Na południe od treści — cz. 3

Na południe od treści — cz. 3

Nic nie jest pewne…

Na Plac Grzybowski zajechał dziesięć minut później. Najpierw rozejrzał się, gdzie by tu zaparkować, objechał cały teren, ale niestety, albo stał znak zakazu zatrzymywania się i postoju, albo miejsca były zajęte, a na podjeździe pod nieczynną bramą leżały jakieś materiały budowlane. W końcu na chwilę zatrzymał się przy sklepie z linami i sznurami, który pamiętał jeszcze z dzieciństwa, i podjął decyzję: zaparkował na końcu postoju dla taksówek, bo nie stało tam akurat żadne auto. Rozejrzał się tylko, czy nie podjeżdża żadna taryfa albo czy nie ma gdzieś policji lub straży miejskiej, bo zatrzymując się tu, złamał prawo.

Wysiadł. Przy postoju taksówek, na którym stanął, był dziwnie wyglądający płatny parking odgrodzony siatką, przed którym zieleniły się cztery klomby z pojedynczymi kasztanowcami. Dostrzegł napis na siatce: tu powstanie nowa siedziba tskż. Domyślił się, że chodzi o coś związanego z kulturą żydowską. Kawałek za nim stał zamknięty szlaban do płatnego parkingu, a po drugiej stronie ulicy, za betonowym murkiem, trójkątny teren obsadzony dużą ilością zieleni. Wielokrotnie tu przyjeżdżał, ale nigdy tak dobrze się nie rozejrzał, bo znajomość tego terenu nie była mu do niczego potrzebna. Teraz jednak chciał się zorientować, co ma dokładnie robić. A po drugie szukał miejsca, gdzie niegdyś mieściła się knajpa. Zamknął samochód i przeszedł tam, gdzie wyrastało sporo zieleni — na drugą stronę ulicy. Gdy wszedł tam, zobaczył sporą sadzawkę wyłożoną betonem, w której porozrzucane były płytki chodnikowe wystające ponad wodę. Głębokość sadzawki ocenił na kilka centymetrów, ale to wystarczało, aby teren dzięki temu zyskiwał nieco odmienności od miejskiej zwyczajności. Gdzie w stolicy można jeszcze natknąć się na takie tereny? Mógłby w pamięci znaleźć zaledwie tylko kilka takich miejsc. Dostrzegł ławkę i bez namysłu podszedł i spoczął. W centrum Warszawy był otoczony zielenią, z namiastką naturalnej sadzawki, a to wszystko na terenie zaledwie kilkuset metrów kwadratowych. Chyba autor kopert z nesesera wiedział, co robi, umieszczając pierwsze zadanie w takim miejscu.

Marek nadal nie wiedział, gdzie znajdowała się ta knajpa. Wstał i zerknął wokół w poszukiwaniu kogoś, kogo mógłby zapytać. Ale stał tu sam. Ruszył z powrotem do samochodu. Kiedy wyłonił się zza okalającego murku, z przykrością stwierdził, że obok jego auta stoi samochód straży miejskiej. Żeby było ciekawiej, dostanie mandat za parkowanie samochodu na niedozwolonym miejscu. Niechętnie tam ruszył.

— Dzień dobry, to pana wóz? — usłyszał z ust strażnika miejskiego.

— Niestety tak. — Człapał ze spuszczoną głową.

— Będzie mandacik, tu nie wolno stawać.

— Ale ja tylko na małą chwilę.

— Na małą chwilę, na dłuższą chwilę. Jakby tak każdy robił, nie byłoby miejsca dla taksówkarzy. Proszę o dowód rejestracyjny, prawo jazdy, i jeśli pan ma, dowód osobisty.

Marek podał im dokumenty, ale też pomyślał, że użyje swojej najlepszej broni.

— Ale panowie — powiedział cicho, gdy już podszedł blisko. — Jestem pisarzem i przyjechałem tu, aby się co nieco rozejrzeć, bo potrzebne mi to będzie do następnej książki.

— Jakim znowu pisarzem… — Jeden ze strażników pokiwał z pobłażaniem głową.

Jak tylko Marek to zauważył, poczuł, że jest szansa.

— Czytali panowie „Nikt nie jest bez winy”, „Ponurą prawdę” albo „Na zewnątrz” — wymienił tylko kilka swoich tytułów, tych najchętniej kupowanych.

— Panie, nawet gdyby pan napisał „Quo vadis”, nie zmieniłoby to faktu, że należy się mandat — powiedział jeden.

— Zygmunt, ja czytałem jedną z tych książek. To dobre kryminały — powiedział drugi.

— No to stać pana na mandat — zauważył pierwszy.

— Zygmunt, nie bądź taki zasadniczy…

— Jestem tu, aby się nieco zorientować — przerwał Marek. — Panowie, gdzie tu było Pardon to tu?

— To tu! — Zaśmiał się drugi.

— Czyli? — dopytał Marek.

Strażnik odwrócił się w stronę strzeżonego parkingu, gdzie stał szlaban i wskazał głową:

— Tędy się wchodziło, a sama knajpa była w tym żydowskim budynku.

— W którym dokładnie miejscu?

Strażnik kiwnął na Marka i ruszył pod sam szlaban. Gdy już stali przed nim, powiedział:

— No, jakieś dziesięć metrów stąd było wejście, gdzieś tu. — Wskazał palcem.

Marek, pamiętając, co zostało zapisane w kopercie, błyskawicznie odwrócił się w drugą stronę, aby sprawdzić, gdzie jest miejsce, które określono jako „naprzeciwko byłego przepraszania”. Stał tam metrowy murek odgradzający zielony teren, na którym był przed chwilą. Przecież w zadaniu zapisano, żeby usiąść na murku. Wszystko się zgadzało. Marek poczuł przypływ energii.

— Panowie, a róbcie, co chcecie, ja musiałem tu stanąć, bo wszystko zajęte. Mam coś do sprawdzenia. Piszcie, co trzeba, ja zaraz wracam. — Ruszył w stronę murku.

— Panie, a gdzie to?! — zawołał pierwszy.

— A co, jaka różnica, czy będę stał tu czy tam? I tak dostanę mandat. Ale spoko — zaśmiał się — opiszę panów ładnie w książce. I — żeby nie było — opiszę pozytywnie — mówił przez ramię, idąc na drugą stronę ulicy. — Ja będę miał pamiątkę w postaci mandatu, a panowie w postaci opisu w książce. Nie będę mściwy.

— Zygmunt, daj spokój. Pouczymy pana.

— Nie — odparł już mnie pewnie ten pierwszy.

— No, Zygmunt, sztuka wymaga poświęceń.

— Nie wiem… — Zygmunt gryzł się z myślami.

— Przecież widać, że człowiek potrzebuje informacji — ciągnął drugi. — No…

— Nie marudź już! — syknął Zygmunt. — Dobra, będzie pouczenie. — Pokręcił głową. — Panie, chodź pan tu! — rzucił do Marka.

Marek dobrze się przysłuchiwał i z pozoru niechętnie ruszył w ich stronę. Panowie pouczyli go zgodnie z procedurą, kazali jak najszybciej opuścić postój taksówek i odjechali. Marek przeparkował samochód pod wielki kościół stający na placu od strony Pałacu Kultury. Tam też stał zakaz zatrzymywania się, ale auto nie rzucało się aż tak w oczy.

Usiadł w końcu na murku dokładnie naprzeciwko miejsca, które wskazał drugi strażnik jako wejście do knajpy. W dużej kopercie napisano, aby bacznie obserwować otoczenie, i że za każdą spotkaną osobą może kryć się coś więcej niż przypadek, czy jakoś tak. Zastanowił się, czy spotkanie strażników miejskich mogło coś znaczyć. Czyżby i to należało do planu? Ale Marek nagle się zaśmiał, bo w mig zrozumiał, że jego myśli zaczynają odnajdywać znaczenia, których prawdopodobnie nie ma. Bo nie było szans, aby autor zadania przewidział dokładnie, o której Marek się tu zjawi, i zawiadomił straż miejską. To musiał być czysty przypadek.

