Samotność Boga, cz. IX

Samotność Boga, cz. IX

Jeszcze pytania do końca nie wybrzmiały w jego głowie, gdy następnego dnia zadzwoniła ponownie Lidia. Marek najpierw spojrzał na wyświetlacz i zastanowił się, o co chodzi. Może niepotrzebnie pytał o to, co robi na co dzień, a szczególnie o to, że bywa w przytułku dla bezdomnych? A może jest tak naprawdę wściekła, że nie zaproponował, aby została na noc. Przypomniał sobie powiedzenie kolegi:

Kobiety są jak sytuacje podbramkowe w piłce nożnej. Te niewykorzystane się mszczą. Czyżby więc chodziło o to?

— Cześć, co byś powiedział, gdybym dziś wieczorem do ciebie przyjechała? Masz jakieś plany? A może po prostu nie chcesz mnie widzieć? Tylko chcę słyszeć prawdę — mówiła ciągiem.

— Cześć. W zasadzie nie mam planów… — Był zaskoczony takim obrotem spraw. Całe jego rozważanie na temat powodów tego telefonu zdawały się nietrafione. Poza tym sam nie wiedział, czy chce ją widzieć znowu już tego dnia. — Jeśli masz ochotę, zapraszam.

— A nie za często dla ciebie?

— Nie, spoko. Wpadaj.

— No to będę. Tylko nie wygoń mnie za to, co przygotuję. — Zaśmiała się do słuchawki.

— Nie zwykłem wyganiać kobiet. — Od razu przebiegły mu sytuacje, gdy matka próbowała się do niego dostać po tamtym fatalnym zdarzeniu. — A co to będzie?

— To niespodzianka.

— Nie lubię niespodzianek.

— Masz więc wybór: albo mam nie przyjeżdżać, albo przyjąć niespodziankę.

— Ale jak tak powiedziałaś, to teraz ciekawość mnie zeżre.

— To o której będziesz w domu? — spytała natarczywie.

— Zaraz po pracy, dziś nie mam zbyt dużo roboty. Powiedzmy… o osiemnastej będę na pewno.

— To będę o dziewiętnastej. Ale tym razem samochodem — dodała jakoś poważnie.

Gdy tylko się rozłączyli, Marek nie mógł się pozbyć z pamięci ostatniego zdania, które wypowiedziała: Ale tym razem samochodem. Czyżby jednak żywiła do niego pretensje?

Czekając na nią w domu, zaczął myśleć, jak to by było, gdyby miał żonę i dzieci. Tak, jak mu się wyobrażało, gdy był dzieckiem. Te puste ściany, mimo iż komfortowe, epatowały zimnem zarówno termicznym, jak i emocjonalnym. Na dobrą sprawę to, że nie miał kobiety, było jego wyborem, bo owszem, Jadwiga odeszła sama, ale potem, gdyby chciał, miałby okazje się związać, a tego nie zrobił. Inna sprawa z dziećmi. O własnych dzieciach nigdy nie było mowy. Właśnie, temat dzieci stanowił dla niego nie lada problem.

* * *

— Wujku, pobawisz się ze mną klockami? — spytał Jacuś.

— Tak, tylko poczekaj chwilkę, muszę dokończyć coś czytać — odparł Marek.

— Już ja chcę! — dzieciak podniósł głos.

— Pobaw się na razie czym innym. — Marek oderwał się od artykułu i spojrzał w oczy Jacusiowi. — Ja skończę za kwadrans, wtedy się z tobą pobawię.

— Wujku, dlaczego tak dużo pracujesz? — zapytał z żalem malec.

— Taki mam zawód. Muszę cały czas się uczyć, żeby móc leczyć ludzi.

— Tak jak mnie leczysz?

— Dokładnie tak. Twoje serduszko jest już prawie zdrowe. Niedługo będziesz się bawił na dworze tak jak inne dzieci.

— A dlaczego teraz nie mogę?

— Już ci tłumaczyłem. Jeszcze jest za wcześnie. Zawsze po tak skomplikowanej operacji serca trzeba jakiś czas odczekać, aby być pewnym, że przy dużym wysiłku nie stanie się coś złego. Poza tym u ciebie przecież były kłopoty po operacji, pamiętasz?

— Tak, pamiętam, jak mi się to nie chciało goić.

— Jacusiu, musisz być cierpliwy.

— Wujku, bo mi tak tutaj smutno. I nudzę się! — zawołał dzieciak.

— A pamiętasz naszą umowę?

— Jaką umowę?

— Tą, którą zawarliśmy, jak ostatnio rozmawialiśmy z mamusią przy śniadaniu.

— Tak! — wykrzyknął Jacuś.

— No, czyli jaka była?

— Że nie będę ci przeszkadzał, jak ty pracujesz — wypowiedział żałośnie mały, ale za chwilę krzyknął: — Ale ja się nudzę!

— No, to musisz nauczyć się sam organizować sobie czas. Klockami też można bawić się samemu.

— Wujku, ale inne dzieci są szczęśliwe, a ja nie.

Na te słowa Marek wstał od biurka, podszedł i przytulił Jacusia. Mały mógł mówić wszystko i Marek pozostałby niewzruszony, ale słowa o szczęściu go pokonały. Niedobrze się dzieje, gdy dziecko już nie jest szczęśliwe. Wziął dzieciaka na ręce.

— Jacusiu, już niedługo będziesz biegał po dworze i cieszył się z innymi. Czasem trzeba pocierpieć, aby później być szczęśliwym.

— Wujku, czy szczęście jest z cierpienia?

— To niezupełnie tak. Ale ty będziesz szczęśliwy, ja ci to mówię.

Tego dnia Jacuś musiał czekać na Marka znacznie dłużej niż obiecany kwadrans. Marek przeczytał jeden bardzo długi artykuł, potem drugi. Oba wywołały serię pytań, na które odpowiedzi nie znał. Sięgnął więc po kolejną literaturę, aby pogłębić wiedzę. Skończył dopiero późnym wieczorem, kiedy Jacuś już usypiał na siedząco. Jadzia jeszcze nie wróciła z pracy. Mimo iż po każdym takim zdarzeniu Marek miał do siebie pretensje o niedotrzymanie słowa, to powtarzał to niemal za każdym razem. Ile razy zadał sobie pytanie, czy jest złym ojczymem. Czy byłby lepszy, gdyby to było jego własne dziecko?

