Znawca

Znawca

Photo by Lukas Rychvalsky on Pexels.com

– Dzień dobry, czy to prawda, że jest Pan zwolennikiem nowoczesnej prozy?

– Tak, cały czas do przodu, dynamicznie.

– Czy uważa Pan, że powłóczyste opisy są już dziś passé?

– Tak, cały czas do przodu, dynamicznie.

– A jak dialogami? Czy należy pozbywać się wszystkiego, co nic nie wnosi do akcji?

– Tak, cały czas do przodu, dynamicznie.

– Kiedyś Pan powiedział, że nie lubi teksów, gdzie akcja płynie zbyt wolno?

– Tak, cały czas do przodu, dynamicznie.

– Czy dziś już nie ma miejsca na melancholię? Na ciszę? Na oddech od prędkości tego świata? Dzisiejsza proza musi byś szybka i bezwzględna?

– Tak, cały czas do przodu, dynamicznie.

Moja wieża Babel

Moja wieża Babel

Photo by Frank Cone on Pexels.com

Przyszedłem na świat niespodziewanie. Bez udziału lekarza, akuszerki czy pielęgniarki. Mama gniotła ciasto na kluski, gdy poczuła silne skurcze. Skuliła się, złapała za brzuch i wiedziała, że nie zdąży do szpitala. Resztką sił rozścieliła na podłodze czysty koc, prześcieradło, wzięła miskę z ciepłą wodą, nożyczki do przecięcia pępowiny i położyła się nago. Trwało to kilkanaście minut: parcie, parcie, jeszcze raz parcie, przeplatane gigantycznym bólem i jękami. Urodziłem się malutki, żółciutki od żółtaczki poporodowej, a przede wszystkim pośladkami naprzód. Później lekarz powiedział, że przy takim porodzie zawsze robią cesarkę.

Z dnia na dzień rosłem jak na drożdżach i nawet mama nie zauważyła, kiedy podniosłem się do pozycji siedzącej. Dotychczasowe grzechotki i przytulanki odłożyłem na bok i wziąłem do ręki kolorowe klocki, których rodzicielka dostała całe wielkie pudło. Próbowałem układać z nich cokolwiek, ale nie rozumiejąc, jak to należy robić, szybko się nudziłem i rzucałem nimi po całym pokoju. W tym samym czasie zaczynałem coraz bardziej gaworzyć. Słyszałem słowa, które wypowiadała mama, więc chciałem ją naśladować, ale wychodziły mi jedynie pojedyncze głoski, czasem sylaby. Jednocześnie powoli opanowywałem sztukę posługiwania się klockami.

Kilka miesięcy później sprytnie ułożyłem cztery klocki w blok i powiedziałem pierwsze słowo: mama. Matka wzięła bloczek, kiedy nie widziałem, i ustawiła wysoko na półce w przeszklonym regale, aby pozostał na pamiątkę. Z coraz większą ochotą krzyczałem to słowo: czasem ze szczęścia, czasem ze zdenerwowania, a czasem, aby się za chwilę pośmiać z tego, jak mama szybko podbiegała, nawet w nocy. W międzyczasie szlifowałem umiejętność chodzenia, także z pełną pieluchą, co powodowało, że mama strasznie się krzywiła i powtarzała: oj, jak nieładnie.

Gdy miałem dwa latka, zacząłem wymawiać kolejne słowa i na widok mamy wyrzucałem je z siebie. Raz nazywałem ją mama, drugi raz baba, a innym razem używałem wymyślonego przez siebie wyrazu: upa! Zupełnie nie rozumiałem, dlaczego mama równo cieszyła się z każdego. A z klocków układałem już wymyślne kształty i ustawiałem je jeden na drugim. Rosły wzwyż. Kilka miesięcy później łączyłem już słowa po dwa, trzy, czy nawet więcej. Powstawały w ten sposób proste wyrażenia i zdania. Chodziłem już całkiem dobrze i z dnia na dzień sięgałem do wielkiego pudła z klockami, wyciągałem te najbardziej kolorowe i dokładałem do powstającej konstrukcji, która wciąż się powiększała.

Na czwarte urodziny dostałem klocki, z których można było ułożyć czerwony wóz strażacki, czołg i koparkę. Ale nie chciałem się nimi bawić. Z pietyzmem układałem swoją wieżę. To stało się moim celem. Gdy szedłem pierwszy raz do szkoły, konstrukcja sięgała metra wysokości i pół metra grubości; cały czas dokładałem do niej kolejne klocki. W klasie uczyłem się zachowywać jak inne dzieci, ale też używać właściwie słów, które jeszcze myliłem. Wracałem potem do domu i wymieniałem przypadkowe klocki w wieży tak, aby pasowały do całości. Mama przyglądała się temu z fascynacją, wspierała mnie, czasem podpowiadała, co naprawić, ale nigdy z jej ust nie padł żaden rozkaz, wybór zawsze należał do mnie.

W trzeciej klasie szkoły podstawowej podłapałem od kolegów, że nie należy bawić się z dziewczynkami, tylko ciągnąć za warkocze. Wziąłem sobie to do serca, bo chciałem być podobny do innych. Ale też w tym samym czasie zaczęły się bójki między kolegami, również mnie w to wciągnęli. Wracałem czasem z siniakami, z guzami czy rozbitym nosem. Zły na wszystko i na wszystkich zamykałem się w swoim pokoju i zauważyłem, że w wybudowanej wieży czegoś mi brakuje. Jakiś czas później zerknąłem do pudła, które dostała mama po moich narodzinach i gdzie wrzucane były nieużywane zabawki. Zobaczyłem zestaw klocków na wóz strażacki. Ale też drugi na czołg. Chwyciłem oba natychmiast. Ten pierwszy układałem, wyobrażając sobie, że z dobrymi kolegami jedziemy ratować ludzi z pożaru, a ten drugi ustawiałem na podłodze czy stole i pomagał mi walczyć z tymi chłopakami, którzy chcieli się bić. W tym czasie zaniedbałem wieżę, wolałem to, co było mi pomocne w szkole.

Kiedy poszedłem do liceum, poznałem dziewczynę, która mi się niezwykle spodobała. Siadałem jak najbliżej niej, dużo rozmawiałem, rozśmieszałem. Potem zacząłem odprowadzać ją do domu. Moje serce zaczęło bić coraz mocniej. Coraz bardziej o siebie dbałem, ćwiczyłem pompki i skłony, ładnie się ubierałem. I pierwszy raz w życiu układałem nieporadne wiersze. Spojrzałem na swoją wieżę z klocków i poczułem, że czas ją ozdobić. Mnóstwo klocków wymieniałem na błękitne. Potem patrzyłem w niebo i marzyłem o wybrance. Starałem się, aby budowla była coraz ładniejsza, toteż wygładzałem kształty, zbudowałem wielki strzelisty czub po sam sufit. Siadałem na łóżku i wpatrywałem się z wieżę, wierząc.

Lecz wkrótce moja wiara została uziemiona. Po kilku randkach dziewczyna powiedziała, że jest ktoś inny, i nie może się ze mną spotykać. Wróciłem do domu i z całej siły walnąłem pięścią w strzelisty szpic wieży. Runął z hukiem na podłogę. Całą konstrukcję przesunąłem w kąt i narzuciłem na to starą narzutę. Musiała zostać zapomniana.

Do końca studiów nie interesowały mnie dziewczyny. Zamiast tego wybierałem kolegów i chodziłem z nimi, najpierw na trzepak, aby pogadać, a potem na piwo. A w końcu i na wódkę. Wiele razy wracałem podpity do domu i, nie wiedzieć czemu, zaglądałem do starego pudła. W oczy rzucały mi się przeróżne klocki: jedne, z których można wybudować dom, inne na halę produkcyjną, a jeszcze inne na samochody i motocykle. Brałem je i zwykle wybierałem te ostatnie. Wieża nie obchodziła mnie, stała cały czas przykryta narzutą i zarastała kurzem i zapomnieniem.

W końcu poszedłem do pracy. Po każdej wypłacie odkładałem sporą sumkę do szkatułki stojącej wysoko na regale. Z każdym miesiącem stawała się coraz bardziej atrakcyjna wagą tego, co wewnątrz, ale też coraz trudniejsza do podniesienia. Dbałem, aby nikt tam nie zaglądał. W końcu, po kilkunastu miesiącach pracy, kiedy zdjąłem ją z wielkim wysiłkiem, przeliczyłem pieniądze i uznałem, że cel osiągnięty. W sobotę pojechałem i kupiłem motocykl. Jednocześnie dostałem od sprzedawcy kilka małych modeli motocykli, które ustawiłem na miejscu szkatułki. Wieczorami, gdy wracałem zmęczony z pracy, albo czyściłem swój motocykl, albo leżałem na łóżku i wpatrywałem się w kolejne modele przedstawiające coraz lepsze maszyny. Po jakimś czasie ponownie ustawiłem szkatułkę i zbierałem na następne marzenia na dwóch kółkach. I tak rok później miałem najnowszą Yamahę, a po kolejnym pięknego Harleya. O wieży zapomniałem do tego stopnia, że nawet w trakcie sprzątania omijałem ten kąt z daleka.

Któregoś razu, gdy jechałem na motocyklach z kolegami po Bałkanach, dołączyła do nas skromna, ale ładna motocyklistka. Była młodsza ode mnie. Jechała starą maszyną, na której bałbym się wyruszyć w długą trasę ze względu na możliwość awarii. Usiedliśmy wieczorem przy ognisku, wzięła gitarę i zagrała kilka piosenek z czasów mojego liceum, w tym takie, które nierozłącznie kojarzyły mi się z ówczesną sympatią. Patrzyłem na nowo poznaną towarzyszkę podróży i coraz bardziej przypominałem sobie, czym są piękne uczucia. Zakochałem się w niej w ciągu kilku dni. Odłączyliśmy się we dwójkę od grupy i wróciliśmy razem do kraju. Zaprosiłem ją do siebie, gdy mamy nie było w domu. Już się całowaliśmy, pieściliśmy, już szło ku zbliżeniu, gdy Logia, bo tak kazała na siebie mówić, wstała i spytała, co jest w kącie pod narzutą.

Z niechęcią pokazałem swoją budowlę, która w tym czasie była dla mnie całkiem nieatrakcyjna, a nawet niepotrzebna. Uklękła przed nią i zaczęła przyglądać się poszczególnym kondygnacjom. Powiedziała, że to jest naprawdę piękne. Że czegoś takiego, trzymanego od przedszkola nie widziała nigdzie. Odwróciła się i szybko poszliśmy do łóżka.

Następnego dnia wysunąłem wieżę na środek pokoju, porządnie odkurzyłem i zacząłem upiększać. Na dole dawałem klocki zielone, kojarzące się z dzieciństwem, wyżej inne kolory, a na wysokości mojego serca dałem błękitne, przywodzące na myśl miłość. I ponownie ułożyłem strzelistą szpicę sięgającą sufitu. Tego samego wieczora usiadłem przed biurkiem, chwyciłem wieczne pióro, które dostałem w prezencie za ukończenie studiów, wyciągnąłem stary zeszyt i zacząłem pisać. Słowa wypływały ze mnie niemal bez udziału świadomości. Najpierw zapełniłem jedną stronę, potem kolejną, w końcu przed północą miałem zapisanych ich prawie trzydzieści. Spojrzałem na wieżę, która nagle, sama z siebie, rozrosła się do wielkiej konstrukcji zajmującej jedną trzecią pokoju. Nabrała też atrakcyjnych dla mnie kolorów i kształtów. Zupełnie jakby ożyła.

Trzy miesiące później miałem ukończoną pierwszą książkę. Przepisałem ją na komputer, poprawiłem błędy, w wieży zniknęły niepasujące klocki, a ich miejsce zajęły takie, które, jak mniemałem, wkomponowywały się idealnie. Logia nie mogła wyjść z podziwu, że mam taką smykałkę do barw i kształtów. Była również pod wrażeniem, że dałem radę napisać książkę. Sama się zaangażowała i czytając, zaznaczała błędy i niedociągnięcia, których nie zauważyłem ja. Miesiąc później powieść była gotowa. A wraz z nią wieża wydawała się idealna. Powieść wysłałem do wydawnictwa.

Jakiś czas potem przyszła odpowiedź, że nie są zainteresowani ze względu na słaby styl. A że temat im się bardzo spodobał, przysłali długą listę niedociągnięć. Spojrzałem na swoją budowlę i nagle zdałem sobie sprawę, że została wybudowana bardzo nieporadnie. Usiadłem przed nią i podjąłem decyzję.

Następnego dnia kupiłem kilka poradników o tym, jak pisać, wykupiłem kurs pisania i byłem gotów zacząć wszystko od nowa. Wróciłem do domu w piątek i bez namysłu rozłożyłem wieżę na pojedyncze klocki. Nie pozostały nawet dwa na kupie.

Przez najbliższy czas czytałem poradniki, pisałem krótkie opowiadania, które wysyłałem do znajomych z kursu pisarskiego, i zapamiętywałem wnioski. Jednocześnie, bardzo powoli, układałem wieżę od nowa. Niby podobnie jak wcześniej: zielone na dole, błękitne na wysokości serca, ale teraz miejsce każdego klocka było przemyślane, a przejścia między kolorami przestawały drażnić oko.

Dwa lata później stała przede mną wieża, z której byłem w pełni zadowolony. Smukła, strzelista, z pięknym czubem pod sufit, w idealnych barwach. Podjąłem decyzję, że czas napisać właściwą książkę. Wziąłem długi, zaległy urlop, zamknąłem się w mieszkaniu i pisałem. Tym samym wiecznym piórem. Logia przychodziła, wspierała mnie, przynosiła jedzenie, czasem piwo dla odpoczynku i wkładała całą siebie w nową powieść. Pisałem bez poprawek, to, co mi do głowy przyszło, aż skończyłem. Wtedy, czytając całość, wprowadzałem poprawki. Miałem wrażenie, że wieża jest coraz piękniejsza i coraz bardziej atrakcyjna nie tylko dla mnie. W końcu wysłałem tę powieść do tego samego wydawcy, przypominając, kim jestem.

Odpowiedź przyszła po dwóch tygodniach. Była pozytywna.

Teraz, gdy jestem emerytem, kiedy napisałem kilkanaście powieści i niezliczoną ilość opowiadań czy esejów, patrzę z Logią na moją, a w zasadzie na naszą wieżę i jestem dumny. Zerkam też na ustawione na półkach: wóz strażacki, czołg, małe modele motocykli i niczego nie żałuję – ani rozbitego wielokrotnie nosa, ani guzów, ani ciągnięcia koleżanek za warkocz.

Zasypiam. Ale wierzę, że dam radę moją wieżę jeszcze upiększyć. Choćby odrobinę.

Wierzę w wieżę.

Czarne klawisze fortepianu

Czarne klawisze fortepianu

(Przedstawiam tekst, za który zostałem wyróżniony w konkursie literackim w Kozienicach. Na 138 prac znalazłem się w siódemce.)

Dobrze pamiętam tamten dzień. Ojciec przyszedł bardzo późno, z hukiem otworzył drzwi i krzyknął na cały dom, żeby natychmiast dać mu jeść. Oparł się o szafę, stanął na jednej nodze i próbował zrzucić but, zahaczając nim o palce drugiej nogi. Po chwili stracił równowagę i runął, rozbijając sobie głowę o szafkę z butami. Gdy wstawał, krew lała mu się na ubranie i podłogę. Zaklął siarczyście i cisnął zakrwawioną kurtką w kąt. Podeszła matka. Próbowała mu pomóc, ale wtedy ojciec jakby doznał otrzeźwienia, stanął na równe nogi i z całej siły uderzył mamę w brzuch. Zgięła się wpół i upadła na zakrwawioną podłogę. Patrzyłem na to z dala, nie wiedząc, co mam zrobić. Z jednej strony, nauczony przeszłymi jego wybuchami, potwornie się bałem, a z drugiej chciałem pomóc mamie. Podszedłem więc niepewnie, nie spuszczając z oczu ojca. Chwycił stojący w przedpokoju wazon i cisnął w moją stronę. Wazon rozbił się kilkanaście centymetrów ode mnie. Zamarłem ze strachu. Kątem oka zobaczyłem, jak matka próbuje wstać i powstrzymać ojca. Ten jednak, chwiejąc się, sięgnął po stojący w kącie jednonożny wieszak na ubrania i przygotowywał się, aby nim we mnie rzucić.

– Uciekaj! – zawołała mama zduszonym z bólu głosem.

To był dla mnie sygnał. I rozkaz. Błyskawicznie odwróciłem się i zacząłem uciekać na strych, bo dobrze pamiętałem, że mogę zamknąć drzwi od środka i nikt od zewnątrz nie otworzy. Wbiegłem po schodach i zahaczyłem o wysoki drewniany próg. Upadłem, rozbijając sobie nos. Mimo to szybko się pozbierałem, wstałem i zamknąłem drzwi od wewnątrz. Zaszyłem się w najciemniejszy kąt. Usiadłem na zakurzonym stołku pod spadzistym dachem. Rękawem wytarłem zakrwawiony nos i łzy, które dopiero teraz zaczęły cieknąć. Z dołu wciąż dobiegały hałasy. Stuliłem głowę i zacząłem się modlić, aby tata nie zrobił mamie krzywdy. Nadal się bałem, ale i czułem się winny, że nie mogę jej pomóc. Może gdybym był starszy, potrafiłbym powstrzymać ojca?

Kiedy zapanowała całkowita cisza, a ja do siebie doszedłem, powoli się rozejrzałem. Siedziałem w zakrwawionym ubraniu na okrągłym stołku stojącym przy jakimś meblu. Tuż ponad moimi oczyma zauważyłem litery, których dopiero uczyłem się w szkole. Powoli składałem to, co widzę, w słowa. Ale na próżno, w moim umyśle układały się dwa dziwne słowa połączone znaczkiem, którego nigdy wcześniej nie widziałem: Steinway & Sons. To było pianino. Otworzyłem klapę i niepewnie nacisnąłem klawisz w lewej strony. Wydobył się bardzo gruby dźwięk, który przeraził mnie, tak bardzo bałem się, że usłyszy go tata i przyjdzie do mnie. Jednak poczułem coś silniejszego niż ten lęk, coś, co kazało mi sięgnąć do klawiatury jeszcze raz. Tym razem nacisnąłem klawisz po prawej stronie, który odezwał się tonem cienkim. Potem dotknąłem następnego i następnego. Doznałem uczucia zespolenia z pianinem. Coraz pewniej naciskałem kolejne klawisze, a każdy odzywał się innym dźwiękiem. Operowałem tylko białymi, bo wciąż w pamięci miałem słowa mamy, że białe jest dobre, a czarne złe. Z każdą chwilą czułem, jakby dźwięki wpływały w moje wnętrze, a ja pobudzony, reagowałem kolejnym naciśnięciem białego klawisza. Tworzyło się, czego wtedy jeszcze nie rozumiałem, sprzężenie zwrotne, gdzie moje pragnienia wywoływały dźwięki, te znów wpływały na mnie i pobudzały do kolejnych naciśnięć klawiszy. Nawet nie zauważyłem, kiedy odważnie uderzałem w klawiaturę, wywołując całkiem sporą kakofonię, z której próbowałem wyłowić coś, co wyrażałoby mój aktualny stan. Biegałem palcami od lewej do prawej, czując się jak wirtuoz, jakich widywałem w telewizji.

Nagle usłyszałem silne uderzenie w drzwi. Zamarłem w bezruchu. Po drugiej stronie stał ojciec i szarpał za klamkę. Dobrze wiedziałem, że nie da rady otworzyć, bo wejście zabezpieczone było solidną zasuwą, do której nikt od dawna nie miał klucza. Mama kiedyś mówiła, że strych to najbezpieczniejsze miejsce w domu. Nagle ojciec krzyknął:

– Otwieraj, gówniarzu, bo cię zabiję!

Gdy tylko to usłyszałem, jeszcze większy strach przebiegł przez całe moje ciało i odruchowo zacząłem naciskać przypadkowe klawisze. Stworzyła się dziwna kłótnia pomiędzy ojcem a moimi palcami uderzającymi w klawiaturę. Jedna strona próbowała przekrzyczeć drugą, aż coś we mnie pękło i najsilniej, jak potrafiłem, zacząłem uderzać w czarne klawisze. Najpierw palcami, a gdy ojciec już walił z całej siły w drzwi, waliłem pięściami. Po raz kolejny zalały mnie łzy. Wytworzył się drugi świat w szczelnej bańce z czarnych złych dźwięków, które wezwałem przeciwko ojcu. Istniałem tylko ja, kakofonia i czarna siła.

Rok później, gdy tata siedział już w więzieniu, a ja regularnie chadzałem na strych, aby próbować wydobyć z białych klawiszy to, co tkwiło we mnie, mama urządziła moją pierwszą komunię. Spytała wcześniej, co chciałbym dostać. Rowerek, może zegarek, a może coś innego. Przytuliłem się do mamy i spytałem bardzo cichutko, czy trudno jest grać na pianinie. Odpowiedziała, że to tylko zależy od ucznia. Poprosiłem ją więc, aby znieść pianino na dół i aby mnie zaprowadzić do nauczyciela od pianin.

Pierwsza lekcja polegała głównie na tym, że nauczycielka próbowała przetłumaczyć mi, że uderzanie w przypadkowe klawisze nic nie da, i że jeśli chcę się nauczyć grać, muszę delikatnie naciskać je pojedynczo. Na kolejnej lekcji pokazała, jak się gra i śpiewa gamę. Potem przyszedłem do domu i znów zacząłem od walenia w różne klawisze. Lecz po chwili przypomniałem sobie słowa nauczycielki, aby grać gamę. Nie wiem, ile to trwało, ale przestałem, gdy zapadał zmierzch i do domu weszła mama.

Na którejś z kolei lekcji pani kazała mi nacisnąć czarny klawisz. Najpierw skuliłem się w sobie, a po którymś poleceniu nauczycielki uciekłem od pianina, bo nie chciałem jej zrobić krzywdy. Stanąłem przy oknie i rozpłakałem się. Podeszła, przytuliła mnie i powiedziała:

– Nie bój się czarnych, one są takie same jak białe, tylko mają inny kolor, aby ułatwić granie.

Po kilku minutach dałem się przekonać. Ale wstąpiło we mnie coś niedobrego, bo wraz z tym, jak używałem czarnych, czułem coraz większą złość. I tak pod koniec lekcji nauczycielka musiała mnie uciszać, tak mocno bębniłem.

Rok później miałem pierwszy koncert. Siedziałem przed sporą publicznością w domu kultury i wykonywałem wyuczone na pamięć utwory. Za każdym razem, gdy grałem na czarnych klawiszach, używałem większej siły. Niektórzy później mówili, że mam swój własny styl i będzie ze mnie wielki muzyk. Pamiętam, że podchodzili do mnie inni nauczyciele i gratulowali, mówiąc, że dawno nie widzieli tak zdolnego dziecka. W końcu podeszła mama, wzięła mnie z wysiłkiem na ręce i podniosła do góry, jakby chciała pokazać światu. W życiu nie widziałem na jej twarzy takiego wyrazu dumy i szczęścia. Była znów piękna mimo potężnej szramy ciągnącej się od czoła aż do kącika ust.

Gdy miałem siedemnaście lat, wrócił tata. Mimo iż wciąż się go bałem, czekałem z utęsknieniem. Siedziałem przy zastawionym suto stole jak na szpilkach, gdy wszedł. Nie wytrzymałem, pobiegłem na strych i zamknąłem drzwi. Wziąłem do ręki wcześniej przygotowany syntezator i bezmyślnie zacząłem grać. Intuicyjnie nacisnąłem klawisz nagrywania. Grałem coś spokojnego, coś, co mi właśnie przyszło do głowy. Chciałem uciszyć emocje, by jak najszybciej powrócić do taty. Ale gdy tylko po drugiej stronie drzwi usłyszałem tatę, nie wytrzymałem i grałem coś bardzo chaotycznego, niespokojnego, używając jak najczęściej czarnych klawiszy. Jednak tata tym razem nie walił w drzwi, ale spokojnie pukał, a po chwili, gdy zdał sobie sprawę, że gram, zaczął wystukiwać rytm. Coś jakby mi kazało i zjednoczyłem się z tym jego stukaniem; tworzyliśmy duet: pianino i instrument perkusyjny. Sam nie wiem, ile to trwało, ale w pewnym momencie mój syntezator wyświetlił komunikat o wyczerpaniu zasobów pamięci, która zużyła się na nagrywanie. Wtedy jakby emocje mnie dopiero dopadły i rozpłakałem się.

Zza drzwi usłyszałem cichutki głos taty:

– Wpuść mnie, proszę.

Niepewnie podniosłem się i po chwili otworzyłem drzwi. Za nimi stał tata i pierwsze, co zrobił, to przytulił mnie. Z jednej strony czułem z nim więź, a z drugiej miałbym ochotę założyć mu słuchawki, podłączyć je do najpotężniejszego wzmacniacza, ten do syntezatora i uderzać z całej siły w czarne klawisze, tak mocno, aby mu głowa pękła. Uspokoiłem się dopiero, gdy chyba nie miałem już łez.

Godzinę później, po skończonym obiedzie, wyciągnął ze swojej torby piękny bukiet kwiatów i dał mamie. Bez najmniejszych emocji przyniosła z kuchni wazon z wodą, włożyła kwiaty i jeszcze bardziej oschle podziękowała.

– Wiesz, Marku, jak byłem w szkole średniej, grałem trochę na perkusji – powiedział ojciec. – Może mógłbym do ciebie dołączyć i byśmy coś razem zagrali?

Nie odpowiedziałem, bo nadal się we mnie kotłowało. Pokiwałem tylko głową dla świętego spokoju.

W najbliższym czasie tata poprosił mnie, abym mu nagrał na kasetę, to co nagrałem na syntezatorze, gdy wracał z więzienia. Potem odsłuchiwał tego wielokrotnie, samemu próbując wystukiwać coś rękami i nogami. Spędzał przy tym całe wieczory, gdy wracał z pracy, o którą teraz dbał należycie. I ani razu nie zdarzyło się, aby przyszedł pijany.

Rok później, gdy kończyłem średnią szkołę muzyczną, zasiedliśmy obaj na scenie. Ja do fortepianu, on do perkusji. Zaczęliśmy grać. Najpierw utwór spokojny, melancholijny, klasyczny. Po nim nauczyciel stanął przed mikrofonem i powiedział, że teraz zagramy moją własną kompozycję. Bardzo bałem się, że nie wyjdzie tak, jak ją sobie wyobrażałem. A tam była to ekspresja w czystej postaci, zderzenia tonów delikatnych z ostrymi, harmonia niepowtarzalna.

Zaczęliśmy, spokojnie, z wyczuciem. Ja grałem melodię, a tata nadawał rytm. I gdy miało dojść do momentu, gdzie muzyka na chwilę zamiera, a potem znów budzi się z pełną mocą, tata uderzył z całej siły w talerze i krzyknął w moją stronę:

– A teraz mocno, w czarne!

Poczułem moc, której nie doświadczyłem nigdy! Błyskawicznie, stosując modulacje, przeszedłem do tonacji, gdzie używanych jest jak najwięcej czarnych, i zagrałem! W zasadzie nie pamiętam nic poza emocjami. Była muzyka złożona z melodii, rytmu i ekspresji. I tylko to ostatnie miało znaczenie! Każdy dźwięk kierowałem przeciwko ojcu, a on jeszcze bardziej mnie nakręcał, grając koncert perkusyjny swojego życia. Co nie zagrałem, on był jak echo, idealnie wpasowywał się w rytm i klimat granych przeze mnie dźwięków. Jakby szedł za mną przez całe życie, nie odstępując na krok, po to, aby pokazać, że jest wystarczająco silny i w każdej chwili może mnie pokonać. Widziałem nad sobą ekonoma i krytyka w jednej osobie. Ale spoglądał na mnie zza talerzy ze wzrokiem, w którym widziałem coś, co powodowało, że pierwszy raz w życiu czułem, że jestem w stanie z nim wygrać. Wspomnienia, które mnie wypełniały, przepełnione były moim lękiem i jego dominacją. Tymczasem teraz miałem wrażenie, jakby ojciec chciał, abym go pokonał, abym pierwszy raz odważył się mu przeciwstawić. A może to taki pozór, aby mnie podpuścić, a gdy podejdę wystarczająco blisko, pokonać raz na zawsze? Lecz poczułem, że mam tego wszystkiego dość. Dość bycia pod jego rozkazami, dość bycia tym słabszym, bo tak się w głębi czułem. Uderzyłem więc w klawisze w sposób niezaplanowany, niemal chaotyczny, aby go zaskoczyć i pokonać. To zabrzmiało wręcz jak harmoniczna kakofonia i kompletna arytmia. Poczułem, że przesadziłem, że to, co właśnie zagrałem, to dowód na moją chęć walki. Ale nie miałem nic do stracenia: albo pokonam go teraz, albo nigdy, w końcu ten koncert to moje królestwo. Uderzyłem więc po raz kolejny i kolejny, za każdym razem zmieniając skalę melodyczną. Może za którymś razem ojciec nie wytrzyma i ciśnie pałeczkami. Wtedy ja wstanę, ukłonię się i po raz pierwszy pokażę mu, kto jest prawdziwym wygranym. Ale tata spoglądał na mnie zza tych swoich talerzy, ze świdrującym wzrokiem, zupełnie jakby to on mnie prowokował. Po raz kolejny zalałem się łzami, w których tym razem zawierała się wściekłość na tatę, odreagowanie wszystkiego, z czym żyłem od lat, i improwizacja godna arcymistrza.