Rozejrzał się i wsłuchał w szum miast i pojedyncze dźwięki dobiegające z pobliskich budynków. Dobiegały go odgłosy przejeżdżających w oddali samochodów, delikatny szum drzew na wietrze i jakaś cichutka muzyka. Ale nie była to muzyka dyskotekowa, raczej coś spokojnego, choć rozróżniał jedynie pojedyncze nuty. Zamknął oczy i spróbował się wewnętrznie wyciszyć. Z każdą chwilą muzyka stawała się coraz bardziej wyraźna, jakby mózg szukał coraz słabszych bodźców. Czegoś takiego było mu trzeba. Spokoju, skupienia uwagi na szczegółach i odosobnienia. W pewnym momencie rozpoznał muzykę: to „Pasja” Petera Gabriela. Nie słyszał tego od kilkunastu lat. Wyraźnie dobiegały go głosy kobiecego chóru z — jeśli dobrze pamiętał — drugiej połowy Pasji. Brzmiało to jak chór anielski. Poczuł, że w jakiś sposób puszczają mu emocje. Co się z nim działo? Przecież nigdy nie był jakoś bardzo uczuciowy i emocjonalny. Tyle tylko, że tu zadziałało kilka rzeczy naraz: pomyślny koniec poszukiwań pierwszego miejsca z koperty, wytchnienie po całym dniu, wyciszenie umysłu i wspomnienia pierwszej upojnej nocy z dziewczyną zakończonej właśnie tymi dźwiękami. Nagle oprócz dobrze znanych mu dźwięków usłyszał kobiecy głos. Był pewien, że to nie część oryginalnej Pasji, ktoś musiał śpiewać. Z pewną niechęcią otworzył oczy i ruszył głową w obie strony, aby spróbować zlokalizować źródło śpiewu. Szybko doszedł do wniosku, że dobiegał on z pobliskiego budynku, na którego parterze mieścił się dobrze mu znany sklep z linami. Spojrzał na piętro pierwsze, a potem drugie. Jedyne okno, z którego dobiegało światło, znajdowało się dokładnie nad tym sklepem na drugim piętrze. Nie przesłaniały go zasłony ani firany. Na słabo oświetlonej ścianie zauważył jakiś ruch. Szybko zrozumiał, że to czyjś cień. Ale nie poruszał się on zwyczajnie, to były raczej regularne ruchy w przód i w tył, czasem w górę i w dół. To był taniec. Taniec cienia — jak dostrzegł po rozbujanych długich włosach — kobiety. Zamarł w bezruchu i spojrzał. Żałował, że nie ma lornetki. Z każdą chwilą muzyka niejako jednoczyła się coraz bardziej z ruchami i z cichutkim śpiewem. Całość tworzyło balet i koncert zarazem. Miałby ochotę zamknąć znów oczy, chłonąć dźwięki, które niosły wspomnienia, ale nie chciał przegapić takiego widowiska. Poczuł, że tę sytuację, a co za tym idzie, tę kobiecą postać zabierze ze sobą we wspomnieniach.

Całość trwała może kwadrans, potem muzyka i śpiew ucichły, a cień na ścianie zniknął. Marek poobserwował okno jeszcze chwilę, ale wyraźnie poczuł, że jest zmarznięty, bo mimo iż mrozu nie było, to temperatura wahała się ciut powyżej zera. W końcu przypomniał sobie, co ma robić. Jak zostało napisane w zadaniu, dalsze instrukcje miał znaleźć poniżej czterech. O jakie „cztery” mogło chodzić? Okien w budynku było znacznie więcej, latarni również. A inne przedmioty nie mogły mieć czegoś poniżej, bo stały na ziemi. Poczuł, że jest mu zimno w tyłek. I nagle zrozumiał! Tu chodziło zapewne o cztery litery! Musiał sprawdzić, co ma pod tyłkiem! Błyskawicznie wstał z murku i zaczął sprawdzać. Murek zbudowany został z kamiennych płyt, między którymi ciągnęły się wąskie przerwy. Wyjął z kieszeni klucze do mieszkania i zaczął nimi gmerać w tych przerwach. Po chwili pod jego stopy spadła czarna foliowa torebka wielkości kilku centymetrów. Jeszcze szybciej ją rozdarł, a w środku znalazł malutką kartkę zapisaną maczkiem:

Pierwsze zadanie wykonałeś. Brawo! Nie było łatwo, prawda?

Obserwowałeś otoczenie i siebie? Zastanów się. Musisz to robić wnikliwie, inaczej nici…

Następne zadanie brzmi: idź tam, gdzie zbierały się potwory, a teraz obok jest nowy hotel. Tym razem usiądź na kwietniku. I obserwuj. I jeszcze raz skup się na otoczeniu i sobie.

Następne zadanie znajdziesz pod automatem.

I tyle. Napisano znacznie więcej niż poprzednim razem, ale nadal na szybko nie miał pojęcia, o jakie miejsce może chodzić.

Wrócił do domu zmęczony i zziębnięty. A mimo wszystko czuł się dobrze. Znalezienie drugiej wiadomości, a tym samym wykonanie pierwszego zadania sprawiło mu radość, a także coś więcej: czuł się spełniony. Zastanowił się, że to, co dotychczas odnajdował w pisaniu książek, tym razem odnalazł w skomplikowanej grze, którą ktoś mu zafundował. Ale na dobrą sprawę, czy zafundował? Czy to nie było tak, że Marek sam wszedł w to wszystko? Przecież nie musiał robić nic, a jednak poszedł tropem zapisanym w kopertach. Gdy zaczynał o tym myśleć, nie mógł pozbyć się uczucia, że wszedł z żywą książkę, gdzie pojedyncze zdarzenia są ustalone, ale zarówno bohaterowie, jak i reszta sytuacji rodzą się na bieżąco. Do głowy mu przyszło, aby zacząć to spisywać. Może zastąpić kartki nazwami kolejnych rozdziałów, a to, co się przydarza traktować jako fabułę. Czy to byłoby interesujące dla czytelnika? Kartkę schował do nesesera pod zlew.

Wkrótce potem położył się spać. Ułożył się wygodnie na wznak, jak miał w zwyczaju, zamknął oczy i próbował usnąć. Jednak przed oczami miał sytuację z Placu Grzybowskiego. Kto by pomyślał, że w zadaniu chodziło o ten plac. Autor zadania posłużył się skojarzeniami idącymi niezwykle daleko. W przypadku byłego przepraszania były one nieco bliższe, bo w zasadzie znając nazwę tej knajpy, można by od razu zgadnąć, o co chodzi. Sformułowanie pod czterema też nie należało do łatwych, bo owszem, chyba każdy zna określenie cztery litery, ale kto zgadłby to tylko po pierwszym słowie?

Marek nagle zobaczył w myślach tańczący cień. Ale odgonił go, aby się nie odrywać od rozmyślań.

Czy podobnych metod należy użyć, aby spróbować odgadnąć, o co chodzi w drugim zadaniu? Tam, gdzie zbierały się potwory. O co tu może chodzić? Pierwsze, co mu przyszło do głowy, to skojarzenie z książkami. Czy fani jakiejś książki fantasy mieli miejsce spotkań gdzieś w Warszawie? Bo zakładał, że kolejne zadanie dotyczy również stolicy. A może autor miał na myśli co innego, pisząc potwory? Czyżby chodziło mu o jakąś grupę? Może sektę? A może poszedł jeszcze dalej i tak opisał na przykład partię polityczną albo, co gorsza — przypominając sobie pewien żart — kobiety, które nazbyt często chodziły do kosmetyczki? (W tym żarcie było, że kobiety się malują i perfumują, bo są brzydkie i śmierdzą). Czy autor mógł posunąć się aż do takiego skojarzenia? Marek sam się uśmiechnął do własnych myśli, bo pobłądził stanowczo zbyt daleko.

Kolejny raz wyobraźnia podsunęła mu obraz cienia tańczącej kobiety. Ale teraz razem z obrazem zagrała Pasja Petera Gabriela. Marek sam nie wiedział, czy próbować to odgonić. Z jednej strony popłynął wyobraźnią w stronę interpretacji drugiego zadania, musiał się cofnąć, a z drugiej ukazała mu się wizja z Placu Grzybowskiego. Od razu poczuł, że pragnie tego drugiego. I to drugie wybiera, zadanie poczeka.

Obudził go dźwięk budzika, który miał ustawiony na siódmą rano. Zanim otworzył oczy, przypomniał, co mu się śniło. To właśnie ta sytuacja z Placu Grzybowskiego. On siedział na murku, a w oknie na drugim piętrze tańczył cień kobiety. Nie miał pojęcia, ile to trwało, ale dałby głowę, że nie był to przelotny sen; to raczej ciągnący się godzinami obraz baletu i muzyki. Przez dłuższą chwilę nie miał ochoty otwierać oczu, bo we wspomnieniu kryło się coś ulotnego, magicznego. Może to rytmiczne połączenie ruchów cienia z muzyką, a może jeszcze coś innego? Sam nie wiedział. W każdym razie sytuacja ta pozostała w jego pamięci. I czuł się z tym dobrze.

