Samotność Boga — cz. VI

Samotność Boga — cz. VI

Kilka dni później, gdy Marek siedział w swoim gabinecie, zadzwonił telefon. Niechętnie spojrzał na wyświetlacz, który oznajmiał, że dzwoniła Ania, wnuczka Stanisława. Markowi przez głowę przebiegło mnóstwo myśli. Pewnie znów starzec chce się spotkać i ustalić kolejne szczegóły własnego pogrzebu. Niby na tym polegała praca Marka, aby organizować pogrzeby, więc był do tego przyzwyczajony, jednak wysłuchiwanie ostatnich życzeń kogoś, kogo lubił i niezwykle szanował, nie należało do jego ulubionych zajęć. Najchętniej zleciłby ustalenie tych wszystkich szczegółów Ewie lub Stefanowi, ale po pierwsze Stefan był na chorobowym, Ewy nie chciał obciążać po ostatnich zwierzeniach, a po drugie dobrze wiedział, że Stanisław chce rozmawiać tylko z nim. Zanim Marek odebrał, zastanowił się, jakie znów nietypowe rzeczy wpadły starcowi do głowy, bo pomysł z kopnięciem w klepsydrę i muzyka niezwiązana z uroczystościami pogrzebowymi jawiły mu się ekstrawagancko i nie na miejscu. Jeszcze raz spojrzał na wyświetlacz, jakby chciał siłą woli sprawić, aby Ania się rozłączyła. Jednak telefon nie przestawał dzwonić. W końcu odebrał.

— Halo? — odezwał się.

— Dzień dobry, panie Marku. Mam złą wiadomość… — kobieta zawiesiła głos.

Marek zamarł, spodziewał się najgorszego. Natychmiast przebiegł go po plecach zimny dreszcz.

— Tak?

— Dziadek dziś rano trafił do szpitala w ciężkim stanie…

Nastała cisza. Marek pomyślał, że jego obowiązkiem powinna być pomoc medyczna Stanisławowi, bo przecież składał przyrzeczenie nawiązujące do przysięgi Hipokratesa, którego trzeci punkt przecież mówi, że ma przeciwdziałać cierpieniu i zapobiegać chorobom według najlepszej swej wiedzy. Od razu przypomniał sobie wypadek, którego był świadkiem w nocy, a przy którym tylko nieznacznie skorzystał ze swojej wiedzy: mógł zrobić o wiele więcej. W końcu, gdy w słuchawce usłyszał, że kobieta płacze, spytał:

— A co jest dziadkowi?

— Wstępne badania wskazują na bardzo silną niewydolność wątroby.

— Żółtaczka? — spytał, choć zdawał sobie sprawę, że to po prostu kwestia wieku.

— Nie wiadomo, ale raczej nie. Chyba marskość, ze starości.

— A… — Marek składał myśli — dziadek robił sobie wcześniej badania w tym kierunku?

— Nie, wszystko było w porządku. Stało się to nagle… — Ponownie się rozpłakała.

Marek nie wiedział, jak ma zareagować. Po pierwsze Ania nie wiedziała, że był lekarzem, a po drugie zdawał sobie sprawę, że skoro Stanisław trafił do szpitala i zdiagnozowano marskość, to zajmują się nim specjaliści o wiele lepsi w tej kwestii niż on sam. Tyle że czuł się z tym źle. Bo jak miał czuć się dobrze, skoro powinien leczyć ludzi, a tego zaprzestał.

— Wczoraj wieczorem wcześnie położył się spać — mówiła przez łzy — bo powiedział, że jest jakoś zmęczony, a dziś rano już nie był w stanie wstać z łóżka. Bardzo silne zawroty głowy i kompletne wyczerpanie.

— Rozumiem, że chcesz, abym do niego podjechał? — spytał niepewnie.

— Bo dziadek tego chce…

— A co powiedzieli lekarze?

— Jeszcze nic nie mówią, bo twierdzą, że to za wcześnie, ale ja to widzę, że kręcą głowami.

Znów zapanowała cisza. Po raz pierwszy Marek poczuł, że musi tam pojechać i osobiście dowiedzieć się o jego stanie zdrowia.

— A gdzie dziadek leży, w którym szpitalu?

— Na Wrzesinie… Panie Marku, to ja już nie zawracam głowy. Proszę go jak najszybciej odwiedzić. — Zanim odłożyła słuchawkę, usłyszał głośny lament.

