Samotność Boga, cz. X

Samotność Boga, cz. X

Następnego dnia obudził się przed piątą rano. Położył się bowiem, zaraz gdy wrócił po przygotowaniu zwłok pięknej kobiety, długo w ogóle nie mógł usnąć, a kiedy już zmrużył oczy, lewitował gdzieś pomiędzy jawą a snem, słysząc zarówno dźwięki z rzeczywistości, jak i odgłosy z sennych wizji. Poprzedniego dnia nie miał na nic siły, na przeciwstawienie się sytuacji ze zwłokami też, więc po prostu, bez walki, wykonał, co mu kazano. Czym jest trauma jak nie walką z samym sobą? A kiedy nie ma się siły na walkę, to i traumy nie kształtują życia.

Spojrzał na ledwo widoczny zegarek, naciągnął kołdrę na szyję, skulił się w kłębek i miałby ochotę w ogóle nie wychodzić. Drugi dzień z rzędu. Za oknem siąpił wiosenny deszcz, dzwoniąc o blaszany daszek nad wejściowymi schodami. Spojrzał na zewnątrz przez szczelinę w niecałkowicie zaciągniętych kotarach. Widział, jak liść bluszczu okalającego jego dom buja się, trącany przez co większe krople.

Właśnie podjął decyzję, że tego dnia nie wyjdzie z łóżka. Spędzi czas tak, jak nie zdarzyło mu się od czterech lat. Mimo iż był człowiekiem działania, to dobrze się z tym poczuł. Potrzebował takiego odpoczynku. A może wziąć wolny i kolejny dzień czyli piątek? Miałby w ten sposób cztery dni wolnego.

Ale nagle przypomniał sobie, że przecież dnia poprzedniego zmarł Stanisław, a obiecał, że się zajmie jego pochówkiem. Przecież jeśli zmarł w środę, dziś, najpóźniej jutro przyjedzie Ania, by przejąć zwłoki z kostnicy. To nie mogło czekać. Jeszcze trzeba zorganizować tyle drobnych nietypowych rzeczy na życzenie Stanisława. Wstał więc już przed szóstą rano, zjadł śniadanie, wziął prysznic i spostrzegł, że przestało padać, a chmury nieco się rozwiały, dając chwilami przebłyski słońca. Wyszedł na długi spacer przed ciężkim dniem, może nawet dwoma. Tu nie dało się scedować obowiązków na Ewę czy Stefana, obiecał, że zajmie się tym osobiście. Poza tym tylko on znał Lenę, która obiecała zaśpiewać. I sprawa najtrudniejsza — jak znaleźć kogoś ze starodawną furmanką?

Szedł wkrótce ulicami Pruszkowa i przypominał sobie poszczególne zdarzenia z ostatnich lat. Spotkanie kobiety, która mu podziękowała za to, że mąż przestał pić, kobietę w bikini opalającą się parku czy siebie szlajającego się bez celu, aby tylko być w ruchu. Kiedy już zbliżała się ósma, skierował się w stronę domu. Nagle zadzwonił telefon.

— Dzień dobry, szefie — odezwał się Stefan.

— Cześć, co się dzieje?

— Tak se pomyślałem, że potrzeba szefowi dziś rozmowy.

— Ale… — Marek nie miał za bardzo siły, aby nawet protestować.

— Może pojedziemy dziś na ryby? Wezmę regularny urlop.

— Stefan! — Marek aż się uniósł. — Jeszcze tego brakowało, żebyś mi pomagał prywatnie i brał urlop.

— Jak tam se szef życzy. To jak z tymi rybami?

— To niedobry pomysł. Dziś albo jutro przyjedzie wnuczka mojego znajomego, który zmarł. Mamy przejąć ciało, a potem zorganizować nietypowy pochówek.

— O, to może będę pomocny, szefie? Odciążę szefa.

— Nie, sam muszę się tym zająć. No, chyba że znasz kogoś z furmanką.

— Z czym? Z furmanką? — spytał niepewnie Stefan.

— Tak, dobrze słyszałeś. Zmarły zażyczył sobie, aby powieźć trumnę taką furmanką.

— Tak się składa, że mój daleki sąsiad ma dwie furmanki: jedną do celów gospodarczych, a drugą przygotowaną do przewożenia ludzi.

— No tak, przecież ty mieszkasz poza aglomeracją, prawie na wsi. Tylko to kawał drogi, ile masz stąd kilometrów?

— Dwadzieścia pięć. A to mam być z koniem? Tak, szefie?

— Tak, tak. To będą jechali ze dwie godziny albo i dłużej w jedną stronę.

— No, to będzie kosztowało… — powiedział cicho Stefan.

— To nic, niech kosztuje. Jak trzeba, to zapłacę ze swoich. W końcu raz się robi taki pogrzeb.

— To ja zawrócę, bo jestem w drodze i podjadę do niego i spytam, bo telefonu do niego nie mam.

— Dobrze, Stefan, tak zrób. A jak będziesz u niego, to zadzwoń, sam ustalę warunki.

— Jasne, szefie. Ma się rozumieć.

Rozłączyli się. Marek właśnie zbliżał się do domu. Już nie myślał o tym, aby wziąć sobie wolne, teraz miał przed sobą kilka dni planowania i w końcu ten szczególny pochówek. Jak to dobrze, że ma przy sobie Stefana, człowieka, który nie dość, że potrafi zająć się firmą, to jeszcze chciał pomóc w przyjacielski sposób. Znów zadzwonił telefon. Czyżby Stefan tak szybko dotarł do sąsiada? Spojrzał na wyświetlacz, który oznajmiał, że dzwoni Ania.

— Dzień dobry, panie Marku — mówiła łamiącym się głosem. — Przepraszam, że tak rano dzwonię, ale nie wiem, czy pan wie, mój dziadek wczoraj zmarł.

— Tak, wiem, byłem w szpitalu.

— Aha. — Zapłakała na głos. — No więc ja w sprawie pochówku, wiem, że to my musimy wydać państwu ciało.

— Tak, tak, takie są zasady. Państwo wydają, my przejmujemy i dalej załatwiamy wszystko.

— Chciałam powiedzieć, że byłam osobiście w tym kościele, co organista zgodził się zagrać tę dziadka piosenkę. Organista i proboszcz potwierdzili, i czekają teraz na kontakt od pana.

— A gdzie jest ten kościół?

— To w Piastowie, przy remizie. — Ania cały czas pochlipywała.

— Ach, tam. Mam do nich numer, więc jak tylko przejmiemy ciało, zadzwonię i ustalimy termin pogrzebu.

— A organista powiedział, że nie chce więcej pieniędzy za takie specjalne wykonanie. Dobrze pamięta dziadka, był jego uczniem, jak pan.

— Dobrze, Aniu, to rozumiem, że ciało jest u Szadkowskich na Gąsinie?

— Tak, tak, tam zabrano ze szpitala.

