Na południe od treści — cz. 2

Na południe od treści — cz. 2

To powieść, w której nic nie jest pewne…

Obudził się, gdy dochodziła dziewiąta. Gwałtownie chwycił komórkę, aby sprawdzić, co się stało, że go nie obudziła. Niestety, była wygaszona. Powinien ją podłączyć do ładowarki. Czym prędzej to zrobił i poszedł do toalety. Kiedy opróżnił pęcherz, stanął na chwilę przed lustrem. Potrząsnął głową, próbując się przywołać do porządku, i ruszył zadzwonić, aby poinformować w pracy, że dziś bierze wolne.

Gdy się już rozłączył, wszedł do kuchni i spojrzał na szlifierkę kątową. Czy to już czas na neseser? Ale nie, czuł się zbyt zmęczony. Podłączył ją tylko do gniazdka, uniósł i na chwilę włączył, by sprawdzić, że wciąż działa. Działała bez zarzutu. Wrócił do łóżka i znów szybko zasnął.

Ostatecznie obudził się kilkanaście minut po południu. Kiedy ostatnio spał tak długo? Przecież nawet po sobotnim wręczeniu nagród wstał o wiele wcześniej. I wtedy był pijany. Co więc się stało, że tym razem spał jak dzieciak?

Z kawą w ręku wyciągnął neseser i położył na stole. Przełknął duży łyk, uniósł szlifierkę, włączył i przyłożył obracającą się tarczę ścierną do zamka. Rozległ się głośny zgrzyt i posypały się iskry. Pierwsze zamknięcie puściło po kilkunastu sekundach. Nim zaczął ciąć drugie, zawahał się. A co, jeśli w środku jest coś, czego nie powinien zobaczyć? Może to swoista Puszka Pandory, która wraz z otwarciem uwolni szereg nieszczęść? A może to faktycznie milion dolarów? A jeśli tak, chyba jednak powinien jak najszybciej odnieść walizkę na miejsce, bo ktoś może tego usilnie poszukiwać. A jeśli to mafia, to ta nie cofnie się przed niczym. A tego, że przywłaszczył neseser, był świadek: taksówkarz. Z drżącą ręką docisnął wirującą tarczę do drugiego zamka. Nim iskry zdążyły się na dobre posypać, zamknięcie puściło. Wyłączył szlifierkę, położył na stole i jeszcze bardziej niepewnie otworzył walizkę. Wewnątrz zobaczył dwie koperty: jedną małą i jedną dużą. Przebiegł go silny dreszcz niepewności i strachu. Cóż to miało znaczyć?

Zamknął walizkę i przeszedł z nią do pokoju gościnnego, gdzie usiadł na fotelu. Położył ją na stole i zawahał się, co dalej. Co kryje się w każdej z kopert? Sięgnął do kopert i pobieżnie je obejrzał. Na tej największej był spory napis:

Dokąd?

Ta mniejsza była czysta.

Wziął w rękę tę większą, obrócił tyłem naprzód i dostrzegł jeszcze drugi napis:

tę otwórz jako pierwszą, tu znajdziesz instrukcje

Poczuł falę gorąca spowodowaną zdenerwowaniem. Zaczął otwierać kopertę. Trochę sądził, że nastąpi coś nieoczekiwanego, że usłyszy syk i zaleje go tajemniczy gaz, który go uśmierci, albo że wysypią się banknoty, których się pierwotnie spodziewał. Ale koperta była zbyt mała jak na wystarczającą ilość pieniędzy. Może więc wewnątrz tkwi czek na ten wyczekiwany milion dolarów? Tyle że słowo napisane na kopercie całkowicie zmieniło jego percepcję sytuacji. O co może chodzić w pytaniu składającym się z jednego słowa? Przedarł kopertę do końca i jedyne, co do niego dotarło, to zwyczajny szelest dartego papieru. Nic więcej. Zerknął jeszcze raz na napis: dokąd. Cóż to może znaczyć?

Nagle usłyszał dźwięk dzwoniącego telefonu. Przez chwilę wahał się co robić: odłożyć kopertę i odebrać, czy przeczytać, co jest w środku? Ale miał wrażenie, że dzwonek wwierca mu się w mózg. Jakby specjalnie chciał go odciągnąć od poznania tajemnicy. Zdecydował jednak, że koperta poczeka, dzwoniący nie. Bo przecież mógłby to być ktoś w sprawie promocji książki lub kontraktu na kolejną, bo z tym ciągle zwlekał. W końcu wstał i odebrał:

— Przyjeżdżaj, choćby na godzinę — usłyszał głos szefa.

— Teraz?

— Tak, teraz. Musimy pilnie ustalić szczegóły czwartkowego wieczorku.

— Ale…

— Nie ma ale. Chcesz, aby się to odbyło czy nie?

— Tak, ale minie ze dwie godziny, zanim dotrę, a jest już prawie pierwsza. To na ile wpadnę? Na dwie godziny?

— Tak. Od tego zależy, czy spotkanie się w ogóle odbędzie.

— Czyli muszę?

— Tak, nie masz wyjścia. Czym prędzej.

— Dobra, ogarnę się i za jakieś czterdzieści pięć minut wsiadam w samochód. Powinienem być wpół do trzeciej.

— Świetnie.

— To do zobaczenia — Marek powiedział na koniec.

— Aha, jeszcze jedno: spotkanie będzie organizować Magda Stryjeńska, pracuje u nas jako office-manager, więc wie co i jak.

— Magda? — zdziwił się.

— Tak, to w zasadzie ona nalegała, abyś dziś przyjechał, w końcu to już pojutrze.

— No tak.

— To przyjeżdżaj, do zobaczenia.

— Do zobaczenia.

Odłożył neseser do kuchennej szafki i poszedł do łazienki się przygotować.

Jadąc do biura, pomyślał, że w sumie dobrze się stało, że to ona to oreganizuje — będzie miał okazję ją lepiej poznać i spróbować nakłonić na randkę. To, co musi zrobić, to przede wszystkim narzucić własne warunki. W końcu on jest facetem i to w dodatku bohaterem wieczorku autorskiego, więc to on musi rządzić. Nie może być inaczej. Kobiety lubią, gdy mężczyzna bierze sprawy w swoje ręce. Niektóre wręcz czekają na to, aby zostać niemal zniewolonymi. Albo porwanymi. Przypomniał sobie sytuację, gdy zaczepił na ulicy młodą kobietę i po kilkunastominutowej rozmowie przekonał ją do wspólnego wyjazdu na weekend.

I z taką myślą wszedł do biura. Mijał kolejne spotkane osoby i już sobie wyobrażał, że każda z nich zadaje pytania na wieczorku autorskim. I jakimś dziwnym trafem oczami wyobraźni zobaczył, że wśród zgromadzonych jest też dziewczyna z Ursynowa, z którą spędził noc. Co jest w niej takiego, że nie może jej zapomnieć? Gdy znalazł się przed gabinetem szefa, już obmyślał, co ma powiedzieć Magdalenie Stryjeńskiej.

— Dzień dobry, szefie — przywitał się, wchodząc do gabinetu przełożonego.

— O, już jesteś. To dobrze. Siadaj. — Wskazał na fotel po drugiej stronie biurka. — Już proszę tu Magdę. — Prezes zadzwonił do pracownicy.

