Moja wieża Babel

Moja wieża Babel

Photo by Frank Cone on Pexels.com

Przyszedłem na świat niespodziewanie. Bez udziału lekarza, akuszerki czy pielęgniarki. Mama gniotła ciasto na kluski, gdy poczuła silne skurcze. Skuliła się, złapała za brzuch i wiedziała, że nie zdąży do szpitala. Resztką sił rozścieliła na podłodze czysty koc, prześcieradło, wzięła miskę z ciepłą wodą, nożyczki do przecięcia pępowiny i położyła się nago. Trwało to kilkanaście minut: parcie, parcie, jeszcze raz parcie, przeplatane gigantycznym bólem i jękami. Urodziłem się malutki, żółciutki od żółtaczki poporodowej, a przede wszystkim pośladkami naprzód. Później lekarz powiedział, że przy takim porodzie zawsze robią cesarkę.

Z dnia na dzień rosłem jak na drożdżach i nawet mama nie zauważyła, kiedy podniosłem się do pozycji siedzącej. Dotychczasowe grzechotki i przytulanki odłożyłem na bok i wziąłem do ręki kolorowe klocki, których rodzicielka dostała całe wielkie pudło. Próbowałem układać z nich cokolwiek, ale nie rozumiejąc, jak to należy robić, szybko się nudziłem i rzucałem nimi po całym pokoju. W tym samym czasie zaczynałem coraz bardziej gaworzyć. Słyszałem słowa, które wypowiadała mama, więc chciałem ją naśladować, ale wychodziły mi jedynie pojedyncze głoski, czasem sylaby. Jednocześnie powoli opanowywałem sztukę posługiwania się klockami.

Kilka miesięcy później sprytnie ułożyłem cztery klocki w blok i powiedziałem pierwsze słowo: mama. Matka wzięła bloczek, kiedy nie widziałem, i ustawiła wysoko na półce w przeszklonym regale, aby pozostał na pamiątkę. Z coraz większą ochotą krzyczałem to słowo: czasem ze szczęścia, czasem ze zdenerwowania, a czasem, aby się za chwilę pośmiać z tego, jak mama szybko podbiegała, nawet w nocy. W międzyczasie szlifowałem umiejętność chodzenia, także z pełną pieluchą, co powodowało, że mama strasznie się krzywiła i powtarzała: oj, jak nieładnie.

Gdy miałem dwa latka, zacząłem wymawiać kolejne słowa i na widok mamy wyrzucałem je z siebie. Raz nazywałem ją mama, drugi raz baba, a innym razem używałem wymyślonego przez siebie wyrazu: upa! Zupełnie nie rozumiałem, dlaczego mama równo cieszyła się z każdego. A z klocków układałem już wymyślne kształty i ustawiałem je jeden na drugim. Rosły wzwyż. Kilka miesięcy później łączyłem już słowa po dwa, trzy, czy nawet więcej. Powstawały w ten sposób proste wyrażenia i zdania. Chodziłem już całkiem dobrze i z dnia na dzień sięgałem do wielkiego pudła z klockami, wyciągałem te najbardziej kolorowe i dokładałem do powstającej konstrukcji, która wciąż się powiększała.

Na czwarte urodziny dostałem klocki, z których można było ułożyć czerwony wóz strażacki, czołg i koparkę. Ale nie chciałem się nimi bawić. Z pietyzmem układałem swoją wieżę. To stało się moim celem. Gdy szedłem pierwszy raz do szkoły, konstrukcja sięgała metra wysokości i pół metra grubości; cały czas dokładałem do niej kolejne klocki. W klasie uczyłem się zachowywać jak inne dzieci, ale też używać właściwie słów, które jeszcze myliłem. Wracałem potem do domu i wymieniałem przypadkowe klocki w wieży tak, aby pasowały do całości. Mama przyglądała się temu z fascynacją, wspierała mnie, czasem podpowiadała, co naprawić, ale nigdy z jej ust nie padł żaden rozkaz, wybór zawsze należał do mnie.

