Samotność Boga — cz. VIII

Samotność Boga — cz. VIII

Na sobotę umówił się z Lidią na przechadzkę po Puszczy Kampinoskiej. Zbliżał się do niej, mimo iż dobrze pamiętał, co powiedziała mu Lena: miał więcej nie krzywdzić kobiet. Wsiadł do samochodu tuż po dziesiątej przed południem i ruszył w stronę Ursusa. Zaczął sobie układać szereg pytań, które zada Lidii; chciał mieć wszystko pod kontrolą. Czy dlatego chciał mieć pod kontrolą, że poprzednie jego pójście na żywioł z kobietą skończyło się właśnie w taki sposób? On jednak tego nie wiedział, działał intuicyjnie. Chciał panować nad sytuacją. Tak więc najpierw zapyta ją, czy kogoś ma. I tu zdał sobie sprawę, że jeśli miałaby kogoś, a spotykała się z nim, zapewne nie wyjawiłaby prawdy. Ale musiał zadać to pytanie, aby mieć spokojne sumienie, że nie odbija właśnie jej z rąk innego, prawdopodobnie kochającego, mężczyzny. A gdyby była z kimś a zataiła to, to już nie jego problem. Nic więcej nie mógł zrobić, aby nie przyczyniać się do czyjegoś nieszczęścia. A jeśli powie, że kogoś ma, co wtedy? Wtedy trzeba będzie zadać pytanie, dlaczego spotyka się z nim samym. Cóż, odpowiedzi mogłyby być różne. Nagle zdał sobie sprawę, że całe te rozważania to nic innego niż ubezpieczanie się. Jak nie to, to tamto, jak nie tamto, to jeszcze co innego. W każdym z tych wypadków czaiło się zagrożenie. Czaiło się to, co z przeszłości, a z czego nie zdawał sobie sprawy. Poczuł, że ma tego wszystkiego dość i trzeba zacząć iść na żywioł, nie zastanawiać się, tylko czuć i reagować na bieżąco. Włączył radio i rozkręcił głośność. Leciała piosenka „Wish you were here” Pink Floyd. Zaczął śpiewać razem z wokalistą:

How I wish you were here…

Gdy utwór się skończył, ściszył radio i zamyślił się. Słowa piosenki przywołały wspomnienie Jadzi.

* * *

— Nie przejmuj się. To nie twoja wina, że nie możesz — mówiła żałośnie Jadwiga. — Jeszcze przyjdzie czas, że uciekniesz od tego wszystkiego i będziemy szczęśliwi. — Podeszła do Marka od tyłu i wtuliła się w jego plecy.

— Ja już nie za bardzo wiem, co mam robić — odpowiedział ze spuszczoną głową. — Wiesz, że to nie problem z potencją, to kwestia głowy.

— Tak, tak, wiem. Nie przejmuj się. Nie bierz tego do siebie. Skoro chciałbyś, a nie możesz, to dla mnie najważniejsze.

— Tak się zastanawiam, czy gdybyśmy się zbliżyli emocjonalnie, to pomogłoby cokolwiek.

— Wiesz, ja też kiedyś po pewnym facecie nie mogłam się przełamać, trwało to dość długo, aż zamieszkaliśmy razem w jednym pokoju i to pomogło. To jeszcze za czasów studenckich. Wybacz, że obciążam cię swoją przeszłością, nie wiem, czy chciałbyś wiedzieć cokolwiek o moich byłych, ale może to ci jakoś pomoże.

— A trudno ci było z nim zamieszkać? Mówię, w sensie emocjonalnym.

— Bardzo trudno. To jak wskakiwanie na głęboką wodę po tym, jak się topiło. Czułam strach całą sobą. Pamiętam, że w przeddzień tego, jak kolega miał się wprowadzić, obudziłam się w nocy cała zlana potem. Śniło mi się, że poszłam z nim do łóżka, a kiedy rano wstał i poszedł do łazienki, zobaczyłam na pościeli tam, gdzie spał, wijące się czarne robaki. I jednego wyciągnęłam sobie z pochwy. To chyba był najstraszniejszy sen, jaki miałam.

— I jak to przezwyciężyłaś?

— Zaraz zadzwoniłam do koleżanki i gadałyśmy ze dwie godziny, zanim się nie uspokoiłam.

— A wprowadził się tego dnia?

— Tak. Ale obserwowałam każdy jego ruch, każde słowo. Bałam się go jak nie wiem co.

— I po jakim czasie lęki ci minęły?

— Sama nie wiem. Najpierw zaczęłam z nim wojować. Nie wiedziałam dlaczego. Teraz chyba wiem: chciałam go sprawdzić, czy nie jest niebezpieczny nawet po prowokacji. Potem gdy reagował wycofaniem a nie agresją, jak się obawiałam, poczułam, że mam odpuścić. I odpuściłam. Przez pewien czas mieszkaliśmy razem, ale każde z nas robiło swoje. Do tego stopnia, że posiłki jedliśmy osobno. W zasadzie to koleżanka pytała, dlaczego w ogóle zdecydowałam się z nim zamieszkać, ale ja czułam, że tak muszę. A za jakiś czas ugotowałam obiad dla nas dwojga. I to był dzień, kiedy poczułam, jak jest mi bliski. Pierwszy raz po tym obiedzie miałam ochotę się do niego zbliżyć.

— A jak to się skończyło? — spytał Marek.

— Jak? Pokłóciliśmy się o to, gdzie chcemy mieszkać po studiach: on w końcu wrócił do Lublina, ja zostałam w Warszawie. Ale powiem ci, że czasem do siebie do dziś pisujemy esemesy.

— Czyli wspólne zamieszkanie ci pomogło?

— Tak, jak najbardziej. Myślę, że gdybym wtedy tego nie zrobiła, do końca życia byłabym sama. Ale muszę ci powiedzieć, że cholernie dużo zawdzięczam właśnie jemu. Bo nie okazał się hardy czy urażalski, tylko chciał budować związek.

— Czy chcesz mi powiedzieć, że powinienem zrobić to samo? — spytał niepewnie.

— Nie wiem. To twoje życie, twoje uczucia. Ja tylko wiem, że ja bym tak zrobiła. Powiedziałam ci to, że może wyciągniesz dla siebie jakiś wniosek. — Przytuliła się jeszcze raz do jego pleców i pocałowała w tył głowy.

