Samotność Boga — cz. V

Samotność Boga — cz. V

Dotarł do zakładu, cały czas wahając się, aby zadzwonić do Lidii. Albo przynajmniej odpisać. Pewnie i tak już postawiła na nim krzyżyk, bo tyle dni milczał. Wszedł do pomieszczenia, gdzie myto zwłoki i stanął nieruchomo pod ścianą. Obserwował, jak pracownik myje szlauchem podłogę wyłożoną kafelkami. Po raz kolejny zapadł się w myślach. Widział tylko odbijające się od glazury krople wody i strumienie płynące ku okratkowanym wylotom w podłodze. Pojedyncze strugi niemal wciągały jego uwagę. Wiły się na płaskiej powierzchni, a gdy docierały do żłobień służących do odprowadzania wody, wyrównywały ciek na prosty, bardziej zbity i silniejszy. Który to już raz Marek stał niemal zahipnotyzowany wodą.

W końcu po południu postanowił zadzwonić do Lidii. W pamięci miał jedynie strzępki tamtego spotkania. Zanim zadzwonił, zastanawiał się, czemu miewa wątpliwości, czy pozna ją w rzeczywistości. Przecież widział ją z bliska, chwilę rozmawiali, pamięta, że jest blondynką, prawie bez makijażu, niezwykłej urody. Ale jego umysł dwoił się i troił, aby zobaczyć w pamięci wygląd twarzy. Czy to nie jest przypadkiem tak, że ostatnimi czasy utracił do siebie zaufanie w ogóle? A jeśli je utracił, to zwyczajnie nie dowierza, że to, co pamięta, wystarczy do rozpoznania Lidii.

— Tak, słucham — usłyszał w słuchawce bardzo cichy głos, zaraz po tym, jak się połączył. To go speszyło, ponieważ wyraźnie wyczuł, że Lidka nie za bardzo ma ochotę na rozmowę.

— Dzień dobry — zaczął oficjalnie. — Nie wiem, czy mnie jeszcze pamiętasz, ale jestem tym… — chciał powiedzieć lekarzem, ale ugryzł się w język — człowiekiem, który zaczepił cię na parkingu w Puszczy Kampinoskiej.

— A, dzień dobry! — odpowiedziała z nutą euforii.

— Ja trochę późno dzwonię, bo… — ponownie zawiesił głos — miałem pewne trudności, ale to już za mną. Czy nie za późno, aby cię gdzieś zaprosić?

— Nie, dopiero mamy przecież wczesne popołudnie — odparła.

Marek uśmiechnął się w duchu, mimo iż w gruncie rzeczy nie do śmiechu mu było. Miał na myśli kilkudniowe spóźnienie, a ona od razu wyskakuje ze spotkaniem tego samego dnia.

— A o której możesz się spotkać? — palnął.

— Kończę pracę o siedemnastej, więc, powiedzmy, o osiemnastej.

— Ale w sumie nie ustaliliśmy, gdzie mieszkasz, bo ja pod Warszawą, w Pruszkowie.

— Ja w Ursusie. — Słychać było, że się uśmiechnęła. — Więc nie mamy tak daleko.

Marek na dłuższą chwilę zamilkł, bo zastanawiała go ta przemiana: pierwsze słowa wypowiedziała, jakby wszystkiego miała dość, a teraz niemal tryska humorem. Czyżby tak dobrze go odebrała?

— Halo, jesteś tam? — spytała.

— Tak, tak. To może w Gawrze, tam jest całkiem przyjemna restauracja? Wiesz, gdzie to jest?

— Jasne!

— To co? O osiemnastej pod Gawrą?

— Jasne — powtórzyła.

Gdy się rozłączył, dopadły go myśli, wśród których dominowała jedna: po co się z nią spotyka? Po co w ogóle spotyka się z jakąkolwiek kobietą? Przecież przez ostatnie kilka lat, odkąd prowadzi zakład pogrzebowy, nie spotkał się ani razu. Nie w głowie były mu kobiety. A może to wreszcie czas, aby coś zmienić? Aby wrócić do świata żywych?

— To, co zamawiasz? — spytał, gdy siedzieli już przy stoliku?

— Spaghetti bolognese. A ty?

— Ja chyba to samo. — Przerzucił kartkę menu.

— To mówisz, że jesteś lekarzem?

Marek zastanowił się co odpowiedzieć. Z jednej strony chciał być uczciwy, a z drugiej wiedział, że to, iż jest lekarzem, przekonało ją, aby się w ogóle odezwać. Co, teraz powie, że dał taką wizytówkę, aby zrobić lepsze wrażenie?

— Jak by to powiedzieć — zaczął. — To nie do końca tak. — Spuścił głowę, nie za bardzo wiedząc, jak z tego wybrnąć.

— No, na wizytówce było napisane kardiochirurg. To ściema? — spytała niepewnie.

— Powiem wprost: byłem kardiochirurgiem kilka lat temu. Ale już nie jestem.

— Aha, rozumiem. — Pokiwała głową.

— Dałem ci taką wizytówkę, bo ta mi się nawinęła. Sam nie wiem co powiedzieć. — Marek czuł, że danie Lidii starej, nieaktualnej wizytówki spowoduje u niej niechęć, bo gdzieś z tyłu głowy zdawał sobie sprawę, dlaczego dał jej akurat tę wizytówkę. A wiedział, że kobiety nie lubią być okłamywane, niektóre mają na tym punkcie istnego fioła. Spuścił wzrok na stolik, czekając na wyrok.

— Wiesz, tak sobie myślę, że zrobiłeś to, bo chciałbyś wrócić do zawodu, a jednocześnie nie możesz tego zrobić z jakiegoś powodu — odparła po krótkiej chwili.

Takiej odpowiedzi się nie spodziewał. Widział Lidię odchodzącą już od stolika, a przynajmniej obrażoną, a tymczasem rzuciła nowe światło na jego aktualne życie. Zerknął ukradkiem jej w twarz. O dziwo, też miała spuszczoną głowę. Czyżby aż tak wyczuła jego stan? Czy on faktycznie pragnie znów być kardiochirurgiem? W końcu nieśmiało zapytał:

— Dlaczego sądzisz, że chciałbym wrócić?

— Dlaczego? Bo skoro dałeś kobiecie właśnie tę wizytówkę, to znaczy, że ten zawód wydaje ci się bardziej atrakcyjny.

— A może uznałem, że jest bardziej atrakcyjny dla kobiety, dla kogoś z zewnątrz?

— Wiesz… — Spojrzała mu w oczy. — Nie wierzę, że ktoś chciałby dać taką wizytówkę, jednocześnie darząc nienawiścią czy niechęcią ten zawód. — Rozejrzała się. — Ale, ale, chyba coś na zbyt poważne tematy nas wzięło. — Uśmiechnęła się. — Znaczy, mnie wzięło, ty tylko odpowiadasz… A co teraz robisz?

— Co?… A czy to przesłuchanie? — zapytał z uśmiechem, podchwyciwszy chęć zmiany klimatu rozmowy na lżejszy.

— No, w sumie racja. Nie chcesz, to nie odpowiadaj. Ja tylko tak pytam…

— Ważne jest to, że lubimy samotne spacery po lesie.

— A to tak. — Uśmiechnęła się, ale jakoś sztucznie.

Miał wrażenie, że zrobiła to z przymusu.

— Często tak spędzasz czas?

— Ostatnio dość często. Kiedyś inaczej żyłam. — Zaśmiała się pod nosem, choć Marek mógłby przysiąc, że zawierała się w tym jakaś złośliwość.

— A co poza tym lubisz robić? — spytał.

— Przepraszam, ale nie rozmawiajmy o mnie. — Skrzywiła się. — Możemy mówić nawet o całkach, czy wydzielinach ludzkiego ciała, ale nie o mnie — zażartowała.

— Naprawdę, mogę? — podchwycił żart.

Oboje wybuchnęli śmiechem.

Kiedy jedli posiłek, Marek zerkał na Lidię, starając się nie być zbyt nachalnym. Zdał sobie sprawę, że poznałby ją zawsze i wszędzie, tę twarz zapamięta chyba do końca życia. Tylko niepotrzebnie się nad tym zastanawiał. Z każdym kolejnym kęsem miał wrażenie, że Lidia jest coraz smutniejsza, coraz bardziej wycofana, choć na pierwszy rzut oka wyglądało, jakby po prostu jadła. Spojrzał na szklankę w gazowaną wodą stojącą na stole. Na całej powierzchni styku napoju ze szkłem rodziły się kolejne i kolejne pęcherzyki dwutlenku węgla, które z każdą chwilą zwiększały objętość, by w końcu oderwać się od ścianki czy dna, wypłynąć na powierzchnię i tam eksplodować, uwalniając zawarty gaz. Sama woda tymczasem pozostawała niemal nieruchoma, jedynie na powierzchni rozchodziły się szybkie kręgi miniaturowych fal, które kończyły swój żywot na ściance szklanki.

— Jakie plany na dziś? — spytała bardzo cicho.

— Sam nie wiem. Lubię siedzieć po prostu w domu.

— Ja też — błyskawicznie odparła i spuściła głowę.

— Mam dość męczącą pracę.

— A ja tak od jakiegoś czasu… — Pokręciła głową.

— Będziesz słuchała muzyki? Lubisz?

— Nie za bardzo, nie za bardzo. Choć czasem tak, ale nie za bardzo — powtórzyła.

— A książki?

— Nie, żadnych nie piszę — zaśmiała się ironicznie.

— W sumie ja też — odpowiedział i od razu przyszło mu do głowy, że zupełnie niechcący dowiedział się, że te notatki na parkingu to nie z powodu prozy czy poezji.

— Tak, przepraszam za szczerość, ale chyba oboje nie mamy zbyt dużo ciekawych rzeczy do powiedzenia.

Marka zatkało. On sam nigdy by się nie odważył, aby powiedzieć coś takiego na randce.

— Ale nie mówię, że to źle — podniosła głos. — Mówi się, że trafiła kosa na kamień, a w tym wypadku to raczej trafiła kropla na ocean.

— Czemu akurat woda? — zapytał natychmiast.

— Czemu?… Bo mówi się: nabrać wody w usta. Zobacz: ty nie za bardzo chcesz się zwierzać, ja również, więc co będę owijała w bawełnę.

— No tak, trafnie z tą wodą — zauważył.

— Ja wiem, czy tak trafnie? — wykrzywiła nieco po męsku usta. Wyglądała przy tym mniej atrakcyjnie, bardziej jak kolega. Marek zastanowił się, że tak piękna kobieta nie próbuje za wszelką cenę być idealna. Bo na pewno ten grymas był daleki od ideału kobiecego wyglądu. — Powiedziałam to, co mi przyszło do głowy. A że tobie się podoba, to fajnie, cieszy mnie to.

Dodatkowo Marek zastanowił się, że Lidia podała przykład wody, która przecież jest dla niego bardzo znacząca już od dawien dawna. Czyżby podobieństwo dusz? A może… A może zauważyła, jak przyglądał się szklance i wyczuła jego fascynację wodą? Może to wszystko Lidia robi po to, aby mu się przypodobać? Bo to, że powiedział, iż nie pracuje jako kardiochirurg, wcale nie musiało być przez nią potraktowane jako prawda, a jako niechęć pokazywania się. Czyżby miała chore serce i dowiedziawszy się o jego zawodzie, próbuje wejść w łaski i szybciej załatwić sobie jakiś zabieg? Zastanowił się, jakie notatki może sporządzać ktoś chory na serce. Jeśli spacer był długi i intensywny, to na pewno mogła notować, jaki ma puls, a być może nawet jakie ciśnienie. Tak, to na pewno jest to! Ot, kolejna interesowna kobieta, która nawet robi z siebie cierpiącą, tylko po to, aby zdobyć jego względy jako lekarza. Ale ciekawe, że tak szybko go rozgryzła. Przecież zrobiła to niemal natychmiast. Rozstali się na parkingu pod galerią Gawra. Marek nie odprowadził Lidii do samochodu, bo cała ta sytuacja wpłynęła na niego nie za dobrze. Widział jedynie, że poszła w stronę samochodu, a sam czym prędzej odjechał. Umówili się, że to ona zadzwoni.

Tego dnia Marek wrócił do domu dość wcześnie. Randka okazała się całkowicie nieudana. Co prawda nie usłyszał nic, co by potwierdzało jego teorię o chorobie kardiologicznej, ale miał takie obawy. A może to tylko obawy? Może chodzi o zupełnie co innego? W końcu nie wszystkie piękne kobiety tryskają humorem czy choćby dobrym samopoczuciem. A jeśli to jedna z nich?

Zapadł się w fotelu z gorącą herbatą w dłoni i włączył telewizor. Zrzucił kapcie, a nogi oparł o krzesło. Wskoczyła mu na kolana Zwłoczka i zaczęła głośno mruczeć. Fakty były takie, że umówił się z Lidią na kolejną randkę, choć szczegółów jeszcze nie ustalili. Zrobił to, bo w gruncie rzeczy chciałby jej pomóc, nawet już nie pracując jako kardiochirurg. Pewna część osobowości jednak pozostaje niezmienna, mimo tak drastycznej zmiany zawodu. A skoro chciałby jej pomóc, to w jakiś sposób zignorował swoją obawę. Najwyżej jeśli Lidia ma problemy z sercem, a okazałaby się za bardzo interesowna, zadzwoni do jakiegoś kolegi z czasów pracy w szpitalu i poprosi o zajęcie się sprawą, a z nią przestanie utrzymywać jakiekolwiek kontakty. Spróbował więc zapomnieć na tę chwilę o niej i po prostu gapił się w telewizję. Popijając gorącą herbatę, z nogami na krześle stojącym naprzeciwko, oglądał program o ssakach żyjących na Antarktydzie.

* * *

— To gdzie pójdziemy? — spytała Lena, gdy spotkali się po raz pierwszy.

— Ty jesteś przyjezdna, więc pewnie chciałabyś coś zobaczyć, ja się dopasuję.

— A ty gdzie byś chciał?

— Ja pojechałbym nad Wisłę albo gdzieś do lasu — odparł.

— Dobrze, to tam pojedźmy — cichutko przytaknęła.

— Czyli gdzie, nad Wisłę czy gdzieś dalej?

— Wybierz ty, ja się dopasuję.

— To może jednak do lasu, do Puszczy Kampinowskiej?

— A to gdzieś daleko?

— Nie, kilkanaście kilometrów pod Warszawą.

— A jak tam dojedziemy? Autobusem?

— Nie, mam samochód. Spokojnie, autobusem bym cię tam nie ciągnął.

Ruszyli w kierunku auta. Lena umówiła się z nim po pierwszych słowach, nie musiał zachęcać, pytać. Ostatni raz spotkał się z kobietą na randce na początku studiów, byli zresztą ze sobą jakiś czas, ale w końcu rozstali się, choć sam Marek nie wiedział dlaczego. Ot, któregoś dnia zadzwonił do niej, a ona oznajmiła, że ten związek to nie to, czego oczekiwałaby. Więcej się nie spotkali. Ale Marek nie martwił się tym za bardzo, bo na dobrą sprawę bardziej przejmował się studiami i karierą kardiochirurga. Teraz szedł obok pięknej Ukrainki i o wiele bardziej mu zależało. Z jednej strony miał dużo większe opory, by się z nią w ogóle umówić, a z drugiej, kiedy już do tego doszło, czuł większe zaangażowanie niż w poprzednim przypadku. A może to jest tak, że im miłość przychodzi trudniej, tym bardziej nam zależy? Tylko dlaczego to, co kiedyś przychodziło mu bez trudu, teraz stanowi nie lada problem?

— To twój auto? — spytała podekscytowana, widząc prawie nowego Nissana Corollę.

— Tak, to moje auto. — Pokiwał głową.

— Stać cię na takie? Przecież cały czas jeszcze studiujesz?

— To prezent od rodziców za to, że dostałem się na specjalizację.

— Bogatych masz… — urwała w połowie zdania i spojrzała Markowi w oczy.

— Tak, mają dość pieniędzy, na to nie mogę narzekać.

— Ale ja nie chcę mówić o pieniądzach. I nie pomyśl sobie, że na to biegnę.

Marek się zaśmiał. Od razu jak poznał Lenę, widział w niej kobietę, która w życiu kieruje się emocjami i dobrocią, a nie pieniędzmi i karierą. Ale też rozbawiło go przekręcenie ostatniego słowa.

— Po polsku mówi się: lecę na coś, a nie biegnę na coś — poprawił ją wciąż z uśmiechem.

— Tak, tak, mylę polskie słowa — odparła ze smutkiem.

— Ale nie przejmuj się. W zasadzie to możesz mówić, jak chcesz. — Otworzył najpierw drzwi pasażera i wpuścił ją do środka.

Tego dnia spędzili kilka godzin w Puszczy Kampinoskiej. Spacerowali niespiesznie, opowiadając o swoim dzieciństwie, o dorastaniu, o rzeczach charakterystycznych dla swoich krajów. Okazało się, że matka Leny urodziła się już na Ukrainie, choć matka była Polką; mieszkali na terenach, które niegdyś należały do Polski. Zdarzały się momenty, gdy Marek przestawał mówić, mając ochotę na chwilę ciszy, a Lena podchwytywała to w mig i też milkła. Szli wtedy w niemal całkowitej ciszy i jedynie ptaki oraz wiatr odzywały się gdzieś w górze. Marek nie zastanawiał się nad tym, czy Lena milkła, aby mu się przypodobać, czy sama również nie za bardzo lubiła mówić, ale gdyby miał zgadywać, powiedziałby, że to po prostu taka kobieta — ceniąca ciszę i spokój ponad inne wartości. W pewnym momencie zatrzymali się na leśnym miejscu biwakowym z drewnianym stołem, drewnianymi ławami i daszkiem.

— Często tu zabierasz kobiety? — spytała.

Marek siedział ze spuszczoną głową. Na te słowa jednak oderwał się od myśli, spojrzał jej w twarz i odparł:

— W zasadzie to pierwszy raz tu jestem z kobietą. — Pokiwał głową.

— To czuję się wyróżniona. — Przysunęła się bliżej niego. — A dlaczego akurat ja?

— Dlaczego?… — Zastanowił się. — Bo jesteś piękną kobietą, a w dodatku w typie, który bardzo lubię.

— Naprawdę? Ty też mi się podobasz. — Przysunęła się do niego jeszcze ciut bliżej.

Marek zauważył, że Lena próbuje skrócić dystans, jednak sam nie chciał, aby coś się między nimi zdarzyło już tego dnia. Wiedział, że to nie jest dobry pomysł, aby doszło do czegokolwiek na pierwszej randce, gdy zależy mu na czymś więcej niż przelotnej znajomości. Wstali więc wkrótce i ruszyli dalej, ku niezadowoleniu Leny. Lecz niezadowolenie, które zauważył, nie trwało długo. Już po kilku minutach rozmawiali znów w najlepsze. Do domu wrócił tamtego dnia dość późno, bo po odwiezieniu Leny pojechał jeszcze na dłuższą przejażdżkę po stolicy.

Za każdym razem gdy myślał o niej w sposób seksualny, nie mógł się oprzeć wspomnieniom tego, co wydarzyło się w prosektorium. Znów widział siebie jako wynaturzonego mężczyznę, który ma wzwód na widok trupa. To nic, że tym razem miał do czynienia z żywą kobietą, która, jak widział, pragnęła go z każdą chwilą bardziej. Jadąc samochodem przez oświetlone Aleje Ujazdowskie, zastanawiał się, czy gdyby Lena trafiła do prosektorium, też czułby to samo, co kilka lat wcześniej. Bo tego, że niezwykle podobała mu się fizycznie, był absolutnie pewien. Poza tym, czy tamten moment podniecenia seksualnego zdarzył się jedynie przez nieuwagę, przez nieuświadomienie sobie, że kobieta nie żyła, czy może zdarzyłby się ponownie i ponownie. Wolał nie próbować. W domu rodzinnym wpojono mu żelazne zasady i wiarę w Boga, która mówiła, że za każdy występek spotka go odpowiednia kara. I choć bardziej mówiono tam o karze po śmierci, na Sądzie Ostatecznym, to Marek dopatrywał się kary jeszcze tu za życia. Wzięło się to stąd, że jego ojciec traktował go dość ostro, często wymierzając drobne kary za byle przewinienie. Jego matka natomiast zawsze stanowiła dla niego azyl, osobę, do której mógł przyjść i się nawet wypłakać. I teraz brakowało mu takiej osoby, choć do kobiet czuł olbrzymi dystans po sytuacji w prosektorium.

* * *

Następnego dnia po spotkaniu z Lidią nie mogły go opuścić wspomnienia przeszłości: Lena, sytuacja z prosektorium, aż wreszcie jego pierwsza randka. To zdarzyło się tak dawno, że pamiętał jedynie drobne rzeczy, jak podekscytowanie przed i rozanielenie po. Natomiast z samego spotkanie nie pamiętał zbyt wiele. Zupełnie jakby co innego przyćmiło wspomnienia. Zastanawiał się teraz czy to emocje, czy może zwykła niepamięć. Ale biorąc pod uwagę, że pamiętał dokładnie ze szczegółami dużo wcześniejsze fakty ze swojego życia, to raczej w wypadku pierwszej randki wspomnienia zostały przyćmione przez emocje. Zastanowił się, jak to jest, że czasem emocje powodują, że pamiętamy zdarzenie, a w tym wypadku działały odwrotnie.

Wyszedł z domu przed dziewiątą rano i pojechał do pracy. Gdy wszedł do zakładu, zza recepcji odezwała się Ewa:

— Szefie, Stefan się rozchorował. Nie będzie go w pracy.

— Coś poważnego?

— Tego nie wiem, ale wspominał przez telefon, że nie będzie go jakiś czas, ma zadzwonić, jak dojdzie do siebie.

— Czyli nie wiadomo, kiedy wróci? — Marek od razu pomyślał, że teraz sam nie będzie mógł pozwolić sobie na tyle swobody, co do tej pory, bo w razie potrzeby Stefan zajmował się niemal wszystkim — był jego prawą ręką.

— Nie, mówił jedynie, że go nie będzie jakiś czas.

Marek wszedł do siebie do gabinetu, usiadł na fotelu i zaczął się zastanawiać, czy nie odwiedzić Stefana. Przyszło mu do głowy, czy ta choroba to nie przypadkiem po wspólnym wędkowaniu, bo temperatura była dość niska. Jednak od dłuższego czasu, od porzucenia kariery kardiochirurga, unikał ludzi. Z drugiej strony teraz spotkał się z Lidią, ze Stefanem przecież też zacieśnił więzi koleżeńskie, więc może już czas przestać zadręczać się przeszłością, a czas zacząć żyć normalnie. Jakkolwiek jawiło się to mu niezgodne z emocjami, czuł, że to jedyna droga. Już sięgnął po komórkę, aby zadzwonić do Stefana, ale zrezygnował. Sam nie do końca wiedział, o czym mógłby teraz z nim rozmawiać, a poruszać tematów zdrowotnych nie był nadal w stanie. Nie po tym, co się wydarzyło.

Usłyszał pukanie do drzwi.

— Panie Marku — mówiła Ewa — Radka wciąż nie ma, Stefan na zwolnieniu…

— Tak, tak, wiem — przerwał jej. — Zaraz się przebiorę i pójdę im pomóc, niech obędą się beze mnie kwadrans.

— Panie Marku, ale Adam właśnie stwierdził, że rezygnuje, że nie nadaje się do takiej pracy. Został Krzysiek, a on sam nie da rady. Mamy dziś cztery ciała. Może trzeba pomyśleć, aby kogoś zatrudnić? Teraz to nawet nosić trumnę nie ma komu, bo choć Arek i Mirek mogą nadal przychodzić dorywczo do samych pogrzebów, jak już to robili wcześniej, to teraz jest ich najwyżej trzech, brakuje czwartego, a dziś mamy pogrzeb.

— Czyli co? Nie pozostało mi nic innego jak nieść z nimi trumnę.

— Szefie, nie to miałam na myśli, raczej myślałam o poszukaniu kogoś dorywczo takiego jak Arek i Mirek.

— Ewo, mało prawdopodobne, abyśmy dziś kogoś takiego znaleźli. Jeszcze gdyby na stałe, to tak, ale na dorywczo, tylko na pogrzeby, to nie ma szans.

— A nie ma pan oporów?

— Osobiście żadnych. Najwyżej jeśli spotkam jakiegoś byłego pacjenta, to zacznie się plotkowanie na większą skalę. Ale wie pani co? — Oparł się wygodnie w fotelu, spojrzał jej w oczy. — Guzik mnie to obchodzi. Już nieraz mnie pytano, dlaczego rzuciłem pracę jako lekarz i pracuję tutaj. Żadna praca nie hańbi, a ta również uszlachetnia.

— Panie Marku. — Weszła do gabinetu i zamknęła za sobą drzwi. — Mogę być szczera? Ale tak bardzo szczera?

— Tak, Ewo, proszę mówić — odparł automatycznie, choć dreszcz niepewności przebiegł mu po plecach.

— Pan to powinien wrócić do zawodu, ja panu mówię. Przepraszam za wyrażenie, ale gada pan głupoty, że ta praca uszlachetnia. Według mnie ta praca to tylko pieniądze, nic więcej. Tu za nikogo pan nie odpowiada tak naprawdę, przyjmuje pan trupy i trupy pan grzebie. Co może pójść nie tak? Uśmierci pan któregoś? — podniosła głos.

— Ewo…

— Nie, panie Marku, serce mi się kraje, jak widzę, że tak dobry człowiek i lekarz kardiochirurg marnuje sobie życie. Ile razy obiecywałam sobie, że powiem to panu, ale za każdym razem tłumaczyłam sobie, że to nie moja sprawa, że to pańskie życie.

— Ewo, nie wiesz wszystkiego. — odparł cicho. — Dla mnie to naprawdę…

— Owszem, nie wiem wszystkiego — przerwała mu — ale wiem tyle, że to nienormalne, aby lekarz grzebał ludzi. Owszem — podniosła głos jeszcze bardziej, ledwo opanowując emocje — mówi się, że każdy lekarz ma swój cmentarz, ale pan to se chyba to za bardzo wziął do serca. Ja się na to nie godzę, to nie na moje nerwy — biernie przyglądać się i codziennie mówić sobie, że tak ma być, że to nie mój zasrany interes. Nawet mój mąż ma pretensje, że bardziej się przejmuję panem niż nim. — Wybuchnęła płaczem.

Marek wstał z fotela, podszedł do niej i przez chwilę zastanawiał się, co zrobić. Jednak w jakiś niezrozumiały sposób instynkt zadziałał i Marek objął ją ramieniem.

— Nie! — zaprotestowała i odeszła krok w bok. — Teraz jest pan czuły i to jest dobre, ale za chwilę pozbędzie się pan duszy i znów będzie bezdusznym grabarzem. Z każdym pogrzebem pozbywa się pan kawałka swojej duszy. A na co pan to zamienia? Na srebrniki!

— To nie tak! — Marek aż drgnął.

— Co nie tak? Może mnie pan zwolnić za to, co właśnie powiedziałam, mam to w dupie! Ważne, że teraz będę miała spokojniejsze sumienie. A tak z każdym pieprzonym pogrzebem w moje sumienie wbijały się coraz większe zadry z tych pieprzonych trumien.

— Ewo! — Marek podniósł głos. — Ewo! — powtórzył.

— Tak? — spytała żałośnie.

— Dziękuję. I w żadnym wypadku cię nie zwolnię. Wręcz odwrotnie: choć mam swoje powody, dla których prowadzę ten zakład, to dziękuję ci za te słowa. Wiem, że to z troski o mnie. Jeszcze raz dziękuję. — Ponownie objął ją ramieniem. Ewa jeszcze bardziej się rozpłakała.

Pomyślał, że wreszcie to wyraziła, bo już od dłuższego czasu widział, że ma coś do powiedzenia. Ilekroć przechodził obok recepcji, zerkał na nią jakby w oczekiwaniu na wypowiedzenie tego, co w niej buzowało. Kilka razy nawet już zaczęła coś mówić. Tak, jak poprzednim razem, gdy powiedziała, że mógłby zamknąć tę firmę na amen. Jak to się dzieje, że osoba, której płaci dobrze i która traktowana jest z szacunkiem i po ludzku, mówi takie rzeczy. Przecież powinna przede wszystkim dbać o swój interes, a nie o to, żeby zamknąć firmę. Czyżby dobro szefa było dla niej ważniejsze niż własne? Jeśli tak, to może się w nim podkochuje? Ale przecież nigdy nie zauważył, aby wysyłała mu jakiekolwiek sygnały. Takie rzeczy da się dostrzec natychmiast: kobieta za każdym razem, gdy widzi mężczyznę, w którym się podkochuje, poprawia fryzurę, czy wypina biust. Lub zwyczajnie bawi ją wszystko w sposób naturalny. Tu tego nie było. Czyżby więc po prostu widziała, że Marek się męczy w tej pracy, i to jej nie dawało spokoju? Już kolejna osoba mu to powtarza. Najpierw matka, teraz Ewa. Może jest coś, czego on sam nie widzi? Jakiegoś własnego zachowania?

Tego dnia Marek wrócił do domu po czarny garnitur. Pogrzeb rozpoczynał się o trzynastej. Marek podszedł do karawanu stojącego przed kościołem w ostatniej chwili; mimo wszystko miał opory, aby pokazywać się jako ten, który niesie trumnę. Niby nie zależało mu specjalnie na opinii, ale chciał uniknąć plotek, bo takie na pewno by się pojawiły, gdyż widok lekarza, i to kardiochirurga niosącego trumnę, mógł wzbudzać niepotrzebne rozmyślania. Nie czuł nieprzyjemnych emocji, dopóki nie poczuł ciężaru na ramieniu. Do tego on był najniższy ze wszystkich niosących, więc ciut więcej masy przypadało na niego. Wtedy miałby ochotę zostawić ten zawód i albo wrócić do pracy jako lekarz, albo znaleźć jeszcze coś innego. Zastanowił się, jak to jest, że wybrał prowadzenie zakładu pogrzebowego; nie wystarczyło mu emocji płynących z pamięci tego, co zdarzyło się w czasie studiów w prosektorium?

Gdy wyjmowali trumnę z karawanu już na cmentarzu, zobaczył przyglądającą się kobietę. Nie był pewien, czy ją zna. I nie miał pewności czy ona przypatruje się samej czynności pogrzebowej, czy może właśnie jemu jako byłemu lekarzowi. Na tę myśl zrobiło mu się nieco gorąco. Ale poczuł prawdziwe emocje, opuszczając z kolegami trumnę do grobu. Sam nie potrafił nazwać tego, co go dotknęło. Może świadomość kruchości ludzkiego życia, może fakt, że mimo iż wielokrotnie przygotowywał ciała w zakładzie, to nigdy nie uczestniczył w ten sposób w pochówku? A może po prostu wszystkiego po trochu, łącznie z tym, że ktoś może podejść i spytać, dlaczego już nie jest lekarzem. Niby mogły zdarzyć się takie osoby i wśród tych, którzy odwiedzali zakład, jednak dotychczas to się nie wydarzyło. Mogło mieć na to wpływ, że jako lekarz pracował w Instytucie Kardiologii w warszawskim Aninie, a mieszkał i prowadził zakład pod Warszawą.

Gdy zasypywano grób, a on sam stanął nieco z boku, podeszła do niego kobieta, która mu się przyglądała.

— Nigdy panu tego nie zapomnę! — wysyczała z wyrzutem.

Marek nerwowo na nią zerknął, ale nie rozpoznał nikogo konkretnego.

— Mój tata żył tylko pół roku po pana zabiegu! Nie dziwię się, żeś pan zmienił zawód, ten o wiele bardziej do pana pasuje! — Odwróciła się i odeszła.

Najpierw odruchowo spojrzał jeszcze raz na tabliczkę przeznaczoną na grób, czy to nie jeden z pacjentów, w których operacji uczestniczył. Ale szybko sobie zdał sprawę, że kobieta wspomniała, że ojciec żył pół roku, a przecież on już nie jest lekarzem od ponad czterech. Potem zerknął na zgromadzonych, szczególnie tych, którzy stali blisko kobiety. Ale na próżno. Poza tym zastanowił się, że przecież nie prowadził samodzielnie operacji, więc kobieta musiała zapamiętać zarówno jego, jak i kardiochirurga prowadzącego. Może to więc było tak, że od razu szukała potencjalnych ofiar?

Wrócił do domu niemal bez sił. Cała ta sytuacja z pogrzebem dała mu się bardzo we znaki. I to, że musiał nieść trumnę, i to, że opuszczał ją do grobu, a szczególnie słowa wściekłej kobiety. Ledwo ściągnął garnitur i padł na łóżko. Przykrył się i za chwilę Zwłoczka wskoczyła tuż obok niego. Marek skulił się w sobie i chciałby po raz kolejny przestać istnieć. Jeszcze spojrzał za okno, za którym zaczął siąpić deszcz. To go uspokoiło. Leżąc bokiem, z przytuloną do poduszki głową, obserwował mokry świat, głaszcząc kotkę. Po raz kolejny zastanowił się, dlaczego zmienił zawód na taki. Ok, rodzice mieli pieniądze na rozruch, to dobrze płatny fach, miał doświadczenia i kontakty ze studiów, aby ułatwić sobie start, ale przecież do cholery to było przywoływanie na własne życzenie uczuć, które nim targały od czasów zdarzenia w prosektorium. Czemu znów pracuje z nieboszczykami?

Kolejnego dnia wchodził na recepcję z pewnymi oporami, nie wiedział, czy Ewa znów nie wytknie mu tego, co było jakże prawdziwe. Niby był szefem i mógł po prostu zabronić jej o tym wspominać, jednak dobrze wiedział, że to nie rozwiąże problemu. Bo jeśli przestaje się mówić o problemie, ten wcale nie znika. Spojrzał tylko na Ewę, ale nie zauważył, aby tym razem miała ochotę coś powiedzieć; przemknął do swojego gabinetu tak szybko, jak mógł, i zajął się pracą. Jednak godzinę później ktoś zapukał do drzwi.

— Panie Marku — zaczęła Ewa.

On nastawił się na kolejną reprymendę z jej strony.

— Ktoś do pana — kontynuowała. — Mogę wpuścić?

— Klient? — spytał z ulgą. Bo niemal wszystko inne był w stanie przyjąć z ulgą; oby tylko Ewa nie przypominała mu, że powinien leczyć ludzi.

— Nie wiem, raczej nie. Ten pan już tu kiedyś był. — Wskazała głową na pojawiającego się za plecami pana Stanisława.

— O, witam, panie Stanisławie, proszę wejść. — Kiwnął głową, aby Ewa go wpuściła.

— Witaj, młody człowieku — przywitał się wchodzący. Trzymał w ręku sporą reklamówkę z czymś niezwykle cienkim i kwadratowym.

— Proszę usiąść. — Wskazał na stojący fotel pod ścianą. — Co pana sprowadza? — spytał głupio, ale od razu ugryzł się w język, bo przecież dobrze wiedział, że przyszedł w sprawie pogrzebu.

— Można szklankę wody?

— A, tak, tak, oczywiście. — Wstał i podniósł głos, aby usłyszała go Ewa za zamkniętymi już drzwiami: — Pani Ewo! — A po chwili, gdy otworzyła drzwi: — Proszę podać panu Stanisławowi szklankę wody.

— Oczywiście.

— Młody człowieku — zaczął starzec. — Zapewne wiesz, co mnie sprowadza. — Pokiwał głową, jakby sam sobie przyznawał rację.

— No, domyślam się. Chodzi o pogrzeb.

— Dokładnie tak. Co my tak już ustaliliśmy… Aha, ma być żarcik na klepsydrze. — Starzec uśmiechnął się zawadiacko. — Druga sprawa jest taka, że chcę, aby na moim pogrzebie zagrano pewną starą piosenkę z czasów, gdy byłem w sile wieku. Wiesz… pamiętam, jak wróciłem z pogrzebu mojego znajomego, który umarł nazbyt wcześnie, Panie świeć nad jego duszą, i kolega przyniósł mi płytę z tym utworem. Pomyślałem wtedy, że to idealna piosenka na pogrzeb. Do dziś jej często słucham, mówię ci, młody człowieku, piękna stara polska muzyka — zamilkł na chwilę i napił się wody.

— A co to za piosenka?

— Pewnie nawet nie słyszałeś. To Dwa plus jeden, piosenka „Komu w oczach słońce”. — Stanisław spojrzał na Marka pytająco. Sięgnął do reklamówki i wyciągnął z niej tradycyjną czarną płytę tego zespołu o tytule „Teatr na drodze”.

— Nie, słyszałem ich kilka piosenek w radio: „Pomaluj mój świat” czy „Iść w stronę słońca”. — Marek pokiwał głową.

— Tak, to ich. Ale tego pewnie nie słyszałeś, młody człowieku. — Starzec ostrożnie wstał i podał płytę. — Nie wiem, czy masz patefon, jak nie to zapłacę, byś sobie kupił. To ostatnia piosenka z tej płyty, ale możesz przesłuchać całą, myślę, że ci się spodoba.

— Patefon, pan powiada. — Marek się uśmiechnął. — Całe wieki nie słyszałem tego określenia. Ostatnio mówiła tak moja babcia.

— No tak, teraz to chyba jakoś inaczej się na to mówi…

— Panie Stanisławie, teraz mówi się gramofon. Choć, jak zapewne pan wie, teraz to już nawet nie moda na płyty kompaktowe, teraz wszystko w Internecie.

— Naturalnie, wnuczka czasem włącza coś z tych internetów i niektóre to nawet ładne piosenki. Ale niektóre to tylko łupanie, żadnej melodii.

— Czyli pan chce, aby tę piosenkę włączyć z gramofonu na pogrzebie? — spytał Marek.

— Nie — zdecydowanie zaprzeczył Stanisław. — Chcę, aby ktoś to zagrał i zaśpiewał.

— Ale… — Marek nie wiedział co powiedzieć.

— Żadnego ale, młody człowieku, żadnego ale. Ja niewiele żądałem w życiu, a na stare lata to jeszcze się pogłębiło, lecz co do pogrzebu będę nieugięty. A wiem, że jeśli ustalimy, ty dotrzymasz słowa. Płacę za wszystko z góry. — Stanisław sięgnął do kieszeni po portfel i stuknął nim w drugą dłoń. — Chcesz, abym teraz zapłacił?

— Nie, panie Stanisławie, nie o to chodzi. Tylko nie wiem, czy ktokolwiek zgodzi się na pogrzebie zaśpiewać niereligijną i nieżałobną piosenkę.

— Zgodzi się, zgodzi. Nawet już znalazłem kościół z organistą, który czasem gra nietypowe pieśni.

— Ale..

— Wiem, że powinienem mieć mszę pożegnalną w mojej parafii, ale już ustaliłem z proboszczem, że się zgodzi. — Stanisław wyciągnął z reklamówki kopertę i wręczył Markowi. — Tu jest zgoda na piśmie. Załatwiła to wnuczka. Ale reszta należy do ciebie, młody człowieku.

— Panie Stanisławie. W takim razie zrobię wszystko, czego pan żąda.

— No, i to się rozumie. A żeby nie było, że jestem gołosłowny, to mówię ci, że kopnę w klepsydrę w ciągu góra roku… — zawiesił głos. — Tak że na dziś starczy tych rewelacji.

— Tak… — Marek pokiwał głową. Już czuł się zmęczony tymi przygotowaniami.

— A Ania ostatni cały weekend w ogóle nie wychodziła z domu. Zamknęła się w pokoju i płakała. Myślała, że się nie dowiem, że było z nią nie tak, ale ściany nie takie grube i słyszałem, że szlochała. Aż sam musiałem iść na zakupy. Rozumiesz, młody człowieku?

— No tak, w pana wieku, iść na zakupy.

— Tyle że nie o to mi chodzi, że Ania mnie zaniedbała, że przez nią musiałem na te zakupy, ale o to, że naprawdę coś jest nie tak. Mówię ci, młody człowieku, ta okropna baba zniszczyła życie mojej Ani.

— Ta, co zabrała narzeczonego? — spytał niepewnie Marek.

— Ta sama. Jakbym ją spotkał na ulicy, to krzywdę bym zrobił i nie patrzył, że to niezgodne z prawem. Kija bym chwycił i plecy wygarbował. — Starzec pokręcił głową. — Choć mówi się, że wygarbowałbym skórę. Ale ja wiem, że niejeden kij bym na niej połamał! — Starzec podniósł głos.

— Teraz, panie Stanisławie, takie czasy, że człowiek dla człowieka wilkiem.

— Ależ nie, młody człowieku. Wcale nie teraz. Zawsze tak było. Za mojej młodości to były w Warszawie dzielnice, gdzie nikt nie chciał jechać, bo tylko złodzieje i dziwki. Teraz to tylko na Pradze trochę tego pozostało, ale i to już niewiele. A wiesz, dlaczego teraz wszyscy mówią, że jest gorzej?

— No, nie.

— Bo wszędzie trąbią o samych tragediach, wypadkach, napadach, rabunkach, zabójstwach. Wszędzie, czy to w radiu, czy w telewizji. Kiedy, młody człowieku, ostatnio widziałeś, aby w wiadomościach podali o czymś naprawdę radosnym? No, kiedy? — Stanisław napił się wody.

— Nie no, czasem jest, jak choćby o Wielkiej Orkiestrze Świątecznej Pomocy, czy… — Marek zaczął się zastanawiać, ale tak naprawdę to była jedyna pozytywna wiadomość, która przychodziła mu do głowy.

— Ludzie lubią tragedie, żyć bez nich nie mogą. A jak ich zabraknie wokół, to sami je tworzą. Oby tylko się coś działo.

— Nigdy się nad tym nie zastanawiałem — odparł automatycznie Marek. Zaczął myśleć o wnuczce Stanisława. Czy dałoby się jej jakoś pomóc?

— Tak to jest, młody człowieku, tak to jest.

— Panie Stanisławie, chyba nie powinienem tego mówić, ale może wnuczka już musi zasięgnąć specjalistycznej pomocy? Lekarskiej, znaczy psychiatrycznej, a przynajmniej psychologicznej.

— Też się nad tym, młody człowieku, zastanawiałem. Teraz wszędzie trąbią, żeby w razie problemów zgłaszać się do poradni. Może trzeba by było ją zaprowadzić gdzieś, bo sama to nie pójdzie, charakter ma po mnie, ja też wolałem wszystko sam znosić niż poprosić o pomoc.

— No to może trzeba coś z tym zrobić.

— Właśnie mi uświadomiłeś, młody człowieku, że mam jej pomóc, bo ona to nie najlepiej zarabia. Ale to też po tym, jak rzucił ją narzeczony. Przedtem to nawet kierowniczką w sklepie była, a teraz rozkłada towar na półki. Zapłacę za tego specjalistę. — Stanisław pokiwał głową. — Jeśli się zgodzi, jeśli się zgodzi, bo tak jak ja chce być niezależna i samodzielna. A pomoc przyjąć też trudno. Czasem trudniej niż dać.

— Coś o tym wiem… — Marek pokiwał głową i poczuł, że chce jak najszybciej zakończyć tę rozmowę. Spuścił głowę. Przez dłuższy czas obaj milczeli, aż Stanisław pożegnał się i wyszedł.

Marek przygotowywał mnóstwo pochówków i choć może nie robił tego od wielu lat, tylko od czterech, to nigdy się nie zdarzyło, aby klient zażyczył sobie na pogrzebie muzykę. I to niereligijną. Do tego jeszcze ten tekst na nekrologu. Czy ten Stanisław w ogóle zastanawia się, że po jego śmierci inni będą cierpieć i mogą nie chcieć takich atrakcji? Ale na dobrą sprawę nie mógł mu tego powiedzieć, bo wyczuł, że Stanisław nie zaakceptuje żadnego sprzeciwu. Tyle dobrego, że te wymogi były niegroźne. A ten tekst na nekrologu nie musiał być dostrzeżony przez wiele osób.

* * *

Tamtego dnia Marek nie czuł się dobrze: słabo przespana noc, kłopoty żołądkowe z poprzedniego dnia i ogólne zmęczenie dawało się we znaki. Przyjechał do szpitala z niewielkim opóźnieniem. Spóźnił się na obchód tuż przed operacją. Dołączył, gdy badali małego Jacusia. I to właśnie Jacuś, syn Jadwigi tego dnia szedł na stół operacyjny. Musieli poprawić to, co od urodzenia działało niewłaściwie. On miał jedynie asystować. Marek poczuł się już dobrze przed samą operacją, a na wszelki wypadek wziął leki na biegunkę. Pół godziny wcześniej zaczepił go kardiochirurg prowadzący:

— Jesteś w stanie asystować?

— Tak, tak, wszystko w porządku. Już jest dobrze.

— No to widzimy się za kwadrans. Widziałem, że rozmawiałeś z jego matką i wyglądało, jakbyście się dobrze znali.

— W zasadzie to nie, przyjąłem ich na badania wstępne kilka tygodni temu, a potem prowadziłem Jacka. Rozmawiamy ze sobą tylko.

— Czyli nie ma mowy o jakichś niepotrzebnych emocjach? Wiesz, pytam, bo jest taka niepisana zasada, że nie powinno się operować bliskich właśnie ze względu na emocje.

— Nie, nie, spokojnie, to obcy mi ludzie.

— Na pewno? — Uśmiechnął się kolega. — Jak was widziałem, dałbym głowę, że ze sobą flirtujecie.

— Tak, nie ma mowy o emocjach.

— Wiesz, jak trzeba, poprowadzę operację sam, a ty będziesz asystował przy następnej.

— Naprawdę, wszystko w porządku.

Gdy zaczęła się operacja, Marek poczuł, że Jacek nie jest mu tak samo emocjonalnie obcy jak inni pacjenci. Jednak było za późno na jakiekolwiek zamiany. Przyglądał się więc najpierw, jak mały pacjent jest schładzany do dwudziestu ośmiu stopni, aby wydłużyć czas na wykonanie całego zabiegu, potem sam otworzył klatkę piersiową i rozciął mostek. Główny kardiochirurg zastąpił krążenie na pozaustrojowe, podpinając płucoserce zamiast serca, aż w końcu zaczął korekcję Zespołu Fallota. Po obłożeniu serca lodem, co zatrzymało jego akcję, w końcu otworzył ten narząd, aby dokonać zmian we wnętrzu.

Ocenił pień płucny (główne naczynie krwionośne doprowadzające krew z serca do płuc) oraz zastawkę płucną, która zapobiega cofaniu się krwi z powrotem do serca. Następnie przystąpił do zabiegu korekcji samej zastawki. Rozciął i odciął od ściany pnia płucnego spoidła jej płatków. W dalszej kolejności uwidocznił drogę odpływu prawej komory i dokonał resekcji zwężenia podzastawkowego. Potem trzeba było zamknąć ubytek międzykomorowy za pomocą specjalnej łaty z dakronu; w zdrowym sercu nie ma połączenia między komorami, a w tym przypadku ubytek przegrody był tuż przy ujściu aorty. I aorta to kolejny problem, którym należało się zająć. Powinna ona wychodzić z lewej komory, natomiast w tej chorobie przesunięta jest ona na prawo, w tym wypadku nad ubytek międzykomorowy. Dakronową łatę należało wszyć tak, aby jednocześnie odgrodzić ujście aorty od prawej komory.

Całość skomplikowanej operacji trwała prawie cztery godziny. Z każdą chwilą Marek czuł coraz większe zmęczenie. I z każdym momentem przeszywały go coraz silniejsze dreszcze gorąca. Widocznie dolegliwość trawienna z poprzedniego dnia zaczynała się odzywać, choć Marek nie czuł potrzeby pójścia do toalety. Jednak w pewnym momencie poczuł kapiący spod lewej pachy pot. Zrozumiał, jakimi emocjami darzy małego Jacusia: teraz to już nie był obcy chłopiec — to był syn kobiety, do której zaczynał czuć coś więcej. To, co mówił kolega, właśnie się dokonywało: emocje przejmowały prym, a Marek nie myślał już spokojnie i całkiem trzeźwo.

Pod koniec zabiegu kardiochirurg prowadzący zaszył serce i z powrotem przywrócił krążenie ustrojowe, spojrzał na Marka i rzekł:

— No to teraz twoja kolej. Masz go zaszyć.

Marek nie protestował. Ale choć wielokrotnie dokonywał szycia, czuł, że tym razem to będzie prawdziwe wyzwanie. Chyba przecenił swoje możliwości w kilku aspektach: po pierwsze darzył chłopca emocjami, po drugie miał osłabiony organizm po silnej niestrawności, a co za tym idzie, czuł się przemęczony. Ale nie powiedział prowadzącemu, że jednak nie da rady; zawziął się w sobie i zaczął robić to, co mu polecono. Z każdą chwilą czuł coraz silniejsze fale gorąca, które powodowały, że kolejne krople potu spływały spod jego pach. Gdy wykonywał ostatni szew, zadrżała mu ręka. Natychmiast wstrzymał ruchy całkowicie, wziął głęboki oddech i nachylił się nad małym pacjentem, aby z bliska się przypatrzeć jakości swojej pracy. I w tym momencie poczuł spływającą po czole kroplę potu, która błyskawicznie osiągnęła łuk brwiowy, i zanim Marek zdążył zareagować, skapnęła prosto w otwarte wciąż cięcie na mostku. Wszyscy zamarli w bezruchu, tylko pielęgniarka stojąca obok doskoczyła i przetarła mu twarz. Kardiochirurg prowadzący odsunął bez słów Marka na bok i jak najszybciej sterylnym gazikiem osuszył miejsce szycia. Całe szczęście pot zatrzymał się na skórze, nie spłynął głębiej. Marek dalej już nie pamiętał, co się wydarzyło. Patrzył i był nieobecny. W pełni doszedł do siebie dopiero, gdy się przebierali.

Gdy tamtego dnia wrócił do domu, czuł się bez sił. Mimo iż nic tragicznego się nie stało, a sytuację opanował jego kolega, to Marek miał poczucie winy. Szczególnie dlatego, że nie potrafił dobrze ocenić swoich możliwości. Od razu po przyjściu wziął prysznic i przebrał się w piżamę. Nie chciał widzieć nikogo. Zasiadł w fotelu i włączył telewizję.

W pewnym momencie zadzwonił telefon:

— Cześć — odezwała się Jadzia. — Możemy się spotkać? Jestem taka podekscytowana — mówiła bez przerwy. — Chcę ci osobiście podziękować.

— Cześć. Wiem, ile dla ciebie znaczy ten dzień i to, że operacja się udała, ale jestem wykończony i byłbym marnym towarzyszem. Poza tym podziękowania należą się Jurkowi, to on operował, ja tylko asystowałem.

— Jemu już podziękowałam, ale nadal nie mogę usiedzieć w miejscu. Przy Jacusiu nie mogę, bo przecież jest na intensywnej terapii. Podaj mi adres, przyjadę.

— Jadziu, to naprawdę niedobry pomysł.

— Dawaj, bez dyskusji! — Zaśmiała się głośno. — Dziś mnie tak łatwo nie odpędzisz od siebie.