* * *

Do czasu przyjazdu Lidii wisiał zawieszony gdzieś pomiędzy wspomnieniami a teraźniejszością. Nie chciał wracać do tego, co było, ale i nie potrafił żyć tu i teraz. A temat dzieci, mimo iż w jakiś sposób upragnionych, odsuwał na dalszy plan. Tak, czasem nie pamiętał o przeszłości i pozwalał sobie na fantazje, w których widział dwójkę berbeci rozrabiających po domu. Zimne ściany, które teraz są ostoją spokoju i wytchnienia, wtedy stawały się ciepłe, ale gwarne i niespokojne. Sam chwilami nie wiedział, co w życiu jest ważniejsze — spokój czy ciepło, bo jedno z drugim nie szło w parze. A może wszystko jest potrzebne, ale każde w odpowiednim czasie? Może trzeba w średnim wieku wybrać ciepło, a pod koniec życia, kiedy już nie ma się siły na przeciwstawianie się bodźcom zewnętrznym, spokój?

Z rozważań wyrwał go dźwięk domofonu. Podszedł przed wejściowe drzwi, wziął głęboki oddech, aby samemu się przygotować na towarzystwo kobiety, wyprostował ciało, napinając mięśnie i odebrał.

— Halo, to ja, Lidia — odezwała się, ale Marek wyraźnie słyszał, że z czymś się zmaga.

— Zapraszam — odpowiedział automatycznie.

Co tym razem wyniknie z tej wizyty? Czy przyjechała tu, aby zostać na noc? Może powinna zostać już poprzednim razem? Albo jeszcze wcześniej?

Tym razem z zamyślenia wyrwało go pukanie do drzwi. Otworzył. Za drzwiami stała Lidia ze sporą torbą na ramieniu.

— Wprowadzasz się? — zażartował, szeroko się uśmiechając.

— Ja… — zawahała się — raczej ciebie wprowadzam.

— Słucham?

— Dobrze słyszysz. — Weszła do mieszkania, stawiając torbę zaraz przy wejściu. — Zaniesiesz ją do salonu? — spytała.

— Pewnie. — Marek schylił się i szarpnął za torbę, która mimo swoich rozmiarów nie była ciężka.

Przeszli do salonu. Lidia niemalże opadła na kanapę, okazując zmęczenie.

— Dasz mi coś do picia? — spytała.

— Jasne, powinienem sam zapytać.

— Nie szkodzi, mam otwór gębowy, więc mogę sama poprosić. — Zaśmiała się.

— Otwór gębowy — powtórzył ze śmiechem.

Wyszedł po szklankę wody. Stanął w kuchni twarzą do okna, za którym panował mrok, oparł się o blat i próbował przejrzeć ciemność na zewnątrz. Zdał sobie sprawę, że normalny facet cieszyłby się, kipiał energią, gdyby piękna kobieta siedziała u niego w salonie. Tymczasem on wpadł po raz kolejny w melancholię, która odbierała mu chęci do czegokolwiek oprócz samotności. Otworzył lodówkę i dostrzegł rozpoczętą butelkę wódki. Wyciągnął rękę, ścisnął butelkę dłonią i z pewnymi oporami wyjął z lodówki. Przyjrzał się napisowi Żołądkowa gorzka i odkręcił zakrętkę. Oby jak najszybciej przestać myśleć o przeszłości, wyzwolić się ze wspomnień. Gdyby to on wtedy szedł z Jacusiem…

— Jak tam, usnąłeś? — usłyszał z salonu pytanie Lidii.

— Nie, nie, już idę. — Wziął głęboki wdech i wypuścił powietrze z głośnym szumem. Zakręcił butelkę i wstawił do lodówki. Nie tym razem. Nalał Lidii szklankę wodę i wrócił do salonu.

— Lubisz niespodzianki? — spytała.

— Ja?… już ci mówiłem, że nie za bardzo… — Pokręcił głową.

— No to tym razem będziesz musiał coś zaakceptować, mimo iż nie lubisz. — Uśmiechnęła się.

— Czyli nie mam wyboru? — W gruncie rzeczy chyba już mu było obojętne, co za niespodziankę przygotowała. Mógł to być jakiś prezent, może poduszka, może wielki pluszak, a mogło być też co innego, oby tylko nie zechciała się wprowadzić. Na to nie był gotów.

— No, nie za bardzo. A w dodatku musisz współpracować.

— Muszę? — spytał z odrobiną pretensji.

— No, nie masz wyjścia. — Wstała z kanapy, podeszła do niego i pogładziła po ramieniu. — Nie masz wyjścia, bo tak pięknie cię proszę. — Szeroko się uśmiechnęła.

— Ale o co chodzi? — zareagował z pretensją.

Wzięła go za rękę, ścisnęła, leciutko potrząsnęła i odpowiedziała:

— Bardzo cię proszę, abyś wyszedł na parę chwil z salonu. Wrócisz, jak cię o to poproszę.

— Czy to konieczne?

— Tak. To nie potrwa długo.

Marek niechętnie wyszedł do kuchni. Jeszcze raz stanął przed oknem, na którym zaczęły się pojawiać pierwsze krople deszczu. Patrzył, jak odległe światła latarni zaczynają się powoli rozmazywać wraz ze ściekającą wodą. Wyobrażał sobie, że deszcz ma tak wielką moc, że zmywa światło, które spływa na ziemię i płynie przy krawężnikach, rozświetlając krawędzie ulic i chodników.

— Możesz już przyjść — usłyszał z salonu.

Powoli ruszył, niepewny tego, co go czeka.

Gdy wszedł do salonu, zaniemówił. Pośrodku stała Lidia ubrana w strój pielęgniarki, cała na biało, a w rękach trzymała chirurgiczny fartuch. Marek stanął jak wryty.

Lidia podeszła do niego, z uśmiechem spojrzała w oczy i powiedziała:

— Pan doktor pozwoli. — Podniosła fartuch, aby mu go założyć.

Marek nie potrafił wydusić ani słowa. Wspomnienia z prędkością odrzutowca przemknęły przez głowę. Był wstrząśnięty, ale i całkowicie pozbawiony własnej woli. Nawet nie drgnął.

Lidia podeszła jeszcze bliżej, jedną ręką nadal trzymała fartuch, w drugiej uniosła Marka rękę i powoli zaczęła go ubierać. Nie protestował. Nie miał sił.

Kiedy już fartuch wisiał mu na plecach, ściągnęła sobie z szyi stetoskop, którego nawet nie zauważył, i przewiesiła mu przez szyję.

— Panie doktorze, czy może pan zbadać jeszcze jedną pacjentkę? — spytała z uśmiechem.

— Co ty robisz?… — wydusił z siebie.

— A teraz niech doktor usiądzie na kanapie, mam coś do pokazania.