Nawet nie zauważyłem, gdy skończyliśmy. Cała publiczność wstała i biła brawo na stojąco. Jedni krzyczeli z zachwytu, inni gwizdali, dając do zrozumienia, że zbyt szybko skończyliśmy. W końcu wstałem i ja. Ukłoniłem się odruchowo i spojrzałem na tatę. Pierwszy raz widziałem w jego oczach pasję życia. W jednej chwili przestał być agresorem i tyranem, a stał się człowiekiem pełnym emocji. Pierwszy raz szanowałem go jako człowieka i ojca.

Po chwili podszedł do mnie nauczyciel i szepnął na ucho:

– Krew.

Najpierw nie wiedziałem, o co chodzi, ale spojrzałem sobie pod nogi i zobaczyłem skapującą krew z mojej dłoni. Z emocji uszkodziłem sobie prawą rękę, nawet nie wiem o co.

Mama stała w pierwszym rzędzie i biła brawo, spoglądając raz na mnie, raz na niego. Ona też była z niego dumna. W końcu weszła na scenę i wcisnęła się między nas. Tylko miała dziwnie spuszczoną głowę.

Dziwny

Dziwny

Facet, Walizka, Bagaż, Przyszły, Młody, Niepewny

Dziwny jest ten świat.

Stworzył mnie takiego, który tak bardzo różni się od samego siebie. Dziwny jestem ja, bo żyję w świecie, który tak bardzo różni się od ziemi.

Gdy patrzę na swój pamiętnik z podstawówki, zastanawiam się, co chciałem osiągnąć, pisząc. Uwieczniając tysiące słów: każde wydumane, przeintelektualizowane, ale emocjonalnie żywe, i moje. Dziś nie podpiszę się pod tymi słowami. Ani pod całym pamiętnikiem. Zdecydowanie nie. Zostało to gdzieś w tyle, ale ze mną. Gdybym się podpisał, znaczyłoby, że to jest dla innych, nie dla mnie, bo dla siebie nie muszę podpisywać, wiem, że to moje.

Dziwna jest ta rzeka życia, nad którą stoi most łączący emocje z logiką. To most, który został stworzony, aby okiełznać samego siebie. Ale ten most spaja dwa żywioły, jak ogień i wodę — zespolone tracą swoją moc. Kiedy przypominam sobie ważne dla mnie osoby, raz logicznie układam ich wizerunek, a raz emocjonalnie — zależnie od człowieka i sytuacji. Chciałbym ocalić od zapomnienia te ulotne, pełne wrażeń, chwile: uśmiech odwzajemniony, a nawet smutek spowodowany cierpieniem. Dziwny jestem ja, że wciąż pragnę się ranić, czując.

Myślę, że piszę z tego samego powodu, co śnię. Aby wypełnić treścią wyrwę, która rozpada się z emocji. Chciałbym zapisać wszystkie te uczucia, by w razie czego tekstem zalać to, czego mi w duszy brakuje. Jedni mówią, że brakuje ludziom drugiej połówki, inni, że piątej klepki. Na jedno wychodzi, skoro wciąż wierzymy w siłę miłości, która tak często rani, i pragniemy ocalić ją od zapomnienia.

Dziwna jest ta miłość.

Czy Anna na pewno chce właśnie tego — drabble

Czy Anna na pewno chce właśnie tego — drabble

Zaczarowany, Kobieta, Płeć Żeńska, Portret
– Jak na ciebie patrzę, widzę królową. Kogoś, kto, spotykając się ze mną, robi mi wielką przysługę – mówił Piotr. – Nie zasługuję na ciebie.
– Czy możesz to powtórzyć? – spytała z zachwytu ikonicznie piękna Anna.


Tydzień później zaprosiła go do siebie późnym wieczorem. Przyszedł z wystraszoną miną.
– Jak ci się układa? – spytała.
– Słabo, Ola mnie nie chce.
– Zobacz, ty nieźle się masz ze swoją, ja ze swoim. To co, mścimy się? – Usiadła tuż obok niego.
Piotr spuścił wzrok.
– Nie zasługuję na ciebie. – Wrócił do domu.


Od tego dnia zerwała z nim kontakt. Czy na pewno podobało jej się, że czuł, iż nie zasługuje?



Cywilizacja

Cywilizacja

Prezentuję swój tekst, za który otrzymałem I miejsce w konkursie „Opowiem Wam Historię” organizowanym przez ośrodek Arsus, a dotyczącym kilku dzielnic Warszawy.

Dzieli nas teraz cała cywilizacja.

Wyszedłem z domu przy ulicy Rolnej o siódmej rano. Jest połowa lipca, słońce nieco za chmurami, ale dość chłodno jak na tę porę roku. Staję przed wejściem, patrzę wokół i po raz kolejny nie mogę się nadziwić, jak bardzo zmieniła się Warszawa. Tutaj była granica stolicy jeszcze pięćdziesiąt lat temu. Ot, ledwie domostwa dochodziły do Doliny Służewieckiej. A teraz? Blokowisko opiera się o Las Kabacki. Ty też mieszkałaś na Rolnej, ale na drugim jej końcu, gdzie wtedy była wieś o nazwie Ursynów. Obecnie fragment ulicy z twojej strony nazywa się Gminna. Rolna została podzielona przez wielki Ursynów. Cywilizacja wkroczyła między nas i tkwi tak aż do dziś.

Pomyśleć, ile razy szedłem do ciebie na piechotę, grzęznąc w błocie. Do dziś czuję pod stopami tę maź o specyficznej konsystencji, która lepiła się, sprawiając, że każdy but ważył wiele kilogramów. Do tego dźwięk niedający się porównać z niczym innym — połączenie chlupania i odkorkowywania butelki. Taka przechadzka po błotnistej drodze, gdzie każdy krok wymaga wysiłku i uwagi, aby nie stracić równowagi i nie upaść. Tak sobie myślę, że ta nazwa to pamiątka po polach uprawnych, które rozciągały się na południe aż po Las Kabacki.

Byłaś na początku taka niedostępna. Co nie próbowałem amorów, to kąsałaś. Lecz wiedziałem, że to tylko zakazy twoich rodziców, które należy powoli przełamać. Byli tacy dystyngowani, tacy światowi, pracowali już wtedy w stolicy w biurze. A moja rodzina to zwykli chłopi, którzy mieli kilka hektarów. Twoi nie pozwalali nam się spotykać, ale i tak ukradkiem wyciągałem cię na randki. Bałaś się ich. Nie miałem prawie wykształcenia, ot podstawówkę i szkołę zasadniczą, choć zawsze mnie ciągnęło do edukacji. Dopiero później, gdy na naszym polu wybudowano bloki, poszedłem dalej do szkoły. Ukończyłem technikum rolnicze, potem SGGW. Wybrałem taki kierunek, jakby miał być mi jeszcze do czegoś potrzebny. Ale czym skorupka za młodu nasiąknie… powiadają.

W latach sześćdziesiątych mieszkałem tu jeszcze w drewnianej chacie, a obecny dom wybudowałem ponad czterdzieści lat temu. Stała tu nasza chałupa, kilka domostw, a dalej całe połacie pól uprawnych. Chyba nigdy nie przywyknę do tej całej nowoczesności, autobusów niskopodłogowych, wybetonowanych chodników i ulic pokrytych asfaltem. Za mojej młodości chadzało się po piaszczystych czy błotnistych drogach. Dziś to już nie to samo: buty niezabłocone, nogawki niezakurzone, ale i serce jakieś takie puste. Uwielbiałem jako dziecko iść polną drogą i muskać dłonią kłosy żyta — tak miło łaskotały. Do tego z niczym nie da się porównać szumu wiatru w złocistych łanach. To jakby szum morza, ale delikatniejszy, subtelniejszy, bardziej spokojny. Chyba znasz to uczucie, gdy obcujesz z naturą i czujesz tę jedyną w swoim rodzaju więź, której próżno szukać w świecie blokowisk, samochodów, maszyn i muzyki zagłuszającej wszystkie niuanse. Teraz wszystko takie techniczne, takie ugłaskane.

Dziś postanowiłem cię odwiedzić na piechotę. Choć sam nie wiem, jak tego dokonam — gubię drogę na starość w tych wszystkich obecnych ulicach, przejściach dla pieszych. Nawet nie ma gdzie spokojnie odpocząć. Parę tygodni temu jak szedłem na Ciszewskiego i usiadłem na trawniku, zainteresowała się młoda dziewczyna i spytała, czy ze mną wszystko w porządku. W sumie to chyba powinno być miłe, ale jakoś czuję się po tym jeszcze starzej, jakbym miał już wykorkować.

Pójdę Aleją KEN, bo najprościej. Najpierw chciałem mniej więcej starą Rolną, ale tamtędy mogłoby być ciężko, bo nawet nie poznałbym, którędy ta ulica biegła, tyle tego wszystkiego nastawiali. Tam, gdzie ciągnęła się stara Rolna, teraz i Centrum Onkologii, i wielkie osiedla jak chociażby Służew Nad Dolinką. W zasadzie istnieją tylko dwa fragmenty tej ulicy — jeden tu, na Mokotowie, a drugi na Ursynowie przy Górce Kazurce, biegnący z przerwami aż do ulicy Makolągwy, która dochodzi do Puławskiej.

Ruszam więc mokotowską częścią Rolnej na południe w stronę Ursynowa. Pod nogami zamiast piasku czy błota tępy beton i asfalt. Czasem mam wrażenie, że i zapach tego jest inny. Unosi się w powietrzu coś, co bardziej przypomina pomyje po próbówkach z laboratorium chemicznego niż miejsce, gdzie egzystuje człowiek. Dochodzę do linii metra, które powstawało kilkadziesiąt lat zbyt późno. Tu, od Wałbrzyskiej ciągnie się wzdłuż mojej trasy, aż prawie po sam Las Kabacki. Pierwsza linia metra w Warszawie i Polsce. Gdy otwarto ją, śmiano się, że Wąchock też jest wielkim miastem, bo ma tylko jedną linię metra mniej niż stolica. A ileż to trwały prace? I co to się działo podczas budowy wzdłuż KEN-u, która wtedy jeszcze nie istniała. Wielkie wykopy, mnóstwo błota i liczne incydenty, jak podtopienie czy problemy z gruntem. Dokładnie pamiętam dzień otwarcia pierwszej linii metra — to początek kwietnia tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego piątego roku. Opóźniło się to znacznie, głównie ze względu na brak pieniędzy, ale też zwiększone wymogi bezpieczeństwa. Ale kiedy już ruszyło, wszyscy mówili o metrze. Zbliżało nas do wielkiego świata. Aż strach pomyśleć, nieco ponad dwadzieścia lat wcześniej były to w większości pola uprawne. Myślę sobie, że to najlepszy dowód na migracje ludności ze wsi do miast i na rozrastanie się stolicy.

Mijam centrum handlowe Land. Dobrze pamiętam, kiedy je otworzyli. Zaledwie kilka lat po Okrągłym Stole. Jaki to wtedy był przebój, wielki świat do nas zawitał. Człowiek myślał, że teraz to będzie się żyło inaczej, lepiej, a prawda jest taka, że więcej z tym kłopotów. Obok bloki osiedla Służew Nad Dolinką, które powstały mniej więcej w tym samym czasie, co północny Ursynów.

Kiedy do ciebie chadzałem, nie było tego wszystkiego. Poznałem cię na jednym z niedzielnych spacerów na terenie obecnego Ursynowa. Nigdy nie lubiłem zbytnio towarzystwa, więc poszedłem po porannej mszy, aby pobyć samemu. To samo zrobiłaś ty. Spotkaliśmy się gdzieś na skrzyżowaniu Migdałowej i Mandarynki, pewnie był rok tysiąc dziewięćset siedemdziesiąty drugi, może trzeci. Pamiętam to do dziś: łany zboża, nieopodal niewielki las i ty, podobnie jak ja, uciekałaś od ludzi. Spędziliśmy tamtego dnia ze sobą ładnych kilka godzin. Potem widywaliśmy się niemal co niedzielę w tym samym miejscu. Aż zaprowadziłaś mnie na Nowoursynowską, pod ten sześćsetletni dąb, Mieszko Pierwszy, który teraz jest pomnikiem przyrody.

Tam po raz pierwszy się pocałowaliśmy; siąpił wiosenny deszcz, my schowani pod drzewem, które i tak nas niewiele chroniło, wokół pola i las. I pod nim także kochaliśmy się po raz pierwszy. Był lipiec, chłopi robili sianokosy, a my przez cały dzień siedzieliśmy w cieniu jego liści i podjadaliśmy agrest od ciebie z ogródka, a potem gdy nastał wieczór, skosztowaliśmy siebie nawzajem — nawet twoje usta smakowały agrestem. I miałem wrażenie, że pachniałaś sianem. Jak sobie pomyślę, to agrest będzie mi się zawsze kojarzył z tobą. I trochę z twoimi rodzicami, bo co nie próbowałem się zbliżyć, czułem ich ukłucia. Ilekroć jem agrest, stajesz mi przed oczyma ty, wciąż tak samo młoda, tak samo dziewczęca i niewinna. Mówią, że pamięć jest zawodna, a ja sobie myślę, że często siedzą w niej obrazy sprzed lat, które w niezmienionej formie zabierzemy ze sobą aż do grobu. Dla mnie takim obrazem jesteś ty leżąca na wznak na trawie, taka odprężona, taka spokojna i uśmiechnięta, z kołyszącymi się na wietrze w twoich źrenicach gałęziami Mieszka Pierwszego. Często jak zasypiam, czuję tę mieszaninę niebiańskich zapachów z tamtego wieczoru: woń agrestu zmieszaną ze słodką nutą kobiecego erotyzmu.

— Dobrze mi z tobą — powiedziałaś i spojrzałaś mi w oczy. — Wiesz, ale ja niedługo wyjeżdżam na studia i nie będziemy się tak często widywali.

— To nic, będę cię odwiedzał. — Przytuliłem się do ciebie.

— Kto wie, jak to może być. Ty tu, ja tam… Rodzice mówią, abym się przestała z tobą spotykać.

— Ale nie posłuchasz ich?

— Mówią, że u ciebie w domu to zacofanie, życie niegodne kogoś wykształconego, i że ja zasługuję na coś więcej.

— Jedno jest pewne, Aniu, ja nie zasługuję na ciebie.

To cię poruszyło, podniosłaś się i wyszeptałaś:

— Nie wiem, co mam robić. — Rozpłakałaś się i ruszyłaś biegiem w stronę domu.

Potem zaczęto budować pierwsze bloki na Ursynowie. A jakby wraz z ich budową, ciebie wysłano na studia do Lublina. Kontakt między nami się utrudnił, ale nie urwał. Gdy tylko przyjeżdżałaś, szliśmy znów pod Mieszka Pierwszego. I niemal za każdym razem się kochaliśmy. Nawet zimą, jak ledwo przebrnęliśmy przez zaspy, zaszyliśmy się w krzakach i robiliśmy to na stojąco. A gdy ty nie przyjeżdżałaś, pisaliśmy do siebie listy. Ileż to na strychu w starej skrzyni ich nadal mam. Każdy zabezpieczony, aby się nie zniszczył, a te wyjątkowe oprawiłem w ramki. Czasem ja wsiadałem w pociąg i jechałem do ciebie, ale miałem wrażenie, że się mnie trochę wstydziłaś, bo nigdy nie wyglądałem na miastowego.

Chyba w siedemdziesiątym piątym, kiedy Osiedle Służew Nad Dolinką się budowało, a pierwsze bloki Ursynowa zostały zasiedlone, napisałaś mi, że jesteś zmęczona i żebym nie przyjeżdżał na weekend. Wiedziałem, że masz mnóstwo zajęć na uczelni, więc nie nalegałem. W wakacje przyjechałaś, ale byłaś już jakaś inna. Sama zabrałaś mnie pod Mieszka i wtedy kochaliśmy się po raz ostatni. Gdzieś w sercu przeczuwałem, że to koniec, ale nie byłem w stanie dopuścić tego do świadomości.

Właśnie przechodzę Aleją Ken, przedłużeniem Rolnej przez Surowieckiego. Po prawej minąłem bloki przy Końskim Jarze, po lewej przy Koncertowej. Ale też po prawej wznosi się Kopa Cwila, sztuczne wzniesienie usypane z uszkodzonych prefabrykatów budowlanych i ziemi wybranej przy budowie dróg i budynków. Pamiętam, jak powstawała wraz z pierwszymi blokami na Ursynowie. Zwróciłem na nią uwagę, gdy po raz ostatni szedłem na spotkanie z tobą, brnąłem w głębokim błocie i zastanawiałem się, ile prawdy w tym, co mówiono w telewizji o planach na budowę wielkiego Ursynowa. Okazało się, że to była sama prawda. Kolejne bloki po prawej przy Wiolinowej — dobrze pamiętam, jak je oddawano do użytku, pewnie był rok siedemdziesiąty siódmy, może ósmy. Nasz dalszy sąsiad, którego wysiedlono, dostał tutaj mieszkanie. Poszedłem raz do niego w odwiedziny zaraz po zasiedleniu i to, co pamiętam najbardziej, to wszechobecne błoto. Nawet w twoich okolicach, gdy te tereny jeszcze nie należały do Warszawy, nie było tyle błota. Zupełnie jakby matka ziemia chciała zaprotestować przed kolonizacją kolejnych terenów i błotem próbowała zatrzymać ludzi. Pamiętam, że aż wstydziłem się wejść do jego mieszkania w tak ubłoconych butach — on w tym wielkim świecie, a tu przychodzi taki chłopek i brudzi mu dywany. Ale jak do niego wszedłem, przestałem się wstydzić, bo buty miał jeszcze bardziej umorusane.

Muszę sobie odpocząć, bo nogi zmęczone, wszak mając osiemdziesiątkę na karku, człowiek o wiele już słabszy. Siadam więc na niewielkim trawniku za Surowieckiego i wspominam ciebie. Wiele razy chadzałem w okolice twojego domu, aby próbować się do ciebie zbliżyć, może cię zobaczyć, mimo iż mieszkałaś w lubelskim internacie. Na dobrą sprawę nie wiem, po co to robiłem, po prostu musiałem, i już. Trochę dalej przy Surowieckiego stoi ursynowski Megasam, w którym czasami robiłem zakupy. Pamiętam, że wkrótce po jego otwarciu kupiłem tam fajerwerki na Sylwestra. Cieszyłem się jak dziecko. A potem doszły mnie informacje, że niedługo ugiął się od śniegu dach, a trzy lata później zapaliły się fajerwerki i spłonęła część magazynu. Tak sobie czasem myślę, co to by było, gdyby ten dach spadł mi na głowę.

Ruszam dalej na południe i mijam po prawej Pasaż Ursynowski, który oddano dokładnie na przełomie dekad. W tym całym skupisku wielkich bloków ten fragment jest nieco inny: niskie szeregowce z witrynami sklepów i nieregularnymi dachami, co sprawia wrażenie luksusu. Wtedy przestałaś zupełnie przyjeżdżać do rodziców. Słuchy mnie doszły, że zamieszkałaś z kimś od siebie z roku. Ale ja wcale nie odpuszczałem, nadal chadzałem w okolice domu twoich rodziców. Chyba po prostu nie chciałem się pogodzić z tym, że nie jesteśmy razem. Nawet raz pojechałem do Lublina, skryłem się gdzieś w zaroślach i obserwowałem wyjście od ciebie z wydziału. Szłaś w objęciach mężczyzny, który w żadnym względzie nie przypominał mnie: był wysoki, świetnie ubrany i taki męski. Wsiedliście do jakiegoś zachodniego samochodu i odjechaliście z piskiem. Poczułem, że między nami stanęli nie tylko twoi rodzice, ale i przepaść cywilizacyjna. Bo mnie nawet nie było stać na malucha, a ten twój facet jeździł czymś z wielkiego Zachodu. Poszedłem do dworcowego baru i upiłem się, aż milicja zawiozła mnie do izby wytrzeźwień. Wracając pociągiem, obiecywałem sobie, że koniec z tymi sentymentami, czas zadbać o siebie. Ale jak tylko dotarłem do Warszawy, zrobiło mi się smutno, jakoś żałośnie i znów polazłem pod dom twoich rodziców.

Przechodzę teraz obok galerii Ken Center, która powstała w wyniku rozbudowy marketu Leclerc. To obecne centrum handlowe niewiele przypomina tamten stary market, który istniał jeszcze pod inną nazwą na początku lat osiemdziesiątych. Po prawej bloki przy Hawajskiej. Oddawano je również na początku dekady. Wtedy już powoli sobie odpuszczałem, choć jeszcze czasem chadzałem w twoje okolice czy pod Mieszka Pierwszego. Zdarzyło się nawet zabrać tam jakąś koleżankę, ale w gruncie rzeczy nie byłem nią zainteresowany i nie zostaliśmy parą. Bezustannie siedziałaś mi w głowie, mimo iż czułem, jak rośnie między nami wielki mur. Myślę sobie, czy przypadkiem to nie było tak, że wraz z przyłączeniem terenów, gdzie mieszkałaś, do Warszawy, w tobie nie obudziła się chęć brnięcia ku cywilizacji. W końcu bycie Warszawiakiem do czegoś zobowiązuje.

Dalej mijam Multikino przy Indiry Gandhi. W czasach gdy je oddano, byłem już dawno po studiach, z ciepłą posadką na SGGW i wspomnieniami ciebie, które nie chciały mnie opuścić. Co nie próbowałem sobie ułożyć życie z jakąś kobietą, część mnie protestowała i uciekałem niemal w panice. Multikino powstało pod koniec lat dziewięćdziesiątych. Jakież kolejki się tu ustawiały, bo niemal każdy chciał zobaczyć film w tak wielkim i nowoczesnym kinie.

Gdy dochodzę do Płaskowickiej, tu po lewej jest adres KEN pięćdziesiąt cztery, gdzie mieści się lokalna klubokawiarnia, w której czasem wygłaszane są prelekcje historyczne i nie tylko. Byłem tam raz na odczycie na temat historii Ursynowa. Serce się krajało, jak przypominałem sobie czasy, gdy byliśmy razem. Tę część Ursynowa wybudowano w latach osiemdziesiątych, kiedy ja już poszedłem na studia. Wtedy dowiedziałem się, że ułożyłaś sobie życie z tym mężczyzną, którego przy tobie widziałem.

Skręcam w lewo w Płaskowickiej, aby zajrzeć na tymczasowo przeniesiony w to miejsce Bazarek na Dołku. Jego stała lokalizacja znajdowała się kilkaset metrów stąd, ale zmieniono ją na czas budowy obwodnicy. To najznamienitszy bazarek na Ursynowie, lokalnie znany równie dobrze jak Bazar Różyckiego na skalę całej Warszawy. Aż dziwnie się wchodzi między stragany w innym miejscu, wciąż nazywając to Bazarkiem na Dołku. Przechodzę obok kolejnych stoisk. Sam nie wiem, czego szukam. Tu artykuły spożywcze, tam mnóstwo drobiazgów, dalej widzę warzywa i owoce. Waham się, czy tam podejść, bo jestem już bardzo zmęczony i każde wchodzenie w skupiska ludzkie powoduje jeszcze większe wyczerpanie. Ale podchodzę pchany ciekawością. Soczyste jabłka, smakowite gruszki, czerwone wiśnie, trochę porzeczek i… agrest! Jest agrest!

— Po ile ten agrest? — pytam sprzedawczynię. Nawet na nią nie patrzę, interesuje mnie tylko pudełko z agrestem.

— Osiem złotych, drogi panie — odpowiada słabym głosem. — Świeżutki, dziś rano zrywany.

Dobrze wiem, ile prawdy w tych słowach. Kobieta przyjechała tu skoro świt, więc musiałaby zrywać agrest po nocy.

— Naturalnie, naturalnie. — Kiwam głową. — To wezmę opakowanie.

Sięgam do kieszeni po portfel, ale właśnie sobie przypominam, że został na szafce w przedpokoju. Widzę przed sobą wyciągniętą dłoń kobiety z agrestem.

— Bierze pan? — pyta poirytowana sprzedawczyni.

— Nie, zapomniałem z domu pieniędzy. — Powoli odwracam się, aby wyjść z bazarku.

— Czekaj pan. Wygląda pan na dobrego człowieka i że ten agrest panu naprawdę smakuje.

Spoglądam na nią nieśmiało.

— Weź pan za darmo, dziś nikt nie chce go kupować, tylko inne owoce — ciągnie. — Lepiej, żeby pan go zjadł, niż miałby się zmarnować.

— Naprawdę? — Nie wierzę w to, co słyszę.

— Młodemu to bym nie dała, ale takiemu jak pan to grzech nie dać. — Uśmiecha się.

— Ale pani straci…

— Raz stracę, drugi raz zyskam, życie kołem fortuny się toczy. Kto wie, może to ostatni agrest w pana życiu?

— Ale…

— Bierz pan, bo się rozmyślę — podnosi głos.

Z dużą niepewnością sięgam po pudełko z agrestem, nie mogąc spojrzeć sprzedawczyni w twarz. Wiem, że powinienem, że tak doceniłbym jej gest, ale nie jestem w stanie.

Odchodzę najszybciej, jak potrafię. Idę w nieokreślonym kierunku przytłoczony tym, co się stało. Czuję się z jednej strony dobrze, że mam to, czego chciałem, ale z drugiej znów dopada mnie wrażenie, że ten przywilej to z racji wieku, a to informacja dająca mi do zrozumienia, że już jestem bardzo blisko. Sam nie wiem, czy nie wolałbym odejść bez agrestu, tak przynajmniej czułbym się w pełni sił i zdrowia. Drepczę, gdzie mnie nogi poniosą, nie patrzę na ulice, budynki, czy cokolwiek innego. Chyba chcę uciec od swojego wieku. Na dłuższy moment niemal tracę świadomość. Przed oczyma pojawia mi się na chwilę jakieś duże skrzyżowanie, potem męcząca wędrówka szybkim krokiem, kolejne duże skrzyżowanie i wchodzę na brukowaną drogę, która wydaje mi się dobrze znajoma. Ostrożnie stawiam stopy, aby nie skręcić kostki. Jestem wykończony. Chyba nigdy w życiu nie czułem się tak zmęczony. W końcu dostrzegam, że siadam na trawie obok jakichś stalowych konstrukcji. Niemal padam ze zmęczenia. Zamykam oczy i zasypiam, trzymając w ręku plastikowe pudełko agrestu.

Budzę się nadal zmęczony, ale już przytomny. Słońce chyli się ku zachodowi. Patrzę przed siebie, a wokół stoi kilka osób w szerokim okręgu. Ktoś właśnie podchodzi, dzwoniąc na pogotowie, słyszę.

— Proszę nie dzwonić — mówię. — Wszystko ze mną w porządku, chciałem po prostu odpocząć. — Ale dociera do mnie, że mój głos jest ledwie słyszalny.

— Już zadzwoniłam — mówi młoda dziewczyna. Spoglądam jej w twarz i jest tak podobna do ciebie: kolor włosów ten sam, rysy podobne, budowa ciała niemal identyczna. — Gdzie pan mieszka?

— Ja?… Na Rolnej.

— Naprawdę? Ja, można powiedzieć, również — energicznie odpowiada dziewczyna. — W zasadzie na Gminnej, która była kiedyś Rolną, na Ursynowie, nie na Mokotowie. — Siada koło mnie. — Ale pewnie pan jej nie kojarzy.

— Kojarzę. — Uśmiecham się. — I to bardzo dobrze.

— A co pan tutaj robi?

— Sam nie wiem. — Rozglądam się po raz pierwszy i właśnie dociera do mnie, że siedzę pod Mieszkiem, dębem z naszej młodości. Jak tu dotarłem?

— Rozsypał się panu agrest. — Dziewczyna sięga i zaczyna zbierać do pojemnika nieco rozsypanych owoców. Nagle zakrywa dłońmi twarz i zaczyna płakać.

Sposób, w jaki płacze, tak bardzo przypomina mi ciebie. Próbuję się podnieść, ale nogi odmawiają posłuszeństwa. Szoruję tylko piętami o trawnik, na którym siedzę. W końcu zaprzestaje prób i pytam:

— Coś się stało?

— Znam pana — odpowiada dziewczyna przez łzy. Spogląda na mnie, a ja widzę ciebie. — Ten agrest, ten dąb i ta Rolna. — Ponownie zakrywa dłońmi twarz.

Nie rozumiem, co do mnie mówi. Czy ja się nadal nie obudziłem i śnisz mi się ty?

— Poczęstuj się. — Mimo iż miesza mi się w głowie, podnoszę pojemnik z agrestem i podsuwam bliżej niej.

Dziewczyna powoli opanowuje płacz.

— Ma pan na imię Jerzy i tu, pod tym dębem przeżywał pan swoją wielką miłość — mówi. Sięga po agrest, wkłada do ust jeden owoc, ostrożnie rozgryza, nieco się krzywi i uśmiecha. — Faktycznie, smakuje tak, jak to słyszałam. Wie pan, że nigdy nie jadłam agrestu? Znam go tylko z opowiadań.

