Samotność Boga — cz. VII

Samotność Boga — cz. VII

Gdy dojeżdżał do Lidii, pomyślał po raz kolejny, że może czas zmienić swoje życie. W końcu od czasu Jadzi nie spotykał się z żadną kobietą. Czyżby już był gotów? Może przez ten cały czas pracy ze zmarłymi coś się w nim zmieniło? Jadąc, przeżegnał się i zaczął modlić, czego nie robił od dawna. Bardzo wierzył w Boga, nigdy nie zwątpił, ale żadnych, nawet najmniejszych obrzędów czy jakichkolwiek działań nie czynił chyba od czasu feralnego zdarzenia w prosektorium. Zadał Bogu pytanie, czy przez tę pracę ze zmarłymi już odkupił swój grzech nieczystości i to w stosunku do zmarłej kobiety. W końcu stanął przed drzwiami Lidii i zadzwonił.

— Proszę, wejdź — przywitała go z bardzo smutną miną.

— Coś się stało? — spytał od razu.

— Nie, wszystko w porządku. Wszystko. — Przymknęła oczy jakby z bólu.

— Niestety dziś znajomy miał badania i nie mogłem się z nim zobaczyć.

— Ktoś bliski?

— W sumie nie, nauczyciel z liceum, spotkałem go po latach, ale obiecałem, że coś dla niego zrobię.

— Trzeba dbać o ludzi — wyszeptała tak cicho, że ledwo usłyszał.

— Dokładnie. Szczególnie jak się ma coś… — nagle urwał.

— Co ma? — spytała.

— Co?… — Zastanowił się, nie chcąc zwierzać się za bardzo.

— W sumie nieważne. Każdy coś tam pewnie ma. — Nagle się ożywiła. — To zrobisz coś dla mnie?

— A co? — Poczuł dreszcz na samą myśl o badaniu medycznym.

— Ale poproszę cię o to tylko pod warunkiem, że zrobisz to z chęcią. Jeśli masz się zmuszać, to od razu dajmy temu spokój.

— Czy…? — chciał spytać, czy to badanie lekarskie, ale nie był w stanie się przemóc.

— Tak, tylko jeśli to zrobisz z chęcią. Teraz mi obiecaj, że jeśli będzie ci to nie na rękę, to odmówisz.

— Ale…

— No, obiecaj już teraz — przerwała mu.

— Ale…

— Bo nic nie powiem. No, już! — ponagliła.

— No dobra, niech ci będzie.

— Obiecaj. Powiedz: obiecuję.

— Że niby to takie ważne? — Uśmiechnął się.

— Tak, dla mnie tak. Obiecaj.

— Ok, obiecuję.

— No dobrze. Dziękuję. — Wyciągnęła rękę i kiwnęła, aby poszedł za nią i ruszyła do innego pokoju. A on jej śladem.

Idąc, zastanawiał się, co ma zrobić: przecież badanie lekarskie jest niemal ponad jego siły, czy więc ma spełnić obietnicę i powiedzieć, że będzie musiał się zmuszać, czy jednak zrobić, co powinien i tym razem skłamać? Gdy stanęli pośrodku drugiego pokoju, powiedziała:

— Więc… chcę… abyś… — składała słowa. Wyraźnie to, co miała powiedzieć, nie przychodziło jej lekko. — Chcę, abyś — wskazała na leżący pod ścianą karton — złożył mi półkę. Ja do tego mam dwie lewe ręce. — Spojrzała mu badawczo w twarz.

Marek zaniemówił. Poczuł jednocześnie niewyobrażalną ulgę, jak i konsternację. Takiego obrotu spraw to się nie spodziewał.

— Oczywiście, że zrobię to z przyjemnością — odparł i zaczął się śmiać.

— Przepraszam, że będę wścibska, ale czemu się śmiejesz?

— Bo — zaśmiał się na cały głos — nie tego się spodziewałem. — Spojrzał jej w twarz i pokiwał głową.

— Aha! — Odwzajemniła śmiech. — No tak, to byłoby dość normalne. — Wzięła go odruchowo za rękę i potrząchnęła, jakby chciała pogratulować.

— No, ja ci daję taką wizytówkę, dlaczego więc ty nie miałabyś chcieć, abym cię leczył.

— Następnym razem poproszę właśnie o to. — Nie przestawała się śmiać.

— No dobrze. — Schylił się do kartonu. — Masz jakiś śrubokręt? Bo ja nic nie mam.

— Tak. — Odwróciła się i wyjęła z szuflady plastikowy pojemnik z narzędziami. — Tu jest kilka śrubokrętów.

Kiedy zaczął składać szafkę, Lidia najpierw przyglądała się, ale chwilę potem wyszła. Jak mu się wydawało, zamknęła się w łazience. Zastanowił się, że Lidia albo musi być samotna, że nie miała kogo poprosić o skręcenie tej półki, albo wybrała specjalnie jego. A jeśli jego, znaczy, że to był niejako pretekst do spotkania. A skoro pretekst, to jej zależy. Czy to dobrze? Chyba nie za bardzo, bo on sam nie wiedział, czy jemu zależy i czy chciałby, aby zaczęło zależeć. Może jest gotowy na związek, a może nie. Na dobrą sprawę chyba wygodniej było mu, aby nic w swoim życiu nie zmieniać. Przynajmniej na dużą skalę. Owszem, w jakiś sposób cieszył się, że może jej pomóc, cieszył się, że do niej przyjechał, ale wiedział, że od skoku na zbyt głęboką wodę może po prostu utonąć. Wszystko powoli. Tyle że często kobiety wolą, jak coś się dzieje dynamicznie, szybko. Ale czy mu w ogóle zależało, aby spełniać oczekiwania Lidii czy jakiejkolwiek kobiety? Chyba nie.