Marek bezwolnie wykonał polecenie.

Lidia wyciągnęła z torby jakiś album i otworzyła przed oczami Marka. Na pierwszej stronie było kilka zdjęć lekarzy w towarzystwie, jak się domyślał, pacjentów. Na pierwszym laryngolog zaglądający do ucha, na drugim okulista podczas badania, na trzecim inny doktor wypisujący receptę. Przewróciła stronę. I kolejne zdjęcia z lekarzami: neurolog z młoteczkiem do badania odruchów, radiolog przy aparacie USG i kolejny przy tomografie komputerowym. Na kolejnej stronie znajdowały się same zdjęcia chirurgów w maseczkach, ze skalpelami, w towarzystwie anestezjologów i pielęgniarek.

To było dla Marka za dużo. Powolnym ruchem odsunął album, skulił się, wsadził głowę między kolana i napiął wszystkie mięśnie. Lidia siedziała obok i nie próbowała reagować. Ona po prostu to wyzwoliła. I wiedziała, że Marek musi zostać sam.

Po kilku chwilach Marek wstał i bez słowa wyszedł na dwór. Wprost na ten wiosenny deszcz. Tak jak wtedy, gdy wybiegł z prosektorium. Stanął pośrodku placyku przed drzwiami i spojrzał w niebo. Deszcz padał już bardzo mocno. Strugi wody lały się do niezamkniętych ust, oczu, zalewały twarz.

Kilkanaście minut później wyszła do niego Lidia i bezwolnego wprowadziła do domu. Ściągnęła mu ciuchy aż do majtek i okryła ręcznikiem. Posadziła dygoczącego z zimna na kanapie. Nawet nie zauważył, kiedy podała mu gorącą herbatę. Sama przebrała się i wkrótce wyszła. Został sam na resztę nocy. Do rana nie zasnął. Tkwił w bezruchu bez świadomości.

* * *

— Wujku, jutro będę mógł wyjść na dwór? — spytał Jacuś, siedząc w piżamie przygotowany do snu.

— Nie, jutro jeszcze nie — odpowiedział Marek.

— A dlaczego? Dziś jak mnie badałeś, mówiłeś, że już jestem zdrowy.

— Tak, ale to jeszcze za wcześnie. Pamiętaj, że miałeś operowane serduszko, a potem były komplikacje.

— To po co mnie badasz i mówisz, że jestem zdrowy, jak nie mogę wyjść.

— To skomplikowane. — Marek sam nie wiedział, co ma odpowiedzieć.

— Ja to myślę, że ty się boisz — zauważył Jacuś.

— Ja? Boję się? — Marek podszedł do dzieciaka i przytulił go.

— Ciocia Monika też mówiła, że się za bardzo boisz.

— Jacusiu, ale naprawdę musisz jeszcze poczekać z wychodzeniem na dwór. — Postawił przed sobą chłopca i powiedział: — Chodź, usiądziemy na kanapie i opowiem ci, jak to było.

— Wujku, już mówiłeś — niecierpliwił się Jacuś.

Jednak obaj usiedli obok siebie na kanapie.

— Ale chyba nie wszystko ci mówiłem. Więc było to tak, że któregoś dnia zobaczyłem, jak jakaś pani trzyma synka na rękach i nie chce go wydać na badanie. To twoja mamusia. Okazało się, że jak najszybciej trzeba zrobić operację. Mamusia płakała, nie chciała się zgodzić, ale ja ją przekonałem, że to jedyne wyjście. W końcu wzięliśmy cię do szpitala i operowaliśmy. Ja tylko asystowałem. I kiedy… — Marek chciał już się przyznać do kropli potu, która spadła na niezaszyte cięcie, ale przerwał mu Jacuś:

— A co to znaczy asystowałem?

— Asystowałem… to znaczy, że pomagałem.

— To takie lekarskie słowo, tak?

— Tak, Jacusiu.

— I co było dalej?

— Jak już zaszywaliśmy ci skórę… — Marek wahał się, czy powiedzieć o pocie. — To wystąpiły komplikacje. — Spojrzał na chłopca z nadzieją, że jednak nie karze mu wyjaśniać, co dokładnie się zdarzyło. Do tego potu nie przyznał się też jego matce.

— I co, i co było dalej, bo nie wszystko pamiętam.

— A co pamiętasz?

— Pamiętam, że bardzo długo byłem w szpitalu.

— Tak było, a to dlatego, że to miejsce, gdzie rozcinaliśmy, a potem zszywaliśmy, nie chciało się zagoić.

— A dlaczego nie chciało się zagoić?

— Bo… — Marek wiedział, że jeśli się przyzna, mały powtórzy to mamie, a tego nie chciał pod żadnym pozorem. Doskonale wiedział, że Jadzia jest przewrażliwiona na punkcie synka jedynaka i że zacznie rozpaczać, histeryzować. — Czasem tak bywa. Wiesz, warunki operacji nigdy nie są idealne i zawsze coś może pójść nie tak. Poza tym po operacji też czasem jakieś bakterie mogą się dostać do rany.

— A jak długo leżałem w szpitalu?

— No, Jacusiu, prawie półtora miesiąca.

— To ile to jest?

— To prawie tyle, co od Świąt Bożego Narodzenia do twoich imienin.

— To długo.

— No i dlatego też tak długo siedzisz w domku — nieco skłamał Marek.

— Ale ja już bym chciał wyjść! — podniósł głos maluch. — Bo mówiłeś, że jestem zdrowy.

— Jacusiu, obiecuję, że jak tylko będziesz mógł wyjść, kupię ci dużego loda, takiego zakręcanego, jak lubisz.

— Ale o smaku truskawkowym?

— Tak, o smaku truskawkowym. A może czekoladowym?

— Nie, wolę truskawkowe. Ale jak będę mógł wyjść dopiero po lecie, to już nie będzie lodów.

— Nie bój się, Jacusiu, wyjdziesz wcześniej. Myślę, że już za jakiś miesiąc, a wtedy będzie dopiero sierpień i będą lody.

W przedpokoju otworzyły się drzwi wejściowe. To Jadzia.

— Część chłopaki, wróciłam — przywitała się. — A ty, Jacusiu, jeszcze nie śpisz?

— Czekałem na ciebie — odpowiedział chłopczyk.

— Ale przecież wczoraj mówiłam, żebyś nie czekał, bo wrócę późno.

— Ale ja się stęskniłem. — Mały podbiegł do mamy i chwycił za nogę.

Jadzia uniosła go i przytuliła.

— O czym rozmawialiście z wujkiem? — spytała.