— Muszę się nad tym wszystkim zastanowić. Sam nie wiem. U mnie to jest trochę co innego, bo, jak widzisz, chciałbym, ale w ostatnim momencie się wycofuje. A może takie zamieszkanie pomogłoby i na to?

— Może?…

* * *

Teraz kiedy jechał do Lidii, chciałby znów pójść na całość, ale od razu rozpętywało się w jego głowie piekło myśli, emocji i skojarzeń. Nawet nie zauważył, kiedy dotarł pod jej blok. Wysłał esemesa, że czeka i wysiadł, aby rozprostować nogi i nieco spróbować oderwać się od natłoku myśli. Nagle z bocznej ulicy wyszła Lidia.

— Cześć — przywitała się cicho.

— Cześć, a ty nie z domu?

— No nie, byłam… — zawahała się — w sklepie. — Uśmiechnęła się.

— To co, jedziemy?

— Tak, oczywiście.

Otworzył jej drzwi pasażera, a potem sam wsiadł za kierownicę. Ruszyli. Nie mówił, dokąd dokładnie jadą. Powiedział tylko, że połażą po lesie.

Kiedy już dotarli, Lidia skomentowała:

— Widzę, że jesteś sentymentalny.

— Ja wiem, czy sentymentalny? Po prostu lubię wracać w te same miejsca.

— To jest właśnie sentymentalizm.

— Ale ty nie masz nic przeciwko? — Spojrzał jej w twarz, chcąc być pewien, że powie prawdę.

— To zależy. W tym wypadku jest ok, ale są miejsca, w które za nic nie chcę wracać.

— Jak i ja, jak i ja. No, to idźmy, może tam. — Wskazał na szlak, którym wędrował w dniu, kiedy ją poznał.

— Ok, ty prowadzisz.

— A ty zawsze taka zgodna?

— Powiedzmy, że od jakiegoś czasu. — Nagle posmutniała.

— A wcześniej?

— Za dużo chciałbyś wiedzieć! — podniosła głos.

Marek się mocno zdziwił, bo pierwszy raz zareagowała w taki sposób. To podniesienie głosu brzmiało jak skryta agresja. Czyżby coś ukrywała?

Kiedy doszli do miejsca, w którym usiadł poprzednim razem, zwolnił, rozejrzał się, a że pogoda była piękna, zaproponował:

— Może usiądziemy? — Wskazał głową na leżący pień przy niewielkim strumyku.

— Czemu nie. Ty tu rządzisz. — Szeroko się uśmiechnęła.

Spoczęli na tym samym leżącym drzewie, co on poprzednim razem. Marek przyjrzał się, jak teraz wygląda strumyk. Poprzednio woda niosła ze sobą zielone rośliny, które wyglądały jak jakaś wydzielina, ale tym razem tego nie było. Sięgnął i włożył palec do wody, aby sprawdzić temperaturę. Tym razem strumyk już nie był lodowaty, ale do tego, aby uznać go za ciepły, brakowało sporo.

— Gdyby był głębszy, zaproponowałbym kąpiel. — Uśmiechnął się szeroko.

— Wiesz… można się rozebrać, położyć na dnie i będzie jak kąpiel.

— Tak, tylko te mrówki — wskazał na pobliskie mrowisko — potraktowałyby cię jako most, a przy okazji jako obiad.

— No, to trzeba wymyślić co innego. Zdaję się na ciebie.

— Lidka, mam pomysł! — niemal krzyknął.

— No?

— Ściągamy buty i do wody!

— No… — Zawahała się.

— Dawaj!

— No, dobra. Najwyżej będziesz mnie później leczył, jak się przeziębię.

— Nic się nie przeziębisz.

Marek ściągnął buty najpierw, a po krótkim wahaniu ona. Weszli do strumienia. Zimna woda wywoływała uczucie, jakby ktoś wbijał w stopy szpilki. Ale oboje nie zrezygnowali. Brnęli w górę strumienia z butami w dłoniach. Marek pomyślał, że czegoś takiego właśnie było mu trzeba. Każdy stawiany z bólem krok przyciągał go bliżej do odczuwania życia bez blokad, bez uprzedzeń, bliżej do prawdziwego życia, które ostatnio było mu tak dalekie. Poczuł, jakby znów był małym dzieckiem. Woda sięgała mu powyżej kostek, obmywała łydki. Każdy krok wywoływał pluśnięcia, które po raz kolejny wdzierały się do świadomości Marka, przypominając moment, gdy wybiegł z prosektorium. Zaczął więc podskakiwać, aby się rozruszać i uciec od goniących myśli. Woda rozbryzgiwała się na wszystkie strony, więc Lidka odeszła nieco dalej i przyglądała się temu tańcowi, jakby oglądała emocjonalny balet. Marek na to nie zważał, woda dla niego była drugą rzeczywistością i czymś więcej.

— To co, nie zawiodłem? — spytał, kiedy już zbliżali się z powrotem do samochodu.

— No, nie zgubiliśmy się, odmroziliśmy sobie stopy — zaśmiała się — więc jest cudownie.

— No, ja też jestem bardzo zadowolony.

— To kiedy następnym razem?

— Może przyszły weekend? — spytał.

— Ale nie znów tutaj? — Spojrzała mu w oczy i się ciepło uśmiechnęła.

— A jak chcesz?

— Gdzie indziej.

— Dobrze, coś wymyślę.

Kiedy już dochodzili do samochodu, przypomniał sobie, jak zobaczył ją po raz pierwszy.

— Mogę zadać ci pytanie? — spytał.

— Możesz.

— Jak się poznaliśmy, to coś notowałaś. Co to było?

— Co?… — Spuściła głowę i zamilkła.

Marek poczuł, że to temat tabu. W dodatku miał wrażenie, że coś dla niej nieprzyjemnego. Zamilkł więc też i bez słów wsiedli do auta.

— Odwieź mnie do domu — wyszeptała.

— Dobrze — zgodził się bez żadnych pytań.

W drodze powrotnej prawie w ogóle się nie odzywali. Grało radio i tylko czasami któreś z nich coś skomentowało. Lidia prawie cały czas miała spuszczoną głowę, a w pewnym momencie odwróciła się w prawą stronę, a po chwili sięgnęła po chusteczkę i przetarła oczy. Nie musiał pytać, aby wiedzieć, że płakała. I o nic nie pytał. Wiedział, że temat notatek musi pozostać niewyjaśniony.