W trzeciej klasie szkoły podstawowej podłapałem od kolegów, że nie należy bawić się z dziewczynkami, tylko ciągnąć za warkocze. Wziąłem sobie to do serca, bo chciałem być podobny do innych. Ale też w tym samym czasie zaczęły się bójki między kolegami, również mnie w to wciągnęli. Wracałem czasem z siniakami, z guzami czy rozbitym nosem. Zły na wszystko i na wszystkich zamykałem się w swoim pokoju i zauważyłem, że w wybudowanej wieży czegoś mi brakuje. Jakiś czas później zerknąłem do pudła, które dostała mama po moich narodzinach i gdzie wrzucane były nieużywane zabawki. Zobaczyłem zestaw klocków na wóz strażacki. Ale też drugi na czołg. Chwyciłem oba natychmiast. Ten pierwszy układałem, wyobrażając sobie, że z dobrymi kolegami jedziemy ratować ludzi z pożaru, a ten drugi ustawiałem na podłodze czy stole i pomagał mi walczyć z tymi chłopakami, którzy chcieli się bić. W tym czasie zaniedbałem wieżę, wolałem to, co było mi pomocne w szkole.

Kiedy poszedłem do liceum, poznałem dziewczynę, która mi się niezwykle spodobała. Siadałem jak najbliżej niej, dużo rozmawiałem, rozśmieszałem. Potem zacząłem odprowadzać ją do domu. Moje serce zaczęło bić coraz mocniej. Coraz bardziej o siebie dbałem, ćwiczyłem pompki i skłony, ładnie się ubierałem. I pierwszy raz w życiu układałem nieporadne wiersze. Spojrzałem na swoją wieżę z klocków i poczułem, że czas ją ozdobić. Mnóstwo klocków wymieniałem na błękitne. Potem patrzyłem w niebo i marzyłem o wybrance. Starałem się, aby budowla była coraz ładniejsza, toteż wygładzałem kształty, zbudowałem wielki strzelisty czub po sam sufit. Siadałem na łóżku i wpatrywałem się z wieżę, wierząc.

Lecz wkrótce moja wiara została uziemiona. Po kilku randkach dziewczyna powiedziała, że jest ktoś inny, i nie może się ze mną spotykać. Wróciłem do domu i z całej siły walnąłem pięścią w strzelisty szpic wieży. Runął z hukiem na podłogę. Całą konstrukcję przesunąłem w kąt i narzuciłem na to starą narzutę. Musiała zostać zapomniana.

Do końca studiów nie interesowały mnie dziewczyny. Zamiast tego wybierałem kolegów i chodziłem z nimi, najpierw na trzepak, aby pogadać, a potem na piwo. A w końcu i na wódkę. Wiele razy wracałem podpity do domu i, nie wiedzieć czemu, zaglądałem do starego pudła. W oczy rzucały mi się przeróżne klocki: jedne, z których można wybudować dom, inne na halę produkcyjną, a jeszcze inne na samochody i motocykle. Brałem je i zwykle wybierałem te ostatnie. Wieża nie obchodziła mnie, stała cały czas przykryta narzutą i zarastała kurzem i zapomnieniem.

