Na południe od treści — cz. 1

Na południe od treści — cz. 1

To powieść, w której ni nie jest pewne…

— I co, kiedy twoja kolejna książka? — spytał podniesionym głosem Malicki i uniósł drinka w geście toastu. Spoglądał na Marka Olkunia z szerokim uśmiechem, odchylony do tyłu.

— No, właśnie nie wiem. — odparł Marek. — Zupełnie jestem bez pomysłu.

— Pojedź na Festiwal Kryminału, a zaraz jakiś pomysł ci przyjdzie.

— Sorry, ale mam taki przesyt kryminałów, że chyba wezmę się za coś innego. Może zmienię tematykę, ale styl pozostanie mój.

— No tak, to niewątpliwie tylko twoje. Nikt tak nie tworzy jak ty. — Malicki przysunął się do rozmówcy i szepnął: — Jak to robisz?

— Ale że co?

— No, jak piszesz tak, że już po kilku stronach widać, że to na pewno twoje? Stary, ciebie nie da się na dłuższą metę podrobić. Można podobnie napisać kilka stron, ale nie całą książkę. Te twoje teksty są jakby pisane przez osobę posługującą się innym zmysłem.

— Eeee… przesadzasz. — Marek opróżnił drinka i ruszył dwa kroki do przechodzącego obok kelnera z pełną tacą. Sięgnął po szklaneczkę z bursztynowym whisky.

— Nic nie przesadzam. Jak czytałem twoją ostatnią książkę, miałem wrażenie, że jestem w innym świecie.

Marek uśmiechnął się, uniósł rękę, uchwycił policzek kolegi między palce i delikatnie potrząsnął.

— Dzięki, to bardzo miłe, że ktoś tak mówi — powiedział z uśmiechem. — Zawsze tak miałem, że inaczej postrzegałem świat. I nie ma tu żadnej tajemnicy. Ale wiesz co? Nie jesteś pierwszy, który zauważa coś podobnego. Już w szkole podstawowej mówili, że inaczej piszę wypracowania. — Spojrzał na przechodzącą obok wysoką blondynkę w czerwonej sukni i szpilkach, i tym razem sam uniósł drinka w geście toastu. Kobieta odwzajemniła gest.

— Dobrze, ale kryminały jeszcze będziesz kiedyś pisał?

— Nie wiem. Może to głupie, co powiem, ale boję się napisać kolejny.

— Ty? Się boisz? — Zaśmiał się Malicki.

— No, właśnie nie wiem, co się dzieje.

Obaj chwilę się pośmiali, popijając drinki.

— A jeśli napiszesz w innym gatunku, to jakim? — spytał Malicki.

— Też nie wiem. Zupełnie jestem w kropce.

— Może autobiografia? — Zaśmiał się Malicki.

— Nie, skąd. — Marek odwzajemnił śmiech. — Zastanawiam się, czy nie pójść na żywioł i nie kształtować losów bohaterów na bieżąco, bez planowania.

— To może być całkiem ciekawe.

— No, tak. — Marek wypił do końca drinka. — Ogólne założenia chyba zrobię, ale szczegóły będę wymyślał na bieżąco. A może i w ogóle nic nie będę zakładał?

Podeszła do nich młoda kobieta w niebieskiej sukience, z kasztanowymi włosami spiętymi w kok na czubku głowy.

— Panie Malicki, pozwoli pan, że porwę — zmierzyła Olkunia od stóp do głów — kolegę. Takie szalone tańce w sali obok, a wy za bardzo leniwi, aby poprosić kobietę? — Podsunęła się do Marka z boku, otarła barkiem o jego rękę i z uśmiechem powiedziała niskim głosem: — Biały taniec, panie proszą panów. — Wzięła go pod rękę i pociągnęła do sali obok.

Marek nawet się nie zorientował, kiedy Joanna obściskiwała go w wolnym tańcu. Poznał ją w trakcie spotkań kreatywnego pisania u znajomego pisarza. Do niedawna miał inną kobietę, ale ostatnio się rozstał. Nie potrafił utrzymać związku; od dłuższego czasu nie związał się na stałe z nikim. Tym razem podobało mu się, że to kobieta go podrywa; stanowiło to swego rodzaju wisienkę na torcie jego atrakcyjności i radzenia sobie z podrywaniem kobiet. Tego wieczoru przetańczyli z Aśką prawie dwie godziny, cały czas popijając drinki, tak że około pierwszej w nocy byli dość mocno podpici. W gruncie rzeczy nie wiedział, ile wypił. Pamiętał tylko, że pospiesznie żegnając się z przyjaciółmi i znajomymi, opuszczał z Aśką uroczystość wręczenia nagród za największe osiągnięcia pisarskie roku. On został zaproszony dzięki koneksjom.

Postanowili iść na piechotę, mimo iż była połowa stycznia. Mocno pijani, śmiejący się cały czas i ze wszystkiego przetoczyli się najpierw przez centrum Warszawy, obok Pomnika Nieznanego Żołnierza, gdzie akurat warta zmieniała pozycje, koło Placu Grzybowskiego i dalej obok Mennicy. Miasto było opustoszałe o tej porze. Gdy przeszli przez ulicę Żelazną pod buczącą latarnią, Marek nagle zastąpił jej drogę, chwycił za talię, przyciągnął do siebie i zaczął całować. Natychmiast wsunął dłoń pod jej zimowy płaszcz i sukienkę i chwycił za pośladek.