— Że kiedy będę mógł już wyjść na dwór.

— I co wujek powiedział?

— Że w sierpieniu.

— W sierpniu się mówi, Jacusiu.

— Tak, w sierpniu.

— No to za miesiąc. — Postawiła chłopca na podłodze, zdjęła buty i powiesiła torebkę na wieszaku. — No, a teraz marsz do łóżka.

— A przyjdziesz mi opowiedzieć bajkę?

— A pamiętasz, że umawialiśmy się, że nie będę opowiadała codziennie? Wczoraj opowiadałam. Musisz nauczyć się zasypiać sam.

— A dlaczego?

— Bo dziecko musi się uczyć samodzielności, aby później, gdy dorośnie, umiało samo o siebie zadbać.

— A co to znaczy o siebie zadbać?

— To znaczy, że będzie potrafiło sobie radzić z trudnymi sytuacjami, ze smutkiem, a nawet z płaczem.

— A dlaczego nie będę mógł do ciebie przyjść, jak będę płakał?

— Jacusiu, bo dużemu chłopcu nie wypada płakać. — Ucałowała chłopca w czoło. — A teraz uciekaj do łóżeczka. Zajrzę do ciebie za kilka minut i masz już spać.

— Ale…

— No, już, wiem, że dasz radę.

Jacuś poszedł do swojego pokoju. Jadzia usiadła obok Marka na kanapie i westchnęła.

— Miałam ciężki dzień, ten przetarg jest ponad moje siły.

— Jeszcze tylko niespełna dwa tygodnie i się skończy. Pozostanie oczekiwanie na wyłonienie zwycięzcy.

— Mam nadzieję, że my będziemy. Szef już kręci nosem, coś mu się nie podoba. Twierdzi, że sam zrobiłby to lepiej.

— To niech zrobi! — Marek podniósł głos.

— On taki jest, że swoich błędów nie widzi, tylko czyjeś. Ale to naprawdę dobry człowiek.

— Dobry? I tak się zachowuje?

— Tak. Wielokrotnie, gdy coś było nie tak u któregoś z nas w domu, sam pytał, czy nie chcielibyśmy wolnego, proponował nawet bezpłatny urlop, jak skończył się zwykły. Wiesz, nadal tam pracuję, bo widzę w nim kogoś dobrego, naprawdę.

— Tak, wspominałaś, ale mi się nie chce w to wierzyć po tym, jak czasem miesza was z błotem.

— Nerwowy jest, to i miesza. A potem żałuje. A że jest szefem, to nie przeprosi, bo mu nie wypada, tylko chodzi struty pół dnia. On też cierpi… — Przytuliła się do Marka. — Zrobisz mi dziś porządny masaż? — Pocałowała go w usta i seksownie się uśmiechnęła.

— Zrobię — odparł bez emocji.

Jadzia mocno się przytuliła, założyła nogę na jego kolana i powiedziała:

— Ty nadal nie jesteś gotów?

— Jadziu — wyszeptał żałośnie. — Tak, nadal. Ale nic na to nie poradzę. — Schylił głowę. — Czasem nawet czuje podniecenie i chciałbym cieszyć się z seksu jak kiedyś, ale za każdym razem, gdy przychodzi do zbliżenia, mam ochotę uciekać. Wybiec…

— Na dwór? — przerwała mu. — W deszcz?

— Tak, już to zauważyłaś?

— A jak miałam nie zauważyć, gdy za każdym razem, jak próbuję się do ciebie zbliżyć, albo wychodzisz na dwór w padający deszcz, albo bierzesz prysznic i stoisz pod nim godzinami. Tego się nie da nie zauważyć.

— Tak, w deszcz… — powtórzył przeciągle.

— Kiedy ty wreszcie będziesz gotów? — zapytała z ogromnym żalem.

— Nie wiem. To jest silniejsze ode mnie.

Również przytulił się do niej i na dłuższy czas zamilkli. To, co siedziało mu w głowie, było poza jego kontrolą. Miał jedynie wspomnienia z tamtego uczelnianego prosektorium i przemożną chęć wybiegnięcia w deszcz. Ile to już razy widział w deszczu coś więcej niż opad atmosferyczny. Ileż to już razy próbował zrozumieć tę swoją fascynację? Ale za każdym razem bardziej czuł niż rozumiał. Czuł o wiele więcej…

* * *

Tego wieczoru, po wizycie Lidii, wciąż siedział zawinięty w ręcznik na kanapie. Herbata dawno się skończyła, cierpliwość do samego siebie również. Co z nim, że tak zareagował na te przebieranki? Czy nie po to zajął się zmarłymi, aby nie musieć więcej mieć do czynienia z pacjentami? Leczyć ich to jedno, ale bezsilnie patrzeć, jak dzieje się coś innego, niż sobie założył, było ponad jego siły. Tylko dlaczego praca lekarza tak na niego działała? Gdyby rzeczywiście tak bardzo to znienawidził, teraz zareagowałby złością na przebieranki Lidii. A on po prostu opadł z sił i chciał jeszcze raz zmoknąć. Co było takiego w tym deszczu, że pragnął go wciąż i wciąż. A może to nie deszcz miał coś w sobie, ale jego wyobrażenie deszczu? Skojarzenia z tym, co wtedy w prosektorium. Kto wie, co niesie nasz umysł pod postacią upodobań? Ale i antypatii. Czy w takim razie mamy moc, aby to zgłębić? Aby zrozumieć własne wybory. Tak jak ten — otworzenie zakładu pogrzebowego. Co Markiem kierowało, że wybrał właśnie ten fach?…

Siedział tak całą noc. W bezruchu. Chwilami przysypiał, czasami niemal zrywał się w przypływie emocji, ale ciągle balansował gdzieś na granicy świadomości. Okryty ręcznikiem i kocem, w ciepłych kapciach, w całkowitej ciszy. Ruszył się dopiero nad ranem, gdy już świtało. Ogolił się i wziął chłodny prysznic. Kiedy już zrobiło się na tyle późno, że można było do kogoś się odezwać, wysłał esemesa do swojego znajomego, chirurga ogólnego, pod którego okiem uczył się początku fachu:

Czy mogę Cię dziś odwiedzić? Potrzebuję rozmowy.

Nie musiał czekać długo. Kolega odpisał dosłownie po chwili:

pewnie wpadaj ciekawe czy dam radę ci pomóc…

Tuż po wpół do siódmej wsiadł w samochód i ruszył. Nie miało znaczenia, że będzie musiał pokonać aż taką odległość. To, co wywołała Lidia, nie mogło czekać. Nie mógł czekać on sam, i jego problem.

