłań.

Wielokrotnie się później zastanawiałem, co ja mam w zasadzie o tym myśleć. Wierzyć, nie wierzyć? Spróbować zgłębić czy potraktować jako absurd? I wreszcie: starać się ogarnąć empatią czy zezłościć, że ktoś podsunął mi taką historię? Wszystkie te pytania mogłem sobie zadawać dniami, a nawet tygodniami, a jednoznacznych odpowiedzi nie było. Co pojawiała się jakaś, zaraz ją wykluczałem. Wpadałem na inny pomysł – zabraniały tego fakty. I tak w kółko. Każde posunięcie było logicznym błędem i prowadziło donikąd. Oddzielnym problemem jest to, co ja bym zrobił, gdybym znalazł się w sytuacji bohatera. Obawiam się, że na to pytanie nie udzielę sobie odpowiedzi nigdy. Do dziś nie mam pojęcia, jakich wyjaśnień udzielić na wiele pytań, choć teraz rozumiem, że nawet nie udzielając ich, mam do czynienia z konkretną sytuacją, posłyszaną od konkretnego człowieka. I w zasadzie nie jest istotne, gdzie jest prawda, liczy się sama opowieść.

Mariusz – tak sobie go nazwijmy – przesiadywał u mnie w gabinecie w przychodni przyjmującej pacjentów na NFZ, w której zatrudniony byłem bezpośrednio po studiach. Gdy tylko zorientowałem się, jak wygląda jego problem, zaproponowałem mu częstsze wizyty, zostając często po godzinach. Nie pobierając za to dodatkowego honorarium, przez dłuższy moment poświęcałem mu całkiem sporo czasu. Nie miałem obiekcji, gdyż byłem zatrudniony na etat, więc dostawałem stałą pensję. Jeszcze inną sprawą jest, że jestem typem samotnika i nigdy nie przepadałem za towarzystwem, toteż spotkania ze znajomymi były u mnie rzadkością. W ten sposób sprawa pacjenta stała się moją własną i byliśmy przez pewien czas niemalże stopieni ze sobą w jedną całość. Był moment, że stał się chyba najbliższą osobą i traktowałem go, jak kogoś z rodziny. I z takim nastawieniem postaram się to opowiedzieć.

ROZDZIAŁ II

Mieszkał w Warszawie przy ulicy Ryżowej we własnym, trzypokojowym mieszkaniu. Jego dziewczyna, Marta nie dzieliła z nim lokum, a żyła jeszcze w domu rodziców. Prowadził własną firmę, w której handlował garniturami, rozwożąc je osobiście niemal po całej Polsce. Toteż, zatrzymując się w tanich hotelach, wyjeżdżał raz na tydzień w inne okolice. Jeździł Passatem kombi i do niego pakował ubrania wszędzie, gdzie się dało: do bagażnika, na tylne siedzenie, na przednie. Towar zawoził, a potem wracał na ogół na pusto.

Któregoś razu, wyjeżdżając z Lublina, zauważył osobę stojącą daleko na poboczu i patrzącą w stronę nadjeżdżających samochodów. Gdy się zbliżał, zaczęła machać, próbując zatrzymać stopa, więc on nacisnął na hamulec i za chwilę stanął.

– Dokąd? – zapytał.

– Do Warszawy – odpowiedział nieznajomy, przyglądając mu się.

– Proszę wsiadać, też tam jadę.

Kiedy już wsiadł, Mariusz zwrócił uwagę na jego strój. Był cały ubrany na biało: białe spodnie, biały podkoszulek i niemal całkowicie białe buty. Nie lubił, jak ktoś jest ubrany cały w tym kolorze, więc rzuciło mu się to w oczy. Był blondynem, wręcz białogłowym, miał mniej więcej tyle samo lat co on i od początku uśmiechał się szeroko, nieadekwatnie do sytuacji. Może to gej, który go podrywa? W końcu ta mina i ten kolor ubrania. Jednak po chwili rozmowy tamten zaczął mówić, że właśnie wraca od byłej żony, co kompletnie zbiło go z tropu. Co prawda część gejów, próbując w ten sposób się maskować, posiada zwyczajne rodziny, jednak ci nie obnoszą się także z innym strojem, a takim właśnie było w jego mniemaniu białe ubranie.

– A teraz sam pan mieszka? – spytał Mariusz.

– Tak i nie spieszno mi do żadnego związku.

– Czyli jest pan szczęśliwy?

– Tak, a szczególnie jestem zadowolony ze swoich snów.

W tym momencie Mariuszowi przez myśl przebiegło wiele snów o szaleństwie i nieco zaniemówił. Skupił się na prowadzeniu samochodu, starając się nie dać po sobie tego poznać.

– A panu czasem coś się śni? – spytał nieznajomy.

– Czasem tak, a czasem nie.

– A jeśli się śni, to co?

– Różne takie głupoty. – Mariusz próbował zbyć rozmówcę, może zmienić temat na inny.

– Niech pan opowie. Proszę się nie wstydzić.

– Czemu się pan tak uczepił snów? – spytał Mariusz z pretensją. – Nie ma pan innych tematów?

– Może i mam, ale sny są moim ulubionym – odpowiedział spokojnie ten drugi, po czym głośno się roześmiał.

– A panu co się śni?

– Tego to nie powiem – odrzekł autostopowicz tym razem z delikatnym uśmiechem.

– Coś pan jest tajemniczy – stwierdził z przekąsem Mariusz.

– A dziękuję, nie narzekam. – I znów nieznajomy wybuchł śmiechem.

– Czemu pan tak dziwnie się zachowuje? – zauważył kierowca po chwili namysłu.

– Bo tak lubię.

– Czyli na co dzień jest pan taki sam?

– Tego nie powiedziałem – zafalował głosem rozmówca, nadal się śmiejąc.

– Dziwny pan jesteś.

– Pan jest za to normalny.

– O co panu chodzi? – zareagował z pretensją Mariusz.

– Mówię tylko, że wygląda pan na normalnego, zdrowego faceta – nieznajomy tłumaczył już bez tego swojego śmiechu.

– To miło mi, że pan mnie tak postrzega.

– A postrzegam, postrzegam. – Rozmówca dobitnie akcentował słowa.

Nastąpiła chwila ciszy, gdyż Mariusz nie za bardzo wiedział, co mówić dalej po takim gadaniu nieznajomego. Spojrzał na niego, a ten siedząc nieruchomo, patrzył przed siebie. Przez chwilę miał wrażenie, że ów człowiek odpłynął trochę w swój świat, toteż nie chciał mu przeszkadzać. Jechali dalej przez kilkanaście kilometrów, milcząc, aż nieznajomy stwierdził:

– Jak ja lubię innych kierowców… – powiedział to z wyraźną ironią.

– Mi się też nie podoba, jak niektórzy jeżdżą – odparł Mariusz.

– Ostatnio widziałem takiego, co przeskakiwał między samochodami, pędząc przed siebie, co fabryka dała, a kilka minut później stał obity na poboczu z jakimś innym autem. A nie lepiej tak jak pan? Spokojnie, ale nie za wolno.

– Kiedyś ja też szalałem, ale odkąd przemierzam długie dystanse co tydzień, to jakoś się uspokoiłem.

– Czyli nauczył się pan jeździć?

– Tak można powiedzieć – odpowiedział spokojnie Mariusz.

– Jak siadam za kierownicę, to inni kierowcy dzielą się dla mnie na trzy grupy: ci, którzy jadą tak samo szybko jak ja, są w porządku, ci jadący wolniej, to idioci i ci szybciej, to debile – i znów pasażer wybuchł gromkim śmiechem. – Takie mam zasady.

– No tak, są proste. – Uśmiechnął się Mariusz.

– Można? Można! Zasady to podstawa. Bez nich zginiemy. Zasada jest taka, aby mówić prawdę i tylko prawdę, niezależnie co się wydarzy. Niech pan to zapamięta. Nawet jeśli prawda jest dla nas przerażająca, to nie wolno się z nią mijać. I niech pan sobie to zapisze gdzieś drukowanymi literami – autostopowicz mówił z niezwykle poważną miną, wręcz z przejęciem, tak że aż Mariuszowi przeszły ciarki po plecach. Ciekawe skąd te ciarki? Przecież zwykłe słowa tego nie spowodowałyby.

– Ok, zrobię to.

Znów zapadła chwila ciszy, po czym ten drugi stwierdził:

– Sny się pojawiają co noc. Nie pozbędziemy się ich, choćby nie wiem co.

– A mi czasem się nic nie śni – odparł podrażniony Mariusz.

– Ej… – Skrzywił się pasażer. – Zawsze się śni, tylko najwyżej pan nie pamięta.

– Też o tym kiedyś słyszałem, ale w to nie wierzę.

– Brak wiary to pana problem. – Autostopowicz zaakcentował ostatni wyraz, na co znów Mariusz zareagował irytacją. Nic nie odpowiedział i czekał, co tamten powie.

– Wie pan co? – zaczął w dziwny sposób ten drugi. – A nie marzyło się panu zniknąć z życia tak z dnia na dzień.

– W jaki sposób zniknąć?

– Przestać się odzywać do kogokolwiek, siedzieć tylko w domu i mieć to wszystko gdzieś?

– Na taki luksus nie mogę sobie pozwolić. Mam zbyt dużo na głowie i za bardzo mi na tym zależy.

– Zależy… – Zawiesił głos pasażer. – A może powinno przestać?

– Przykro mi, ale nie położę się brzuchem do góry i nie będę się głupkowato gapił w telewizję.

– A może tak nic nie robić, nawet bez telewizji, czy choćby spacerów? – I znów ten drugi się roześmiał.

– Gadaj pan zdrów!

Tym razem zapanowała jeszcze dłuższa cisza, bo Mariusz czuł, że jest prowokowany i nie miał ochoty się z nim słownie ścierać. Za jakiś czas jeszcze pogawędzili o zupełnie nieistotnych sprawach, dojechali do Warszawy, nieznajomy poprosił o zatrzymanie samochodu i zaczął się zbierać do wyjścia.

– Niech pan pamięta, co powiedziałem. Prawda nas wyzwoli.

– Dobrze, nie zapomnę.

– Trzymam za słowo. – Wysiadając, wyciągnął z kieszeni metalowy długopis i wręczył go Mariuszowi.

– To dla mnie?

– Tak, jako pamiątka, że mnie pan wiózł. Ilekroć pan na niego popatrzy, będzie pan wiedział, że nie byłem zjawą.

– Ok, do widzenia. – Mariusz wziął do ręki prezent, po czym odruchowo położył na fotelu obok. Rozstali się gdzieś w Starej Miłosnej. Cieszył się, że ma kogoś tak uciążliwego z głowy, toteż odetchnął głęboko i gdy już ruszył, coś go tknęło, aby obejrzeć długopis. Wziął go jeszcze raz i obracając, dostrzegł wygrawerowany napis:

„…Czasem mogą się sprawdzać…”

ROZDZIAŁ III

Zawsze po powrocie do domu czy to z delegacji, czy nawet półdniowej wycieczki brał prysznic. Już jako dziecko wykazywał wyjątkową dbałość o higienę osobistą, a w wieku kilkunastu lat stało się to jego obsesją. Kąpał się dwa, czasem trzy razy dziennie, a odkąd miał do dyspozycji prysznic, używał go nawet cztery razy na dzień. On nie widział w tym nic dziwnego. Mało tego, twierdząc, że tylko w ten sposób będzie zdrowy, szczycił się tym. W jego otoczeniu stawało się to często obiektem ironii, kpin czy nawet szyderstw. Nie przejmował się i zawsze powtarzał, że jeśli ktoś się z tego śmieje, to sam ma problem ze swoją higieną.

Po kilku tygodniach od spotkania faceta od długopisu umówił się na weekendowy wyjazd ze swoją dziewczyną. Zapowiadała się ładna pogoda, było lato, więc postanowili pojechać nad morze. Plan był taki, aby wyruszyć w sobotę nad ranem, przed południem dotrzeć nad wybrzeże, zostać tam do niedzielnego popołudnia i wrócić na noc do Warszawy. W piątek po południu wrócił z Kalisza od kontrahenta, wziął prysznic, poszedł do sklepu po kilka piw i aby się nieco rozerwać, usiadł przed telewizorem. Piwo włożył do lodówki na wieczór, otworzył komputer i w międzyczasie gapił się na jakieś nieokreślone programy. Wysłał kilka maili, sprawdził wyniki sportowe.

Jego mieszkanie, jak wspomniałem, składało się z trzech pokoi. Jeden, ten największy był salonem i tam spędzał najwięcej czasu, drugi to sypialnia, a trzeci służył jako graciarnia i, można powiedzieć, przechowalnia. Salon miał powierzchnię około dwudziestu metrów i był praktycznie połączony z kuchnią, a dzieliła je ścianka działowa, znajdująca się pośrodku, na której wisiał duży telewizor, natomiast po bokach były przejścia między tymi pomieszczeniami. Kuchnia była podłużna i niezbyt obszerna. W salonie na przeciwległej ścianie stała skórzana kanapa, a obok dwa podobne fotele. Po prawej niewielki regalik z szybami jako frontem, a w nim książki i płyty. Po lewej od kanapy rozkładany stół otoczony sześcioma metalowymi krzesłami. Między kanapą a ścianką działową niewielka drewniana ława, służąca zwykle jako stolik pod komputer. I to w zasadzie tyle. Sypialnia była urządzona w sposób prosty, wręcz szablonowy: otwierane, szerokie łóżko, obok szafka na pościel i inne rzeczy materiałowe, a na nim mały telewizor. W graciarni stała duża szafa, mały regalik i zapasowe, niewielkie łóżko.

To popołudnie, oszczędzając siły na długą drogę następnego dnia, spędził leniwie. Wieczorem, siedząc na kanapie, sięgnął po piwo, wypił dwa, wziął prysznic i położył się spać około dwudziestej pierwszej, aby wstać o czwartej rano. Obudził się, znów zażył kąpieli, jeszcze raz sprawdził pocztę, wyłączył komputer i wyszedł, zamykając drzwi na dwa niepospolite zamki. Był tego pewien, że laptop został zamknięty.

Na wybrzeżu byli o dziesiątej, udali się do hotelu, a po zostawieniu rzeczy, poszli na plażę. Był początek sierpnia, a bezchmurne niebo dawało im tego, czego oczekiwali po tej wyprawie. Niestety, nie brakowało też ludzi i nawet o tej godzinie trudno było znaleźć miejsce, aby rozłożyć koc. Jednak po kilkunastu minutach rozłożyli się przy samych wydmach. Wokół słychać było gwar, piski dzieci, czasem głos wołający: „lody, lody dla ochłody” i szum morza.

– Brakowało mi tego – oświadczyła Marta. Była niewysoką dziewczyną, bo miała niecałe sto sześćdziesiąt centymetrów wzrostu, włosy kruczo-czarne, twarz okrągłą i dość obfite kształty, mimo że była szczupła.

– Ja też już miałem dość stolicy. Czas po prostu poleżeć.

– Wiesz, miałam dziś dziwny sen. Śniło mi się, że stoję w supermarkecie, wokół zupełnie pusto, ale nie mam przy sobie żadnych pieniędzy, a zależało mi na zrobieniu zakupów. Przemierzając cały sklep, zgarniam do koszyka co potrzebne, po czym podchodzę do wyjścia awaryjnego, przez chwilę się z nim siłuję, otwieram i próbuję opuścić supermarket bez płacenia. W tym momencie jednak zjawia się kilka przypadkowych osób i łapią mnie za ubranie, wciągając z powrotem do środka. Potem pchają w kierunku kas, ale żadna ochrona się nie zjawia. Nawet nie widziałam twarzy. Nie wiem, co robić, bo przecież nie mam czym zapłacić. I na tym sen się skończył.

– A zrobiłabyś tak w rzeczywistości?

– Pewnie, że nie. Nigdy! – Oburzyła się.

– Ja nie pamiętam, co mi się dziś śniło. Może nic?… Natomiast kilka dni temu miałem sen, że chodzę bez celu po ulicach, obijam się o przechodniów, rozglądam we wszystkie strony i wiem, że nie mam dokąd pójść. Niby mam mieszkanie, a jednak był to taki stan, iż czułem się bezdomny i samotny. Nie potrafię tego opisać, ale ta tułaczka była jedyną rzeczą, na jaką było mnie stać. Jakbym stracił sens…

– Pamiętaj, że do mnie zawsze możesz zapukać i cię wpuszczę. – Uśmiechnęła się i pogładziła go po barku.

– Dzięki. W tym śnie czułem się, jakbym oszalał… Zresztą to nie pierwszy sen o tym. Nigdy ci o tym nie mówiłem, ale cyklicznie śni mi się, że jest ze mną psychicznie coś nie tak. Nawet często trafiam do wariatkowa.

– A od kiedy je masz?

– Od niepamiętnych czasów… Dobra, zostawmy to!… – Uciął to tak nagle, niespodziewanie i w tak dziwny sposób, że Marta zwróciła na to uwagę.

– Ale teraz wszystko w porządku? – spytała, przytulając go.

– Tak, teraz jest ok.

Potem leżeli dość długo i ciesząc się słońcem, piaskiem, i szumem morza, rozmawiali. Po południu poszli na obiad, pojechali na krótką wycieczkę, wieczorem wrócili do hotelu, a następnego dnia powtórzyli wizytę na plaży. Później wrócili bezproblemowo do Warszawy i na miejscu byli tuż przed północą. Odwiózł ją do domu i zjechał do własnego. Po wejściu do środka zwrócił uwagę na otwarty i włączony laptop. Pokręcił z niezadowoleniem głową. „Chyba się starzeję albo za dużo mam na głowie” – pomyślał. Jeszcze wziął prysznic, położył się spać i dzień się skończył. Tej nocy nic mu się nie śniło.

Często popisywał się wśród znajomych sukcesami handlowymi, co niejednokrotnie budziło niechęć czy wręcz zazdrość innych. Bliżsi znajomi, zdając sobie sprawę z jego szczerego serca i dobrych zamiarów, traktowali to z pobłażaniem. Natomiast trafiali się tacy, którzy wyraźnie byli przeciwko niemu. Przez długie lata nie zwracał na to uwagi, jednak z czasem nauczył się słuchać, co mówią inni o nim samym i przyjął to do wiadomości. Nie próbował tego u siebie zwalczyć, gdyż akceptował siebie takiego, jakim był. Przynajmniej tak twierdził. Zdarzały się jednak sytuacje, gdy dopadała go chandra, a wtedy zapadał się w sobie i myślał: „Kim ja w zasadzie jestem? Jestem nic niewarty! To wszystko, co robię, to jakiś koszmar!”. Potem, zostawiając za sobą rozterki, wracał do zajęć i przyzwyczajeń. Pamiętał mimo wszystko o chwilach słabości, traktując je jako coś mało znaczącego i mówiącego o wrażliwości. Poza tym zdawał sobie sprawę, że interes, który prowadzi, angażuje go maksymalnie trzy czy cztery dni w tygodniu, resztę czasu ma dla siebie i niejeden mógłby mu tego zazdrościć. Druga sprawa, iż byłby w stanie zrobić sobie przerwę nawet miesięczną bez uszczerbku dla firmy. Jednak nigdy tego nie zamierzał, gdyż uważał się za człowieka, który jeszcze nie jedno w życiu osiągnie, więc przykładał się do swojej pracy, jak mógł najlepiej. Po głowie chodziło mu, by otworzyć hurtownię odzieżową, choć zdawał sobie sprawę, że jeszcze wiele musi uzbierać pieniędzy, aby to osiągnąć.

Jakiś czas później postanowił odwiedzić mieszkających kilkanaście kilometrów od niego rodziców. Zszedł do garażu podziemnego, wsiadł do samochodu i ruszył, wyjeżdżając najpierw z niego, a potem na niewielką uliczkę. Było zupełnie ciemno. Kiedy już znajdował się na tej uliczce, zauważył we wstecznym lusterku zapalające się światła innego samochodu, a po chwili tamten zaczął jechać w jego stronę. Szybko o tym zapomniał i przemierzał drogę tak, jak zwykle. Zadzwonił po drodze jeszcze do Marty i umówił się na następny dzień. Jednak około kilometra od nich dostrzegł, że jakieś auto podąża za nim. Czy to nie te same światła, co pod jego domem? To niemożliwe… Podjechał w miejsce docelowe, zaparkował, a tamten samochód przemknął obok bez zatrzymania i skręcił kilkaset metrów dalej. To był zwykły przypadek i na pewno coś mu się wydawało…

Tego dnia wrócił do domu około dwudziestej trzeciej i gapiąc się w telewizor, zasiadł na kanapie w salonie. Szukając czegoś interesującego, pstrykał pilotem, ale na nic nie natrafił, toteż pogrążył się w myślach i przypominał sobie swoje sny. Były dla niego prawie drugą, równie realną rzeczywistością, w którą zapadał się od czasu do czasu. Wszystkie te sceny wariactwa, tworząc obraz jakże inny, niż by tego sobie życzył, przedzierały się poza sen. Na co dzień był przecież biznesmenem, prowadzącym świetną firmę, posiadającym czułą, inteligentną i piękną kobietę, a we śnie stawał się niemal wyrzutkiem. Co więcej, sny, gdy się tuła bez celu, były przepełnione apatią, rezygnacją i smutkiem, a w rzeczywistości był tego zaprzeczeniem. Rozgrzebując te stany, tkwił w bezruchu i w pewnym momencie złapał się, że jest mu to w pewien sposób potrzebne. Nie zdawał sobie sprawy w jakim aspekcie, ale stanowiło to swoistą pustelnię i ucieczkę zarazem. „A może to wentyl bezpieczeństwa?” – myślał. – „Przecież na co dzień jestem w takim przymusie życia, że muszę gdzieś mieć okno na swoją słabość”. I mniej więcej tak wyglądał dwojaki pogląd na własne sny. I to dosłownie dwojaki. Niemalże doktor Jekyll i mister Hyde, tyle że w innych płaszczyznach. W tym wypadku Jekyll to biznesmen, a Hyde to tęsknota za sennym szaleństwem.

ROZDZIAŁ IV

Nadchodziła rocznica ślubu jego rodziców i został oficjalnie zaproszony wraz z dziewczyną. Zadzwonił do Marty i uprzedził, że to wypada w ciągu tygodnia i pewnie będzie tak, iż przyjadą prosto z pracy. To jej jednak nie przeszkadzało. Postanowili oboje kupić im ciśnieniowy ekspres do kawy. On go nabędzie, weźmie do siebie i zawiezie na miejsce samochodem. Kupił i postawił blisko drzwi w domu. Rodzice zaprosili na to spotkanie kilkanaście osób, w tym część rodziny i kilkoro znajomych. Niestety kilka dni przed terminem dowiedział się, że będzie musiał pojechać do producenta garniturów i zdawał sobie sprawę, że nie zdąży podjechać po Martę, więc ustalili, iż każde z nich uda się tam osobno, a spotkają się na miejscu. W przeddzień rocznicy położył się spać około północy i zamierzał jechać do producenta około ósmej rano. Nigdy nie miał problemu ze wstawaniem, toteż nawet nie ustawiał budzika. Niedługo zasnął. Obudził się przed siódmą zgodnie z planem i już zamierzał wstać, gdy sobie przypomniał, co mu się w nocy śniło.

Sen był o tym, że zamierza gdzieś lecieć samolotem, lecz dziwnym, niezrozumiałym trafem tuła się w obcym mieście, patrzy na ludzi, a oni wydają się jacyś inni i jak nie ludzie. Próbuje podchodzić do kogoś, aby spytać, gdzie jest, ale nikt nie zwraca na niego uwagi. Chodzi szybko od jednej osoby do drugiej, bo wie, że nie zdąży na samolot. Jednakże dostrzega jakąś grupkę osób w kaftanach ze szpitala psychiatrycznego idącą środkiem ulicy w zupełnej ciszy. Dołącza do nich i w ten sposób przemierzają nieznane miasto. Za pewien czas wychodzą poza miasto i są na jakichś polach. Myśli o samolocie, ale już pogodził się, że nie zdąży. I w gruncie rzeczy jest mu wszystko jedno. W tej chwili liczy się tylko ten marsz. Nic więcej. Po jakimś czasie dochodzą nad brzeg jeziora, zatrzymują się i tylko patrzą na idealnie płaską taflę wody. Światło słoneczne, tworząc oślepiający błysk, który zarówno odseparowuje od świata zewnętrznego, jak i dodaje swoistej, spokojnej, ale w pełni wypełniającej energii, odbija się od powierzchni. Siada na brzegu, zapominając o wszystkim innym. Piasek zgrzyta, wiatr delikatnie szumi i słychać śpiew ptaków z pobliskiego lasu. A wokół ci ludzie. Ma ochotę zostać tu na zawsze. Zamyka oczy i odpływa. Budzi się.

Doskonale pamiętał, co mu się śniło. Zarówno fakt, iż nie zdążył na samolot, jak i to niesamowite uczucie, gdy był nad jeziorem. Zdawał sobie też sprawę, że dołączył do ludzi z psychiatryka, jednak wbrew oczekiwaniom kojarzyło mu się to niezwykle pozytywnie. Nie był w stanie sobie tego wytłumaczyć, lecz nie musiał, gdyż nawet nie próbował się oprzeć tej sennej wizji. Leżąc, zamknął oczy, a wspomnienia, powodując miły dreszcz i uśmiech na twarzy, same go zalewały. Wiedział, że dołączywszy do nich, staje się taki sam i chyba to było najważniejsze, mimo iż przed oczyma miał swoją ewentualną chorobę. Opanowywało go coś niezwykłego. Coś, o czym rzeczywistości nawet by nie zamarzył. Mówi się czasem, że coś było miłe jak sen, a właśnie ten sen był tego urzeczywistnieniem, więc teraz pragnął znów się znaleźć w tym magicznym świecie pełnym oderwania od trosk i zmartwień.

W pewnym momencie spojrzał na zegarek w telefonie i uznał, że czas by było wstawać, ale nie miał ochoty odrywać się od marzeń, toteż przekręcił się na brzuch, wtulił głowę w poduszkę i chciał dalej śnić. Jedna jego część mówiła mu, że musi się ruszyć, aby wkrótce pojechać do producenta, jednak druga nie miała na to żadnej ochoty. Przez jakiś czas walczył ze sobą, lecz w pewnym momencie powrót do rzeczywistości wydał się niedorzeczny. „Po co mam dziś zawracać sobie tym głowę?” – pomyślał. I skulił się w kłębek, przykrył prawie całkowicie kołdrą i został w łóżku. Jeszcze kilka minut przed planowaną wizytą u producenta, dzwoniąc, poinformował go, że jest chory i przełożył spotkanie na inny termin.

Odpływał w krainę marzeń i wspomnień, a myśli cofały się o kilkanaście lat do czasów, gdy był nastolatkiem. Tworząc wokół niego szczelną bańkę, pulsującą zarówno obrazami, dźwiękami, jak i uczuciami, dobiegały echa tamtych dni. A wszystko to razem składało się na istną magię i świątynię intymnego zapomnienia. Niby był w domu, ale odpłynął z chwilą, gdy cofnął się w czasie. Jego ciało spoczywało owinięte kołdrą i to ciepłe posłanie, dając mu zarówno poczucie bezpieczeństwa, jak i odrealnienia, stanowiło pożywkę dla podróży w głąb przeszłości. Stał się na ten czas jeszcze raz dzieckiem.

Mając około dwunastu lat, był nawsi. Spędzali tam razem z dalszą rodziną Wielkanoc. Poszli z braćmi ciotecznymi do lasu, bawili się i cieszyli swobodą, gdyż dorośli zostali przy stole. Był to rok, kiedy po długiej i ciężkiej zimie nastała od razu gwałtowna i ciepła wiosna, toteż na polach można było zobaczyć jeszcze hałdy śniegu, a jednocześnie temperatura sięgała dwudziestu stopni na plusie. W pewnym momencie, idąc brzegiem lasu, zobaczyli niewielkie jeziorko utworzone z wody powstałej z roztopionego śniegu. Poza tym krótkim okresem miejsce to było suche, jednak teraz jego głębokość sięgała nawet metra. Będąc dziećmi, wpadli na, jak się wydawało, fascynujący pomysł – aby się tam wykąpać. Nie przeraziła nawet temperatura wody – była bliska zeru. Rozebrali się do naga, wskoczyli do wody, biegali i opryskiwali nawzajem, zarazem odganiając dojmujące uczucie lodowatego zimna. W pewnym momencie, mocząc nawet włosy, on się przewrócił. Cioteczny brat, zobaczywszy to, sam rzucił się do wody. Szaleli w ten sposób kilkanaście minut, aż zaczęli czuć wyraźne, wszechogarniające drgawki, wtedy wyszli. Chwilę pobiegali po suchym, aby się nieco wysuszyć, potem się ubrali i poszli dalej.

Innego razu, w pełni lata, też razem z tymi samymi braćmi wpadli na pomysł, by pobawić się w Indian. Wymyślili sobie, że każdy z nich będzie musiał przejść test wytrzymałości, który da odpowiedź, czy ktoś będzie przyjęty do plemienia. Polegał na tym, że zdejmowali koszulki i zostając z nagimi torsami, kładli się na trawie na plecach, do nóg przywiązywano im sznurek, a inni ciągnęli go po tym terenie. Po przejechaniu kilkudziesięciu metrów plecy mieli pozdzierane do krwi, ale żaden się nie wycofał. Dzieci… Po takiej inicjacji byli prawdziwymi Indianami! Mocno cierpiący, ale dumni zakładali z powrotem ubrania i bawili się dalej. Wybudowali nawet obozowisko skonstruowane z uschłych, leżących pni sosen, połamanych gałęzi i nielicznych kamieni, a wszystko to tworzyło coś w rodzaju szałasu, czy, jak by to nazwali Indianie, tipi. Potem siedzieli, palili w środku ognisko i o mało sami nie poszliby z dymem, gdyż konstrukcja zaczęła się zajmować ogniem. W porę wyskoczyli na zewnątrz i z dużym trudem opanowali sytuację.