— To o której chce się pani tam umówić? Ja się dopasuję.

— Dla mnie to o każdej porze. Wzięłam do końca przyszłego tygodnia wolne… — Rozpłakała się jeszcze bardziej. — Niech pan coś zaproponuje.

Marek nie wahał się ani chwili.

— O trzynastej? Nie za późno?

— Dobrze, będę.

Rozłączyli się, gdy Marek podchodził do domu. Ponownie usłyszał telefon.

— Szefie, to ja jestem z tym znajomym, na głośnomówiącym.

— Dzień dobry — przywitał się Marek.

— Dzień dobry — krzyknął nieznajomy. — Ten Pruszków to kawał drogi. Koń niezwyczajny tak daleko jeździć. Nie będzie łatwo.

— Dobrze, ile pan chce. Konkret.

— Ile?… Panie, ze cztery stówki. A kiedy to w ogóle będzie?

— Nie ma sprawy, daję pięć stów. I poproszę do pana telefon, jak ustalimy termin, to zadzwonię.

— Panie, ja to myślałem, że to już ustalone, a to, panie, jeszcze nie. Eeeee, tak to więcej będzie się należało.

— Chciał pan czterysta, daję pięćset, to moje ostatnie słowo, inaczej znajdę kogo innego.

— Pięć setek? — zastanowił się nieznajomy. — Mało na taki układ, ale niech będzie.

— Zadzwonię i podam termin.

— Dobrze, panie. Do widzenia.

— Do widzenia.

Tak się Markowi zaczął czwartek. Planował spędzić cztery dni w łóżku, a ma do zorganizowania ten wyjątkowy pochówek.

W ciągu ostatnich dwóch dni najpierw stał się pełen zapału do działania, potem szybko oklapł w szpitalu, zmierzył się swoją bezsilnością z traumą, miał ochotę nie wychodzić z domu, by teraz nie zastanawiać się zbytnio nad niczym i działać. Miał wrażenie, jakby przeszedł długotrwałe pranie razem z wirowaniem i suszeniem. Ale, o dziwo, czuł się dobrze. Może w ten sposób doznał wyzwolenia? Takiego katharsis jak na koncercie Leny w kościele na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie? Właśnie, musiał zadzwonić do Leny, bo pogrzeb trzeba było planować na dniach. Wykręcił więc do niej numer, mimo iż wiedział, że Lena jest jeszcze w ciąży. Zbyt mało czasu upłynęło od ostatniego spotkania.

— W czymś ci mogę znów pomóc? — spytała żałośnie, nawet się nie przywitawszy.

— Lenko, ja tylko w sprawie tego, abyś zaśpiewała na pogrzebie, o czym rozmawialiśmy.

— Czyli to już się stało?… — zawiesiła głos. — Tylko ja w ciąży jeszcze jestem.

— Nie dasz rady? A może… — chciał jeszcze o coś zapytać, ale przerwała:

— Jeśli to na pogrzeb, to pewnie bardzo spokojna piosenka? — zapytała retorycznie. — Co to za piosenka?

— Dwa plus jeden, tytuł to „Komu w oczach słońce”…

— Nic mi to nie mówi, wiesz, że ja z Ukrainy.

— Mam to na płycie, tylko czarnej, ale gramofonu nie mam.

— To nic, ja mam. Przyjedź i podrzuć, zobaczę, czy dam radę. — Lena westchnęła. — Jak mąż się dowie, nie będzie zadowolony, ale trudno.

— Mąż… — zamruczał Marek.

— Tak, mąż! — powtórzyła ostro.

Marek nie zamierzał ani powtarzać tego słowa, ani dyskutować w ogóle na żaden temat. Lena była jedyną znaną mu kobietą, która mogła to zaśpiewać.

— O której mogę przyjechać? — spytał.

— No, ja siedzę w domu, jestem w zwolnieniu. Jak najszybciej, najlepiej.

— Lenko, na zwolnieniu się mówi. Ale będę, oczywiście, będę — powtórzył.

— Tak, na zwolnieniu. Ciągle mylę słowa. To przyjeżdżaj. Mieszkam we Włoszech na Chrościckiego sto osiemdziesiąt pięć.

Jak najszybciej chwycił płytę i pojechał. Teraz nie liczyła się wspólna przeszłość, nie liczyło się to, co do niej czuł, w tej chwili miał do załatwienia sprawę. Skoro Lena się zgodziła bez oporów, trzeba było to wykorzystać.

Jadąc do niej, przypomniał sobie swoją znajomą z liceum, która namalowała dla niego dziewczynę, w której się podkochiwał. Jak ona miała na imię? Zupełnie zapomniał, pamiętał tylko, jak wyglądała: szczupła brunetka o ciemnych oczach, okrągłej twarzy, sporej głowie, niby zawsze uśmiechnięta, a jednak przebijało się przez ten uśmiech coś smutnego. Ciekawe, co u niej słychać. Pewnie jak większość ludzi ma dzieci, zapewne męża. A może się rozwiodła? Nie, ona raczej nie. Ale z drugiej strony to tylko dywagacje, bo Marek nie znał jej prawie w ogóle. Nawet po tym, jak dała mu malunek, nie nawiązał kontaktu. Czemu w ogóle w takim momencie sobie o niej przypomniał? Czyżby w jakiś sposób kojarzyła mu się z Leną? Chyba tak. Prawdopodobnie właśnie to, że i jedna i druga miała skłonności artystyczne, spowodowało ten myślowy ciąg. Marek przez chwilę zastanowił się, czy ma telefon do kogoś, kto mógłby cały czas utrzymywać z nią kontakt. Ale chyba nie. Ona trzymała się raczej z boku, miała jedną przyjaciółkę, która też nie dążyła do życia w klasowej społeczności. Jak ona miała na imię? Marek próbował sobie zobrazować moment wręczania mu malunku, skojarzyć to z odczytywaniem jej z listy obecności. Ale na nic. Już skręcał w ulicę, na której mieszkała Lena, gdy go olśniło: to była Ania. Tak jak i wnuczka Stanisława. Zaparkował na podjeździe i chwilę później dzwonił do drzwi z płytą w ręku.

— No, to daj płytę, posłuchamy — powiedziała, trzymając się za bardzo obszerny brzuch, gdy już siedzieli u niej w domu.

— Przyznam, że znam tylko ich kilka piosenek i raczej żadna nie nadawałaby się na pogrzeb. Ciekawe, co wymyślił Stanisław.

— Pozwolisz, że włączę od początku.

— Tak, śmiało. — Pokiwał głową, mimo iż trochę spieszyło mu się, bo miał sporo spraw do załatwienia. — Chociaż też chciałbym posłuchać, ale zaraz muszę lecieć, wnuczka Stanisława przekazuje nam zwłoki o trzynastej.

— To później rozsłucham całej. — Podeszła i przełączyła na ostatnią piosenkę.

— Lenko, przesłucham, się mówi.