Olkuń wykonał polecenie, choć najchętniej pozostałby na stojąco, w końcu w takiej pozycji ma się większą siłę przekonywania. Po chwili weszła Magdalena.

— Tak? — zaczęła.

— Ściągnąłem go specjalnie dla ciebie — szef zwrócił się do pracownicy. — Możesz robić z nim, co chcesz. — Zaśmiał się.

— To świetnie — skomentowała i zrobiła dwa kroki, tak, że stanęła naprzeciwko fotela, na którym siedział Marek.

Marek wstał, by rozpocząć swoją grę, w której musiał pokazać, kto tu rządzi. Wyprostował się jak pracownik nakryty na drzemce na biurku, zacisnął pięści, by nadać sobie odwagi, i zaczął:

— Chciałbym, żeby…

Magdalena natychmiast mu przerwała:

— Marku, zajmij się przygotowaniem odpowiedzi na pytania, które padną, a mnie zostaw resztę. Doskonale sobie poradzę. — Ironicznie się uśmiechnęła. — I nie próbuj narzucać swojego zdania, jak takie spotkanie ma wyglądać. — Zerknęła również na szefa. — Rozumiemy się? — dodała do Olkunia.

Marek zaniemówił. Chciał wyjść na zdecydowanego, władczego, a ona ucięła to kilkoma zdaniami.

— Ale czy ty kiedyś robiłaś podobne spotkanie? To nie jest spotkanie biznesowe, tu trzeba…

— Nie martw się — znów przerwała — doskonale sobie poradzę. Potrafię odróżnić biznes od sztuki. — Spojrzała Markowi w oczy i pokiwała głową. — I od życia prywatnego, osobistego.

Olkuń wiedział, co znaczą te słowa. Spróbował jeszcze coś zmienić:

— Ale jakbyś potrzebowała pomocy, służę silną ręką. — Wbił wzrok w jej oczy.

— Dziękuję, będę pamiętała, jakby miały rzucić się na mnie zazdrosne czytelniczki. — Uśmiechnęła się ironicznie. — Lecz sądzę, że prędzej powinieneś ugryźć się w język.

— Czy możecie ustalać warunki poza moim gabinetem? — spytał szef.

— Oczywiście — odpowiedziała i zdecydowanie kiwnęła głową na Marka.

Wyszli oboje.

Gry wracał do domu, naciskał pedał gazu bardzo gwałtownie. Zerkał tylko na prędkościomierz, aby się kontrolować i w razie potrzeby odpuszczać pedał. Nie tak to powinno wyglądać. Nie tak prawdziwy mężczyzna winien się zachować. Dlaczego nie potrafił zaprotestować? Albo przynajmniej powiedzieć kilku słów, które wywołałyby w niej niepokój i niepewność?

Wrócił do domu wciąż jeszcze rozdrażniony. Gdy tylko zrzucił buty i kurtkę, poszedł do kuchni i sięgnął po neseser. Odsunął na bok większą kopertę i sięgnął po małą. Wiedział, że powinien zacząć od większej, ale nie mógł się powstrzymać. Rozchylił kopertę. W środku spoczywała złożona kartka. Wyciągnął ją i rozprostował. Przeleciał wzrokiem po jednej stronie, gwałtownie odwrócił na drugą i również obejrzał. Było tam tylko kilka zdań:

Przybądź w nocy do centrum Warszawy i idź po królewsku, aż dojdziesz do lasu. Wtedy usiądź na murku naprzeciwko byłego przepraszania. I obserwuj. Następne instrukcje znajdziesz poniżej czterech.

Usiadł na kuchennym stołku, aby odsapnąć. O co tu chodzi? To jakaś gra, tego był pewien na pierwszy rzut oka. Tylko czy on, przypadkowy znalazca, ma się w nią zaangażować? Czy może przeznaczona była dla kogoś innego? A jeśli tak, to mógł komuś narobić kłopotów. Ale w gruncie rzeczy miał to gdzieś. Oto przed nim pojawiła się historia, którą chętnie spróbuje rozwikłać. Co z tego wyniknie — nie wiadomo. Ale wiadomo, że Marek urozmaici sobie życie. I zrobi coś ciekawego. Jeśli to zadanie dla kogoś innego, to ten, który je przyszykował, może mieć pretensje, że trafiło w niepowołane ręce. A może nawet spróbować temu przeciwdziałać. Ha, to ci dopiero! Próba rozwikłania zadania tak, aby nikt tego nie zauważył. Dreszczyk emocji przebiegł Markowi po plecach.

Sięgnął po tę dużą kopertę i wyciągnął złożoną kartkę.

Dokąd? Zadaj sobie to pytanie każdego dnia, gdy wstajesz z łóżka. I każdego, gdy zasypiasz. Dokąd zmierzasz? I nie chodzi tu o miejsce czy odległość, lecz o to, dokąd kierujesz swoje myśli?… Czy jesteś z nich zadowolony? Czy jesteś zadowolony z siebie?

Na dziś wystarczy rozważań.

Aha. Otworzyłeś już małą kopertę? Wiesz więc, że masz przed sobą zadanie, któremu musisz sprostać. Za każdym razem będzie to inne zadanie. I za każdym razem musisz podchodzić do tego nieco inaczej. Ale też za każdym razem obserwuj otoczenie. I za każdym razem będziesz miał do odszukania kolejną wiadomość, w której będą następne instrukcje. To instrukcje dotyczące nie tylko szukanych zadań.

Bądź uważny każdego dnia. W każdej osobie może się kryć coś więcej. I bądź dla siebie wymagający i krytyczny.

Dokąd?

Nagle uświadomił sobie, że przecież otworzył już pierwszą wiadomość. Czy to oznacza, że tam również kryje się wskazówka? Spojrzał na nią jeszcze raz:

Przybądź w nocy do centrum Warszawy i idź po królewsku, aż dojdziesz do lasu. Wtedy usiądź na murku naprzeciwko byłego przepraszania. I obserwuj. Następne instrukcje znajdziesz poniżej czterech.

Poprzedni raz, gdy czytał wiadomość, w zasadzie nie zastanowił się nad tym, jakie zadanie jest mu wyznaczone, ot, po prostu sprawdził, że nie ma banknotów, czeku czy czegoś podobnego, a treść zwyczajnie zignorował. Równie dobrze mogło być tam napisany wierszyk ze szkoły podstawowej i zareagowałby tak samo. Sama tajemnica była ważniejsza niż treść. Teraz jednak dobrze skupił się na zapisanych słowach. I od pierwszego zdania brzmiało to przedziwnie, bo gdzie w centrum Warszawy jest las? Ale zaraz, zaraz, są parki. Które są najbardziej znane? Zerknął na mapę Warszawy, bo na pamięć nie znał wszystkich takich miejsc. Łazienki Królewskie, Park Ujazdowski, kilka mniejszych parków na Powiślu, Ogród Saski, Ogród Krasińskich, może jeszcze pole Mokotowskie. Sporo szukania. Widać więc autor pozostawił bardzo niejasny pierwszy krok.