Po dłuższej wymianie zdań Marek w końcu się zgodził, ale czuł się na tyle zmęczony, że nie przebrał się z powrotem z piżamy w ubranie, tylko zarzucił na siebie szlafrok.

Gdy już siedzieli w salonie na kanapie, Marek nie mógł wyjść z podziwu, ile energii może wyzwolić z siebie w takiej sytuacji Jadwiga. To był istny gejzer. Najpierw pytała o szczegóły operacji, czy nie było komplikacji, jak Jacuś zniósł hipotermię, aż spytała o Marka odczucia.

— Wiesz, ja dziś jestem mocno przemęczony. Poprzedniego dnia miałem kłopoty gastryczne, które dały mi w kość.

— I wytrzymałeś w takim stanie przy stole te pięć godzin?

— No, ledwo, ale wytrzymałem. Za to teraz jestem wykończony.

— Wybacz, że cię męczę, ale jestem taka podekscytowana. — Przysunęła się do niego. — Wiesz, że będę ci wdzięczna do końca życia? Jacuś to całe moje życie. — Wzięła go za rękę.

Marek poczuł pożądanie seksualne i zanim się zorientował, stał zamknięty w łazience, próbując opanować emocje. Przy zgaszonym świetle, w całkowitej ciszy, z własnymi myślami. On tu, a ona w drugim pokoju, porzucona nagle, za co Marek dodatkowo się winił. W dodatku nie wspomniał jej nic o incydencie z kroplą potu. Bał się jej reakcji. Serce waliło jak oszalałe, gonitwa myśli przyćmiła prawidłową percepcję, a oddech przyspieszył jak po szybkim biegu. Nie był w stanie się zbliżyć do Jadwigi. Po raz kolejny wspomnienie z prosektorium panowało nad jego wolą. Który to już raz nie był w stanie związać się z kobietą?

Samotność Boga — cz. IV

Samotność Boga — cz. IV

W piątek po południu Marek odebrał telefon.

— Dzień dobry, dzwonię w sprawie skasowanych esemesów.

— Tak?! — wykrzyknął.

— Więc tak to udało się, są esemesy od niejakiej Lidii.

— Sama treść, czy też numer telefonu? — spytał podekscytowany Marek.

— Wszystko w komplecie.

— Kiedy mogę przyjechać?

— Dziś zaraz wyjeżdżam, więc tak to nie da rady, ale zapraszam w poniedziałek.

— W poniedziałek?! — zapytał z pretensją.

— Przykro mi, ale za chwilę wyjeżdżam na weekend do Francji z narzeczoną. Samolot nie poczeka.

— I nic się nie da zrobić? Może pan podyktuje mi chociaż ten numer?

— Więc tak to, jak mówię, nic. Jestem już w domu, a pański telefon został w firmie. Ale będzie pan spokojniejszy, że numer dał się odzyskać.

— Ale weekend nadchodzi… — ciągnął rozpaczliwie Marek. — Tak to bym się z nią już spotkał.

— Czekała tyle, więc poczeka jeszcze kilka dni. A pan niech się cieszy, że w ogóle dało się odzyskać, bo przy tych nowych pamięciach to wcale nie jest takie pewne.

— No…

— To, do zobaczenia w poniedziałek, więc tak to mam otwarte od dziesiątej do osiemnastej, zapraszam.

— Do zobaczenia.

Marek odłożył słuchawkę i opadł bezsilnie na krzesło. Gdzieś z tyłu głowy założył sobie, że uzyska ten numer przed weekendem i że postara się umówić z Lidią, a rzeczywistość okazała się brutalna i bezwzględna. Skulił się, podciągnął nogi do piersi i wypuścił bezsilnie powietrze. Dostrzegł notatnik leżący na lodówce. Trzymał go tam, aby zapisywać spostrzeżenia dotyczące przygotowywania posiłków. Nagle coś go tknęło, gwałtownie wstał, zabrał notatnik, ubrał się i wyszedł z domu.

Pół godziny później zaparkował samochód na tym samym parkingu w Puszczy Kampinoskiej, na którym spotkał Lidię. Wyszedł z auta. Oprócz niego nie było żywej duszy. Stanął pośrodku placu, wyciągnął ręce ku górze, spojrzał w niebo i cieszył się chwilą. Do jego uszu dobiegał pojedynczy śpiew wilgi. Wolnym krokiem obszedł dookoła parking, ruszył w stronę szlaku, z którego wróciła Lidia, ale po chwili stanął i zerknął na zegarek. Dochodziła osiemnasta. Zawrócił i jeszcze wolniej wrócił do samochodu. Wyciągnął z bagażnika notatnik, z kieszeni długopis i zaczął się zastanawiać, co Lidia mogła zapisywać. Próbował wczuć się w jej osobę. Bardzo ładna kobieta bez makijażu wraca z lasu i coś notuje. Iście frapująca czynność. Zamknął oczy, wziął głęboki oddech i starał się to zgłębić empatią.

Nagle zobaczył, jakby sam zapisywał to, co go poruszyło w czasie spaceru. Spostrzeżenia, które mogą się przydać. Ale nie rozumiał, w czym mogą się przydać. W malowaniu obrazów? Może w pisaniu wierszy albo prozy? Słyszał niegdyś, że to znana technika zapamiętywania poszczególnych scen, obrazów z życia i spostrzeżeń, bo często wpada się na jakiś pomysł, a kilka dni później o nim zapomina czy to z powodu ułomności pamięci, czy to z powodu takiego, że zamysł na daną chwilę wydaje się niedobry. Tymczasem to, co w jednym momencie jawi się niedobre, w innym może okazać się strzałem w dziesiątkę.

Dostrzegł ławkę wykonaną z dużego fragmentu pnia sosny stojącą przy drugim końcu parkingu. Wolno ruszył w jej stronę. Z każdym stawianym krokiem chrzęścił pod stopami żwir, którym pokryty był parking. Z oddali dobiegało miarowe stukanie dzięcioła. Marek poczuł bagienny zapach przyniesiony przez pojedynczy podmuch wiatru znad podmokłego terenu znajdującego się kilkaset metrów dalej w stronę głębi lasu. Usiadł na ławce, wyciągnął ręce ku górze i szeroko ziewnął. Zamarzył, aby w takich warunkach zasnąć na leżaku czy hamaku: bliskość lasu, świeże powietrze, odgłosy natury, zapach niosący coś związanego z wodą, która była mu bliska już od dawna.

Przypomniał sobie swoją koleżankę z liceum, która namalowała jego miłość. Czy ona również dokonuje takich notatek, aby na ich podstawie tworzyć? Czy nosi ze sobą podobny notes? A może młodzieńcza fascynacja malarstwem minęła, a został pragmatyzm i szarość życia? Przecież często ludzie wpadają w tryby życia codziennego i nie w głowie im nic więcej niż dbałość o rodzinę, o zarobki, o wypoczynek. A może radzi sobie inaczej z problemem zapamiętywania; przecież w każdym smartfonie dostępny jest dyktafon lub prosty notatnik.

Gdy wracał autem do domu, zadzwonił telefon. Kątem oka zerknął na wyświetlacz, ale że telefon miał pożyczony, nie pokazała się żadna wizytówka, jedynie numer. Odebrał na głośnomówiącym:

— Halo?

— Dzień dobry, panie Marku, z tej strony Ania Wyrzykowska, wnuczka Stanisława, pana nauczyciela od matematyki.

— Dzień dobry — odparł ze zdziwieniem Marek.

— Czy nie zechciałby pan do nas przyjechać? Dziadek chciałby z panem porozmawiać.

— A czemu nie, w końcu obiecałem, że będę dziadka odwiedzał.

— To kiedy dziadek może się pana spodziewać?

— A dzisiaj wchodzi w grę? — spytał.

— Tak, jak najbardziej, zapraszamy. O której pan będzie?

— A mogę za pół godziny? Właśnie jadę samochodem i od razu przyjechałbym.

— Tak, jak najbardziej. To do widzenia. — Nagle się rozłączyła.

Marek niepewnie spojrzał na wyświetlacz, czy oby na pewno się rozłączyła. Zrobiła to tak nagle…

Podjechał pod dom Stanisława trochę z mieszanymi uczuciami. Z jednej strony obiecał przecież, że będzie go odwiedzał, ale z drugiej najchętniej zaszyłby się w domu i w samotności spędził weekend. Bo niby o czym ma rozmawiać z byłym nauczycielem? Owszem, bardzo dobrze go wspominał, ale najchętniej nie wracałby pamięcią do przeszłości w ogóle. Wysiadł z samochodu i na dłuższy czas stanął w miejscu. Promienie chylącego się nad sąsiednim dachem słońca oświetlały mu twarz. Ile by dał, aby pozostać w tym stanie samemu i nie musieć z nikim rozmawiać. Zamknął oczy i skierował twarz ku promieniom. Czuł wręcz, jak fotony muskają mu skórę, dodają energii.

— Witaj, młody człowieku — usłyszał od strony domu.

Spojrzał, mimo iż od razu rozpoznał głos nauczyciela.

— Zapraszam do środka — ciągnął Stanisław.

Zaskrzypiała furtka, rozcinając ciszę bocznych ulic przedmieścia.

— Młody człowieku… — zaczął Stanisław, gdy już siedzieli w domu. — Mam do ciebie sprawę. Chciałoby się powiedzieć życia lub śmierci, ale niestety w tym wypadku dotyczy to tylko śmierci… — Spojrzał Markowi w oczy.

— Tak?

— Chodzi o to, że ja już niedługo wyciągnę kopyta i zaprosiłem cię tu, aby cię prosić, abyś według moich upodobań przyszykował mi pogrzeb…

— Panie Stanisławie… — Marek się zawahał.

— Zróbmy tak. Płacę podwójnie, ale chcę mieć wszystko przygotowane osobiście przez ciebie. I nie interesuje mnie, czy zrobią to twoi chłopcy, czy ludzie z innego zakładu. Ale ty to masz nadzorować. Bo siedzisz w tym od lat i pomożesz mi ustalić możliwe warunki. — Starzec wziął głęboki oddech.

— Panie Stanisławie, ale chyba jeszcze pan nigdzie się nie wybiera?

— Młody człowieku, moje dni są policzone. Wiem, że nie zostało mi dużo czasu.

— Jakiś lekarz to panu powiedział?

— Nie, ale ja to czuję.

— Aj tam: czuję, czuję! — Zdenerwował się Marek.

— Nie doceniasz, młody człowieku, intuicji. Teraz jest z tym coraz gorzej, ale kiedyś ludzie właśnie nią się kierowali.

— I co ta intuicja panu mówi? No co? — zapytał prowokacyjnie Marek.

— Że wyciągnę kopyta w ciągu roku, może krócej.

Zapanowała krótka cisza. Marek nie miał ochoty dyskutować, kiedy Stanisław umrze. Jednak zapytał:

— Nie zna pan innych określeń tylko: wyciągnąć kopyta?

— Ależ znam. Na przykład: kopnąć w kalendarz, pójść nogami do przodu, odwalić kitę czy wykitować. Ale, ale, to ostatnie określenie jest bardzo ładne: w-y-k-i-t-o-w-a-ć. Co o nim sądzisz? — spytał Stanisław z uśmiechem.

— Wolę po prostu: umrzeć — odparł zażenowany taką rozmową Marek.

— Ależ to piękne słowo. Wykitować. Kit. Do kitu. Choć ja jestem już do kitu, więc wykitować to tak, jakby umrzeć jeszcze bardziej. A może kopnąć w kalendarz?… A czemu nie w zegarek?… Albo nie — kopnąć w klepsydrę! Klepsydra w końcu brzmi staroświecko, czyli odpowiednio do mnie, a poza tym klepsydra to też nekrolog i fajnie będzie brzmiał taki żarcik: to będzie prawdziwe kopnięcie w klepsydrę. Chcę, aby właśnie takie słowa napisano na moim nekrologu. Jak umierać, to z przytupem. Niech żałobnicy mają odrobinę uciechy. — Starzec wziął kolejny głęboki oddech. — Resztę warunków ustalimy innym razem, kiedy się definitywnie zgodzisz.

— A mam wybór? — Marek patrzył na całą sprawę nieco z przerażeniem.

— No, podobno w takich sytuacjach się nie odmawia.

Marek tylko przytaknął, bo w gruncie rzeczy wiedział, że chce się podjąć tego dla swojego byłego nauczyciela, mimo iż warunek narzucony przez starca był ekstrawagancki i według jego wyczucia niegodny pogrzebu. Ale skoro byłemu nauczycielowi ani jego rodzinie to nie przeszkadza, to i Marek musiał się podporządkować. Po chwili do pokoju weszła z opuszczoną głową wnuczka nauczyciela, Ania i spytała, czy nie podać czegoś do picia. Obaj podziękowali.

— Widzisz, młody człowieku — Stanisław wstał i zamknął drzwi od pokoju. — Ania ma już trzydzieści jeden lat, jest, jak widzisz, bardzo ładna, a od pięciu lat nie spotkała się z żadnym mężczyzną. Martwi mnie to.

Marek już chciał zapytać o powody, ale ugryzł się w język; w końcu to nie jego sprawa.

— Miała narzeczonego, już ustalali powoli termin ślubu, ale się rozsypało. Znaczy, samo to się nie rozsypało, inna baba pomogła. Usidliła Mariusza i odebrała Ani. Mówię ci, młody człowieku, okropna to baba. Takiej, której to ja bym kijem nie dotknął. Taka zadziorna, jak to mówią młodzi: modliszka. Ale, co trzeba przyznać, przepiękna kobieta, niejednemu potrafiłaby zawrócić w głowie. Do tego zaradna, dyrektorka w jakimś biurze. Podobno niejedno małżeństwo rozbiła. A potem porzucała chłopa i dawaj za następnego. Okropieństwo.

— I przez tyle lat Ania nie może dojść do siebie?

— Wrażliwa jest, jak nie wiem co. Ale to moja wina, bo gdy z żoną zajmowaliśmy się karierami, to ona jako mały szkrab poszła do mojej mamy, gdzie mieszkali sami, z dala od wsi i innych ludzi. I Ania bardzo źle to zniosła. Od dziecka sobie nie za bardzo radziła. A po tym, jak odszedł Mariusz, to w ogóle nie chce znać chłopów. Mówię ci, młody człowieku, specjalista by jej się przydał, taki od rozumu. Bo po mojemu to postradała go, mimo iż pracuje i opiekuje się mną. Podobnież teraz to każdemu potrafią pomóc z głową… — Starzec zamilkł.

— Nie wiem, co powiedzieć, panie Stanisławie. Nie znam żadnego takiego specjalisty. Niby dwie osoby ze studiów zostały psychiatrami, ale nie mam z nimi żadnego kontaktu. Nie potrafię pomóc.

— Nie mam do ciebie pretensji, młody człowieku, tylko żalę się, bo komu innemu miałbym?… — Starzec spuścił głowę i popłynęła mu pojedyncza łza.

Markowi też zakręciło się od tego wszystkiego w głowie. Miał dość rozmów o szykowaniu pogrzebu, dość rozmów o Ani czy o jakichkolwiek innych ludziach. Pożegnał się ze Stanisławem i wsiadł do samochodu. Gdy jechał do domu, zaczął padać deszcz. Marek w pewnym momencie zatrzymał się na małym parkingu i obserwował, jak wycieraczki zgarniają kolejne krople deszczu. Zgrzyt, pióro przejeżdżało po szybie i zostawiało kolejne porcje wody w końcowych strefach działania. Spływała ona dalej po szybie ku dołowi, tworząc rozmazujący się obraz rzeczywistości. Marek zatopił się w rozmyślaniach. Jeszcze kilka lat wcześniej ratował ludzkie życia, a dziś grzebie ich. Jeszcze do tego ma dopilnować specjalnego sposobu pochówku, który wymyślił sobie pan Stanisław. Najchętniej nie spotykałby się z ludźmi w ogóle, a teraz ma obserwować ostatnie chwile swojego byłego nauczyciela. Tego było zbyt dużo jak na jeden dzień.

Następnego dnia Marek wyszedł na długi spacer. Po nocnym deszczu na ulicach i chodnikach zalegały kałuże. Jednak chmury już ustąpiły i świeciło wiosenne słońce. Szedł, zatopiony w myślach, licząc pod stopami chodnikowe kafelki, gdy usłyszał głos.

— Dzień dobry, panie doktorze.

Wyrwał się z rozmyślań i spojrzał w stronę głosu. Stała przed nim dziwnie znajoma kobieta. Jeszcze kilka lat temu pewnie ucieszyłby się w takiej sytuacji, ale teraz słowa „panie doktorze” wywołały nerwowość i niechęć. Wszystko, co cofało go do czasów, gdy leczył ludzi, działało negatywnie. Zmierzył ostro kobietę wzrokiem, mając nadzieję, że tym ją zdeprymuje. Jednak ta szeroko się uśmiechnęła, spojrzała mu w oczy i rzekła:

— Pięć lat temu leczył pan chirurgicznie wieńcówkę mojemu mężowi. Pamięta pan? — Okręciła twarz w obie strony, aby mógł się lepiej przyjrzeć.

— Przepraszam, ale nie. Poza tym zapewne tylko asystowałem.

— Ale później pan opiekował się mężem.

— Ale już… — zawahał się, czy kontynuować.

— To nic nie szkodzi. Wie pan, chciałam panu powiedzieć, że jestem niezwykle wdzięczna, bo zmienił pan moje życie.

— To mnie bardzo cieszy — odparł mechanicznie.

— Bo to było tak, że przed tą operacją to mąż był nie do zniesienia. Codziennie pił, awanturował się, a i raz mnie uderzył. Mówię panu, nie było dobrze. Ja już nie wiedziałam co robić. Chciałam się z nim rozwieść, bo nie sposób było wytrzymać. Ale wie pan, dzieci są, więc rozwód to nie jest prosta decyzja.

— No tak… — Marek pokiwał głową dla świętego spokoju.

— Codziennie się modliłam, aby coś się stało, żeby przestał pić. I codziennie błagałam Boga, żeby nie musieć się z nim rozwodzić, bo jeszcze taki rozwód to niezgodny z moją wiarą.

— I przestał pić? — spytał bezmyślnie Marek.

— Ale któregoś razu, gdy był pijany, złapał się za pierś i zaczął się zwijać z bólu. Wezwałam pogotowie, zabrano go, najpierw chcieli na izbę go zawieźć, ale w końcu wzięli do szpitala, gdzie szybko zdiagnozowano wieńcówkę. Dziewięćdziesiąt pięć procent zwężenia tętnicy miał. I potem pan go operował. Powiem panu, że podczas tej operacji to ja nie chciałam być w szpitalu, chyba nadal się go bałam, w sumie niepotrzebnie, bo przecież ledwo dychał. Ale wie pan, panie doktorze, jak mąż długo był agresywny, to nawet widziałam go wstającego bezpośrednio ze stołu operacyjnego i robiącego awanturę. A miałam tego dość. Dzieci też. — Kobieta sięgnęła do torebki po papierosa i zapaliła. — Pali pan? Ale chyba nie, bo to wbrew. Na czym to ja skończyłam… — Zaciągnęła się. — A, tak, ta operacja. Po niej przyszłam w końcu do tego szpitala, bo już mnie sumienie gryzło, że tak go zaniedbuję, wchodzę na salę, a on na mój widok jak nie wpadnie w płacz, to i ja się rozpłakałam. Padłam, panie doktorze, przed tym jego łóżkiem na kolana i zaczęłam całować go po rękach. Bo już wtedy widziałam, że stał się cud. Widziałam to w jego oczach, w tym, że płakał, bo on, panie doktorze, nigdy nie płakał, nawet na filmach. I oboje zaczęliśmy tak szlochać, aż mnie pielęgniarka wyprowadziła, bo nie wolno go było na takie emocje narażać. — Mówiła szybko, zaciągając się dymem. — I powiem panu, że od tamtego dnia to najlepszy mąż na świecie się z niego zrobił. Przestał pić, chodził gdzieś na jakieś grupy alkoholików, dbał o rodzinę, bez pytania sprzątał, gotował. No, mówię panu, panie doktorze, ideał. Tylko… — Kobieta spuściła głowę i rozpłakała się.

— Tak? — spytał już delikatnie Marek.

— Kiedy już wszyscy zapomnieli, jaki on był, gdy pił, kiedy naprawdę układało nam się w najlepsze, pewnego dnia wieczorem zmówił modlitwę, położył się i już się nie obudził. — Kobieta rozpłakała się na głos…

Marek nie był w stanie jej przytulić, nawet za bardzo pocieszyć: po prostu stał w milczeniu.

— Lekarz stwierdził, że zmarł ze starości, ale on jeszcze młody chłop był, niespełna sześćdziesiątkę na karku miał. — Wyciągnęła chusteczki i zaczęła wycierać łzy. — Ja to wiem, panie doktorze, że jego to nadal te wyrzuty sumienia tak gryzły za to, kim był wcześniej. Wszyscy mu wybaczyliśmy, cieszyliśmy się, że jesteśmy razem, ale on ciągle był jakiś nieobecny. Mówię panu, on ze zgryzoty zmarł.

— Przykro mi — wydusił z siebie.

— Niech panu nie będzie przykro, panie doktorze. — Przestała już płakać. — Jak ja się cieszę, że on w pokoju z Panem Bogiem odszedł. Bo po tych zmianach to już do nieba trafi, a przedtem to tylko by go piekło czekało… — Zamyśliła się. — Poza tym inaczej jest żegnać męża, życząc mu źle, bo wcześniej to już bywało, że i źle mu życzyłam, a inaczej go pożegnać w miłości. Tak o wiele łatwiej, panie doktorze.

— Ale…

— To nic, że teraz płaczę, płaczę, bo to dobrze się skończyło. Bóg mnie wysłuchał.

— Droga pani, przepraszam, ale czas mnie goni. — Słowa o Bogu wywoływały w nim negatywne emocje, mimo iż często sam o nim myślał.

— A, tak, tak, rzeczywiście. Ma pan innych pacjentów, a ja głupia zabieram panu doktorowi czas. Najmocniej przepraszam. — Kobieta ukłoniła się i szybkim krokiem odeszła.

Marek stał jeszcze dłuższą chwilę w bezruchu, próbując poskładać do kupy to, co właśnie usłyszał. Nie mieściło mu się w głowie, jak można komuś tak dziękować, mimo iż mąż zmarł.

* * *

Marek zdał sobie sprawę, że pierwsza operacja serca, w której uczestniczył, odbyła się wczesną wiosną. Wstał z samego rana pełen energii, zamówił taksówkę i pojechał o wiele wcześniej, niż powinien. Najpierw planował jechać samochodem, ale zbyt intensywnie myślał o operacji, na niczym innym nie mógł się skupić. Gdy tylko wszedł do szpitala, przywitała go znajoma pielęgniarka, pytając, czy jest zdenerwowany. Mimo iż nie osobiście dokonywał zabiegu, trema go zżerała. Studiował tyle lat, znał na pamięć po kolei każde cięcie, każdy szew, każdą możliwą reakcję serca, a jednak obawiał się nieprzewidywalnego. Bo każda procedura, a w przypadku chirurgii każdy protokół opiera się na wcześniejszych doświadczeniach innych lekarzy, a przecież możliwych reakcji organizmu jest więcej. Nawet myjąc ręce przed samą operacją, Marek miał przed oczami takie wizje. Potem, gdy wchodził na salę operacyjną, stało się coś niezwykłego: umysł jakby przeskoczył w tryb automatyczny i przestały go zadręczać wizje najgorszego.

Stanął nad stołem operacyjnym i asystował w operacji, wykonując to, czego uczył się od tylu lat. Niemal bez emocji otworzył klatkę piersiową pacjenta, razem z rozcięciem kości, a dalej główny kardiochirurg podłączył pacjenta do płucoserca. Każdą czynność Marek obserwował, jakby wykonywane było to na manekinie podczas szkolenia. Nie drgnął również, gdy kolega wszczepiał jako by-pass pobraną przez niego samego wcześniej żyłę z podudzia. Gdy kardiochirurg z powrotem przywrócił krążenie ustrojowe, Marek pomógł w sprawdzeniu, czy wszystkie dokonane połączenia są szczelne. Jedyny moment zawahania pojawił się, kiedy trzeba było użyć defibrylatora, aby je ponownie uruchomić. Jakoś przykładanie prądu do odsłoniętego serca wzbudziło w Marku niepokój i, o dziwo, niesmak. Ale ulga nastąpiła, gdy serce pacjenta znów zaczęło bić, a połączenia by-pass’u nadal trzymały. Odetchnął. Resztę operacji, czyli sklejenie mostka i zaszycie skóry, wykonał również automatycznie. Gdy po wszystkim pomyślał, czuł się niemal jak zaprogramowana maszyna, stworzona specjalnie do celu. Po wszystkim gdy główny chirurg poklepał go po ramieniu, Markowi zadrżała ręka i pojawiły się obawy o dalszy los pacjenta. Jak najszybciej wyszedł z sali operacyjnej, wszedł do toalety i siedział tam dobrą godzinę, i to nie z powodów gastrycznych. Potem wracał taksówką i poprosił o wysadzenie w Ursusie, skąd miał do domu na piechotę jeszcze ponad osiem kilometrów. Do domu dotarł niemal bez sił. Od razu padł na łóżko i spał ponad dwanaście godzin bez przerwy.

* * *

W poniedziałek, zaraz po przyjściu do swojego zakładu zadzwonił do człowieka od odzyskiwania danych.

— I jak? — spytał, gdy tylko tamten odebrał. — Kiedy mogę przyjechać po odbiór?

— Dzień dobry — zaczął z uśmiechem specjalista. — Więc tak to pan od tych wykasowanych esemesów? — zapytał retorycznie. — Poznaję pana po głosie.

— Tak, to ja. Kiedy? — powtórzył ostrzej pytanie.

— No, ja zaczynam pracę za niecałą godzinę, o dziesiątej, więc tak to zapraszam.

— Będę! — wykrzyknął Marek i się rozłączył.

Gdy tylko odłożył telefon, sam nie mógł się nadziwić, co go tak ciągnie do tej kobiety? Owszem, piękna, owszem, to notowanie na leśnym parkingu było intrygujące, ale żeby tak od razu rzucać pracę i pędzić po telefon z odzyskanymi esemesami? Oparł się w fotelu, założył ręce za głowę, zaplótł palce i wziął głęboki oddech. Coś w jego życiu wyraźnie się zmieniało.

Gdy tylko dotarł do specjalisty, zobaczył na drzwiach wywieszoną tabliczkę z napisem „otwarte”. Spojrzał odruchowo na zegarek; było siedem po dziesiątej. Chwycił za klamkę, otworzył drzwi i wszedł do niewielkiego lokalu usługowego. Jednak w pomieszczeniu nie zastał nikogo. Rozejrzał się niepewnie. Podszedł do lady i głośno chrząknął. Nie odpowiedział mu żaden dźwięk. Po następnych kilku chwilach głośno powiedział:

— Halo, jest tu kto?

Zza otwartych drzwi zaplecza dobiegł go cichy szmer. Jakieś szorowanie, zgrzyt, może ciche jęknięcie. Zupełnie, jakby ktoś się z czymś zmagał. Marek powtórzył pytanie:

— Halo, czy tu ktoś jest.

Zamarł w bezruchu. Przez głowę przebiegły mu liczne skojarzenia. Poczuł podenerwowanie. Już chciał ruszyć na zaplecze, aby sprawdzić, co się dzieje, gdy wyszedł stamtąd młody kociak. Marek wypuścił z ulgą powietrze. Schylił się, aby pogłaskać zwierzaka. Kotek podszedł i zaczął się ocierać. Marek wziął go na ręce.

— Dzień dobry — usłyszał za chwilę od strony zaplecza. — Punktualnie pan przyszedł. Jeśli mogę zażartować, to musi być miłość. Lidia — bardzo ładne i nietypowe imię. Więc tak to mnie się kojarzy jedynie z Lidką z Czterech Pancernych. Oglądał pan? — mówił ciągiem specjalista.

— Tak, pamiętam. Janek, Gustlik, Marusia i Lidka. I Szarik. — Spojrzał na kociaka. — Lidkę to chyba Pola Raksa grała? — odstawił kotka na podłogę.

— Ja to nazwiska nie znam, ale piękna kobieta. Mam nadzieję, że nie ma mi pan za złe, że czytałem esemesy, ale musiałem być pewien, że odzyskałem właściwe.

— Ależ skąd, bez tego by się nie dało.

— Więc tak to odzyskałem, co trzeba. — Specjalista sięgnął do szafki pod ladą i wyciągnął telefon. — W sumie to tak bardzo się nie narobiłem, więc nie zadrę z pana. — Zaśmiał się.

— Cieszy mnie to.

— Dwieście złotych… — zawiesił głos i spojrzał Markowi w oczy — byłoby, gdyby nie skojarzenie z piękną — jak to pan powiedział? — Polą Roksą.

— Polą Raksą — poprawił Marek.

— Więc tak to jest sto pięćdziesiąt.

— Ale… — Marek się zawahał. — Na pewno? Nie dwieście? Stać mnie na dwieście.

— No, klient się domaga więcej? Ho, ho! — Fachowiec ponownie się zaśmiał. — Dla dobrych ludzi zawsze jest taniej. Więc tak jest sto pięćdziesiąt, i bez dyskusji.

— Ok, nie będę się kłócił. — Marek sięgnął do portfela i zapłacił.

Wracał do zakładu, cały czas spoglądając na odzyskane wiadomości. Zupełnie jakby się obawiał, czy z powrotem nie znikną. Czytał ich treść, przypominając sobie, jak wygląda Lidia. Pamiętał dobrze ją stojącą obok samochodu, ale obraz samej twarzy jakby uleciał mu z głowy. Zastanowił się, czy teraz w ogóle by ją poznał. A może ma w głowie kogoś zupełnie innego? Czemu nie zrobił jej zdjęcia na tym parkingu, tak by mógł jeszcze raz spojrzeć i skonfrontować to, co pamięta, z rzeczywistością. Ale zdawał sobie sprawę, że gdyby wtedy zrobił zdjęcie, prawdopodobnie Lidia nie odezwałaby się w ogóle.

Po raz kolejny zastanowił się nad zdrowiem człowieka od odzyskiwania danych. Bez dodatkowych badań albo powiedziałby, że to cukrzyca, albo właśnie coś poważnego z sercem. Choć to drugie zwykle objawia się silnymi bólami w klatce piersiowej, a specjalista nic nie wspominał o żadnym bólu, jedynie o utracie przytomności. A może coś z płucami? W końcu niedotlenienie też może spowodować podobne objawy. Tak czy siak, trzeba by było zrobić szereg dodatkowych badań, aby wiedzieć cokolwiek. Dlaczego nie przykazał mu, aby koniecznie poszedł do lekarza? Owszem, wspomniał, aby poszedł, ale samo wspominanie to za mało, szczególnie w przypadku mężczyzn, którzy nie dbają o zdrowie.

Marek nagle zdał sobie sprawę, że myśli jak lekarz. Natychmiast przekręcił gałkę głośności radia i zalały go dźwięki piosenki „Monlight shadow”. Chciał jak najszybciej przestać myśleć o medycynie, więc zaczął próbować śpiewać, do czego nigdy nie miał zdolności.

Samotność Boga — cz. III

Samotność Boga — cz. III

We wtorek obudził się już po piątej rano. Spał tylko niecałe pięć godzin. Wielokrotnie budził się rano czy w środku nocy. Swego czasu próbował skorelować to z wydarzeniami dnia poprzedniego, ale żadnej zależności nie znalazł. Po prostu, nieważne, czy dzień miał lekki czy ciężki, czasem to się zdarzało. Spojrzał na swoją sypialnię. Drobinki kurzu tańczyły w promieniach słońca przedzierających się przez szparę w zaciągniętych zasłonach, oświetlając malunek, który dostał na osiemnastkę.

O szóstej wyszedł na długi spacer. Szedł ulicami Pruszkowa powolnym krokiem. Zawsze wybierał tę samą drogę. Nie zastanawiał się nad tym, lubił powtarzalność. Ile już razy przechodził obok tego samego śmietnika, ile razy widział tych samych ludzi i ile razy zwrócił uwagę na nierówno ułożony chodnik. Miał wrażenie, że w tych powtarzalnych odczuciach kryje się coś więcej niż tylko codzienność. Czuł, jakby za każdym razem przeżywał znowu coś niezwykle ważnego, coś zbawiennego. Przypominał sobie film „Dzień świstaka” i chciałby, aby taka filmowa rzeczywistość dotknęła jego samego. Choć sama idea takiego doskonalenia się wydawała mu się zbyt filmowa, zbyt hollywoodzka.

Gdy już siedział w domu i jadł śniadanie, usłyszał dźwięk esemesa. Oderwał się od jajecznicy, wstał i zerknął. Numeru nie znał. Otworzył wiadomość.

Cześć. Czy oferta spotkania nadal jest aktualna?

Przez chwilę nie wiedział, od kogo ta wiadomość, bo podpisu nie było, ale zaraz skojarzył to z kobietą, którą spotkał w Puszczy Kampinoskiej.

Cześć. To zależy, z kim rozmawiam. Czy jesteś kobietą, którą spotkałem trzy dni temu?

Oczami wyobraźni ujrzał ją przed sobą, tu w kuchni przygotowującą obiad. Brakowało mu kobiety, która zajęłaby się domem, bo on sam nie zawsze miał na to czas. Brakowało mu też kogoś bliskiego, mimo iż od lat unikał kontaktów damsko-męskich. Swego czasu zastanawiał się, czy nie zatrudnić gosposi, bo stać go było na to, ale zrezygnował, gdyż nawet w takiej relacji mógłby poczuć niepotrzebne emocje, których tak bardzo unikał od czterech lat.

Gdy już chciał wrócić do posiłku, znów przyszedł esemes.

Tak, przepraszam, że się nie przedstawiłam, mam na imię Lidia. To co, chętny na spotkanie?

Coś w Marka wstąpiło, poczuł przypływ nieokreślonej złości i w bez zastanowienia wykasował wszystkie trzy esemesy.

Nie dojadł jajecznicy, tylko ubrał się i znów wyszedł na spacer. Tym razem maszerował tak szybko, jak tylko potrafił. Chciał zostawić za sobą coś nieokreślonego. Po co w ogóle zaczepiał tę kobietę?

* * *

Zadzwonił do Leny tydzień po tym, jak ją poznał. Sam nie był przekonany, czy umawianie się z nią to dobry pomysł. Poczekał trzy sygnały, zanim odebrała. Już przy trzecim wahał się, czy się nie rozłączyć.

— Halo — usłyszał w słuchawce.

— Dzień dobry — zaczął oficjalnie. Pomyślał, że przecież umówienie się na spotkanie to nic zobowiązującego. — Widzieliśmy się kilka dni temu u Romana w firmie. Dzwonię, aby spytać, co u ciebie.

— O! — niemal krzyknęła w słuchawkę. — Cieszę się, że dzwonisz. U mnie nawet dobrze, choć… — Wyraźnie urwała w połowie zdania.

— Choć co?

— Nieważne. A co u ciebie, jak nauka?

— Dobrze, w zasadzie dopiero zacząłem drugą specjalizację, więc jeszcze cztery lata przede mną.

— Ja cię podziwiam, że studiujesz tyle lat. Ile to już?

— No, dwanaście. Ale nie narzekam, dorabiam u znajomego jako handlowiec.

— A u mnie tata ostatnio rozchorował się położnie. Zastanawiałam się, czy nie wrócić w Ukrainę. Ale już lepiej.

— Chyba obłożnie się rozchorował, a nie położnie. — Marek się uśmiechnął.

— Tak, tak. Mylą mi się polskie słowa.

— A co jest tacie?

— Tata to nie chce nic mówić, ale mama powiedziała, że to przepuklina pachwinowa.

— A miał operację?

— Tak, miał, dlatego lepiej.

— Czyli już nie chcesz wracać do domu?

— Zastanawiam się, bo tu jestem sama. — Ściszyła głos.

Marek odniósł wrażenie, że Lena bardzo pragnie się z kimś związać, ale też, że to skromna i wstydliwa dziewczyna, która nie powie wprost, mimo iż wyraźnie słyszał sugestię.

— Brakuje ci rodziny? — spytał.

— No, brakuje, brakuje.

Marek po raz kolejny zastanowił się, czy spróbować się z nią umówić. Wiedział, że gdyby się związali, zamieszkaliby w Polsce, więc prawdopodobnie bardzo rzadko odwiedzałaby rodzinę.

— A po co do mnie dzwonisz? — spytała. Marek poczuł, jakby miała odrobinę pretensji.

— Ja? — Zawahał się.

— Tak, z czymś konkretnym?

— Bo…

— Tak…?

— Bo chciałbym się z tobą umówić — powiedział cichutko.

— Kiedy? — niemal krzyknęła.

— A kiedy masz czas?

— Dzi… — Tym razem ona się zawahała. — Może jakoś w tym tygodniu? A kiedy ty masz czas?

— To może jutro? Ok?

— Tak! — odparła bez zastanowienia.

* * *

Godzinę później Marek wrócił do domu po bardzo szybkim spacerze. Czuł się nieco zmęczony, a przed sobą miał cały dzień. Był przepocony, więc wszedł pod prysznic. I już pierwsze krople wody obmyły go ze wspomnień, z gwałtowności, z chęci ucieczki. Natychmiast pożałował, że bezpowrotnie wykasował wiadomości od Lidii. To pierwsza kobieta, którą zaczepił od lat, i jedyna, z którą to zrobił w ten sposób. Co go tknęło, aby ją zagadać? Majaczyło mu się jedynie to, że robiła jakieś notatki zaraz po spacerze w lesie.

Gdy tylko wyszedł spod prysznica, sprawdził, czy na pewno nie jest w stanie przywrócić wiadomości w telefonie. Jakoś niezrozumiale czuł, że musi się do niej odezwać. Przejrzał wszystkie foldery, ale nic nie znalazł. A wiedział, że jeśli nie odpisze, Lidia uzna, że sprawa nieaktualna, że się rozmyślił i da sobie spokój. Marek pierwszy raz od kilku lat poczuł, że na kimś mu zaczyna zależeć. A prawie jej nie znał. I ta dojmująca myśl go zaniepokoiła, bo on, taki niezależny, starający się do nikogo nie przywiązywać, nagle odczuwa potrzebę zawarcia znajomości. Nie, to nie była zwyczajna potrzeba zawarcia znajomości, to coś więcej.

Tego dnia pracy było niewiele. Ot, w sumie trzy ciała, więc nie musiał sam ich szykować. Jedynie zajął się formalnościami. Za każdym razem zwracał uwagę na nazwisko zmarłego, chcąc być pewien, że nie ma do czynienia z kimś, kogo znał. Niby powinno być mu wszystko jedno, wszak zmarły to zmarły, jednak on znajomych traktował szczególnie. Tak, jak w przypadku żony nauczyciela matematyki — poszedł na pogrzeb, mimo iż jej prawie nie znał.

W końcu, gdy uporał się z papierami, jeszcze raz wziął do ręki telefon i próbował odzyskać usunięte wiadomości. Kiedyś czytał, że prawie każde dane można przywrócić, o ile nie są wyczyszczone przez specjalny program. Choć z drugiej strony, po co miał odzyskiwać? Czy źle mu samemu, bez kobiety? Nikt niczego nie narzuca, nie wymaga, nie potrzebuje. Ale, co bardziej dotkliwe, niczego nie daje. Bo nieraz brakowało mu kogoś bliskiego, tak zwanej drugiej połówki, do której mógłby się po prostu przytulić. Po co w ogóle zaczepił tę kobietę? Gdyby tego nie zrobił, nie zaprzątałby sobie głowy. A tak od samego rana chodzą mu po głowie wykasowane esemesy. Ale czy to tak źle? Nawet jeśli nic z tego nie wyjdzie, przynajmniej urozmaici sobie życie, załata działaniem nudne wieczory, których miewał po wyżej uszu. Bo nawet największy samotnik czasem potrzebuje kogoś do rozmowy, do wymiany emocji.

Gdy już stwierdził, że sam niczego nie zdziała, otworzył w komputerze przeglądarkę i wyszukał specjalistów od odzyskiwania danych w telefonach komórkowych. Wybrał kogoś z Pruszkowa, zadzwonił i umówił się na późne popołudnie. W tym czasie cały czas powtarzał sobie imię kobiety spotkanej w Puszczy Kampinoskiej.

— To co, mówi pan, że raczej da się odzyskać? Na kiedy? — spytał w pewnym momencie, gdy już dotarł do specjalisty.

— Więc tak to teraz mam mnóstwo pracy, ale zajmę się tym najszybciej, jak będę mógł.

— Czyli kiedy?

— Powiedzmy, za tydzień.

— A nie da się wcześniej?

— Niestety, kolejka czeka.

— Ale jeśli ma to tyle trwać, to muszę mieć pewność, że odzyska pan te wiadomości.

Mężczyzna spojrzał Markowi w oczy z przejęciem i cicho rzekł:

— Więc tak to pewność to miałby pan, jakbym ja miał pewność, że dożyję.

— Niech pan nie żartuje — Marek upomniał rozmówcę.

— Ech… — mężczyzna się żachnął. — Nic nie żartuję. Nic a nic.

— A… — Marek się zawahał. Przed oczyma stanęły mu stare czasy, gdy miał staż na internie. — Co panu jest?

— Co?… A bo ja ci to wiem? Więc tak to wczoraj jak rano wstałem, straciłem przytomność i ocknąłem się dopiero kilkanaście minut później. A mieszkam sam. Ale dobra, mniejsza o większość. — Mężczyzna spiął się w sobie. — Może uda mi się szybciej odzyskać te dane.

— No, nie naciskam.

— Oj, dobra, jakoś się sprężę.

— Wie pan co? — Marek stanął od rozmówcy na wyciągnięcie ręki. Już chciał go przebadać, może skierować do jakiegoś swojego znajomego lekarza, ale jak piorun znów zagrzmiała w nim przeszłość. — A robił pan szczegółowe badania? — Zmienił temat.

— Gdzie tam! Fakt, że trochę mnie to martwi, ale nie lubię chadzać po nieznajomych lekarzach, a znajomego medyka nie mam.

— Niech pan lepiej pójdzie, bo to może być coś poważnego — Marek mówił powoli, balansując na granicy powrotu do leczenia ludzi.

— Więc tak to może pójdę, ale teraz jest dobrze. Poza tym czasu nie ma. Aha, nie wiem, czy pan zdaje sobie sprawę, ale jeśli mam odzyskać szybciej dane, to musi pan zostawić u mnie telefon, abym miał go w każdej wolnej chwili?

— Ale…

— No, albo szybciej, albo umawiamy się za tydzień.

— Sam nie wiem… — Marek nie wiedział, co ma zrobić.

— Dobra, zróbmy tak: więc tak to jeśli się pan zdecyduje na szybciej, to niech go pan podrzuci wieczorem.

— OK, zastanowię się.

— Dobra, w takim razie do zobaczenia.

— Do zobaczenia.

Marek w końcu pożyczył od kolegi telefon, a swój zawiózł wieczorem do specjalisty, z którym się umówił. Gdy wrócił do domu, z jednej strony czuł sporą nadzieję na odzyskanie numeru, a z drugiej gryzło go, że spotkał człowieka, który potrzebował pomocy lekarskiej, a mu nie pomógł. Przecież całą młodość dążył do tego, aby być lekarzem, poświęcił na to szesnaście lat, a teraz uważał sprawę za zamkniętą. Pomyślał, że to zwyczajnie niespotykane marnotrawstwo czasu, którego zasób mamy w życiu ograniczony. Nie powinno się tak lekkomyślnie zamykać czegoś takiego. Ale on w zasadzie nie miał wyboru, bo był to dla niego niemal przymus. Ilekroć próbował wrócić do leczenia, czuł, że jakaś nieznana siła odbiera mu siły witalne i chęć do życia w ogóle.

Leżał w łóżku, gdy zadzwonił telefon. Z niechęcią spojrzał na wyświetlacz, który wyświetlał dobrze znany mu numer matki.

— Tak? — zaczął.

— Cześć, synku. Jak się masz?

— Dobrze, mamo, wszystko… — chciał kontynuować, ale matka przerwała.

— Może przywiozę ci zaraz obiad na kilka dni? Jesteś w domu?

— Mamo, jestem, ale mam co jeść — odparł żałośnie. Unikał takich rozmów z matką, bo doskonale pamiętał, gdy wystawała pod jego drzwiami zaraz po feralnym zdarzeniu. Poza tym, jak większość matek, chciała niemal zagłaskać swoje dziecko.

— Oj tam, na pewno nie dojadasz. Pozbierać się, Mareczku, nie możesz. Odkąd rzuciłeś pracę lekarza, jest z tobą coraz gorzej.

Na te słowa Marek miałby ochotę się rozłączyć, bo to go za bardzo dotykało, było zbyt prawdziwe, a tej prawdy nie chciał do siebie dopuścić. Bo jak tu dopuścić fakt, że zamiast pomagać ludziom przeżyć, pomaga ich grzebać. To pogodzenie się z własną bezsilnością, bezradnością i wybranie zawodu, który nie pozostawia złudzeń, że coś na tym świecie może od niego zależeć. Tu sprawa miała się prosto: płacono mu, a on zmyślnie majstrował przy zwłokach, aby wyglądały na zadbane, mimo iż w ogromnej większości przypadków i tak nikt tego nie mógł docenić, zobaczyć.

— Ma-mo, ta-ka by-ła mo-ja de-cy-zja — sylabizował.

— Decyzja, decyzja. Ty uciekasz przed przeszłością. Tak się nie da żyć.

— Daj mi spo-kój, ma-mo.

— Synku, ludzie potrzebują twojej pracy, czekają na operacje. Pomyśl o tym.

— Ma-mo mu-szę koń-czyć. Nie przy-jeż-dżaj — wypowiedział już bardzo powoli.

— Marecz…

Rozłączył się i wyłączył telefon. Tak jak stał przy kuchennej szafce, osunął się na podłogę do pozycji siedzącej i wtulił głowę między uda. Matka zbyt mocno przypominała mu o jego słabości, o ucieczce, do której sam przed sobą nie chciał się przyznać. Bo na co dzień nie myślał o tym, radził sobie w zapomnieniu, ale gdy przydarzało się cokolwiek, co pobudzało wyobraźnię i przywoływało wspomnienia, stawał się bezbronny wobec tej części własnej osobowości, która pozostała wykluczona, wzięta w nawias. To tak, jakby nosił w sobie wielki balon, który gromadził obezwładniający gaz sprzed lat. Marek był bezpieczny, dopóki jakaś szpilka nie naruszyła delikatnej struktury.

Tej nocy nie mógł usnąć. Czytał więc do późna niedawno zaczętą książkę, a gdy oczy się zmęczyły, wyszedł na spacer. Chętnie odcinał się od ludzi, a jeszcze chętniej od bodźców w ogóle, bo większość bodźców niosła w sobie fragmenty przeszłości. Ławka w parku informowała przez skojarzenie z podwójnym dnem — opalająca się tylko w bikini kobieta, która przypomniała mu ciało tamtej niezwykle atrakcyjnej dziewczyny w prosektorium — jak zareagował. Staw w parku przypominał Lenę, która weszła do niego w ubraniu. Ale w nocy przynajmniej nie musiał konfrontować swojego wyboru pracy z ludźmi, a to zdawało się największym wyzwaniem. Tak, już dawno zrozumiał, że to ludzie wzbudzają w nim niepotrzebne emocje. Żywi ludzie. Żywi, bo oni skłonni byli potrzebować pomocy lekarskiej, której udzielić już nie był w stanie. I tak naprawdę dlatego wybrał taką pracę, gdzie o leczeniu nie mogło być mowy. Jedynie członkowie rodziny zmarłych stanowili zagrożenie, ale oni pojawiali się na chwilę, na ogół przesiąknięci żałobą, i nawet jeśli mieliby jakiś problem zdrowotny, ten nikł. Śmierć stanowiła koniec problemów zdrowotnych u zmarłych i najczęściej ich chwilowy zanik u żyjących. W końcu wrócił do domu, padł na łóżko i zasnął.

Stoi sam na czymś, co wygląda jak ciągnąca się po horyzont szachownica złożona z czarnych i czerwonych pól. Patrzy na pomarańczowy zachód słońca, którego promienie blikują od półbłyszczącej powierzchni podłoża. Rozgląda się, ale nie widzi nikogo ani niczego oprócz dwóch krzeseł odwróconych do siebie przodami stojących kilka metrów dalej. Marek czuje zmęczenie i po chwili siada na jednym z nich. Próbuje je przestawić, ruszyć z miejsca, ale nogi są przytwierdzone do podłoża. Nagle wokół zaczynają wyskakiwać ze środków pól szmaciane laleczki o twarzach umalowanych w jaskrawe kolory. Po kolei jedno pole po drugim otwiera się, ukazując kolejną kukłę. Ta najbliżej niego z wypisanym na licu smutkiem, patrzy mu prosto w oczy i po chwili mruga raz powiekami. Kolejna, kilka metrów dalej, wyraźnie uśmiechnięta spogląda na drugie krzesło, które zaczyna nieznacznie drżeć. Wyskakują laleczki jak okiem sięgnąć. Jednocześnie rozbrzmiewa jakaś melodia, która brzmi jak grana na pozytywce. Słońce chyli się coraz bardziej. Wraz z narastającą muzyką kukiełki zaczynają rytmicznie podrygiwać. Z góry, niczym śnieg, opada na niego i szachownicę kolorowe confetti. Krzesło naprzeciwko rusza w prawo i powoli się rozkręca wokół niego. Marek ma wrażenie, że jest na karuzeli. Obraz przed oczami powoli się rozmywa, tworząc rozmazane smugi pozostawione przez laleczki i dwukolorowe pola szachownicy. W głowie wszystko wiruje, przysparzając o mdłości. Z każdą chwilą Marek ma ochotę uciec z tego przedziwnego świata, powrócić do domu, ale czuje się na tyle bezsilny, że nawet nie próbuje wstać. Gdy wszystko wokół tworzy rozmazaną plamę, spada Markowi na kolana czarne pióro. Świat jeszcze bardziej przyspiesza. Muzyka dzwoni dźwiękami pozytywki. To w końcu przekształca się w szum. Marek nie widzi nic poza swoim ciałem, krzesłem, na którym siedzi i czarnym piórem leżącym na kolanach. Unosi twarz ku górze, otwiera usta, które szybko napełniają się kolorowym confetti. Zaczyna mu brakować powietrza. Zakrztusza się i gwałtownie kaszle, wypluwając nie tylko confetti, ale i jakiś dym, który opada, tworząc gęstą mgłę skrywającą wszystko, co poniżej piersi. Marek czuje ucisk, jakby dym tworzył wyjątkowe ciśnienie napierające na ciało. Po raz kolejny ma problemy z nabraniem powietrza. Raptownie szarpie się i wstaje z krzesła. Pióro spada z kolan na podłoże, pod stopy. Marek zaciska pięści, zupełnie jakby chciał osobiście walczyć z nienamacalną mgłą i obracającym się światem. Wtem wyraźnie czuje, jakby ktoś wyłączył tę całą karuzelę. Dźwięki powoli cichną, obracająca się rzeczywistość zwalnia, a mgła opada. Ale wraz z tym do jego uszu zaczyna dobiegać płacz dziecka powtarzany nieregularnym echem. Marek nie jest w stanie zlokalizować, skąd to pochodzi. Lecz gdy mgła całkowicie znika, Marek widzi u swoich stóp, tam, gdzie spadło czarne pióro, dziecko z chirurgicznie otwartą klatką piersiową i odsłoniętym sercem. Spogląda dziecku w twarz: to synek Jadzi.