— Tak, tak. — Zwiesiła nos na kwintę. — Kiedy ja się nauczę poprawnie mówić?! — zareagowała ze złością.

Płyta najpierw zaszumiała i zatrzeszczała ze starości, a potem wydobyła z siebie nostalgiczne, smutne dźwięki. Śpiewała to ta sama kobieta, którą pamiętał Marek z wykonania kilku przebojów, ale tym razem wykonała to w sposób zupełnie inny. To muzyka inna niż większość, z sekcją smyczkową w tle i wczesnobigbitowym brzmieniem na pierwszym planie. Marek zasłuchał się i nawet nie zauważył, że Lena wstała, wyprostowała się i próbowała dopasować swój wokal do melodii. Miał wrażenie, że koleżanka łapie to w mig, a jej tembr głosu pasuje idealnie do piosenki. Wiedział, że jeśli Lena się zgodzi, to będzie idealnie.

— Ładna, choć prosta i smutna ta piosenka — skomentowała, gdy wybrzmiały ostatnie dźwięki. — Ale nie dziwię się, że ją wybrał, na pogrzeb akurat.

— No, niemal żałobna.

— Już jestem ciekawa całej płyty.

— Jeśli chcesz, później będziesz mogła ją zatrzymać, ja jestem mało muzyczny, jak wiesz, a teraz tylko muszę dać ją organiście, aby nauczył się grać.

— A jak nie ma gramofonu? — zapytała.

— Możesz mieć rację. A ty nie masz jak tego nagrać?

— Marek… — Pokiwała z pobłażaniem głową. — A YouTube? Sprawdzałeś, czy tam tego nie ma?

— Faktycznie. — Wyciągnął smartfon i chwilę później ponownie zabrzmiała ta sama piosenka. — Dostęp do YouTuba na pewno ma. — Uśmiechnął się.

— No, to możesz płytę zostawić mi.

Marek tylko pokiwał głową.

— To jak? Dasz radę zaśpiewać?

— Tak, nie ma problemu. To bardzo spokojna piosenka, nie ma długich fraz, żebym musiała mieć nie wiem jak głęboki wdech. — Po raz kolejny się zawahała. — Tak, dam radę.

— Sama musisz zdecydować. Nawet jako lekarz nie wiem, co możesz, a czego powinnaś unikać. Jedna ciężarna prawie od początku ciąży siedzi w domu, czy nawet leży w łóżku, a inna pracuje niemal do ostatniego dnia. Jeśli uważasz, że dasz radę, to mogę obiecać, że jako lekarz będę w razie czego przy tobie.

— Dziękuję, jeśli zaśpiewam, przyda się u boku ktoś, przy kim w ciąży będę się czuła bezpieczna.

— To przynajmniej mogę obiecać, że będę blisko, jakby coś zaczęło się dziać, zrobię więcej niż ktoś bez medycznego wykształcenia.

— Czy ty właśnie deklarujesz coś, od czego uciekałeś przez ostatnie lata?

— No… wiesz, muszę.

— To jak tak, to się zgadzam.

O trzynastej odebrał ciało Stanisława od Szadkowskich na Gąsinie. Teraz musiał działać szybko. Pracownik zabrał ciało do zakładu, a on sam pojechał do Piastowa, aby uzgodnić szczegóły mszy pogrzebowej. Miał dzwonić, ale pomyślał, że załatwi to osobiście. Z proboszczem ustalił termin na sobotę dokładnie w południe, a chwilę później organista potwierdził, że zagra tę piosenkę w momencie wynoszenia z kościoła trumny. Wracając do siebie do zakładu, zadzwonił, aby poinformować człowieka od furmanki o terminie i miejscu. Tym razem nieznajomy przyjął to bez zbędnych słów. Do spełnienia wszystkich warunków, jakich zażyczył sobie Stanisław, zostało wydrukowanie nekrologu z tym nieszczęsnym napisem, że kopnął z klepsydrę. Toż to będzie się nadawało na demotywatory albo na inny portal ze śmiesznościami. Ale cóż, Marek musiał zrobić to tak, jak chciał tego zmarły.

Gdy wrócił do domu późnym wieczorem, uświadomił sobie, że w ogóle nie myślał ani o swojej wcześniejszej niechęci, ani o zmęczeniu, które czuł zaraz po przebudzeniu, ani o tym, że poprzedniego dnia zrobił coś, czego nie był w stanie dokonać, odkąd tu pracował. A może i od czasów wydarzenia z uczelnianego prosektorium. Na myśl o zwłokach zmarłej pięknej kobiety do przygotowania nie czuł negatywnych emocji: ani odrazy, ani wstrętu, ani nawet podniecenia. Może coś się w nim trwale zmieniło? Na dodatek skojarzył, że od dwóch dni nie myślał o Lidii, a przecież wcześniej dość często zaprzątała mu głowę. Może by tak do niej zadzwonić? Albo nawet się spotkać? W sumie to głupie, że po czymś takim, co przygotowała specjalnie dla niego, sam siedzi cicho i nawet nie podziękuje. A może nie ma za co dziękować? Ale w takim razie skąd chęć zaopiekowania się Leną podczas pochówku Stanisława. Chyba że to z sentymentu i może odrobiny pozostałych w nim uczuć.

A tak to w zasadzie kim był Stanisław, że Marek bez mrugnięcia zgodził się na wszystkie warunki, a nawet chciał pomóc w jego leczeniu. Tak, uczył go matematyki z liceum, zawsze słynął z dostojności i poczucia humoru, ale takich osób jest zwykle wiele i nie traktujemy ich szczególnymi względami. Może dlatego, że miał tak wielki dystans do samego siebie i własnej śmierci? A może to przez wzgląd na Anię, której losem Marek się przejął, gdy usłyszał, że inna kobieta odebrała jej narzeczonego i teraz Ania nie może dojść do siebie? Takie rzeczy ruszały Marka. Nie potrafił przejść obojętnie obok cierpiących. A jeśli starzec cierpiał razem z nią, co dało się wyczuć, to nie dało się przejść obojętnie obok niego. Druga sprawa, że to Stanisław wybrał Marka jako wykonawcę ostatniej woli. Ale Marek czuł, że jest w tym coś więcej. Chyba jednak kluczowy był ten dystans do samego siebie. Czy z czymś się to Markowi kojarzyło? Albo z kimś? Ależ oczywiście, że tak — z doktorem Magnuszewskim; pod pewnymi względami obaj byli tacy sami. A że Magnuszewski wprowadził Marka w świat chirurgii ogólnej, był niemal jego mentorem, to ktoś do niego podobny został obdarzony szczególnymi względami. Czyli, jak by nie patrzyć, medycyna stanowiła dla Marka ciągle priorytet, coś najważniejszego w życiu, mimo iż tak długo od tego uciekał. Tylko wciąż zdawał sobie sprawę, że nie jest w stanie wrócić do operowania ludzi, a w szczególności ich serc. To, że wyraził chęć opieki nad Leną, nie oznaczało, że pozbył się oporów…

Z zamyślenia wyrwał go dźwięk telefonu. Odruchowo spojrzał na zegarek, który wskazywał dwudziestą. Na wyświetlaczu dojrzał imię: Lidia.

