Jakim być — drabble

Jakim być — drabble

Urodziłem się sobą. Ze spokojem ducha, życzliwością i uśmiechem.

Dalej było szare życie, podczas którego robiłem to, co czułem. I sprawiało mi to radość. Czasem cierpiałem, czasem się uśmiechałem, ale byłem szczęśliwy. Miałem przyjaciół i znajomych, którzy nie zawsze byli idealni.

Na trzydzieste urodziny dostałem od brata telewizor, a od siostry komputer z internetem.

Wtedy się zaczęło:

— podróżuj!

— bądź tolerancyjny!

— miej do siebie dystans!

— nie zadawaj się z toksycznymi ludźmi!

— bądź pewny siebie!

— masz tylko jedno Ż!

Siedzę i boję się wyjść z domu, bo na to wychodzi, że nie jestem nic wart, gdyż nie spełniam żadnego z tych punktów.

Przecież jestem z miasta — droubble

Przecież jestem z miasta — droubble

Wyszedłem na ulicę w najmodniejszych ciuchach. Do tego z przystrzyżoną brodą, w nowiuśkich sneakersach i oblany najnowszym zapachem od Giorgio Armaniego, przeglądając swój profil na Tinderze, gdzie tryskam optymizmem, zarażam uśmiechem i mam do siebie dystans.

W końcu jestem z miasta.

Wszedłem do korporacji, w której spędzę następne dwanaście godzin, aby zarobić na wielki apartament, podróże, gdzie zrobię sobie zdjęcia z palmami, wielbłądami i wulkanem Fuji w tle.

W końcu jestem z miasta.

Pytam koleżankę, jak jej mija dzień, na co słyszę, że jest w kiepskim humorze. Bardzo jej współczuję, ale odchodzę, aby mnie nie zaraziła tym humorem, bo ja muszę być zawsze uśmiechnięty.

W końcu jestem z miasta.

Tego dnia podpisuję umowę z klientem na dwa miliony miesięcznie. To się nazywa osiągnięcie! A nie byle co!

W końcu jestem z miasta.

Wracam do domu, spędzam godzinę na siłowni i dwie na jodze. Trzeba o siebie dbać.

W końcu jestem z miasta.

Kładę się spać głodny, gdyż późno nie jem, bo dbam o linię.

W końcu jestem z miasta.

Zasypiam, przypominając sobie, że odeszła ode mnie narzeczona, ponieważ stwierdziła, że nie potrafi żyć z manekinem. Uśmiecham się na tę myśl. Przecież to nic nie boli.

W końcu jestem z miasta.

Cisza i ja

Cisza i ja

Tekst inspirowany piosenką „Silence and I” Alan Parsons Project

*****

Sam nie wiem, kim jestem. I kim byłem. To, co dziś odczuwam, to ciągłe falowanie. Zwisam z gałęzi wielkiego buka i kołysze się na wietrze, wykluwam się na gnieździe złożonym z patyczków pokrytym trawą i pierzem, wyrastam na polu, co go sokół po horyzont nie zmierzy, i zapadam się między ziarenka piasku, delikatnie łaskocząc ekosferę gleby.

Czy to ja, czy może już cały świat czuje? Czy tak miałem od zawsze, czy wraz z integrowaniem się ze światem przejąłem również jego czucie? Może to, o czym kiedykolwiek pomyślałem, zaległo na dnie mojej duszy i stanowi teraz fragment mnie? A może to zaraza odbiera mi fragmenty mojej prywatnej duszy i zastępuje je własnymi ochłapami tego, co widoczne na pierwszy rzut oka? A to, co prawdziwe nadal jest poza mną?

Zielona trawa trzeszczy mi w zmysłach, przekształcając się w mleko krowy, które piję nadal ze szklanej butelki? Takiego już nie sprzedają, ale codziennie przelewam je z kartonu do takiej właśnie butelki. I co rano słyszę w umyśle dzwonienie szkła, które generuje mleczarz z jednego z polskich seriali. A może to dźwięki z mojego dzieciństwa?

Mleko, kefir, serwatka, twaróg, ale tez jogurt. Wciąż czuję jego maźnięcie na nosie, które nastąpiło w momencie, gdy tak bardzo mi zależało na wyglądzie. A może Jola śmiała się z samego zdarzenia, a nie ze mnie?

Mówią, że jestem tym, co jem. Co wchłaniam. Co przyswajam. Być może też moja percepcja głęboka wszechświata nie bierze się z integracji, ale z tego, że wchłaniam wszystkiego po trochu? Nie tylko rośliny i mięso, ale i odrobiny kurzu, drobnego piasku i zwykłego wiatru połkniętego w czasie szaleńczego pędu wieczorem nad jezioro, które ugościło moje ciało chłodnym orzeźwieniem.

Leżę i myślę, że to i tak bez znaczenia, bo każdy atom ciała pochodzi z tych samych umarłych gwiazd. A skoro umarły one, to naturalną koleją rzeczy muszę umrzeć i ja. Tak czy siak, myślę sobie, że jest mi coraz lepiej nawet z tak nieprzychylną myślą. Czy to dlatego, że czuję energię całego wszechświata, który składa się z tych samych atomów co ja? Czy może dlatego, że zdałem sobie sprawę, iż to, że czuję tak dużo, nie znaczy, że tym jestem. A może ciągle mylimy jedno z drugim i dlatego chcemy więcej?

Sam nie wiem, kim jestem. I kim byłem. To, co dziś odczuwam, to ciągłe falowanie. Zwisam z miękkiego fotela i pragnę tylko niekończącego się oddechu. I uczucia, że nigdzie mi się nie spieszy.

Przytul

Przytul

Moje życie jest bez sensu,

tylko podciąć sobie żyły

albo wydrzeć kawał mięsa

i zakończyć czas niemiły.

Lecz za oknem, tuż przede mną

stoi piękna nieznajoma,

huk, że zimno, huk, że ciemno,

zaraz będzie obczajona.

Ref.

Bo twe bary tak mnie kręcą,

są przepiękne jak Pudziana.

Przytul mnie, no nie bądź jędzą,

ściśnij mocno jak pawiana.

Kto?

Kto?

– No tak, w sumie to jakby się zastanowić, to nie jestem nieomylny. – Marek Podnosił ze stołu karty po kolejnym wybudowanym domku.

– A jak to było z Kowalskim? – spytał Zenobiusz.

– No, w jego przypadku nie byłem winny. Bo to on nie dotrzymał umowy. – Marek pokręcił głową.

– A z Nowakiem?

– A z nim to inna historia. On po prostu nie wiedział, czego chce. – Marek głęboko westchnął.

– A o co chodziło z Przybylskim?

– Przybylski to mnie wykorzystywał, byłem chłopcem do bicia. – Marek machnął ze zniechęceniem ręką.

– A Kołtuński?

– Może nawet bym go lubił, gdyby potrafił przyznać się do winy. – Marek wstał i wyszedł.

AliExpress i AIYIMA

AliExpress i AIYIMA

Chciałbym wszystkich przestrzec przed produktami sprzedawanymi na AliExpress przez firmę AIYIMA. Kupiłem od nich wzmacniacz, podłączyłem do odpowiedniego napięcia i się spalił po podłączeniu głośnika. Głośnik tez został uszkodzony!

Ani AliExpress, ani firma AIYIMA nie zamierza oddać pieniędzy!

AliExpress osądziło, że mam odesłać sprawny produkt, a dostanę zwrot pieniędzy! To jakiś żart.

Tak wiele do zrobienia — drabble

Tak wiele do zrobienia — drabble

Czas.

Czy tykający zegar odmierza czas, czy tylko go pokazuje?

Ten sam moment jest słyszany w innej chwili, a w innej widziany. I w innej się dokonuje.

Wszechświat ma rozpiętość więcej miliardów świetlnych lat, niż istnieje. A ponoć nic nie może poruszać się szybciej niż światło.

Jedynie myśl. Może więc prawdą jest, że na początku była myśl, która wszechświatem się stała?

Jeśli wciąż komuś brakuje czasu, oznacza, iż potrzebuje go więcej i więcej. Może potrzebują czasu, aby poznać siebie? Aby chronometr nie wytykał, że mają jeszcze ze sobą samym tak wiele do zrobienia?

Wykorzystujmy czas dla siebie, nie od siebie.

Piękno nie znosi konkurencji

Piękno nie znosi konkurencji

Bóg pracował przez sześć dni. Szóstego dnia wieczorem z Raju krzyknął Adam:

— Bogu, śpisz?

Bóg wyrwał się z zamyślenia, odsłonił chmury, błękit nieba i rzekł:

— Ano jestem! Cóż ci trzeba, mężczyzno?

— Raj jest zajefajny, kobita w pytę, zwierzęta zajebioza, ale brakuje mi czegoś tak pięknego, żeby nic nie mogło się z tym równać.

Bóg więc stworzył motyla. Nawet nie tyle samego motyla, ile jego skrzydła. Po metamorfozie z larwy są tak piękne, że każde z nich próbuje lecieć w swoją stronę, aby być klasą tylko dla siebie. I dlatego lot motyla wygląda tak, jakby każde skrzydło frunęło w innym kierunku.

Po złotej jesieni

Po złotej jesieni

Jeszcze przebijają się złote promienie w trzecim miesiącu wstecz. Jeszcze rozświetlają bursztynem zalążek życia. Jeszcze nie całkiem się rozpłynąłem po podłożu wodnistym i śliskim.

Jeszcze serce nie całkiem przestało być dzieckiem.

Ale siedzę samotnie, wciąż pod tym samym adresem, wciąż widząc tę samą osobę, która się uśmiecha. Odjeżdżając, pozostawiłaś na mnie światło tylnych lamp. I przyciągnęłaś deszcz, który studzi wszystko wokół: ławka niby ta sama, a jednak zimna, ulice znajome, a jednak mroczne, powietrze wciąż życiodajne, a jednak niezdrowe.

Dwa, niegdyś wirujące nasiona, są teraz tylko śmieciami, które gospodarz zaraz sprzątnie, by chodnikiem mogły biegać dzieci.

One jednak są najważniejsze.

Układam się

Układam się

Układam się do snu,

układając się z własnym sumieniem,

aby nie czuć tykającego zegara

biegnącego do mety czasu.

Tylko czy uda mi się ułożyć z własnym sumieniem,

skoro nie układam się z sobą samym?

*

W nocy budzi mnie zew,

Freud mówił, że seksu,

kurwa mówi to samo,

ksiądz, że nie dałem na tacę,

a psycholog uprawia spychologię,

że co bym nie zrobił, to nie moja wina, bo taki jestem.

To inni są winni, ci, którzy mnie skrzywdzili.

*

Układam się ze sobą samym,

układam się ze sobą z powrotem.

To droga do śmierci.

Spokojnej.

Ani słowa!

Ani słowa!

Pamiętam, jak siedziałem na kanapie, patrząc ponad siebie na wielką moją mamę. Mamusię. Krzątała się niezrozumiale po domu, coś zrobiła tu, coś tam, przeszła do kuchni i wróciła z talerzem kanapek z pomidorami. Potem wyciągnęła odkurzacz i przeleciała całą podłogę, mówiąc, że mogę się już tarzać. Dopiero po tych słowach opuściłem kanapę i położyłem się na jasnym dywanie. Mama zasiadła do maszyny do szycia i wzięła się za ubranko dla mnie. Wcześniej uszyty sweterek teraz obszywała guzikami.

— Mamusiu, a czemu przyszywasz guziki? — spytałem.

— Bo jak ci będzie zimno, to będziesz mógł je zapiąć i zrobi ci się cieplej. Ciepełko nie wyjdzie na zewnątrz. Nic nie wydostanie się na zewnątrz.

Długo potem posadziła mnie na fotelu i włączyła bajki na dobranoc. Jakżeż śmieszne było to wszystko. Ale i czasem straszne, bo ten królik mało nie zginął! Na koniec pomachał do kamery łapką i mama przeniosła mnie do sypialni na moje łóżeczko.

Zaczęła opowiadać o tym wszystkim, co wtedy było dla mnie obce. I nowe. Ale i niezrozumiałe. O tym, że jak dorosnę, znajdę sobie żonę, a ja mówiłem, że nigdy nie opuszczę mamusi i ożenię się z nią, o tym, że trzeba pracować nie tylko dla pieniędzy — pieniądze już chciałem mieć, ale nie ogarniałem tego, że praca może znaczyć coś więcej.

Któregoś razu, po niezliczonych wykładach mamusi na temat tego, jak traktować kobiety i że one głównie chcą wielkiej miłości, a mężczyźni często je wykorzystują dla własnych celów, spytałem:

— To co mogę zrobić, aby dziewczyna była szczęśliwa?

— Musisz pamiętać, że nie możesz mówić wszystkiego tego, co sprawiłoby radość tylko tobie. Musisz pamiętać, że jak jesteś z kobietą, to macie szukać radości razem.

Jakiś czas później, gdy zobaczyłem, jak dziewczyna płacze, obiecałem sobie, że ja nigdy tego nie sprowokuję.