— Naprawdę. — Chyba nie dociera do mnie to, co słyszę.

— Tak, kilka razy chciałam już go spróbować, ale za każdym razem rezygnowałam, aby nie konfrontować swojej wyobraźni z rzeczywistością. Powiem panu, że jest pyszny: trochę słodki, mocno kwaśny i niepowtarzalny. — Sięga po kolejny owoc i rozgryza go równie wolno.

— Kim ty jesteś? — pytam szeptem.

Dziewczyna spogląda mi w oczy już bez łez.

— Pana przyszywaną, a może niedoszłą wnuczką. — Targana skrajnymi emocjami wybucha śmiechem. — Też mam na imię Ania, po niej.

Nie wierzę w to, co słyszę.

— Tak, panie niedoszły dziadku — nadal się zaśmiewa. — Panie Jurku, ona nigdy nie przestała pana kochać, tylko rodzice, kariera i wielki świat zawróciły jej w głowie. Od kiedy pamiętam, opowiadała mi o panu.

— Mówisz, dziecko, o Ani? — zadaję głupie pytanie.

— Tak, wiem, że tu mieliście pierwszą randkę, tu się kochaliście. A teraz niech pan spojrzy. — Pokazuje ręką w górę na drzewo, pod którym siedzimy. — Ktoś go podpalił w zeszłym roku. Nawet wasze miejsce spotkań mało nie zostało zniszczone. Babcia mówiła, że zrobiła to rodzina dziadka, bo dziadek zawsze był zazdrosny o pana i całą waszą historię.

Rozglądam się i faktycznie widzę poczerniałe od ognia gałęzie i pień. Do tego konary wsparte są na stalowych słupach, tak, aby nie rozdarły Mieszka.

— Jeszcze miesiąc temu babcia wahała się, czy się do pana nie odezwać — kontynuuje. — Ledwo żyła, a myślała tylko o panu.

— Jak to ledwo żyła? — pytam niepewnie.

— Hmmm… — Opuszcza głowę, wstrzymuje oddech. — Właśnie wracam z jej pogrzebu, panie Jurku.

Gdy to słyszę, odchodzą ode mnie wszystkie siły witalne. Czuję, jakbym umierał sam.

— Myślę, że to ona nas tu przyprowadziła — szepcze, bierze mi z ręki pudełko z agrestem, stawia na trawniku i przytula się do mnie.

Zaczynam płakać jak dziecko. Czuję, jakbyś to była ty.

A może to nadal ty?…

Dwa zwierciadła

Dwa zwierciadła

Widzę mnóstwo ludzi: grubych, chudych, wysokich, niskich. Także łysych, z długimi włosami i brodatych. Przychodzą różni, zawsze chcą tego samego.

Dostrzegam w nich bardzo wiele: od uśmiechu do cierpienia, w zależności od osoby.

Czasem myślę sobie, że tyle, co widziałem, powinno starczyć, aby zaspokoić cały głód poznania. Ale nie…

Pragnę następnych i następnych. I kolejnych.

Zaczynam marnieć, kiedy nikt się nie pojawia. Czegoś mi brakuje. Ale czego?…

A kim jestem? No kim?…

Lustrem.

Widzę więc tylko ludzi, nigdy siebie. I choćbym poznał wszystkie osoby na świecie, mój głód poznania nie zostanie zaspokojony.

Doznam spełnienia, gdy stanie przede mną drugie lustro.

Szewc — drabble

Szewc — drabble

Athletic, Buty, Kobiety, Bata Shoe Museum, Toronto

Jestem szewcem. Lubię to, co robię. Od lat staram się tworzyć jak najlepsze buty.

Gdy skończyłem być czeladnikiem, uszyłem bardzo wygodne półbuty. Były tak doskonałe, że po przetestowaniu ich zacząłem je wytwarzać hurtowo.

Klient był bardzo zadowolony.

Kilka lat później stworzyłem doskonałe sandały. Po tygodniu chodzenia w nich podjąłem decyzję o wytwarzaniu masowym.

Klient był bardzo zadowolony.

Gdy miałem czterdzieści cztery lata, przyszykowałem ciepłe i piękne kozaki. Miesiąc później sprzedawałem je hurtowo.

Klient był bardzo zadowolony.

Mam teraz osiemdziesiąt pięć lat. Wokół mnie leży trzynaście znakomitych modeli butów.

Klient może być zadowolony.

*

Jednak czegoś mi brakuje…

*

Może uszyć nowy model?

powiedz kim jestem

powiedz kim jestem

Graffiti, Wall, Twarz, Krzyk, Emocje, Sztuka

tam gdzie ignorancja struga duszę

tam długi nos wyrasta z drewna

niejeden się przejechał gębą po świecie

ale numer jeden tyłkiem po zadrach

*

słowa ważniejsze niż dusze

dawno sprzedane w Bogu winnych zakrystiach

moneta wyciągana z majtek

kłuje w oczy czyjąś niegodziwością

*

pogania nas szara postać

rzucana przez słońce

wydychamy smołę

w zupełnej czerni szarość rozświetla nam drogę

Do ludzi

Do ludzi

Puzzle, Zespół, Praca Zespołowa, Udostępnij, Razem

Wyszedłem z lasu. Nie znałem zasad. Wyglądałem inaczej niż ktokolwiek na świecie: miałem pociągłą twarz, wzrost ponad dwa metry i byłem bardzo chudy. Ale poszedłem między ludzi.

Podszedł niski facet i spytał, czy nie wstydzę się być właśnie taki. Przejąłem się. Ledwo powłóczyłem nogami. Gdy wróciłem do domu, zaniepokojony odkryłem, że jestem niski.

Następnego dnia kobieta z okrągłą twarzą przysporzyła mi mnóstwo poczucia winy. Przejąłem się. Ledwo powłóczyłem nogami. Gdy wróciłem do domu, zmęczony zobaczyłem, że mam pulchną twarz.

Kolejnego dnia starzec narobił mi strasznego wstydu. Przejąłem się. Ledwo powłóczyłem nogami. Gdy wróciłem do domu, w lustrze ujrzałem wiekowego starca.

Jastrząb — drabble

Jastrząb — drabble

Orzeł, Złota, Natura, Ptak, Przyrody, Dzikie, Raptor

Tego pięknego, wiosennego dnia, gdy życie budziło się po zimie, jastrząb krążył nad świeżo upolowanym mięsem, które powoli jadł młody orzeł. Jastrząb był zbyt mały, aby zaatakować i przejąć łup, ale głód mówił, że powinien coś złowić. Co chwilę odfruwał, wściekły na swoją słabość, a potem wracał, by jeszcze raz ocenić sytuację.

W końcu zniżył lot i zobaczył w oczach młodego orła wielką słabość. Jastrząb się nie zastanawiał, podleciał blisko i… zadziobał młodego orła. Potem jadł mięso, czując się wielkim zwycięzcą.

Do dziś krąży nad łąkami i nie interesuje go już samo mięso. Teraz tylko wypatruje słabości w oczach przeciwników.

Nad rzeką — erotyk

Nad rzeką — erotyk

Tekst przeznaczony jest tylko dla osób pełnoletnich

Zakradłem się do Pauliny, kiedy już zmierzchało. Po całym upalnym dniu czułem nieco orzeźwienia, bo temperatura wreszcie znacznie spadła. Podszedłem na czworaka pod jej okno, cały czas przytulony do drewnianej ściany chałupy, i cichutko zapukałem. Pachniało maciejką i świeżo suszonym sianem. Przysłuchiwałem się, czy nikt mnie nie zauważy, toteż skupiony byłem na najcichszych dźwiękach, spośród których wybijały się dwa: pobliskich świerszczy i nieco bardziej odległych żab w stawie u Malickiego. Przypomniałem sobie czas, gdy obserwowałem Paulinę i nie miałem odwagi, aby się do niej odezwać. A dziś? Po prostu chciałem ją wyciągnąć na nocną randkę.

Po kilku chwilach coś zachrobotało mi nad głową. Skuliłem się jeszcze bardziej, niepewny sytuacji. Tuż nade mną pojawiła się twarz Pauliny.

– Co jest? Nie powinieneś… – zaczęła, ale natychmiast przerwałem:

– Chodź, idziemy nad rzekę. Tylko przez okno, aby cię nikt nie zauważył.

– Zwariowałeś! – podniosła głos, ale zasłoniłem jej usta dłonią.

– Zakładaj buty i nic nie mów, nie pożałujesz.

Posłuchała, bo na chwilę znikła w pokoju i pojawiła się znowu, próbując bezszelestnie do mnie dołączyć. Miała na sobie błękitną sukienkę sięgającą kolan. Najpierw wysunęła jedną nogę i nagle zorientowała się, że jestem pod nią.

– Odsuń się i nie patrz! – rozkazała ze śmiechem.

Wiedziałem, że jeśli powiedziała to ze śmiechem, to tylko dla przyzwoitości. Jednak nie dałem po sobie poznać, że przez krótki moment dostrzegłem jej białe majtki w czerwone grochy, opięte na tym, co interesowało mnie najbardziej – na bułeczce przekrojonej wzdłuż. Zrobiło mi się gorąco. Jednak spełniłem jej wolę i odsunąłem się w bok, a wzrok wbiłem pobliski kwiat bratka, który właśnie zapylany był przez pracowitego trzmiela. Pomyślałem o słodyczy nektaru.

Nad rzeczkę doszliśmy prawie całkowicie po zmroku. Oprócz zapachów kwiatów i siana w powietrzu unosiła się również woń wodnej roślinności i samej wody, która źródło miała kilkadziesiąt metrów dalej – pachniała matką ziemią, ale i czymś nieziemsko świeżym; zapraszała do picia i kąpieli.

– I co będziemy robili? – spytała szeptem, zupełnie jakbyśmy nadal skradali się pod jej chatą.

– Nie wiem jak ty, ale ja zamierzam się naj… wykąpać. – Chciałem powiedzieć najpierw, ale ugryzłem się w język, żeby trzymać ją w niepewności.

– To wskakuj. – Znów się zaśmiała.

Rozejrzałem się, czy nikt nie nadchodzi, ale otaczały nas jedynie liczne olchy i osiki. Ściągnąłem koszulkę, odruchowo wciągnąłem brzuch. Paulina próbowała odwrócić wzrok, ale co chwilę ciekawość szarpała jej głową w moją stronę. W końcu sięgnąłem po pasek spodni i szybkim ruchem rozpiąłem. Miałem wrażenie, że wraz z jej wstrzymanym oddechem zamilkły i żaby i świerszcze. Spuściła głowę. Zsunąłem spodnie razem z majtkami. Paulina gwałtownie nabrała powietrza i zrobiła kilka głębokich oddechów.

Wszedłem do lodowatej wody, która nieco okiełznała moją już nabrzmiałą męskość. W końcu zimna woda działa jak najlepszy środek antykoncepcyjny. Zacząłem zmywać z siebie całodniowy pot. Poczułem kosmiczne orzeźwienie i jeszcze bardziej nieziemskie dreszcze. W końcu jeśli wszystko pójdzie dobrze, niedługo odlecę na Księżyc.

Nawet nie zauważyłem, kiedy Paulina się rozebrała i również weszła. Zorientowałem się dopiero, gdy potarła dłonią o mój pośladek. Gwałtownie zaszumiało mi w głowie i poczułem znów pęczniejącą męskość. Ale nie chciałem już teraz dać znać po sobie, co czuję, toteż z premedytacją upadłem, mocząc nawet całą głowę. Dźwięki natury zastąpił jednostajny pomruk przepływającej wody.

Gdy się wynurzyłem, Paulina stała nade mną zupełnie naga. Miała rozstawione szeroko nogi, spomiędzy których przebijała się czerń zarostu i ledwo dostrzegalny w półmroku róż jej kobiecości. Niemal oszalałem. Chwyciłem ją za nogę i przewróciłem. Cicho zapiszczała, a po chwili zatrzepotała rękami o powierzchnię. Rzuciłem się w jej stronę i przywarłem, nie zważając na twardniejącą męskość. Paulina, leżąc na plecach, uniosła głowę ponad wodę i wlepiła we mnie jednoznaczny wzrok. Nie zawahałem się. Błyskawicznie wstałem, chwyciłem ją na ręce i bez zastanowienia wyniosłem na brzeg, gdzie leżały nasze ubrania. Ułożyłem ją obok, na trawie. Oddychała głęboko. Poczułem, że szybujemy na orbicie.

Położyłem się na nią i zacząłem całować. Znów pachniało maciejką, świeżym sianem i źródlaną wodą. Odrobinę się broniła, ale co chwilę przyciągała moje ramiona. Jedną ręką masowałem jej pierś, a drugą sięgnąłem do bioder, a zaraz do pośladków, które co chwilę unosiła ponad ziemię, napinając wszystkie mięśnie. W końcu sięgnęła ręka do mojej głowy i wplotła palce we włosy. Do dotychczasowych zapachów dołączyła woń kobiety – coś słodkawego z cierpką nutą. Zakręciło mi się w głowie. Poczułem gigantyczne napięcie, z którym nie mogło się równać nic. Obniżyłem głowę i pieściłem jej piersi z nabrzmiałymi sutkami. Były dokładnie takie, jak uwielbiam – nie za duże, jędrne i sprężyste. Do moich uszu dotarło pomrukiwanie rozkoszy.

Sięgnąłem do jej łona. Wyczułem wilgotne włoski i kuszącą przerwę. Nie wytrzymałem i zjechałem twarzą między jej nogi. Gdy tylko dotknąłem tam ustami, zacisnęła uda na mojej głowie z taką siłą, że po raz kolejny mi zaszumiało, a dźwięki zastąpione zostały przez tętniący puls. Przez myśl mi przebiegło, czyj to puls. Lewą ręką sięgnąłem piersi, a prawą masowałem pośladki i biodra, które rytmicznie unosiła. Poczułem, że twarz zalewa mi jej kobiecy płyn, który coraz bardziej pachniał czymś niezwykle ostrym. W końcu zrównałem się z nią głowami i po raz kolejny spojrzałem jej w oczy, w którym znalazłem niemą zgodę.

Wsunąłem się w nią zupełnie po ciemku. Dalej niewiele pamiętam oprócz dźwięków żab, świerszczy i jej wzdychania. Była ekstaza, uścisk Pauliny i mój pęd naprzód. Wszystko zlało się w iście niebiańską aurę, która jest dostępna jedynie na Księżycu.

Skończyliśmy razem, tego jestem pewien. Zsunąłem się obok niej, próbując wyrównać oddech. Paulina cały czas dyszała, jakby przebiegła maraton. Pachniało maciejką, świeżym sianem, kobiecym podnieceniem i źródlaną wodą. A żaby i świerszcze rozszalały się, jakby chciały uczcić to, co się właśnie wydarzyło. Gładziłem Paulinę po piersiach i brzuchu, raz czując wciąż nabrzmiałe sutki, raz wilgotne włoski.

To był piękny dzień.

Chwalimy się

Chwalimy się

Chciałbym się pochwalić, że wczoraj dotarła do mnie informacja, iż w konkursie literackim „Opowiem Wam Historię” w DK Arsus zdobyłem I i II miejsce, odpowiednio za teksty:

„Cywilizacja” (wymyślona historia miłości dwojga ludzi z ulicy Rolnej w Warszawie, która została podzielona przez wielki Ursynów na dwie części)

oraz „Szlak zbieraczy kawy” (historia oparta na faktach, jak pracownicy PKP, a konkretnie Warsu wynosili do domu trudno dostępną w czasach PRL kawę.)

Niestety tekstów na razie nie mogę zaprezentować z powodu umowy z konkursowej.

W górach

W górach

Wybrzeża, Brzeg, Skały, Cliff, Morze, Ocean, Wybrzeże

Paulina obudziła się zmarznięta i wystraszona. Półka skalna, na której spała, znajdowała się nad kilkusetmetrowym urwiskiem. Pod nią, na samym dole szumiał ocean, obok na licznych półkach skrzeczały mewy, a nad głową majestatycznie krążył orzeł wyglądający jak zawieszona w powietrzu postrzępiona na końcach deska. Rozejrzała się, czując ściskanie w żołądku spowodowane wysokością. Niepewnie spojrzała ku górze, gdzie, jak sądziła, istniała jedyna droga powrotu. Nad nią było tylko kilka metrów urwiska. Podniosła się do klęczków i przywarła do zimnej skały. Wydawało jej się, że ocean zaszumiał mocniej, a zbocze nachyliło się ku otchłani. Krzyk białych mew przeszył jej poruszone nerwy. Już chciała z powrotem usiąść, poddać się i zostać, gdzie się obudziła, ale przypomniała sobie słowa swojego świętej pamięci męża, aby w takich sytuacjach nigdy nie patrzeć w dół. Przywarła więc jeszcze mocniej do skały, odwróciła głowę od przepaści i omiotła wzrokiem grań w poszukiwaniu drogi na szczyt; uznała, że to jedyna szansa na ratunek.

Jak się tu znalazła? Nie pamiętała. Wiedziała jedynie, że poprzedniego dnia wyszła z domu, pijąc wódkę prosto z butelki. Ile to już alkoholu wlała w siebie, od kiedy zmarł mąż. Kołatało jej się w głowie, że wsiadała do jakiegoś autobusu, potem ktoś pomagał jej wysiąść, następnie, że kupowała kolejną butelkę i szła w nieokreślonym kierunku. Miała wrażenie, że się z kimś szarpała, może broniła. Ale teraz nie w głowie jej było, aby sprawdzać, czy nie ma podartego ubrania. Dalej nie pamiętała nic więcej. Ale skoro tu tkwiła, musiała przyjść sama. Tak, mąż zginął w górach podczas wspinaczki na Anna Purnę. Zaskoczyła ich potężna śnieżyca i uniemożliwiła powrót. Ciała męża i jego kolegi znaleziono kilka dni później na wysokości ponad siedmiu tysięcy metrów; siedzieli z otwartymi oczami i wyglądali, jakby chcieli tylko na chwilę odsapnąć. Tuż przed wyjazdem w Himalaje mąż powiedział Paulinie, że jeśli by tak się zdarzyło, że nie wróci, jego duch zostanie w górach na zawsze, bo góry są wszystkim tym, co kocha najbardziej.

Paulina zobaczyła kilka występów skalnych po lewej stronie, które były wystarczająco duże, aby posłużyć za stopnie. Przesunęła się więc w tamtą stronę i kurczowo chwyciła występu tuż nad głową. Odruchowo szarpnęła, aby sprawdzić, czy występ jest stabilny. Na wysokości kolan miała pierwszy stopień. Ostrożnie postawiła lewą nogę, aby prawa, silniejsza i sprawniejsza mogła zareagować w razie problemów. Oparła cały ciężar na lewej nodze, przytrzymując się półeczki nad głową i wspięła się kilkadziesiąt centymetrów. Omiotła wzrokiem ścianę. Znalazła kolejny stopień na wysokości bioder i uchwyt na ręce po prawej sporo wyżej. Była też szczelina po prawej stronie, w którą mogła włożyć palce stopy, a która mogła posłużyć jako tymczasowy stopnień. Wsunęła więc tam koniec prawej stopy i sięgnęła do uchwytu, który zauważyła. Niestety brakowało kilku centymetrów, aby go dosięgnąć. Musiała więc odepchnąć się prawą stopą ku górze, stojąc tylko na lewej nodze i przytrzymując się lewą ręką, która w takim wypadku nie spełniłaby funkcji, gdyż szarpnięcie w przypadku obślizgnięcia prawej ręki mogłoby okazać się zbyt mocne na utrzymanie się na niej. Bardzo ostrożnie spojrzała pod siebie. Półka, na której się obudziła, znajdowała się niespełna metr niżej, więc nie tak daleko, jednak gdyby stąd spadła, mogłaby stoczyć się w przepaść. Postanowiła mimo wszystko zaryzykować. Użyła całej siły prawej stopy, kurczowo złapała się lewą ręką i szarpnęła ciałem na kilkanaście centymetrów w górę. Dosięgnęła półki, na której jej zależało. Poczuła pod palcami prawej ręki, że coś się kruszy i odruchowo odwróciła oczy, aby ich nie zaprószyć. Lecz nagle dotarło do niej, co znaczyło to kruszenie się – to półka nie wytrzymała pod jej ciężarem. Usłyszała spadające kamyki, które najpierw odbijały się od półki poniżej, a potem leciały prosto do oceanu.

Jednak nadal trzymała się uchwytu, szukając oparcia na prawą stopę. Poczuła po chwili, że o coś zahacza. Nerwowo spojrzała w tamtą stronę. Miała na wysokości połowy lewego uda występ skalny, który śmiało mógł posłużyć jako kolejny stopień. Jednocześnie poczuła, że lewa ręka już nie wytrzymuje obciążenia i zaczyna zsuwać się z uchwytu. Gwałtownie więc podkurczyła prawą nogę i z trudem postawiła stopę na występie. Stała w szerokim rozkroku, który powodował ból w pachwinie i biodrach, lecz była już bezpieczna, gdyż powyżej stóp znajdowało się kilka solidnych stopni aż do szczytu. Po chwili ruszyła w górę.

Gdy już prawie dosięgała szczytu, zobaczyła wyciągniętą w jej stronę rękę.

– Może pomóc? – spytał męski głos.

Skoncentrowana na wspinaczce nawet nie spojrzała w górę. Jedynie wyciągnęła rękę i zacisnęła kurczowo dłoń na ręce nieznajomego. Poczuła jednocześnie, że ktoś bardzo silnie ją ciągnie. Po chwili stała na szczycie góry obok mężczyzny z kapturem na głowie i w butach trekingowych. Czuła się rozdygotana i kompletnie przemarznięta.

– Co tu robisz? – spytał.

– Co?… – Zastanowiła się, co ma w ogóle odpowiedzieć. Kłamać nie chciała, a prawda była wielką niewiadomą również dla niej. – Właśnie próbuję wrócić do domu – powiedziała na wydechu.

– A jak tu dotarłaś?

– A czy to ma jakieś znaczenie? Są w przeszłości rzeczy, które wypełniają ją całą, nie pozostawiając miejsca na takie błahostki. Wznoszą się w pamięci jako wielkie pałace zbudowana z ludzkich kości, w których do zaprawy użyto ludzkiej krwi. – Sama się dziwiła, że wypowiedziała takie słowa. Poczuła jednak, że to kwintesencja tego, co chciałaby powiedzieć.

– No dobrze. Chyba pora wracać do domu, do Donegal – rzekł mężczyzna.

– Tak, chyba wystarczy tych wygłupów. Rodzice pewnie już mnie szukają, ostatnio codziennie przyjeżdżają, aby zobaczyć, czy daję radę.

– Ale wiesz, że stąd droga nie jest łatwa do przystanku autobusowego.

– Powinnam wiedzieć, skoro tu dotarłam, prawda?

– No, wypadałoby. Inaczej skłonny jestem pomyśleć coś niedobrego. Ale przecież nie postradałaś zmysłów. – Mężczyzna uśmiechnął się półgębkiem.

– A żebym to ja sama wiedziała.

– Nie martw się, zaprowadzę cię tam.

Paulina nie za bardzo miała ochotę na jakiekolwiek towarzystwo, szczególnie męskie, ale skoro nie pamiętała, jak tu dotarła, nie miała też pojęcia jak wrócić. W końcu nieznajomy jej pomógł i nie wyglądał ani na niebezpiecznego, ani na natręta, który będzie chciał ją podrywać.

– A to nie kłopot dla ciebie? – spytała.

– Nie robi mi różnicy kilometr w tę czy kilometr w tamtą stronę. Tu się czuje jak u siebie.

– Naprawdę? – Spojrzała mu w oczy w poszukiwaniu oznak nieszczerości. Znalazła tam jednak jedynie coś, co wyglądało na delikatność i głębię, której może zaufać.

– Tak, to żaden problem. Pozwoli więc pani. – Wyciągnął ku niej dłoń, na której miała się oprzeć.

Nie miała wątpliwości ani obaw i ujęła jego rękę. Poczuła dziwne ciepło dochodzące z jego ciała.

– A ty co tu robisz? – spytała.

– Chodzę tu i ówdzie i – spojrzał jej w oczy, uśmiechnął się szeroko – pomagam zagubionym. – Głośno się zaśmiał.

– No, to mi się trafiło, w sam raz. – Pokiwała głową.

– Proszę tędy, młoda damo. – Pokazał jej wąską ścieżkę między gęstymi krzewami. – To jedyna droga na dół. W prawo zaraz kończy się urwiskiem, w lewo trafia na pionową nie do przejścia ścianę, do tyłu doprowadza też nad urwisko.

– Sama bym na pewno nie wybrała tej drogi – odparła. – Wygląda, jakby była ślepa.

– Dużo rzeczy na tym świecie nie wygląda na to, czym jest w rzeczywistości. Czasem mamy coś przed sobą, a oczy pozostają ślepe na prawdę. Ale tak bywa, gdy prawda okazałaby się zbyt bolesna.

Ruszyli w gęste zarośla, które z każdym krokiem czepiały się ubrań. Paulina cały czas czuła bijące od nieznajomego ciepło. Pewnie szybko szedł po górach, a ona sama wymarzła się na półce i stąd takie odczuwanie różnicy temperatur. Z każdym krokiem mężczyzna stawał się dla niej w jakiś sposób bliższy. To, co jeszcze kilka dni temu było niemożliwe, teraz stawało się faktem – powoli nawiązywała kontakt z jakimkolwiek mężczyzną. Bo od śmierci męża unikała ich, jak tylko mogła. Nie chciała, aby ta znajomość przerodziła się w coś więcej, bo wciąż kochała męża, jednak rodziło się w niej dziwne uczucie. Zupełnie jakby spotkała brata, któremu może zaufać i którego bliskość nie boli.

Gdy już przedarli się przez zarośla, potem przez labirynt wielkich skał i stanęli na szerokim szlaku, mężczyzna rzekł:

– Tędy dojdziesz do przystanku autobusowego. Jednak nie polecałbym czekać na autobus, jeżdżą zbyt rzadko. Dwa kilometry dalej jest niewielka wioska, w której na pewno znajdziesz coś do jedzenia. Tam posiedzisz w cieple i wrócisz najbliższym autobusem.

– A ty nie pójdziesz dalej ze mną?

– Niestety, bardzo bym chciał, ale muszę zostać tu, wśród dzikiej przyrody, skał i niebezpieczeństwa czającego się na roztargnionych turystów. Góry to mój dom. – Po raz ostatni uścisnął jej dłoń, odwrócił się i odszedł z powrotem, skąd przyszli.

Popatrzyła tylko za nim, nie do końca świadoma jeszcze tego, że ktoś jej pomógł wrócić. Tylko odprowadziła mężczyznę wzrokiem, odwróciła się i ruszyła ku cywilizacji.

Biednemu to szybkie nogi

Biednemu to szybkie nogi

Pajęczyna, Pająk Sieci Web, Rosa, Dewdrop, Morgentau

tak bardzo się boję

twoja wina to stado

z gęstwiny i mchu z pajęczyną

*

obroża na szyi

mi się wrzyna z każdym

pełzaniem twojego ducha

*

ślepnę choć to nie ja

to choroba mojego pełzania

*

już nie szukam nawet tunelu

pajęczyny tam zbyt duże

*

oglądam chusteczkę machaną

a pamiętam z odległości dzieciństwa

że wchodzę

w światło

i smacznie zasypiam

Myśli natrętne

Myśli natrętne

(Tylko dla osób pełnoletnich.)

Polityk, Człowiek, Mówienie, Głośnik, Talker, Mówcą

Moje słowa z siłą fali

napieprzają, świat się wali.

Ja nie muszę wznosić miecza

ani skrzydeł mieć na plecach.

*

Jak coś powiem, strach się nie bać,

z przyjemniaczka zrobię zgreda.

Przy tym będę śmieszny koleś,

wszyscy parskną, ja pierdolę!

*

I każdego popuentuję,

porównując głowę z chujem.

Takie myśli mam natrętne,

że jam jest inteligentem.

*

Teraz idę do kibelka,

fiołkiem pachnie kupa wielka.

Wszystko, co jest mym wytworem,

ma zabłysnąć szanse spore.

*

Kogo wierszyk ten poruszy,

niech se w cymbał strzeli z kuszy.

Głos natury

Głos natury

Kobieta stała nad swoją córką, Emy, która już kilka godzin nie chciała odejść z brzegu jeziora. Emy wyglądała, jakby nad czymś intensywnie myślała. Matka czuła się nieco podenerwowana, bo czas ją gonił, aby przyszykować obiad, jednak dość chętnie patrzyła na pojawiające się na wodzie regularne kształty wywołane podmuchami wiatru. Aktualnie na tafli ukształtowała się cyfra „trzy”.

***

– To jest-est-est-est twój cel-el-el, twoje przeznaczenie-enie-enie.

Przez chwilę wydawało się Ian’owi, że jest jeszcze w świecie snów, że to, co dotarło do jego uszu, to jedynie wytwór podświadomości. Wyciągnął rękę ze śpiwora i zerknął na falujący od wiatru namiot. Jednocześnie cały czas słyszał gdzieś w oddali cykliczne trzeszczenie przypominające otwieranie drzwi. To gałęzie starego buka, na który się wspinał, będąc dzieckiem, tarły o siebie. Usiadł w niewielkim namiocie, prawie dotykając głową sufitu. Nagły podmuch wiatru zaszeleścił liśćmi dębiny opodal. Ian rozsunął suwak namiotu. W twarz uderzyła go fala rześkiego powietrza. Wypełzł ze śpiwora i stanął przed namiotem. Po prawej stronie starego buka, stojącego na samym brzegu jeziora, właśnie wschodziło słońce. Czerwonkawe promienie skrzyły się na pofałdowanej tafli wody. Bardziej na prawo, niemal na linii horyzontu piętrzyło się spore wzniesienie porośnięte lasem. Uniósł twarz ku niebu i wyprostował ręce na boki.