— Nie przeszkadzam? — spytała.

— Nie, właśnie myślałem o tobie.

— Dobrze, czy źle?

— Dobrze…

— Jak się czujesz?

— W porządku. Dziś ustaliłem termin szczególnego pochówku mojego znajomego. Zażyczył sobie furmanki i konkretnej piosenki na wyprowadzenie z kościoła trumny.

— To ktoś młody, że tak chciał?

— A skąd. Po osiemdziesiątce.

— To rzeczywiście nietypowo.

— Wiesz… — Zawahał się. — Może przyszłabyś na jego pogrzeb? Jest w sobotę w samo południe. Wiem, że go nie znałaś, ale tak sobie pomyślałem, że chciałbym, abyś przyszła.

— Miałam jechać do rodziców… — zawiesiła głos. — Ale co tam, niech będzie, przełożę.

— Naprawdę dasz radę?

— Tak, jeśli ty tego chcesz, to będę.

— Świetnie!

— A mogę zadać niedyskretne pytanie? — wyszeptała.

— Tak, tak.

— Bo mam nadzieję, że tą ostatnią przebieranką nie poruszyłam czegoś, czego nie powinnam…

— Nie, jest w porządku.

— Tylko w porządku, czy może wpłynęło to na ciebie pozytywnie?

— Ja wiem? — spytał retorycznie.

— A myślisz o powrocie do zawodu?

— Nie wiem! — nieco żałośnie podniósł głos.

— Uraziłam?

— Nie! — Wziął głęboki oddech. — Lidia, wszystko jest w porządku. Czemu ty tak boisz się, że mnie uraziłaś? Ja nie ze szkła, wiele wytrzymam.

— Bo… — na dłuższy czas zamilkła. — Bo nie zawsze byłam taka jak teraz.

— A jaka byłaś? — spytał, ale od razu się zreflektował. — Ale nieważne, jaka byłaś, ważne, że teraz jesteś, jaka jesteś.

— Eeee… Pójdę z tobą na ten pogrzeb, choćby nie wiem co.

Tego dnia Marek zasnął niemal w momencie przyłożenia głowy do poduszki. Czuł jakieś dziwne przemęczenie, takie, jakiego nie doświadczył chyba nigdy. Jakby mu się w klatce piersiowej przewalało. Coś podobnego do uczucia miłości, ale jakby w negatywie.

W piątek zlecił przygotowanie ciała Stanisława Stefanowi. Sam nie chciał tego robić, bo zbyt dobrze znał zmarłego. Po południu zadzwoniła do niego matka, aby przyjechał na wieczór. Nie chciała powiedzieć, dlaczego. Marek długo nie chciał się zgodzić, bo po pierwsze męczyły go sprawy związane w sobotnim pochówkiem, a po drugie starał się jeździć tam jak najrzadziej, odkąd matka wystawała pod jego drzwiami, kiedy rzucił medycynę. Ale też kochał rodziców i czuł, że nie może wiecznie odmawiać. Poza tym obiecała, że na obiad będzie cielęcina, którą tak lubił. Po pracy zebrał się i pojechał.

— Weekend masz wolny? — spytała matka po skończonym obiedzie.

— Nie, mamo, mam specjalny pochówek. Znajomego.

— Mareczku, ta praca cię męczy — powiedziała żałośnie. — Ty tego nie widzisz, bo siebie mało kto widzi, ale przed matką nie ukryje się prawdy.

— Mamo…

— Ja to już wiedziałam, jak wtedy zamknąłeś się w domu i nie chciałeś nikogo widzieć.

— To po co z tatą daliście mi pieniądze na otwarcie tego zakładu pogrzebowego?

— A jak było nie dać. Chciałeś, więc daliśmy. Mareczku, byłeś w takim stanie, że trzeba było cię ratować. Gdyby nie ten zakład, który sobie ubzdurałeś, to pewnie do dziś siedziałbyś w domu i użalał się nad sobą. A tak jako tako sobie poradziłeś. Dobre i to, kiedy nie było czego innego. Ale teraz to już po mojemu powinieneś wrócić do medycyny.

— Mamo, nie wrócę. Przecież ci mówiłem, że jeśli chciałbym wrócić do kardiochirurgii, musiałbym ponownie odbyć półroczny staż. Takie są zasady.

— To odbędziesz. A zakład pogrzebowy będzie działał bez twojego udziału i będzie ci przynosił pieniądze.

— Ktoś musi nim zarządzać… — nagle urwał.

— Co się stało? Coś ci jest? — spytała matka.

— Nie, mamo, właśnie pomyślałem… W sumie może ty i masz rację. — Pokiwał głową dla potwierdzenia jej słów.

— No, widzisz, Mareczku, ze wszystkiego da się jakoś wyjść.

— A gdzie tata? — spytał.

— Tata? A… leży w drugim pokoju.

— Nie je obiadu?

— Już zjadł. Jakoś czuje się zmęczony. Chciał się położyć.

— Ale nic mu nie jest?

— Raczej nie, zwykłe zmęczenie. Jeszcze dziś skopał kilka grządek pod warzywa.

— Mamo, mówiłem, żebyście dali sobie spokój z warzywami. Wyjechalibyście gdzieś do ciepłych krajów odpocząć. Stać was na to.

— Mareczku, całe życie nie wyjeżdżaliśmy to i teraz nie będziemy. Jak człowiek przywykł do pracy, to i na stare lata woli to niż wypoczynek.

— Jesteście? — usłyszeli głos ojca Marka od strony sypialni.

Mężczyzna usiadł do stołu.

— Coś słyszę, że mama cię namawia na powrót do medycyny. Dobrze robi. To twoja pasja — ciągnął.

— Tato, nie wiem, czy dam radę…

— Marku, ty tego nie pamiętasz, ale już jako trzylatek mówiłeś, że będziesz leczył ludzi. I jak tylko w telewizji pojawiało się coś o lekarzach, nie można było cię oderwać. — Ojciec pokiwał głową.

— Jako trzylatek?

— Tak, tak — potwierdziła matka.

— Któregoś razu jak kupiliśmy ci misia, zabrałeś po kryjomu z kuchni nóż i rozciąłeś mu brzuszek. Mówiłeś, że robiłeś operację — opowiadał ojciec.

— Już wtedy? — Marek otworzył szeroko oczy.

— Tak, tak — potwierdziła matka.

— Najpierw myśleliśmy, że ty to jak inne dzieci bawisz się w lekarza, ale gdy siostrze opatrzyłeś ranę na nodze, to nie mieliśmy wątpliwości. Miałeś pięć lat. Pamiętasz?