Lecz od tego czasu, gdy chodziłem do szkoły, nie dość, że dziewczyny wciąż płakały przez innych chłopców, to jeszcze któregoś razu, prowokowany przez kolegę, ja sam Martę nazwałem gówniarą. Popłakała się i uciekła.

Usiadłem na końcu klasy w ławce i poczułem, jak bardzo to zabolało także i mnie. Ból zadany komuś, bolał i mnie samego.

Wróciłem do domu, położyłem się smutny do łóżka, zamknąłem oczy i pomyślałem, jak by tu zrobić, aby więcej żadna dziewczyna przeze mnie nie płakała.

Od tamtego czasu noszę w świadomości przyszyte do warg guziki, które sprawiają, że żadne słowo nie wydostanie się na zewnątrz.

Ale wkrótce zacząłem mieć problemy. Jedne dotyczyły tego, że usta zaczęły mi się zrastać, więc nie mogłem też jeść, co sprawiło, że chudłem. A jak chudłem, to traciłem siły, także dla mamusi. Lecz do tego przyzwyczaiłem się, bo wynalazłem wyimaginowaną kroplówkę. Jednak potem spodobała mi się Zosia, zbliżyłem się do niej, chciałem powiedzieć, że bardzo ją lubię, ale usta były wciąż zrośnięte.

Od tego czasu żyję wewnątrz własnego umysłu, bez wyrażania siebie samego, bez właściwego kontaktu z otoczeniem. Ale coś wymyśliłem. Jeśli opanowałbym sztukę telepatii, mógłbym cały czas mieć zapięte guziki na ustach, a jednak móc rozmawiać.

Tak sobie teraz myślę, gdy znalazłem sposób na to, by być szczęśliwym, że telepatia istnieje, mimo iż nie ma na nią dowodów…

Bó(u)l

Bó(u)l

Ból

ból

ból.

Czy naprawdę to tak boli,

czy to czucie fantomowe?

Ból

ból

ból.

Słowa ranią jak siekiera,

tną swym ostrzem, jak popadnie.

Ból

ból

ból.

Obustronny to jest oręż,

pokaleczyć umie dłonie.

Bul…

Ranny ten, co pokonany,

jak i ten, co zadał cięcie.

Bul

bul…

Ja wygrałem, ktoś jest ranny,

tylko czemu ja też cierpię?

Bul

bul

bul…

Kim jestem

Kim jestem

Wy, naród, macie swoją politykę, zasady społeczne, religię. Nie zwracam na to uwagi, skupiam się na sobie, czym często irytuję znajomych, bo zamiast zacieśniać więzi przyjacielskie, zamykam się w czterech ścianach i medytuję. I zapadam się w odmęty własnych decyzji, wyborów czy galopujących myśli.

Nazywam się Anna i mam dwadzieścia trzy lata. Mieszkam wciąż z rodzicami, co mnie frustruje, nie studiuję, choć powinnam, nie mam chłopaka, z powodu czego rozpaczam.

Wczoraj widziałam w dwóch różnych telewizjach dwie różne informacje na temat tego, co dzieje się ostatnio w Polsce. Z jednej strony wyrok Trybunału Konstytucyjnego, że jakakolwiek aborcja jest niezgodna z konstytucją, a z drugiej dziesiątki tysięcy protestujących kobiet, które domagają się w tej kwestii wolnego wyboru. Nie chce mi się na to patrzeć. Ani na jedno, ani na drugie. Choć gapię się, próbując zrozumieć, jak to jest mieć takie problemy. Skąd ci wszyscy ludzie wynajdują w sobie chęć do protestowania, a z drugiej strony do prób powstrzymania ich? Zupełnie jakby walka była celem. Chyba działa to tak: jak nie będziecie myśleli po naszemu, to staniecie się wrogami. Czasem sobie myślę, że nie idea jest ważna, ale sama chęć walki.

Innym razem widziałam paradę równości: setki ludzi domagających się równego traktowania. Ja to rozumiem, bo wolność i równouprawnienie to fajowa sprawa, tyle że sama również chciałabym, abym ja też była traktowana podobnie, a niestety tak nie jest. Zawsze próbują mnie dorównać do swojego poziomu, przekabacić na swój tok myślenia.

Zaczęło się to tak: w szkole podstawowej siedziałam nieco z boku, nie chciałam się integrować. Pytali mnie dlaczego. Chyba wtedy nie znałam odpowiedzi. Ale teraz znam. Zrozumienie zajęło mi kilka ładnych lat, litry wylanych łez i morze wypitego alkoholu.

Starał się o mnie kolega z liceum, Marek. Spokojny, miły, uczynny. Nawet mi się podobał. Poszliśmy na jeden długi spacer, potem drugi, aż zabrał mnie do siebie na działkę na ognisko, gdzie podobno miało być kilkoro znajomych, a byliśmy tylko we dwoje. Trochę się przestraszyłam, ale po jakimś czasie zrozumiałam, że nic złego mi nie grozi, w końcu Marek jest spokojny, miły i uczynny. Zrobił ognisko, dał po piwie, potem po drugim, trzecim. Nie odmawiałam, chciałam tego. Z każdą chwilą czułam, że posuwamy się coraz dalej. Czułam dotknięcia, muśnięcia, w końcu zrobił mi masaż pleców na siedząco. Dalej zjechał dłońmi niżej, do piersi, ale nie napierał. Podobało mi się, do czasu. Nagle coś we mnie wstąpiło, zerwałam się i uciekłam w ciemną noc, daleko od domu, bez pieniędzy. Błąkałam się po pijanemu całą noc. Nad ranem, gdy już przetrzeźwiałam, znalazłam drogę do domu. W progu przywitała mnie przerażona i wściekła matka, od razu z awanturą: gdzie byłam, puściłam się, jestem dziwką. Zamknęłam się w pokoju i nie wychodziłam przez dwa dni. Marek wydzwaniał co chwilę, nie chciałam go znać.

W tym czasie coś mi kazało włączać w internecie filmy pornograficzne i oglądać lesbijskie akcje. Co nie włączyłam, od razu wyłączałam, potem znów włączałam. Czy czułam podniecenie? O tak, i to jakie!

W końcu doszłam do siebie i oddzwoniłam do Marka. Powiedziałam, że u mnie wszystko w porządku. Chciałam go przeprosić, że martwił się o mnie, ale nie byłam w stanie, duma mi nie pozwalała. Szkoda mi go było. W końcu to spokojny, miły i uczynny chłopak.

Spotkałam się z nim gdzie indziej niż w szkole dwa miesiące później. Na osiemnastce koleżanki. Głośna muzyka, sporo alkoholu, jeszcze więcej swobody. Nie protestowałam, gdy przetańczył ze mną kilkanaście piosenek z rzędu, w większości wolnych. Nie protestowałam też, gdy jego dłonie powoli zjeżdżały na moje pośladki. Do dziś czuję ten czuły dotyk. Nie protestowałam również, kiedy pociągnął mnie na dwór, zaszyliśmy się w krzakach, i kiedy powiedział, że jak będę miała dość, mam dać znać. Znów uciekałam jak opętana, bez słowa, gdy przekroczył tę granicę. Nie wiedziałam, co mnie napadło, przecież tego chciałam! I nie wiedziałam także, gdzie uciekłam. Pamiętam, że szlajałam się po mieście, unikając radiowozów i w ogóle ludzi. Choć nie do końca. Sama nie wiem, jak trafiłam pod wcześniej zapamiętany adres, do pewnej knajpy. Byli tam albo obściskujący się nawzajem faceci, albo podobne im w skłonnościach babki: jednym słowem geje i lesbijki. Pragnęłam tam być, pragnęłam tego. Ale gdy tylko to zobaczyłam, uciekłam, oby dalej. Wybiegła za mną przepiękna długonoga szatynka. Dorwała mnie wciąż podpitą na ławce przystanku autobusowego i usiadła obok.

– Też tu na początku przychodziłam i natychmiast wychodziłam – powiedziała.

Nie chciałam tego słuchać, wstałam i próbowałam się oddalić. Ale usiadłam z powrotem.

– Chcę ci po prostu pomóc – mówiła dalej.

– Odczep się – warknęłam.

– Może jednak chcesz porozmawiać? Zastanów się. Ja tu siedzę obok i nic ci z mojej strony nie grozi.

– Nie.

– Możesz w takim razie odejść – powiedziała z pogardą.

Miała rację, nie trzymała mnie, nie używała siły. Ale ja nie chciałam odejść, a zarazem pragnęłam zniknąć, przepaść.

– Ok, jak on ma na imię? – spytała niespodziewanie.

Nabrałam powietrza, nie chciałam z nią rozmawiać.

– Marek – odpowiedziałam wbrew sobie.

Uśmiechnęła się i spuściła głowę.

– Chcesz o tym rozmawiać?… Powoli, nie spiesz się.

I tak zrobiłam. Nie spieszyłam się. Przemyślałam to bardzo dokładnie.

– Nie.

– A czy ja mogę coś powiedzieć o sobie? – spytała po chwili.

– Mów se, co chcesz – syknęłam.

– Jestem biseksualna.

Spojrzałam na nią spode łba.

– Nie patrz tak, dla mnie to też niełatwe – ciągnęła. – Jeszcze dwa miesiące temu byłam w związku z fajnym gościem, ale rzucił mnie, gdy wyznałam, że bardziej podniecają mnie kobiety.

– No i?! – wrzasnęłam.

– Tydzień nie wychodziłam potem z domu, bo go kochałam.

– Pieprzysz!

– Tak, kochałam go, ale i bardziej pragnęłam kobiet.

Już chciałam wstać, zrównać ją z ziemią za te pierdoły, ale chyba wygrała apatia po zdarzeniu z Markiem.

– Wiem, że znajdę mężczyznę, który to zaakceptuje – mówiła powoli. – Ba, może nawet umówimy się na ciekawy trójkąt? To dla niektórych facetów marzenie.

– Jeśli, kurwa, chcesz mnie na to namówić, to chyba cię pojebało! – ryknęłam.

– Nie, nawet nie pomyślałam o trójkącie z tobą, bo przecież nie mam faceta, z którym mogłybyśmy to zrobić. Mówię, jak jest ze mną. Tak, jak obiecałam, pamiętasz?

– Tak!

– Wiesz, uwielbiam mężczyzn, nie wyobrażam sobie bez nich życia, bo jak tu wrócić do domu i nie przytulić się do silnego chłopa, który daje poczucie bezpieczeństwa. Ale potrzebuję też czego innego.

– Co ty pierdolisz?! – Nagle wstałam, ale odejść nie chciałam.

– Normalnie. Bardziej podniecają mnie babki, ale żyć bez chłopów nie umiem.

– Tak? – Odwróciłam się tyłem. – Czyli co, z dupami chcesz się bzykać, a do facetów przytulać? – Ryknęłam śmiechem. – Przecież żaden tego nie zaakceptuje, chyba że pedał!

– Nie. Z facetami też chcę się bzykać, też miewam orgazmy, ale o wiele bardziej kręcą mnie babki.

– Czyli co? Chcesz mieć męża, a w tej knajpie jesteś tylko dla ruchania? – Nie mogłam się powstrzymać, aby przestać ją atakować.

– No tak, choć przyznasz, że ruchać to może facet, a nie babka. Babka to może najwyżej dogodzić, językiem albo wibratorem. – Zaśmiała się.

– Mam dość – nagle wyszeptałam.

– Spokojnie, nic na siłę. – Poklepała mnie po męsku po ramieniu.

Spojrzałam na nią jeszcze raz. Była naprawdę piękną kobietą. Wysoka, szczuplutka, z pięknymi policzkami i oczami, seksowna. Ale miała w oczach coś niepokojącego, może smutnego?

– Nie dziw się, że ja tak gadam bezpośrednio o seksie. W sumie to nie w moim stylu – powiedziała, jakby odpowiadając na moje myśli. – Lubię czasem poświntuszyć, ale za każdym razem potem się źle czuję. – Spuściła głowę.

Pierwszy raz tego wieczoru poczułam z nią jakąś dziwną więź. Sama nie wiem do końca czemu.

– A dlaczego mówiłaś, że na początku tu przychodziłaś i natychmiast wychodziłaś? – spytałam po dłuższej chwili.

– Z tego samego powodu – odparła natychmiast.

– Nie rozumiem.

– Z tego samego powodu, co źle się czuję, gdy poświntuszę.

Już chciałam powiedzieć, że przecież mimo wszystko świntuszy, ale właśnie zrozumiałam. Spuściłam głowę i skryłam twarz w dłoniach.

– Zrobisz z tym, co powiedziałam, co chcesz, ale myślę, że nie na darmo tu przyszłaś. – Pokiwała głową.

– Już wiem, po co! – krzyknęłam, ale tak jakoś bezsilnie. Targały mną emocje, raz chciałam nawiązać z nią kontakt, a za chwilę zrównać ją z ziemią.