Zaraz po rozłączeniu się poszedł do domu. Dobrze wiedział, że powinien jechać do Stanisława już tego dnia, ale nie był w stanie się zmusić. Musiał najpierw pozbierać myśli, a przede wszystkim jeszcze raz zmierzyć się z własną decyzją o porzuceniu medycyny. Zamknął za sobą drzwi do domu i bezsilnie osunął się na korytarzu po ścianie do pozycji siedzącej. Miałby ochotę wyjechać gdzieś daleko, ale dobrze wiedział, że nazajutrz musi z samego rana iść do szpitala do Stanisława. Przypomniał sobie jednak o poleconym, który przyszedł do niego kilkanaście dni wcześniej.

Niniejszym oddala się wniosek o wszczęcie postępowania karnego przeciw Markowi Olkuniowi…

Zadał sobie pytanie: kto przy zdrowych zmysłach wysyła anonimowy list, w którym domaga się wszczęcia postępowania karnego przeciwko sobie? Bo właśnie to zrobił on: chciał, aby ukarano go za przystąpienie do operacji w stanie niepełnego zdrowia fizycznego. Jednak nie docierało do niego, że to, co robił podczas tragicznego zdarzenia w połączeniu z jego traumą z prosektorium, powodowało poczucie winy i chęć obwiniania się.

Gdy następnego dnia rano był już w stanie funkcjonować, zebrał się i pojechał do pobliskiego szpitala na Wrzesinie. Próg budynku przekraczał z oporami. A kiedy pytał na dyżurce o Stanisława, czuł, że jest na granicy wytrzymałości psychofizycznej. Dopadły go niezrozumiałe lęki i fizyczne osłabienie. Ostatni korytarz przed wejściem na salę, gdzie przebywał chory, pokonywał na przysłowiowych oparach. W końcu wszedł. Stanisław leżał podłączony do kroplówki i aparatury monitorującej stan zdrowia. Miał zamknięte oczy. Marek stanął w bezruchu, nie za bardzo wiedząc, czy w takiej sytuacji w ogóle ma go budzić. Po chwili Stanisław ruszył się i położył rękę na udzie. Jednak oczu nie otworzył. Marek podszedł do łóżka i usiadł na stojącym obok krześle.

— Dzień dobry, panie Stanisławie — przywitał się.

Starzec poruszył się gwałtownie, ale powieki otworzył dopiero po dłuższej chwili. W końcu powiedział:

— Witaj, młody człowieku. — Starzec uśmiechnął się.

— Jak się pan czuje?

— Jak? — Stanisław zaśmiał się na głos, choć widać, że z bólem. — Jestem pełen życia! Zobacz, podpięli do mnie tę całą aparaturę, by czerpać ze mnie energię. Mówię ci, na końcu tych kabli znajdują się akumulatory, które się ładują z mojej energii życiowej. Normalne ampery płyną tymi kabelkami. — Starzec potrząsnął jednym z przewodów.

— Taaaak — Marek opanowywał uśmiech. — Właśnie widzę, że jest pan coraz młodszy. Z każdym dniem.

— A co myślałeś. Jeszcze rano założyli mi maskę i wysysali ze mnie zdrowe powietrze. Bo jak wiesz, teraz smog i zanieczyszczenia. Mówię ci, zdrowemu nie popuszczą, aż odbiorą wszystkie siły… — Stanisław cały czas się uśmiechał. — Nie wierzysz?

— No wierze, wierzę. — Marek pokiwał głową z uśmiechem.

— Zobaczysz — starzec przysunął się w stronę Marka, kiwnął, aby się nachylił i cicho dodał — tak mnie tu urządzą, że wyciągnę kopyta. — Rozejrzał się, czy ktoś się nie przysłuchuje.

Po chwili do sali weszła pielęgniarka, spojrzała na Marka z wyrzutem i stwierdziła:

— O tej porze nie ma odwiedzin. Kto pana tu wpuścił?

Marek odpowiedział automatycznie:

— Jestem lekarzem, Marek Olkuń, kardiochirurg.

Pielęgniarka popatrzyła na niego badająco, na chwilę na Stanisława, potem znów na Marka i spytała:

— Ale pan u nas nie pracuje?

— Nie.

— Kardiochirurg? — wycedził Stanisław.