W końcu poszedłem do pracy. Po każdej wypłacie odkładałem sporą sumkę do szkatułki stojącej wysoko na regale. Z każdym miesiącem stawała się coraz bardziej atrakcyjna wagą tego, co wewnątrz, ale też coraz trudniejsza do podniesienia. Dbałem, aby nikt tam nie zaglądał. W końcu, po kilkunastu miesiącach pracy, kiedy zdjąłem ją z wielkim wysiłkiem, przeliczyłem pieniądze i uznałem, że cel osiągnięty. W sobotę pojechałem i kupiłem motocykl. Jednocześnie dostałem od sprzedawcy kilka małych modeli motocykli, które ustawiłem na miejscu szkatułki. Wieczorami, gdy wracałem zmęczony z pracy, albo czyściłem swój motocykl, albo leżałem na łóżku i wpatrywałem się w kolejne modele przedstawiające coraz lepsze maszyny. Po jakimś czasie ponownie ustawiłem szkatułkę i zbierałem na następne marzenia na dwóch kółkach. I tak rok później miałem najnowszą Yamahę, a po kolejnym pięknego Harleya. O wieży zapomniałem do tego stopnia, że nawet w trakcie sprzątania omijałem ten kąt z daleka.

Któregoś razu, gdy jechałem na motocyklach z kolegami po Bałkanach, dołączyła do nas skromna, ale ładna motocyklistka. Była młodsza ode mnie. Jechała starą maszyną, na której bałbym się wyruszyć w długą trasę ze względu na możliwość awarii. Usiedliśmy wieczorem przy ognisku, wzięła gitarę i zagrała kilka piosenek z czasów mojego liceum, w tym takie, które nierozłącznie kojarzyły mi się z ówczesną sympatią. Patrzyłem na nowo poznaną towarzyszkę podróży i coraz bardziej przypominałem sobie, czym są piękne uczucia. Zakochałem się w niej w ciągu kilku dni. Odłączyliśmy się we dwójkę od grupy i wróciliśmy razem do kraju. Zaprosiłem ją do siebie, gdy mamy nie było w domu. Już się całowaliśmy, pieściliśmy, już szło ku zbliżeniu, gdy Logia, bo tak kazała na siebie mówić, wstała i spytała, co jest w kącie pod narzutą.

Z niechęcią pokazałem swoją budowlę, która w tym czasie była dla mnie całkiem nieatrakcyjna, a nawet niepotrzebna. Uklękła przed nią i zaczęła przyglądać się poszczególnym kondygnacjom. Powiedziała, że to jest naprawdę piękne. Że czegoś takiego, trzymanego od przedszkola nie widziała nigdzie. Odwróciła się i szybko poszliśmy do łóżka.

Następnego dnia wysunąłem wieżę na środek pokoju, porządnie odkurzyłem i zacząłem upiększać. Na dole dawałem klocki zielone, kojarzące się z dzieciństwem, wyżej inne kolory, a na wysokości mojego serca dałem błękitne, przywodzące na myśl miłość. I ponownie ułożyłem strzelistą szpicę sięgającą sufitu. Tego samego wieczora usiadłem przed biurkiem, chwyciłem wieczne pióro, które dostałem w prezencie za ukończenie studiów, wyciągnąłem stary zeszyt i zacząłem pisać. Słowa wypływały ze mnie niemal bez udziału świadomości. Najpierw zapełniłem jedną stronę, potem kolejną, w końcu przed północą miałem zapisanych ich prawie trzydzieści. Spojrzałem na wieżę, która nagle, sama z siebie, rozrosła się do wielkiej konstrukcji zajmującej jedną trzecią pokoju. Nabrała też atrakcyjnych dla mnie kolorów i kształtów. Zupełnie jakby ożyła.

Trzy miesiące później miałem ukończoną pierwszą książkę. Przepisałem ją na komputer, poprawiłem błędy, w wieży zniknęły niepasujące klocki, a ich miejsce zajęły takie, które, jak mniemałem, wkomponowywały się idealnie. Logia nie mogła wyjść z podziwu, że mam taką smykałkę do barw i kształtów. Była również pod wrażeniem, że dałem radę napisać książkę. Sama się zaangażowała i czytając, zaznaczała błędy i niedociągnięcia, których nie zauważyłem ja. Miesiąc później powieść była gotowa. A wraz z nią wieża wydawała się idealna. Powieść wysłałem do wydawnictwa.