Tyle że w tym samym zdaniu jest mowa, aby szedł po królewsku. Natychmiast przyszło mu do głowy, że przecież przy Łazienkach Królewskich przebiega ulica, na którą się mówi Trakt Królewski. To musi być to! Zerknął jeszcze raz na plan. Przy tym samym ciągu ulic leży Park Ujazdowski. I to tyle. Zostają mu więc dwa parki, z czego jeden naprawdę duży.

Jednak w tym samym zdaniu jest zapisane, że ma się tam udać w nocy, a dobrze pamiętał, że Łazienki są na noc zamykane. Nie miał pojęcia, jak jest z Parkiem Ujazdowskim. Spojrzał jednak do internetu i Google szybko poinformowały go, że ten park również jest zamykany na noc. Czy więc chodziło o coś innego? O jakiś inny park? A może tak jak w przypadku znalezienia nesesera musi przeskoczyć przez ogrodzenie? To miałoby sens, skoro walizka nie była dostępna dla każdego przechodnia. Tyle że stadion Sarmaty nie był przez nikogo pilnowany, zarządzany — ot, opuszczona rudera wśród blokowisk. A tu jednak oba parki są — można powiedzieć — dobrami narodowymi, a przynajmniej obiektami pod ochroną, strzeżonymi. Postanowił najbliższej nocy pojechać do Ujazdowskiego, ten jako mniej znamienity, prawdopodobnie jest słabiej pilnowany albo w ogóle. Ale miał jeszcze jedną zagadkę do rozwiązania: zadanie mówiło, aby usiadł na murku naprzeciwko byłego przepraszania. O co chodzi z tym przepraszaniem? Nic mu się nie kojarzyło. Czyżby bohater któregoś z pomników zasłynął z przepraszania albo z czegoś z nim związanego? Na przykład czy Chopin, którego pomnik stoi w Łazienkach, nie napisał utworu muzycznego, którego tytuł zawierałby słowo „przepraszam”? Albo czy nie zadedykował któregoś swojego utworu komuś w przeprosiny?…

Skoro pomnik Chopina stoi zaraz przy wejściu do Łazienek, sięgnął do internetu, aby przeszukać jego utwory, które mogą mieć coś wspólnego z przepraszaniem. Ale niestety, większość to dzieła opatrzone tytułami związanymi z tonacjami, takie jak mazurki, nokturny, etiudy, czy koncerty fortepianowe. Próżno szukać czegoś związanego z przepraszaniem. Pozostało więc w jakiś sposób dowiedzieć się, czy kompozytor nie zadedykował utworu w przeprosiny. Ale takich informacji w internecie nie znalazł. Jedynie ogólne dedykacje takie jak: Koncert fortepianowy e-moll dedykowany Friedrichowi Kalkbrennerowi, Sonata c-moll dedykowana Józefowi Elsnerowi, Trio g-moll na skrzypce, wiolonczelę i fortepian dedykowane księdzu Antoniemu Radziwiłłowi, czy dwanaście etiud dedykowane Lisztowi. Czy autor zgadywanki z nesesera mógł posunąć się dalej i zamieścić informacje, których próżno szukać w internecie? Jeśli tak, to zadanie to nie mogło być potraktowane lekko, po łebkach. Co, jeśli odgadnięcie każdego kolejnego sekretu zajmie mu tygodnie? A może miesiące?

Jednak Marek był człowiekiem, który przede wszystkim działał, a nie próbował się niepotrzebnie zastanawiać. Musiał więc coś zacząć robić w tym kierunku. Wstał ze stołka w kuchni, szybko się ubrał, chwycił kluczyki do samochodu i sięgnął do klamki drzwi wyjściowych. Nagle zmienił zdanie. Jeśli ma spróbować się czegoś dowiedzieć, o co może chodzić z tym przepraszaniem, musi zacząć pytać. A kogo jest lepiej pytać niż taksówkarzy? Odłożył kluczyki od samochodu i wyszedł z domu, aby pojechać taksówką. Schodząc po schodach, zamówił ją.

Stanął przed blokiem i spojrzał w niebo. Poczuł się, jakby wkraczał w magiczny świat, gdzie nic nie jest jasne, nic nie jest oczywiste, wszystko zostało okryte warstwą tajemnicy i niepewności. Jeszcze na dodatek autor zadania wymyślił, żeby jechać do tego parku w nocy. Dochodził więc dodatkowy smaczek.

Pomyślał o dziewczynie z dekoltem, którą poznał na Ursynowie. A może by tak do niej zadzwonić? I spróbować się umówić? Najpierw na seks, a potem na jakiś koncert? Koncert Chopina? Czemu nie. Niby nie słuchał muzyki klasycznej na co dzień, ale czasem bardzo chętnie zanurzał się w takim właśnie klimacie. Pamiętał, jak kilka lat wcześniej został zaproszony na obiad przez kolegę, który zaserwował mu całkiem długą listę utworów klasycznych. Był Vivaldi, Bach, ale i Chopin. Powrócił pamięcią do tamtego dnia i w myślach zagrał właśnie Chopin. Marek całkiem odpłynął i nawet nie zareagował na podjeżdżającą taksówkę. Wsiadł na tylną kanapę i zaordynował:

— Dzień dobry, pod Park Ujazdowski.

— Gdzie? — zapytał ze zdziwieniem szofer.

— No, pod Park Ujazdowski.

— Oczywiście, ale wie pan, że tam już zamknięte?

— Tak, tak, wiem. — Marek jeszcze raz zastanowił się, czy na pewno autor zadania chciał, aby ktoś forsował zamknięte ogrodzenie.

— A konkretnie w które miejsce? Bo ten park ma sporą długość.

— Gdzieś pod wejście.

— Pod wejście, oczywiście, pod zamknięte wejście — powtórzył taksówkarz, jakby chciał się upewnić, że klient wie, co robi.

Wyjechali z osiedlowej uliczki w Mehofera i skierowali się w stronę Modlińskiej. Kierowca miał wyłączone radio, co jest rzadkością wśród taksówkarzy. Marek pomyślał, czy przypadkiem prowadzący nie ma dość lejącej się z radia muzycznej sieczki, powtarzanej niemal każdego dnia. Przecież nawet takie radia jak RMF Classic bazowały na tych samych sprawdzonych utworach. A jeśli ma dość takiej muzyki, to może wie coś więcej o utworach Chopina.

— Mam pytanie — zaczął Marek.

— Tak?

— Czy kojarzy pan utwory Chopina?

— No, coś tam kojarzę — odparł obojętnie taksówkarz.

Marek od razu pomyślał, że skoro coś kojarzy, to może wie o dedykacjach.

— Czy orientuje się pan, czy Chopin zadedykował komuś jakiś utwór w przeprosinach?

— Słucham? — szofer podniósł głos.

— No, czy…

— Panie! — ryknął prowadzący. — Jak żeś pan spytał, czy coś kojarzę, to myślałem, czy słuchałem tego, czy bym rozpoznał, ale, panie, takie pytania to do profesora akademii muzycznej. Panie, ja coś tam grałem na pianinie w młodości, Chopina też się zdarzyło na ćwiczeniach próbować, ale o takie rzeczy nich mnie pan nie pyta. Ech… — Westchnął taryfiarz.

— Tak tylko zapytałem.

— No niby tak, kto pyta, nie błądzi, ale ja panu nie pomogę. Ja panu mogę powiedzieć, za co ja wczoraj przepraszałem małżonkę. — Kierowca zaśmiał się na cały głos.