Na wieczór umówił się z koleżanką ze studiów. Gdy tylko się obudził, poczuł, że nie ma ochoty iść na to spotkanie. Najchętniej wciąż odcinałby się od całej przeszłości, mimo iż kilka dni temu tak się cieszył, gdy pomógł Stefanowi. Tyle w ostatnim czasie słyszał na temat strefy komfortu i konieczności wychodzenia poza nią. Potwierdziło się to w świetnym samopoczuciu kilka dni wcześniej. Ale znów zanurzył się w bezpiecznej niechęci do leczenia, która była dla niego jak wody płodowe i łono matki dla płodu. Narodzenie się, opuszczenie brzucha stanowiło wyzwanie, zaraz po którym dziecko zaczyna płakać, nie czuć się pewnie, by w końcu z czasem cieszyć się swobodą i życiem. Być całkowicie bezpiecznym, znaczy nie żyć pełnią życia. Zawsze trzeba zrobić coś wykraczającego poza schemat, poza tę rzeczoną strefę bezpieczeństwa, by osiągnąć więcej. By potem być dumnym.

Gdy dojechał autem do knajpy, w której się umówili, miał ochotę nie wysiadać, wrócić do domu, a koleżankę przeprosić za nieobecność. Jednak gdy już to rozważał, zadzwonił telefon. Na wyświetlaczu pojawiło się imię koleżanki.

— I jak, kiedy będziesz? — spytała pełna entuzjazmu.

— Już… — zawahał się — właśnie wychodzę z samochodu.

— To przyjechałeś samochodem? Myślałam, że se popijemy jak za starych lat.

— Chyba zbyt wygodny jestem.

— Dobra, dawaj tutaj, zaraz coś wymyślimy.

Marek wysiadł z samochodu i poszedł do knajpy, na chwilę zapomniawszy o problemach. W jakiś sposób możliwość spotkania koleżanki sprzed lat dodała mu energii do działania. Gdy stanął przed stolikiem, nie mógł uwierzyć własnym oczom — przed nim siedziały cztery osoby z jego studiów: Małgosia, Jarek, którego nie widział od dziesięciu albo więcej lat, Andrzej, który zawsze się odgrażał, że zostanie dentystą i Joasia, o której nie słyszał nic od dawna.

— Dzień dobry — zaczął Marek.

Wszystkie twarze zwróciły się na niego. W każdym ze spojrzeń czaił się strach, ale to był Marka własny strach przed konfrontacją, przed tym, co musiał będzie tłumaczyć.

— Cześć — wykrzyknęły głosy zza stołu.

Wszyscy po kolei zaczęli wstawać i się witać. Marek czuł, że z każdym uściskiem opanowuje go coś nieokreślonego, coś, co powodowało, że przestawał się obawiać.

— Siadaj — wykrzyknęła Joasia.

— Tu masz miejsce — dodał Andrzej.

— Jak tam żyjesz? — spytał Jarek. — Bo niemal o wszystkich coś słyszałem, tylko nie o tobie.

— Jak? — Marek się zawahał. — Ujdzie. Ale co u was?

— No, ja pracuję w szpitalu na Wrzesinie, o czym już wiesz — powiedziała Małgosia. — Andrzej jest dentystą, jak planował, i pracuje z Luxmedzie, Jarek zmienił zdanie i jest laryngologiem, a Asia? Hohoho! — Pokręciła głową.

Inni zabuczeli jakby z podziwu.

— No, co?

— Otworzyłam małą klinikę w Sochaczewie. Na razie tylko siedmiu lekarzy, ale się rozwijamy.

— Eeee, to widzę, że bizneswoman. — Zaśmiał się.

— Dokładnie — odparł Andrzej. — Jak zechce rozszerzyć działalność, to złożę do niej podanie o przyjęcie.

— I ja — wtrącił Jarek — choć już trwają rozmowy. — Spojrzał na Joannę i żartobliwie się ukłonił.

— No, to teraz twoja kolej — zwróciła się do Marka Małgosia.

— Ja?… — Spuścił głowę i spojrzał na znajomych spode łba. — Chcecie przeżyć szok?

— Ta, zaraz się okaże, że robisz doktorat z kardiochirurgii — odparła Joanna. — Wszyscy wiemy, jaką specjalizację robiłeś i na co cię stać. — Zaśmiała się.

— No, to nie do końca prawda… — powiedział ściszonym głosem.

— No to chwal się! Nie bądź taki skromny! — naciskał Andrzej.

— Jak by to powiedzieć…

— No… — zabuczał ktoś.

— Już nie jestem lekarzem.

Nastała całkowita cisza. Wszyscy tylko rozejrzeli się po sobie, czekając na reakcję kogoś innego.

— Jak to? — spytała Małgosia.

— No tak to. Chcecie wiedzieć, co robię? — spytał Marek.

Nikt się nie odezwał. Dobrze wszyscy wiedzieli, że Marek od zawsze chciał być kardiochirurgiem i jeśli nim nie jest, musiało zdarzyć się coś bardzo niedobrego.

— To wam powiem — ciągnął. — Jestem właścicielem zakładu pogrzebowego.

— Co?! — wykrzyknęła Małgosia. Gwałtownie wstała z miejsca, ale natychmiast bezsilnie usiadła z powrotem.

— Dobrze słyszycie.

Po raz kolejny zapanowała cisza. Zgromadzeni nawet nie patrzyli sobie nawzajem w oczy, jakby kontakt wzrokowy mógł przenosić w tej sytuacji emocje, które się właśnie narodziły.

— Ja nic nie chcę wiedzieć — powiedziała cicho Małgorzata.

— Ja też — rzekła po chwili Asia.

— Ja również — podchwycił Jarek.

— E, chłopie, dobrze wyglądasz! — wykrzyknął Andrzej. — Czemu jeszcze nic nie zamówiłeś? Piwo chcesz, czy drinka?

— Jestem samochodem.

— A postawiłeś w bezpiecznym miejscu? — dopytywał Andrzej.

— Tak, ale chcę wrócić do domu samochodem.

— Nie wygłupiaj się — rzuciła Małgosia. — Nic się nie stanie, jak popijesz z nami, jutro niedziela.