– Dobra, idziesz do środka, czy nie?

– Nie!

– To ja ci dam swój numer i gdybyś chciała pogadać, to dzwoń. Na razie zaproponuję tylko tyle. – Dotknęła mojej dłoni i bardzo delikatnie musnęła.

Poczułam, że robi mi się na to niedobrze. Na ten babski erotyczny dotyk, na te sugestie, na wszystko, co związane z kobietami.

Sama nie wiem, jak wróciłam do domu. Dochodziła szósta rano. Chyba błąkałam się po mieście całymi godzinami. Przywitałam się z matką, chuchnęłam, że nie jestem pijana, i zamknęłam drzwi pokoju. Czułam się tak pobudzona, że o śnie nie było mowy. Usiadłam przed komputerem i włączyłam stronę pornograficzną z filmami lesbijskimi. Wyciągnęłam ukryty wibrator, który dostałam od psiapsióły na osiemnastkę, i zaczęłam robić sobie dobrze. Starałam się nie jęczeć, aby nic nie usłyszała matka.

Co się ze mną działo! W pewnym momencie zamknęłam oczy i dostałam orgazmu. Czułam się najbardziej zaspokojona w życiu! Ale gdy po wszystkim spojrzałam na tego pornosa, który wciąż trwał, poczułam, że jest mi niedobrze. Cały ten lesbijski seks jawił mi się po prostu obrzydliwy! Wyłączyłam kompa, padłam na łóżko i próbowałam wmówić sobie, że ten orgazm na widok homoseksualnego filmu to niechcący, przez pomyłkę, bo tak naprawdę to tylko chcę być z mężczyzną, nie z kobietą. Zasnęłam, wciąż zawstydzona sobą.

Kilka dni później weszłam na czat dla lesbijek i anonimowo opowiedziałam o tym, co się ze mną dzieje. O tym, że mam ochotę na homo, ale i się tego wstydzę zaraz potem. Pewna miła dziewczyna napisała, że mam jak najszybciej iść na psychoterapię, aby pogodzić się ze swoją odmiennością, z tym, że jestem bi. Chciałam się rozłączyć, ale wytrzymałam. Wysłuchałam, co miała do powiedzenia. Teraz tak sobie myślę, że może miałaby rację, gdybym zaraz po orgazmie nie brzydziła się tego wszystkiego. Czy to nie jest tak, że pociąg do kobiet jest mi do czegoś potrzebny? Może to odpowiednik kleptomanii – człowiek musi to zrobić, a potem się wstydzi? Gdy się w końcu spokojnie rozłączyłam, jeszcze raz zadałam sobie pytanie: kim jestem?

Od tego czasu wiele razy spotkałam się z Markiem i nigdy nie byłam w stanie się do niego zbliżyć. Zawsze uciekałam w tym najważniejszym momencie. Bywałam też w tej knajpie, sama nie wiem po co. Wchodziłam i natychmiast uciekałam.

Czy jestem lesbijką? Zdecydowanie nie, bo nie wyobrażam sobie życia bez mężczyzny u boku. Ale też, tak jak mówiła piękna nieznajoma, kobiety mnie bardziej podniecają.

Czy jestem bi? Nie, ponieważ zaraz po orgazmie czuję do tego odrazę. Jawi mi się to po prostu obrzydliwe.

Czy jestem hetero? Nie wiem! Nic już, kurwa, o sobie nie wiem!

Wy, naród, macie swoje wiece, manifestacje, protesty. Macie religię, LGBT, sprawę aborcji.

A ja, dwudziestotrzyletnia Anna, chciałabym nie czuć tego wszystkiego, co ciągnie mnie do innych kobiet i nie pozwala się związać z Markiem. Spokojnym, miłym i uczynnym. Wy, naród, walczycie o swoje. Ja też bym chciała walczyć, ale nikt mnie nie posłucha, bo według was, narodu, nadaję się do leczenia. Według jednych do leczenia tego, że się wstydzę, że jestem bi, a według innych, że w ogóle mam skłonności homo. A ja bym tak bardzo chciała po prostu związać się z mężczyzną.

Przed snem…

Przed snem…

Jeszcze migają pojedyncze sceny, jeszcze wiatr targa włosy w pamięci, jeszcze jeden liść pieści dłoń wspomnieniami lata, a serce już się uspokaja, zalega w miękkim osierdziu, przechodząc w tryb snu.

Wyciągam proste nogi, które muskają koniuszek kołdry, starając się pozostać w cieple pościeli. Spoczywam na brzuchu, z głową na jaśku i ręką pod klatką piersiową.

Nim wybrzmią ostatnie myśli i ucichnie echo doznawanych w ciągu dnia emocji, zaczynam liczyć po kolei, niespiesznie, liczba po liczbie:

…dwanaście, trzynaście, czternaście, piętnaście, szesnaście…

Skupiam się jedynie na cyfrach. Usilnie odsuwam wszystko w dal, w niebyt, do innej rzeczywistości. Odpływa z pamięci przegrany mecz, nieudana próba rozwiązania problemu w pracy, niezręczna rozmowa z koleżanką. Ale także sprzeczka z nielubianym kolegą. Słyszę tylko przeciągły szum własnego oddechu. Czy tak samo oddycha ten kolega? Czy obrzucając go w myślach kolejnymi słowami, które mają sprawić, że wygram tę batalię, nie zapominam, że on również żyje? I że tak samo jak ja, ale w inny sposób, ma prawo do swojego poglądu? Chyba czas dać spokój tym przepychankom.

…trzydzieści pięć, trzydzieści sześć, trzydzieści siedem, trzydzieści osiem…

Wszystko coraz bardziej się rozmazuje, nie myślę już o koledze, o pracy, o niczym konkretnym. Przez głowę przepływają mi przypadkowe obrazy: jeden z dzieciństwa, drugi, który jest wizją przyszłości, i wreszcie trzeci, co nie ma nic wspólnego z czymkolwiek, co bym znał.

Unoszę się jak zapisana drobnym maczkiem kartka papieru, kołysze na wietrze, zmieniam wysokość i kierunek lotu. Lewituję, nie czując ciała spoczywającego na łóżku.

… pięćdziesiąt dwa, pięćdziesiąt trzy, pięćdziesiąt cztery…

Jeszcze jeden silny impuls biegnie z lewej nogi: to lekkie swędzenie, które jednak ignoruję. Powoli mija, rozchodząc się przyjemnym ciepłem po łydce.

…sześćdziesiąt siedem, sześćdziesiąt osiem…

Tylko szum.

…siedemdziesiąt sied….

Wszędzie

Wszędzie

Na razie żyjesz mimo mnie,

a ja mimo ciebie,

świeży powiew sztormu

od strony życia.

*

Na razie się rozmywasz

gdzieś między spojrzeniami,

znikasz i pojawiasz się

w polu, gdzie zerkam tylko kątem oka.

*

Na razie czuję krople deszczu,

co zalewają oczy i usta,

co łaskoczą,

spływając pod koszulę.

*

Na razie zamykam oczy

i cię nie przywołuję,

ani ty mnie nie wzywasz

z głową w poduszce.

*

Lecz kiedy zawiśniesz w Pasie Oriona,

kiedy zmienisz stan skupienia

na kroplę rosy,

kiedy spojrzysz wzrokiem mojego kota,

kiedy zmienisz mi dotyk

na pozbawiony piątej klepki

i gdy osiądziesz między nutami,

będę wiedział, że to ten czas.

*

I że to już.

Ideał

Ideał

Największy czarodziej zebrał wreszcie wszystkie potrzebne składniki do stworzenia człowieka idealnego. Rozpalił ogień w piecu, podgrzał substancje i czekał.

– No, mój doskonały Frenkenstein właśnie powstanie – powiedział.

Nowa praca postępowała. Ulepił więc z gliny kształt człowieka, polał poranną rosą i krwią ropuchy, a następnie machnął pałeczką. Zadymiło, poszumiało i zakipiało. W obłoku zaczął się ruszać jakiś kształt. Kwadrans później powstał z prochu człowiek doskonały. Bez skazy.

– Witaj, mój idealny – powiedział czarodziej.

– Witaj stwórco, jestem tu, ale mnie nie ma.

– Jak to nie ma, przecież widzę.

– A zerknij w lustro, czy mnie widzisz?

Czarodziej wykonał polecenie. W zwierciadle nie było nic oprócz odbicia komnaty.

– Ale co to znaczy? – spytał czarodziej.

– To, że twój plan nie mógł się powieść z samego założenia.

– Ale widzę cię. Jesteś wampirem?

– Nie. Zerknij na zegarek.

Czarodziej spojrzał. Wskazówki stały w miejscu.

– Ale dlaczego, o co chodzi? – spytał czarodziej.

– Jestem postacią istniejącą poza czasem. I poza rzeczywistością.

– Ale glina, odczynniki, magia!

– To wszystko na nic. Nigdy nie osiągniesz celu.

– Ale moje założenia! Moja praca!

– To nic, będę w twojej głowie. Ilekroć o mnie pomyślisz, będziesz miał do czego dążyć.

– Ale to wszystko bez sensu – powiedział czarodziej. – Moja praca jest bez sensu.

– Nie jest. Nigdy starania nie są bez sensu.

W tym momencie dym opanował całą izbę, a zegar wybił północ.

Znikło wszystko tak, jak się pojawiło.

Z garażu rozległo się miauczenie kota.

Opowieść

Opowieść

Kobieta, Most, Mgła, Promień Słońca, Mistyczny

Kiedy chmury otuliły wierzchołki wzniesień, zacząłem szukać słońca. Zieleń łaskocząca po nogach dawała znać, że utknąłem. Nad morzem, przy klifach i wzgórzach. Zerknąłem więc na odległy horyzont, który zagrał miszmaszem zieleni i błękitu. Ułuda nieskończoności.

Wtedy pojawiłaś się ty, brunetka, co tak bardzo lubię. Przeszłaś przed moim domem i zamieszkałaś w sąsiedztwie.

*

Poczułem wenę. Usiadłem więc i pisałem. Wkrótce w moim gabinecie zaczęła się pojawiać mglista postać. Najpierw zarys tułowia, nóg, rąk, aż wreszcie rysy twarzy. To, co wybijało się ponad resztę szczegółów, to smutek oczu.

Pisałem dalej.

Dzień po dniu zapadając się coraz głębiej w zieleń wokół moich nóg, podałem rękę postaci z mgły. Uśmiechnęła się. Ucałowałem dłoń. Oblała się rumieńcem. A kiedy wypiła szklankę gazowanej wody, która akurat się znalazła, spytała, jak może mi pomóc.

– Naucz mnie kochać – odpowiedziałem.

– Ale wiesz, że jak to zrobię, przestanę być potrzebna?

– Naucz mnie po prostu kochać – powtórzyłem.

I tak od tego dnia siedziała przy mnie, gdy pisałem, jadła ze mną obiady, spała w tym samym łóżku, nawet myła mi plecy i głowę, zanurzając swoje mgliste palce w moje prawdziwe włosy.

Dotarłem do końca powieści. Zostały dwa rozdziały. Usiadłem więc z nią przy stole, przy palących się świecach i podałem szklankę gazowanej wody, która zabąbelkowała nawet przez skórę. Postać odeszła tego samego wieczoru. Po prostu rozpłynęła się w niebyt.

Nauczyła mnie kochać, mimo iż sama odeszła.

Nauczyła mnie subtelności, mimo iż nie chciałem.

Nauczyła mnie samego siebie, mimo iż byłem sobie obcy.

Przejąłem jej miłość, a ona moje emocje.

*

Powieść skończyłem dzień później. Pełen życia.

Tydzień później ty znów przechodziłaś obok mojego domu. Tym razem zerwałem zieleń z moich nóg, rozgoniłem chmury ze szczytów wzgórz i podszedłem. Przywitałem się, całując twoją dłoń.

Straty wariata

Straty wariata

Tuba, Sklep Muzyczny, Instrument Muzyczny, Sklep, Rura

Spory zawrót głowy o smaku dzieciństwa,

przy kolejnym łypię źrenicą w tę samą stronę,

w stronę kalafonii i anielskiego włosia.

Wciąż w tę samą.

Mimo iż wszystko mi mówi, że nie powinienem.

*

Kilka słów zostało w echu między uszami,

kilka następnych związuje język,

a jeszcze kolejne pachną wrzosem i niezapominajką.

*

Układam z szarych zwojów piramidę odejścia,

ale wieńcówka oplata krwią i nie puszcza.

Szarość dla siebie, ale przede wszystkim dla ciebie.

Laur tylko dla mnie. I tylko dla ciebie.

Znawca

Znawca

Photo by Lukas Rychvalsky on Pexels.com

– Dzień dobry, czy to prawda, że jest Pan zwolennikiem nowoczesnej prozy?

– Tak, cały czas do przodu, dynamicznie.

– Czy uważa Pan, że powłóczyste opisy są już dziś passé?

– Tak, cały czas do przodu, dynamicznie.