— Wie pan… — Marek nie za bardzo wiedział, co ma powiedzieć.

— A po co panu taka informacja? A poza tym pomnik Chopina to w Łazienkach, a nie w Parku Ujazdowskim.

— Tak, tak, wiem. Tylko… — Marek wahał się, czy powiedzieć o zgadywance.

Już chciał wyjawić sekret, ale pomyślał, że jeśli to zrobi, taksówkarz może odnaleźć kolejną wiadomość i przejąć to, co na końcu.

Właśnie, dlaczego w ogóle Marek podjął tę grę? Czy normalny człowiek spróbowałby rozwikłać taką zagadkę? Komu by się chciało?

— Panie, i po to pan tam jedzie tak po nocy? — spytał taryfiarz.

— Wie pan… — Marek nagle wpadł na pomysł, jak to wyjaśnić. — Jutro mam randkę z kobietą, która uwielbia Chopina, i chcę jej zrobić niespodziankę, że coś o nim wiem.

— A dlaczego akurat miał on za coś przepraszać? — spytał bardzo rozsądnie prowadzący.

— W zasadzie nie wiem. — Marek udał głupiego. — Tak mi przyszło do głowy.

— Co żeś pan nawywijał? — Zaśmiał się taksówkarz.

— Nie, nic… — Marek chyba nie miał ochoty na taką rozmowę, ale z drugiej strony nie chciał budzić podejrzeń.

A jeśli pomyślał o podejrzeniach, to czy znaczy to, że już wszedł w klimat tajemniczej zgadywanki, w którą się wplątał?

— No i w tej sytuacji to jedziemy w końcu pod Ujazdowski czy pod Łazienki?

— Tak, tak, pod Łazienki — przytaknął automatycznie Marek, zamyślony tym, w co się pakuje.

Dwadzieścia minut później zatrzymali się pod wejściem do Łazienek Królewskich. Dopiero gdy wysiadł, rozejrzał się po Trakcie Królewskim, który wciąż był ozdobiony po Świętach Bożego Narodzenia i Nowym Roku. Między latarniami wisiały rozpięte linki, na których rozciągały się świąteczne iluminacje. Zwykłe światełka, gwiazdy, kolorowe mikołaje i ozdoby imitujące sztuczne ognie. Po drugiej stronie ulicy, w kierunku centrum stał gmach Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, a w drugą stronę pomnik Józefa Piłsudskiego stojący pod Pałacem Belwederskim, zwanym Belwederem, który niegdyś był siedzibą rządu. Marek stanął przed zamkniętą bramą i dostrzegł pracownika Biura Ochrony Rządu pilnującego Kancelarii Premiera. W takim towarzystwie ciężko będzie sforsować zamkniętą bramę. Zwrócił uwagę, że Borowik bacznie mu się przygląda. W końcu kto każe się wysadzić w takim miejscu o takiej porze? Marek rozejrzał się i dostrzegł, że całe ogrodzenie pokryte jest plakatami. Dosłownie, co dwa metry plakat. Natychmiast zwrócił twarz do plakatów, wyciągnął komórkę i zaczął robić zdjęcia. To na pewno wytłumaczy go z tej wizyty. Ruszył z telefonem w ręku w kierunku centrum. I prawie każdemu plakatowi pstrykał zdjęcie. Co chwilę przystawał, rzekomo przyglądał się, robił kolejne zdjęcie i szedł dalej. Gdy minął Kancelarię Premiera, zatrzymał się i ocenił sytuację. Wartownik wciąż patrzył w jego stronę. Nie świadczyło to najlepiej. Ale cóż, trzeba było robić swoje, aby rozwikłać zagadkę. Coś go tknęło, że przecież kilkaset metrów dalej w stronę centrum jest kolejne wejście, w okolicach którego nie ma budynków, których trzeba by było strzec, więc prawdopodobnie tam nikt nie będzie widział, gdy sforsuje ogrodzenie. Ruszył żwawym krokiem. Nagle kątem oka dostrzegł na ulicy tuż za sobą migające niebieskie światła. Odwrócił się. To radiowóz stał na sygnałach, a dwóch policjantów już szło w jego stronę.

— Dobry wieczór, aspirant Strzyglewski, proszę z nami do radiowozu.

Marek zobaczył, że drugi z nich trzyma dłoń na kaburze pistoletu. Nie protestował więc i poszedł, gdzie mu kazano. Gdy już wsiadł na tylną kanapę radiowozu, pierwszy policjant powiedział:

— Proszę o dokumenty. Co pan tu robi?

— Ja?… — Marek sięgnął do kieszeni po dowód osobisty. — W zasadzie… — przez chwilę nie wiedział co powiedzieć — chciałem się czegoś dowiedzieć o Chopinie, ale widzą panowie, już zamknięte, więc co mi pozostało.

— Tak? — podniósł głos aspirant. — Zamknięte, a mimo to wysiadł pan z taksówki?

— Bo… — W głowie Marka rozszalała się burza intelektualna, aby wymyślić jakiś powód. — Bo taksówkarz miał już kolejne zlecenie i nie mógł mnie zabrać z powrotem. A skoro wysiadłem, to już postanowiłem się rozejrzeć.

— I co? Te plakaty takie ciekawe, że trzeba im zdjęcia robić? — zapytał agresywnie aspirant.

— A co mi pozostało. Poza tym fajne są. — Marek poczuł, że zmierza w dobrą stronę.

— I wszystkie takie fajne? Ile to zdjęć pan zrobił? Proszę pokazać telefon.

Marek niechętnie sięgnął do kieszeni i wyciągnął smartfon.

— No, proszę mi go dać i odblokować. Chcę zobaczyć, co to za zdjęcia.

Marek był już pewien, że skoro policjant zobaczy dziesiątki zdjęć plakatów, to uzna, że trafił na wariata, i da mu spokój.

Policjant zaczął przeglądać galerię zdjęć.

— No proszę, już tu mamy z dnia dzisiejszego kilkadziesiąt zdjęć, jeśli nie sto, a z poprzednich dni zaledwie — zaczął liczyć — jedno, dwa, trzy, cztery, pięć i ostatnie szóste. Sześć zdjęć z przeszłości i setka z dziś. Panie — aspirant spojrzał na dowód Marka — Marku, ja nie kupuję tej historyjki. Bo gdyby pan miał podobną ilość z przeszłości, to uwierzyłbym, a tak to wiem, że prawie nie używa pan aparatu w telefonie. Więc skąd nagła chęć, aby zrobić setkę zdjęć zwykłym plakatom? Hmmm?

Marek poczuł, że cały jego plan się zawalił. Co mu więc pozostało. Musiał to powiedzieć.

— Panowie. Sprawa wygląda tak — zaczął Marek.

Obaj policjanci spojrzeli po sobie, a następnie Markowi w twarz.

— Jutro mam randkę z kobietą, która interesuje się Chopinem, wręcz uwielbia go. Chciałem więc tu przyjechać, aby zrobić ze dwa zdjęcia jego pomnikowi, może coś przeczytać na jego temat, a skoro Łazienki już zamknięte, to chciałem przeskoczyć przez ogrodzenie, ale obserwował mnie ten strażnik z naprzeciwka.