— Oj, taki tam tytuł. — Marek spojrzał na starca i mrugnął okiem.

— Oj, coś mi się nie widzi, że pan jest w ogóle lekarzem, a co dopiero kardiochirurgiem — odparła pielęgniarka.

— Ale jestem tu prywatnie, to mój znajomy, nauczyciel z liceum — odparł Marek, nie chciał mówić na temat swojej medycznej edukacji.

— W takim razie nie może pan tu zostać — stwierdziła pielęgniarka. — Proszę wrócić o dwunastej, gdy będą odwiedziny.

— Ależ, dobra kobieto, proszę pozwolić mu zostać — rzekł Stanisław.

— Nie ma mowy. Nie będzie wyjątków. Proszę wyjść albo zawołam ochronę.

— Ok, ok. — Marek pokiwał głową. — Wrócę po południu, panie Stanisławie. Mam nadzieję, że do tego czasu nie wyssą z pana całej energii. — Zaśmiał się na głos.

Pielęgniarka tylko zmierzyła go wzrokiem. Marek wyszedł z pokoju.

Gry szedł zamyślony korytarzem już do wyjścia, mignęła przed nim znajoma twarz człowieka wiezionego na łóżkowym wózku. Marek zatrzymał się i zastanowił, kto to był. Przeleciał pamięcią wszystkich znajomych, ale do nikogo nie pasowała ta twarz. Lecz przysiągłby, że już widział tego człowieka. Może to po prostu jakiś jego klient z zakładu pogrzebowego, a może pacjent sprzed lat? Czasem tak miał, że rozpoznawał twarz, ale nie potrafił jej przypisać do nikogo konkretnego. Rozejrzał się więc w poszukiwaniu czegokolwiek, co mogłoby go naprowadzić na właściwy trop, ale na korytarzu siedziała tylko starsza kobieta w piżamie, a dalej stała pielęgniarka notująca coś przy którymś z pokoi. W końcu otworzył drzwi wyjściowe, gdy przed nim stanęła Lena. To go całkowicie zamurowało. Nie był w stanie się ruszyć. Ona również przystanęła, spojrzała mu w oczy, delikatnie się uśmiechnęła i powiedziała:

— Cześć, ty nie w białym szlafroku?

Markowi od razu przypomniało się, że myliła słowa, co spowodowało, że uśmiechnął się życzliwie.

— No, już nie pracuję jako lekarz — odparł niepewnie.

— Nie?! — niemal wykrzyknęła. — Przecież to była twoja pasja, całe twoje życie…

— Ano tak wyszło. — Spuścił głowę: trochę ze wstydu, trochę z poczucia winy.

— A co tu robisz?

— Odwiedzałem znajomego.

W tym momencie Marek spojrzał na jej brzuch, który wyraźnie wskazywał na zaawansowaną ciążę. Ale poza sporym brzuchem nie dostrzegł, aby przytyła.

— A ty na badania. — Wskazał wzrokiem na brzuch.

— Tak, za dwa tygodnie mam odwiązanie.

— Chyba rozwiązanie? — zapytał z serdecznym uśmiechem.

— No tak, tak, ciągle mylę słowa.

— Ale tak samo piękna, jak kiedyś… — Wziął głęboki oddech, co oznaczało wciąż drążący go sentyment.

— Daj spokój! — upomniała go. — Nie wracaj już do tego, co było.

— Ja wcale nie wracam, chciałem być po prostu miły.

— Marek, musisz wiedzieć, że teraz jestem szczęśliwa. O tym masz pamiętać! — podniosła głos.

— Tak, tak… — Marek nie wiedział co powiedzieć. Właśnie zdał sobie sprawę, że jakiś fragment uczucia do Leny wciąż się w nim tli. — A pracujesz tam, gdzie pracowałaś?

— Nie, teraz zatrudniłam się w domu kultury, uczę dzieci śpiewać i zajmuję się papierkami.

— Czyli widzę, że twoja pasja ci nie przeszła? — Pokiwał głową. — Dobrze, że nie rezygnujesz z marzeń. Ale sama śpiewasz dalej?

— No teraz to nie, ale jak narodzę, to tak.

— Jak urodzę — poprawił.

— Tak, tak, jak urodzę.

— A wiesz już: chłopiec czy dziewczynka?

— Naturalnie, że chłopiec.

— A czemu mówisz, że naturalnie?