* * *

Z jakiegoś powodu przypomniał sobie, co działo się po operacji Jacusia:

– Panie doktorze, nie można dać mu już większej dawki klindamycyny – powiedziała pielęgniarka opiekująca się Jacusiem.

– Tak wiem. Ale jak tak dalej pójdzie, zakażenie rozszerzy się i obejmie nie tylko skórę i mostek, ale może dojść do serca.

– Specjaliści od mikrobiologii mówili, że klindamycyna zahamuje ten proces. Panie Marku, niech pan im zaufa. Ja wiem, że pan chciałby sam zajmować się wszystkim, ale powtarzam, niech pan im zaufa.

– Ja współoperowałem, więc i ja muszę o niego dbać. Poza tym… – Marek nie chciał mówić, jakie uczucia zaczyna żywić do matki dziecka.

– Panie Marku, po mojemu to pan zbyt czarno wszystko widzi. Ok, wdało się zakażenie, szybko się rozszerzyło, ale od dwóch dni widzimy wyraźne jego zahamowanie.

– Bo… – Marek zwiesił bezsilnie głowę. – Mogę coś powiedzieć w tajemnicy?

– Oczywiście. Ja też nieraz panu mówiłam rzeczy, o których tylko pan wie.

– Bo w takich sytuacjach mam dość. Najchętniej uciekłbym od ludzi, aby nie być już za nich odpowiedzialnym. Czasem budzę się rano i wyobrażam sobie najgorsze, że pacjent umiera. A jak robiłem chirurgię ogólną, to widziałem swoich pacjentów bez nóg, innych, których powtórnie trzeba operować. Wie pani, ile razy wróciłem na salę operacyjną, aby policzyć narzędzia i upewnić się, że niczego nie zostawiłem w pacjencie? Wszystko, co złe, co tragiczne, jawiło mi się, że nastąpi po operacji. Czasami myślę, że chyba tylko nadaję się do kopania rowów, albo do innej pracy, w której nie da się nikomu zaszkodzić. Ech…

– Marku?… Mogę tak mówić?

– Tak.

– Ja miałam podobnie, dopóki się nie związałam i nie wyszłam za mąż. Widziałam wszystko z ciemnych barwach.

– Ale – Marek nie mógł powiedzieć koleżance o swoich problemach ze zbliżaniem się do kobiet.

– Mąż sprawił, że zaakceptowałam się taką, jaka jestem. I teraz widzę wszystko zupełnie inaczej. W kolorach.

– Gdyby to było takie proste…

* * *

W pewnym momencie usiadł na środku podłogi z jedną ścianką szafki w rękach i wpatrywał się tępo w fakturę przypominającą słoje drzewa. Miał skojarzenia z trumną. Wręcz nie mógł się od tego uwolnić. Jednocześnie to skojarzenie wywołało następne i następne. Zatrzymał się na tym, że ściskał półkę z całych sił, próbując nie pozwolić, aby wspomnienie tego, co zdarzyło się w prosektorium, zawładnęło nim na tę chwilę. W jakiś sposób liczył na to, że coś uda mu się stworzyć z Lidią, ale też pamiętał, co stało się z Leną. Wobec tego był niegdyś bezsilny. Czy nadal tak będzie?

— Dość — powiedział na głos i od razu się zreflektował, że na pewno usłyszała to Lidia.

Za chwilę przyszła do niego i powiedziała:

— Widzę, że masz dość, więc daj spokój, poradzę sobie jakoś.

Marek gwałtownie zerwał się z podłogi i chwycił śrubokręt.

— Nie, ja tylko tak sam do siebie, na inny temat — odparł ze złością.

— Ale… — chciała coś powiedzieć, lecz jej przerwał:

— Zrobię to, bo tak chcę. I będę z siebie dumny.

— Obiecałeś… — Uśmiechnęła się.

— Tak, właśnie obiecałem i mówię, jak jest. Chcę to zrobić. Muszę!

— Musisz? — spytała niepewnie.

— Tak, muszę. I nie dyskutuj.

Gdy już siedzieli przy skręconej półce stojącej pod ścianą i popijali herbatę, Lidia wyszeptała:

— Nie wiem, czy mieć wyrzuty sumienia czy nie. Nie zrobiłeś tego z chęcią. — Pokręciła głową.

— Najważniejsze, że teraz jestem z siebie dumny i nie żałuję. Liczy się stan końcowy.

— Stan końcowy… — Uśmiechnęła się, jak się Markowi wydało, ironicznie.

— Tak, stan końcowy — powtórzył. Poczuł, jak bardzo istotny dla niego jest teraz stan końcowy. Przecież jego firma zajmuje się właśnie stanem końcowym.

— A co z tym, co było wcześniej? To się nie liczy?

— Nie, ważny jest stan końcowy — niemal perorował.

— A jeśli przed tym stanem końcowym wszystko było nie tak?

— Na przykład co? — spytał, choć z tyłu głowy pojawiła mu się sytuacja z prosektorium. Poczuł po raz kolejny, że ma dość. Nie chciał dalej tego ciągnąć. Pójść do domu i zaszyć się w czterech kątach — to było jego marzenie.