Tkwiąc w swojej bańce odrealnienia, trzecią historią, którą sobie przypomniał, była przygoda, jak wybudowali sobie z tymi samymi braćmi ziemiankę głęboką na dwa metry i szeroką na ponad trzy. Miał to być bunkier, gdy bawili się w wojnę. Pracowali nad nim kilka dni, kopiąc najpierw wielki dół, a potem przykrywając uschniętymi pniami, na to położyli stare ciuchy i przysypali niewielką warstwą ziemi. Ta ostatnia zabawa podobała mu się najbardziej. Często tracąc poczucie czasu, czuł się odizolowany od świata zewnętrznego, w innej rzeczywistości. Wyobrażał sobie, a wyobraźnię miał zawsze niezwykle bujną, że jest inny czas i inne miejsce. O dziwo, samemu nie bawił się w wojnę, ale raczej w coś w rodzaju miejsca, gdzie mógł się skryć po długiej ucieczce. Był przez kogoś ścigany, a ziemianka stanowiła azyl. Bycie ściganym było dla niego jednym z najważniejszych tematów samotnej zabawy. Nigdy się nie zastanawiał, dlaczego tak było, ale chętnie powracał pamięcią. Często w wyobraźni pojawiała się dziwna osoba chcąca go dopaść i nawet pamiętał rzekomy wygląd. Był to niezwykle wysoki mężczyzna, dobrze zbudowany, z lekkim, kilkudniowym zarostem. Obraz ten przetrwał próbę czasu i nie wiadomo czemu teraz go dopadł. Leżał zatem u siebie w łóżku, a teraźniejszość ścigała się z imaginacją.

Czas mijał, a on nieposłuszny jego rytmowi lewitował poza nim. Nie zdawał sobie sprawy w zasadzie, gdzie jest ani która godzina. Wszystkie te wspomnienia dawały mu poczucie bezpieczeństwa i życia światem, który sobie wyobrażał. Nawet nie spostrzegł, jak zrobiło się późno i dawno powinien zacząć się szykować na uroczystość u rodziców. Jednak będąc zupełnie gdzie indziej, nie myślał o tym. W międzyczasie gdzieś tam słyszał dźwięk telefonu oznajmiający, że bateria jest na wyczerpaniu, lecz nic z tym nie zrobił, toteż ten po kilku takich sygnałach wyłączył się i teraz nic nie mogło go oderwać od fantazji. Zrobiła się osiemnasta, potem dwudziesta, a on nadal leżał owinięty kołdrą. Nie odczuwał ani głodu, ani pragnienia, a potrzebę pójścia do toalety jakoś jeszcze mógł kontrolować. Całą tę jego ucieczkę od rzeczywistości przerwał dopiero dzwonek domofonu. Wyskoczył z łóżka niczym rażony piorunem, podbiegł do drzwi, spojrzał na zawinięty w ozdobny papier ekspres do kawy i dotarło do niego, co się stało. Bez pytania otworzył drzwi przyciskiem, biegiem ruszył po telefon, aby sprawdzić, która godzina i już wiedział. Chwilę potem zapukała Marta. Wpuścił ją bez namysłu.

– Co się stało, dlaczego masz wyłączony telefon?! – krzyczała.

– Rany… Wybacz, nie wiem, co się stało… – odpowiadał, bełkocząc.

– Wszyscy niemal postradali zmysły, a ty siedzisz w domu i nawet wyłączyłeś ten cholerny telefon! – grzmiała w tym samym tonie.

– Rozładował się… – sylabizował, będąc jeszcze częścią swojego umysłu w czasach dzieciństwa.

– Nigdy ci tego nie wybaczę! Jak mogłeś mi to zrobić?!

– Przepraszam… – Zamyślił się i chciał coś powiedzieć, ale mu przerwała:

– Siedź sobie dalej na dupie, a z nami koniec! Słyszysz?! Koniec! – I wyszła, trzaskając drzwiami.

Stał nieruchomo przez dłuższy czas, w zasadzie nie wiedząc, jak do tego doszło i nie potrafił zareagować adekwatnie do sytuacji. Ani za nią nie pobiegł, ani nawet nie ruszył się, aby włączyć telefon i zadzwonić do rodziców z przeprosinami. Po prostu nic nie rozumiał, a uczucia temu towarzyszące były tak silne, że niejako przytwierdziły go do tego miejsca. Zwiesił bezsilnie głowę, spuścił wzrok i tkwił w bezruchu przez dłuższy czas. Dopiero mniej więcej po kwadransie zebrał się w sobie, podłączył telefon do ładowarki i zobaczył, która godzina. Było wpół do dziesiątej. To go przeraziło. Błyskawicznie wziął prysznic, ubrał się, chwycił prezent pod pachę, zbiegł do samochodu i pojechał do rodziców. Nie wziął jednak telefonu w pośpiechu, więc nie mógł zadzwonić do dziewczyny, aby spróbować ją jakoś udobruchać. Pod rodzinny dom przyjechał sporo po dziesiątej i chwilę później otworzyła zapłakana matka. Była dość wysoka, bo mierzyła ponad sto siedemdziesiąt centymetrów wzrostu, ciemna szatynka, z włosami do ramion, a w tym momencie ubrana była w piękną, seledynową suknię ze sporym dekoltem.

– Jesteś… Jak dobrze, że nic ci się nie stało.

– Wybacz mamo, ale sam nie wiem, jak do tego doszło…

– Dzwoniła Marta i jest wściekła – mówiła matka, ocierając łzy.

– Wiem, była u mnie.

– Wejdź. Impreza szybciej się skończyła… – Dając do zrozumienia, że to z jego powodu, spojrzała mu prosto w oczy.

– Przepraszam cię jeszcze raz. Nie wiem, jak się wytłumaczyć. I wszystkiego najlepszego z okazji rocznicy. A tu prezent dla was. – Postawił na szafce ekspres, zdjął buty i wszedł do środka.

Przy stole w salonie siedział ojciec. To tęgi facet, wzrostu stu siedemdziesięciu pięciu, z ciemnymi, krótkimi włosami; ubrany w białą koszulę i granatowe spodnie w kancik. Gapił się w telewizor i nawet nie spojrzał. Dopiero na powitanie zerknął w jego stronę z wyraźną rezygnacją i odpowiedział. Mariusz usiadł na jakiś czas koło niego, próbował udobruchać, ale tego wieczoru mu się to nie udało. Matka przez chwilę postała razem z nimi, a potem zajęła się sprzątaniem po uroczystości. Po jakimś czasie wstał od stołu, poszedł do kuchni, stanął obok matki i milczał. Chciał coś powiedzieć, ale żadne słowa nie przechodziły przez gardło. Nie wiedząc, co ma ze sobą zrobić, pobył u nich jeszcze kilkanaście minut, a potem wyszedł i pojechał do Marty. Tego wieczoru nie otworzyła drzwi, więc postał tam przez chwilę i wrócił do domu. Padł na łóżko i zasnął w okamgnieniu.

ROZDZIAŁ V

Wkrótce skorzystał z zaproszenia do knajpy przez swojego znajomego, Artura. Do tego czasu zdążył się pogodzić z Martą, toteż wybierał się tam razem z nią. Ustalili, iż każde z nich dojedzie osobno, a wrócą razem. Pojawił się przed dwudziestą, czyli godziną rozpoczęcia imprezy. Był to pub Elegancki Bolek na Polach Mokotowskich, przy Alejach Niepodległości. Na miejsce przyjechał taksówką i planował dobrze się zabawić, szczególnie że następnego dnia nie miał zupełnie nic do roboty. Ani spraw związanych z pracą, ani nawet żadnych prywatnych. Nie posiadał ze sobą żadnego prezentu, gdyż umówili się z nim w ten sposób, że podjadą do niego do domu kilka dni później i wtedy przywiozą. Wszedł do środka, rozejrzał się, ale nie zastał jeszcze znajomych, toteż podszedł do baru, zamówił piwo i usiadł na jednym ze stołków. Wewnątrz panował spory gwar, przez który dość często przebijały się śmiechy i głośniejsze wołania. Chwilę później pojawił się Artur – tęgi mężczyzna, wzrostu prawie stu dziewięćdziesięciu centymetrów, ubrany w żółtą koszulę, niebieskie dżinsy i sportowe buty. Mariusz wziął w rękę kufel, podszedł do niego i się przywitał. Razem spytali o rezerwację, a gdy wskazano im stolik, usiedli. Zbliżała się dwudziesta. Pogawędzili przez chwilę i zaczęli przychodzić następni goście. Kilkanaście minut później był prawie komplet, poza Martą. Na razie nie chciał do niej dzwonić, uznając, że ta wie, co robi i jeśli się nawet spóźni, to jej sprawa. Niestety, nie pojawiła się w ciągu następnych kilkunastu minut, więc wyciągnął telefon i zadzwonił. W słuchawce usłyszał, iż abonent jest chwilowo niedostępny. Ponowił próbę za kilkanaście minut i efekt był identyczny. W tym czasie, starając się nie przejmować, co może się z nią dziać, zdążył zamówić kolejny kufel piwa, kontynuował rozmowy z innymi.

Naprzeciwko siedziała samotna dziewczyna i od samego początku zwracała na niego baczną uwagę. Była wysoka, bo miała ponad sto siedemdziesiąt pięć centymetrów wzrostu, idealną figurę, ubrana w bardzo obcisłe dżinsy w kolorze niebieskim, rozpinaną, bawełnianą bluzkę w podobnym odcieniu i czarne, skórzane buty na lekkim obcasie. Twarz miała bardzo ładną, wręcz jak z okładki czasopisma i długie, proste blond włosy, sięgające niemal pośladków. Na imię jej było Apolonia.

– I co, nie przyszła? – spytała, zalotnie się uśmiechając.

– Nie wiem do końca, co się dzieje… – odpowiedział smętnie. – Umawialiśmy się tu, na miejscu, a teraz ma wyłączony telefon.

– Może jedzie metrem i jest poza zasięgiem?

– Całkiem prawdopodobne, w końcu mieszka na Bielanach, a metrem jest tu bardzo wygodny dojazd. Ale z drugiej strony na stacjach jest zasięg, a poza tym po takim czasie już by dojechała…

– Nie przejmuj się, musiało coś ją zatrzymać.

– Ja to raczej wiążę z odwetem – odrzekł znów smętnie, po czym opowiedział całą historię o tym, jak to nie dotarł na rodzinną uroczystość.

– No to musiała być wściekła – skomentowała Apolonia – A jak twoi rodzice na to zareagowali?

– No cóż… Byli bardzo smutni… Nawet nie źli, ale właśnie smutni i przygnębieni… Do dziś mają o to pretensje.

– Ja się wcale nie dziwię. Też bym była taka, gdyby mój syn w ten sposób zawiódł.

– Zdaję sobie z tego sprawę… – odpowiedział, spuszczając głowę w pokorze.

– Ale teraz już tego nie zmienisz, więc pozostało ci jakoś to im wszystkim zadośćuczynić.

– Zamierzam rodziców częściej odwiedzać niż zwykle, a co do mojej dziewczyny, to muszę wymyślić coś specjalnego.

– Jednak to, co ona teraz robi, jeśli oczywiście jest to rewanż, to mi się nie podoba. – I znów się znacząco uśmiechnęła.

– Chce, żebym się tak samo poczuł, jak ona wtedy.

– To całkiem możliwe, ale i tak to nie w porządku. Ja bym tak nie zrobiła – skomentowała, po raz kolejny zalotnie się uśmiechając.

– Więcej nie będę dzwonił. Przyjdzie, to przyjdzie; nie, to nie. Jej sprawa. Ja zamierzam się dobrze bawić.

I poszedł po kolejne piwo, kupił także drinka dla Apolonii. Kiedy wrócił, założenie o dobrej zabawie legło w gruzach. Udawał, że nie bierze do siebie nieobecności Marty, która poważnie go ukłuła swoim zachowaniem. Usiadł z powrotem przy stole, ale już nie był w stanie się bawić. Nawet na zaczepki Poli nie reagował prawie w ogóle. Zamknął się w sobie i po jakimś czasie nie docierało do niego prawie nic. W pewnym momencie, a było to około dwudziestej drugiej, pożegnał się ze zgromadzonymi, przeprosił Artura, zamówił taksówkę i pojechał do domu.

Gdy wszedł do domu, trzasnął za sobą drzwiami, zrzucił niedbale buty, to samo zrobił z lekką kurtką i wstąpił na chwilę do toalety. Z jednej strony wiedział, co zrobiła Marta, a z drugiej zdawał sobie sprawę, że to on, nie zjawiając się u rodziców na imprezie, zapoczątkował to. Sięgnął po butelkę whisky, szklaneczkę, usiadł w salonie na fotelu, włączył telewizor i zaczął gapić się na mecz Ekstraklasy. „Co ja mogę zrobić, żeby rozwiązać tę sprawę?” – myślał. – „Może dać jej nauczkę? Nie. Nie będę się mścił. A może jednak?…” Najpierw jedna szklanka, potem druga, trzecia, czwarta, aż poczuł senność, wziął prysznic, następnie jeszcze zasiadł w tym samym miejscu, wypił kolejne dwa drinki i chwilę później położył się do łóżka. Usnął natychmiast.

ROZDZIAŁ VI

Budzi się, powoli spływa ze świata snu, zaczynają docierać impulsy z zewnątrz, jeszcze nie ruszył się z miejsca, a już czuje silny ból głowy. Ból tak potężny, jakiego jeszcze nigdy nie doświadczył. Jakaś obręcz zaciska się wokół czaszki, a jednocześnie jest mu z tego powodu aż niedobrze. Co się dzieje?… Poprzedniego dnia ostro popił i jedyne, o czym marzy, to wziąć proszek przeciwbólowy. Rusza nogami, lecz przez chwilę ma wrażenie, że są przez coś spętane. Tego samego próbuje z rękoma, ale z nimi idzie znacznie lepiej. Wyciąga je ponad głowę i odkrywa jakąś dziwną fakturę podłoża. Nerwowo otwiera oczy, wokół panuje całkowita ciemność. Jeszcze raz, aby przewrócić się do innej pozycji, stara się ruszyć nogami, ale teraz jest już pewien, że coś jest nie tak. Może nimi poruszyć o kilkanaście centymetrów, dalej nie. „Na pewno zaplątałem się w kołdrę” – myśli. Czując nieprawdopodobne pulsowanie wewnątrz czaszki, powoli próbuje przewrócić się z pleców na bok, lecz nie jest w stanie. Leży nadal na wznak. Zwykle, kiedy śpi, telefon trzyma na podłodze, zaraz przy łóżku, więc wyciąga rękę w bok i dół, jednakże czuje dłonią wyraźny chłód. Sięga bardzo nisko, lecz nie może dotknąć podłogi, ani odnaleźć telefonu. Łupie mu w głowie, zaczyna wymachiwać ręką w poszukiwaniu czegokolwiek i jedyne co wyczuwa, to ta dziwna faktura: jakby splecione sznurki – coś w rodzaju sieci rybackiej. To go jeszcze bardziej wytrąca z dotychczasowego stanu i już szarpie się cały, aby się podnieść i odnaleźć komórkę, ale wyraźnie czuje, że jest zaplątany w kołdrę. Szarpiąc, próbuje ją ściągnąć i mimo rosnącego bólu głowy, rzuca się w każdą stronę. Nie przynosi to żadnego efektu. Jednocześnie całe łóżko się buja. Teraz jest już całkowicie skołowany. Próbuje wstać. Nie jest w stanie. Zarazem robi mu się jeszcze bardziej niedobrze. Do potężnego bólu głowy dochodzi uczucie nadchodzących torsji. Ponownie nadludzkim wysiłkiem rzuca ciałem w każdą stronę, obmacuje rękoma kołdrę i wyczuwa jakieś liny. Poprzedniego dnia położył się do własnego łóżka. To z powodu tych lin nie może się ruszyć. Został przez kogoś związany. „Tylko czemu nie mogę sięgnąć po komórkę, skoro ręce mam wolne?” Rozgląda się we wszystkie strony i nie widzi kompletnie nic. Tylko ciemność. Mruga oczyma, jakby nie wierzył, że powieki ma otwarte. Zdobywa się na okrzyk:

– Co jest grane?

Od razu dobiega dość silny pogłos, a to znaczy, że nie jest u siebie w domu. Dziwna faktura, na której leży, to nie jego łóżko, a bujanie oznacza, że nie jest nawet w łóżku.

– Gdzie ja jestem? – zadaje sobie to pytanie półgłosem i za chwilę znów słyszy delikatne echo wypowiedzianych słów.

– Kurwa, gdzie jestem?! – krzyczy wniebogłosy i dopada go jeszcze silniejszy ból głowy, a uczucie nadchodzących torsji się wzmaga.

Następuje dłuższa cisza, a odpowiedzi nie ma. Próbując wymacać podłogę, wychyla się tak mocno, jak tylko może w bok i w dół, sięga ręką pod siebie. Jej także nie ma. Nic nie widzi. Ktoś mu zrobił cholerny kawał: związał we śnie, zawiesił gdzieś wysoko nad podłożem, spętał całe ciało z wyjątkiem rąk i głowy i na pewno teraz ma niezły ubaw. Z ledwością opanowuje odruch wymiotny, ale nie myśli ani o proszku przeciwbólowym, ani o czymś do picia. Jedyne, o czym marzy, to dostrzec, co się z nim dzieje i jak się z tego wyplątać. Szarpie się jeszcze przez chwilę i czuje wyraźnie, że ciało jest skrępowane: jakaś lina, opasując go, przebiega wielokrotnie ponad kołdrą, lecz także ciągnie się przez jego ramiona, uniemożliwiając wypełznięcie z tego, w czym leży. Jest kompletnie unieruchomiony – tylko jest w stanie ruszać rękoma i głową. Niczym więcej.

Po pewnym czasie poddaje się, tylko już leży na wznak i znów jako główne powraca uczucie potwornego bólu głowy. W coś zaplątany jest skazany na łaskę i niełaskę tego, kto mu to podszykował. Sięga pamięcią do dnia poprzedniego. Najpierw była Apolonia, potem wrócił taksówką, następnie pił whisky, jeszcze wziął prysznic, wypił kolejne dwa drinki, i owszem, był wstawiony, ale nie całkowicie pijany.

– A może ja tylko śnię? – pyta siebie półgłosem, ale gigantyczny kac, jakiego właśnie doświadcza, temu zaprzecza. – Chyba że to też mi się śni?…

Następne dwie czy trzy godziny, usiłując sobie przypomnieć brakujące ogniwo z dnia poprzedniego, które by wyjaśniało, co aktualnie się z nim dzieje, tylko leży w niezmienionej pozycji. Na próżno. Wszystko pamięta doskonale aż do momentu, gdy położył się spać, a potem nastąpiła ta koszmarna pobudka. Marta nie przyszła do knajpy i przez chwilę zadaje sobie pytanie, czy ona byłaby zdolna do zrobienia takiego kawału.

– Może z zemsty chce dać nauczkę? – Kombinując, analizuje wszystko, co mu przyszło do głowy. – Tylko jak ona sama by mnie przeniosła w takie miejsce? Nie, to raczej niemożliwe. Chyba że wzięła kogoś do pomocy. Tylko kto mógłby jej w tym pomóc?… Na pewno to nie ona. A więc kto? Któż zadałby sobie tyle trudu, przenosząc mnie tutaj z mieszkania? I najważniejsze pytanie dlaczego? Jakaś konkurencja? A może rodzice?… To też odpada. Oni by tego nie zrobili. Może mają żal, ale w końcu jestem ich synem, więc mnie kochają, a to, co teraz mi się przydarza, nie ma wiele wspólnego z miłością. Skoro ktoś zdołał mnie tu zataszczyć i związać, to musi być więcej, niż jedna osoba. Jeden człowiek nie dałby rady. Przecież ważę prawie osiemdziesiąt kilogramów. Musi być ich co najmniej dwóch. A nawet w dwie osoby mieliby spory kłopot. Ilu więc jest w to zaangażowanych? To spisek! A może to ci wszyscy z uroczystości u rodziców? W końcu było to całkiem niedawno i to jedyna moja wina, za którą ktoś mógłby chcieć się mścić… Tak czy inaczej, zaraz ktoś się zjawi, odplącze mnie z więzów i wypuści. To pewne, że niedługo to się skończy…

Mijają kolejne godziny, on z jednej strony nieco przywykł do spętania i swojego położenia, a z drugiej coraz bardziej doskwiera mu brak możliwości ruszenia się z miejsca. Może spróbowałby się uwolnić, gdyby było co nieco światła, jednak jest, jak oko wykol. W tych ciemnościach nawet nie jest w stanie sprawdzić, jak poprowadzone są liny. Poza tym, nie czując pod sobą podłoża, nie wie, jaki dystans dzieli go od niego, a jeśli jest znaczny, to jeszcze by się zabił, spadając. Kolejna sprawa, że aktualna pozycja może okazać się jedyną bezpieczną. I najważniejsze – aby spróbować się uwolnić, trzeba mieć punkt odniesienia, a on takich nie ma w ogóle. Pozostało więc czekać. Leżeć i czekać. W sumie dobrze, że na dziś nic nie planował, więc wieczorem, kiedy sprawa się wyjaśni i będzie po wszystkim, wróci do domu, aby od dnia następnego robić swoje.

Ból głowy nieco ustępuje, odruchy wymiotne słabną, ale zaczyna coraz bardziej doskwierać potrzeba oddania moczu. Wczoraj sporo wypił i nie jest to fakt przemawiający na korzyść wytrzymałości. Pęcherz ma coraz pełniejszy i z każdą minutą odczuwa to coraz mocniej. Przecież będąc tak związany, nie jest w stanie nawet załatwić tej potrzeby. Gdyby mógł wypełznąć z tych okalających więzów i czegoś tam jeszcze, to, trzymając się lin, przyklęknąłby na brzegu i wysikał gdzieś w bok, a tak musi męczyć się z coraz to większym naciskiem na pęcherz. Jeszcze godzinę temu nie myślał o tym w ogóle, a teraz doskwiera to coraz bardziej. W pewnym momencie, czując już dość silny ból w podbrzuszu, nie wytrzymuje i znowu zaczyna krzyczeć:

– Hej! Wypuście mnie, muszę do toalety! – Znowu pogłos, przyprawiając go tym razem o gęsią skórkę, roznosi się po pomieszczeniu. Niestety, odpowiedzi jak nie było, tak i nadal nie ma. Nie myśli już o niczym więcej jak tylko o potrzebie oddania moczu. Jest to tak dojmujące i wypełniające umysł całkowicie, że wszystko inne poszło w odstawkę. Przypomina sobie, jak doznając ulgi, a tym samym przyjemności, bo w końcu każda ulga to przyjemność, stoi u siebie w toalecie i odlewa się, więc wspomina tę chwilę nad sedesem jako rozkosz. I teraz tak wiele by oddał, aby się odlać.

ROZDZIAŁ VII

Kolejne minuty, on, ledwo panując nad zwieraczem odpowiedzialnym za sikanie, męczy się coraz bardziej, ale jeszcze się nie poddaje. Teraz już czuje wyraźne ciepło biegnące z podbrzusza, a także drgawki dopadające go w przypływach nacisku na pęcherz. Nagle dobiega dźwięk bezpośrednio nad nim. Metaliczny, jakby szorowanie stali o stal. Spogląda w tamto miejsce i widzi, wydobywający się promyk światła z jakiejś szczeliny oddalonej o kilka metrów, o ile w tych warunkach może to prawidłowo ocenić. To właz, który ktoś najwyraźniej odsuwa. Przez chwilę patrzy w tamtą stronę bez słowa, lecz gdy dostrzega już spory otwór, znów zaczyna krzyczeć:

– Wypuśćcie mnie! Muszę do kibla!

Jednak odzewu nie ma, ale w tym słabym docierającym świetle, dostrzega, iż leży na jakimś hamaku, otulony czymś w rodzaju śpiwora i związany ogromną ilością grubej liny. Niestety, w tym mroku nie jest w stanie dostrzec, gdzie są węzły, o ile są blisko niego. Przez chwilę skupia się na próbach rozpoznania, o co chodzi i zapomina o potrzebie sikania. Rozgląda się, ale oprócz swojego łoża nie widzi nic. Wychylając się jak może, próbuje spojrzeć w dół, lecz podłogi także nie dostrzega. Musi dzielić go od niej znaczna odległość. Ścian wokół też nie widzi.

– Co jest grane? Kto mógł mi to zrobić? – mówi do siebie półgłosem. A po chwili – halo! O co chodzi! Wypuśćcie mnie! – krzyczy wniebogłosy.

Czyjaś ręka wysuwa się przez szczelinę nad nim i trzyma, jak mu się wydaje, butelkę. Następnie zaczyna ją opuszczać na sznurku. To napój i teraz całkowicie zapominając o potrzebie fizjologicznej, wyraźnie odczuwa pragnienie. Zapomina, co nie znaczy, że nie cierpi. Cierpi coraz bardziej, ale koncentruje się na tym, co aktualnie się dzieje. Kilkanaście sekund później zjeżdża butelka coca-coli. Wielka, dwulitrowa. Przecież chce mu się pić… Nadal próbuje nawiązać kontakt z tym kimś z góry:

– Nie chcę waszej coli! – trzymając już ją w rękach, wrzeszczy. – Chcę, kurwa, do domu! Wypuśćcie mnie!

W tym momencie czuje kilka pociągnięć, nie padają żadne słowa. Musi odczepić butelkę od sznurka. Z pewną niechęcią robi to, a węzeł trzymający napój był bardzo prymitywny. Sznurek wjeżdża w ekspresowym tempie, właz się szybko zamyka i w środku zapada całkowita ciemność. Odkręca butelkę, wypija znaczną część i ponownie przytłacza uczucie pełnego pęcherza. „A gdyby tak wysikać się do butelki?” Znów ją odkręca, wypija kolejną część i próbuje podsunąć w okolice krocza. Stara się ją przecisnąć przez więzy, lecz te okazują się zbyt ścisłe, więc męczy się, a mocz napiera już nie do wytrzymania. Zaciska zęby, chwyta ją w prawą dłoń i ciska z całej siły gdzieś w bok. Po około dwóch sekundach słychać pierwsze uderzenie, a po kolejnych trzech następne. To pierwsze dobiegło wyraźnie z boku, więc napój uderzył o ścianę; drugie z dołu – to była podłoga.

– Boże, jak ja jestem wysoko – wypowiedział pełnym głosem. – To musi być kilkanaście metrów. Jak dobrze, że nie udało mi się oswobodzić i spróbować zeskoczyć…

Jeszcze przez pewien czas zmaga się z naporem moczu, czuje coraz silniejsze dreszcze i fale gorąca. Wytrzymał już dobre sześć czy siedem godzin, więc, jak się okazuje, pęcherz ludzki jest nad wyraz wytrzymały, szczególnie iż poprzedniego dnia sporo wypił. Jednak, zapominając o całej aktualnej sytuacji, wspomina sny o szaleństwie, robi mu się błogo, rozluźnia się i nagle czuje wyraźne ciepło w okolicach krocza, na nogach i wie, co się stało… Zaczyna płakać. Najpierw roniąc tylko kilka łez, robi to niemal bezgłośnie, ale po chwili zalewa go istna powódź rozpaczy i jęcząc przy tym prawie na cały głos, już szlocha. Zanosi się płaczem, a delikatne echo niesie ze sobą to cierpienie… Pewien czas później uspokaja się, godzi się z mokrym od moczu losem i zastyga w bezruchu. Leży cały czas na wznak, odpływając gdzieś, gdzie jest mu dobrze.

Gdy poznał swoją dziewczynę, padał rzęsisty deszcz, a on idąc bez parasola, schronił się pod daszkiem przy wejściu do ośrodka kultury. Woda lała się z nieba strumieniami, chodniki były całkowicie zalane, a przy studzienkach kanalizacji gromadziły się zmyte zewsząd liście, gałązki i śmieci. Była jesień i mimo że był ubrany w miarę ciepło, to musiał przebiec w czasie tej ulewy kilkadziesiąt metrów, więc był częściowo zmoczony. Szczególnie mokre miał buty. W pewnym momencie podbiegła kompletnie przemoczona dziewczyna i stanąwszy obok niego, cała spływała wodą. Po chwili zrobiła się wokół niej spora kałuża, ona na to spojrzała, uśmiechnęła się i skomentowała, że może to tak wygląda, ale się nie zsikała. Ten dowcip mu się spodobał, więc przedstawił się, porozmawiali do końca ulewy, a potem odprowadził ją do domu, wymieniając się numerami telefonu. I tak zaczął się ich związek. Od stanu mokrego jak od zsikania się. A teraz on leży w tym pieprzonym hamaku i naprawdę się zsikał w majty. Czyżby to miało coś znaczyć?…

Na początku, po oddaniu moczu pod siebie, poczuł wyraźne ciepło, jakiś czas później zrobiło się tam chłodno, a teraz, po kilkunastu minutach przywykł do tego i jest mu wszystko jedno. W końcu jako niemowlę ciągle to robił, więc ten jeden raz nie zaszkodzi. Z jednej strony nikt nie widzi, nikt nie słyszy, co się tutaj dzieje, więc przynajmniej nie musi cierpieć ze wstrzymywaniem się. Ale z drugiej, zważając na to, jak dba na co dzień o swoją higienę, biorąc prysznic nawet cztery razy dziennie? Przeszywa go dreszcz, a na twarzy pojawia się wyraźne skrzywienie. Lecz do tego stanu też szybko się przyzwyczaja, zamiera w bezruchu, kładzie bezładnie ręce na łożu, prostuje grymas, zamyka oczy i zapada w odrywający od tego koszmaru sen.

Budzi go ten sam odgłos odsuwającego się włazu. Tym razem wyłania się mały koszyczek. Powoli się zsuwa w dół, po kilkunastu sekundach dociera do niego i widzi w tych bardzo słabych promieniach światła, iż jest tam kilka kanapek, ale żadnego napoju. Czy nie cisnąć tego tak samo, jak butelki? Jednak wyciąga je, czuje szarpnięcie koszyka ku górze i wie, że ma mu pozwolić odjechać. Właz się zamyka i kolejny raz zapanowuje całkowita ciemność. Czy zjeść to, co przysłano? Nawet nie próbował już krzyczeć, niejako pogodziwszy się, że odpowiedzi ani reakcji się nie doczeka. Bierze do ust pierwszy kęs i kanapka jest całkiem smaczna – zawiera jakąś wędlinę i, jak mu się wydaje, sałatę. Druga jest z żółtym serem, więc dochodzi do wniosku, że ktoś musi się o niego w jakiś sposób troszczyć, o ile, mając na uwadze zmuszanie do szczania pod siebie, można mówić o trosce. Potem trzecia i robi mu się błogo, gdyż od wielu godzin (przypuszczalnie już od kilkunastu) nie miał nic w ustach. Jak tylko kończy posiłek, miałby ochotę na colę. Jednak czasu już nie cofnie, z pragnieniem jak na razie da sobie radę, a odgłos butelki przynajmniej powiedział mu, z jakim pomieszczeniem ma do czynienia. Znowu zalega w bezruchu i po raz kolejny zaczyna mu się chcieć spać. Zasypia.