— Bo bardzo chcę mieć syna. Zostanie le… — nagle urwała.

— Słucham? — Marek wytężył słuchu.

— Nie, nic, nic. A co robisz, skoro już nie operujesz?

— A… — zawahał się. — Prowadzę własną firmę, ale to nic takiego. — Nie chciał zwierzać się jej z tego, że otworzył zakład pogrzebowy.

Marek już chciał się z nią pożegnać, gdy przypomniał sobie ostatnią wolę Stanisława. Jeszcze raz zmierzył Lenę wzrokiem, jakby badając, czy byłaby na to chętna, wziął głęboki wdech i spytał niepewnie:

— A czy nie zechciałabyś zaśpiewać u kogoś na pogrzebie pewną piosenkę?

— P-i-o-s-e-n-k-ę? — wycedziła.

— No tak, mój znajomy zażyczył sobie, żeby na jego pochówku zabrzmiała pewna bardzo smutna piosenka.

— Taki testament?

— Niezupełnie. On jeszcze żyje, ale takie ma wymagania.

— Ale to nie teraz? Bo teraz nie dałabym rady z powodu ciąży.

— Nie, nie, jak mówię, on jeszcze żyje. Na razie szukam chętnego.

— Wiesz… — Spojrzała Markowi głęboko w oczy. — A tobie na tym zależy?

— No tak, to mój były nauczyciel z liceum.

— Jak jeszcze będę w kraju, to zaśpiewam.

— Naprawdę?

— Tak. Ale to koniec przysług.

— Oczywiście.

— A teraz — rozejrzała się — wybacz, ale muszę lecieć na badania. Zadzwoń do mnie w sprawie tej piosenki, numer mam ten sam.

— Oczywiście — powtórzył i odsunął się, aby mogła swobodnie przejść.

Gdy tylko wsiadł do samochodu, dopadły go wspomnienia.

* * *

Marek stał jak oniemiały w kościele na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie, gdzie Lena występowała razem ze swoim chórem. Pasja według świętego Jana brzmiała fenomenalnie. Brzmienie kilkunastoosobowego chóru z pogłosem sporego kościoła idealnie zgrywało się z wykonywanym repertuarem. Mimo iż nie słuchał na co dzień muzyki klasycznej, był zachwycony. Docenił to, co mówiła przed występem Lena: Bach był mistrzem kompozycji. Marek próbował wsłuchać się, czy głos Leny wybija się ponad inne, lecz dobiegała go tylko harmonia chóru, wzbogacona o brzmienie kościelnych organów. Widział jedynie, jak Lena szeroko otwiera usta do śpiewu i porusza klatką piersiową. Pomyślał, że chciałby związać się z nią, z kobietą posiadającą również silne hobby, które realizuje, poświęcając sporo czasu i energii.

Muzyka wdzierała się do jego świadomości, drążyła kolejne połacie, by osiadać z siłą, jakiej jeszcze nie doświadczył. Wraz z kolejnymi dźwiękami stopniowo odzywały się pokłady emocji, które w ostatnich czasach Marek odłożył gdzieś, gdzie pozostawały bez kontaktu z nim samym. Gdy chór śpiewał pieśń wstępną, doświadczył wyrzutów sumienia, kiedy zespół wykonywał kolejny utwór, poczuł wszechogarniający smutek, jakiego nie czuł od czasu śmierci swojej babci. Przy którymś z kolei utworze zaznał spokoju jak za czasów, gdy skończył liceum, zdał na medycynę i kilka miesięcy mógł żyć zupełnie beztrosko. Czuł, jakby wskrzeszony na tę chwilę Bach wyciągał z niego wszystko, co ugrzęzło na dnie duszy. Jakby ktoś dokonywał operacji, w której dotykał każdego mięśnia, każdego narządu wewnętrznego, każdej tkanki. Jakby podmieniono krew na taką, która niesie orzeźwienie, ale i ból. Wszystko w nim zawrzało, by pod koniec znaleźć ujście w płynących po policzkach łzach. I nie wstydził się tego. Pomyślał, że starożytni wiedzieli, co mówili, nazywając to uczucie katharsis. On sam doświadczył katharsis z pełną mocą.