Oto całej pobliskiej przyrodzie ukazał się on, wynalazca urządzenia zmieniającego myśli, uczucia i emocje, oraz cały umysł w wibracje natury: w orbitowanie elektronów wokół jądra atomu, w wiązania cząsteczek materii, oddziaływanie magnetyczne, grawitację, czy zwykłe ruchy powietrza, wody, a nawet plazmy ognia.

Mimo iż była dopiero połowa maja, temperatura nawet o samym poranku sięgała dwudziestu stopni. Ściągnął z siebie całe ubranie i nie zważając na otoczenie, ruszył nago do jeziora. Miał na sobie tylko swój wodoszczelny wynalazek owinięty wokół pasa. Pierwsze zetknięcie stóp z zimną wodą wywołało przejmujący dreszcz i gęsią skórkę. Wyciągnął rękę ku słońcu, w którego promieniach zatańczyły na wietrze postawione dęba włoski na przedramieniu. Po chwili Ian zanurzył się całkowicie. Usłyszał coś, co brzmiało jak odległy głos mitycznej syreny. Jakby operowy śpiew, ale spotęgowany przez echo niosące się w wodzie. Poczuł, że jest zapraszany w głębiny. Ponownie do jego uszu dobiegł dźwięk, który brzmiał jak wołanie:

– To jest-est-est-est twój cel-el-el, twoje przeznaczenie-enie-enie.

Tym razem jednak był już pewien, że głos nie dobiegał z podświadomości. To pochodziło z zewnątrz. Jego oczom ukazały się liczne światła w głębinach. Nurkując, spojrzał na malutki ekranik na swoim wynalazku. Przeskakujące cyfry wskazywały, że właśnie dochodzi ten czas.

Nagle z głębin wyłonił się wielometrowy stwór o podłużnym kształcie i świecących, fioletowych oczach. Ian rozpoznał w nim ten sam gatunek, co Potwór z Lochness. Z drugiej strony zjawiła się półprzezroczysta istota o błękitnej barwie i hipnotyzującym, podobnym do meduzy wyglądzie. Przed nim zmaterializowała się przepiękna istota przypominająca od głowy do pasa kobietę, a poniżej rybę. Otworzyła usta, wydając z siebie dźwięk, który przeniknął Iana na wskroś. Nagle toń jakby zamarła, tworząc krystalicznie czystą ciecz, która czarowała pięknem. Istota o ogonie ryby wyciągnęła ku niemu rękę i przez toń jeziora zawołała:

– To jest-est-est-est twój cel-el-el, twoje przeznaczenie-enie-enie.

Ian podał jej rękę, kątem oka dostrzegając, że licznik na jego pasie wskazuje godzinę zero…

***

– Emy, nie możesz całymi dniami siedzieć nad tym jeziorem – powiedziała troskliwie matka.

– Mamo, jeszcze tylko chwilę, wiem, że to jezioro odpowie mi na każde pytanie.

Walka ze snem

Walka ze snem

Wschód słońca, dzień

Powoli umieram. Rak mózgu zmienia percepcję całkowicie. Czasem mam wrażenie, że oglądam świat w telewizji: żadnych emocji, oprócz usilnej chęci, żeby przeżyć jeszcze jeden wschód słońca. Mniej istotne słoneczne dni czy wieczory przy kominku razem z rodziną. Pragnę zobaczyć, jak niebo powoli rozświetla się, znika aksamit nocy.

Guz umiejscowił się w takim miejscu, że lekarze mówią, iż wystarczy raz zasnąć, a już się nie obudzę. Tym razem więc odpoczynek jest równy odpoczynkowi wiecznemu.

Nie śpię już prawie od dwóch tygodni. I sam nie jestem pewien, czy ta moja zmieniona percepcja to kwestia guza czy tylu nieprzespanych nocy. Niemalże co godzinę wypijam kawę, która daje mi odrobinę nadziei, że dzięki niej nie zasnę. Stała się jak tlen na co dzień, jak szklanka wody po wysiłku, jak grawitacja, która nie pozwala odlecieć z twardej ziemi.

Już ledwo patrzę na oczy mimo dwóch kaw z rzędu. Jak widać, wszystko ma swój limit, również pobudzająca moc kofeiny. Powoli odpływam w stronę snu. Powieki są coraz cięższe, wzrok całkowicie mętny. A jeszcze zostało tylko pół godziny. Nie mogę zasnąć, nie zobaczywszy wschodu. Zapowiadali idealnie czyste niebo, więc wschód słońca będzie wyglądał z mojego okna na czternastym piętrze widowiskowo. Muszę go zobaczyć, ostatni raz!

Resztkami sił idę na czworaka do kuchni, wsypuję do kubka dwadzieścia łyżeczek rozpuszczalnej kawy i włączam czajnik. Dobiegają mnie trzaski i szum podgrzewanej wody. Opieram się o kuchenne krzesło, nogi całkowicie odmówiły posłuszeństwa. Zalewam kawę, mieszam, dolewam dużo zimnego mleka i wypijam jak najszybciej. Powietrze wypełniają dziwne mroczki i szum. Umysłem odrywam się od ciała. I czekam na wschód słońca. W końcu upadam na podłogę. Ale kątem oka zauważam poświatę od strony okna. Pełznę w tamtym kierunku. Unoszę głowę, twarz przyklejam do szyby balkonu i widzę pierwsze promienie. Na idealnie czystym niebie. Najpierw rozświetla się sufit w salonie, po chwili ściany, aż w końcu i moja twarz. Oczy wypełniają się jasnością.

Widzę najpiękniejszy wschód słońca w moim życiu.

Odpływam…

Nieśmieszny śmiech — dribble

Nieśmieszny śmiech — dribble

Żałoba, Kobieta, Płakać, Zniszczenia, Ból, Emocje

Dwa lata wcześniej Piotr popełnił samobójstwo, kiedy wyśmiała go Ola.

Od tego dnia Ola nie śmiała się już wcale. Unikała śmiechu za wszelką cenę. Znienawidziła śmiech. I zaakceptowała swój smutny stan.

Pewnego razu kolega chciał poprawić jej humor i opowiedział dowcip, który sprawił, że Ola niestety zaczęła się śmiać wniebogłosy…

Apokatastaza

Apokatastaza

Wstał niepewnie z łóżka, myląc pierwszą nogę z lewą. Pomyślał, że przetrze czarne od ropy krwiste oczy i podrapie się po racicach. Tak tylko pomyślał. Ruszył w ciężki dzień, klucząc między palącymi wspomnieniami. Pamięć zapłonęła magmą.

O jedenastej odbył rozmowę. Rozmówcę zaczęły palić zwinne kieszonkowe dłonie.

O trzynastej pewna kobieta, wychodząc od niego, po raz pierwszy uśmiechnęła się do lustra.

O piętnastej jednak narodziło się dziecko z objawami downa dwa piętra nad nim.

O siedemnastej wmuszał w siebie wykwintny posiłek.

Wieczorem ułożył się na brzuchu, twarzą do poduszki. Tak nie czuł nabrzmiałej samotności.

Zmarł dokładnie o północy, w godzinę duchów.

Twój HP

Twój HP

Macierz, Technologia, Tech, Danych, Cyfrowy, Sieci

Stary komputer zaniemógł. Szum, wycie wiatraka, bzyknięcie i koniec. Nic dziwnego, miał już trzy lata, czyli staruszek. Wystawiłem więc go na wyciągniętych rękach za okno, zamknąłem oczy, odmówiłem komputerową modlitwę i puściłem z ósmego piętra. Stałem przy oknie, nie za bardzo wiedząc co ze sobą zrobić. Komputera nie miałem, telewizora już dawno też nie, książek nie czytałem, więc pozostało mi wpatrywanie się w świat. Z zamroczenia wyrwało mnie pukanie do drzwi.

– Kogo licho niesie? – spytałem, otwierając drzwi.

– Panie kochany, przyszłam panu podziękować – powiedziała kobieta z miną, jakby złapała Pana Jezusa za bosą stópkę.

– A za cóż to? – Skrzywiłem się.

– Mój mąż szedł do kolegów na libację, właśnie odkręcił flaszkę, postawił ją na chodniku, aby zapalić papierosa, i pański komputer spadł na flaszkę. Jak to zobaczył, rzucił papierosa i pobiegł do pobliskiego kościoła, aby się modlić.

– Ale…

– To dzięki panu! Mąż mówi, że to cud, że go nie zabiło. Powiedział, że resztę życia spędzi bogobojnie!

– Ale…

– Jestem tak bardzo panu wdzięczna! – Chwyciła mnie za ramiona i pocałowała prosto w usta. – Mój zbawicielu!

Dwie godziny później wyszedłem z domu dumny i blady. Ja, wielki informatyk, zbawiciel alkoholików, nadzieja umęczonych szedłem kupić sobie nowy komputer. Jakiś przechodzień gryzł znaczek Apple’a, nieco wyżej roiło się od symboli systemu operacyjnego Microsoftu, a na niebie świeciło coś podobnego do ikonki Gadu-Gadu. Przydrożne reklamy kusiły znamienitymi markami. Ale dla mnie był tylko jeden święty Marek, a właściwie święta marka: to Hewlett Packard.

Wszedłem więc do marketu komputerowego i od razu skierowałem się do stoiska z laptopami. Niestety, nie wziąłem z domu okularów, owładnięty słowami kobiety sprzed dwóch godzin. I tak widziałem takie notebooki jak: Ell (czy to ten wydawca prasy dla kobiet?), Sus (zdaje się to nawiązanie do aktywności fizycznej), Cera (czyżby coś o urodzie?), Hujowiej (tego raczej nie chciałem), Piano (aż dziw, że są firmy aż tak wielobranżowe), nawet był jakiś wyprodukowany na Nowo czy coś. Jednak na końcu był mój producent: HP. HP… HP…….. Westchnąłem tylko głęboko i poprosiłem o moje marzenie.

W domu go odpaliłem. Cichutki jak alkoholik z flaszką denaturatu. Włączyłem przeglądarkę. Wyświetliła mi się strona reklamowa HP. Kliknąłem. Ale w tym momencie zaczęło się!

Notebook zawył wentylatorem, zamrugał wszystkimi diodami, błysnął kamerką i wyświetlił na ekranie napis najbardziej romantyczną czcionką, Times New Roman:

Kocham Cię, Antosiu! Ajlowjucię!

Zamarłem. Czyżby to wirus? Chwyciłem więc mojego służbowego pandrive’a i jak najszybciej zainstalowałem z niego antywirusa. W tym momencie jeszcze bardziej zaszumiało i ikonka antywira pękła, a po chwili rozsypała się na drobny pył. Przeraziłem się, bo który wirus może mieć takie możliwości, taką siłę? Wtem ekran znów zamigotał i pojawiło się wyświetlone zdjęcie przedstawiające negatywny wynik badania na obecność HIV, a obok napis:

Nie potrzebujemy antywirusa, jestem czysty, twój HP.

Złapałem mocniej myszkę, ale w tym momencie ona sama zaczęła mi jeździć pod dłonią. Puściłem ją i chciałem wyświetlić stronę, jak pozbyć się wyjątkowo groźnych wirusów. Już wpisałem na pamięć adres, ale zauważyłem, że zamiast polskiej strony jest wprowadzona nazwa w obcym języku, innymi literami. Zerknąłem na prawy dolny róg ekranu i ustawiona była klawiatura w języku chińskim. I zamiast strony z przepisami na wyleczenie komputera, wyświetliła się chińska strona pornograficzna, a na niej ośmiu facetów z jedną kobietą. Pod spodem pojawił się napis:

O ludzi nie jestem zazdrosny, ale komputerów nie waż mi się oglądać. Twój HP.

Byłem w pułapce. Mój komputer oszalał.

Przez najbliższe kilkanaście godzin oglądałem setki pornoli w różnych, czasem niezrozumiałych dla mnie kombinacjach, i odchodziłem od zmysłów. Tyle pieniędzy wydanych tylko po to, aby mieć przemęczone przedramię…

W końcu, gdy już miałem dość, resztkami sił wstałem od komputera, podszedłem do okna, za którym panowała nieprzenikniona ciemność, stanąłem na parapecie, zamknąłem oczy i przechyliłem się w stronę śmierci…

Ten lot trwał całe moje dotychczasowe życie…

Aż gruchnąłem, jak mi się wydawało. Rozejrzałem się: byłem zawinięty w jakieś płótno i wszędzie paliły się świece. „Tak wygląda niebo” – pomyślałem.

Lecz spomiędzy świec, z całkowitej ciemności wynurzyła się twarz kobiety, która zapukała do mnie rano.

– Jesteś, mój zbawco! – zawołała. – Spójrz, to na twoją cześć.

Rozejrzałem się. Wcale nie byłem w niebie. To, co mnie uchroniło przed śmiercią to płótno służące jako baldachim nad czymś, co wyglądało jak ołtarz.

– Mąż już nie pije, mój zbawco! Jesteś wreszcie tam, gdzie być powinieneś, na ołtarzu!

Jak?

Jak?

jak się masz

pra-nowy człowieku

każdy twój ruch wywodzi się z arcnetu

przymrużam oczy

ponieważ tylko w słońcu cię znajduję

*

jak się masz

osobniku w kolorach tej bajki

gdyż nieme kino jest zbyt szare i niemega

*

jak się masz

wykonując swoje obowiązki tak

że krzywisz się na smutek przełożonego

lecz nie na pamięć własnych czynów

*

jak się masz

w świecie gdzie dalej do przodu to cel i meritum drogi

a każdy odważnik kupiony być musi – musi – z uśmiechem

bo inaczej nie jesteś chwat

*

jak się masz

wieszając na lodówce i lustrze carpe diem

i wykrzykując

przeciwcielcowy bunt

*

bez cienia wątpliwości

Miasteczkowa nimfa

Miasteczkowa nimfa

Zgrane, Dżinsy, Zgrywanie Dżinsy, Spodnie, Denim

Miasteczkowa nimfa, co Zenka śpiewała

w sukni powłóczystej i w pytę zarazem

gazu błotnego odlotu zaznała

i marsz do outletu poleciała gazem.

Biegała zziajana, bez tchu całkowicie,

szukała odzieży, co będzie zbliżona

do tego, jakie ma każdego dnia życie,

czyli zwykły drelich, nie żadna korona.

Nagle zobaczyła stoisko jak z marzeń,

gdzie ciuchy dziurawe i brudne na kupie,

podchodzi do lady i okrzykiem każe,

aby dać jej spodnie podarte na dupie.

Kiedy je przywdziała, to całych półdupków

więcej widać było aniżeli spodniów,

odtąd zamiast nimfy, dla mieszkańców smutku

biega z gołą dupą i straszy przechodniów.

bosów cienie

bosów cienie

Zając, Kapelusz, Butli, Czarować
Cienie bossów byt nierzadki,
cienie Hugo w smudze światła
wyciągają słonia z czapki,
która z góry im przypadła.
*
Prawią o dwunożnych gadach,
przekonują głowy tanie,
iż tradycja ich rozkłada
lub – co gorsza – zmartwychwstanie.
*
I pomagać z piersią idą,
dobro wróci po złych latach.
Brzydzą się przebrzydłych brzydów
z sercem, co ucieka, wraca.
*
A annały trzeszczą wagą,
bo gryzmoły coraz nowe
oczarują kontempladą,
lecz o innych nie o sobie.
Znikanie

Znikanie

Biblioteka, Biblioteka Recepcja, Uroda

– Koniciła – przywitałem klienta.

– Koniciła – odpowiedział. – Chcę zniknąć.

– To fantastycznie, nasza firma się w tym specjalizuje. Ale czy jest pan pewien?

– Najzupełniej w świecie.

– Ale to jest wbrew obowiązującym trendom mody.

– To nic, chcę zniknąć, i już!

– Tak… Jak mówiłem w tym się specjalizujemy, ale w swoim statucie mamy napisane zgodnie z modą, która przyszła z Zachodu: „not be evil”, więc jestem zmuszony przedstawić panu wszystkie przeciw,

– Ok, w pełni pana rozumiem, sam pewnie zrobiłbym to samo. Nawet powiem panu, że dziwi mnie własna chęć zniknięcia.

– Dziwi? – spytałem.

– Tak. Byłem z tym, zgodnie z panującą modą, u psychoterapeuty, który stwierdził, że takie zniknięcie mi się po prostu należy.

– Należy, powiada pan?

– Tak, płacę składki zdrowotne, emerytalne, więc należy mi się pomoc w zniknięciu, a potem stosowna renta.

– Przykro mi, drogi panie, ale my takiej renty zapewnić nie możemy. Specjalizujemy się jedynie w znikaniu.

– Ach tak. To ja nie chcę tak zniknąć.

– Czemu?

– Bo nie będę miał z czego żyć.

– Nie, nie, nie, drogi panie. Pan nas źle zrozumiał. My pomagamy znikać na dobre.

– A ja myślałem, że na dobre i na złe.

– Nie, drogi panie. To dobry serial, ale naszą dewizą jest przecież: „not be evil”.

– Ach, faktycznie.

– No.

– Na czym miałoby polegać takie zniknięcie? Mogę poznać szczegóły?

– Niestety, to tajemnica.

– Tajemnica? Dla mnie? Dla klienta?

– Oczywiście. Bo mógłby pan się upić i komuś to wyjawić.

– Rzeczywiście.

– No, pomyśleliśmy o wszystkim, prawda?

– Tak… tylko w tej sytuacji to ja się boję.

– Naprawdę?

– Tak, aż mnie poty oblewają.

– To niech pan podejdzie.

– A po co?

– Muszę pana powąchać.

– Powąchać?

– Tak. A nie słyszał pan, że strach da się wyczuć węchem?

– Coś mi świta.

Klient podszedł.

– Drogi panie, pachnie pan przednio, ale nie możemy pana obsłużyć.

– Czemu?

– Bo cała nasza praca pójdzie na marne.

– Dlaczego?

– Ponieważ właśnie wyczułem, że umrze pan w ciągu trzech tygodni.

– O, nie!

– O, tak!

– A nie mógł pan tego przede mną zataić?

– Niestety, drogi panie, nie. Gdybym to zataił, stałbym się zły, a naszą dewizą jest…?

– Faktycznie, „not be evil”.

– W takim razie żegnam pana i niech panu ziemia lekką będzie.

– Dziękuję! Napiszę o was dobrą opinię w internecie!

W świat snów

W świat snów

Przedstawiam swój stary tekst. Nie wiem, co o nim sądzić.

Ciekawa historia się z nim wiąże. Kiedyś, bardzo dawno temu napisałem podobny tekst i później myślałem, że mi przepadł na zawsze. Więc napisałem ten. Kilkanaście miesięcy później znalazłem ten sprzed lat i okazało się, że imiona bohaterów są identyczne. Tematyka również bardzo podobna. A zupełnie nie pamiętałem świadomie, o czym był ten stary.

Wróbel, Sperling, Ptak, Upierzenie, Wtapianie, Zwierząt

– Dzień dobry, panie doktorze.

– Witam pana.

– Da pan chwilę? – zapytał doktora, podchodząc niepewnie do jego biurka. – Zaraz powiem, co mi jest.

– Oczywiście, nie ma pośpiechu.

– Gdzie mam usiąść? – kontynuował Marcin i rozejrzał się po całym gabinecie. – Tutaj, na tym krześle?.

– Tak. – Zwracając uwagę na każdy ruch, lekarz uważnie obserwował pacjenta. Był łysiejącym facetem, w wieku około pięćdziesiątki, ubrany był w szary garnitur, białą koszulę i krawat w pięciolinie.

Tymczasem Marcin spoczął i dopiero wtedy wzrok lekarza padł na niego.

– Więc mam problemy z koncentracją i wrażenie, że wszystko jest moją winą – wypowiedział Marcin jednym tchem, wziął głęboki oddech i dodał – to tak w skrócie.

– Wszystko, co pan robi, jest pana winą, czy nie tylko to?

– To znaczy? – To pytanie wydało się Marcinowi trochę niejasne, toteż przyjrzał mu się uważnie i czekał na odpowiedź.

– Chodzi o to – wyjaśniał psychiatra – że jeżeli przydarza się coś, w czym pan nie brał udziału, to też uważa pan, że zawinił?

– Tak.

– To proszę to nieco rozwinąć. – Lekarz cały czas przypatrywał się pacjentowi.

– Więc już jako nastolatek potrafiłem się przyznać do rzeczy, których nie zrobiłem – mówiąc to, cofnął się pamięcią wstecz i próbował sobie przypomnieć, co się niegdyś wydarzyło.

– Ale zdawał sobie pan sprawę, że to nie pana wina, a mimo to, robił?

– No właśnie nie do końca – Marcin pokręcił lekko głową, przekrzywił nieco usta, spoglądając pod nogi. – Miałem taką sytuację w szkole podstawowej, że któryś z kolegów coś przeskrobał, nauczycielka kazała się komuś przyznać, więc ja bez wahania to zrobiłem. Dopiero wtedy winny wstał i powiedział, że to on. – Zrobił krótką przerwę i dodał – ja cały czas myślałem, że to ja. Potem inni potwierdzili, iż nie miałem z tym nic wspólnego.

– Jak pan na to zareagował? Zdziwiło to pana? – Próbując zgłębić problem Marcina, lekarz zmarszczył brwi.

– Owszem. – Pacjent pokiwał głową i z przejęciem to rozwinął. – Na początku byłem pewien, że wszyscy próbują mnie bronić i że to ja narozrabiałem.

– A kiedy się pan zorientował, że mówią prawdę?

– Jakiś czas później, gdy winowajca zaczął ze mną rozmawiać i opowiedział w szczegółach całe zajście. – W tym momencie Marcin zapadł się w sobie, przywołując sytuację sprzed lat. – Inni też mówili identycznie.

– A jak pan się czuł, gdy zrozumiał, że się niesłusznie przyznawał?

– To dziwne… – Marcin zawiesił głos, rozejrzał się po gabinecie, spuścił wzrok i oznajmił – pomyślałem, że sobie na to zasłużyłem.

– A teraz jak pan myśli?

– Teraz mam dwadzieścia dwa lata – niejako domagając się pomocy, pacjent spojrzał rozmówcy głęboko w oczy – zdążyłem siebie jako tako poznać i wiem, że ze mną zawsze było coś nie tak.

– Ale czy sądzi pan, że zasłużył sobie na nieswoją karę?

– Nie – Marcin zaprzeczył, po czym sprostował – raczej nie.

– Raczej czy na pewno? – psychiatra dopytał.

– Wie pan, panie doktorze… – Mimo że starał się być analityczny, to jednak coś go gryzło. – Logicznie rzecz biorąc, to wiem, że nie, ale czasem dopada mnie myśl, że to dobra sankcja za moje grzechy.

– Czyli zdaje pan sobie sprawę, że ma na koncie jakieś przewinienia?

– Tak, doskonale.

– Ale przecież nikt nie jest bez win. – Lekarz, rozłożywszy nieco bezradnie ręce, dał mu do zrozumienia, że wszyscy są ludźmi. – Lecz nikt nie powinien uważać, że koniecznie musi być za to ukarany. Szczególnie że mamy tu do czynienia z braniem na siebie czyichś kar.

– Nie wiem, co powiedzieć. Tak mam i już… – Marcin spuścił głowę i przez dłuższy czas jej nie podnosił.

– A jakieś inne przykłady obarczania się? – dopytał doktor.

– Spotykałem się z pewną dziewczyną i przez pewien czas było wszystko w porządku – rozpoczął pacjent po chwili zastanowienia. – Ale potem ona szybko nauczyła się, że po każdej sprzeczce biorę winę na siebie, więc zaczęła to wykorzystywać. Najpierw tylko powtarzała, że jestem dla niej jakimś skaraniem boskim, a później to już mnie znienawidziła i wkrótce odeszła.

– A nie potrafił pan rozstrzygnąć, czyje było przewinienie naprawdę?

– Sam nie wiem. – Marcin po raz kolejny pokręcił głową, jakby nie mógł się pogodzić z własnym sobą. – Za każdym razem miałem wrażenie, że będzie lepiej, jeśli okażę pokorę.

– Kobiety tego nie lubią – oznajmił psychiatra z odrobiną złości.

– Chyba tak… – Zamyślił się pacjent, znów spuścił wzrok i dodał – teraz to już wiem, ale mimo to nie żałuję, że brałem wszystko na swoje barki.

Nastąpiła dłuższa cisza, gdyż Marcin nie za bardzo wiedział, co dalej mówić, a lekarz jakby czekał na coś więcej. Siedzieli niemal naprzeciwko siebie, oddzieleni biurkiem.

– Nie wiem, czy to panu pomoże, ale przypiszę panu pewien lek – lekarz, mówiąc to, wziął głęboki oddech i zajrzał do książki ze spisem farmaceutyków.

– A jak on działa? – dopytał pacjent.

– Generalnie – wyjaśniał doktor, przeglądając spis – pozwala nieco wyrzucić na zewnątrz emocje. Za długo musiałbym tłumaczyć…

– A nie zaszkodzi mi?

– Nie powinien – odpowiedział psychiatra nieco niepewnie i z pewną dawką sceptycyzmu.

– A jakie są skutki uboczne?

– Przede wszystkim może pan przybrać na wadze. – Lekarz wziął się już za wypisywanie recepty.

– Tym się akurat nie przejmuję – Marcin nieco się uśmiechnął – Gdyż, jak pan doktor widzi, do grubasów nie należę.

– To prawda. – Lekarz jeszcze raz zmierzył Marcina od stóp do głowy. – Nie zaszkodzi, jeśli pan przytyje kilka kilogramów.

– Zawsze byłem za chudy.

– Dobrze… – Doktor przybił pieczątkę, chwilę później się podpisał, jeszcze raz na nią rzucił okiem i dodał – oto recepta, a na wizytę kontrolną proszę przyjść za miesiąc.

Potem lekarz dopełnił formalności, Marcin podziękował i pożegnali się. Wyszedł z gabinetu i skierował się do najbliższej apteki, gdzie wydano mu lekarstwo, a później pojechał na studia. Miał duże wątpliwości co do słuszności swojej wizyty u lekarza i brania prochów psychotropowych, ale skoro zarówno rodzina, jak i niektórzy przyjaciele to doradzali, to poszedł. Z jednej strony nie chciał żadnych farmaceutyków, a z drugiej miał dość życia takiego jak dotąd. Wiedział, że to przez swoje obarczanie się, nie był w stanie stworzyć związku z byłą dziewczyną, a poza tym chciał coś zmienić.

ROZDZIAŁ II

Na początku nie zauważył żadnych zmian w swoim zachowaniu, poza dziwnym mrowieniem w okolicach mostka pierwszego dnia. Uznał, że tak powinno być i przyjmował lekarstwa raz dziennie, zgodnie z zaleceniami. Najważniejsze było dla niego, czy ten specyfik zmieni postrzeganie świata trwale, czy tylko tymczasowo, na czas zażywania. Wiedział, że nie chce brać ich przez całe życie, więc miał nadzieję, że wywrą długotrwały skutek. Poza tym zdawał sobie sprawę, że skoro raz był u tego specjalisty, to przy ewentualnych problemach będzie widniało, iż leczył się psychiatrycznie, a to nie jest okoliczność sprzyjająca. Mogło to przecież zaszkodzić choćby w znalezieniu pracy. Co prawda uświadamiał sobie, że to prawdopodobnie nigdy się nie wyda, jednakże przewidywał przeróżne możliwości, a niektóre z nich dość mocno nadinterpretowywał. Tak czy inaczej, ewentualnymi skutkami starał się nie zaprzątać sobie głowy. Niemal każdego dnia wieczorem, siedząc samotnie w domu, marzył o dziewczynie: jak to by było wspólnie leżeć, obejmując się, czy po prostu być blisko siebie.

Kilka lat wcześniej był podrywany przez koleżankę z roku. Była bardzo szczupła, twarz miała ładną, włosy blond do ramion i jego kolega miał na nią ochotę. Niby Marcin rozmawiał z nią, ale w gruncie rzeczy go nie interesowała. Nie dawała mu spokoju przez kilka miesięcy, w końcu umówił się z nią do knajpy, a tam powiedział jej: „jesteś bardzo ładna i miła, ale ja do ciebie nic nie czuję”. Innym razem, jeszcze rok wcześniej pewna dziewczyna zaprosiła go na koncert. Poszedł, tuż po nim oświadczył, że dziękuje za zaproszenie, ale nie jest zainteresowany żadną bliższą znajomością. Wielokrotnie był zaczepiany czy prowokowany przez kobiety, ale jeśli to nie on upatrzył ją sobie, to nie było mowy o związku. Natomiast miał sytuację dwa lata wcześniej, że wybrał sobie obiekt westchnień, lecz ta nie miała ochoty na związek z nim. Podobna sytuacja miała miejsce w liceum – on chciał, a tamta nie.