Jest na środku jakiejś pustyni. Wokół tylko pustkowie, piach i bezkres aż po horyzont. Sam, żadnych drzew czy nawet krzewów. Słychać tylko gwiżdżący wiatr w uszach. Zaczyna iść przed siebie w nieustalonym kierunku i z każdym krokiem odechciewa mu się tego. W pewnym momencie natrafia na wystający z piachu kawałek drewna w kształcie pustego w środku półksiężyca, a do niego przymocowany jest kijek. Schyla się, chwyta za znalezisko, pociąga w swoją stronę i wyłania się łopata. Jak tylko ją chwycił, okręca wokół osi. Co robić? Dokopać się pokładów wody? Jedno pociągnięcie za drugim zaczyna powstawać dół. Kopie, lecz piasek, skutecznie to uniemożliwiając, obsypuje się z każdej strony, więc co raz poszerza swój wykop i w ten sposób tworzy się całkiem szeroki otwór w ziemi. Jakiś czas później, wbijając łopatę, słyszy głośne, metaliczne uderzenie. Przyspiesza, nie zważając na lejący się po ciele pot. W końcu odsłania z piasku właz. Szybko go całkowicie odkopuje, ale nie ma na nim żadnego uchwytu. Naciskając trzonek w dół i bok równocześnie, wciska szuflę w szczelinę okalającą go i podważa. Przez chwilę nic się nie dzieje, ale potem właz podnosi się z wyraźnym metalicznym skrzypieniem. Jedną ręką podtrzymuje trzonek, a drugą sięga do pokrywy i pociąga w swoją stronę. Otwiera się jakieś podziemne pomieszczenie. Płyta stalowa idzie na bok, próbuje zajrzeć do środka, ale oczy nie są w stanie przeniknąć panującej tam ciemności. Opierając się rękoma po obu stronach, klęka tuż przy otworze, a zarazem wsuwa głowę jak najniżej. Powoli oczy przyzwyczajają się do mniejszego oświetlenia i widzi kogoś znajdującego się kilka metrów niżej. Ta osoba leży owinięta w coś białego. Przez moment się przypatruje i w końcu ją rozpoznaje. To on sam omotany w kaftan bezpieczeństwa na hamaku. Budzi się.

Zaczyna sprawdzać, czy oby przypadkiem nie jest faktycznie unieruchomiony takim kaftanem, lecz szybko to wyklucza, bo ręce ma wolne. Nadal leży na wznak i nie może się za nic przekręcić na bok, czy na brzuch, a ile by dał za taką możliwość. Ile minęło, odkąd się po raz pierwszy tutaj obudził? Nie jest w stanie stwierdzić ani która jest godzina, ani nawet czy jest dzień, czy noc. Wszystko zlewa się w jedną wielką czerń i pustkę. Co prawda dwa razy przez krótki czas dotarły słabe promienie, ale były one zbyt blade, jak na światło naturalne, więc mogła to być noc, jedynie rozświetlana przez żarówkę. Jeśli miałby zgadywać, to, pomijając dwie drzemki, w które zapadł, leżąc tutaj, spędził w tym koszmarze przynajmniej osiem godzin, ale to były jedynie domysły. Nigdy w życiu nie musiał posługiwać się wewnętrznym zegarem, więc ocena może być zupełnie nietrafiona. Żyjąc w cywilizacji, uzależniony jest od masy przedmiotów takich, jak zegarek czy choćby żarówka. Te zabijają naturalne instynkty, sprawiając, że bez nich jest, jak dziecko we mgle.

Co z aktualnym położeniem? Ale także snem, jaki miał chwilę wcześniej? Znowu był o wariactwie. Który to już raz? Tym razem jednak nie tęskni za nim ani trochę. Stan uwięzienia sprawia, że jedyne, o czym marzy, to wyjść stąd jak najszybciej i powrócić do normalnych zajęć. Jedzie samochodem, wioząc garnitury do jednego ze sklepów. Jest to mrzonka o rzeczy prostej, która byłaby jeszcze kilkanaście godzin wcześniej rutyną, a nie marzeniem. Ponadto jakiś czas temu zeszczał się w gacie. Nie myśli jednak o tym jako o sprawie, którą trzeba za wszelką cenę zataić. Gdyby ktoś go tutaj odnalazł i pomógł się oswobodzić, to nie próbowałby tego ukryć. Wszystko jest względne i to, co jeszcze kilkanaście godzin wcześniej byłoby nie do pomyślenia, teraz staje się niemalże orężem. Nie to, żeby się od razu tym szczycił, ale jest to dowód na aktualny stan umysłu.

Nadal na wznak, unieruchomiony prawie całkowicie, coraz bardziej zaczyna dokuczać pragnienie. Jeśli tylko właz znowu się otworzy, to wypowie swoją prośbę o coś do picia. Na razie z pęcherzem ma spokój, więc przynajmniej tym nie musi się martwić. „A co będzie dalej?” – myśli. – Pewnie powtórzy się historia z sikaniem pod siebie. Cóż, muszę do tego przywyknąć – wypowiada te słowa półgłosem i krzywi się. Nawet nie jest w stanie sięgnąć ręką do krocza i sprawdzić, czy nadal jest tam mokro, czy może już wyschło. Teraz tego nie czuje w ogóle.

Chcąc sprawdzić, na ile długie jest echo, a tym samym z jak dużym pomieszczeniem ma do czynienia, w pewnym momencie zaczyna wydawać z siebie głośne, nieartykułowane dźwięki. Niby już ustalił, że butelka spadała po odbiciu od ściany jakieś trzy sekundy, ale będąc w takim stanie jak teraz, mogło mu się to jedynie wydawać. W takich sytuacjach mózg nie pracuje normalnie, dostarczając czasem świadomości błędne dane. Kiedyś miał wypadek samochodowy, kiedy to zagapił się, za późno hamował i w efekcie uderzył w tył poprzedzającego samochodu. Czas na chwilę przestał istnieć. Niektórzy opowiadają, że widzą wszystko w zwolnionym tempie, a on miał wrażenie przeciwne. Reakcja i wypadek nastąpił w tym samym czasie. „Może podobnie było i tym razem, kiedy słyszałem odbicia butelki z colą?” – myśli. – „Przecież to mało prawdopodobne, aby zamknęli mnie w tak wielkim pomieszczeniu. Gdzie by takie znaleźli? W dodatku całkowicie ciemne… Nie, to chyba niemożliwe… Ale drugi raz tego nie sprawdzę, dopóki nie wypiję napoju do końca.”

Nie mając kompletnie nic do roboty, tkwi w dziwnym łożu. Zwykle w takich sytuacjach włączał telewizor albo wychodził na spacer, lecz teraz musi się zmagać z sobą i tylko z sobą. Żadnych ogłupiaczy czy czynności zajmujących myśli. Teraz uwaga jest skupiona tylko na nim samym i nad aktualnym stanem. Do tego drugiego zdążył przywyknąć, co notabene przyszło mu dość szybko, natomiast zostało obcowanie ze sobą w czystej postaci. Stanięcie twarzą w twarz z własnymi uczuciami, których tu doświadcza. Poza tym zaczęła się pojawiać nuda – wbrew pozorom. Wszystko jest względne. Pierwszy raz od niepamiętnych czasów wyraźnie słyszy zarówno swoje myśli, jak i wypowiadane półgłosem słowa. Co się z nim dzieje, skoro mówi do siebie na głos, gdyż nigdy tego nie robił? Słowa wykrzyczane na początku powracają do niego, jakby były uwięzione gdzieś w pamięci. Nie jest w stanie się ich pozbyć. Już wie, że następnym razem, kiedy właz się otworzy, nie będzie krzyczał, bo to i tak nic nie zmieni, jednakże tamte sprzed kilku, czy nawet kilkunastu godzin tkwią, rozrywając czaszkę od środka. Zupełnie jakby były wypowiedziane przez kogoś innego. I po trochu tak jest – będąc zniewolonym, staje się innym człowiekiem. Normalne życie odchodzi gdzieś w kąt umysłu, a teraźniejszość wypełnia całą jaźń. Owszem, ma wspomnienia, ale są odległe i obce. Jak obrazy z obejrzanych filmów – niby utożsamiamy się w jakiś sposób z nimi, ale wiemy, że to fikcja.

Po jakimś czasie znowu słyszy nad sobą metaliczny dźwięk i właz się otwiera. Poprosić o coś do picia! Robi to. Następuje moment ciszy, zawahanie, po czym koszyk zjeżdża i za chwilę dobiega do nozdrzy miły zapach czegoś do jedzenia. Kiedy jednak tam sięga, widzi w półmroku, że oprócz pożywienia nie ma żadnej butelki. Ponawia prośbę, zapada cisza, po czym słychać słabnące z każdym tupnięciem czyjeś kroki. Jeszcze przez chwilę oczekuje, a po kilku minutach znów słychać kogoś na górze. Koszyk wjeżdża, dobiega drobny szmer, po czym zjeżdża, tym razem z butelką, jak się okazuje, pomarańczowego napoju. Wyjmuje wszystko i są to trzy duże i smaczne kanapki, oraz wspomniany napój. Wkrótce właz się zamyka i znów nastaje całkowita ciemność. Dość szybko zjada posiłek, popija, jednak tym razem zachowując butelkę, aż się skończy napój.

Zastanawiając się nad swoim życiem, po raz kolejny zamiera w bezruchu.

– Przecież na co dzień robię coś, co pozwala mi tylko przetrwać, nie dając nic poza chwilowym zadowoleniem czy odłożonymi pieniędzmi – mówi do siebie półgłosem. – Nie zrobiłem w życiu nic, co by po mnie pozostało. Zupełnie nic. Gdybym stąd nigdy nie wyszedł, to nie będzie w zasadzie po mnie istniał żaden ślad. I po co takie życie? Po to, aby się najeść, pokopulować i pogapić się w telewizję? To zupełnie bez sensu. I co ja teraz z tego mam? Wiszę parę metrów nad ziemią, Bóg jeden raczy wiedzieć, czy kiedykolwiek stąd wyjdę, a wszystko z życia, które miałem, wydaje się niepotrzebne, a może i zbyteczne. Nawet temat dzieci odsuwałem od siebie, jak mogłem najdalej. To z wygodnictwa i egoizmu. W zasadzie chyba tylko rodzice mogą zapłakać, jeśli mnie zabraknie. Nawet dziewczyna ma mnie gdzieś, bo przecież nie przyszła na spotkanie w knajpie… Swoją drogą ciekawe, czy ktoś już mnie szuka… Nie sądzę, bo przyzwyczaili się do tego, że ich zaniedbuję, zajmując się wyłącznie sobą… Chyba będę musiał odbudować relacje z bliskimi osobami. Rodziców częściej odwiedzać, spotykać się ze znajomymi, a co do Marty?… Może czas z nią zerwać… Teraz, jak tu wiszę, wydaje się zupełnie obca. Była niemalże tylko obiektem do kopulacji i przytulania, zresztą to pierwsze robiłem mechanicznie, bez emocjonalnej więzi. Jestem pewien, że nawet jeśli pobędę tu dość długo, to nie zechce mnie szukać. Ma mnie gdzieś.

Jak zostanie uwolniony, będzie musiał zacząć wszystko na nowo. Nie tak na odwal się, ale z sercem – jakby tego chciał naprawdę. Po pewnym czasie, po raz kolejny zaczyna go morzyć i wkrótce zasypia. Tym razem nie śni mu się nic albo nic z tego nie pamięta. Śpi, uciekając od swojej niewoli.

ROZDZIAŁ VIII

Budzi go ten sam dźwięk znad głowy. Nikłe światło nie sprawia otuchy. Tym razem jednak nie zauważa żadnego koszyka, czy butelki, a zamiast tego dobiegają słowa, ale nie wypowiadane przez człowieka, lecz jakby przez syntezator mowy:

– No to pora na spowiedź. – Brzmi to zarówno mechanicznie, jak i demonicznie.

Gdzieś w pamięci kłębią się niecne występki z przeszłości. Dokonując różnych niechlubnych rzeczy, szybko jednak o tym zapominał. Tym razem, będąc w niewoli, docierają te słowa z pełną mocą. Po nich następuje dłuższa cisza, po czym ten sam sztuczny głos mówi:

– Wystawiałeś fałszywe faktury, także takie przyjmowałeś, a to jest przestępstwo. Dodatkowo napisałeś w rozliczeniu rocznym o nieistniejących kosztach swojej firmy.

Głos zamilkł, a on zaczyna sobie przypominać, jak to było. Faktycznie, aby w zamian brać dodatkowe pieniądze, wystawiał lipne papiery. Pierwszy raz zrobił to kilka lat wcześniej i na początku bał się skutków, ale przekonawszy się, że nic mu nie grozi, kontynuował proceder już bez lęku czy jakichkolwiek wyrzutów sumienia. Liczyła się kasa i tylko kasa. Po jakimś czasie zaczął przyjmować też fałszywe rachunki, aby narobić swojej firmie kosztów. I głos miał rację, także jeśli chodzi o zeznanie podatkowe. Mariusz, zdając sobie sprawę, że to się nigdy nie wyda, kłamał tam. Ktoś jeszcze wie o tym wszystkim, a jeśli wie, to może donieść! Zaczyna żałować przekrętów, ale na to jest za późno. Musi stawić czoła swojej przeszłości – przeszłości nielekkiej. Przestają go dręczyć rozterki natury egzystencjalnej, a zaczyna mieć silne obawy, aby to nie wyszło na jaw. Może zaproponować ciemięzycielowi sporej sumy pieniędzy w zamian za milczenie, a nawet za wolność? Ale jeśli ktoś podszykował coś takiego, to nie po to, aby na tym zarobić. Tego jest akurat pewien, szczególnie że do tej pory nie padły z góry żadne słowa o okupie czy czymś podobnym. Podświadomie czuje, że chodzi tu o coś zupełnie innego…

„Tylko o co?” – próbując analizować dotychczasowe zachowanie porywacza, zastanawia się. Z jednej strony został uwięziony i skrępowany w sposób bardzo wyszukany i w niezwykle nietypowym miejscu, a z drugiej dostaje regularne posiłki, i to całkiem smaczne i zróżnicowane. Jedno do drugiego nie pasuje. Czyżby miał do czynienia z jakiegoś rodzaju szaleńcem, który po swojemu postrzega niektóre aspekty niewoli? To by się zgadzało, biorąc pod uwagę fakt, że spełniona została prośba o napój. Tylko co szaleniec, przypominając finansowe występki, chce osiągnąć? Pierwsze co mu przychodzi do głowy, to kara, bo taka odpowiedź nasuwa się sama, jednak czy chcąc kogoś ukarać, karmi się w taki sposób? A może to jakiś rodzaj testu? Ale co on ma na celu? Sprawdzenie ile jest w stanie wytrzymać? Chyba że te zarzuty o przekrętach finansowych to blef. Może prześladowca, licząc, że Mariusz przyzna się do wszystkiego pod wpływem niewoli i okropnych warunków, tak naprawdę nic nie wie, a jedynie wysnuwa teorie na ślepo? Potwierdzałyby to słowa mówiące o spowiedzi. Jednak czy ktoś trafiłby tak idealnie w nieuczciwości? Jeśli to nie przypadek, to skąd wie o tym wszystkim? Przecież on sam nie chwalił się na lewo i prawo, mówiąc o tym tylko kilku osobom. Czyżby to była jedna z nich? To chyba niemożliwe, bo bliskim ufał, jak sobie samemu. O co więc tu chodzi?

Zmagając się z własnymi myślami, wisi w hamaku i nawet nie spostrzegł, jak znów zaczął cierpieć z powodu pełnego pęcherza. Dopiero gdy stało się ono nie do wytrzymania, odsuwając temat przekrętów na drugi plan, skupia się na tym. Po raz kolejny zaczyna czuć ciepło biegnące z podbrzusza i cykliczne dreszcze spowodowane ciśnieniem moczu. Niby już raz się poddał i zsikał pod siebie, ale kolejny wydaje się tak samo, jak nie bardziej ohydny. Co, jeśli tym razem będzie zmuszony to powtórzyć? Już się krzywi, zbiera się na wymioty, a potrzeba fizjologiczna jest coraz wyraźniejsza. Zaciska pięści i myśli o sobie w samych ciemnych barwach.

– Czemu ten ktoś mnie po prostu nie pobije albo nie doniesie policji, tylko zmusza do takich okropieństw? – zadaje sobie pod nosem pytanie. – Przecież to najgorsze, co można komuś podszykować! Niby nic mu nie robić, ale…

Zaciska zwieracz, jak może, fale gorąca coraz bardziej go ogarniają, a drgawki przeszywają na wskroś, aż w pewnym momencie daje za wygraną i puszcza. Po raz drugi ciepły mocz zalewa okolice krocza, ud, a nawet podbrzusza. Zaczyna płakać. Najpierw chlipie cichutko, ale po krótkiej chwili zaczyna zanosić się niebotycznym płaczem. Wyjąc wniebogłosy, rozpacza, a podświadomie ma nadzieję, że szloch dotrze do uszu ciemiężyciela i skruszy jego serce. Nic podobnego jednak się nie dzieje. Tylko echo roznoszące się po olbrzymim pomieszczeniu dotrzymuje mu towarzystwa. Kilka minut później, kiedy jako tako się uspokaja, coś jeszcze dociera. To smród rozkładającego się moczu. Swoisty odór, będący połączeniem amoniaku i Bóg wie czego jeszcze. Fetor zaczyna docierać do nozdrzy, gdyż jak do tej pory zamaskowany był przez okrycie, a teraz wszystko przemiękło, dając temu ujścia. Po raz kolejny, przekręcając znacząco głowę w bok, krzywi się. Nadal wyje, ile ma sił w płucach. Nikt jednak tego nie słyszy albo nie zwraca na to uwagi. Pozostaje sam ze wszystkim, co własne – z płaczem, okropnymi uczuciami, ale i ze smrodem. Wkrótce niezwykle zmęczony odpływa i zasypia.

O nieokreślonej porze budzi go dźwięk odsuwanego włazu. Nie ma siły ani na wołanie o litość, ani na cokolwiek innego. Po prostu czeka na to, co zostanie narzucone. Kolejny raz widzi zjeżdżający koszyk, kilka chwil później dobiega zapach pieczonego kurczaka, ale nie za bardzo ma ochotę jeść. Jednak zabiera mechanicznie, koszyk wjeżdża z powrotem, a po chwili znów zapada całkowita ciemność. Wypija kilkanaście dużych łyków napoju. Jest już pogodzony z własnym losem, nawet nie za bardzo krzywiąc się na kolejne fale smrodu. Sprawiając, że zaczyna patrzeć na siebie nieco z boku, to także w jakiś sposób mu spowszedniało.

W jednym ze sklepów, do których dostarcza garnitury, pracuje przepiękna dziewczyna i wielokrotnie myślał o niej w sposób seksualny, jednak widząc, że ma ona na palcu obrączkę, ograniczał się zwykle do niezobowiązujących komplementów. Jest niska, bo ma poniżej metra sześćdziesięciu wzrostu, ale niezwykle zgrabna, twarz ma śliczną i bardzo długie, chude palce. Zawsze przypominała mu małą, bardzo wątłą i nieco nieśmiałą dziewczynkę, a na te cechy był niezwykle wyczulony. Któregoś razu, mówiąc jej, że patrząc na nią, myśli tylko o jednym, dał upust swojemu zachwytowi. Najpierw wzdrygnęła się, odruchowo zrobiła krok w tył, spojrzała mu nerwowo w oczy, ale zobaczywszy uśmiech, sama zaczęła się śmiać. Od tamtego czasu, gdy tylko Mariusz się pojawia, wita go niezwykle wylewnie, zawsze proponując coś do picia i jednokrotnie nawet wspomniała o jego uroku osobistym. Powstało między nimi coś w rodzaju ukrywanego flirtu, który obojgu sprawia wiele radości i podniety. Gdyby pociągnęła jakoś ten temat, może zdecydowałby się na skrócenie dystansu i zaproponowanie choćby podwózki, lecz widać, że dziewczyna nie zamierza zdradzać męża, a jego traktuje jak swoistego adoratora oraz obiekt niegroźnych i niezobowiązujących zalotów. Teraz, leżąc w tym zaszczanym barłogu, widzi jej twarz i jest to jedyna miła rzecz, o której pomyślał od momentu uwięzienia. Pozwala mu zapomnieć.

Za pewien czas właz znowu się otwiera, patrzy w tamtą stronę beznamiętnie i tylko czeka, co będzie dalej. Koszyk się nie pojawia, ale znów słychać głos z syntezatora mowy:

– Zdradziłeś Martę w październiku poprzedniego roku.

I milknie. Otwór się zamyka, a on ponownie zostaje sam na sam z ciemnością i tymi prawdziwymi słowami. Po raz kolejny prześladowca wie, co mówi, gdyż dokładnie wtedy poszedł do łóżka z dziewczyną swojego kolegi. Miała na imię Ola i od samego początku dawała znaki zainteresowania. Przez dłuższy czas nie odważył się na to posunięcie, jednak potem poddał się chuci. Nie żałował, gdyż oboje traktowali to jako przygodę i mieli z tego powodu niezwykle dużo radości i doznań cielesnych. Romans skończył się bardzo szybko, bo ona uwodząc kolegę swojego faceta, dopięła swego i po wszystkim Mariusz przestał być jej już potrzebny. Zresztą on nie rozpaczał, ponieważ też osiągnął swój cel – przespał się z nią. Jednak teraz, zmuszając do przyznania, że jest podły, słowa ciemiężyciela działają jak chłosta. Tak, z całą stanowczością mówi do siebie, że jest podły. Nigdy w ten sposób tego nie postrzegał, a aktualnie dociera to do niego z pełną mocą. Nawet nie przypuszczał, że będzie żałował tego romansu, jednak w tym momencie ten wydaje mu się odrażający. Zaczyna rozumieć, co robi z nim ta niewola. Słowa o spowiedzi wydają się trafione w dziesiątkę. Leży w bezruchu, obok pachnie kurczak, dopadają go kolejne fale fetoru rozkładającego się moczu, a on oddaje się w objęcia Morfeusza.

Zanim zapadł w głęboki sen, właz znów się otwiera i po raz kolejny dobiega ten mechaniczny głos:

– To nie był jedyny raz. A co z tą piętnastolatką sprzed lat?

Te słowa wybudzają go natychmiast. Jak rażony piorunem napina wszystkie mięśnie i dopadają go wspomnienia. Gdy był dziewiętnastolatkiem, poznał na wakacjach o kilka lat młodszą dziewczynę, której imienia nawet już nie pamięta. Spał pod namiotem, a ona mieszkała z rodzicami w pobliskim pensjonacie. Spodobali się sobie, wkrótce doszło do flirtu, a potem zaciągnął ją do swojego namiotu i się z nią przespał. Dobrze wiedział, ile ma lat i zdawał sobie sprawę, że seks z nieletnią to przestępstwo, jednak wtedy to go nie obchodziło. Była dziewicą, to najbardziej pociągało. Liczyła się tylko rozkosz. Potem dziewczyna zaczęła się angażować, a on zobaczywszy, z czym ma do czynienia, uciekł. Po prostu zwinął namiot, powiedział znajomym, że musi wracać i się zmył. Nawet się potem nie dowiedział, czy nie zaszła w ciążę.

Tkwi teraz w niewoli i jest zmuszany do spojrzenia w przeszłość pod wpływem tych warunków. Zaczyna żałować tego, co zrobił i wiele by oddał, aby to cofnąć. Także do faktów uwięzienia i szczania pod siebie dochodzi jeszcze mordęga wspomnień. Ma ochotę uciekać, a nie mogąc tego dokonać, szarpie się psychicznie i rzuca we wszystkie emocjonalne strony. Udręka staje się nie do wytrzymania. Nawet jeśli się uwolni, nic już nie będzie takie, jak kiedyś… „Skąd ten ktoś tak dużo wie na mój temat? Przecież o tym wiedziały może ze dwie osoby i byli to koledzy z młodości, a z nimi od lat nie utrzymuję żadnych stosunków. Czyżby to któryś z nich? Tyle że oni nie mogli wiedzieć o przekrętach finansowych. Więc kto?”

Kilka godzin później zasypia i śpi bardzo głęboko. Śnią mu się obrazy z dzieciństwa, gdy jest szczęśliwy i beztroski, ale na koniec widzi zbliżających się ludzi w białych kitlach, trzymających gotowy do użycia kaftan. Na tym sen się kończy, ale on się nie budzi. Śpi jeszcze długo. Po przebudzeniu ponownie pojawia się wspomnienie dziewczyny ze sklepu. Jest tak silne, że nie jest w stanie przez długi czas myśleć o czymkolwiek innym. Zmuszając do mimowolnego powtarzania jej imienia, opętuje go. A wymawiając to słowo jak mantrę, wpada w nieokreślony stan umysłu, powodujący całkowite oderwanie od obecnej chwili. Po raz drugi w czasie niewoli pogrąża się w tamte wizje, ale tym razem zaczyna czuć się winny, że w ogóle z nią flirtował. Cała optyka ulega zmianie, wraz z zarzutami wypowiedzianymi przez mechaniczny głos z góry. To z kolei powoduje natręctwo myślenia i powstaje samonapędzająca się pętla irracjonalnej analizy. Po pewnym czasie łączy jedno z drugim i odkrywa rzecz zdumiewającą. Otóż najpierw myślał o niej, a wkrótce potem głos przypomniał o zdradzie, a także o nieletniej.

– Jaki to może mieć związek? – mówi do siebie po cichu. – Zupełnie jakby ciemiężyciel słyszał moje myśli, no, chyba że mówiłem o niej na głos, nie zdając sobie z tego sprawy… Biorąc pod uwagę, że kilkakrotnie się na tym złapałem, w sumie to możliwe. Na pewno ma tutaj podsłuch i bezustannie ślęczy przy jakiejś aparaturze, nasłuchując, co się ze mną dzieje. W końcu to dość oczywiste, że ktoś, kto zadał sobie tyle trudu, aby mnie uwięzić, zainstalował odpowiedni podsłuch. A może także nagrywa kamerą w podczerwieni? Bo w niej widać, co się dzieje w zupełnej ciemności… A jeśli nie podsłuchuje, to skąd mógł wiedzieć, że wcześniej myślałem o flircie z kobietą? Bo to, że istnieje związek między moim myśleniem, a jego słowami, to pewne… A wracając do jego słów o przekrętach finansowych, to może o tamtym też się jakoś przypadkiem wygadałem, zupełnie tego nie pamiętając?… Tak czy inaczej, muszę zacząć zwracać uwagę na to, co mówię, bo znajdzie jeszcze niejednego haka…

Gdy tylko wypowiedział te słowa, sięga po odłożonego kurczaka, mimo coraz większego smrodu wydobywającego się z okrycia. Zajada się nim w najlepsze, potem kończy, zostają jedynie kości, zawija je w papier, w który był wcześniej spakowany kurczak i rzuca prosto w dół. Tym razem na głos liczy sekundy, zanim słyszy uderzenie. Doliczył do trzech i wtedy resztki osiągnęły dno. Uznaje, że to musi być ze trzydzieści metrów. Nerwowo zaciska mięśnie, bo leży tylko na hamaku, który może pęknąć. Ale nic nie może zrobić – tylko leżeć. Jest skazany na fachowość węzłów sporządzonych przez ciemiężyciela i solidność wykonania hamaka.

Pierwszy raz w życiu jest w takiej sytuacji jak teraz: bez światła, bez dnia i nocy, bez możliwości ruchu i we własnym, i to dosłownie, sosie. Każda z tych składowych wpływa źle, a wszystkie razem to istna kumulacja okropieństwa. Bez światła czuje się, jakby czas nie istniał, a może nawet jakby nie żył. Miał w życiu kilka bezsennych nocy, wtedy cały czas starając się zasnąć, leżał w niemal całkowitej ciemności i wówczas czuł się pod tym względem nieco podobnie. Normalnie mógłby wstać, zapalić światło czy włączyć telewizor, jednak w tamtym czasie ze wszelką cenę chciał jak najszybciej zasnąć, więc starał się zrobić wszystko, aby się nie rozbudzać. Już wtedy miał dość, a to, co się teraz dzieje, to tego esencja. Brak dnia i nocy powoduje zakłócony rytm dobowy, skrócone drzemki i ciągłe balansowanie między świadomością a snem. Taki stan pojawił mu się tylko raz, gdy żył w silnym stresie; kładł się do łóżka, zasypiał, po chwili budził, potem znów krótka drzemka i powrót na jawę. Powodowało to uczucie ciągłego napięcia psychicznego oraz fizycznego, jednak to, co się z nim teraz dzieje, jest wzmocnieniem tamtych odczuć do kresu wytrzymałości. Obecnie ma wrażenie, jakby cały czas się męczył z maksymalną intensywnością. Będąc unieruchomionym, ma poczucie pozbawienia swojego ciała, a przynajmniej nóg. Nieco podobnie się czuł, kiedy ciężko chorował, leżał przykuty do szpitalnego łóżka i przez kilka dni z niego nie schodził, ale wtedy przynajmniej mógł się przekręcić na bok albo brzuch. Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze „gnicie” we własnym sosie. Jest jeszcze potężniejszy wróg – to właśnie to, co czuje pod wpływem niewoli i tych okropnych warunków. Uczucie bezwzględne, okrutne i apodyktyczne w swej mocy. To pod wpływem tej niszczycielskiej mocy staje się sługą, niewolnikiem czy wręcz kimś pozbawionym siły w ogóle. Mentalnie wszystko lgnie, przywiera i obezwładnia go. Jest jak kilkuletnie dziecko, któremu wszystko można wmówić, a on bez oporów przyznaje się nawet do tego, w czym nie zawinił. Słowa wypowiadane przez mechaniczny głos, wdrukowują całą gamę faktów i emocji, od których nie będzie w stanie się uwolnić.

Wkrótce kończy się napój i będzie musiał o niego poprosić. W przeszłości był hardy i dumny, i nie zdobyłby się na takie błaganie, a teraz jest mu wszystko jedno. Byleby mieć coś do picia. Nawet fakt sikania pod siebie już nie przeraża, a przecież pijąc, będzie musiał robić to częściej. Jest już pozbawiony godności i witalności. Istny leżący trup.