Dziewczyna odepchnęła go i odbiegła w stronę Alei Solidarności. Olkuń poczuł, że przesadził. Miał ją odprowadzić do domu, a chciał już zaciągnąć do łóżka. Dostrzegł stojący obok betonowy śmietnik i na nim przysiadł. Spuścił głowę, nie za bardzo wiedząc, co ma zrobić. Do domu miał cholernie daleko, taksówek nie widział. Wyciągnął telefon i spróbował sobie przypomnieć numer do jakiejś korporacji, ale przez wypitą ilość alkoholu nic mu nie przychodziło do głowy. Dostrzegł, że kilkadziesiąt metrów dalej jest otwarty sklep monopolowy. Wstał i poszedł kupić małą butelkę wódki. Chciał jak najszybciej zapomnieć o porażce, ale także o tym, że Aśka może narobić mu sporych problemów, mówiąc, że się do niej dobierał. Wrócił na betonowy śmietnik, usiadł, odkręcił butelkę i przechylił. Aromat brzoskwini wpłynął do jego nozdrzy. Wlał w siebie całe dwieście mililitrów za jednym razem. Zrobiło mu się niedobrze. Spuścił głowę. Miał wrażenie, że świat rozmywa się i oddala. Był coraz bardziej nieprzytomny. Zamarzył o ciepłym łóżku, w którym przywitałaby go jakaś piękna nieznajoma. Ilekroć wracał nietrzeźwy do domu, czuł, że jego życie jest puste. Wyraźnie czegoś mu brakowało, choć na co dzień nie wykazywał chęci, aby zmieniać cokolwiek. Nieduże mieszkanie, odwiedzające go kobiety, które nie wymagały stałości uczuć czy związku, nienowy komputer, na którym pisał i materac rozłożony przy całkowicie przeszklonej ścianie wychodzącej na Wisłę. Z rozmyślań wyrwała go przejeżdżająca taksówka. Zerwał się z betonowego śmietnika i machnął energicznie ręką. Ale kierowca wzruszył ramionami i pokazał palcem siedzącego na tylnej kanapie pasażera. Marek skrzywił się z niezadowolenia i ruszył w stronę Alei Prymasa Tysiąclecia, skąd miał bezpośredni autobus, na wypadek, gdyby nie nadjechała żadna wolna taksówka. Mimo iż czuł się mocno podpity, starał się trzymać w ryzach. Pamiętał opowieści, w których podpici ludzie byli okradani czy pobici za sam fakt przebywania w nieodpowiednim miejscu w nieodpowiedniej porze. Sam również doświadczył czegoś podobnego, gdy któregoś razu, wracając z imprezy, napadło go trzech małolatów. Na szczęście zauważyła to przejeżdżająca policja, która zgarnęła agresorów na komisariat.

Marek szedł i przypominał sobie okoliczne tereny, gdzie w czasie studiów przyjeżdżał do koleżanki, która wynajmowała tu kawalerkę. W zamyśle mieli się uczyć, a zwykle kończyło się na ognistym seksie. Kiedy był już niedaleko Alei Prymasa Tysiąclecia, przypomniał sobie stary, zrujnowany stadion RKS Sarmata, na który chadzali. O tej porze, grubo po północy panował tam prawie całkowity mrok, bo oświetlenie nie istniało od dawna. Zboczył z ulicy, przemknął obok dwóch bloków i doszedł do okalającego muru, w którym niegdyś były przerwy, którymi swobodnie przechodził. Teraz wszystko zostało zagrodzone. Rozejrzał się w obie strony i dostrzegł kilkadziesiąt metrów dalej stojący samochód, który wyglądał, jakby stał tam przynajmniej od kilku lat: bez powietrza w oponach, ze zmatowiałymi od brudu szybami i licznymi kartkami wsadzonymi za wycieraczki informującymi właściciela o potencjalnych kupcach. Marek, nie wiele myśląc, wspiął się na samochód i po masce wszedł na mur. Po drugiej stronie rosły gęste zarośla i drzewa. Uchwycił się, jak mu się po pijaku wydawało, solidnej gałęzi i spróbował zawisnąć. Niestety, ta urwała się, i runął tuż przy murze po drugiej stronie. Upadł w gęste zarośla, które zamortyzowały upadek. Otrzepał się i ruszył w stronę byłego stadionu. Z bieżni praktycznie nic nie pozostało. I z wysokich drzew, które niegdyś rosły kilkadziesiąt metrów dalej, również. Rozejrzał się po tym, co pozostało: parę nieruszonych krzaków, nieco żwiru w miejscach bieżni i to w zasadzie tyle. Ileż to pocałunków pamiętają te tereny, ileż ciepłych słów. A nawet, jeśli dobrze by się wsłuchać w mowę przeszłości, można by usłyszeć echo uprawianego w krzakach nad ranem seksu. Marek ruszył w ich stronę, aby z odległości prawie dziesięciu lat zobaczyć to miejsce, poczuć, czy dziś zdecydowałby się na coś podobnego, a może po prostu przypomnieć sobie szczegółowo własne odczucia. Wszedł między zarośla, dotknął ręką gałązek krzewu, kopnął niechcący pustą butelkę po tanim winie i pomyślał, że chyba czasy się zmieniają, skoro miejsce rozkoszy dwojga spragnionych swoich ciał młodych ludzi zmieniło się w przybytek uzależnienia i wyssanych z prawdziwego życia aktów emocjonalnego przetrwania. Czasu cofnąć się nie da, a to, co było, nie wróci, i że prędzej napyta sobie problemów, niż miałby doznać wspomnieniowego katharsis.

Już był bliski, aby zawrócić, ale dostrzegł kątem oka leżący kilkadziesiąt metrów dalej dziwnie wyglądający przedmiot. Coś jakby metalowego, błyszczącego w prawie całkowitych ciemnościach. Poruszony negatywnie speluną, jaką zastał w miejscu przeszłych doznań, pomyślał, że to na pewno musi być monolit podobny do tego z Odysei Kosmicznej 2001, który spadł z kosmosu i czeka na odkrywcę. Na pewno jak tylko go dotknie, bryła zabłyśnie ciepłym światłem, które wypełni go spokojem i obdarzy mądrością. Ruszył w tamtym kierunku. Z każdym krokiem przedmiot stawał się coraz wyraźniejszy. Nabierał obłych kształtów, stał na sztorc, a na górze znajdowało się coś ciemnego. To na pewno monolit przykryty warstwą ziemi lub czegoś podobnego, co wzbiło się w powietrze w trakcie lądowania. Wytężył rozmyty od alkoholu wzrok i dojrzał wyraźne znaki wyryte na powierzchni monolitu. Ale nie były to zwykłe litery, to nieznany alfabet, który trzeba będzie jak najszybciej odszyfrować. Wyobraził sobie, jak ucieka przed goniącymi go oddziałami specjalnymi, które mają tylko jeden cel — odebrać mu znalezisko i zaprowadzić do najnowocześniejszego laboratorium, gdzie podłączą go do skomplikowanej aparatury, która selektywnie wymaże mu wspomnienia. Im podchodził bliżej, tym bardziej był pewien, że blask, który widzi, nie może pochodzić od czegoś z tego świata. Wreszcie znalazł coś, co nie tylko da mu temat na kolejną książkę, ale również spowoduje, że jego życie stanie się ekscytujące i pełne emocji. Żwir chrzęścił coraz intensywniej pod stopami w miarę zbliżania się do znaleziska. Emocje przyćmiewały stan upojenia, a jego oddech stał się słyszalny nie tylko dla niego. Gdy podszedł już całkiem blisko, rozpoznał zwykły srebrny neseser pokryty podłużnymi wgłębieniami, które odbijając światło z odległej latarni, wyglądały na nieznane pismo.