Po tygodniu zrozumiał, że po tych farmaceutykach lepiej zasypia, śpi spokojniej, a i rano budzi się z większą chęcią do życia. Jak dotychczas nie miał żadnej sytuacji, w której mógłby się za coś obwiniać, więc w tym względzie nie był pewien, czy leki działają. Zauważył jednak pewien znaczący pozytyw. Otóż lepiej mógł się skupić na nauce czy choćby czytaniu książek, więc uznał, że lekarz, przypisując właśnie ten lek, wiedział, co robi. Przestał się też zamęczać ciągłym rozmyślaniem na temat przeszłych porażek, co też przypisał działaniu prochów. Także do całych wątpliwości odnośnie zażywania go, dołączyło zadowolenie, więc przestał się zastanawiać, czy zrobił dobrze, idąc do psychiatry. Teraz był niemal pewien, że to była dobra decyzja. Jedynie po głowie krzątała mu się myśl, że za nic w świecie nie będzie go zażywał do końca życia.

Z biegiem czasu przywykł do swojego nowego stanu umysłowego i przestał zawracać sobie głowę całą resztą. Po niespełna miesiącu zdarzyło się coś, co potwierdziło skuteczność terapii. Otóż był na spotkaniu ze znajomymi i doszło do dość ostrej dyskusji na temat ewentualnego spisku w sprawie World Trade Center.

– Ten cały zamach na World Trade Center to spisek. Przecież budynek nie zawaliłby się w ten sposób – stwierdził jeden z uczestników.

– Też tak sądzę – odpowiedział inny. – To tylko po to, aby były powody wysłać wojsko na kolejną wojnę.

– Żadnego spisku nie było – odpowiedział ostro Marcin.

– To jak wytłumaczysz to zawalenie się wież? – spytał pierwszy.

– Normalnie. Uderzyły w nie samoloty, zapaliły się, konstrukcja się stopiła, a że to było wiele metrów poniżej szczytu, to ciężar tego, co wyżej to spowodował – sparował Marcin.

– To najwyżej zawaliłyby się te części powyżej, a reszta pozostałaby prawie nieruszona – odparł drugi.

– Ale przecież to były setki ton, a budynki nie są obliczone na tak wielkie obciążenia! – Poirytował się mocno Marcin.

– A ja myślę, że ta górna część najwyżej by spadła w bok! – Pierwszy podniósł głos.

– Chyba powariowaliście! – oznajmił zarówno ostro, jak i bezsilnie Marcin.

– Chyba ktoś chce rozwalić imprezę – wtrącił się gospodarz.

– Nie dam się przekonać i całą dyskusję uważam za zakończoną! – zakończył apodyktycznie Marcin, wstając z krzesła. Przed rozpoczęciem brania leków pewnie oznajmiłby, że to on niepotrzebnie nakręcał całą sytuację.

Na jakiś czas rozmowa przeszła na inny temat, ale później wyznał gospodarzowi:

– Niedobrze mi się robi, jak słyszę takie dyrdymały.

Po powrocie do domu nie mógł się nadziwić, że zachował się właśnie w taki sposób. Przecież to zupełnie nie w jego stylu…

W miesiąc po pierwszej wizycie udał się na kolejną. Opowiedział lekarzowi, że chyba faktycznie terapia poskutkowała, porozmawiali przez chwilę, dostał receptę na kolejne trzy miesiące, a w razie czego miał się zgłosić wcześniej. W ogóle nie wspomniał o incydencie sprzed kilkunastu dni, a lekarz też o nic dodatkowego nie zapytał. Wrócił do domu, był koniec października, w ten dzień nie miał wykładów, więc zamierzał całą resztę dnia spędzić na oglądaniu filmów i czytaniu książki.

Mieszkał w Warszawie przy ulicy Gwiaździstej, gdzie posiadał własne, dwupokojowe mieszkanie, otrzymane w spadku po babci. Większy pokój miał powierzchnię około czternastu metrów kwadratowych, a mniejszy ośmiu. Ten pierwszy traktował jako salon i po prawej stronie znajdował się niewielki regał, zajmujący większość ściany, po lewej stół z czterema krzesłami, przy ścianie przeciwległej do okna dwa fotele, a obok nich mały stolik. W mniejszym pokoju po lewo stała obszerna szafa, po prawo łóżko, pod oknem stolik z komputerem, nad nim wisiał telewizor i to pomieszczenie traktował jako sypialnię. Kuchnia przylegała do większego pomieszczenia i była naprzeciwko okna. Ponieważ mieszkał sam, to nie za bardzo dbał o porządek, toteż szczególny bałagan panował w sypialni. Często walały się tam brudne ubrania, stały niezmyte talerze, a i kurzu nie brakowało. Jak to kawalerskie mieszkanie. Sprzątał raz na jakiś czas i w tych sytuacjach przykładał się do tego z sercem, tym niemniej na co dzień to zaniedbywał. W sypialni co wieczór zapalał dwie świece i traktował to, jak swoisty rytuał. Lubił ich światło i delikatny zapach. Często potrafił przesiadywać przy nich całymi godzinami i zapominać o czymkolwiek innym.

Kilka dni później pojechał do znajomych na grilla. Mieli tam być jego przyjaciele i trochę nieznajomych osób, ale, jak się okazało, zjawili się niemal wyłącznie ci drudzy, lecz potrafiąc nawiązywać nowe znajomości, starał się zająć właśnie tym. Poznał pewnego chłopaka o imieniu Piotrek, który od samego początku sprawiał na nim dobre wrażenie. Rozmawiali, śmiali się, lecz w pewnym momencie przyszli znajomi nowego kolegi, toteż przyłączając się do nowo przybyłych, tamten zostawił go. Marcin próbował nawiązać kontakt z nimi wszystkimi, ale jedna dziewczyna zrobiła na nim szalenie złe wrażenie. Na tyle złe, że zepsuł mu się całkowicie humor. Wypijając piwo za piwem (a wypił w sumie pięć), siedział gdzieś z boku, aż w pewnym momencie nie wytrzymał, podszedł do nich i zaczął ją słownie prowokować.

– Laska, gadasz od rzeczy – stwierdził z uśmiechem.

Za jakiś czas:

– Ładny sweterek, a męskich nie było?

Potem:

– Chyba powinnaś iść do cieśli, aby wygładził ci te twoje fałdki!

W pewnym momencie dość wysoki i tęgi chłopak stwierdził:

– Chłopie, chyba masz dość. Przestań pić i wracaj do domu.

– Wy debile, kretyni, co wy możecie wiedzieć! Nic nie rozumiecie!

– Marcin, chodź na chwilę – oznajmił organizator i pociągnął za ciuchy do kuchni. Kiedy już tam przeszli dokończył – wynoś się, bo nie życzę sobie ciebie w takim stanie!

– Kurwa, pozabijam was! Imbecyle niedorobione! Ja wam dam! – Marcin zaczął się szarpać, ale organizator wypchnął go z mieszkania.

Wrócił do domu. Wkrótce usnął.

Następnego dnia, gdy tylko się obudził i przypomniał sobie całe zajście, dotarło do niego, że zaczyna być z nim coś nie tak, gdyż nigdy dotąd tak się nie zachowywał. „Jakby coś we mnie wstąpiło” – myślał. Nie za bardzo miał ochotę wstawać z łóżka, toteż leżał w nim i rozmyślał na temat swoich ekscesów. Na początku nie do końca wiedział, skąd mogły się one wziąć, ale po pewnym czasie skojarzył to z przyjmowaniem leków, więc zaczął szukać w internecie informacji. Szybko znalazł, że nie wolno ich łączyć z alkoholem. Od tego dnia postanowił nie pić, przynajmniej do momentu, gdy przestanie brać prochy. Zadzwonił także do organizatora ostatniego spotkania i serdecznie przeprosił za swoje zachowanie. Nie tłumaczył jednak, czemu do tego doszło, gdyż nie chciał ujawniać, że leczy się psychiatrycznie. Tamten przyjął przeprosiny i jedynie stwierdził, że naprawdę musiało być z nim coś nie tak, gdyż w takim stanie widział go po raz pierwszy, a niejedno piwo razem wypili.

Potem, starając się przykładać do tego, jak mógł najlepiej, chodził niemal co dzień na studia. O dziwo, odkąd zaczął brać leki, wyniki były ciut lepsze i wiązał to z ich przyjmowaniem. Wiedział już, że teraz jest w stanie lepiej się skoncentrować, a poza tym miał więcej energii, więc z większym zapałem brał się do nauki. Wcześniej w zasadzie tylko przed sesją siadał w domu do wkuwania, a aktualnie robił to dość regularnie, toteż samozadowolenie wzrosło. Zauważył także, iż stał się bardziej otwarty na ludzi. Do niedawna miał co prawda znajomych i przyjaciół, jednakże często zdarzały się sytuacje, gdy wolał zostać sam, a teraz coś go do nich ciągnęło. Chętniej i dłużej pozostawał w towarzystwie, miał więcej do powiedzenia i czuł mniej oporów przed zawieraniem nowych znajomości. Nawet siedząc samotnie w domu, czuł większy spokój wewnętrzny i był w stanie na przykład leżeć przez kilka godzin bez włączania telewizji czy robienia czegokolwiek innego. Coś się ewidentnie w nim zmieniło na pozytyw, choć nie do końca zdawał sobie sprawę co.

Pod koniec listopada poszedł na imieniny do Andrzeja, tego, u którego był jakiś czas wcześniej na grillu. Zjawił się około dwudziestej, gdy kilka osób już było, a wśród nich ci ludzie, którym poprzednim razem nawymyślał. Po przekroczeniu drzwi stanął w miejscu, zawahał się, czy w ogóle wejść, ale po chwili to zrobił. Najpierw przywitał się z organizatorem, złożył życzenia, a następnie podszedł bezpośrednio do nich. Także przywitał się i rzekł:

– Bardzo was przepraszam, że ostatnio tak się zachowałem, ale sam nie wiem, co mnie wtedy napadło – spuścił nieco głowę w akcie pokory i zaczął podawać im rękę.

Większość z nich odwzajemniła gest, ale dziewczyna, z którą miał na pieńku i jej chłopak odwrócili się od niego, dając do zrozumienia, że nie jest mile widziany. Zamienił z pozostałymi kilka słów i podszedł do kolejnych gości. Również się przywitał, ale gdy tylko to zrobił, to dotarło do niego, że nie zazna tu spokoju, więc wkrótce odszedł nieco na bok, usiadł i zamknął się w sobie. Siedział w ten sposób dobre pół godziny od czasu do czasu zagadywany przez Andrzeja, ale mniej więcej wtedy uznał, że lepiej będzie, gdy wróci do domu. Pożegnał się i wyszedł. W domu dotarło do niego, że przez swoją niewiedzę w kwestii łączenia leków z alkoholem zrobił z siebie kogoś, kim nigdy nie chciałby się stać. Wkrótce położył się do łóżka, zapalił świece, włączył telewizor, pogapił się przez pewien czas i niedługo później usnął. Także do wszystkich pozytywów związanych z braniem prochów dołączył negatywny aspekt. Co prawda postanowił więcej nie pić, ale zdawał sobie sprawę, że sam alkohol nie spowodowałby tego. „A jakie jeszcze nieprzyjemne skutki przyniesie łykanie tych psychotropów?” – myślał.

Na Święta Bożego Narodzenia pojechał do rodziców na Mokotów. Wcześniej kupił dwa prezenty dla będących tam dzieci i przybył około osiemnastej. Wigilia miała się zacząć lada moment. Zasiadł przy stole, podczas gdy matka zajmowała się jeszcze ostatnimi przygotowaniami. Kończyła podgrzewać dania i ustawiała wszystko na stole. Potem zaczęła się wieczerza, przy której wszystko przebiegało normalnie. Dopiero później, gdy dzieci zajęły się otwieraniem prezentów, doszło do dyskusji, w której na tapetę wzięto przyjmowanie imigrantów.

– Szkoda mi tych imigrantów – stwierdziła z żalem matka.

– A czemu? – spytał ostro Marcin.

– Bo mają wojnę u siebie, a i do Europy przyjeżdżają do nowego kraju, więc są na wygnaniu.

– To banda pasożytów! – Oburzył się.

– Marcin, ale oni naprawdę uciekają od wojny – ciągnęła.

– To niech inne arabskie kraje ich przyjmują.

– A co ci szkodzi, żeby byli tutaj? – spytała żałośnie.

– Będzie tak jak na przykład w Skandynawii. Są rejony, gdzie całkowicie przejęli władzę.

– No to co?

– No tak, nawet doszło do tego, że gdzieś zabronili wystawiać choinki na rynku! – krzyknął. – Chciałabyś mieć święta bez choinki?.

– Ale to przecież sporadyczne przypadki.

– Jak przyjeżdżają do obcej kultury, to niech ją szanują, a nie wprowadzają swoją dzicz!

– Mają do tego prawo, w końcu jest demokracja.

– Ale my nikomu nie narzucamy ani wiary, ani tego, czy ma świętować, czy nie! – kontynuował w tym samym tonie.

– Mimo wszystko ja jestem za tym, aby ich przyjmować – ściszyła głos.

– Absolutnie. Won do domu! – krzyknął.

– Marcin, uspokój się, bo nie jesteś sam.

– Są święta i nie czas na takie zatargi – stwierdził spokojnie ojciec.

– Nie chcę cię znać! – Marcin zwrócił się do matki, wstając z krzesła.

Usiadł z powrotem i szybko dotarło do niego, co się stało. Jednak było za późno, bo matka wyszła do kuchni i zaczęła po cichu płakać. Za jakiś czas także wstał, poszedł do niej, przeprosił, ona to przyjęła, ale reszta wigilii przebiegała dość sztucznie i oficjalnie. Co prawda nikt nic nie powiedział, jednak dało się wyczuć, że większość zgromadzonych ma do niego pretensje. Natychmiast zdał sobie sprawę, że niemal powtórzyła się sytuacja z grilla sprzed ponad dwóch miesięcy i uznał, iż przyczyną tego jest zażywanie leków, lecz nie chciał się tym dzielić ze zgromadzonymi, mimo iż większość z nich namawiała go na psychiatrę.

Wrócił do domu około północy, walnął się na łóżko, zapalił świece i zaczął płakać. Dotarło do niego, że każda ingerencja w psychikę może przynieść skutki zarówno pozytywne, jak i negatywne. Tak jak się mówi, że każdy kijek ma dwa końce, tak i psychotropy niosły ulgę, ale także agresję. Niby wiedział, że może poprosić o zmianę leków, ale postanowił, że z tym koniec. Więcej ich nie weźmie. I tak dobiegła krótka przygoda z tymi prochami. Odstawił je następnego dnia i więcej do nich nie wrócił. Swoją drogą zmiana prochów mogłaby okazać się zbawienna.

ROZDZIAŁ III

Pod koniec stycznia wracał z wykładów z kolegą ze studiów, który był bardzo wysoki i tak samo chudy; ubrany był grubą, czarną, puchową kurtkę i czarne dżinsy. Siedzieli w autobusie i gawędzili na przypadkowe tematy.

– Ostatnio zacząłem się interesować świadomym snem – rzekł ten drugi po chwili rozmowy.

– A co to jest ten świadomy sen? – Marcin spojrzał na rozmówcę, gdyż temat ten od razu przykuł jego uwagę.

– To sposób, w który sami decydujemy, o czym śnimy – wyjaśniał kolega, najwyraźniej pochłonięty sprawą. – Chodzi o to, że zwykle to nasza podświadomość nadaje nam tematy snów i nie panujemy nad tym. Tymczasem dzięki tej technice możemy się nauczyć to kontrolować.

– Ciekawe… – Marcin zawiesił głos, a jednocześnie bardzo się ożywił. – Powiedz coś o tym więcej.

– Niedawno przeczytałem na ten temat pewną publikację i nie jest to takie trudne. Wystarczy sporo samozaparcia, wytrwałości i systematyczności.

– A nie grozi to niczym negatywnym? – spytał Marcin, pamiętając swoją niedawną przygodę z psychotropami.

– Absolutnie nie! – Rozmówca pokręcił głową, lekko się uśmiechnął, jakby pytanie było absurdalne. – Teraz czytam w internecie wypowiedzi ludzi stosujących to i wszyscy są zachwyceni. Robią to naukowcy, artyści, a nawet pisarze. Wyobraź sobie, że chcesz się na przykład przespać z jakąś kobietą, w rzeczywistości nie jesteś w stanie, a śniąc świadomie, to żaden problem. Po prostu chcesz i masz. Albo jesteś muzykiem i borykasz się z jakimś problemem dotyczącym kompozycji, a wtedy rozwiązania przychodzą o wiele łatwiej.

– Ciekawe to, co mówisz – Marcin wykazywał zafrasowanie. – Jednak ja chyba bym się bał ewentualnych skutków ubocznych.

– Przeczytałem naprawdę dużo i nigdzie nie znalazłem informacji, że to może być niebezpieczne. Wszędzie tylko znajduję pochwały czy wręcz uwielbienie dla tej techniki – mówił ten drugi jak natchniony. – Wyobraź sobie, że wtedy możesz wszystko. Jesteś bogiem.

– A trudne to jest? – zapytał, mając w głowie zarówno pewne wątpliwości, jak i rosnące zaciekawienie.

– No – wyjaśniał kolega, przybrawszy dość poważny wyraz twarzy i dało się z niej wyczytać, że traktuje sprawę właśnie tak – ja pracuję nad tym trzeci miesiąc i jeszcze to mi się nie udało, ale to tylko kwestia czasu…

– A jak wyglądają przygotowania?

– Po pierwsze musisz codziennie zapisywać swoje sny. – Teraz inicjator tematu, niejako wyliczając kolejne punkty działania, zaczął stukać palcem wskazującym prawej ręki w lewą otwartą dłoń. – To początek. Nawet budząc się w środku nocy, masz przypomnieć sobie, co ci się śniło i notować to. Potem zapamiętujesz, co w twoich snach się powtarza i jeśli jest taka czynność albo sytuacja, to w ciągu dnia robisz coś specyficznego, gdy dzieje się to samo. Potem łapiesz nawyk i gdy to się powtarza we śnie, to automatycznie to czynisz i wiesz, że śnisz, a jak zdajesz sobie z tego sprawę, to jesteś w stanie to kontrolować. W ten sposób rozpoznajesz, co jest jawą, a co snem

– Brzmi dość prosto. A jak ktoś nie ma cyklicznych snów?

– Są także inne techniki, ale to musiałbyś przeczytać całą publikację – wyjaśniał podekscytowany rozmówca.

– To jakaś książka, czy w internecie? – dopytał Marcin.

– Ja to mam w postaci ebook’a, ale możesz też znaleźć strony internetowe poświęcone temu.

– A podrzucisz mi ją na jakimś pendrive’ie? – prosił, a jego głos na ten czas się nieco ściszył.

– Nie ma problemu. Jutro to masz.

Wrócił do domu i natychmiast zasiadł do internetu w poszukiwaniu tej techniki. Bez żadnego problemu znalazł wiele artykułów i blogów. Zaczął je po kolei czytać. Na razie traktował tę metodę dość sceptycznie, jednakże z biegiem czasu, gdy poznawał kolejne opinie, fascynowała go coraz bardziej. Świat internetu wyrażał się o tym w samych superlatywach, więc i on tracił jakiekolwiek obiekcje. „W końcu wszyscy nie mogą się mylić” – myślał. Strona po stronie chłonął opinie oraz inne informacje i z każdą z nich chciał tego spróbować. Szczególnie przydatne wydawało mu się to w aspekcie damsko-męskim, gdyż ze związaniem się z dziewczyną miał więcej problemów niż przeciętny chłopak. Toteż wyobrażał sobie, że zapada w sen i jest szczęśliwy. Tam spotyka się z wybranką, przytula i z nią kocha. Jak do tej pory był tylko dwukrotnie w związku, i taki senny, magiczny i niezwykle intymny świat byłby dla niego wybawieniem. Tak, zaczął to traktować od samego początku jak panaceum na swoją bolączkę, toteż wsiąkł w te tematy już pierwszego dnia.

Po trzech godzinach ubrał się, wyszedł po duży i gruby zeszyt, aby spisywać swoje sny. Od tego chciał zacząć, zgodnie z tym, co mówił kolega. Poszedł do kilku sklepów i w trzecim z nich znalazł to, czego szukał. Był to brulion formatu A4 o grubości prawie stu stron, toteż wracając do domu, mógł być spokojny, że miejsca w nim nie zabraknie przez dłuższy czas. Szedł ubrany w ciepłą kurtkę, czapkę i rękawiczki, a w dłoni dzierżył czarny notatnik. Gdy wrócił do domu, zdał sobie sprawę z koloru. Kupując go, myślał tylko o tym, aby było w czym notować, ale teraz wolałby wybrać w innej barwie. Od zawsze nie lubił czarnych rzeczy, bo kojarzyły mu się z czymś bardzo negatywnym albo tragicznym, a tu ma taki notatnik, który de facto może zmienić jego życie. Coś mu mówiło, że to nie najlepszy omen, ale głos rozsądku przejął prym, więc uznał, iż to nic takiego. W końcu to tylko narzędzie pomagające w osiągnięciu zamierzonego celu.

ROZDZIAŁ IV

Któregoś dnia, idąc chodnikiem, dostrzegł leżącego na trawniku wróbla. Był początek lutego i panowała temperatura bliska minus dwudziestu pięciu stopni. Zwykle nie zwracał uwagi na martwe ptaki, ale tym razem coś przykuło wzrok. Ptak się nie ruszał, ale ułożony był w bardzo specyficzny sposób. Leżał na brzuchu, a skrzydła miał rozpostarte, zupełnie jakby były gotowe do lotu. Podszedł do niego, schylił się i delikatnie potrącił ręką okutą w rękawiczkę. Przez moment nic się nie działo, jednak chwilę potem, zwierzę wydało z siebie cichy pisk, przypominający zawodzenie i drgnęło mu skrzydło. Kucał moment nad nim, nie wiedząc, co dalej, pozbierał myśli, zrobiło mu się szkoda, więc wziął go na ręce i wstał. W tym momencie wróbel zaczął się leciutko szamotać i Marcin zrozumiał, że musi go wziąć do domu. Wyszedł po to, aby pojechać na uczelnię, ale widok konającego stworzenia skłonił go do zabrania ptaszka do domu. Zatem wrócił do mieszkania, wyciągnął stare tekturowe pudełko, włożył tam go i wyszedł do sklepu zoologicznego po coś do jedzenia. Po krótkiej konsultacji ze sprzedającym wziął dość spore opakowanie i zaniósł do siebie. Wróbel w tym czasie leżał w niezmienionej pozycji, więc pomyślał, że prawdopodobnie na próżno się trudzi, gdyż zwierzę i tak zdechnie. Na wszelki wypadek postawił obok niego nakrętkę od słoika wypełnioną karmą, obok drugą, do której nalał wody, chwilę postał i pojechał na uczelnię. Przez całą drogę myślał intensywnie o ptaszku: czy coś zje, wypije, czy nie potrzebna będzie specjalistyczna pomoc weterynaryjna i wreszcie, czy przeżyje. Nigdy nie wykazywał specjalnej troski o los zwierząt, jednak w tej sytuacji zamartwiał się niezwykle. Do końca wykładów siedział jak na szpilkach, czekając, aż będzie mógł wreszcie sprawdzić, co z lokatorem. Tak jak się myśli o chorym i bliskim członku rodziny, tak i on pokochał zwierzaka całym sobą. I stało się to od samego początku, gdy go tylko wziął na ręce. Poczuł, że ma go pod swoją opieką i jest za niego odpowiedzialny.

Po powrocie do domu natychmiast podszedł do kartonu, nawet nie zdejmując kurtki ani butów. Spojrzał do środka i dostrzegł, iż ptak przemieścił się o kilka centymetrów, ale jedzenie pozostało nietknięte, więc schylił się, leciutko go trącił i zobaczył, że drgnął. To był dobry znak, gdyż jeśli nie zdechł przez te kilka godzin, to być może przeżyje. W końcu przeszedł do przedpokoju, rozebrał się i wrócił. Delikatnie wziął go w dłoń i dzióbek skierował do wody. Zwierzę się wzdrygnęło, ale pić nie chciało. Zresztą on na dobrą sprawę nie miał pojęcia, jak wygląda pojenie takich zwierząt. Potrzymał dłuższą chwilę w ręku, po czym odłożył do pudełka. Nic więcej nie mógł zrobić. Tego wieczoru znów zaczytywał się na temat świadomego snu, a w międzyczasie wstawał i sprawdzał co z ptakiem. Żadnych oznak powrotu do zdrowia widać nie było, więc powracał do lektury, która pochłonęła go prawie całkowicie. Czytał przeróżne wpisy: od takich, pochodzących od przeciętnych ludzi, aż do opinii artystów. Nie do końca mógł zrozumieć, jak to się dzieje, że we śnie stać nas na o wiele więcej, jednak przyjmował do wiadomości nową wiedzę i wierzył w nią bezkrytycznie. Miał nadzieję dowiedzieć się tego z publikacji obiecanej przez kolegę.

Jakiś czas później wstał, zapalił dwie świece, zgasił światło i wrócił do komputera. Znów siedział i czytał, tym razem w półmroku, a lekko falujące płomienie tworzyły klimat iście tajemniczy. Drgały od czasu do czasu, a cienie tańczące po ścianach wprowadzały go w coś w rodzaju transu. Zaraz obok świec stała drewniana figurka przedstawiająca Świętego Walentego, który uznawany jest za patrona zakochanych, ale mało kto wie, że jest także opiekunem osób chorych umysłowo. I cień rzucany przez niego przy tych zapalonych świecach wyglądał niezwykle demonicznie: był wielki na prawie dwa metry, delikatnie drżał i rozmazywał się na konturach; górując nad całym mrocznym pokojem, nadawał wymiaru grozy czy horroru. W pewnym momencie odpłynął gdzieś w świat tego, co czytał i oprócz ptaka nie wiele więcej go interesowało. Żył tym, zagłębiał się i niemal przestał istnieć.

Następnego dnia rano, zaraz po przebudzeniu zajrzał do pudełka i zauważył, że wróbel znów się nieco przemieścił, ale w tym momencie nie wykazywał oznak życia. Jeszcze raz wziął na dłoń, dzióbek skierował do wody i trzymał go tak dłuższą chwilę. W tym czasie stworzenie, dając nadzieję, że być może jednak przetrwa, delikatnie się poruszyło. Potem odłożył do kartonu, główkę umieścił tuż obok wody i zajął się przygotowaniami do wyjścia. Pojechał na uczelnię i dopiero tego dnia otrzymał od kolegi pendrive’a z publikacją. Niemal nie podskoczył, gdyż temat ten stał się ważniejszy niż studia, niż znajomi i tylko wróbelek mógł z tym konkurować. Potem wrócił do domu, spojrzał do ptaka i znów zobaczył, że się przesunął. Dostrzegł też, że w nakrętce od słoika zrobiło się mniej wody, więc po raz kolejny poczuł w sobie radość. Co prawda płyn mógł wyparować, ale coś mu mówiło, że sprawcą tego nie jest temperatura, lecz wróbelek. Rzucił okiem na karmę, ale nie zauważył, aby ubyło, tym niemniej zdawał sobie sprawę, że zwierzę, które prawie się nie rusza, raczej nie będzie jadło. Najważniejsze, że pije.

Lektura podrzuconej książki wciągnęła go całkowicie i po raz kolejny niemal stracił świadomość tego, co wokół niego. Czytał, wgłębiając się i starając się zapamiętać jak najwięcej, a dzień się powoli chylił ku końcowi. Dopiero około dwudziestej pierwszej poczuł głód, poszedł do kuchni, zrobił sobie co nieco na szybko, zjadł i znów zajrzał do ptaka. Ten przemieszczał się cyklicznie wewnątrz pudełka i wydawało mu się, że co raz to pokonuje w ten sposób nieco większe odległości, więc wyglądało na to, że zdrowieje. Potem znów zasiadł do komputera i zapalając przy tym tradycyjnie dwie świece, czytał. I kolejny raz nad pokojem zapanował diabelski cień Świętego Walentego.

Położył się spać około drugiej w nocy. Przy poduszce położył czarny jak smoła zeszyt, obok długopis z czarnym wkładem i wkrótce zasnął. Poprzedniego dnia zupełnie zapomniał o konieczności zapisywania snów. Obudził go budzik, więc odruchowo otworzył oczy, spojrzał najpierw w okno, potem rozejrzał się po pokoju i dopiero wtedy przypomniał sobie, co ma robić. Zamknął powieki, próbując sobie przypomnieć, co mu się śniło, ale nie był w stanie tego zrobić. Doskonale wiedział, że o czymś śnił, jednak tego treść ulotniła się wraz ze spojrzeniem w okno. Chcąc zapamiętać miniony sen, należy nie otwierać oczu i do niego wrócić, jak kiedyś wyczytał. Tym razem zrobił inaczej i cała nocna wizja umknęła. Leżał jeszcze kilkanaście minut, próbując przywołać senne obrazy, ale mu się to nie udało.