— Aaa… — Zrobiła niewesołą minę, machnęła z rezygnacją ręką i wyszła z pokoju.

W zasadzie wróciła do niego za kilka chwil, ale oboje nie mówili nic. Marek chciał się odezwać, ale też nie mógł. Wyszedł od Lidii pięć minut później.

Gdy dotarł do domu, poczuł, że nie wytrzyma w czterech ścianach. Lidia wyraźnie poruszyła w nim tę szczególną strunę. Zostawił samochód pod domem, a sam poszedł na długi spacer. Grube chmury pokrywały większość nieba, ale tuż nad horyzontem przecierało się. Który to raz z kolei szedł bez celu ulicami Pruszkowa? Ale czy to było ważne, który? Istotna była chęć oderwania się od tego, co go trzymało w przeszłości. Pojawiła się kobieta, która chciała się z nim spotykać. Dlaczego? Może dlatego, że zaimponował jej jako lekarz? Może dlatego, że nie bał się zaczepić tej kobiety? A może istniał jeszcze inny powód, o którym nawet nie przypuszczał. Przypomniał sobie po raz kolejny Lenę:

* * *

— Chciałam ci tylko powiedzieć, że smutno mi było, że nie wszedłeś — powiedziała przez telefon.

— Przykro mi… — Nie wiedział, co ma powiedzieć. Z jednej strony chciał nie wracać do tamtego zdarzenia, a z drugiej miał ochotę znów się z nią spotkać.

— Rozchorowałam się po tym, jak wyszłam do ciebie na ten deszcz. Nie wiem, ile to trwało, ale chyba wtedy powiedziałam ci wszystko, co czuję. — Rozpłakała się w słuchawkę.

— Tak, wiem. Nie powinnaś wychodzić do mnie na dwór. Czasem potrzebuję, aby chwilę postać na deszczu.

— Chwilę? To trwało z godzinę. Nigdy tak nie zmokłam. Marek, zrób coś ze sobą, bo krzywdę sobie zrobisz.

— Lenko, spotkamy się dzisiaj?

— Słucham?! — wykrzyknęła.

— Chcę się z tobą spotkać.

— Nie ma mowy! Ja już próbowałam, i to nieraz. I za każdym razem jest tak samo: gdy jesteśmy już dość blisko, odbijam się jak od muru. Marek, ja już nie mam siły! — wrzasnęła.

— Lenko, ale ja bym chciał, ale to jest silniejsze ode mnie.

— I właśnie dlatego już nie chcę cię widzieć! Rozumiesz?! Mam tego dość, choć wciąż cię… — urwała.

— Wciąż co?

— Co? Nic! Daj mi spokój i więcej nie dzwoń. Tego się nie da wytrzymać! Nie było dnia, kiedy bym nie zastanawiała się, jak mogę ci pomóc. I kiedy nie czułabym się winna za to, że ty nie możesz. Bo ile razy próbowaliśmy się zbliżyć? Osiem, dziesięć?! I za każdym razem było dokładnie tak samo: ty wycofywałeś się w ostatnim momencie. Marek, ja nie jestem z żelaza! Ani z drewna! Ja czuję!

— Lenko, ja bardzo przepraszam, ja…

— Ja, ja! Czemu ty nie spojrzałeś na mnie, na to, jak ja się czuję?! Ty tylko wycofujesz się, a potem znów dzwonisz. I znów! Czemu nie spojrzysz na mnie? Gdybyś spojrzał, to być więcej nie zadzwonił, bo wiedziałbyś, jak ja cierpię!

— Ale ja patrzę…

— Tak? To czemu to robisz? — spytała już spokojniej.

— Bo za każdym razem mam nadzieję, że będzie dobrze, że dam radę… Ale…

— Właśnie, jest to ale. Marek, ja nie mam siły na dłużej. Czy ty to rozumiesz?… Rozumiesz?

— Tak, chyba tak.

— To jak rozumiesz, to więcej do mnie nie dzwoń. Uszanuj mój spokój i nie dzwoń więcej. — Rozłączyła się.

Marek osunął się po ścianie do pozycji siedzącej, nadal patrząc w ekran, jakby liczył, że Lena jednak zadzwoni. Ale dobrze wiedział, że tego nie zrobi. Do tej pory miał nadzieję, że coś się zmieni następnym razem w jego emocjach i dlatego dzwonił znów i znów. Lecz teraz Lena zrobiła to, co chyba powinna zrobić już dawno. Ale przy okazji odebrała mu ostatnią nadzieję. Bo teraz, kiedy pokazała, aby zwracał uwagę na to, że kobiety też cierpią, musiał definitywnie przestać próbować się z nimi spotykać. Nie po to szkolił się na lekarza, aby teraz przez niego ktoś cierpiał. On miał pomagać. W końcu włożył głowę między kolana, ścisnął z całej siły, aż mu zaszumiało w uszach, i cisnął telefonem o przeciwległą ścianę.