Kucnął, przesunął dłonią po szczycie walizki i wymacał pierwszy zamek. Poczuł, że od niego zależy, co zrobi: jeśli otworzy, będzie musiał się zmierzyć z tym, co w środku, a jeśli zostawi znalezisko i pójdzie swoją drogą, nie zgłębi tajemnicy. Ale czy to była jakakolwiek tajemnica? Szarpnął za zamek, który okazał się zamknięty. Mimo kilku prób otwarcia nie ustąpił. Przesunął szybko dłonią w prawą stronę i trafił na drugi, ale ten również się nie otworzył. Marek poruszył neseserem tak, aby coś dojrzeć w odrobinie światła, ale widział jedynie, że w zamkach są otwory na klucz. Potrząsnął nim również, aby sprawdzić, czy coś da się usłyszeć. Na próżno. Do jego dłoni wpływało jedynie zimno aluminiowej powierzchni.

Zastanowił się co robić. Czuł, że zabranie go może być niebezpieczne. Bo co, jeśli w środku jest spora ilość pieniędzy? Taka sumka to nie tylko dar, ale przede wszystkim obciążenie, bo niemal pewne, że właściciel zacznie tego szukać. A im większa kwota, tym bardziej prawdopodobne, że została ona zdobyta z nielegalnego źródła. Może przez zwykłych rabusiów, może podrzędnego handlarza narkotyków, ale może również przez kogoś z mafii. Jednak coś się w nim odezwało, co kazało zabrać neseser i jak najszybciej uciekać. Z równie dużymi kłopotami pokonał ogrodzenie w drodze powrotnej i po kilku minutach zatrzymał przypadkową taksówkę. Przez całą drogę spoglądał na taksówkarza, aby być pewnym, że ten nie zwrócił uwagi na neseser, ani w ogóle na niego. Walizkę położył niepozornie między tylną kanapą a przednim siedzeniem, obok siebie. Starał się w ogóle nie zerkać w jej stronę. Nawet wychodząc z taksówki, zasłaniał znalezisko swoim rozpiętym płaszczem. Gdy tylko zamknął za sobą drzwi do mieszkania, jeszcze raz upewnił się, czy nie można nesesera otworzyć, i zataczając się, zaniósł go do kuchni, aby ukryć w nieoczywistym miejscu. Schował go głęboko do szafki pod zlewem, pod samą ścianę. Tutaj nikt go nie będzie szukał. Chwilę później doszedł do łóżka, obijając się o każdy wystający przedmiot, i padł w ubraniu. Zasnął natychmiast.

Obudził się skacowany, z silnym bólem głowy i zaschniętymi gardłem i ustami. Dobrze pamiętał, co się stało: wręczenie nagród, Aśka, która go uwodziła, i mnóstwo alkoholu. Jeszcze ta walizka, którą schował w kuchni pod zlewem. Żałował, że nie zaciągnął Aśki do łóżka, a z drugiej czuł niepokój po tym jak się do niej dobierał, bo mogła mu narobić złej sławy. A on, jako młody i utalentowany pisarz, przed którym kariera stoi otworem, nie mógł sobie na to pozwolić.

Wstał z łóżka i poszedł do kuchni. Otworzył lodówkę, nalał szklankę pomarańczowego soku i wypił jednym tchem. Spojrzał na stojącą rozpoczętą butelkę wódki. Chwila zastanowienia i podjął decyzję: nalał jedną trzecią szklanki alkoholu i uzupełnił sokiem. W końcu była niedziela, a pokazać się gdzieś musiał dopiero wieczorem na wieczorku autorskim w ośrodku kultury na Ursynowie. Po chwili zarzucił na siebie szlafrok, zasiadł na fotelu i włączył telewizję. Właśnie były wiadomości, w których mówiono między innymi o wręczeniu pisarskich nagród, na którym był poprzedniego dnia. Skoncentrował się, czy nie wspomną lub nie pokażą tego, jak wychodził z Aśką mocno podpity. Ale nie, wiadomości ograniczyły się tylko do informacji ogólnych. Zastanowił się, czy nie przesadził, czy sam fakt wcześniejszego wyjścia w towarzystwie kobiety, z którą bawił się dłuższy czas, nie przyniesie mu ujmy. A może by tak zadzwonić do Janusza? Co prawda mało rozmawiali poprzedniego dnia, ale Janusz nie pije i dokładnie mógł ocenić, co się wydarzyło.

— Siema — zaczął Marek.

— Jak tam? Jak główka?

— No, mogło być gorzej, ale tragicznie też nie jest.

— A Aśka już poszła?

— Wczoraj odprowadziłem ją do domu — skłamał.

— Nie wierzę! I nie było nic a nic?! — Kolega się zaśmiał.

— No, wyobraź sobie, że nie. Ale wiesz, co się odwlecze. — Olkuń odwzajemnił śmiech.

— Bijesz rekord. Ile to już się znacie? Dwa miesiące?

— No, tak będzie.

— A już na początku mówiłeś, że masz na nią chęć. Starzejesz się.

— Jakoś Aśka ciągle się wymyka, bo albo ja byłem zajęty, co może nie stanowiło poważnego problemu, albo ona się gdzieś spieszy, albo coś jeszcze.

— Wreszcie któraś ci się postawiła.

— Ja wiem, czy postawiła? — Marek spytał retorycznie. — Są i trudniejsze, ot cała tajemnica.

— Kręci cię to?

— Wiesz co? — Marek dziwnie poczuł, że ma dość rozmów na temat uwodzonych kobiet. — Nie wiem, czy się jeszcze z nią spotkam.

— Narozrabiałeś?! — krzyknął ze śmiechem Janusz.