Policjanci ponownie spojrzeli po sobie, drugi się uśmiechnął i stwierdził:

— Ale nurek, ja nie mogę!

Marek przez chwilę nie dowierzał temu, co usłyszał.

— Proszę opróżnić kieszenie — rozkazał aspirant.

Marek natychmiast zaczął wykonywać polecenie. Wyciągnął portfel, klucze do domu i zwiniętą kartkę, na której w międzyczasie próbował notować, co chciałby powiedzieć na czwartkowym wieczorku autorskim.

— Co to za kartka? — spytał drugi.

— Jestem pisarzem i notuję co nieco — odparł Marek.

— Kurwa, mówiłem ci, że gdzieś go widziałem — krzyknął drugi policjant.

Aspirant jeszcze raz spojrzał na dowód osobisty i przeczytał:

— Marek Olkuń. — Spojrzał jeszcze raz Markowi w twarz.

— Tak, to ja.

— To pan napisał kryminał „Nikt nie jest bez winy”? — ekscytował się ten drugi.

— Tak, to ja.

— Ja nie znam pana książek, a pana nazwisko bardziej kojarzy mi się z jakimś lekarzem… Sam nie wiem…

— Pisze pan kolejny kryminał? — spytał drugi.

— Na razie mam przesyt kryminałów, chcę napisać coś innego.

— Innego? A co może być lepsze niż kryminał? — ciągnął tamten.

— No, planuję napisać jakąś obyczajówkę.

— Nie! — wrzasnął drugi policjant. — Tylko nie nudną obyczajówkę!

— Przykro mi, ale mam przesyt.

Aspirant jeszcze raz zmierzył Marka wzrokiem i oddając mu dowód osobisty i telefon, powiedział:

— Wariat z pana, myślę sobie. Mnie by się na pewno nie chciało ganiać za ulubionym kompozytorem jakiejś kobity. Ale za wariactwo pana nie zatrzymamy, prawda, Jurku? — Spojrzał na kolegę. Ten drugi pokiwał głową. — Tylko proszę się nie przyznawać, że mówił nam pan, że chce przeskoczyć ogrodzenie… — Mrugnął okiem.

Marek poczuł, że wygrał.

Kiedy już wysiadł z radiowozu, jeszcze raz się rozejrzał, posłał uśmiech w stronę pilnującego kancelarii Premiera Borowika, jakby tamten mógł to z takiej odległości dostrzec, i ruszył do drugiej bramy. Marek musi dziś dowiedzieć się, o jakie przeprosiny Chopina mogło chodzić. Tyle że druga brama mieści się kompletnie z przeciwnej strony parku, nie pamiętał nazwy ulicy, przy której to jest, ale dobrze wiedział, jak tam trafić. Ruszył najpierw w kierunku Belwederu, potem w dół Belwederską przy ambasadzie Federacji Rosji, aż doszedł do Gagarina, gdzie skręcił w lewo i kilkaset metrów dalej w Podchorążych. W mig skojarzył, że Podchorążych to właśnie ulica, przy której mieści się ta druga brama. Kilka minut później stał na bardzo mało uczęszczanej ulicy i mierzył siły, aby sforsować bramę. Prawie całe ogrodzenie posiadało na górze sterczące ostre pręty, na które nietrudno się nadziać przy przechodzeniu, ale jeden ze słupków przy bramie nie miał takiego zakończenia, tylko płaską powierzchnię. Marek rozejrzał się jeszcze raz, czy nikt go nie obserwuje, zerknął w poszukiwaniu kamer, ale jedyna, którą zaobserwował, znajdowała się przed wejściem do pobliskiego budynku i właśnie tam była skierowana. Ostrożnie wdrapał się na ogrodzenie, uważając, aby się nie obślizgnąć i nie nadziać na pręty obok, i chwilę później zeskoczył na stronę Parku Łazienkowskiego. Miał stąd całkiem spory kawałek do pomnika Chopina, ale skoro dotarł tak daleko, nie mógł się cofnąć.

Piętnaście minut później dotarł pod pomnik. Pierwszy raz znalazł się w takim miejscu o takiej porze: żywej duszy, prawie całkowita ciemność, bo większość świateł została wygaszona, i cisza przerywana powiewami wiatru. Stanął naprzeciwko pomnika i zaczął się rozglądać. Czy tu jest coś, co może być uznane za przepraszanie? A w zasadzie, czy mogło być za takie uznane? Bo przecież w zadaniu czytał, że ma usiąść naprzeciwko byłego przepraszania. Ale co tu było: pomnik, niewielka sadzawka spowita lodem, kilka ławek, kwietniki, trawnik i jedyny murek, jaki znalazł to ten przy samym pomniku. Podszedł do murku i na nim usiadł zgodnie z instrukcją. Tylko gdzie tu przepraszanie?

Nagle po raz drugi tego wieczoru zaczął się śmiać. Ponownie uniósł twarz ku górze i nie mógł się powstrzymać. Sprawa miała się tak, że spędził w tych okolicach już grubo ponad godzinę i nie miał żadnego punku zaczepienia. To jakiś absurd, aby ganiać po nocy za czymś kompletnie niewiadomym. Bo przecież nawet nie miał pojęcia, do czego doprowadzi go to zadanie, bądź, jak wspomniano w większej kopercie, szereg zadań. Czy na końcu czeka go skarb? A może coś równie cennego? Ale nie jest też wykluczone, że to wszystko nie doprowadzi go do niczego. Po co więc poświęca tyle czasu, energii, a nawet pieniędzy? Lecz było w tym wszystkim coś tajemniczego, mistycznego, co nie pozwalało mu zaniechać starań. To, że wszedł w tę grę, świadczyło, że czegoś takiego potrzebował. A skoro tak, to nie mógł się teraz poddać, nawet w sytuacji, gdy pomysł, że to chodzi o pomnik, okazał się nietrafiony. Ale, zaraz, zaraz. Dlaczego w ogóle pomyślał, że to chodzi o ten pomnik? Przecież w zadaniu nie było ani jednego słowa, które mogłoby o tym świadczyć. Nagle zdał sobie sprawę, że odpłynął w świat swoich fantazji i oddalił się od faktów. Tym razem bezsilnie zwiesił głowę, bo nawet już mu się nie chciało śmiać. Machnął od niechcenia ręką i ruszył do wyjścia. Kwadrans później podjechała zamówiona przez niego taksówka. Okazało się, że to ten sam kierowca. Tyle że teraz stał po drugiej stronie Łazienek.

— O, to pan! — zaczął kierowca. — Pan tutaj?

— No, tak mnie tu przywiało — Marek odparł ze śmiechem.

— Gdzie teraz? Do Ogrodu Botanicznego? — Taryfiarz zaśmiał się na głos.

— Nie, nie, do domu, na Tarchomin, tam, skąd przyjechaliśmy.

— Co, dosyć muzyki na dziś? — Taksówkarz ruszył.

— Tak jakby.

— Co pan tak długo tu robił? — spytał prowadzący.

— Witałem się z Chopinem. — Marek nie przestawał się śmiać.

— Niech pan nie mówi, że pan był pod pomnikiem. Przecież wszystko zamknięte.

— No zamknięte. Ale do przejścia.

— Cholera, to naprawdę panu zależy na tej kobicie.

