Samotność Boga, cz. XI, ostatnia

Samotność Boga, cz. XI, ostatnia

Czym jest cierpienie? Jak może wpłynąć tragedia na danego człowieka? Czy niesie ona tylko spustoszenie? Dlaczego Bóg nie zapobiegnie temu, co niedobre, a nie pozostawi jedynie szczęścia i miłości?

Takie pytania kłębiły się w głowie Markowi, gdy kilka dni później przyjechał do Lidii po raz kolejny, aby być pewnym, że nic tragicznego się nie stanie. Lidia sprzątała w domu. Odkurzacz wyciągnięty na środek pokoju, wiadro z mopem na podłodze i nieuczesana Lidia wyglądająca, jakby chciała nadrobić straconych kilka dni. Nadal widać było, że jest przybita tym, co się stało, lecz najwyraźniej wzięła się w garść.

— I jak, już lepiej? — spytał.

— Tak, nie ma się co nad sobą rozczulać. Rozczulałam się wtedy, przed wypadkiem, i uważałam, że to ja jestem poszkodowana, a inni się na mnie uwzięli.

— Jak to? — spytał, bo nie wiedział, co ma powiedzieć.

— A tak to! Jeśli człowiek rozczula się nad sobą, uważa, że jest nieszczęśliwy z powodu tego, co inni mu zrobili, a prawda jest taka, że chyba najczęściej sam sobie szkodzi.

— Czyli teraz z tobą już dobrze?

— Nie. I prawdopodobnie nigdy nie będzie, ale nie mogę żyć tym, co było. Muszę starać się choć trochę spłacić swoje stare życie. — Przestawiła odkurzacz do innego pokoju. — Przez ostatni czas nigdzie nie wychodziłam — ani do pracy, ani do psychologa, o którym ci wspominałam, jedynie do sklepu. Ta psycholog obiecała, że przyjedzie do mnie, bo się martwi. Protestowałam, ale się uparła.

Marek zastanowił się, jak bardzo ta kobieta musi się czuć odpowiedzialna za swoich pacjentów, że zechciała przyjechać do domu do Lidii. Czy jego samego stać by było na podobne poświęcenie? Zastanowił się również, że ta sama tragedia wpłynęła na niego tak, że rzucił pracę i zaczął uciekać od ludzi i życia, a na Lidię wręcz odwrotnie: przestała krzywdzić inne kobiety, wzięła się w garść i teraz chciała pomagać. Oczywiście, również cierpiała, ale starała się być lepsza każdego dnia. I była lepsza.

— A ogólnie jak się czujesz? Coś cię boli? — spytał.

— Nie, jest ok.

— Jak byś chciała pogadać, no wiesz… to możesz na mnie liczyć.

— Jedyną osobą, z którą chcę na ten temat rozmawiać, jest Ania — wyznała Lidia.

— A kto to Ania?

— Ta psycholog, która zaraz tu przyjedzie. Poznasz ją. Anioł nie człowiek.

— Masz do niej zaufanie?

— To nie o to chodzi. Nie chcę nikogo obciążać, a ona zmaga się z takimi rzeczami zawodowo, więc jej nie obciążę. A poza tym…

— Co poza tym? — zainteresował się.

— Ona też ma problem.

— Jaki?

— Kiedyś, aby mi ulżyć, wyznała, że kocha kogoś od bardzo dawna. I o nikim innym nie myśli.

— Niespełniona miłość?

— Na to wygląda. Podobno chłopak zwracał uwagę na inne dziewczyny, a na nią nigdy. Ale to naprawę ładna kobieta.

— Chyba w siebie nie wierzy? — zauważył.

— Bardzo. Nie mówi tego wprost, bo to ja jestem pacjentką, ale ja to widzę. Gdyby chciała, uwiodłaby niejednego… — Lidia spuściła głowę i głęboko westchnęła. — Ale może lepiej, aby nikogo na siłę nie uwodziła… — Pokręciła głową, jakby w niedowierzaniu tego, co sama kiedyś wyczyniała. — Polubisz ją, ja to wiem.