Gdy zajechał do firmy, zaczepiła go dość młoda kobieta.

— Zaczęłam czytać twoją książkę. W jeden wieczór pochłonęłam sto pięćdziesiąt stron! — podniosła głos. — Niesamowite!

— Tak, to bardzo mi miło. A którą czytasz?

— Pierwszą z serii, „Pomiędzy miastami”. Nie przepadam za kryminałami, ale ten mnie wciągnął niemal od razu.

— Tak? A co zwykle czytujesz?

— No, trochę wstyd się przyznać, ale przede wszystkim literaturę kobiecą: romanse, obyczajówkę, czasem sagi.

— E, to nic złego, nie ma się czego wstydzić. — Marek zrobił krok w jej kierunku.

Była ładną, skromną dziewczyną, z nienachalnym makijażem i niedbale ułożonymi włosami.

— Każdy czyta to, czego potrzebuje — ciągnął. — Z resztą nie wiem, czy ja nie wezmę się teraz za jakąś obyczajówkę, kto wie. — Pokiwał głową.

Bacznie przyglądał się dziewczynie, aby spróbować znaleźć na nią odpowiedni sposób podrywu. Uwielbiał mieć szybkie rezultaty, to świadczyło, że dobrze dopasowuje metody do konkretnej kobiety.

— Tak, mówiłeś to wczoraj o tym na spotkaniu. A myślisz, że się odnajdziesz?

— Zobaczymy. A wracając do książki, to co ci się tam podoba najbardziej?

— Chyba obraz bohaterki. Jest… — zawahała się — taka żywa, prawdziwa. Nie robi scen, bo się wstydzi, nie siedzi cicho, bo roznoszą ją emocje. Zupełnie jak ja. — Zaśmiała się i oblała delikatnym rumieńcem.

— Ja chciałbym opisać taką kobietę jak ty. To byłoby coś.

— Tak? Naprawdę?… — Już Marek chciał coś powiedzieć, ale kontynuowała: — Nie tam, tylko tak mówisz, aby sprawić mi przyjemność.

— To, że ci sprawię przyjemność to jedno, ale druga strona medalu wygląda tak, jak powiedziałem. Dobrze, aby obie osoby coś skorzystały, nie tylko jedna.

— No tak, bo jedna to samolubność. — Śmiała się serdecznie.

— Dasz się zaprosić dziś na obiad? Powoli zacznę cię poznawać.

— A… w sumie czemu nie. Chętnie gdzieś wyjdę na lunch. — Nie przestawała się śmiać.

— To co, o pierwszej przed budynkiem?

— Tak, tak. — Zatrzepotała rzęsami, odwróciła się i odbiegła w swoim kierunku.

Marek dobrze wiedział, co to znaczy. Nie minie tydzień, jak ją zaciągnie do łóżka.

Dopiero gdy usiadł za biurkiem, przypomniał sobie, że przecież obiecywał sobie, że poderwie Magdalenę. Już poprzedniego dnia miał to zrobić, ale Kasia popsuła mu humor i wybiła z rytmu. Dziś też tego nie zrobi, bo przecież jest ta… No właśnie, jak ona ma w ogóle na imię? Widywał ją czasem, ale nigdy nie poznał bliżej. Pomyślał, że może coś się zmieni, skoro umówił się z taką szarą myszką.

Kiedy szedł do swojego pokoju, zastąpiła mu drogę Magdalena. Stanęła w lekkim rozkroku, pośrodku korytarza, założyła ręce na przeponę i stwierdziła:

— Tak szybko wczoraj uciekłeś, że nawet nie wiem, czy jesteś zadowolony.

— Jak najbardziej — odpowiedział automatycznie, bo nie wiedział co powiedzieć.

W sumie zrobiło mu się głupio, bo faktycznie mogło to wyglądać, jakby miał dość tego wieczorku.

— Jak wyszedłeś, jeszcze wrócił Szczepan i kupił dwie książki. Nie wiem, czy specjalnie ich nie zabrałeś, ale jakby co, są u mnie w pokoju.

— Dziękuję ci. Faktycznie, trochę nie pomyślałem. Sam nie wiem, dlaczego ich nie wziąłem. — Spuścił głowę. — Mam nadzieję, że nie narobiłem ci kłopotu? — Trochę udał zawstydzenie, a trochę faktycznie głupio mu się zrobiło, bo nie tak planował tamten wieczór.

Coś w niego wstąpiło po słowach Kasi i chciał jak najszybciej uciec. Teraz, stojąc naprzeciwko Magdaleny, zastanowił się, czy wyszedł tak szybko ze względu na wstyd i zażenowanie, czy dlatego, aby Kasia nie popsuła mu dobrej opinii, która mogłaby być mu potrzebna choćby przy kolejnych podrywach.

— Nie, jakoś spakowałam je w karton, wzięłam na bułę i zaniosłam do swojego pokoju. Nawet… — zawahała się.

— Tak?

— Nawet nie podzieliłeś się wrażeniami, czy wszystko było w porządku. Wiesz, dziwnie się poczułam — powiedziała otwarcie. — Teraz ci zadam to pytanie: jak ci się podobał wieczorek autorski?

— Chętnie bym ci odpowiedział na kilka pytań, ale trochę spieszę się do siebie. — Spojrzał jej w oczy. — Umówmy się po pracy, to chętnie odpowiem ci na pytania.

Mimo iż tego dnia umówił się z tamtą szarą myszką, to miał ochotę na więcej.

— Po pracy? — zapytała jakoś dziwnie.

— Tak, zapraszam do knajpy na dole.

— Przykro mi, ale po pracy jestem umówiona. — Nagle odwróciła się i ruszyła do swojego pokoju. — Odezwę się.

Nie zdążył nawet zareagować.

Magdalena coraz bardziej go fascynowała. Te nietypowe reakcje, pewność siebie, którą okazała na rozmowie u szefa, i bijący od niej chłód. Usiadł u siebie na fotelu i próbował ułożyć w głowie plan spotykania się z dwiema kobietami. To mało prawdopodobne, że nie dowiedzą się o sobie nawzajem, gdyż ich firma była stanowczo zbyt mała, ot, zaledwie siedemdziesiąt osób, więc na dłuższą metę nie mógł ciągnąć tego z obiema naraz, musiał się na którąś zdecydować, ale przecież spotykając się na niezobowiązujące obiady czy nawet wieczorek przy drinku, nie robił nic zakazanego, niemoralnego. Jak to mówią, żaden kot nie wyżył, pilnując tylko jednej dziury. Tylko czy uda mu się Magdalenę wyciągnąć gdzieś po pracy?

— Myślę, aby opisać cię jako pierwszoplanową bohaterkę w mojej kolejnej książce — powiedział Marek, jedząc lunch z Zofią, bo tak miała na imię dziewczyna, z którą się umówił.

— Ale nie zrobisz ze mnie potwora? — Zaśmiała się.

— Nie — odparł poważnie. — Chcę opisać kobietę, która jest piękna, a kompletnie w siebie nie wierzy. Nie dba o fryzurę, ma zaniedbane dłonie — sięgnął po jej dłoń, dokładnie obejrzał i delikatnie uścisnął, a potem pogładził — i używa makijażu, podczas gdy mogłaby śmiało bez niego zawładnąć niejednym męskim sercem.

— Oj… — zajęczała i zabrała rękę.

— Chce pokazać, jak taki kopciuszek przemienia się w anioła.

— Przestań. — Oblała się rumieńcem. — Pyszne było — zmieniła temat.

Marek poczuł, że jak na pierwszy raz wystarczy tego bajerowania.

— Tak, dobrze tu dają — odparł.

— Czyli częściej tu bywasz? Zawsze z kobietami? — spytała nieśmiało.

— No, zdarza się, choć nieczęsto — mówił zgodnie z prawdą, bo starał się, mimo wszystko, utrzymywać z kobietami z pracy stosunki czysto służbowe; nie chciał w razie komplikacji robić sobie problemów.

— A jak często spotykasz się z kobietami?

— No, ostatnio na randce byłem… — zastanowił się co powiedzieć — ponad dwa miesiące wcześniej, tak że dość dawno.

— Dawno? — spytała retorycznie ze smutkiem. — Ja ostatnio byłam pewnie ze dwa lata temu.

— A czemu tak dawno? Stronisz od mężczyzn?

— Zraziłam się.