— Daj spokój. Nic nie narozrabiałem — minął się z prawdą. — Ale właśnie: zauważyłeś, żeby ktoś coś mówił o naszym wyjściu?

— Absolutnie! Jeśli myślisz, że cię gdzieś obsmarują, to się mylisz. Jeszcze gdybyś sam ją uwiódł, to może, ale w końcu wczoraj każdy widział, że to ona ciebie podrywała. Raczej więcej plotek byłoby, gdybyś z tego nie skorzystał. W końcu Aśka to piękna kobieta.

— Tak myślisz?

— Pewnie! W ogóle się nie przejmuj.

— To dobrze. A, właśnie, będziesz dzisiaj na Ursynowie? — spytał Marek.

— Nie, nie mogę. Wpadnę innym razem, aby się z ciebie ponabijać. — Janusz ponownie się zaśmiał.

— No dobra, w każdym razie dzięki. A o tym, że odprowadziłem Aśkę do domu, nikomu nie wspominaj.

— A czemu ci tak na tym zależy?

— Sam nie wiem. Jakoś dziwnie się czuję.

— Ty, weź ty wyrwij jakąś laskę dziś wieczorem, lepiej się poczujesz.

— No, tak będę musiał chyba zrobić. — Olkuń głęboko westchnął. — Mogę ci coś powiedzieć?

— No pewnie!

— Wiesz, wczoraj Aśka… Bałem się, że pójdzie z tym do dziennikarzy. Sam nie wiem, ale jak odeszła, poczułem się winny. Pierwszy raz od niepamiętnych czasów. Coś… — zawahał się — dziwnego się ze mną dzieje. Chyba poczułem, że mam teraz więcej do stracenia. Że wszystko, co robię, może mi zniszczyć karierę. Albo i całe życie… — Westchnął kolejny raz. — Ech, sam nie wiem…

— Chłopie, co ty gadasz? Najwyżej wyszedłbyś na podrywacza, kasanowę. A mało to takich było pisarzy? Ja to uważam, że to przyniosłoby ci tylko rozgłos. Ale… — Janusz znów się zaśmiał. — Czy ty się oby nie zakochałeś w tej Aśce?

— No coś ty! — krzyknął Marek. Dobrze wiedział, co się zdarzyło, że chciał ją po prostu przelecieć.

— Dla mnie jest coś na rzeczy. Spotykacie się od dwóch miesięcy i jeszcze się z nią nie przespałeś. Po mojemu ujęło cię właśnie to, że jest nieosiągalna.

— Daj spokój!

— Dobra, jak tam se, Olkuń, chcesz. Ale ja ci mówię, przygruchaj sobie dziś jakąś babę, dobrze ci to zrobi.

— Skończmy tę rozmowę. To do niczego nie prowadzi. — Marek się rozłączył.

Dokończył drinka i wstał z fotela. Przypomniał sobie o neseserze. Już chciał po niego pójść, ale podszedł do wejściowych drzwi i sprawdził, czy na pewno są zamknięte na zamek; jakby obawiał się, że ktoś odkryje, że przywłaszczył sobie znalezisko. W końcu poszedł do kuchni, wstawił opróżnioną szklankę do zmywarki i sięgnął pod zlewozmywak. Neseser stał tam, gdzie go postawił. Wyciągnął go, położył na kuchennym stole i dokładnie obejrzał. Był wykonany z metalu, z aluminium, zaokrąglony na brzegach, a przez ściany przebiegały wypukłości i wklęśnięcia podobne do struktury blachy falistej. Na szczycie znajdowały się dwa solidne zamki z dziurkami na niepospolity klucz i rączką w kolorze czarnym. Położył walizkę w poziomie i spróbował jeszcze raz otworzyć. Niestety, była zamknięta na klucz. Zastanowił się co z tym dalej robić. Odnieść na miejsce? — Tego w ogóle nie brał pod uwagę. Dać ogłoszenie w poszukiwaniu właściciela? — Za bardzo kusiła go zawartość. Otworzyć za pomocą siekiery, bo taką miał w szafce na narzędzia? — Obawiał się, że może uszkodzić to, co wewnątrz. Więc co? Odstawił walizkę z powrotem po zlew i poszedł do łazienki wziąć prysznic. Cóż może kryć to znalezisko, że Marek bał się użyć siły? A może to Marka wyobraźnia wyolbrzymia wszystko? Może to pusta walizka zostawiona przypadkiem, po którą właścicielowi nie chciało się wrócić?

Tuż przed wieczorkiem autorskim pojechał na grób swoich rodziców, których stracił, gdy miał zaledwie cztery lata. Często tu przyjeżdżał, bardzo często; dwa, trzy razy na miesiąc. W zasadzie prawie ich nie pamiętał, jedynie pojedyncze wspomnienia: gdy mama kołysała go na nodze i mówiła, że go kocha, gdy szli we trójkę i jedli lody, gdy tata pokazywał, jak się goli, wreszcie ten feralny wieczór, kiedy zostawili go pod opieką babci, a sami pojechali na zabawę sylwestrową. W drodze powrotnej w ich samochód uderzyło inne auto kierowane przez pijanego mężczyznę. Zginęli oboje. Marek od babci słyszał, że matka była bardzo skromną kobietą, pracującą jako księgowa, a ojciec technikiem z jakimś zakładzie produkcyjnym. Marek przyjeżdżał na ich grób, odkąd pamiętał. Najpierw z babcią, a kiedy ta zmarła, sam. Czuł, że musi tu bywać.

Siedząc przy grobie, zastanawiał się, jak wyglądałoby jego życie, gdyby rodzice nie zginęli. Czy mógłby teraz pójść do ojca i poradzić się, co robić z neseserem? A może matka powiedziałaby coś, co by go przekonało? Teraz nie miał w zasadzie już nikogo, bo jedyna bliska osoba, czyli babcia, zmarła kilka lat wcześniej. Może mógłby zasiąść z rodzicami przed telewizorem, otworzyć z ojcem po piwku i spytać go o zdanie. A tak kogo miałby spytać — Janusza, którego, owszem, lubił i szanował, ale który widział w nim jedynie kolegę po fachu i konkurenta zarówno w pisaniu, jak i w kwestii kobiet? A może którąś z kochanek, które miewał, nie potrafiwszy związać się na stałe? Ale nagle sobie uświadomił, że temat nesesera stał się jego głównym tematem, i nawet będąc w takim miejscu jak grób rodziców, myśli tylko o nim. Poczuł, że musi jak najszybciej rozwikłać zagadkę tego, co jest w środku.