– A jak dialogami? Czy należy pozbywać się wszystkiego, co nic nie wnosi do akcji?

– Tak, cały czas do przodu, dynamicznie.

– Kiedyś Pan powiedział, że nie lubi teksów, gdzie akcja płynie zbyt wolno?

– Tak, cały czas do przodu, dynamicznie.

– Czy dziś już nie ma miejsca na melancholię? Na ciszę? Na oddech od prędkości tego świata? Dzisiejsza proza musi byś szybka i bezwzględna?

– Tak, cały czas do przodu, dynamicznie.

Moja wieża Babel

Moja wieża Babel

Photo by Frank Cone on Pexels.com

Przyszedłem na świat niespodziewanie. Bez udziału lekarza, akuszerki czy pielęgniarki. Mama gniotła ciasto na kluski, gdy poczuła silne skurcze. Skuliła się, złapała za brzuch i wiedziała, że nie zdąży do szpitala. Resztką sił rozścieliła na podłodze czysty koc, prześcieradło, wzięła miskę z ciepłą wodą, nożyczki do przecięcia pępowiny i położyła się nago. Trwało to kilkanaście minut: parcie, parcie, jeszcze raz parcie, przeplatane gigantycznym bólem i jękami. Urodziłem się malutki, żółciutki od żółtaczki poporodowej, a przede wszystkim pośladkami naprzód. Później lekarz powiedział, że przy takim porodzie zawsze robią cesarkę.

Z dnia na dzień rosłem jak na drożdżach i nawet mama nie zauważyła, kiedy podniosłem się do pozycji siedzącej. Dotychczasowe grzechotki i przytulanki odłożyłem na bok i wziąłem do ręki kolorowe klocki, których rodzicielka dostała całe wielkie pudło. Próbowałem układać z nich cokolwiek, ale nie rozumiejąc, jak to należy robić, szybko się nudziłem i rzucałem nimi po całym pokoju. W tym samym czasie zaczynałem coraz bardziej gaworzyć. Słyszałem słowa, które wypowiadała mama, więc chciałem ją naśladować, ale wychodziły mi jedynie pojedyncze głoski, czasem sylaby. Jednocześnie powoli opanowywałem sztukę posługiwania się klockami.

Kilka miesięcy później sprytnie ułożyłem cztery klocki w blok i powiedziałem pierwsze słowo: mama. Matka wzięła bloczek, kiedy nie widziałem, i ustawiła wysoko na półce w przeszklonym regale, aby pozostał na pamiątkę. Z coraz większą ochotą krzyczałem to słowo: czasem ze szczęścia, czasem ze zdenerwowania, a czasem, aby się za chwilę pośmiać z tego, jak mama szybko podbiegała, nawet w nocy. W międzyczasie szlifowałem umiejętność chodzenia, także z pełną pieluchą, co powodowało, że mama strasznie się krzywiła i powtarzała: oj, jak nieładnie.

Gdy miałem dwa latka, zacząłem wymawiać kolejne słowa i na widok mamy wyrzucałem je z siebie. Raz nazywałem ją mama, drugi raz baba, a innym razem używałem wymyślonego przez siebie wyrazu: upa! Zupełnie nie rozumiałem, dlaczego mama równo cieszyła się z każdego. A z klocków układałem już wymyślne kształty i ustawiałem je jeden na drugim. Rosły wzwyż. Kilka miesięcy później łączyłem już słowa po dwa, trzy, czy nawet więcej. Powstawały w ten sposób proste wyrażenia i zdania. Chodziłem już całkiem dobrze i z dnia na dzień sięgałem do wielkiego pudła z klockami, wyciągałem te najbardziej kolorowe i dokładałem do powstającej konstrukcji, która wciąż się powiększała.

Na czwarte urodziny dostałem klocki, z których można było ułożyć czerwony wóz strażacki, czołg i koparkę. Ale nie chciałem się nimi bawić. Z pietyzmem układałem swoją wieżę. To stało się moim celem. Gdy szedłem pierwszy raz do szkoły, konstrukcja sięgała metra wysokości i pół metra grubości; cały czas dokładałem do niej kolejne klocki. W klasie uczyłem się zachowywać jak inne dzieci, ale też używać właściwie słów, które jeszcze myliłem. Wracałem potem do domu i wymieniałem przypadkowe klocki w wieży tak, aby pasowały do całości. Mama przyglądała się temu z fascynacją, wspierała mnie, czasem podpowiadała, co naprawić, ale nigdy z jej ust nie padł żaden rozkaz, wybór zawsze należał do mnie.

W trzeciej klasie szkoły podstawowej podłapałem od kolegów, że nie należy bawić się z dziewczynkami, tylko ciągnąć za warkocze. Wziąłem sobie to do serca, bo chciałem być podobny do innych. Ale też w tym samym czasie zaczęły się bójki między kolegami, również mnie w to wciągnęli. Wracałem czasem z siniakami, z guzami czy rozbitym nosem. Zły na wszystko i na wszystkich zamykałem się w swoim pokoju i zauważyłem, że w wybudowanej wieży czegoś mi brakuje. Jakiś czas później zerknąłem do pudła, które dostała mama po moich narodzinach i gdzie wrzucane były nieużywane zabawki. Zobaczyłem zestaw klocków na wóz strażacki. Ale też drugi na czołg. Chwyciłem oba natychmiast. Ten pierwszy układałem, wyobrażając sobie, że z dobrymi kolegami jedziemy ratować ludzi z pożaru, a ten drugi ustawiałem na podłodze czy stole i pomagał mi walczyć z tymi chłopakami, którzy chcieli się bić. W tym czasie zaniedbałem wieżę, wolałem to, co było mi pomocne w szkole.

Kiedy poszedłem do liceum, poznałem dziewczynę, która mi się niezwykle spodobała. Siadałem jak najbliżej niej, dużo rozmawiałem, rozśmieszałem. Potem zacząłem odprowadzać ją do domu. Moje serce zaczęło bić coraz mocniej. Coraz bardziej o siebie dbałem, ćwiczyłem pompki i skłony, ładnie się ubierałem. I pierwszy raz w życiu układałem nieporadne wiersze. Spojrzałem na swoją wieżę z klocków i poczułem, że czas ją ozdobić. Mnóstwo klocków wymieniałem na błękitne. Potem patrzyłem w niebo i marzyłem o wybrance. Starałem się, aby budowla była coraz ładniejsza, toteż wygładzałem kształty, zbudowałem wielki strzelisty czub po sam sufit. Siadałem na łóżku i wpatrywałem się z wieżę, wierząc.

Lecz wkrótce moja wiara została uziemiona. Po kilku randkach dziewczyna powiedziała, że jest ktoś inny, i nie może się ze mną spotykać. Wróciłem do domu i z całej siły walnąłem pięścią w strzelisty szpic wieży. Runął z hukiem na podłogę. Całą konstrukcję przesunąłem w kąt i narzuciłem na to starą narzutę. Musiała zostać zapomniana.

Do końca studiów nie interesowały mnie dziewczyny. Zamiast tego wybierałem kolegów i chodziłem z nimi, najpierw na trzepak, aby pogadać, a potem na piwo. A w końcu i na wódkę. Wiele razy wracałem podpity do domu i, nie wiedzieć czemu, zaglądałem do starego pudła. W oczy rzucały mi się przeróżne klocki: jedne, z których można wybudować dom, inne na halę produkcyjną, a jeszcze inne na samochody i motocykle. Brałem je i zwykle wybierałem te ostatnie. Wieża nie obchodziła mnie, stała cały czas przykryta narzutą i zarastała kurzem i zapomnieniem.

W końcu poszedłem do pracy. Po każdej wypłacie odkładałem sporą sumkę do szkatułki stojącej wysoko na regale. Z każdym miesiącem stawała się coraz bardziej atrakcyjna wagą tego, co wewnątrz, ale też coraz trudniejsza do podniesienia. Dbałem, aby nikt tam nie zaglądał. W końcu, po kilkunastu miesiącach pracy, kiedy zdjąłem ją z wielkim wysiłkiem, przeliczyłem pieniądze i uznałem, że cel osiągnięty. W sobotę pojechałem i kupiłem motocykl. Jednocześnie dostałem od sprzedawcy kilka małych modeli motocykli, które ustawiłem na miejscu szkatułki. Wieczorami, gdy wracałem zmęczony z pracy, albo czyściłem swój motocykl, albo leżałem na łóżku i wpatrywałem się w kolejne modele przedstawiające coraz lepsze maszyny. Po jakimś czasie ponownie ustawiłem szkatułkę i zbierałem na następne marzenia na dwóch kółkach. I tak rok później miałem najnowszą Yamahę, a po kolejnym pięknego Harleya. O wieży zapomniałem do tego stopnia, że nawet w trakcie sprzątania omijałem ten kąt z daleka.

Któregoś razu, gdy jechałem na motocyklach z kolegami po Bałkanach, dołączyła do nas skromna, ale ładna motocyklistka. Była młodsza ode mnie. Jechała starą maszyną, na której bałbym się wyruszyć w długą trasę ze względu na możliwość awarii. Usiedliśmy wieczorem przy ognisku, wzięła gitarę i zagrała kilka piosenek z czasów mojego liceum, w tym takie, które nierozłącznie kojarzyły mi się z ówczesną sympatią. Patrzyłem na nowo poznaną towarzyszkę podróży i coraz bardziej przypominałem sobie, czym są piękne uczucia. Zakochałem się w niej w ciągu kilku dni. Odłączyliśmy się we dwójkę od grupy i wróciliśmy razem do kraju. Zaprosiłem ją do siebie, gdy mamy nie było w domu. Już się całowaliśmy, pieściliśmy, już szło ku zbliżeniu, gdy Logia, bo tak kazała na siebie mówić, wstała i spytała, co jest w kącie pod narzutą.

Z niechęcią pokazałem swoją budowlę, która w tym czasie była dla mnie całkiem nieatrakcyjna, a nawet niepotrzebna. Uklękła przed nią i zaczęła przyglądać się poszczególnym kondygnacjom. Powiedziała, że to jest naprawdę piękne. Że czegoś takiego, trzymanego od przedszkola nie widziała nigdzie. Odwróciła się i szybko poszliśmy do łóżka.

Następnego dnia wysunąłem wieżę na środek pokoju, porządnie odkurzyłem i zacząłem upiększać. Na dole dawałem klocki zielone, kojarzące się z dzieciństwem, wyżej inne kolory, a na wysokości mojego serca dałem błękitne, przywodzące na myśl miłość. I ponownie ułożyłem strzelistą szpicę sięgającą sufitu. Tego samego wieczora usiadłem przed biurkiem, chwyciłem wieczne pióro, które dostałem w prezencie za ukończenie studiów, wyciągnąłem stary zeszyt i zacząłem pisać. Słowa wypływały ze mnie niemal bez udziału świadomości. Najpierw zapełniłem jedną stronę, potem kolejną, w końcu przed północą miałem zapisanych ich prawie trzydzieści. Spojrzałem na wieżę, która nagle, sama z siebie, rozrosła się do wielkiej konstrukcji zajmującej jedną trzecią pokoju. Nabrała też atrakcyjnych dla mnie kolorów i kształtów. Zupełnie jakby ożyła.

Trzy miesiące później miałem ukończoną pierwszą książkę. Przepisałem ją na komputer, poprawiłem błędy, w wieży zniknęły niepasujące klocki, a ich miejsce zajęły takie, które, jak mniemałem, wkomponowywały się idealnie. Logia nie mogła wyjść z podziwu, że mam taką smykałkę do barw i kształtów. Była również pod wrażeniem, że dałem radę napisać książkę. Sama się zaangażowała i czytając, zaznaczała błędy i niedociągnięcia, których nie zauważyłem ja. Miesiąc później powieść była gotowa. A wraz z nią wieża wydawała się idealna. Powieść wysłałem do wydawnictwa.

Jakiś czas potem przyszła odpowiedź, że nie są zainteresowani ze względu na słaby styl. A że temat im się bardzo spodobał, przysłali długą listę niedociągnięć. Spojrzałem na swoją budowlę i nagle zdałem sobie sprawę, że została wybudowana bardzo nieporadnie. Usiadłem przed nią i podjąłem decyzję.

Następnego dnia kupiłem kilka poradników o tym, jak pisać, wykupiłem kurs pisania i byłem gotów zacząć wszystko od nowa. Wróciłem do domu w piątek i bez namysłu rozłożyłem wieżę na pojedyncze klocki. Nie pozostały nawet dwa na kupie.

Przez najbliższy czas czytałem poradniki, pisałem krótkie opowiadania, które wysyłałem do znajomych z kursu pisarskiego, i zapamiętywałem wnioski. Jednocześnie, bardzo powoli, układałem wieżę od nowa. Niby podobnie jak wcześniej: zielone na dole, błękitne na wysokości serca, ale teraz miejsce każdego klocka było przemyślane, a przejścia między kolorami przestawały drażnić oko.