— Ktoś cię zawiódł?

— Bo niektórzy faceci to chcą tylko iść do łóżka, a potem odchodzą i udają, że nie znają — odparła ostro, ale cicho.

— Przykro mi, że masz takie doświadczenia.

Nastała cisza. Przyszedł tu z wyraźnym nastawieniem, aby spróbować ją poderwać, jak najszybciej zaciągnąć do łóżka, bo liczył, że jego słowa przyniosą efekt i dziewczyna po prostu zgodzi się na krótkotrwałą rozkosz, a ona od razu mówi coś takiego. Z jednej strony był trochę zły, że jego plan się nie powiódł, a z drugiej zrobiło mu się jej żal. Chyba zadziałała empatia. Spuścił głowę i nie wiedział co robić. Teraz, kiedy chciał poderwać Zofię i zaciągnąć do łóżka, bo zdecydował o odejściu z firmy, a tym samym przestało mu zależeć na dobrej opinii, nagle sam zrezygnował. Czy tylko jej słowa to spowodowały? Na to wyglądało.

Do domu wrócił jakiś nieswój. Zanim się przebrał, poszedł do kuchni i sięgnął pod zlewozmywak po neseser, bo nadal go tam trzymał. Usiadł na zydelku i zastanowił się, w co tak naprawdę wdepnął. I to na własne życzenie. Oto miał przed sobą dwie koperty, które niejako wyznaczały mu dalsze ruchy, zadanie z mniejszej wypełnił, w wyniku czego znalazł kolejne zadanie. I nigdzie nie jest powiedziane, jak długo ta zabawa będzie trwała. A co, jeśli tych kroków są dziesiątki? Albo i więcej? Przecież przy obecnym tempie, kiedy rozwiązanie pierwszego zadania zajęło mu cztery dni, całość może trwać nawet kilka miesięcy. Sam nie był pewien, czy ma ochotę na coś takiego, bo doskonale wiedział, że lubi szybkie wydarzenia: szybko nakłonić kobietę do pójścia do łóżka, łatwo zrozumiałe fabuły książek, również tych, które pisał. Ale z drugiej strony coś mu nie dawało spokoju, nie pozwalało zignorować tej gry. Co to takiego? Nie miał pojęcia. Ale wiedział, że dawno nic go tak nie pochłonęło.

Kiedy już kładł się spać, pomyślał o posiadaczce wielkiego dekoltu z Ursynowa, z którą spędził upojną noc. A może by tak do niej zadzwonić i nakłonić na kolejny raz? Sięgnął po smartfon i dość szybko wyszukał po dacie i godzinie jej numer telefonu, bo dobrze pamiętał, że dzwoniła, gdy ruszał spod domu kultury. Tyle tylko, że tamtego wieczoru nie powiedzieli do siebie zbyt wiele; w zasadzie to nie powiedzieli prawie nic. I chyba to stanowiło największy talizman tej znajomości. Magiczna i tajemnicza, bo niedopowiedziana znajomość. Czy chciał to psuć? Nie miał pewności, bo jak wszystko, posiadało to i dobre i złe strony: dobrą było to, że jawiło mu się mistycznie, a złą, że chciałby czegoś więcej, poznać ją lepiej, zasmakować dłuższym romansem. To jak z ciastkiem: nie da się go zarazem mieć i zasmakować — w obu przypadkach coś tracimy. W końcu Marek zrezygnował i nie skontaktował się z nią, ale na wszelki wypadek zapisał numer w kontaktach.

W pracy przypomniał sobie treść kartki z kolejnym zadaniem. Skupił się na opisie miejsca, które ma odnaleźć: idź tam, gdzie zbierały się potwory, a teraz obok jest nowy hotel. O co chodzi z tymi potworami? To brzmiało wręcz komicznie. A może tylko tak zaczął uważać po ostatnich rozmyślaniach, gdy fantazja poniosła go aż do nadinterpretacji dowcipu o tym, dlaczego kobiety się malują i perfumują? Sam się do siebie ironicznie uśmiechnął.

— Robert, co ci się w Warszawie kojarzy z potworami? — spytał nagle przechodzącego kolegę.

— Słucham? — spytał z niedowierzaniem tamten. — Co?… O matko, nie wiem! — Kolega rozłożył bezradnie ręce.

— Pomyśl chwilę.

— Do książki ci to potrzebne?

— No, powiedzmy. — Marek nie chciał się zwierzać ze szczegółów zadania. Chyba wierzył, że zabawa ta doprowadzi go do czegoś cennego; nie chciał, aby wpadło to w ręce komu innemu.

— Ale to ma być gra słowna, czy co?

— Interpretacja dowolna — odparł Marek, jednocześnie kolega naświetlił mu pewien kierunek. Czy kierunek ten był właściwy?

— Wiesz co? Potwory kojarzą mi się albo z kinem i filmem „Potwory i spółka”, albo z Biedronką.

— Z czym?

— No, z Biedronką. Bo swego czasu sprzedawano tam zabawki, potworki, które po zbliżeniu jeden do drugiego wydawały dźwięki.

— Tak… — Marek też coś słyszał na ten temat, ale w zadaniu wyraźnie chodziło o to, gdzie potworki się spotykały, czego nie powiedział koledze. Sprecyzował więc: — A gdzie w Warszawie potwory mogły się spotykać?

— A, to zmienia postać rzeczy. Czy to na pewno do książki? — spytał kolega z ironicznym uśmiechem.

— Tak, tak, do książki. No?…

— To zależy, ale po mojemu, to u mnie na osiedlu na ławce przy trzepaku. — Robert zaśmiał się.

— Chodzi ci o ludzi?

— Tak. No wiesz, takie szemrane towarzystwo żłopiące piwsko i wódę całymi wieczorami.

— To ciekawa interpretacja. — Marek odwzajemnił uśmiech.

— W czymś jeszcze mogę pomóc? — zażartował kolega.

— A z niczym innym takie miejsce ci się nie kojarzy?

— Nieeee. — Kolega pokręcił głową i ruszył do swojego pokoju.

Marek przez chwilę się zastanowił, czy nie o takie potworki mogło chodzić autorowi zadań. Czyżby na Placu Grzybowskim istniało takie właśnie miejsce? Tak, to może być plan. Towarzystwo zbiera się gdzieś na tym trójkącie odgrodzonym murkiem i chleją. Trzeba tam pojechać i poobserwować.

Kiedy dojeżdżał do Placu Grzybowskiego, zobaczył, że wskazówka poziomu paliwa zbliża się do rezerwy, ale szybko uznał, że powinien wrócić do domu, zanim się zapali kontrolka. Tym razem na postoju stały trzy taksówki. Zaparkował tam, gdzie wcześniej i natychmiast zerknął na okno, które poprzednim razem obdarzyło go seansem muzyki i cienia. Tym razem jednak nie dostrzegł tam nic, mimo iż światło było zapalone. Pomyślał jednak, że może później znów odbędzie się tam jakiś spektakl. Wysiadł z samochodu i wszedł w obsadzony zielenią trójkąt. Ostrożnie stąpał po betonowych płytkach oblanych wodą i nasłuchiwał. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że okno, które go interesowało, musiało być poprzednim razem otwarte. Natychmiast skierował tam wzrok, ale tym razem było zamknięte. Rozejrzał się po placu w poszukiwaniu jakichś pustych butelek, puszek po piwie czy choćby nagromadzonych na chodniku petów, lecz jedyne, co znalazł, to na skraju sadzawki małego pluszaka, po którego odruchowo sięgnął. Natychmiast w głowie zapaliła mu się lampka, czy to nie jest maskotka przypominająca jakiegoś potwora. Ale nie, to zwykły piesek z obrożą i krótką smyczą; coś akurat dla dzieci w wieku przedszkolnym lub młodszych. Dostrzegł ławkę, na której za chwilę spoczął. Usadowił się tak, aby cały czas mieć na oku okno na drugim piętrze. Tym razem miał wrażenie, że zaczynał łapać mróz, a mimo to siedział niemal w bezruchu, cały czas obserwując okno. Zdał sobie sprawę, że tak naprawdę bardziej interesuje go okno niż ewentualne miejsce schadzek potworków. O ile takie w ogóle było. Może pomysł kolegi jest chybiony?

Ale w pewnym momencie coś go tknęło, wstał i ruszył w kierunku postoju taksówek. Przeszedł przez ulicę i podszedł do drugiego w kolejności auta. Zapukał w szybę od strony kierowcy i szyba się zsunęła.

— Słucham? — spytał niechętnie kierowca.