Na miejscu, czyli na centralnych Mazurach znalazł się przed dziesiątą. W sumie nie odwiedzał tego miejsca od ponad trzech lat, gdy zaraz po jego odejściu z pracy jako lekarz, znajomy przeszedł na emeryturę i przeprowadził się właśnie do Krainy Tysiąca Jezior. Ostatnie kilometry pokonywał w tempie iście żółwiowym. Rozglądał się, podziwiał pływające łajby przy przystaniach i marzył, aby zostać tu na dłuższy czas, by się oderwać. Tylko że oderwać się od siebie nie sposób.

— Jak się masz kostucho! — zawołał Magnuszewski, gdy Marek wysiadł z samochodu, zaparkowawszy na podwórku kolegi.

— Kostucho… — Zaśmiał się Marek. Jak to jest, przyjechał tu niemal po ratunek, może po naprowadzenie na właściwe tory, w tragicznym humorze, a już po jednym zdaniu się uśmiechnął?

— Tak. Jak żyjesz? W ogóle jeszcze żyjesz, czy do kogo przystajesz, taki się stajesz?! — zawołał bez obiekcji kolega.

— Może tak źle nie jest, ale muszę pogadać.

— No, jak musisz, to i chyba ja muszę. Tak. A mogłeś przywieźć ze dwie panienki. — Magnuszewski zaśmiał się na głos.

— Ja ci dam panienki! — zawołał kobiecy głos przez otwarte okno.

— Zachodź, wędrowcze. — Magnuszewski objął ramieniem Marka.

Weszli do drewnianego domu, gdzie zaraz przy wejściu stał wieszak na ubrania zrobiony ze stojaka na kroplówki.

— Dzień dobry — Marek przywitał się z żoną kolegi.

— Dzień dobry, Marku — odpowiedziała.

— A jak twoja kocica? — spytał gospodarz.

— A dobrze. Spokojna i samodzielna. Nie naprzykrza się, ale i nie jest dzika.

— Ale imię ma takie, jakie jej nadaliśmy?

— Tak, Zwłoczka. — Marek się uśmiechnął. — Znajomi mówią, że to kuszenie losu.

— Ej tam, kuszenie. Tak. Gdybym ja, jak jeszcze pracowałem, zwracał uwagę na podobne rzeczy, to przesądność nie pozwoliłaby mi na żadną operację, bo a to czarny kot, a to piątek, a to trzynastego lub nawet siedemnastego, a według mojej żony — spojrzał na nią — to bardziej pechowa liczba niż trzynastka.

— Też tak uważam. Nauczyłem się od ciebie, mimo wszystko, dystansu. Jesteś najbardziej ekstremalnym połączeniem mądrości i poczucia humoru.

— A, właśnie, słyszałeś dowcip, jak w nocy na sali operacyjnej leży lekarz i pielęgniarka?

— Przestań, stary, bo przez łeb szmatą dostaniesz! — zawołała ze śmiechem żona.

— No, nie znam — przyznał Marek.

— Tak. No więc leżą sobie, leżą, nic nie robią, nie gadają — opowiadał Magnuszewski. — W końcu pielęgniarka nie wytrzymała, podniosła się do siedzącego i pyta: panie doktorze, pan jest chirurgiem, czy anestezjologiem? Chirurgiem — odpowiada lekarz. Ona na to: to rżnij pan, nie usypiaj!

Marek ryknął śmiechem.

— Tak. To mówisz, że chcesz pogadać? — ciągnął Magnuszewski.

— No, po to tu przyjechałem, ale już chyba sam do siebie dochodzę. To twoje poczucie humoru ma taką moc — zauważył Marek.

— Oj tam. Trzeba się śmiać, inaczej człowiek by zwariował. Tak. Człowiek. A co dopiero chirurg!

— Może ja mam za mało śmiechu… — Marek spuścił głowę i zasiadł na fotelu.

— Co, myślisz o powrocie do zawodu? — spytał bezceremonialnie Magnuszewski.

— No, ciągnie mnie, ale wiesz… Chyba to ponad moje siły…

— Tak. Wiem. Najgorsze, że to, co się stało, nie było związane z zawodem chirurga. Przed czymś takim nie ma się jak bronić. Tak. Bo gdyby to coś z operacją, to można wyciągnąć wniosek, potraktować jako naukę. Jeśli oczywiście nie odebraliby tytułu lekarza za błąd lekarski. Tak.

— Nie wiesz wszystkiego, ale… — Marek się skulił. – Gdybym nie musiał się uczyć na temat operacji w tamtym czasie, poszedłbym z Jacusiem i być może zareagowałbym inaczej niż Monika…

— Takie życie kardiochirurga, że pracuje także w domu. Tak. To nie jest, dajmy na to, wożenie taksówką, gdzie po odstawieniu pasażera na właściwe miejsce sprawa jest zamknięta. Tu musisz cały czas się szkolić, poznawać nowe techniki. Tak. I jeszcze jedno: w tym wypadku też potraktowałeś to zdarzenie jako naukę, wyciągnąłeś wniosek. Może dlatego teraz nie chcesz pracować z pacjentami, aby nie musieć się uczyć, skoro raz przyniosło to taki skutek. Tak. Pomyśl.

— Właśnie to przez to stała się tragedia… — Marek skrył twarz w dłoniach.

— A nie pomyślałeś, że nikt nie jest w stanie pilnować dziecka dwadzieścia cztery godziny na dobę? Tak. Nie możesz winić się za wszystkie nieszczęścia tego świata.

— Najpierw go przebadałem, później asystowałem w operacji i już wtedy dałem ciała z tą kroplą potu, dalej prowadziłem półtora miesiąca w szpitalu, a na koniec jeszcze kontrolowałem w domu. Zobacz: może gdybym go nie wyleczył do końca albo popełnił błąd w diagnozie i uznał, że Jacuś jeszcze nie jest gotowy na spacer…

— Dałeś mu zdrowie, a tym samym wolność. A wolność zawsze wiąże się z niebezpieczeństwem. — Magnuszewski poklepał Marka po ramieniu. — Przecież nie mogłeś go więzić do końca życia. Życie bywa niebezpieczne.

— Poza tym wtedy… — Marek się rozpłakał. — Tam, w moim domu, zdarzyło się coś jeszcze. Coś i-n-t-y-m-n-e-g-o — wysylabizował szeptem Marek.

Nastała dłuższa, dzwoniąca w uszach cisza.

— Tak. To teraz rozumiem. Chociaż nie do końca wiem… Ech… — Magnuszewski pokręcił głową.