Marek zerwał się około dziewiątej przed południem. Dźwięk gwałtownie nabieranego powietrza odbijał się pogłosem od ścian sypialni. Po policzku spłynęła mu do ust gorzka kropla potu. Rozejrzał się po pokoju, zawieszając wzrok na urnie przypominającej kielich.

— Jeszcze te sny — wymamrotał do siebie.

Spojrzał na szczelinę w niedbale zaciągniętych zasłonach. Na zewnątrz deszcz dzwonił o blaszany parapet. Każdy dźwięk spadającej kropli przypominał mu uderzenia w werble na wojskowej uroczystości pogrzebowej lub w dzień zmarłych pod pomnikiem Nieznanego Żołnierza. Nieporadnie wstał z łóżka i boso wyszedł przed dom. Stanął w piżamie w strugach kapuśniaczka i skierował twarz ku niebu. Pragnął zmyć z siebie wspomnienie snu, które przywołało to, co zdarzyło się kilka lat wcześniej. Znów, tak, jak wtedy pod prosektorium, tak i teraz mókł samotnie, oczekując pomocy z góry. Od Boga.

* * *

Przypomniał sobie jeszcze jedno niezwykle ważne zdarzenie, gdy padał deszcz. Pewnego dnia Marek nie mógł oderwać się od zamokniętej szyby. Doszły go słowa jednej z pielęgniarek, że jakaś kobieta nie chce dać zabrać swojego synka na kompleksowe badania. Właśnie obserwował wielką kroplę wody spływającą w połowie szyby, gdy usłyszał jej szloch. Nie chciał się odrywać, uwielbiał widok jednoczących swe siły kropel, które z każdym połączeniem ruszały w dół z jeszcze większą prędkością. Te malutkie mogły wisieć na oknie całymi godzinami, dopóki nie wyschły, a połączywszy się, zyskiwały masę i energię, ale skracały swój żywot na szybie. W końcu oderwał się od wodnego spektaklu światła oraz soczewek i ruszył na oddział. Po chwili zobaczył kobietę kurczowo tzrymającą na rękach trzy czy czteroletniego chłopca, z którą usilnie dyskutowała jego koleżanka Ela i pielęgniarka Krystyna.

— Proszę nam go dać, zrobimy badania i oddamy — mówiła lekarka.

— Nieee! — wycharczała nieznajoma.

— To nie potrwa długo, najwyżej godzinkę. Musimy zrobić te badania — wtrąciła pielęgniarka.

— Nigdyyyy!

— Ale pani dziecko jest w niedobrym stanie, proszę nie pogarszać jego stanu — ciągnęła Ela.

— Dajcieee naaam spoookóóój! — nadal charczała z płaczem kobieta.

Marek w końcu podszedł i stanął bardzo blisko nieznajomej, naprzeciwko, odgradzając ją od innych.

— Dzień dobry — powiedział z uśmiechem. — O, co ja tu widzę. Synek w świetnym stanie, to tylko drobna niedyspozycja, z którą sobie poradzimy, zanim pani zdoła się zorientować. — Spojrzał kobiecie głęboko w oczy. — Jestem Marek Olkuń i chciałbym osobiście pani potwierdzić, że wszystko będzie dobrze. Pozwoli pani? — Po raz kolejny się uśmiechnął.

— Nieee! — powtórzyła łagodniej nieznajoma.

— Ale proszę pomyśleć, w końcu po coś pani tu przyszła. Jak ma pani na imię?

Po chwili ciszy kobieta odpowiedziała:

— Jadwiga.

— Marek jestem, proszę mi mówić po imieniu.

— Nie oddam swojego synka! — wyszeptała stanowczo.

— Czy ja wyglądam, jakbym miał synkowi zrobić krzywdę? No, proszę na mnie spojrzeć.

Nieznajoma niechętnie oderwała wzrok od trzymanego na rękach dziecka i zerknęła Markowi w oczy.

— Panie Marku…

— Po prostu Marku.

— Marku, ale! — Gwałtownie jeszcze bardziej przytuliła dziecko.

— Śmiało, sam się nim zajmę.

Zanim kobieta się odezwała, zabrała głos Ela:

— Marek, przecież za dwie godziny masz operację, musisz odpocząć.

Marek spojrzał na nią z uśmiechem i odparł:

— No, to będę miał na to prawie godzinę.

— Ale przecież nie zajmujesz…

Marek skarcił ją wzrokiem, przerywając, zupełnie jakby wiedział, że chce powiedzieć, iż on nie zajmuje się dziećmi.

— Właśnie pani Jadzia się zgadza, abym zajął się jej synkiem, prawda?

— Ja… — wahała się kobieta. — Ale nic mu się nie stanie?

— Jestem kardiochirurgiem — odpowiedział. — To jak?

— Ale tylko na godzinkę? Nie dłużej.

— Tak, tylko na godzinkę. A potem zapraszam do mnie do gabinetu na kawę. — Po raz kolejny spojrzał kobiecie w oczy.

Gdy wiózł z powrotem małego po badaniach, kobieta nerwowo dreptała na korytarzu przed oddziałem. Na jej widok gwałtownie zwolnił, nie wiedział, co na dobrą sprawę ma powiedzieć. Jadwiga ruszyła w jego stronę i wykrzyknęła:

— I jak z nim? I jak?

— Jadziu… Mogę tak mówić, prawda?

— Co jest?! — wrzasnęła.

— Jacek będzie wymagał operacji serca jak najszybciej.

— Co?! — kobieta jeszcze bardziej podniosła głos.

Marek podszedł i objął ją ramieniem.

— Czy przeżyje? — ciągnęła.

— Tak, ale operacja musi być wykonana jak najszybciej. — Chciał odruchowo się uśmiechnąć, ale nie był w stanie. — A teraz zapraszam do mnie na kawę, Jacuś jedzie z nami — uprzedził jej pytanie.

Tamtego dnia Marek długo nie mógł usnąć. Kotłowało mu się w głowie po burzliwym dniu. Wrócił do domu dopiero nad ranem po skomplikowanej operacji, która całe szczęście zakończyła się pozytywnie. Ale mimo to cały czas martwił się o pacjenta, który miał zaledwie niespełna trzydziestkę na karku.

W końcu tamtego dnia, po poznaniu Jadzi, Marek wstał nad ranem z łóżka bez odrobiny snu, wsunął stopy w zimne kapcie i poczłapał do okna, za którym już widniało. Na zewnątrz wciąż siąpił deszcz. To jedyny przyjaciel, który jeszcze płakał, nie wstydząc się tego. Z obojętnością godną psychopaty lał deszczowe łzy. Marek rozsunął zasłony. W tym drobnym deszczu gawron na pobliskim dębie skubał sobie pióra, niejako dokonując porannej toalety. Marek zastanowił się, czemu zwierzęta potrafią żyć w samotności. Owszem, zakładają gniazda czy legowiska, ale niektóre gatunki na akcie prokreacji i wychowania młodych kończą swoje uczestnictwo w związkach. Najbardziej znanym gatunkiem zwierząt, które żyją często w samotności, są wilki. Czy zwierzęta odczuwają taką samą pustkę jak człowiek. Dajmy na to, taki kruk egzystuje często całe życie niemal samotnie i nie lgnie za wszelką cenę do innych osobników. Czy więc tylko człowiek ma w duszy pustkę, której nie jest w stanie nigdy do końca zapełnić? Czym jest ta pustka? Czy to błąd Boga w sztuce tworzenia, czy może umyślna funkcja, która ma jakiś niezrozumiały cel?

* * *

Następnego dnia, w czwartek Marek wybrał się z samego rana z kolegą Stefanem na ryby. Tego dnia Stefan miał wolne, a w zakładzie nie było co robić poza wyczekiwaniem. Jadąc tuż po piątej rano nad Wisłę, Marek zastanawiał się, kiedy dane z jego telefonu będą gotowe. W jakiś sposób Lidia nie dawała mu spokoju, mimo iż nie znał jej prawie w ogóle. Wciąż miał przed oczami, jak samotnie spacerowała w Puszczy Kampinoskiej i jak robiła tajemnicze notatki. Próbował analizować, co zrobiło na nim większe wrażenie, ale to trochę tak, jakby próbować zrozumieć, czy o atrakcyjności chleba stanowi mąka, czy drożdże — te półprodukty mogą być przyrządzone na wiele sposobów, na wiele smaków, ale dopiero razem, dołożone w odpowiednich proporcjach tworzą chleb, nasz powszedni. I wystarczy, aby dodać ciut zbyt dużo soli, aby całość była niezjadliwa. Może więc to mieszanina kilku cech u Lidii spowodowała, że Marka ogarnęły tak intensywne uczucia? Uczucia pozytywne, ale i szarpiące umysłem — inaczej nie wykasowałby tych esemesów.

Kiedy już siedzieli nad rzeką, Marek spytał:

— I co, w końcu żona wie, że razem tu przyjechaliśmy? — zacierał skostniałe od zimna dłonie. O tej porze roku ranki były jeszcze bardzo chłodne, czasem z przymrozkiem.

— A skąd, szefie. Jak człowiek mniej wie, to spokojnie śpi. — Stefan postawił kołnierz w kurtce.

— Ale przecież mogłaby pomyśleć, że przyjeżdżasz tu z jakąś kobietą.

— Z kobitą? Szefie, niech szef spojrzy na mnie. — Stefan stanął przed Markiem. — Co szef widzi?

— No, fajnego faceta.

— Nieee. — Stefan się zaśmiał. — Szefie, wyglądam jak, nie przymierzając, chłoporobotnik z Trybuny Ludu. Twarz kostropata, nos wielki, niskie, bandyckie czółko i postawa jak skradający się szpieg z krainy deszczowców. Szefie, toż to żadna kobita na to nie poleci.

— Tak myślisz? A ja sądzę, że dla niejednej byłoby to zaletą. A jeszcze więcej w ogóle na to nie zwraca uwagi. Poza tym — Marek wstał, stanął naprzeciwko Stefana, uścisnął mu dłoń — nie mów do mnie szefie, mów mi po imieniu.

— Nie, szefie, szef dla mnie zawsze pozostanie szefem. A imię znam, ale niech ono pozostanie dla kogo innego.

— Dlaczego?

— Dlaczego? Bo tam, gdzie zaczyna się znajomość, kończy się karność, a bez karności to jeszczem gotów zaniedbywać pracę.

— Stefan, ty i tak starasz się za dwóch, za bardzo dbasz o mnie. Zobacz choćby ostatni problem z kobiecymi zwłokami. Kto harował do późna, gdy ja kolejny raz zaniemogłem?

— Mnie to, szefie, takie dni są potrzebne. Wracam potem do domu wymęczony, ale i szczęśliwy. Bo jak dostanę popalić, to czuję się sobą. Mówię ci, szefie, nic tak dobrze na mnie nie wpływa jak rygor i harówa.

— A te ryby? — spytał bez namysłu Marek.

— A, to co innego. Tutaj to przychodzę, aby pobyć sam, oderwać się od tego wszystkiego.

— W takim razie niepotrzebnie przyjechałem z tobą.

— Aj tam, niepotrzebnie. Szefie, to dla mnie przyjemność! A jak zarażę szefa wędkowaniem, to będę cały szczęśliwy.

Na chwilę zamilkli. Marek zastanowił się nad tym, o czym myślał niegdyś, zaraz po poznaniu Jadzi. Czy dawanie kawałka siebie, czym w tej sytuacji jest chęć zarażenia wędkowaniem, to ten brakujący fragment w układance ku pełni człowieka? Czy dzielenie się fragmentami własnego szczęścia to wyraz samotności i chęci nawiązania bliższych relacji, czy może egoistyczny zabieg mający na celu narzucenie swojego zdania?

— Teraz popatrz, szefie, spławik zaczyna drgać — szepnął Stefan. — To znak, że zaczyna się branie. Jakaś ryba skubie już przynętę. Jeszcze chwila i będziemy wyciągać.

Stefan delikatnie ujął wędkę w dłonie i powiedział:

— Niech szef chwyci jak ja, tak łatwo wyczuć, gdy coś się dzieje.

— Ale tak zwyczajnie czy jak?

— No, delikatnie, tak, aby czuć każde drgnięcie, toż to teraz jak żywy organizm.

Marek tylko znacząco wypuścił powietrze. Pomyślał o czasach, gdy na co dzień majstrował w żywych organizmach. Nie chciał do tego wracać.

— Czuje szef? — ciągnął Stefan. — Zaczyna szarpać w bok, znaczy, już haczyk się wbił, teraz trzeba czekać, aż wejdzie głębiej.

— Tak, czuję — odpowiedział niepewnie Marek.

— No, to już czas, ostro szarpie w prawo. Niech szef gwałtownie pociągnie. Ale raz, a porządnie.

Marek zrobił, co mu kazano. Wyraźnie poczuł, jak wraz z pociągnięciem wędka mocniej szarpnęła.

— A teraz delikatnie do góry, ja podstawię podbierak — rzekł głośniej Stefan.

Gdy już wyciągnęli rybę, Stefan cichutko powiedział:

— Wiem, że szef niezwyczajny, ale trzeba szybko dobić, żeby się nie męczyła. Bo taka ryba to też cierpi, szefie. — Stefan sięgnął po spory tasak i wręczył Markowi. — Jednym ruchem proszę uciąć głowę.

Marek zawahał się. Nigdy w życiu nie zabił świadomie żadnego zwierzęcia. Patrzył, jak ryba rzuca się na trawie tuż przed nim. Rozpaczliwie otwiera usta, aby nabrać jeszcze haust zbawiennej wody zawierającej życiodajny tlen. W końcu poczuł na ramieniu uścisk dłoni Stefana.

— Szefie, już czas — wyszeptał jeszcze ciszej kolega.

Marek wziął głęboki oddech, przytrzymał rybę lewą ręką, a prawą zadał decydujący cios.

Tak oto świadomie pozbawił życia istotę żywą.

Marek przez dłuższą chwilę obserwował, co robi jego kolega. Najpierw wbił na haczyk kolejną przynętę, obejrzał dokładnie żyłkę, czy nie jest naruszona, wyregulował długość żyłki i ze sporym zamachem zarzucił wędkę. Spławik zakołysał się na powierzchni rzeki. Marek wcisnął dłonie w kieszenie. Panowała całkowita cisza, bo o tej porze ani nie słychać było żab, ani wodnego ptactwa, a do cywilizacji mieli spory kawałek drogi. Rozejrzał się po całej rzece. Gdzieś w dole zaczynała się wyspa oddzielona od brzegu wąskim pasem wody, a w górze majaczyły słupy wysokiego napięcia, które w okolicach takich rzek mają monstrualne rozmiary.

— Bo wiesz, szefie — przerwał ciszę Stefan. — To jest tak, że ja tu przejeżdżam na te ryby z powodu pracy. Jak się napatrzę na co dzień na te wszystkie trupy, to na niepokój mnie bierze. Ileż to młodych do nas trafia. Nie dawniej jak dwa tygodnie temu przywieźli dziewczynę, może dwudziestoletnią. Szefie, ile bym dał, aby ktoś inny za mnie się nią zajął. Żal patrzeć. Całe życie miała przed sobą, a wyciągnęła kopyta. Często myślę sobie, że ten świat jest nie tak stworzony. Starzy powinni iść do piachu, a nie młodzi. A już najgorzej, jak się dowiem, że przywieźli kogoś po długiej chorobie. A jak była jeszcze nieuleczalna, to zastanawiam się, czy przypadkiem śmierć to nie przysługa dla niej. Bo co to za życie, cały czas leżeć w łóżku? Ani to człowiek nie nacieszy się swobodą, ani nie zazna przyjemności, tylko udręka. A po niej koniec. Żebym to chociaż był pewien, że coś tam jest po tej drugiej stronie, to jakoś łatwiej byłoby to przełknąć. A ja tyle już widziałem bezsensownych śmierci, że i wierzyć przestałem. Teraz to dla mnie jedynie koniec życia. I nic dalej nie ma. I jak ktoś, szefie, przez ostatnie lata tylko cierpi z powodu choroby, to sobie myślę, że ta śmierć to i tak jest wybawieniem. I przyjeżdżam na te ryby, aby sobie udowodnić, że przeze mnie żadne stworzenie nie będzie cierpiało. Ciach tasakiem i już ryba martwa. Inni to, szefie, łapią te bidne ryby, wyszarpują haczyk, wrzucają je do pustego wiadra, a ryba też czuje i cierpi. A jak za mała, to wyrywają haczyk i wrzucają rybę do rzeki, że niby zagoi się. Ja tam, szefie, w to wątpię. A nawet jak się zagoi, to ryba się swoje nacierpi. A ryba to ryba, jej zadaniem jest rozmnożyć się i tyle. I żyć w spokoju. A jak cierpi, to patrzeć nie można. — Stefan sięgnął po tasak, zważył w dłoni, potrząsnął. — Taki tasak, szefie, to bez niego bym na ryby nie przyjeżdżał. To narzędzie dla godności zwierzęcia. Nie dla mnie. Bo dźwigać trzeba, ostrzyć za każdym razem. Kiedyś przyjechałem tutaj bez niego, już zacząłem się rozkładać, ale gdy zobaczyłem, że go zapomniałem, to wróciłem. Bez tego tasaka, to jak bez ręki, szefie.

Stefan sięgnął do plecaka i wyciągnął dwie puszki piwa. Marek bez słowa przyjął jedną. Ale odzywać się nie zamierzał. Słuchał kolegi z zaciekawieniem, zrozumieniem i żywymi emocjami. Jednak emocje te jawiły mu się tylko negatywnie, bo przecież kilka lat temu przywracał chorych do pełni życia, wielokrotnie ratował od śmierci. Nie chciał więc wracać do takiego życia, teraz pragnął jedynie nie mierzyć się z problemami życia lub śmierci — dążył, aby być od tego jak najdalej.

— A potem, po takich rybach, szefie — ciągnął Stefan — jak wrócę do roboty, to jakoś mi na duszy lżej, że zrobiłem wszystko, co w mojej mocy, aby skrócić cierpienie. Nadal boli, jak widzę bezsensowną śmierć, ale przynajmniej nie mam do siebie pretensji, że nic nie robię w tym kierunku. — Stefan napił się kilka łyków piwa. — A mogę mieć do szefa pytanie?

— Tak, pewnie.

— Tylko widzisz szefie, bo nie wiem, czy powinienem o to pytać… — Stefan wtulił głowę w podniesiony kołnierz.

— Śmiało.

— Bo widzisz, szefie, próbuję to od dawna zrozumieć, ale same głupoty mi do łba przychodzą. Dlaczego szef nie jest w stanie obrabiać kobiecych zwłok?

Nastąpiło milczenie. Marek zastanawiał się, co w ogóle odpowiedzieć. Przecież nie powie pracownikowi, że kiedyś miał wzwód na widok trupa. Takie informacje, mimo iż Stefan wykazywał maksimum empatii, musiały pozostać tylko Marka tajemnicą. Podniósł puszkę i pijąc kilka łyków, Marek dostrzegł w górze lecących kilka czarnych ptaków. „To na pewno kruki” — powiedział do siebie w myślach.

— Stefan, to przez tę pracę chirurga — skłamał. — Ale nie pytaj o więcej. — Spojrzał koledze w oczy. — Każdy ma swojego bzika, ty ryby, ja martwe kobitki. Niech tak zostanie.

Mamusia mówiła

Mamusia mówiła

Zatrzymać Samobójstwo Dorosłych

Mamusia mówiła, że nigdy nie zostanę sam. Nawet jeśli odejdzie, będzie spoglądała z góry. Ale ja nie rozumiałem, co to znaczy. Bo mamusia nigdy nie odejdzie, zawsze będzie przy mnie. Za każdym razem tak się cieszyłem, kiedy ją widziałem, chociaż wychodziło z niej tyle rurek. Ale taka pani w białym fartuchu przychodziła i nie pozwalała nam tam zostać. Najwyżej tyle, co trwa dobranocka. Potem wracałem z tatusiem do domu, tatuś robił kolację i układał mnie do łóżeczka tuż po dobranocce. Najbardziej pamiętam tę bajkę o dziewczynce, co macocha chciała ją otruć, a uratował ją książę.

Od dawna nie widziałem mamusi. Tatuś nie chciał powiedzieć, dlaczego do niej już nie jeździmy. Wczoraj wieczorem mówił, że musimy wstać rano, przyszykował jakieś ciemne ubrania, usiadł w kuchni przy oknie i się rozpłakał. Podszedłem, żeby go przytulić, ale od razu wziął mnie na ręce i zaniósł do łóżeczka. Ale nie mogłem zasnąć, bo brakowało mi mamusi. Patrzyłem na uchylone drzwi do mojego pokoiku, czy się w nich nie pokaże. Potem odwróciłem się do ściany, bo jakoś tak strasznie smutno mi się zrobiło, i zacząłem liczyć, jak nas uczyła pani Basia w szkole. Nie wiem, kiedy zasnąłem, ale pamiętam, że doliczyłem do tysiąca.

Rano nie chciałem wstać z łóżeczka. Miałem ochotę leżeć tak cały dzień. A przecież lubię szkołę i dzieci, z którymi mogę się bawić. Spojrzałem za okno: padał deszcz i było jakoś ciemno na dworze. Słyszałem, że tatuś chodzi po całym mieszkaniu, jakby czegoś szukał. Na chwilę zamykał się w łazience, potem wychodził, trzaskał drzwiami i zaraz włączał telewizor. Ale tatuś nigdy nie oglądał telewizora tak rano. Zaraz wyłączał telewizor i znów wchodził do łazienki. Czy to ja coś złego zrobiłem?

W końcu tatuś ubrał mnie w te ciemne ubranka, dał do napicia się soczku i pojechaliśmy bez śniadania do jakiegoś kościoła. Nie pamiętam, co tam było, ale czułem w sobie taki straszny smutek. Powiedziałem, że chcę stamtąd wyjść, ale mi nie pozwolił, bo deszcz i zimno. Patrzyłem tylko na księdza, co stał przed jakąś dużą skrzynią, a wokół leżało dużo kwiatów. Najbardziej zrobiło mi się smutno, gdy ksiądz machał czymś metalowym na łańcuchu i leciał stamtąd dym. Powiedział coś o prochu, ale to dziwne, bo tatuś mówił, że prochu używało się do armat i pistoletów. I jak poczułem ten dym, to źle się poczułem. Przytuliłem się do tatusia i tak mi się bardzo zachciało płakać. Potem przyszło czterech panów ubranych na czarno i wynieśli z kościoła tę skrzynię. A za nimi wyszli wszyscy ludzie. Później szliśmy pod parasolami za takim śmiesznym długim samochodem, który też był cały czarny jak ci panowie, co tę skrzynię wynieśli. Weszliśmy na cmentarz i zacząłem płakać, gdy podszedł wujek i spytał, czy brakuje mi mamusi. Wtedy zrozumiałem, że zakopują mamusię na cmentarzu. A ja tak bardzo nie chciałem, żeby ją zakopywali. Chciałem, żeby wróciła. Pamiętam, że tatuś wziął mnie na ręce i mocno przytulił. Tak strasznie gorzko mi się zrobiło w buzi od tych łez. Mamusia mówiła, żeby się nie wstydzić płaczu, że to wcale nie znaczy, że jest się dzieckiem. Pamiętam tylko, jak ci panowie ubrani na czarno spuszczają tę skrzynię do wielkiego dołu, a potem zasypują. Dlaczego musieli mamusię zasypać?

Potem pamiętam, jak szliśmy na piechotę do domu. Tatuś cały czas wycierał łzy. Spytałem, czy coś źle zrobiłem, ale spojrzał na mnie i powiedział, żebym nigdy tak nie myślał.

Od tego dnia tatuś przychodził do domu smutny, siadał przed telewizorem i oglądał go całymi wieczorami. Często prosiłem, żeby mi pomógł w pracy domowej, ale wtedy stawał przy mnie, pytał, czego nie rozumiem, ale nic więcej nie mówił. I w ogóle mi nie pomagał. W szkole zacząłem dostawać gorsze stopnie i pani kilka razy wpisała uwagę do dzienniczka, że przyszedłem bez odrobionych lekcji.

Gdy była jesień, tatuś przyszedł wcześnie do szkoły i mnie zabrał. Pojechaliśmy do cioci, która mówiła, że tatuś potrzebuje pomocy i żeby poszedł do lekarza, ale nazwy nie zapamiętałem. I tego samego dnia pojechaliśmy do przychodni. Tatuś mnie zostawił przy jakiejś pani, która odbierała telefony, a sam wszedł do gabinetu i siedział tam chyba pół dnia. Potem wyszedł, a pani doktor pogładziła go po ramieniu. Pomyślałem, że teraz to będzie nowa mamusia, a ja chciałem mojej prawdziwej mamusi. Byłem zły i na tatusia i na tą panią.

Tatuś przestał mnie odbierać ze szkoły, wracałem sam. Mówił, żebym uważał na samochody i nie rozmawiał z nieznajomymi. Robiłem tak, jak mówił tatuś. Tylko któregoś dnia jakoś się dziwnie poczułem i poszedłem na ten cmentarz, co tam mamusię zakopali do ziemi. Wszedłem przez bramę i zaraz podszedł do mnie jakiś pan i spytał, dlaczego jestem sam. Ale tatuś nie pozwolił mi rozmawiać z nieznajomymi, więc uciekłem. Biegłem, aż nie mogłem złapać tchu. Zobaczyłem taki mały budyneczek. Miał z przodu kratę, a dalej małe pomieszczenie. Chwyciłem za kratę i otworzyłem ją. Wszedłem do środka. Pod sufitem był straszny pająk, który miał na plecach narysowany taki sam znak, jak na tych kamiennych płytach, co wokół. Przypomniałem sobie, że mamusia mówiła na to „krzyż”, ale nie wiedziałem, co to znaczy. Ciocia kiedyś mi opowiadała, że dawno temu jakaś pani z dzieckiem uciekała przed złymi ludźmi i schowała się w jaskini. Ci źli ludzie nie szukali jej tam, bo wejście zasłoniły pajęczyną właśnie takie pająki z tym krzyżem. Podobno te pająki ją uratowały. Jakoś nie wierzyłem cioci, bo bardzo się bałem tych pająków. Ale siedziałem w tym budyneczku z tym pająkiem, bo tatuś mi nie powiedział, żebym się ich bał, mówił, żebym nie rozmawiał z nieznajomymi.

Po jakimś czasie, gdy nie widziałem już nikogo wokół, wyszedłem i zacząłem szukać miejsca, gdzie zakopali mamusię. Jak tylko kogoś widziałem, chowałem się za te krzyże. Malutki jestem, więc mnie nie zobaczyli. Szukałem chyba pół dnia, ale przypomniałem sobie, że mamusię zakopali pod takim wielkim drzewem. Wszedłem na jedną kamienną płytę, potem ostrożnie, żeby nie spaść na krzyż i zobaczyłem to drzewo. Rosło całkiem niedaleko. Pobiegłem tam jak najszybciej. W tym miejscu, gdzie zakopali mamusię, był też krzyż, ale drewniany. A na nim tabliczka, na której ktoś napisał imię i nazwisko mamusi i jakieś cyfry. Ziemia była usypana w taki mały nasyp, na którym leżało dużo kwiatów.

Zrzuciłem tornister i zacząłem przekładać kwiaty na bok. Wszystkie już uschły. Jedne były naprawdę ciężkie, bo wyglądały jak takie koło do pływania po wodzie. Ledwo go uniosłem, ale w końcu mi się udało. Gdy nasyp był już pusty, zacząłem rękami kopać. Ci panowie, co byli na czarno ubrani, to mieli łopaty i szybko zasypali dół, ale wiedziałem, że jeśli będę długo kopał, to odkopię mamusię i rękami. Odgarniałem ziemię na bok, na miejsce obok, gdzie nie było ani kamiennej płyty, ani podobnego nasypu jak tu, u mamusi. Jak pomyślałem, że niedługo znów będę z mamusią, zacząłem płakać. Ale kopałem dalej. Wycierałem łzy dłońmi i kopałem, i kopałem. Spociłem się zaraz, że musiałem zdjąć kurtkę. Jak kolejny raz wytarłem twarz z łez, poczułem, że ziemia zgrzyta mi między zębami. Stanąłem więc i próbowałem wypluć to co w buzi, bo mamusia kiedyś mówiła, że w ziemi są bakterie i można się zarazić. Zobaczyłem, że mam całe czarne ręce. Wytarłem je w kurtkę, bo mamusia będzie się gniewała, że jestem taki brudny. I znów zacząłem kopać.

Gdy dół sięgał mi do piersi, zmęczyłem się. Powoli robiło się ciemno. Poczułem, że tak bardzo chce mi się spać. Założyłem z powrotem kurtkę i położyłem się na dnie tego dołu. Chciałem odkopać mamusię, ale już nie miałem siły. Jak się prześpię, będę kopał dalej. Nawet nie wiem, kiedy usnąłem.

Obudziło mnie wołanie tatusia. To mnie wołał. Było całkowicie ciemno, a ja bardzo zmarzłem. Wstałem i próbowałem wyjść z tego dołu, co go wykopałem, ale cały czas obsypywała się ziemia i spadałem na dno. W końcu zobaczyłem światło latarki, a po chwili tatuś stanął nade mną zdyszany i upadł na kolana. Zaczął bardzo płakać. A ja razem z nim. Chciałem się do niego przytulić, ale byłem w tym dole, a on tam na górze. Za chwilę tatuś przetarł oczy, wyciągnął mnie z dołu i bardzo mocno przytulił, tak, że aż mi kości zatrzeszczały. Widziałem w świetle tej latarki, że bardzo go ubrudziłem. Zasnąłem mu chyba na rękach.

Następnego dnia gdy się wyspałem, poszliśmy do tej samej pani doktor, co tata był u niej kilka dni wcześniej. Mówiła mi, że czasem tak jest, że ktoś umiera i nie da się go już ani odkopać, ani przywrócić do życia.

Ale ja w to nie wiezrę. Wiem, że mamusia jest gdzieś, tylko daleko, i spogląda na mnie z góry, jak to mi mówiła tuż przed śmiercią. Tak bardzo za nią tęsknię. Chciałbym już umrzeć i być z nią tam na górze. Tatuś mówił kiedyś, że nieba nie ma, ale ja w to nie wierzę.

Samotność Boga — cz. II

Samotność Boga — cz. II

Obudził się po jedenastej przed południem. Spał ponad dwanaście godzin. Przez okno wpadały promienie słońca, oświetlając obrazek, który otrzymał od koleżanki na osiemnaste urodziny. Namalowała go sama. Przedstawiał inną dziewczynę, w której Marek podkochiwał się, a której nigdy nie odważył się wyznać swoich uczuć. Nikomu nie wyjawił tego sekretu, a mimo to koleżanka, która namalowała ten obrazek, doskonale wiedziała. Marek pamiętał, że podeszła do niego, chwyciła za rękę i pociągnęła do pustego pomieszczenia.

— Masz tu coś, z czego się chyba bardzo ucieszysz, ale chwalić się tym raczej nie będziesz. Ja też nikomu nie powiedziałam i nie powiem. — Zbliżyła się i pocałowała go prawie w same usta.

Marek wielokrotnie zastanawiał się, skąd malarka wiedziała o jego fascynacji. Owszem, teraz mając swoje lata i wiedzę, zdawał sobie sprawę, że mógł nieświadomie okazywać zainteresowanie, na przykład mową ciała czy choćby tym, jak długo potrafił się wpatrywać w swoją miłość, ale nadal go dziwiło, że nikt inny tego nie zauważył tylko malarka. Rozmawiał kiedyś na ten temat z kolegą, który stwierdził, że artyści są właśnie artystami nie dlatego, że mają większe zdolności, ale dlatego, że więcej widzą. Bo zdarzają się ludzie, którzy potrafią rysować czy malować jak mało kto, ale swoimi dziełami nigdy nie przyciągną tak wielu osób, gdyż po prostu nie ma w nich ukrytych znaczeń, które nie są ukryte właśnie dla artystów. Gdy Marek się nad tym zastanawiał, dochodził do identycznego wniosku. Ten obrazek nie był jakiś wybitny pod względem odwzorowania rzeczywistości, kolorystyki czy kształtów, ale miał w sobie coś, co nie pozostawiało wątpliwości, kim jest namalowana postać, mimo iż całość wykonana była w stylu będącym gdzieś z pogranicza kubizmu i impresjonizmu.

Ilekroć Marek przypominał sobie moment wręczania mu obrazka, żałował, że nie spróbował zbliżyć się i być może związać z malarką. Już sam fakt namalowania dla niego innej dziewczyny świadczył o braku zazdrości, a nawet być może o chęci pomocy w zeswataniu Marka z wybranką. Poza tym malarka pocałowała go prawie w same usta, tak, że Marek poczuł kącikiem ust jej wargi, a to świadczyło, że nie pozostawał jej obojętny, a być może nawet się w nim podkochiwała. W takim razie czy obrazek był po to, aby Markowi przypominać dziewczynę, w której był zakochany, czy może po to, aby patrząc na niego, nie mógł zapomnieć tej, która to namalowała? Pytań można zadawać dziesiątki, a odpowiedzi jednoznacznych brak. Może na tym właśnie polega umysł artysty, że z jednej strony jest niezrozumiały dla przeciętnego człowieka, a z drugiej tylko on potrafi wyrazić rzeczywistość w sztuce?

Tego dnia wyszedł z domu grubo po czternastej. W końcu w weekend nigdzie się nie spieszył. Większość właścicieli zakładów pogrzebowych samodzielnie wszystko kontroluje, jest dostępna pod telefonem dwadzieścia cztery godziny na dobę, a on miał dość czasów, gdy pracował w szpitalu i zdarzało się, że musiał być dostępny przez wiele godzin. On w swojej firmie ustalił dyżury, które pełnili pracownicy z większym doświadczeniem. I tylko w sytuacjach niestandardowych pracownicy się z nim kontaktowali. Oczywiście wiązało się to z pewnymi niedogodnościami, czasem utratą klienta, ale Marek wolał mniej zarobić i mieć spokój, niż być dyspozycyjny na okrągło. Poszedł na piechotę po samochód i pół godziny później ruszył na przejażdżkę do Puszczy Kampinoskiej. Gdy tylko mógł, wyjeżdżał poza miasto.

Na miejscu, czyli przy mało uczęszczanym szlaku znalazł się po piętnastej. Zaparkował na sporym parkingu, rozejrzał się i rzuciła mu się w oczy kobieta w zwiewnej, kolorowej sukni podchodząca do swojego audi. Widział ją tylko z profilu, i to nieco z tyłu, a spodobała mu się bardzo. Nieznajoma otworzyła z pilota auto, podeszła do bagażnika, wyjęła jakiś notes, spojrzała na zegarek i po chwili coś zanotowała. Marek przyjrzał się jej z daleka. Zaintrygował go fakt robienia notatek. Ruszył w jej stronę. Kobieta odłożyła notes z powrotem do bagażnika, odwróciła się twarzą w jego stronę, chwilę później wsiadła za kierownicę i szeroko otworzyła szybę. Po chwili zabrzmiały dźwięki jazzu. Marek przyspieszył kroku. Dzieliło go kilkanaście metrów. Kobieta uruchomiła silnik, gdy Marek był o trzy metry. Wrzuciła wsteczny bieg i sprawdzając, czy może ruszyć, rozejrzała się. Ich spojrzenia się spotkały. Kobieta wbiła w niego wzrok, nie będąc pewna, co jest grane. Była niezwykle piękna, o twarzy jak z żurnala, szczupła, bardzo nieznacznie umalowana. Nigdy nie zdarzyło mu się zaczepić tak pięknej kobiety. W końcu stanął na wyciągnięcie ręki i powiedział:

— Czy my się znamy?

Kobieta wyrzuciła bieg, zgasiła silnik i nadal przyglądając mu się, zapytała:

— Słucham?

— No, pytałem, czy my się znamy?

— To ja powinnam o to zapytać. Kim pan jest?

— Nazywam się Marek Olkuń i mieszkam w Pruszkowie.

— Ja pana nie znam — oświadczyła zbywająco.

— A ja mam wręcz przeciwne wrażenie.

— Nic na to nie poradzę. — Ponownie odpaliła silnik.

Marek zauważył na jej twarzy odrobinę niepokoju.

— Proszę się mnie nie obawiać — powiedział cicho. — Mam wrażenie, jakbym panią gdzieś widział.

— Naprawdę? — Zrobiła sztucznie przejętą minę.

— A… — Zawahał się. — Czy mogę wiedzieć, co pani notowała przed chwilą?

— Nie pańska sprawa! — podniosła głos.

— Ok, nie chcę być wścibski czy niegrzeczny, ja tak pytam z sympatii. Chyba.

— Chyba? — Wzruszyła ramionami. — To sam pan nie wie?

— Powiem tak: chcę cię poznać. Nie musisz się niczego obawiać — przeszedł na ty.

— Uuuu, drogi panie, nie zawieram znajomości z nieznajomymi.

Marek przyjrzał się po raz kolejny jej twarzy. Była kobietą przed trzydziestką. Przez chwilę nie mógł się oprzeć wrażeniu, że na jej twarzy odciska się jakieś cierpienie.

— Mam taką propozycję: umówmy się tu kiedyś na spacer, będziemy mieli okazję się poznać. Na razie nie pytam o notatki.

— Nie jestem zainteresowana! — powiedziała jeszcze ostrzej, co szybko Marek odczytał.

— To ja ci dam swój numer telefonu i gdybyś zmieniła zdanie, możesz wysłać wiadomość lub zadzwonić. I bez obaw, umiem odpuścić.

— To wspaniale, wspaniale — rzuciła na odczepkę.

Wyciągnął z kieszeni portfel, już chciał dać jej aktualną wizytówkę, ale coś go tknęło, że przecież tam widnieje jako właściciel zakładu pogrzebowego, więc zawahał się, i już chciał odpuścić, gdy przypomniał sobie, że ma jeszcze kilka wizytówek z czasów, gdy pracował jako lekarz.

— To moja wizytówka, pomyśl, może znajdziesz dla mnie czas.

Nieznajoma spojrzała i powiedziała:

— O, chirurg. Czyli pierwsze nie szkodzić nie jest panu obce… — Pokiwała głową. — Może pomyślę, zobaczymy. A tymczasem żegnam. — Ruszając, rzuciła jeszcze z szerokim uśmiechem: — Miły z pana gość, do widzenia. — Odjechała.

— Do widzenia.

Marek ruszył opustoszałym szlakiem przez puszczę. Była połowa kwietnia i życie dopiero się rozwijało po ciężkiej i długiej zimie. Brzózki puszczały pierwsze listki, sosny pachniały żywicą, kwitły przydrożne zawilce, a kilkadziesiąt metrów dalej na mokradłach kaczeńce, odzywały się wilgi, kosy i szpaki, niebo pokrywały lekkie chmury, z których raczej nie należało się spodziewać deszczu. Wyciągnął z kieszeni telefon i sprawdził, czy nie ma wiadomości z zakładu. Wędrował niespiesznie przed siebie, przypominając sobie czasy, gdy był na początku drugiej specjalizacji.

* * *

— Chciałbym ci przedstawić Lenę, moją pracownicę — powiedział Roman, kolega Marka z liceum. Kobieta była wysoka, bardzo szczupła z wypisaną na twarzy delikatnością.

— Miło mi — odpowiedział odruchowo Marek, ale z podziwem spojrzał na twarz przedstawianej kobiety. Podał jej rękę.

— Miło mi — odpowiedziała ze wschodnim akcentem.

— Ty długo w Polsce? — odważył się mówić po imieniu.

— Już dwa lata minęło.

Markowi spodobało się, jak wymawiała głoskę „ł”, brzmiało to trochę jak ze starych polskich filmów. W ogóle patrzył na Lenę jak w obrazek.

— Dobrze mówisz po polsku, prawie nie słychać akcentu — skłamał.

— Moja mama jest Polką, w domu rozmawialiśmy też po polsku.

— A długo zamierzasz tu być?

— Nie wiem. Jak będzie wiza, to długo. To nie ode mnie zależy.

Marek nawet nie zauważył, kiedy odszedł jego kolega.

— A co zrobisz, jak nie dostaniesz wizy?

— Będę musiała wrócić, ale mam nadzieję, że ktoś mi pomoże. — Spojrzała Markowi w oczy i zamrugała rzęsami.

— A gdzie mieszkasz?

— Na razie u koleżanki, ale ona też nie ma pewnego miejsca.

Z każdą chwilą Marek czuł, że powinien coś zrobić, szczególnie że dziewczyna bardzo mu się podobała, ale nie miał odwagi umówić się, widząc ją po raz pierwszy. Widział również, że Ukrainka cały czas patrzy na niego tym jedynym, kobiecym wzrokiem. Czuł, że się jej podoba.

— Jak koleżanka straci mieszkanie, to i ja nie będę miała co ze sobą zrobić — ciągnęła.

— A jak… — Chciał na początku powiedzieć, jak mógłby jej pomóc, ale ugryzł się w język. — A jak ci się tu żyje? Podoba się Polska?

— Lepiej niż na Ukrainie, tam to pracowałam na dworze.

— Na dworze?

— No tak, owoce, pszczoły, siano kosiłam.

Marek uśmiechnął się na to ostatnie określenie.

— Czyli pracowałaś w polu, na roli?

— A tak, tak, mój polski nie jest bardzo dobry.

— Naturalnie, naturalnie.

— To może się tak zdarzyć, że już niedługo będę musiała wracać, jak nie będę miała gdzie mieszkać.

— Jestem dobrej myśli — odpowiedział, walcząc ze sobą.

— Ale czasem można spotkać dobrych ludzi, którzy pomogą.

Marek nie był w stanie zaproponować dziewczynie randki, czuł dobrze znaną blokadę. Po chwili znów wszedł jego znajomy i szybko zauważył zainteresowanie Markiem ze strony Leny.

— Jak tam gołąbki? — Zaśmiał się wchodzący.

— Dobrze, chyba czas na mnie — odparł Marek.

Ukrainka gwałtownie spuściła wzrok i bez słowa usiadła na krześle za recepcją. Marek wyszedł na korytarz, a za nim Roman. Marek stanął na dłuższą chwilę w bezruchu, jakby wahając się co zrobić. Jego kolega w końcu chwycił go za ramię i rzekł:

— Zapisz sobie numer Leny. — Sięgnął do swojego telefonu po numer.

— Tak? — spytał z niedowierzaniem Marek.

— Tak, tak, nie ma co tu deliberować, podobasz się lasce i chyba z wzajemnością. Mylę się?

Marek spojrzał na kolegę z niepewnością.

— Myślisz, że powinienem?

— Pewnie! — Roman podniósł głos.

Tamtego dnia Marek wracał do domu na piechotę całe osiem kilometrów, od miejsca, gdzie wysiadł od kolegi z samochodu. Był środek zimy, pod stopami skrzypiący śnieg i prawie dwudziestostopniowy mróz. Marek zastanawiał się, czy zaproszenie Leny na randkę to dobry pomysł, gdyż ciągle nie mógł zapomnieć sytuacji, gdy kobiece zwłoki wywołały w nim erotyczną reakcję. Od tamtego czasu każda kobieta stanowiła wyzwalacz. Marek nawet próbował oglądać kobiece akty, ale za każdym razem kończyło się to w taki sam sposób — wzbierająca w nim fala świadomego obrzydzenia podsycana czymś, co nie pozwalało mu zapomnieć, co kazało się konfrontować. Buzowała w nim jakaś nieokreślona siła, która wymuszała próbować, i mimo bólu wciąż próbować. Oglądając akty, wielokrotnie zastanawiał się, co to za siła, ale jedynym wnioskiem było porównanie jej do rozkazu wydanego w trakcie hipnozy — człowiek wie, że ma coś do zrobienia, ale nie zdaje sobie sprawy dlaczego; przynajmniej taki obraz niezrozumiałych działań wyniósł z filmów. Pamiętał też moment, gdy idąc latem po parku w Pruszkowie, widział na ławce opalającą się kobietę rozebraną do bikini. A miało to miejsce zaraz po feralnym wydarzeniu w prosektorium. Wtedy oglądając się na nią jak na goniącego zombie, uciekał przez park. Potknął się o krzak róży rosnący przy deptaku, runął jak długi u stóp policjanta, który chwilę później sprawdził jego trzeźwość.

* * *

A teraz, spacerując turystycznym szlakiem Puszczy Kampinoskiej, dumał, co takiego zainteresowało go w kobiecie z parkingu. W zasadzie pamiętał dwa szczegóły: bardzo ładną twarz i fakt zapisywania czegoś w notesie trzymanym w bagażniku. I chyba to drugie bardziej przyciągało uwagę. Bo która osoba robi coś takiego w lesie? Jego pierwsza myśl była taka, że kobieta jest pisarką i właśnie wpadła na jakiś wiekopomny pomysł. A może malarką? Jej sukienka kojarzyła mu się z artystką. A połączenie artystki z pragmatycznymi zapiskami to wręcz ideał. On sam nigdy nie przejawiał zapędów artystycznych, ale osoby takie darzył niezrozumiałą sympatią. A ucząc się niegdyś na chirurga, musiał stać się pragmatyczny, inaczej nie dałby rady prowadzić skomplikowanych operacji, do których potrzebne są procedury. Nawet pisał własne notatki, z których wyciągał wnioski i robił raporty. Może więc fakt, że sam pisał notatki, sprawił, że zainteresował się tą kobietą?

Po kilku kilometrach usiadł na zwalonym pniu nad niewielkim strumykiem płynącym niedaleko szlaku. Mniemał, że strumyk niesie wodę, która powstała z roztopionego śniegu. Tego roku mrozy puściły i roztopiły się śniegi dopiero pod koniec marca. Marek poczuł zapach sosnowej żywicy, która wiosną napełnia drzewa bardziej niż w innych porach roku. Zanurzył palec wskazujący w strumyku i ciało przeszyło dojmujące zimno. Woda miała temperaturę niewiele wyższą od zera. Zwrócił uwagę na dziwne wodorosty wyglądające jak chemiczne zanieczyszczenia lub też wydzielina jakiegoś zwierzęcia czy nawet człowieka. Mogły też przypominać jasnozielone włosy dziecięcej lalki. Czepiały się napotkanych gałązek czy kamieni, tworząc coś hipnotyzującego, magicznego. Siedział długo, obserwując, jak niewidoczne pojedyncze włókna oblepiają gałązki i kamyki, łączą się ze sobą, z każdą chwilą zmieniając kształt jasnozielonego tworu. Jednak istniało coś więcej oprócz zielonych włókien: to woda sama w sobie, i jej szum. Marek już niemal świadomie zapomniał o chęci oczyszczenia się ze zwyrodniałych skłonności do kobiecych zwłok, ale jego nieświadoma część umysłu przypominała mu podprogowymi podszeptami. Czuł, że chciałby cały wskoczyć do tego miniaturowego strumyka. Zmniejszyć się do rozmiarów żołnierzyka z plastiku i stanąć po pachy w lodowatej strudze. Tak, aby nie pozostał ani fragment nieczystego ciała, tak, aby zimno zamroziło niechciane zapędy… Nawet nie zauważył, że trzymany w wodzie palec wskazujący całkowicie skostniał, stał się bez czucia. Wyciągnął go i zgiął z uczuciem ciała obcego. Ruszył dalej w drogę.

Wieczorem długo ślęczał, czytając książkę; sen wciąż nie nadchodził. Zwykle tak miał, gdy poprzedniego dnia wziął tabletkę i spał dwanaście godzin lub więcej. Zagłębił się w akcję książki i nawet nie zauważał mijającego czasu. Zrobiła się jedenasta, potem dwunasta, pierwsza. W końcu o wpół do trzeciej odłożył książkę z powodu zmęczonych oczu i wypił kubek gorącej herbaty. Jednak nadal nie mógł usnąć. Wyszedł więc na spacer ulicami Pruszkowa. Gdy przechodził przez spore skrzyżowanie, usłyszał głośny dźwięk silnika dobiegający z mniejszej drogi. Przyspieszył kroku. Kątem oka zobaczył błysk świateł z prawej strony; dźwięk silnika gwałtownie rósł. Po chwili, gdy Marek był kilkanaście metrów od ulicy, usłyszał pisk opon, a po chwili głośne uderzenie. Stanął i się odwrócił. Dostrzegł samochód osobowy niemal wbity w przydrożną latarnię. Spod maski wydobywały się kłęby pary, wokół leżały rozbite elementy, a wewnątrz Marek dostrzegł ruch. Nagle drzwi drgnęły, zatrzeszczały, ale się nie otworzyły. Przez nierozbitą szybę Marek zobaczył zakrwawioną twarz młodej kobiety. Zrobił krok w tamtą stronę, ale z boku wyglądało to, jakby zderzył się z niewidoczną ścianą: nagle stanął. Opuścił głowę, twarz zakrył dłońmi i wstrzymał oddech.

* * *

— Nie mogłeś nic więcej zrobić — mówiła Zofia, matka Marka do zamkniętych drzwi jego mieszkania. — Rozmawiałam z Elą, ona jest tego samego zdania.

— Odejdź stąd. — Z wewnątrz przez drzwi wydobył się słaby głos Marka.

— Synku, otwórz, chcę z tobą porozmawiać.

— Daj mi spokój. Idź sobie.

— Wpuść mnie. Kiedy ostatni raz wyszedłeś z domu?

— Nie potrzebuje wychodzić — odpowiedział po dłuższej przerwie.

— Otwórz, nie możesz się odcinać od ludzi, którzy chcą dla ciebie dobrze.

— Odejdź! — wrzasnął i po chwili rozległ się odgłos silnego uderzenia.

— Mareczku, krzywdę sobie zrobisz. Daj mi wejść… — Matka przytuliła się do zimnych drzwi, jakby przez nie mogła przekazać synowi odrobinę czułości. — Otwórz! Co, matki nie wpuścisz?

Ale z drugiej strony wszelkie dźwięki ucichły. Zofia po raz kolejny się rozpłakała i bezsilnie opadła na kolana. Przychodziła pod jego drzwi trzeci dzień z rzędu, a efekt cały czas był ten sam — Marek nie otwierał. Tego dnia przynajmniej z nim porozmawiała przez drzwi, bo poprzednio syn nawet nie odpowiedział słowem. Dowiedziała się o tym, co zaszło, od Eli, koleżanki Marka jeszcze ze studiów, która pracowała w tym samym szpitalu. Marek podobno na chwilę zjawił się w szpitalu, ale wyglądało, jakby się upił, ale ktoś, kto go zaczepił przy wyjściu, nie wyczuł specyficznego zapachu. Tamtego dnia Marek zostawił samochód pod szpitalem i nie wiadomo jak wrócił do domu. Sąsiad widział go opierającego się o każdy napotkany przedmiot; był pewien, że Marek solidnie zapił. Najpierw chciał do niego podejść i pomóc dojść do domu, bo Marek wyglądał tragicznie, ale gdy zbliżył się na kilka metrów, Marek jakby otrząsnął się, wyprostował i dalszą drogę pokonał niemal zwyczajnie. Od tamtej pory nikt go nie widział.