Następnym razem, gdy właz się otwiera, słyszy słowa o tym, jak mając kilkanaście lat, ukradł rodzicom kilkaset złotych. Oczywiście takie zdarzenie miało miejsce. W nocy zakradł się do torebki mamy i podprowadził tę sumę. Potem schował kasę w swojej tajemnej skrytce w łazience i położył się spać. Matka dopiero dwa dni później zorientowała się, że ich brakuje i nawet go nie podejrzewając, zwaliła to na kogoś z pracy. Przeznaczył je na drogi alkohol, garść marihuany i odrobinę kokainy. Z tym wszystkim zjawił się na osiemnastych urodzinach swojego najlepszego kolegi i wywołał u niektórych istną furorę. Następnie zapomniał o wszystkim. Jednak tym razem, żyjąc w tych nieludzkich warunkach i tym ciągłym, obezwładniającym uczuciu, nie może zapomnieć. Przyznaje się do bycia złodziejem, katuje się tą myślą, a robi to z taką intensywnością, że odczuwa z tego powodu fizyczny ból. Takie ściskanie gdzieś w okolicach mostka. Zaczyna patologicznie odczuwać to, co zrobił, wymierzając samemu sobie emocjonalną sprawiedliwość. Potem gdy już opada z sił, nie mając energii nawet na katowanie się, dopada go kolejna fala senności. Jest niespodziewana i nagła. Zasypia w okamgnieniu. Śni mu się, że jest gdzieś razem z Martą, idą przez nieznane miasto, podchodzą do jego samochodu, ona sięga do bagażnika i wyciąga kaftan. On wie, co będzie dalej. Sam go zakłada, pozwala zapiąć i poddając się, aby zawiozła go do szpitala, wsiada na fotel pasażera. Zwykle albo budził się w takim momencie, albo sen się urywał, lecz tym razem trwa nadal. Wkrótce trafia do zamkniętego pokoju i nawet w jakiś sposób tego chce. Kolejny raz wymierza sobie sprawiedliwość. Siedzi w izbie bez klamek z rękoma związanymi z tyłu, zastyga w bezruchu i spuszcza głowę. Więcej snu prawie nie pamięta, lecz nie budzi się. Potem widzi tylko jeden obraz – siedzi w tym kaftanie w jakimś publicznym miejscu, a wszyscy wytykają go palcami. Budzi się.

ROZDZIAŁ IX

I znów jest w tym koszmarze. Zupełna ciemność, brak możliwości ruchu, fetor moczu i te gryzące uczucia. W takich warunkach woli spać i śnić – nawet o szaleństwie, bo tamto jest wyzwoleniem i ulgą. Mija dużo czasu i nic się nie dzieje. Kolejny posiłek, kolejne sikanie, kolejny sen i kolejna ciemność. Po dwóch fazach snu pojawia się nieodparta chęć wypróżnienia się. Na początku zaciskając zwieracz, jak tylko może, walczy z tą fizjologiczną potrzebą, ale po jakimś czasie daje za wygraną i wali w majty. Czuje, jak kał wypełnia krocze, dalej rozsuwa się między nogi i pod pośladki, a chwilę potem dobiega jeszcze większy smród – tym razem gówna. Tuż po tym, mając ochotę uciekać od siebie samego jak najdalej, zaczyna rzęsiście szlochać, wyje wniebogłosy. Przypomina sobie niedawną codzienność, gdy kilka razy dziennie brał prysznic i gdyby miał okazję, to teraz chyba skończyłby ze sobą. Zaczyna zapadać się w sobie, płacz samoistnie mija i opanowuje go coś dziwnego. Wszystko widzi w czarnych barwach, już nie marzy, aby się uwolnić i nawet gdy wyjdzie, to sobie nie poradzi. Jest nic niewarty i nie ma ochoty na nic. Od tej chwili wszystko dzieje się w błyskawicznym tempie, on jest nieobecny i oderwany od samego siebie. Czas mija bardzo szybko, a w pamięci nie pozostaje prawie nic. Wkrótce zapada w sen, śpi bardzo długo, nie pamięta, co mu się śniło, potem się budzi i znów tkwi w fetorze, ciemności i bez szans.

Po jakimś czasie otwiera się właz i zjeżdża koszyk z jedzeniem. Nie czując nawet, czy jest to smaczne, zjada kilka kanapek, popija nijakim płynem i ponownie pozostaje czekać. Wtedy przestaje liczyć na szybkie uwolnienie. Tak, to był moment, gdy zrezygnował nawet z myślenia. W głowie tylko pustka i otchłań. Nic więcej. Potem pojawiają się obrazy z przeszłości, jednak nie cierpi, ale zapada się w sobie pod tym wpływem. Wszystko jest zatrute przez te uczucia. Nawet kolejne mechaniczne słowa z góry mówiące o tym, jak pobił znajomego, gdyż ten go obraził, nie robią już na nim żadnego wrażenia. Przypomina sobie całe zajście, ale jest mu to obce. Pozostanie w pamięci, lecz omija.

Po kilku kolejnych fazach snu, a jest to zupełnie nieokreślony czas, dostaje posiłek i butelkę coli. Zjada, w międzyczasie wypróżniając się pod siebie, potem popija i jedyne co wyczuwa, to dziwny smak pożywienia. Przez pewien czas leży, wszystko wokół jest czarne i odległe, już w ogóle nie próbuje się ruszać, nawet nie wie, czy oczy ma otwarte, czy zamknięte i nie istnieje nic poza hamakiem. Z każdą chwilą czuje się coraz bardziej senny. Chcąc się podrapać, unosi rękę, ale i z tego rezygnuje. Kładzie ją z powrotem na swoje łoże, ziewa jeszcze, nabierając głęboko powietrza i wkrótce zasypia.

ROZDZIAŁ X

Obudził się u siebie w domu, leżąc na kanapie i jedyne, na co zwrócił uwagę, to gigantyczny ból głowy. Znów tak samo, jak po przebudzeniu się w hamaku. Otworzył oczy, przez chwilę nie wiedział, co się dzieje, rozejrzał się, czy na pewno jest u siebie. Smętnie pokiwał do siebie głową i bardzo wolnym krokiem, wręcz powłócząc nagami, poszedł do kuchni, sięgnął do szafki, wyjął opakowanie proszków przeciwbólowych, wziął butelkę fanty i ruszył z powrotem. Idąc, spojrzał na siebie w lustrze i dostrzegł, że jest ubrany cały na biało. Nigdy nie posiadał takich ciuchów, ale nie zrobiło to na nim żadnego wrażenia – ot, tylko zarejestrował ten fakt. Łyknął dwa proszki, popił, napój postawił obok kanapy i się położył. Było obojętne, jaki jest dzień, która godzina i wszystko inne. W głowie miał tylko bezkresną pustkę. Jeszcze, sprawdzając, czy jest czyste (i takie było), sięgnął mechanicznie do krocza, przekręcił się twarzą do ściany i nie mogąc zmrużyć oka, leżał długie godziny. Za jakiś czas zrobiło się ciemno, on dalej leżał, potem się rozwidniło, a on nadal w tej samej pozycji. Poczuł nacisk na pęcherz, przez chwilę się wahał, czy w ogóle wstawać, lecz poszedł się odlać. Wrócił, popił i znów zaległ w tej samej pozycji. Nadszedł zmrok i dopiero zasnął. W tym czasie nic mu się nie śniło.

Obudził się, gdy już było jasno. Usiadłszy na kanapie, przeciągnął się i poszedł znów do toalety. Gdy się wysikał, poczuł nieodpartą potrzebę wzięcia prysznica. Ściągnął całkowicie białe ubranie, odkręcił kurki, wszedł i oderwany od samego siebie stał tak godzinę niemal w bezruchu. Potem, bez użycia mydła, wyszedł, wytarł się, nago przespacerował do pokoju, gdzie była szafa, założył stare dżinsy, taki sam tiszert, skarpety i poszedł do kuchni. Przez chwilę stał przed blatem, ale spojrzał na słoik z kawą i przygotował sobie jej kubek. Z nim wrócił do salonu, zastanawiając się, czy nie włączyć telewizora, rzucił okiem, ale zaniechał. Wypił kawę, odstawił kubek na ławę i rozejrzał się w poszukiwaniu komórki. Nie było jej w pobliżu. Po kilku minutach przetarł dłońmi twarz, wstał i zaczął szukać. Znalazł ją w sypialni obok łóżka. Była rozładowana, więc odszukał ładowarkę, podłączył i uruchomił. Po chwili zobaczył dziesiątki nieodebranych połączeń, tyle samo wiadomości i najpierw chciał je przeczytać, ale zrezygnował. Odłożył telefon i położył się tym razem na łóżku. Wkrótce zasnął.

Obudził go dzwoniący telefon. Nie miał pojęcia, która godzina, ale się ściemniało. Wstał, spojrzał na wyświetlacz i zobaczył, że to matka.

– Halo – odezwał się.

– Jezu kochany, jesteś! – mówiła matka, a głos jej wyraźnie falował pod wpływem emocji. – Wszystko z tobą, synku, w porządku?

– Tak, mamo, już tak.

– Co się z tobą działo?

– Daj mi dzisiaj spokój – odrzekł z wyraźną rezygnacją. – Zadzwonię jutro albo pojutrze.

– Tak się martwiłam… – W tym momencie dało się słyszeć, że z trudem opanowuje płacz. – Gdzie byłeś?

– Nie wiem, mamo, nie mam pojęcia.

– Jak to nie wiesz? – Rozpłakała się w słuchawkę.

– Nie męcz mnie, jestem zmęczony. Potwornie zmęczony.

– To odpoczywaj, synku, a zadzwoń, jak będziesz w stanie.

– Dobrze, zadzwonię – jego głos był cały czas pusty. – A teraz już rozłączmy się.

– Marta cię widziała, jak szedłeś za rękę z jakąś inną kobietą.

– Nie, mamo, to niemożliwe. – Nie zmieniał tonu. – Ale skończmy na dzisiaj.

– Dobrze, synku. – Pochlipywała w słuchawkę. – Koniecznie zadzwoń albo przyjedź.

– Do widzenia.

– Do widzenia, Mariuszku.

I rozłączył się. Przez dłuższą chwilę, trzymając telefon, stał i spojrzał na godzinę. Była dwudziesta pierwsza. Zerknął jeszcze raz na listę nieodebranych połączeń, potem na sms’y, znów przez chwilę się wahał, czy nie przejrzeć, ale zaniechał. Już chciał odłożyć aparat, gdy zwrócił uwagę na datę. To, co dojrzał, zupełnie go nie ruszyło, a właśnie szybko obliczył, że nie było go sześć dni. Z jednej strony bardzo długo, biorąc pod uwagę to, że nigdy nie miał takiej dziury w życiorysie, a z drugiej króciutko, zważając na ciągnącą się w nieskończoność niedawną mękę. Odłożył telefon na szafkę, poszedł do kuchni, wyjął pełną butelkę whisky, wziął szklankę i zabrał ze sobą do salonu. Butelkę postawił na ławie, a sam, nalewając sobie w międzyczasie pełno trunku, usiadł na kanapie. Sięgnął po pilota i włączył telewizor. Pierwsze, co się uruchomiło, to była Jedynka. Leciał program publicystyczny, a tych zwykle unikał, ale tym razem było wszystko jedno. Patrzył tępo, popijając. Zarówno obrazy, jak i dźwięki omijały go, a on pogrążony był głęboko w sobie.

Długo nie myślał o niczym. Przynajmniej świadomie. Ale po upływie godziny zaczął się zastanawiać, jak to możliwe, że ktoś go najpierw porywa, zamyka w jakichś podziemiach na wiszącym kilkadziesiąt metrów nad podłożem hamaku, przetrzymuje sześć dni, a potem niepostrzeżenie odstawia do domu. W dodatku musiał go po wszystkim umyć i przebrać w to pedalskie, białe ubranie, które teraz leży w łazience na podłodze. Jak by tego dokonał? Przecież trzeba by było najpierw znieść przez klatkę schodową, umieścić na przykład w jakimś samochodzie, zawieść gdzieś, gdzie jest to pieprzone podziemie, potem spuścić albo podciągnąć na odpowiednią wysokość i na koniec powtórzyć całą operację w odwrotnej kolejności. To mu się wydało jakieś nierealne. Jakby cały ten koszmar był tylko snem. Na dokładkę posiadał wiedzę o tylu jego występkach, a nawet przestępstwach z przeszłości. Skąd by o tym wiedział? Owszem, sam mógł to wszystko powiedzieć w jakiejś malignie, ale łącząc to z całą resztą, wydało mu się to niemożliwe. Chyba że ciemiężycieli było kilku. To by sporo wyjaśniało. Lecz po co mieliby to wszystko robić, a potem puścić wolno? Przecież takie rzeczy robi się dla okupu lub czegoś podobnego. Poza tym te warunki, w których był przetrzymywany… To nie trzyma się kupy…

Nalał sobie kolejną szklaneczkę i nadal beznamiętnie wpatrywał się w telewizor. Odruchowo otworzył notebooka i równie automatycznie sprawdził pocztę. Spłynęło kilkanaście maili, większość z nich była niemalże bez znaczenia, ale zwrócił uwagę na cztery od Marty. Przez chwilę chciał je przeczytać, ale wykasował, zamknął komputer i oparł się wygodnie. Cała sześciodniowa przeszłość istniała w pamięci, ale jakimś cudem, a może nie cudem, lecz swoistym sposobem ucieczki, była niemal obca. Jakby przydarzyła się komuś innemu. Przypominał sobie wszystko, ale prawie bez żadnych emocji. Nawet zwykły film ogląda się, je odczuwając, a co dopiero to… Nie czuł zupełnie nic, poza momentami, gdy wracał do zdarzeń ze swojej dawnej przeszłości, przypomnianych przez mechaniczny głos. Wtedy miał ochotę wstać z miejsca i pochodzić po mieszkaniu. Mimo wszystko wygrywała apatia i zostawał w pozycji siedzącej, oparty i ze szklanką w ręku. Tego wieczoru wypił ponad pół litra trunku, po czym przykrywając się jedynie małym kocykiem, leżącym zwykle na boku, zaległ na kanapie. Usnął około północy. Nie śniło mu się nic.

Po jakimś czasie zauważył, że sny o wariactwie minęły. Co więcej, stał się spokojniejszy, bardziej otwarty na ludzi. Praca zeszła na dalszy plan, zaczął częściej odwiedzać rodziców i znajomych, i wkrótce związał się z nową kobietą. Przyznał również, że tę historię opowiedział tylko mi, gdyż za bardzo bał się wyznać tego, co wiązało się z przewinieniami i przestępstwami. I po tym, jak to opowiedział, doznał ulgi. Wielkiej ulgi. Chyba miał rację autostopowicz, że prawda go wyzwoli… Przynajmniej tak się stało w tym wypadku.

Notatka na marginesie

Władca mojego czasu

ROZDZIAŁ I

Nazywam się Dariusz Gracjan. Był rok dwa tysiące pierwszy i miałem trzydzieści lat. To był dziwny czas. Nie tylko z powodu mojej osobowości. Na początku było normalne życie. Jak wiele innych. Nic niezwykłego. Praca, którą uwielbiałem, dom, do którego chętnie wracałem i coś pomiędzy. Zwykłe stosunki międzyludzkie, sporo rutyny, mnóstwo pasji, ale i oderwania od prawdziwego siebie. Pojawiło się zdarzenie. Przyczyna. Niby niepozorne, mało znaczące. Może przyczyn było więcej? Albo jedna, ale zupełnie inna? To, co się wydarzy, było tego konsekwencją. Szeregiem następstw jak w przypadku bilarda, gdzie bile chaotycznie rozbiegają się po stole po rozbiciu, by w końcu znaleźć się w łuzach. Był początek, ale i stał się koniec. A w zasadzie początek. Wszystkiego, co nowe, inne. Zarówno w życiu wewnętrznym, jak i zewnętrznym. Osobistym i zawodowym.

Nie wiedziałem, kim jestem, kim są ludzie. Choć ani jedno, ani drugie mnie nie interesowało. Liczył się dzień, noc i kolejny dzień. Ważne było, aby iść do przodu. Wypełnić swoje zadania, czasem coś więcej. A nawet dużo więcej. Żyłem zbyt szybko, wykonywałem swoje obowiązki należycie i sumiennie. Zastanawiałem się nad sensem tego wszystkiego, ale wolałem działanie. Zdarzało się, iż byłem roztargniony, lecz nie dopadała mnie nuda, a tym samym zgorzknienie. Miałem kilkoro przyjaciół, ale będąc głęboko zatopiony w samym sobie, praktycznie ich nie zauważałem. Dodatkowo praca, którą wykonywałem, angażowała mnie bez reszty, więc na nic nie miałem czasu. Pracując jako programista w jednej z radomskich firm, często wyjeżdżałem w delegacje do Krakowa i Warszawy.

Mieszkałem właśnie w Radomiu przy ulicy Kardynała Stefana Wyszyńskiego w jednym z bloków i było to dwupokojowe mieszkanie na trzecim piętrze. W mniejszym pokoju urządziłem sobie pracownię, gdzie ślęczałem nad przeróżnymi projektami na ogół związanymi z pracą, a w większym sypialnię i salon gościnny zarazem. Nie rozdzielałem sypialni od salonu, gdyż prawie nikt mnie nie odwiedzał. Jedynie czasami ktoś wpadał, zazwyczaj na urodziny czy imieniny. Ten pokój, w którym stało łóżko, był większy i miał około szesnastu metrów kwadratowych. Przy jednej ścianie stało właśnie ono i było to klasyczne łóżko na czterech nogach, bez pojemnika na pościel. Przy nim stała szafka, a na nie lampka. Przy przeciwległej ścianie stół z czterema krzesłami, a po obu stronach dwa wygodne fotele. Poza tym od strony okna kolejna szafka, na niej sprzęt audio, natomiast dwie kolumny rozmieszczone były w rogach. Przy przeciwległej ścianie, tuż obok znajdujących się tam drzwi stał telewizor na kolejnej szafce. Nie używałem górnego światła, takiego z żyrandola, a włączałem głównie lampkę, więc panował tam prawie zawsze półmrok, sprawiając wrażenie oderwania od reszty świata. I prawdę mówiąc, to oderwanie było ze mną nierozłączne, od kiedy tylko pamiętam. Zwykły dotyk zawsze mnie paraliżował, sprawiał, że niemal traciłem zmysły. A na pierwsze dotknięcie ręki przez kobietę reagowałem skurczem mięśni. W ogóle impulsy były chwilami nie do zniesienia. Najchętniej odciąłbym się od wszystkiego z zewnątrz i zamknął w czterech ścianach, tyle że zauważałem tę kuszącą moc świata innych ludzi. I próbowałem. I próbowałem. I próbowałem…

Była połowa października i wracałem z Krakowa pociągiem. Posiadałem samochód, ale przemierzanie takich odległości koleją wydawało się wygodniejsze. Usiadłem w jednym z przedziałów, obok było już kilka osób: młoda matka z dzieckiem, które, co dziwne, zachowywało się nadzwyczaj spokojnie i starsza kobieta w wieku mniej więcej sześćdziesięciu lat. Razem ze mną wsiadły dwie dziewczyny ciut młodsze niż ja. Od razu zwróciłem uwagę na jedną z nich, gdyż była idealnie w moim typie. Trochę niższa ode mnie, z długimi włosami w kolorze niemalże kasztanowym, dość szczupła, twarz pociągła, usta nie za duże, ale kobiece, nos nieco zadarty, wysokie czoło, lekko wystające kości policzkowe, lecz to, co najbardziej mnie urzekło, to jej jasno-piwne oczy; powieki, sprawiając wrażenie delikatności, nostalgii, a może i pewnego rodzaju smutku, opadały po zewnętrznej części. Była ładną dziewczyną, ale nie klasyczną pięknością i jej oczy kontrastowały z delikatnym uśmiechem skrzącym się na licu prawie przez cały czas. Później nazwałem ją sobie Śledzona. Ta druga była blondynką, dość tęga, z okrągłą twarzą i nieco podwójnym podbródkiem.

W szkole podstawowej podkochiwałem się w jednej dziewczynie z klasy i przez jakiś czas marzyłem o niej jak o swojej przyszłej żonie. Chętnie jej pomagałem w przedmiotach ścisłych, bo z innymi miałem problemy, kilkakrotnie zdarzyło się porozmawiać w cztery oczy i wszystko szło w dobrą stronę. W rozmowie z kolegą powiedziałem, co do niej czuję, a on zaproponował, abym to wyznał. Następnego dnia ubrałem się wyjątkowo ładnie, przyszedłem do szkoły przed czasem i zająłem ławkę bezpośrednio za nią. Później było sporo przepychanek z dziewczynami, które zwykle tam siedziały, ale udało się je przekonać. Czekałem tylko na koniec lekcji i na to, że odprowadzając ją do domu, wyznam swoje uczucia. Jednak na trzeciej przerwie odwróciła się i z uśmiechem stwierdziła, że chyba coś planuję, skoro siedzę tak blisko. Na początku nie chciałem mówić, ale po jej słowach, żebym się nie wstydził, postawiłem wszystko na jedną kartę. Drżącym głosem się oświadczyłem. Przy wszystkich. A ona zaczęła się śmiać. A razem z nią cała klasa. Uciekłem czym prędzej z lekcji i udając zapalenie wyrostka robaczkowego, nie pojawiłem się w szkole przez pięć dni.

Będąc w pociągu, siedziałem, obserwowałem i przysłuchiwałem się, o czym Śledzona rozmawia z koleżanką. Po kilkunastu minutach zrozumiałem, że obie mieszkają także w Radomiu, więc serce mi mocniej zabiło. Za pewien czas usłyszałem, jak ma na imię. Wcześniej znałem jedną dziewczynę o tym imieniu, okazała się nieuczciwa, ale zawsze uśmiechnięta i kobieca. W tym czasie posługiwałem się w życiu schematami, więc skojarzenia rodziły się same. Skrzywiłem się, aż koleżanka obecnej zwróciła na to uwagę. Natychmiast zrobiłem poważną minę, ostentacyjnie rzuciłem okiem za okno, a po chwili spuściłem głowę. Jednak było w Śledzonej coś, co sprawiało, że miałbym ochotę sprawdzić, czy jest taka sama. Jakaś mała część mnie mówiła mi, że to ktoś zupełnie inny, a wyczytałem to, jak się wydaje, z jej oczu.

Jechałem z rodzicami do rodziny pociągiem, będąc dzieckiem. Była zima i gdy wsiedliśmy do przedziału, było strasznie zimno, więc oznajmiłem to, a oni rozkręcili ogrzewanie na maksimum. Jednak gdy pociąg stał na stacji, ono nie działało. Opóźnienie było spore, toteż się trząsłem z zimna. Potem gdy pociąg ruszył, prawie natychmiast zaczęło się robić potwornie gorąco, a ja trochę zawstydzony tym, że wcześniej narzekałem, nie ośmieliłem się poprosić o zmniejszenie ogrzewania. Powtarzałem sobie, że przecież chciałem cieplej i teraz mam za swoje. Moje nastawienie było konsekwencją wcześniejszych wyborów.

Po następnych kilku minutach zrozumiałem, że Śledzona mieszka gdzieś blisko centrum, ale dokładny adres oczywiście nie padł. W pewnym momencie zwróciła uwagę, że się na nią gapię, kilkakrotnie zmieniła pozycję, potem przeczesała włosy, aż ściszyła głos do tego stopnia, że koleżanka musiała prosić o powtarzanie słów. Sięgnąłem do torby, wyciągnąłem książkę i zacząłem udawać, że czytam. Przelatywałem wyraz po wyrazie, jednak do świadomości nie trafiała żadna treść. Nasłuchiwałem ważnych informacji, a myśli miałem rozbiegane. Przeszłość, teraźniejszość, przyszłość. A nawet abstrakcja. Ale związana z nią. Łąka, niewielkie wzniesienie, a na nim my oboje. Słoneczna pogoda, brak wiatru i śpiew skowronka gdzieś wysoko. Nieco niżej, na pobliskiej drodze stoi moje auto, do którego wcale nam nie spieszno, a my trzymamy się za ręce…

W ciągu następnej godziny dowiedziałem się o niej całkiem sporo, między innymi, że nie ma faceta. Próbując ułożyć sobie plan poznania jej, przewracałem kartki. W pewnym momencie wpadło mi do głowy, aby pójść za nią w Radomiu i gdy będzie już sama, nawiązać znajomość. Zamknąłem książkę, wzrok skierowałem za okno i wyobraźnia kolejny raz popłynęła. To co, że nigdy nie zaczepiłem żadnej kobiety na ulicy. Tym razem miało być inaczej.

Dojechaliśmy do Radomia, nieco zwlekałem i wysiadłem z pociągu dopiero w ostatniej chwili, gdy Śledzona była już przy wyjściu z peronu. Ruszyłem jej śladem. Na początku szła razem z koleżanką w stronę centrum, ale po kilkuset metrach ta druga odbiła w bok, a ja poszedłem śladem wybranki. Jak do tej pory nie zwróciła na mnie uwagi. A co by było, gdyby zobaczyła śledzącego ją chłopaka? Jak by się poczuła? A jak ja?… Idąc na północ, mijaliśmy kolejne ulice, było ciemno i podążałem za nią w odległości mniej więcej dwustu metrów. Przeszliśmy niedaleko mojego domu, potem Parku Kościuszki i po kilkuset metrach skręciła w ulicę Partyzantów. Wtedy przyspieszyłem kroku, aby nie zgubić jej z oczu i za chwilę weszła do jednego z domów. Stanąwszy kilkadziesiąt metrów od niego, czekałem, czy weszła tam na dobre, czy tylko na chwilę i czy zaraz nie wyjdzie. Zapaliłem papierosa i nerwowo dreptałem w miejscu. Nie pojawiła się przez następne pół godziny, więc uznałem, że tam mieszka. Nie dogoniłem jej. Nie zacząłem rozmowy… Ale z drugiej strony, znając adres, mogłem w przyszłości poczekać i ją zaczepić. Wróciłem do domu, cały czas o niej myśląc, położyłem się spać i wkrótce zasnąłem.

Już kiedyś w przeszłości śledziłem jedną dziewczynę. Miałem wtedy dziewiętnaście lat, była nieco wyższa ode mnie i wyjątkowo piękna. Sam nie wiem czemu, ale nazwałem ją sobie Wiosna. Chadzałem za nią przez prawie dwa tygodnie. Liczyło się to, co miałem w głowie. I tylko to. Potem odpuściłem sobie śledzenie i już sprawę uznałem za przegraną, ale któregoś razu zaprosił mnie kolega na imprezę. Gdy tylko tam wszedłem, zobaczyłem, że Wiosna siedzi na kanapie i rozmawia z moim najlepszym kolegą. Mając nadzieję, że zwróci na mnie uwagę, podszedłem, przedstawiłem się i usiadłem obok niej. Stało się inaczej. Nawet na chwilę na mnie nie spojrzała, a gdy próbowałem ją zagadywać, ignorowała, jakbym nie istniał. Wziąłem go na stronę i oznajmiłem, że ją śledziłem i jest moim ideałem. Ironicznie się uśmiechnął, pokiwał głową, poklepał mnie po ramieniu i wróciliśmy. Kilka minut później, kiedy jeszcze miałem odrobinę nadziei, opowiedział jej, co robiłem i stwierdził, że jestem w niej po uszy zakochany. Jak się ze mnie śmiała. Wręcz pokładała się. Zrobiło mi się bardzo gorąco, poczułem pulsowanie w głowie i natychmiast wyszedłem. Przestałem się do niego odzywać. Od tamtego czasu wolałem pozostać sam, a przyjaciół traktować z rezerwą.

Następnego dnia poszedłem normalnie do pracy, siedziałem tyle, co zwykle i wróciłem do domu. Tam zająłem się zaległym projektem z pracy i ślęczałem przed komputerem w swojej pracowni do około jedenastej w nocy. Potem przeszedłem do pokoju, gdzie stało łóżko, usiadłem na fotelu i aby nieco się wyluzować, na chwilę włączyłem telewizor. Wkrótce zjadłem kolację. To prawda, że posiłek przed snem nie jest najzdrowszy, ale byłem głodny, a jak wiadomo, Polak głodny – Polak zły, więc po co się złościć na noc? Chyba to bardziej szkodzi niż drobny posiłek… Jakieś pół godziny później wziąłem prysznic i położyłem się spać.

Postanowiłem się dobrze ułożyć do snu, więc przewróciłem się na brzuch. Zamknąłem oczy i zaraz zaczęły się pojawiać obrazy z minionego dnia. A to praca, a to sytuacja zza kierownicy, aż wreszcie Śledzona z dnia poprzedniego. Niby wiedziałem, gdzie mieszka, ale wspomnienie, że nic nie zrobiłem, sprawiło, że przewróciłem się na bok. Myśli rozbiegane, gwałtowniejsze wciąganie powietrza i szybkie machanie stopą. Powtarzałem sobie, że miło będzie usnąć, odpocząć, aby nazajutrz być w pełni sił, lecz cały czas ten mętlik w głowie, więc musiałem zmienić pozycję. Znów na brzuch, podkurczyłem rękę, położyłem dłoń pod klatkę piersiową, a głowę bezpośrednio na jaśku. Kilkanaście minut i nadal nici ze snu, toteż odwróciłem się na plecy. Ręce pod głowę, nogi skrzyżowane, a całe ciało proste. Zacząłem liczyć barany i oddychać miarowo, głęboko. Kiedyś wyczytałem o specjalnym sposobie nabierania i wypuszczania powietrza, który podobno bardzo odpręża i pozwala szybciej zasnąć. Wciągałem powietrze najpierw przeponą aż do pełna, potem dociągałem klatką piersiową; następnie wydech – wpierw wypuszczałem z brzucha, a potem z klatki. Po kilkunastu razach poczułem ciepło niemal w każdym zakamarku ciała i kilka minut później zaczęła drętwieć twarz, potem okolice szyi, mostka, następnie ręce, brzuch, aż wreszcie nogi. Nie przerażało mnie to, bo czytałem, że to normalne objawy. Niestety, nadal nie mogłem zasnąć.

Poleżałem tak jeszcze jakieś dwadzieścia minut, czyli w sumie ponad godzinę. Bardziej rozbudzony, niż przed pójściem do łóżka, wyszedłem na spacer. Nie za ciepło się ubrałem, ponieważ nie chciałem się spocić, bo wiedziałem, że będę chodził szybko, aby w ten sposób poczuć zmęczenie i potem łatwo móc zasnąć. Skierowałem się w stronę Parku Kościuszki. Tuż przed nim zdecydowałem się pójść w ulicę obok, jeszcze trochę się pokręcić, aby później wrócić i wolno pospacerować. Czemu jej nie zaczepiłem?… Całe dzieciństwo chodziłem po lesie. Jeździłem z bratem do dziadków na wakacje, od pierwszego dnia chodziliśmy na grzyby i zbieraliśmy całe koszyki. Potem, aby zarobić na skromne kieszonkowe, jechało się do miasta i sprzedawało je. W czasach dzisiejszych grzyby pojawiają się dopiero w zasadzie we wrześniu, a wtedy przecież były już w czerwcu, co świadczy o zmianach klimatu. Dodatkowo było kilka jeziorek leśnych głębokich nawet na metr, a obecnie te miejsca są zupełnie suche. Na jednym z takich mokradeł, bawiąc się w rozbitków, zrobiliśmy sobie z bratem tratwę i pływaliśmy. Do dziś jak jestem w okolicy, chętnie odwiedzam to miejsce, z nadzieją zobaczenia choćby niewielkiej ilości wody. Na próżno. Poziom wód gruntowych spadł na tyle, że znikła ona nawet z kanału melioracyjnego, a ojciec opowiadał, iż łowił tam szczupaki.