Wieczorem o osiemnastej siedział na zaszczytnym miejscu w domu kultury na Ursynowie. Przed nim zgromadzonych było kilkadziesiąt osób. Zwrócił od razu uwagę na młodą, mającą może dwadzieścia lat, może mniej, siedzącą w pierwszym rzędzie kobietę, która mu się przyglądała. Miała ostry makijaż i wielki dekolt. Trzy miejsca od niej siedział tłusty facet z wystającym spod swetra brzuchem.

— Witamy pana Marka Olkunia, który zaszczycił nas dziś swoją obecnością.

Rozległy się gromkie brawa. Marek widział, jak młoda dziewczyna z tym wielkim dekoltem wstaje z krzesła i bije brawo, patrząc mu cały czas w twarz. Ukłonił się delikatnie, nie spuszczając jej z oczu. Ludzie zaczęli wstawać z miejsc.

— Jak wiemy, pan Marek jest wziętym pisarzem, napisał już siedem powieści i na pewno mógłby pisać, zamiast tu przyjeżdżać. Podziękujmy mu gromkimi brawami.

Teraz to już wszyscy wstali i bili brawo. Marek poczuł, że sława zaczyna być uciążliwa. Bo miał dość odpowiadania na te same pytania, powtarzania frazesów dotyczących swoich książek. Ale też istniała druga strona medalu: czasem zdarzało się, że na takim spotkaniu poznawał kobietę, a to go nadal kręciło.

Prowadząca dalej mówiła, wychwalała go pod niebiosa, a on jakby się nieco odciął i przyglądał wielkiemu dekoltowi. To co, że był od niej starszy o pewnie z piętnaście lat. Podobała mu się i nie chciał tego przepuścić.

— No, to, panie Marku, pora na serię krzyżowych pytań. Zadręczę pana na śmierć. — Zaśmiała się prowadząca. — Jest pan gotów na śmierć?

— Zawsze. — Spojrzał dziewczynie z dekoltem głęboko w oczy i zawadiacko się uśmiechnął. Zalała się delikatnym rumieńcem.

— Co teraz, gdy skończył pan czterotomową serię?

— Co?… Dalej będę pisał. I cieszył się życiem. — Nie spuszczał dziewczyny z oczu.

— Planuje pan kontynuację?

— Raczej nie, choć kto wie, co przyniesie jutro. Jak pojawią się odpowiednio sprzyjające warunki, to nie mogę przewidzieć, co się stanie. — Wyraźnie zaakcentował słowo „warunki”, patrząc młodej dziewczynie w oczy.

— Ale ta seria wydaje się zamknięta, trudno byłoby ciągnąć ją dalej. Główny bohater nie żyje, jego kobieta zamknęła się w klasztorze…

— Wystarczy napisać coś fantasy i przywrócić bohatera do życia. — Marek głośno się zaśmiał.

— No tak, z takim założeniem wszystko jest możliwe. — Kobieta odwzajemniła śmiech. — A mówiąc już poważniej, to gatunku nie zamierza pan zmieniać?

— Kto wie, kto wie… Nic nie jest wykluczone. Wczoraj rozmawiałem nawet o tym z kolegą na uroczystości. I powiem państwu, że może państwa czekać zaskoczenie. Chyba chcę spróbować czegoś innego.

— A jak się pan czuje po wczorajszej uroczystości?

— Jak? — Uśmiechnął się. — Skacowany.

Przez salę przebiegł gromki śmiech.

— No tak. — Prowadząca pokiwała głową i zwróciła się do zebranych. — Ale pan Marek przyszedł do nas, nie odwołał spotkania, co świadczy, że jest obowiązkowy i sumienny. — Próbowała obrócić żart tak, aby wyszedł na korzyść Marka. — Ale gdyby pan tak mógł jednym słowem określić, jak się pan teraz czuje po skończeniu serii, ale tak emocjonalnie.

— Emocjonalnie?… Nie wiem. — Skrzywił się, a jednocześnie dotarło do niego, że czuje się nie najlepiej. Sam nie wiedział, dlaczego, ale było to wyraźne. — Trochę się obawiam — odparł po chwili.

— Czego?

— Chyba tego, że nie sprostam. Trudno jest utrzymać wysoki poziom. — Pokiwał głową. — Niech pani pomyśli, ilu artystów wydawało jedno czy kilka dzieł, a potem całkowicie znikało ze sceny. Zespoły muzyczne jednego przeboju, autorzy jednej dobrej książki czy nawet sportowcy, którym raz się udało osiągnąć jeden sukces, a potem nic. Tego się obawiam.

— To niezwykle mądre stwierdzenie, ale moim zdaniem nie powinien pan myśleć naprzód, bo to właśnie potrafi blokować.

Olkuń po raz kolejny poczuł twórczą niemoc, jakąś blokadę. Gdyby w tej chwili miał zacząć pisać kolejny kryminał, stanowczo nie dałby rady. Potrzebował odmiany. Ale i inspiracji.

Po kilkunastu minutach prowadząca zwróciła się do zebranych:

— To teraz pora na pytania od czytelników. Kto chciałby o coś zapytać?

Po chwili rękę podniósł grubas z gołym brzuchem.

— Jak pan to robi, że kobiety w pana książkach są tak realne, takie prawdziwe? — spytał gruby. — Niektóre wręcz szokują reakcjami. Dajmy na to ta, która ledwo żyła, a i tak odeszła od bohatera bez bólu, gdy ten powiedział jej, że jednak to nie to. Każdy napisałby, że rozpaczała, błagała, a pan nie — ona wzięła dłuższe zwolnienie i powoli do siebie doszła. I nie było tam żadnych fajerwerków czy dramatów, ot, zwykłe, szare, nudne życie. Nikt nie zdobyłby się na taką zwyczajność w książce, bo wyszłoby po prostu jak nudna historyjka, jakich wiele, a u pana to grało, to nie puszczało czytelnika.