— Nie.

— Przyszła z podwórka z rozciętą stopą, bo szkło jej weszło pod sandał. Ty wziąłeś z barku butelkę wódki, polałeś ranę, a potem wyciągnąłeś bandaż i zawinąłeś po swojemu.

— A skąd wiedziałem, że trzeba wódką? — Zaśmiał się Marek.

— Mówiłeś, że widziałeś, jak w westernie tak robili.

— Mareczku, ty musisz być lekarzem — matka wyraźnie zaakcentowała słowo „musisz”.

Marek zaniemówił. Bo co tu powiedzieć.

Wrócił do domu całkowicie skołowany. Cztery lata uciekał od medycyny, a teraz wszyscy mu mówią, że powinien wrócić. Matka, ojciec, a nawet Lidia, która go prawie nie zna. Swoją drogą musi to być naprawdę dobra kobieta, że przyszykowała taką przebierankę, aby przywołać wspomnienia, a tym samym spróbować go przekonać do powrotu do zawodu. Zresztą wiele innych jej zachowań o tym świadczyło. Może dlatego właśnie zaczepił ją na leśnym parkingu?

W sobotę wyszedł z domu tuż po dziewiątej. Mimo iż wszystko było umówione lub przygotowane, chciał jeszcze raz sprawdzić osobiście. Poza tym miał o jedenastej spotkać się z Leną, aby wszystko doprecyzować.

Ostatnie szczegóły dopiął za kwadrans południe. Czyściutka furmanka stała pod kościołem, klepsydry o odpowiedniej treści wisiały, organista jeszcze po raz ostatni ćwiczył z Leną w zakrystii wykonanie piosenki, a on sam spoglądał na zegarek w oczekiwaniu na Lidię. Zdał sobie sprawę, że zaczęło mu coraz bardziej na niej zależeć. I chyba najbardziej podziałały te jej wycofania, reakcje smutkiem, a nawet płaczem. Dostrzegł w niej piękną kobietę, ale ze słabościami. Bo wszyscy ci, którzy tych słabości nie okazywali, bardziej go odstraszali, niż przyciągali. Czy to dlatego, że sam miał słabości? Jeśli tak, znaczy, że wybierał ludzi w jakiś sposób podobnych do siebie. I wielokrotnie dziwił się, że inni mogą wybierać przeciwieństwa.

Jeszcze raz spojrzał na zegarek, kiedy kościół się już zapełnił, a organista grał już na organach jedną z religijnych pieśni. Dochodziła dwunasta. Nerwowo się rozejrzał. Jakiś samochód właśnie parkował za ogrodzeniem przy parku. Marek wyszedł poza teren kościelny. Z auta wysiadła Lidia: ubrana cała w ciemnografitowy kostium i czarne buty. Nie widział jej w tak eleganckim stroju. Ale, o dziwo, nie przypadło mu to do gustu — wolał, gdy zakładała zwyczajne, codzienne ciuchy.

— Część, już się martwiłem, że cię nie będzie — zaczął, podchodząc.

— Przepraszam, dziś byłam jakaś nie w sosie, ale jak obiecałam, to musiałam przyjechać.

— Najważniejsze, że jesteś na czas. Chodź, bo się zaczyna.

Po chwili weszli do przedsionka kościoła i kiedy przekraczali główne drzwi, Lidia zrobiła gwałtowny krok w bok i zamarła w bezruchu. Marek był pewien, że źle się poczuła, podszedł i spytał:

— Wszystko w porządku?

— Nigdy… — Spuściła głowę i wyszła z kościoła. Od razu ruszyła do swojego samochodu.

Pobiegł za nią.

— Co się dzieje? — Złapał ją za rękę.

Szarpnęła dłonią i ze spuszczoną głową dopowiedziała:

— Nigdy więcej się do mnie nie odzywaj, nigdy. — Spojrzała mu ze łzami w oczach w twarz. — Mam być sama! Do końca życia! — wysyczała.

Marek próbował podejść jeszcze bliżej, może przytulić ją czy coś, ale odepchnęła go i gwałtownie wsiadła do auta, zamykając za sobą drzwi. Błyskawicznie odpaliła silnik i wyjechała na wstecznym na ulicę i ruszyła z piskiem do przodu. Znikła na drugim skrzyżowaniu, gdzie skręciła w lewo. Marek ze spuszczoną głową wrócił do kościoła.

Niemal do końca mszy stał na końcu kościoła nieświadomy tego, co się dzieje. Dopiero gdy jego pracownicy podnieśli trumnę i zaczęli wynosić, usłyszał wykonanie piosenki, którą sobie zażyczył Stanisław. Brzmiała przepięknie, grana na organach i śpiewana przez Lenę. Nagle przypomniał sobie, że miał być przy niej. Błyskawicznie ruszył na balkon z organami, gdzie śpiewała. Wszedł na niewielką powierzchnię i zobaczył, że Lena jedną ręką trzyma mikrofon, a drugą podtrzymuje sobie brzuch. Z każdym głośniejszym wyśpiewanym dźwiękiem krzywiła się, jakby z bólu. Zrozumiał, że coś jest nie tak. Skupił się jednak na dalszej części piosenki:

[…]

Komu grają hymny

Komu śpiewa kos

Komu skrzypki na weselu

Komu bije dzwon?

Ludzie źli i ludzie zacni

Wątła nitka — ten nasz los

Czyjeś obce dłonie plotą ją

A dzwonom serca rosną

A dzwonom serca rosną

Komu lekka ziemia

Komu długa noc

Komu sny i lata piękne

Komu wybił dzwon?…


Gdy wybrzmiały ostatnie słowa, Lena gwałtownie opuściła mikrofon i złapała się obiema rękoma za brzuch. Na jej twarzy Marek dostrzegł grymas cierpienia. Podszedł i spytał:

— Czy ty?…

— Rodzę, nie zdążymy do szpitala — wyszeptała i opadła na kolana wprost do stóp Marka.

Organista jeszcze przez chwilę grał, ale w końcu przestał i cicho spytał:

— To poród?

— Tak — odrzekł Marek, zdejmując marynarkę i kładąc ją na posadzce, aby tam chwilowo ułożyć Lenę. — Nie ma czasu, leć pan po ciepłą wodę, ręczniki, nożyczki i coś do odkażania, może być w ostateczności wódka.

— Ale… — Organista zawahał się, ale ruszył do zakrystii.

— Ufasz mi? — Marek spytał Lenę.

— Teraz to zaufam każdemu lekarzowi. — Słowo lekarz zabrzmiało w uszach Marka przedziwnie, bo przecież nie chciał być lekarzem, a poza tym darzył Lenę wielkim sentymentem. — A szczególnie tobie — dodała.

— Wytrzymaj jeszcze chwilę, organista zaraz przyniesie, co trzeba.