— Zapłacę panu dwadzieścia złotych, wsiądę i zadam kilka pytań. Jak tylko dostanie pan zlecenie, pójdę sobie. Co pan na to?

— To nie kurs?

— Nie, posiedzimy w miejscu. Tylko popytam — powtórzył Marek.

— No, nie wiem… — Taksówkarz pokręcił głową. — Nie wiem jakie pytania…

— Na temat tych okolic i ogólnie Warszawy.

— No, w sumie, jak będę w stanie odpowiedzieć… — Taryfiarz skrzywił się. — Proszę wsiadać. — Zdjął z fotela obok jakąś teczkę z papierami, rzucił pod szybę i głową wskazał, aby Marek wsiadał.

Marek od razu poczuł ciepło i nie pożałował decyzji. Umościł się w fotelu, rozejrzał po samochodzie i spytał:

— Często pan tu stoi? Znaczy, na tym postoju?

— No, zdarza się. Dość często. A o co chodzi?

— Czy gdzieś tu w okolicy zbierają się czasem, no, że tak powiem, żule? Albo przynajmniej miłośnicy napojów wyskokowych?

— Pijaczki? — spytał niepewnie kierowca. — No, tu raczej nie widziałem, bo zaraz ktoś zawiadomiłby straż miejską albo policję. Tu to teraz bardziej ekskluzywny plac, zero lipy.

— Nawet latem?

— Nie widziałem, a bywam tu często.

— Niedobrze — powiedział do siebie Marek.

— Co? Niedobrze, że nie ma pijaczków?

— No, w pewnym sensie tak — wyszeptał Marek.

— Panie, nie wiem, o co panu chodzi. Ludziom to się w głowach przewraca: bieda — źle, dobre warunki — też niedobrze.

— A jeśli mam jakiś swój cel, aby tu spotkać żuli? — spytał ostro Marek.

— Pan z tych, jak to się nazywa, socjologów?

— No, powiedzmy — przytaknął Marek.

— Czy to wszystkie pytania?

— W zasadzie mam jeszcze jedno: z czym panu kojarzy się powiedzenie: tam spotykały się potworki? — Postanowił zaryzykować i ujawnić część zadania, ale dobrze wiedział, że bez następnych instrukcji i nie wiedząc, że chodzi o kolejne wiadomości, trudno będzie komukolwiek dociec sensu.

— Co? — Taksówkarz podniósł głos. — Potworki, spotykały? Panie, nie mam pojęcia! To jakaś pieprzona gra słów! Albo co innego! Nie mam pojęcia! — powtórzył.

— No dobrze, to tyle pytań. To, do widzenia. — Marek zaczął zbierać się do wyjścia.

— Potworki to lafiryndy, co myślą, że ciałem zdobędą wszystko, czego chcą — rzucił na odchodne kierowca. — Sporo takich wożę! Są najgorsze! Prostytutki to nic w porównaniu do nich.

— A, to ciekawe spostrzeżenie — zauważył Marek. — Dziękuję, do widzenia.

— Do widzenia.

Wysiadł z wozu i znów poszedł na skwer w kształcie trójkąta. Jeszcze raz przespacerował się po betonowych płytkach wystających z wody, która powoli zaczynała zamarzać. Stanął na jednej z nich i kolejny raz wlepił wzrok w okno na drugim piętrze. Natychmiast zobaczył poruszający się na ścianie cień. Poczuł, jakby ktoś poinformował go o wygranej w loterii. Odwracając się tam przodem, poślizgnął się i wpadł stopą w wodę. Poczuł dotkliwe zimno. Dreszcz przebiegł od stopy aż po czubek głowy. Wyszarpnął nogę z wody, otrząsnął i czym prędzej poszedł do zaparkowanego przy dużym kościele samochodu. Usiadł za kierownicą i znów wlepił wzrok w okno. Niestety, cień zniknął. Marek, czując coraz bardziej dotkliwe zimno, uruchomił silnik, aby się rozgrzać. I czekał. Długo. Nie spojrzał na zegarek, ale musiał siedzieć tak dłuższy czas, bo zapaliła się w końcu kontrolka rezerwy. Dopiero teraz spojrzał na zegar na desce rozdzielczej, który wskazywał, że dochodziła północ. Coś go tknęło, zgasił silnik i zdecydował się jeszcze kilka minut poobserwować okno na drugim piętrze. Co chwilę zerkał na zegar.

Gdy wybiła północ, niemal jak na żądanie w oknie pojawił się cień. Ponownie długie włosy falowały, kształt poruszał się rytmicznie, tworząc balet światła i cienia. Marek uchylił szybę, aby sprawdzić, czy nie słyszy żadnej muzyki jak poprzednim razem, ale tym razem dobiegały go jedynie ciche odgłosy miasta. A okno na drugim piętrze było nadal zamknięte. Kolejny raz zatopił się w tym spektaklu. I odpłynął.

Wrócił do domu grubo po pierwszej, kiedy cień w oknie zniknął, a światło zgasło. Mimo iż nie zbliżył się nawet na trochę w stronę rozwiązania zadania, czuł się spełniony — tak działał na niego widok tańczącego cienia. Usnął, zanim zdążył się zastanowić nad tym, co zasugerował taksówkarz.

Obudził się na dźwięk budzika. Znów przypomniał sobie, że śniło mu się okno na drugim piętrze na Placu Grzybowskim. Tym razem jednak miał wrażenie, że sam jest znacznie bliżej szyby, a cień większy, bardziej realny, niemal mógłby rozpoznać kobietę, która tańczyła i podśpiewywała. Czuł się trochę, jakby dobrze znał tę kobietę, a tylko podglądał ją z ukrycia. W końcu Marek usiadł na brzegu łóżka i spojrzał w okno, nie będąc pewnym, czy ten cień nie tańczył za jego oknem. W końcu wstał, wziął prysznic i przygotował się do pracy, która z każdym dniem ciążyła mu coraz bardziej i bardziej, bo odkąd zdecydował, że rzuci pracę i poświęci się tylko pisarstwu, wykonywał ją bez zaangażowania i niechętnie. Tego dnia miałby ochotę w ogóle nie iść do pracy. Zostać w domu, zająć się rozwikłaniem zagadki drugiego zadania i może wreszcie ruszyć z pisaniem kolejnej powieści.

Wyszedł z domu kwadrans przed dziewiątą, czyli zbyt późno, aby dojechać na czas. Przypomniał sobie, że obiecał prezesowi, że nadal będzie się starał jak wcześniej. Najwyraźniej nie dotrzymywał słowa. Wsiadając do samochodu, pomyślał, że podjedzie jeszcze raz na Plac Grzybowski, aby za dnia się rozejrzeć. W sumie i tak jest już spóźniony, a poza tym przecież go nie zwolnią.

Za dnia Plac nie różnił się zbytnio od swojej nocnej wersji. Ot, więcej taksówek na parkingu, częściej przejeżdżające auta, więcej ludzi na chodnikach, ale to tylko tyle. Nie było ani skupiska żulerki, ani niczego innego, co można by określić miejscem spotkań potworów. Tyle że przecież w zadaniu zostało zapisane, że teraz w tym miejscu jest nowy hotel. Czy może więc nie chodzi wcale o Plac Grzybowski? Gdzie w takim razie może być jakiś nowy hotel? Ale z drugiej strony czy to mogłoby być takie oczywiste, skoro pierwsze zadanie zostało tak bardzo zaciemnione? Może tu nie chodzi o hotel, który powstał w ostatnim czasie, ale o coś zupełnie innego? Z czym kojarzyć się może nowy hotel.

Marek wysiadł z samochodu i spojrzał na interesujące go okno. Tym razem nie działo się tam nic, a przynajmniej nic nie widział za dnia. Ani okno nie zostało otwarte, ani żadnej postaci za szybą, ani niczego innego. Marek wyraźnie poczuł, że okno to jest mu coraz bardziej bliskie. Stanął w bezruchu i tępo gapił się tam przez dłuższy czas. W końcu gdy zaczął marznąć, wsiadł z powrotem do samochodu i ponownie pomyślał, z czym może kojarzyć się nowy hotel.

Odpowiedź przyszła dość szybko: z Novotelem. A dobrze wiedział, że przecież Novotel jest blisko lotniska. Spojrzał na smartfon i po krótkim namyśle zadzwonił do firmy, aby powiedzieć, że przyjedzie później. Telefon odebrał jego bezpośredni przełożony, który nie był zadowolony z takiej sytuacji, ale wiedział, że Marek jest na wylocie, ma swoje życie pisarskie, i nie chciał mu za bardzo robić pod górkę. Marek ruszył pod Novotel na ulicy Pierwszego Sierpnia. Tam musi się kryć rozwiązanie drugiego zadania.