— Chyba że nie możesz… — wyszeptał Andrzej.

Po raz kolejny wszyscy rozejrzeli się po sobie.

— Słuchajcie, wiem, że zawód kardiochirurga jest narażony na stres, a to może być powodem alkoholizmu, ale ja mogę pić, tylko… — Marek pokręcił głową.

— To jak możesz, to nie ma przebacz. Przypomnimy sobie stare czasy, pośmiejemy się — dorzucił Jarek.

Tego wieczoru Marek wypił pięć piw i wrócił taksówką. Już nie pamiętał, kiedy tak się zabawił. I, o dziwo, nikt więcej nie spytał ani słowem o to, dlaczego prowadzi zakład pogrzebowy. Widocznie wiedzieli, że musiało zdarzyć się coś okropnego. A ten wieczór miał służyć zabawie, a nie rozpaczaniu. Kładąc się spać, już nie myślał ani o Lidii, ani o pracy, ani o przeszłości. Zaznał spokoju pierwszy raz od wielu miesięcy. Usnął natychmiast.

Rano czuł się jak po najcięższym w życiu egzaminie. Poruszony temat medycyny, pomieszany ze sporą dawką alkoholu, który wyparował, zostawiając rozedrgany system nerwowy, tworzyły tykające punkty odwołań do przeszłości. Znajomi zadali pytania, na które nie uzyskali odpowiedzi, bo Marek nie chciał odpowiadać. Jednak pytania te nie znikły. To, że coś ignorujemy, nie oznacza, że to coś przestaje istnieć. Tylko czy człowiek może normalnie żyć, świadomie ignorując takie rzeczy? Czy można funkcjonować, gdy za plecami dzieją się dantejskie sceny? A może całe przystosowanie właśnie polega na tym, aby umieć to robić? W końcu dziecko nie godzi się na wiele rzeczy, zadaje mnóstwo niewygodnych pytań, a gdy dorasta, przechodzi z tym do porządku dziennego? Bo czy akceptowalnym jest fakt istnienia obok nas bezdomnych lub głodu w Afryce? Owszem, u części z tych rzeczy można dostrzec inne cechy, który to spowodowały, a które są wyborem jednostki, a nie zrządzeniem losu. Taki bowiem bezdomny to zazwyczaj alkoholik, a nałóg to nałóg — traktowany jest przez większość jak świadomy wybór, a więc bezdomność jest poniekąd na własne życzenie. Jednak dlaczego jeden tak chętnie sięga po alkohol, a drugi prawie wcale? Czyż to nie naturalne predyspozycje to powodują? Czy więc można ignorować bezdomnych jako osoby, które same sobie na to zasłużyły? I czy ta ignorancja to przypadkiem nie jest ułatwianie sobie życia, świadome odcinanie się od empatii, skoro dzieci współczują takim osobom? Jak bardzo ułatwiamy sobie życie na co dzień, ignorując całe gamy niewygodnych faktów? Czy taki nie jest każdy z nas? Czemu więc fakt, że Marek porzucił medyczny fach, jest zwykle widziany jako upadek, a nie przystosowanie się do zaistniałych realiów? Czy grabarz to gorszy sort człowieka niż lekarz, niż kardiochirurg? Zastanówmy się, co przyniosłoby większe szkody: zaprzestanie leczenia, czy zaprzestanie grzebania ludzi? Czy to drugie nie wywołałoby epidemii, która pochłonęłaby o wiele więcej osób, niż zaprzestanie leczenia? Czy to nie jest kolejny fakt, który ignorujemy, tak chętnie wywyższając pracę lekarza nad pracę grabarza? Owszem, o wiele większych umiejętności wymaga leczenie, ale czy w związku z tym my ludzie nie przedkładamy umiejętności i wiedzy ponad zwykłe człowieczeństwo? Co jest dla nas wyznacznikiem wartości człowieka? Czy rodząc się i umierając, nie jesteśmy warci dokładnie tyle samo? Czy lekarz bądź grabarz powinien kierować się takimi wartościami? A może dlatego Bóg pozostawił świat, jakim jest, nie wtrąca się, bo i tak to, co dzieje się tu na ziemskiej drodze, niewiele wpływa na wartość finalną człowieka? Bo każdy rodzi się nagi i nagi umiera. Może więc trzeba przejść przez to wszystko, aby zrozumieć, że tak naprawdę nic nie ma znaczenia? I może Bóg dobrze o tym wie?

Marek przyjechał w poniedziałek do firmy nieco skołowany. Niewypowiedziane odpowiedzi, samotnie spędzona niedziela i wielki znak zapytania postawiony gdzieś z tyłu głowy. Od razu zaczepiła go Ewa:

— Szefie, znów mamy nawał — powiedziała niepewnie.

— Ile ciał? — spytał zdawkowo.

— Sześć. Wie pan, co to znaczy?

— Ewo! — podniósł znacząco, ale łagodnie głos i spojrzał jej w oczy.

— Tak, tak, mam mówić po imieniu. Ale nie mogę się przemóc.

— Powtórz: Marku.

— Marku — powiedziała nieśmiało.

— No, i tak masz mówić. A doskonale wiem, co to znaczy. Sam muszę się wziąć za przygotowywanie ciał.

— Chyba nie ma wyjścia. — Rzuciła nagle długopisem gdzieś na biurko. — A ja nawet pomóc nie jestem w stanie.

— Ewo, ty i tak robisz aż nadto, obsługujesz klientów, organizujesz ludzi do współpracy, układasz kalendarz. W zasadzie ja tylko czasem nadzoruję to, co ty zaplanowałaś. Bez ciebie to firma długo nie pociągnęłaby.

— Przesadza p… — zawahała się. — Przesadzasz — poprawiła.

— Nic nie przesadzam. Ty się ogólnie za bardzo przejmujesz. I to nie tylko sprawami firmowymi.. — Znacząco pokiwał głową.

— Czyli mam się nie wtrącać w to, że pan już nie leczy? — spytała retorycznie po chwili.

— Cóż… Takie wtrącanie się nic nie zmieni, a tylko… — urwał wpół zdania i machnął ręką, dając do zrozumienia, że ma to gdzieś.

Wszedł do swojego gabinetu.