Wróciłem do parku z lekko podwyższonym tętnem. Teraz była pora na odpoczynek wśród drzew i papierosa. Dość jasna noc, na niebie tylko trochę chmur, księżyc niemal w pełni, a w oddali prześwitujące między pniami światła miasta. Cisza przerywana szumem konarów i liści strącanych przez podmuchy wiatru. Wiało raczej mocno z jeszcze większymi porywami, unosząc od czasu do czasu setki liści z ziemi. Za kilka minut niebo przykryła wielka, czarna chmura i zrobiło się ciemniej, mimo iż wokół było trochę latarni. Nagle potężny podmuch wiatru uniósł w powietrze cały ocean tego, co na ziemi. Osłoniłem twarz i słyszałem coś jakby zawodzenie nagich koron drzew, a dźwięki te przyprawiły mnie o delikatne zapadnięcie się w głąb siebie – zupełnie jak podczas jakiegoś letargu. Wtedy stało się coś niezwykłego. Nogi zrobiły się jak z waty, a serce zaczęło łopotać niczym napędzone wiatrem. Nic dziwnego nie słyszałem, a zarazem miałem wrażenie, że ktoś wołał wraz z podmuchami. Dokładnie się rozejrzałem i popatrzyłem, czy nikogo nie ma. Było po północy, ulice puste i tylko rozdygotany ja. Po paru sekundach wiatr przycichł, a z nieba zaczął siąpić drobny deszcz. Szybkim krokiem, choć na nieco zwiotczałych nogach, ruszając w stronę domu, nie umiałem zracjonalizować siebie obecnego. Zdawałem sobie sprawę, że nie zasnę, toteż wiedząc, iż to dobry środek nasenny, poszedłem do domu, wziąłem kluczyki od samochodu i pojechałem po kilka piw. Pomaga się wyluzować, tworzy poczucie znużenia i błogości. Wypiłem trzy i położyłem się spać. Wreszcie mogłem usnąć.

Mając około ośmiu lat, byłem z bratem u rodziny na wsi i bawiąc się w chowanego, wszedłem do małej stajni. Ciemnej i ciasnej. Skrywszy się w rogu, byłem pewien, że tam mnie nie znajdzie. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie źrebak. Dostał istnego amoku. Zaczął skakać, wierzgać, rzucać się, a ja coraz bardziej tuliłem się w kącie. W pewnym momencie tak machnął nogami, że mnie uderzył w udo. Przestał istnieć cały świat, wokół mrok, a przed oczyma tylko szalejące zwierzę. Miałem wrażenie, że za chwilę zginę.

ROZDZIAŁ II

Nie wiem, czy mi się coś śniło, czy nie, ale obudziłem się około czwartej nad ranem. Co się ze mną dzieje? Gwałtownie wstałem z łóżka. Bardzo szybko zacząłem chodzić w te i nazad. Panicznie przyspieszałem kroku. Jakbym chciał przed czymś uciec. Każdy mój ruch był obcy. Odbijałem się a to od jednej, a to od drugiej ściany. Tylko ruch będzie wybawieniem. Coś jakby mnie goniło. Więc czym prędzej. Jak najdalej. Najszybciej. Dokładnie się rozejrzałem. Raz. Następny. Kolejny. Dookoła. Wszędzie. Nic. Tylko ja i ciemny pokój. Brak myślenia. Absolutna pustka w głowie. Zarazem natłok impulsów. Kakofonia doznań. Amok. Noc. Oddech płytki. I szybki. Raptowny. Bicie serca. W piersi. W głowie. Zaciskanie pięści. Prostowanie palców. Aż do bólu. Spinanie mięśni. Dreszcze. Włączyć muzykę. Może telewizor. Doznawać normalnie. Tylko jak? Niemożliwe. Brak percepcji. Trzeba wyjść na dwór. Ubrać się. Odgonić. Dotyk ubrań. Zacisk butów. Klucze. Są. Schody. Jak na nie trafić? Nogi. Najpierw światło na klatce. Włącznik. Kroki w dół. Skąd to echo? Drzwi zamknięte. Klamka. Chłód. Cisza. Stąpanie. Uciekać. Biegiem. Naprzód. Gdziekolwiek. Chodnik. Trawnik. I ulica. Zapalić papierosa. Dym. Przez usta. Do płuc. Zaciągać się najgłębiej. W ruchu. Zbyt szybkim. Machać rękoma. Zaraz odpadną. Dyszenie. Oczyma dookoła. Zaparkowane samochody. Drzewa. Bloki. Domki. Zbyt blisko. Tupanie. Światło latarni. Obce. Zimne. Coraz szybciej. Daleko. Nie czuć. Nie widzieć. Nie istnieć…

Wreszcie powoli ustępowało, ja coraz to zwalniałem kroku, zaczynałem oddychać głębiej i spokojniej. Po mniej więcej dwudziestu minutach bardzo szybkiego marszu mogłem wracać do domu i próbując w pamięci przywołać ten stan, zacząłem się zastanawiać, co to było, ale bez efektu. Istniały tylko niesprecyzowane wspomnienia, których nie byłem w stanie ubrać ani w słowa, ani w obrazy. Przez pewien czas miałem wrażenie, że to, co czułem, to nie byłem ja. Coś mną zawładnęło, a ego zrzuciło na dalszy plan osobowości. Jakbym stał się zniewolony, a może i opętany… Wróciłem spokojnym krokiem do domu i położyłem się spać. Przyszło to bez najmniejszego kłopotu.

Obudziłem się. Był kwadrans po dziewiątej. Piętnaście minut wcześniej miałem być w pracy. Chwyciłem za telefon i usprawiedliwiłem spóźnienie. Wziąłem błyskawiczny prysznic, pojechałem. Na całe szczęście nic ważnego się nie wydarzyło, więc nie miałem nieprzyjemności. Dzień powoli mijał i prawie bez przerwy myślałem o tym, co mi się stało w nocy. Zabierałem się do czegokolwiek, a przed oczyma stawała jakże zmieniona psychika. Pisząc na komputerze, widziałem swoje ręce, które jakimś dziwnym sposobem wydawały się nie moje. Coś utknęło w głowie i w każdym momencie dawało o sobie znać. Obserwacja zwykłych przedmiotów była odmienna niż dnia poprzedniego. Ekspres do kawy szumiał inaczej. Cukier rozpuszczał się z dziwnym namaszczeniem – nie był już słodzikiem, ale czymś, co ma duszę i mieszając cząsteczki z wodą, nabierał innego wymiaru swojej istoty. Najdrobniejsza rzecz, którą wykonywałem, wciągała w siebie. Przez to, wytężając umysł, całą uwagę skupiałem na niepotrzebnych szczegółach. Pod koniec dnia byłem tak bardzo wyczerpany, że mało nie usnąłem za kierownicą w drodze powrotnej do domu. Jechałem i tuż przed zakrętem oczy zaczęły się same zamykać, więc wydałem z siebie nieartykułowany krzyk. Gdy stanąłem na światłach, znów opadły powieki i powrót na jawę zawdzięczam trąbieniu samochodu stojącego za mną. Jak tylko znalazłem się w domu, padłem na łóżko i usnąłem.

Ocknąłem się około dwudziestej, leżąc na wznak i zastanawiałem się, co mi się przydarzyło w ciągu ostatnich dwudziestu czterech godzin. Zjawisko było tak nietypowe, iż przyprawiało mnie o zmienioną świadomość zarówno w nocy, jak i za dnia. Tkwiłem na łóżku, aż do głowy przyszła mi Śledzona. Adres znałem, ale na tym się na razie kończyło. Co mógłbym zrobić, aby ją poznać? Przecież nie zapukam do drzwi i nie powiem, że mi się podoba i że ją śledziłem. To by ją zapewne wystraszyło. Co więc dalej?

Po dwugodzinnej drzemce wiedziałem, że szybko nie zasnę, toteż miałem kilka godzin, żeby zrobić coś miłego. Wpadło mi do głowy, aby stanąć obok jej domu i zobaczyć, czy gdzieś nie wychodzi. Było to mało prawdopodobne, gdyż było za późno, ale postanowiłem spróbować. Poszedłem. Było ciemno, tylko kilka latarni, nie wiało, a nad głową gwiaździste niebo. Stanąwszy jakieś sto metrów dalej, zapaliłem papierosa i czekałem. Przechodzili od czasu do czasu różni ludzie: jedni młodzi, drudzy nieco starsi, a każdemu z nich dobrze się przyglądałem, czy wśród nich nie ma kogoś znajomego, bo nie wiem, jak bym się wytłumaczył z powodów czekania w takim miejscu. Na szczęście przez najbliższą godzinę nikogo nie spotkałem. Widziałem tylko zapalające się i gasnące światła w jej domu. Na koniec jeszcze rozejrzałem się i ruszyłem do siebie. Nie za bardzo wiedząc, czy powrót do domu to dobry pomysł, bo ciągle zastanawiałem się nad moim nocnym stanem, zwiesiłem głowę, minę zrobiłem ponurą i człapałem. Gdy przechodziłem obok parku, pojawiła się jakieś dwieście metrów przede mną. Rozpoznałem ją natychmiast. Sam do końca nie wiem, co sprawiło, że potrafiłem tego dokonać z takiej odległości, ale byłem pewien, iż to ona. Zasłaniając twarz, błyskawicznie skręciłem przez trawnik do parku, usiadłem tyłem na najbliższej ławce, a w głowie miałem istny obłęd myśli. Próby zastygnięcia w bezruchu lub zapadnięcia się pod ziemię. Wokół park, noc i tylko ona za plecami. Spuściłem głowę, skuliłem się, jak tylko mogłem i słyszałem jej kroki za sobą. Najpierw dość ciche, z lewej strony, ale z każdą sekundą głośniejsze. Im była bliżej, tym bardziej starałem się zniknąć. Gdy była gdzieś za mną, nagle szurnęła podeszwą o chodnik. Wstrzymałem oddech. Chciałem się obejrzeć, aby zobaczyć, czy nie idzie w moją stronę, ale przecież mogłaby mnie poznać. Wytężyłem słuch. Ale kroki, stopniowo się ściszając, przemieściły się w prawo i z każdą sekundą podążały dalej. Wziąłem głęboki oddech. Gdy była już kilkadziesiąt metrów dalej, powoli wstałem i tak samo wolno ruszyłem za nią. Szła tam, gdzie można by się spodziewać – do domu. Śledziłem ją, aż weszła do bramy, stanąłem w odległości około stu metrów i jeszcze chwilę poczekałem. Szybko jednak do mnie dotarło, że jest już po dwudziestej pierwszej i o tej porze na pewno nigdzie nie wyjdzie, więc po kilku minutach wróciłem do domu.

Zasiadłem przed komputerem i zastanawiałem się, czy co tydzień wraca o tej samej porze, czy tym razem było to jednorazowe. Wtedy jeszcze nie miałem żadnego planu, jak ją zaczepić, ale wiedziałem, że jeśli jest to cykliczne, to może być przydatne w przyszłości. A gdyby tak następnym razem na nią zaczekać i spróbować się z nią poznać?… Poszedłem do kuchni coś zjeść, ale tak jak w pracy postrzeganie było całkowicie zmienione. Chwilami wydawało się, że mogę zrozumieć istotę materii. Pojąć, jak to się dzieje, że te same pierwiastki zmieszane ze sobą w innych proporcjach, są tak odmienne. Widziałem masło wtapiające się w chleb, wędlinę rozszczepiającą swą całość na moje życzenie pod naciskiem noża. Wrzucona torebka herbaty do szklanki gorącej wody wydawała z siebie swą duszę i wypełniała nią zawartość naczynia. Zrobiłem kilka kanapek i zasiadłem przed telewizorem. Dokładnie słyszałem delikatne mlaskanie, zgrzytający szelest rozgryzanego posiłku, a każda z tych czynności była ożywiona i dająca się idealnie sprecyzować. Mogłem niemal oznaczyć ich miejsce we wszechświecie. Obrazy z telewizora tworzyły taką samą realność jak to, co dookoła. Nie było żadnej różnicy. Chwilami łapałem się na tym, że przestaje mnie interesować świat codzienny i na przykład zapominam o gryzieniu pożywienia: trzymam go w ustach, nie ruszam żuchwą i nie przełykam. Trochę jakbym był w jakimś rodzaju snu – to, co powinno normalnie docierać, było odległe, a to, co nieistotne, stawało się najważniejsze. Hierarchia bodźców była pomieszana, zakłócona i wywrócona do góry nogami… Jak tylko skończyłem posiłek, ogarnęła mnie kolejna fala senności. Zmyłem naczynia, wziąłem prysznic i znów się położyłem. Sen przyszedł w okamgnieniu.

Po raz drugi obudził mnie ten sam nieprawdopodobny stan. Znowu zacząłem nerwowo chodzić po pokoju. Wszystko obce. Przecież nic się nie dzieje. Tylko dom, cisza, spokój i ja. Nie da rady. Spojrzeć na łóżko. Przybliża się. Rośnie. Jest za blisko. Może stół? Tak daleko. Nie dosięgnę. To z dziesięć metrów. Nawet dalej. Oddala się. Brak konturów. Rozmazuje się. Mrugać oczyma. Wyostrzyć wzrok. Niemożliwe. Wszystko faluje. Drży. Ręce. Czyje ona są? Nie moje. Dotknąć policzka. Zdrętwiałe. Chropowate. Nie czuję. Opuszki palców. Igły. Włączam telewizor. Głosy dudnią. Nie rozumiem. Zza światów. Pogłos. Zostają w głowie. Słowo projekt. Co znaczy? Jaki projekt? To o mnie. Ktoś to zaplanował? Jestem w pułapce. Nie uwolnię się. Wiedzą o mnie. Kto? Ten facet patrzy na mnie. Widzi mnie. Uciekać. Na dwór. Biegiem. Papierosa. Już ich nie ma. Może za blokiem? Chwila. Już. Pusto. Jak najwięcej ruchów. Rękoma. Nogami. Tułowiem. Nadal to moje ciało. Dyszenie. Szum tętna w głowie. Mówić do siebie. Głośniej. Upewnić się, że jestem w stanie. To mój głos. Krawężnik. Kurtka. Koniec papierosa. Pet. Zdeptać. Ręce wiszą. Nogi giętkie. Jeszcze dalej. Stopy kleją się. Najdalej…

Po około dwudziestu minutach zacząłem się uspokajać. Wtedy zwolniłem, przestałem machać nerwowo rękoma i oddech stał się płynniejszy. Kolejny raz próbowałem przywołać wspomnienia, może sprecyzować odczucia. Nic. To samo, co poprzednio. Był tym samym nieogarnialnym stanem umysłu. Gdy próbowałem skupić się i okiełznać to, stawały mi w myślach niejasne obrazy tego, co czułem. Ciężko to wyrazić słowami, ale miałem wrażenie, że to był sen, którego nie da się w żaden sposób zmierzyć. A może nie sen, ale inna rzeczywistość? Powoli wróciłem do domu i niedługo zasnąłem.

ROZDZIAŁ III

Obudziłem się tym razem o właściwej porze. Może czas iść do lekarza? Koniec końców zjawisko to było niewytłumaczalne, a zarazem tak poważne. Jeśli będzie się powtarzało, muszę coś z tym zrobić. Przecież zacząłem zaniedbywać obowiązki w pracy, a przede wszystkim byłem oderwany od samego siebie, co jeszcze bardziej mnie nakręcało. Postrzeganie rzeczywistości zakłócone, a wykonywanie większości czynności zajmowało dwa razy więcej czasu. A to próbowałem dostrzec formę egzystencji w działaniu mikroprocesora komputerowego, a to nadawałem w myślach szczególnego znaczenia sposobowi, w jaki się przeciągam czy ziewam. Na przykład kasłanie było niemal namacalne. To znaczy nie bezpośrednie odczucia z tym związane, ale sama czynność. Nabierało swoistej nuty życia i mimo że było wytworzone przez zmuszony do tego organizm, wydawało się samodzielną istotą przychodzącą człowiekowi z pomocą. I w podobny sposób mijał cały dzień, a życie powoli oddalało się, odchodziło w zapomnienie. Rzeczywistość, jaką postrzegałem kilka dni wcześniej, stawała się obrazem w pamięci. Odpływała gdzieś w niebyt… Pracę skończyłem później niż zwykle, ponieważ nie zdążyłem wszystkiego zrobić na czas. Znowu po powrocie do mieszkania ledwo żyłem, jednak tym razem postanowiłem wytrzymać zmęczenie i nie kłaść się spać. Po chwili namysłu ubrałem się i poszedłem w pobliże domu Śledzonej.

Gdy już tam stanąłem, znowu zaczęło się mieszać w głowie. Jednak, mimo wszystko, czekałem. Próbując odgonić niepotrzebne myśli, paliłem papierosa za papierosem. Po około czterdziestu minutach zobaczyłem ją wychodzącą, więc nieco się cofnąłem, przytuliłem do ogrodzenia, lecz ruszyła w moją stronę. Przez chwilę nie wiedziałem, co robić, ale odruchowo zacząłem iść w tę samą stronę. Doszedłem do skrzyżowania, skręciłem w lewo i gdy znalazłem się już za rogiem, podbiegłem pod wejście do jakiegoś budynku, tam się schowałem. Wtuliłem się plecami w mur, wstrzymałem oddech, głowę odchyliłem do tyłu i przymknąłem oczy. Wytężyłem słuch i po pewnym czasie usłyszałem kroki. Coraz głośniejsze. Natychmiast odwróciłem się twarzą do ściany i spuściłem głowę. Stąpanie jeszcze przez moment nabierało głośności, ale chwilę potem zaczęło słabnąć. Odczekałem może pół minuty i wyszedłem. Nagle wyłoniła się zza rogu. Błyskawicznie schyliłem się, aby zawiązać but, mimo że wcale tego nie wymagał. Jej kroki nie zwolniły i skierowały się w lewo, z każdą sekundą zaczęły się ściszać. Powoli się wyprostowałem, ale głowę cały czas miałem opuszczoną. Chwilę później ruszyłem w stronę skrzyżowania i zobaczyłem, że idzie niecałe sto metrów dalej. Spokojnie odczekałem jeszcze moment i poszedłem za nią. Szła teraz małą ścieżką w stronę ulicy Pileckiego, tam skręciła w prawo, za chwilę przeszła przez Struga i wreszcie skierowała się do budynku, gdzie mieści się klub fitness. Weszła. Od razu dotarło do mnie, że jest to czynność, którą prawdopodobnie wykonuje cyklicznie, więc pojawił się w głowie pomysł, aby spróbować to jakoś wykorzystać. Stanąłem w znacznej odległości i czekałem, a percepcję nadal miałem zmienioną. Półtorej godziny później wyszła, więc znów się odwróciłem plecami i za chwilę za nią poszedłem. Udała się prosto do domu tą samą trasą. Było ciemno. Tym razem, gdy tylko schowała się w bramie, wróciłem do siebie. Zjadłem co nieco, wziąłem prysznic i padłem do łóżka. Kolejny raz zmysły wyłączyły się w momencie, gdy ciało dotknęło pościeli.

Tak jak mogłem się spodziewać. Około pierwszej w nocy obudził mnie ten sam stan. Wszechogarniający, despotyczny. Brak świadomości. Zajrzeć w głąb siebie. Zamknąć oczy. Skupić się. Jak najbardziej. Nic mi nie grozi. Stanąć twarzą w twarz. Co widzę? Pustka. Zewsząd. Ogromne rozmiary. Może bezkresna masa. Ni to kule. Ciemne. Bez kształtu. Bez barwy. Przytłacza. Zaciska się. Dusi. Oddech. Oddychać. Wszystko naciera. To zbyt wielkie. I ciężkie. Czuję. Widzę. Wysysa ze mnie życie. Chce zgnieść. Otworzyć powieki. Ciało. Powłoka. Niepotrzebna. Oblewa. Z każdej strony. Ginę. Inny wymiar. To jakaś gra. Percepcja. Ucieka. Ręka kilkumetrowa. Dotknąć stołu. Nadal mogę. Papierosa. Robię to czyimś ciałem. Dym. Do płuc. Szaro wewnątrz. Wnika. Miesza się. Krew. Pulsuje. Smak. Metaliczny. Ubrać się. Na dwór. Biegać. Uciekać. Palić. Rzucać rękoma. Czuć. Nadal to ja. Ulice. Pusto. Mówić. Na głos. Coś mnie goni. Dookoła bloku. Puls. Ktoś idzie. Ciszej. Schować się. Zobaczy. Do przodu. Byle gdzie. Najdalej…

Rano, po przebudzeniu zadzwoniłem do pracy z informacją, że jestem chory i ruszyłem do prywatnego lekarza. Nie próbowałem się dostać do przychodni, ponieważ obudziłem się za późno i nie było na to szans. Nie wiedząc, co się ze mną dzieje, postanowiłem najpierw iść do internisty. Gdy dowiedziała się, co mnie sprowadza, dokładnie zbadała i skierowała do neurologa. Tego samego dnia poszedłem do tegoż specjalisty i opowiedziałem o moich problemach, a on zaczął wypytywać, czy ostatnio nie uderzyłem się w głowę albo w kręgosłup. Potem stukając w kolana, sprawdzał reakcje nerwowe. Zaglądał do oczu. Badał mnie na różne sposoby dobre pół godziny, po czym przypisał leki mające pomóc, wydał skierowanie do psychiatry, na badania EEG, analizę krwi i dostałem piętnaście dni zwolnienia z pracy.

Do domu wróciłem całkowicie pozbawiony szans na rychłe wyzdrowienie. Wiedziałem, że jeżeli dostałem skierowanie do psychiatry, mój stan będzie się ciągnął tygodniami, a może i miesiącami, jeśli kiedykolwiek się zmieni na dobre. Poza tym zrozumiałem, że muszę dobrze zastanowić się nad ewentualnymi tego przyczynami, zanim do niego pójdę. W ten sposób będę mógł więcej powiedzieć o codziennych problemach, a on szybciej postawi diagnozę i szybciej przystąpi do leczenia. Jak tylko wykupiłem leki, to się do siebie uśmiechnąłem i szybciej niż zwykle wracałem do domu. Przyłapałem się na tym, że kilkakrotnie obejrzałem, co to za środki, jak się nazywają, skład. Zacząłem je traktować, jak swoistą świętość i przez kilka najbliższych dni zajmowały w hierarchii ważności jedno z czołowych miejsc. Zgodnie z zaleceniem lekarza zacząłem je zażywać, ale niestety na początku nie odczuwałem żadnej różnicy w samopoczuciu. Nie zaobserwowałem powrotu do dawnego postrzegania zjawisk, mając czasem kłopoty z zaśnięciem.

Po południu położyłem się spać i drzemałem około dwóch godzin. Jak się obudziłem, spojrzałem na zegarek i była prawie osiemnasta. Szybko wstałem, ubrałem się, poszedłem obserwować Śledzoną. Tym razem stanąłem z drugiej strony jej domu i czekałem, a percepcja była nadal zmieniona. Po mniej więcej piętnastu minutach zobaczyłem znajomego idącego tą samą ulicą. Nerwowo spojrzałem mu w oczy, zrobiłem kilka bezsensownych kroków w tę i nazad, i na początku nie miałem pomysłu, jak się wytłumaczyć z tego, że tu stoję. Podszedł, przywitał się, a ja naprędce wymyśliłem historyjkę, że czekam na kolegę z pracy, gdyż mam go zaraz odwieźć samochodem do domu. A co będzie, jak spyta, gdzie auto? Na szczęście zamieniłem z nim tylko kilka słów i poszedł w swoją stronę. Śledzona pojawiła się po piętnastu minutach i szła od drugiej strony, więc mogłem bezpiecznie pozostać w tym samym miejscu, jednak, na wszelki wypadek, odwróciłem się nieco w bok i kątem oka ją obserwowałem. Oddech zamarł. W pewnej chwili chciałem się odwrócić i jak najszybciej oddalić, ale to zapewne dałoby jej do myślenia. Słyszałem kroki, a te zbliżały się i zbliżały. I zbliżały. Wzrok miałem spuszczony, ale kątem oka zauważyłem, że skręciła i znikła u siebie. Postałem jeszcze prawie godzinę, ale ponownie się nie pojawiła. Na początku chciałem stać tam o wiele dłużej, ale byłem niezwykle zmęczony.

Kończył się dzień, a ja pod osłoną leków wiedziałem, że muszę kolejny raz stanąć twarzą w twarz z nocnym problemem. Oglądałem telewizję do późna, a obok, delikatnie rozświetlając mrok pokoju, włączona była tylko lampka. Siedząc tam, chciałem się odprężyć, a potem położyć do łóżka jak najbardziej zrelaksowany. W ten sposób miałem nadzieję, iż usnę bez żadnego problemu i być może stan się nie pojawi. Do wyrka wskoczyłem grubo po drugiej. Niestety, nic nie wskazywało, że szybko zapadnę w sen. W głowie kłębiły się myśli, wspomnienia z dnia i nocy. Jedne kojarzyły się z innymi, tamte z kolejnymi i tak powstawał w głowie potworny wyścig pojęć i przemyśleń powodujących kłopoty z zaśnięciem. Nie pomagało ani liczenie baranów, ani nawet wcześniej wspomniana technika oddychania.

Mając około siedemnastu lat, cierpiałem na bezsenność. Wielokrotnie później próbowałem znaleźć przyczynę, ale bez efektu. Nie było ani żadnego zawodu miłosnego, ani problemów w szkole. Potrafiłem nie zmrużyć oka nawet przez trzy noce. Jak się czułem, idąc ledwo żywy do szkoły? Zostawać w domu nie chciałem, bo jeszcze bardziej musiałbym się męczyć z próbami uśnięcia. Siedziałem w ławce i starałem się skupić na lekcjach, ale nie szło mi to zupełnie. Okres ten był kiepski, jeśli chodzi o oceny. Tak samo niespodziewanie, jak się to pojawiło, minęło jakieś dwa miesiące później. Teraz, przewracając się z boku na bok, leżałem i zasnąłem dopiero około piątej rano.

To cykliczne uczucie obudziło mnie około wpół do dziewiątej. Było zupełnie jasno, ale mimo to ten stan nie był wcale lżejszy. Nie pomogły też leki. Jedynym pozytywem brania ich było skrócenie czasu potrzebnego do powrotu do stanu normalnego. Zresztą mogło to być spowodowane innymi czynnikami, takimi jak przyzwyczajenie się, czy światło słoneczne. Dopiero później zrozumiałem, iż leki trochę pomagają, bo co prawda nie eliminują nocnego stanu ani zmienionej percepcji, ale nieco je łagodzą. Jeśli chodzi o siłę zjawiska, to doszedłem do ciekawych spostrzeżeń: nie byłem w stanie ocenić ich po tym, co czułem i widziałem. Było to na tyle obce, że nie miałem punktu odniesienia. Jedynym kryterium oceny skali były moje reakcje. To jak szybko chodziłem, czy mówiłem do siebie, czy nie i ile wypaliłem papierosów. I te przesłanki stały się wyznacznikiem choroby. Odmianą od standardu był fakt, że nie mogłem wyjść na dwór, bo był dzień i na ulicach byli ludzie, a nie chciałem pokazywać się nikomu w takim stanie. Zachowując się dokładnie tak samo, jak za każdym poprzednim razem, kilkanaście minut chodziłem po mieszkaniu w tę i z powrotem. Każda próba racjonalizacji kończyła się identycznie. Nawet gdy było jasno, czułem się, jak w jakiejś ciemnicy, czyli jakby oderwany od prawdziwych realiów świata zewnętrznego. Zaciśnięty w szczelnym kokonie odizolowującym od prawdziwej percepcji. Zamknięcie oczu po raz kolejny zbliżało do ciemnych kształtów, które nacierały z każdej strony, tłamsząc całe ego do postaci punktu. Zdałem sobie sprawę z jeszcze jednego szczegółu. Gdy pojawiał się ten stan, to w ustach miałem ni to smak, ni odczucie – tego też nie byłem w stanie sprecyzować. Chodziłem tak po domu najszybciej, jak potrafiłem, powoli się uspokajając, aż światło słoneczne znów docierało w normalny sposób.

Stan minął po około piętnastu minutach, ale nie chciałem wracać do łóżka, bo wiedziałem, że jeśli wytrzymam dzień bez zmrużenia oka, wieczorem zasnę i może będę na tyle zmęczony, iż on nie wyrwie mnie ze snu. Poszedłem do kuchni, zrobiłem sobie małe śniadanie i kawę. Stała się rzecz niesamowita. Otóż zdałem sobie sprawę, że bezpośrednio po wyjściu z tego stanu, postrzegam świat normalnie. Nie ma żadnych „dziwnych” przedmiotów. Wszystko jest jak dawniej. Czajnik wyglądał normalnie, chleb był chlebem, masło zwyczjanie się rozsmarowywało, a nuż nie był narzędziem do wiwisekcji. Zacząłem się zastanawiać, jak mogę to wykorzystać na co dzień i czy to zjawisko chwilowe, czy długotrwałe. Jeśli długotrwałe, to może uda się normalnie funkcjonować? Nie kłaść się ponownie do łóżka, a wieczorem iść spać wcześniej? Jednak było zbyt wiele niewiadomych i postanowiłem poczekać na rozwinięcie się sytuacji.

ROZDZIAŁ IV

Około jedenastej poszedłem na badania EEG. Przyczepili mi w różnych miejscach głowy elektrody, a aparatura kreśliła krzywe odzwierciedlające stany elektryczne mózgu. Jak się nazajutrz okaże, niczego złego nie stwierdzono. Jeśli chodzi o analizę krwi, było podobnie. Tymczasem leżałem na kozetce z zamkniętymi oczyma i dostrzegłem, że tak jak ponad godzinę wcześniej odczuwam normalnie, więc jeśli tak dalej pójdzie, trzeba będzie podporządkować rytm swojego dnia temu fenomenowi.

Wyszedłem z gabinetu i postanowiłem rozejrzeć się za dobrym psychiatrą, więc udałem się do jednej z klinik, gdzie przyjmował jakiś profesor. Na całe szczęście nie musiałem długo czekać, gdyż jeden z pacjentów odwołał wizytę, zrobiło się wolne okienko, więc wciśnięto mnie właśnie w nie. Gdy opowiedziałem, co mi jest, popatrzył, zmarszczył czoło i zaczął zadawać takie same pytania, jak ja sam sobie po pierwszej ciężkiej nocy. Na przykład czy nie mam stresującej pracy, kłopotów osobistych, czy nie widziałem jakiegoś zdarzenia, które by mnie wytrąciło z równowagi. Przez chwilę zastanowiłem się, czy nie opowiedzieć o zdarzeniu w parku, lecz zrezygnowałem. Mając nadzieję, że może on znajdzie coś, czego ja nie dostrzegam, streściłem za to jak najwięcej drobnych szczegółów z życia. Były to stresujące sytuacje w pracy i życiu osobistym. Trochę dziwnie patrzył, a na koniec spytał, dlaczego o tym wspominam. Odpowiedź była prosta – chciałem wyzdrowieć jak najszybciej. Po półgodzinnej rozmowie nie było żadnych wniosków, dopytał, jakie leki zażywam, a gdy udzieliłem odpowiedzi, wypisał receptę z, jak się okazało, silniejszym środkiem i polecił przyjść za tydzień.