— Cóż — jeszcze raz zajrzał tej samej dziewczynie głęboko w oczy — ja traktuję kobiety po swojemu. U mnie mogą się czuć swobodnie — odpowiadał trochę nie na temat. — To, co można wyczytać, to wnikliwe obserwacje. Bo co z tego, że kobieta nie zwiąże się na stałe z mężczyzną, skoro może z nim przeżyć coś niepowtarzalnego. A jeśli rozstaną się w zgodzie i spokoju, to w pamięci będzie przeważała rozkosz i uciecha, a nie rozpacz i chęć zemsty.

— Ale… — Facet chciał coś jeszcze powiedzieć, lecz zawahał się.

— Kobieta ma swoje potrzeby i u mnie w książce daję tego namiastkę. Poza tym to nie jest do końca fikcja. — Marek schylił głowę i spojrzał na tę samą dziewczynę, udając zawstydzenie.

Z każdą chwilą widział, jak dziewczyna kręci się znacząco w miejscu, poprawia włosy, zakłada nogę na nogę i prowokuje uśmiechem. Zdawał sobie sprawę, że jeśli przyjdzie po autograf, znaczyło to będzie tylko jedno.

W końcu pytania dobiegły końca i ludzie zaczęli podchodzić po autografy. Olkuń zwrócił uwagę, że grubas wyszedł z jego książką w ręku, ale nie poprosił o autograf. Spojrzał tylko na Marka spode łba i znacząco pokiwał głową. Podchodzili inni i zwykle Marek zapisywał dedykację w stylu: takiemu a takiemu za ciekawe pytania czy za obecność. Zwrócił uwagę, że na samym końcu ustawiła się dziewczyna z dekoltem. W końcu podeszła.

— A, to pani — udał, że jest zaskoczony. — Dla tak pięknej kobiety, specjalny autograf. Jak ma pani na imię? — spytał z uśmiechem

— Iza.

Napisał:

Izo, nic dziś nie powiedziałaś. Nie zadałaś pytania. Fascynujesz mnie. Ale i przerażasz! 🙂 Jakby pojawiły się jakieś pytania czy chęci, to dzwoń. Choćby za godzinę 🙂

Dalej podał swój numer telefonu i się podpisał.

Dziewczyna rzuciła okiem na dedykację, leciutko się zaczerwieniła i zamrugała rzęsami. Nie powiedziała ani słowa.

Gdy godzinę później wsiadał do samochodu, zadzwonił telefon.

— To ja — usłyszał kobiecy głos. — Mogę wsiąść?

Olkuń rozejrzał się gwałtownie i dostrzegł stojącą za krzakami opodal posiadaczkę dekoltu.

— Nie pytaj, po prostu wsiadaj. — Kiwnął na nią głową.

Szybko podeszła, rozejrzała się, czy nikt ich nie obserwuje, i błyskawicznie wsiadła. Skuliła się, aby być jak najmniej widoczną, i rozkazała:

— Jedź.

Odpalił silnik i ruszył. Prosto do swojego mieszkania na Tarchominie.

Spojrzał na nią z bliska. Makijaż wyglądał, jakby go zrobiła po raz pierwszy w życiu: przesadzony, niedokładny, wręcz dziecinny. Poza tym przez całą drogę nie odezwała się ani słowem. Nawet gdy zamknął na zasuwę wejściowe drzwi, nie powiedziała nic, tylko rzuciła mu się w ramiona i zaczęła całować. Do łóżka poszli błyskawicznie. Marek miał wrażenie, że dziewczyna nie kochała się bardzo długo. Co prawda dziewicą nie była, ale dałby głowę, że to jej pierwszy raz.

— Dziękuję — wyszeptała po wszystkim.

— To ja dziękuję. — Przytulił ją.

To były jedyne słowa, które powiedziała Próbował ją zagadywać, ale tylko reagowała mimiką. W końcu zrozumiał, że im powie mniej, tym będzie lepiej.

Wyszła od niego następnego dnia o świcie, zostawiając ciepłą i pachnącą pościel po kolejnym zbliżeniu seksualnym. Nie pytała, kiedy się znów spotkają, tylko położyła mu na szafce w przedpokoju niewielki, szafirowy kamyk. On też nie pytał, co to ma znaczyć.

Dopiero gdy został sam, dopadło go zastanowienie, że nigdy jeszcze nie doświadczył czegoś podobnego. Zero słów, sama rozkosz. Nic poza tym. Aż do momentu jej wyjścia. Lecz teraz poczuł, że chciałby więcej. Bo dziewczyna różniła się od tych wszystkich przelecianych kobiet. Może skromnością, może wrażliwością, a może czymś jeszcze, czego nie potrafił pojąć. Ech, gdy ona znów zadzwoni, Marek nie wypuści jej tak łatwo z rąk, spróbuje stworzyć z nią związek. Coś, na co nie miał ochoty od bardzo dawna.

Gdy dotarł do pracy, umówił się z prezesem. Ale też miał specjalne plany w stosunku do pięknej Magdaleny Stryjeńskiej pracującej w biurze od kilkunastu dni. Dowiedział się o niej już całkiem dużo: podobno samotna, unikająca mężczyzn, odmawiająca spotkań w ogóle i skryta w sobie. Jemu coś mówiło, że to kobieta, która szuka księcia z bajki — cokolwiek to znaczyło. Spotkał ją w samego rana na korytarzu, przywitała się, ale nawet nie obdarzyła go uśmiechem. Marek zastanawiał się, jak spróbować więc ją ruszyć. Zaprosić się jej nigdzie raczej nie dało, nie znali się osobiście, trzeba chyba zatem użyć słów, którymi posługiwał się całkiem dobrze, aby skruszyć lody. Odczekał na odpowiedni moment, gdy poszła do kuchni po kawę i dołączył do niej. Ubrana była w dopasowane dżinsy, koszulę w kratę i sportowe buty.

— Jak poniedziałek? — zaczął z uśmiechem.

— Dobrze — odparła jednym słowem i wzruszyła ramionami.

— Trzeba się pobudzić?

Spojrzała na niego przez ramię, zmierzyła wzrokiem i odparła:

— Jakoś ludzie działają tu na mnie nasennie.

— To trzeba się położyć i przytulić ulubioną maskotkę. — Zaśmiał się. Jednocześnie zrozumiał, że Magdalena próbuje go spuścić na drzewo. Musiał więc jak najszybciej wymyślić coś niestandardowego.

Ona tylko pokiwała głową.