Jakiś czas potem przyszła odpowiedź, że nie są zainteresowani ze względu na słaby styl. A że temat im się bardzo spodobał, przysłali długą listę niedociągnięć. Spojrzałem na swoją budowlę i nagle zdałem sobie sprawę, że została wybudowana bardzo nieporadnie. Usiadłem przed nią i podjąłem decyzję.

Następnego dnia kupiłem kilka poradników o tym, jak pisać, wykupiłem kurs pisania i byłem gotów zacząć wszystko od nowa. Wróciłem do domu w piątek i bez namysłu rozłożyłem wieżę na pojedyncze klocki. Nie pozostały nawet dwa na kupie.

Przez najbliższy czas czytałem poradniki, pisałem krótkie opowiadania, które wysyłałem do znajomych z kursu pisarskiego, i zapamiętywałem wnioski. Jednocześnie, bardzo powoli, układałem wieżę od nowa. Niby podobnie jak wcześniej: zielone na dole, błękitne na wysokości serca, ale teraz miejsce każdego klocka było przemyślane, a przejścia między kolorami przestawały drażnić oko.

Dwa lata później stała przede mną wieża, z której byłem w pełni zadowolony. Smukła, strzelista, z pięknym czubem pod sufit, w idealnych barwach. Podjąłem decyzję, że czas napisać właściwą książkę. Wziąłem długi, zaległy urlop, zamknąłem się w mieszkaniu i pisałem. Tym samym wiecznym piórem. Logia przychodziła, wspierała mnie, przynosiła jedzenie, czasem piwo dla odpoczynku i wkładała całą siebie w nową powieść. Pisałem bez poprawek, to, co mi do głowy przyszło, aż skończyłem. Wtedy, czytając całość, wprowadzałem poprawki. Miałem wrażenie, że wieża jest coraz piękniejsza i coraz bardziej atrakcyjna nie tylko dla mnie. W końcu wysłałem tę powieść do tego samego wydawcy, przypominając, kim jestem.

Odpowiedź przyszła po dwóch tygodniach. Była pozytywna.

Teraz, gdy jestem emerytem, kiedy napisałem kilkanaście powieści i niezliczoną ilość opowiadań czy esejów, patrzę z Logią na moją, a w zasadzie na naszą wieżę i jestem dumny. Zerkam też na ustawione na półkach: wóz strażacki, czołg, małe modele motocykli i niczego nie żałuję – ani rozbitego wielokrotnie nosa, ani guzów, ani ciągnięcia koleżanek za warkocz.

Zasypiam. Ale wierzę, że dam radę moją wieżę jeszcze upiększyć. Choćby odrobinę.

Wierzę w wieżę.

2 myśli w temacie “Moja wieża Babel

  1. Hej, Antoni!

    Trochę nie rozumiem tytułu. O ile biblijna wieża Babel była symbolem pychy i upadku, w przypadku bohatera, jak rozumiem, jest to raczej metafora porządkowania życia, przebudowy wewnętrznej. Ale czy ten bohater miał co porządkować? Z opisu wychodzi, że żywot wiódł przeciętny, raczej bez większych dramatów. Choć zastanawiające trochę, czemu nawet słowem nie wspomniał o ojcu.
    Miło Cię znów poczytać.

    Pozdrawiam.

    Polubienie

    1. Hej, Gabrielu.

      Widzisz, ja tu nawiązałem do aktualnego znaczenia „wieży Babel”, czyli miejsca, gdzie są różne języki. (https://pl.wikipedia.org/wiki/Wie%C5%BCa_Babel) Ja to uprościłem i ograniczyłem to do jednego języka, może zrobiłem błąd, ale w metaforze, pisanie książki, szczególnie kształtowanie odpowiedniego języka pisarskiego, ująłem niejako posługiwanie się obcym językiem. (Choć nie jestem w pełni zadowolony z tego tekstu.)

      Dzięki za wizytę, a szczególnie za dobre słowo.

      Pozdrawiam

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s