Dwa lata później stała przede mną wieża, z której byłem w pełni zadowolony. Smukła, strzelista, z pięknym czubem pod sufit, w idealnych barwach. Podjąłem decyzję, że czas napisać właściwą książkę. Wziąłem długi, zaległy urlop, zamknąłem się w mieszkaniu i pisałem. Tym samym wiecznym piórem. Logia przychodziła, wspierała mnie, przynosiła jedzenie, czasem piwo dla odpoczynku i wkładała całą siebie w nową powieść. Pisałem bez poprawek, to, co mi do głowy przyszło, aż skończyłem. Wtedy, czytając całość, wprowadzałem poprawki. Miałem wrażenie, że wieża jest coraz piękniejsza i coraz bardziej atrakcyjna nie tylko dla mnie. W końcu wysłałem tę powieść do tego samego wydawcy, przypominając, kim jestem.

Odpowiedź przyszła po dwóch tygodniach. Była pozytywna.

Teraz, gdy jestem emerytem, kiedy napisałem kilkanaście powieści i niezliczoną ilość opowiadań czy esejów, patrzę z Logią na moją, a w zasadzie na naszą wieżę i jestem dumny. Zerkam też na ustawione na półkach: wóz strażacki, czołg, małe modele motocykli i niczego nie żałuję – ani rozbitego wielokrotnie nosa, ani guzów, ani ciągnięcia koleżanek za warkocz.

Zasypiam. Ale wierzę, że dam radę moją wieżę jeszcze upiększyć. Choćby odrobinę.

Wierzę w wieżę.

Czarne klawisze fortepianu

Czarne klawisze fortepianu

(Przedstawiam tekst, za który zostałem wyróżniony w konkursie literackim w Kozienicach. Na 138 prac znalazłem się w siódemce.)

Dobrze pamiętam tamten dzień. Ojciec przyszedł bardzo późno, z hukiem otworzył drzwi, krzycząc na cały dom, żeby natychmiast dać mu jeść. Oparł się o szafę, stanął na jednej nodze, próbując zdjąć but. Po chwili stracił równowagę i runął, rozbijając sobie głowę o szafkę z butami. Gdy wstawał, krew lała mu się na ubranie. Zaklął siarczyście. Cisnął zakrwawioną kurtką w kąt. Podeszła matka. Próbowała mu pomóc, ale wtedy ojciec jakby doznał otrzeźwienia, stanął na równe nogi i z całej siły uderzył mamę w brzuch. Zgięła się wpół, upadając na zakrwawioną podłogę. Gdy patrzyłem na to z dala, nie wiedziałem, co mam zrobić. Z jednej strony, nauczony przeszłymi jego wybuchami, potwornie się bałem, a z drugiej chciałem pomóc mamie. Podszedłem więc niepewnie, nie spuszczając z oczu ojca. Chwycił stojący w przedpokoju wazon i cisnął w moją stronę. Wazon rozbił się kilkanaście centymetrów ode mnie. Zamarłem ze strachu. Kątem oka zobaczyłem, jak matka próbuje powstrzymać ojca. Ten jednak, chwiejąc się, sięgnął po stojący w kącie jednonożny wieszak na ubrania i przygotowywał się, aby nim we mnie rzucić.

– Uciekaj! – zawołała mama zduszonym z bólu głosem.

To był dla mnie sygnał. Oraz rozkaz. Błyskawicznie odwróciłem się i zacząłem uciekać na strych, bo dobrze pamiętałem, że mogę zamknąć drzwi od środka, a nikt od zewnątrz nie otworzy. Gdy wbiegałem po schodach, zahaczyłem o wysoki drewniany próg. Upadłem, rozbijając sobie nos. Mimo to szybko się pozbierałem, wstałem i zamknąłem drzwi od wewnątrz. Zaszyłem się w najciemniejszy kąt. Usiadłem na zakurzonym stołku pod spadzistym dachem. Rękawem wytarłem zakrwawiony nos i łzy, które dopiero teraz zaczęły cieknąć. Z dołu wciąż dobiegały hałasy. Zacząłem się modlić, aby tata nie zrobił mamie krzywdy. Nadal się bałem, ale i czułem się winny, że nie mogę jej pomóc. Może gdybym był starszy, potrafiłbym powstrzymać ojca?

Kiedy zapanowała całkowita cisza, a ja do siebie doszedłem, powoli się rozejrzałem. Siedziałem w zakrwawionym ubraniu na okrągłym stołku stojącym przy jakimś meblu. Tuż ponad moimi oczyma zauważyłem litery, których dopiero uczyłem się w szkole. Powoli składałem to, co widzę, w słowa. Ale na próżno, w moim umyśle układały się dwa dziwne słowa połączone znaczkiem, którego nigdy wcześniej nie widziałem: Steinway & Sons. To było pianino. Otworzyłem klapę i niepewnie nacisnąłem klawisz z lewej strony. Wydobył się bardzo gruby dźwięk, który przeraził mnie, tak bardzo bałem się, że usłyszy go tata i przyjdzie. Jednak poczułem coś silniejszego niż ten lęk, coś, co kazało mi sięgnąć do klawiatury jeszcze raz. Tym razem nacisnąłem klawisz po prawej stronie, który odezwał się tonem cienkim. Potem dotknąłem następnego i następnego. Doznałem uczucia zespolenia z pianinem. Coraz pewniej naciskałem kolejne klawisze, a każdy odzywał się innym dźwiękiem. Operowałem tylko białymi, bo wciąż w pamięci miałem słowa mamy, że białe jest dobre, a czarne złe. Z każdą chwilą czułem, jakby dźwięki wpływały w moje wnętrze, a ja pobudzony, reagowałem kolejnym naciśnięciem białego klawisza. Tworzyło się, czego wtedy jeszcze nie rozumiałem, sprzężenie zwrotne, gdzie moje pragnienia wywoływały dźwięki, te znów wpływały na mnie i pobudzały do kolejnych naciśnięć klawiszy. Nawet nie zauważyłem, kiedy odważnie uderzałem w klawiaturę, wywołując całkiem sporą kakofonię, z której próbowałem wyłowić coś, co wyrażałoby mój aktualny stan. Biegałem palcami od lewej do prawej, czując się jak wirtuoz, jakich widywałem w telewizji.

Nagle usłyszałem silne uderzenie w drzwi. Zamarłem w bezruchu. Po drugiej stronie stał ojciec i szarpał za klamkę. Dobrze wiedziałem, że nie da rady otworzyć, bo wejście zabezpieczone było solidną zasuwą, do której nikt od dawna nie miał klucza. Mama kiedyś mówiła, że strych to najbezpieczniejsze miejsce w domu. Nagle ojciec krzyknął:

– Otwieraj, gówniarzu, bo cię zabiję!

Gdy tylko to usłyszałem, jeszcze większy strach przebiegł przez całe moje ciało i odruchowo zacząłem naciskać przypadkowe klawisze. Stworzyła się dziwna kłótnia pomiędzy ojcem a moimi palcami uderzającymi w klawiaturę. Jedna strona próbowała przekrzyczeć drugą, aż coś we mnie pękło i najsilniej, jak potrafiłem, zacząłem uderzać w czarne klawisze. Najpierw palcami, a gdy ojciec już walił z całej siły w drzwi, waliłem pięściami. Po raz kolejny zalały mnie łzy. Wytworzył się drugi świat w szczelnej bańce z czarnych złych dźwięków, które wezwałem przeciwko ojcu. Istniałem tylko ja, kakofonia i czarna siła.

Rok później, gdy tata siedział już w więzieniu, a ja regularnie chadzałem na strych, aby próbować wydobyć z białych klawiszy to, co tkwiło we mnie, mama urządziła moją pierwszą komunię. Spytała wcześniej, co chciałbym dostać. Rowerek, może zegarek, a może coś innego. Przytuliłem się do mamy i spytałem bardzo cichutko, czy trudno jest grać na pianinie. Odpowiedziała, że to tylko zależy od ucznia. Poprosiłem ją więc, aby znieść pianino na dół i aby mnie zaprowadzić do nauczyciela od pianin.

Pierwsza lekcja polegała głównie na tym, że nauczycielka próbowała przetłumaczyć mi, że uderzanie w przypadkowe klawisze nic nie da, a jeśli chcę się nauczyć grać, muszę delikatnie naciskać je pojedynczo. Na kolejnej lekcji pokazała, jak się gra gamę. Potem przyszedłem do domu i znów zacząłem od walenia w różne klawisze. Lecz po chwili przypomniałem sobie słowa nauczycielki, aby grać gamę. Nie wiem, ile to trwało, ale przestałem, gdy zapadał zmierzch, a do domu weszła mama.

Na którejś z kolei lekcji pani kazała mi nacisnąć czarny klawisz. Najpierw skuliłem się w sobie, a po którymś poleceniu nauczycielki uciekłem od pianina, bo nie chciałem jej zrobić krzywdy. Rozpłakałem się. Podeszła, przytuliła mnie i powiedziała:

– Nie bój się czarnych, one są takie same jak białe, tylko mają inny kolor, aby ułatwić granie.

Po kilku minutach dałem się przekonać. Ale wstąpiło we mnie coś niedobrego, bo wraz z tym, jak używałem czarnych, czułem coraz większą złość. I tak pod koniec lekcji nauczycielka musiała mnie uciszać, tak mocno bębniłem.

Rok później miałem pierwszy koncert. Siedziałem przed sporą publicznością w domu kultury i wykonywałem wyuczone na pamięć utwory. Za każdym razem, gdy grałem na czarnych klawiszach, używałem większej siły. Niektórzy później mówili, że mam swój własny styl, że będzie ze mnie wielki muzyk. Pamiętam, że podchodzili do mnie inni nauczyciele i gratulowali, mówiąc, że dawno nie widzieli tak zdolnego dziecka. W końcu podeszła mama, wzięła mnie z wysiłkiem na ręce oraz podniosła do góry, jakby chciała pokazać światu. W życiu nie widziałem na jej twarzy takiego wyrazu dumy i szczęścia. Była znów piękna mimo potężnej szramy ciągnącej się od czoła aż do kącika ust.

Gdy miałem siedemnaście lat, wrócił tata. Mimo iż wciąż się go bałem, czekałem z utęsknieniem. Siedziałem przy zastawionym suto stole jak na szpilkach, gdy wszedł. Nie wytrzymałem, pobiegłem na strych, zamykając za sobą drzwi. Wziąłem do ręki wcześniej przygotowany syntezator i bezmyślnie zacząłem grać. Intuicyjnie nacisnąłem klawisz nagrywania. Grałem coś spokojnego, coś, co mi właśnie przyszło do głowy. Chciałem uciszyć emocje, by jak najszybciej powrócić do taty. Ale gdy tylko po drugiej stronie drzwi usłyszałem tatę, nie wytrzymałem i grałem coś bardzo chaotycznego, niespokojnego, używając jak najczęściej czarnych klawiszy. Jednak tata tym razem nie walił w drzwi, ale spokojnie pukał, a po chwili, gdy zdał sobie sprawę, że gram, zaczął wystukiwać rytm. Zjednoczyłem się z tym jego stukaniem; tworzyliśmy duet: pianino i instrument perkusyjny. Sam nie wiem, ile to trwało, ale w pewnym momencie mój syntezator wyświetlił komunikat o wyczerpaniu zasobów pamięci, która zużyła się na nagrywanie. Wtedy jakby emocje mnie dopiero dopadły i rozpłakałem się.

Zza drzwi usłyszałem cichutki głos taty:

– Wpuść mnie, proszę.

Niepewnie podniosłem się i po chwili otworzyłem drzwi. Za nimi stał tata. Pierwsze, co zrobił, to mnie przytulił. Z jednej strony czułem z nim więź, a z drugiej miałbym ochotę założyć mu słuchawki, podłączyć je do najpotężniejszego wzmacniacza, ten do syntezatora i uderzać z całej siły w czarne klawisze, tak mocno, aby mu głowa pękła. Uspokoiłem się dopiero, gdy chyba nie miałem już łez.

Godzinę później, po skończonym obiedzie, wyciągnął ze swojej torby piękny bukiet kwiatów dla mamy. Bez najmniejszych emocji przyniosła z kuchni wazon z wodą, włożyła kwiaty i jeszcze bardziej oschle podziękowała.

– Wiesz, Marku, jak byłem w szkole średniej, grałem trochę na perkusji – powiedział ojciec. – Może mógłbym do ciebie dołączyć? Byśmy coś razem zagrali?

Nie odpowiedziałem, bo nadal się we mnie kotłowało. Pokiwałem tylko głową dla świętego spokoju.

W najbliższym czasie tata poprosił mnie, abym mu nagrał na kasetę, to co nagrałem na syntezatorze, gdy wracał z więzienia. Potem odsłuchiwał tego wielokrotnie, samemu próbując wystukiwać coś rękami i nogami. Spędzał przy tym całe wieczory, gdy wracał z pracy, o którą teraz dbał należycie. Ani razu nie zdarzyło się, aby przyszedł pijany.