Jego matka dzwoniła do Jadzi, która natychmiast po tragedii od niego odeszła, ale ta nie odebrała telefonu. Po kilkunastu próbach Zofia poprosiła kogoś, by do niej zadzwonił z numeru, którego ona nie zna. Gdy poproszono, aby nie odchodziła od Marka, wykrzyczała kilka ostrych słów i się rozłączyła. Marek został sam i choć miał rodzinę i przyjaciół, nie chciał widzieć nikogo. W pracy zostawił list, w którym napisał, że odchodzi natychmiast i jeśli chcą, niech potraktują to jak porzucenie stanowiska. I od sześciu dni siedział zamknięty w czterech ścianach mieszkania. Telefon miał wyłączony, zasłony zaciągnięte, a zamki zablokowane od wewnątrz, gdyż Zofia w końcu odebrała klucze od Jadwigi i próbowała otworzyć. Ale po głosie nie słyszała, żeby pił. Raczej wyglądało to jak świadome odcięcie się od całego świata. Gdy tego dnia znów odbiła się od jego drzwi, zastanawiała się wraz z córką, czy to chwilowe, aby przetrawić tragedię, czy może Marek umrze odcięty od świata. Uznały jednak, że to chwilowe i tylko dlatego nie zgłosili tego jako stanu psychicznego zagrażającego życiu, a w związku w tym służby nie wyważyły drzwi czy nie weszły przez okna. Ale obie kobiety ustaliły, że jeśli sytuacja nie zmieni się w ciągu tygodnia, będą zmuszone to zrobić.

* * *

Kiedy Marek niemal całkowicie odpłynął w głąb umysłu, z rozbitego samochodu dobiegł go głośny, płaczliwy krzyk. Tylko raz słyszał podobny głos, miało to miejsce, gdy w czasie studiów uczestniczył w próbie reanimacji pacjenta, którego przywieziono po silnym porażeniu prądem. Żona pacjenta najpierw nie mogła usiedzieć ani chwili w oczekiwaniu na efekt reanimacji, a gdy poinformowano ją, że to koniec, wpadła w histerię i krzyczała na cały oddział. Tym razem Marek na początku nie reagował. Nie był w stanie. Przeszłość działała na niego jak anestetyk, który pozbawia czucia i władzy nad częścią ciała.

Dopiero po dłuższej chwili, gdy kobiecy głos prawie ucichł, Marek jakby oprzytomniał: podniósł głowę, spojrzał na auto, szybko ocenił sytuację i wyciągnął telefon. Ruszył do wypadku, rozmawiając z kimś spod numeru alarmowego. W głowie kotłowały mu się wspomnienia: jedne ze studiów, gdy uczył się lekarskiego fachu, inne z dotychczasowej praktyki, a jeszcze inne z feralnego przypadku. Podszedł bezwiednie do samochodu, chwycił wygięte drzwi i z całej siły pociągnął. Te drgnęły o kilka centymetrów, lecz pozostały zamknięte. Przeszedł od drugiej strony i dopiero w tym momencie zauważył młodego mężczyznę ze zwieszoną głową i krwią kapiącą z ust. Marek dotknął szyby, jakby dało się przez nią wyczuć puls, zamknął oczy i ponownie stanął w bezruchu. Kobieta wewnątrz przesunęła się do niego, jakby próbując iść w stronę jedynej możliwej pomocy, i głośno zapłakała. Marek instynktownie chwycił drzwi i silnie pociągnął. Drzwi ustąpiły, a chłopak bez zapiętych pasów osunął się częściowo na chodnik do stóp, a częściowo na nogi Marka.

Marek zamarł. Przed sobą miał nieprzytomnego mężczyznę, który wymagał jak najszybszej pomocy, a w głowie kłębiły mu się wspomnienia z przeszłości: tamta operacja, a niespełna rok później ta tragiczna wiadomość. Przypomniał sobie feralne zdarzenie. Ile to razy wyobrażał sobie sytuację, gdy coś idzie nie tak — zawsze znajdował wytłumaczenie, jakieś alibi, dzięki któremu nie musiałby czuć się winny. Wreszcie ile razy przygotowywał się na najgorsze. Ale na takie najgorsze przygotować się nie można. Żaden tok myślenia na to nie pozwoli, żaden trening nie przygotuje, żaden psychoterapeuta czy spowiednik nie pomoże. Takie coś może się zdarzyć, a potem trzeba jakoś żyć. Często nie sposób przewidzieć, jak potoczy się to dalej. Niektórzy potrafią się otrząsnąć, inni świadomie zmieniają całe swoje życie, a jeszcze inni po prostu uciekają. I to, co budowaliśmy w mozole przez lata, często legnie w ruinie. Nie można przewidzieć, jak zareagujemy, gdy dotknie nas najgorsze. Szczególnie to, co wydawało się, że jest już opanowane. Jak będzie wyglądało nasze życie? Jak bardzo zmieni się nasze postrzeganie? Ktoś kiedyś powiedział:

Jeśli chcesz rozśmieszyć Boga, powiedz mu, że masz jakieś plany na przyszłość.

Po dłuższej chwili Marek otrząsnął się ze wspomnień i poczuł na udach emocjonalnie dotkliwy ciężar nieprzytomnego mężczyzny. Po jego prawej nogawce ściekała wąska strużka krwi z ust rannego. Zacisnął zęby, na chwilę zamknął oczy, jakby szukając sił wewnątrz samego siebie, i delikatnie ujął w dłonie głowę mężczyzny. Dopiero gdy kobieta chwyciła go za nadgarstek, ponownie usłyszał płacz, który wcześniej jego mózg ignorował.

— Niech pan go ratuje — błagała przez łzy.

Gdy tylko do Marka to dotarło, wspomnienia powróciły ponownie. Słowa, które nie mogły go opuścić, to właśnie krzyk Jadzi, aby ratował Jacusia, mimo iż było po wszystkim. Nie chciał pamiętać niczego, starał się zapomnieć, ale tamto nie dawało mu spokoju.

— Niech pan go ratuje — powtórzyła kobieta i spazmatycznie zakasłała, wypluwając na swój rękaw niewielką ilość krwi.

Marek patrzył na tę krew jak na czerwone światło zabraniające przekroczenia tej szczególnej linii dzielącej go od powrotu do leczenia ludzi. Stał przed przejściem dla pieszych, na którym działy się dantejskie sceny, w których mogły umrzeć dwie osoby. Czym było to czerwone światło? I co musiało nastąpić, aby światło zmieniło się na zielone? W końcu jednak poczuł w sobie jakby emocjonalną eksplozję dającą mu w efekcie zezwolenie do działania ponad prawem ruchu drogowego. Powoli, niepewnie schylił się, ułożył delikatnie mężczyznę na chodniku i cichutko powiedział do kobiety:

— Proszę podać mi apteczkę

— Aaaale skąd? — wybełkotała.

— Prawdopodobnie jest w bagażniku, a jak nie to może na tylnej półce.

Kobieta otarła zakrwawione usta, drgnęła, spojrzała za siebie do wnętrza samochodu i wydawało się, że szuka z daleka apteczki. Marek tymczasem delikatnie ułożył nieprzytomnego, starając się jak najmniej nim poruszać, i tylko wymownie spojrzał na kobietę. W końcu się pozbierała, z trudem otworzyła bagażnik i po chwili znalazła apteczkę.

Marek nawet nie wiedział, ile czasu minęło, jak bardzo zagrożone było życie pacjenta, gdy usłyszał sygnał nadjeżdżającej karetki. Jedyne, na co zwracał uwagę, to puls i oddech nieprzytomnego, którego kurczowo trzymał za nadgarstek. W końcu podszedł do niego ratownik medyczny i powiedział, że przejmują poszkodowanego. Marek z ulgą puścił nadgarstek, wstał, spojrzał na kobietę, której, oprócz cieknącej z ust krwi, na pierwszy rzut oka nic się nie stało, i odszedł do domu. O tej porze w okolicy nie było nikogo oprócz niego, dwojga poszkodowanych i dwóch ratowników. I nikt nie zwrócił uwagi, że Marek zniknął. Szedł niezwykle powoli, zatopiony we własnych myślach. Kiedy dotarł do domu, zamknął za sobą drzwi i bez przebierania się w piżamę runął do łóżka. Poczuł, że łzy ciekną mu jak oszalałe, mimo iż na dobrą sprawę nie płakał. Jakby emocje wymusiły łzy, a reszta uczuć została zablokowana. Usnął, wciąż mokry od łez.

Następnego dnia obudził się wczesnym przedpołudniem. Otworzył oczy, rozejrzał się po pokoju, jednak nic nie przykuło jego uwagi. Tylko Zwłoczka leżała w nogach i głośno mruczała. Czasem sobie myślał, że wziął ją zamiast kobiety. Bywało, że łapał się na tym, że częściej myśli o niej niż o jakiejkolwiek niewieście. Powinien ją nakarmić, ale najchętniej nie wstawałby wcale, co akurat w niedzielę mogło być możliwe. Mimo iż starał się nie myśleć o tym, co miało miejsce poprzedniego dnia, to emocje go dołowały. Czuł apatię, wręcz depresję. Tyle się w życiu naczytał na tematy depresji, radzenia sobie z nią, a od czterech lat, kiedy niedobre emocje brały górę, czuł się bezbronny i kompletnie nieprzygotowany. Miał wrażenie, jakby cały świat walił się na głowę, a do czegoś takiego przygotować się nie sposób. Już próbował różnych antydepresantów, ale zazwyczaj efekt był taki, że jakby zupełnie bez zaangażowania emocjonalnego zamykał się w sobie i przepadał na długie godziny. Bez prochów przynajmniej wiedział, kiedy z nim jest nie tak, miał wgląd w swoją bolesną stronę, a ta stanowiła światło ostrzegawcze informujące o tym, żeby coś ze sobą zrobił. Psychotropy, mimo iż mu pomagały, otępiały czujność, mamiły zwyczajnością, podczas gdy on sam nie zachowywał się zwyczajnie. Bo czy zwyczajnością można nazwać wielodniowe zamykanie się w pustym domu? Albo wychodzenie w środku nocy na spacery po ulicach Pruszkowa?

Około południa zadzwonił telefon. Spojrzał na wyświetlacz, który oznajmiał, że dzwoni matka.

— Cześć, mamo. — Starał się mówić radosnym głosem.

— Cześć, jak się masz?

— Dobrze, dziś odpoczywam po ciężkim tygodniu. A co u was?

— Ja zrobiłam wczoraj porządki w domu, a tata skopał ogródek.

— Mamo, ile razy ci mówiłem, żebyście się nie przemęczali. Lepszy byłby spacer, wycieczka choćby do Łazienek. Po co wam ogródek?

— No, to na warzywa. Bo te ze sklepu to nie to samo. Swojskie to swojskie.

— A ja ci mówię, że nie wezmę od was żadnych warzyw. Wolę, żebyście zrobili coś dla siebie.

— Ale to jest dla nas. Dla ciebie i Marysi. A jak dla was, to i dla nas. Nie rozumiesz, że to nam sprawia radość? O wiele większą niż spacery, niż podróże.

— Mamo…

— Synku, dzieci są radością prawdziwego rodzica. I wnuczęta.

— Mamo… — Marek nie miał siły rozmawiać.

— Ale właśnie. Przyjedź dziś na obiad, będzie pieczeń cielęca, tak lubisz.

— Mamo, dziś nie dam rady.

— A co takiego będziesz robił?

— Muszę zająć się domem. Ostatnio bardzo dużo pracuję, więc nie mam czasu — skłamał.

— Nie dasz rady na obiad? Przecież to nie zajmie więcej niż dwie godziny.

— Nie, mamo, wybacz, innym razem.

— No dobrze. Ale mam nadzieję, że nie leżysz cały dzień w łóżku?

— Nie, no co ty. — Nagle wyskoczył z pościeli i stanął przy oknie. Poczuł w sobie moc, która stanowiła odpowiedź na jej słowa. Na dobrą sprawę nie musiał wstawać, ale czuł, że leżąc cały dzień, zawodzi matkę.

Po chwili się pożegnali, a Marek pozostał przy oknie. Patrzył na budzącą się wiosną przyrodę i nie mógł zapomnieć słów matki o tym, że dzieci są celem życia i prawdziwą radością. On dobrze wiedział, że to także dotyczy jego samego, choć nie w kwestii dzieci, bo odkąd przestał być lekarzem, czuł dokładnie to samo — stracił prawdziwy sens działania i życia w ogóle. Co prawda prowadził firmę rzetelnie, przykładał się do pracy, ale cały czas czuł, że do wszystkiego się zmusza. Niby zrezygnował z bycia chirurgiem na własne życzenie, ale coraz bardziej do niego docierało, że zrobił to wbrew sobie. A wiedział, że żadne królestwo nie będzie wielkie, jeśli występuje przeciw sobie.

W poniedziałek, gdy przyszedł do firmy, powitała go Ewa:

— Dzień dobry, szefie.

— Cześć, Ewo.

— Jak weekend?

— W porządku, odpocząłem, połaziłem po lesie. A jak u ciebie? — Podszedł do lady recepcji.

— Też dobrze, byliśmy z mężem w Beskidach.

— No, to kawałek drogi.

— Tak, sporo przejechaliśmy, ale i pochodziliśmy po górach. — Spuściła głowę. — A jak u pana powrót do pracy? Nie jest męczący?

Marek zastanowił się, skąd takie pytanie; w końcu jest szefem tej firmy i na dobrą sprawę mógłby w ogóle nie przychodzić, gdyby czuł się zmęczony czy nie miałby na to ochoty. Przyjrzał się dokładnie Ewie, która w tym momencie nieśmiało podniosła głowę i zerknęła mu w oczy.

— Ewo, w najgorszym wypadku pójdę na wagary. Wolno mi? — Zaśmiał się.

— Panu to wszystko wolno, nawet zamknąć tę firmę na amen — powiedziała jakby ze złością.

— Ale… — Marka zwyczajnie zatkało. Przecież nie żałował pieniędzy na wypłaty dla pracowników, a gdy było trzeba, starał się wspierać. — Źle ci się tu pracuje?

— Mnie? Bardzo dobrze, bardzo dobrze. Ale nie o mnie tu chodzi. — Odpuściła, ale pokręciła głową jakby z niedowierzaniem.

— A o kogo? Ewo, czy ja powinienem o czymś wiedzieć?

— Panie Marku… — zaczęła żałośnie. — Nie, ja tylko tak, bo jednak zmęczona jestem.

— To może chcesz iść do domu?

— Nie!… — Na chwilę zamilkła. — Niech szef się nie przemęcza.

— Dobrze — odpowiedział zmieszany Marek; nie wiedział, o co właściwie chodzi Ewie. Ale naciskać nie zamierzał. — Ty Ewo, jakbyś jednak miała ochotę na wolne, to wiesz, nie ma problemu, w końcu nie brałaś urlopu od wielu miesięcy.

— Dam radę, nie trzeba.

— Jak uważasz — odparł nieco mechanicznie, bo wciąż trapiło go, o co może jej chodzić.

Wszedł do gabinetu i jeszcze długo zastanawiał się nad jej słowami.

Tuż po trzynastej wyszedł z pracy i pojechał na pogrzeb żony swojego nauczyciela z liceum, pana Stanisława. Rzecz, na którą zwrócił uwagę, to fakt, że przybyło dość mało osób — łącznie z nim naliczył tylko dziewiętnaścioro. Gdy podchodził do Stanisława, zobaczył u niego mokre od łez oczy. Zdziwiło go to, bo rozmowa sprzed kilku dni wskazywała raczej, że były nauczyciel nie jest skłonny do płaczu. Tyle że zdawał sobie sprawę, że niemal każdy człowiek miewa w życiu różne momenty. On sam, dopóki nie wydarzyła się tamta tragedia, nie płakał prawie w ogóle, a teraz zdarza mu się uronić sporo łez — co prawda najczęściej bez szlochu, ale jednak. Marek podszedł do byłego nauczyciela jako ostatni.

— Moje kondolencje, panie Stanisławie — rzekł i uścisnął dłoń nauczyciela.

— Dziękuję, młody człowieku. Jednak przyszedłeś, to miłe.

— Tak, i jeśli pan pozwoli, potowarzyszę panu w drodze do domu.

— Nie wiem co powiedzieć. — Stanisław spojrzał wymownie na wnuczkę stojącą obok. — Nie jestem zbyt towarzyski, ale tym razem nie odmówię. — Starzec spuścił głowę.

Marek mógłby przysiąc, że właśnie rozpętała się w głowie rozmówcy emocjonalna burza. Przez chwilę pożałował, że w ogóle tu przyszedł.

— A pani mieszka z dziadkiem? — Marek spytał wnuczkę.

— Do tej pory nie, ale właśnie się przeprowadzam — powiedziała cichutko, niepewnie.

— Taka z niej miła wnuczka, że koniecznie musi dziadkowi udowadniać, że jest już jedną nogą po tamtej stronie. — Starzec uśmiechnął się szeroko, zbliżył do wnuczki i przytulił ją.

— Nie mów tak — poprosiła żałośnie.

— Młody człowieku, a jak ja mam się czuć? Do tej pory wnuczkę widywałem tylko czasem, a teraz będzie mnie pilnowała. Co do majątku to wiem, że na niego nie leci. Nie chce dopuścić, żebym wyciągnął kopyta i leżał kilka dni, zanim mnie znajdą. — Ponownie się uśmiechnął. — Oczywiście, że żartuję, bo wiem, że kto inny miałby dziadka gdzieś, ale takie myśli mnie nachodzą. — Pokręcił głową.

— Dziadku — wyszeptała.

— Jak zaczynają człowieka pilnować, to znaczy, że albo coś narozrabiał, albo ma już bliżej niż dalej, co na jedno wychodzi, bo sąd ostateczny się zbliża i wszystkie machlojki wyjdą. — Stanisław zaśmiał się na głos.

— Jest jeszcze jedna możliwość! — przerwała ostro wnuczka. — Bo dziecka też się pilnuje, a jest niewinne jak aniołek. Pilnują go, żeby chronić przez złem!

— O! — starzec podniósł głos. — O tym nie pomyślałem. — Ponownie przytulił wnuczkę. — Tak, dziecko i starzec są najbardziej narażeni, bo słabi. Ciekawe, co Bóg czuje, kiedy widzi, że ktoś taki zaczyna być właśnie władany przez zło? Tu zaczyna się odwieczny dylemat, młody człowieku: dać wolną wolę i pozwolić na zło, czy zniewolić, zamykając w klatce, do której zło nie ma dostępu. Im jestem starszy, tym dobitniej czuję, jak bardzo Bóg musi być nieszczęśliwy, wiedząc, że czego by nie zrobił, dobrze nie będzie.

— Panie Stanisławie — przerwał Marek. — Chodźmy do domu.

— Oj, tak, młody człowieku. Na starość to już nie o matematyce myślę, ale o sensie tego wszystkiego, o tym, co dalej. — Nauczyciel wypuścił głośno z płuc powietrze. Ruszył w stronę wyjścia z cmentarza. — Czasem się zastanawiam, czy przypadkiem życia nie zmarnowałem na tę matematykę. Teraz to wszystko takie prozaiczne mi się wydaje, takie zbyteczne.

Marek pojechał ze Stanisławem do jego domu, wypił kawę i wrócił prosto do siebie. Tego dnia nie miał już siły pracować. Usiadł na fotelu ze Zwłoczką na kolanach i gapił się w telewizję. Oglądał program publicystyczny o domu spokojnej starości dla osób pochodzących z domu dziecka. Zadał sobie pytanie: czy nie wystarczy dla jednego człowieka, że ma nieszczęśliwe dzieciństwo? Musi mieć też taką starość? Zastanowił się nad tym, co usłyszał na pogrzebie: dziecko i starzec są najbardziej narażeni na zło. A co z chorymi? Albo ludźmi bez sił psychicznych w ogóle? I wreszcie, jak Bóg może na to spokojnie patrzeć?

„Jak Bóg może spokojnie na to patrzeć” — powtórzył w myślach.

Samotność Boga — cz. I

Samotność Boga — cz. I

Prezentuję swoją najnowszą powieść w odcinkach. Będzie ich 11. (Pierwszy odcinek prezentowałem już, ale teraz jest mocno zmieniony.) Osobiście uważam, że to mój najlepszy tekst. Zapraszam do czytania i komentowania. Trochę czasu nad nią pracowałem, więc byłem prawie niedostępny.

Czym jest cierpienie? Jak może wpłynąć tragedia na danego człowieka? Czy niesie ona tylko spustoszenie? Dlaczego Bóg nie zapobiegnie temu, co niedobre, a nie pozostawi jedynie szczęścia i miłości?…

********************

Wciąż jeszcze dudniło Markowi Olkuniowi w głowie, kiedy się obudził. Mimo że już był świadomy, długo nie otwierał oczu. Powrót do funkcjonowania zajmował mu zwykle kwadrans, czasem dłużej. Podniósł powieki, dopiero gdy usłyszał dźwięk esemesa. Usiadł na łóżku i miał wrażenie, że jest bardziej zmęczony niż wieczorem. W takich sytuacjach zastanawiał się, gdzie ten świat z reklam, w których ludzie po obudzeniu mało nie podskoczą z wypoczęcia. Powoli uniósł rękę i podrapał się z tyłu głowy. Najchętniej zaszyłby się w łóżku jeszcze na kilka godzin, ale nie należał do osób, które ochoczo biorą sobie wolne. Sięgnął po stojącą na podłodze butelkę gazowanej wody. Pijąc kilka głębszych łyków, usłyszał dzwonek do drzwi. Odstawił butelkę i zmusił ciało do wstania. Zakręciło mu się w głowie. Wsunął stopy w zimne kapcie, zarzucił na siebie wiszący na krześle szlafrok. Chwilę później otworzył wejściowe drzwi, za którymi stał listonosz.

— Polecony dla pana — oświadczył poczciarz.

— Od kogo?

— Panie, ja to nie wiem, nawet nie chcę patrzeć. Jak zobaczyłbym, panie, że ze Skarbówki, to od razu klient mógłby marudzić, że nie przyjmie czy coś, a tak niech decyduje w ciemno. — Listonosz zmierzył wzrokiem Marka. — Bierzesz pan, czy nie?

— Biorę, biorę.

Marek podpisał papier, wziął kopertę opatrzoną jakąś czerwoną pieczątką i już chciał zamykać, gdy ten drugi stwierdził:

— Nie wiem, co pan robisz, ale dla mnie to nienormalne, aby o dziewiątej być jeszcze w piżamie.

— Mogę sobie na to pozwolić — rzucił automatycznie gospodarz.

— Panie, ja tam nie wiem, co żeś pan przeskrobał, ale listu z prokuratury to ja nigdy nie dostałem.

— Czyli jednak pan wie, skąd ten list? — Marek pokiwał głową.

— A co mam nie wiedzieć, spojrzałem, gdyś pan podpisywał. Ciekawość rzecz ludzka.

— No widzi pan, dostałem list z prokuratury. I co, teraz będę na cenzurowanym?

— Gdzie tam, panie. Co mam dostarczyć, dostarczę, tylko mnie ciekawi, że taki ktoś jak pan tak się zmienił. Panie, aż żal patrzeć.

— Niech się pan nie przejmuje. Ułożyłem sobie życie ponownie… — Marek wyraźnie urwał.

— Tak trzymać, tak trzymać, panie. — Listonosz poprawił wypchaną skórzaną torbę i odwracając się, rzekł: — Niech pan nie zapomni, że dziś piątek, piąteczek, piątunio, przed nami weekend. — Zaśmiał się na głos i zszedł po schodach.

Marek jeszcze długo stał w drzwiach, nie będąc w stanie zmierzyć się z tym, co w kopercie. Dobrze wiedział, że w końcu musi to zrobić, ale jego umysł wyraźnie się sprzeciwiał. Powoli zamknął drzwi, niemal z obrzydzeniem położył kopertę na szafce obok i osunął się po ścianie do pozycji siedzącej. Wbił głowę między kolana i na dłuższy moment wstrzymał oddech.

Przypomniał sobie, jak studiował, i od pierwszego semestru dobrze wiedział, jaką wybrać specjalizację. Mało tego, czuł już w szkole podstawowej, kim chce być. Niejednokrotnie spotykało się to z żartami, śmiechem czy kpinami rówieśników, bo przeciętny nastolatek nie ma tak ściśle sprecyzowanych planów. Nawet nauczycielka stwierdziła, że to piękne marzenie, ale praktycznie nieosiągalne. On jednak nie zamierzał się poddawać. Czuł, że został obdarzony specjalnymi predyspozycjami i że taka rola życiowa jest mu po prostu pisana. Do dziś w pamięci przelewały się terminy po łacinie. Do dziś widział siebie samego wchodzącego na pierwsze ćwiczenia. Te obrazy pozostaną w nim na zawsze, cokolwiek by robił, cokolwiek by się wydarzyło.

Podniósł się kilkanaście minut później i z niechęcią sięgnął po kopertę. Na pieczątce widniały dane prokuratury w Pruszkowie. Otworzył i zaczął czytać.

Prokuratura Rejonowa w Pruszkowie

Niniejszym oddala się wniosek o wszczęcie postępowania karnego przeciw Markowi Olkuniowi…

Godzinę później wszedł do pracy, domu pogrzebowego, który założył sam, gdy zmienił fach. Na początku był to niewielki zakład obsługujący nowe osiedla i pobliskie tereny, jednak z każdym miesiącem firma rozrastała się, mieli coraz więcej klientów, a i pracowników przybyło w ciągu ostatniego roku. Marek założył ten zakład mimo sprzeciwu dobrze prosperującego, działającego od wielu lat w mieście domu pogrzebowego. Właściciel tego drugiego chciał Marka przekonać, że otwieranie kolejnego zakładu to zły pomysł. Marek jednak tym się nie przejął i już po roku jego nowy interes zaczął przynosić zyski, a teraz, po czterech latach prosperował naprawdę dobrze.

Od razu po wejściu zaczepiła go recepcjonistka Ewa. Była blondynką, z mocno kręconymi włosami i seksownym pieprzykiem nad ustami.

— Panie Marku, nie jest dobrze…

— Co się dzieje?

— Mamy dziś straszny nawał pracy, a mówił pan, żeby o wszystkim informować, a właśnie nie będzie przez dłuższy czas Radka.

— A co z nim?

— Wysłałam panu esemesa, miał wczoraj wieczorem wypadek. Leży w domu, ale nieźle poobijany.

W tym momencie Marek przypomniał sobie, że dostał rano esemesa, o którym całkowicie zapomniał.

— A dlaczego dziś taki nawał?

— Panie Marku, z tego samego wypadku ma dziś trafić do nas czworo — ściszyła głos. — A i tak mieliśmy już dwa ciała i dziś jeden pochówek.

— Czyli ten wypadek to coś poważnego?

— Podobno policja mówiła, że to cud, że Radek prawie nie ucierpiał.

— Całe szczęście, całe szczęście. — Marek spuścił głowę i wyszeptał coś pod nosem.

— Ci, co są, pytali, co z nadgodzinami — powiedziała Ewa, kiedy już Marek się odwracał, aby pójść do siebie.

— A chcieliby, czy raczej odwrotnie?

— Mam wrażenie, że raczej nie.

— W takim razie nie ma sprawy.

— Ale raczej się nie wyrobimy.

— Spokojnie, Ewo, pomogę im.

— Tak?

— Tak, tak. — Wszedł do swojego gabinetu.

Zasiadł za biurkiem, zamknął oczy i zatopił się z myślach.

* * *

— Proszę na koniec wymienić przynajmniej osiem kości czaszki. Zobaczymy, czy nie umknęła panu wiedza z początku studiów — powiedziała po dłuższym zastanowieniu kobieta w średnim wieku siedząca naprzeciwko Marka. Obok niej siedziało dwóch starszych mężczyzn w garniturach.

Jednak Marek patrzył w jeden punkt na ścianie, gdzieś ponad głowami tych trzech osób. Nie reagował, jakby to zostało skierowane nie do niego, a właśnie przechodził egzamin na koniec specjalizacji.

— Panie Marku, tu ziemia, jest pan z nami? — Kobieta się uśmiechnęła.

— Tak, tak… — Marek potrząsnął głową, próbując się pobudzić. — Przepraszam, jakie było pytanie?

— Niech pan wymieni przynajmniej osiem kości czaszki.

— Kość czołowa, ciemieniowa, nosowa, łzowa, klinowa, potyliczna, skroniowa, jarzmowa, sitowa, ale również szczęka i żuchwa — Marek wyrecytował z pamięci jak wiersz.

— No, doskonale. A na koniec jeszcze łacińskie nazwy przynajmniej kilku.

— Frontalia, temporalia, parietalia, occipitale, sphenoidale, ethmoidale , maxilla, mandibula…

— Wystarczy, to nam zupełnie wystarczy. Prawda, panowie? — zwróciła się do mężczyzn siedzących obok niej.

— Oczywiście — zawtórowali obaj.

— W takim razie gratulujemy nowemu adeptowi chirurgii. — Kobieta spojrzała na obu mężczyzn. Pokiwali głowami na znak akceptacji.

Po chwili wszyscy troje wstali i po kolei wyciągnęli ręce do Marka. Natomiast on uścisnął im dłonie niepewnie, z niedowierzaniem. Czuł się trochę, jakby cały ten egzamin oglądał w telewizji.

— Jak się teraz pan czuje? — zapytała prowadząca.

— Ja?… — Marek opuścił głowę, jakby właśnie oblał egzamin. — Proszę państwa, czuję wielką radość — mówił niezwykle spokojnie. — Dwanaście lat nauki wreszcie przyniosło oczekiwany rezultat. — Każde słowo wypowiadał mechanicznie, bez emocji.

— Coś wygląda pan bardziej na znudzonego, a nie podekscytowanego — zauważył mężczyzna po prawej stronie.

— Ja?… Ależ jestem bardzo szczęśliwy, naprawdę, tylko… — zawiesił głos, zastanawiając się, co powiedzieć — jestem niewyspany, bo nie mogłem zmrużyć oka.

— W takim razie — kobieta jeszcze raz się rozejrzała — nie zatrzymujemy i życzymy powodzenia.

— I połamania skalpela — zażartował facet po lewej. — A, właśnie. Wie pan, po co chirurg nosi maseczkę?

— No, żeby nie wydychać drobnoustrojów.

— Niestety nie, panie Marku. — Śmiał się ten sam mężczyzna.

— Ale, panie profesorze, to nie było pytanie egzaminacyjne? — Zaśmiała się kobieta.

— Nie, nie było.

— A więc, po co te maseczki? — zapytała z uśmiechem prowadząca.

— Żeby chirurg nie oblizywał skalpela.

Wszyscy czworo ryknęli śmiechem. Marek jeszcze raz podał rękę każdemu z wykładowców i wyszedł na korytarz.

Zamiast wyjść na zewnątrz, wszedł na najwyższe piętro, udał się na koniec korytarza, gdzie praktycznie nikt nie zaglądał, usiadł przy oknie wychodzącym na park i budynek prosektorium i przywarł głową do chłodnej szyby. Na zewnątrz siąpił deszcz; krople spływały po szybie, tworząc miniaturowe soczewki, w których ogniskował się pobliski budynek prosektorium. Odwrócony dachem na dół, z pochmurnym niebem u stóp, wyglądał jak karykatura narysowana okrągłą kreską na sferycznej kropli wody. Spływając po szybie, zmieniał kształty od proporcji naturalnych aż po takie z bajek dla dzieci. Każdy z tych malutkich gmachów zamkniętych w wodnym świecie deszczu i szkła wędrował z góry na dół, zakreślając wymyślne wzory. Co jakiś czas krople łączyły się, ogniskując w sobie coraz większe i bardziej naturalne obrazy budynku prosektorium. A umysł Marka odpływał w nieokiełznany świat, którego do tej pory nie chciał poznać — świat znajdujący się gdzieś między rzeczywistością a całkowitym niebytem.

Wstał z podłogi, gdy ostatnie krople spłynęły na parapet, a wraz z nimi zniknęły te kuszące swym karykaturalnym pięknem soczewkowe obrazy rzeczywistości. Dopiero teraz mógł pójść do domu. Leniwie rozejrzał się wokół i ruszył. Czuł wielki niedosyt wiedzy, może niespełnienia. Zupełnie jakby nie zdobycie dyplomu a nauka była celem samym w sobie. Mógłby uczyć się tak jeszcze przez wiele lat i nigdy nie zacząć pracować.

Zamiast pójść prosto do wyjścia, skierował się korytarzami gmachu pod każde drzwi, za którymi przesiadywał na wykładach czy ćwiczeniach. Przy pierwszych przypomniał sobie, jak pomagał koleżance zrozumieć zasadę funkcjonowania trzustki. Przy kolejnych dokonywał oględzin krwinek pod mikroskopem. Przeszedł tak prawie cały budynek, aż znalazł się pod drzwiami sali, w której pokazywano na prezentacji wyjątkowe przypadki zwłok: od niemowlęcia z jeszcze zalepionymi oczami, przez mężczyznę w sile wieku z obciętymi nogami przy samej pachwinie i rękach na wysokości łokci, aż po bliźnięta syjamskie, dziewczynki, które posiadały dwie głowy, trzy płuca, a resztę wspólną. Do tamtej pory nie przypuszczał, że taki przypadek może istnieć. Bo owszem widywał zdjęcia osób ze wspólną nogą czy ręką, ale o czymś takim nawet nie potrafił spokojnie myśleć. Bo jak tu pojąć choćby zwykły głód, który jest odczuwany przez dwa mózgi? O potrzebach seksualnych nawet nie próbował medytować. Poza tym zastanowił się, że skoro bliźniaczki te miały jedno serce, a to kojarzone jest z siedzibą uczuć, to czy obie tak samo odczuwały rzeczywistość? I, jak rozumieć osobę jako taką, skoro tak mało jest w tym wypadku na wyłączność? Czy głowa to człowiek w tym wypadku? Jeśli tak, to czy zastępując całe ciało poza głową na robota, jak to przedstawiono w filmie Robocop, mamy do czynienia z tym samym człowiekiem? Czy człowiek to jaźń? Bo wszystko na to wskazuje, skoro o istocie o dwóch głowach mówimy, że to dwie osoby. A jeśli tak, to czy osoba o tym samym ciele, ale z całkowicie utraconą pamięcią, to nadal ten sam człowiek? Łącząc te przypadki, niezmiennym pozostaje tylko głowa, a co za tym idzie — mózg. Czy człowiek to mózg? Czy w takim razie mózg bez myśli stanowi człowieka? Czy może to coś innego, nieuchwytnego, co nie jest ani ciałem, ani umysłem? Marek zastanowił się, czy kochałby człowieka z wymienionym ciałem, po całkowitej amnezji, tak samo, jak przed tymi zmianami? Może aby to wyjaśnić i ujednolicić, trzeba wprowadzić byt, jakim jest dusza? Czym w takim razie jest dusza? Chyba nie sposób pojąć istoty konkretnego człowieka, nie odwołując się do takich bytów jak dusza, duch. I tu Marek zaczął się zastanawiać nad istotą Boga i tym, co ten tchnął w każdego z nas. Skoro Bóg, jakiego zna nasza zachodnia cywilizacja, stworzył każdego z nas na swoje podobieństwo, to też musi posiadać umysł i duszę, jakkolwiek ją rozumiemy. Ciało jest podatne na choroby, na starzenie, bo musi takie być, aby człowiek nie żył wiecznie, aby dać szanse kolejnym pokoleniom, umysł rodzi się prawie czysty, wypełnia myślami i bodźcami w trakcie życia, a na starość często zawodzi i tylko dusza pozostaje niezmienna. Ponadto Marek skojarzył, że tej właśnie duszy przypisujemy uczucia i emocje. Może to więc one stanowią duszę? Jednak dobrze znał ludzi, których emocjonalność zmieniła się w ciągu kilkunastu lat, a skoro tak, to czy ich dusza też się zmieniła? Tak więc ciało się zmienia, umysł się zmienia, emocje też, a co za tym idzie dusza, więc zmienia się wszystko. Dziecko rodzi się głodne miłości, głodne drugiego człowieka, potem dana osoba podąża za różnymi rzeczami, kształtuje swoją osobowość, na starość znów pragnie tylko spokoju i drugiego człowieka u boku. Czy w takim razie czegoś człowiekowi brak, że szuka swojej drugiej połówki? Tak, to, co pozostaje niezmiennym przez całe życie to uczucie pustki, którego nic nie jest w stanie do końca zapełnić. Czy to oznacza, że nasza dusza jest ułomna, jeśli człowiek odczuwa ciągły ból? Czym jest ten ból? I jaki jest Bóg, skoro tworząc nas na własne podobieństwo, obdarzył nas tym bólem?…

Marek wyszedł z budynku, w którym zdał egzamin, i podszedł naprzeciwko wejścia do prosektorium. W tym miejscu mieli zajęcia ze zwłokami. Gdy pierwszy raz wszedł tam, zobaczył kilka ciał, na których prowadzono sekcję zwłok. Odruch wymiotny pojawił się u niemalże wszystkich studentów, jednak nie u Marka. On poczuł tylko sporą odrazę. Ot, odwrócił głowę w momencie, gdy dokonywano trepanacji czaszki. Bo mógł znieść wszystko: cięcie skóry, narządów wewnętrznych, a nawet smród wnętrzności, jednak widoku krojonego mózgu — nie. Ale przychodząc tu wielokrotnie, uodpornił się. Nawet już widok mózgu nie robił na nim wrażenia.

Któregoś razu, gdy przyszedł sam, aby dokonać oględzin serca osoby zmarłej na zawał, wszedł na korytarz prowadzący do sali, w której dokonywano sekcji, i zobaczył młodą kobietę z opuszczonymi do kolan spodniami, bez górnej części garderoby, leżącą na kozetce pod ścianą. Odruchowo stanął w miejscu, odwrócił głowę i powiedział głośne: przepraszam panią. Był pewien, że z jakiegoś powodu przebiera się tu jedna ze studentek. Jednak po dłuższej chwili dotarło do niego, co widział. Zwrócił więc niepewnie głowę w jej stronę, nabrał głęboko powietrza i ruszył. Leżała przed nim nieprawdopodobnie piękna, młoda kobieta z mocno zarysowanymi kośćmi policzkowymi, o długich kasztanowych, zwisających z kozetki włosach, wciąż roztaczająca zapach jaśminowych perfum. Ciało miała niebywale kształtne, z jędrnymi piersiami i szerokimi biodrami. Przysiągłby, że taka kobieta mogłaby spokojnie startować w wyborach miss świata. Z jednej strony już dotarło do niego, że przed nim leży trup, ale z drugiej nie dowierzał własnym zmysłom. Był pewien, że to jakiś okrutny żart i piękność ta za chwilę się podniesie. Tak, przed nim wciąż leżała atrakcyjna, działająca na zmysły kobieta, której śmierci umysł Marka nie chciał albo nie mógł przyjąć do wiadomości. To spowodowało u Marka podniecenie seksualne, łącznie z początkami wzwodu.

Jak tylko to poczuł, zaczął biec do wyjścia z budynku prosektorium, wciąż na wdechu. Pokonywał kolejne stopnie schodów, kolejne metry korytarzy, mijał kolejne przechodzące osoby. Każdy skierowany na niego wzrok wymierzał mu głębokie emocjonalne cięcia, będące karą za jego aktualne skłonności seksualne. Wybiegł przed budynek na resztkach tchu. Dopiero wtedy zaczął oddychać. Stanął kilka metrów od wejścia i spojrzał w niebo w poszukiwaniu Boga, który dopuścił do czegoś tak przerażającego. Kim był ten Bóg, skoro pozwolił, aby dusza Marka pragnęła martwej kobiety? Aby pragnęła trupa?… Patrzył w niebo w niemym krzyku, a z góry zaczął padać rzęsisty deszcz. Marek nawet nie zwrócił uwagi, że będzie za chwilę mokry, po prostu stał w deszczu…

* * *

Gdy, siedząc przy swoim biurku w zakładzie pogrzebowym, otrząsnął się ze wspomnień, zerknął do komputera, aby sprawdzić, ile jeszcze zwłok zostało do przygotowania. Mieli wprowadzony system informatyczny, w którym na bieżąco odnotowywano, co zostało zrobione, a co czeka w kolejce. Mimo iż Marek nie należał do osób, które za wszelką cenę chciałyby wprowadzać nowoczesne rozwiązania, to taki system zakupił za namową młodszego brata, który pracował jako informatyk. Marek nie żałował wydanych pieniędzy. Wręcz przeciwnie, szybko doszedł do wniosku, że korzyści z tego powodu są bardzo odczuwalne. Jak dostrzegł, do przygotowania tego dnia zostało jeszcze pięcioro zwłok, co przy okrojonym składzie stanowiło nie lada wyzwanie, szczególnie że po południu mieli obsłużyć pogrzeb.

Przebrał się więc w ciuchy robocze, które trzymał w szafie w swoim pokoju, i wyszedł do pomieszczenia, gdzie przygotowywano zwłoki.

— Dzień dobry, szefie — odezwał się Stefan, który pracował tu od pierwszego dnia.

— Cześć, Stefan. A gdzie reszta?

— Zwłok, czy chłopaków? — zażartował pracownik.

— Chłopaków. Co z nimi?

— Jakiś problem przy wydawaniu zwłok, które przygotowywali. Podobno kobicie otworzyły się powtórnie oczy.

— To dość częste, nic w tym niezwykłego.

— Ale klienci nie chcieli tego przyjąć do wiadomości. Uważali, że zwłoki nie zostały dostatecznie dobrze przygotowane. Wtargnęli tu na salę, mimo sprzeciwów Ewy. Chłopaki musieli ich wyprowadzać.

— Pójdę tam. — Marek ruszył w stronę wyjścia.

— Chyba nie ma takiej potrzeby, ale jak uważasz, szefie.

— Zobaczę.

Kiedy Marek wyszedł do poczekalni, nie mógł uwierzyć własnym oczom, gdyż Ewa podtrzymywała starca, którym okazał się jego nauczyciel matematyki z liceum. Marek pamiętał go jako starszego, ale pełnego życia mężczyznę z pasją i charyzmą, tymczasem stał przed nim ktoś, kto wydawał się zaprzeczeniem tych cech: miał zgarbioną sylwetkę, trzęsące się ręce, grube szkła okularów i wspierał się na lasce. Obok w fotelu siedziała zapłakana kobieta około trzydziestki zakrywająca dłońmi twarz.

— Dzień dobry, panie Stanisławie — zaczął Marek.

Starzec rozejrzał się, próbując dociec, skąd dochodził dźwięk, co świadczyło o kiepskim słuchu, a kiedy dostrzegł Marka, zmarszczył brwi i za chwilę spytał:

— Skąd zna pan moje imię, młody człowieku?

— To ja, Marek Olkuń, uczeń z ogólniaka, sprzed… — liczył w pamięci minione lata — dwudziestu lat.

Mężczyzna jeszcze raz mu się przypatrzył i pokiwał głową. Marek jednak miał wrażenie, że były nauczyciel zrobił to dla świętego spokoju, bo nie pamiętał już tak odległych czasów.

— Młody człowieku, coś mi się faktycznie przypomina, choć skłamałbym, mówiąc, że pamiętam wszystkich. Pamięć nie ta. Jak będziesz miał moje lata, to zrozumiesz, o czym mówię. Osiemdziesiątka na karku to nie byle co. — Były nauczyciel pokiwał głową. — A ty ile masz wiosen?

— Trzydzieści osiem — wypowiedział przeciągle Marek.

— A co tu robisz? Też odbierasz zwłoki? — zapytał mężczyzna.

— Dziadku! — upomniała go kobieta. — Ten pan tu pracuje.

— Takie buty… — Starzec pokręcił głową. — To, co masz mi do powiedzenia, młody człowieku, na temat tych oczu?

— To normalna rzecz. Oczy czasem się otwierają po śmierci, panie Stanisławie. Wiem, że do przyjemnych rzeczy to nie należy, ale tak już bywa.

— Czyli to nie było niedopatrzenie twoje albo kolegów?

— Panie Stanisławie, ja tu jestem szefem i zapewniam, że moi chłopcy są niezwykle sumienni. Może być pan pewien.

— Młody człowieku, załatwmy więc formalności, chcę już stąd iść, to miejsce mi śmierdzi.

— Czym panu śmierdzi? — spytał Marek.

— Trupem, młody człowieku, trupem. Może by tak nie śmierdziało, gdyby nie mój wiek. Teraz to nawet kościół śmierdzi, bo tam będą czynić obrzędy, jak odejdę. Ja to bym chciał, żeby to było tak normalnie, w domu, tylko dla bliskich, ale…

— Dziadku! — wtrąciła się wnuczka. — Nie rozmawiajmy na ten temat — powiedziała płaczliwym głosem.

— O takich rzeczach trzeba rozmawiać, żeby potem mniej cierpieć, gdy ktoś umrze. — Starzec się uśmiechnął. — Trening czyni mistrza. Ja to mam zdanie, że w szkole powinni wprowadzić specjalny przedmiot, na którym cały czas by się mówiło o śmierci i trupach. To by uodporniło ludzi i nie byłoby tych wszystkich szlochów, lamentów.

— Dziadku! — podniosła głos kobieta. — Bo wyjdę!

— Dobrze, Aniu, już dobrze. Chcę jeszcze trochę przed śmiercią powymądrzać się. Zobaczysz, jeszcze nieraz wspomnicie o tym przy okazji jakiejś zabawy z alkoholem, kiedy umysł się rozluźni. — Były nauczyciel spojrzał na Marka. — A ty, młody człowieku, chyba przygotowany jesteś na śmierć, skoro tu pracujesz? — Pokiwał głową. — Ale, ale. Mówiłeś, że jesteś tu szefem, więc chyba nie pracujesz ze zwłokami? — Spojrzał Markowi w oczy.

— Jak trzeba, to pracuję. O własny interes trzeba dbać.

— O, święte słowa, święte słowa, młody człowieku. Ja o swój nie dbałem i od dawna to nawet viagra nie pomaga. — Starzec uśmiechnął się zawadiacko.

— Dziadku! — krzyknęła wnuczka i wyszła na zewnątrz.

— Młody człowieku, chyba na mnie czas. Jak widzisz, nawet poświntuszyć mi nie pozwalają. Człowiek na starość robi się jak eksponat muzealny albo pomnik przyrody: tego mi nie wolno, tamto zabronione. Jeszcze trochę to nie pozwolą w ogóle wychodzić na dwór, bo albo mnie przewieje, albo się czymś zarażę. Strach żyć, młody człowieku, strach żyć.

— Panie Stanisławie, niech pan nie zwraca na nich uwagi. Skoro jest pan jak pomnik przyrody, to będą wokół pana skakać i tak.

— Tak, zrobiłbym tak, gdyby nie to, że jak się doigram, to zakopią gdzieś w ogródku moje zwłoki, a potem będą jeść warzywa, które wyrosły na tym warzywie, które stoi przed tobą, młody człowieku. — Starzec po raz kolejny się zaśmiał. — Ale cóż, idę. Żona odeszła, to trzeba poudawać, że to nie do zniesienia. A prawda jest taka, że mimo iż to boli jak diabli, to żartować trzeba. Wszystko łatwiej znieść z humorem.

— Pamiętam, jak małżonka przychodziła czasem do pana do szkoły.

— Dobra z niej kobita była, młody człowieku, zawsze dbała o innych.

— A termin pan już ustalił z Ewą?

— Tak, wszystko ustalone. Pogrzeb będziecie robić w poniedziałek o czternastej w kościele na Żbikowie.

— Postaram się przyjść, choć wie pan, praca.

— Tak, tak wiem. Są rzeczy ważniejsze nić pogrzeb prawie całkiem nieznajomej kobity.

— To do widzenia, panie Stanisławie.

— Do widzenia, młody człowieku. — Uścisnął Markowi dłoń i wyszedł.

Marek stał dłuższy czas, zanim pozbył się natrętnych myśli o śmierci, do której przecież przywykł dość dobrze przez ostatnie lata. Zrozumiał, że wystarczyła odrobina innego podejścia do tego tematu, aby rozbudzić wygasłe uczucia. Tak, do śmierci nie sposób się przyzwyczaić, można jedynie uśpić czujność, aby nie zauważyła sygnałów płynących ze zmysłów.

Marek ruszył do roboty, czyli mycia i ubierania zwłok. Niektóre z nich w zasadzie od razu nadawały się do ubrania, bo po śmierci zostały już umyte, a potem nie miały jak się zabrudzić, ale niektóre należało przygotować od początku, gdyż wraz ze stężeniem pośmiertnym puściły zwieracze odpowiedzialne za trzymanie kału i moczu. W takim przypadku pielucha niemowlaka to nic, bo u dzieciaka po pierwsze jest mała ilość fekaliów, a po drugie inaczej czyści się ciało należące do żywego człowieka, a inaczej ciało stwardniałe, zimne i martwe. Za każdym razem Marek miał wrażenie, że ten cały trud jest zbyteczny, ponieważ zwykle trumnę zamykano w zakładzie pogrzebowym i ciągle zamknięta trafiała do grobu.

Pamiętał z dzieciństwa, gdy uczestniczył w wiejskiej ceremonii pogrzebowej. Otwarta trumna ze zwłokami stała dwadzieścia cztery godziny w gościnnej izbie domu, w którym mieszkał zmarły; przy niej czuwała na zmianę rodzina, bliscy oraz sąsiedzi, i niemal na okrągło albo odmawiany był różaniec, albo śpiewane pieśni żałobne. Żałobnicy zmieniali się co kilka godzin, a wypalone świece zastępowano nowymi. Marek, wtedy będąc dzieckiem, nie mógł pojąć, dlaczego ludzie mają taką małą moc, że nie potrafią wskrzesić zmarłego. Przecież w kościele słyszał, iż Jezus to potrafił i że jeśli się będzie miało dostatecznie silną wiarę, da to siłę, aby góry przenosić. A czym jest malutki człowiek w porównaniu do ogromu góry. Na koniec pożegnania kiedy już był czas, aby wywieźć ciało do kościoła na mszę, zgromadzeni podchodzili i osobiście żegnali się ze zmarłym. Jedni obściskiwali rękę zmarłego, drudzy przytulali się, a jeszcze inni całowali.

Kiedy Marek uporał się z pierwszymi zwłokami mężczyzny, podszedł do niego Stefan.

— Szefie, nie będzie pan zadowolony.

— Tylko mi nie mów…

— Niestety tak…

— Ale… — urwał Marek.

— No, tak się zdarzyło, sorry.

— Czyli co? Zostały same kobiety?

— No, tak.

— Dlaczego ja nie mogę spokojnie pracować?…

— Szefie, jak trzeba, zostaniemy dłużej, niech szef da sobie spokój.

— Inni chcą do domu, jest piątek, muszę! — Marek zacisnął w gniewie zęby.