— Nie wiem, czy powinienem zostawać, w końcu ona chce z tobą porozmawiać.

— Zostań. Nie zostawiaj mnie samej. Pójdziesz, jak ona przyjdzie.

— No, dobrze.

— Wiesz co, chciałam spytać, co z tą dziewczyną z pogrzebu, której odbiłam narzeczonego. Co z nią? Jak ona to zniosła.

Marek zamyślił się, bo nie chciał mówić prawdy. W końcu Lidia żałuje tego, co robiła, więc nie ma sensu jej bardziej obciążać.

— Tylko chcę znać prawdę. — Złapała go za przedramię.

— Jak?… No nie jest zbyt dobrze… — próbował ubrać to w jak najdelikatniejsze słowa, ale mu przerwała:

— Wiedziałam. Ten jej były dużo nie mówił, ale teraz, z perspektywy czasu widzę, że dręczyły go potworne wyrzuty sumienia, a skoro tak, znaczy, że z nią nie było dobrze… A chociaż teraz ma kogoś?

— Lidio, po co rozdrapywać stare…

Znów mu przerwała:

— Mów prawdę. Ma kogoś czy nie?

— Hmmm… — zawahał się. — Nie.

— I przez te lata jest nadal sama? — Spuściła głowę.

— Tak, na dodatek gorzej sobie radzi w życiu codziennym. Chyba się załamała.

— Boże, co ja zrobiłam… — wyszeptała.

Marek powiedział to trochę przeciw sobie, ale skoro Lidia sobie życzyła, uznał, że musi. To nie on ma decydować o szczęściu innych, ale oni sami, on może tylko być pomocny. Nagle skojarzył, że przecież wnuczka Stanisława powinna zacząć korzystać z pomocy psychologicznej, jak to nazwał zmarły: znaleźć kogoś od rozumu. Wpadł na pewien pomysł.

— Wiesz co?

— Tak? — Lidia zapytała nieśmiało.

— A chciałabyś jej pomóc?

— No pewnie! — podniosła głos. — Ale przecież nie zwrócę jej narzeczonego.

— Mam inny pomysł.

— Jaki?

— Czy ta twoja znajoma psycholog nie chciałaby jej pomóc? Na honorarium dla niej złożylibyśmy się we dwoje. A jeśli ona by nie chciała lub nie mogła, to może zna kogoś, kto jest jej w stanie pomóc.

— Nie! — prawie krzyknęła. — Jeśli już, to ja za to zapłacę. Tylko pytanie, czy ta dziewczyna chciałaby skorzystać z takiej pomocy?…

— Jej dziadek mówił, że sam jej to zafunduje, ale nie zdążył. Więc pewnie wspomniał o tym.

— Tak? — Widać było, że Lidią szarpią ekstremalne emocje.

— Tak, zaproponuję to jej przy najbliższej okazji. Ale ustalamy, że płacimy, ale jej nic o tym nie wspominamy. Oficjalnie mówimy, że opłacił to dziadek.

— Dobrze, tylko pamiętaj — ja płacę, ty nic nie jesteś jej winien.

— Ale…

— Tak ma być, muszę spłacić choć część swoich win, jeśli w ogóle się da… — Lidia pokręciła głową.

Nastała cisza, podczas której Marek przypomniał sobie sytuację z parkingu leśnego.

— A czy mogę zadać ci jeszcze jedno pytanie? — spytał.

— Myślę, że tak.

— Co zapisywałaś w notesie, kiedy się poznaliśmy?

— Co?… — Westchnęła. — Wiesz, po tym wypadku miałam straszne lęki związane z prowadzeniem samochodu i Ania poleciła mi, żebym za każdym razem, gdy wsiadam za kierownicę, zapisywała swoje uczucia, emocje i skojarzenia. To taka terapia.