Samochód zaparkował kilkaset metrów dalej przy Pierwszego Sierpnia. Szybkim krokiem przyszedł do hotelu i pierwsze, co zrobił, wszedł do holu, stanął przed recepcją i spytał:

— Dzień dobry. Z czym pani się kojarzy miejsce, gdzie spotykały się potwory?

— Słucham? — wyjęczała kobieta w średnim wieku, przeciętnej urody, z krótko ściętymi włosami, nawet się nie witając.

— Gdzie spotykały się potwory? — powiedział niezwykle powoli.

Kobieta wytrzeszczyła oczy, zrobiła krok w tył, zamrugała powiekami i odparła niezwykle poważnie:

— Drogi panie, ja nie jestem w stosunku do pana niemiła, więc dlaczego pan jest? Czy my się w ogóle znamy?

Tym razem to Marek zaniemówił, bo takie słowa zupełnie nie pasowały do jego pojmowania sytuacji.

— Ale przecież ja spytałem o coś abstrakcyjnego? — zapytał retorycznie.

— Nie wiem, czy abstrakcyjnego, ale ja poczułam się dotknięta, że porównano mnie do potwora.

— Panią?! — podniósł głos, zaskoczony takim rozumowaniem. — W żadnym razie! Nie miałem pani na myśli.

— Tak? — Założyła ręce na przeponę. — To, o co panu chodzi?

— Powiedzmy, to taka gra. Gdzie tu w pobliżu spotykały się potwory?

— Nie wiem! — wrzasnęła recepcjonistka. — Bierzesz pan pokój czy nie? Jak nie, to żegnam!

— Ja tylko chciałem spytać… — Marek wyraźnie poczuł, że sytuacja zaczyna go przerastać. — Dobrze, już sobie idę. — Zmierzył ją na odchodne wzrokiem i wyszedł.

Stanął przed wejściem i spojrzał w górę. Nad nim, na szczycie kilkupiętrowego budynku widniał napis NOVOTEL. Marek od razu pomyślał — nie wiadomo dlaczego — że jest właśnie pod Novotelem. Ale to jedyne skojarzenie, które przyszło mu do głowy. Przeszedł jeszcze cały teren przed hotelem, lecz nie znalazł niczego, co mógłby skojarzyć z potworami. W końcu zerknął na smartfon, który pokazywał, że właśnie dochodziła dziesiąta. Trzeba było jechać do pracy. Dziesięć minut później ruszył, a po kolejnych dwudziestu dojechał do firmy.

Gdy wrócił do domu, zerknął na półkę, na której trzymał swoje wydane książki, a także trzy, których nie zdecydował się wydać, a które wydrukował w zaprzyjaźnionej drukarni na pamiątkę. Pierwszą z nich napisał, gdy dopiero uczył się pisać; był to bardziej zbitek naprędce posklejanych historii niż jedna całość, na dodatek zawierała kilka wątków, które teraz nie chciał, aby poszły w szeroki świat; dla siebie i znajomych mogły być, ale nie dla obcego czytelnika. Poza tym napisana została dość słabo, ze sporą ilością błędów narracyjnych i składniowych. Nawet zauważył kiedyś, o zgrozo, kilka błędów ortograficznych w wyrazach, które powinny być pisane razem, a zostały napisane rozłącznie. Druga książka to w założeniu thriller psychologiczny, ale teraz bardziej traktował ją jako mroczną obyczajówkę, w której tak naprawdę nie wiadomo, o co chodzi. Natomiast trzecia była obiecująca, tyle że kompletnie niepasująca do jego dotychczasowej twórczości, bo to romans. Wielokrotnie myślał, czy nic z nią nie zrobić, ale wydawca stwierdził, że straci w ten sposób sporą rzeszę czytelników, którzy jednak wybierali jego książki jako rasowe kryminały. Niby mógłby ponownie wziąć te książki na warsztat, wyrzucić co nieco wątków, błędy skorygować, a resztę podszlifować, ale uznał, że zbyt dużo czasu poświęciłby na coś, co i tak nie dałoby w pełni zadowalającego rezultatu. Poza tym sam na dobrą sprawę miał wątpliwości, czy ma na to ochotę, bo poprawianie istniejącej książki jawiło mu się jako o wiele trudniejsze i cięższe niż napisanie nowej. Doskonale pamiętał momenty, gdy przerabiał duże części własnych książek, i za każdym razem czuł, jakby majstrował przy żywym organizmie. Bo pomijając techniczne aspekty jak spójność wątków, logiczność całości czy choćby wersyfikacja, istniało coś takiego jak dusza danego dzieła — to coś trudnego do uchwycenia, a zawartego zarówno w treści, stylu i czymś jeszcze. Za każdym razem czuł, jakby dokonywał operacji żywej istoty. Pewnego razu, gdy musiał dokonać sporych zmian w książce, która właśnie szła do druku, miał wrażenie, że cały świat próbuje go przed tym powstrzymać: jakby współpracownicy bardziej mieli do niego pretensje o nie wiadomo co, trafiał na irytujące korki uliczne w miejscach, gdzie ich nigdy nie spotkał, czy sam zapominał o ważnych sprawach z życia codziennego. W pewnym momencie zastanowił się, czy nie postradał zmysłów. A może na krótkie chwile postradał i o tym nie wiedział?

Teraz, kiedy podjął decyzję, że będzie tworzył inny gatunek, przez moment wyobraził sobie, że próbuje zmienić trzecią z tych książek, ale natychmiast doznał podobnego uczucia: czegoś jakby spomiędzy jawy i snu, czegoś niepokojącego, ale i wciągającego świadomość bez reszty. Otrząsnął się czym prędzej i poczuł, że chce zacząć pisać kolejną książkę. Nie oglądać się za siebie, tylko stworzyć coś zupełnie nowego, świeżego. Usiadł przed komputerem i wlepił wzrok w ekran monitora z włączonym edytorem tekstu, w którym regularnie mrugał kursor. Zaczął pisać.

*****

— Na ile jeszcze mam sił? — pytam sam siebie, przeliczając ostatnie monety, jakie znalazłem.

Stoję naprzeciwko wyłączonego telewizora, który dawno przestał odbierać z powodu wyłączenia kablówki. Jak to dobrze, że prąd mam opłacony na jeszcze trzy miesiące. Chociaż tyle, że nie muszę żyć w ciemności. Zaciągam się papierosem, może ostatnim, i to bynajmniej nie z powodu silnej woli. Zerkam w bok na wiszące lustro, które informuje mnie o drastycznych zmianach w wyglądzie: policzki zapadnięte, broda i wąsy zaniedbane, niestrzyżone, a oczy podkrążone i jakby wessane w głąb czaszki. Jedynie ubrania jeszcze noszę dobre, ale i to się pewnie wkrótce zmieni. Biorę ostatniego macha, zaciągam resztkami tytoniu i tlącym się filtrem, co powoduje atak kaszlu jak przy gruźlicy. Hartuję peta w niedopitej najtańszej kawie, która smakiem przypomina bardziej rozcieńczony kwas solny niż to, co powinno sprawiać przyjemność.

Wyglądam przez okno, sprawdzając pogodę, aby się stosownie ubrać. Może jeszcze raz pójdę czegoś poszukać. Podobno można znaleźć takich, co przyjmują do roboty skazańców, choć do tej pory nie miałem szczęścia. Zresztą czy kiedykolwiek je miałem? Zamykam drzwi i idę przed siebie z aktówką pełną CV w plecaku. Zaglądam do sklepów, barów, klubów, fabryk, kompleksów handlowych — wszędzie. Biorą CV, kiwają głowami, niektórzy podnoszą do góry kciuk, obiecują, że się odezwą, ale jak dotąd nikt nie zadzwonił. Bo dzwonią, owszem, do niekaranych, ale nie do człowieka z przeszłością.