Marek chwycił telefon i zadzwonił po pogotowie. Po tym, jak przedstawił się jako kardiochirurg, zlecenie przyjęto błyskawicznie i bez zbędnych pytań.

Zaczęło się od bardzo silnych skurczów. Lena wręcz zwijała się z bólu, leżąc na marynarce Marka. Za chwilę z pochwy popłynęły różowe wody płodowe, co oznaczało, że wraz ze skurczami pękł pęcherz płodowy. W tym czasie organista przyniósł kilka ręczników, miskę ciepłej wody, trochę wódki do odkażenia nożyczek i same nożyczki.

Marek dotknął brzucha i uciskając, upewnił się, że płód ułożony jest głową w stronę pochwy. Obmył dokładnie rękę i wsadził dłoń do pochwy, by sprawdzić rozwartość szyjki macicy.

Lena powiedziała w bólach:

— Czułam już lekkie skurcze kilka godzin wcześniej, ale myślałam, że to nic takiego.

Było to rozwieranie się szyjki macicy, bo teraz była rozwarta dostatecznie do porodu. Marek już nawet nie próbował jej ganić, że z czymś takim przyszła śpiewać. Tak się stało i już.

Gdy skurcze się nasiliły, Lena spytała:

— Mam już przeć?

— Tak. W dodatku dociśnij brodę do piersi, a nogi przyciągnij rękami do tułowia, tak zwiększysz parcie.

Zaczęła to wykonywać. Ruch po ruchu robiła się coraz bardziej czerwona na twarzy, a oddech jej przyspieszał. Po każdym dłuższym napięciu ciała spowodowanym skurczem na chwilę rozluźniała się, aby odpocząć, nabrać sił, po czym gdy skurcz wracał, znów podnosiła głowę, przyciągała rękami nogi i parła. I oddychała.

Marek nie zastanawiał się, robił to, czego go uczono i przy czym już uczestniczył w trakcie stażu. Nie traktował jej jak swojej byłej kobiety, ale jak pacjentkę.

Po kilkunastu minutach z pochwy popłynęła krew. To znak, że wraz z przemieszczającym się płodem chwilowo uszkadzana jest pochwa.

W końcu Lena wyciągnęła rękę do Marka, złapała go za dłoń, ścisnęła i naparła z całych sił. Wyszła główka, a chwilę po niej reszta ciała. Marek delikatnie ułożył dziecko na warstwie ręczników, odkażonymi nożyczkami odciął pępowinę i zawiązał ją zarówno u dziecka, jak i u matki. Całość od momentu, gdy położył Lenę na podłodze, trwała kilkanaście minut. To niewiele, bardzo niewiele jak na pierwszy poród.

Wziął noworodka na ręce i jeszcze czerwonego od krwi położył Lenie na brzuchu. Nie miała sił, aby go nawet dotknąć, tylko nieznacznie się uśmiechnęła.

Marek dokładnie obejrzał dziecko, wyglądało na w pełni zdrowe. Dotknął również jego mostka, aby upewnić się, czy nie wyczuje nieprawidłowości w biciu serca.

Zawinął dziecko w czysty ręcznik i odłożył na kolejny ręcznik leżący obok.

Lena w czasie całego porodu nie krzyknęła ani razu, tylko cicho jęczała i dyszała. Ale wyglądała, jakby przebiegła maraton. Wymęczona ciągłymi skurczami i parciem, wycieńczona długotrwałym bólem i przelękniona warunkami, w jakich przyszło jej rodzić.

Pozostało jeszcze urodzić łożysko. To jednak nie było już tak bolesne, ale długotrwałe. Marek nawet nie zauważył, że w trakcie porodu łożyska przyjechało pogotowie. Dziecko zostało zabrane do karetki, ale na Lenę poczekano do momentu urodzenia łożyska.

Kiedy już było po wszystkim, Marek zdał sobie sprawę, że jest mocno umazany krwią. Lecz na szczęście kościół był pusty. Tylko na dole pod drzwiami na balkon z organami stał organista z jakimś księdzem. Gdy schodził, zmierzyli go wzrokiem i ksiądz powiedział:

— Proszę za mną na plebanię, umyje się pan i damy czyste ubranie.

— Tak, tak. — Marek pokiwał głową i poszedł za klechą.

— A pan wiedział, jak odebrać poród? — spytał ksiądz.

— No, tak, jestem… — Marek uśmiechnął się pod nosem — byłem lekarzem.

— Ach tak… To dziewczyna miała dużo szczęścia.

— Niezupełnie, bo to ja poprosiłem, aby zaśpiewała. Gdyby nie to, rodziłaby pewnie w szpitalu.

— Ach tak… Ale i tak, że w takich warunkach dał pan radę.

— Nie straciłem głowy. Ale mam dość, wracam do domu, jak tylko się przebiorę. — Marek spojrzał na księdza. — Ale pogrzeb odbywa się normalnie?

— Tak, pewnie nic nie wiedzą, co tu się stało. A swoją drogą piękną żałobną pieśń zażyczył sobie zmarły.

— Tak, Lena ją pięknie zaśpiewała.

— O, tak. Szkoda, że nie należy do naszej parafii, może udałoby się ją namówić, aby częściej śpiewała.

Wrócił do domu zmęczony fizycznie i psychicznie. Fizycznie, bo cały poród odebrał na napiętych wszystkich mięśniach. Nakarmił tylko Zwłoczkę i położył się w nieswoim ubraniu na łóżku. Te ostatnie dni to dla niego stanowczo zbyt dużo. Dzieje się tak wiele rzeczy, które albo zmuszają go do powrotu do leczenia, albo przynajmniej dają niezwykle dużo do myślenia w tej kwestii. Zasypiając, zadał sobie pytanie, dlaczego tak nagle wyszła Lidia.

Pierwszy raz obudził się ponad siedem godzin później, przed dwudziestą drugą. Skorzystał z toalety, napił się wody i znów zaległ. Kolejny raz szybko zasnął. Po raz drugi obudziła go Zwłoczka, wskakując mu na brzuch. Dochodziła północ. Definitywnie wstał z łóżka przed czwartą rano. Miał przed sobą całą niedzielę, dużo czasu i jeszcze więcej wspomnień i skojarzeń. Kto by pomyślał, że nie będzie uczestniczył w pochówku, o który tak bardzo zadbał. Kto by pomyślał, że definitywnie pożegna Lidię. I kto by pomyślał, że nie będąc już lekarzem, odbierze poród swojej byłej kobiety? I to w kościele. To działo się naprawdę. Czuł się, jakby wrzucili go do jakiejś komputerowej gry i po kolei losowali nietypowe zdarzenia. Jednak Pani Fortuna potrafi namieszać. I to nie zważając na fakt, że dzieje się to w trakcie pogrzebu bliskiej mu osoby.