— Aha…

Dobiegł ich dźwięk dzwonka do drzwi. Lidia bardzo powoli ruszyła i otworzyła. Marek usłyszał jakiś znajomy głos. Gdzieś w podświadomości dobrze wiedział, kto to jest. Poczuł coś, czego nie doświadczył od bardzo dawna, chyba od czasów liceum. Nerwowo zerknął w stronę wejścia. Wstał z miejsca. Odruchowo nabierał głęboko powietrza i przebiegł go dreszcz niepewności i ekscytacji. Gdy obie stanęły w korytarzu, rozpoznał panią psycholog: to jego koleżanka z liceum, która namalowała mu jego sympatię.

Niepewnie podszedł.

— Ania? — spytał, chociaż dobrze wiedział.

— Marek… — wycedziła.

Przyjrzał się jej twarzy. Mimo iż miała tyle, co on, czyli trzydzieści dziewięć lat, wyglądała pięknie. Może nawet piękniej niż w czasach liceum. Wcale się nie postarzała przez te wszystkie lata.

Ania spuściła nieśmiało głowę i oblała się rumieńcem.

— To on? — spytała ją Lidia.

Ania nie odpowiedziała. Stała ze spuszczonym w podłogę wzrokiem.

Marek poczuł, że powinien to zrobić już w liceum. Podszedł do niej, delikatnie ujął głowę w dłonie, zbliżył się i gorąco pocałował. Ania upuściła trzymaną w dłoni torebkę i zaczęła ciężko oddychać.

— Zostawię was — powiedziała Lidia i ruszyła do kuchni. — Wreszcie do czegoś się przydałam — dodała do siebie.

Marek już wiedział, dlaczego Bóg nie zapobiegnie tragediom i temu, co niedobre. I wiedział również, dlaczego człowiek, stworzony na podobieństwo Boga, odczuwa samotność. Gdyby nie uczucie pustki, czy miałby ochotę na walkę ze słabościami? Czy Marek myślałby o powrocie do leczenia?…

6 myśli w temacie “Samotność Boga, cz. XI, ostatnia

  1. Hm nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Mam nadzieję, że Ania uratuje Marka, bo potrzebowało pomocy od pierwszych linijek książki. Antku, dziękuję fajnie się czytało, choć fanką powieści nie jestem. A Marek od początku był postacią, co przygnębia człowieka, aż chciał się go przełożyć przez kolano. Dziwnie dobrze się skończyło, a nie miałam w to wiary z biegiem czytania.

    Polubione przez 1 osoba

  2. Antoni,

    to ostatnia część, więc pokuszę się o podsumowanie całości. Zacznę od „plusów ujemnych”, jak to onegdaj rzekł pewien elektryk. Dwie sprawy mianowicie przeszkadzały mi w tym tekście: miejscami nadmierna dosłowność oraz… osoba głównego bohatera.

    Co do pierwszego: czasem warto zaufać czytelnikowi, naprowadzać go na to, co chcemy przekazać, podawać wskazówki, zamiast pisać wprost – tego mi trochę w tekście zabrakło. Zamiast opisywać Marka, który na widok chorego myśli, że mógłby wrócić do zawodu lekarza, lepiej np. opisać, jak Marek patrzy na swe ręce, jak przypomina mu się przeprowadzana dawniej operacja, jak widzi otwartego człowieka na stole operacyjnym i wie, co powinien zrobić, by mu pomóc itd. Kumaty czytelnik zrozumie, a nie będzie równocześnie czuł się jak prowadzone dziecko, któremu wszystko trzeba tłumaczyć.