— Kobita, kobitą, ale przygoda też jest — zauważył Marek. — Kiedy ostatnio zdarzyło się panu zrobić coś tak szalonego?

Kierowca spojrzał na Marka we wstecznym lusterku, przyjrzał się i pokręcił głową.

— Pewnie jak miałem ze dwadzieścia lat. Później już chyba nie. Ale to były czasy.

Kiedy kilka minut później wyjechali na Wisłostradę, kierowca spytał:

— I co, dowiedział się pan czegoś o tym przepraszaniu?

— No, niestety. — Marek pokręcił głową.

— Ja powiem panu, że się nad tym zastanawiałem. Bo jak tak se siedziałem w samochodzie, to i na myślenie mi przyszło. Ale nic mi nie przychodzi do głowy z tym przepraszaniem i Chopinem.

— No, to ciężka sprawa.

— Z przepraszaniem to kojarzy mi się zupełnie co innego.

— A co takiego? — zaciekawił się Marek.

— Knajpa. Nazywa się bodajże „Pardon to tu”. To jak przepraszanie z francuskiego.

— A gdzie ona jest? — Marek szarpnął się do przodu z zaciekawienia.

— Gdzie? Bodajże przy Metrze Politechnika, o ile dobrze pamiętam.

— Tak? O, to ciekawe. — Marek czym prędzej sięgnął po smartfon i włączył mapy, aby sprawdzić tę informację.

Faktycznie, knajpa o takiej nazwie mieściła się przy ulicy Podolskich, niedaleko wspomnianej stacji metra.

— Niech pan tam jedzie! — rozkazał Marek.

— Słucham?

— Dobrze pan słyszał, pod tę knajpę.

— Teraz? Panie przecież ona teraz zamknięta. — Kierujący znów spojrzał w lusterko wsteczne na Marka i po chwili się zaśmiał. — Ale co to dla pana! Zamknięte łazienki, to i może zamknięta knajpa nie stanowi problemu? — zażartował.

— To moja sprawa — syknął Marek.

— No dobra, dobra, tak tylko żartowałem. — Taksówkarz mocniej ścisnął kierownicę.

Dziesięć minut później Marek rozliczył się za kurs i wysiadł przy Politechnice. Za chwilę stanął przed wejściem do wspomnianej knajpy i się rozejrzał. Dostrzegł nawet murek, który mógłby być potraktowany jako stojący naprzeciwko knajpy. Podszedł, usiadł i ponownie się rozejrzał. Przypomniał sobie, co było napisane w zadaniu: następne instrukcje znajdziesz poniżej czterech. O jakie cztery mogło chodzić? Zaczął po kolei liczyć różne przedmioty. Ale na przykład filarów było pięć, słupków przy jezdni o wiele więcej, miejsc parkingowych również. Poza tym tu chodziło o coś „poniżej”. I jeszcze w zadaniu napisano o „byłym” przepraszaniu. O co więc mogło chodzić? Siedział na lodowatym murku i nie miał pojęcia, w czym rzecz. Chwilę później, zmęczony i senny zamówił kolejną taksówkę i wrócił do domu. Tego dnia miał dość.

Obudził się ledwo przytomny, gdyż położył się spać grubo po trzeciej, a wstał o siódmej. Cztery godziny spędził na poszukiwaniu, Bóg wie czego. Żeby to chociaż było w dużej kopercie napisane, jaka nagroda czeka na końcu lub że dowie się czegoś doniosłego. Ale nie, Marek wyczytał stamtąd jedynie kilka enigmatycznych zdań, aby być spostrzegawczym, uważnym i krytycznym. Co to miało w ogóle znaczyć? Marek zaczął się zastanawiać, czy nie dać sobie z tym spokoju. Wstał z łóżka i poczuł, że kręci mu się w głowie z niewyspania. Zanim wszedł do kibla, włączył elektryczny czajnik. Dzień powoli się rozpoczynał.

Już dał sobie spokój z tą całą mistyfikacją, zadaniem, szukaniem, błądzeniem i rozmyślaniem. Właśnie siedział na krześle w salce przygotowanej do spotkania autorskiego. Jeszcze wstał, poprawił ułożenie książek, które miał przy sobie na sprzedaż, wyprostował wiszący plakat z nim samym i aż westchnął. Bo nie tak sobie wyobrażał, że będzie wyglądała jego kariera. Wszystkie te plakaty bardziej go irytowały, niż dawały radość czy cokolwiek innego pozytywnego, sprzedawane osobiście książki sprawiały, że czuł się jak handlarz, a nie pisarz, i wreszcie miejsca, w których czasem przyszło mu spotykać się z czytelnikami. Żeby to tylko z czytelnikami. Przecież tym razem mają byś zagonieni wszyscy pracownicy firmy, bez względu na to, czy ktoś lubi jego książki, czy ma je w głębokim poważaniu. Toż to jak za czasów peerelu i pochodów pierwszomajowych — każdy musiał przyjść i już, bo tak wymagała władza. Na tę myśl pokręcił tylko z niesmakiem głową.

Kilka minut później przyszła Magdalena Stryjeńska.

— I jak? Gotów? — spytała.

— Cały czas. — Spojrzał jej głęboko w oczy i ironicznie się uśmiechnął. — A ty nadal niechętna?

— Skupmy się na spotkaniu. — Spojrzała w innym kierunku. — Tak, jak powiedziałam wczoraj, te pięć książek w prezencie dla najaktywniejszych sponsoruje firma. I to ty wybierasz, komu je wręczysz.

— A jak nikt nie będzie chciał gadać? — Marek zaśmiał się na głos.

— Takiego scenariusza nie przewiduję.

— Ale jak tak się stanie, ty dostaniesz wszystkie pięć. W każdej zapiszę fragment dedykacji, powiedzmy, zapisany kodem, a ty będziesz musiała z tego zlepić całość. — Powiedział to bez zastanowienia, na poczekaniu, ale od razu złapał się na tym, że przecież jest to wyraźne nawiązanie do szeregu zadań, które zostały zapowiedziane w dużej kopercie z nesesera.

— Nawet nie zamierzam — odparła z pogardą.

— Czy chcesz powiedzieć, że właśnie organizujesz spotkanie autorskie z pisarzem, którego słowa masz gdzieś? — Umyślnie spoważniał i kolejny raz spojrzał jej w oczy.

— Tego nie powiedziałam. — Odwzajemniła powagę. — Powiedziałam, że jak będziesz kombinował, to cię oleję.

— U la, la! A to ci dopiero deklaracja!

— To żadna deklaracja! — podniosła głos.

— Jak to nie? — zapytał retorycznie. — Z twoich słów wynika, że jeśli nie będę kombinował, to mnie nie olejesz.

— Rozum to se, jak chcesz!

— Właśnie tak robię. I wiesz co? — Pokręcił głową z uśmiechem. — Jestem całkiem zadowolony ze swojego rozumowania. — Wstał, podszedł do niej na wyciągnięcie ręki, a gdy spojrzała, dodał: — Wyglądasz delikatniej niż jakakolwiek kobieta. Po prostu można by pisać o tobie całe księgi.

— Tak? — Szybko odwróciła wzrok.

— Tak, tak. W następnej książce cię umieszczę.

— Nawet się nie waż! — syknęła.