Potem wstał i podszedł do kartonu. Woda w nakrętce znikła niemal zupełnie, więc czym prędzej napełnił ją i postawił obok ptaka, który tej nocy poruszył się jeszcze bardziej, więc optymizm w nim wzrastał. Ale nadal leżał w bezruchu. Rano pojechał na wykłady, a gdy wrócił z nich, zobaczył, że tymczasowy podopieczny już nie leży, ale siedzi skulony w rogu kartonu, w innych jego częściach jest nieco pierza, a to znak, iż próbował się stamtąd wydostać. Rzucił okiem na pokrywkę z jedzeniem, ale nie zauważył, aby go ubyło, natomiast woda znikła prawie całkowicie. Wyglądało, że zdrowieje. Nie znał się na tym, ale czuł, że tak jest. Zdał sobie sprawę z jeszcze jednej rzeczy: otóż powinien pójść z nim do weterynarza, jednak nie mając zbyt dużo pieniędzy, zaniechał tego. Nie czuł się z tym zbyt dobrze, wiedząc, że specjalista mógłby szybciej pomóc, ale też rozumiał, iż nie każdy zająłby się chorym ptakiem w jakikolwiek sposób. (Swoją drogą to nie miał pojęcia, że weterynarz nie pomógłby wróbelkowi, gdyż oni ptakami się praktycznie w ogóle nie zajmują. Są w tym celu specjalne azyle na przykład przy ogrodach zoologicznych.) Potem zjadł coś na szybko, a ostatnio głównie tak jadał, i zasiadł do czytania zarówno publikacji, jak i tego, co było w internecie. Po raz kolejny rozpłynął się w niebycie, a uwaga pochłonięta była całkowicie tematem. Gdy zrobiło się ciemno, jeszcze bardziej zatapiając się w czytaniu, tradycyjnie zapalił dwie świece, Ślęczał przed komputerem, a mroczny nastrój nadawał całej sytuacji elementu magicznego. Spać się położył znów grubo po północy i usnął prawie od razu.

Nazajutrz rano, gdy tylko obudził go budzik, chciał od razu wstać, ale zdał sobie sprawę, że musi postarać się przypomnieć sobie sen. Zatem przekręcił się na brzuch, głowę wtulił w poduszkę i cofał się pamięcią do minionej nocy. Pamiętał fragmenty snu, ale przez dłuższy czas nie był w stanie ułożyć z tego jako takiej całości. Nie próbował sklecić z tego czegoś logicznego, gdyż czytał, i to do niego przemówiło, że sny wcale nie muszą być logiczne. Zanurzony we własnej pamięci, dwojąc się i trojąc, uznał w końcu, że nic więcej nie wykombinuje. Wtedy usiadł na łóżku, sięgnął po zeszyt i zapisał całą historię, przyobleczoną odrobiną abstrakcji. Notował najdrobniejsze szczegóły, ponieważ doczytał się, że to one mogą stanowić klucz do jak najszybszego panowania nad snami. Całość zajęła mu trochę ponad jedną trzecią strony, na dole zapisał datę oraz godzinę sporządzenia notatki. Potem odłożył zeszyt obok poduszki i wziął się za sprawy codzienne. Pierwsze co zrobił po wstaniu z łóżka, to zajrzał do ptaka, a z tym, jak mu się wydawało, było coraz lepiej, gdyż widniały wyraźne ślady przemieszczania się po całym kartonie. Wziął go na chwilę w dłoń, ptak zamarł, chwilę potrzymał, później odłożył i poszedł do toalety.

I podobnie mijały kolejne dni. Rano zapisywał, co pamiętał ze snów, doglądał ptaka, zjadał śniadanie, jechał na uczelnię, wracał, znów wróbel, coś do jedzenia, kolejne przeczytane rzeczy, tradycyjne odpalanie świec i do łóżka. Piątego dnia ptaszek zaczął coś jeść, a szóstego usilnie starał się wyfrunąć z kartonu, jednak to jeszcze mu się nie udało. Brał go w dłoń tak często, jak tylko mógł, a ten zamierał w bezruchu, a po jakimś czasie zaczynał piszczeć. Po tygodniu od pierwszej notatki miał już sporządzonych osiem wpisów, gdyż zdarzyło się raz, że w środku nocy obudził się i zapisał sen. Na uczelni wszystko układało się tak, jak powinno i tylko czasami udawał się do znajomego do sklepu, gdy ten potrzebował pomocy w pracy. Po kilkunastu dniach ptak, próbując fruwać, zaczął wyskakiwać z kartonu i zostawiał na podłodze niemiłe ślady w postaci odchodów. Wszystko było normalnie, a cykl odmierzały zapalane co wieczór świece. I ten cień Świętego Walentego.

W tym czasie wsiąkł całkowicie i poza zajęciami na uczelni był niedostępny praktycznie dla nikogo (oprócz kolegi ze sklepu – w końcu musiał z czegoś żyć). Nawet nie przyjął zaproszenia od rodziców. Temat świadomego snu pochłonął go w stu procentach. Po dwóch tygodniach przeczesał większość dostępnych na ten temat informacji i w zasadzie mógłby gdzieś się pokazać, jednak tak się wciągnął, że założył blog i wpisywał tam wszystko, czym żył: od wróbelka, przez treść snów, aż po własne postępy w wiadomej sprawie. Czarny notatnik się powoli zapełniał co rano, a wieczorami przepisywał to do internetu. Tam jednak dokonywał pewnej korekty, starając się nadać snom nieco fabuły, a może i grozy, ale zmiany te były czysto kosmetyczne, toteż nie czuł, aby blog był w jakikolwiek sposób fałszywy. Był po prostu pełniejszy i piękniejszy. Po kilku dniach zaczął otrzymywać wiadomości od innych z pytaniami dotyczącymi świadomego snu, treści marzeń sennych, ale także i wróbelka. Na początku marca tą ostatnią sprawą zainteresowała się jakaś dziewczyna, zasypując go komplementami, że tak potrafi się zatroszczyć o zwierzaka, ale także pisała, co u niej na co dzień. Nieco go zdziwiło, że obca dziewczyna pisze takie rzeczy, ale w gruncie rzeczy traktował ją z dużą sympatią. Nawiązali korespondencję, wymienili się email’ami i tą drogą pisywali do siebie codziennie.

Zastanawiał się, czym tak naprawdę są sny. Większość artykułów w internecie mówiła, że są odzwierciedleniem ukrytych pragnień człowieka, które przekazywane są do świadomości. Znalazł też wpisy, że sen to sposób na pozbycie się napięć i uporządkowania ważnych informacji pochodzących z dnia. I bardziej przemawiała do niego ta druga opinia. Również doszukał się informacji, że sny to z grubsza bełkot i nie należy próbować ich interpretować. To ostatnie nie stało jednak w pełnej opozycji ze stwierdzeniem, że to sposób na pozbycie się napięć. Co więcej, wydawało mu się to logiczne, gdyż zdawał sobie sprawę, że na co dzień nie zawsze wiemy, co wywołuje w nas napięcie. To znaczy, zdajemy sobie sprawę, kiedy się ono pojawia, ale nie do końca rozumiemy wewnętrzne tego przyczyny. Wielokrotnie zastanawiał się nad treścią swoich snów i nawet dogłębnie analizując, w większości przypadków nie mógł znaleźć korelacji z rzeczywistością. W sumie doczytał się, że aby je zrozumieć, potrzebna jest dogłębna wiedza z zakresu psychologii – jak na przykład symbolika. A może to tylko bełkot, niemający prawie nic wspólnego z rzeczywistością? Przemawiałoby za tym, że umysł ludzki nie znosi stagnacji i musi się zająć czymkolwiek. Nie ważne czym, ale aby tylko nie być „pusty”. To tak, jak z naczyniami połączonymi: to puste samoczynnie się napełnia.

ROZDZIAŁ V

W pierwszej połowie marca ptaszek przefruwał już nawet kilka metrów, jadł dość sporo i tylko odchody zostawione z różnych miejscach mieszkania mogły być uciążliwe. Przez chwilę zastanawiał się, czy nie kupić albo pożyczyć klatki, ale szybko uznał, że byłaby to niewola, a jej nie chciał mu zafundować; wolał się męczyć sprzątaniem niż więzić. Brał go na ręce tak często, jak mógł i za jakiś czas wróbel przyzwyczaił się do tego, a nawet zostawiony na dłoni na dłuższą chwilę nie próbował zejść. Któregoś razu Marcin obudził się, a na kołdrze, wpatrując się w niego, siedział ptak. Kwilił delikatnie, więc Marcin natychmiast otworzył oczy, zapominając o próbach przypomnienia sobie snu. Widok ten zarówno go zaskoczył, jak i niezwykle ucieszył, gdyż, jak się okazywało, wróbelek przestał się go w ogóle bać. Co więcej, nawet gdy Marcin zaczął się ruszać, to ptaszek nie uciekł, więc doszedł do wniosku, że w jakiś sposób się przywiązał. Było w tym coś magicznego, gdyż miesiąc to za mało, aby dzikie zwierzę się przyzwyczaiło. A może to on miał w sobie taką siłę?…

W połowie marca ptak już regularnie fruwał po mieszkaniu, więc on stwierdził, że nadchodzi czas, aby go wypuścić na wolność, jednak zanim tego dokonał, to podzielił się tym na blogu. Tego dnia wieczorem odezwała się Kasia, bo tak miała na imię dziewczyna, z którą korespondował, i zapytała, czy mogłaby do niego wpaść i osobiście obejrzeć wychowanka przed wypuszczeniem. Mieszkała także w Warszawie, więc z tym aspektem nie było problemu. Zdziwiło go to nieco, ale bez wahania się zgodził. Następnego dnia posprzątał nieco w mieszkaniu, zrobił na szybko coś do jedzenia i czekał z niecierpliwością.

Pojawiła się około dwudziestej. Była bardzo ładną dziewczyną, szatynką z włosami do ramion, twarzą delikatną, nieco pociągłą i zielonymi oczyma. Nie była bardzo szczupła, ale do otyłych też jej nie można było zaliczyć. Niektórzy stwierdzali, iż mogłaby zrzucić parę kilo, a inni, że ta delikatna nadwaga nic jej nie ujmuje. Jemu się spodobała od samego początku, toteż zaraz po przekroczeniu przez nią progu, wpatrując się w jej oczy i lekko unosząc brwi, dał jej o tym znać. Była to jedna z tych kobiet, które by sam sobie wybrał, gdyby sytuacja była nieco inna. Tymczasem to ona pierwsza nawiązała kontakt, więc różniło się to od jego przyzwyczajeń. Jednak od razu poczuł do niej to coś. Od pierwszego wejrzenia wydała mu się bliska i piękna. Przywitała się, uśmiechnęła i natychmiast spytała, gdzie ptaszek. Siedział w większym pokoju na krześle. Na jej widok zapiszczał, przeskoczył nieco dalej i skulił się w kłębek. Próbowała do niego podejść, ale widząc reakcję, zaniechała, stwierdzając tylko, że chyba czuje się tu niezmiernie dobrze. Marcin za chwilę przeniósł go do mniejszego pomieszczenia, a oboje zasiedli do stołu. Zaproponował coś do jedzenia, ale poprosiła tylko o kawę, więc zrobił dwie. Od samego początku patrzyła w niego jak w obrazek, obserwując każdą reakcję, każde ułożenie ciała, a on, widząc to, delikatnie się uśmiechał i od czasu do czasu spuszczał uwodzicielsko wzrok.

– To mówisz, że masz go od początku lutego? – spytała.

– Tak, znalazłem go, jak były te siarczyste mrozy – odpowiadał, przyglądając się jej. – Na początku nie okazywał prawie oznak życia, a teraz tylko wystarczy popatrzyć… – Napił się kawy i dodał – zresztą znasz jego historię.

– Aż szkoda go wypuszczać. – Zrobiła niezwykle przejętą minę, ściszyła nieco głos, po czym trochę dziecinnie dodała – jest taki słodki…

– Też mi żal, ale nie będę go więził. – Pokazał wzrokiem drugi pokój, a następnie z lekkim smutkiem kontynuował – na dworze będzie miał lepiej, bo zrobiło się w miarę ciepło i pewnie dołączy do towarzyszy.

– Z tego, co widzę, to się do ciebie przywiązał…

– Tak. – I pokręcił głową. – Aż sam jestem w szoku, że stało się to tak szybko.

– Ciekawe czy będzie przylatywał w odwiedziny? – nachylając się nieco w jego stronę, spytała z odrobiną ekscytacji.

– Też się nad tym zastanawiałem – teraz spuścił wzrok, po chwili zrobił głęboki oddech i dokończył – ale szczerze powiedziawszy, to wątpię. Może mnie polubił, ale to dzikie zwierzę.

– A mogę zajrzeć do drugiego pokoju i zobaczyć go jeszcze raz?

– Pewnie, że tak. – Kiwnął głową, pokazując jej, aby czuła się jak u siebie.

Wstała, przeszła do progu wspomnianego pomieszczenia i od razu zwróciła uwagę na wypalone do połowy dwie świece.

– Świece… – zauważyła, spojrzała mu w twarz i dopytała – zapalasz je w chwilach romantycznych z dziewczyną?

– Nie mam dziewczyny… – Zawiesił głos, także spojrzał jej głęboko w oczy, flirciarsko się uśmiechnął i dodał – sam je zapalam co wieczór. Lubię taki nastrój.

– Romantyczny jesteś. – Odwzajemniła zaloty i delikatnie przeczesała włosy.

– Może i tak. – Otarł się o nią w znaczący sposób i odwrócił się, aby pójść z powrotem do stołu, ale po chwili poczuł jej ręce na biodrach.

Spojrzał jej w twarz, ona gapiła mu się prosto w oczy i poczuł pożądanie. Błyskawicznie zaczęli się całować i nim się zorientowali, rozbierając się nawzajem, leżeli na łóżku. Trwało to prawie pół godziny, a gdy było po wszystkim, on wstał, zapalił świece, zgasił inne światła i ponownie się położył obok niej.

– Ten święty daje prawdziwie demoniczny cień – cichutko stwierdziła.

– To Święty Walenty. – Najpierw popatrzył na figurkę, potem na cień, a następnie jej w oczy, uśmiechając się. – Nie dość, że się rymuje, to jeszcze patron zakochanych.

– To miło być przy nim z tobą… – wyszeptała. – Ale cienia się boję.

– Nie zwróciłem na niego uwagi, ale faktycznie ma w sobie coś diabelskiego. – Jeszcze raz przyjrzał się konturom na ścianie.

– A może to nie Walenty, tylko jakiś bies?

– Nie. – Kolejny raz się uśmiechnął. – Takich rzeczy nie trzymałbym w domu.

– Jesteś wierzący? – zapytała, podnosząc odrobinę głos.

– Tak, a ty?

– Ja też. – Pokiwała głową. – Choć raczej rzadko bywam w kościele.

– To tak, jak ja. – Sięgnął pamięcią wstecz, chwilę pomyślał i wyjaśnił – ostatnim razem byłem w Boże Narodzenie.

– Ale w twoich snach nie doczytałam się niczego związanego z wiarą – zauważyła.

– W sumie masz rację. – Przybrał nieco ironiczną minę. – Tam jest tylko istny kosmos.

– To prawda – odwzajemniła to i cichutko się zaśmiała. – Są odjechane…

– A tobie co się zwykle śni?

– Wiesz… – Patrząc tępo przed siebie, zamyśliła się. – Ostatnio śnił mi się jakiś pogrzeb, ale dziwny był, bo trumna była pusta. Potem siedziałam przy jakimś oknie i tylko się gapiłam. Tyle, co zapamiętałam.

– A wcześniej jakie miałaś sny? – dopytał, wykazując spore zainteresowanie.

– Zanim zaczęłam czytać twojego bloga – wyjaśniała z odrobiną zobojętnienia w głosie – to nie zwracałam na nie uwagi. Czasem coś tam pamiętałam po przebudzeniu, ale szybko wyparowywało to z głowy.

– A nie chciałabyś się nauczyć świadomie śnić? – Teraz to już uniósł głowę, wyraźnie pobudzony.

– Absolutnie nie! – podniosła głos i dało się wyczuć, że nie spodobało jej się to pytanie. – Uważam, że sny są w taki, a nie inny sposób człowiekowi dane i nie należy tego zmieniać. Według mnie to zbyt niebezpieczne.

– Nie ma w tym nic niebezpiecznego. – Próbując trochę złagodzić sytuację, uśmiechnął się.

– Wolę nie eksperymentować. – Wykazywała już mniej niechęci, ale kontynuowała nadal dość ostro – a poza tym wystarcza mi rzeczywistość, więc po co miałabym panować nad tym, co w nocy?…

– Mi się tam marzy jakaś niewyobrażalna historia, na którą nie byłoby mnie normalnie stać… – Tym razem to on tępo patrzył przed siebie, zapadając się w marzeniach.

Leżeli dłuższy czas przy zapalonych świecach i w obecności diabelskiego Walentego. Wróbelek popiskiwał od czasu do czasu, a oni cieszyli się sobą nawzajem. Około północy zgasił świece, ale usnęli za dobre dwie godziny.

Następnego dnia, po powrocie z uczelni wziął w ręce wróbelka, otworzył okno i wystawił go na zewnętrzny parapet. Ptak przez dłuższy czas tylko siedział, ale w pewnym momencie po prostu odfrunął. Najpierw zniżył lot o kilka metrów, ale wkrótce go nieco podniósł, skręcił i poleciał na pobliską topolę. Marcin przez kilkadziesiąt minut, starając się podążać za nim, wyglądał przez otwarte okno, ale gdy zmarzł, zamknął je i poszedł coś zjeść. Wychowanek był zdrowy i wolny. Stojąc w kuchni, pomyślał, że po fakcie nada mu imię i nazwał go Kasiek.

ROZDZIAŁ VI

Najbliższy czas był nieco cięższy, gdyż Kasiek odleciał, on został sam w mieszkaniu i tylko wpadająca co kilka dni Kasia wnosiła tam odrobinę życia. Ich spotkania były przesycone zarówno seksem, jak i bliskością emocjonalną. Oboje zapałali do siebie niezwykle wielką sympatią od pierwszego wejrzenia i czekał na nią za każdym razem, a ona zawsze starała się być u niego jak najszybciej. Mieszkała z rodzicami, więc jak na razie nie odwiedzał jej, toteż spotykali się tylko u niego. Nie wychodzili nigdzie, gdyż wystarczała im swoja własna obecność. Ona wielokrotnie wspominała Kaśka (zresztą niezwykle była zadowolona z jego imienia, zdając sobie sprawę, że nadał je z jej powodu), a on także dość często stał w oknie, wyglądając, czy nie przyleci albo po prostu go gdzieś nie zobaczy. Co prawda był niemal pewien, że z daleka i tak by go raczej nie rozpoznał, ale miał nadzieję. W dni, kiedy siedział sam, albo próbował wyszukiwać nowe informacje czy opinie na temat świadomego snu, albo zajmował się blogiem, który notabene pochłonął go niemal całkowicie. Teraz zapisywał tam prawie wszystko, co mu się przydarzało, jednak w sprawie swojej nowej dziewczyny nie napisał nic, poza informacją, że była i widziała wróbelka. Rano się budził, coraz bardziej zapełniając czarny brulion, potem studia, czasem praca u znajomego, następnie zwyczajowe zapalanie świec, pisanie bloga, sen i tak w kółko. Jedynym urozmaiceniem były wspomniane, romantyczne wizyty kobiety.

Któregoś dnia odkrył, że jedna sytuacja powtarza się w snach cyklicznie i jest to przeprowadzka do aktualnego mieszkania. Powraca średnio raz w tygodniu i zawsze jest wtedy zarówno podekscytowany, jak i nieco przestraszony. I te uczucia są wyraźną kopią tego, co czuł, kiedy w rzeczywistości się przenosił. Był podekscytowany, bo przeprowadzka na swoje jest niemal zawsze taka dla młodego człowieka, natomiast wystraszony, gdyż zdawał sobie sprawę z ograniczonych środków finansowych, ale także ze swojej skłonności do brania na siebie winy, a to ostatnie traktował wtedy jako psychiczną ułomność i jej się obawiał. Od czasu, gdy uświadomił sobie powracający sen, zaczął na co dzień wykonywać jedną, charakterystyczną czynność, jeśli coś mu się z nią kojarzyło, a była to próba wykręcenia sobie lewej dłoni. W rzeczywistości było to nieco bolesne, ale zdawał sobie sprawę, że we śnie takie nie będzie i ten właśnie szczegół pozwoli odróżnić jedno od drugiego. Także jak widział na przykład samochód dostawczy (a takim przewieziono jego rzeczy do nowego mieszkania), to wykręcał sobie ową dłoń. To samo czynił, gdy przekraczał próg swojego domu. I podobnych korelacji uczynił dość sporo, aby jak najszybciej zapanować nad snem.

Mimo iż przeczesywał niemal wszystko, co było dostępne w internecie, to nie znalazł informacji, czemu tak się dzieje, że we śnie możemy więcej – na przykład kompozytorzy tworzą wtedy lepsze dzieła. Niby wiedział, że sen rządzi się własnymi prawami i nie obowiązują tam takie ograniczenia jak na co dzień, ale nie tłumaczy to choćby tych lepszych kompozycji. Któregoś razu spytał kolegę, który go wciągnął w ten temat, ale tamten tylko stwierdził, że wtedy uruchamiają się nasze wszystkie zasoby, podczas gdy za dnia część z nich mamy wyłączone. Jednak to do niego nie przemawiało. On potrzebował czegoś więcej – informacji dogłębnej i przekonywującej. Także w tej kwestii czuł spory niedosyt i nawet zastanawiał się, czy pójść do psychiatry, u którego już był, bo być może on wie coś więcej na ten temat. Jednak zaniechał tego, stwierdzając, że skoro był zmuszony przestać brać leki, to lekarz ten nie zawsze wie, co robi i nie wszystko rozumie.

Pod koniec kwietnia nastąpiła trudna sytuacja między nim a dziewczyną. Otóż, ustalając wcześniej miejsce i godzinę, mieli się spotkać na mieście (zresztą po raz pierwszy). Zjawił się mniej więcej o czasie, ale czekał dość długo, a po dwudziestu minutach zadzwonił i okazało się, że ona myślała, iż mają się spotkać godzinę później. Dobrze wiedział, że nie popełnił błędu, gdyż zaraz po umówieniu się zanotował to w telefonie. Jednak gdy się już spotkali, wziął całą sytuację na siebie, tłumacząc, iż to on coś pokręcił. Potem ona okazała skruchę, twierdząc, że nie po raz pierwszy tak się pomyliła, tym niemniej on oznajmił, iż tym razem to niej wina. W efekcie przytuliła go i wyszeptała, że jest kochany. Zachowała się zgoła inaczej niż jego poprzednia kobieta, ale on nieco później, po powrocie do domu uznał, że naprawdę jest z nim coś nie tak, gdyż w pewnym momencie uwierzył w swoją winę. Potem jeszcze wspólnie pojechali do jego rodziców na obiad i siedzieli tam prawie dwie godziny. Jak już wrócił do siebie, wieczorem tylko zapalił świece, włączył telewizor i gapił się bezmyślnie, usiłując ogarnąć swój umysł.

W połowie maja żadnych efektów prób kontroli snów jeszcze nie było, ale nie zamierzał się poddawać. Wielokrotnie czytał, że te mogą przyjść po kilku miesiącach czy nawet dopiero roku, jednak zadowolenie z tego powodu będzie ogromne, stanowiąc zadośćuczynienie za poświęcone zabiegi. Toteż co rano zapisywał treść nocnych wizji, a w ciągu dnia ćwiczył nawyk wykręcania sobie lewej dłoni. Z Kasią układało się jak najlepiej i tylko wyglądając Kaśka, często stawał przed oknem. Jak do tej pory go nie zauważył. Wieczorem zapalał świece i przy nich pisał bloga czy na przykład uczył się do wykładów. (Przy tym ostatnim zapalał czasem lampkę, gdy miał do czynienia z książkami czy odręcznymi notatkami.) Któregoś razu dziewczyna przyjechała wczesnym popołudniem, gdyż wtedy miała dzień wolny. Od razu wskoczyli do łóżka, potem wyszli na długi spacer, a następnie znów się kochali. To był jedyny raz, kiedy zrobili to dwukrotnie jednego dnia i oboje byli tym zaskoczeni. Tego też dnia usłyszeli kwilenie od strony okna, on podbiegł i zobaczył odfruwającego wróbelka. Był pewien, że to Kasiek. Ona do niego podeszła, przytuliła i stwierdziła, że ptak chyba nie zapomniał.

ROZDZIAŁ VII

Następnego dnia był umówiony u znajomych w Ostrołęce, więc gdy tylko słońce uniosło się ponad horyzont, wyszedł z domu, udał się na wylotówkę w tym kierunku i zaczął łapać stopa. Przez dłuższy czas nikt nie chciał się zatrzymać, jednak po kilkudziesięciu minutach zobaczył stającą Mazdę Sześć Dwa Sześć, a w środku troje młodych ludzi.

– Dokąd? – spytała blondynka siedząca obok kierowcy.

– Do Ostrołęki – odpowiedział.

– Wsiadaj – zaprosił go kierowca.

– Jestem Marcin – przedstawił się, zajmując miejsce na tylnej kanapie obok dziewczyny, która olśniła go już jakiś czas temu, gdyż, jak się okazało, znał je obie od siebie z uczelni. Ubrana była w szare dżinsy, brązowe, sportowe buty, szarą bluzkę i błękitny, rozpinany sweterek. Włosy miała kasztanowe, spięte w kok z tyłu głowy.

– Magda – przedstawiła się blondynka z przodu.

– Agnieszka jestem. – Podała mu rękę ta obok niego.

– Dziewczyny, zdaje się, że studiujemy razem na polonistyce? – zapytał retorycznie.

– Właśnie miałam powiedzieć, że gdzieś cię widziałam – stwierdziła Magda.

– Chyba jesteście na pierwszym roku? – patrząc cały czas na Agnieszkę, kontynuował.

– Tak, a ty? – wtrąciła się Aga.

– Ja na czwartym.

– Niesamowite spotkanie – mówiła Magda.

– To prawda, ja bym się tego nie spodziewał.

Teraz, po raz pierwszy mógł się przyjrzeć Agnieszce. Wyglądała wręcz oszałamiająco, więc przez dłuższy czas przypatrywał się tylko jej. Niby rozmawiał z obiema dziewczynami, ale liczyła się tylko ona. Była uosobieniem tego, co mógłby sobie wymarzyć. Wielokrotnie myśląc o świadomym śnie, widział ją pojawiającą się w nim, a teraz ta niewyobrażalna bogini siedziała obok i z nią rozmawiał. Bywały momenty, gdy już na uczelni chciał ją zaczepić, ale zawsze brakowało odwagi i odchodził ze zwieszoną głową. Tymczasem obecnie nie musiał robić prawie nic, aby się do niej zbliżyć; wystarczyła zwykła rozmowa i na przykład prośba o numer telefonu. Dodatkowo pomyślał, że nieprawdopodobny zbieg okoliczności, czyli spotkanie w zatrzymanym aucie, był znakiem, iż będą razem. Tak, wierzył w takie rzeczy, nimi żył, ale z nikim się tym nie dzielił. To było prywatną i intymną magią. Gawędzili o wykładowcach, o egzaminach, ale także o wspólnej podróży. Nie liczyło się dla niego nic innego poza Agnieszką i nawet zobaczył, że nieco się speszyła, widząc, że gapi się tylko na nią, jednak nie był w stanie oderwać od niej wzroku. W pewnym momencie wzdrygnęła się i tonem iście oficjalnym oznajmiła:

– Na polonistyce jestem tylko do końca roku, potem przenoszę się na psychologię.

Zadziałało to na niego niezwykle pozytywnie, gdyż sam zdawał sobie sprawę ze swoich problemów psychicznych i ostatniego zainteresowania ludzką psychiką. Przecież całe zabiegi ze świadomym snem to niemal czysta psychologia.

– A czemu zmieniasz kierunek? – spytał ją chwilę później?

– Bo tamto mnie bardziej interesuje – oznajmiła znów bardzo oficjalnie.

– Też ostatnio się zastanawiałem, czy tam nie pójść, ale chyba najpierw muszę skończyć ten kierunek – wyjaśniał. – W końcu niedużo już zostało. Zakamarki ludzkiego umysłu mnie fascynują. Już coś na ten temat czytałem i to jest moje hobby.

– Pewnie, że tak – wtrąciła się blondynka. – Ukończ polonistykę, a na psychologię zawsze będzie jeszcze czas.

– Co prawda, chciałbym już, ale co nagle to po diable. – I na myśl mu przyszedł cień Świętego Walentego. – Bo wiecie dziewczyny, sam widzę, że miewam czasem nierówno pod sufitem. – Zaśmiał się, dając im do zrozumienia, iż to był żart.

– Nie ma ludzi zdrowych – są tylko niezdiagnozowani – odparła ze śmiechem blondynka z przodu, podczas gdy Aga siedziała nieco wycofana z tej dyskusji.

Potem jeszcze gadali chwilę, po czym wyciągnął telefon.

– Dziewczyny, mogę dostać wasze numery? – spytał dość niepewnie i dodał – to w razie, gdybym miał dla was jakieś informacje.

– Nie ma problemu – odparła ta z przodu i podała mu go.

Nastała cisza, w której dopadło go poczucie, że być może zbyt szybko o to poprosił, gdyż Agnieszka tylko siedziała wpatrzona za okno. Jednak po jakimś czasie spojrzała na niego, nieco zmierzyła wzrokiem i podała swój numer. Potem jechali dalej, dyskutując i śmiejąc się, aż dotarli do Ostrołęki, gdzie wysiadł i ruszył do znajomych.