* * *

W pewnym momencie doszedł do parku przy jeziorku i usiadł na jednej z ławek. Położył się i najchętniej przespałby całą noc tam, gdzie był. Spojrzał na odbijające się od pofałdowanej tafli wody światła miasta. Kiedy ostatnio usiadł w tym miejscu? Chyba właśnie na jednym ze spacerów z Leną. Bolało go to, co się stało, ale już się z tym pogodził. Przestał spotykać się z kobietami, więc na swój sposób spełnił wole Leny, żeby nie krzywdzić więcej kobiet. Był kiedyś kilka razy na grupie wsparcia dla osób niepotrafiących stworzyć związku i tam powtarzano mu, że dopóki nie prześpi się z kobietą lub z nią nie zamieszka, nie ma mowy o tym, że ona cierpi z jego powodu. Jak to powiedział psycholog: kobieta też ma prawo decydować, nie tylko on, i niech Marek da im ten wybór — albo dalsze próby, albo niech sama odejdzie, skoro sprawia jej to ból. To zdanie potwierdziło również kilkoro potrzebujących wsparcia. On sam jednak uważał inaczej: nie ma sensu próbować, skoro z góry wiadomo, jak to się skończy. A on już dobrze wiedział, że nie stać go na to, aby stworzyć jakikolwiek związek. Co więc stało się tym razem, gdy zaczepił Lidkę? Czyżby uznał, że Lidka nie będzie cierpiała? Tylko dlaczego mógł tak sądzić? Bo jest na tyle piękną kobietą, że sprawa związków damsko-męskich spowszedniała jej, a może nawet zbrzydła? W końcu każdy pragnie tego, czego mu brakuje. Tak jak ten, co picia ma pod dostatkiem, nie pragnie wody, najedzony nie pragnie jedzenia, a rozbitek samotności, tak i dla pięknej kobiety, którą adorują dziesiątki mężczyzn, związek jawi się bardziej jako jedna z możliwości niż konieczność. Łatwiej więc znieść odrzucenie. Tylko czy Marek mógł przewidzieć, że Lidia zareaguje właśnie tak? A może podszedł do niej wtedy na leśnym parkingu z zupełniej innego powodu, którego nie rozumie?

Miniaturowe fale wywołane łagodnymi podmuchami wiatru rozbijały się o brzeg, a odbicia świateł latarni i okien rozmazywały na powierzchni jeziorka. Marek obserwował to, całkowicie tracąc poczucie rzeczywistości. Kolejny raz magia wody pochłaniała całkowicie jego umysł.

Nagle usłyszał nad sobą głos:

— On nie przeżył.

Marek spojrzał w górę i zobaczył stojącą w czarnym płaszczu kobietę, której twarz nikła prawie w półmroku.

— Dla ciebie to była rozkosz, a dla niego śmierć.

— Słucham? — Marek podniósł się do pozycji siedzącej.

— Co, dobrze się bawiłeś? Ty, lekarz, zamiast o niego zadbać, to dbałeś tylko o swoją przyjemność — mówiła półgłosem kobieta.

Marek spróbował wstać, ale czuł, jakby był przyklejony do ławki. Jednocześnie słowa te brzmiały bardzo prawdziwie.

— O co pani chodzi?

— O twoją rozkosz! — rzekła. — O twoją rozkosz! — usłyszał powtarzające się słowa: — O twoją rozkosz.

Zerwał się do pozycji siedzącej. Wokół panował półmrok. Nie było kobiety, a jedynie wspomnienie snu. Marek przetarł spocone ze strachu czoło.

Gdy następnego dnia wyszedł z firmy po pracy, od razu skierował się do szpitala na Wrzesinie, aby odwiedzić Stanisława. Polubił go, odkąd się poznali. Chyba przede wszystkim za to, że chciał sam ustalić szczegóły swojego pogrzebu. Druga sprawa, że jego dystans do samego siebie i poczucie humoru też sprawiało, że Marek darzył go przyjacielskimi względami. Zaparkował przy ulicy pod szpitalem i ruszył do budynku. Zastanawiał się, co jeszcze Stanisław wymyśli na ten swój przyszły pogrzeb. Dziewczynki sypiące kwiatami? Nie, to byłoby zbyt ckliwe. Może zażyczy sobie kremacji? Choć akurat jego o to nie podejrzewał; kremację zwykle wybierali ludzie młodsi.

Kiedy wszedł na salę, zobaczył, że Stanisław siedzi na łóżku po turecku i gestykuluje rękami jak młodzieniaszek. Marek w progu uśmiechnął się szeroko, bo zrozumiał, że chyba zbyt czarno widział sytuację zdrowotną Stanisława. Może ta marskość wątroby wcale nie jest aż tak zaawansowana?

— Witaj, młody człowieku — zaczął starzec.

— Dzień dobry.

— Usiądź. — Stanisław wskazał krzesło stojące pod ścianą.

— Jak się pan czuje?

— Jak to jak! — zawołał starzec. — Jak tylko mnie wypiszą, poproszę wnuczkę, żeby mnie dodała do jakiejś strony matrymonialnej. Będę szukał żony! — Zaśmiał się na głos. — A może ty pomożesz mi w tym?

— No, panie Stanisławie, nie na portal randkowy, ale zaprowadzę na dyskotekę!

— O, to, to! Tylko muszę sobie jakieś młodzieżowe ciuchy kupić, bo ja to mam same staromodne.

— Nie ma sprawy, pojedziemy do Factory i coś wybierzemy. Co pan preferuje, dżinsy, sztruksy czy może dresy?

— Ajajaj, młody człowieku, widzę, że i ty masz podobne problemy, co ja, toż to sztruksy już niemodne. Nie wiem, kiedy ostatnio kogoś widziałem w sztruksach.

— No tak… — Marek zaśmiał się i pokiwał głową. — To pozostają dżinsy lub dresy.

— Może dresy? Bo tak sobie myślę, że myślenia mam w życiu dosyć, więc może pora zmienić zainteresowania na inne kobiety. — Stanisław podrapał się po głowie.