— Szefie, a kiedy ostatni raz kazał im pan zostać dłużej w piątek? Bo ja nie pomnę. Raz mogą, nic im nie będzie!

— Ale…

— Szefie? — rzucił pytająco Stefan.

— Słucham.

— Niech szef idzie do domu, ja przejmę kontrolę. Jeśli to nie problem.

— Problem żaden, ale właśnie zdecydowałem! — Marek krzyknął.

— Czyli?… — zapytał niepewnie pracownik.

— Nie mogę wciąż unikać zwłok kobiet. Tak być po prostu nie może! Operować dawałem radę, więc i przygotowywać do pogrzebu dam radę! Przecież nic tragicznego się nie dzieje!

— Szefie…

— Co, szefie?… Robiłeś dotychczas wszystko, aby żadne kobiece zwłoki nie trafiły w moje ręce. Stefan, tak być nie może! To śmiech na sali, żeby lekarz miał obawy przed nagim kobiecym ciałem. Muszę, rozumiesz? Muszę! — Odszedł w stronę chłodni.

Kilka minut później przywiózł na wózku ciało do pomieszczenia, gdzie myło się zwłoki. Nie musiał podnosić białego płótna, aby wiedzieć, że to kobieta, w końcu powiedział to Stefan. Ustawił więc wózek z nieboszczką z boku sali, gdzie podłoga i ściana pokryte były płytkami ceramicznymi, zablokował hamulcem kółko i na dłuższy moment stanął w bezruchu. Nabrał głęboko powietrza, napiął wszystkie mięśnie, zamknął oczy i próbował się przygotować do widoku nagiej martwej kobiety. Starał sobie wyobrazić nieatrakcyjne zwłoki staruszki, z pomarszczoną skórą, zwałami nieregularnego tłuszczu i licznymi przebarwieniami w kolorze ciemnobrązowym i brunatnym. Robił wszystko, aby sobie obrzydzić aspekt erotyczny, który mógłby się pojawić w przypadku zwłok atrakcyjnej kobiety. W trakcie operacji nieraz widział nagie piękne kobiety leżące na stole operacyjnym i nigdy nie miał oporów, wykonywał swoje czynności jakby z wyłączeniem własnej osoby, ale tam było więcej osób, to po pierwsze, a po drugie miał zajętą głowę procedurą, czy jak to się nazywa w przypadku operacji — protokołem. Wtedy całą swoją uwagę kierował na kolejne kroki, na rozmiar i stan naczyń krwionośnych czy na czas, który minął od początku operacji. W dodatku był zawsze tylko asystentem, nigdy sam nie dokonał operacji serca. A tu, u siebie w zakładzie zajmował się ciałem zupełnie sam i nie było mowy o żadnych ustalonych krokach. Poza tym, co prawdopodobnie miało największe znaczenie, tu nie gonił czas — zwłoki nie mogły jeszcze raz umrzeć.

Otworzył oczy i gwałtownie odkrył głowę zmarłej. Na wózku spoczywała kobieta w średnim wieku, nie za ładna, nie za brzydka, taka zwyczajna czterdziestolatka. Kolejne pociągnięcie białego płótna i ujrzał szpitalną piżamę, spod której przez rozpięty guzik nieco widać było jędrną pierś. Marek po raz kolejny zamknął oczy i bezsilnie osunął się do pozycji kucznej. Nie był w stanie kontynuować. Znów czuł, że to zbyt wiele: połączenie kobiecego piękna i martwych zwłok. Jak najszybciej podniósł się i wyszedł. Wziął ręcznik i zamknął się pod prysznicem na długi czas. Czuł jak woda obmywa jego ciało ze wspomnień, z żądzy, która czasem się pojawiała w kontaktach z żywymi kobietami i z tego, co w nim pozostało z tamtego wydarzenia w akademickim prosektorium.

Wieczorem, gdy pracownicy przygotowali wszystkie ciała, przeszedł jeszcze po zakładzie, niejako sprawdzając firmę osobiście. Już doszedł do siebie po tej bolesnej konfrontacji z martwą kobietą.

— Stefan — rzekł do pracownika. — Jutro twój dyżur, więc nie spóźnij się, bo mają przywieźć zwłoki z samego rana.

— Jasna sprawa, szefie, nie trzeba przypominać.

— A kiedy się wybierasz na urlop?

— Szefie, ta firma to mój drugi dom. Żona sama jedzie, bo ja to bym z nią nie wyrobił.

— Aż tak wam się źle układa? — Marek zmarszczył brwi ze zdumienia.

— Nie w tym rzecz, szefie. Żona to lubi jak mało kto pojechać nad morze i wylegiwać się na plaży, a ja tam bym długo nie usiedział, bo ani pływać nie umiem, ani słońca nie za bardzo lubię, a ludzie w strojach kąpielowych zawsze kojarzą mi się z pracą. Co nie spojrzę na kogoś, to już w myślach go myję i ubieram do trumny. Pamiętam, jak ostatni raz poszedłem z nią na plażę. Szefie, nawet na babeczki normalnie już nie umiem patrzeć, tylko widzę rozmiary, trudności przy ubieraniu. Chłop to powinien widzieć problemy przy rozbieraniu baby, a nie przy ubieraniu. — Stefan z uśmiechem pokręcił głową. — To nienormalne, szefie, oj, nienormalne. Przez tę pracę to przykładnym katolikiem zostanę. Bo już obce baby mnie prawie nie kręcą.

— Naprawdę tak masz?

— No, jak bonie dydy, szefie. Któregoś razu jak łowiłem nad Wisłą, dosiadła się młoda dziewczyna. No nie wiem, może miała dwadzieścia lat, może nie. A ja, zamiast ją bajerować, to zwinąłem się czym prędzej.

— To nie miałeś na nią ochoty? Przecież masz dopiero pięćdziesiątkę.

— No, jak nie jak tak. Tylko że, szefie, jakoś coś mi kazało. A potem jak wracałem do domu, to kląłem pod nosem, że nie spróbowałem jej zbałamucić. — Stefan wbił wzrok w podłogę. — Mówię ci, szefie, ta praca mnie zmieniła.

— To może powinieneś ją zmienić?

— A co ja będę zmieniał. Mój kumpel to mi kiedyś powiedział: ceń szefa swego, bo możesz mieć gorszego. To samo z pracą. I to święta prawda. Ta praca niby męczy, ale bez niej żyć bym nie mógł.

— A co ty robisz, aby odpocząć?

— Co?… — Stefan się zamyślił. — A bo ja to wiem?… Albo posiedzę przed telewizorem, albo sobie pójdę właśnie na ryby, bo tam nikogo nie ma, albo śpię, ile wlezie.

— Może i ja polubiłbym wędkować?

— No, jak szef chce, to mogę zabrać któregoś razu. Tylko żeby żona nie wiedziała, bo ile razy wychodziłem na ryby z kolegą, to wracałem pijany. — Stefan się zaśmiał.

— Dobra, któregoś razu powiedz, jak będziesz jechał, to się zabiorę.

Tego dnia Marek poszedł do domu na piechotę, zostawiając samochód pod zakładem. Wielokrotnie tak robił, gdy dzień dał mu popalić. Do przejścia miał prawie trzy kilometry. Pruszków nie kojarzył się raczej bezpiecznie w związku z bandami przestępczymi i mafią, ale Marek nie doświadczył tu niczego złego; odnosił wrażenie, że tamte czasy minęły, a nawet jeśli mafia istniała nadal, była praktycznie niezauważalna.

W domu znalazł się kilka minut po szóstej wieczorem. Pierwsze, co zrobił, to wpuścił przez okno kota, który przednimi łapami dudnił od zewnątrz w szybę. Wziął go na wychowanie niedługo po tym, jak przestał pracować jako lekarz i otworzył zakład pogrzebowy. Była to samica o imieniu Zwłoczka, które nadał jej były chirurg, który wprowadzał Marka w chirurgię ogólną. Znajomi Marka wielokrotnie ganili go za takie imię, uważali, że to igranie z losem, ale jemu nawet się to spodobało. Poszedł do kuchni ją nakarmić. Tym razem wyjął z lodówki wieprzowe serca. Zwłoczka uwielbiała je. Potem sięgnął do lodówki po puszkę piwa i zasiadł przed telewizorem. Od czasu zmiany zawodu zaczął oglądać telewizję, przedtem włączał tylko okazjonalnie. Za chwilę kocica wskoczyła mu na kolana. Dawał jej na co dzień swobodę, wypuszczając na dwór, ale dobrze wiedział, że wróci. Zawsze wracała. Była przykładem bytu wolnego, który jednak wybiera bliskość. Czy ona też odczuwała tę samą pustkę, co człowiek? I co Bóg?

Tego dnia położył się bardzo wcześnie, zmęczony konfrontacją ze zwłokami kobiety. Ale zasnąć nie mógł. Zresztą miewał spore problemy ze snem od czasu tamtej tragedii. Przedtem zasypiał niemal od razu. Próbował sobie aplikować różne farmaceutyki na bezsenność, ale te albo nie działały wcale, albo otumaniały go na tyle, że następnego dnia miał problemy z normalnym funkcjonowaniem. Tylko w awaryjnych sytuacjach brał najmniejsze możliwe dawki pewnego neuroleptyka, który normalnie powinien działać przede wszystkim przeciwpsychotycznie, a na niego działał niezwykle nasennie. Nawet po minimalnej ilości Marek spał dwanaście godzin albo więcej. Ale unikał go, bo rzadko kiedy mógł sobie pozwolić na taką ilość snu. Jednak po prawie dwóch godzinach przewracania się z boku na bok sięgnął po ten lek. Wiedział, że przed nim sobota, wszystkie zwłoki zostały przygotowane, a resztą miał się zająć Stefan z Ewą.

Zasypiając, wciąż miał przed oczami sytuację z minionego dnia. Nawet nie tyle same zwłoki, ile wysuwającą się przez rozpięty guzik pierś — pierś jędrną, pełną, jak mniemał, kształtną, za którą obejrzałoby się większość mężczyzn. Najpierw wyobraził sobie dokładnie to, co widział w ciągu dnia, czyli rozpięty jeden guzik i fragment piersi z sutkiem. I stanęła mu przed oczyma kobieta, z którą kiedyś uprawiał seks, starsza od niego, o wiele starsza, ale ponętna, kusząca i pachnąca kobiecością. Gdy dosiadła go i pochyliła się, oparła piersi na jego twarzy. I teraz, przypominając sobie martwe ciało kobiety, które widział tego dnia, rodziło się w nim przypomnienie tego, co sprzed lat, jak i odraza przed martwą nagością. Pierś ta zaczęła falować, jakby w środku coś żyło, jakby brzemienne łono kobiety wypychane było na zewnątrz przez kopiące nóżki nienarodzonego dziecka. Albo jakby w tej piersi żył obcy i miał za chwilę wyskoczyć jak w filmie. Chwilę później biust zaczął pęcznieć, nabierać rozmiarów jak nadmuchiwany balon. Strzelił kolejny guzik, poleciał w stronę twarzy Marka i uderzył go w czoło. Cycek nadal rósł, robił się coraz bardziej napęczniały. Na skórze zaczęły uwidaczniać się sine żyły, tworząc sieć przypominającą lotnicze zdjęcia delty sporej rzeki lub źródeł innej. Marek koncentrował się na nich, jakby w tej strukturze tkwiła jakaś niezwykle ważna tajemnica, którą trzeba było jak najszybciej rozwikłać. Przez chwilę mógłby przysiąc, że w żyłach tych nie płynie czerwona, żywa krew, lecz zgniła ciecz, która niegdyś była krwią, a teraz jest mieszaniną brudu, zlepków bakterii i mazi przypominającej ropę z zakażonej rany. Nagle pierś pękła, z boku pociekła ta ropa zmieszana z krwią, a w powietrzu rozniósł się smród siarkowodoru. Ilość zgniłej cieczy rosła, a wraz z tym cycek flaczał z każdą chwilą. Aż w końcu pusta wewnątrz skóra opadła na klatkę piersiową, której żebra odznaczyły się podłużnymi górkami i dołkami. Marek miał ochotę chwycić tę pierś, zszyć, jak go szkolono na uczelni, może nawet nadmuchać, mimo smrodu, który stawał się coraz bardziej nie do zniesienia.

W końcu otworzył oczy. Na zewnątrz już widniało. Obok spała Zwłoczka. Spojrzał na zegarek, który wskazywał piątą rano. Przez chwilę próbował wstać, ale czuł się tak zmęczony, jakby nie zmrużył oka od kilku dni. Przewrócił się więc na plecy, dłoń ułożył na kocie i po chwili znów zasnął.

powiedz kim jestem

powiedz kim jestem

Graffiti, Wall, Twarz, Krzyk, Emocje, Sztuka

tam gdzie ignorancja struga duszę

tam długi nos wyrasta z drewna

niejeden się przejechał gębą po świecie

ale numer jeden tyłkiem po zadrach

*

słowa ważniejsze niż dusze

dawno sprzedane w Bogu winnych zakrystiach

moneta wyciągana z majtek

kłuje w oczy czyjąś niegodziwością

*

pogania nas szara postać

rzucana przez słońce

wydychamy smołę

w zupełnej czerni szarość rozświetla nam drogę

Do ludzi

Do ludzi

Puzzle, Zespół, Praca Zespołowa, Udostępnij, Razem

Wyszedłem z lasu. Nie znałem zasad. Wyglądałem inaczej niż ktokolwiek na świecie: miałem pociągłą twarz, wzrost ponad dwa metry i byłem bardzo chudy. Ale poszedłem między ludzi.

Podszedł niski facet i spytał, czy nie wstydzę się być właśnie taki. Przejąłem się. Ledwo powłóczyłem nogami. Gdy wróciłem do domu, zaniepokojony odkryłem, że jestem niski.

Następnego dnia kobieta z okrągłą twarzą przysporzyła mi mnóstwo poczucia winy. Przejąłem się. Ledwo powłóczyłem nogami. Gdy wróciłem do domu, zmęczony zobaczyłem, że mam pulchną twarz.

Kolejnego dnia starzec narobił mi strasznego wstydu. Przejąłem się. Ledwo powłóczyłem nogami. Gdy wróciłem do domu, w lustrze ujrzałem wiekowego starca.

Jastrząb — drabble

Jastrząb — drabble

Orzeł, Złota, Natura, Ptak, Przyrody, Dzikie, Raptor

Tego pięknego, wiosennego dnia, gdy życie budziło się po zimie, jastrząb krążył nad świeżo upolowanym mięsem, które powoli jadł młody orzeł. Jastrząb był zbyt mały, aby zaatakować i przejąć łup, ale głód mówił, że powinien coś złowić. Co chwilę odfruwał, wściekły na swoją słabość, a potem wracał, by jeszcze raz ocenić sytuację.

W końcu zniżył lot i zobaczył w oczach młodego orła wielką słabość. Jastrząb się nie zastanawiał, podleciał blisko i… zadziobał młodego orła. Potem jadł mięso, czując się wielkim zwycięzcą.

Do dziś krąży nad łąkami i nie interesuje go już samo mięso. Teraz tylko wypatruje słabości w oczach przeciwników.

Nad rzeką — erotyk

Nad rzeką — erotyk

Tekst przeznaczony jest tylko dla osób pełnoletnich

Zakradłem się do Pauliny, kiedy już zmierzchało. Po całym upalnym dniu czułem nieco orzeźwienia, bo temperatura wreszcie znacznie spadła. Podszedłem na czworaka pod jej okno, cały czas przytulony do drewnianej ściany chałupy, i cichutko zapukałem. Pachniało maciejką i świeżo suszonym sianem. Przysłuchiwałem się, czy nikt mnie nie zauważy, toteż skupiony byłem na najcichszych dźwiękach, spośród których wybijały się dwa: pobliskich świerszczy i nieco bardziej odległych żab w stawie u Malickiego. Przypomniałem sobie czas, gdy obserwowałem Paulinę i nie miałem odwagi, aby się do niej odezwać. A dziś? Po prostu chciałem ją wyciągnąć na nocną randkę.

Po kilku chwilach coś zachrobotało mi nad głową. Skuliłem się jeszcze bardziej, niepewny sytuacji. Tuż nade mną pojawiła się twarz Pauliny.

– Co jest? Nie powinieneś… – zaczęła, ale natychmiast przerwałem:

– Chodź, idziemy nad rzekę. Tylko przez okno, aby cię nikt nie zauważył.

– Zwariowałeś! – podniosła głos, ale zasłoniłem jej usta dłonią.

– Zakładaj buty i nic nie mów, nie pożałujesz.

Posłuchała, bo na chwilę znikła w pokoju i pojawiła się znowu, próbując bezszelestnie do mnie dołączyć. Miała na sobie błękitną sukienkę sięgającą kolan. Najpierw wysunęła jedną nogę i nagle zorientowała się, że jestem pod nią.

– Odsuń się i nie patrz! – rozkazała ze śmiechem.

Wiedziałem, że jeśli powiedziała to ze śmiechem, to tylko dla przyzwoitości. Jednak nie dałem po sobie poznać, że przez krótki moment dostrzegłem jej białe majtki w czerwone grochy, opięte na tym, co interesowało mnie najbardziej – na bułeczce przekrojonej wzdłuż. Zrobiło mi się gorąco. Jednak spełniłem jej wolę i odsunąłem się w bok, a wzrok wbiłem pobliski kwiat bratka, który właśnie zapylany był przez pracowitego trzmiela. Pomyślałem o słodyczy nektaru.

Nad rzeczkę doszliśmy prawie całkowicie po zmroku. Oprócz zapachów kwiatów i siana w powietrzu unosiła się również woń wodnej roślinności i samej wody, która źródło miała kilkadziesiąt metrów dalej – pachniała matką ziemią, ale i czymś nieziemsko świeżym; zapraszała do picia i kąpieli.

– I co będziemy robili? – spytała szeptem, zupełnie jakbyśmy nadal skradali się pod jej chatą.

– Nie wiem jak ty, ale ja zamierzam się naj… wykąpać. – Chciałem powiedzieć najpierw, ale ugryzłem się w język, żeby trzymać ją w niepewności.

– To wskakuj. – Znów się zaśmiała.

Rozejrzałem się, czy nikt nie nadchodzi, ale otaczały nas jedynie liczne olchy i osiki. Ściągnąłem koszulkę, odruchowo wciągnąłem brzuch. Paulina próbowała odwrócić wzrok, ale co chwilę ciekawość szarpała jej głową w moją stronę. W końcu sięgnąłem po pasek spodni i szybkim ruchem rozpiąłem. Miałem wrażenie, że wraz z jej wstrzymanym oddechem zamilkły i żaby i świerszcze. Spuściła głowę. Zsunąłem spodnie razem z majtkami. Paulina gwałtownie nabrała powietrza i zrobiła kilka głębokich oddechów.

Wszedłem do lodowatej wody, która nieco okiełznała moją już nabrzmiałą męskość. W końcu zimna woda działa jak najlepszy środek antykoncepcyjny. Zacząłem zmywać z siebie całodniowy pot. Poczułem kosmiczne orzeźwienie i jeszcze bardziej nieziemskie dreszcze. W końcu jeśli wszystko pójdzie dobrze, niedługo odlecę na Księżyc.

Nawet nie zauważyłem, kiedy Paulina się rozebrała i również weszła. Zorientowałem się dopiero, gdy potarła dłonią o mój pośladek. Gwałtownie zaszumiało mi w głowie i poczułem znów pęczniejącą męskość. Ale nie chciałem już teraz dać znać po sobie, co czuję, toteż z premedytacją upadłem, mocząc nawet całą głowę. Dźwięki natury zastąpił jednostajny pomruk przepływającej wody.

Gdy się wynurzyłem, Paulina stała nade mną zupełnie naga. Miała rozstawione szeroko nogi, spomiędzy których przebijała się czerń zarostu i ledwo dostrzegalny w półmroku róż jej kobiecości. Niemal oszalałem. Chwyciłem ją za nogę i przewróciłem. Cicho zapiszczała, a po chwili zatrzepotała rękami o powierzchnię. Rzuciłem się w jej stronę i przywarłem, nie zważając na twardniejącą męskość. Paulina, leżąc na plecach, uniosła głowę ponad wodę i wlepiła we mnie jednoznaczny wzrok. Nie zawahałem się. Błyskawicznie wstałem, chwyciłem ją na ręce i bez zastanowienia wyniosłem na brzeg, gdzie leżały nasze ubrania. Ułożyłem ją obok, na trawie. Oddychała głęboko. Poczułem, że szybujemy na orbicie.

Położyłem się na nią i zacząłem całować. Znów pachniało maciejką, świeżym sianem i źródlaną wodą. Odrobinę się broniła, ale co chwilę przyciągała moje ramiona. Jedną ręką masowałem jej pierś, a drugą sięgnąłem do bioder, a zaraz do pośladków, które co chwilę unosiła ponad ziemię, napinając wszystkie mięśnie. W końcu sięgnęła ręka do mojej głowy i wplotła palce we włosy. Do dotychczasowych zapachów dołączyła woń kobiety – coś słodkawego z cierpką nutą. Zakręciło mi się w głowie. Poczułem gigantyczne napięcie, z którym nie mogło się równać nic. Obniżyłem głowę i pieściłem jej piersi z nabrzmiałymi sutkami. Były dokładnie takie, jak uwielbiam – nie za duże, jędrne i sprężyste. Do moich uszu dotarło pomrukiwanie rozkoszy.

Sięgnąłem do jej łona. Wyczułem wilgotne włoski i kuszącą przerwę. Nie wytrzymałem i zjechałem twarzą między jej nogi. Gdy tylko dotknąłem tam ustami, zacisnęła uda na mojej głowie z taką siłą, że po raz kolejny mi zaszumiało, a dźwięki zastąpione zostały przez tętniący puls. Przez myśl mi przebiegło, czyj to puls. Lewą ręką sięgnąłem piersi, a prawą masowałem pośladki i biodra, które rytmicznie unosiła. Poczułem, że twarz zalewa mi jej kobiecy płyn, który coraz bardziej pachniał czymś niezwykle ostrym. W końcu zrównałem się z nią głowami i po raz kolejny spojrzałem jej w oczy, w którym znalazłem niemą zgodę.

Wsunąłem się w nią zupełnie po ciemku. Dalej niewiele pamiętam oprócz dźwięków żab, świerszczy i jej wzdychania. Była ekstaza, uścisk Pauliny i mój pęd naprzód. Wszystko zlało się w iście niebiańską aurę, która jest dostępna jedynie na Księżycu.

Skończyliśmy razem, tego jestem pewien. Zsunąłem się obok niej, próbując wyrównać oddech. Paulina cały czas dyszała, jakby przebiegła maraton. Pachniało maciejką, świeżym sianem, kobiecym podnieceniem i źródlaną wodą. A żaby i świerszcze rozszalały się, jakby chciały uczcić to, co się właśnie wydarzyło. Gładziłem Paulinę po piersiach i brzuchu, raz czując wciąż nabrzmiałe sutki, raz wilgotne włoski.

To był piękny dzień.

Chwalimy się

Chwalimy się

Chciałbym się pochwalić, że wczoraj dotarła do mnie informacja, iż w konkursie literackim „Opowiem Wam Historię” w DK Arsus zdobyłem I i II miejsce, odpowiednio za teksty:

„Cywilizacja” (wymyślona historia miłości dwojga ludzi z ulicy Rolnej w Warszawie, która została podzielona przez wielki Ursynów na dwie części)

oraz „Szlak zbieraczy kawy” (historia oparta na faktach, jak pracownicy PKP, a konkretnie Warsu wynosili do domu trudno dostępną w czasach PRL kawę.)

Niestety tekstów na razie nie mogę zaprezentować z powodu umowy z konkursowej.

W górach

W górach

Wybrzeża, Brzeg, Skały, Cliff, Morze, Ocean, Wybrzeże

Paulina obudziła się zmarznięta i wystraszona. Półka skalna, na której spała, znajdowała się nad kilkusetmetrowym urwiskiem. Pod nią, na samym dole szumiał ocean, obok na licznych półkach skrzeczały mewy, a nad głową majestatycznie krążył orzeł wyglądający jak zawieszona w powietrzu postrzępiona na końcach deska. Rozejrzała się, czując ściskanie w żołądku spowodowane wysokością. Niepewnie spojrzała ku górze, gdzie, jak sądziła, istniała jedyna droga powrotu. Nad nią było tylko kilka metrów urwiska. Podniosła się do klęczków i przywarła do zimnej skały. Wydawało jej się, że ocean zaszumiał mocniej, a zbocze nachyliło się ku otchłani. Krzyk białych mew przeszył jej poruszone nerwy. Już chciała z powrotem usiąść, poddać się i zostać, gdzie się obudziła, ale przypomniała sobie słowa swojego świętej pamięci męża, aby w takich sytuacjach nigdy nie patrzeć w dół. Przywarła więc jeszcze mocniej do skały, odwróciła głowę od przepaści i omiotła wzrokiem grań w poszukiwaniu drogi na szczyt; uznała, że to jedyna szansa na ratunek.

Jak się tu znalazła? Nie pamiętała. Wiedziała jedynie, że poprzedniego dnia wyszła z domu, pijąc wódkę prosto z butelki. Ile to już alkoholu wlała w siebie, od kiedy zmarł mąż. Kołatało jej się w głowie, że wsiadała do jakiegoś autobusu, potem ktoś pomagał jej wysiąść, następnie, że kupowała kolejną butelkę i szła w nieokreślonym kierunku. Miała wrażenie, że się z kimś szarpała, może broniła. Ale teraz nie w głowie jej było, aby sprawdzać, czy nie ma podartego ubrania. Dalej nie pamiętała nic więcej. Ale skoro tu tkwiła, musiała przyjść sama. Tak, mąż zginął w górach podczas wspinaczki na Anna Purnę. Zaskoczyła ich potężna śnieżyca i uniemożliwiła powrót. Ciała męża i jego kolegi znaleziono kilka dni później na wysokości ponad siedmiu tysięcy metrów; siedzieli z otwartymi oczami i wyglądali, jakby chcieli tylko na chwilę odsapnąć. Tuż przed wyjazdem w Himalaje mąż powiedział Paulinie, że jeśli by tak się zdarzyło, że nie wróci, jego duch zostanie w górach na zawsze, bo góry są wszystkim tym, co kocha najbardziej.

Paulina zobaczyła kilka występów skalnych po lewej stronie, które były wystarczająco duże, aby posłużyć za stopnie. Przesunęła się więc w tamtą stronę i kurczowo chwyciła występu tuż nad głową. Odruchowo szarpnęła, aby sprawdzić, czy występ jest stabilny. Na wysokości kolan miała pierwszy stopień. Ostrożnie postawiła lewą nogę, aby prawa, silniejsza i sprawniejsza mogła zareagować w razie problemów. Oparła cały ciężar na lewej nodze, przytrzymując się półeczki nad głową i wspięła się kilkadziesiąt centymetrów. Omiotła wzrokiem ścianę. Znalazła kolejny stopień na wysokości bioder i uchwyt na ręce po prawej sporo wyżej. Była też szczelina po prawej stronie, w którą mogła włożyć palce stopy, a która mogła posłużyć jako tymczasowy stopnień. Wsunęła więc tam koniec prawej stopy i sięgnęła do uchwytu, który zauważyła. Niestety brakowało kilku centymetrów, aby go dosięgnąć. Musiała więc odepchnąć się prawą stopą ku górze, stojąc tylko na lewej nodze i przytrzymując się lewą ręką, która w takim wypadku nie spełniłaby funkcji, gdyż szarpnięcie w przypadku obślizgnięcia prawej ręki mogłoby okazać się zbyt mocne na utrzymanie się na niej. Bardzo ostrożnie spojrzała pod siebie. Półka, na której się obudziła, znajdowała się niespełna metr niżej, więc nie tak daleko, jednak gdyby stąd spadła, mogłaby stoczyć się w przepaść. Postanowiła mimo wszystko zaryzykować. Użyła całej siły prawej stopy, kurczowo złapała się lewą ręką i szarpnęła ciałem na kilkanaście centymetrów w górę. Dosięgnęła półki, na której jej zależało. Poczuła pod palcami prawej ręki, że coś się kruszy i odruchowo odwróciła oczy, aby ich nie zaprószyć. Lecz nagle dotarło do niej, co znaczyło to kruszenie się – to półka nie wytrzymała pod jej ciężarem. Usłyszała spadające kamyki, które najpierw odbijały się od półki poniżej, a potem leciały prosto do oceanu.

Jednak nadal trzymała się uchwytu, szukając oparcia na prawą stopę. Poczuła po chwili, że o coś zahacza. Nerwowo spojrzała w tamtą stronę. Miała na wysokości połowy lewego uda występ skalny, który śmiało mógł posłużyć jako kolejny stopień. Jednocześnie poczuła, że lewa ręka już nie wytrzymuje obciążenia i zaczyna zsuwać się z uchwytu. Gwałtownie więc podkurczyła prawą nogę i z trudem postawiła stopę na występie. Stała w szerokim rozkroku, który powodował ból w pachwinie i biodrach, lecz była już bezpieczna, gdyż powyżej stóp znajdowało się kilka solidnych stopni aż do szczytu. Po chwili ruszyła w górę.

Gdy już prawie dosięgała szczytu, zobaczyła wyciągniętą w jej stronę rękę.

– Może pomóc? – spytał męski głos.

Skoncentrowana na wspinaczce nawet nie spojrzała w górę. Jedynie wyciągnęła rękę i zacisnęła kurczowo dłoń na ręce nieznajomego. Poczuła jednocześnie, że ktoś bardzo silnie ją ciągnie. Po chwili stała na szczycie góry obok mężczyzny z kapturem na głowie i w butach trekingowych. Czuła się rozdygotana i kompletnie przemarznięta.

– Co tu robisz? – spytał.

– Co?… – Zastanowiła się, co ma w ogóle odpowiedzieć. Kłamać nie chciała, a prawda była wielką niewiadomą również dla niej. – Właśnie próbuję wrócić do domu – powiedziała na wydechu.

– A jak tu dotarłaś?

– A czy to ma jakieś znaczenie? Są w przeszłości rzeczy, które wypełniają ją całą, nie pozostawiając miejsca na takie błahostki. Wznoszą się w pamięci jako wielkie pałace zbudowana z ludzkich kości, w których do zaprawy użyto ludzkiej krwi. – Sama się dziwiła, że wypowiedziała takie słowa. Poczuła jednak, że to kwintesencja tego, co chciałaby powiedzieć.

– No dobrze. Chyba pora wracać do domu, do Donegal – rzekł mężczyzna.

– Tak, chyba wystarczy tych wygłupów. Rodzice pewnie już mnie szukają, ostatnio codziennie przyjeżdżają, aby zobaczyć, czy daję radę.

– Ale wiesz, że stąd droga nie jest łatwa do przystanku autobusowego.

– Powinnam wiedzieć, skoro tu dotarłam, prawda?

– No, wypadałoby. Inaczej skłonny jestem pomyśleć coś niedobrego. Ale przecież nie postradałaś zmysłów. – Mężczyzna uśmiechnął się półgębkiem.

– A żebym to ja sama wiedziała.

– Nie martw się, zaprowadzę cię tam.

Paulina nie za bardzo miała ochotę na jakiekolwiek towarzystwo, szczególnie męskie, ale skoro nie pamiętała, jak tu dotarła, nie miała też pojęcia jak wrócić. W końcu nieznajomy jej pomógł i nie wyglądał ani na niebezpiecznego, ani na natręta, który będzie chciał ją podrywać.

– A to nie kłopot dla ciebie? – spytała.

– Nie robi mi różnicy kilometr w tę czy kilometr w tamtą stronę. Tu się czuje jak u siebie.

– Naprawdę? – Spojrzała mu w oczy w poszukiwaniu oznak nieszczerości. Znalazła tam jednak jedynie coś, co wyglądało na delikatność i głębię, której może zaufać.

– Tak, to żaden problem. Pozwoli więc pani. – Wyciągnął ku niej dłoń, na której miała się oprzeć.

Nie miała wątpliwości ani obaw i ujęła jego rękę. Poczuła dziwne ciepło dochodzące z jego ciała.

– A ty co tu robisz? – spytała.

– Chodzę tu i ówdzie i – spojrzał jej w oczy, uśmiechnął się szeroko – pomagam zagubionym. – Głośno się zaśmiał.

– No, to mi się trafiło, w sam raz. – Pokiwała głową.

– Proszę tędy, młoda damo. – Pokazał jej wąską ścieżkę między gęstymi krzewami. – To jedyna droga na dół. W prawo zaraz kończy się urwiskiem, w lewo trafia na pionową nie do przejścia ścianę, do tyłu doprowadza też nad urwisko.

– Sama bym na pewno nie wybrała tej drogi – odparła. – Wygląda, jakby była ślepa.

– Dużo rzeczy na tym świecie nie wygląda na to, czym jest w rzeczywistości. Czasem mamy coś przed sobą, a oczy pozostają ślepe na prawdę. Ale tak bywa, gdy prawda okazałaby się zbyt bolesna.

Ruszyli w gęste zarośla, które z każdym krokiem czepiały się ubrań. Paulina cały czas czuła bijące od nieznajomego ciepło. Pewnie szybko szedł po górach, a ona sama wymarzła się na półce i stąd takie odczuwanie różnicy temperatur. Z każdym krokiem mężczyzna stawał się dla niej w jakiś sposób bliższy. To, co jeszcze kilka dni temu było niemożliwe, teraz stawało się faktem – powoli nawiązywała kontakt z jakimkolwiek mężczyzną. Bo od śmierci męża unikała ich, jak tylko mogła. Nie chciała, aby ta znajomość przerodziła się w coś więcej, bo wciąż kochała męża, jednak rodziło się w niej dziwne uczucie. Zupełnie jakby spotkała brata, któremu może zaufać i którego bliskość nie boli.

Gdy już przedarli się przez zarośla, potem przez labirynt wielkich skał i stanęli na szerokim szlaku, mężczyzna rzekł:

– Tędy dojdziesz do przystanku autobusowego. Jednak nie polecałbym czekać na autobus, jeżdżą zbyt rzadko. Dwa kilometry dalej jest niewielka wioska, w której na pewno znajdziesz coś do jedzenia. Tam posiedzisz w cieple i wrócisz najbliższym autobusem.

– A ty nie pójdziesz dalej ze mną?

– Niestety, bardzo bym chciał, ale muszę zostać tu, wśród dzikiej przyrody, skał i niebezpieczeństwa czającego się na roztargnionych turystów. Góry to mój dom. – Po raz ostatni uścisnął jej dłoń, odwrócił się i odszedł z powrotem, skąd przyszli.

Popatrzyła tylko za nim, nie do końca świadoma jeszcze tego, że ktoś jej pomógł wrócić. Tylko odprowadziła mężczyznę wzrokiem, odwróciła się i ruszyła ku cywilizacji.

Biednemu to szybkie nogi

Biednemu to szybkie nogi

Pajęczyna, Pająk Sieci Web, Rosa, Dewdrop, Morgentau

tak bardzo się boję

twoja wina to stado

z gęstwiny i mchu z pajęczyną

*

obroża na szyi

mi się wrzyna z każdym

pełzaniem twojego ducha

*

ślepnę choć to nie ja

to choroba mojego pełzania

*

już nie szukam nawet tunelu

pajęczyny tam zbyt duże

*

oglądam chusteczkę machaną

a pamiętam z odległości dzieciństwa

że wchodzę

w światło

i smacznie zasypiam

Dotknąć klawiszy…

Dotknąć klawiszy…

Sztuka, Kolaż, Projekt, Kolorowy, Kolor, Streszczenie

To było dla mnie jak olśnienie. W półmroku sali gimnastycznej siedziałem oniemiały i nie mogłem uwierzyć, że to ty. Miałem wrażenie, że śpię w domu, w cieple pieleszy, a dźwięki pochodzą z mojej wyobraźni. Jeszcze do tego oświetlona byłaś punktowym reflektorem. Kołysałaś się przy klawiaturze wprzód i w tył. Nigdy wcześniej nie słuchałem z przyjemnością muzyki poważnej, a wtedy czułem, że żadna inna muzyka nie dorasta temu do pięt. Dopiero gdy skończyłaś, ogarnąłem się, zamknąłem rozdziawione usta i byłem w stanie wstać i bić brawo. Pamiętam, że aż dłonie mnie rozbolały. I wracałem do domu, nucąc sobie ostatni utwór, mimo iż nie był łatwy.

Tydzień później, gdy już wakacje trwały w najlepsze, zaprosiłem cię na spacer do pobliskiego lasu. Zgodziłaś się, mimo iż w szkole nie utrzymywaliśmy praktycznie żadnych stosunków. Przyszłaś w zwiewnej sukni, w aksamitnej chusteczce na włosach i z łańcuszkiem na prawej kostce nogi. Wyglądał trochę, jakby zsunęła ci się drogocenna podwiązka od pończochy, które stały się dla mnie, jako nastolatka, ważne kilka miesięcy wcześniej, gdy obejrzałem film miłosny z lat trzydziestych. Właśnie tak wyobrażałem sobie młodziutką artystkę. Pamiętam, że weszliśmy na niewielkie wzgórze, na którego szczycie rozciągała się spora polana z żółtymi mleczami, niebieskimi chabrami i kilkoma płaczącymi wierzbami. Usiedliśmy pod jedną z wierzb i zasypywałem cię pytaniami dotyczącymi gry na fortepianie. Odpowiadałaś spokojnie, z namaszczeniem; czułem, że muzykujesz z pietyzmem. A gdy zadałem ci pytanie o to, co nakłoniło cię do gry na fortepianie, zamilkłaś, stuliłaś głowę i bardzo posmutniałaś. Wiedziałem, że nie mogę ciągnąć tematu.

Tydzień później dałaś się pocałować pod tą samą wierzbą. Był to pierwszy pocałunek w moim życiu. Jak później powiedziałaś, w twoim też. Czułem, jakbym doznał nirwany: nie istniał świat, nie liczyły się problemy, zanikło odczuwanie wszystkiego oprócz ciebie. I wtedy pierwszy raz poczułem od ciebie chłód. Z jednej strony całowałaś czule, z podnieceniem, a z drugiej dało się wyczuć jakiś opór. Jakby coś trzymało cię na przysłowiowej smyczy i nie dało puścić się dzikim pędem w stronę pożądania.

Potem wielokrotnie odwiedzałem cię u ciebie w domu, ale tylko wtedy, gdy byłaś sama. I za każdym razem bardzo pilnowałaś, czy nikt nie nadchodzi oraz godziny, kiedy musiałem już wyjść. Zawsze prosiłem, żebyś zagrała jakiś swój ulubiony utwór i za każdym razem była to ta sama kompozycja Chopina, która wywoływała u mnie gęsią skórkę. Któregoś razu podszedłem do twoich pleców, gdy grałaś i przytuliłem się. Oparłaś głowę o moją klatkę piersiową, zamknęłaś oczy i zagrałaś chyba najpiękniej, jak potrafiłaś. Poszedłem w twoje ślady i również zamknąłem powieki. Staliśmy się jednym organizmem, gdzie ty byłaś mistrzem, a ja twoją pożywką.

Wyszłaś na chwilę do toalety i zostałem sam przy tym instrumencie, dzięki któremu staliśmy się sobie bliscy. Wierzyłem, że to dźwięki zawarte wewnątrz instrumentu, wychodzą same pod wpływem naciskanych klawiszy i wpływają do ciała artysty i słuchaczy. Podszedłem do fortepianu, uniosłem dłoń nad klawiaturą w miejscu, gdzie dźwięki wydawały się najprzyjemniejsze, zamknąłem oczy i do głowy mi przyszło, aby pomyśleć życzenie. Pierwsze, o czym zamarzyłem to, aby być z tobą.

Po prostu być razem z tobą.

Już chciałem nacisnąć klawisze, które miały zadziałać podobnie jak spadająca gwiazda, gdy weszłaś ty. Odskoczyłem od fortepianu, zupełnie jakbym chciał dokonać przestępstwa, a przynajmniej świętokradztwa. Poczułem, że jakbym dotknął klawiszy, poparzyłbym się.

Dwa dni później poszliśmy na tę samą polanę na szczycie wzniesienia już wieczorem. Siedzieliśmy pod płaczącą wierzbą, gdy powoli zapadał zmrok. Wtedy po raz pierwszy się kochaliśmy. Nad głowami szumiał wiatr, obok tętniła dźwiękami rzesza czerwcowych świerszczy, w oddali pomrukiwało miasteczko, a obok wzdychałaś ty. Czułem, jak każdy twój głęboki oddech przewiercał mnie emocjonalnie i mocował uchwyty w moim ciele, dzięki którym wystarczyło jedno dotknięcie, abym był twój.

Od tego dnia spotykaliśmy się codziennie, ale zawsze, gdy nie było twoich rodziców. Potem wracałem do domu i włóczyłem się samotnie po okolicznych drogach i ścieżkach, nie mogąc się otrząsnąć z miłości, która mnie dopadła. Ale z drugiej strony właśnie moim celem i marzeniem było, aby się nie otrząsnąć. Chciałem trwać w tym stanie jak najdłużej, dopóki życie mnie nie wezwie, aby stawić mu czoła. Zaniedbywałem kolegów, zdawkowo traktowałem rodzinę, a że trwały wakacje, nie musiałem się martwić nadchodzącą w najbliższym roku szkolnym maturą. Nawet kładąc się spać, myślałem o tobie. I prawie codziennie mi się śniłaś.

Kilka tygodni później, gdy wakacje zbliżały się do końca i siedzieliśmy pod tą samą wierzbą, powiedziałaś, że nie miałaś już dwóch okresów. Zamarłem. Przytuliłaś się do mnie i powiedziałaś:

– Obym się myliła, bo ojciec mnie zabije.

Nie potrafiłem na to odpowiedzieć. Siedziałem jak oniemiały. W jednej chwili miałem ochotę pozbyć się ciebie z mojego życia, uciec jak najdalej, oby tylko uniknąć odpowiedzialności. Nie potrafiłem sobie wyobrazić siebie jako ojca, gdy sam niejednokrotnie potrzebowałem jeszcze opieki. Miałem w końcu dopiero osiemnaście lat.

Tego dnia wróciłem do domu, wszedłem w ubraniu do łóżka i przykryłem się cały kołdrą, chcąc chyba uciec od bezwzględnego świata. Odciąłem się od wszystkiego i zapadłem w marzenia. Nagle zobaczyłem pod tą kołdrą mały, świecący fortepianik wielkości pudełka po butach. Odruchowo przybliżyłem głowę, aby się upewnić, czy nie mam zwidów. Jednak był, istniał i, jakoś tak, promieniował. Jeszcze bardziej się do niego zbliżyłem. Poczułem woń starego mebla, jakiej często można doświadczyć w muzeum czy leciwym, drewnianym domu. Odruchowo wyciągnąłem rękę, aby go dotknąć, ale dokładnie w tym momencie poczułem, jakby prąd elektryczny przeszył moje ciało. Zacisnąłem kilkakrotnie palce, upewniając się, że nie odebrało mi czucia, i przypomniałem sobie grane przez ciebie utwory. Znów poczułem, że gdybym dotknął tego malutkiego fortepianu, dokonałbym świętokradztwa, a może zerwał z muzycznego nieba najjaśniejszą gwiazdę, która świeciła, odkąd usłyszałem cię w sali gimnastycznej. Przytuliłem się za to do tego fortepianu, zamknąłem oczy i odpłynąłem, gdzie nie istniały troski, gdzie wciąż byłaś tą dziewczyną, która swoją grą dostarczała mi jedynie rozkoszy, a nie odbierała nic, informując o braku okresów. Rozpłynąłem się w niebycie beztroski.

Od tego dnia starałem się ciebie omijać, szerokim łukiem obchodzić okolice, gdzie mieszkałaś i nie zbliżać się do polany na wzniesieniu, gdzie uprawialiśmy seks. Często chadzałem na długie spacery, daleko poza granice naszego miasteczka, aby zostawić za sobą nadchodzący ciężar odpowiedzialności. I udawało mi się to. Miewałem wrażenie, że wraz z krokami pompuję do głowy jakieś hormony, które pomagają spojrzeć na problem z dystansu lub po prostu przezwyciężyć złowrogi lęk. Radowałem się wtedy każdym napotkanym drobiazgiem, każdym symptomem spontanicznego życia. Trawy cieszyły jak nigdy, zboże szumiało inaczej, jakoś tak pro ludzko, drzewa dawały zbawienny cień od sierpniowego upalnego słońca, a przepływające strumyki urzekały krystaliczną wodą, którą dopiero wtedy odważyłem się pić, zaczerpując w złączone w naczynko dłonie. Potem wracałem do domu i zwykle dopadało mnie zniechęcenie, apatia i coś na kształt depresji. Kazałem rodzicom mówić, że nie ma mnie dla nikogo, i nawet dla ciebie nie robili wyjątków. Kilkakrotnie prosiłaś, abym się z tobą skontaktował, ale nie chciałem o tym słyszeć. Wieczorami wchodziłem pod moją kołdrę, bo chciałem znów zobaczyć ten malutki fortepianik, ale się nie pojawiał. Znikł. Z mojej wyobraźni czy już mojej realnej rzeczywistości?

Tydzień później zapukała do mnie policja, kiedy siedziałem w domu sam. Naiwnymi i dziecinnymi oczyma wyobraźni zobaczyłem, jak zawiadamiasz ograny ścigania, że próbuję uniknąć odpowiedzialności. Stanąłem na baczność i oczekiwałem wyroku. Jednak policjanci jakby ze smutkiem spytali, czy mogą wejść, i po chwili usiedli na kanapie w dużym pokoju. Zaczęli pytać, co mnie łączy z tobą, jak układały się nasze stosunki i kiedy widziałem cię po raz ostatni. Odpowiadałem doskonale, na każde pytanie pełnymi zdaniami, czułem, że jak tylko wypadnę dostatecznie dobrze, to sobie pójdą i nie powróci koszmar braku twoich okresów.

Jednak po chwili jeden z nich wstał, podszedł do mnie, wziął mnie tak po ludzku za przedramię i oświadczył:

– Ania nie żyje. Zabił ją ojciec, gdy dowiedział się, że jest w ciąży.

Nie pamiętam nic więcej z tego wieczoru. Kojarzę jedynie, że zaszywając się pod swoją kołdrą, znów widziałem świecący fortepianik. Tym razem pachniał jeszcze mocniej, kusił zamkniętymi w środku złotymi dźwiękami jeszcze bardziej, stwarzał jeszcze większe poczucie bezpieczeństwa. I obija mi się po głowie jedynie, że byłem bliski, aby nacisnąć klawisze, wydobyć dźwięki, ale z jakiegoś powodu tego nie zrobiłem.

W połowie września, kiedy po raz kolejny się rozchorowałem na tyle, że znów wzięto mnie do szpitala, a kiedy przestałem reagować na innych ludzi, przysłano psychiatrę. Mówił jakimś niezrozumiałym językiem, którego pojedyncze słowa rozumiałem, lecz całość mieszała się, tworząc miksturę z innego wszechświata. Posiedział przy mnie dłuższy czas, próbował rozmawiać, ale de facto był to monolog. Odchodząc, polecił, aby podawać mi jakieś proszki, nawet gdybym się sprzeciwiał. Potem czułem się jak w wehikule czasu: ludzie krzątali się wokół mnie w przyspieszonym tempie, słońce i chmury tańczyły za oknem, a cykl dnia i nocy stał się jak oddech, dzięki któremu jeszcze żyłem.

Po jakimś czasie, gdy zapłakani rodzice po raz kolejny rozmawiali z lekarzami, zdecydowano, że przewiozą mnie do domu i tam będą doglądać. Mama odeszła z pracy, aby się mną opiekować, a tata sprowadzał kolejnych psychiatrów i psychologów. Żaden nie mógł znaleźć ani kontaktu ze mną, ani tym bardziej sposobu na przywrócenie mnie do stanu zdrowia psychicznego. Znów ludzie biegali w przyspieszonym tempie, ja nawet ruszałem się nieco, ale ani nie reagowałem na słowa, ani nie byłem w stanie zadbać o swoją cielesność.

Od momentu, gdy dowiedziałem się o twojej śmierci, trwało to równo dziewięć miesięcy. Wciąż tkwiłem w łóżku, wciąż prawie bez ruchu, wciąż żadnego kontaktu. Aż gdy któregoś dnia z samego rana mama zrywała kolejną kartkę kalendarza, pod którą widniała właśnie dziewiąta miesięcznica, nagle wstałem i wyszedłem z domu w piżamie na bosaka. Mama próbowała mnie powstrzymać, ale odepchnąłem ją z taką siłą, jakbym przez te wszystkie dni w łóżku zbierał energię właśnie na tę chwilę. I poszedłem poza miasto. Świeciło mocne słońce, właśnie zaczynały się w szkołach wakacje, a ja wędrowałem, gdzie mnie nogi poniosły. A w głowie od samego rana grała mi melodia, którą ty wtedy zagrałaś na sali gimnastycznej. Nie wiem, ile kilometrów pokonałem, ale do domu wróciłem z pozdzieranymi do krwi stopami. Znów wezwano psychiatrę i policję, która ponoć szukała mnie cały dzień. Ja tylko powiedziałem zwyczajne „dzień dobry” i zamknąłem się w swoim pokoju. Czułem się wykończony. Ponownie zaszyłem się pod kołdrą i po raz kolejny ujrzałem ten mały fortepianik. Muzyka w głowie ucichła natychmiast, jakby zawstydzona prawdziwym pięknem, jakie skrywał w sobie ten miniaturowy instrument. Tym razem poczułem od niego silne ciepło, wręcz emanował nieparzącym gorącem. Przytuliłem się i zapragnąłem stać się z nim jednością. Kusił mnie, nęcił, choć sam nie do końca rozumiałem do czego. I tak jak poprzednio patrzyłem jak zahipnotyzowany w klawisze, ale nie odważyłem się ich dotknąć.

Po wakacjach wróciłem do szkoły, choć do innej grupy ludzi, bo moi byli już po maturze. Muszę przyznać, że nauka szła mi całkiem nie najgorzej. Codziennie jadłem posiłki, normalnie spędzałem ze starymi przyjaciółmi wolny czas i zwyczajnie chadzałem na osiemnastki nowych znajomych. Rano długo wylegiwałem się w łóżku po przebudzeniu, patrząc, jak słońce, teraz o wiele wolniej niż, gdy leżałem w bezruchu, przesuwa się po nieboskłonie, jak podlatują na parapet wróble i sroki i wpatrują się w moją stronę. W drodze do i ze szkoły liczyłem pod stopami płytki chodnikowe, próbując za każdym razem osiągnąć dokładnie tę samą ilość kroków. Często zasiadałem w kuchni przy oknie i wpatrywałem się z przeszklony świat, zupełnie jakbym mógł znaleźć tam to, co…

Dni upływały tak samo, ale z każdym przebudzeniem wdzierała się do mojej głowy coraz potężniejsza cisza, która jakby sobą zakłócała dźwięki z zewnątrz. A wraz z tą ciszą narastała pustka, do zapełnienia której z każdym dniem brakowało coraz więcej środków. Czułem się, jakby wewnątrz mojej głowy powstawała gigantyczna jaskinia dudniąca echem, które, zniekształcając wszystkie dźwięki, tworzyło coś, co byłem w stanie nazwać tylko jednym słowem: otchłań. I na co dzień coraz bardziej mnie korciło, aby zagrać na tym malutkim fortepianiku.