Idąc przez nieznane miasto, w głowie miał tylko Agnieszkę. Nic innego się nie liczyło. Zawróciła mu w głowie całkowicie, odbierając zarówno zdrowe zmysły, jak i świadomość prawie w ogóle. Szedł, powłóczył nogami, świat zewnętrzny prawie nie istniał i tylko od czasu do czasu zatrzymywał się, pytając kogoś o drogę. Niby wiedział, że w Warszawie ma kochającą, piękną dziewczynę, ale w tym momencie ona dla niego nie istniała. Dwukrotnie się nieco pogubił i do znajomych dotarł trochę skołowany i nieobecny. Była sobota i początkowo miał posiedzieć u nich do popołudnia następnego dnia, lecz po kilku godzinach stwierdził:

– Miałem telefon i muszę wracać do Warszawy.

– Marcin, zostań dłużej. Tak się cieszymy, że przyjechałeś – mówiła dziewczyna.

– Zostań, jutro pojedziesz – naciskał chłopak.

– Niestety coś niedobrego dzieje się z moją kobietą i muszę.

– Coś poważnego? – spytała.

– To się okaże, mam nadzieję, że nie.

– A nie poradzi sobie do jutra sama? – dopytał chłopak.

– Nie wiem, ale chcę być przy niej.

– Jak uważasz, ale my jesteśmy za tym, żebyś został – naciskała.

– Też chętnie bym pobył, ale muszę z nią być.

– Skoro tak, to odwieziemy cię na wylotówkę – oświadczył chłopak.

– Dzięki.

Odwieźli go, a on znów autostopem wrócił do Warszawy. Po powrocie nie zamierzał ani jechać do Kasi, ani nawet jej informować, że już jest. Po prostu chciał być sam i tylko sam. Wieczorem zapalił dwie świece, włączył z komputera muzykę (a robił to niezwykle rzadko), położył się na łóżku i marzył o Adze. Tak dużo by dał, aby już móc świadomie śnić, bo wtedy byłby razem z nią. Zapadł się gdzieś w głąb swojej wyobraźni, a rozdygotany cień ogarniał cały pokój.

Następnego dnia rano zaczął sobie przypominać, co mu się śniło i odkrył, że była to ona. Trzymając się za ręce i prawie nic nie mówiąc, siedzieli razem na jakimś pomoście nad jeziorem. Zapamiętał tylko tyle. Przewrócił się na brzuch, grzebiąc w pamięci w poszukiwaniach czegoś więcej, ale nic innego nie było. Tylko on, ona, pomost i jezioro. Po tym jak wstał, bez wahania zapisał to w notatniku. Potem siedział w domu, cały czas o niej rozmyślając. Dopiero telefon od Kasi go nieco oprzytomnił. Wtedy umówił się z nią na wieczór i znów tylko leżał.

Przyszła około dwudziestej pierwszej i na dzień dobry zaciągnęła go do łóżka. Po wszystkim zapalił świece, usiadł nago na brzegu i oświadczył:

– Z nami koniec. – Spuścił głowę, nieco się odwrócił i dodał – przykro mi.

– Słucham? – wysylabizowała, błyskawicznie podniosła się z łóżka i starała się przytulić.

Natychmiast wstał, założył majtki, potem spodnie i ostro stwierdził:

– Lepiej, jak już sobie pojedziesz i więcej tu się nie pojawisz.

– Marcin… – Rozpłakała się. – Co się dzieje?

– Nic, po prostu muszę być sam.

– Jak potrzebujesz więcej swobody, to tylko powiedz. – Wstała, znów starała się przytulić.

– Nie. O nic nie pytaj… – Spojrzał jej głęboko w oczy. – Nie zrozumiesz. Wracaj do siebie.

– To przez te próby kontroli snów, prawda? – zapytała, płacząc.

– Wiesz… – Zawiesił głos i zastanowił się jak by tu zrobić, aby ją jak najmniej bolało. – Po prostu zrozumiałem, że muszę być sam.

– Jakaś inna kobieta? Ładniejsza ode mnie? – zapytała z błaganiem w głosie.

– To nie tak… Ty mi się bardzo podobasz i nikogo więcej nie zamierzam szukać… – Spuścił głowę, przez chwilę błądził w myślach i dodał – nie mam siły… Ubieraj się i wyjdź jak najszybciej.

Potem ona dość długo ślęczała w łóżku, łkając czy nawet szlochając, a on siedział w drugim pokoju w bezruchu. W końcu się ubrała, jeszcze raz próbowała się do niego zbliżyć, ale gdy tylko podchodziła, wstawał i odchodził bez słowa w inne miejsce. Wyszła około dwudziestej trzeciej.

ROZDZIAŁ VIII

Następnych kilka dni w ogóle nie wychodził z domu, mimo iż powinien uczęszczać na uczelnię. Głównie leżał w łóżku i tylko czytając na temat swojej nowej pasji, zasiadał przed komputerem. W środę pojawił się sen z przeprowadzką, lecz nie był w stanie nad nim zapanować. Obudziwszy się, zapisał go. W czwartek pojechał na studia, ale wszystko, co się tam działo, niemalże umknęło uwadze. Po powrocie do domu miał ochotę odezwać się do Agi, ale zaniechał tego z bliżej nieokreślonych powodów. Jednak wieczorem, jak ostatnio zwykle, położył się na łóżku, zapalając wcześniej swoje świece. Cały czas myślał o Adze jak o swojej przyszłej dziewczynie. Znał ją ledwo co, a mimo to, dla niej rzucił dotychczasową kobietę i snuł w stosunku do niej dalekosiężne plany. Doskonale wiedział, że prawdopodobnie nie spotka jej już wcale, a jednak nie był w stanie się otrząsnąć. Spotkanie w samochodzie było dla niego dobrym znakiem i początkiem nowego. Dodatkowo sen, który się pojawił dnia następnego po jej spotkaniu, dał nadzieję i wiarę we wspólną przyszłość. Odpływał gdzieś w nieznane.

Kasia próbowała dzwonić co kilka dni i na początku odbierał jej telefony, tłumacząc, że nic z tego nie będzie, jednak z biegiem czasu przestał reagować na wyświetlające się w telefonie jej imię. Tylko stojąc od czasu do czasu w oknie i wypatrując Kaśka, powracał do niej myślami i były krótkie chwilę, że żałował swojej decyzji, jednak potem mówił nie, otrząsając się z tych wspomnień. Wróbelek się nie pokazywał i nie wpływało to na niego krzepiąco, więc coraz bardziej zapadał się w swoje marzenia na temat Agnieszki. Na blogu nie wspomniał o niej z dwóch powodów: po pierwsze uważał to za sprawę zbyt intymną, a po drugie nie chciał, aby Kasia o tym coś wiedziała. W tym okresie zapisał czarny zeszyt do połowy i któregoś razu przeglądając swoje notatki, doszedł do wniosku, że z biegiem czasu pojawia się tam coraz więcej szczegółów. Zrozumiał, że trening czyni mistrza, a brulion jest tego najlepszym dowodem. Kilka dni później Kasia zaczęła wydzwaniać do jego rodziców, gdyż numer ten posiadała od jakiegoś czasu. Bardzo się o niego martwiła i chciała, aby ktoś z nim porozmawiał, a może nakłonił do zmiany decyzji w jej sprawie. Po tych telefonach matka nawet przyjechała osobiście.

– Marcin, wszystko w porządku? – spytała, siedząc przy stole.

– Tak, mamo, wszystko ok.

– Czemu zerwałeś z Kasią? – Martwiła się.

– Bo chcę być sam, a ten związek był pomyłką – odparł bardzo oficjalnie.

– Ale mówiłeś, że ci z nią dobrze i że nie jest taka, jak twoja poprzednia.

– Mimo wszystko to nie to – kontynuował w tym samym stylu.

– Bardzo ją polubiłam. Ale nie myśl, że rozmawiam z tobą, bo chcę dobrze dla niej. Mimo że ją lubię, to chcę dobrze tylko dla ciebie.

– Mamo, jak chcesz dla mnie dobrze, to zaakceptuj to, że tak będzie lepiej.

– Trudno mi to sobie wyobrazić… – Zamyśliła się. – Przecież zawsze powtarzałeś, że zależy ci na dziewczynie.

– Ale też mówiłem, że nie na jakiejkolwiek. Na konkretnej. A Kasia taką nie była.

– Marcin, na pewno nic złego się nie dzieje?

– Mamo, na pewno. Właśnie ożywam.

– Jak sobie chcesz, ale gdybyś chciał porozmawiać, to pamiętaj, że ze mną możesz o wszystkim.

– Dziękuję, mamo – zakończył, cały czas w oficjalny sposób.

W końcu wróciła do domu, a on był coraz bardziej nieprzytomnie zakochany i tylko cykliczne odpalanie świec niezmiennie wymierzało rytm dnia i nocy.

Pod koniec maja położył się jak zwykle późnym wieczorem do łóżka, zgasił świece i rozmyślając na temat Agi, leżał tak dłuższą chwilę. W pewnym momencie usłyszał niezidentyfikowane dźwięki od strony okna. Przez chwilę je ignorował, ale potem ruszył się nieco, zapalił lampkę, jeszcze przez moment nasłuchiwał i to coś dobiegło ponownie. Wstał, podszedł do okna i zobaczył Kaśka siedzącego na metalowym parapecie na zewnątrz. Natychmiast otworzył okno, a ptak wfrunął do środka. Najpierw podleciał do stojącego obok krzesła, a następnie przemieścił się do większego pokoju i usiadł na podłodze, w pobliżu miejsca, gdzie niegdyś stało kartonowe pudełko. Znowu zaczął kwilić, więc Marcin, podążając za nim, podszedł do niego, wyciągnął dłoń, a wróbelek na nią wszedł. Marcin mało nie podskoczył z radości, ale nie chcąc go płoszyć, tylko uśmiechnął się szeroko, po czym razem z nim poszedł do kuchni po coś do jedzenia. Zostało jeszcze nieco pokarmu, który kupił, znajdując go, więc jedną ręką wsypał do pokrywki od słoika, a na drugiej cały czas siedział Kasiek. Przeszedł z nim do pokoju i postawił na podłodze pokrywkę, a obok dał zejść ptakowi. Wróbelek zaczął jeść, momentami popiskując i łypiąc na niego wzrokiem. W tym czasie on usiadł na jednym z krzeseł i obserwował, co się dzieje. Nie wierzył własnym oczom, że Kasiek znów zawitał, gdyż to mu się wydawało wręcz niewyobrażalne. Dzikie zwierze pamiętało i wróciło. Kilka chwil później ptak się najadł, usiadł na podłodze, więc on znów się zbliżył i kolejny raz wyciągnął rękę. Wróbelek bez wahania na nią wskoczył. Potem siedzieli kilkanaście minut, aż Kasiek przefrunął na wewnętrzny parapet, więc czas go wypuścić. Odlatując w ciemną noc, zostawił po sobie ciepłe wspomnienie. Tej nocy Marcin wszedł na bloga i zamieścił informację o niespodziewanych odwiedzinach. Późniejszych komentarzy było mnóstwo, a wszyscy nie mogli uwierzyć, że to prawda. Jakiś czas później położył się z powrotem do łóżka i niedługo zasnął.

ROZDZIAŁ IX

Zaczęło mu się śnić, że się przeprowadza i nagle zadziałał wyuczony odruch, więc we śnie wykręcił sobie lewą rękę i nie poczuł bólu. Powtórzył to jeszcze kilkakrotnie i dotarło do niego, że śni. To było uczucie wręcz niesamowite. Cała wielotygodniowa praca przyniosła skutek i teraz mógł być, gdzie chciał i z kim chciał. Przez chwilę pozostał tam w miejscu, ale potem postanowił spotkać się z Agnieszką. Chwila moment i siedział z nią u siebie w domu przy stole przy zapalonych świecach. Zaczęli rozmawiać i był wniebowzięty. Sam na sam ze swoją marzeniową miłością, w dodatku widział, że ona też jest szczęśliwa, więc co mu więcej było trzeba?… Gadali, uśmiechając się do siebie nawzajem, przyobleczeni odrobiną magii. Wreszcie dokonał tego, nad czym tak długo pracował…

Obudził go zwyczajowo budzik, ale tym razem natychmiast doskonale pamiętał wszystko z nocnej wizji. Zarówno ją, jak i każdy szczegół, więc nie wiele myśląc, chwycił telefon i wysłał do niej następującą wiadomość:

Śniłaś mi się i to był bardzo miły sen. Byłaś w nim szczęśliwa i ze mną…

Nie liczyło się nic innego, oprócz niewyobrażalnego szczęścia. Nawet nie pomyślał, że ona może to źle odebrać. To było kompletnie nieistotne. Istniał tylko świadomy sen i to, co aktualnie czuł. Dopiero potem skojarzył wizytę Kaśka z następującym po nim przełomem i uznał, że to był dobry znak. „Skoro to był znak, to znaczy, że będziemy razem” – tak myślał. – „To tylko kwestia czasu”.

Od tego dnia kładł się wcześniej, aby jak najszybciej zapaść w sen, a tym samym śnić o niej. Przez pewien czas nie mógł powtórzyć sennej świadomości, więc budził się rano dość smutny i wykonując swoje codzienne obowiązki, czekał tylko na wieczór. Nadal spisywał nocne wizje, ale zaprzestał prowadzenia bloga. Uznał, że temat Agi jest zbyt intymny, aby się nim dzielić. Kilka dni później, wysyłając maila z pytaniem, czy wszystko w porządku, zainteresowała się tym Kasia, na co odpisał, że zamyka temat, bo nigdy nie uda mu się kontrolować snów i kategorycznie zabronił do siebie więcej pisać.

Za kilka dni powtórzyła się kontrola snu, znów się spotkał z Agą, byli oboje szczęśliwi i nawzajem w sobie zakochani. Tym razem jeszcze nie próbował doprowadzić do zbliżenia, a mimo to po obudzeniu roznosiła go energia. Ponownie wysłał jej wiadomość, z informacją co u niego słychać i że tęskni. Nie wspominał o nocnych wyczynach, bo już wtedy wydawały mu się one zupełnie realne. Myślał kategoriami snu i tym żył.

ROZDZIAŁ X

Najbliższy okres w jego życiu zaczyna być nieco niejasny, gdyż zatracił poczucie rzeczywistości i to, co dalej napiszę, będzie oparte głównie na relacjach osób trzecich, ale także na szczątkowych zapiskach, ponieważ przestał zapisywać sny, lecz zamiast tego tylko odrobinę tego, co się działo na co dzień.

Ważne jest to, że nadal co wieczór zapalał świece, czasem godzinami przypatrując się dwumetrowemu cieniowi patrona. Ogień, delikatnie kołysząc się i pulsując, chłonął stearynę. I od czasu pierwszej nocy z Kasią zaczął zwracać na cień baczną uwagę, przypisując mu jakąś nadprzyrodzoną moc, a ten ogarniał go z dnia na dzień bardziej i bardziej. Marcin coraz częściej rządził tym, co w nocy i zawsze spotykał się z nią. Po kilkunastu dniach próbował uprawiać z nią seks, ale wtedy odepchnęła go i wyszła bez słowa. Za każdym razem po przebudzeniu wysyłał jej sms’y i nie liczył na jakikolwiek odzew. Liczyło się tylko to, aby dać znać, że jest wybranką. Co noc starał się z nią kochać, a ona co noc uciekała i za żadne skarby nie był w stanie spowodować, aby było po jego myśli. Niby sam rządził swoimi wizjami, jednak ona była w nich jak żywa – poza kontrolą. Studia odpuścił sobie w ogóle i tylko od czasu do czasu pojawiał się u znajomego w sklepie, aby zarobić na życie – z tej konieczności jeszcze zdawał sobie sprawę. Jakiś czas później przestał jednak odbierać jakiekolwiek wiadomości, a i niektóre połączenia ignorował. Któregoś razu, po kolejnej nieudanej próbie zbliżenia się do niej, wysłał jej wiadomość:

Jak nie będziesz ze mną, to zobaczysz, co zrobię. Będziesz tego żałowała.

Świadczy to o tym, że już wtedy nie za bardzo wiedział, co jest snem, a co jawą. W nocy spotkał się przecież z jej wyobrażeniem, a rano wysyłał wiadomości do jej realnej… Tak naprawdę nie wiemy do końca, co zamierzał, ale wkrótce potem ona zadzwoniła.

– Halo – odezwał się zalotnie – a jednak zadzwoniłaś, bo już się martwiłem.

Po tych słowach usłyszał tylko przeciągłe: „aaallleee” i po kilku kolejnych się rozłączyła. Wiadomo, że wtedy miał ochotę natychmiast oddzwonić, lecz z niewiadomych względów tego nie zrobił. Chwilę później znów zadzwoniła, lecz usłyszał tylko głos znajomej blondynki z samochodu:

– Aga nie jest tobą zainteresowana! Odczep się od niej, bo nic z tego nie będzie! Powtarzam, odczep się!

Po tej wiadomości nieco oprzytomniał, bo nawet zadzwonił do rodziców, jednak rozmawiał z matką bardzo krótko, a ta odniosła wrażenie, jakby komunikowała się z kimś zupełnie obcym. Potem znów zapadł się w sobie i tylko praca w sklepie świadczyła o jakiejkolwiek aktywności.

Następnie nic nie wiadomo, co się z nim działo, aż do momentu, gdy wysłał jej kolejną wiadomość:

Myślę, że chcesz być ze mną, inaczej sama byś powiedziała, że nie chcesz mnie znać. Kocham cię.

Później wysyłał jej różne wiadomości i, jak można wyczytać z czarnego zeszytu, zmagał się ze snami, nad którymi przestał panować. To ona, ale już bez jego chęci, pojawiała się w nich i za każdym razem dawała mu kosza, gdy tylko chciał się z nią kochać. W wizjach zaistniał niezależny byt, na tyle silny, że przejął całą kontrolę. Tyle wiemy. Następnie znów zapadł się w sobie i przestał cokolwiek notować, więc tu jest dość spora dziura.

Kolejnego wpisu dokonał tuż przed połową września i czytamy w nim:

„Widuję ją codziennie. Dziś sprzedawała mi chleb w sklepie. Nie wiem, czego ona ode mnie chce, ale mam tego serdecznie dość. Muszę to jak najszybciej przerwać…”

I jedynie wiadomo, że widział ją w rzeczywistości. A w zasadzie wydawało mu się, że widzi. Tak, w tym czasie kompletnie oszalał i w obcych kobietach widział ją. Może były podobne, a może nie? Tego się chyba nie dowiemy. Istotne jest, że przestał odróżniać sen od jawy. Aż strach pomyśleć, co wtedy przeżywał… Z relacji Agnieszki wiemy, że w połowie września wysłał jej rozpaczliwego sms’a, w którym błagał, aby dała mu spokój. Ostatniego dnia tego miesiąca użył gróźb, iż dłużej tego nie wytrzyma i że ją zabije. Tego samego wieczoru spotkał się z nią osobiście pod wydziałem, a w nocy zapisał ostatnią notatkę:

„Tym razem spotkałem się z nią naprawdę… Była taka, jak ją zapamiętałem… Powiedziała mi, że kocha kogo innego i żebym dał sobie z nią spokój… Chyba czas się leczyć…”

Następnego dnia rano zgłosił się do szpitala psychiatrycznego i spędził tam kilka tygodni. Matka po odwiedzinach zadzwoniła do Kasi, a ta czym prędzej do niego pojechała. Mówiła, że wyglądał przerażająco i nie było z nim prawie żadnego kontaktu. Prawie nie mówił, a jeśli już, to głosem martwym, oczy miał przymknięte, puste, a usta bezsilnie rozchylone. Gdy wzięła go za rękę, czuła, jakby dotykała manekina, a i śmierdziało od niego wielodniowym niedomyciem. Mówiła do niego długo, a on wydawał się nic nie słyszeć. Podobno nawet posiłków nie chciał jeść. Po kilku dniach podłączono go do kroplówki. Dopiero po tygodniu pobytu w szpitalu można było z nim zamienić kilka słów, a i wtedy Kasia odnosiła wrażenie, że to ktoś inny. Mówił w zasadzie tylko o Kaśku i o figurce Świętego Walentego. Po trzech tygodniach już było z nim dobrze, ale nadal wolał milczeć. I to się nie zmieniło aż do dziś. Po wyjściu ze szpitala znów zaczął się spotykać z Kasią i teraz zamierzają się pobrać. Nigdy nikomu nie wspomniał, co się wtedy z nim działo, a na pytania o to denerwował się i zamykał w sobie na dłuższy czas. Powiedział tylko, że wolałby, aby ten okres w ogóle nie istniał.

Kobieta – rozdział II

Kobieta – rozdział II

Hej. Chciałem Wam przedstawić fragment mojej nieukończonej książki, którą pisałem 2,5 roku temu, kiedy jeszcze byłem słaby w pisaniu. Są błędy zarówno w powtórzeniach, literówki, jak i nawet gramatyczne. Ale chodzi mi o opinię, czy warto nad tym pracować. Na pewno książka jest bardzo, ale to bardzo kontrowersyjna, mogłaby wywołać nawet skandal i protesty feministek. Ale wiem, że ludzi podobni do bohatera istnieją…

Obudził go budzik z telefonu o ósmej. Czuł się nadal podpity, ale nie miał wyboru, trzeba jechać. Wykąpał się, wypił szybką kawę, zamówił taksówkę.

Wieczorem położył się w łóżku około dwudziestej. Już się przebrał w piżamę. Jeszcze nie chciał spać, ale miał wszystkiego dość. Przedtem tylko posprzątał niezmyte naczynia, nieco ogarnął całe mieszkanie, wyrzucił śmiecie. Dbał o porządek, mimo iż mieszkał sam i nikogo się nie spodziewał w najbliższym czasie. Zawsze taki był. Leżał i myślał:

„A może by tak spróbować związać się Anią? W końcu mówiła, że mam artystyczną duszę. Może dostrzegłaby we mnie to, co najważniejsze? Może jest podobna do Dagmary? Ale nie. Jej nic nie zastąpi. Już czas zacząć żyć, a nie tylko chlać piwsko. W końcu po coś zarabiam ciężkie pieniądze. To dla tej jedynej. Bo po co mi to wszystko? No, po co? Ani to nie wyjeżdżam nigdzie, bo wolę siedzieć w domu i chlać, ani nawet nie chodzę na koncerty czy do teatru. A w dobrej restauracji bywam tylko służbowo i to też nie za często. Jak Olka mnie zaprosiła, to ją niemal natychmiast wyciągnąłem i przyprowadziłem tutaj. Aby zerżnąć. I chciała tego. Nie liczyła na miłość, chciała tylko się pieprzyć i to mi się podobało. Co z tego, że po siódmym spotkaniu miała ochotę na coś więcej? Ja nie chciałem. Bo rzygać mi się chcę, jak patrzę na te napalone suki. Ja to mógłbym ją posuwać do dziś, bo robiła to jak mało która. O, Ania taka nie jest. Była trochę nieobecna, może natchniona. Nie skupiała się, aby mi zrobić dobrze, po prostu odpływała. I to lubię. Muszę wymyślić dla niej na następny raz coś szczególnego. W sumie ją też tylko rżnąłem, ale teraz widzę, że jest inna. A może mi się tylko tak wydaje? Tylko o co jej chodziło, że może mi pomóc? W czym? Stanie się Dagmarą, czy co? Stań się nią, to pomożesz, a nie pieprzysz głodne kawałki. Następna laska, która uważa, że może naprawić świat. A potem taka mężowi nie daje żyć, bo uważa, że może go naprawić. Ale nie naprawia, tylko dostosowuje do swoich wyobrażeń. A jakoś jedna z drugą nie potrafi zaakceptować. Egoistki. Anka mówi, że jestem artysta, a chce mnie zmieniać. A zmień się sama… Nie, muszę się napić.”

Przebrał się i wyszedł do sklepu. Kupił cztery piwa. Mniej niż zwykle, ale wiedział, że następnego dnia będzie miał ciężko, a poza tym zdawał sobie sprawę, że kilka dni z rzędu, to nic dobrego. Wrócił, zasiadł przed komputerem i otworzył pierwsze. Jak zwykle był to żywiec. Innego prawie nie pijał. Kiedyś próbował i innych polskich, i czeskich, i słowackich, i niemieckich, ale żywiec najbardziej mu smakował. Lubił jego charakterystyczny posmak zostający na języku jeszcze dość długo. Otworzył Facebooka i po raz kolejny próbował odnaleźć Dagmarę. Wpisywał jej imię i nazwisko, ale wyskakiwały tylko jakieś nieinteresujące go panienki. Jedna uśmiechnięta, stojąca pod palmą, druga z dzieckiem na ręku, trzecia gówniara w towarzystwie dwóch chłopaczków. Ale jej nie było. Po raz kolejny. Próbował odnaleźć Iwonę, bo to była jej przyjaciółka, ale jej też nie znalazł. Kiedyś miał ją Naszej Klasie, ale po tym, jak wykasował swoje konto, bo był wkurzony na wszystko i wszystkich, stracił kontakt. Iwona też żyła na bakier i mógł przewidzieć, że nie ma konta na Facebooku. Jak odnaleźć Dagmarę? Może nadal jest wolna? A nawet jak ma męża czy faceta, to przynajmniej Franek mógłby zamknąć tę historię, a tak żył w zawieszeniu. A może nie chciał jej zamknąć?

Otworzył drugą puszkę, spił piankę z siorbnięciem i wypił dwa głębsze łyki.

„A może Ania nie jest taka zła? Może nie chce zmieniać kogoś dla siebie, tylko pomóc? Ale mnie nie może pomóc. Nie po Dagmarze. Wydrukuję zdjęcie Dagmary i położę Ance na twarzy, jak będę ją posuwał. Chce mi pomóc, to niech się na to zgodzi. Taka mocna jesteś? Chcesz pomagać? To zrób to. Wtedy będę wiedział, że nie robisz tego dla siebie… Ale tego to i ja bym nie chciał, bo wtedy wolałbym grać i śpiewać, a nie bzykać. A one lubią bzykanie. I ja też. Ale one bardziej. My, faceci do tego dążymy, bez tego żyć nie możemy, ale one bardziej to lubią. I bardziej potrzebują. I lubię je posuwać. Najbardziej mi się podobało, jak Jolkę doprowadziłem do dwóch orgazmów. Taka była zadowolona. Ale ją mam w dupie. Chciała jeszcze się spotykać, ale zaraz by się zakochała. Jeszcze tego by mi brakowało. Mieć na głowie czyjąś miłość. I nie wiem, czy dalej spotykać się z Anką, bo ona też może się zakochać. Ale chcę tego. Bzykać i patrzeć, jak przymyka oczy z rozkoszy. I prawie w ogóle nie jęczy. Zamknięta w sobie. To dobry znak. Ale na co dobry znak? No, na co?” – Odłożył drugą puszkę, otworzył kolejną, spił piankę po swojemu i spojrzał na gitary.

„Kiedyś grywałem nawet dwie godziny dziennie, czasem więcej, a teraz wiszą i marnieją. Ale może kiedyś jeszcze będę grał? Chciałbym. Ale nie jestem w stanie. Muzyka jest pusta, płaska, jak laska bez cycków. Ale nie cycki są najważniejsze, choć bez nich to jak posuwać faceta. Najważniejsze co mówi o mnie. A Anka mówi, że mam duszę artystyczną. Może by spróbować ją poznać i się z nią związać? Tylko że ona chce zmieniać. Właśnie, zmieniać, czy pomagać? Może jedyna, która myśli o czyimś szczęściu. Zadzwonię do niej za dwa dni. Wcześniej to nie, bo pomyśli, że chcę za bardzo. A jak za dwa dni, to będzie wiedziała, że na zbyt dużo nie może liczyć. Że mam swoje życie. Ale chyba i tak o tym wie, bo mówiła, że nie chce się narzucać. A może zrobiła to tylko po to, aby stworzyć pozory? Udaje. Na pewno siedzi teraz w domu i marzy o mnie. Ale spotkam się z nią i jak tylko zobaczę, że się zakochuje, to pogonię. Mam dość zakochanych lasek.” – Otworzył trzecią puszkę, spił piankę, wypił dwa głębokie łyki i poszedł się odlać. Zwykle potrafił wypić nawet siedem bez sikania, ale teraz go przypiliło. Wrócił.

„Jak chłopaki z zespołu byli zazdrośni o Dagmarę, gdy przyszła na próbę z ciastkami. Grzesiek aż wyskoczył zza perkusji. Tylko Robert cały czas brzdąkał na basie. Jedyny, któremu nie zawróciła w głowie. A może też zawróciła, ale nie dał tego po sobie znać? A potem siedziała i słuchała, jak gramy i śpiewam. A gdy graliśmy tę jej ulubioną, to zamknęła oczy i tak pięknie wyglądał. Teraz miałbym ochotę uklęknąć przed nią i śpiewać na kolanach. Ale byłem wielki artysta i to ona miała piać na mój widok. Jaki ja byłem głupi. Potem odprowadziła mnie do domu. Nie ja ją, ale ona mnie. Bo artystę trzeba odprowadzać do domu. A ja nawijałem o tej swojej muzyce. A ona słuchała. I lubiła słuchać.