Przed szóstą wsiadł w samochód i pojechał na ten sam leśny parking, na którym poznał Lidię. Wybrał to miejsce intuicyjnie. Dopiero gdy dojeżdżał, zadał sobie pytanie, dlaczego tu. Może dlatego, że chciał jeszcze raz poczuć to samo, co wtedy, zrozumieć, czemu w ogóle się do niej odezwał? A może po prostu lubił wracać w te same miejsca. Gdy wysiadł, poczuł, że nie może jednak tak tego wszystkiego zostawić. To zachowanie Lidii…

Natychmiast wsiadł z powrotem do samochodu i ruszył w stronę Warszawy. Pędził tak szybko, jak mógł. Poczuł, że z Lidią dzieje się coś bardzo złego. Każdy pokonywany kilometr dłużył się i dłużył. Dlaczego w ogóle dał jej odejść spod tego kościoła? Owszem, chciał dopilnować pochówku i Leny, co okazało się dla niej zbawienne. Co by było, gdyby ruszył za Lidią?

Zapukał do drzwi Lidii, przestępując nerwowo z nogi na nogę.

— Odejdź! — odezwała się przez zamknięte drzwi.

— Wpuść mnie.

— Odejdź. Nigdy więcej o mnie nie myśl! — Usłyszał, jak zaczęła płakać na głos.

— Nie odejdę. Właśnie siadam pod drzwiami i będę stukał dotąd, aż mnie wpuścisz.

— Nie! — krzyknęła, zawodząc od płaczu.

Osunął się na wycieraczkę, oparł głowę o drzwi i nasłuchiwał. Co chwilę stukał. Tak przez piętnaście minut. Przechodząca sąsiadka zmierzyła go wzrokiem z odrazą.

W końcu kwadrans później drzwi otworzyły się. Niemal wpadł do środka.

Lidia wyglądała strasznie: z butelką whisky w ręku, rozmazany tusz do rzęs na połowie twarzy, podkrążone i przekrwione oczy.

— Miałeś sobie iść — wycedziła.

— Ale nie poszedłem. — Przytulił ją.

Nie broniła się, po prostu stała bez sił. Butelka wypadła jej z dłoni, potoczyła się po podłodze, rozlewając zawartość.

— Jestem bardzo złą kobietą — wyszeptała.

— Co się stało tam w kościele?

— Jestem bardzo złą kobietą — powtórzyła.

— Ale…

— Jestem bardzo złą kobietą! — krzyknęła na całe gardło i opadła na kolana.

— Powoli, powiedz, co się dzieje.

— Raczej co się stało… — Sięgnęła po butelkę i wypiła niewylaną resztkę.

— No?

— Pamiętasz ten głośny wypadek… — Lidia zaczęła coś mówić, ale Marek gwałtownie odciął się, gdy tylko usłyszał słowo wypadek.

* * *

— Mamo, a dlaczego mam iść z ciocią? — spytał Jacuś.

— Bo ciocia cię zaprowadzi na lody — odpowiedziała wymijająco Jadwiga.

— Ale ja chciałbym z tobą i wujkiem.

— Następnym razem pójdziemy z tobą. Dziś wujek ma pilną pracę, a ja muszę przygotować obiad, bo przyjedzie rodzina.

— To niech oni przyjadą kiedy indziej, ja chcę z tobą i z wujkiem.

— Jacusiu. — Jadzia podeszła do chłopca, chwyciła go za dłonie i lekko potrząsnęła. — Bądź dzielnym chłopcem. Mieliśmy iść razem, ale naprawdę dziś nie możemy. Wujek cię rano przebadał i powiedział, że możesz już iść nawet na długi spacer.

— Ale ciocia na pewno weźmie mnie na lody? Bo wujek obiecał, że dziś dostanę dużego loda truskawkowego.

— Tak, już dałam cioci pieniążki i kupi ci największego włoskiego loda o smaku truskawkowym. A może wolałbyś innego? — Jadwiga pogłaskała Jacusia po czuprynie.

— Nie, chcę truskawkowego. — Chłopczyk tupnął nóżką.

— No, to idź z ciocią. Jak wrócisz, opowiesz, jak było.

— Dobrze.

Jacuś poszedł z ciocią Moniką, młodszą siostrą Jadwigi, na spacer, a Jadwiga i Marek zostali w domu. Marek miał do przeczytania długie opracowanie dotyczące metod schładzania ciała pacjenta podczas operacji. Siedział w swoim pokoju i właśnie kończył, gdy weszła Jadzia.

— Jacuś poszedł. Powiedz, że wszystko będzie dobrze — wyszeptała i przytuliła się do Marka.

— Jadziu, przecież dokładnie go przebadałem z samego rana. To już czas. Ja wiem, że się boisz, jak każda matka, ale nie można dziecka ciągle trzymać pod kloszem. I tak byliśmy zbyt ostrożni, powinien zacząć wychodzić już wcześniej.

— Mam jakieś obawy.

— Nawet gdyby zaczął biegać i się spocił, będzie dobrze. Serduszko jest już zdrowe, a organizm ma bardzo silny.

— Chciałabym myśleć tak pozytywnie jak ty.

— Będzie dobrze. — Marek wstał z krzesła i przytulił Jadzię.

— Nie musiałeś akurat teraz tego czytać, poszlibyśmy z Jacusiem, a potem szybko się zajęli swoimi sprawami.

— Wiesz, że właśnie skończyłem drugą specjalizację i zaraz pierwsza samodzielna operacja serca przede mną.

— Ale to nie fair, żeby Jacuś szedł na dwór pierwszy raz po takim czasie bez nas. Mówiłam Ci, żeby ci znajomi przyjechali kiedy indziej.

— Jadziu, wiem, że chciałabyś być z nim w takiej chwili, ale pójdziecie razem na spacer jutro albo pojutrze.

— Niby tak, ale czuję, że go zawiodłam.

— Nie przesadzaj, on cieszy się. A jak wróci, wszystko ci opowie.

— Może i masz rację… — wyszeptała, przytulając się jeszcze bardziej. — Tak mi brakuje bliskości…

— Wybacz, że nie mogę się z tobą kochać, ale wiesz, że próbowałem już wielokrotnie i za każdym razem w ostatniej chwili czuję opór.

— Chodź! — powiedziała i jeszcze mocniej go przytuliła.

— Jestem przecież przy tobie.

— Chodź do łóżka, jeszcze raz spróbujemy.

— Ale próbowaliśmy wczoraj w nocy.

— Tak, ale wtedy za ścianą był Jacuś, a teraz jesteśmy sami. — Zaczęła go całować i ścisnęła dłonią za pośladek.

Marek poczuł podniecenie. Odwzajemnił pieszczoty.

— A co, jak wrócą?… — spytał.

— Po pierwsze przed chwilą wyszli i Monika mówiła, że wrócą za godzinę, a poza tym zamknęłam drzwi i będą musieli dzwonić. — Spojrzała mu w oczy z zawadiackim uśmieszkiem.