Aż któregoś razu, gdy po jednej osiemnastce odprowadzałem do domu dobrą koleżankę, ona oświadczyła mi się, powiedziała, że żyć beze mnie nie może, że nigdy nie spotkała kogoś takiego jak ja. Rzuciła mi się na szyję i zaczęła całować. Nie wiem, co zrobiłem, ale ocknąłem się, gdy siedziałem po turecku przed twoim grobem. Przyszedłem tu pierwszy raz. Sam nie wiem, jak tu trafiłem. Przed oczyma miałem napis:

Zmarła razem z nienarodzonym dzieckiem śmiercią tragiczną.

A poniżej:

Nie lękaj się, ona czeka na Ciebie w niebiesiech.

Znów nie wiem, co się ze mną działo przed dłuższy czas. Pamiętam jedynie, że w nocy włamałem się do apteki i wykradłem spory zapas leków nasennych. Potem też niewiele pamiętam, aż do momentu, gdy ponownie zaszyłem się pod kołdrą. W świetle fortepianiku nasypywałem do garści tabletek i popijałem wódką prosto z butelki. Podchodziłem coraz bliżej fortepianu. Ciało stawało się coraz bardziej bezwładne, powieki coraz cięższe, aż poczułem, że znów jestem w wehikule czasu.

Siedziałaś na sali gimnastycznej i grałaś utwór muzyki poważnej. Nie mogłem uwierzyć, że dziewczyna, którą tak dobrze znałem, potrafi tak grać. Ale nagle muzyka ucichła, ty wstałaś od fortepianu, podeszłaś do mnie, wzięłaś mnie za rękę i delikatnie pociągnęłaś w stronę drzwi, za którymi jaśniało błękitne, żywe światło. Poszedłem za tobą.

Mały fortepianik wciąż świecił. Pierwszy raz w życiu pewnie wyciągnąłem ku niemu dłoń i…

Nacisnąłem klawisze…

Odezwał się dźwiękiem złotym.

I rozbłysł błękitnym światłem, które mnie pochłonęło.

Myśli natrętne

Myśli natrętne

(Tylko dla osób pełnoletnich.)

Polityk, Człowiek, Mówienie, Głośnik, Talker, Mówcą

Moje słowa z siłą fali

napieprzają, świat się wali.

Ja nie muszę wznosić miecza

ani skrzydeł mieć na plecach.

*

Jak coś powiem, strach się nie bać,

z przyjemniaczka zrobię zgreda.

Przy tym będę śmieszny koleś,

wszyscy parskną, ja pierdolę!

*

I każdego popuentuję,

porównując głowę z chujem.

Takie myśli mam natrętne,

że jam jest inteligentem.

*

Teraz idę do kibelka,

fiołkiem pachnie kupa wielka.

Wszystko, co jest mym wytworem,

ma zabłysnąć szanse spore.

*

Kogo wierszyk ten poruszy,

niech se w cymbał strzeli z kuszy.

Głos natury

Głos natury

Kobieta stała nad swoją córką, Emy, która już kilka godzin nie chciała odejść z brzegu jeziora. Emy wyglądała, jakby nad czymś intensywnie myślała. Matka czuła się nieco podenerwowana, bo czas ją gonił, aby przyszykować obiad, jednak dość chętnie patrzyła na pojawiające się na wodzie regularne kształty wywołane podmuchami wiatru. Aktualnie na tafli ukształtowała się cyfra „trzy”.

***

– To jest-est-est-est twój cel-el-el, twoje przeznaczenie-enie-enie.

Przez chwilę wydawało się Ian’owi, że jest jeszcze w świecie snów, że to, co dotarło do jego uszu, to jedynie wytwór podświadomości. Wyciągnął rękę ze śpiwora i zerknął na falujący od wiatru namiot. Jednocześnie cały czas słyszał gdzieś w oddali cykliczne trzeszczenie przypominające otwieranie drzwi. To gałęzie starego buka, na który się wspinał, będąc dzieckiem, tarły o siebie. Usiadł w niewielkim namiocie, prawie dotykając głową sufitu. Nagły podmuch wiatru zaszeleścił liśćmi dębiny opodal. Ian rozsunął suwak namiotu. W twarz uderzyła go fala rześkiego powietrza. Wypełzł ze śpiwora i stanął przed namiotem. Po prawej stronie starego buka, stojącego na samym brzegu jeziora, właśnie wschodziło słońce. Czerwonkawe promienie skrzyły się na pofałdowanej tafli wody. Bardziej na prawo, niemal na linii horyzontu piętrzyło się spore wzniesienie porośnięte lasem. Uniósł twarz ku niebu i wyprostował ręce na boki.

Oto całej pobliskiej przyrodzie ukazał się on, wynalazca urządzenia zmieniającego myśli, uczucia i emocje, oraz cały umysł w wibracje natury: w orbitowanie elektronów wokół jądra atomu, w wiązania cząsteczek materii, oddziaływanie magnetyczne, grawitację, czy zwykłe ruchy powietrza, wody, a nawet plazmy ognia.

Mimo iż była dopiero połowa maja, temperatura nawet o samym poranku sięgała dwudziestu stopni. Ściągnął z siebie całe ubranie i nie zważając na otoczenie, ruszył nago do jeziora. Miał na sobie tylko swój wodoszczelny wynalazek owinięty wokół pasa. Pierwsze zetknięcie stóp z zimną wodą wywołało przejmujący dreszcz i gęsią skórkę. Wyciągnął rękę ku słońcu, w którego promieniach zatańczyły na wietrze postawione dęba włoski na przedramieniu. Po chwili Ian zanurzył się całkowicie. Usłyszał coś, co brzmiało jak odległy głos mitycznej syreny. Jakby operowy śpiew, ale spotęgowany przez echo niosące się w wodzie. Poczuł, że jest zapraszany w głębiny. Ponownie do jego uszu dobiegł dźwięk, który brzmiał jak wołanie:

– To jest-est-est-est twój cel-el-el, twoje przeznaczenie-enie-enie.

Tym razem jednak był już pewien, że głos nie dobiegał z podświadomości. To pochodziło z zewnątrz. Jego oczom ukazały się liczne światła w głębinach. Nurkując, spojrzał na malutki ekranik na swoim wynalazku. Przeskakujące cyfry wskazywały, że właśnie dochodzi ten czas.

Nagle z głębin wyłonił się wielometrowy stwór o podłużnym kształcie i świecących, fioletowych oczach. Ian rozpoznał w nim ten sam gatunek, co Potwór z Lochness. Z drugiej strony zjawiła się półprzezroczysta istota o błękitnej barwie i hipnotyzującym, podobnym do meduzy wyglądzie. Przed nim zmaterializowała się przepiękna istota przypominająca od głowy do pasa kobietę, a poniżej rybę. Otworzyła usta, wydając z siebie dźwięk, który przeniknął Iana na wskroś. Nagle toń jakby zamarła, tworząc krystalicznie czystą ciecz, która czarowała pięknem. Istota o ogonie ryby wyciągnęła ku niemu rękę i przez toń jeziora zawołała:

– To jest-est-est-est twój cel-el-el, twoje przeznaczenie-enie-enie.

Ian podał jej rękę, kątem oka dostrzegając, że licznik na jego pasie wskazuje godzinę zero…

***

– Emy, nie możesz całymi dniami siedzieć nad tym jeziorem – powiedziała troskliwie matka.

– Mamo, jeszcze tylko chwilę, wiem, że to jezioro odpowie mi na każde pytanie.

Walka ze snem

Walka ze snem

Wschód słońca, dzień

Powoli umieram. Rak mózgu zmienia percepcję całkowicie. Czasem mam wrażenie, że oglądam świat w telewizji: żadnych emocji, oprócz usilnej chęci, żeby przeżyć jeszcze jeden wschód słońca. Mniej istotne słoneczne dni czy wieczory przy kominku razem z rodziną. Pragnę zobaczyć, jak niebo powoli rozświetla się, znika aksamit nocy.

Guz umiejscowił się w takim miejscu, że lekarze mówią, iż wystarczy raz zasnąć, a już się nie obudzę. Tym razem więc odpoczynek jest równy odpoczynkowi wiecznemu.

Nie śpię już prawie od dwóch tygodni. I sam nie jestem pewien, czy ta moja zmieniona percepcja to kwestia guza czy tylu nieprzespanych nocy. Niemalże co godzinę wypijam kawę, która daje mi odrobinę nadziei, że dzięki niej nie zasnę. Stała się jak tlen na co dzień, jak szklanka wody po wysiłku, jak grawitacja, która nie pozwala odlecieć z twardej ziemi.

Już ledwo patrzę na oczy mimo dwóch kaw z rzędu. Jak widać, wszystko ma swój limit, również pobudzająca moc kofeiny. Powoli odpływam w stronę snu. Powieki są coraz cięższe, wzrok całkowicie mętny. A jeszcze zostało tylko pół godziny. Nie mogę zasnąć, nie zobaczywszy wschodu. Zapowiadali idealnie czyste niebo, więc wschód słońca będzie wyglądał z mojego okna na czternastym piętrze widowiskowo. Muszę go zobaczyć, ostatni raz!

Resztkami sił idę na czworaka do kuchni, wsypuję do kubka dwadzieścia łyżeczek rozpuszczalnej kawy i włączam czajnik. Dobiegają mnie trzaski i szum podgrzewanej wody. Opieram się o kuchenne krzesło, nogi całkowicie odmówiły posłuszeństwa. Zalewam kawę, mieszam, dolewam dużo zimnego mleka i wypijam jak najszybciej. Powietrze wypełniają dziwne mroczki i szum. Umysłem odrywam się od ciała. I czekam na wschód słońca. W końcu upadam na podłogę. Ale kątem oka zauważam poświatę od strony okna. Pełznę w tamtym kierunku. Unoszę głowę, twarz przyklejam do szyby balkonu i widzę pierwsze promienie. Na idealnie czystym niebie. Najpierw rozświetla się sufit w salonie, po chwili ściany, aż w końcu i moja twarz. Oczy wypełniają się jasnością.

Widzę najpiękniejszy wschód słońca w moim życiu.

Odpływam…

Nieśmieszny śmiech — dribble

Nieśmieszny śmiech — dribble

Żałoba, Kobieta, Płakać, Zniszczenia, Ból, Emocje

Dwa lata wcześniej Piotr popełnił samobójstwo, kiedy wyśmiała go Ola.

Od tego dnia Ola nie śmiała się już wcale. Unikała śmiechu za wszelką cenę. Znienawidziła śmiech. I zaakceptowała swój smutny stan.

Pewnego razu kolega chciał poprawić jej humor i opowiedział dowcip, który sprawił, że Ola niestety zaczęła się śmiać wniebogłosy…

Apokatastaza

Apokatastaza

Wstał niepewnie z łóżka, myląc pierwszą nogę z lewą. Pomyślał, że przetrze czarne od ropy krwiste oczy i podrapie się po racicach. Tak tylko pomyślał. Ruszył w ciężki dzień, klucząc między palącymi wspomnieniami. Pamięć zapłonęła magmą.

O jedenastej odbył rozmowę. Rozmówcę zaczęły palić zwinne kieszonkowe dłonie.

O trzynastej pewna kobieta, wychodząc od niego, po raz pierwszy uśmiechnęła się do lustra.

O piętnastej jednak narodziło się dziecko z objawami downa dwa piętra nad nim.

O siedemnastej wmuszał w siebie wykwintny posiłek.

Wieczorem ułożył się na brzuchu, twarzą do poduszki. Tak nie czuł nabrzmiałej samotności.

Zmarł dokładnie o północy, w godzinę duchów.

Twój HP

Twój HP

Macierz, Technologia, Tech, Danych, Cyfrowy, Sieci

Stary komputer zaniemógł. Szum, wycie wiatraka, bzyknięcie i koniec. Nic dziwnego, miał już trzy lata, czyli staruszek. Wystawiłem więc go na wyciągniętych rękach za okno, zamknąłem oczy, odmówiłem komputerową modlitwę i puściłem z ósmego piętra. Stałem przy oknie, nie za bardzo wiedząc co ze sobą zrobić. Komputera nie miałem, telewizora już dawno też nie, książek nie czytałem, więc pozostało mi wpatrywanie się w świat. Z zamroczenia wyrwało mnie pukanie do drzwi.

– Kogo licho niesie? – spytałem, otwierając drzwi.

– Panie kochany, przyszłam panu podziękować – powiedziała kobieta z miną, jakby złapała Pana Jezusa za bosą stópkę.

– A za cóż to? – Skrzywiłem się.

– Mój mąż szedł do kolegów na libację, właśnie odkręcił flaszkę, postawił ją na chodniku, aby zapalić papierosa, i pański komputer spadł na flaszkę. Jak to zobaczył, rzucił papierosa i pobiegł do pobliskiego kościoła, aby się modlić.

– Ale…

– To dzięki panu! Mąż mówi, że to cud, że go nie zabiło. Powiedział, że resztę życia spędzi bogobojnie!

– Ale…

– Jestem tak bardzo panu wdzięczna! – Chwyciła mnie za ramiona i pocałowała prosto w usta. – Mój zbawicielu!

Dwie godziny później wyszedłem z domu dumny i blady. Ja, wielki informatyk, zbawiciel alkoholików, nadzieja umęczonych szedłem kupić sobie nowy komputer. Jakiś przechodzień gryzł znaczek Apple’a, nieco wyżej roiło się od symboli systemu operacyjnego Microsoftu, a na niebie świeciło coś podobnego do ikonki Gadu-Gadu. Przydrożne reklamy kusiły znamienitymi markami. Ale dla mnie był tylko jeden święty Marek, a właściwie święta marka: to Hewlett Packard.

Wszedłem więc do marketu komputerowego i od razu skierowałem się do stoiska z laptopami. Niestety, nie wziąłem z domu okularów, owładnięty słowami kobiety sprzed dwóch godzin. I tak widziałem takie notebooki jak: Ell (czy to ten wydawca prasy dla kobiet?), Sus (zdaje się to nawiązanie do aktywności fizycznej), Cera (czyżby coś o urodzie?), Hujowiej (tego raczej nie chciałem), Piano (aż dziw, że są firmy aż tak wielobranżowe), nawet był jakiś wyprodukowany na Nowo czy coś. Jednak na końcu był mój producent: HP. HP… HP…….. Westchnąłem tylko głęboko i poprosiłem o moje marzenie.

W domu go odpaliłem. Cichutki jak alkoholik z flaszką denaturatu. Włączyłem przeglądarkę. Wyświetliła mi się strona reklamowa HP. Kliknąłem. Ale w tym momencie zaczęło się!

Notebook zawył wentylatorem, zamrugał wszystkimi diodami, błysnął kamerką i wyświetlił na ekranie napis najbardziej romantyczną czcionką, Times New Roman:

Kocham Cię, Antosiu! Ajlowjucię!

Zamarłem. Czyżby to wirus? Chwyciłem więc mojego służbowego pandrive’a i jak najszybciej zainstalowałem z niego antywirusa. W tym momencie jeszcze bardziej zaszumiało i ikonka antywira pękła, a po chwili rozsypała się na drobny pył. Przeraziłem się, bo który wirus może mieć takie możliwości, taką siłę? Wtem ekran znów zamigotał i pojawiło się wyświetlone zdjęcie przedstawiające negatywny wynik badania na obecność HIV, a obok napis:

Nie potrzebujemy antywirusa, jestem czysty, twój HP.

Złapałem mocniej myszkę, ale w tym momencie ona sama zaczęła mi jeździć pod dłonią. Puściłem ją i chciałem wyświetlić stronę, jak pozbyć się wyjątkowo groźnych wirusów. Już wpisałem na pamięć adres, ale zauważyłem, że zamiast polskiej strony jest wprowadzona nazwa w obcym języku, innymi literami. Zerknąłem na prawy dolny róg ekranu i ustawiona była klawiatura w języku chińskim. I zamiast strony z przepisami na wyleczenie komputera, wyświetliła się chińska strona pornograficzna, a na niej ośmiu facetów z jedną kobietą. Pod spodem pojawił się napis:

O ludzi nie jestem zazdrosny, ale komputerów nie waż mi się oglądać. Twój HP.

Byłem w pułapce. Mój komputer oszalał.

Przez najbliższe kilkanaście godzin oglądałem setki pornoli w różnych, czasem niezrozumiałych dla mnie kombinacjach, i odchodziłem od zmysłów. Tyle pieniędzy wydanych tylko po to, aby mieć przemęczone przedramię…

W końcu, gdy już miałem dość, resztkami sił wstałem od komputera, podszedłem do okna, za którym panowała nieprzenikniona ciemność, stanąłem na parapecie, zamknąłem oczy i przechyliłem się w stronę śmierci…

Ten lot trwał całe moje dotychczasowe życie…

Aż gruchnąłem, jak mi się wydawało. Rozejrzałem się: byłem zawinięty w jakieś płótno i wszędzie paliły się świece. „Tak wygląda niebo” – pomyślałem.

Lecz spomiędzy świec, z całkowitej ciemności wynurzyła się twarz kobiety, która zapukała do mnie rano.

– Jesteś, mój zbawco! – zawołała. – Spójrz, to na twoją cześć.

Rozejrzałem się. Wcale nie byłem w niebie. To, co mnie uchroniło przed śmiercią to płótno służące jako baldachim nad czymś, co wyglądało jak ołtarz.

– Mąż już nie pije, mój zbawco! Jesteś wreszcie tam, gdzie być powinieneś, na ołtarzu!

Jak?

Jak?

jak się masz

pra-nowy człowieku

każdy twój ruch wywodzi się z arcnetu

przymrużam oczy

ponieważ tylko w słońcu cię znajduję

*

jak się masz

osobniku w kolorach tej bajki

gdyż nieme kino jest zbyt szare i niemega

*

jak się masz

wykonując swoje obowiązki tak

że krzywisz się na smutek przełożonego

lecz nie na pamięć własnych czynów

*

jak się masz

w świecie gdzie dalej do przodu to cel i meritum drogi

a każdy odważnik kupiony być musi – musi – z uśmiechem

bo inaczej nie jesteś chwat

*

jak się masz

wieszając na lodówce i lustrze carpe diem

i wykrzykując

przeciwcielcowy bunt

*

bez cienia wątpliwości

Miasteczkowa nimfa

Miasteczkowa nimfa

Zgrane, Dżinsy, Zgrywanie Dżinsy, Spodnie, Denim

Miasteczkowa nimfa, co Zenka śpiewała

w sukni powłóczystej i w pytę zarazem

gazu błotnego odlotu zaznała

i marsz do outletu poleciała gazem.

Biegała zziajana, bez tchu całkowicie,

szukała odzieży, co będzie zbliżona

do tego, jakie ma każdego dnia życie,

czyli zwykły drelich, nie żadna korona.

Nagle zobaczyła stoisko jak z marzeń,

gdzie ciuchy dziurawe i brudne na kupie,

podchodzi do lady i okrzykiem każe,

aby dać jej spodnie podarte na dupie.

Kiedy je przywdziała, to całych półdupków

więcej widać było aniżeli spodniów,

odtąd zamiast nimfy, dla mieszkańców smutku

biega z gołą dupą i straszy przechodniów.

bosów cienie

bosów cienie

Zając, Kapelusz, Butli, Czarować
Cienie bossów byt nierzadki,
cienie Hugo w smudze światła
wyciągają słonia z czapki,
która z góry im przypadła.
*
Prawią o dwunożnych gadach,
przekonują głowy tanie,
iż tradycja ich rozkłada
lub – co gorsza – zmartwychwstanie.
*
I pomagać z piersią idą,
dobro wróci po złych latach.
Brzydzą się przebrzydłych brzydów
z sercem, co ucieka, wraca.
*
A annały trzeszczą wagą,
bo gryzmoły coraz nowe
oczarują kontempladą,
lecz o innych nie o sobie.
Znikanie

Znikanie

Biblioteka, Biblioteka Recepcja, Uroda

– Koniciła – przywitałem klienta.

– Koniciła – odpowiedział. – Chcę zniknąć.

– To fantastycznie, nasza firma się w tym specjalizuje. Ale czy jest pan pewien?

– Najzupełniej w świecie.

– Ale to jest wbrew obowiązującym trendom mody.

– To nic, chcę zniknąć, i już!

– Tak… Jak mówiłem w tym się specjalizujemy, ale w swoim statucie mamy napisane zgodnie z modą, która przyszła z Zachodu: „not be evil”, więc jestem zmuszony przedstawić panu wszystkie przeciw,

– Ok, w pełni pana rozumiem, sam pewnie zrobiłbym to samo. Nawet powiem panu, że dziwi mnie własna chęć zniknięcia.

– Dziwi? – spytałem.

– Tak. Byłem z tym, zgodnie z panującą modą, u psychoterapeuty, który stwierdził, że takie zniknięcie mi się po prostu należy.

– Należy, powiada pan?

– Tak, płacę składki zdrowotne, emerytalne, więc należy mi się pomoc w zniknięciu, a potem stosowna renta.

– Przykro mi, drogi panie, ale my takiej renty zapewnić nie możemy. Specjalizujemy się jedynie w znikaniu.

– Ach tak. To ja nie chcę tak zniknąć.

– Czemu?

– Bo nie będę miał z czego żyć.

– Nie, nie, nie, drogi panie. Pan nas źle zrozumiał. My pomagamy znikać na dobre.

– A ja myślałem, że na dobre i na złe.

– Nie, drogi panie. To dobry serial, ale naszą dewizą jest przecież: „not be evil”.

– Ach, faktycznie.

– No.

– Na czym miałoby polegać takie zniknięcie? Mogę poznać szczegóły?

– Niestety, to tajemnica.

– Tajemnica? Dla mnie? Dla klienta?

– Oczywiście. Bo mógłby pan się upić i komuś to wyjawić.

– Rzeczywiście.

– No, pomyśleliśmy o wszystkim, prawda?

– Tak… tylko w tej sytuacji to ja się boję.

– Naprawdę?

– Tak, aż mnie poty oblewają.

– To niech pan podejdzie.

– A po co?

– Muszę pana powąchać.

– Powąchać?

– Tak. A nie słyszał pan, że strach da się wyczuć węchem?

– Coś mi świta.

Klient podszedł.

– Drogi panie, pachnie pan przednio, ale nie możemy pana obsłużyć.

– Czemu?

– Bo cała nasza praca pójdzie na marne.

– Dlaczego?

– Ponieważ właśnie wyczułem, że umrze pan w ciągu trzech tygodni.

– O, nie!

– O, tak!

– A nie mógł pan tego przede mną zataić?

– Niestety, drogi panie, nie. Gdybym to zataił, stałbym się zły, a naszą dewizą jest…?

– Faktycznie, „not be evil”.

– W takim razie żegnam pana i niech panu ziemia lekką będzie.

– Dziękuję! Napiszę o was dobrą opinię w internecie!

W świat snów

W świat snów

Przedstawiam swój stary tekst. Nie wiem, co o nim sądzić.

Ciekawa historia się z nim wiąże. Kiedyś, bardzo dawno temu napisałem podobny tekst i później myślałem, że mi przepadł na zawsze. Więc napisałem ten. Kilkanaście miesięcy później znalazłem ten sprzed lat i okazało się, że imiona bohaterów są identyczne. Tematyka również bardzo podobna. A zupełnie nie pamiętałem świadomie, o czym był ten stary.

Wróbel, Sperling, Ptak, Upierzenie, Wtapianie, Zwierząt

– Dzień dobry, panie doktorze.

– Witam pana.

– Da pan chwilę? – zapytał doktora, podchodząc niepewnie do jego biurka. – Zaraz powiem, co mi jest.

– Oczywiście, nie ma pośpiechu.

– Gdzie mam usiąść? – kontynuował Marcin i rozejrzał się po całym gabinecie. – Tutaj, na tym krześle?.

– Tak. – Zwracając uwagę na każdy ruch, lekarz uważnie obserwował pacjenta. Był łysiejącym facetem, w wieku około pięćdziesiątki, ubrany był w szary garnitur, białą koszulę i krawat w pięciolinie.

Tymczasem Marcin spoczął i dopiero wtedy wzrok lekarza padł na niego.

– Więc mam problemy z koncentracją i wrażenie, że wszystko jest moją winą – wypowiedział Marcin jednym tchem, wziął głęboki oddech i dodał – to tak w skrócie.

– Wszystko, co pan robi, jest pana winą, czy nie tylko to?

– To znaczy? – To pytanie wydało się Marcinowi trochę niejasne, toteż przyjrzał mu się uważnie i czekał na odpowiedź.

– Chodzi o to – wyjaśniał psychiatra – że jeżeli przydarza się coś, w czym pan nie brał udziału, to też uważa pan, że zawinił?

– Tak.

– To proszę to nieco rozwinąć. – Lekarz cały czas przypatrywał się pacjentowi.

– Więc już jako nastolatek potrafiłem się przyznać do rzeczy, których nie zrobiłem – mówiąc to, cofnął się pamięcią wstecz i próbował sobie przypomnieć, co się niegdyś wydarzyło.

– Ale zdawał sobie pan sprawę, że to nie pana wina, a mimo to, robił?

– No właśnie nie do końca – Marcin pokręcił lekko głową, przekrzywił nieco usta, spoglądając pod nogi. – Miałem taką sytuację w szkole podstawowej, że któryś z kolegów coś przeskrobał, nauczycielka kazała się komuś przyznać, więc ja bez wahania to zrobiłem. Dopiero wtedy winny wstał i powiedział, że to on. – Zrobił krótką przerwę i dodał – ja cały czas myślałem, że to ja. Potem inni potwierdzili, iż nie miałem z tym nic wspólnego.

– Jak pan na to zareagował? Zdziwiło to pana? – Próbując zgłębić problem Marcina, lekarz zmarszczył brwi.

– Owszem. – Pacjent pokiwał głową i z przejęciem to rozwinął. – Na początku byłem pewien, że wszyscy próbują mnie bronić i że to ja narozrabiałem.

– A kiedy się pan zorientował, że mówią prawdę?

– Jakiś czas później, gdy winowajca zaczął ze mną rozmawiać i opowiedział w szczegółach całe zajście. – W tym momencie Marcin zapadł się w sobie, przywołując sytuację sprzed lat. – Inni też mówili identycznie.

– A jak pan się czuł, gdy zrozumiał, że się niesłusznie przyznawał?

– To dziwne… – Marcin zawiesił głos, rozejrzał się po gabinecie, spuścił wzrok i oznajmił – pomyślałem, że sobie na to zasłużyłem.

– A teraz jak pan myśli?

– Teraz mam dwadzieścia dwa lata – niejako domagając się pomocy, pacjent spojrzał rozmówcy głęboko w oczy – zdążyłem siebie jako tako poznać i wiem, że ze mną zawsze było coś nie tak.

– Ale czy sądzi pan, że zasłużył sobie na nieswoją karę?

– Nie – Marcin zaprzeczył, po czym sprostował – raczej nie.

– Raczej czy na pewno? – psychiatra dopytał.

– Wie pan, panie doktorze… – Mimo że starał się być analityczny, to jednak coś go gryzło. – Logicznie rzecz biorąc, to wiem, że nie, ale czasem dopada mnie myśl, że to dobra sankcja za moje grzechy.

– Czyli zdaje pan sobie sprawę, że ma na koncie jakieś przewinienia?

– Tak, doskonale.

– Ale przecież nikt nie jest bez win. – Lekarz, rozłożywszy nieco bezradnie ręce, dał mu do zrozumienia, że wszyscy są ludźmi. – Lecz nikt nie powinien uważać, że koniecznie musi być za to ukarany. Szczególnie że mamy tu do czynienia z braniem na siebie czyichś kar.

– Nie wiem, co powiedzieć. Tak mam i już… – Marcin spuścił głowę i przez dłuższy czas jej nie podnosił.

– A jakieś inne przykłady obarczania się? – dopytał doktor.

– Spotykałem się z pewną dziewczyną i przez pewien czas było wszystko w porządku – rozpoczął pacjent po chwili zastanowienia. – Ale potem ona szybko nauczyła się, że po każdej sprzeczce biorę winę na siebie, więc zaczęła to wykorzystywać. Najpierw tylko powtarzała, że jestem dla niej jakimś skaraniem boskim, a później to już mnie znienawidziła i wkrótce odeszła.

– A nie potrafił pan rozstrzygnąć, czyje było przewinienie naprawdę?

– Sam nie wiem. – Marcin po raz kolejny pokręcił głową, jakby nie mógł się pogodzić z własnym sobą. – Za każdym razem miałem wrażenie, że będzie lepiej, jeśli okażę pokorę.

– Kobiety tego nie lubią – oznajmił psychiatra z odrobiną złości.

– Chyba tak… – Zamyślił się pacjent, znów spuścił wzrok i dodał – teraz to już wiem, ale mimo to nie żałuję, że brałem wszystko na swoje barki.

Nastąpiła dłuższa cisza, gdyż Marcin nie za bardzo wiedział, co dalej mówić, a lekarz jakby czekał na coś więcej. Siedzieli niemal naprzeciwko siebie, oddzieleni biurkiem.

– Nie wiem, czy to panu pomoże, ale przypiszę panu pewien lek – lekarz, mówiąc to, wziął głęboki oddech i zajrzał do książki ze spisem farmaceutyków.

– A jak on działa? – dopytał pacjent.

– Generalnie – wyjaśniał doktor, przeglądając spis – pozwala nieco wyrzucić na zewnątrz emocje. Za długo musiałbym tłumaczyć…

– A nie zaszkodzi mi?

– Nie powinien – odpowiedział psychiatra nieco niepewnie i z pewną dawką sceptycyzmu.

– A jakie są skutki uboczne?

– Przede wszystkim może pan przybrać na wadze. – Lekarz wziął się już za wypisywanie recepty.

– Tym się akurat nie przejmuję – Marcin nieco się uśmiechnął – Gdyż, jak pan doktor widzi, do grubasów nie należę.

– To prawda. – Lekarz jeszcze raz zmierzył Marcina od stóp do głowy. – Nie zaszkodzi, jeśli pan przytyje kilka kilogramów.

– Zawsze byłem za chudy.

– Dobrze… – Doktor przybił pieczątkę, chwilę później się podpisał, jeszcze raz na nią rzucił okiem i dodał – oto recepta, a na wizytę kontrolną proszę przyjść za miesiąc.

Potem lekarz dopełnił formalności, Marcin podziękował i pożegnali się. Wyszedł z gabinetu i skierował się do najbliższej apteki, gdzie wydano mu lekarstwo, a później pojechał na studia. Miał duże wątpliwości co do słuszności swojej wizyty u lekarza i brania prochów psychotropowych, ale skoro zarówno rodzina, jak i niektórzy przyjaciele to doradzali, to poszedł. Z jednej strony nie chciał żadnych farmaceutyków, a z drugiej miał dość życia takiego jak dotąd. Wiedział, że to przez swoje obarczanie się, nie był w stanie stworzyć związku z byłą dziewczyną, a poza tym chciał coś zmienić.

ROZDZIAŁ II

Na początku nie zauważył żadnych zmian w swoim zachowaniu, poza dziwnym mrowieniem w okolicach mostka pierwszego dnia. Uznał, że tak powinno być i przyjmował lekarstwa raz dziennie, zgodnie z zaleceniami. Najważniejsze było dla niego, czy ten specyfik zmieni postrzeganie świata trwale, czy tylko tymczasowo, na czas zażywania. Wiedział, że nie chce brać ich przez całe życie, więc miał nadzieję, że wywrą długotrwały skutek. Poza tym zdawał sobie sprawę, że skoro raz był u tego specjalisty, to przy ewentualnych problemach będzie widniało, iż leczył się psychiatrycznie, a to nie jest okoliczność sprzyjająca. Mogło to przecież zaszkodzić choćby w znalezieniu pracy. Co prawda uświadamiał sobie, że to prawdopodobnie nigdy się nie wyda, jednakże przewidywał przeróżne możliwości, a niektóre z nich dość mocno nadinterpretowywał. Tak czy inaczej, ewentualnymi skutkami starał się nie zaprzątać sobie głowy. Niemal każdego dnia wieczorem, siedząc samotnie w domu, marzył o dziewczynie: jak to by było wspólnie leżeć, obejmując się, czy po prostu być blisko siebie.

Kilka lat wcześniej był podrywany przez koleżankę z roku. Była bardzo szczupła, twarz miała ładną, włosy blond do ramion i jego kolega miał na nią ochotę. Niby Marcin rozmawiał z nią, ale w gruncie rzeczy go nie interesowała. Nie dawała mu spokoju przez kilka miesięcy, w końcu umówił się z nią do knajpy, a tam powiedział jej: „jesteś bardzo ładna i miła, ale ja do ciebie nic nie czuję”. Innym razem, jeszcze rok wcześniej pewna dziewczyna zaprosiła go na koncert. Poszedł, tuż po nim oświadczył, że dziękuje za zaproszenie, ale nie jest zainteresowany żadną bliższą znajomością. Wielokrotnie był zaczepiany czy prowokowany przez kobiety, ale jeśli to nie on upatrzył ją sobie, to nie było mowy o związku. Natomiast miał sytuację dwa lata wcześniej, że wybrał sobie obiekt westchnień, lecz ta nie miała ochoty na związek z nim. Podobna sytuacja miała miejsce w liceum – on chciał, a tamta nie.

Po tygodniu zrozumiał, że po tych farmaceutykach lepiej zasypia, śpi spokojniej, a i rano budzi się z większą chęcią do życia. Jak dotychczas nie miał żadnej sytuacji, w której mógłby się za coś obwiniać, więc w tym względzie nie był pewien, czy leki działają. Zauważył jednak pewien znaczący pozytyw. Otóż lepiej mógł się skupić na nauce czy choćby czytaniu książek, więc uznał, że lekarz, przypisując właśnie ten lek, wiedział, co robi. Przestał się też zamęczać ciągłym rozmyślaniem na temat przeszłych porażek, co też przypisał działaniu prochów. Także do całych wątpliwości odnośnie zażywania go, dołączyło zadowolenie, więc przestał się zastanawiać, czy zrobił dobrze, idąc do psychiatry. Teraz był niemal pewien, że to była dobra decyzja. Jedynie po głowie krzątała mu się myśl, że za nic w świecie nie będzie go zażywał do końca życia.

Z biegiem czasu przywykł do swojego nowego stanu umysłowego i przestał zawracać sobie głowę całą resztą. Po niespełna miesiącu zdarzyło się coś, co potwierdziło skuteczność terapii. Otóż był na spotkaniu ze znajomymi i doszło do dość ostrej dyskusji na temat ewentualnego spisku w sprawie World Trade Center.

– Ten cały zamach na World Trade Center to spisek. Przecież budynek nie zawaliłby się w ten sposób – stwierdził jeden z uczestników.

– Też tak sądzę – odpowiedział inny. – To tylko po to, aby były powody wysłać wojsko na kolejną wojnę.

– Żadnego spisku nie było – odpowiedział ostro Marcin.

– To jak wytłumaczysz to zawalenie się wież? – spytał pierwszy.

– Normalnie. Uderzyły w nie samoloty, zapaliły się, konstrukcja się stopiła, a że to było wiele metrów poniżej szczytu, to ciężar tego, co wyżej to spowodował – sparował Marcin.

– To najwyżej zawaliłyby się te części powyżej, a reszta pozostałaby prawie nieruszona – odparł drugi.

– Ale przecież to były setki ton, a budynki nie są obliczone na tak wielkie obciążenia! – Poirytował się mocno Marcin.

– A ja myślę, że ta górna część najwyżej by spadła w bok! – Pierwszy podniósł głos.

– Chyba powariowaliście! – oznajmił zarówno ostro, jak i bezsilnie Marcin.

– Chyba ktoś chce rozwalić imprezę – wtrącił się gospodarz.

– Nie dam się przekonać i całą dyskusję uważam za zakończoną! – zakończył apodyktycznie Marcin, wstając z krzesła. Przed rozpoczęciem brania leków pewnie oznajmiłby, że to on niepotrzebnie nakręcał całą sytuację.

Na jakiś czas rozmowa przeszła na inny temat, ale później wyznał gospodarzowi:

– Niedobrze mi się robi, jak słyszę takie dyrdymały.

Po powrocie do domu nie mógł się nadziwić, że zachował się właśnie w taki sposób. Przecież to zupełnie nie w jego stylu…

W miesiąc po pierwszej wizycie udał się na kolejną. Opowiedział lekarzowi, że chyba faktycznie terapia poskutkowała, porozmawiali przez chwilę, dostał receptę na kolejne trzy miesiące, a w razie czego miał się zgłosić wcześniej. W ogóle nie wspomniał o incydencie sprzed kilkunastu dni, a lekarz też o nic dodatkowego nie zapytał. Wrócił do domu, był koniec października, w ten dzień nie miał wykładów, więc zamierzał całą resztę dnia spędzić na oglądaniu filmów i czytaniu książki.

Mieszkał w Warszawie przy ulicy Gwiaździstej, gdzie posiadał własne, dwupokojowe mieszkanie, otrzymane w spadku po babci. Większy pokój miał powierzchnię około czternastu metrów kwadratowych, a mniejszy ośmiu. Ten pierwszy traktował jako salon i po prawej stronie znajdował się niewielki regał, zajmujący większość ściany, po lewej stół z czterema krzesłami, przy ścianie przeciwległej do okna dwa fotele, a obok nich mały stolik. W mniejszym pokoju po lewo stała obszerna szafa, po prawo łóżko, pod oknem stolik z komputerem, nad nim wisiał telewizor i to pomieszczenie traktował jako sypialnię. Kuchnia przylegała do większego pomieszczenia i była naprzeciwko okna. Ponieważ mieszkał sam, to nie za bardzo dbał o porządek, toteż szczególny bałagan panował w sypialni. Często walały się tam brudne ubrania, stały niezmyte talerze, a i kurzu nie brakowało. Jak to kawalerskie mieszkanie. Sprzątał raz na jakiś czas i w tych sytuacjach przykładał się do tego z sercem, tym niemniej na co dzień to zaniedbywał. W sypialni co wieczór zapalał dwie świece i traktował to, jak swoisty rytuał. Lubił ich światło i delikatny zapach. Często potrafił przesiadywać przy nich całymi godzinami i zapominać o czymkolwiek innym.

Kilka dni później pojechał do znajomych na grilla. Mieli tam być jego przyjaciele i trochę nieznajomych osób, ale, jak się okazało, zjawili się niemal wyłącznie ci drudzy, lecz potrafiąc nawiązywać nowe znajomości, starał się zająć właśnie tym. Poznał pewnego chłopaka o imieniu Piotrek, który od samego początku sprawiał na nim dobre wrażenie. Rozmawiali, śmiali się, lecz w pewnym momencie przyszli znajomi nowego kolegi, toteż przyłączając się do nowo przybyłych, tamten zostawił go. Marcin próbował nawiązać kontakt z nimi wszystkimi, ale jedna dziewczyna zrobiła na nim szalenie złe wrażenie. Na tyle złe, że zepsuł mu się całkowicie humor. Wypijając piwo za piwem (a wypił w sumie pięć), siedział gdzieś z boku, aż w pewnym momencie nie wytrzymał, podszedł do nich i zaczął ją słownie prowokować.

– Laska, gadasz od rzeczy – stwierdził z uśmiechem.

Za jakiś czas:

– Ładny sweterek, a męskich nie było?

Potem:

– Chyba powinnaś iść do cieśli, aby wygładził ci te twoje fałdki!

W pewnym momencie dość wysoki i tęgi chłopak stwierdził:

– Chłopie, chyba masz dość. Przestań pić i wracaj do domu.

– Wy debile, kretyni, co wy możecie wiedzieć! Nic nie rozumiecie!

– Marcin, chodź na chwilę – oznajmił organizator i pociągnął za ciuchy do kuchni. Kiedy już tam przeszli dokończył – wynoś się, bo nie życzę sobie ciebie w takim stanie!

– Kurwa, pozabijam was! Imbecyle niedorobione! Ja wam dam! – Marcin zaczął się szarpać, ale organizator wypchnął go z mieszkania.

Wrócił do domu. Wkrótce usnął.

Następnego dnia, gdy tylko się obudził i przypomniał sobie całe zajście, dotarło do niego, że zaczyna być z nim coś nie tak, gdyż nigdy dotąd tak się nie zachowywał. „Jakby coś we mnie wstąpiło” – myślał. Nie za bardzo miał ochotę wstawać z łóżka, toteż leżał w nim i rozmyślał na temat swoich ekscesów. Na początku nie do końca wiedział, skąd mogły się one wziąć, ale po pewnym czasie skojarzył to z przyjmowaniem leków, więc zaczął szukać w internecie informacji. Szybko znalazł, że nie wolno ich łączyć z alkoholem. Od tego dnia postanowił nie pić, przynajmniej do momentu, gdy przestanie brać prochy. Zadzwonił także do organizatora ostatniego spotkania i serdecznie przeprosił za swoje zachowanie. Nie tłumaczył jednak, czemu do tego doszło, gdyż nie chciał ujawniać, że leczy się psychiatrycznie. Tamten przyjął przeprosiny i jedynie stwierdził, że naprawdę musiało być z nim coś nie tak, gdyż w takim stanie widział go po raz pierwszy, a niejedno piwo razem wypili.

Potem, starając się przykładać do tego, jak mógł najlepiej, chodził niemal co dzień na studia. O dziwo, odkąd zaczął brać leki, wyniki były ciut lepsze i wiązał to z ich przyjmowaniem. Wiedział już, że teraz jest w stanie lepiej się skoncentrować, a poza tym miał więcej energii, więc z większym zapałem brał się do nauki. Wcześniej w zasadzie tylko przed sesją siadał w domu do wkuwania, a aktualnie robił to dość regularnie, toteż samozadowolenie wzrosło. Zauważył także, iż stał się bardziej otwarty na ludzi. Do niedawna miał co prawda znajomych i przyjaciół, jednakże często zdarzały się sytuacje, gdy wolał zostać sam, a teraz coś go do nich ciągnęło. Chętniej i dłużej pozostawał w towarzystwie, miał więcej do powiedzenia i czuł mniej oporów przed zawieraniem nowych znajomości. Nawet siedząc samotnie w domu, czuł większy spokój wewnętrzny i był w stanie na przykład leżeć przez kilka godzin bez włączania telewizji czy robienia czegokolwiek innego. Coś się ewidentnie w nim zmieniło na pozytyw, choć nie do końca zdawał sobie sprawę co.

Pod koniec listopada poszedł na imieniny do Andrzeja, tego, u którego był jakiś czas wcześniej na grillu. Zjawił się około dwudziestej, gdy kilka osób już było, a wśród nich ci ludzie, którym poprzednim razem nawymyślał. Po przekroczeniu drzwi stanął w miejscu, zawahał się, czy w ogóle wejść, ale po chwili to zrobił. Najpierw przywitał się z organizatorem, złożył życzenia, a następnie podszedł bezpośrednio do nich. Także przywitał się i rzekł:

– Bardzo was przepraszam, że ostatnio tak się zachowałem, ale sam nie wiem, co mnie wtedy napadło – spuścił nieco głowę w akcie pokory i zaczął podawać im rękę.

Większość z nich odwzajemniła gest, ale dziewczyna, z którą miał na pieńku i jej chłopak odwrócili się od niego, dając do zrozumienia, że nie jest mile widziany. Zamienił z pozostałymi kilka słów i podszedł do kolejnych gości. Również się przywitał, ale gdy tylko to zrobił, to dotarło do niego, że nie zazna tu spokoju, więc wkrótce odszedł nieco na bok, usiadł i zamknął się w sobie. Siedział w ten sposób dobre pół godziny od czasu do czasu zagadywany przez Andrzeja, ale mniej więcej wtedy uznał, że lepiej będzie, gdy wróci do domu. Pożegnał się i wyszedł. W domu dotarło do niego, że przez swoją niewiedzę w kwestii łączenia leków z alkoholem zrobił z siebie kogoś, kim nigdy nie chciałby się stać. Wkrótce położył się do łóżka, zapalił świece, włączył telewizor, pogapił się przez pewien czas i niedługo później usnął. Także do wszystkich pozytywów związanych z braniem prochów dołączył negatywny aspekt. Co prawda postanowił więcej nie pić, ale zdawał sobie sprawę, że sam alkohol nie spowodowałby tego. „A jakie jeszcze nieprzyjemne skutki przyniesie łykanie tych psychotropów?” – myślał.

Na Święta Bożego Narodzenia pojechał do rodziców na Mokotów. Wcześniej kupił dwa prezenty dla będących tam dzieci i przybył około osiemnastej. Wigilia miała się zacząć lada moment. Zasiadł przy stole, podczas gdy matka zajmowała się jeszcze ostatnimi przygotowaniami. Kończyła podgrzewać dania i ustawiała wszystko na stole. Potem zaczęła się wieczerza, przy której wszystko przebiegało normalnie. Dopiero później, gdy dzieci zajęły się otwieraniem prezentów, doszło do dyskusji, w której na tapetę wzięto przyjmowanie imigrantów.

– Szkoda mi tych imigrantów – stwierdziła z żalem matka.

– A czemu? – spytał ostro Marcin.

– Bo mają wojnę u siebie, a i do Europy przyjeżdżają do nowego kraju, więc są na wygnaniu.

– To banda pasożytów! – Oburzył się.

– Marcin, ale oni naprawdę uciekają od wojny – ciągnęła.

– To niech inne arabskie kraje ich przyjmują.

– A co ci szkodzi, żeby byli tutaj? – spytała żałośnie.

– Będzie tak jak na przykład w Skandynawii. Są rejony, gdzie całkowicie przejęli władzę.

– No to co?

– No tak, nawet doszło do tego, że gdzieś zabronili wystawiać choinki na rynku! – krzyknął. – Chciałabyś mieć święta bez choinki?.

– Ale to przecież sporadyczne przypadki.

– Jak przyjeżdżają do obcej kultury, to niech ją szanują, a nie wprowadzają swoją dzicz!

– Mają do tego prawo, w końcu jest demokracja.

– Ale my nikomu nie narzucamy ani wiary, ani tego, czy ma świętować, czy nie! – kontynuował w tym samym tonie.

– Mimo wszystko ja jestem za tym, aby ich przyjmować – ściszyła głos.

– Absolutnie. Won do domu! – krzyknął.

– Marcin, uspokój się, bo nie jesteś sam.

– Są święta i nie czas na takie zatargi – stwierdził spokojnie ojciec.

– Nie chcę cię znać! – Marcin zwrócił się do matki, wstając z krzesła.

Usiadł z powrotem i szybko dotarło do niego, co się stało. Jednak było za późno, bo matka wyszła do kuchni i zaczęła po cichu płakać. Za jakiś czas także wstał, poszedł do niej, przeprosił, ona to przyjęła, ale reszta wigilii przebiegała dość sztucznie i oficjalnie. Co prawda nikt nic nie powiedział, jednak dało się wyczuć, że większość zgromadzonych ma do niego pretensje. Natychmiast zdał sobie sprawę, że niemal powtórzyła się sytuacja z grilla sprzed ponad dwóch miesięcy i uznał, iż przyczyną tego jest zażywanie leków, lecz nie chciał się tym dzielić ze zgromadzonymi, mimo iż większość z nich namawiała go na psychiatrę.

Wrócił do domu około północy, walnął się na łóżko, zapalił świece i zaczął płakać. Dotarło do niego, że każda ingerencja w psychikę może przynieść skutki zarówno pozytywne, jak i negatywne. Tak jak się mówi, że każdy kijek ma dwa końce, tak i psychotropy niosły ulgę, ale także agresję. Niby wiedział, że może poprosić o zmianę leków, ale postanowił, że z tym koniec. Więcej ich nie weźmie. I tak dobiegła krótka przygoda z tymi prochami. Odstawił je następnego dnia i więcej do nich nie wrócił. Swoją drogą zmiana prochów mogłaby okazać się zbawienna.

ROZDZIAŁ III

Pod koniec stycznia wracał z wykładów z kolegą ze studiów, który był bardzo wysoki i tak samo chudy; ubrany był grubą, czarną, puchową kurtkę i czarne dżinsy. Siedzieli w autobusie i gawędzili na przypadkowe tematy.

– Ostatnio zacząłem się interesować świadomym snem – rzekł ten drugi po chwili rozmowy.

– A co to jest ten świadomy sen? – Marcin spojrzał na rozmówcę, gdyż temat ten od razu przykuł jego uwagę.

– To sposób, w który sami decydujemy, o czym śnimy – wyjaśniał kolega, najwyraźniej pochłonięty sprawą. – Chodzi o to, że zwykle to nasza podświadomość nadaje nam tematy snów i nie panujemy nad tym. Tymczasem dzięki tej technice możemy się nauczyć to kontrolować.

– Ciekawe… – Marcin zawiesił głos, a jednocześnie bardzo się ożywił. – Powiedz coś o tym więcej.

– Niedawno przeczytałem na ten temat pewną publikację i nie jest to takie trudne. Wystarczy sporo samozaparcia, wytrwałości i systematyczności.

– A nie grozi to niczym negatywnym? – spytał Marcin, pamiętając swoją niedawną przygodę z psychotropami.

– Absolutnie nie! – Rozmówca pokręcił głową, lekko się uśmiechnął, jakby pytanie było absurdalne. – Teraz czytam w internecie wypowiedzi ludzi stosujących to i wszyscy są zachwyceni. Robią to naukowcy, artyści, a nawet pisarze. Wyobraź sobie, że chcesz się na przykład przespać z jakąś kobietą, w rzeczywistości nie jesteś w stanie, a śniąc świadomie, to żaden problem. Po prostu chcesz i masz. Albo jesteś muzykiem i borykasz się z jakimś problemem dotyczącym kompozycji, a wtedy rozwiązania przychodzą o wiele łatwiej.

– Ciekawe to, co mówisz – Marcin wykazywał zafrasowanie. – Jednak ja chyba bym się bał ewentualnych skutków ubocznych.

– Przeczytałem naprawdę dużo i nigdzie nie znalazłem informacji, że to może być niebezpieczne. Wszędzie tylko znajduję pochwały czy wręcz uwielbienie dla tej techniki – mówił ten drugi jak natchniony. – Wyobraź sobie, że wtedy możesz wszystko. Jesteś bogiem.

– A trudne to jest? – zapytał, mając w głowie zarówno pewne wątpliwości, jak i rosnące zaciekawienie.

– No – wyjaśniał kolega, przybrawszy dość poważny wyraz twarzy i dało się z niej wyczytać, że traktuje sprawę właśnie tak – ja pracuję nad tym trzeci miesiąc i jeszcze to mi się nie udało, ale to tylko kwestia czasu…

– A jak wyglądają przygotowania?