Spotkałem kiedyś chłopaka, który brał psychotropy przez trzy lata bez przerwy, a gdy chciał odstawić, czuł się wręcz fatalnie. Na tyle źle, że zgłosił się do szpitala na izbę przyjęć. Tam mu wyjaśnili, że jest uzależniony i kazali przez następne pół roku przyjmować inne prochy (nieuzależniające) łagodzące stan psychiczny. Całkowicie wyszedł z tego dopiero po roku i kosztowało go to sporo wysiłku i nerwów. A ja nie spytałem, czy te moje uzależniają. W domu nie posiadałem dostępu do internetu ani nie miałem kogo spytać, więc nie wiedziałem na ich temat nic.

Tak się zaczął okres zwolnienia z pracy i domowej samotności, ale także walki z własnym sobą. Bogatszy o nowe spostrzeżenia zacząłem przystosowywać swój zegar biologiczny do zaistniałych realiów. Wiedziałem, że w ten sposób stanę się niewolnikiem, ale będę żył jak kiedyś. W nocy zrywałem się w tym samym stanie i wypalając papierosa za papierosem, chodziłem przed blokiem nerwowym krokiem. Aby móc żyć jak dawniej, nie wracałem do łóżka i kładłem się spać dopiero późnym wieczorem. I to, że się nie kładłem po nocnym koszmarze, okazało się strzałem w dziesiątkę – wtedy postrzegałem normalnie. Niestety było bardzo wiele minusów tym spowodowanych. Zbyt wiele, aby normalnie funkcjonować. Średnio spałem po cztery do pięciu godzin, ponieważ kładąc się około dziewiątej wieczorem, zwykle budziłem się około pierwszej, drugiej, czasem trzeciej. A ta ilość snu generowała całą masę następstw i emocji. Zacząłem prowadzić dziennik „władcy mojego czasu”, zapisując w nim, o której ten stan zerwał mnie z łóżka, ile papierosów wypaliłem, jak długo potrzeba mi było na powrót do normalności i ile godzin pozwolił spać. Kolejną rzeczą skutecznie utrudniającą życie była zbyt duża ilość wolnego czasu. Dzień rozpoczynałem około drugiej nad ranem, a kończyłem około dziewiątej wieczorem, więc miałem do dyspozycji prawie dwadzieścia godzin. Po dwóch dniach zrozumiałem, że muszę ten czas zagospodarować jak najbardziej, aby nie zmorzył mnie sen.

Ułożyłem sobie szczegółowy plan zajęć. W nocy, po oswobodzeniu się ze stanu wypijałem dwie kawy, zasiadałem do komputera i pisałem program na potrzeby firmy, w której pracowałem. Przeznaczałem na to cztery godziny. Następnie zjadałem śniadanie i aby nie zasnąć, wychodziłem na długi spacer. Codziennie tą samą drogą, w tym samym miejscu przechodziłem przez ulice. Wędrowałem tak dwie godziny, po czym wracałem i zajmowałem się mieszkaniem. Rozpocząłem gruntowne sprzątanie. Pierwszego dnia wziąłem się za łazienkę i zajęło to prawie trzy godziny. Nigdy nie było tam tak czysto. Potem zjadałem drugi posiłek, wypijałem kolejne dwie kawy i czytałem książkę. Spędzałem przy tym cztery, pięć godzin. Po tym czasie kawa przestawała działać i musiałem zająć się czymś aktywnie. Zacząłem fizycznie ćwiczyć. Pompki, podciągnięcia, brzuszki i rozciąganie się. Trwało to średnio czterdzieści pięć minut. Następnie chwilę pogapiłem się w telewizor, czy przygotowywałem obiad. Albo wymyślałem jakieś dania, albo sięgałem po książkę kucharską i coś pitrasiłem. W tym dziwnym czasie nauczyłem się dobrze gotować oraz opracowałem siedem własnych przepisów na potrawy.

Tego dnia wieczorem poszedłem pod dom Śledzonej. Stanąłem tak, jak zwykle, w jakiejś odległości i czekałem aż się pojawi. Dreptanie w miejscu, papieros za papierosem, w głowie spory rozgardiasz. Ale percepcja wróciła do normy. Tyle było dobrego. (O wiele później zdałem sobie sprawę, że choroba doprowadziła mnie do takiego stanu, że prawie nie rejestrowałem tego, co na zewnątrz – na przykład jaka była pogoda.) Była mniej więcej dziewiętnasta, gdy zobaczyłem ją wychodzącą z domu. Może powinienem się jakoś przebrać albo nawet zmienić wygląd, na przykład malując sobie zarost? Ale gdybym go miał, to spotkawszy kogoś znajomego, byłbym spalony… Miała na ramieniu torbę i szybko zrozumiałem, że najprawdopodobniej idzie na fitness. Poszedłem za nią i szybko się przekonałem, że się nie myliłem. Gdy tylko tam weszła, powędrowałem na prawie godzinny spacer, bo wiedziałem, że szybko stamtąd nie wyjdzie. W stronę starówki na pewien czas i wolnym krokiem wróciłem pod klub. Wyszła po mniej więcej półtorej godzinie, więc znów się nieco ukrywając, ruszyłem za nią. Jak najostrożniej, udając, że jestem tu przypadkiem. Ciemność to mój sprzymierzeniec. W pewnym momencie lekko odwróciła się do tyłu. Jednak szedłem jak gdyby nigdy nic. Głowa do dołu. Przygarbiony…. Idąc jej śladem, niejako odprowadzałem ją do domu. W tym czasie stawała się coraz bliższa i coraz ważniejsza, gdyż śledząc ją, myślałem o niej, a to najlepsza pożywka dla emocjonalnego zaangażowania. Poza tym czułem się coraz gorzej na co dzień pod wpływem nocnych przeżyć, więc uciekałem od nich w coś piękniejszego i milszego. A taka ucieczka była wybawieniem. Gdy już znikła w bramie, zapaliłem papierosa, postałem jeszcze przez chwilę i wróciłem do domu. Do planu dnia dołączyłem także wędrówki za Śledzoną i był to najmilszy jego punkt. Uciekałem wtedy w marzenia i nie wiele więcej mnie interesowało. Wielokrotnie, gdy kładłem się spać, stała mi przed oczyma: widziałem, jak się uśmiecha, jak rozmawia z koleżanką i przypominałem sobie jej sposób poruszania się. Mimo iż byłem z nią twarzą w twarz tylko przez krótki czas, wydawało się, jakbym ją znał od wieków. Siedzimy razem w jakiejś knajpie, patrzymy sobie w oczy, ona jest szczęśliwa, a ja, czując jej bliskość i słysząc głos, dzielę z nią ten stan.

Wróciłem do domu, położyłem się dość późno, a w nocy obudził mnie ten sam koszmar. Było tak jak poprzednio i zacząłem się w jakiś sposób do tego przyzwyczajać. Znów nie położyłem się spać, aby mieć niezmienioną percepcję, i miałem przed sobą bardzo długi dzień.

Codziennie wprowadzałem kolejne poprawki zapełniające czas jak najbardziej. I tak, po czterech dniach dodałem godzinne czytanie literatury fachowej, i aby móc tego dokonać, w trakcie porannego spaceru kupowałem odpowiednie czasopisma, a czasem książkę. Wiedziałem, że muszę coś robić, aby nie usnąć i nie zaprzątać głowy chorobą. Czułem się czasem jak w wojsku, gdzie każda czynność jest o swojej, ściśle określonej porze i każda jest przymusowa. Oczywiście ja byłem tego twórcą i nie wymagałem od siebie doskonałych wyników, a jedynie systematyczności. Mogłem się czymś zająć, a nie musiałem denerwować, gdybym nie zdążył na czas – na przykład z napisaniem programu.

I tak mijały kolejne dni, a noc przynosiła ten sam koszmarny stan. Dzień był wybawieniem, a kładąc się, czekałem na mojego mistrza. Codziennie zmagałem się ze sobą, a czas uspokojenia stał się punktem zero, od którego wszystko się zaczynało niemal identycznie. Owszem były różnice, ale prawie nic nieznaczące. Głównie polegały na tym, co jadłem, co czytałem. Każda kolejna doba przynosiła to samo. Po sześciu dniach dodałem kolejne zajęcia. Coraz bardziej przemęczony i niewyspany wypełniałem punkty harmonogramu i ja, jako osoba, schodziłem na drugi plan. Pierwszy raz w życiu najważniejszą rzeczą nie było to, jak przeżyć, ale to, aby w ogóle przeżyć i zdrowo postrzegać świat. Mimo narzuconego scenariusza na życie miałem coraz mniej potrzeb. To, co niegdyś było najistotniejsze, teraz stało się czymś drobnym. Pewne elementy życia niedawno niezbędne dla szczęścia, w teraźniejszości nie znaczyły nic. Inne nieistotne, stały się najważniejsze. Cały system wartości uległ kapitalnej przebudowie. Śmiało mogę powiedzieć, że to nie byłem już ja. Był to człowiek o tym samym ciele, a cała reszta była inna.

Kolega opowiadał kiedyś, że uczestniczył w kursie przetrwania. Mieszkali przez dwa tygodnie w namiotach, spali tylko po trzy czy cztery godziny, a resztę stanowił trening, marsz i próby zorganizowania sobie jedzenia. Mówił, że najbardziej wyczerpujący był rytm, w którym wszystko było o ściśle zaplanowanym czasie, bez możliwości spontanicznego odpoczynku czy choćby wytchnienia. To istny wyścig z samym sobą i z instruktorem. Kiedy ja narzuciłem sobie ten specyficzny rytm dnia i nocy, czułem się chyba podobnie. Praktycznie wszystko pasuje. Zarówno mała ilość snu, jak i systematyczność czynności. Co więcej – ja też to robiłem, aby przetrwać, więc był to dla mnie survival, tyle że w warunkach domowych.

ROZDZIAŁ V

Następnego dnia, będąc nieco zmęczonym, siedziałem w domu trochę bezczynnie. Jak by tu zbliżyć się do Śledzonej? Na początku nic mi nie przychodziło do głowy, ale po pewnym czasie przypomniałem sobie starą znajomość z dziewczyną o tym samym imieniu – z tą, która była nieuczciwa. To podsunęło pewien pomysł. A gdyby tak sprawdzić nastawienie obecnej do pieniędzy? Zrobić coś, co zbadałoby ją pod tym kątem? Zacząłem intensywnie myśleć i w końcu mnie olśniło. Był to pomysł zarówno dziwny, jak i szalony. Postanowiłem zabawić się w gubienie portfela na jej drodze. Śledzić z klubu fitness do domu, następnie wyprzedzić, rzucić go na ulicę, którą pokonuje i udać, że zgubiłem. Teraz się tego wstydzę, rozumiejąc, iż było to w jakiś sposób manipulowanie nią, ale wtedy pomysł ten wydał się idealny. Jednakże przecież nie zaryzykuję i nie rzucę na chodnik portfela ze wszystkim, co mam? Z kartami płatniczymi, kredytową, dowodem osobistym, rejestracyjnym, prawem jazdy i wszystkimi pieniędzmi? Ale w szufladzie miałem stary i mocno zniszczony portfel, więc mogłem włożyć do niego tylko rzeczy, z utratą których bym się pogodził. Chcąc sprawić wrażenie, iż jest to prawdziwa zguba, włożyłem kilkadziesiąt złotych, tak, aby wyglądało, że tracę coś cennego, dołożyłem kilka swoich wizytówek i parę cudzych. Zdawałem sobie sprawę, że osoba inteligentna dojrzy tych kilka moich.

Pozostało jeszcze przetestować swój plan pod względem czasowym. W ciągu dnia, kiedy ona była najprawdopodobniej w pracy, poszedłem pod jej dom i używając zegarka z sekundnikiem, sprawdzałem czasy tego, co zamierzam zrobić. Najpierw przeszedłem tempem podobnym jak ona i tą samą drogą – od klubu do domu. Następnie pobiegłem drogą taką, jaką mam ją wyprzedzić. Mimo iż dystans był znacznie dłuższy, na szczęście okazało się, że biegiem jestem o ponad minutę szybszy. To była dobra informacja. Problemem pozostawało, aby mnie nie zauważyła, jednak biorąc pod uwagę, że śledzę ją od dłuższego czasu i do tej pory tego nie odkryła, to mogłem przypuszczać, iż tak będzie i tym razem. Jak na razie wszystko pasowało do założenia. Miałem tylko nadzieję, że biegnąc, nie spotkam po drodze kogoś znajomego, gdyż to zakłóciłoby całe przedsięwzięcie i wszystko musiałbym powtarzać kilka dni później, a czekać już nie chciałem. Wtedy zadałem sobie pytanie: co, jeśli zapyta, co robiłem w okolicach jej domu?… Wróciłem do domu szybciej niż zwykle, krok miałem sprężysty, a i uśmiech nie schodził z twarzy. Pozostało czekać do wieczora.

Wtedy wziąłem ten portfel w kieszeń i poszedłem w okolice jej domu. Tym razem stanąłem nieco dalej, bo akcja była zbyt ważna. Było pochmurnie, czasem spadały drobne krople, nie wiało. Spojrzałem na niebo i wydawało się, że chmury zaraz zwalą się na głowę. Wypalałem papierosa za papierosem. Przypuszczałem, że tego dnia pójdzie na fitness. W pewnym momencie wyobraźnia prawie zastąpiła rzeczywistość. Ona odbiera portfel, uśmiecha się, a ja zapraszam ją na randkę. To było tak blisko. Potem spotykam się z nią, miłe rozmowy, kolejne uśmiechy, odprowadzam ją wreszcie do domu i zaprasza do siebie. Seks był dla mnie z jednej strony ważny, ale potrafiłem się obyć bez niego. Najważniejsza była bliskość i to niesprecyzowane uczucie, gdy czuje się jedyną w swoim rodzaju ulgę i wytchnienie od wszystkiego innego. A ja, aby liczyć na to wytchnienie, ostatnio miałem mnóstwo powodów. Budzimy się rano przytuleni do siebie, czując nawzajem bicie serc i słysząc oddech. Mimo że stałem na chodniku, to myślami byłem razem z nią.

Wyszła około dziewiętnastej trzydzieści, poszedłem za nią. Kolejny raz stąpałem bardzo delikatnie, niemal bezgłośnie, nawet starałem się oddychać jak najciszej. Głowa do dołu, ręce przyklejone do tułowia, a klatka piersiowa ściągnięta do przodu, tak, że byłem zgarbiony. Podążałem w odległości mniej więcej stu metrów. A może zwolnić i zostać bardziej z tyłu? Ale mogę ją zgubić. Nogi mi drżały, dłonie się pociły, a uszy rejestrowały każdy najmniejszy szmer. W końcu doszliśmy w okolice klubu i tam weszła. Jakby wielki ciężar spadł, a nogi się prawie ugięły. Tym razem nie oddalałem się stamtąd na krok, gdyż za bardzo zależało mi na wykonaniu zadania. Dreptanie w miejscu, sprawdzanie godziny i kolejny fajki. Oczywiście pojawiły się pewne wątpliwości, ale byłem w takim stanie, że szybko je odrzuciłem.

Mniej więcej o dwudziestej pierwszej wyszła i ruszyła w stronę domu, więc gdy tylko, idąc dalej prosto, minęła ulicę Struga, ja skręciłem w lewo. Pobiegłem do Niedziałkowskiego, skręciłem w prawo i dalej w lewo w Partyzantów, pokonując dość znaczną odległość. Biegłem ile sił w nogach. Serce mało nie wyskoczyło. Z ledwością łapałem oddech. Nie pamiętam niczego poza przymusem działania. Świat nie istniał. Liczył się tylko plan… Wyprzedziłem ją i dotarłem pod jej dom. Rozejrzałem się, czy nie ma nikogo w pobliżu, kto mógłby znaleźć portfel, rzuciłem go na chodnik i obejrzałem się, czy przypadkiem mnie nie zobaczyła. Była oddalona o jakieś dwieście metrów. Szybkim krokiem schowałem się w jednej z bram. Było zupełnie ciemno. Serce wcale nie zwalniało. Ręce się pociły. Patrzyłem tylko, czy złapie przynętę… Zbliżyła się, zwolniła kroku, schyliła i podniosła go. Na chwilę stanęła w miejscu, obejrzała, po czym schowała do kieszeni i spojrzała w moją stronę. Niemal znikłem przytulony plecami do muru, a zarazem miałem wrażenie, że jestem oświetlony światłem reflektora. Przez chwilę stała w bezruchu i ruszyła. W moją stronę?… Zrobiła kilka kroków i znikła w swojej bramie. Czułem się, jakbym wypił kilka piw. W głowie szumiało, przed oczyma kręciło i jedyne, na co miałem ochotę, to usiąść. Chwilę odsapnąłem i znów biegiem ruszyłem do siebie. Wróciłem do domu i pozostało tylko czekać.

Tego dnia nie mogłem zasnąć w ogóle, więc wpatrując się bezmyślnie w nieinteresujące programy, siedziałem przed telewizorem. Nie byłem w stanie robić nic konkretnego, toteż rozmyślając o manipulacji, ślęczałem na fotelu, a światło, jak zwykle, pochodziło tylko z lampki. Jak bardzo jestem nieporadny, skoro uciekam się do takich metod? Przecież gdybym był zaradny i rozsądny, to poznałbym ją już tego dnia, gdy ją zobaczyłem po raz pierwszy. Poznał i wywnioskował, jaka jest, bez uciekania się do takich forteli. Zacząłem tego żałować. Poza tym, nawet gdy zadzwoni, a potem odbierając „zgubę”, się z nią spotkam, to co dalej?… Do około szóstej rano siedziałem w ten sposób na fotelu bez odrobiny snu i czułem się potwornie zmęczony. Jedynym plusem było to, że nie pojawił się koszmar, bo nie miał kiedy, ponieważ nie zmrużyłem oka, a jak dotąd przychodził tylko wtedy. Potem poszedłem na długi spacer i ten dzień był wyjątkiem w ostatnich planach zagospodarowania wolnego czasu. O dziwo nie chciało mi się za bardzo spać, gdyż tak bardzo mnie nakręcała manipulacja. Po prostu albo się włóczyłem po mieście, albo ślęczałem przed telewizorem, czekając na telefon. I tyle.

Ta nieuczciwa znajoma nie była w moim typie, ale zainteresował się nią kolega z ówczesnej pracy. Zaczął zapraszać ją do knajp, restauracji, aż w końcu spędzili u niego noc. Rano, kiedy pojechała, zobaczył, że brakuje mu w portfelu kilkuset złotych. Na początku był pewien, że zginęły w inny sposób, ale po następnej jej wizycie brakowało także karty do bankomatu. Swoją drogą, to trzeba być niespełna rozumu, aby w ten sposób kraść. Zaprosił ją jeszcze raz do restauracji i wtedy otwarcie przy wszystkich stwierdził, że jest złodziejką. Krzycząc, zaczęła go wyzywać od naciągaczy i natychmiast wyszła. I więcej się nie spotkali. Czy Śledzona może okazać się podobna?

Tego dnia się nie odezwała. Każda o tym imieniu jest nieuczciwa! Powiedziałem do siebie: „a nażryj się tym portfelem!”… Położyłem się spać około ósmej wieczorem i błyskawicznie zasnąłem. Około drugiej w nocy obudził mnie ten stan. Było identycznie jak poprzednio. Potem mocno zrezygnowany wróciłem do swojego planu dnia.

Tuż po osiemnastej zadzwonił telefon. Numeru nie znałem. Sięgnąłem po niego. Przed oczyma migotał ekran. Wstrzymałem oddech. Odebrać, czy nie? A jeśli odkryje moje zamiary?… Odebrałem i dość anemicznie powiedziałem „słucham”. To była ona! Przywitała się, po chwili spytała, czy czegoś nie zgubiłem, na co ja, że owszem – portfel. Jej głos wydał się najpiękniejszy na świecie. Miałem co prawda obawy, ale wewnętrznie kipiałem. Powiedziała, że go znalazła i czy chcę odzyskać. Oczywiście, że chciałem. Jak możemy się umówić, spytałem spokojnym głosem. Zaproponowała spotkanie na następny dzień, o dziewiętnastej przy Parku Kościuszki. Zgodziłem się. Pożegnałem się i zostało oczekiwanie. Przez długi czas, wykonując swoje zaplanowane czynności, działałem jak nakręcony. Takiego siebie już zdążyłem zapomnieć. Zasypiając, miałem ją przed oczyma. Trochę odpłynąłem, a fantazja przyniosła liczne obrazy, jak może wyglądać najbliższe spotkanie i dalsza przyszłość… Tej nocy koszmar powrócił i wydaje się, że był ciut słabszy, na co prawdopodobnie miał wpływ fakt oczekiwania na coś bardzo przyjemnego. Druga sprawa, że w jakiś sposób zacząłem się przyzwyczajać do tych stanów, więc, aby się ich jak najszybciej pozbyć, już wiedziałem, co robić.

Nadeszła godzina stawienia się po odbiór portfela, więc nieco wcześniej, niż powinienem, wyszedłem z domu i stanąłem w umówionym miejscu. Stąpałem w tę i nazad, nerwowo sprawdzałem godzinę, rozglądałem się we wszystkie strony. W każdej pojawiającej się osobie, choćby była daleko, doszukiwałem się jej. W pewnym momencie nawet zastanawiałem się, czy jestem w stanie ją poznać. W głowie wytworzył się obraz osoby raczej przypominającej fantazję niż rzeczywistość. Poza tym byłem przytłoczony stanem ciągnącym się już od kilku dni, ale aktualna sytuacja niezwykle nakręcała. Jak wytłumaczyć obecność w portfelu tylko niewielkiej sumy pieniędzy i wizytówek? Wymyśliłem historyjkę, że karty i dokumenty trzymam gdzie indziej. I najważniejszą rzeczą było, aby umówić się na randkę, ale na to kompletnie nie miałem pomysłu. Już niejednokrotnie poznawałem dziewczynę, która mi się podobała i nie potrafiłem tego pociągnąć. Zawsze brakło języka w gębie i na zwykłej znajomości poprzestawałem. Może tym razem będzie inaczej? W końcu już się jej trochę naśledziłem, wkładając w to sporo energii i czasu.

Pojawiła się niemal punktualnie. Wyglądała świetnie i od czasu podróży pociągiem mogłem się przyjrzeć z bliska po raz pierwszy. Oczy mi zapłonęły. Chodzący ideał. Tak, mimo że nim nie była, to wtedy postrzegałem ją jako ideał. Zbliżając się, rozejrzała się, jakby sprawdzała, czy nikogo więcej nie ma i czy to oby na pewno ze mną się umówiła. Zamarłem w bezruchu, wstrzymałem oddech, a w głowie słyszałem rytmiczne uderzenia tętna. Po chwili uśmiechnęła się i będąc o jakieś pięć metrów, stwierdziła, że już się chyba z widzenia znamy. Potwierdziłem, udając jednak, że się dobrze przyglądam. A wewnętrznie mnie roznosiło. Po chwili bez słowa wyciągnęła portfel i przekazała mi go. Ja tylko na nią spojrzałem, podziękowałem i…

Mając dwadzieścia kilka lat, lubiłem chodzić po lesie. Potrafiłem wyruszyć wczesnym przedpołudniem, włóczyć się bez celu i wrócić dopiero wieczorem. I tak naprawdę nie za bardzo mnie interesowało, co widzę wokół. Jakieś ładne widoki? Ptaki albo drzewa? To nie miało większego znaczenia. Owszem lubiłem na nie popatrzeć, czasem dziwić się niezwykłą naturą, ale w gruncie rzeczy liczyło się to, co miałem w głowie. Potrafiłem całymi dniami snuć marzenia, wyobrażać sobie, co by było, gdyby. Wymyślałem całe, długie i skomplikowane historie, jak mogłoby potoczyć się moje życie. Raz wymyśliłem, że wyjeżdżam za granicę, a zdając sobie sprawę, że jestem przywiązany do miejsc, wizja była tym dziwniejsza. I prawdę powiedziawszy, tłumaczyłem sam przed sobą swoją marzeniową decyzję. Może tak będzie lepiej? Może tam odnajdę to, czego pragnę? Choć w rzeczywistości pragnąłem takiego życia, jakie miałem. Rodziła się pewna rozbieżność między codziennością a imaginacją. I może to ta rozbieżność jest źródłem tego, co robię?

Stojąc naprzeciwko Śledzonej, myślałem, aby na jaw nie wyszła manipulacja! Widzieliśmy się w pociągu i może to być kolejnym klockiem układanki, którą rozwikła i mnie przejrzy! W zasadzie to właśnie ta myśl mnie tak bardzo dotknęła, więc to, co się chwilę potem stało, było tego następstwem. Udając, że odzyskanie go niezwykle cieszy, patrzyłem raz na nią, a raz na portfel. Podziękowałem, spytałem, czy coś się należy za oddanie zguby, a wyrażałem się niezwykle oficjalnie i zdawkowo. Stwierdziła, że miała blisko, zwrot zguby to drobiazg i nie ma o czym mówić. Jeszcze raz wyraziłem swoją rzekomą wdzięczność, po czym odwróciłem się na pięcie i ruszyłem do siebie. Powolnym krokiem odszedłem…

Po powrocie do domu zrobiłem grymas twarzy, który nie mógł być podobny do żadnego innego: oczy przymknąłem, górną wargę podciągnąłem do góry, dolną w dół, ale nie było to zwykłe otwarcie ust, bo kąciki poszły na zewnątrz, zmarszczyłem nos i czoło, a język wciągnąłem jak najgłębiej. Stanąłem nieruchomo pośrodku ciemnego pokoju i za chwilę padłem bezwładnie na łóżko, wtuliłem twarz w poduszkę, przycisnąłem z całych sił i wydałem z siebie chyba najgłośniejszy wrzask w życiu. Wyłem. Długo. Bardzo długo. Kolana podkurczyłem pod siebie, rękoma złapałem się za łóżko i mało go nie porozrywałem na strzępy. Jeśli tym razem się poddałem, to nie ma po co więcej próbować! Cały misterny plan wziął w łeb i wszystkie zabiegi można sobie włożyć gdzieś! I po co mi to było? Zawracałem tylko komuś głowę, samemu jedynie tracąc czas i nerwy!… Temat Śledzonej stał się zamknięty. Zamknięty na amen.

Po tym zdarzeniu w nocy ten stan powrócił silniejszy i więcej czasu trzeba było na uspokojenie się. Więcej wypaliłem też papierosów i byłem jeszcze bardziej oderwany od siebie samego. Jak wreszcie pozbyłem się go, uświadomiłem sobie, że każdy stres doświadczony za dnia odbija się w mocy nocnego stanu. A na to pozwolić sobie nie mogłem, toteż od tego czasu próbowałem za wszelką cenę omijać niemiłe sytuacje. Nazajutrz jeszcze bardziej zaostrzyłem sobie rygor dnia codziennego. Teraz widzę, że niepowodzenie z nią dało sporo energii, potrzebnej do stylu życia, w jaki ostatnio wszedłem. Tak więc, mimo ogromnych negatywów, istniał także pozytyw. Pozytyw, który, jak się okaże, będzie decydujący w dalszych moich kolejach.

W liceum starałem się przez pewien czas o koleżankę, ale w końcu dała mi kosza. Przez następnych kilkanaście dni nie mogłem dojść do siebie, byłem mocno przygaszony, nie byłem w stanie się skoncentrować na nauce, a i w domu głównie leżałem na łóżku pogrążony w apatii. Ale któregoś dnia zobaczyłem ją, jak śmieje się z jednego z kolegów, który był bardzo nieśmiały i zamknięty w sobie. Nie wytrzymałem, podszedłem i na cały głos zacząłem się z niej śmiać. Przyniosło to natychmiastowy skutek zarówno dla niej, jak i dla mnie. Odeszła i już więcej go nie zaczepiała, a ja poczułem w sobie moc i od tego dnia wziąłem się w garść.

ROZDZIAŁ VI

Po ośmiu dniach przyszedł czas, aby kolejny raz iść do psychiatry i neurologa. Zanim przedstawiłem psychiatrze dziennik „władcy mojego czasu”, spytałem, czy moje leki uzależniają. Odpowiedź była negatywna. Całe szczęście… Nie mógł wyjść z podziwu, że mi się chciało prowadzić tak szczegółowe notatki. Nic nie wspomniałem o teraźniejszym, dziwnym sposobie na życie, bo wiedziałem, że tego nie zrozumie. Mógł wiedzieć tylko to, co ja mu opowiedziałem, a skoro większości rzeczy sam nie byłem w stanie sobie wyobrazić, to nie było mowy o wyrażeniu ich. Na koniec wypisał nową receptę i wspomniał, że jeśli mój stan się nie zmieni, może być potrzebna hospitalizacja. Potem byłem u neurologa. Ponownie zbadał mnie dogłębnie i wiedząc, że leki mam od psychiatry, własnej recepty nie wypisał, ale za to również zaproponował hospitalizację. Nie chciałem się na nią zgodzić, bo wiedziałem, iż wtedy nie będę w stanie żyć nowym cyklem. Na tyle się tego bałem, że od razu zaprotestowałem i wizyta skończyła się na powierzchownych badaniach.

W sumie mogę powiedzieć, że zarówno psychiatra, jak i neurolog nie wnieśli nic nowego poza receptą na środki uspokajające. Żaden z nich nie podał najmniejszej hipotezy, czym jest mój nocny stan i czym może być spowodowany. Wyglądało to trochę jak wizyta w urzędzie – przejrzenie papierów, stempelek i następny. Oczywiście nie mogę im odmówić, iż rzeczywiście chcieli pomóc, ale obawiam się, że pierwszy raz spotkali się z takimi objawami i byli podobnie bezradni, jak ja.

W końcu po piętnastu dniach wróciłem do pracy. Przyzwyczajony już do stabilnego stanu chorobowego pracowałem dłużej niż zwykle. Niestety efekty mojej pracy nie mogły się równać tym, które osiągałem przed zapadnięciem w chorobę. Ponieważ pierwszy raz od dwóch lat byłem na zwolnieniu, a wyniki miałem przedtem zawsze doskonałe, szefostwo traktowało mnie z pewną ulgą. Poza tym przedstawiłem już prawie gotowy program, który będąc na zwolnieniu, pisałem. Jeden z nich zaproponował nawet, że dadzą mi dodatkową premię. Odmówiłem, wiedząc, że do momentu, gdy skończą się moje problemy, będę pracował mniej efektywnie.