Ale teraz też bym chciał, aby ktoś posłuchał mojej muzyki i o niej chciałbym pogadać. Tylko że żadna jej nie zrozumie. Nie to, co Dagmara. Te tylko sikają majtki, jak śpiewam i gram. I żadnych głębszych przemyśleń. A nawet jak co nieco zrozumieją, to nie wiedzą, jak to odnieść do mojej osoby. Przecież moja muzyka, to część mnie. To moja dusza. A one najwyżej, że ładne, mądre i romantyczne. A w dupie mam tę ich romantyczność. Teraz jakbym miał coś napisać, bo byłoby śmieszne i wesołe. Żadnego uzewnętrzniania się. Przynajmniej nie musiałbym słuchać tych głodnych kawałków, jakie to wspaniałe i romantyczne. Najgorsze słowo na świecie – romantyczność. A jak się pieprzą, to nie w głowie im romantyczność. Jak dobrze je dopcham, to wtedy są zadowolone. Pamiętam ten dowcip: kiedy kobieta jest najbardziej zadowolona? Kiedy się naga-da. A kiedy jest najmniej zadowolona? Kiedy powie gnie-wam się. Opowiedziałem to w czwartej klasie liceum facetowi od matmy. Był starszy, miał ponad sześćdziesiątkę. A on, że czasem może się tak zdarzyć, ale zwykle tak nie jest. Ale lubiłem go. A czemu to powiedziałem, nie zważając na jego wiek? Bo nie myślałem. Ale było śmiesznie.

Dagmara była naprawdę romantyczna. Kiedyś opowiedziałem jej dowcip o seksie – nie pamiętam jaki – to spuściła głowę i przez dłuższy czas się nie odzywała. Wiem, że wolałaby posiedzieć przy świecach, niż się bzykać. Posłuchać muzyki, pogadać o poezji, o książkach. To powinna być moja żona. A może teraz lubi się bzykać i nie daje mężowi spokoju? Kto wie? Ale wtedy była święta, czysta, nieskalana.” – Otworzył czwartą puszkę, spił piankę i wypił dwa łyki.

„Tylko widok nagiej z Anki z kotem na kolanach zrobił na mnie wrażenie. Ładna jest, bardzo ładna. Cycki ma nie za duże, jak lubię, pośladki zgrabne, brzuszek wklęsły. Może by z nią spróbować? Na dłużej?… Ale jakoś nie mogę… Chociaż?… Polubiłem ją. Jak to fajnie by było położyć się wieczorem koło kobiety. Zamiast chlać. W sumie nie ma żadnych skutków tego, że popijam. Słyszałem, że wątroba może wysiąść, ale jest dobrze. Staszek nawet coś wspominał o Anonimowych Alkoholikach, ale to nie dla mnie. Banda nieudaczników niemogących poradzić sobie samemu. Na pewno każdy ma fioletowy nos i cuchnie na kilometr. A może odwyk? Zamknąć się na dwa miesiące i może to spowoduje, że przestanę chlać? Ale tam też są ludzie z przymusu i na pewno to degeneraci, a tacy tylko jeszcze gorzej by na mnie podziałali… Nie, nie jestem alkoholikiem, bo przecież dobrze sobie radzę w pracy. I z laskami. Jak będę chciał, to przestanę pić. Ale nie chcę. Bo lubię to. Zresztą nie wyobrażam sobie, aby tak o suchym pysku cały tydzień. Człowiek musi się zresetować. Wtedy odpływają emocje i jest dobrze. I teraz jest mi dobrze. Ale chyba lepiej byłoby z… Może z Anią? Jest inna niż wszystkie. Chciałbym ją teraz przytulić. Po prostu przytulić. Ale żeby nie była zbyt nachalna. Tak jak Zośka. Jak ją rżnąłem, to darła się! A potem jak się położyliśmy, to mało mnie w siebie nie wciągnęła. Zachłanna suka. Ale Dagmarę to był przytulał, ściskał. Nawet gdybyśmy się kochali, to potem bym ją przytulał… Dobra, czas do łóżka.” – Odstawił czwartą puszkę koło fotela,

Poszedł się odlać, wrócił do łóżka, przebrał się w piżamę, ukląkł i chwilę się pomodlił. Położył się. Ale nie mógł usnąć. Gapił się w telewizję na jakiś głupkowaty film. Lubił filmy akcji. Te z Van-Dammem, ze Stallonem i z Jackie Chanem. Kiedyś wybierał bardziej ambitne, ale teraz właśnie takie. Miał już dość myślenia. Leżał, gapił się i wiedział, że jeszcze długo nie zaśnie. Usnął dopiero około czwartej w nocy.

Następnego dnia wracał autobusem z pracy. Była prawie dwudziesta. Już się powoli ściemniało, nie padało, ale było chłodno. Ubrany był w garnitur i płaszcz. Krawat zdjął, wychodząc z firmy. Nie lubił krawatów, ale wiedział, że musi je nosić od czasu do czasu. Zwykle zakładał dżinsy i lekką marynarkę, ale tym razem miał spotkanie z firmą z Holandii, o której rozmawiał w niedzielę ze Staszkiem. Wypadło nieźle. Musiał się wysilać, bo co prawda mówił po angielsku, ale niezbyt płynnie. Z porozumiewaniem się nie miał problemów, ale wygłaszać przemowy, to było za dużo. Stał na końcu pojazdu, opierał się o poręcz przy tylnej szybie i zastanawiał się, czy tego dnia kupić sobie kilka piw na wieczór. Z jednej strony to jego życie, aktualny sposób na stres i całą rzeczywistość, ale tez zdawał sobie sprawę, że nie powinien tak codziennie. W sumie miał w domu ze trzy butelki wódki, tak na wszelki wypadek, ale po nią sięgał tylko w ostateczności. Nagle zobaczył, że siedząca kilka metrów dalej kobieta w wieku około trzydziestu lat uśmiecha się do niego. Nie była piękna, ale za brzydką też jej nie uważał. Nawet mogłaby mu się spodobać. Sam się uśmiechnął, spojrzał jej głęboko w oczy, co odwzajemniła, i to bez skrępowania, wykonał ruch brwiami do góry, taki prowokacyjny, a ona jeszcze szerzej się uśmiechnęła. Przez chwilę wahał się, ale podszedł. Po prostu podszedł, usiadł obok niej, jeszcze raz, tym razem z bliska, spojrzał jej w oczy i spytał:

– Jak masz na imię?

– Gośka.

– Franek jestem. – Podał jej rękę, ujął ją delikatnie, pogładził kciukiem, a gdy nie zauważył oporu, dodał – pojedziesz do mnie?

– Słucham? – Podniosła głos i spojrzała z wyrzutem.

– Więcej nie będę powtarzał.

– Co ty sobie wyobrażasz! – krzyknęła.

Nadal gapił się jej w ślipia, uśmiechał się.

– Nie pożałujesz.

– A weź się, człowieku, odwal.

„Oporna z pozoru” – pomyślał. Przysunął do niej głowę i z takim samym uśmiechem wyszeptał coś na ucho.

Odchyliła głowę do tyłu, zrobiła się nieco czerwona, chwilę milczała, aż wzięła go za rękę i mocno ścisnęła. Byli u niego kilkanaście minut później. Nawet nie zwróciła uwagi na kota. Natychmiast się rżnęli. Tak samo ostro, jak z Anią. Ale teraz Gośka jęczała. I to bardzo. Tym razem trwało to dłużej niż zwykle, bo ponad pół godziny. Zawsze mógł dość długo, ale tym razem dłużej, bo prawie go nie podniecała. Gdy skończyli, wstał, poszedł wyrzucić prezerwatywę i się opłukać.

– Masz coś do picia? – spytała, gdy już wrócił.

– Może być cola?

– A jakiś alkohol? – Zmarszczyła czoło.

– To może wódkę z colą?

– Może być. Muszę odsapnąć.

Nalał drinka, ale tylko jej. Sobie tylko coli. Podał, a sam usiadł nago na fotelu. Kot siedział pod oknem w kącie.

– Często tak zapraszasz panienki?

– Nie za często – skłamał.

– A kiedy ostatnio?

– Jakiś miesiąc temu.

– Lubisz się bzykać, prawda?

– Lubię – odpowiadał niechętnie.

– I dobrze to robisz. Rzadko który jest w stanie mnie doprowadzić. – Uśmiechnęła się.

– Dobrze, skończmy to. – Zrobił ponurą minę.

– Co mamy skończyć?

– Odwiozę cię taksówką.

– Już? – poruszyła się.

– Tak, już.

– Gdybym wiedziała… – chciała coś powiedzieć, ale jej przerwał:

– Ubieraj się i to już! – Wstał i zaczął zakładać majtki, spodnie i koszulę. Mimo że nie lubił tych eleganckich ubrań, to założył to, co miał pod ręką, aby tylko szybciej się jej pozbyć.

– No dobra! – Wypiła szybko drinka do końca i też się ubrała. – Nie musisz mnie odwozić, mieszkam niedaleko.

– Jak se chcesz – odparł obojętnie.

– Już wychodzę! – Założyła buty i trzasnęła za sobą drzwiami.

Przez chwilę stał w kuchni ze spuszczoną głową, było tuż po dziewiątej. Sięgnął po flaszkę wódki i opróżnił ją jednym tchem. Usiadł na łóżku, chwilę tak powisiał, rozebrał się, poszedł się odlać, ukląkł i moment się modlił. Padł i piętnaście minut później zasnął. Godzinę później obudziły go wzbierające się torsje. Ucisk w żołądku, naprężenie mięśni brzucha. Już chciał się podnieść, gdy… Nie zdążył. Zwymiotował na pościel. Nie za dużo. Tylko lekko popłynęło. Zacisnął usta i biegiem ruszył do kibla. Po drodze mu się ulało i zabrudził podłogę. Podbiegł do sedesu i wymiotował. Z głośnym pluskiem i stęknięciami. Raz, potem drugi i trzeci. Trzymał się dłońmi brzegu kibla, przyciągał się jak najbliżej i rzygał. W ustach poczuł gorzko-kwaśny smak, odrobiny jedzenia zaczepiły mu się na zębach i języku. I wisiał nad sedesem. I wydawał z siebie przeraźliwe dźwięki. Jednocześnie zrobiło mu się lepiej, doznał ulgi, ale już myślał o pościeli.

Chwilę później spuścił wodę, zapalił światło, podszedł do umywalki, najpierw nabrał do ust wody i wypłukał resztki nieprzetrawionego jedzenia. Splunął do kibla. Kolor był czerwono-brązowy, bo tego dnia jadł surówkę z czerwonej kapusty. Podszedł do zlewu, wziął szczoteczkę, pastę i umył zęby. Kiedy skończył, pomyślał o czekającej go konieczności zmierzenia się z tym, co na pościeli. Ruszył do pokoju, omijając drobne plamy wymiocin. Na razie to zostawił, zajął się łóżkiem. Zapalił światło i nie wyglądało tak źle. Mała plama na poduszce i tyle. Też w kolorze czerwono-brązowym z odrobinami kapusty. Zabrał poduszkę do łazienki, znów omijając to, co na podłodze. Był nadal półprzytomny i chyba dlatego robił to tak bez emocji, bez awersji. Ściągnął poszewkę, napuścił do umywalki wody i namoczył ją. A samą poduszkę zaczął szorować szczoteczką. Nie moczył jej zbytnio, tylko trochę. I zmywał. Kiedy już uznał, że jest w miarę czysta, położył ją nieco mokrą na kosz z brudną bielizną. Wziął szmatkę i skrupulatnie starł plamy z podłogi. Nie czuł smrodu. Był w takim stanie, że niewiele docierało do jego nosa, a w zasadzie do mózgu. Na koniec wziął z szafki kuchennej miskę, postawił obok łóżka, wyciągnął z łóżka dodatkowy jasiek i się położył. Usnął pół godziny później.

Następnego dnia zauważył, że lekko trzęsą mu się ręce. Nie za bardzo, a mimo to wiedział, że musi przystopować z alkoholem. W końcu pił cztery dni z rzędu. Co prawda w poniedziałek tylko cztery piwa, ale w pozostałe dni do oporu. A przecież poprzedniego dnia się zrzygał. Chyba z nadmiaru alkoholu. Próbował sobie tłumaczyć, że coś mu zaszkodziło, ale gdzieś w głębi wiedział, że to alkohol. Wyszedł z pracy po około szóstej, więc dość wcześnie. Mimo iż się spóźnił, bo był wpół do dziesiątej. Poszedł na pobliski postój taksówek i zaczął wybierać. Nie brał pierwszej z brzegu, bo chciał taką z przyciemnianymi szybami. Cena była nieważna. Wybrał Audi A4 i tak się złożyło, że było to EkoTaxi, najtańsza korporacja w Warszawie.

– Dzień dobry, można? – spytał.

– Bardzo proszę – odparł chłopak w wieku mniej więcej trzydziestu pięciu lat.

– Na Bemowo – i dalej podał nazwę ulicy.

– Już się robi. – Uśmiechnął się kierowca.

– Tylko tam nie kończymy. Ma pan trochę czasu?

– Czasu to mam. – Kierowca jeszcze bardziej się uśmiechnął.

– To postoimy na miejscu z godzinę, może dwie i wrócimy do Ursusa.

– To mi się podoba. – Taksówkarz się zaśmiał na głos.

Ruszyli. Kierowca słuchał radia „Eska rock” i leciała akurat Metallica.

– Specjalnie pan wybrał najtańszą taksówkę? – spytał prowadzący.

– Nie, potrzebowałem takiej z przyciemnianymi szybami.

– Chce pan kogoś śledzić? – Znów tamten się zaśmiał.

– Można tak powiedzieć.

– Ale nie będę musiał za kimś jeździć, bo tego nie lubię.

– Nie, po prostu postoimy.

– A nie ma tam zakazu? – dopytał kierowca.

– Z tego, co pamiętam, to nie.

– Też kiedyś byłem zazdrosny o kobitę, śledziłem ją. Ale jak będzie chciała, to pan jej nie wyśledzi. Przebiegłe są. Wtedy tak dobrze się ukrywała, że dopiero po trzech miesiącach zobaczyłem ją z innym. Mówię panu, szkoda na to czasu. Lepiej napić się piwa w domu. Jak ma odejść, to odejdzie…

– Dobra, przestań pan gadać i prowadź pan – przerwał mu.

– Ok, chciałem dobrze.

Dojechali na miejsce około siódmej. Jeszcze było widno. Skrył się jak mógł w oparciu tylnej kanapy i patrzył na dom, w którym kiedyś mieszkała Dagmara. Parterowy, trzy pokoje, spora kuchnia i łazienka. Z ulicy był widok na okno kuchni i największego pokoju. Na razie nie widział nikogo w środku. Ale czego miał się spodziewać? Że Dagmara wyskoczy? Przecież nawet go nie było widać. Wyciągnął komórkę i szybko przejrzał sms’y. I znów się gapił na ten dom.

Przypominały mu się czasy, gdy ją odprowadzał, gdy pił tę orzechową kawę, ale też, gdy przyjechał do niej ze Stefanem. Ona świata poza nim nie widziała, on jakoś nie umiał się do niej zbliżyć i między nimi pojawił się Stefan. Podrywał ją, prawił jej komplementy, a i wziął ją na moment za rękę. I o to Franek tak się wściekł, że mu na to pozwoliła. Szybko wyszedł, za nim Stefan, ale wrócili na Gołąbki osobno. I od tego dnia przestali się kumplować. Tamten chciał, ale Franek nie. I przypomniał sobie, że któregoś razu wziął od ojca samochód i do niej przyjechał zimą. Zaparkował kilka ulic dalej, na poboczu i poszedł do jej domu na piechotę. Spytała go, czy przyszedł z Ursusa na piechotę. Potwierdził, bo chciał, aby wyglądało, że jest w stanie zrobić dla niej wszystko. Jak teraz o tym myśli, to mu się robi niedobrze. Potem wrócił do samochodu, ale tan stał w zaspie śniegu, więc miał kłopoty z wyjechaniem. Pomogły mu go wypchnąć jakieś dzieciaki, a odwdzięczając się im, zrobił kulig. To co, że to zakazane i bardzo niebezpieczne. Wtedy miał głowę pustą.

Nadal patrzył na ten dom, powoli robiło się szaro i zapaliło się w kuchni światło. Jeszcze bardziej przytulił się do fotela. Weszła tam jej matka. Prawie się nie zmieniła przez te wszystkie lata. Dagmara była do niej podobna. To też musiała być piękna dziewczyna. Zresztą nadal to piękna kobieta, mimo iż teraz miała ponad pięćdziesiąt lat. Widział to przez okno. A może tak mu się tylko wydawało? Było już po dwudziestej i widział tylko matkę. Czyżby mieszkała sama? Ale już wtedy podejrzewał, że z jej ojcem jest coś rodzinnie nie tak. Wparował w środku nocy, jak Franek spał w drugim pokoju po jej osiemnastce i wyglądał na zaskoczonego całą sytuacją. Musiała się z nim nacierpieć. Pewnie jej brat też. Jak on miał na imię?… Nie pamiętał, ale wydawało mi się, że gnojek zbyt szybko dojrzał. Miał ze trzynaście lat, a gadał jak stary. Pewnie oboje nie wytrzymali i się szybko wyprowadzili, i dlatego teraz matka mieszkała sama. Z ojcem chyba się w końcu rozwiodła. Postali jeszcze kolejne pół godziny i kazał się odwieźć do domu. Nie widział Dagmary. Przedtem nawet obiecywał sobie, że zapuka do jej domu i spyta o nią, ale zabrakło mu odwagi. Tyle tylko, że sobie co nieco przypomniał.

Z taksówki poszedł prosto do domu. Obiecał sobie, że tym razem się nie napije. Przebrał się w swoje ulubione dżinsy, założył luźny podkoszulek i zasiadł przed komputerem. Włączył mapy Googli i jeszcze raz zobaczył, gdzie był przed kilkudziesięcioma minutami. Potem włączył telewizor i położył się na nieposłanym łóżku. I znów gapił się na jakiś mecz. Czy to ważne jaki? Aby kopali. To najważniejsze. „Dlaczego zabrakło mi odwagi? Przecież najwyżej by mnie potraktowała jak dziwaka. Nigdy więcej się nie zobaczymy. Ale jakoś nie mogłem. Po tych kilkunastu latach nie mogłem. Pewnie jej matka też miała do mnie pretensje, że ją tak nagle zostawiłem. Bo Dagmara mnie kochała. I matka na pewno o tym wiedziała. A ja byłem tak głupi i taki zazdrosny. Nienawidzę siebie. Jak ja siebie nienawidzę!” – Wstał, ubrał się i poszedł po piwo. Miał blisko trzy sklepy z alkoholem i za każdym razem szedł do innego, aby stworzyć odrobinę pozorów. Tym razem poszedł do faceta około pięćdziesiątki, z krótkimi, ciemnymi włosami z odrobiną siwizny, twarz miał okrągłą, ale nie tył tęgi i Franek zwrócił uwagę na jego nieco anemiczne ruchy i jakby spowolnione reakcje.

– Pięć żywców w puszkach.

– Już podaję. – Sprzedawca sięgnął do lodówki i gdy mu podawał, dopowiedział – pan zawsze kupuje żywce.

– Tak, lubię je – odparł oficjalnie.

– Nie chcę się wtrącać, ale pięć piw to sporo.

– To na dwa, trzy dni.

– Ja bym uważał, bo łatwo się uzależnić. – Facet spojrzał na niego spode łba.

– Nie ma obawy – sparował z pretensją.

– To nie moja sprawa. Dbam tylko o klientów.

– Dziękuję za troskę – mówił już przez zęby.

Tamten podał cenę, rozliczyli się i Franek wrócił do siebie. I znów zasiadł przy stole z komputerem. Otworzył pierwsze, spił po swojemu piankę i pociągnął dwa łyki.

„Obiecałem sobie, że dziś się nie napiję. Ale co tam. Pięć to nie zbrodnia. Wytrzeźwieję do rana. Biorąc pod uwagę, że na każde piwo trzeba liczyć dwie godziny, to trzeźwy będę za dziesięć godzin. Jest tuż po dziewiątej, więc o siódmej. No, może o ósmej. A pracę zaczynam o dziewiątej. W sumie powinienem kupić alkomat, ale nie mam samochodu, więc najwyżej Staszek będzie czuł, jak przesadzę. W sumie już wie, bo przecież mówił o Anonimowych Alkoholikach. Ale wie, że w pracy nie zawiodę. Tylko ja rozmawiam z klientami w poważnych sprawach. Zresztą mówił mi, że nie wie, co by zrobił beze mnie. Więc jaki za mnie alkoholik? A ten facet niech się w dupę pocałuje z takimi radami. Tyle wie o mnie co i Magda. Jej grałem, ale tylko się tępo uśmiechała. Nienawidzę jej. Nie to, co Dagmara. Jak mnie słuchała, to była taka skupiona. Wiedziała o mnie wszystko. Przecież mówiła, że nie znajdę swojego prawdziwego życia. Moje prawdziwe życie to ona. Tylko ona. Żadna inna. Te obecne tylko widzą we mnie biznesmena, który nadal umie grać i śpiewać. Ale nie Anka. Ona widzi we mnie artystę. A może tak tylko gada, żeby mnie poderwać? Ale nie spytała jak dotąd, gdzie pracuję. A każda pyta. Co do jednej. Łase to na kasę. Rzygać mi się chce. Ale Ania o wszystkim, tylko nie o pracy. Tylko gdyby tak szybko nie poszła do łóżka… Nie wiem, co o niej sądzić… Jeszcze się wygadała, że często nie wraca na noc do domu. Niby u koleżanki, ale co miałaby powiedzieć? Że rżnie się na lewo i prawo?” – Odstawił pustą puszkę na podłodze obok fotela, spojrzał na kota, a ten spał na parapecie. Otworzył drugie, spił pianę i łyknął dwa razy. – „A niech się rżnie, tylko niech zobaczy mnie takiego, jakim naprawdę jestem. Bez tego pieprzonego biznesmena. I bez grajka. Może kiedyś jej zagram, ale jeszcze teraz. Teraz to i tego nienawidzę. W sumie mam na kompie wszystkie swoje teksty, ale nie zaglądałem do nich od wielu lat. Od ilu? Chyba od pięciu. Ale niech będą, może jeszcze się przydadzą. Ale gdyby Dagmara przyjechała, to wydrukowałbym jej wszystkie. Ona je kochała. I jako jedyna rozumiała. I widziała w nich mnie. Mam gdzieś też na kasecie nagrania zespołu, ale do tego trzeba by było pożyczyć magnetofon, a kto go teraz ma? Ale to tylko dla Dagmary. Nigdy nie chciałem się z nią kochać. Ona była święta. I jest nadal. Może tylko w moim umyśle?… Jaka ona była? Może nie odezwała się po tym, jak odszedłem ze Stefanem, bo uważała, że jej nie kochałem, skoro jeszcze się nie przespaliśmy? A tyle było okazji. Ale ja tylko chciałem ją podziwiać, uwielbiać, rozmawiać. Nigdy mi się później nie śniła. Owszem, Zośka tak, Magda też, ale nie ona. Co to może znaczyć? Może mój umysł chce zapomnieć? Ale jakoś ja nie mogę. Umysł to najdziwniejsza z konstrukcji. Śni mi się często, że nie zdążam na samolot. I kiedyś nie zdążyłem. I musiałem w Londynie czekać kilkanaście godzin na następny. Ale wtedy myślałem o Dagmarze. To pamiętam. Cały czas o niej myślę. Może ten sen mówi mi, że spóźniam się na samolot do niej? Ale to było cztery lata temu, a wtedy jej nie widziałem od wielu lat. A może sny to bełkot umysłu? Kiedyś czytałem, że właśnie tak jest. Jakieś nieskoordynowane wspomnienia przeplatane fantazją. Zresztą co mnie obchodzą sny? Nie mam większych problemów? Tylko jakoś po ciężkim śnie nie mogę dojść do siebie przez pół dnia. Czasem i dłużej. A pieprzyć je!” – Odstawił drugą puszkę, wziął kolejną, spił piankę i pociągnął dwa łyki. – „Dobrze, że mam kota. Tylko jego kocham. I troszczę się o niego. Nie wiem, co bym bez niego zrobił. Czasem wydaje mi się, że rozumie mnie bez słów. Przecież prawie nigdy nie wskakuje mi na kolana, jak piję. A jak leżę w łóżku, to nie miauczy. A jak przyjdę zmęczony, to robi się taki słodki. Jakby czuł, co mi jest. A jak pilnował go Krzysiek, bo byłem w delegacji, to potem był na mnie obrażony przez dwa dni. Więcej ma rozumu niż te tępe laski. Chociaż Ania jest chyba inna. Jutro do niej zadzwonię i zaproszę do siebie. Przyjdzie, obiecała. Chyba kot ją polubił, a nie każdego tak traktuje. Zwykle chowa się, jak są obcy. A jej przyszedł na kolana. Do dobry znak. Tylko na co znak? Przecież kocham tylko Dagmarę. Od czasu, gdy się rozstaliśmy, nie związałem się na dłużej z żadną. Jedynie a Aśką na dwa tygodnie. Ale nie wytrzymałem. Chyba była najgorsza. Ciągle chciała się szlajać po restauracjach, do teatru. Chciała być wszędzie, gdzie mogła się pokazać. Aby ją tylko podziwiali. A zostać we dwoje na wieczór? To dla niej strata czasu. A jak się rozbierała do bzykania czy do kąpieli, to nie zdarzyło się, aby nie spytała, czy dobrze wygląda. Szmata. A może po niej tak ich nienawidzę? W końcu ona była pierwsza po Dagmarze. Byłem z nią rok po Dagmarze. Wcześniej nie mogłem się żadną zainteresować. A niby teraz mogę? Co ja pieprzę. To nie po niej. Po prostu nie ma takiej drugiej jak Dagmara. Nic już nie będzie takie samo. Ile razy chciałem, aby mi się przyśniła, ale nic z tego. Dlaczego inne mi się śnią, ale nie ona? Nawet mi się śniło, że się bzykam z jakąś nieznajomą. A wolałbym z nią… Chociaż nie. Ją bym uwielbiał, całował, śpiewał, ale nie bzykał. Chyba że sama by tego chciała. Ale czy byłaby w stanie coś takiego powiedzieć? Chyba nie. Nie ona.” – Otworzył kolejne piwo, spił piankę, wypił dwa łyki. – „Wejdę na jakiś portal randkowy, może trafi się jakaś fajna. Ale tam są tylko te puste. No, może czasami. Andrzej był na jednym przez dwa lata i nic. Co prawda jest nieśmiały i niski, a w dodatku nie umie gadać. Ale słyszałem, że tam jak facet ma poniżej metra siedemdziesięciu pięciu, to jest przegrany. Nie, to bez sensu, bo jaką tam znajdę? Kolejną do bzykania? A niby mało mam na co dzień? Słyszałem, że Kryśka tak znalazła swojego, ale to wyjątek. A może spróbować? Może jakaś będzie podobna do Dagmary? A może ją spotkam? Trzeba to zrobić.” – Odstawił prawie pustą puszkę i szybko założył konto na Sympatii.

Ale co tam miał napisać? Nie chciał, że jest biznesmenem, że gra na gitarze też, więc co mu pozostało? Umieścić swoje zdjęcie, kilka słów jak wygląda, że ma kota, pracę, na którą nie narzeka i że szuka zwyczajnej, ale niezwyczajnej kobiety. Specjalnie nie chciał się rozpisywać, ale wiedział, że musi kilka słów. Może trafi się druga Dagmara? Zresztą kompletnie mu nie zależało, aby któraś go zauważyła. To on miał zauważyć tę właściwą. Chwilę później opłacił abonament na pół roku. A nóż? Dopił piwo, otworzył piąte, spił piankę i wypił dwa łyki. I zaczął szukać. Kogo? Dagmary. A kogoż by innego. Albo przynajmniej jej kopii. Oglądał następne i następne profile, ale albo zdjęcie mu nie pasowało, albo to, co napisały. Jedna nawet była podobna ze zdjęcia, włosy miała kasztanowe, twarz nieco przypominającą, ale pod spodem napisała, że szuka mężczyzn, którzy wiedzą, czego chcą. A on to niby nie wie? Tylko że on chce Dagmary. Zresztą co to za stwierdzenie? Facet, który wie, czego chce. Większego frazesu chyba nie można napisać.

I przerzucił się na inny profil. Ta znów nie przypominała Dagmary, ale była ładna. Ale on nie urody szukał. Urodę to miał w zasięgu ręki w postaci Ani, a szukał dalej. I kolejny profil. Ta miała zdjęcie bardzo niewyraźne, tak, że nawet twarzy nie za bardzo można było zobaczyć. Ale pisała ładnie. Trochę poetycko, logicznie i mądrze. Ale do niej też się nie odezwał. Bo to nie Dagmara, bo była blondynką. I szukał dalej. Przez następne piętnaście minut żadna mu się nie spodobała i wylogował się, nie napisawszy ani jednej wiadomości. Dopił ostatniego żywca, poszedł się odlać, przebrał się, chwilę pomodlił i położył się. Usnął trzy godziny później. Przy włączonym telewizorze. Zasypiając, wyciszał go, ale nie wyłączał. Nie chciał być sam.