Choć dziś na dobrą sprawę idę przed siebie bez celu; już nie wierzę, że coś znajdę, więc nawet nie chce mi się nigdzie zaglądać. Wędruję moim miastem, szukając chyba wczorajszego dnia. Ale lubię chodzić. Chadzam, od kiedy wyszedłem z kicia. Bo tam to tylko na spacerniaku, a ile można. Wczoraj widziałem piękną kobietę, młodszą ode mnie, może trzydziestoletnią. Wyszła z bramy na niewielkim placu, którędy przechodziłem. Twarz ma trochę taką, jakby była tancerką albo przynajmniej aktorką. Jej ruchy, powolne, ale płynne, przywołują najcieplejsze emocje. Ale chyba tylko tyle, co mi pozostało — gapić się na piękno tego świata. Gapić i marzyć, bo tego nikt mi nie zabierze. Czy mnie zauważyła? — Wątpię. Nie rzucam się w oczy, jeszcze. Ale po kilku tygodniach na ulicy i to się zmieni. Lecz dziś mogę nawet stanąć naprzeciwko niej, uśmiechnąć się resztkami urody i nie czuć się winny. Takie moje ostatnie prawo przed odejściem ze społeczeństwa.

Nie chce mi się myśleć, nie chce się starać, nawet już wczoraj wszedłem do sklepu za robotą z papierosem w zębach, więc mnie wygonili. Brak jakichkolwiek perspektyw to straszna rzecz — odbiera wszystko: wiarę w lepsze jutro, w ogóle w jutro, wszelką nadzieję, a nawet miłość własną. Z dnia na dzień czuję się coraz bardziej bez sił. Nawet chodzenie sprawia mi trudność. Powłóczę nogami, bo lepszy byle jaki spacer niż ciągłe świdrowanie wzrokiem zimnej ściany w domu.

Dochodzę w miejsce, gdzie ją już widziałem, i siadam na krawędzi betonowego śmietnika, który ciągnie zimnem. Wypatruję jej, może znów się pojawi. Ona, z blond włosami do połowy pleców, spokojem wymalowanym na twarzy i w tej błękitnej sukience, co kojarzy mi się z nieskazitelnością i czystością. Wieszała pranie na sznurku na zewnątrz. A to znów budziło wspomnienia dawnej wsi, uczciwej pracy na roli i w gospodarstwie oraz smaku wiejskiej gęstej śmietany ubitej z wciąż ciepłego mleka.

Właśnie, wspomnienie uczciwej pracy. Teraz takiej pragnę. Teraz. Gdyby było tak zawsze, nie miałbym kuratora i zakazu opuszczania miasta bez jego zgody. Człowiek zaczyna rozumieć dopiero poniewczasie, co tak naprawdę jest ważne. I co się liczy.

Już zaczyna być mi zimno, wieczory wrześniowe są dość chłodne. Już wstaję, aby wracać, gdy zjawia się, ona, ta sama, idealna. Poznałbym tę twarz, a nawet same włosy na końcu świata. Staję niemal na baczność, poprawiam ubranie, odchrząkuję i wymyślam naprędce, co powiedzieć. Lecz czuję, że stopy są jak przyklejone; próbuję je oderwać, poruszyć — nic. Zamieniam się w słup soli, niewidoczny dla pięknych ludzi. Przechodzi ubrana w sweter i spodnie tuż obok i nawet nie zwraca na mnie uwagi. Słyszę jedynie stukot niewysokich obcasów, a po chwili czuję zapach perfum. Przychodzi mi na myśl, aby chociaż zedrzeć z niej ten sweter, położyć sobie zamiast jaśka i zasypiać, nie pamiętając świata. Odwracam za nią głowę, a wielki słup soli rozsypuje się na miliony ziarenek, pokrywając także ziemię, po której stąpała.

Wracam do domu jeszcze wolniej. Bez celu. Bez chęci, na cokolwiek. Kolejne godziny stukają, drążąc mi niewidzialną dziurę w resztkach woli.

*****

Po trzech godzinach czuł się zmęczony. Dopadała go coraz większa senność i znużenie. Odsunął fotel od biurka, oparł się, odchylił do tyłu i spojrzał w sufit. Właśnie dokonywała się znacząca zmiana w jego podejściu do pisania. Pomyślał, co tak naprawdę zaczął pisać. Zdecydowanie nie był to kryminał, ani nic podobnego. Ale nie próbował się zastanawiać, jak to sklasyfikować. Może rozpoczął obyczajówkę, może romans, a może jeszcze coś innego? To raczej nie miało dla niego znaczenia. Zamknął oczy i próbował się wczuć w klimat tego, co stworzył, lecz o dziwo widział tylko tańczący cień w oknie na drugim piętrze, nad sklepem z linami, na Placu Grzybowskim.

— Dzisiaj mogę z tobą pójść na lunch — usłyszał głos Magdaleny, gdy następnego dnia próbował się skupić na pracy w biurze.

Oderwał wzrok od arkusza kalkulacyjnego, spojrzał na nią i przez chwilę wahał się co odpowiedzieć.

— Dziś?… Bardzo chętnie. Wreszcie obgadamy ten wieczorek, winny ci to jestem.

— No, nie ukrywam, że na to liczę. Poza tym może zabierzesz ode mnie z pokoju karton z książkami, wciąż tam leży.

— No tak, trochę o tym zapomniałem.

— Nie pogniewasz się, jak pójdzie z nami Kasia?

Marek natychmiast przypomniał sobie, co Kasia powiedziała na wieczorku. Zacisnął nerwowo dłonie.

— Nie, skąd. Będzie miło.

— Inaczej być nie może — powiedziała jakoś dziwnie, przekrzywiając do ironicznego uśmiechu usta.

I poszła do swojego pokoju.

No to Kaśka musiała wszystko rozpowiedzieć i teraz Magdalena na pewno nie będzie chciała się z nim umówić. Sprawa jest przegrana, zanim zdążył cokolwiek zrobić. Czemu w ogóle wtedy podrywał tę Kaśkę? Przecież obiecywał sobie, że żadnych romansów w pracy. Owszem, teraz takie planował, ale nie miał nic do stracenia, bo wkrótce odchodził i nie musiał się martwić złą opinią.

Na obiad poszedł znacznie wcześniej, niż się umawiali. Nie mógł się pozbyć wspomnień romansu z Kasią. Gdy dochodził do stołówki, nerwowo zerkał, obserwując przypadkowe osoby. W końcu wszedł do stołówki, zajął stolik przy samym oknie i kupił sobie kawę, bo z obiadem czekał na koleżanki. Z każdą chwilą kolejka do bufetu robiła się coraz dłuższa, w pewnym momencie liczyła już kilka osób. Zamyślił się, wpatrzony za okno.

— Przepraszam, mogę na chwilę? — usłyszał nad sobą kobiecy głos.

Spojrzał w tamtą stronę. Stała nad nim bardzo ładna blondynka, jednak jakby z zaniedbanymi włosami, śmiejącymi się oczami i spokojem wypisanym na twarzy.

— Słucham? — nie był pewien, czy dobrze usłyszał pytanie.

— Spytałam, czy mogę przysiąść naprzeciwko pana.

— Tak, oczywiście, proszę.

Ostrożnie odsunęła krzesło i seksownie przysiadła.

— Czasem tu przychodziłam, ale to dawno temu. Teraz jadam zwykle w samotności.

Marek wyprostował się, wypiął tors, a na twarzy pojawił mu się uśmiech.

— Nie dziwię się, że taka kobieta jada w samotności — wypalił. Już chciał to naprawić innymi słowami, ale pomyślał, że naprawdę mądra i tak piękna kobieta albo jadałaby z narzeczonym bądź mężem, albo samotnie, bo po co miałaby się narażać na poczucie winy.

— No właśnie, teraz jadam w samotności. Powiem panu, że kiedyś to co tydzień jadłam z innym mężczyzną, ale teraz znacznie wolę być sama, również w domu.

— W domu też? — zdziwił się.

— No tak. Teraz wolę spojrzeć w głąb siebie.

— Czyli introwertyczka? — Uśmiechnął się.

— Niech i tak będzie. — Odwzajemniła uśmiech i pokiwała głową. — W nas samych jest odpowiedź.

— Tak, cały ten świat wokół to tylko teatr. Niejako substytut — odparł, przypominając sobie jedną ze swoich książek.

— Dokładnie. — Odwróciła głowę w stronę bufetu. — Ale, ale, moja kolej się zbliża. Dzięki za kilka słów. — Posłała mu przepiękny uśmiech, wstała i stanęła w kolejce, druga od lady.

Marek odprowadził ją wzrokiem i spojrzał za okno. Zwrócił uwagę na idącą chodnikiem staruszkę. Zastanowił się, czy tak za jakiś czas wyglądałaby jego matka. Kiedy zerknął z powrotem na kolejkę, kobiety, z którą rozmawiał, już nie było. Ulotniła się tak samo niespodziewanie, jak się pojawiła. Pomyślał, że prawdopodobnie wzięła coś na wynos.