Rok później, gdy kończyłem średnią szkołę muzyczną, zasiedliśmy obaj na scenie. Ja do fortepianu, on do perkusji. Zaczęliśmy grać. Najpierw utwór spokojny, melancholijny, klasyczny. Po nim nauczyciel stanął przed mikrofonem i powiedział, że teraz zagramy moją własną kompozycję. Bardzo bałem się, że nie wyjdzie tak, jak ją sobie wyobrażałem. A tam była to ekspresja w czystej postaci, zderzenia tonów delikatnych z ostrymi, harmonia niepowtarzalna.

Zaczęliśmy spokojnie, z wyczuciem. Ja grałem melodię, a tata nadawał rytm. Gdy miało dojść do momentu, gdzie muzyka na chwilę zamiera, a potem znów budzi się z pełną mocą, tata uderzył z całej siły w talerze i krzyknął w moją stronę:

– A teraz mocno, w czarne!

Poczułem moc, której nie doświadczyłem nigdy! Błyskawicznie, stosując modulacje, przeszedłem do tonacji, gdzie używanych jest jak najwięcej czarnych, i zagrałem! W zasadzie nie pamiętam nic poza emocjami. Była muzyka złożona z melodii, rytmu i ekspresji. Tylko to ostatnie miało znaczenie! Każdy dźwięk kierowałem przeciwko ojcu, a on jeszcze bardziej mnie nakręcał, grając koncert perkusyjny swojego życia. Co nie zagrałem, on był jak echo, idealnie wpasowywał się w klimat granych przeze mnie dźwięków. Jakby szedł za mną przez całe życie, nie odstępując na krok, po to, aby pokazać, że jest wystarczająco silny, żeby w każdej chwili móc mnie pokonać. Widziałem nad sobą ekonoma oraz krytyka w jednej osobie. Ale spoglądał na mnie zza talerzy ze wzrokiem, w którym widziałem coś, co powodowało, że pierwszy raz w życiu czułem, że jestem w stanie z nim wygrać. Wspomnienia, które mnie wypełniały, przepełnione były moim lękiem oraz jego dominacją. Tymczasem teraz miałem wrażenie, jakby ojciec chciał, abym go pokonał, abym pierwszy raz odważył się mu przeciwstawić. A może to taki pozór, aby mnie podpuścić, a gdy podejdę wystarczająco blisko, pokonać raz na zawsze? Lecz poczułem, że mam tego wszystkiego dość! Dość bycia pod jego rozkazami, dość bycia tym słabszym, bo tak się w głębi czułem! Uderzyłem więc w klawisze w sposób niezaplanowany, niemal chaotyczny, aby go zaskoczyć i pokonać. To zabrzmiało wręcz jak harmoniczna kakofonia, kompletna arytmia. Poczułem, że przesadziłem, że to, co właśnie zagrałem, to dowód na moją chęć walki. Ale nie miałem nic do stracenia: albo pokonam go teraz, albo nigdy, w końcu ten koncert to moje królestwo. Uderzyłem więc po raz kolejny i kolejny, za każdym razem zmieniając skalę melodyczną. Może za którymś razem ojciec ciśnie pałeczkami, bo nie wytrzyma. Wtedy ja wstanę, ukłonię się i po raz pierwszy pokażę mu, kto jest prawdziwym wygranym. Ale tata spoglądał na mnie zza tych swoich talerzy, ze świdrującym wzrokiem, zupełnie jakby to on mnie prowokował. Ponownie kolejny raz zalałem się łzami, w których tym razem zawierała się wściekłość na tatę, odreagowanie wszystkiego, z czym żyłem od lat, i improwizacja godna arcymistrza.

Nawet nie zauważyłem, gdy skończyliśmy. Cała publiczność wstała oraz biła brawo na stojąco. Jedni krzyczeli z zachwytu, inni gwizdali, dając do zrozumienia, że zbyt szybko skończyliśmy. W końcu wstałem i ja. Ukłoniłem się odruchowo. Spojrzałem na tatę. Pierwszy raz widziałem w jego oczach pasję życia. W jednej chwili przestał być agresorem i tyranem, a stał się człowiekiem pełnym emocji. Pierwszy raz szanowałem go jako człowieka i ojca.

Po chwili podszedł do mnie nauczyciel oraz szepnął na ucho:

– Krew.

Najpierw nie wiedziałem, o co chodzi, ale spojrzałem sobie pod nogi i zobaczyłem skapującą krew z mojej dłoni. Z emocji uszkodziłem sobie prawą rękę, nawet nie wiem o co.

Mama stała w pierwszym rzędzie i biła brawo, spoglądając raz na mnie, raz na niego. Ona też była z niego dumna. W końcu weszła na scenę oraz wcisnęła się między nas. Tylko miała dziwnie spuszczoną głowę.

Dziwny

Dziwny

Facet, Walizka, Bagaż, Przyszły, Młody, Niepewny

Dziwny jest ten świat.

Stworzył mnie takiego, który tak bardzo różni się od samego siebie. Dziwny jestem ja, bo żyję w świecie, który tak bardzo różni się od ziemi.

Gdy patrzę na swój pamiętnik z podstawówki, zastanawiam się, co chciałem osiągnąć, pisząc. Uwieczniając tysiące słów: każde wydumane, przeintelektualizowane, ale emocjonalnie żywe, i moje. Dziś nie podpiszę się pod tymi słowami. Ani pod całym pamiętnikiem. Zdecydowanie nie. Zostało to gdzieś w tyle, ale ze mną. Gdybym się podpisał, znaczyłoby, że to jest dla innych, nie dla mnie, bo dla siebie nie muszę podpisywać, wiem, że to moje.

Dziwna jest ta rzeka życia, nad którą stoi most łączący emocje z logiką. To most, który został stworzony, aby okiełznać samego siebie. Ale ten most spaja dwa żywioły, jak ogień i wodę — zespolone tracą swoją moc. Kiedy przypominam sobie ważne dla mnie osoby, raz logicznie układam ich wizerunek, a raz emocjonalnie — zależnie od człowieka i sytuacji. Chciałbym ocalić od zapomnienia te ulotne, pełne wrażeń, chwile: uśmiech odwzajemniony, a nawet smutek spowodowany cierpieniem. Dziwny jestem ja, że wciąż pragnę się ranić, czując.

Myślę, że piszę z tego samego powodu, co śnię. Aby wypełnić treścią wyrwę, która rozpada się z emocji. Chciałbym zapisać wszystkie te uczucia, by w razie czego tekstem zalać to, czego mi w duszy brakuje. Jedni mówią, że brakuje ludziom drugiej połówki, inni, że piątej klepki. Na jedno wychodzi, skoro wciąż wierzymy w siłę miłości, która tak często rani, i pragniemy ocalić ją od zapomnienia.

Dziwna jest ta miłość.

Czy Anna na pewno chce właśnie tego — drabble

Czy Anna na pewno chce właśnie tego — drabble

Zaczarowany, Kobieta, Płeć Żeńska, Portret
– Jak na ciebie patrzę, widzę królową. Kogoś, kto, spotykając się ze mną, robi mi wielką przysługę – mówił Piotr. – Nie zasługuję na ciebie.
– Czy możesz to powtórzyć? – spytała z zachwytu ikonicznie piękna Anna.


Tydzień później zaprosiła go do siebie późnym wieczorem. Przyszedł z wystraszoną miną.
– Jak ci się układa? – spytała.
– Słabo, Ola mnie nie chce.
– Zobacz, ty nieźle się masz ze swoją, ja ze swoim. To co, mścimy się? – Usiadła tuż obok niego.
Piotr spuścił wzrok.
– Nie zasługuję na ciebie. – Wrócił do domu.


Od tego dnia zerwała z nim kontakt. Czy na pewno podobało jej się, że czuł, iż nie zasługuje?



Cywilizacja

Cywilizacja

Prezentuję swój tekst, za który otrzymałem I miejsce w konkursie „Opowiem Wam Historię” organizowanym przez ośrodek Arsus, a dotyczącym kilku dzielnic Warszawy.

Dzieli nas teraz cała cywilizacja.

Wyszedłem z domu przy ulicy Rolnej o siódmej rano. Jest połowa lipca, słońce nieco za chmurami, ale dość chłodno jak na tę porę roku. Staję przed wejściem, patrzę wokół i po raz kolejny nie mogę się nadziwić, jak bardzo zmieniła się Warszawa. Tutaj była granica stolicy jeszcze pięćdziesiąt lat temu. Ot, ledwie domostwa dochodziły do Doliny Służewieckiej. A teraz? Blokowisko opiera się o Las Kabacki. Ty też mieszkałaś na Rolnej, ale na drugim jej końcu, gdzie wtedy była wieś o nazwie Ursynów. Obecnie fragment ulicy z twojej strony nazywa się Gminna. Rolna została podzielona przez wielki Ursynów. Cywilizacja wkroczyła między nas i tkwi tak aż do dziś.

Pomyśleć, ile razy szedłem do ciebie na piechotę, grzęznąc w błocie. Do dziś czuję pod stopami tę maź o specyficznej konsystencji, która lepiła się, sprawiając, że każdy but ważył wiele kilogramów. Do tego dźwięk niedający się porównać z niczym innym — połączenie chlupania i odkorkowywania butelki. Taka przechadzka po błotnistej drodze, gdzie każdy krok wymaga wysiłku i uwagi, aby nie stracić równowagi i nie upaść. Tak sobie myślę, że ta nazwa to pamiątka po polach uprawnych, które rozciągały się na południe aż po Las Kabacki.

Byłaś na początku taka niedostępna. Co nie próbowałem amorów, to kąsałaś. Lecz wiedziałem, że to tylko zakazy twoich rodziców, które należy powoli przełamać. Byli tacy dystyngowani, tacy światowi, pracowali już wtedy w stolicy w biurze. A moja rodzina to zwykli chłopi, którzy mieli kilka hektarów. Twoi nie pozwalali nam się spotykać, ale i tak ukradkiem wyciągałem cię na randki. Bałaś się ich. Nie miałem prawie wykształcenia, ot podstawówkę i szkołę zasadniczą, choć zawsze mnie ciągnęło do edukacji. Dopiero później, gdy na naszym polu wybudowano bloki, poszedłem dalej do szkoły. Ukończyłem technikum rolnicze, potem SGGW. Wybrałem taki kierunek, jakby miał być mi jeszcze do czegoś potrzebny. Ale czym skorupka za młodu nasiąknie… powiadają.

W latach sześćdziesiątych mieszkałem tu jeszcze w drewnianej chacie, a obecny dom wybudowałem ponad czterdzieści lat temu. Stała tu nasza chałupa, kilka domostw, a dalej całe połacie pól uprawnych. Chyba nigdy nie przywyknę do tej całej nowoczesności, autobusów niskopodłogowych, wybetonowanych chodników i ulic pokrytych asfaltem. Za mojej młodości chadzało się po piaszczystych czy błotnistych drogach. Dziś to już nie to samo: buty niezabłocone, nogawki niezakurzone, ale i serce jakieś takie puste. Uwielbiałem jako dziecko iść polną drogą i muskać dłonią kłosy żyta — tak miło łaskotały. Do tego z niczym nie da się porównać szumu wiatru w złocistych łanach. To jakby szum morza, ale delikatniejszy, subtelniejszy, bardziej spokojny. Chyba znasz to uczucie, gdy obcujesz z naturą i czujesz tę jedyną w swoim rodzaju więź, której próżno szukać w świecie blokowisk, samochodów, maszyn i muzyki zagłuszającej wszystkie niuanse. Teraz wszystko takie techniczne, takie ugłaskane.

Dziś postanowiłem cię odwiedzić na piechotę. Choć sam nie wiem, jak tego dokonam — gubię drogę na starość w tych wszystkich obecnych ulicach, przejściach dla pieszych. Nawet nie ma gdzie spokojnie odpocząć. Parę tygodni temu jak szedłem na Ciszewskiego i usiadłem na trawniku, zainteresowała się młoda dziewczyna i spytała, czy ze mną wszystko w porządku. W sumie to chyba powinno być miłe, ale jakoś czuję się po tym jeszcze starzej, jakbym miał już wykorkować.

Pójdę Aleją KEN, bo najprościej. Najpierw chciałem mniej więcej starą Rolną, ale tamtędy mogłoby być ciężko, bo nawet nie poznałbym, którędy ta ulica biegła, tyle tego wszystkiego nastawiali. Tam, gdzie ciągnęła się stara Rolna, teraz i Centrum Onkologii, i wielkie osiedla jak chociażby Służew Nad Dolinką. W zasadzie istnieją tylko dwa fragmenty tej ulicy — jeden tu, na Mokotowie, a drugi na Ursynowie przy Górce Kazurce, biegnący z przerwami aż do ulicy Makolągwy, która dochodzi do Puławskiej.