— Ale i tak… — Marek chciał powiedzieć, że i tym razem nie da rady, ale czuł coraz silniejsze podniecenie.

W końcu przetoczyli się w miłosnych uściskach do sypialni i padli na łóżko. Marek pierwszy raz od czasu wydarzenia z akademickiego prosektorium mógł się kochać.

Gdy skończyli, leżał na plecach, wpatrując się drzwi, jakby obawiał się, czy nie wejdzie Jacuś. Jadzia opierała mu głowę na torsie i głęboko oddychała.

— No, widzisz, a jednak mogłeś — powiedziała z uśmiechem.

— Chyba wreszcie się coś we mnie zmieniło. Oby trwale…

— Na pewno tak. — Zaczęła pieścić jego sutek. — Powiem ci, że jak na tak długą niemoc, to spisałeś się ponad wszelkie oczekiwania.

— Daj spokój — upomniał ją.

— To kiedy to powtórzymy? Może zaraz? — zażartowała.

— Tak. — Zaśmiał się. — Teraz to nie dasz mi spokoju.

Nagle usłyszeli dźwięk domofonu. Czyżby Monika z Jacusiem wrócili tak szybko? Przecież minęło dopiero z pół godziny. Marek błyskawicznie się ubrał, a w tym czasie Jadzia weszła do łazienki. Zszedł na dół i kiedy podchodził do wejściowych drzwi, ponownie dobiegł go dźwięk domofonu. Nie odebrał, tylko nacisnął przycisk otwierający i otworzył drzwi. Przez furtkę właśnie wchodziło dwoje policjantów.

— Słucham? — spytał z daleka.

— Dzień dobry, czy zastaliśmy panią Jadwigę? — spytał funkcjonariusz.

— Tak, ale o co chodzi.

— Możemy wejść? — dopytała policjantka.

— Tak, proszę.

Zaprosił ich do salonu i posadził na kanapie. Za chwilę zeszła Jadzia. Była uśmiechnięta i szczęśliwa.

— Pani Jadwiga? — spytał policjant.

— Tak. — Jadwiga nagle się zatrzymała pod koniec schodów i wbiła wzrok w przybyszów.

— Proszę usiąść — powiedziała funkcjonariuszka.

— Co jest?! — krzyknęła Jadzia.

* * *

— Za szybko jechałam — wyznała Lidia. — A w dodatku źle zareagowałam. — Rozpłakała się jeszcze bardziej.

— Co się stało? — spytał Marek.

— Jechałam stanowczo za szybko! I wtedy wyskoczył z boku pies. Próbowałam go ominąć, ale straciłam panowanie i wjechałam na chodnik. — Padła na podłogę i skuliła się w kłębek.

Ukląkł przy niej, podniósł i zaniósł na łóżko. Była tak pijana, że zasnęła natychmiast. Już wiedział, o co chodziło z tym wypadkiem.

Przypomniał sobie, co mówiła policja. Monika tak przestraszyła się pędzącego samochodu, że nawet nie zareagowała. Tylko patrzyła, jak auto uderza w Jacusia.

Kiedy już Lidia się obudziła, Marek cały czas zadawał sobie szereg pytań: czy dlatego zaczepił Lidię, bo kojarzył ją skądś, na przykład spod sądu, kiedy próbował jeszcze zbliżyć się do Jadzi; czy jest w stanie wybaczyć kobiecie, która spowodowała ten wypadek. Choć zdawał sobie sprawę, że to nie była do końca jej wina.

— Dali mi rok w zawiasach, straciłam prawko na cztery lata i musiałam zapłacić sporą grzywnę — wyszeptała Lidia. — Ale ta kobieta, co nie upilnowała psa, dostała więcej, nawet nie chciałam wiedzieć, ile.

— A co się stało wczoraj w kościele?

— Co? Zobaczyłam stającą bezpośrednio przed trumną kobietę, której uwiodłam narzeczonego. Taka byłam! — krzyknęła. — Teraz się tego wstydzę, bo widzę, ile zła wyszło ode mnie. Nie mogłabym spojrzeć jej w twarz?

— Chodzi ci o Anię Wyrzykowską?

— Tak! — ryknęła i ponownie się rozpłakała.

— Żałujesz tego? — spytał.

Wiedział, że jako lekarz powinien przy niej zostać.

— Bardzo! Każdego dnia! Boże, co ja zrobiłam! Co ja ciągle robiłam przed tym wypadkiem! Wielu uwiedzionych chłopów, wiele rozbitych rodzin, niosłam samo nieszczęście!

— Każdy ma prawo błądzić. Najważniejsze, że się zmieniłaś.

— Tak, i próbuję to naprawić. Dlatego udzielam się w przytułku dla bezdomnych. Ale ukojenie nie nadchodzi… Chadzam cały czas do psychologa, już wcześniej zaczęłam. Zaczęłam do niej chodzić, gdy jeszcze uważałam, że to inni mnie ciągle krzywdzą. I wściekła byłam, gdy ona zadała mi pytanie, czy sama nie robię czegoś, co mi rujnuje życie — mówiła, ledwo otwierając usta. — A teraz Ania pomaga mi zobaczyć to wszystko takim, jakie jest. Choć myślę, że nie powinnam korzystać z żadnej pomocy, bo należy mi się takie cierpienie za to, co robiłam. To taki mój czyściec tu na ziemi… — Opadła na poduszkę i ponownie zasnęła.

4 myśli w temacie “Samotność Boga, cz. X

  1. No, no, robi się coraz ciekawiej! Zaskoczyłeś z historią Lidii, Antoni. Po cichu obstawiałem raczej coś innego, he he.

    Dwa drobiazgi:
    „z tym nieszczęsnym napisem, że kopnął z klepsydrę” – literówka.
    „A tak to w zasadzie kim był Stanisław, że Marek bez mrugnięcia zgodził się na wszystkie warunki, a nawet chciał pomóc w jego leczeniu.” – powinien być znak zapytania na końcu.

    Pozdrawiam.

    Polubione przez 1 osoba

    1. No, jak zaskoczyło, to super. Ale muszę nieco zmartwić, bo dalej będzie tylko jeden bardzo krótki rozdział. Ale taki, w którym chciałem zawrzeć pewien sens tego świata. Ciekawe, czy uznasz, że zawarłem.
      Dzięki za poprawki, które już wprowadziłem do tekstu.
      A co obstawiałeś?

      Pozdrawiam

      Polubienie

      1. Spodziewałem się raczej, że Lidia cierpi na chorobę psychiczną albo nawet… coś ze spektrum autyzmu. Tak wnioskowałem po jej dwóch pierwszych spotkaniach z Markiem, które wydały mi się dziwne, jak już pisałem wcześniej.

        Polubione przez 1 osoba

      2. No proszę, takie czegoś się nie spodziewałem, pisząc to. Ale to dobrze, znaczy, że postać jest charakterystyczna.
        Dziś umieszczam ostatni krótki rozdział.

        Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s