Marek nie wytrzymał i parsknął śmiechem. A wraz z nim młody mężczyzna leżący na tej samej sali.

— No, to się pośmialiśmy, ale musimy ustalić dalsze szczegóły mojego pochówku.

— Panie Stanisławie, nie może to poczekać, aż pan wyjdzie?

— Nie za bardzo. — Starzec pokręcił głową. — Nie za bardzo — powtórzył.

— Dlaczego?

— Jak by ci to powiedzieć… — Starzec się zastanowił. — To na wypadek, gdybym nie przetrzymał tej dyskoteki. — Zaśmiał się.

— Czyli taki testament? Jak tak, niech będzie.

— Więc, młody człowieku, kolejnym, a zarazem moim ostatnim warunkiem jest… — zawahał się — aby moją trumnę powieziono tradycyjną furmanką. No, wiesz, takim wozem drabiniastym.

— Ale… — Marek chciał odruchowo zaprotestować, bo skąd dziś wziąć furmankę, ale pomyślał, że jeśli będzie trzeba, dołoży z własnych pieniędzy i ściągnie kogoś z jakiejś wioski.

— Żadne ale — upomniał go Stanisław.

— Ale z jednym koniem czy z dwoma? — Marek się uśmiechnął.

— A, jak takie ale, to co innego. — Starzec odwzajemnił uśmiech. — To nie mam wymagań. Może być z jednym.

Do sali weszła Ania, wnuczka.

— Dzień dobry, panie Marku, cześć, dziadku, dzień dobry wszystkim — przywitała się.

— Usiądź, dziecko.

— Proszę, siadaj. — Marek wstał i ustąpił jej krzesła. — Ja już wychodzę, bo dziś mam trochę roboty. — Początkowo miał ochotę posiedzieć dłużej, ale pomyślał, że nie będzie się wtrącał w rodzinne rozmowy, odwiedzi Stanisława innym razem.

Wkrótce wyszedł z pokoju i podążał długim korytarzem. Z każdej z mijanych sal dobiegały go ciche rozmowy, ale i silne szpitalne zapachy. Czuł się jak za dawnych lat, gdy był na specjalizacji i pracował w szpitalu. Nagle z jednej sal wyszła w białym fartuchu jego koleżanka ze studiów.

— Część, co ty tu robisz? — Podeszła i ucałowała go w policzek.

— Cześć, Małgosiu, odwiedzam znajomego. A ty tu pracujesz?

— Tak, przeprowadziłam się do Piastowa rok temu i tu dostałam pracę. A który to twój znajomy? — Rozejrzała się badawczo.

— Tam — wskazał wzrokiem na salę, z której wyszedł — Stanisław Wyrzykowski.

— Ach, pan Stanisław. — Znajoma posmutniała. — A co u ciebie słychać? Może się spotkamy i poplotkujemy?

— Wiesz… — Marek się zawahał, trochę bał się, czy mówić, że nie pracuje w zawodzie, wstydził się przyznać przed koleżanką ze studiów. — W sumie chętnie, choć myślę, że się rozczarujesz.

— A czemu to? Coś nie tak u ciebie?

— Czy nie tak?… — Zastanowił się. — To zależy jak na to patrzeć. To wszystko zależy… — powtórzył.

— Dobra, spotkajmy się, to pogadamy. Masz wizytówkę? Zadzwonię.

— Tak, mam. — Wyjmując portfel, zastanowił się, czy po raz drugi oszukać kobietę i dać jej nieaktualną wizytówkę. Postawił wszystko na jedną kartę i wyciągnął lekarską. Odruchowo chwyciła wizytówkę i włożyła w tylną kieszeń spodni. Odetchnął z ulgą. W sumie co się odwlecze, to nie uciecze.

— Ok, dzięki, muszę lecieć. Zadzwonię. — Pocałowała go ponownie w policzek, odwróciła się i ruszyła w głąb szpitala. — I zadbam o pana Stanisława — rzuciła przez ramię.

Marek wszystkiego by się spodziewał, ale nie tego, że spotka kogoś znajomego. W sumie nic szczególnego w tym nie było, lecz chciał za wszelką cenę uniknąć rozmów na temat tego, czemu zmienił zawód, a osoby z branży na pewno będą pytały o szczegóły. Poza tym Małgosię znał dość dobrze, bo wielokrotnie uczyli się razem do egzaminów, czy chodzili do czytelni. Potem ona wzięła rok urlopu dziekańskiego i wyjechała do Stanów do rodziny. I kontakt się urwał. Ale jak widać, wróciła na uczelnię i skończyła medycynę i na pewno jakąś specjalizację. Co ona chciała robić — internę czy wewnętrzny? To niestety uleciało mu z głowy.

Gdy szedł korytarzem ku wyjściu, przewieziono przed nim mężczyznę na wózku łóżkowym. Przelotnie spojrzał na jego twarz, która wydała mu się dziwnie znajoma. Czy to ten sam mężczyzna, którego widział kilka dni temu? Wtedy również nie mógł skojarzyć tej twarzy z nikim konkretnym. Wózek prowadziły dwie pielęgniarki i wtoczyły go do windy. Marek nawet nie mógł się ponownie przyjrzeć.