— Dlatego się rozstaliśmy z Jadzią — powiedział jeszcze ciszej Marek.

— Tak. To jak znienawidzone skojarzenie. Niby wiemy, że ta druga osoba jest niewinna, a jednak wszystko, co złe, nam się z nią kojarzy. Tak…

— Gdyby to bezpośrednio po operacji…

— Dobra, nie myśl już o tym, bo zwariujesz. A słyszałeś dowcip, jak do lekarza przychodzi żaba?

— Nie.

— No to przychodzi żaba do lekarza i mówi: nic nie kumam!

Po raz kolejny Marek ryknął ze śmiechu.

Magnuszewski był jego nauczycielem i mentorem. To on nadał takie imię kotce, co Marek bezwarunkowo zaakceptował. To on patrzył mu na ręce przy pierwszych zabiegach. I to on wybrał Marka na swojego kolegę, a może i przyjaciela. Mimo iż różniło ich trzydzieści lat. Z jego zdaniem Marek liczył się jak z żadnym innym.

— Marku, ja ci nie powiem, co masz robić. Tak. To musi być twoja decyzja. Ja mogę jedynie naświetlić ci dwie strony medalu. Tak — powiedział Magnuszewski na koniec dyskusji.

I może właśnie dlatego Marek tak szanował jego zdanie. Bo tu nie było zakazów i nakazów, a jedynie wskazówki, na których podstawie Marek wyciągał własne wnioski i decyzje. Czuł się przy starszym koledze wolny, nieskrępowany.

* * *

Następnego dnia obudził się dość wcześnie i był gotów do działania. Aby zmienić swoje życie. Zbyt wiele osób na każdym kroku przypominało mu, do jakich celów się szkolił całymi latami i co jest jego powołaniem. Ewa, Lidia, jego matka, którą ostatnio zaniedbywał przez to, że nie chciał wysłuchiwać pytań, czy kiedykolwiek wróci do zawodu. Jedynie Magnuszewski nie powiedział wprost, że Marek ma koniecznie wrócić do medycyny. Ale Marek czuł to między jego słowami. Te wszystkie dowcipy o lekarzach wypowiedziane zostały w konkretnym celu. I teraz Marek postanowił coś z tym zrobić. Leżał jeszcze na wznak w pościeli i wpatrywał się w pająka, który właśnie wyszedł zza obrazka ze swojej osiemnastki. Położył ręce pod głowę, skrzyżował nogi i czuł, że nabiera sił na ten szczególny dzień.

„Czy to ma jeszcze jakikolwiek sens? — spytał siebie w myślach.

W końcu podniósł się do pozycji siedzącej i podrapał po głowie. Pojedynczy włos spadł mu na kolana. Rozbujał zwisające z łóżka nogi, czując się przez krótką chwilę jak dziecko. W końcu wstał, gdy zegarek wskazywał kwadrans po szóstej. Zwłoczka otarła mu się o nagie stopy. Zaczął się dzień, ten dzień.

Wyszedł z domu naładowany energią bardziej niż przez ostatnie cztery lata. Nie pojechał do pracy. Tam tylko zadzwonił i uprzedził, że dziś go nie będzie. Rozmawiał ze Stefanem.

— Szefie, a nie potrzebujesz jakiejś pomocy?

— Nie, dziękuję ci, dam sobie radę — mówił Marek, ciężko oddychając.

— Ja ci, szefie, nigdy o tym nie mówiłem, ale nawet nie wiesz, jak dobrze cię rozumiem, mimo iż nie do końca wiem, co się kiedyś stało.

— Stefan… — Marek bezsilnie wypuścił powietrze. Nie chciał nikogo wciągać we własne problemy. — A dziś dużo roboty? — zmienił temat.

— W sumie dobrze, że szefa dziś nie będzie bo mamy cztery kobitki…

— A poradzicie sobie?

— A co mamy nie poradzić, jest nas dwóch.

— Ale pogrzebu dziś żadnego?

— Żadnego. Ale, szefie… — Stefan się zawahał. — Wszystko w porządku? Bo słyszę u szefa w głosie coś dziwnego.

— To nic takiego, Stefan, naprawdę.

— Może szef chce, żebym przyjechał? Przepraszam, ale…

— Co ale?

— W zasadzie nic. Dobra, szefie, to do jutra i niech szef na siebie uważa.

— Ok, będę uważał, dzięki za troskę.

Marek rozłączył się jak najszybciej, bo nie chciał, aby ktoś słyszał w jego głosie słabość, szczególnie pracownik.

Pojechał prosto do szpitala na Wrzesinie. Szedł korytarzem głównym szpitala z zaciśniętymi pięściami i zębami, był gotów do walki, walki ze samym sobą, aby zaangażować się w leczenie Stanisława i walki ze samym sobą o powrót do leczenia ludzi. Próbował sobie przypomnieć wszystko, czego go uczono na temat wątroby, jej wydolności, a nawet możliwości przeszczepu. Jeśli okaże się to konieczne, osobiście zaangażuje się w pomoc przy przeszczepie. Co z tego, że specjalizował się w kardiochirurgii, ogólne zasady znał i mógł być pomocny choćby jako asystent. Niemniej miał nadzieję, że przeszczep nie będzie konieczny.

Wszedł na salę do Stanisława bez namysłu, poza godzinami odwiedzin, chciał tylko się przywitać i udać do dyżurki w celu uzgodnienia szczegółów współpracy. Rozejrzał się po łóżkach, ale na trzech z nich leżały inne osoby, a czwarte świeciło pustkami. Przez chwilę chciał spytać o Stanisława, ale poszedł od razu na dyżurkę.

— Dzień dobry, Marek Olkuń jestem — przywitał się. — Jestem lekarzem i leży tu mój znajomy.

— Dzień dobry… — zaczęła odpowiadać pielęgniarka, ale jej przerwał:

— Co prawda jestem po kardiochirurgii, ale pomyślałem, że mogę być w czymś pomocny. Wie pani, to dość bliska mi osoba.

— Ach tak. — Pokiwała głową. — W dzisiejszych czasach każda para rąk…

— Nie pracowałem w zawodzie kilka lat — znów jej przerwał — ale wiele pamiętam. Od biedy to mógłbym i operację przeprowadzić z marszu.

— Panie Marku — przerwała mu kobieta. — Zacznijmy od tego, jak się nazywa pański znajomy.

— Stanisław Wyrzykowski.

— Pan Stasio… — Pielęgniarka pokręciła głową. — Przykro mi, ale pan Stasio zmarł dziś nad ranem.