— Wiesz… — ciągnął — ilekroć o tobie myślę, widzę w tobie duszę, a nie ciało.

Nagle drgnęła, ale nie odwróciła się w jego stronę. Spuściła głowę i wzięła głęboki oddech. Jednak po chwili spojrzała mu w oczy i spytała:

— Dlaczego mi to mówisz?

— Nie wiem, tak po prostu poczułem, więc powiedziałem.

— Tak po prostu?

— No, tak.

— Nie wierzę ci. — Wyszła z kawą do swojego pokoju.

Olkuń dobrze wiedział, co znaczy taka reakcja. Magdalena ma dość podrywania i wszędzie je widzi. Trzeba więc zacząć działać tak, aby nie czuła się podrywana. Jednak zdał sobie sprawę, że czeka go dłuższa zabawa, aby ją uwieść. Czy to dobrze? Może niektórzy lubią takie podchody, ale on zdecydowanie należał do tych drugich, którzy wolą osiągać sukcesy na polu damsko-męskim jak najszybciej. Musiał wymyślić coś, co spowodowałoby, że miałaby ochotę go poznać sama.

Poszedł do głównego prezesa, bo obiecał z samego rana, gdy się widzieli, że wpadnie.

— Jestem — powiedział, wchodząc do jego gabinetu.

— O, świetnie. Siadaj. — Szef wskazał na stojące po drugiej stronie biurka krzesło. — Jak było w sobotę? Zadowolony?

— No, bardzo. — Marek znacząco pokiwał głową. — Ale muszę panu coś powiedzieć i nie będzie chyba pan za bardzo zadowolony. — Udał, że się przejmuje. — Chciałbym móc się utrzymywać tylko z pisania.

— Czyli… — szef spojrzał mu w oczy — odchodzisz od nas?

— No, jeszcze nie, ale moje dni są raczej policzone.

— Szkoda, bo jesteś cenionym pracownikiem. I rozumiem, że nic tu nie pomoże podwyżka?

— No nie, bo nie o pieniądze tu chodzi…

— A kiedy chcesz odejść?

— Myślę, że po wakacjach. Dociągnę do końca czerwca, wezmę niewykorzystany urlop i odejdę.

— Ale — szef poprawił się na fotelu — nie muszę się martwić, że od teraz przestaniesz się starać?

— Nie. Obiecuję starać się do końca.

— To świetnie. To świetnie. — Prezes się zastanowił. — A mam jeszcze taką sprawę. Nie chciałbyś uczestniczyć w wieczorku autorskim u nas w firmie?

Marek nagle pomyślał, że to mógłby być świetny pretekst, aby spróbować uwieść Magdalenę.

— A czemu nie.

— Myślę, że niektórzy mieliby do ciebie sporo pytań, bo na co dzień im nie wypada pytać. A i nie ukrywam, że dla firmy to też byłoby wyróżnienie i prestiż.

— A kiedy pan proponuje?

— Może w najbliższy czwartek? Co ty na to?

— W czwartek? Może być, choć zastanawiam się, ile osób przyjdzie. Ludzie wolą zazwyczaj wracać szybciej do domów.

— Tak, nie w piątek, bo wtedy niektórzy wybraliby weekend, a tak przyjdzie więcej osób. Dodatkowo zarządzę, że w piątek można wyjść z pracy godzinę wcześniej. Obecność obowiązkowa.

— Aż tak? — Zdziwił się Olkuń.

— Tak. To co, ogłaszamy wieczór autorski od razu po pracy, po siedemnastej?

— No, jeśli pan mógłby tak zrobić, byłoby super. Tylko nie wiem, czy ludzie będą zadowoleni.

— Będą, będą, jeśli dostaną w piątek godzinę wolnego.

Marek wiedział, że to będzie doskonały moment na podryw. Co prawda samo spotkanie jeszcze nic nie znaczy i raczej nie wpłynie pozytywnie na Magdę, ale od czego miał rozum i wieloletnią praktykę? Pozostało mu wymyślić taktykę.

Wieczorem, po całym kolejnym dniu, po długich rozmyślaniach o koleżance z pracy, wracał do domu, wspomniał dziewczynę z dekoltem z Ursynowa, z którą spędził noc, i dopadło go zastanowienie, czego on w zasadzie chce od życia. Czego chce od kobiet? Jeszcze rano był rozanielony tajemniczym zachowaniem dziewczyny poderwanej na Ursynowie, a kilka godzin później myślał już o innej kobiecie, by znów myśleć o małomównej kochance. Czy jest zwykłym podrywaczem, z których naśmiewał się w swoich książkach, których stawiał w rolach ciemnych charakterów i których brzydził się na co dzień. Jak potoczyło się jego życie, że stał się takim człowiekiem? Że stał się zaprzeczeniem swoich sympatii, a może ideałów. Nagle poczuł, że ma dość takiego życia, dość wiecznych zmian, dość krótkotrwałych związków. Czas na stabilizację, a może na poważny związek. Tylko jak tego dokonać, skoro wciąż kręciły go coraz to nowe kobiety, nowe sytuacje, świeży seks. Co takiego kryje się w tych zmianach, że go tak bardzo pociągają? I nagle pomyślał, że to tajemnica. Tajemnica tego, co kryje kolejna dziewczyna, co kryje się w jej umyśle, emocjach. Może dlatego ta małomówna tak bardzo go zastanowiła? Bo seks seksem, ale niewypowiedziane słowa pozostały w nim na dłużej. Ale też z tajemniczością wiązał się znaleziony neseser.

Gdy wrócił do domu, jeszcze raz wyciągnął go i zastanowił się, jak otworzyć. Spróbował podważyć dużym śrubokrętem. Podsadził końcówkę pod krawędź, naparł z całej siły, ale rant jedynie lekko się odkształcił. Naparł ponownie, lecz tym razem śrubokręt ześlizgnął się, a on uderzył palcami dłoni o kant stołu. Syknął z bólu. Przyłożył ponownie narzędzie do nesesera, wbił końcówkę między brzegi pokryw i silnie uderzył dłonią w rękojeść. Lecz śrubokręt nie zagłębił się nawet o milimetr. Przyjrzał się walizce. Musiała być jednak wykonana z czegoś innego niż aluminium. To pewnie specjalna nierdzewna, hartowana stal. Jak w takim razie otworzyć neseser? Wiedział, że w ostateczności może z działki przywieźć szlifierkę kątową i wtedy nie będzie problemu, ale wolał spróbować innych metod. Poza tym działkę miał sto kilometrów dalej i potrzebował kilku godzin na podróż. Co więc mógł zrobić więcej?