Wrócił do domu i zaczął się zastanawiać, skąd do licha wytrzasnąć furmankę na pogrzeb Stanisława. Przecież mieszkając w Pruszkowie, nie widział nigdzie blisko takiej od kilkudziesięciu lat. W sumie, jak kilka miesięcy wcześniej jechał na Mazury, to jeszcze taką dostrzegł, ale przecież nie ściągnie jej z Mazur. Zasiadł przed komputerem i zaczął wyszukiwać w internecie tego jako atrakcji. Bo to chyba jedyne sensowne rozwiązanie, gdyż nawet jeśli znalazłby taką furmankę blisko, ale ta służyłaby do celów gospodarczych, nie wyglądałaby godnie na pogrzebie. Tyle że chyba Stanisław zdawał sobie sprawę, że może tak wyglądać. Ale Marek nie chciał byle czego. Skoro Stanisławowi tak zależy na kilku szczegółach pochówku, to trzeba zadbać, aby wszystko było najwyższej jakości.

Marek nagle zdał sobie sprawę, że teraz, gdy Stanisław jest w szpitalu, zaczyna mu się spieszyć z załatwianiem formalności, podczas gdy wcześniej po prostu przyjmował do wiadomości kolejne wymogi starca. Najwyraźniej zrozumiał, że niewydolność wątroby wywołana marskością jest początkiem końca. A może to tylko czarnowidztwo? Może tak naprawdę Stanisławowi coś chwilowo zaszkodziło, wątroba zaniemogła, ale już będzie lepiej? Z wątrobą wszystko jest możliwe: dopóki nie ma marskości, można z nią żyć i jest szansa, że się zregeneruje, ale marskość jest nieodwracalna. Czemu nie spytał, jak wyszło badanie tomografem?

Następnego dnia, gdy tylko Marek przyszedł do firmy, pomyślał o Stefanie. To był bez wątpienia najważniejszy pracownik, który często pod nieobecność Marka zajmował się wszystkim, co trzeba. W dodatku pojechali razem na ryby, a Marek nawet do niego nie zadzwonił. Już wyciągnął telefon, aby po prostu zadzwonić i odbębnić zwyczajną rozmowę telefoniczną, ale poczuł, że musi, a przede wszystkim chce potraktować go w specjalny sposób, jak przyjaciela. Ile razy Stefan harował po godzinach, aby tylko Marek nie musiał pracować z kobiecymi zwłokami? Ile razy dyrygował pracą innych, gdy Marek tylko siedział w domu, bo dopadła go chandra? Odłożył więc telefon i wyszedł na recepcje porozmawiać z Ewą:

Gdy tylko na nią spojrzał, poczuł, że znów Ewa dusi w sobie coś, czego za chwilę on będzie musiał wysłuchać.

— Ewo, czy odzywał się Stefan?

— Czy odzywał się Stefan… — powtórzyła.

— No tak.

— Nie, nie odzywał się.

— Czyli nadal chory? — spytał głupio.

— Przepraszam, ale to ja powinnam o to pytać lekarza — powiedziała z wyrzutem.

— Ewo, ale…

— Szefie, kiedy pan pieprznie tę robotę i wróci do zawodu?

— Ale…

— Bo już nie da się patrzeć. I słuchać. Pan unika tematów medycznych, jak może, ale ile można? No, ile?

— Ewo! — podniósł głos. — To, że ja ci pozwalam na bardzo dużo, nie znaczy, że masz się wtrącać w moje życie. To moje życie! Rozumiesz? — wypowiedział gniewnie. A kiedy nie odpowiedziała, dorzucił: — Doceniam, że się o mnie troszczysz, ale pozwól, że sam będę decydował, co dla mnie dobre, a co nie. Ok?

— Panie Marku… — zaczęła cichutko.

— I posłuchaj, ludzie nie tak upadają jak ja i żyją. I muszą żyć. Wiele osób na twoim miejscu cieszyłoby się, że ma takiego szefa, który nie załamał się, tylko zaczął wszystko od nowa w innym zawodzie. — Marek już chciał odejść, gdy Ewa cichutko powiedziała:

— Tak czy inaczej jestem z panem.

To go całkowicie zaskoczyło. Przed chwilą niemal zrobiła mu scenę, a teraz wspiera. Odwrócił się do niej i rzekł:

— I jeszcze jedno — powiedział bardzo ostro i przeszył ją wzrokiem. — Od teraz masz nowe zadanie.

— Tak?…

— Masz mi mówić po imieniu. — Uśmiechnął się.

Spojrzała mu niepewnie w oczy, jakby w tym, co powiedział, czaił się podstęp. Po chwili odparła:

— Dobrze, Mareczku. — Gwałtownie wstała zza lady i poszła do toalety.

Sam wszedł z powrotem do gabinetu, jeszcze raz wyciągnął telefon, czy nie zadzwonić do Stefana, w końcu schował telefon do kieszeni, ubrał się i wyszedł.

Cóż miała znaczyć ta scena? Czyżby dawał jej zbyt dużo luzu i dlatego Ewa uważa, że może sobie pozwolić na krytykowanie szefa? Marek nie chciał tego zmieniać, czuł się dobrze, gdy pracownicy mieli dużo luzu, zdecydowanie wolał to niż rygor czy bicie pokłonów. A jednak teraz zaczął się zastanawiać, czy robi słusznie. Jeszcze do tego na koniec zmniejszył dystans między nimi, każąc jej mówić sobie po imieniu. Czy to przypadkiem nie doprowadzi do czegoś jeszcze gorszego? A może właśnie przez to Marek dał jej do zrozumienia, że mogą być jak znajomi czy nawet przyjaciele, tylko niech nie wtrąca się w sprawę jego powrotu do pracy w medycynie. Tak czy inaczej, Ewa chyba wzięła sobie do serca jego słowa, bo to nagłe wyjście do toalety mogło świadczyć o wzbierających emocjach.