Ruszam więc mokotowską częścią Rolnej na południe w stronę Ursynowa. Pod nogami zamiast piasku czy błota tępy beton i asfalt. Czasem mam wrażenie, że i zapach tego jest inny. Unosi się w powietrzu coś, co bardziej przypomina pomyje po próbówkach z laboratorium chemicznego niż miejsce, gdzie egzystuje człowiek. Dochodzę do linii metra, które powstawało kilkadziesiąt lat zbyt późno. Tu, od Wałbrzyskiej ciągnie się wzdłuż mojej trasy, aż prawie po sam Las Kabacki. Pierwsza linia metra w Warszawie i Polsce. Gdy otwarto ją, śmiano się, że Wąchock też jest wielkim miastem, bo ma tylko jedną linię metra mniej niż stolica. A ileż to trwały prace? I co to się działo podczas budowy wzdłuż KEN-u, która wtedy jeszcze nie istniała. Wielkie wykopy, mnóstwo błota i liczne incydenty, jak podtopienie czy problemy z gruntem. Dokładnie pamiętam dzień otwarcia pierwszej linii metra — to początek kwietnia tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego piątego roku. Opóźniło się to znacznie, głównie ze względu na brak pieniędzy, ale też zwiększone wymogi bezpieczeństwa. Ale kiedy już ruszyło, wszyscy mówili o metrze. Zbliżało nas do wielkiego świata. Aż strach pomyśleć, nieco ponad dwadzieścia lat wcześniej były to w większości pola uprawne. Myślę sobie, że to najlepszy dowód na migracje ludności ze wsi do miast i na rozrastanie się stolicy.

Mijam centrum handlowe Land. Dobrze pamiętam, kiedy je otworzyli. Zaledwie kilka lat po Okrągłym Stole. Jaki to wtedy był przebój, wielki świat do nas zawitał. Człowiek myślał, że teraz to będzie się żyło inaczej, lepiej, a prawda jest taka, że więcej z tym kłopotów. Obok bloki osiedla Służew Nad Dolinką, które powstały mniej więcej w tym samym czasie, co północny Ursynów.

Kiedy do ciebie chadzałem, nie było tego wszystkiego. Poznałem cię na jednym z niedzielnych spacerów na terenie obecnego Ursynowa. Nigdy nie lubiłem zbytnio towarzystwa, więc poszedłem po porannej mszy, aby pobyć samemu. To samo zrobiłaś ty. Spotkaliśmy się gdzieś na skrzyżowaniu Migdałowej i Mandarynki, pewnie był rok tysiąc dziewięćset siedemdziesiąty drugi, może trzeci. Pamiętam to do dziś: łany zboża, nieopodal niewielki las i ty, podobnie jak ja, uciekałaś od ludzi. Spędziliśmy tamtego dnia ze sobą ładnych kilka godzin. Potem widywaliśmy się niemal co niedzielę w tym samym miejscu. Aż zaprowadziłaś mnie na Nowoursynowską, pod ten sześćsetletni dąb, Mieszko Pierwszy, który teraz jest pomnikiem przyrody.

Tam po raz pierwszy się pocałowaliśmy; siąpił wiosenny deszcz, my schowani pod drzewem, które i tak nas niewiele chroniło, wokół pola i las. I pod nim także kochaliśmy się po raz pierwszy. Był lipiec, chłopi robili sianokosy, a my przez cały dzień siedzieliśmy w cieniu jego liści i podjadaliśmy agrest od ciebie z ogródka, a potem gdy nastał wieczór, skosztowaliśmy siebie nawzajem — nawet twoje usta smakowały agrestem. I miałem wrażenie, że pachniałaś sianem. Jak sobie pomyślę, to agrest będzie mi się zawsze kojarzył z tobą. I trochę z twoimi rodzicami, bo co nie próbowałem się zbliżyć, czułem ich ukłucia. Ilekroć jem agrest, stajesz mi przed oczyma ty, wciąż tak samo młoda, tak samo dziewczęca i niewinna. Mówią, że pamięć jest zawodna, a ja sobie myślę, że często siedzą w niej obrazy sprzed lat, które w niezmienionej formie zabierzemy ze sobą aż do grobu. Dla mnie takim obrazem jesteś ty leżąca na wznak na trawie, taka odprężona, taka spokojna i uśmiechnięta, z kołyszącymi się na wietrze w twoich źrenicach gałęziami Mieszka Pierwszego. Często jak zasypiam, czuję tę mieszaninę niebiańskich zapachów z tamtego wieczoru: woń agrestu zmieszaną ze słodką nutą kobiecego erotyzmu.

— Dobrze mi z tobą — powiedziałaś i spojrzałaś mi w oczy. — Wiesz, ale ja niedługo wyjeżdżam na studia i nie będziemy się tak często widywali.

— To nic, będę cię odwiedzał. — Przytuliłem się do ciebie.

— Kto wie, jak to może być. Ty tu, ja tam… Rodzice mówią, abym się przestała z tobą spotykać.

— Ale nie posłuchasz ich?

— Mówią, że u ciebie w domu to zacofanie, życie niegodne kogoś wykształconego, i że ja zasługuję na coś więcej.

— Jedno jest pewne, Aniu, ja nie zasługuję na ciebie.

To cię poruszyło, podniosłaś się i wyszeptałaś:

— Nie wiem, co mam robić. — Rozpłakałaś się i ruszyłaś biegiem w stronę domu.

Potem zaczęto budować pierwsze bloki na Ursynowie. A jakby wraz z ich budową, ciebie wysłano na studia do Lublina. Kontakt między nami się utrudnił, ale nie urwał. Gdy tylko przyjeżdżałaś, szliśmy znów pod Mieszka Pierwszego. I niemal za każdym razem się kochaliśmy. Nawet zimą, jak ledwo przebrnęliśmy przez zaspy, zaszyliśmy się w krzakach i robiliśmy to na stojąco. A gdy ty nie przyjeżdżałaś, pisaliśmy do siebie listy. Ileż to na strychu w starej skrzyni ich nadal mam. Każdy zabezpieczony, aby się nie zniszczył, a te wyjątkowe oprawiłem w ramki. Czasem ja wsiadałem w pociąg i jechałem do ciebie, ale miałem wrażenie, że się mnie trochę wstydziłaś, bo nigdy nie wyglądałem na miastowego.

Chyba w siedemdziesiątym piątym, kiedy Osiedle Służew Nad Dolinką się budowało, a pierwsze bloki Ursynowa zostały zasiedlone, napisałaś mi, że jesteś zmęczona i żebym nie przyjeżdżał na weekend. Wiedziałem, że masz mnóstwo zajęć na uczelni, więc nie nalegałem. W wakacje przyjechałaś, ale byłaś już jakaś inna. Sama zabrałaś mnie pod Mieszka i wtedy kochaliśmy się po raz ostatni. Gdzieś w sercu przeczuwałem, że to koniec, ale nie byłem w stanie dopuścić tego do świadomości.

Właśnie przechodzę Aleją Ken, przedłużeniem Rolnej przez Surowieckiego. Po prawej minąłem bloki przy Końskim Jarze, po lewej przy Koncertowej. Ale też po prawej wznosi się Kopa Cwila, sztuczne wzniesienie usypane z uszkodzonych prefabrykatów budowlanych i ziemi wybranej przy budowie dróg i budynków. Pamiętam, jak powstawała wraz z pierwszymi blokami na Ursynowie. Zwróciłem na nią uwagę, gdy po raz ostatni szedłem na spotkanie z tobą, brnąłem w głębokim błocie i zastanawiałem się, ile prawdy w tym, co mówiono w telewizji o planach na budowę wielkiego Ursynowa. Okazało się, że to była sama prawda. Kolejne bloki po prawej przy Wiolinowej — dobrze pamiętam, jak je oddawano do użytku, pewnie był rok siedemdziesiąty siódmy, może ósmy. Nasz dalszy sąsiad, którego wysiedlono, dostał tutaj mieszkanie. Poszedłem raz do niego w odwiedziny zaraz po zasiedleniu i to, co pamiętam najbardziej, to wszechobecne błoto. Nawet w twoich okolicach, gdy te tereny jeszcze nie należały do Warszawy, nie było tyle błota. Zupełnie jakby matka ziemia chciała zaprotestować przed kolonizacją kolejnych terenów i błotem próbowała zatrzymać ludzi. Pamiętam, że aż wstydziłem się wejść do jego mieszkania w tak ubłoconych butach — on w tym wielkim świecie, a tu przychodzi taki chłopek i brudzi mu dywany. Ale jak do niego wszedłem, przestałem się wstydzić, bo buty miał jeszcze bardziej umorusane.

Muszę sobie odpocząć, bo nogi zmęczone, wszak mając osiemdziesiątkę na karku, człowiek o wiele już słabszy. Siadam więc na niewielkim trawniku za Surowieckiego i wspominam ciebie. Wiele razy chadzałem w okolice twojego domu, aby próbować się do ciebie zbliżyć, może cię zobaczyć, mimo iż mieszkałaś w lubelskim internacie. Na dobrą sprawę nie wiem, po co to robiłem, po prostu musiałem, i już. Trochę dalej przy Surowieckiego stoi ursynowski Megasam, w którym czasami robiłem zakupy. Pamiętam, że wkrótce po jego otwarciu kupiłem tam fajerwerki na Sylwestra. Cieszyłem się jak dziecko. A potem doszły mnie informacje, że niedługo ugiął się od śniegu dach, a trzy lata później zapaliły się fajerwerki i spłonęła część magazynu. Tak sobie czasem myślę, co to by było, gdyby ten dach spadł mi na głowę.

Ruszam dalej na południe i mijam po prawej Pasaż Ursynowski, który oddano dokładnie na przełomie dekad. W tym całym skupisku wielkich bloków ten fragment jest nieco inny: niskie szeregowce z witrynami sklepów i nieregularnymi dachami, co sprawia wrażenie luksusu. Wtedy przestałaś zupełnie przyjeżdżać do rodziców. Słuchy mnie doszły, że zamieszkałaś z kimś od siebie z roku. Ale ja wcale nie odpuszczałem, nadal chadzałem w okolice domu twoich rodziców. Chyba po prostu nie chciałem się pogodzić z tym, że nie jesteśmy razem. Nawet raz pojechałem do Lublina, skryłem się gdzieś w zaroślach i obserwowałem wyjście od ciebie z wydziału. Szłaś w objęciach mężczyzny, który w żadnym względzie nie przypominał mnie: był wysoki, świetnie ubrany i taki męski. Wsiedliście do jakiegoś zachodniego samochodu i odjechaliście z piskiem. Poczułem, że między nami stanęli nie tylko twoi rodzice, ale i przepaść cywilizacyjna. Bo mnie nawet nie było stać na malucha, a ten twój facet jeździł czymś z wielkiego Zachodu. Poszedłem do dworcowego baru i upiłem się, aż milicja zawiozła mnie do izby wytrzeźwień. Wracając pociągiem, obiecywałem sobie, że koniec z tymi sentymentami, czas zadbać o siebie. Ale jak tylko dotarłem do Warszawy, zrobiło mi się smutno, jakoś żałośnie i znów polazłem pod dom twoich rodziców.

Przechodzę teraz obok galerii Ken Center, która powstała w wyniku rozbudowy marketu Leclerc. To obecne centrum handlowe niewiele przypomina tamten stary market, który istniał jeszcze pod inną nazwą na początku lat osiemdziesiątych. Po prawej bloki przy Hawajskiej. Oddawano je również na początku dekady. Wtedy już powoli sobie odpuszczałem, choć jeszcze czasem chadzałem w twoje okolice czy pod Mieszka Pierwszego. Zdarzyło się nawet zabrać tam jakąś koleżankę, ale w gruncie rzeczy nie byłem nią zainteresowany i nie zostaliśmy parą. Bezustannie siedziałaś mi w głowie, mimo iż czułem, jak rośnie między nami wielki mur. Myślę sobie, czy przypadkiem to nie było tak, że wraz z przyłączeniem terenów, gdzie mieszkałaś, do Warszawy, w tobie nie obudziła się chęć brnięcia ku cywilizacji. W końcu bycie Warszawiakiem do czegoś zobowiązuje.

Dalej mijam Multikino przy Indiry Gandhi. W czasach gdy je oddano, byłem już dawno po studiach, z ciepłą posadką na SGGW i wspomnieniami ciebie, które nie chciały mnie opuścić. Co nie próbowałem sobie ułożyć życie z jakąś kobietą, część mnie protestowała i uciekałem niemal w panice. Multikino powstało pod koniec lat dziewięćdziesiątych. Jakież kolejki się tu ustawiały, bo niemal każdy chciał zobaczyć film w tak wielkim i nowoczesnym kinie.

Gdy dochodzę do Płaskowickiej, tu po lewej jest adres KEN pięćdziesiąt cztery, gdzie mieści się lokalna klubokawiarnia, w której czasem wygłaszane są prelekcje historyczne i nie tylko. Byłem tam raz na odczycie na temat historii Ursynowa. Serce się krajało, jak przypominałem sobie czasy, gdy byliśmy razem. Tę część Ursynowa wybudowano w latach osiemdziesiątych, kiedy ja już poszedłem na studia. Wtedy dowiedziałem się, że ułożyłaś sobie życie z tym mężczyzną, którego przy tobie widziałem.