Kilka minut później weszły Magdalena z Kasią. Podeszły do stolika, spojrzały, a Magdalena skomentowała:

— A kawy na górze to już nie masz? — Pokręciła z uśmiechem głową.

Pierwszy raz widział u niej taki uśmiech. Czy to dobry znak?

— Mam, ale wpadłem wcześniej i czekam na was z obiadem.

— O, to bardzo miło — kontynuowała Magdalena.

Kasia pokiwała głową, zgadzając się.

— To co, stanę w kolejce — wstał i zajął miejsce — a wy siadajcie, dołączycie do mnie, jak przyjdzie kolej.

— Nie no, staniemy razem — powiedziała Kasia.

Wszyscy troje ustawili się do bufetu. Wkrótce potem kupili obiad i zasiedli do stołu przy oknie.

Kiedy już jedli, nagle za oknem, po drugiej stronie drogi pojawiła się kobieta, z którą Marek przed chwilą rozmawiał. Spojrzała na niego, pomachała ręką i ruszyła. Marek natychmiast również jej pomachał, ale na ulicy, przed światłami stanął TIR i całkowicie zasłonił widok.

— Do kogo machasz? — spytała Magdalena, kończąc obiad.

— Do… — zastanowił się — znajomej.

Chwilę później ciężarówka odjechała, ale po kobiecie nie było już śladu.

— Coś dużo masz tych… — Magdalena wyraźnie zawiesiła głos — znajomych kobiet. — Spojrzała na Kasię i pokiwała ze smutkiem głową.

Marek najpierw chciał coś powiedzieć, ale pomyślał, że wszystko, co powie, może być użyte przeciwko niemu.

— Wiesz, przyszłyśmy tu z Kasią, bo mamy ci coś do powiedzenia — ciągnęła Magdalena.

— Tak? — Stać go było tylko ta tyle.

— Wiem, że byliście razem. — Magdalena spojrzała na Kasię, a ta pokiwała głową. — I wiem, jak to się skończyło… Wiem, jak to ty skończyłeś.

— I co, teraz chcecie mnie umoralniać? — odparł cicho.

— Nie, chcę tylko powiedzieć, że chyba powinieneś coś ze sobą zrobić.

— Tak? Ciekawe. — Pokręcił głową.

— Tak, bo krzywdzisz siebie samego.

Marek skierował wzrok za okno.

— Zobacz — odezwała się Kasia — byłeś ze mną bardzo krótko, mimo iż po pierwszej nocy popłakałeś się. Już wtedy wiedziałam, że potrzebujesz pomocy.

— Nie potrzebuję żadnej pomocy! — podniósł głos.

— Ależ potrzebujesz — powiedziała delikatnie Kasia i pokiwała głową.

— Chyba jeszcze o tym nie wiesz — dorzuciła Magdalena.

— To co, jesteście tu na pewno, aby mi pomóc?

Marek z każdą chwilą wpadał w coraz większą złość. I coraz bardziej zamykał się na argumenty. I myślenie w ogóle.

— Chcemy ci pomóc zrozumieć, że sam masz sobie pomóc. A jak nie sam, to u specjalisty — odparła Magdalena.

— Co, że niby do psychiatry mam iść? — spytał ostro.

— No nie, to byłaby przesada, aż psychiatry nie potrzebujesz. Myślałam o psychoterapeucie — ciągnęła Magdalena.

— No to pięknie! Dzięki wieczorkowi autorskiemu właśnie dowiedziałem się, że potrzebuję terapeuty. — Zaczął się cicho śmiać. — Tworzę popapranych bohaterów i chyba sam się takim stałem. — Uderzył dłonią w stół i roześmiał się na głos.

— To nie jest śmieszne — zauważyła Kasia.

— Wybaczcie, ale dla mnie jest. — Nie przestawał się śmiać.

— Wątpię — odparła śmiertelnie poważnie Kasia.

— Marku, Kasię poderwałeś, cierpiałeś, a mimo to rzuciłeś. Mnie też podrywałeś, ale…

— Tak, a to ciekawe! — przerwał Magdalenie.

— A i ostatnio byłeś na obiedzie z Zosią — powiedziała cicho Magdalena.

— Obiad to jeszcze nie podryw — zauważył.

— Dlatego powiedziałam: na obiedzie. Posłuchaj, oprócz tego, że skończyłam psychologię, to pracowałam po studiach w ośrodku pomocy dla osób z dysfunkcyjnych rodzin.

— Tak, jeszcze mi powiedzcie, że wychowałem się w patologii! — wysyczał.

— Tego nikt nie powiedział. Jest znaczna różnica między patologią a dysfunkcją. Nie znam twojej historii z dzieciństwa, ale moim zdaniem musi być coś na rzeczy, skoro najpierw płaczesz kobiecie nad ranem, a kilka dni później od niej odchodzisz bez podania przyczyny.

— Wiecie co? — Gwałtownie wstał od stołu, odsuwając ze zgrzytem krzesło, i ruszył do wyjścia. — Nie mam ochoty tego słuchać.

Zerknął jeszcze na obie koleżanki, ale jedyne, co zdawało się rzucać w oczy, to smutek Kasi.

Tylko dlaczego Marek był taki wściekły?

Trzasnął za sobą drzwiami i zamiast do biura, pojechał do domu, po drodze informując bezpośredniego przełożonego, że źle się poczuł i bierze wolne. Szef przyjął to ze spokojem, ale słychać było, że ostre słowa grzęzną mu w gardle.

Długo próbował się uspokoić. Na tyle długo, że wstał z fotela sprzed telewizora, który zagłuszał mu emocje, dopiero po dwudziestej. Co te kobiety sobie w ogóle wyobrażają, tak wkręcać. Że musi do psychologa, że niby płakał po pierwszej nocy. Kiedy w zasadzie spędził z Kasią tę noc? Pewnie z rok temu albo wcześniej. Prawda wygląda tak, że kobiety się zgadały, że Marek podrywa bez opamiętania i postanowiły go ukarać, wmawiając problemy psychiczne. Wstał z fotela i poszedł do lodówki po puszkę piwa. Zawleczka zazgrzytała w palcach, gaz ulotnił się z głośnym syknięciem, wyrzucając na wieczko nieco piany. Już chciał pociągnąć głębszy łyk, podniósł puszkę do ust, ale pomyślał o drugim zadaniu. Samo się nie rozwiąże. Nie zastanawiał się: odstawił otwartą puszkę z powrotem do lodówki, ubrał się, wziął kluczyki do samochodu i wyszedł. W zasadzie nie wiedział, gdzie idzie, bo żadnego pomysłu na rozwiązanie problemu nie miał.

Wyjechał z podziemnego garażu niemal bez udziału świadomości — ot, jechał, gdzie go oczy poniosą, oby po Warszawie, oby rozwiązać zadanie. Najpierw skierował się na drugą stronę Wisły, tam obrał Wisłostradę i dalej w stronę centrum. Przejechał obok ulicy Gwiaździstej, potem przy Cytadeli i zwolnił dopiero przy parku fontann na wysokości Starówki. Gra świateł i wody wyglądała magicznie, zapraszała do odwiedzenia. Marek zastanowił się, czy przypadkiem w zadaniu nie może chodzić o tę lokalizację. Ale nie, tu nie mógł doszukać się ani niczego, co mogłoby być uznane za nowy hotel, ani za miejsce, gdzie spotykały się potwory.

Nagle zdał sobie sprawę, że jest jeszcze jeden hotel Novotel w Warszawie. Tamten, przy którym już był, stał wiele lat wcześniej, również w czasie jego dzieciństwa, ale przecież inny wielki hotel przemianowano też na Novotel. To budynek stojący w samym centrum, po drugiej stronie głównego ronda Warszawy niż Pałac Kultury. Liczy on pewnie ze trzydzieści pięter albo więcej. Jak Marek mógł o nim nie pomyśleć. Wcisnął gaz i jak najszybciej dotarł do Mostu Poniatowskiego i wjechał na Aleje jerozolimskie po specyficznym ślimaku odchodzącym od ronda wokół podpory mostu, jakiego próżno szukać przy innych warszawskich mostach. Z daleka zobaczył budynek Novotelu, wyróżniał się nie tylko wysokością, ale i kształtem, gdyż wyglądał jak wysokościowiec z okresu komuny: długi, wąski i wysoki budynek bez stylu czy jakichkolwiek upiększeń — tu chodziło jedynie o funkcjonalność.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s