Dotarł pod dom Stefana pół godziny później, bo ten mieszkał za Grodziskiem Mazowieckim. Marek nigdy tu nie był, znał jedynie adres, więc wysiadł z samochodu niepewnie i spojrzał na tabliczkę z numerem, a potem na skrzynkę na listy. Wszystko się zgadzało, tu mieszkał jego pracownik. Rozejrzał się po okolicy. Posiadłość znajdowała się na końcu miasteczka, jako ostatnia w stronę Żyrardowa. Większość terenu pokrywały zwyczajne podwórza i łąki, a dom Stefana czaił się w dość gęstych zaroślach, spośród których wybijały się bzy, dalej kilka sosen i brzóz. Marek pomyślał, że fajnie byłoby mieszkać w takim miejscu. On zajmowałby się pracą, a jego kobieta tylko domem. Właśnie, ilekroć myśli o domostwie, widzi obok siebie kobietę. A przecież nie robi nic, aby stworzyć związek. Jak ma być więc szczęśliwy?

Po chwili namysłu zadzwonił do furtki, naciskając mały czerwony przycisk starego dzwonka. Drzwi wejściowe się otworzyły i pojawiła się kobieta w średnim wieku w czerwonym szlafroku.

— Słucham — zaczęła.

— Dzień dobry, jestem szefem Stefana. Przyjechałem go odwiedzić.

Kobieta gwałtownie na niego spojrzała, zmierzyła wzrokiem, delikatnie się uśmiechnęła i odparła:

— A, to pan. Proszę. — Nacisnęła przycisk za drzwiami, który odblokował furtkę.

— Jak się Stefan czuje? — spytał, przekraczając próg.

— Sam go niech o to spyta. Ja tylko powiem, że w ogóle nie może się ruszać.

Marek wszedł do pokoju, gdzie pod ścianą stało posłane łóżko, a w nim Stefan.

— Dzień dobry, szefie! — Stefan odruchowo szarpnął się, aby wstać, ale złapał się za brzuch, zwinął w kłębek i zasyczał z bólu.

— Aż tak niedobrze? — Marek zwrócił się do kobiety.

— No, nikt nie wie, co mu jest. Co się nie poruszy, to zwija się z bólu.

— Już… — zaczął Stefan — dobrze, szefie. — Powoli położył się na boku, a pod głowę podłożył sobie poduszkę.

— Czyli byłeś u lekarza? — spytał Marek.

— Tak, byłem, a właściwie lekarz był tu. Potem kazali jechać na EKG, ale serce to ja mam zdrowe jak dzwon.

— A co ci dokładnie jest? — zaciekawił się Marek.

— No, tu — wskazał na mostek i okolice żeber po lewej stronie — boli jak diabli. Co się nie ruszę, to kłuje, jakby ktoś nóż wbijał.

Marek na chwilę zamarł w bezruchu. Zastanawiał się, czy spróbować zbadać pracownika. Z jednej strony miał ku temu stosowną edukację, ale przecież nikogo nie badał od ponad czterech lat. I wahał się nie dlatego, że miał przerwę, ale dlatego, że to budziło wspomnienia. Jakże bolesne wspomnienia. Bo ile można poświęcić na to, aby w końcu pójść na całość, a efekt jest najbardziej tragiczny, jak można sobie wyobrazić. Kilka lat człowiek nie ma dość sił, aby na coś się zdecydować, a gdy wreszcie tego dokonuje, wszystko obraca się przeciwko niemu. W końcu Marek drgnął z miejsca, gwałtownie rozpiął kurtkę, rzucił ją na pobliski fotel i ruszył w stronę kolegi.

— Czy szef?… — Stefan zaczął, ale nie dokończył.

— Tak, zamierzam cię zbadać — odparł Marek bardzo ostro.

— Ale już lekarz badał — wtrąciła kobieta.

— Basiu, to jest właśnie lekarz. I to nie byle jaki — odpowiedział Stefan.

— Ale przecież pan prowadzi zakład pogrzebowy… — wypowiedziała niepewnie.

— Tak, ale pan Marek jest po medycynie. To kardiochirurg.

— K-a-r-d-i-o-c-h-i-r-u-r-g — wysylabizowała Barbara.

Marek podszedł do Stefana, ale zawrócił i spytał kobietę:

— Gdzie mogę umyć ręce?

— Tu jest ubikacja. — Kobieta wskazała drzwi w głębi korytarza.

Gdy już umył ręce, podszedł ponownie do Stefana i rzekł:

— Podwiń piżamę i pokaż dokładnie, gdzie cię boli.

— O, tu — Stefan pokazał całkiem sporą powierzchnię od mostka aż po bok. — I kłuje przy oddychaniu.

Marek dotknął i zaczął delikatnie naciskać.

— A jakbyś miał określić, to boli cię jakoś bardzo głęboko?

— No właśnie nie. Mam wrażenie, jakby to same żebra mnie bolały, a nie głębiej.

— A mówiłeś to lekarzowi?

— Tak.

— I co, skierował cię na EKG, a gdy to wyszło w porządku, przypisał tylko środki przeciwbólowe?

— No tak. To mówiłem jej, że to nie serce.

— No, w sumie zawsze w takich przypadkach należy sprawdzić serce, bo bóle od serca różnie się objawiają. Ale w tym przypadku powinny ci pomóc proszki przeciwzapalne. To jest zapalenie nerwu.