Skręcam w lewo w Płaskowickiej, aby zajrzeć na tymczasowo przeniesiony w to miejsce Bazarek na Dołku. Jego stała lokalizacja znajdowała się kilkaset metrów stąd, ale zmieniono ją na czas budowy obwodnicy. To najznamienitszy bazarek na Ursynowie, lokalnie znany równie dobrze jak Bazar Różyckiego na skalę całej Warszawy. Aż dziwnie się wchodzi między stragany w innym miejscu, wciąż nazywając to Bazarkiem na Dołku. Przechodzę obok kolejnych stoisk. Sam nie wiem, czego szukam. Tu artykuły spożywcze, tam mnóstwo drobiazgów, dalej widzę warzywa i owoce. Waham się, czy tam podejść, bo jestem już bardzo zmęczony i każde wchodzenie w skupiska ludzkie powoduje jeszcze większe wyczerpanie. Ale podchodzę pchany ciekawością. Soczyste jabłka, smakowite gruszki, czerwone wiśnie, trochę porzeczek i… agrest! Jest agrest!

— Po ile ten agrest? — pytam sprzedawczynię. Nawet na nią nie patrzę, interesuje mnie tylko pudełko z agrestem.

— Osiem złotych, drogi panie — odpowiada słabym głosem. — Świeżutki, dziś rano zrywany.

Dobrze wiem, ile prawdy w tych słowach. Kobieta przyjechała tu skoro świt, więc musiałaby zrywać agrest po nocy.

— Naturalnie, naturalnie. — Kiwam głową. — To wezmę opakowanie.

Sięgam do kieszeni po portfel, ale właśnie sobie przypominam, że został na szafce w przedpokoju. Widzę przed sobą wyciągniętą dłoń kobiety z agrestem.

— Bierze pan? — pyta poirytowana sprzedawczyni.

— Nie, zapomniałem z domu pieniędzy. — Powoli odwracam się, aby wyjść z bazarku.

— Czekaj pan. Wygląda pan na dobrego człowieka i że ten agrest panu naprawdę smakuje.

Spoglądam na nią nieśmiało.

— Weź pan za darmo, dziś nikt nie chce go kupować, tylko inne owoce — ciągnie. — Lepiej, żeby pan go zjadł, niż miałby się zmarnować.

— Naprawdę? — Nie wierzę w to, co słyszę.

— Młodemu to bym nie dała, ale takiemu jak pan to grzech nie dać. — Uśmiecha się.

— Ale pani straci…

— Raz stracę, drugi raz zyskam, życie kołem fortuny się toczy. Kto wie, może to ostatni agrest w pana życiu?

— Ale…

— Bierz pan, bo się rozmyślę — podnosi głos.

Z dużą niepewnością sięgam po pudełko z agrestem, nie mogąc spojrzeć sprzedawczyni w twarz. Wiem, że powinienem, że tak doceniłbym jej gest, ale nie jestem w stanie.

Odchodzę najszybciej, jak potrafię. Idę w nieokreślonym kierunku przytłoczony tym, co się stało. Czuję się z jednej strony dobrze, że mam to, czego chciałem, ale z drugiej znów dopada mnie wrażenie, że ten przywilej to z racji wieku, a to informacja dająca mi do zrozumienia, że już jestem bardzo blisko. Sam nie wiem, czy nie wolałbym odejść bez agrestu, tak przynajmniej czułbym się w pełni sił i zdrowia. Drepczę, gdzie mnie nogi poniosą, nie patrzę na ulice, budynki, czy cokolwiek innego. Chyba chcę uciec od swojego wieku. Na dłuższy moment niemal tracę świadomość. Przed oczyma pojawia mi się na chwilę jakieś duże skrzyżowanie, potem męcząca wędrówka szybkim krokiem, kolejne duże skrzyżowanie i wchodzę na brukowaną drogę, która wydaje mi się dobrze znajoma. Ostrożnie stawiam stopy, aby nie skręcić kostki. Jestem wykończony. Chyba nigdy w życiu nie czułem się tak zmęczony. W końcu dostrzegam, że siadam na trawie obok jakichś stalowych konstrukcji. Niemal padam ze zmęczenia. Zamykam oczy i zasypiam, trzymając w ręku plastikowe pudełko agrestu.

Budzę się nadal zmęczony, ale już przytomny. Słońce chyli się ku zachodowi. Patrzę przed siebie, a wokół stoi kilka osób w szerokim okręgu. Ktoś właśnie podchodzi, dzwoniąc na pogotowie, słyszę.

— Proszę nie dzwonić — mówię. — Wszystko ze mną w porządku, chciałem po prostu odpocząć. — Ale dociera do mnie, że mój głos jest ledwie słyszalny.

— Już zadzwoniłam — mówi młoda dziewczyna. Spoglądam jej w twarz i jest tak podobna do ciebie: kolor włosów ten sam, rysy podobne, budowa ciała niemal identyczna. — Gdzie pan mieszka?

— Ja?… Na Rolnej.

— Naprawdę? Ja, można powiedzieć, również — energicznie odpowiada dziewczyna. — W zasadzie na Gminnej, która była kiedyś Rolną, na Ursynowie, nie na Mokotowie. — Siada koło mnie. — Ale pewnie pan jej nie kojarzy.

— Kojarzę. — Uśmiecham się. — I to bardzo dobrze.

— A co pan tutaj robi?

— Sam nie wiem. — Rozglądam się po raz pierwszy i właśnie dociera do mnie, że siedzę pod Mieszkiem, dębem z naszej młodości. Jak tu dotarłem?

— Rozsypał się panu agrest. — Dziewczyna sięga i zaczyna zbierać do pojemnika nieco rozsypanych owoców. Nagle zakrywa dłońmi twarz i zaczyna płakać.

Sposób, w jaki płacze, tak bardzo przypomina mi ciebie. Próbuję się podnieść, ale nogi odmawiają posłuszeństwa. Szoruję tylko piętami o trawnik, na którym siedzę. W końcu zaprzestaje prób i pytam:

— Coś się stało?

— Znam pana — odpowiada dziewczyna przez łzy. Spogląda na mnie, a ja widzę ciebie. — Ten agrest, ten dąb i ta Rolna. — Ponownie zakrywa dłońmi twarz.

Nie rozumiem, co do mnie mówi. Czy ja się nadal nie obudziłem i śnisz mi się ty?

— Poczęstuj się. — Mimo iż miesza mi się w głowie, podnoszę pojemnik z agrestem i podsuwam bliżej niej.

Dziewczyna powoli opanowuje płacz.

— Ma pan na imię Jerzy i tu, pod tym dębem przeżywał pan swoją wielką miłość — mówi. Sięga po agrest, wkłada do ust jeden owoc, ostrożnie rozgryza, nieco się krzywi i uśmiecha. — Faktycznie, smakuje tak, jak to słyszałam. Wie pan, że nigdy nie jadłam agrestu? Znam go tylko z opowiadań.

— Naprawdę. — Chyba nie dociera do mnie to, co słyszę.

— Tak, kilka razy chciałam już go spróbować, ale za każdym razem rezygnowałam, aby nie konfrontować swojej wyobraźni z rzeczywistością. Powiem panu, że jest pyszny: trochę słodki, mocno kwaśny i niepowtarzalny. — Sięga po kolejny owoc i rozgryza go równie wolno.

— Kim ty jesteś? — pytam szeptem.

Dziewczyna spogląda mi w oczy już bez łez.

— Pana przyszywaną, a może niedoszłą wnuczką. — Targana skrajnymi emocjami wybucha śmiechem. — Też mam na imię Ania, po niej.

Nie wierzę w to, co słyszę.

— Tak, panie niedoszły dziadku — nadal się zaśmiewa. — Panie Jurku, ona nigdy nie przestała pana kochać, tylko rodzice, kariera i wielki świat zawróciły jej w głowie. Od kiedy pamiętam, opowiadała mi o panu.

— Mówisz, dziecko, o Ani? — zadaję głupie pytanie.

— Tak, wiem, że tu mieliście pierwszą randkę, tu się kochaliście. A teraz niech pan spojrzy. — Pokazuje ręką w górę na drzewo, pod którym siedzimy. — Ktoś go podpalił w zeszłym roku. Nawet wasze miejsce spotkań mało nie zostało zniszczone. Babcia mówiła, że zrobiła to rodzina dziadka, bo dziadek zawsze był zazdrosny o pana i całą waszą historię.

Rozglądam się i faktycznie widzę poczerniałe od ognia gałęzie i pień. Do tego konary wsparte są na stalowych słupach, tak, aby nie rozdarły Mieszka.

— Jeszcze miesiąc temu babcia wahała się, czy się do pana nie odezwać — kontynuuje. — Ledwo żyła, a myślała tylko o panu.

— Jak to ledwo żyła? — pytam niepewnie.

— Hmmm… — Opuszcza głowę, wstrzymuje oddech. — Właśnie wracam z jej pogrzebu, panie Jurku.

Gdy to słyszę, odchodzą ode mnie wszystkie siły witalne. Czuję, jakbym umierał sam.

— Myślę, że to ona nas tu przyprowadziła — szepcze, bierze mi z ręki pudełko z agrestem, stawia na trawniku i przytula się do mnie.

Zaczynam płakać jak dziecko. Czuję, jakbyś to była ty.

A może to nadal ty?…

Dwa zwierciadła

Dwa zwierciadła

Widzę mnóstwo ludzi: grubych, chudych, wysokich, niskich. Także łysych, z długimi włosami i brodatych. Przychodzą różni, zawsze chcą tego samego.

Dostrzegam w nich bardzo wiele: od uśmiechu do cierpienia, w zależności od osoby.

Czasem myślę sobie, że tyle, co widziałem, powinno starczyć, aby zaspokoić cały głód poznania. Ale nie…

Pragnę następnych i następnych. I kolejnych.

Zaczynam marnieć, kiedy nikt się nie pojawia. Czegoś mi brakuje. Ale czego?…

A kim jestem? No kim?…

Lustrem.

Widzę więc tylko ludzi, nigdy siebie. I choćbym poznał wszystkie osoby na świecie, mój głód poznania nie zostanie zaspokojony.

Doznam spełnienia, gdy stanie przede mną drugie lustro.

Szewc — drabble

Szewc — drabble

Athletic, Buty, Kobiety, Bata Shoe Museum, Toronto

Jestem szewcem. Lubię to, co robię. Od lat staram się tworzyć jak najlepsze buty.

Gdy skończyłem być czeladnikiem, uszyłem bardzo wygodne półbuty. Były tak doskonałe, że po przetestowaniu ich zacząłem je wytwarzać hurtowo.

Klient był bardzo zadowolony.

Kilka lat później stworzyłem doskonałe sandały. Po tygodniu chodzenia w nich podjąłem decyzję o wytwarzaniu masowym.

Klient był bardzo zadowolony.

Gdy miałem czterdzieści cztery lata, przyszykowałem ciepłe i piękne kozaki. Miesiąc później sprzedawałem je hurtowo.

Klient był bardzo zadowolony.

Mam teraz osiemdziesiąt pięć lat. Wokół mnie leży trzynaście znakomitych modeli butów.

Klient może być zadowolony.

*

Jednak czegoś mi brakuje…

*

Może uszyć nowy model?

powiedz kim jestem

powiedz kim jestem

Graffiti, Wall, Twarz, Krzyk, Emocje, Sztuka

tam gdzie ignorancja struga serce

tam niejeden się przejechał gębą po świecie

ale numer jeden tyłkiem po zadrach

*

słowa ważniejsze niż dusze

dawno sprzedane w Bogu winnych zakrystiach

skrzyżowane drwa wyciągane z majtek

kłują w oczy niegodziwością

*

pogania nas szara postać

rzucana przez słońce

wydychamy smołę

w zupełnej czerni szarość rozświetla nam drogę

Do ludzi

Do ludzi

Puzzle, Zespół, Praca Zespołowa, Udostępnij, Razem

Wyszedłem z lasu. Nie znałem zasad. Wyglądałem inaczej niż ktokolwiek na świecie: miałem pociągłą twarz, wzrost ponad dwa metry i byłem bardzo chudy. Ale poszedłem między ludzi.

Podszedł niski facet i spytał, czy nie wstydzę się być właśnie taki. Przejąłem się. Ledwo powłóczyłem nogami. Gdy wróciłem do domu, zaniepokojony odkryłem, że jestem niski.

Następnego dnia kobieta z okrągłą twarzą przysporzyła mi mnóstwo poczucia winy. Przejąłem się. Ledwo powłóczyłem nogami. Gdy wróciłem do domu, zmęczony zobaczyłem, że mam pulchną twarz.

Kolejnego dnia starzec narobił mi strasznego wstydu. Przejąłem się. Ledwo powłóczyłem nogami. Gdy wróciłem do domu, w lustrze ujrzałem wiekowego starca.