– Po pierwsze musisz codziennie zapisywać swoje sny. – Teraz inicjator tematu, niejako wyliczając kolejne punkty działania, zaczął stukać palcem wskazującym prawej ręki w lewą otwartą dłoń. – To początek. Nawet budząc się w środku nocy, masz przypomnieć sobie, co ci się śniło i notować to. Potem zapamiętujesz, co w twoich snach się powtarza i jeśli jest taka czynność albo sytuacja, to w ciągu dnia robisz coś specyficznego, gdy dzieje się to samo. Potem łapiesz nawyk i gdy to się powtarza we śnie, to automatycznie to czynisz i wiesz, że śnisz, a jak zdajesz sobie z tego sprawę, to jesteś w stanie to kontrolować. W ten sposób rozpoznajesz, co jest jawą, a co snem

– Brzmi dość prosto. A jak ktoś nie ma cyklicznych snów?

– Są także inne techniki, ale to musiałbyś przeczytać całą publikację – wyjaśniał podekscytowany rozmówca.

– To jakaś książka, czy w internecie? – dopytał Marcin.

– Ja to mam w postaci ebook’a, ale możesz też znaleźć strony internetowe poświęcone temu.

– A podrzucisz mi ją na jakimś pendrive’ie? – prosił, a jego głos na ten czas się nieco ściszył.

– Nie ma problemu. Jutro to masz.

Wrócił do domu i natychmiast zasiadł do internetu w poszukiwaniu tej techniki. Bez żadnego problemu znalazł wiele artykułów i blogów. Zaczął je po kolei czytać. Na razie traktował tę metodę dość sceptycznie, jednakże z biegiem czasu, gdy poznawał kolejne opinie, fascynowała go coraz bardziej. Świat internetu wyrażał się o tym w samych superlatywach, więc i on tracił jakiekolwiek obiekcje. „W końcu wszyscy nie mogą się mylić” – myślał. Strona po stronie chłonął opinie oraz inne informacje i z każdą z nich chciał tego spróbować. Szczególnie przydatne wydawało mu się to w aspekcie damsko-męskim, gdyż ze związaniem się z dziewczyną miał więcej problemów niż przeciętny chłopak. Toteż wyobrażał sobie, że zapada w sen i jest szczęśliwy. Tam spotyka się z wybranką, przytula i z nią kocha. Jak do tej pory był tylko dwukrotnie w związku, i taki senny, magiczny i niezwykle intymny świat byłby dla niego wybawieniem. Tak, zaczął to traktować od samego początku jak panaceum na swoją bolączkę, toteż wsiąkł w te tematy już pierwszego dnia.

Po trzech godzinach ubrał się, wyszedł po duży i gruby zeszyt, aby spisywać swoje sny. Od tego chciał zacząć, zgodnie z tym, co mówił kolega. Poszedł do kilku sklepów i w trzecim z nich znalazł to, czego szukał. Był to brulion formatu A4 o grubości prawie stu stron, toteż wracając do domu, mógł być spokojny, że miejsca w nim nie zabraknie przez dłuższy czas. Szedł ubrany w ciepłą kurtkę, czapkę i rękawiczki, a w dłoni dzierżył czarny notatnik. Gdy wrócił do domu, zdał sobie sprawę z koloru. Kupując go, myślał tylko o tym, aby było w czym notować, ale teraz wolałby wybrać w innej barwie. Od zawsze nie lubił czarnych rzeczy, bo kojarzyły mu się z czymś bardzo negatywnym albo tragicznym, a tu ma taki notatnik, który de facto może zmienić jego życie. Coś mu mówiło, że to nie najlepszy omen, ale głos rozsądku przejął prym, więc uznał, iż to nic takiego. W końcu to tylko narzędzie pomagające w osiągnięciu zamierzonego celu.

ROZDZIAŁ IV

Któregoś dnia, idąc chodnikiem, dostrzegł leżącego na trawniku wróbla. Był początek lutego i panowała temperatura bliska minus dwudziestu pięciu stopni. Zwykle nie zwracał uwagi na martwe ptaki, ale tym razem coś przykuło wzrok. Ptak się nie ruszał, ale ułożony był w bardzo specyficzny sposób. Leżał na brzuchu, a skrzydła miał rozpostarte, zupełnie jakby były gotowe do lotu. Podszedł do niego, schylił się i delikatnie potrącił ręką okutą w rękawiczkę. Przez moment nic się nie działo, jednak chwilę potem, zwierzę wydało z siebie cichy pisk, przypominający zawodzenie i drgnęło mu skrzydło. Kucał moment nad nim, nie wiedząc, co dalej, pozbierał myśli, zrobiło mu się szkoda, więc wziął go na ręce i wstał. W tym momencie wróbel zaczął się leciutko szamotać i Marcin zrozumiał, że musi go wziąć do domu. Wyszedł po to, aby pojechać na uczelnię, ale widok konającego stworzenia skłonił go do zabrania ptaszka do domu. Zatem wrócił do mieszkania, wyciągnął stare tekturowe pudełko, włożył tam go i wyszedł do sklepu zoologicznego po coś do jedzenia. Po krótkiej konsultacji ze sprzedającym wziął dość spore opakowanie i zaniósł do siebie. Wróbel w tym czasie leżał w niezmienionej pozycji, więc pomyślał, że prawdopodobnie na próżno się trudzi, gdyż zwierzę i tak zdechnie. Na wszelki wypadek postawił obok niego nakrętkę od słoika wypełnioną karmą, obok drugą, do której nalał wody, chwilę postał i pojechał na uczelnię. Przez całą drogę myślał intensywnie o ptaszku: czy coś zje, wypije, czy nie potrzebna będzie specjalistyczna pomoc weterynaryjna i wreszcie, czy przeżyje. Nigdy nie wykazywał specjalnej troski o los zwierząt, jednak w tej sytuacji zamartwiał się niezwykle. Do końca wykładów siedział jak na szpilkach, czekając, aż będzie mógł wreszcie sprawdzić, co z lokatorem. Tak jak się myśli o chorym i bliskim członku rodziny, tak i on pokochał zwierzaka całym sobą. I stało się to od samego początku, gdy go tylko wziął na ręce. Poczuł, że ma go pod swoją opieką i jest za niego odpowiedzialny.

Po powrocie do domu natychmiast podszedł do kartonu, nawet nie zdejmując kurtki ani butów. Spojrzał do środka i dostrzegł, iż ptak przemieścił się o kilka centymetrów, ale jedzenie pozostało nietknięte, więc schylił się, leciutko go trącił i zobaczył, że drgnął. To był dobry znak, gdyż jeśli nie zdechł przez te kilka godzin, to być może przeżyje. W końcu przeszedł do przedpokoju, rozebrał się i wrócił. Delikatnie wziął go w dłoń i dzióbek skierował do wody. Zwierzę się wzdrygnęło, ale pić nie chciało. Zresztą on na dobrą sprawę nie miał pojęcia, jak wygląda pojenie takich zwierząt. Potrzymał dłuższą chwilę w ręku, po czym odłożył do pudełka. Nic więcej nie mógł zrobić. Tego wieczoru znów zaczytywał się na temat świadomego snu, a w międzyczasie wstawał i sprawdzał co z ptakiem. Żadnych oznak powrotu do zdrowia widać nie było, więc powracał do lektury, która pochłonęła go prawie całkowicie. Czytał przeróżne wpisy: od takich, pochodzących od przeciętnych ludzi, aż do opinii artystów. Nie do końca mógł zrozumieć, jak to się dzieje, że we śnie stać nas na o wiele więcej, jednak przyjmował do wiadomości nową wiedzę i wierzył w nią bezkrytycznie. Miał nadzieję dowiedzieć się tego z publikacji obiecanej przez kolegę.

Jakiś czas później wstał, zapalił dwie świece, zgasił światło i wrócił do komputera. Znów siedział i czytał, tym razem w półmroku, a lekko falujące płomienie tworzyły klimat iście tajemniczy. Drgały od czasu do czasu, a cienie tańczące po ścianach wprowadzały go w coś w rodzaju transu. Zaraz obok świec stała drewniana figurka przedstawiająca Świętego Walentego, który uznawany jest za patrona zakochanych, ale mało kto wie, że jest także opiekunem osób chorych umysłowo. I cień rzucany przez niego przy tych zapalonych świecach wyglądał niezwykle demonicznie: był wielki na prawie dwa metry, delikatnie drżał i rozmazywał się na konturach; górując nad całym mrocznym pokojem, nadawał wymiaru grozy czy horroru. W pewnym momencie odpłynął gdzieś w świat tego, co czytał i oprócz ptaka nie wiele więcej go interesowało. Żył tym, zagłębiał się i niemal przestał istnieć.

Następnego dnia rano, zaraz po przebudzeniu zajrzał do pudełka i zauważył, że wróbel znów się nieco przemieścił, ale w tym momencie nie wykazywał oznak życia. Jeszcze raz wziął na dłoń, dzióbek skierował do wody i trzymał go tak dłuższą chwilę. W tym czasie stworzenie, dając nadzieję, że być może jednak przetrwa, delikatnie się poruszyło. Potem odłożył do kartonu, główkę umieścił tuż obok wody i zajął się przygotowaniami do wyjścia. Pojechał na uczelnię i dopiero tego dnia otrzymał od kolegi pendrive’a z publikacją. Niemal nie podskoczył, gdyż temat ten stał się ważniejszy niż studia, niż znajomi i tylko wróbelek mógł z tym konkurować. Potem wrócił do domu, spojrzał do ptaka i znów zobaczył, że się przesunął. Dostrzegł też, że w nakrętce od słoika zrobiło się mniej wody, więc po raz kolejny poczuł w sobie radość. Co prawda płyn mógł wyparować, ale coś mu mówiło, że sprawcą tego nie jest temperatura, lecz wróbelek. Rzucił okiem na karmę, ale nie zauważył, aby ubyło, tym niemniej zdawał sobie sprawę, że zwierzę, które prawie się nie rusza, raczej nie będzie jadło. Najważniejsze, że pije.

Lektura podrzuconej książki wciągnęła go całkowicie i po raz kolejny niemal stracił świadomość tego, co wokół niego. Czytał, wgłębiając się i starając się zapamiętać jak najwięcej, a dzień się powoli chylił ku końcowi. Dopiero około dwudziestej pierwszej poczuł głód, poszedł do kuchni, zrobił sobie co nieco na szybko, zjadł i znów zajrzał do ptaka. Ten przemieszczał się cyklicznie wewnątrz pudełka i wydawało mu się, że co raz to pokonuje w ten sposób nieco większe odległości, więc wyglądało na to, że zdrowieje. Potem znów zasiadł do komputera i zapalając przy tym tradycyjnie dwie świece, czytał. I kolejny raz nad pokojem zapanował diabelski cień Świętego Walentego.

Położył się spać około drugiej w nocy. Przy poduszce położył czarny jak smoła zeszyt, obok długopis z czarnym wkładem i wkrótce zasnął. Poprzedniego dnia zupełnie zapomniał o konieczności zapisywania snów. Obudził go budzik, więc odruchowo otworzył oczy, spojrzał najpierw w okno, potem rozejrzał się po pokoju i dopiero wtedy przypomniał sobie, co ma robić. Zamknął powieki, próbując sobie przypomnieć, co mu się śniło, ale nie był w stanie tego zrobić. Doskonale wiedział, że o czymś śnił, jednak tego treść ulotniła się wraz ze spojrzeniem w okno. Chcąc zapamiętać miniony sen, należy nie otwierać oczu i do niego wrócić, jak kiedyś wyczytał. Tym razem zrobił inaczej i cała nocna wizja umknęła. Leżał jeszcze kilkanaście minut, próbując przywołać senne obrazy, ale mu się to nie udało.

Potem wstał i podszedł do kartonu. Woda w nakrętce znikła niemal zupełnie, więc czym prędzej napełnił ją i postawił obok ptaka, który tej nocy poruszył się jeszcze bardziej, więc optymizm w nim wzrastał. Ale nadal leżał w bezruchu. Rano pojechał na wykłady, a gdy wrócił z nich, zobaczył, że tymczasowy podopieczny już nie leży, ale siedzi skulony w rogu kartonu, w innych jego częściach jest nieco pierza, a to znak, iż próbował się stamtąd wydostać. Rzucił okiem na pokrywkę z jedzeniem, ale nie zauważył, aby go ubyło, natomiast woda znikła prawie całkowicie. Wyglądało, że zdrowieje. Nie znał się na tym, ale czuł, że tak jest. Zdał sobie sprawę z jeszcze jednej rzeczy: otóż powinien pójść z nim do weterynarza, jednak nie mając zbyt dużo pieniędzy, zaniechał tego. Nie czuł się z tym zbyt dobrze, wiedząc, że specjalista mógłby szybciej pomóc, ale też rozumiał, iż nie każdy zająłby się chorym ptakiem w jakikolwiek sposób. (Swoją drogą to nie miał pojęcia, że weterynarz nie pomógłby wróbelkowi, gdyż oni ptakami się praktycznie w ogóle nie zajmują. Są w tym celu specjalne azyle na przykład przy ogrodach zoologicznych.) Potem zjadł coś na szybko, a ostatnio głównie tak jadał, i zasiadł do czytania zarówno publikacji, jak i tego, co było w internecie. Po raz kolejny rozpłynął się w niebycie, a uwaga pochłonięta była całkowicie tematem. Gdy zrobiło się ciemno, jeszcze bardziej zatapiając się w czytaniu, tradycyjnie zapalił dwie świece, Ślęczał przed komputerem, a mroczny nastrój nadawał całej sytuacji elementu magicznego. Spać się położył znów grubo po północy i usnął prawie od razu.

Nazajutrz rano, gdy tylko obudził go budzik, chciał od razu wstać, ale zdał sobie sprawę, że musi postarać się przypomnieć sobie sen. Zatem przekręcił się na brzuch, głowę wtulił w poduszkę i cofał się pamięcią do minionej nocy. Pamiętał fragmenty snu, ale przez dłuższy czas nie był w stanie ułożyć z tego jako takiej całości. Nie próbował sklecić z tego czegoś logicznego, gdyż czytał, i to do niego przemówiło, że sny wcale nie muszą być logiczne. Zanurzony we własnej pamięci, dwojąc się i trojąc, uznał w końcu, że nic więcej nie wykombinuje. Wtedy usiadł na łóżku, sięgnął po zeszyt i zapisał całą historię, przyobleczoną odrobiną abstrakcji. Notował najdrobniejsze szczegóły, ponieważ doczytał się, że to one mogą stanowić klucz do jak najszybszego panowania nad snami. Całość zajęła mu trochę ponad jedną trzecią strony, na dole zapisał datę oraz godzinę sporządzenia notatki. Potem odłożył zeszyt obok poduszki i wziął się za sprawy codzienne. Pierwsze co zrobił po wstaniu z łóżka, to zajrzał do ptaka, a z tym, jak mu się wydawało, było coraz lepiej, gdyż widniały wyraźne ślady przemieszczania się po całym kartonie. Wziął go na chwilę w dłoń, ptak zamarł, chwilę potrzymał, później odłożył i poszedł do toalety.

I podobnie mijały kolejne dni. Rano zapisywał, co pamiętał ze snów, doglądał ptaka, zjadał śniadanie, jechał na uczelnię, wracał, znów wróbel, coś do jedzenia, kolejne przeczytane rzeczy, tradycyjne odpalanie świec i do łóżka. Piątego dnia ptaszek zaczął coś jeść, a szóstego usilnie starał się wyfrunąć z kartonu, jednak to jeszcze mu się nie udało. Brał go w dłoń tak często, jak tylko mógł, a ten zamierał w bezruchu, a po jakimś czasie zaczynał piszczeć. Po tygodniu od pierwszej notatki miał już sporządzonych osiem wpisów, gdyż zdarzyło się raz, że w środku nocy obudził się i zapisał sen. Na uczelni wszystko układało się tak, jak powinno i tylko czasami udawał się do znajomego do sklepu, gdy ten potrzebował pomocy w pracy. Po kilkunastu dniach ptak, próbując fruwać, zaczął wyskakiwać z kartonu i zostawiał na podłodze niemiłe ślady w postaci odchodów. Wszystko było normalnie, a cykl odmierzały zapalane co wieczór świece. I ten cień Świętego Walentego.

W tym czasie wsiąkł całkowicie i poza zajęciami na uczelni był niedostępny praktycznie dla nikogo (oprócz kolegi ze sklepu – w końcu musiał z czegoś żyć). Nawet nie przyjął zaproszenia od rodziców. Temat świadomego snu pochłonął go w stu procentach. Po dwóch tygodniach przeczesał większość dostępnych na ten temat informacji i w zasadzie mógłby gdzieś się pokazać, jednak tak się wciągnął, że założył blog i wpisywał tam wszystko, czym żył: od wróbelka, przez treść snów, aż po własne postępy w wiadomej sprawie. Czarny notatnik się powoli zapełniał co rano, a wieczorami przepisywał to do internetu. Tam jednak dokonywał pewnej korekty, starając się nadać snom nieco fabuły, a może i grozy, ale zmiany te były czysto kosmetyczne, toteż nie czuł, aby blog był w jakikolwiek sposób fałszywy. Był po prostu pełniejszy i piękniejszy. Po kilku dniach zaczął otrzymywać wiadomości od innych z pytaniami dotyczącymi świadomego snu, treści marzeń sennych, ale także i wróbelka. Na początku marca tą ostatnią sprawą zainteresowała się jakaś dziewczyna, zasypując go komplementami, że tak potrafi się zatroszczyć o zwierzaka, ale także pisała, co u niej na co dzień. Nieco go zdziwiło, że obca dziewczyna pisze takie rzeczy, ale w gruncie rzeczy traktował ją z dużą sympatią. Nawiązali korespondencję, wymienili się email’ami i tą drogą pisywali do siebie codziennie.

Zastanawiał się, czym tak naprawdę są sny. Większość artykułów w internecie mówiła, że są odzwierciedleniem ukrytych pragnień człowieka, które przekazywane są do świadomości. Znalazł też wpisy, że sen to sposób na pozbycie się napięć i uporządkowania ważnych informacji pochodzących z dnia. I bardziej przemawiała do niego ta druga opinia. Również doszukał się informacji, że sny to z grubsza bełkot i nie należy próbować ich interpretować. To ostatnie nie stało jednak w pełnej opozycji ze stwierdzeniem, że to sposób na pozbycie się napięć. Co więcej, wydawało mu się to logiczne, gdyż zdawał sobie sprawę, że na co dzień nie zawsze wiemy, co wywołuje w nas napięcie. To znaczy, zdajemy sobie sprawę, kiedy się ono pojawia, ale nie do końca rozumiemy wewnętrzne tego przyczyny. Wielokrotnie zastanawiał się nad treścią swoich snów i nawet dogłębnie analizując, w większości przypadków nie mógł znaleźć korelacji z rzeczywistością. W sumie doczytał się, że aby je zrozumieć, potrzebna jest dogłębna wiedza z zakresu psychologii – jak na przykład symbolika. A może to tylko bełkot, niemający prawie nic wspólnego z rzeczywistością? Przemawiałoby za tym, że umysł ludzki nie znosi stagnacji i musi się zająć czymkolwiek. Nie ważne czym, ale aby tylko nie być „pusty”. To tak, jak z naczyniami połączonymi: to puste samoczynnie się napełnia.

ROZDZIAŁ V

W pierwszej połowie marca ptaszek przefruwał już nawet kilka metrów, jadł dość sporo i tylko odchody zostawione z różnych miejscach mieszkania mogły być uciążliwe. Przez chwilę zastanawiał się, czy nie kupić albo pożyczyć klatki, ale szybko uznał, że byłaby to niewola, a jej nie chciał mu zafundować; wolał się męczyć sprzątaniem niż więzić. Brał go na ręce tak często, jak mógł i za jakiś czas wróbel przyzwyczaił się do tego, a nawet zostawiony na dłoni na dłuższą chwilę nie próbował zejść. Któregoś razu Marcin obudził się, a na kołdrze, wpatrując się w niego, siedział ptak. Kwilił delikatnie, więc Marcin natychmiast otworzył oczy, zapominając o próbach przypomnienia sobie snu. Widok ten zarówno go zaskoczył, jak i niezwykle ucieszył, gdyż, jak się okazywało, wróbelek przestał się go w ogóle bać. Co więcej, nawet gdy Marcin zaczął się ruszać, to ptaszek nie uciekł, więc doszedł do wniosku, że w jakiś sposób się przywiązał. Było w tym coś magicznego, gdyż miesiąc to za mało, aby dzikie zwierzę się przyzwyczaiło. A może to on miał w sobie taką siłę?…

W połowie marca ptak już regularnie fruwał po mieszkaniu, więc on stwierdził, że nadchodzi czas, aby go wypuścić na wolność, jednak zanim tego dokonał, to podzielił się tym na blogu. Tego dnia wieczorem odezwała się Kasia, bo tak miała na imię dziewczyna, z którą korespondował, i zapytała, czy mogłaby do niego wpaść i osobiście obejrzeć wychowanka przed wypuszczeniem. Mieszkała także w Warszawie, więc z tym aspektem nie było problemu. Zdziwiło go to nieco, ale bez wahania się zgodził. Następnego dnia posprzątał nieco w mieszkaniu, zrobił na szybko coś do jedzenia i czekał z niecierpliwością.

Pojawiła się około dwudziestej. Była bardzo ładną dziewczyną, szatynką z włosami do ramion, twarzą delikatną, nieco pociągłą i zielonymi oczyma. Nie była bardzo szczupła, ale do otyłych też jej nie można było zaliczyć. Niektórzy stwierdzali, iż mogłaby zrzucić parę kilo, a inni, że ta delikatna nadwaga nic jej nie ujmuje. Jemu się spodobała od samego początku, toteż zaraz po przekroczeniu przez nią progu, wpatrując się w jej oczy i lekko unosząc brwi, dał jej o tym znać. Była to jedna z tych kobiet, które by sam sobie wybrał, gdyby sytuacja była nieco inna. Tymczasem to ona pierwsza nawiązała kontakt, więc różniło się to od jego przyzwyczajeń. Jednak od razu poczuł do niej to coś. Od pierwszego wejrzenia wydała mu się bliska i piękna. Przywitała się, uśmiechnęła i natychmiast spytała, gdzie ptaszek. Siedział w większym pokoju na krześle. Na jej widok zapiszczał, przeskoczył nieco dalej i skulił się w kłębek. Próbowała do niego podejść, ale widząc reakcję, zaniechała, stwierdzając tylko, że chyba czuje się tu niezmiernie dobrze. Marcin za chwilę przeniósł go do mniejszego pomieszczenia, a oboje zasiedli do stołu. Zaproponował coś do jedzenia, ale poprosiła tylko o kawę, więc zrobił dwie. Od samego początku patrzyła w niego jak w obrazek, obserwując każdą reakcję, każde ułożenie ciała, a on, widząc to, delikatnie się uśmiechał i od czasu do czasu spuszczał uwodzicielsko wzrok.

– To mówisz, że masz go od początku lutego? – spytała.

– Tak, znalazłem go, jak były te siarczyste mrozy – odpowiadał, przyglądając się jej. – Na początku nie okazywał prawie oznak życia, a teraz tylko wystarczy popatrzyć… – Napił się kawy i dodał – zresztą znasz jego historię.

– Aż szkoda go wypuszczać. – Zrobiła niezwykle przejętą minę, ściszyła nieco głos, po czym trochę dziecinnie dodała – jest taki słodki…

– Też mi żal, ale nie będę go więził. – Pokazał wzrokiem drugi pokój, a następnie z lekkim smutkiem kontynuował – na dworze będzie miał lepiej, bo zrobiło się w miarę ciepło i pewnie dołączy do towarzyszy.

– Z tego, co widzę, to się do ciebie przywiązał…

– Tak. – I pokręcił głową. – Aż sam jestem w szoku, że stało się to tak szybko.

– Ciekawe czy będzie przylatywał w odwiedziny? – nachylając się nieco w jego stronę, spytała z odrobiną ekscytacji.

– Też się nad tym zastanawiałem – teraz spuścił wzrok, po chwili zrobił głęboki oddech i dokończył – ale szczerze powiedziawszy, to wątpię. Może mnie polubił, ale to dzikie zwierzę.

– A mogę zajrzeć do drugiego pokoju i zobaczyć go jeszcze raz?

– Pewnie, że tak. – Kiwnął głową, pokazując jej, aby czuła się jak u siebie.

Wstała, przeszła do progu wspomnianego pomieszczenia i od razu zwróciła uwagę na wypalone do połowy dwie świece.

– Świece… – zauważyła, spojrzała mu w twarz i dopytała – zapalasz je w chwilach romantycznych z dziewczyną?

– Nie mam dziewczyny… – Zawiesił głos, także spojrzał jej głęboko w oczy, flirciarsko się uśmiechnął i dodał – sam je zapalam co wieczór. Lubię taki nastrój.

– Romantyczny jesteś. – Odwzajemniła zaloty i delikatnie przeczesała włosy.

– Może i tak. – Otarł się o nią w znaczący sposób i odwrócił się, aby pójść z powrotem do stołu, ale po chwili poczuł jej ręce na biodrach.

Spojrzał jej w twarz, ona gapiła mu się prosto w oczy i poczuł pożądanie. Błyskawicznie zaczęli się całować i nim się zorientowali, rozbierając się nawzajem, leżeli na łóżku. Trwało to prawie pół godziny, a gdy było po wszystkim, on wstał, zapalił świece, zgasił inne światła i ponownie się położył obok niej.

– Ten święty daje prawdziwie demoniczny cień – cichutko stwierdziła.

– To Święty Walenty. – Najpierw popatrzył na figurkę, potem na cień, a następnie jej w oczy, uśmiechając się. – Nie dość, że się rymuje, to jeszcze patron zakochanych.

– To miło być przy nim z tobą… – wyszeptała. – Ale cienia się boję.

– Nie zwróciłem na niego uwagi, ale faktycznie ma w sobie coś diabelskiego. – Jeszcze raz przyjrzał się konturom na ścianie.

– A może to nie Walenty, tylko jakiś bies?

– Nie. – Kolejny raz się uśmiechnął. – Takich rzeczy nie trzymałbym w domu.

– Jesteś wierzący? – zapytała, podnosząc odrobinę głos.

– Tak, a ty?

– Ja też. – Pokiwała głową. – Choć raczej rzadko bywam w kościele.

– To tak, jak ja. – Sięgnął pamięcią wstecz, chwilę pomyślał i wyjaśnił – ostatnim razem byłem w Boże Narodzenie.

– Ale w twoich snach nie doczytałam się niczego związanego z wiarą – zauważyła.

– W sumie masz rację. – Przybrał nieco ironiczną minę. – Tam jest tylko istny kosmos.

– To prawda – odwzajemniła to i cichutko się zaśmiała. – Są odjechane…

– A tobie co się zwykle śni?

– Wiesz… – Patrząc tępo przed siebie, zamyśliła się. – Ostatnio śnił mi się jakiś pogrzeb, ale dziwny był, bo trumna była pusta. Potem siedziałam przy jakimś oknie i tylko się gapiłam. Tyle, co zapamiętałam.

– A wcześniej jakie miałaś sny? – dopytał, wykazując spore zainteresowanie.

– Zanim zaczęłam czytać twojego bloga – wyjaśniała z odrobiną zobojętnienia w głosie – to nie zwracałam na nie uwagi. Czasem coś tam pamiętałam po przebudzeniu, ale szybko wyparowywało to z głowy.

– A nie chciałabyś się nauczyć świadomie śnić? – Teraz to już uniósł głowę, wyraźnie pobudzony.

– Absolutnie nie! – podniosła głos i dało się wyczuć, że nie spodobało jej się to pytanie. – Uważam, że sny są w taki, a nie inny sposób człowiekowi dane i nie należy tego zmieniać. Według mnie to zbyt niebezpieczne.

– Nie ma w tym nic niebezpiecznego. – Próbując trochę złagodzić sytuację, uśmiechnął się.

– Wolę nie eksperymentować. – Wykazywała już mniej niechęci, ale kontynuowała nadal dość ostro – a poza tym wystarcza mi rzeczywistość, więc po co miałabym panować nad tym, co w nocy?…

– Mi się tam marzy jakaś niewyobrażalna historia, na którą nie byłoby mnie normalnie stać… – Tym razem to on tępo patrzył przed siebie, zapadając się w marzeniach.

Leżeli dłuższy czas przy zapalonych świecach i w obecności diabelskiego Walentego. Wróbelek popiskiwał od czasu do czasu, a oni cieszyli się sobą nawzajem. Około północy zgasił świece, ale usnęli za dobre dwie godziny.

Następnego dnia, po powrocie z uczelni wziął w ręce wróbelka, otworzył okno i wystawił go na zewnętrzny parapet. Ptak przez dłuższy czas tylko siedział, ale w pewnym momencie po prostu odfrunął. Najpierw zniżył lot o kilka metrów, ale wkrótce go nieco podniósł, skręcił i poleciał na pobliską topolę. Marcin przez kilkadziesiąt minut, starając się podążać za nim, wyglądał przez otwarte okno, ale gdy zmarzł, zamknął je i poszedł coś zjeść. Wychowanek był zdrowy i wolny. Stojąc w kuchni, pomyślał, że po fakcie nada mu imię i nazwał go Kasiek.

ROZDZIAŁ VI

Najbliższy czas był nieco cięższy, gdyż Kasiek odleciał, on został sam w mieszkaniu i tylko wpadająca co kilka dni Kasia wnosiła tam odrobinę życia. Ich spotkania były przesycone zarówno seksem, jak i bliskością emocjonalną. Oboje zapałali do siebie niezwykle wielką sympatią od pierwszego wejrzenia i czekał na nią za każdym razem, a ona zawsze starała się być u niego jak najszybciej. Mieszkała z rodzicami, więc jak na razie nie odwiedzał jej, toteż spotykali się tylko u niego. Nie wychodzili nigdzie, gdyż wystarczała im swoja własna obecność. Ona wielokrotnie wspominała Kaśka (zresztą niezwykle była zadowolona z jego imienia, zdając sobie sprawę, że nadał je z jej powodu), a on także dość często stał w oknie, wyglądając, czy nie przyleci albo po prostu go gdzieś nie zobaczy. Co prawda był niemal pewien, że z daleka i tak by go raczej nie rozpoznał, ale miał nadzieję. W dni, kiedy siedział sam, albo próbował wyszukiwać nowe informacje czy opinie na temat świadomego snu, albo zajmował się blogiem, który notabene pochłonął go niemal całkowicie. Teraz zapisywał tam prawie wszystko, co mu się przydarzało, jednak w sprawie swojej nowej dziewczyny nie napisał nic, poza informacją, że była i widziała wróbelka. Rano się budził, coraz bardziej zapełniając czarny brulion, potem studia, czasem praca u znajomego, następnie zwyczajowe zapalanie świec, pisanie bloga, sen i tak w kółko. Jedynym urozmaiceniem były wspomniane, romantyczne wizyty kobiety.

Któregoś dnia odkrył, że jedna sytuacja powtarza się w snach cyklicznie i jest to przeprowadzka do aktualnego mieszkania. Powraca średnio raz w tygodniu i zawsze jest wtedy zarówno podekscytowany, jak i nieco przestraszony. I te uczucia są wyraźną kopią tego, co czuł, kiedy w rzeczywistości się przenosił. Był podekscytowany, bo przeprowadzka na swoje jest niemal zawsze taka dla młodego człowieka, natomiast wystraszony, gdyż zdawał sobie sprawę z ograniczonych środków finansowych, ale także ze swojej skłonności do brania na siebie winy, a to ostatnie traktował wtedy jako psychiczną ułomność i jej się obawiał. Od czasu, gdy uświadomił sobie powracający sen, zaczął na co dzień wykonywać jedną, charakterystyczną czynność, jeśli coś mu się z nią kojarzyło, a była to próba wykręcenia sobie lewej dłoni. W rzeczywistości było to nieco bolesne, ale zdawał sobie sprawę, że we śnie takie nie będzie i ten właśnie szczegół pozwoli odróżnić jedno od drugiego. Także jak widział na przykład samochód dostawczy (a takim przewieziono jego rzeczy do nowego mieszkania), to wykręcał sobie ową dłoń. To samo czynił, gdy przekraczał próg swojego domu. I podobnych korelacji uczynił dość sporo, aby jak najszybciej zapanować nad snem.

Mimo iż przeczesywał niemal wszystko, co było dostępne w internecie, to nie znalazł informacji, czemu tak się dzieje, że we śnie możemy więcej – na przykład kompozytorzy tworzą wtedy lepsze dzieła. Niby wiedział, że sen rządzi się własnymi prawami i nie obowiązują tam takie ograniczenia jak na co dzień, ale nie tłumaczy to choćby tych lepszych kompozycji. Któregoś razu spytał kolegę, który go wciągnął w ten temat, ale tamten tylko stwierdził, że wtedy uruchamiają się nasze wszystkie zasoby, podczas gdy za dnia część z nich mamy wyłączone. Jednak to do niego nie przemawiało. On potrzebował czegoś więcej – informacji dogłębnej i przekonywującej. Także w tej kwestii czuł spory niedosyt i nawet zastanawiał się, czy pójść do psychiatry, u którego już był, bo być może on wie coś więcej na ten temat. Jednak zaniechał tego, stwierdzając, że skoro był zmuszony przestać brać leki, to lekarz ten nie zawsze wie, co robi i nie wszystko rozumie.

Pod koniec kwietnia nastąpiła trudna sytuacja między nim a dziewczyną. Otóż, ustalając wcześniej miejsce i godzinę, mieli się spotkać na mieście (zresztą po raz pierwszy). Zjawił się mniej więcej o czasie, ale czekał dość długo, a po dwudziestu minutach zadzwonił i okazało się, że ona myślała, iż mają się spotkać godzinę później. Dobrze wiedział, że nie popełnił błędu, gdyż zaraz po umówieniu się zanotował to w telefonie. Jednak gdy się już spotkali, wziął całą sytuację na siebie, tłumacząc, iż to on coś pokręcił. Potem ona okazała skruchę, twierdząc, że nie po raz pierwszy tak się pomyliła, tym niemniej on oznajmił, iż tym razem to niej wina. W efekcie przytuliła go i wyszeptała, że jest kochany. Zachowała się zgoła inaczej niż jego poprzednia kobieta, ale on nieco później, po powrocie do domu uznał, że naprawdę jest z nim coś nie tak, gdyż w pewnym momencie uwierzył w swoją winę. Potem jeszcze wspólnie pojechali do jego rodziców na obiad i siedzieli tam prawie dwie godziny. Jak już wrócił do siebie, wieczorem tylko zapalił świece, włączył telewizor i gapił się bezmyślnie, usiłując ogarnąć swój umysł.

W połowie maja żadnych efektów prób kontroli snów jeszcze nie było, ale nie zamierzał się poddawać. Wielokrotnie czytał, że te mogą przyjść po kilku miesiącach czy nawet dopiero roku, jednak zadowolenie z tego powodu będzie ogromne, stanowiąc zadośćuczynienie za poświęcone zabiegi. Toteż co rano zapisywał treść nocnych wizji, a w ciągu dnia ćwiczył nawyk wykręcania sobie lewej dłoni. Z Kasią układało się jak najlepiej i tylko wyglądając Kaśka, często stawał przed oknem. Jak do tej pory go nie zauważył. Wieczorem zapalał świece i przy nich pisał bloga czy na przykład uczył się do wykładów. (Przy tym ostatnim zapalał czasem lampkę, gdy miał do czynienia z książkami czy odręcznymi notatkami.) Któregoś razu dziewczyna przyjechała wczesnym popołudniem, gdyż wtedy miała dzień wolny. Od razu wskoczyli do łóżka, potem wyszli na długi spacer, a następnie znów się kochali. To był jedyny raz, kiedy zrobili to dwukrotnie jednego dnia i oboje byli tym zaskoczeni. Tego też dnia usłyszeli kwilenie od strony okna, on podbiegł i zobaczył odfruwającego wróbelka. Był pewien, że to Kasiek. Ona do niego podeszła, przytuliła i stwierdziła, że ptak chyba nie zapomniał.

ROZDZIAŁ VII

Następnego dnia był umówiony u znajomych w Ostrołęce, więc gdy tylko słońce uniosło się ponad horyzont, wyszedł z domu, udał się na wylotówkę w tym kierunku i zaczął łapać stopa. Przez dłuższy czas nikt nie chciał się zatrzymać, jednak po kilkudziesięciu minutach zobaczył stającą Mazdę Sześć Dwa Sześć, a w środku troje młodych ludzi.

– Dokąd? – spytała blondynka siedząca obok kierowcy.

– Do Ostrołęki – odpowiedział.

– Wsiadaj – zaprosił go kierowca.

– Jestem Marcin – przedstawił się, zajmując miejsce na tylnej kanapie obok dziewczyny, która olśniła go już jakiś czas temu, gdyż, jak się okazało, znał je obie od siebie z uczelni. Ubrana była w szare dżinsy, brązowe, sportowe buty, szarą bluzkę i błękitny, rozpinany sweterek. Włosy miała kasztanowe, spięte w kok z tyłu głowy.

– Magda – przedstawiła się blondynka z przodu.

– Agnieszka jestem. – Podała mu rękę ta obok niego.

– Dziewczyny, zdaje się, że studiujemy razem na polonistyce? – zapytał retorycznie.

– Właśnie miałam powiedzieć, że gdzieś cię widziałam – stwierdziła Magda.

– Chyba jesteście na pierwszym roku? – patrząc cały czas na Agnieszkę, kontynuował.

– Tak, a ty? – wtrąciła się Aga.

– Ja na czwartym.

– Niesamowite spotkanie – mówiła Magda.

– To prawda, ja bym się tego nie spodziewał.

Teraz, po raz pierwszy mógł się przyjrzeć Agnieszce. Wyglądała wręcz oszałamiająco, więc przez dłuższy czas przypatrywał się tylko jej. Niby rozmawiał z obiema dziewczynami, ale liczyła się tylko ona. Była uosobieniem tego, co mógłby sobie wymarzyć. Wielokrotnie myśląc o świadomym śnie, widział ją pojawiającą się w nim, a teraz ta niewyobrażalna bogini siedziała obok i z nią rozmawiał. Bywały momenty, gdy już na uczelni chciał ją zaczepić, ale zawsze brakowało odwagi i odchodził ze zwieszoną głową. Tymczasem obecnie nie musiał robić prawie nic, aby się do niej zbliżyć; wystarczyła zwykła rozmowa i na przykład prośba o numer telefonu. Dodatkowo pomyślał, że nieprawdopodobny zbieg okoliczności, czyli spotkanie w zatrzymanym aucie, był znakiem, iż będą razem. Tak, wierzył w takie rzeczy, nimi żył, ale z nikim się tym nie dzielił. To było prywatną i intymną magią. Gawędzili o wykładowcach, o egzaminach, ale także o wspólnej podróży. Nie liczyło się dla niego nic innego poza Agnieszką i nawet zobaczył, że nieco się speszyła, widząc, że gapi się tylko na nią, jednak nie był w stanie oderwać od niej wzroku. W pewnym momencie wzdrygnęła się i tonem iście oficjalnym oznajmiła:

– Na polonistyce jestem tylko do końca roku, potem przenoszę się na psychologię.

Zadziałało to na niego niezwykle pozytywnie, gdyż sam zdawał sobie sprawę ze swoich problemów psychicznych i ostatniego zainteresowania ludzką psychiką. Przecież całe zabiegi ze świadomym snem to niemal czysta psychologia.

– A czemu zmieniasz kierunek? – spytał ją chwilę później?

– Bo tamto mnie bardziej interesuje – oznajmiła znów bardzo oficjalnie.

– Też ostatnio się zastanawiałem, czy tam nie pójść, ale chyba najpierw muszę skończyć ten kierunek – wyjaśniał. – W końcu niedużo już zostało. Zakamarki ludzkiego umysłu mnie fascynują. Już coś na ten temat czytałem i to jest moje hobby.

– Pewnie, że tak – wtrąciła się blondynka. – Ukończ polonistykę, a na psychologię zawsze będzie jeszcze czas.

– Co prawda, chciałbym już, ale co nagle to po diable. – I na myśl mu przyszedł cień Świętego Walentego. – Bo wiecie dziewczyny, sam widzę, że miewam czasem nierówno pod sufitem. – Zaśmiał się, dając im do zrozumienia, iż to był żart.

– Nie ma ludzi zdrowych – są tylko niezdiagnozowani – odparła ze śmiechem blondynka z przodu, podczas gdy Aga siedziała nieco wycofana z tej dyskusji.

Potem jeszcze gadali chwilę, po czym wyciągnął telefon.

– Dziewczyny, mogę dostać wasze numery? – spytał dość niepewnie i dodał – to w razie, gdybym miał dla was jakieś informacje.

– Nie ma problemu – odparła ta z przodu i podała mu go.

Nastała cisza, w której dopadło go poczucie, że być może zbyt szybko o to poprosił, gdyż Agnieszka tylko siedziała wpatrzona za okno. Jednak po jakimś czasie spojrzała na niego, nieco zmierzyła wzrokiem i podała swój numer. Potem jechali dalej, dyskutując i śmiejąc się, aż dotarli do Ostrołęki, gdzie wysiadł i ruszył do znajomych.

Idąc przez nieznane miasto, w głowie miał tylko Agnieszkę. Nic innego się nie liczyło. Zawróciła mu w głowie całkowicie, odbierając zarówno zdrowe zmysły, jak i świadomość prawie w ogóle. Szedł, powłóczył nogami, świat zewnętrzny prawie nie istniał i tylko od czasu do czasu zatrzymywał się, pytając kogoś o drogę. Niby wiedział, że w Warszawie ma kochającą, piękną dziewczynę, ale w tym momencie ona dla niego nie istniała. Dwukrotnie się nieco pogubił i do znajomych dotarł trochę skołowany i nieobecny. Była sobota i początkowo miał posiedzieć u nich do popołudnia następnego dnia, lecz po kilku godzinach stwierdził:

– Miałem telefon i muszę wracać do Warszawy.

– Marcin, zostań dłużej. Tak się cieszymy, że przyjechałeś – mówiła dziewczyna.

– Zostań, jutro pojedziesz – naciskał chłopak.

– Niestety coś niedobrego dzieje się z moją kobietą i muszę.

– Coś poważnego? – spytała.

– To się okaże, mam nadzieję, że nie.

– A nie poradzi sobie do jutra sama? – dopytał chłopak.

– Nie wiem, ale chcę być przy niej.

– Jak uważasz, ale my jesteśmy za tym, żebyś został – naciskała.

– Też chętnie bym pobył, ale muszę z nią być.

– Skoro tak, to odwieziemy cię na wylotówkę – oświadczył chłopak.

– Dzięki.

Odwieźli go, a on znów autostopem wrócił do Warszawy. Po powrocie nie zamierzał ani jechać do Kasi, ani nawet jej informować, że już jest. Po prostu chciał być sam i tylko sam. Wieczorem zapalił dwie świece, włączył z komputera muzykę (a robił to niezwykle rzadko), położył się na łóżku i marzył o Adze. Tak dużo by dał, aby już móc świadomie śnić, bo wtedy byłby razem z nią. Zapadł się gdzieś w głąb swojej wyobraźni, a rozdygotany cień ogarniał cały pokój.

Następnego dnia rano zaczął sobie przypominać, co mu się śniło i odkrył, że była to ona. Trzymając się za ręce i prawie nic nie mówiąc, siedzieli razem na jakimś pomoście nad jeziorem. Zapamiętał tylko tyle. Przewrócił się na brzuch, grzebiąc w pamięci w poszukiwaniach czegoś więcej, ale nic innego nie było. Tylko on, ona, pomost i jezioro. Po tym jak wstał, bez wahania zapisał to w notatniku. Potem siedział w domu, cały czas o niej rozmyślając. Dopiero telefon od Kasi go nieco oprzytomnił. Wtedy umówił się z nią na wieczór i znów tylko leżał.

Przyszła około dwudziestej pierwszej i na dzień dobry zaciągnęła go do łóżka. Po wszystkim zapalił świece, usiadł nago na brzegu i oświadczył:

– Z nami koniec. – Spuścił głowę, nieco się odwrócił i dodał – przykro mi.

– Słucham? – wysylabizowała, błyskawicznie podniosła się z łóżka i starała się przytulić.

Natychmiast wstał, założył majtki, potem spodnie i ostro stwierdził:

– Lepiej, jak już sobie pojedziesz i więcej tu się nie pojawisz.

– Marcin… – Rozpłakała się. – Co się dzieje?

– Nic, po prostu muszę być sam.

– Jak potrzebujesz więcej swobody, to tylko powiedz. – Wstała, znów starała się przytulić.

– Nie. O nic nie pytaj… – Spojrzał jej głęboko w oczy. – Nie zrozumiesz. Wracaj do siebie.

– To przez te próby kontroli snów, prawda? – zapytała, płacząc.

– Wiesz… – Zawiesił głos i zastanowił się jak by tu zrobić, aby ją jak najmniej bolało. – Po prostu zrozumiałem, że muszę być sam.

– Jakaś inna kobieta? Ładniejsza ode mnie? – zapytała z błaganiem w głosie.

– To nie tak… Ty mi się bardzo podobasz i nikogo więcej nie zamierzam szukać… – Spuścił głowę, przez chwilę błądził w myślach i dodał – nie mam siły… Ubieraj się i wyjdź jak najszybciej.

Potem ona dość długo ślęczała w łóżku, łkając czy nawet szlochając, a on siedział w drugim pokoju w bezruchu. W końcu się ubrała, jeszcze raz próbowała się do niego zbliżyć, ale gdy tylko podchodziła, wstawał i odchodził bez słowa w inne miejsce. Wyszła około dwudziestej trzeciej.

ROZDZIAŁ VIII

Następnych kilka dni w ogóle nie wychodził z domu, mimo iż powinien uczęszczać na uczelnię. Głównie leżał w łóżku i tylko czytając na temat swojej nowej pasji, zasiadał przed komputerem. W środę pojawił się sen z przeprowadzką, lecz nie był w stanie nad nim zapanować. Obudziwszy się, zapisał go. W czwartek pojechał na studia, ale wszystko, co się tam działo, niemalże umknęło uwadze. Po powrocie do domu miał ochotę odezwać się do Agi, ale zaniechał tego z bliżej nieokreślonych powodów. Jednak wieczorem, jak ostatnio zwykle, położył się na łóżku, zapalając wcześniej swoje świece. Cały czas myślał o Adze jak o swojej przyszłej dziewczynie. Znał ją ledwo co, a mimo to, dla niej rzucił dotychczasową kobietę i snuł w stosunku do niej dalekosiężne plany. Doskonale wiedział, że prawdopodobnie nie spotka jej już wcale, a jednak nie był w stanie się otrząsnąć. Spotkanie w samochodzie było dla niego dobrym znakiem i początkiem nowego. Dodatkowo sen, który się pojawił dnia następnego po jej spotkaniu, dał nadzieję i wiarę we wspólną przyszłość. Odpływał gdzieś w nieznane.

Kasia próbowała dzwonić co kilka dni i na początku odbierał jej telefony, tłumacząc, że nic z tego nie będzie, jednak z biegiem czasu przestał reagować na wyświetlające się w telefonie jej imię. Tylko stojąc od czasu do czasu w oknie i wypatrując Kaśka, powracał do niej myślami i były krótkie chwilę, że żałował swojej decyzji, jednak potem mówił nie, otrząsając się z tych wspomnień. Wróbelek się nie pokazywał i nie wpływało to na niego krzepiąco, więc coraz bardziej zapadał się w swoje marzenia na temat Agnieszki. Na blogu nie wspomniał o niej z dwóch powodów: po pierwsze uważał to za sprawę zbyt intymną, a po drugie nie chciał, aby Kasia o tym coś wiedziała. W tym okresie zapisał czarny zeszyt do połowy i któregoś razu przeglądając swoje notatki, doszedł do wniosku, że z biegiem czasu pojawia się tam coraz więcej szczegółów. Zrozumiał, że trening czyni mistrza, a brulion jest tego najlepszym dowodem. Kilka dni później Kasia zaczęła wydzwaniać do jego rodziców, gdyż numer ten posiadała od jakiegoś czasu. Bardzo się o niego martwiła i chciała, aby ktoś z nim porozmawiał, a może nakłonił do zmiany decyzji w jej sprawie. Po tych telefonach matka nawet przyjechała osobiście.

– Marcin, wszystko w porządku? – spytała, siedząc przy stole.

– Tak, mamo, wszystko ok.

– Czemu zerwałeś z Kasią? – Martwiła się.

– Bo chcę być sam, a ten związek był pomyłką – odparł bardzo oficjalnie.

– Ale mówiłeś, że ci z nią dobrze i że nie jest taka, jak twoja poprzednia.

– Mimo wszystko to nie to – kontynuował w tym samym stylu.

– Bardzo ją polubiłam. Ale nie myśl, że rozmawiam z tobą, bo chcę dobrze dla niej. Mimo że ją lubię, to chcę dobrze tylko dla ciebie.

– Mamo, jak chcesz dla mnie dobrze, to zaakceptuj to, że tak będzie lepiej.

– Trudno mi to sobie wyobrazić… – Zamyśliła się. – Przecież zawsze powtarzałeś, że zależy ci na dziewczynie.

– Ale też mówiłem, że nie na jakiejkolwiek. Na konkretnej. A Kasia taką nie była.

– Marcin, na pewno nic złego się nie dzieje?

– Mamo, na pewno. Właśnie ożywam.

– Jak sobie chcesz, ale gdybyś chciał porozmawiać, to pamiętaj, że ze mną możesz o wszystkim.

– Dziękuję, mamo – zakończył, cały czas w oficjalny sposób.

W końcu wróciła do domu, a on był coraz bardziej nieprzytomnie zakochany i tylko cykliczne odpalanie świec niezmiennie wymierzało rytm dnia i nocy.

Pod koniec maja położył się jak zwykle późnym wieczorem do łóżka, zgasił świece i rozmyślając na temat Agi, leżał tak dłuższą chwilę. W pewnym momencie usłyszał niezidentyfikowane dźwięki od strony okna. Przez chwilę je ignorował, ale potem ruszył się nieco, zapalił lampkę, jeszcze przez moment nasłuchiwał i to coś dobiegło ponownie. Wstał, podszedł do okna i zobaczył Kaśka siedzącego na metalowym parapecie na zewnątrz. Natychmiast otworzył okno, a ptak wfrunął do środka. Najpierw podleciał do stojącego obok krzesła, a następnie przemieścił się do większego pokoju i usiadł na podłodze, w pobliżu miejsca, gdzie niegdyś stało kartonowe pudełko. Znowu zaczął kwilić, więc Marcin, podążając za nim, podszedł do niego, wyciągnął dłoń, a wróbelek na nią wszedł. Marcin mało nie podskoczył z radości, ale nie chcąc go płoszyć, tylko uśmiechnął się szeroko, po czym razem z nim poszedł do kuchni po coś do jedzenia. Zostało jeszcze nieco pokarmu, który kupił, znajdując go, więc jedną ręką wsypał do pokrywki od słoika, a na drugiej cały czas siedział Kasiek. Przeszedł z nim do pokoju i postawił na podłodze pokrywkę, a obok dał zejść ptakowi. Wróbelek zaczął jeść, momentami popiskując i łypiąc na niego wzrokiem. W tym czasie on usiadł na jednym z krzeseł i obserwował, co się dzieje. Nie wierzył własnym oczom, że Kasiek znów zawitał, gdyż to mu się wydawało wręcz niewyobrażalne. Dzikie zwierze pamiętało i wróciło. Kilka chwil później ptak się najadł, usiadł na podłodze, więc on znów się zbliżył i kolejny raz wyciągnął rękę. Wróbelek bez wahania na nią wskoczył. Potem siedzieli kilkanaście minut, aż Kasiek przefrunął na wewnętrzny parapet, więc czas go wypuścić. Odlatując w ciemną noc, zostawił po sobie ciepłe wspomnienie. Tej nocy Marcin wszedł na bloga i zamieścił informację o niespodziewanych odwiedzinach. Późniejszych komentarzy było mnóstwo, a wszyscy nie mogli uwierzyć, że to prawda. Jakiś czas później położył się z powrotem do łóżka i niedługo zasnął.