— Zapalenie? — spytał Stefan?

— Tak. Słyszałeś kiedyś albo miałeś tak zwane korzonki?

— Sam nie miałem, ale mój ojciec miewał.

— No, jest to odpowiednik korzonków, tyle że w tym akurat miejscu.

— Naprawdę? Ale szefie, to tak boli, że ruszyć się nie idzie, nawet po prochach przeciwbólowych.

— Tak to się właśnie objawia.

— Czyli jakie leki mam brać? — spytał niepewnie Stefan.

— Zwyczajny Voltaren, tyle że w tabletkach, w wersji forte. I do tego aspirynę.

— Ten voltaren, co reklamują?

— Ten sam. Niech żona kupi. — Wyciągnął z kieszeni kartkę, długopis i zapisał nazwę. — Voltaren Acti Forte i masz go brać przez cztery dni po trzy tabletki. Potem należy odstawić. A jak nie przejdzie, to odczekać ze dwa dni i znów powtórzyć. Ale myślę, że powinno pomóc po tych kilku dniach.

— I to wszystko?

— Nie, do tego dużą dawkę witaminy B-complex przez kilka tygodni. A właściwie to jak długo cię to już boli?

— No, od trzech dni, przedtem byłem po prostu mocno przeziębiony.

— Tak, to często zaczyna się od przeziębienia. I masz sporo szczęścia, że tak szybko zaczniesz brać Voltaren, bo takie nieleczone zapalenie potrafi skutkować trwałym uszkodzeniem nerwu. Robi się coś w rodzaju blizny i do końca życia mogłyby łapać cię w tym miejscu bóle i skurcze.

— Szefie, dziękuję.

— Dziękujemy — dodała Barbara.

— Dobrze, że przyjechałem. Na coś się przydałem. — Marek szeroko się uśmiechnął.

Gdy wracał do zakładu, czuł się wspaniale. W sumie sporo energii kosztował go chwilowy powrót do leczenia, ale zdecydowanie nie żałował. Włączył radio i rozkręcił głośność. Rozkoszował się jednym z przebojów zespołu A-ha. Pomyślał, że cała ta jego rezygnacja z leczenia może i miała swoje podstawy, może musiał to zrobić, ale na tę chwilę ten jeden raz okazał się zbawienny dla jego samopoczucia. Czy to coś trwale zmieni w jego życiu?

6 myśli w temacie “Samotność Boga — cz. VII

    1. Dzięki.
      Widzę, że Ty, Basia, traktujesz Marka nieco z pobłażaniem. Tak to brzmi z Twojego wpisu. W sumie racja, bo kto normalny grzebie ludzi, zamiast ich leczyć?
      Ja tylko powiem, że czasem tak bywa, że człek chciałby czegoś, a świadomie decyduje sie na co innego, bo nie ma ochoty i sił użerać się ze sobą samym. Tak to niestety bywa w życiu.

      Pozdrawiam

      Polubione przez 1 osoba

      1. Grzebanie ludzi też jest potrzebne, robi to solidnie, chwali mu się. Wcale nie musi leczyć, do tego jest więcej chętnych niż do godnego pochówku. Mnie bardziej martwi ten człowiek, że nie umie wytłumaczyć sobie, że powstanie członka na widok martwego ciała przepięknej kobiety to nic złego. Zdarzyłoby się niejednemu. Niepotrzebnie się karze i niszczy sobie życie. Ale rozumiem, że jest wrażliwym człowiekiem i wygląda jakby skazanym na samotność. Ale samotność nie jest zła, tak jak ją malujemy. Szkoda tylko, że ma tak złe relacje z mamą, że pozwala, aby skomlała pod drzwiami, ale widocznie nie ma siły na bycie z nią, na rozmowę, czy zrozumienie jej zmartwienia. Człowiek niby taki sam, a jaki różny. Pozdrawiam, miłej niedzieli, Antku

        Polubione przez 1 osoba

      2. Tak, samotność nie jest zła, czasem jest nawet lepsza niż związek, wszystko zależy od tego, czego człekowi brakuje.
        A z matką ma raczej dobre relacje, a to, że jej nie otworzył, oznacza, że matka nie rozumiała jego. Tyle lat go wychowywała i nie była w stanie przewidzieć, jak Marek zareaguje. I że Marek potrzebuje samotności.

        Pozdrawiam.

        Polubienie

  1. Myślę, że głównym problemem Marka jest to, że boi się poznać samego siebie. Dlatego tak się miota. Zamiast stanąć twarzą w twarz ze swoim problemem, uciekł, zanim jeszcze zdołał go do końca zdefiniować.

    Jedna tylko poprawka:
    „Tak jak ten, co picia ma pod dostatkiem, nie pragnie wody, najedzony nie pragnie jedzenia, a rozbitek samotności” zabrakło myślnika: a rozbitek – samotności.

    Pozdrawiam.

    Polubione przez 1 osoba

    1. Dzięki, Gabrielu.

      No cóż, Marek taki jest i musi z tym jakoś żyć. Czasem ludzie nie potrafią stanąć twarzą w twarz ze sobą samym, z różnych powodów. I ta nieumiejętność przybiera czasem przeróżne formy: od kogoś, kto się poddał i wylądował na ulicy, do przemocowca, który tylko tak potrafi siebie samego traktować. Marek akurat był bliżej tego pierwszego, ale jak widać, nie poddał się i walczy.

      Poprawkę wprowadziłem.

      Pozdrawiam

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s