Gdy wróciłem do pracy, spałem mniej więcej tyle samo, co w czasie zwolnienia. Powodowała ona, że byłem jeszcze bardziej zmęczony, ponieważ doszedł do tego stres i wymóg efektywności. To wprowadziło kolejne zmiany. Stałem się bardziej nerwowy, czasem opryskliwy i mało sympatyczny. Ludzie z tego samego pokoju próbowali podpytywać, co mi jest, a ja mówiłem zawsze to samo – nic. Po kilkunastu dniach przyzwyczaili się do nowych realiów i większość z nich nawet nie próbowała dyskutować. Traktowali jak chorego i pobłażali mi, jak mogli, mając nadzieję, że to przejdzie i znów kiedyś będę tym samym bezkonfliktowym facetem. Po pewnym czasie bezpośredni zwierzchnik wziął mnie na rozmowę i pytał, co się dzieje, że jestem rozkojarzony i inny. Potem dał do zrozumienia, że może powinienem coś z tym zrobić. Nie powiedział co dosłownie, ale doskonale wiedziałem, że chodzi o wizytę u lekarza. Mało tego, między wierszami czytałem, że o psychiatrę. Zapewniałem, że nic złego się nie dzieje i powrócę do wcześniejszej formy za parę dni.

Przez większość dni spałem po cztery do sześciu godzin. Bywało, że nie wytrzymywałem, zasypiałem tuż po powrocie z pracy i ten stan budził mnie prawie zawsze po dwunastej w nocy. Jeśli zdarzyło się, że sam się budziłem wcześniej, znów były zmiany w postrzeganiu świata. Plan dnia uległ znacznej przebudowie, bo w końcu pracowałem, ale i tym razem był napięty do ostatniej chwili. Zdałem sobie sprawę, że właściwie teraz ja już nie żyję, tylko wegetuję i nic się nie zmieni, dopóki nie pozbędę się tego stanu. W moim życiu nie było czasu na przyjemności, szczęście czy nawet na spokój i swobodę. Żyłem po to, aby przeżyć, a pracowałem i zajmowałem sobie czas, by istnieć w tym ziemskim świecie, a nie poza nim.

Dwa miesiące po powrocie do pracy, główny szef wezwał mnie do siebie i otwarcie powiedział, że jeśli chcę tutaj dłużej pracować, muszę coś ze sobą zrobić, bo oni mają coraz mniej ze mnie pożytku, a i inni pracownicy się męczą. Pytał, co się dzieje, czy może jakoś pomóc i proponował dobrego specjalistę. Ja twardo mówiłem, że dziękuję za troskę, ale wszystko jest w porządku i lada moment wyjdę z dołka. Rozmawiał ze mną szczerze i ze zrozumieniem, a ja nadal swoje. Pod koniec dał numer telefonu do jakiegoś bioenergoterapeuty. Z początku przyjąłem to z uśmiechem, bo po prostu w to nie wierzyłem, jednak, przychylając się zasadzie – od przybytku głowa nie boli, wziąłem go.

Po powrocie do domu zacząłem się zastanawiać, czy nie jest to przypadkiem dobry pomysł. W końcu zdarzenie w parku było jakby nie z tego świata, od tego dnia zaczęły się moje problemy, których i specjaliści nie potrafili zdiagnozować. Jeśli nic z sobą nie zrobię, wylecę z pracy. Nie wierząc w bioenergoterapię, nie mogłem też mieć obaw, że zaszkodzi. Tak nakazywała logika, więc może by spróbować? A nuż pomoże?

Znajomy poszedł niegdyś na hipnozę do jakiegoś Rosjanina i zapłacił dość sporo. Udał się tam, aby sobie przypomnieć pewien numer telefonu, który wyleciał mu z pamięci. Ktoś wcześniej mówił mu, że w czasie hipnozy przypomni sobie bez problemu. Rosjanin używał rosyjskiego, twierdząc, że podświadomość rozumie we wszystkich językach. Ciekawe… Trwało to prawie pół godziny, a on leżąc na kozetce, myślał tylko o tym, aby zapaść w tę cholerną hipnozę. Po tym czasie Rosjanin, nawet się nie żegnając, wyszedł. A może faktycznie był zmieszany, bo mu się nie udało?

Zastanawiałem się, czy w ogóle dzwonić pod podany numer, ale kilka dni później to zrobiłem. Odebrała starsza kobieta. Głos miała przyjemny i ciepły. Mówiła dość spokojnie, ale pewnie. Umówiłem się na seans dwa dni później. Gdy przyszedłem do niej, pierwsze, co zobaczyłem to mnóstwo dziwnych przedmiotów. Amulety na ścianach, piramidki ustawione w kilku miejscach, malutkie dzwoneczki wiszące pod sufitem. Była tego cała masa. Zaprosiła mnie do pokoju, gdzie pośrodku leżał cienki materac. Położyłem się na nim. Spytała, co mi dolega, więc zacząłem od zdarzenia w parku, bo w końcu tak dziwnej osobie powinienem opowiedzieć tak dziwną przygodę. Potem opowiedziałem o moim nocnym stanie i zaburzeniach postrzegania. Wysłuchawszy mnie, wstała, podeszła do okna, chwilę popatrzyła na świat i oznajmiła, że najprawdopodobniej wizyta niczego nie zmieni, jednak na pewno nie zaszkodzi i spytała, czy chcę spróbować. Zgodziłem się.

Podeszła do materaca, uklękła i kazała zamknąć oczy. Położyła mi ręce na czole. Z początku nic się nie działo, ale po paru minutach zacząłem czuć nieprawdopodobne ciepło, wręcz gorąco. Zupełnie jakby ktoś przyłożył żelazko, z tą różnicą, że to nie parzyło. Później przeniosła dłonie na klatkę piersiową i było podobnie. Moje ciało leżało bezwładne na materacu i pierwszy raz od dłuższego czasu miałem wrażenie, iż niczego więcej mi nie trzeba. Stanowiło to wytchnienie od dziwnego życia, panaceum na stres i, o dziwo, nie zastanawiałem się nad swoimi problemami. Czułem się jak we śnie, odizolowany od trosk. Po kilkunastu minutach musiałem zacząć walczyć ze sobą, aby nie usnąć, więc leżałem i resztkami woli odpychałem kolejne ataki senności. Cała sesja trwała około pół godziny. Mimo że nie wierzyłem w takie rzeczy, to zastanawiałem się, skąd to ciepło z jej rąk…

Po tym czasie poprosiła, abym wstał i usiadł na fotelu. Dała coś do picia i przyglądając mi się w dziwny sposób, zaczęła opowiadać o różnych stanach ludzkiego ducha, wymieniając przy tym obce słowa określające je. Mówiła, że można wychodzić świadomością poza swoje ciało. Potem na chwilę mnie opuściła i zaraz wróciła z wahadełkiem. Machała nim nad moimi dłońmi i głową. Na koniec podała sposób na pozbycie się tego stanu. To coś absurdalnego. Miało to polegać nie na próbie wyjścia, a wręcz wejścia jeszcze głębiej i nie po to, aby poznać go ze zwykłej ciekawości, ale po to, żeby raz na zawsze przez niego przejść. Twierdziła, że w ten sposób uzyskam nad tym kontrolę i wejdę w inny stan świadomości. Tymi słowy zakończyła rozmowę i poprosiła o, jak mi się wydaję, bardzo drobne honorarium.

Wyszedłem całkowicie skołowany. Pomysł wydawał się niedorzeczny, a zarazem wiedziałem, że jeżeli jest tak, jak mówi, to miało sens. Wróciłem do domu około dziewiętnastej, zjadłem kolację, zażyłem środek uspokajający, posiedziałem przed telewizorem przy włączonej lampce i położyłem się spać około dwudziestej trzeciej.

Stan obudził mnie około trzeciej nad ranem. Z początku próbowałem jak najszybciej się go pozbyć, ale przypomniałem sobie o tym, co mówiła ta kobieta. Położyłem się z powrotem do łóżka i siłując się z sobą, wchodziłem w ten dziwny świat. Odczucia były identyczne, jak za każdym poprzednim razem. Gdy zamykałem oczy, wpadałem w czarną dziurę, a otwierając je, czułem, jakbym oglądał świat z innego wymiaru. Moje ciało obce, wszystko inne dalekie i uciekające. Dźwięki z zewnątrz docierały zza światów. Odpływałem w nieznane. Jak dziecko wpuszczone do lasu i pozostawione bez opieki, tak i ja byłem w nowym świecie. Przez chwilę wydawało się, że lada moment nad tym zapanuję i spojrzę spokojnie na to, co się dzieje. Gdy zamknąłem powieki, o mały włos przeszedłbym przez tę czarną dziurę. Byłem tuż, tuż. Te ciemne kształty już nie ogarniały mnie, ale byłem w ich środku, a one we mnie. Czułem, jakby zaczęły wsysać z każdej strony. Tak jakbym znalazł się w próżni… I właśnie to uczucie spowodowało, że wstałem z łóżka, ubrałem się i zacząłem najpierw biegać po ulicach, a potem szybko chodzić. Nawet biegając, wypalałem papierosa za papierosem. Oddychałem bardzo szybko i nerwowo. Tak jak poprzednio szeptałem coś do siebie, machałem rękoma jak najbardziej i uciekałem.

Po pewnym czasie zacząłem powoli dochodzić do siebie. Choć wchodzenie w ten stan traktowałem jako eksperyment, który już minął, chodziłem szybko i nadal nerwowo paliłem papierosa. Będę musiał czekać następne dwadzieścia cztery godziny, aby to powtórzyć! Mimo iż ten stan trwał już prawie trzy miesiące, kolejna doba była całą wiecznością. Coś weszło we mnie, odebrało wielką część życia i chce odebrać następne kęsy? Straciłem spokój ducha, cały system wartości, a będę mógł stracić pracę i wszystko inne! I ja mam się poddawać? Nikomu jeszcze nie udało się tyle! Przecież tak naprawdę nie dzieje się nic! To tylko ułuda! Podszedłem do pobliskiej akacji i z całej siły uderzyłem pięścią. Coś chrupnęło, poczułem ostry, przenikliwy ból, a krew popłynęła po pniu. Na dodatek złamałem sobie dłoń… Przyjrzałem się i wystawała kość. Zdjąłem kurtkę, owinąłem nadgarstek i szybkim krokiem wróciłem do domu.

Zadzwoniłem na pogotowie i przyjechali po godzinie. Spytali, co się stało, a gdy powiedziałem prawdę, dopytali, czy jestem pijany. Zaprzeczyłem. W jaki sposób patrzyli? Jak na wariata? Nawet nie jak na wariata, ale na wariata, gdyż tak się zachowałem i właśnie do takiego stanu doprowadziła mnie choroba. Odwieźli na ostry dyżur do szpitala, tam dowiedziałem się, że poleżę cztery dni, a może i tydzień. Co ja powiem w pracy? Przecież mnie wyrzucą. To już koniec marzeń o powrocie do dawnego, beztroskiego życia. Nie pozostanie po nim nawet cień. A co z moim nocnym stanem? Jak teraz będę mógł dojść do siebie, chodząc? Przecież nie będę tego robił po szpitalnych korytarzach. A co z planem na cały dzień? W szpitalu będę spał dużo dłużej. Pewnie znów będę się męczył zaburzeniami postrzegania. Może opowiedzieć lekarzowi o moim stanie psychicznym? Może oni jakoś pomogą? Może to jest dobry czas na inną – nową terapię? A może przez to, że będę w szpitalu i nie będę chodził, spróbuję zapanować nad tym stanem?…

Tej samej nocy wzięto mnie na zabieg. Miejscowe znieczulenie, prawie godzina i po wszystkim. Zaszyli rękę, usztywnili metalowym stelażem, owinęli bandażem i kazali iść do sali, gdzie miałem swoje, szpitalne łóżko. Z jednej strony byłem potwornie zmęczony i chciało mi się spać, ale nie mogłem do tego dopuścić, aby znów widzieć nienormalnie. Zmagałem się tak ze sobą tylko kilkanaście minut, aż zasnąłem jak kamień.

ROZDZIAŁ VII

Obudziłem się o dziewiątej, był obchód. Lekarz zaczął wypytywać, jak się czuję, czy ręka boli. Potem spytał, jak doszło do wypadku. Powiedziałem prawdę. Wspomniałem o wizytach u neurologa, psychiatry i o moim stanie. Chciał wiedzieć, jak często chodzę na wizyty, jakie biorę lekarstwa i czy coś pomagają. Przepisał inny środek uspokajający, podobno miał pomóc. Zadzwoniłem do pracy z informacją, że jestem w szpitalu i pobędę tu przez najbliższych kilka dni. Rozmawiał ze mną kolega i zadeklarował się, że mnie odwiedzi. Poprosiłem o parę książek, dyktafon z kilkoma kasetami i zapasem baterii. Przez cały dzień nie miałem nic do roboty. Próbowałem czytać gazety, czy oglądać telewizję, ale niestety, wszystko było zmienione. Takie samo jak wtedy, dopóki nie zacząłem stosować swojej metody. Na czymkolwiek bym nie próbował się skoncentrować, spełzało na niczym. Zamiast zwracać uwagę na treść filmu, widziałem tylko jakieś postaci, a każda z nich była niemal namacalna obok – w tym samym świecie, co ja. Mówiły tak, że nie słyszałem, co mówią, ale w jaki sposób. Próbując czytać gazetę, widziałem niesamowite znaczki, które ludzie nazywali literami. Pojedynczo rozróżniałem je, ale połączone w wyraz lub zdanie były tylko bełkotem, miksturą zupełnie niezrozumiałą. Aby pojąć sens pojedynczych zdań, musiałem wytężać nieźle umysł i wzrok. Takie czytanie nie miało sensu. Długi czas leżałem w bezruchu w łóżku i zmagałem się ze sobą, aby rozmowy dochodzące zewsząd nie przyprawiały o kolejny zawrót głowy. Po jakimś czasie wstałem i zwiedziłem prawie cały szpital. Chodziłem po korytarzach i widziałem ludzi z różnymi schorzeniami. Te najbardziej widoczne robiły największe wrażenie. Ja tylko z zawiniętą dłonią, a oni – czasem bez nóg, czy ręki. Byłem zdrów jak ryba, a rozczulałem się nad sobą. Miałem siebie dość. Przynajmniej na jakiś czas.

Czasem siadałem gdzieś w odludnym miejscu na parapecie i z zamkniętymi oczyma. Próbowałem opanować ten stan sposobem znajomej bioenergoterapeutki i wiadomo, jak to się skończyło. Jak się skończy następnym? Kto wie? Nie mam nic do stracenia. Taka egzystencja jak dotąd nie ma najmniejszego sensu, więc trzeba spróbować. Zdałem sobie sprawę z jednego – życie to ciąg dni, w którym odnajdujemy własnego siebie, swoje marzenia, potrzeby, swój ból i cierpienie, szczęście i smutek. A co ostatnio ze mną się dzieje? Mnie już nie ma. Są tylko dni płynące w podobnym tempie jak kiedyś. Zostałem zniewolony do tego stopnia, że nie widzę, nie słyszę tego, co się dzieje, każda chwila jest temu podporządkowana, a świadomość samego siebie ograniczyła się do faktu przetrwania. Jeśli nie będę walczył, do końca życia będę wegetował. Tak być nie może.

Większość dnia spędziłem na rozmyślaniach w samotności, aż nadszedł zmrok. Wiedziałem, że tej nocy nie będę gotów na tę walkę. Muszę się lepiej przygotować psychicznie. Całkowicie uspokoić po wydarzeniach poprzedniego dnia i zebrać siły na decydujące starcie. Do tego czasu postanowiłem tylko wegetować, aby naładować akumulatory. Położyłem się do łóżka około dwudziestej pierwszej.

Gdy udawałem zapalenie wyrostka robaczkowego, trafiłem do szpitala. Spędziłem tam cztery dni, gdyż wyrostek szybko wykluczyli, a badali pod kątem innych ewentualnych chorób. Był to szpital dziecięcy, codziennie przychodziła nauczycielka i prowadziła krótkie indywidualne lekcje. W szkole byłem kiepski z historii i miałem spore kłopoty z ocenami. Pani w szpitalu zrobiła wykład na temat typów architektury kościelnej – gotyckiej lub romańskiej. W szkole nie mogłem zapamiętać, co jest co, a tu pojąłem w mig. Wtedy do mnie dotarło, że w indywidualnych jestem w stanie o wiele lepiej się skoncentrować. Nie rozumiałem, czemu tak jest. Może zawsze stroniłem od towarzystwa, bo czułem się nim przytłoczony i stąd w szkole kiepskie wyniki? Może zawsze było ze mną coś nie tak?…

Około trzeciej nad ranem obudził mnie ten sam stan. Tego dnia zgodnie z planem nawet nie próbowałem z nim walczyć, lecz nie chciałem budzić innych pacjentów, więc przez pewien czas starałem się nie wstawać z łóżka. Nie dałem rady. Wskoczyłem w kapcie, wziąłem z szafki papierosy i poszedłem szybkim krokiem do palarni. Oddech jak zwykle nerwowy i mówiłem do siebie. Kiedy tam doszedłem, zapaliłem pierwszego. Po chwili pojawiła się młodziutka pielęgniarka. Przyszła za mną, bo słyszała, że mówię do siebie na głos i to ją zaniepokoiło. Kiedy tak chodziłem od ściany do ściany, podeszła i biorąc mnie za rękę, próbowała uspokoić, ale bez skutku. Stała tak dobre piętnaście minut, a ja wypalałem jednego za drugim. Potem, kiedy już w miarę doszedłem do siebie, podziękowałem, że przyszła i chciała pomóc. Powiedziała, że skoro nie mogę spać, to może przyjdę do jej pokoju i pogadamy. Oczywiście się zgodziłem.

Była piękną kobietą. Około stu siedemdziesięciu centymetrów wzrostu, włosy proste i bardzo ciemne, oczy zielone, twarz niemal bez rys czy zmarszczek, nos mały, nie za duże usta, dość szczupła. Ruchy miała powolne, ale nie anemiczne. W sam raz takie, aby nimi oczarować faceta. Mówiła spokojnie i sprawiała wrażenie cały czas uśmiechniętej, a jej oczy przymykały się prawie na koniec każdego zdania. Rękoma delikatnie poruszała, nie za bardzo, ale z wymową. Po kilku minutach rozmowy zapomniałem o własnych problemach, słuchałem jej wyszukanych słów, patrzyłem na kolejne uśmiechy, ogarniał mnie spokój i błogość. Rozmawialiśmy dobre dwie godziny. Najpierw o tym, co się ze mną dzieje, potem jak doszło do złamania ręki, aż wreszcie otworzyłem się przed nią całkowicie i zwierzyłem z problemów w pracy. Słuchała, jak mi się wydawało, ze zrozumieniem. Ona też opowiedziała kilka rzeczy o sobie: o tym, jak to zerwał z nią facet; o tym, że niedawno umarła jej matka. Zauważyłem, że nie tylko ja ją, ale i ona mnie bardzo polubiła. Nasze dyskusje dotyczyły ważnych spraw i były szczere. W końcu zmorzył mnie sen. Powiedziała, kiedy będzie znów na dyżurze i zaprosiła na pogawędkę. Wróciłem do pokoju i padłem na łóżko. Pierwszy raz od trzech miesięcy, ciesząc się miękką poduszką, ciepłem kołdry i błogą ciszą, układałem się na nim z rozkoszą. W moim życiu pojawiła się piękna, nieznajoma kobieta – zjawisko tak inne od tego, co czułem przez ostatnie kilka miesięcy. (O Śledzonej już dawno zdążyłem zapomnieć.) Akceptowała mnie ze wszystkimi przywarami. Po niedługim czasie usnąłem.

Następny dzień był taki jak poprzedni. Poranny obchód, przesiadywanie samotnie z dala od ludzi i rozmyślanie. Nic konkretnego się nie działo, zresztą i ja nie miałem ochoty na nic poza odpoczynkiem. Wieczorem, zgodnie z umową przyszedł kolega z pracy, przyniósł dwie książki, dwa pisma fachowe, trochę owoców, coś do picia i dyktafon. Opowiedział, co się dzieje w pracy i że wszyscy naprawdę się martwią. Jak to się martwią? Przecież na pewno mają pretensje, że nie ma mnie w pracy. A nawet jeśli nie, to zmienią zdanie, jak się dowiedzą, co sobie zrobiłem. Pewnie mówią, jaki jestem biedny, jaki nieszczęśliwy. Aż mi się nie chce o nich myśleć… Dyktafon był potrzebny, aby w nocy go włączyć i na gorąco próbować jak najdokładniej opisać ten stan. Może jest coś, co przeoczyłem? A może spotkam jakiegoś specjalistę, który po wysłuchaniu tego, będzie w stanie pomóc?

Kolejna noc, zresztą, jak i następne, nie przyniosła przełomu. Budził mnie ten sam stan, a ja nie umiałem się z nim w żaden sposób zmierzyć. To on nade mną panował i kazał wstawać z łóżka, chodzić, mówić do siebie i palić papierosa za papierosem. I chyba już tej nocy całkowicie się poddałem i przestałem próbować go okiełznać. Miałem dość własnego koszmaru, chciałem uciekać, a nie się z nim mierzyć. Także pewnej dozy zaniechania dodał fakt akceptacji mojej choroby przez pielęgniarkę, a ona stanęła mi przed oczyma na dobre. Teraz także wiem, że gdy złamałem sobie rękę, panowała nade mną wściekłość – ta sama, w którą wpadłem po odebraniu od Śledzonej portfela. W jednym bioenergoterapeutka miała rację, mówiąc, że zabieg raczej nie pomoże.

Nadszedł czas kolejnego nocnego dyżuru przemiłej pielęgniarki, więc poszedłem do niej. Być może zbyt dużo naopowiadałem o moim stanie? W końcu facet łamiący sobie rękę z wściekłości raczej powinien budzić niepokój i uczucie dystansu, niż wywoływać pozytywne emocje w kobiecie. Zapukałem w uchylone drzwi i usłyszałem ciepły głos „proszę”. Wszedłem. Zajęta była wypełnianiem jakichś papierów, lecz na mój widok uśmiechnęła się promiennie i przywitała. Zaproponowała coś do picia. Mimo późnej pory poprosiłem o kawę. Wyglądało na to, że moje opowieści nie zrobiły na niej złego wrażenia, a może wręcz odwrotnie – wywołały zaciekawienie i opiekuńczość. Aktualnie wiem, że niektóre kobiety uwielbiają nieokrzesanych facetów, a takim niewątpliwie byłem, łamiąc sobie dłoń. Rozmawialiśmy dobre trzy godziny z krótkimi przerwami, kiedy to musiała dopełnić obowiązków związanych z dyżurem. Dostrzegłem coś dziwnego. Otóż przy niej mogłem doskonale się skupić na rozmowie. Słowa nie rozpływały się gdzieś w niebycie, gesty pozostawały gestami, a uśmiechy budziły uśmiech. W jej obecności wracałem do stanu sprzed czasu nocnych stanów.

Tym razem rozmawialiśmy o błahych sprawach takich jak filmy, muzyka, ulubione potrawy, a przychodziło mi to niezwykle łatwo. Mógłbym tak bez końca. Nawet przez chwilę nie przyszedł mi na myśl mój ciężki stan. Pierwszy raz od dawna żyłem chwilą. Odpłynąłem w rzeczywistość i czas teraźniejszy. Na koniec, tłumacząc, że od czasu do czasu ma na to ochotę, poszła ze mną do palarni i poprosiła o papierosa. Paląc, wspomniała, iż przeszła ciężkie chwile i było niełatwo, ale trafiła na dobrego psychologa, który pomógł jej stanąć na nogi i zaproponowała, że gdybym chciał, to chętnie da numer. Lekko poruszając szyją i głową, zaciągała się niezwykle seksownie, z delikatnym sykiem i natchnieniem. Zwykle widok kobiet palących budzi we mnie negatywne odczucia, ale nie tym razem. Patrzyłem na nią jak w obrazek. Przestępowała seksownie z nogi na nogę, wypinając biodra a to w jedną, a to w drugą stronę. Zerkała mi w oczy, a po chwili skupiała się na papierosie. Mrugała powiekami i zamykała je na dłuższy czas. Kilkakrotnie wyciągała rękę, jakby chciała mnie dotknąć, ale cofała ją, przykładała sobie do brzucha, po czym znów kierowała w moją stronę. Jej intonacja falowała, od głosu apodyktycznego, przez zalotny, aż po nostalgiczny. Czasem ściszała głos tak, że ledwo ją słyszałem, a czasem mówiła donośnie. Spotkałem ją i to się liczyło… Kilka chwil później, gdy skończyliśmy palenie, pożegnaliśmy się i wróciłem do łóżka, a ona do swoich zajęć.

Czemu ona mi proponuje psychologa? Czy przypadkiem nie jest tak miła, bo wie, że właśnie tego potrzebuję? W końcu widzi faceta, którego życie legło w ruinie, więc stara mu się pomóc. Jednakże moja druga część podpowiadała mi, iż jedno nie wyklucza drugiego i być może zarówno próbuje pomóc, jak i poczuła sporą sympatię. A może to jej empatia ją spowodowała? Dużo, dużo później zdałem sobie sprawę, że to empatia jest siostrą sympatii i głębokiego uczucia. Bez niej nie ma prawdziwej miłości, przyjaźni ani emocjonalnej bliskości. To ona zacieśnia więzy, rodzi emocje zarówno pozytywne, jak i negatywne, a bez pełnego ich wachlarza każdy związek jest niepełny.

Mimo wypitej w środku nocy kawy usnąłem bez problemu, niemalże od razu. Obudził mnie dopiero poranny obchód. Pojawił się na nim ktoś nowy. Może jest tu z mojego powodu? Niechętnie jeszcze raz opowiedziałem o nocnych stanach i zaburzeniach percepcji, on pokiwał głową z namiastką zrozumienia i zanim przeszli do następnego łóżka, stwierdził, że później poprosi mnie na dłuższą rozmowę. Czekając na śniadanie, zdałem sobie sprawę, że tej nocy koszmar nie powrócił. Co prawda spałem bardzo krótko i może nie było na to wystarczająco czasu. A może to przełom?

Jedyny raz w życiu miałem dziewczynę. Była niska, bo miała trochę ponad sto pięćdziesiąt centymetrów wzrostu, ale bardzo ładna. Długie, bo do połowy pleców blond włosy, pociągła twarz, z lekko zarysowanymi kościami policzkowymi, nieduży nos, dość namiętne usta, smukła szyja, była bardzo szczupła, ale biodra miała szerokie i ładnie zaokrąglone. Do tego wszystkiego poruszała się w dziwny sposób: wyglądało, jakby cały czas szła na nieco ugiętych kolanach. Taka była. Najpierw mnie cyklicznie zagadywała, a potem po prostu zaprosiła na długi spacer poza miastem. Pojechaliśmy jej samochodem i włóczyliśmy się bez celu po lesie. Kilka dni później spędziliśmy u niej noc, a gdy się obudziłem, słyszałem grającą płytę. Była to „Pasja” Petera Gabriela. Ten stan, kiedy ledwo obudzony, chłonąłem te dźwięki. Wydawały się wręcz magiczne. Jakbym dostąpił jakiejś nirwany. I widziałem ją krzątającą się po domu w szlafroku, z nieco rozczochranymi włosami. (Pamiętam, że tylko raz czułem się podobnie. Pojechaliśmy z kolegą samochodem w plener, a z odtwarzacza leciały „Cztery poru roku” Vivaldiego. Gdy dojechaliśmy na miejsce, cały czas je słyszałem. Była wiosna, piękna słoneczna pogoda i delikatny wiatr, dający powiew zarówno swoistej świeżości, jak i oderwania od reszty świata. Nie istniało nic poza tą muzyką w pamięci, wiatrem i ówczesną chwilą.) Leżąc i słuchając Gabriela, było podobnie, tyle że tym razem miałem obok swoją kobietę. Czego mi trzeba było więcej? Oczyma wyobraźni widziałem te dźwięki. Podeszła, położyła się obok i powiedziała cztery słowa: „ta muzyka, to ja”. Nic więcej. Tylko to. Przez dłuższy czas tego nie rozumiałem, bo przed oczyma miałem szczęśliwą kobietę, a w głowie obraz męki Chrystusa. Jedno do drugiego nie pasowało. I w zasadzie już wtedy czułem, że jest z nią coś nie tak. Nie wiedziałem co, ale to czułem. I tak na dobrą sprawę, nie zdziwiło mnie to, co później się wydarzyło. Zrobiła śniadanie do łóżka i razem je tam zjedliśmy. Potem znów się kochaliśmy. Powtarzaliśmy te spotkania przez pewien czas, ale niestety, kilkanaście dni później ze mną zerwała. Płakała przy tym bardzo i nie rozumiałem, czemu to robi. Stwierdziła tylko, że nie jest w stanie ze mną być. Potem wielokrotnie do niej dzwoniłem i za każdym razem szlochała w słuchawkę. Aktualnie wiem, że miała problem, który nie pozwalał na stworzenie trwałego związku. Może takie osoby przyciągam, a może, wiedząc o swoich problemach, po prostu próbowała z wieloma chłopakami? Przypominając sobie ją, do dziś w jakiś sposób cierpię psychicznie. I to nie z własnego powodu, ale z jej. Po prostu nie mogę zapomnieć tego jej płaczu. I tej muzyki…

Leżałem w łóżku, odganiając sen w obawie przed koszmarem i dopiero gdy zjadłem śniadanie, bezsilnie popadłem w objęcia Morfeusza. Spałem około trzech godzin i nie przeszkadzały mi w tym rozmowy innych pacjentów. Obudził mnie ten nowy z porannego obchodu i zaprosił do innej części szpitala, gdzie miał swój gabinet. Okazał się psychiatrą, który chciał sprawdzić, czy nie zrobię sobie jakiejś krzywdy. Zapewniłem go, że drugi raz tego nie popełnię. On ponotował coś w papierach, powiedział, że zmieni nieco środki uspokajające i kazał wracać do siebie. Poszedłem do sali telewizyjnej, usiadłem na krześle i zacząłem się tępo wpatrywać w ekran. Zdałem sobie sprawę, że ten stan nie powrócił także w ciągu ostatnich kilku godzin snu. Niestety, zmieniona percepcja powróciła. Obrazy z telewizji rozpływały się poza świadomością, głosy zaczęły znów tylko dudnić, zamiast nieść jakąkolwiek treść, moje kończyny wydawały się obce, oddech miał formę własnej egzystencji, a pacjenci obok żyli jakby w innej rzeczywistości. Nadzieja na szybkie wyzdrowienie spłonęła tak samo szybko, jak się pojawiła.