— Wręcz przeciwnie, będę ważył każde słowo, aby oddać taką maestrię urody i charakteru. — Zrobił krok w jej stronę.

— Odpuść sobie. — Pokręciła głową i wyszła do innego pomieszczenia.

Wiedział, że taka reakcja to dobry znak. Jednak nie jest tak twarda, jak się wydawało. Bo gdyby te słowa na nią nie podziałały, nie zareagowałaby w ten sposób. Po prostu miałaby to gdzieś. Marek przez chwilę zamyślił się, próbując wymyślić kolejny krok. A może by tak po spotkaniu, gdy zostaną sami, pójść na całość?…

Kilka minut później, tuż po siedemnastej, zaczęli przychodzić pierwsi pracownicy. Na ich widok Marek miał ochotę odśpiewać Międzynarodówkę, aby zrobiło się podobnie jak podczas spędów pierwszomajowych. Miał ochotę na żarty, nawet na kpiny. W pierwszym rzędzie usiadła dziewczyna, z którą kilkakrotnie się spotkał. Po pewnej imprezie, gdy wracali nad razem do domów, zaproponował jej, aby przenocowała u niego. Zgodziła się. Spędzili w ten sposób kilkanaście upojnych godzin, po których odwiózł ją samochodem do domu, podziękował za wyjątkowy czas, ale też nie odpowiedział na pytanie, kiedy spotkają się następnym razem. Dziewczyna próbowała jeszcze raz zaproponować mu, że wpadnie, ale ponownie nie wyraził chęci. Potem wyglądała na nieco smutną, może obrażoną — w każdym razie omijała go, jak mogła, a gdy się z nią witał, albo nie odpowiadała, albo wychodziła do innego pomieszczenia. I teraz to, że tu przyszła i usiadła w pierwszym rzędzie, bardzo go zdziwiło. Czy pogodziła się, że to był tylko przypadkowy seks, czy może chciała spróbować jeszcze raz? Chyba że zajęła takie miejsce, aby zrobić karczemną awanturę, opowiedzieć wszystkim, kim Marek jest naprawdę.

Kiedy już sala była pełna, Magdalena zaczęła:

— Dzień dobry. Z nieukrywaną satysfakcją mam zaszczyt zapowiedzieć pracującego w naszej firmie Marka, który jest także… — Rozejrzała się po zgromadzonych. — Pisarzem.

Rozległy się pojedyncze brawa.

— Dziś Marek zgodził się spotkać z nami wszystkimi, opowiedzieć o swoim pisarstwie i odpowiedzieć na pytania — ciągnęła. — Marku, ile wydałeś już książek?

— Siedem, z czego cztery ostatnie to seria tworząca jeden ciąg, taka jakby saga.

— Ale saga kojarzy się raczej z powieściami obyczajowymi, a przecież piszesz kryminały — zauważyła.

— Faktycznie, najczęściej tak jest. U mnie to wyglądało tak, że napisałem swoją czwartą powieść bez wyraźnego, jednoznacznego zakończenia i pomyślałem sobie na początku, że tak będzie ciekawiej, bardziej intrygująco. Jednak szybko do mnie dotarło, że takie zakończenie stanowi świetny punkt wyjściowy do nowej historii. I jak już zacząłem pisać kontynuację, szybko zrozumiałem, że bohater ma w sobie pewną głębię, coś więcej niż sprawy kryminalne, problemy małżeńskie czy nadużywanie alkoholu. Gdy zacząłem pisać drugą część, poczułem, że mogę zawrzeć w kolejnych tomach coś więcej. Coś, czego brakowało mi w moim pisaniu. I powiem wam, że jak kończyłem pierwsze powieści, czułem się spokojny, radosny, może nawet spełniony. A z każdym kolejnym tomem tego cyklu jakbym zapadał się w sobie. Miałem wręcz wrażenie, że zostawiłem tam cześć mnie. I coraz bardziej wchodziłem emocjonalnie w swoje pisanie. A zgadniecie, jaki był tego efekt?

Zapadła cisza, podczas której niektórzy coś podszeptywali, inni siedzieli w ciszy, ale nikt nie wyrwał się z odpowiedzią do czasu, gdy głos zabrała Magda:

— No, śmiało, Marek zadał pytanie. Ktoś czytał wszystkie części tej serii?

Rękę podniosła dziewczyna, z którą Marek spędził noc. Natychmiast to zauważył, zmierzył ją wzrokiem i nerwowo nabrał powietrza.

— Proszę, Kasia przeczytała. Masz pomysł, jaki był efekt napisania tej serii?

— To, co powiem, to tylko moje zdanie, ale mnie się wydaje, że Marek odszedł wyczerpany. Tak ja to czuję.

Marek nie mógł uwierzyć własnym zmysłom, że dziewczyna mówi te słowa.

— Marku, czy tak było? — spytała Magdalena.

— No, rzeczywiście… — Pokiwał z uznaniem głową i ulgą, że nie nawiązała do ich romansu. — Jak skończyłem serię, byłem wyczerpany. I to nie tylko w sensie twórczym. — Podrapał się po głowie, próbując ująć myśli we właściwe słowa. — Jak by to powiedzieć: czułem się wyczerpany emocjonalnie.

— To czuć — dorzuciła cicho Katarzyna.

— Dziękuję — odparł niepewnie Marek. Już chciał mówić dalej, gdy jeszcze odezwała się Kasia:

— Dla mnie to jak początek właściwej drogi.

Niektórzy zgromadzeni spojrzeli na nią z niepewnością.

— Co masz na myśli? — spytała Magdalena.

— Czuję, jakby Marek miał teraz napisać coś zupełnie innego niż kryminał.

Marka zatkało. Od razu cofnął się myślami, gdy spędzili razem noc. Czy wtedy powiedział coś, co mogłoby być tak zrozumiane? Ale nie, bo gdy byli razem, on dopiero zaczynał pracę nad drugim tomem, a wtedy nie było mowy, że najdzie go ochota na zmianę gatunku.

— No, jestem pod wrażeniem — powiedział cicho.

— Marku? Czy tak jest w rzeczywistości? — spytała Magdalena.

— Tak, jak najbardziej. Właśnie niedawno podjąłem decyzję, że następna powieść nie będzie kryminalna… — Jeszcze raz spojrzał na Kasię i z uznaniem pokiwał głową.

— No, Kasiu, gratuluję — nie wiem, jak to nazwać — spostrzegawczości? To chyba nieodpowiednie słowo. Może wyczucia? — powiedziała Magdalena.

Kasia milczała, ale skryła się delikatnym rumieńcem. Tym razem większość zgromadzonych na nią spojrzała.

— Prawdę powiedziawszy, sam nie wiedziałem, co dalej, gdy skończyłem serię. Pomysł, aby zmienić gatunek, przyszedł mi do głowy o wiele później.

— A co to będzie tym razem? — spytała prowadząca.

— Sam jeszcze nie wiem. Myślałem o zwykłej obyczajówce, ale aż taka zmiana frontu mogłaby zniechęcić dotychczasowych czytelników. Z drugiej strony, jeśli napisałbym na okładce, że to co innego i czego się spodziewać, to kto wie, czy to nie wyszłoby na dobre.