ROZDZIAŁ IX

Zaczęło mu się śnić, że się przeprowadza i nagle zadziałał wyuczony odruch, więc we śnie wykręcił sobie lewą rękę i nie poczuł bólu. Powtórzył to jeszcze kilkakrotnie i dotarło do niego, że śni. To było uczucie wręcz niesamowite. Cała wielotygodniowa praca przyniosła skutek i teraz mógł być, gdzie chciał i z kim chciał. Przez chwilę pozostał tam w miejscu, ale potem postanowił spotkać się z Agnieszką. Chwila moment i siedział z nią u siebie w domu przy stole przy zapalonych świecach. Zaczęli rozmawiać i był wniebowzięty. Sam na sam ze swoją marzeniową miłością, w dodatku widział, że ona też jest szczęśliwa, więc co mu więcej było trzeba?… Gadali, uśmiechając się do siebie nawzajem, przyobleczeni odrobiną magii. Wreszcie dokonał tego, nad czym tak długo pracował…

Obudził go zwyczajowo budzik, ale tym razem natychmiast doskonale pamiętał wszystko z nocnej wizji. Zarówno ją, jak i każdy szczegół, więc nie wiele myśląc, chwycił telefon i wysłał do niej następującą wiadomość:

Śniłaś mi się i to był bardzo miły sen. Byłaś w nim szczęśliwa i ze mną…

Nie liczyło się nic innego, oprócz niewyobrażalnego szczęścia. Nawet nie pomyślał, że ona może to źle odebrać. To było kompletnie nieistotne. Istniał tylko świadomy sen i to, co aktualnie czuł. Dopiero potem skojarzył wizytę Kaśka z następującym po nim przełomem i uznał, że to był dobry znak. „Skoro to był znak, to znaczy, że będziemy razem” – tak myślał. – „To tylko kwestia czasu”.

Od tego dnia kładł się wcześniej, aby jak najszybciej zapaść w sen, a tym samym śnić o niej. Przez pewien czas nie mógł powtórzyć sennej świadomości, więc budził się rano dość smutny i wykonując swoje codzienne obowiązki, czekał tylko na wieczór. Nadal spisywał nocne wizje, ale zaprzestał prowadzenia bloga. Uznał, że temat Agi jest zbyt intymny, aby się nim dzielić. Kilka dni później, wysyłając maila z pytaniem, czy wszystko w porządku, zainteresowała się tym Kasia, na co odpisał, że zamyka temat, bo nigdy nie uda mu się kontrolować snów i kategorycznie zabronił do siebie więcej pisać.

Za kilka dni powtórzyła się kontrola snu, znów się spotkał z Agą, byli oboje szczęśliwi i nawzajem w sobie zakochani. Tym razem jeszcze nie próbował doprowadzić do zbliżenia, a mimo to po obudzeniu roznosiła go energia. Ponownie wysłał jej wiadomość, z informacją co u niego słychać i że tęskni. Nie wspominał o nocnych wyczynach, bo już wtedy wydawały mu się one zupełnie realne. Myślał kategoriami snu i tym żył.

ROZDZIAŁ X

Najbliższy okres w jego życiu zaczyna być nieco niejasny, gdyż zatracił poczucie rzeczywistości i to, co dalej napiszę, będzie oparte głównie na relacjach osób trzecich, ale także na szczątkowych zapiskach, ponieważ przestał zapisywać sny, lecz zamiast tego tylko odrobinę tego, co się działo na co dzień.

Ważne jest to, że nadal co wieczór zapalał świece, czasem godzinami przypatrując się dwumetrowemu cieniowi patrona. Ogień, delikatnie kołysząc się i pulsując, chłonął stearynę. I od czasu pierwszej nocy z Kasią zaczął zwracać na cień baczną uwagę, przypisując mu jakąś nadprzyrodzoną moc, a ten ogarniał go z dnia na dzień bardziej i bardziej. Marcin coraz częściej rządził tym, co w nocy i zawsze spotykał się z nią. Po kilkunastu dniach próbował uprawiać z nią seks, ale wtedy odepchnęła go i wyszła bez słowa. Za każdym razem po przebudzeniu wysyłał jej sms’y i nie liczył na jakikolwiek odzew. Liczyło się tylko to, aby dać znać, że jest wybranką. Co noc starał się z nią kochać, a ona co noc uciekała i za żadne skarby nie był w stanie spowodować, aby było po jego myśli. Niby sam rządził swoimi wizjami, jednak ona była w nich jak żywa – poza kontrolą. Studia odpuścił sobie w ogóle i tylko od czasu do czasu pojawiał się u znajomego w sklepie, aby zarobić na życie – z tej konieczności jeszcze zdawał sobie sprawę. Jakiś czas później przestał jednak odbierać jakiekolwiek wiadomości, a i niektóre połączenia ignorował. Któregoś razu, po kolejnej nieudanej próbie zbliżenia się do niej, wysłał jej wiadomość:

Jak nie będziesz ze mną, to zobaczysz, co zrobię. Będziesz tego żałowała.

Świadczy to o tym, że już wtedy nie za bardzo wiedział, co jest snem, a co jawą. W nocy spotkał się przecież z jej wyobrażeniem, a rano wysyłał wiadomości do jej realnej… Tak naprawdę nie wiemy do końca, co zamierzał, ale wkrótce potem ona zadzwoniła.

– Halo – odezwał się zalotnie – a jednak zadzwoniłaś, bo już się martwiłem.

Po tych słowach usłyszał tylko przeciągłe: „aaallleee” i po kilku kolejnych się rozłączyła. Wiadomo, że wtedy miał ochotę natychmiast oddzwonić, lecz z niewiadomych względów tego nie zrobił. Chwilę później znów zadzwoniła, lecz usłyszał tylko głos znajomej blondynki z samochodu:

– Aga nie jest tobą zainteresowana! Odczep się od niej, bo nic z tego nie będzie! Powtarzam, odczep się!

Po tej wiadomości nieco oprzytomniał, bo nawet zadzwonił do rodziców, jednak rozmawiał z matką bardzo krótko, a ta odniosła wrażenie, jakby komunikowała się z kimś zupełnie obcym. Potem znów zapadł się w sobie i tylko praca w sklepie świadczyła o jakiejkolwiek aktywności.

Następnie nic nie wiadomo, co się z nim działo, aż do momentu, gdy wysłał jej kolejną wiadomość:

Myślę, że chcesz być ze mną, inaczej sama byś powiedziała, że nie chcesz mnie znać. Kocham cię.

Później wysyłał jej różne wiadomości i, jak można wyczytać z czarnego zeszytu, zmagał się ze snami, nad którymi przestał panować. To ona, ale już bez jego chęci, pojawiała się w nich i za każdym razem dawała mu kosza, gdy tylko chciał się z nią kochać. W wizjach zaistniał niezależny byt, na tyle silny, że przejął całą kontrolę. Tyle wiemy. Następnie znów zapadł się w sobie i przestał cokolwiek notować, więc tu jest dość spora dziura.

Kolejnego wpisu dokonał tuż przed połową września i czytamy w nim:

„Widuję ją codziennie. Dziś sprzedawała mi chleb w sklepie. Nie wiem, czego ona ode mnie chce, ale mam tego serdecznie dość. Muszę to jak najszybciej przerwać…”

I jedynie wiadomo, że widział ją w rzeczywistości. A w zasadzie wydawało mu się, że widzi. Tak, w tym czasie kompletnie oszalał i w obcych kobietach widział ją. Może były podobne, a może nie? Tego się chyba nie dowiemy. Istotne jest, że przestał odróżniać sen od jawy. Aż strach pomyśleć, co wtedy przeżywał… Z relacji Agnieszki wiemy, że w połowie września wysłał jej rozpaczliwego sms’a, w którym błagał, aby dała mu spokój. Ostatniego dnia tego miesiąca użył gróźb, iż dłużej tego nie wytrzyma i że ją zabije. Tego samego wieczoru spotkał się z nią osobiście pod wydziałem, a w nocy zapisał ostatnią notatkę:

„Tym razem spotkałem się z nią naprawdę… Była taka, jak ją zapamiętałem… Powiedziała mi, że kocha kogo innego i żebym dał sobie z nią spokój… Chyba czas się leczyć…”

Następnego dnia rano zgłosił się do szpitala psychiatrycznego i spędził tam kilka tygodni. Matka po odwiedzinach zadzwoniła do Kasi, a ta czym prędzej do niego pojechała. Mówiła, że wyglądał przerażająco i nie było z nim prawie żadnego kontaktu. Prawie nie mówił, a jeśli już, to głosem martwym, oczy miał przymknięte, puste, a usta bezsilnie rozchylone. Gdy wzięła go za rękę, czuła, jakby dotykała manekina, a i śmierdziało od niego wielodniowym niedomyciem. Mówiła do niego długo, a on wydawał się nic nie słyszeć. Podobno nawet posiłków nie chciał jeść. Po kilku dniach podłączono go do kroplówki. Dopiero po tygodniu pobytu w szpitalu można było z nim zamienić kilka słów, a i wtedy Kasia odnosiła wrażenie, że to ktoś inny. Mówił w zasadzie tylko o Kaśku i o figurce Świętego Walentego. Po trzech tygodniach już było z nim dobrze, ale nadal wolał milczeć. I to się nie zmieniło aż do dziś. Po wyjściu ze szpitala znów zaczął się spotykać z Kasią i teraz zamierzają się pobrać. Nigdy nikomu nie wspomniał, co się wtedy z nim działo, a na pytania o to denerwował się i zamykał w sobie na dłuższy czas. Powiedział tylko, że wolałby, aby ten okres w ogóle nie istniał.

Kobieta – rozdział II

Kobieta – rozdział II

Hej. Chciałem Wam przedstawić fragment mojej nieukończonej książki, którą pisałem 2,5 roku temu, kiedy jeszcze byłem słaby w pisaniu. Są błędy zarówno w powtórzeniach, literówki, jak i nawet gramatyczne. Ale chodzi mi o opinię, czy warto nad tym pracować. Na pewno książka jest bardzo, ale to bardzo kontrowersyjna, mogłaby wywołać nawet skandal i protesty feministek. Ale wiem, że ludzi podobni do bohatera istnieją…

Obudził go budzik z telefonu o ósmej. Czuł się nadal podpity, ale nie miał wyboru, trzeba jechać. Wykąpał się, wypił szybką kawę, zamówił taksówkę.

Wieczorem położył się w łóżku około dwudziestej. Już się przebrał w piżamę. Jeszcze nie chciał spać, ale miał wszystkiego dość. Przedtem tylko posprzątał niezmyte naczynia, nieco ogarnął całe mieszkanie, wyrzucił śmiecie. Dbał o porządek, mimo iż mieszkał sam i nikogo się nie spodziewał w najbliższym czasie. Zawsze taki był. Leżał i myślał:

„A może by tak spróbować związać się Anią? W końcu mówiła, że mam artystyczną duszę. Może dostrzegłaby we mnie to, co najważniejsze? Może jest podobna do Dagmary? Ale nie. Jej nic nie zastąpi. Już czas zacząć żyć, a nie tylko chlać piwsko. W końcu po coś zarabiam ciężkie pieniądze. To dla tej jedynej. Bo po co mi to wszystko? No, po co? Ani to nie wyjeżdżam nigdzie, bo wolę siedzieć w domu i chlać, ani nawet nie chodzę na koncerty czy do teatru. A w dobrej restauracji bywam tylko służbowo i to też nie za często. Jak Olka mnie zaprosiła, to ją niemal natychmiast wyciągnąłem i przyprowadziłem tutaj. Aby zerżnąć. I chciała tego. Nie liczyła na miłość, chciała tylko się pieprzyć i to mi się podobało. Co z tego, że po siódmym spotkaniu miała ochotę na coś więcej? Ja nie chciałem. Bo rzygać mi się chcę, jak patrzę na te napalone suki. Ja to mógłbym ją posuwać do dziś, bo robiła to jak mało która. O, Ania taka nie jest. Była trochę nieobecna, może natchniona. Nie skupiała się, aby mi zrobić dobrze, po prostu odpływała. I to lubię. Muszę wymyślić dla niej na następny raz coś szczególnego. W sumie ją też tylko rżnąłem, ale teraz widzę, że jest inna. A może mi się tylko tak wydaje? Tylko o co jej chodziło, że może mi pomóc? W czym? Stanie się Dagmarą, czy co? Stań się nią, to pomożesz, a nie pieprzysz głodne kawałki. Następna laska, która uważa, że może naprawić świat. A potem taka mężowi nie daje żyć, bo uważa, że może go naprawić. Ale nie naprawia, tylko dostosowuje do swoich wyobrażeń. A jakoś jedna z drugą nie potrafi zaakceptować. Egoistki. Anka mówi, że jestem artysta, a chce mnie zmieniać. A zmień się sama… Nie, muszę się napić.”

Przebrał się i wyszedł do sklepu. Kupił cztery piwa. Mniej niż zwykle, ale wiedział, że następnego dnia będzie miał ciężko, a poza tym zdawał sobie sprawę, że kilka dni z rzędu, to nic dobrego. Wrócił, zasiadł przed komputerem i otworzył pierwsze. Jak zwykle był to żywiec. Innego prawie nie pijał. Kiedyś próbował i innych polskich, i czeskich, i słowackich, i niemieckich, ale żywiec najbardziej mu smakował. Lubił jego charakterystyczny posmak zostający na języku jeszcze dość długo. Otworzył Facebooka i po raz kolejny próbował odnaleźć Dagmarę. Wpisywał jej imię i nazwisko, ale wyskakiwały tylko jakieś nieinteresujące go panienki. Jedna uśmiechnięta, stojąca pod palmą, druga z dzieckiem na ręku, trzecia gówniara w towarzystwie dwóch chłopaczków. Ale jej nie było. Po raz kolejny. Próbował odnaleźć Iwonę, bo to była jej przyjaciółka, ale jej też nie znalazł. Kiedyś miał ją Naszej Klasie, ale po tym, jak wykasował swoje konto, bo był wkurzony na wszystko i wszystkich, stracił kontakt. Iwona też żyła na bakier i mógł przewidzieć, że nie ma konta na Facebooku. Jak odnaleźć Dagmarę? Może nadal jest wolna? A nawet jak ma męża czy faceta, to przynajmniej Franek mógłby zamknąć tę historię, a tak żył w zawieszeniu. A może nie chciał jej zamknąć?

Otworzył drugą puszkę, spił piankę z siorbnięciem i wypił dwa głębsze łyki.

„A może Ania nie jest taka zła? Może nie chce zmieniać kogoś dla siebie, tylko pomóc? Ale mnie nie może pomóc. Nie po Dagmarze. Wydrukuję zdjęcie Dagmary i położę Ance na twarzy, jak będę ją posuwał. Chce mi pomóc, to niech się na to zgodzi. Taka mocna jesteś? Chcesz pomagać? To zrób to. Wtedy będę wiedział, że nie robisz tego dla siebie… Ale tego to i ja bym nie chciał, bo wtedy wolałbym grać i śpiewać, a nie bzykać. A one lubią bzykanie. I ja też. Ale one bardziej. My, faceci do tego dążymy, bez tego żyć nie możemy, ale one bardziej to lubią. I bardziej potrzebują. I lubię je posuwać. Najbardziej mi się podobało, jak Jolkę doprowadziłem do dwóch orgazmów. Taka była zadowolona. Ale ją mam w dupie. Chciała jeszcze się spotykać, ale zaraz by się zakochała. Jeszcze tego by mi brakowało. Mieć na głowie czyjąś miłość. I nie wiem, czy dalej spotykać się z Anką, bo ona też może się zakochać. Ale chcę tego. Bzykać i patrzeć, jak przymyka oczy z rozkoszy. I prawie w ogóle nie jęczy. Zamknięta w sobie. To dobry znak. Ale na co dobry znak? No, na co?” – Odłożył drugą puszkę, otworzył kolejną, spił piankę po swojemu i spojrzał na gitary.

„Kiedyś grywałem nawet dwie godziny dziennie, czasem więcej, a teraz wiszą i marnieją. Ale może kiedyś jeszcze będę grał? Chciałbym. Ale nie jestem w stanie. Muzyka jest pusta, płaska, jak laska bez cycków. Ale nie cycki są najważniejsze, choć bez nich to jak posuwać faceta. Najważniejsze co mówi o mnie. A Anka mówi, że mam duszę artystyczną. Może by spróbować ją poznać i się z nią związać? Tylko że ona chce zmieniać. Właśnie, zmieniać, czy pomagać? Może jedyna, która myśli o czyimś szczęściu. Zadzwonię do niej za dwa dni. Wcześniej to nie, bo pomyśli, że chcę za bardzo. A jak za dwa dni, to będzie wiedziała, że na zbyt dużo nie może liczyć. Że mam swoje życie. Ale chyba i tak o tym wie, bo mówiła, że nie chce się narzucać. A może zrobiła to tylko po to, aby stworzyć pozory? Udaje. Na pewno siedzi teraz w domu i marzy o mnie. Ale spotkam się z nią i jak tylko zobaczę, że się zakochuje, to pogonię. Mam dość zakochanych lasek.” – Otworzył trzecią puszkę, spił piankę, wypił dwa głębokie łyki i poszedł się odlać. Zwykle potrafił wypić nawet siedem bez sikania, ale teraz go przypiliło. Wrócił.

„Jak chłopaki z zespołu byli zazdrośni o Dagmarę, gdy przyszła na próbę z ciastkami. Grzesiek aż wyskoczył zza perkusji. Tylko Robert cały czas brzdąkał na basie. Jedyny, któremu nie zawróciła w głowie. A może też zawróciła, ale nie dał tego po sobie znać? A potem siedziała i słuchała, jak gramy i śpiewam. A gdy graliśmy tę jej ulubioną, to zamknęła oczy i tak pięknie wyglądał. Teraz miałbym ochotę uklęknąć przed nią i śpiewać na kolanach. Ale byłem wielki artysta i to ona miała piać na mój widok. Jaki ja byłem głupi. Potem odprowadziła mnie do domu. Nie ja ją, ale ona mnie. Bo artystę trzeba odprowadzać do domu. A ja nawijałem o tej swojej muzyce. A ona słuchała. I lubiła słuchać.

Ale teraz też bym chciał, aby ktoś posłuchał mojej muzyki i o niej chciałbym pogadać. Tylko że żadna jej nie zrozumie. Nie to, co Dagmara. Te tylko sikają majtki, jak śpiewam i gram. I żadnych głębszych przemyśleń. A nawet jak co nieco zrozumieją, to nie wiedzą, jak to odnieść do mojej osoby. Przecież moja muzyka, to część mnie. To moja dusza. A one najwyżej, że ładne, mądre i romantyczne. A w dupie mam tę ich romantyczność. Teraz jakbym miał coś napisać, bo byłoby śmieszne i wesołe. Żadnego uzewnętrzniania się. Przynajmniej nie musiałbym słuchać tych głodnych kawałków, jakie to wspaniałe i romantyczne. Najgorsze słowo na świecie – romantyczność. A jak się pieprzą, to nie w głowie im romantyczność. Jak dobrze je dopcham, to wtedy są zadowolone. Pamiętam ten dowcip: kiedy kobieta jest najbardziej zadowolona? Kiedy się naga-da. A kiedy jest najmniej zadowolona? Kiedy powie gnie-wam się. Opowiedziałem to w czwartej klasie liceum facetowi od matmy. Był starszy, miał ponad sześćdziesiątkę. A on, że czasem może się tak zdarzyć, ale zwykle tak nie jest. Ale lubiłem go. A czemu to powiedziałem, nie zważając na jego wiek? Bo nie myślałem. Ale było śmiesznie.

Dagmara była naprawdę romantyczna. Kiedyś opowiedziałem jej dowcip o seksie – nie pamiętam jaki – to spuściła głowę i przez dłuższy czas się nie odzywała. Wiem, że wolałaby posiedzieć przy świecach, niż się bzykać. Posłuchać muzyki, pogadać o poezji, o książkach. To powinna być moja żona. A może teraz lubi się bzykać i nie daje mężowi spokoju? Kto wie? Ale wtedy była święta, czysta, nieskalana.” – Otworzył czwartą puszkę, spił piankę i wypił dwa łyki.

„Tylko widok nagiej z Anki z kotem na kolanach zrobił na mnie wrażenie. Ładna jest, bardzo ładna. Cycki ma nie za duże, jak lubię, pośladki zgrabne, brzuszek wklęsły. Może by z nią spróbować? Na dłużej?… Ale jakoś nie mogę… Chociaż?… Polubiłem ją. Jak to fajnie by było położyć się wieczorem koło kobiety. Zamiast chlać. W sumie nie ma żadnych skutków tego, że popijam. Słyszałem, że wątroba może wysiąść, ale jest dobrze. Staszek nawet coś wspominał o Anonimowych Alkoholikach, ale to nie dla mnie. Banda nieudaczników niemogących poradzić sobie samemu. Na pewno każdy ma fioletowy nos i cuchnie na kilometr. A może odwyk? Zamknąć się na dwa miesiące i może to spowoduje, że przestanę chlać? Ale tam też są ludzie z przymusu i na pewno to degeneraci, a tacy tylko jeszcze gorzej by na mnie podziałali… Nie, nie jestem alkoholikiem, bo przecież dobrze sobie radzę w pracy. I z laskami. Jak będę chciał, to przestanę pić. Ale nie chcę. Bo lubię to. Zresztą nie wyobrażam sobie, aby tak o suchym pysku cały tydzień. Człowiek musi się zresetować. Wtedy odpływają emocje i jest dobrze. I teraz jest mi dobrze. Ale chyba lepiej byłoby z… Może z Anią? Jest inna niż wszystkie. Chciałbym ją teraz przytulić. Po prostu przytulić. Ale żeby nie była zbyt nachalna. Tak jak Zośka. Jak ją rżnąłem, to darła się! A potem jak się położyliśmy, to mało mnie w siebie nie wciągnęła. Zachłanna suka. Ale Dagmarę to był przytulał, ściskał. Nawet gdybyśmy się kochali, to potem bym ją przytulał… Dobra, czas do łóżka.” – Odstawił czwartą puszkę koło fotela,

Poszedł się odlać, wrócił do łóżka, przebrał się w piżamę, ukląkł i chwilę się pomodlił. Położył się. Ale nie mógł usnąć. Gapił się w telewizję na jakiś głupkowaty film. Lubił filmy akcji. Te z Van-Dammem, ze Stallonem i z Jackie Chanem. Kiedyś wybierał bardziej ambitne, ale teraz właśnie takie. Miał już dość myślenia. Leżał, gapił się i wiedział, że jeszcze długo nie zaśnie. Usnął dopiero około czwartej w nocy.

Następnego dnia wracał autobusem z pracy. Była prawie dwudziesta. Już się powoli ściemniało, nie padało, ale było chłodno. Ubrany był w garnitur i płaszcz. Krawat zdjął, wychodząc z firmy. Nie lubił krawatów, ale wiedział, że musi je nosić od czasu do czasu. Zwykle zakładał dżinsy i lekką marynarkę, ale tym razem miał spotkanie z firmą z Holandii, o której rozmawiał w niedzielę ze Staszkiem. Wypadło nieźle. Musiał się wysilać, bo co prawda mówił po angielsku, ale niezbyt płynnie. Z porozumiewaniem się nie miał problemów, ale wygłaszać przemowy, to było za dużo. Stał na końcu pojazdu, opierał się o poręcz przy tylnej szybie i zastanawiał się, czy tego dnia kupić sobie kilka piw na wieczór. Z jednej strony to jego życie, aktualny sposób na stres i całą rzeczywistość, ale tez zdawał sobie sprawę, że nie powinien tak codziennie. W sumie miał w domu ze trzy butelki wódki, tak na wszelki wypadek, ale po nią sięgał tylko w ostateczności. Nagle zobaczył, że siedząca kilka metrów dalej kobieta w wieku około trzydziestu lat uśmiecha się do niego. Nie była piękna, ale za brzydką też jej nie uważał. Nawet mogłaby mu się spodobać. Sam się uśmiechnął, spojrzał jej głęboko w oczy, co odwzajemniła, i to bez skrępowania, wykonał ruch brwiami do góry, taki prowokacyjny, a ona jeszcze szerzej się uśmiechnęła. Przez chwilę wahał się, ale podszedł. Po prostu podszedł, usiadł obok niej, jeszcze raz, tym razem z bliska, spojrzał jej w oczy i spytał:

– Jak masz na imię?

– Gośka.

– Franek jestem. – Podał jej rękę, ujął ją delikatnie, pogładził kciukiem, a gdy nie zauważył oporu, dodał – pojedziesz do mnie?

– Słucham? – Podniosła głos i spojrzała z wyrzutem.

– Więcej nie będę powtarzał.

– Co ty sobie wyobrażasz! – krzyknęła.

Nadal gapił się jej w ślipia, uśmiechał się.

– Nie pożałujesz.

– A weź się, człowieku, odwal.

„Oporna z pozoru” – pomyślał. Przysunął do niej głowę i z takim samym uśmiechem wyszeptał coś na ucho.

Odchyliła głowę do tyłu, zrobiła się nieco czerwona, chwilę milczała, aż wzięła go za rękę i mocno ścisnęła. Byli u niego kilkanaście minut później. Nawet nie zwróciła uwagi na kota. Natychmiast się rżnęli. Tak samo ostro, jak z Anią. Ale teraz Gośka jęczała. I to bardzo. Tym razem trwało to dłużej niż zwykle, bo ponad pół godziny. Zawsze mógł dość długo, ale tym razem dłużej, bo prawie go nie podniecała. Gdy skończyli, wstał, poszedł wyrzucić prezerwatywę i się opłukać.

– Masz coś do picia? – spytała, gdy już wrócił.

– Może być cola?

– A jakiś alkohol? – Zmarszczyła czoło.

– To może wódkę z colą?

– Może być. Muszę odsapnąć.

Nalał drinka, ale tylko jej. Sobie tylko coli. Podał, a sam usiadł nago na fotelu. Kot siedział pod oknem w kącie.

– Często tak zapraszasz panienki?

– Nie za często – skłamał.

– A kiedy ostatnio?

– Jakiś miesiąc temu.

– Lubisz się bzykać, prawda?

– Lubię – odpowiadał niechętnie.

– I dobrze to robisz. Rzadko który jest w stanie mnie doprowadzić. – Uśmiechnęła się.

– Dobrze, skończmy to. – Zrobił ponurą minę.

– Co mamy skończyć?

– Odwiozę cię taksówką.

– Już? – poruszyła się.

– Tak, już.

– Gdybym wiedziała… – chciała coś powiedzieć, ale jej przerwał:

– Ubieraj się i to już! – Wstał i zaczął zakładać majtki, spodnie i koszulę. Mimo że nie lubił tych eleganckich ubrań, to założył to, co miał pod ręką, aby tylko szybciej się jej pozbyć.

– No dobra! – Wypiła szybko drinka do końca i też się ubrała. – Nie musisz mnie odwozić, mieszkam niedaleko.

– Jak se chcesz – odparł obojętnie.

– Już wychodzę! – Założyła buty i trzasnęła za sobą drzwiami.

Przez chwilę stał w kuchni ze spuszczoną głową, było tuż po dziewiątej. Sięgnął po flaszkę wódki i opróżnił ją jednym tchem. Usiadł na łóżku, chwilę tak powisiał, rozebrał się, poszedł się odlać, ukląkł i moment się modlił. Padł i piętnaście minut później zasnął. Godzinę później obudziły go wzbierające się torsje. Ucisk w żołądku, naprężenie mięśni brzucha. Już chciał się podnieść, gdy… Nie zdążył. Zwymiotował na pościel. Nie za dużo. Tylko lekko popłynęło. Zacisnął usta i biegiem ruszył do kibla. Po drodze mu się ulało i zabrudził podłogę. Podbiegł do sedesu i wymiotował. Z głośnym pluskiem i stęknięciami. Raz, potem drugi i trzeci. Trzymał się dłońmi brzegu kibla, przyciągał się jak najbliżej i rzygał. W ustach poczuł gorzko-kwaśny smak, odrobiny jedzenia zaczepiły mu się na zębach i języku. I wisiał nad sedesem. I wydawał z siebie przeraźliwe dźwięki. Jednocześnie zrobiło mu się lepiej, doznał ulgi, ale już myślał o pościeli.

Chwilę później spuścił wodę, zapalił światło, podszedł do umywalki, najpierw nabrał do ust wody i wypłukał resztki nieprzetrawionego jedzenia. Splunął do kibla. Kolor był czerwono-brązowy, bo tego dnia jadł surówkę z czerwonej kapusty. Podszedł do zlewu, wziął szczoteczkę, pastę i umył zęby. Kiedy skończył, pomyślał o czekającej go konieczności zmierzenia się z tym, co na pościeli. Ruszył do pokoju, omijając drobne plamy wymiocin. Na razie to zostawił, zajął się łóżkiem. Zapalił światło i nie wyglądało tak źle. Mała plama na poduszce i tyle. Też w kolorze czerwono-brązowym z odrobinami kapusty. Zabrał poduszkę do łazienki, znów omijając to, co na podłodze. Był nadal półprzytomny i chyba dlatego robił to tak bez emocji, bez awersji. Ściągnął poszewkę, napuścił do umywalki wody i namoczył ją. A samą poduszkę zaczął szorować szczoteczką. Nie moczył jej zbytnio, tylko trochę. I zmywał. Kiedy już uznał, że jest w miarę czysta, położył ją nieco mokrą na kosz z brudną bielizną. Wziął szmatkę i skrupulatnie starł plamy z podłogi. Nie czuł smrodu. Był w takim stanie, że niewiele docierało do jego nosa, a w zasadzie do mózgu. Na koniec wziął z szafki kuchennej miskę, postawił obok łóżka, wyciągnął z łóżka dodatkowy jasiek i się położył. Usnął pół godziny później.

Następnego dnia zauważył, że lekko trzęsą mu się ręce. Nie za bardzo, a mimo to wiedział, że musi przystopować z alkoholem. W końcu pił cztery dni z rzędu. Co prawda w poniedziałek tylko cztery piwa, ale w pozostałe dni do oporu. A przecież poprzedniego dnia się zrzygał. Chyba z nadmiaru alkoholu. Próbował sobie tłumaczyć, że coś mu zaszkodziło, ale gdzieś w głębi wiedział, że to alkohol. Wyszedł z pracy po około szóstej, więc dość wcześnie. Mimo iż się spóźnił, bo był wpół do dziesiątej. Poszedł na pobliski postój taksówek i zaczął wybierać. Nie brał pierwszej z brzegu, bo chciał taką z przyciemnianymi szybami. Cena była nieważna. Wybrał Audi A4 i tak się złożyło, że było to EkoTaxi, najtańsza korporacja w Warszawie.

– Dzień dobry, można? – spytał.

– Bardzo proszę – odparł chłopak w wieku mniej więcej trzydziestu pięciu lat.

– Na Bemowo – i dalej podał nazwę ulicy.

– Już się robi. – Uśmiechnął się kierowca.

– Tylko tam nie kończymy. Ma pan trochę czasu?

– Czasu to mam. – Kierowca jeszcze bardziej się uśmiechnął.

– To postoimy na miejscu z godzinę, może dwie i wrócimy do Ursusa.

– To mi się podoba. – Taksówkarz się zaśmiał na głos.

Ruszyli. Kierowca słuchał radia „Eska rock” i leciała akurat Metallica.

– Specjalnie pan wybrał najtańszą taksówkę? – spytał prowadzący.

– Nie, potrzebowałem takiej z przyciemnianymi szybami.

– Chce pan kogoś śledzić? – Znów tamten się zaśmiał.

– Można tak powiedzieć.

– Ale nie będę musiał za kimś jeździć, bo tego nie lubię.

– Nie, po prostu postoimy.

– A nie ma tam zakazu? – dopytał kierowca.

– Z tego, co pamiętam, to nie.

– Też kiedyś byłem zazdrosny o kobitę, śledziłem ją. Ale jak będzie chciała, to pan jej nie wyśledzi. Przebiegłe są. Wtedy tak dobrze się ukrywała, że dopiero po trzech miesiącach zobaczyłem ją z innym. Mówię panu, szkoda na to czasu. Lepiej napić się piwa w domu. Jak ma odejść, to odejdzie…

– Dobra, przestań pan gadać i prowadź pan – przerwał mu.

– Ok, chciałem dobrze.

Dojechali na miejsce około siódmej. Jeszcze było widno. Skrył się jak mógł w oparciu tylnej kanapy i patrzył na dom, w którym kiedyś mieszkała Dagmara. Parterowy, trzy pokoje, spora kuchnia i łazienka. Z ulicy był widok na okno kuchni i największego pokoju. Na razie nie widział nikogo w środku. Ale czego miał się spodziewać? Że Dagmara wyskoczy? Przecież nawet go nie było widać. Wyciągnął komórkę i szybko przejrzał sms’y. I znów się gapił na ten dom.

Przypominały mu się czasy, gdy ją odprowadzał, gdy pił tę orzechową kawę, ale też, gdy przyjechał do niej ze Stefanem. Ona świata poza nim nie widziała, on jakoś nie umiał się do niej zbliżyć i między nimi pojawił się Stefan. Podrywał ją, prawił jej komplementy, a i wziął ją na moment za rękę. I o to Franek tak się wściekł, że mu na to pozwoliła. Szybko wyszedł, za nim Stefan, ale wrócili na Gołąbki osobno. I od tego dnia przestali się kumplować. Tamten chciał, ale Franek nie. I przypomniał sobie, że któregoś razu wziął od ojca samochód i do niej przyjechał zimą. Zaparkował kilka ulic dalej, na poboczu i poszedł do jej domu na piechotę. Spytała go, czy przyszedł z Ursusa na piechotę. Potwierdził, bo chciał, aby wyglądało, że jest w stanie zrobić dla niej wszystko. Jak teraz o tym myśli, to mu się robi niedobrze. Potem wrócił do samochodu, ale tan stał w zaspie śniegu, więc miał kłopoty z wyjechaniem. Pomogły mu go wypchnąć jakieś dzieciaki, a odwdzięczając się im, zrobił kulig. To co, że to zakazane i bardzo niebezpieczne. Wtedy miał głowę pustą.

Nadal patrzył na ten dom, powoli robiło się szaro i zapaliło się w kuchni światło. Jeszcze bardziej przytulił się do fotela. Weszła tam jej matka. Prawie się nie zmieniła przez te wszystkie lata. Dagmara była do niej podobna. To też musiała być piękna dziewczyna. Zresztą nadal to piękna kobieta, mimo iż teraz miała ponad pięćdziesiąt lat. Widział to przez okno. A może tak mu się tylko wydawało? Było już po dwudziestej i widział tylko matkę. Czyżby mieszkała sama? Ale już wtedy podejrzewał, że z jej ojcem jest coś rodzinnie nie tak. Wparował w środku nocy, jak Franek spał w drugim pokoju po jej osiemnastce i wyglądał na zaskoczonego całą sytuacją. Musiała się z nim nacierpieć. Pewnie jej brat też. Jak on miał na imię?… Nie pamiętał, ale wydawało mi się, że gnojek zbyt szybko dojrzał. Miał ze trzynaście lat, a gadał jak stary. Pewnie oboje nie wytrzymali i się szybko wyprowadzili, i dlatego teraz matka mieszkała sama. Z ojcem chyba się w końcu rozwiodła. Postali jeszcze kolejne pół godziny i kazał się odwieźć do domu. Nie widział Dagmary. Przedtem nawet obiecywał sobie, że zapuka do jej domu i spyta o nią, ale zabrakło mu odwagi. Tyle tylko, że sobie co nieco przypomniał.

Z taksówki poszedł prosto do domu. Obiecał sobie, że tym razem się nie napije. Przebrał się w swoje ulubione dżinsy, założył luźny podkoszulek i zasiadł przed komputerem. Włączył mapy Googli i jeszcze raz zobaczył, gdzie był przed kilkudziesięcioma minutami. Potem włączył telewizor i położył się na nieposłanym łóżku. I znów gapił się na jakiś mecz. Czy to ważne jaki? Aby kopali. To najważniejsze. „Dlaczego zabrakło mi odwagi? Przecież najwyżej by mnie potraktowała jak dziwaka. Nigdy więcej się nie zobaczymy. Ale jakoś nie mogłem. Po tych kilkunastu latach nie mogłem. Pewnie jej matka też miała do mnie pretensje, że ją tak nagle zostawiłem. Bo Dagmara mnie kochała. I matka na pewno o tym wiedziała. A ja byłem tak głupi i taki zazdrosny. Nienawidzę siebie. Jak ja siebie nienawidzę!” – Wstał, ubrał się i poszedł po piwo. Miał blisko trzy sklepy z alkoholem i za każdym razem szedł do innego, aby stworzyć odrobinę pozorów. Tym razem poszedł do faceta około pięćdziesiątki, z krótkimi, ciemnymi włosami z odrobiną siwizny, twarz miał okrągłą, ale nie tył tęgi i Franek zwrócił uwagę na jego nieco anemiczne ruchy i jakby spowolnione reakcje.

– Pięć żywców w puszkach.

– Już podaję. – Sprzedawca sięgnął do lodówki i gdy mu podawał, dopowiedział – pan zawsze kupuje żywce.

– Tak, lubię je – odparł oficjalnie.

– Nie chcę się wtrącać, ale pięć piw to sporo.

– To na dwa, trzy dni.

– Ja bym uważał, bo łatwo się uzależnić. – Facet spojrzał na niego spode łba.

– Nie ma obawy – sparował z pretensją.

– To nie moja sprawa. Dbam tylko o klientów.

– Dziękuję za troskę – mówił już przez zęby.

Tamten podał cenę, rozliczyli się i Franek wrócił do siebie. I znów zasiadł przy stole z komputerem. Otworzył pierwsze, spił po swojemu piankę i pociągnął dwa łyki.

„Obiecałem sobie, że dziś się nie napiję. Ale co tam. Pięć to nie zbrodnia. Wytrzeźwieję do rana. Biorąc pod uwagę, że na każde piwo trzeba liczyć dwie godziny, to trzeźwy będę za dziesięć godzin. Jest tuż po dziewiątej, więc o siódmej. No, może o ósmej. A pracę zaczynam o dziewiątej. W sumie powinienem kupić alkomat, ale nie mam samochodu, więc najwyżej Staszek będzie czuł, jak przesadzę. W sumie już wie, bo przecież mówił o Anonimowych Alkoholikach. Ale wie, że w pracy nie zawiodę. Tylko ja rozmawiam z klientami w poważnych sprawach. Zresztą mówił mi, że nie wie, co by zrobił beze mnie. Więc jaki za mnie alkoholik? A ten facet niech się w dupę pocałuje z takimi radami. Tyle wie o mnie co i Magda. Jej grałem, ale tylko się tępo uśmiechała. Nienawidzę jej. Nie to, co Dagmara. Jak mnie słuchała, to była taka skupiona. Wiedziała o mnie wszystko. Przecież mówiła, że nie znajdę swojego prawdziwego życia. Moje prawdziwe życie to ona. Tylko ona. Żadna inna. Te obecne tylko widzą we mnie biznesmena, który nadal umie grać i śpiewać. Ale nie Anka. Ona widzi we mnie artystę. A może tak tylko gada, żeby mnie poderwać? Ale nie spytała jak dotąd, gdzie pracuję. A każda pyta. Co do jednej. Łase to na kasę. Rzygać mi się chce. Ale Ania o wszystkim, tylko nie o pracy. Tylko gdyby tak szybko nie poszła do łóżka… Nie wiem, co o niej sądzić… Jeszcze się wygadała, że często nie wraca na noc do domu. Niby u koleżanki, ale co miałaby powiedzieć? Że rżnie się na lewo i prawo?” – Odstawił pustą puszkę na podłodze obok fotela, spojrzał na kota, a ten spał na parapecie. Otworzył drugie, spił pianę i łyknął dwa razy. – „A niech się rżnie, tylko niech zobaczy mnie takiego, jakim naprawdę jestem. Bez tego pieprzonego biznesmena. I bez grajka. Może kiedyś jej zagram, ale jeszcze teraz. Teraz to i tego nienawidzę. W sumie mam na kompie wszystkie swoje teksty, ale nie zaglądałem do nich od wielu lat. Od ilu? Chyba od pięciu. Ale niech będą, może jeszcze się przydadzą. Ale gdyby Dagmara przyjechała, to wydrukowałbym jej wszystkie. Ona je kochała. I jako jedyna rozumiała. I widziała w nich mnie. Mam gdzieś też na kasecie nagrania zespołu, ale do tego trzeba by było pożyczyć magnetofon, a kto go teraz ma? Ale to tylko dla Dagmary. Nigdy nie chciałem się z nią kochać. Ona była święta. I jest nadal. Może tylko w moim umyśle?… Jaka ona była? Może nie odezwała się po tym, jak odszedłem ze Stefanem, bo uważała, że jej nie kochałem, skoro jeszcze się nie przespaliśmy? A tyle było okazji. Ale ja tylko chciałem ją podziwiać, uwielbiać, rozmawiać. Nigdy mi się później nie śniła. Owszem, Zośka tak, Magda też, ale nie ona. Co to może znaczyć? Może mój umysł chce zapomnieć? Ale jakoś ja nie mogę. Umysł to najdziwniejsza z konstrukcji. Śni mi się często, że nie zdążam na samolot. I kiedyś nie zdążyłem. I musiałem w Londynie czekać kilkanaście godzin na następny. Ale wtedy myślałem o Dagmarze. To pamiętam. Cały czas o niej myślę. Może ten sen mówi mi, że spóźniam się na samolot do niej? Ale to było cztery lata temu, a wtedy jej nie widziałem od wielu lat. A może sny to bełkot umysłu? Kiedyś czytałem, że właśnie tak jest. Jakieś nieskoordynowane wspomnienia przeplatane fantazją. Zresztą co mnie obchodzą sny? Nie mam większych problemów? Tylko jakoś po ciężkim śnie nie mogę dojść do siebie przez pół dnia. Czasem i dłużej. A pieprzyć je!” – Odstawił drugą puszkę, wziął kolejną, spił piankę i pociągnął dwa łyki. – „Dobrze, że mam kota. Tylko jego kocham. I troszczę się o niego. Nie wiem, co bym bez niego zrobił. Czasem wydaje mi się, że rozumie mnie bez słów. Przecież prawie nigdy nie wskakuje mi na kolana, jak piję. A jak leżę w łóżku, to nie miauczy. A jak przyjdę zmęczony, to robi się taki słodki. Jakby czuł, co mi jest. A jak pilnował go Krzysiek, bo byłem w delegacji, to potem był na mnie obrażony przez dwa dni. Więcej ma rozumu niż te tępe laski. Chociaż Ania jest chyba inna. Jutro do niej zadzwonię i zaproszę do siebie. Przyjdzie, obiecała. Chyba kot ją polubił, a nie każdego tak traktuje. Zwykle chowa się, jak są obcy. A jej przyszedł na kolana. Do dobry znak. Tylko na co znak? Przecież kocham tylko Dagmarę. Od czasu, gdy się rozstaliśmy, nie związałem się na dłużej z żadną. Jedynie a Aśką na dwa tygodnie. Ale nie wytrzymałem. Chyba była najgorsza. Ciągle chciała się szlajać po restauracjach, do teatru. Chciała być wszędzie, gdzie mogła się pokazać. Aby ją tylko podziwiali. A zostać we dwoje na wieczór? To dla niej strata czasu. A jak się rozbierała do bzykania czy do kąpieli, to nie zdarzyło się, aby nie spytała, czy dobrze wygląda. Szmata. A może po niej tak ich nienawidzę? W końcu ona była pierwsza po Dagmarze. Byłem z nią rok po Dagmarze. Wcześniej nie mogłem się żadną zainteresować. A niby teraz mogę? Co ja pieprzę. To nie po niej. Po prostu nie ma takiej drugiej jak Dagmara. Nic już nie będzie takie samo. Ile razy chciałem, aby mi się przyśniła, ale nic z tego. Dlaczego inne mi się śnią, ale nie ona? Nawet mi się śniło, że się bzykam z jakąś nieznajomą. A wolałbym z nią… Chociaż nie. Ją bym uwielbiał, całował, śpiewał, ale nie bzykał. Chyba że sama by tego chciała. Ale czy byłaby w stanie coś takiego powiedzieć? Chyba nie. Nie ona.” – Otworzył kolejne piwo, spił piankę, wypił dwa łyki. – „Wejdę na jakiś portal randkowy, może trafi się jakaś fajna. Ale tam są tylko te puste. No, może czasami. Andrzej był na jednym przez dwa lata i nic. Co prawda jest nieśmiały i niski, a w dodatku nie umie gadać. Ale słyszałem, że tam jak facet ma poniżej metra siedemdziesięciu pięciu, to jest przegrany. Nie, to bez sensu, bo jaką tam znajdę? Kolejną do bzykania? A niby mało mam na co dzień? Słyszałem, że Kryśka tak znalazła swojego, ale to wyjątek. A może spróbować? Może jakaś będzie podobna do Dagmary? A może ją spotkam? Trzeba to zrobić.” – Odstawił prawie pustą puszkę i szybko założył konto na Sympatii.

Ale co tam miał napisać? Nie chciał, że jest biznesmenem, że gra na gitarze też, więc co mu pozostało? Umieścić swoje zdjęcie, kilka słów jak wygląda, że ma kota, pracę, na którą nie narzeka i że szuka zwyczajnej, ale niezwyczajnej kobiety. Specjalnie nie chciał się rozpisywać, ale wiedział, że musi kilka słów. Może trafi się druga Dagmara? Zresztą kompletnie mu nie zależało, aby któraś go zauważyła. To on miał zauważyć tę właściwą. Chwilę później opłacił abonament na pół roku. A nóż? Dopił piwo, otworzył piąte, spił piankę i wypił dwa łyki. I zaczął szukać. Kogo? Dagmary. A kogoż by innego. Albo przynajmniej jej kopii. Oglądał następne i następne profile, ale albo zdjęcie mu nie pasowało, albo to, co napisały. Jedna nawet była podobna ze zdjęcia, włosy miała kasztanowe, twarz nieco przypominającą, ale pod spodem napisała, że szuka mężczyzn, którzy wiedzą, czego chcą. A on to niby nie wie? Tylko że on chce Dagmary. Zresztą co to za stwierdzenie? Facet, który wie, czego chce. Większego frazesu chyba nie można napisać.

I przerzucił się na inny profil. Ta znów nie przypominała Dagmary, ale była ładna. Ale on nie urody szukał. Urodę to miał w zasięgu ręki w postaci Ani, a szukał dalej. I kolejny profil. Ta miała zdjęcie bardzo niewyraźne, tak, że nawet twarzy nie za bardzo można było zobaczyć. Ale pisała ładnie. Trochę poetycko, logicznie i mądrze. Ale do niej też się nie odezwał. Bo to nie Dagmara, bo była blondynką. I szukał dalej. Przez następne piętnaście minut żadna mu się nie spodobała i wylogował się, nie napisawszy ani jednej wiadomości. Dopił ostatniego żywca, poszedł się odlać, przebrał się, chwilę pomodlił i położył się. Usnął trzy godziny później. Przy włączonym telewizorze. Zasypiając, wyciszał go, ale nie wyłączał. Nie chciał być sam.

Za ścianą – recytacja

Za ścianą – recytacja

Recytacja mojego opowiadania z muzyką też mojego autorstwa. Jest to zapowiedź książki „CZERŃ NORMALNOŚCI” – zbioru opowiadań – która ukaże się jesienią. To zbiór tekstów psychologicznych, a motto przewodnie brzmi:
” — Nienawidzę tych idiotów, którzy chcą odstrzału dzików. — Trzasnęła za sobą drzwiami, wchodząc do kliniki aborcyjnej…”
A oto inny fragment z opowiadania tytułowego:
„Zwyczajny człowieczy żywot, pełen błędów, potknięć, grzeszków czy nawet wielkich grzechów. Bo czym byłaby najdoskonalsza konstrukcja natury bez niedoskonałości? Powtarzalnym stemplem spod ręki zblazowanego urzędnika błękitu? Może efektem rytualnego obrzędu zwanego miłością?”

Czyja wina

Czyja wina

grzech, wina, wirus

Kiedy Sławek, który nie miał kolegów ani koleżanek oraz był skłonny do depresji, wyznał Agnieszce miłość, wyśmiała go. Uciekł do domu i popełnił samobójstwo. Większość rówieśników winiła Agę.

Dwa lata wcześniej Adrian zakochał się w Ali. Mieli po osiemnaście lat i całe życie przed sobą. Zaprosiła go na wycieczkę rowerową poza miasto. Po drodze spytała:

– Jak wyobrażasz sobie przyszłość?

– Gdy zamknę oczy, widzę, jak stoimy na placu pełnym bawiących się ludzi, nad głowami strzelają fajerwerki, a my pijemy szampana w tę sylwestrową noc, dzieci zostały pod opieką mojej mamy.

Ala spuściła głowę i nie powiedziała ani słowa.

Dojechali na cichą polanę w środku lasu, gdzie rozbrzmiewały dźwięki wilg i dzięciołów, pachniało runem leśnym, a oczy cieszyła żywa zieleń. Adrian usiadł obok Ali, objął ją ręką i chciał pocałować. Podskoczyła, jakby usłyszała oszczerstwo na swój temat, i ryknęła:

– Co ty sobie wyobrażasz?! Kurduplu, myślisz, że mi się podobasz? Jesteś godny pożałowania!

Chłopak nie wytrzymał i czym prędzej odjechał. Dziewczyna, kiedy już doszła do siebie, gorzko zapłakała.

Rok później Adrian poderwał inną dziewczynę, Agnieszkę, przespał się z nią i porzucił. Nie wychodziła po tym przez tydzień z domu. Od tego dnia Aga traktowała chłopaków przedmiotowo, nie chciała mieć z nimi nic wspólnego.

Czyja więc była wina?

Zapoczątkowała to Ala, mówiąc Adrianowi ostre słowa. Potem to przeszło na z Adriana na Agnieszkę. Aż w końcu z Agnieszki na Sławka. I na nim się zakończyło.

Zło, a więc w konsekwencji wina, jest jak wirus, przenosi się z osoby na osobę. Wystarczy odrobina słabości, aby nami zawładnęło.

I stąd KTOŚpowiedział: musicie być silni!

Ale czy oby na pewno Ala była pierwsza?