— P-a-n S-t-a-n-i-s-ł-a-w? — wysylabizował Marek.

— Tak, przykro mi.

Marek dostrzegł stojące obok krzesło i bezsilnie siadł. Cały plan na powrót do zawodu właśnie przestał istnieć.

Wrócił do domu przed dziesiątą rano. Padł w ubraniu na łóżko i cały przykrył się kołdrą. Jedyne pytanie, które chodziło mu po głowie, to dlaczego los jest taki okrutny? Człowiek planuje jedno albo drugie, a przychodzi Pani Fortuna i wali zabawkami o stół, że aż kości bolą. Kim jest Bóg, że najpierw stworzył nas na własne podobieństwo, pokochał jak siebie samego, by potem rzucać takie kłody pod nogi? A może to nie on rzuca, tylko bezwolnie patrzy na to, co biegnie własnymi torami. W końcu jeśli stworzymy skomplikowaną maszynę, nie musimy później pamiętać, aby kręcić każdym kółkiem z osobna. I sterować każdą zapadką. To, co zaprojektowane, działa samo, bez dalszego naszego udziału; jedyne, co musimy zapewnić, to energię z zewnątrz, aby zakręcić silnikiem, który dalej porusza całą maszynerią. Tylko że dobry inżynier dogląda swojej maszyny, wydaje zlecenia na smarowanie trybów, cykliczne przeglądy czy kontrolę jakości produktu. A Bóg, jak widać, nie robi nic. Pozwolił Markowi skończyć studia ze specjalizacją kardiochirurga i natychmiast rzucił pod nogi kłodę nie do przeskoczenia. Nawet w trakcie studiów postawił przed nim nagą atrakcyjną, martwą kobietę, która wywołała w nim podniecenie. Czy to również wydarzyło się automatycznie, bez ingerencji Boga? Tylko dlaczego pozwolił tak długo leczyć Jacusia, by potem… Przecież jeśli Bóg tak bardzo miłuje ludzi, powinien skonstruować maszynę tak, aby nie działy się takie rzeczy. Dobro i zło, radość i smutek, szczęście i tragedia. Takie pary istnieją i dotykają każdego człowieka. Czemu Bóg z góry nie wykluczył tych negatywnych zdarzeń? Co te negatywne mają w sobie, że Bóg na nie pozwolił?

Marek był już gotów poddać się całkowicie, nie wstawać więcej z łóżka, zamknąć zakład pogrzebowy i iść na rentę. Jednak poszedł do kuchni, aby wziąć ledwo rozpoczętą butelkę wódki; może alkohol ukoi jego rozbuchane emocje. Stanął przed lodówką, sięgnął po butelkę z napisem Gorzka żołądkowa i ruszył do salonu. Dobrze wiedział, że w szafce ma kolejne trzy butelki wódki. Na taki dzień jak dziś. Zaciągnął kotary i usłyszał przeraźliwe miauknięcie Zwłoczki. Stała przed nim i patrzyła w oczy, jakby o coś prosiła. Usiadł na kanapie, a kotka natychmiast wskoczyła mu na kolana i zaczęła się ocierać o brodę. Marek raz patrzył na kota, raz na flaszkę, jakby rozgrywała się w nim wojna między życiem a śmiercią. Podniósł do góry butelkę, spojrzał pod znikome światło zza zaciągniętych zasłon i odkręcił zakrętkę.

Rozległo się głośne pukanie. Pomyślał, że coś na ulicy, ale po chwili powtórzyło się. Ktoś stukał do drzwi. Przecież u niego jest furtka i domofon. Co się dzieje?

Odstawił na podłogę nieruszoną flaszkę i powoli wstał. Wsunął stopy w kapcie i szorując o podłogę, poczłapał do drzwi.

— Cześć, szefie, musiałem przyjechać — mówił Stefan.

Marek odruchowo spojrzał na furtkę, była otwarta; widocznie w malignie nie zamknął jej.

— Co ty tu robisz? — spytał niepewnie Marek.

— Toż to głos szefa dziś rano brzmiał tak… No…

— Stefan, a co z zakładem?

— Szefie, to ważniejsze. Krzysiek powiedział, że jak trzeba, zostanie po godzinach. Musiałem przyjechać…

Marek wpuścił kolegę do domu, jednocześnie próbując ukryć odkręconą butelkę.

— Szefie — Stefan spojrzał na flaszkę — chodźmy do firmy, ja szefa zawiozę. Wszyscy chętnie by szefa widzieli.

— No nie wiem… — Marek spuścił głowę i głęboko westchnął.

— Tak, tak. — Stefan podsunął Markowi buty i ściągnął z wieszaka kurtkę. — Jedziemy.

— Ale…

— Bez dyskusji, chwilowo rządzę ja, w końcu szefa nie ma w pracy. — Pracownik zaśmiał się na głos.

— Ale…

Marek nie miał sił ani na dyskusję, ani na przepychanki. Po prostu ubrał się i powoli wyszedł ze Stefanem.

Kiedy wysiedli z auta przed zakładem, Marek ledwo stawiał nogi. Tego dnia nie miał na nic sił. Nawet na to, aby postawić się Stefanowi. Weszli do biura. Marek stanął naprzeciwko pustej recepcji i pomyślał jeszcze raz, dlaczego, do jasnej cholery, otworzył ten zakład pogrzebowy.

— O, cześć, Marek — usłyszał głos od strony toalety. Pojawiła się Ewa.

— Cześć — odpowiedział, ledwo otwierając usta.

— Świetnie, że jesteś. — Uśmiechnęła się.

— Niech szef wejdzie do siebie, zaraz przyjdę — powiedział Stefan.

Znów Marek bezwolnie wykonał polecenie. Zupełnie jakby sam był pracownikiem Stefana.

Za chwilę Ewa przyniosła kawę i spytała:

— Marku, coś nie tak?

— Nie, nie, wszystko w porządku… A w zasadzie nie. Nie spałem całą noc — skłamał.

— Tak właśnie widzę, że jesteś zmęczony.

— Dobrze, że o mnie pomyślałaś.

— To wypij kawkę i wracaj do żywych. — Uśmiechnęła się.

— Dziękuję.

Wyszła, zamykając za sobą drzwi. Zastanowił się, co ma dziś w ogóle robić. Najchętniej przestałby istnieć, ale skoro został tu doprowadzony, trzeba, jak to powiedziała Ewa, wracać do żywych. Wypił szybko kawę i z filiżanką w ręku zapatrzył się w okno, za którym właśnie wyjrzało słońce. Usłyszał pukanie.