Dzień powoli się kończył, pielęgniarki nie było w pracy, więc dość wcześnie wieczorem położyłem się spać. Najpierw próbując bezskutecznie czytać czasopisma, które przyniósł kolega, potem wpatrując się w sufit i po prostu błądząc myślami, leżałem dość długo. Może ten stan się nie pojawi, skoro poprzedniej nocy tak było? Poza tym cały czas miałem przed oczyma lekkość, z jaką rozmawiałem z pielęgniarką. Taka czystość umysłu, iż być może część jej pozostanie. Decydujące miało przyjść w nocy. Tkwiłem pogrążony w rozmyślaniach i nawet nie zauważyłem, kiedy zasnąłem.

Ten stan obudził mnie około drugiej w nocy. Tym razem jednak był bliższy, realniejszy i bardziej namacalny. Miałem wrażenie, iż to ja zrobiłem coś strasznego, w wyniku czego zginie cały świat. Pierwszy raz mogłem dostrzec ten ważny niuans. Wcześniej było oderwanie od samego siebie i zmieniona percepcja, które przyćmiewały właściwą ocenę sytuacji, a teraz czułem się winny czegoś nieprawdopodobnie znaczącego, wielkiego i potężnego. Tak jakbym odpalił bombę atomową, która zapoczątkuje nuklearną zagładę. To ja byłem autorem apokalipsy, cały ogrom winy leżał po mojej stronie i nic nie mogło tego zmienić. Przytłaczało i przerażało jeszcze bardziej niż zwykle. Powróciły także te same ciemne kształty i wygoniły z łóżka. Coś mnie otaczało z każdej strony, ściskając do rozmiarów punktu. Ręce znów wydawały się nie moje, nogi miały po kilka metrów długości, w ustach czułem ten sam ni to smak, ni odczucie i coś niewidzialnego oddzielało od tego, co na zewnątrz, tak, że nawet dźwięki dobiegały zza światów. Mimo podobieństw, czy wręcz analogii do poprzednich takich stanów, coś wydawało się inne. Trudno to sprecyzować, aczkolwiek tym razem czułem, że ten stan jest spowodowany przeze mnie. To ja w przeszłości zrobiłem coś, co skutkuje takimi objawami…

Nie byłem w stanie zapanować nad sobą i zostać w łóżku, więc wskoczyłem w kapcie i poszedłem do palarni. Sam dokładnie nie wiem, ile papierosów wypaliłem, ale sądząc po tym, jak szybko paczka się skończyła, musiało być około dziesięciu. Tym razem nikt nie poszedł za mną, więc chodziłem od ściany do ściany, próbując dojść do siebie. Krok za krokiem ucieczki przed samym sobą powoli przynosił wytchnienie i namiastkę normalności. Wszystko minęło za jakiś czas. Nie wziąłem ze sobą dyktafonu, aby nagrać, co dokładnie się ze mną dzieje. Czemu? Nie myślałem logicznie. Po powrocie do sali zaszyłem się w łóżku i nie mając warunków, aby zająć się czymś innym, wiedziałem, że niedługo usnę, a gdy się obudzę, znów percepcja będzie zmieniona. Nawet nie za bardzo mi zależało na czystym umyśle, bo będąc w szpitalu i tak nie miałbym wiele do roboty. Zasnąłem ponownie w jakieś pół godziny.

Podobnie mijały najbliższe dni. W nocy przychodził ten stan, a w dzień żyłem w oddali, oderwany od rzeczywistości i jedynie kolejne spotkanie z pielęgniarką wyrwało mnie z tej maligny. Znów umysł miałem czysty, chętnie opowiadałem o różnych sprawach, słuchałem drugiej strony, a na twarzy kwitł mi delikatny i spokojny uśmiech. Wiedziałem, że to nasze ostatnie wspólne spotkanie w szpitalu, więc poprosiłem o numer telefonu. Tym razem byłem w tak dziwnym stanie, iż nie powtórzyła się sytuacja ze Śledzoną, kiedy zabrakło mi odwagi. Przypuszczalnym powodem tego był fakt, iż pielęgniarka wiedziała o mnie niemal wszystko, więc nie bałem się już przed nią odkryć. Poza tym lekkość mojego stanu psychicznego w jej pobliżu też zrobiła swoje. Podała numer natychmiast, a dodatkowo zanotowałem telefon do psychologa. Spotkania z nią były niesamowitą odskocznią od gnębiących problemów. Na co dzień byłem wyzuty ze spontaniczności i skupiony na próbach ucieczki przed tym stanem, natomiast gdy ją widziałem, byłem żywiołowy i oderwany od problemów. Po wyjściu ze szpitala wielokrotnie zadawałem sobie pytanie, czy się zakochałem. Często widziałem ją oczyma wyobraźni i powtarzałem po cichu jej imię.

ROZDZIAŁ VIII

Zadzwoniłem do niej dzień po powrocie do domu i od razu umówiliśmy się do kawiarni. Tym razem to ona opowiedziała nieco dokładniej o swoich problemach, o tym, jak się z nich wyrwała i spytała, czy rozmawiałem z panią psycholog. Odpowiedziałem przecząco, obiecując, że zrobię to następnego dnia. Potem przez większość czasu gadaliśmy, śmiejąc się głośno, a ja zapominałem o realnym świecie. Odprowadziłem ją do domu, po czym wróciłem do kieratu nocnych stanów i ucieczki od zmienionej percepcji.

Nazajutrz zgodnie z umową zadzwoniłem do psychologa i zapisałem się na wizytę kilka dni później. Pierwsze wrażenie było takie, iż jest to bardzo miła kobieta z dość ciepłym głosem, próbująca od samego początku zaszczepić spokój i pogodę ducha. Niestety, nie wiedziała dokładnie, co mnie sprowadza, gdyż przez telefon nie chciałem się w to za bardzo zagłębiać, toteż niektóre rady były absurdalne w mojej sytuacji. Jednakże po zakończeniu rozmowy zostało wrażenie zrozumienia i łagodności. Chyba to dobry fachowiec i wspaniały człowiek.

Następny raz umówiłem się z pielęgniarką za dwa dni. Spotkaliśmy się w kinie na głupkowatej komedii, po czym poszliśmy na długi spacer. Wędrowaliśmy w stronę jej mieszkania, a ja szykowałem plan, aby zaprosić ją do siebie na jedno z dań, które opracowałem w ostatnim czasie. Teraz nawet nie pamiętam, którędy szliśmy, jaka była pogoda, czy mijali nas ludzie. Wisiałem psychicznie gdzieś między moim stanem a pielęgniarką. Wisiałem i nie dostrzegałem rzeczywistości. Potem wielokrotnie zastanawiałem się, czy pamiętam, gdzie mieszkała. Niestety, uleciało to z pamięci. Wtedy, idąc razem z nią, całkowicie poczułem, że się zadurzyłem. W końcu musiałem uciec bez pamięci w coś, co było jak panaceum. Długo, długo później zrozumiałem, że życie to ciągłe próby poprawiania sobie humoru różnymi środkami i im bardziej mamy je byle jakie, tym bardziej pragniemy być szczęśliwi. Skoro żyłem zdominowany przez ten stan i zmienioną percepcję, to ucieczka w miłość przyszła prawie natychmiast. Oczywiście nie wspomniałem jej o uczuciu, bo wiedziałem, iż na to jest zbyt wcześnie. Na koniec spaceru zaproponowałem kolację u mnie i, ku mojemu zdziwieniu, zgodziła się bez oporów. Umówiliśmy się za kilka dni, na piątkowy wieczór.

Po powrocie ze szpitala znów przyjąłem twarde zasady funkcjonowania pod rozkazami pana i władcy. Kładłem się dość wcześnie, w nocy on mnie budził, a potem już nie szedłem spać. Do pracy wróciłem z usztywnioną ręką, mimo iż miałem zwolnienie lekarskie. A zrobiłem to, aby móc się czymś zająć. Postanowiłem tam powiedzieć całą prawdę, w tym fakt, iż jestem na środkach uspokajających i że idę na psychoterapię. Ku mojemu zdziwieniu, szefostwo, wiedząc, że ciągle jestem zmęczony i niewyspany, przyjęło to spokojnie i zaproponowali zmniejszenie wymiaru pracy do trzech czwartych etatu. Niestety, było to nie do przyjęcia, gdyż w ten sposób miałbym jeszcze więcej wolnego czasu, który musiałbym zagospodarować. Chcąc nadrobić zaległości we śnie, folgowałem sobie w weekendy i po nocnym stanie szedłem dalej spać, wiedząc, że w te dni mogę sobie na to pozwolić, nie martwiąc się zmianami percepcji. Sypiałem wtedy w sumie po dziesięć, czy nawet dwanaście godzin na dobę.

Był przeddzień piątku, w którym mieliśmy się spotkać u mnie w domu. Dokładnie posprzątałem wszystkie zakamarki, zrobiłem zakupy na wieczorną kolację i obmyślałem, w jaki sposób się do niej zbliżę. Telefon zadzwonił około dwudziestej. To była ona. Wyświetlające się jej imię było chyba najpiękniejszym słowem, jakie znałem. Stojąc przy oknie, mówiłem podniesionym głosem, oddech przyspieszył i przebierałem nogami. Od razu, na początku rozmowy powiedziała, iż uraziłem ją słownie ostatnim razem i co zamierzam z tym zrobić. Nie miałem bladego pojęcia, w czym rzecz. Rozmowa trwała krótko i była przez nią prowadzona w bardzo zasadniczy i oschły sposób. Potem powiedziała, że będzie u mnie następnego dnia i będzie jej miło, pożegnała się i szybko rozłączyła. Zaraz po zakończeniu, mimo usztywnionej ręki, wsiadłem w samochód i pojechałem, aby wyjaśnić problem osobiście. Z samochodu zadzwoniłem i poprosiłem o spotkanie, mówiąc, co planuję. Stwierdziła, żebym nie przyjeżdżał, że to koniec naszej znajomości i życzy wszystkiego dobrego. Próbowałem nalegać na spotkanie, ale im bardziej próbowałem, tym bardziej oponowała. W końcu rozłączyła się ze słowami: „żegnaj na zawsze”.

O co chodzi? Miałem ochotę wyć! Nadzieja została zburzona w sposób brutalny i bezpardonowy! Wszystko zaczęło mi się mieszać w głowie i dopadło mnie uczucie bardzo przypominające nocny stan. Musiałem zatrzymać samochód i wyjść, aby to rozchodzić. Paliłem papierosa za papierosem. I ta jeszcze bardziej zmieniona percepcja zarówno wzrokowa, słuchowa, jak i dotykowa. Pierwszy raz byłem w tym koszmarze nie we śnie, ale na jawie. Chodziłem tak w pobliżu samochodu kilkanaście minut i gdy się już uspokoiłem, wsiadłem z powrotem, pojechałem po sześciopak piwa i wróciłem do domu, aby się upić. Nastąpiło to dość szybko, bo już przy czwartej puszce. Zasnąłem na fotelu tylko przy włączonej lampce i spałem aż do rana.

Następnego dnia zwlokłem się, wziąłem prysznic i pojechałem do pracy. Niestety, byłem kompletnie nieefektywny, bo nie dość, że miałem omamy po przespanej nocy, to jeszcze to brutalne zakończenie znajomości przez pielęgniarkę. Tego dnia nie zrobiłem zbyt dużo. Krzątałem się po biurze bez celu lub tępo wpatrywałem w ekran komputera. Co było pozytywne, to ani szefostwo, ani współpracownicy nie próbowali się wtrącać, bo wiedzieli o moich problemach.

W pierwszej pracy rzucono mnie na głęboką wodę i kazano się zająć niedokończonym projektem programistycznym. Nie miałem jeszcze doświadczenia i na początku wydawało się, że sobie nie poradzę. Podpytać też nie miałem kogo, bo byłem jedynym programistą. W pracy zmagałem się z problemem i będąc w domu, robiłem to samo. Informatyka była moim całym światem. Już wtedy wolałem ją niż towarzystwo. Czy zawsze byłem inny? Chyba tak. Nawet będąc dzieckiem, wolałem siedzieć w domu, niż bawić się z rówieśnikami. Aż dziw, że wtedy ktoś nie zaprowadził mnie do psychologa, aby sprawdzić, czy ze mną wszystko w porządku. Może mam coś z autyzmu? Kto to wie. Nigdy tego nie odważyłem się u siebie zdiagnozować.

ROZDZIAŁ IX

Nadszedł dzień wizyty u psychologa. Nawał problemów sprawił, że czekałem na to, jak na zbawienie. Oprócz nocnego koszmaru i zmienionych stanów świadomości doszło kompletnie niezrozumiałe zachowanie pielęgniarki i chyba to ostatnie najbardziej bolało, gdyż do reszty zdążyłem się w jakiś sposób przyzwyczaić. Dopiero co się w niej zadurzyłem, a ona ucięła wszystko jedną krótką rozmową. Próbując wyjaśnić, co się stało, później jeszcze zadzwoniłem raz, ale gdy tylko usłyszała mój głos, wściekła się i zasyczała z nienawiścią, żebym więcej nie dzwonił. Wiedziałem, że to była wielka nienawiść, bo takie uczucie można rozpoznać w głosie. Nienawiść tak wielka, iż dotarło do mnie, że to koniec. Koniec, mimo iż ja nic nie rozumiałem. Musiałem zaakceptować ten fakt, nie znając przyczyn, a to zwykle jest najtrudniejsze. Nie wiedziałem także, czemu nagle było w niej tyle agresji. To jak przeskakiwanie ze skrajności w skrajność – od wielkiej sympatii do wrogości.

Przyszedłem do pani psycholog na umówioną godzinę i gdy przekroczyłem próg gabinetu, przedstawiła się, po czym zaprosiła, abym usiadł w wygodnym fotelu. Zaproponowała, żebym chwilę posiedział w ciszy, uspokoił emocje, a następnie spytała, skąd miałem do niej telefon. Usłyszawszy, iż od jej byłej pacjentki, powiedziała, że jeśli łączą mnie z nią jakiekolwiek relacje, to żebym nie zdradzał, kim ona jest. Na początku tego nie rozumiałem, ale wyjaśniła, iż chcąc być obiektywna w tej sprawie, nie może wiedzieć, o kogo chodzi. Następnie poprosiła, abym dokładnie opisał, z jakimi problemami przychodzę. Wiedziałem, że w tym momencie przydałby się dyktafon z nagraniami z nocnych stanów, ale zrobić tego nie mogłem, więc musiałem wyłuszczyć problem tak, jak potrafiłem najlepiej. Opisałem zdarzenie w parku, które wszystko zapoczątkowało, potem opowiedziałem o tym stanie i co pod jego wpływem mi się wydaje, i wreszcie o zaburzeniach percepcji. Mówiłem prawie całą godzinę, ona słuchała i wpatrywała się we mnie z niezwykłą przenikliwością.

Miała mniej więcej czterdzieści lat, krótkie, ciemne włosy, pogodną twarz i nieco tęższą budowę ciała. Wpatrując się i słuchając mojej opowieści, uśmiechała się czasem delikatnie i mówiła, abym się nie bał, po czym znów z miną pełną empatii chłonęła słowa. Na koniec spytała, jakie biorę leki i stwierdziła, że w sumie nie ma pojęcia, czym jest mój stan, ale i tak postara się pomóc. Zupełnie na odchodne zaproponowała, żebym zadzwonił, jak to wróci. Wiedząc, że nie mogę jej obciążać swoim problemem poza umówionymi spotkaniami, odmówiłem. Jednak ta propozycja pozwoliła mi zrozumieć, jak bardzo jest zaangażowana w swoją pracę. Umówiliśmy się na wizytę za trzy dni, pożegnaliśmy i wyszedłem.

Nie dostałem gotowej odpowiedzi na to, co mi jest i jak temu zaradzić. Miałem nadzieję, że wejdę, opowiem i dostanę gotowy przepis, a tymczasem powiedziała, iż nie wie, z czym ma do czynienia. Z drugiej jednak strony zdawałem sobie sprawę, że takich rzeczy nie leczy się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, bo odwiedzając psychiatrów, tego już się nauczyłem, więc nie nalegałem na szybką diagnozę. Dodatkowo ilość informacji na temat mojego koszmaru sprawiła, że nie zdążyłem spytać o całą sytuację z pielęgniarką. Wiedziałem, że następną wizytę zacznę właśnie od tego.

Tymczasem dni mijały identycznie. Po pracy wracałem do domu, zajmowałem się wymuszonymi rzeczami, kładłem się zwykle dość wcześnie, ten stan mnie budził między pierwszą a czwartą i po nim już byłem na nogach. I tak w kółko. Czasem tylko korciło, aby zadzwonić do pielęgniarki, ale w porę mówiłem sobie nie. W moich oczach mało zachowań było gorszych niż naprzykrzanie się kobiecie. Powiedziała nie, to znaczy nie. Szczególnie że już raz próbowałem. Raz i wystarczy.

Nastąpiło kolejne spotkanie z panią psycholog i zanim powiedziałem coś od siebie, poprosiła, abym spróbował wyrazić, co czuję w danej sytuacji. Nie za bardzo wiedziałem, o co chodzi, bo nikt nigdy w życiu mnie o to nie pytał. Nawet się tym nieco zdenerwowałem, bo nie chciałem wyjść na ignoranta i powiedzieć, że nic. Jednak czułem… Skupiłem się na temacie pielęgniarki, opisując całą naszą znajomość, miłe spotkania, wspólne, pełne uśmiechów chwile i to jak zarzuciła mi, iż ją uraziłem, potem o próbie wyjaśnienia sytuacji, i wreszcie o metamorfozie w nienawiść. Odpowiedź terapeutki była szokująca i na początku nie zrozumiała: „Moim zdaniem to była kobieca gierka, mająca na celu sprawdzenie pańskiej pewności siebie. Ona zarzuciła panu, że powiedział pan coś niestosownego, co ją uraziło, aby sprawdzić, na ile panu na niej zależy i czy jest w stanie pana wpędzić w poczucie winy. Gdy się okazało, że panu bardzo zależy i jest pan pod jej wpływem, wycofała się, bo nie spełnił pan oczekiwań. Takie kobiety oczekują, że mężczyzna będzie jak skała, obejdą go próby wbicia w poczucie winy i nie będzie latał na każde zawołanie. Potem gdy z panem zerwała, dopadły ją wyrzuty sumienia z powodu tego, w jakim stanie pana zostawiła i nie miała ochoty już pana widzieć. I stąd gwałtowna reakcja.”

Wiedziałem, że temat pielęgniarki jest zamknięty. Zastanawiałem się nad tym, że ktoś, kto sam korzystał z usług terapeuty, może używać takich gierek, szczególnie iż jest to pielęgniarka, która pomaga innym na co dzień. Doszedłem także do wniosku, iż się przed pielęgniarką otworzyłem, ponieważ w ogóle się nie znaliśmy i nie obawialiśmy mówić prawdy. Oboje mieliśmy za sobą ciężkie chwile, ona była w pracy, ja chory i pod jej opieką. Toteż dlatego nie miałem problemów, aby poprosić ją o numer telefonu. Potem pani psycholog odpytała o fakty z dzieciństwa i młodości. O to, jak było w rodzinnym domu, jak żyło mi się z rówieśnikami i co z dzieciństwa pamiętam najbardziej. Wszystko analizując i wyciągając odpowiednie wnioski, zmieniała niezrozumiałą jak dotąd przeszłość w coś, co wyjaśniało moje zachowania. Było to niezwykle ciężkie, ale konieczne w procesie psychoterapii. Wysłuchała opowieści o przeszłości, czas nieubłaganie się skończył i rozstaliśmy się. Po raz kolejny nie usłyszałem, co mi jest i jak temu zaradzić, ale obiecała, że powie co nieco na ten temat na następnym spotkaniu.

W połowie studiów poznałem jedną dziewczynę, spotkałem się z nią raz na gruncie prywatnym na spacerze w parku i umówiłem na prawdziwą randkę w knajpie. Czekałem przed wejściem dobre dwadzieścia minut, w końcu pojawiła się spóźniona, ale przyjechała na rowerze i oświadczyła, iż jest teraz umówiona, że się odezwie i następnym razem na pewno spotka. I odjechała. Zaciskając pięści i marszcząc czoło, wróciłem do domu i wypiłem trzy piwa. Chwilę potem wysłała sms’a z pytaniem, co u mnie. Odpisałem prawdę, że jestem bardzo zły. Następnie dostałem wiadomość, że jestem za mało odporny, nie przeszedłem próby i kiepski ze mnie materiał na faceta. Poszedłem po kolejne trzy piwa i się upiłem. I to ja mam być nieodporny? Może i jestem, ale w tym wypadku nie miałem ochoty na znajomość z taką dziewczyną!

Kolejnych kilka dni mijało bez zmian. Conocne koszmary wyznaczały już od dawna cykl dnia i nocy. Istniał tylko rytm. Ja i moje potrzeby byliśmy temu podporządkowani. Próbując zachować resztki tego, co pozostało, żyłem gdzieś w półmroku świata. Dodatkowym ciężarem były wspomnienia, które uruchomiła terapeutka. Musiałem je w sobie jeszcze raz przeżywać i mimo iż nie było to lekkie, wiedziałem, że jest konieczne. Czekałem na kolejną godzinę terapii jak na zbawienie. Przelałem całą swoją nadzieję na panią psycholog i jej metody. Jak się później okazało, wierzyłem jej od samego początku. I to właśnie ta wiara okazała się w przyszłości kluczowa dla mojego zdrowia. Mawiają, że ona góry przenosi, a ja stwierdzę, iż jest fundamentem szczęścia i spokoju. Dzieje się tak, ponieważ posiadając ją, uruchamiamy w sobie siłę, na którą nie byłoby nas stać bez niej. Czasem jednak potrafi się obrócić przeciwko nam, kiedy nadzieje w niej pokładane nie zostaną urzeczywistnione. Wtedy, kiedy ginie nadzieja na lepsze jutro. A nadzieja umiera ostatnia…

Następna wizyta u pani psycholog zaczęła się w sposób identyczny jak poprzednia. Miałem najpierw wyciszyć emocje, a potem wyrazić, co czuję. Sprawiało to wtedy olbrzymią trudność, gdyż, jak mi się wydawało, czułem tylko spokój, a poza tym miałem się ogólnie źle. Zupełnie nie zdawałem sobie sprawy z pełnego wachlarza emocji, które we mnie buzowały. Jak później zrozumiałem, złemu samopoczuciu towarzyszyły takie uczucia jak lęk, poczucie winy, bezsilność i smutek. Brak kontaktu z emocjami był głównie wynikiem ucieczki przed nimi, lęku i faktu, iż nigdy na ich temat nie rozmawiałem. A właśnie prawidłowe odczuwanie jest kluczem do spokoju ducha i zdrowia psychicznego. Widząc, że nie umiem ich wyrażać, prowadziła mnie przez ten nowy świat, zadając pomocnicze pytania i naprowadzając na odpowiedzi. Chciała, abym to ja sam odnalazł je w sobie. Przeanalizowała ze mną całą sytuację z pielęgniarką pod kątem emocji, potem przeszliśmy do nocnego stanu. Kierowany sugestiami, doszedłem do wniosku, iż to, co mi się najbardziej kojarzy z tym koszmarem, to strach i poczucie winy. Potem pojawiła się niemoc, a ona była wynikiem bezsilności wobec efektów jego wpływu. Zapytałem ją, czym według niej jest ten nocny stan. Odpowiedziała: „Pierwszy raz się z czymś takim spotykam i nie za bardzo wiem, co powiedzieć, ale według mojej wiedzy, są to wychodzące z podświadomości wyparte emocje. Przez długie lata nie zdawał pan sobie z nich sprawy i uciekał przed nimi, więc nazbierało się ich całkiem dużo i teraz kipią. Stąd tak dużo w nich strachu i poczucia winy.”

Dopytałem, czym w takim razie jest zmieniona percepcja zarówno w trakcie koszmaru, jak i za dnia. „Moim zdaniem jest to tak zwana depersonalizacja i derealizacja. Trochę się to różni od tego, co czytałam w podręcznikach, ale pewne aspekty są zbieżne. U pana polega to na tym, że bardzo silne emocje tak mocno wpływają na psychikę, iż tworzą barierę w poprawnym odbiorze rzeczywistości. Potrafią zaburzać zmysł wzroku, słuchu, smaku czy dotyku. Powtarzam, że u pana jest to bardzo nietypowe i nie mam pewności.”

Jak zrozumiałem, pozornie banalne zdarzenie w parku było wyzwalaczem całych pokładów tego, co wyparte. Raz uruchomione szalało w głowie bez mojej kontroli, potem znajdując sobie ujście, co noc kipiało, a w dzień ukryte w podświadomości dawało o sobie znać w tak znaczący sposób.

Kolejne wizyty u terapeutki zaczynały się w sposób niemal identyczny – uspokojenie emocji i wyrażenie tego, co czuję w danej chwili. Zacząłem uświadamiać sobie coraz więcej nurtujących uczuć. Powoli docierało do mnie prawdziwe życie – bez ucieczki i oszukiwania siebie. Na początku było to męczące, gdyż ciężko jest odnaleźć coś, co było przez całe życie skrywane i nierozpoznane. Każda nowa emocja wymagała wytężenia umysłu i skupienia, jednak z biegiem czasu było coraz lżej. Jednym z ważniejszych okazał się lęk, od którego zaczynało się prawie wszystko. To on napędzał całą masę nieprzyjemnych uczuć i był fundamentem fatalnego stanu umysłu. Po wstępnej fazie przechodziła do kolejnych spraw, czyli analizy tego, co pamiętam z wczesnego dzieciństwa. Pojedyncze obrazy czy zdania były najpierw rozpatrywane subiektywnie, czyli jak się czułem w przeszłości. Wspólnie rozbudowywaliśmy je do pełnych scenek czy nawet ciągu wydarzeń. Dopiero potem pomagała zrozumieć ich znaczenie obiektywne. I to obiektywne światło dawało pełnię zrozumienia i wyzwolenia, ale nie byłoby tego bez wcześniejszego aspektu subiektywnego. Okazuje się, że najpierw należy zrozumieć siebie w danej sytuacji, a dopiero później poznać bezwzględne fakty. Dodatkowo stosowała jeszcze inne metody, które wtedy wydawały się nie do końca zrozumiałe. Dopiero gdy sam skończyłem psychologię, zrozumiałem je.

W tym czasie terapeutka była osobą, której ufałem bezgranicznie. Nie bez znaczenia był fakt, iż trafiłem na tak ciepłą i fachową osobę. Dziś wiem, że gdybym chodził do kogo innego, mogłoby nie być tak dobrze i paradoksalnie zawdzięczam to pielęgniarce, która mnie na koniec znienawidziła. Jak to ktoś powiedział: aby zaufać sobie, należy najpierw zaufać komuś. Co prawda przed wystąpieniem nocnych problemów nie mogłem narzekać na brak ufności w stosunku do siebie, ale było to związane z ucieczką przed emocjami. Wolałem działać, nie zastanawiając się – odciąłem się od problemów i stąd wcześniejszy brak kłopotów emocjonalnych. Ważną, jeśli nie najważniejszą rolę w cyklu zdrowienia odegrała bioenergoterapeutka, bo gdyby nie ona, to nie byłbym w szpitalu, nie poznał pielęgniarki, a tym samym nie trafił na świetną psychoterapię. Także niezwykle istotne było to, co poczułem po odebraniu portfela od Śledzonej – czułem się na siebie wściekły, a złość potrafi czasem przezwyciężyć lęk. Obecnie wolę mieć lekką niedyspozycję prawej ręki, wywołaną złamaniem otwartym i być wolnym od traum, niż żyć jak przedtem. Zrozumiałem też, że czasem musi być gorzej, aby później było lepiej…

Proszki uspokajające przestałem brać w jakiś rok po rozpoczęciu terapii i nie wróciłem do nich do dziś. Wielokrotnie pytałem terapeutkę, co ja widuję w trakcie nocnych koszmarów, bo zawsze w takim momencie wydaje mi się, że widzę zarazem coś konkretnego, jak i nieuchwytnego. Odpowiadała, że tak naprawdę to nieistotne, gdyż jest to tylko skutek, a nie przyczyna, natomiast ważne, aby spróbować wyeliminować to drugie. I po części tak się stało, ponieważ teraz to ja panuję nad koszmarem. Identycznie wyraziła się na temat zmian percepcji w ciągu dnia. To był nietypowy efekt, a przyczyną była schorowana sfera psychiczna. De facto mogła się mylić, czym to wszystko było, ale stosując taką, a nie inną terapię, która postawiła mnie na nogi, nie myliła się,

Również mniej więcej po tym czasie lęki nocne zaczęły powoli ustępować, a dzienna percepcja wracała do normy. Nawet gdy koszmar powracał, byłem w stanie uspokoić się, leżąc cały czas w łóżku, nie musząc wstawać i chodzić w kółko. Z czasem odzyskiwałem panowanie nad sobą. Wielokrotnie zastanawiałem się, czym są te dziwne nocne lęki i za każdym razem nie jestem w stanie powiedzieć praktycznie niczego. Po wyjściu z nich nie mogę sobie wyobrazić tego, co czułem, widziałem i doświadczałem, a nawet w trakcie jest to nie do opisania. Zupełnie jakby brakowało na to określeń w naszym ludzkim, ziemskim języku. A może bioenergoterapeutka miała rację, że jest to niejako brama do innego stanu świadomości? I teraz kiedy już panuję nad lękiem, tak naprawdę tylko z tym się to kojarzy. Z niczym więcej.

Pani psycholog wyjaśniła mi, dlaczego przy pielęgniarce czułem się tak dobrze. Otóż zakochałem się w niej, a miłość niejednokrotnie potrafi „przykryć” wszystko, co negatywne. Jest zbawieniem i swoistym panaceum na złe samopoczucie. Jednak ten aspekt zaprzecza teorii bioenergoterapeutki, gdyż świadczy niezbicie, że ten stan lękowy to coś negatywnego, skoro miłość potrafiła to „wyleczyć”. Kolejnym na to dowodem jest fakt, że psychoterapia pomogła. Tylko jak wyjaśnić „nieogarnialność” tego stanu? Mimo że teraz sam jestem psychologiem i wiem sporo na temat ludzkiej psychiki, to tego się chyba nigdy nie dowiem…

Zrozumiałem jeszcze jedno. Otóż sam najpierw stosowałem manipulacje ze Śledzoną, a potem się dziwiłem, że pielęgniarka zrobiła coś podobnego w stosunku do mnie. Świadczy to dobitnie o tym, jak byłem obłudny i egoistyczny…