Kiedy już chciał się kłaść spać, wpadł na pomysł, że może kluczyk leży gdzieś na tym samym stadionie, gdzie znalazł walizkę? W sumie mało prawdopodobne, ale chciał spróbować. Zerknął na komórkę, aby sprawdzić, która godzina — dochodziło wpół do dwunastej. Kątem oka zauważył, że bateria jest na wyczerpaniu. Wziął latarkę, ubrał się ciepło i wyszedł. Na zewnątrz zbierała się powoli mgła. Mimo iż była połowa stycznia, temperatura sięgała pięciu stopni i panowała olbrzymia wilgotność po wcześniejszym deszczu. Gdy jechał przez miasto, woda skraplała mu się na szybach, tak, że musiał włączać wycieraczki. Niespełna pół godziny później zaparkował przy ulicy Wolskiej na wysokości stadionu. Ruszył. Dochodziła północ. Oprócz sporadycznie przejeżdżających samochodów nie było żywej duszy. Wszedł na opustoszały, ciemny stadion, ponownie pokonując okalający mur.

Gdy tylko wszedł na teren nieczynnego stadionu i spojrzał na rozległość terenu, poczuł, że nic głupszego nie mógł wymyślić niż po nocy szukać maleńkiego kluczyka w miejscu, gdzie zalegał żwir i rosły trawy. Szukał przysłowiowej igły w stogu siana. Stanął na skraju pozostałości bieżni i się rozejrzał. Przypomniał sobie, że gdy gramolił się przez ogrodzenie, zobaczył kobietę, która była z psem na spacerze. Zamarł w bezruchu w zamyśleniu. A może od takiej sceny zacząć swoją nową książkę — przebiegło mu przez myśl. Może napisać historię samotnej kobiety, która jedyny sens odnajduje w czworonogu? Tylko co dalej? Pisać o bezsensie życia jest niezwykle ciężko, więc trzeba by wymyślić jakąś akcję, może intrygę? A może opisać historię miłosną, ale nie taką tylko dla kobiet, ale także dla mężczyzn? Lecz jak to zrobić, aby romans przyciągnął także płeć brzydką? A może wcale nie musi? Może jemu samemu potrzebna jest banalna historia miłosna, która będzie w sobie miała coś więcej niż intrygę i podstęp? Może brakowało mu spisanych emocji, ale tych najprostszych, tych zwyczajnych? Poczuł, że nie będzie szukał kluczyka. Znacznie mniej czasu zajmie mu pojechanie na działkę po szlifierkę kątową. Wrócił czym prędzej do samochodu i ruszył. A co tam, niech się dzieje, co chce, musi się jak najszybciej dowiedzieć, co jest w tym cholernym neseserze.

Pierwsze kilometry pokonywał dość powoli, gdyż mgła w mieście ograniczała widoczność do pięćdziesięciu metrów, może mniej. Mgła rozrzedzała się cyklicznie i gęstniała, więc przyspieszał i zwalniał. Czuł się, jakby natura kierowała jego czasem, jego życiem. Chwilami, kiedy widoczność malała, miał wrażenie, że z mgły w światłach reflektorów wyłaniają się coraz to nowe formy przypominające drzewa, skały, zwierzęta czy nawet ludzi. Raz zobaczył coś, co wyglądało jak szczyt w Himalajach, za moment idącego słonia, a jeszcze później starca wspartego o lasce. Przetarł oczy, aby odgonić chwilowe fatamorgany.

Ale gdy wyjechał za Wilanów, mgła ustąpiła. Stało się coś nieoczekiwanego, bo normalnie nad polami i łąkami powinna być gęstsza, a tu jej nie było wcale. Powietrze zrobiło się przejrzyste na przestrzeni kilkuset metrów. Przyspieszył do ponad setki. Włączył długie światła, przy których czuł się znacznie bezpieczniej. Spojrzał w lusterko, w którym światła stolicy rozmywały się w gęstym obłoku mgły. Tylko wierzchołki wieżowców wyłaniały się z tego kokonu. Wyglądało to, jakby gdzieś w mieście znajdowało się źródło mgły. Jakby kryło się tam coś tajemniczego.

Wrócił do domu ze szlifierką kątową prawie o szóstej rano. Czuł zmęczenie i senność. Nawet za bardzo nie mógł się zdrzemnąć przed pracą, bo zaraz trzeba wstawać, przygotować się i dojechać do biura. Jednak był tak zmęczony, że postanowił na chwilę położyć się w łóżku. Szlifierkę położył w kuchni na stole, szybko się rozebrał, nastawił budzik na siódmą i padł do łóżka. Zasnął natychmiast.

2 myśli w temacie “Na południe od treści — cz. 1

  1. Antoni,

    jak dla mnie charakterystyka głównego bohatera jest nieco skąpa, ale rozumiem, że w toku historii będzie o nim więcej. Chętnie poczytam kolejne części, bo ciekawi mnie, co znajdzie w tej walizce – mam nawet już pewną teorię, zobaczymy, czy trafiłem ,hehe.
    Spodobała mi się wstawka o monolicie, bo lubię „Odyseję kosmiczną” 🙂

    Do poprawy tylko drobnostki:

    „Sięgnął po szklaneczkę z bursztynowym whisky.” – Whisky jest rodzaju żeńskiego.

    „Otrzepał się i ruszył w stronę byłego stadionu.” – trochę niezgrabne. Ja bym napisał: w stronę zrujnowanego stadionu albo w stronę obiektu, który kiedyś był stadionem.

    Poza tym bez uwag. Fajnie napisane. A czy przypadkiem bohater poprzedniego tekstu także nie nazywał się Marek Olkuń? Dobrze pamiętam?

    Pozdrawiam.

    Polubienie

    1. Dzięki, Gabrielu.

      To zakręcona powieść, bardzo.
      A główny bohater nazywa się tak samo w każdej mojej książce, gdzie głównym bohaterem jest mężczyzna, taki mój punkt charakterystyczny.
      I dzięki za poprawki.

      Pozdrawiam

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s