— Szefie, szef pozwoli ze mną. — W progu stanął Stefan i kiwał głową w stronę pomieszczenia, w którym przygotowywano zwłoki.

Marek po raz kolejny bezwolnie wykonał polecenie. Prawdopodobnie wystąpił jakiś poważny problem z ciałem i czekają na jego decyzję.

Kiedy weszli do tego pomieszczenia, Marek zobaczył leżące na łóżkowym wózku zwłoki przykryte płótnem.

— I co z nimi? — spytał niepewnie.

— Szef podejdzie. — Stefan znów kiwnął głową, idąc w stronę ciała.

— Ale co jest? – Marek poczuł pulsującą w głowie krew.

— Bliżej, bliżej — naciskał kolega.

Marek podszedł do wózka na wyciągnięcie ręki. Przez białe płótno wyraźnie zarysowywał się biust i szerokie, kobiece biodra. Setki obrazów przeleciały mu w pamięci. Nerwowo zerknął za okno, sprawdzając, czy pada deszcz. Tak bardzo go w tym momencie pragnął. Już sobie wyobraził, że wybiega w strugi deszczu, które schładzają głowę, obmywają ciało z emocji, przede wszystkim z tego, jak kiedyś zareagował. Gdy dotarło do niego, że nie pada, pojawiła się nagła myśl, aby jak najszybciej wejść pod prysznic, użyć go jako substytutu deszczu. Woda. Ona stanowiła panaceum na jego wynaturzenie. Nie tylko to — stała się kwintesencją jego uwagi, tej szczególnej uwagi, które stanowiła oderwanie od świata realnego, od życia.

— Niespodzianka — powiedział Stefan i odsłonił zwłoki nagiej, pięknej, młodej kobiety.

Markowi się nogi ugięły. Wstrzymał powietrze. Ale tego dnia nie miał siły nawet walczyć. Tego dnia był zbyt wyczerpany, aby zrobić cokolwiek, więc po prostu stał i czekał na rozwinięcie się sytuacji.

— Jedyny raz wydam szefowi polecenie — powiedział kolega. — Ma szef przygotować to ciało.

Ale Marek milczał. Nawet nie drgnął. Odebrał ostatnie słowa kolegi jako rozkaz. A może jak coś znacznie więcej? Może od lat wiedział, że musi się z tym zmierzyć, ale nigdy nie było go stać na walkę? A może tu nie chodziło właśnie o walkę, a poddanie się sytuacji? Może zawsze walczył i zawsze przegrywał? Bo nikt nie jest w stanie wygrać ze samym sobą.

— Zostawię szefa samego. Proszę się nie spieszyć. — Stefan szybkim krokiem wyszedł i zatrzasnął za sobą drzwi.

Dźwięk trzaśnięcia przeszył Marka do głębi.

Przypomniał sobie dzieciństwo, gdy matka mu powtarzała, że ma być grzecznym chłopcem, ma być posłusznym boskim prawom. A jego wynaturzenie nie było w zgodzie z tymi prawami. W jego oczach stanowiło jeden z najcięższych grzechów. Bo w Biblii powiedziano, że nawet myślami można grzeszyć, a skoro doznał wzwodu, to musiał seksualnie pomyśleć o martwej kobiecie. Martwej kobiecie. Martwej kobiecie. Martwej. Kobiecie…

Stał i nadal nie był w stanie się ruszyć.

Przed nim leżała ta naga piękność i niemal się uśmiechała.

Co ten Stefan wymyślił? Dlaczego? Dlaczego dziś?

Ale w miarę jak patrzył na kobiece zwłoki, zaczęło do niego docierać, że to jest zwyczajne ciało, niewiele różniące się od innych.

Czuł zdenerwowanie, czuł napięcie, czuł niepokój, może nawet silny strach, ale ani na moment nie poczuł podniecenia seksualnego. Zwłoki nie wydawały się atrakcyjne, mimo iż nadal piękne, a on nie reagował wzwodem.

W jego głowie pojawiło się pytanie:

Czy to już minęło?…

Sam nie wiedział, jak długo stał w ten sposób, ale po dłuższym czasie podszedł do samych zwłok i dotknął. Zawrzało mu w emocjach. Z jednej strony czuł potworny stres, napinał wszystkie mięśnie, a z drugiej coś w nim się zmieniło. Widok nagich piersi martwej kobiety budził bardzo podobne odczucia jak za poprzednimi razami, ale tym razem nie miał siły, aby zareagować ucieczką czy walką. Po prostu poddał się. Czy to nie jest tak, że jeśli chodzi o traumy i winy, to stanem idealnym nie jest akceptacja, ale obojętność? Może on był na tyle zobojętniony, że nawet nie miał siły na reakcję obronną organizmu? A może we wszystkim tak jest, że obojętność a nie akceptacja to klucz?

Rozejrzał się i dostrzegł na stoliku obok akcesoria do przygotowania zwłok. Dalej wszystko zaczęło dziać się automatycznie: zakasał rękawy i bardzo powoli wziął się do roboty.

Otrząsnął się, gdy pod szyją zmarłej zawiązywał chustę, którą dała rodzina.

Właśnie zrobił to, czego nie mógł dokonać przez cztery lata…

Nagle zrozumiał, że nie tylko on, otwierając zakład pogrzebowy, dokonał wyboru, który był powrotem do przeżywania traumy. Przecież tak często słyszy się, że ludzie wybierają partnerów podobnych do swoich rodziców, a czasem rodzice ci przysporzyli o niejedną traumę. Co takiego jest w każdym z nas, że znów i znów chcemy przeżywać przeszłe trudne chwile?… Jest powiedzenie: czym się strułeś, tym się lecz. Może więc w tym wypadku zadziałało to właśnie w ten sposób?

2 myśli w temacie “Samotność Boga, cz. IX

  1. Tylko jedna uwaga, Antoni:

    „Leżał jeszcze na wznak w pościeli i wpatrywał się w pająka, który właśnie wyszedł zza obrazka ze swojej osiemnastki.” – zamieszanie z podmiotami. To tak, jakby obrazek był z osiemnastki pająka.

    Poza tym tekst bez zarzutu. Cieszy mnie, że wreszcie nastąpił jakiś przełom u bohatera.

    Pozdrawiam.

    Polubione przez 1 osoba

    1. Dzięki, Gabrielu.
      Jak zobaczyłem, co zacytowałeś, to już widziałem błąd 🙂 Chyba to było tak, że zdanie brzmiało inaczej, a potem je na szybko poprawiałem i widocznie nie przeczytałem całego 🙂
      Dziś umieszczam X rozdział, który… 😉

      Pozdrawiam.

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s