Pół godziny później zajął się przygotowywaniem ciał. Ustalił, że on zajmie się dwoma, a reszta zostanie dla pozostałych. Był to kolejny zwyczajny dzień, w którym musiał się osobiście wysilić, gdyby nie drugie zwłoki. Natychmiast rozpoznał twarz. Zrobiło mu się gorąco. To ta sama twarz, która przemykała mu dwukrotnie w szpitalu na Wrzesinie. I dopiero teraz skojarzył, że należała do człowieka, który odzyskał mu dane w telefonie komórkowym.

Wrócił do domu załamany. Właśnie będzie grzebał człowieka, któremu powinien pomóc. To się nazywa ignorancja cudzych potrzeb i własne przystosowanie! Zaległ na fotelu z czteropakiem piwa pod ręką. Mimo iż nie nadużywał alkoholu na co dzień, w ciągu ostatnich trzech dni właśnie drugi raz postanowił się napić. Jako pracujący kardiochirurg nie mógłby sobie na to pozwolić, bo podrażnione nerwy mogłyby powodować drżenie rąk, a to eliminowałoby go z wykonywania operacji. Gdzieś zdawał sobie sprawę, że powiedział człowiekowi od telefonów, żeby się dokładnie przebadał, żeby nie ignorował długotrwałego omdlenia, ale też sam mógł spróbować go wstępnie zbadać, choćby neurologicznie, czego uczył się w trakcie studiów. Tyle że w takich przypadkach, gdy omdlenie występuje jednokrotnie, bez późniejszych innych objawów, ciężko jest pomóc na miejscu, najczęściej potrzebne są dogłębne badania, czasem łącznie z tomografią, która, jak wiadomo, nie jest dostępna od ręki. Tak więc zdawał sobie sprawę, że w zasadzie chyba nie mógłby mu pomóc na miejscu, ale gdyby oświadczył, że jest lekarzem, to ten mężczyzna prawdopodobnie potraktowałby jego słowa poważniej i może coś zrobił ze zdrowiem. Marek czuł, że było to z jego strony zaniedbanie, mimo iż sam już nie leczył ludzi. Pozostało w jego głowie coś, co skutecznie odbierało spokój ducha i dobre samopoczucie. A może on tak do końca nigdy nie zignorował faktu, że jednak szkolił się na lekarza? I może nigdy nie przystosował się do nowych realiów?

We wtorek z samego rana przyjechał do pracy, aby pomóc Ewie w organizacji kolejnych pochówków. Właśnie siedział u siebie w gabinecie, gdy usłyszał pukanie do drzwi.

— Tak, Ewo, wejdź — krzyknął.

Drzwi się otworzyły, ale zamiast Ewy stanął w nich Stefan. Zatrzymał się w progu.

— Dzień dobry, szefie. Jestem z powrotem. — Stefan wyprostował się i obrócił w obie strony, pokazując, że już wszystko z nim w porządku.

— Wyzdrowiałeś, widzę.

— Tak, to dzięki tobie, szefie.

— No, to drobiazg, nic takiego. — Marek pokręcił głową.

— Wiesz, szefie, jeden lekarz nie pomógł, a pan tak.

— Skoro wystarczył zwykły voltaren, to żaden ze mnie znawca.

— Szefie, ja tam się nie znam, ale po mojemu to trzeba wiedzieć, że drobiazg pomoże. To, co dla pana jest zwyczajne, dla innego okazało się ponad jego możliwości.

— Stefan, dajmy już spokój…

Wtem w progu razem ze Stefanem stanęła Ewa.

— Czy Marek cię wyleczył? — spytała Stefana.

— Tak, A teraz mówi, że to nic takiego.

— Marek, zawsze w ciebie wierzyłam. — Podbiegła do Marka i pocałowała go w policzek.

— Oj, przesadzacie, przesadzacie. — Marek po raz kolejny pokręcił głową. Ale też szeroko się uśmiechnął.

— O, szefie, widzę uśmiech, co jest u pana rzadkością — zauważył Stefan.

— Aaaa… — Marek zaniemówił. — No, co się tak gapicie. Wracajcie do pracy — zawołał z dużym uśmiechem. — Jest dziś sporo do roboty. — I zanim zdążyli zareagować, dopytał: — Stefan, ty możesz normalnie pracować?

— Tak jest, szefie.

— No, to do pracy. Koniec zbiegowiska. — Zaśmiał się na cały głos.

Gdy został sam, poczuł się po raz kolejny fantastycznie. Bo mimo iż pomoc Stefanowi nie wymagała nie lada wiedzy i zdolności, to jednak zrobił coś, co pominął jego poprzednik. Zasiadł w fotelu, odchylił się, założył ręce za głowę i wziął głęboki oddech. A może jednak powinien…?

* * *

— Panie doktorze, doktor Magnuszewski chce z panem rozmawiać.

— Oczywiście, Grażynko, już idę — odpowiedział pielęgniarce.

Marek poszedł do chirurga prowadzącego, pod którego kontrolą robił aktualnie specjalizację z chirurgii ogólnej. Stanął przed drzwiami i przez chwilę zawahał się, czy wejść. Uniósł prawą rękę, żeby zapukać, ale drążyła go niepewność. W końcu z samego rana Magnuszewski zapowiedział, że tego dnia czeka Marka pierwszy samodzielny zabieg. Przez głowę Marka przebiegło mnóstwo myśli: czy to już ten czas, czy sobie poradzi, czy może poprosić o przełożenie jego inicjacji na inny termin. W końcu uniósł twarz ku niebu i głęboko nabrał powietrza. Słyszał szum oddechu, a w klatce piersiowej poczuł rytm serca. W końcu zapukał.

— Dzień dobry, doktorze — zaczął.

— Siadaj, Marku. Tak. To jak długo już u nas jesteś?

— No, trzy miesiące.

— No właśnie. Tak. Najwyższa pora zmierzyć się samemu z jakimś zabiegiem, jak wspominałem rano.

— Ale… — Marek sam nie wiedział, czy chce się z tego wykręcić, czy może mieć to już za sobą. — Co to za zabieg?

— Nic skomplikowanego, duży ropień na łydce po urazie zardzewiałym gwoździem.

— Ale… — Marek zdawał sobie sprawę, że musi uczyć się wszystkiego.

— Poradzisz sobie. Tak. Poza tym nie będziesz tego wykonywał sam, ja będę stał obok. W razie gdybyś coś zaczął chrzanić — prowadzący uśmiechnął się ironicznie — dam ci po łapach i sam dokończę.