— Poza tym — z tego, co wiem — duża część czytelników lubi czasem odmianę. Rzadko zdarza się, aby ktoś czytał tylko kryminały albo tylko obyczajówki — zauważyła Magdalena.

— To prawda, ale opowiem przebieg pewnego eksperymentu. Otóż prowadzono badania nad smakiem i postanowiono sprawdzić, jak ludzie reagują na nieoczekiwane doznania. Pewnej grupie przeciętnych osób zawiązano oczy i powiedziano, że będą karmieni wyłącznie słodyczami. I dopóki faktycznie podawano słodycze, wszystko było w porządku. Właściwy eksperyment zaczął się, gdy podano im doskonale przyrządzonego na słono łososia. Część osób mocno się skrzywiła, część wypluła łososia, a część odskoczyła, jakby podano im truciznę.

Przez zgromadzonych przebiegł szmer.

— To dowodzi, że jeśli człowiek nastawi się na coś konkretnego, to ewentualne zmiany znosi o wiele gorzej — ciągnął Marek. — A ja nie chciałbym, aby na przykład wyrzucano moją książkę przez okno, bo mogłoby to się skończyć uszczerbkiem na zdrowiu przechodniów. — Marek zaśmiał się na głos.

Większość odwzajemniła śmiech.

— Ale, Marku, jeśli pozwolisz, spytam Kasię, jak doszła do takiego wniosku.

Dziewczyna wyprostowała się na krześle, poprawiła pozycję i ze spuszczoną głową odpowiedziała:

— Dla mnie to było po prostu jasne. — Wzruszyła ramionami. — Nie wiem, skąd to wiedziałam. Chyba wyczytałam między wierszami. — Ponownie skryła się rumieńcem.

— No, to gratuluję! — powiedziała prowadząca.

— Ja ze swojej strony chciałbym spytać, czy czytasz dużo poezji? — Marek spytał Kasię.

— Tak, sporo — odpowiedziała cicho.

— Że tak powiem, czytanie między wierszami nierozłącznie kojarzy mi się właśnie z poezją. — Marek spojrzał na nią i przez chwilę zawahał się, czy mówić kolejne słowa. Ale pomyślał, że Kasia raczej nie zrozumie ich nieopatrznie. — Cieszę się, że cię spotkałem — jednak dodał. — Miło, że to, co piszę, tak na kogoś działa.

Kasia nagle się poruszyła, ostro na niego spojrzała i spytała:

— W sumie nie dziwię się, że się cieszysz, że mnie spotkałeś. To było dla ciebie bardzo przyjemne — prawie wyszeptała.

Marek mało nie zapadł się pod ziemię. Sam nie do końca rozumiał dlaczego. Chyba dotarło do niego, czemu służą te jego podrywy.

Wracał do domu przygaszony. Miał po spotkaniu spróbować uwieść Magdalenę, ale po słowach Kasi wyraźnie opadł z sił i zapału. Czuł się, jakby ktoś oskarżył go o ciężkie przestępstwo. Sprzedał tego dnia kilkanaście książek, zdobył pewnie paru czytelników, w sumie spotkanie można było uznać za owocne i udane, a jednak gryzły go słowa Kasi. Zastanowił się, czy przypadkiem chęć zmiany gatunku nie wiąże się ze zmianami, które powoli w nim zachodzą. Może jest tak, że powoli ma dość frywolnego życia, romansów bez przyszłości, randek kończących się tylko seksem i uciechy z faktu, że ma takie powodzenie u kobiet?

Kiedy już zbliżał się do domu, zaczął myśleć na temat zadania z małej koperty. Może wewnątrz tej knajpy — Pardon to tu — jest coś, co naprowadziłoby go na właściwy trop? Spojrzał na zegarek, dochodziła dwudziesta pierwsza. Zawrócił i pojechał, aby to sprawdzić. Czemu od razu nie wpadł na taki pomysł? Przecież to powinien sprawdzić od razu. Tyle że zaraz zrozumiał, że był tam w nocy, kiedy knajpa była zamknięta. W sumie w zadaniu zapisano, że ma to zrobić w nocy. To czas, by pojechać tam nieco wcześniej.

Wszedł do knajpy, rozejrzał się naprędce i usiadł przy jednym ze stolików. Wewnątrz siedziało zaledwie parę osób. Po chwili namysłu podszedł do baru.

— Co podać? — spytała barmanka.

— Piwo bezalkoholowe.

— Które? — Wskazała na półkę, na której stało kilka gatunków.

— Może żywca? — spytał retorycznie.

— Proszę.

Tym razem jeszcze raz się rozejrzał dokładnie, próbując wymyślić o jakie „cztery” mogło chodzić w zadaniu. Tyle że zdawał sobie sprawę, że było napisane „naprzeciwko byłego przepraszania”. Tak czy inaczej, skoro na zewnątrz nic nie znalazł, musiał sprawdzić i tu. Jednak w pewnym momencie uznał, że zasięgnie języka:

— Czy mogę zadać głupie pytanie?

— Tak, proszę — odpowiedziała barmanka.

— Ktoś mi napisał „naprzeciwko byłego przepraszania”. Zakładam, że w słowie „przepraszanie” chodzi o waszą knajpę. A reszta?

— Słucham? — Barmanka wytrzeszczyła oczy. — Owszem, tak czasem klienci na nas mówią, że to przepraszanie, przeprosiny, ale… — Zmarszczyła brwi. — Zaraz, zaraz, pewnie chodziło o naszą byłą siedzibę.

— Jaką byłą siedzibę? — niemal wykrzyknął.

— No, zanim się tu przenieśliśmy, byliśmy na Placu Grzybowskim, w budynku Teatru Żydowskiego, ale tamten budynek zburzono.

— Na Placu Grzybowskim? — spytał niepewnie.

— Tak, od zachodniej strony.

Nagle Marka oświeciło. Ależ ktoś to zaciemnił. Plac Grzybowski może kojarzyć się z grzybami, a grzyby są w lesie, więc dlatego była mowa o lesie w centrum. Ale tu nie zgadzało się to, bo przecież miał iść po królewsku.

— Ale Plac Grzybowski nie jest przy Trakcie Królewskim? — zapytał niepewnie.

— Nie, ale jest przy ulicy Królewskiej.

— Faktycznie! — krzyknął, aż barmanka się odsunęła, niepewna, o co chodzi.

— Pomogłam? — spytała.

Marek błyskawicznie dopił piwo i wybiegł do samochodu.

2 myśli w temacie “Na południe od treści — cz. 2

  1. No, potrafisz zaciekawić, Antoni! Kiedyś spotkałem ludzi, którzy podobnie jak Marek pojawili się w nietypowym miejscu o nietypowej porze, gdyż szukali ukrytych wskazówek do gry miejskiej.

    „— Ja nie znam pana książek, a pana nazwisko bardziej kojarzy mi się z jakimś lekarzem… Sam nie wiem…” – lubię takie smaczki i też nieraz zamieszczam w tekstach aluzję do swoich innych historii 😉

    Pozdrawiam.

    Polubienie

    1. Dzięki, Gabrielu.
      No, tak pomyślałem, że skoro wszędzie bohater nazywa się tak samo, to może warto mrugnąć okiem do czytelnika 😉
      Nawet nie pomyślałem, że ta walizka to jak gra miejska.

      Pozdrawiam

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s