    Druga rzecz: główny bohater. Po wpisie Stopociechblog widzę, że nie tylko ja tak myślę. Marek jest po prostu trudny w odbiorze. Jest chodzącą męką, brak mu kolorytu, choćby cienia radości. Tylko pracuje, spaceruje i śpi. Wiadomo, osoby cierpiące na depresję nieraz są głównymi bohaterami powieści, ale wówczas należy taką postać jakoś ubarwić, sprawić, by była strawniejsza dla czytelnika. Przykład wymyślony na poczekaniu: Marek ma minibusa. W wolnym czasie angażuje się w wolontariat i wozi niepełnosprawne dzieci z jakiegoś stowarzyszenia na zajęcia. W rozmowach z nimi uczy się, jak można mimo codziennego cierpienia być szczęśliwym, cieszyć się drobnymi sprawami, itd. Na taką postać czytelnik od razu spojrzy inaczej.

    Pomarudziłem, a teraz plusy dodatnie, które jednak przeważają w tym tekście 😉 Bardzo podobały mi się postacie drugoplanowe. Stefan, Magnuszewski, Lidia, Lena – fajnie wymyśleni, każde z nich miało jakieś zarysowane cechy charakterologiczne, każde wnosiło coś do historii. Nie byli jak ze sztancy, jak to czasem bywa w wypadku bohaterów drugiego planu.

    Sama historia też jak najbardziej jest ciekawa. Pokazuje, jak poczucie winy może spętać człowieka, zabić w nim radość życia. Tekst dobrze się czytało, stale byłem ciekaw, co będzie dalej. Od strony technicznej bez zarzutu. Przeskoki czasowe w narracji były naturalne, nie wprowadzały zamieszania. Dobrze prowadziłeś czytelnika przez tekst. Zakończenie jednak zaskoczyło, bo spodziewałem się raczej, że Marek z córką Stanisława się zwiąże – że tak to sobie starszy pan umyślił, by ich zeswatać.

    Widzę też, że zrobiłeś research, jak to się ładnie mówi po staropolsku, i musiałeś sporo przeczytać o sprawach medycznych. Dzięki temu opis operacji, terminologia medyczna, itd. brzmią wiarygodnie.

    Pozdrawiam.

    Polubione przez 1 osoba

    1. Gabrielu,

      przede wszystkim bardzo dziękuję za obszerny komentarz.
      Cóż, faktycznie postać Marka jest „przygaszona”, ale dopiero Ty i Basia zwróciliście na to uwagę. W przyszłości to cenna lekcja.
      A zbytnia dosłowność, tak, owszem czasem jestem zbyt dosłowny, tego muszę się uczyć.
      Natomiast reaserch był dokładny, bardzo dokładny. Super, że brzmi to dobrze.

      A na koniec mam jeszcze pytanie: czy końcowe przesłanie było dla Ciebie jasne?

      Pozdrawiam

      Polubienie

      1. Wydaje mi się, że Marek na końcu doszedł do wniosku, iż cierpienie jednak ma sens. Niejednokrotnie zarzucał w myślach Bogu, że doświadcza ludzi w różny sposób, wręcz ich unieszczęśliwia i krzywdzi, ale ostatecznie bohater sam zauważa, że takie zdarzenia kształtują los człowieka, budują jego charakter i pozwalają mu iść naprzód. Motyw znany z nauczania Kościoła Katolickiego, czyli doskonalenie się poprzez próby i ponoszone ofiary – z przypowieści Jezusa: ziarno przenicy, które musi najpierw obumrzeć, żeby później wydać obfity plon.

        Pozdrawiam.

        Polubione przez 1 osoba

      2. Przyznam, Gabrielu, że ująłeś to dość szeroko. Ale ogólnie jak najbardziej się zgadza. Tyle że ten wniosek pod żadnym pozorem nie był zaczerpnięty przeze mnie z wiary katolickiej. A konkretnie chodziło mi o to, że nawet negatywne zdarzenia czasem wpływają na nas pozytywnie.

        Jeszcze raz dzięki za czytanie i słowa!
        Pozdrawiam

        Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s