— Ale ja tylko raz widziałem, jak ktoś usuwa podobny ropień.

— Marku, a co się stanie, gdy w przyszłości podczas operacji serca wynikną nieprzewidziane komplikacje? Co, powiesz, że tego nie umiesz, że nie robiłeś? Tak. Musisz się uczyć kreatywności, improwizacji.

— Ale… — Marek chciał jeszcze protestować, lecz zdawał sobie sprawę, że Magnuszewski ma rację. Pokiwał więc tylko głową na znak zgody.

— Tak. To zaczynasz za pół godziny, pacjent już czeka.

— Za pół godziny? — Marek poczuł dreszcz przebiegający po plecach. — Ale…

— Tak, za pół godziny. — Zmierzył Marka wzrokiem. — No, idź już, bo nie zdążysz. Tak, już.

Gdy tylko Marek wyszedł, przestał próbować emocjonalnie protestować, bo wiedział, że nie ma wyjścia. I już nie zastanawiał się nad niczym innym niż to, że ma do wykonania zadanie, drobny zabieg, który dla niego wcale nie jawił się jako drobny. Ruszył żwawo przed siebie. Najpierw do łazienki, aby dokładnie umyć ręce i twarz, potem do pokoju, gdzie przebrał się w sterylne ciuchy, założył lateksowe rękawice i maseczkę.

Gdy wszedł na sale operacyjną, był jeszcze sam. Spojrzał na wiszący na ścianie zegar, który wskazywał, że jest dziesięć minut przed czasem. Pokręcił z niedowierzaniem głową, że udało mu się tak szybko przygotować. A co, jeśli coś przeoczył i nie jest sterylny? Po chwili poczuł, że robi mu się gorąco, w końcu miał nakrycie głowy, maseczkę i dodatkowe ubranie. Tyle że zdawał sobie sprawę z tego, że ta sala była klimatyzowana i raczej powinno być mu chłodno niż gorąco. W takim razie to przez stres przed pierwszym zabiegiem. Rozejrzał się po stojącej aparaturze. Cóż, niedługo to wszystko będzie go wspierało w operacjach. A może nie tylko wspierało?

— Tak. I jak tam się czujesz? — usłyszał za sobą głos.

Zanim się odwrócił, rozpoznał głos doktora Magnuszewskiego.

— No, nie wiem, czy sobie poradzę — wyszeptał.

— To dobrze. Tak. — Prowadzący pokiwał głową.

— Dobrze, że nie mam pewności?

— Dokładnie. Ci, którzy są zbyt pewni, popełniają więcej błędów, bo najpierw działają, a dopiero potem widzą skutki. Tak. Musisz być pewien każdego ruchu, jak już zaczniesz ciąć, nie możesz się wahać, ale też nie możesz tego robić bez zastanowienia. Lepiej dwa razy pomyśleć i raz ciąć niż odwrotnie. Tak. Tak to właśnie jest.

— Ale ja się boję, że coś pójdzie nie tak.

— Jak wiesz, co masz robić, to będzie dobrze. Tak. Nie możesz się wahać, czy na przykład przeciąć skórę, jak oczyścić ranę. Ale masz prawo się wahać, jakiego użyć narzędzia do oczyszczenia rany, bo każda rana jest inna. A powinieneś nie mieć pewności, że zawsze to samo rozwiązanie będzie skuteczne. Tak. To częsty błąd nowicjuszy: widzą problem i zaczynają działać, mimo iż w tym wypadku należałoby zastosować co innego, mniej oczywistego.

— To ja już w głowie mam jeden wielki mętlik.

— Wszechświat zrodził się z chaosu. — Magnuszewski się zaśmiał. — I gwiazdy, i Ziemia.

— Chce pan powiedzieć, że lepiej jest na początku nie wiedzieć zbyt wiele?

— Nie tyle nie wiedzieć, ile nie być pewnym. Uczyłeś się wiele lat i wiedzę masz, ale lepiej, aby ona była tylko mąką, z której chleb upieczesz sam. Jeśli za bardzo jesteś pewien, to postrzegasz przez tego pryzmat, nie widzisz innych możliwości. Najlepiej gdyby każdy sam stworzył sobie własny wszechświat z chaosu. Tak. Zresztą to nie dotyczy tylko operacji i zabiegów, ale i zwyczajnego życia. Pewność siebie, jeśli postrzegana tak, jak to nam wmawiają, jest tylko przeszkodą w postrzeganiu, w poznawaniu. Tak.

— Teraz to już boję się w ogóle zacząć operować — zauważył Marek.

— Tak? To ja ci powiem, że obserwując cię wielokrotnie, gdy stałeś obok mnie w czasie zabiegów, wiem, że sobie poradzisz. Tak. Te pytania, które zadawałeś, te spostrzeżenia…

— Tak pan sądzi?

— Tak jest. Za pierwszym razem wykonasz to wolniej niż inni, ale i nie będziesz działał automatycznie. Taki automatyzm przyjdzie sam, kiedy nabierzesz już wprawy. Tak. Zapamiętaj, Marku, że zawód chirurga jest najbardziej narażony na powstanie ogromnego, nadętego ego. Zminimalizujesz to, jeśli nie wyłączysz wątpliwości. — Magnuszewski pokiwał głową. — Wątpliwości musisz mieć cały czas, inaczej ignorancja cię zeżre od środka, nawet nie zauważysz. Tak.

Marek usłyszał za sobą dźwięk wózka łóżkowego. Spojrzał w tamtą stronę. Na wózku siedziała piękna, młoda dziewczyna z kruczoczarnymi włosami prawie do pasa i wyrazistymi, kobiecymi kośćmi policzkowymi. Nie tego się spodziewał. Prawdę powiedziawszy, widział oczyma wyobraźni chorego, bez płci, u którego ropień na łydce wybija się ponad inne cechy, tymczasem wjechała na salę jakże atrakcyjna dziewczyna. I to do tego tylko w koszulce i majtkach. A nogi miała wyjątkowo zgrabne. I seksowne. Marek zmierzył ją wzrokiem, udał, że nie zwrócił uwagi na te nagie nogi, i powiedział do pielęgniarki, która wprowadziła wózek:

— Proszę chorą położyć na stole.

Doktor Magnuszewski przysunął się do Marka i kiedy inni nie patrzyli, trącił go znacząco ramieniem. Zbliżył się do ucha Marka i wyszeptał:

— Tylko nie pomyl cięcia z rżnięciem.

Marek mało nie parsknął ze śmiechu. Całe napięcie, które się w nim zbierało, właśnie zostało rozładowane. Zastanowił się, czy był to świadomy zabieg doktora prowadzącego, bo widział spięcie Marka, czy zwykły, powtarzany często wśród chirurgów żart. Jednocześnie Marek zdał sobie sprawę, że jeszcze przed chwilą czuł odrobinę podniecenia seksualnego, którego się u siebie brzydził, a teraz wszystko minęło. Czy gdyby nie ten żart, byłby w stanie operować tę piękną kobietę?

Sam zabieg nie stanowił dla Marka problemu. Najpierw znieczulenie miejscowe w postaci zastrzyku powyżej rany, choć to prawdopodobnie było na wyrost, gdyż w okolicach ropnia nerwy były już martwe, potem odkażenie powierzchniowe, aż w końcu jedno porządne nacięcie skalpelem, opróżnienie rany z zebranej ropy i sprawdzenie, czy gdzieś głębiej nie kryje się dodatkowy pęcherz zapalny. Markowi najtrudniej było wykonać to ostatnie, gdyż cały czas miał obiekcje, czy pacjentka nie będzie czuła tego, co on robi, a grzebał w ranie naprawdę głęboko. W czasie całego zabiegu był tak spięty, że nie odezwał się słowem do pięknej kobiety. Jedynie Magnuszewski rozśmieszał ją cały czas. Na koniec, kiedy przemył ranę i zaszył skórę, zostawiając na wierzchu niewielki dren do osuszania, spojrzał dziewczynie w oczy i powiedział, że wszystko będzie dobrze. I dopiero wtedy zaczął się martwić, mimo iż dwukrotnie sprawdzał, a poza tym Magnuszewski też to kontrolował. Nawet po odejściu od stołu pojawiła się taka myśl, że może przeoczył jakiś pęcherz ropny. Lecz były to jedynie obawy spowodowane brakiem doświadczenia.

Kiedy już przebrał się w normalne ciuchy, całe napięcie zaczęło mijać. Stres znikł, bo zabieg przebiegł pomyślnie, a pozostała satysfakcja i ulga. Wracając do domu, doznał euforii. Wszystko kojarzyło mu się pozytywnie. To, co jeszcze poprzedniego dnia postrzegał negatywnie, teraz jawiło się przyjemnie. Nawet zdarzenie z prosektorium nie budziło wstrętu czy poczucia winy. Ot, coś takiego go kiedyś spotkało i tyle. Wysiadł pod domem z samochodu, wyprostował się jak dumny orator i powiedział do siebie półgłosem:

— No, chłopie, dokonałeś tego!.

Dopiero gdy przekraczał próg domu, przypomniał sobie słowa doktora Magnuszewskiego, że zawód chirurga jest najbardziej narażony na wielkie ego. Zdał sobie sprawę, że właśnie to zaczęło się dziać u niego samego. A nie chciał tego, pragnął żyć w zgodzie z tym, co usłyszał w kościele — aby być pokornym i skromnym. I zobaczył swojego ojca, który za każdym razem, gdy Marek coś przeskrobał, stosował drobne kary. To wywołało efekt, żeby nigdy nie zamiatać pod dywan swoich win i niedoskonałości. Bo Marek zdał sobie sprawę, że przestał mieć wątpliwości, czy przypadkiem nie popełni błędu, a przecież według słów Magnuszewskiego wraz z brakiem wątpliwości rodzi się ignorancja. Poczuł, że musi zachować wątpliwości. Musi! Ale na tę chwilę tego nie potrafił…

* * *

Wieczorem zadzwonił do Lidii, aby nieco oderwać się od buzujących myśli, które zostały wywołane przez pomoc Stefanowi. To, co powinno być dla lekarza rutyną, teraz wywoływało w Marku zawrót głowy, ale i przypływ poczucia szczęścia. Wystarczyły cztery lata podświadomego głodu do leczenia ludzi, aby drobna pomoc medyczna potrzebującemu wywołała w nim istną lawinę emocji. Opowiedział Lidii o tym, że komuś pomógł i że teraz go roznoszą emocje. Ona tylko wysłuchała i nie skomentowała tego ani słowem. Umówili się na następny dzień u niego w domu.

Wieczorem nie mógł usnąć. Położył się spać przed północą, wziął książkę, aby poczytać, ale nie mógł się skupić na treści. Gdzieś z tyłu głowy buzowały wywołane zdarzeniem z minionego dnia wspomnienia dawnych czasów, gdy robił wszystko, aby zostać kardiochirurgiem. Pierwszy raz od czasu tamtego tragicznego dnia pomyślał, że jest z nim coś nie tak, że cała ta decyzja o prowadzeniu zakładu pogrzebowego to krzywdzenie samego siebie. Dlaczego wybrał akurat zakład pogrzebowy, a nie na przykład inną pracę związaną z medycyną? Mało to jest zawodów pokrewnych? Owszem, tu pieniądze są większe, ale zadał sobie pytanie, czy kiedykolwiek w życiu skusiły go właśnie pieniądze. Odpowiedź była jedna: nie. Kierował się w życiu innymi pobudkami, czasem nie do końca świadomymi, lecz zawsze dalekimi od względów finansowych. Cóż więc stało się tym razem? Dlaczego jest — upraszczając — grabarzem?

Zasnął nad ranem, kiedy już zaczynało świtać.

Wieczorem dotarła do niego Lidia. Najpierw chciał przygotować kolację, dokładnie posprzątać dom, ale dopadła go bezsilność i ograniczył się tylko do jako takiego uprzątnięcia salonu i zamówienia sushi na wynos z pobliskiej restauracji. Wiedział, że Lidia gustuje w sushi. On mógł je zjeść, ale nigdy nie przepadał. Myślał też przez chwilę o wymianie pościeli na nową, bo gdy kobieta przyjeżdża do domu mężczyzny, wszystko może się zdarzyć, lecz od razu dopadły go wspomnienia tamtego tragicznego dnia. Gdyby chociaż coś złego stało się bezpośrednio z powodu błędu lekarskiego, jaki on sam popełnił przy opiece po operacji, to wiedziałby, co poszło źle, a tak wszystko zmierzało w dobrym kierunku, ale i tak stała się tragedia. Markowi najtrudniej było zaakceptować fakt, że całe dobro w postaci opieki medycznej obróciło się przeciw życiu. Może gdyby Jacuś był jeszcze w szpitalu, nie wydarzyłaby się ta tragedia.

Gdy Lidia już siedziała przy stole i jadła sushi, Marek wyszedł do kuchni i przyniósł butelkę czerwonego wina.

— Sam robiłeś? — spytała, wskazując na sushi.

— No coś ty. — Zaśmiał się. — Choć, przyznam, myślałem, aby zrobić coś własnego. Ale wtedy nie byłoby to sushi.

— Jak nie miałeś ochoty, to dobrze, że zamówiłeś. A gdzie takie sprzedają?

— Kilka ulic dalej, taka mała knajpka, tyle że współpracująca z Uber Eats.

— Fajnie tam jest?

— Fajnie. Jak chcesz, następnym razem możemy tam pójść.

— Nieee! — nieco podniosła głos.

— Czemu?

— Nie lubię się pokazywać… — Pokręciła głową.

Marka to zastanowiło. Która kobieta nie chce się pokazywać, nie pragnie być zauważana i podziwiana.

— A smakuje ci? — spytał po chwili.

— Tak, bardzo. Jedno z lepszych sushi, jakie jadłam ostatnio.

— A wina, rozumiem, napijesz się? — Uniósł butelkę.

— Tak, z chęcią. — Na chwilę zamilkła. — Czerwone wino do sushi. — Uśmiechnęła się. — Lubię czerwone — dopowiedziała.

— Potem zamówię ci taksówkę — nagle wypalił. Aż sam się zdziwił, że zrobił to tak automatycznie, z taką pewnością. W końcu czy nie powinno być tak, że mężczyzna próbuje zatrzymać kobietę na noc?

Lidia nawet nie zareagowała na te słowa, po prostu jadła. Po kilku chwilach powiedziała:

— Miło mi będzie, jak zamówisz taksówkę. — Oderwała się od jedzenia i bardzo szeroko uśmiechnęła, spoglądając mu w oczy. — Tak, jesteś wyjątkowym mężczyzną — dodała.

Godzinę później siedzieli na kanapie i kończyli drugą butelkę wina. Marek spytał:

— A co ty w zasadzie robisz na co dzień? Gdzie pracujesz?

— Hmmm — zawahała się. — W sumie miałeś nie pytać o mnie, ale chyba to głupie.

— Faktycznie, przepraszam.

— Nic się nie stało. To normalne, że ludzie lubią wiedzieć o sobie takie rzeczy. — Przełknęła łyk wina. — Pracuję jako kierownik niewielkiego działu w sporej korporacji. A poza tym bywam w przytułku dla bezdomnych.

— Bywam? — dopytał.

— No tak. Ale niepotrzebnie o tym wspominałam. Zostawmy to.

— Ale ja chciałbym wiedzieć.

— Chciałbyś? — zapytała jakoś dziwnie. — Wszystko chciałbyś wiedzieć? — Zaśmiała się. — Kto mniej wie, spokojniej żyje.

— Czyli nie powiesz? — Nalał po jeszcze jednej lampce wina, opróżniając butelkę.

— Nie. — Zaśmiała się nieco demonicznie.

Marek pierwszy raz poczuł, że jest z nią coś nie tak. To nie jest zwyczajna kobieta. Zdecydowanie coś leży gdzieś na dnie jej duszy, tego zaczynał być pewien. Czy to ma związek z tymi notatkami, o których nie chciała mówić?

Robiła się już dość późna godzina, Lidia wypytywała go o studia, o staż, ale o powody porzucenia zawodu nie. Marek zwrócił na to uwagę. I był wdzięczny, że nie musi sam się do tego cofać. Zrozumiał, że zarówno on, jak i ona mają coś wspólnego, to fakty z życia, o których najchętniej by zapomnieli. Czy to znak, aby spróbował się z nią związać? Może to już czas po tych czterech latach?

— Będę już jechała. — Wstała z kanapy. — Zamówisz mi taksówkę?

Teraz, po tej długiej rozmowie Marek poczuł, że chciałby, żeby została na noc. Nawet nie za bardzo myślał o niej seksualnie, ale zdecydowanie stała mu się bliższa emocjonalnie.

— Już? A może byś… — zawiesił głos.

— Tak jest dobrze — odpowiedziała natychmiast. — Nawet nie wiesz, jak jestem ci wdzięczna za ten kończący się w taki sposób wieczór. Innego pożegnania na tę chwilę bym nie chciała.

— Naprawdę? — spytał niepewnie.

— Tak. — Po chwili bezsilnie opadła na kanapę i zasłoniła twarz.

Chciał zareagować, przytulić ją, ale Lidia spojrzała na niego i stwierdziła bardzo ostro: — Nie przejmuj się, to taka moja lekcja prawdziwego życia. Jak to śpiewała Antonina Krzysztoń: takie moje wędrowanie, zasłużyłam sobie na nie.

— Ponownie wstała, a kiedy ruszył do niej, wyciągnęła rękę jako znak stopu. — Mam to, na co zapracowałam przez wiele lat. — Wyszła gwałtownie do toalety.

Kiedy już wsadził Lidię w taksówkę i wrócił do domu, jemu samemu zakręciła się łezka w oku. Spotkał kobietę z prawdziwymi problemami. Czy właśnie to wyczuł, zaczepiając ją wtedy na leśnym parkingu?

2 myśli w temacie “Samotność Boga — cz. VIII

  1. Muszę powiedzieć, że postać Lidii przy pierwszych dwóch spotkaniach z bohaterem w lesie i restauracji wydała mi się… dziwaczna. Ich dialogi były dość nietypowe. Ale widzę, że i ona dźwiga jakiś bagaż doświadczeń, pewnie dość przykrych. Ciekawi mnie, co ją gryzie.

    „Andrzej jest dentystą, jak planował, i pracuje z Luxmedzie” – literówka.

    „To się nazywa ignorancja cudzych potrzeb” – ignorowanie, nie ignorancja. Ignorancja oznacza brak wiedzy, niedouczenie.

    Pozdrawiam.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s