Gdy wyszli razem z Leną kościoła i podążali do samochodu, nie mógł się powstrzymać i pocałował ją prosto w usta. Zrobił to odruchowo, naturalnie i bez zbędnych przemyśleń. Na tę chwilę znów stał się chłopcem, który reagował emocjami, całym sobą. Poczuł, że tak naprawdę nic nie ma znaczenia oprócz tej chwili i tego pocałunku. Lena zabiegła mu drogę. Dostrzegł w jej oczach — nomen, omen — pasję i pożądanie. Przysiągłby, że jej źrenice wciąż drgały wraz z muzyką, która jeszcze odzywała się w pamięci. Coś w nich błysnęło, coś ciemniejszego przemknęło, a coś przyciągało. Zbliżył się i zaczął ją całować. Po raz kolejny byli tak blisko.

Kiedy już szli do jego domu, lunął rzęsisty deszcz. Mimo iż była wczesna jesień, zmarzli. Marek otworzył drzwi, wpuścił Lenę do środka, a sam stanął z podniesioną ku niebu głową w strugach deszczu. Woda zalewała mu otwarte usta, noc i oczy. Tak samo jak wtedy, gdy wybiegł z prosektorium. Wszystko, czego doświadczył, słuchając Bacha, właśnie było zmywane wraz z kolejnymi litrami lejącej się z nieba wody. Deszcz, którego potrzebował wtedy, pod prosektorium, aby się oczyścić, tym razem zadziałał odwrotnie i opłukał go z nieskazitelności emocji, które rodziły się do Leny w trakcie koncertu. I znów poczuł, że jego podniecenie seksualne jest niezdrowe — nie mógł pozbyć się widoku nagiego trupa tamtej pięknej kobiety. On, deszcz i wspomnienie wynaturzenia. Został na dworze. Nie chciał iść do Leny…

* * *

Wrócił do domu ze szpitala na Wrzesinie całkowicie bezsilny. Mimo iż bardzo cieszył się ze spotkania Leny, to czuł się wyobcowany. W końcu Lena zaznała w życiu szczęścia, stworzyła związek, a on sam był od tego daleko. A chciałby. Zarówno cieszył się z ciąży Leny, jak i miałby ochotę uderzyć pięścią w przysłowiowy stół uczty życia, bo fortuna sprzysięgła się przeciw niemu. Już był tak blisko Leny, już emocje mówiły jedno, aż stanął w tym wspomnieniowym deszczu i wszystko się zmieniło. Pamięć bywa największym przeciwnikiem.

Nie wrócił do pracy, nie był w stanie. Zasiadł na fotelu, wziął na kolana Zwłoczkę i zapadł się w głąb siebie. Który to już raz życie kierowało nim samym, zamiast na odwrót? Który to już raz zamykał się w domu w trudnej chwili? Wstał i zasłonił okna. Nie chciał widzieć nikogo i nie chciał, aby ktokolwiek widział jego. Nie wiadomo dlaczego przeszył go zimny dreszcz. Sięgnął po leżący obok na kanapie koc i zarzucił sobie na plecy.

* * *

— Mareczku, otwórz, bardzo cię proszę — mówiła matka przez zamknięte drzwi. — To już szósty dzień, gdy nie wychodzisz zza tych zasłoniętych zasłon.

— Mamo — wyszeptał bezsilnie.

— Już stoję tu dzisiaj sześć godzin. Myślisz, że mi łatwo? Pomyśl. — Po raz kolejny zastukała. — Na pewno schudłeś, nic nie jesz…

Marek już miał dość ciągłego wystawanie jej pod drzwiami. Uczucia, którymi ją darzył, zaczynały wzbudzać empatię, która powoli przechylała szalę z autodestrukcji na współczucie. W końcu podszedł powoli do drzwi, oparł otwarte dłonie, próbując powstrzymać wdzierające się do jego mieszkania cierpienie matki. Zrozumiał, że wraz z nim cierpi i ona. I trzymając te dzielące ich drzwi, poczuł, że w tym momencie to ona cierpi bardziej. Być może jego ból już się wypalił, natomiast miłość matki jest nieograniczona.

W końcu sięgnął do tkwiącego od wewnątrz w zamku klucza, zawahał się chwilę, ale przekręcił go. Przeskakujące zapadki zagrały silnymi emocjami. Na zewnątrz zapadła cisza. Matka przestała mówić. Co teraz? Czy wejdzie?

Nagle matka sięgnęła do klamki i otworzyła drzwi. Zobaczyła stojącego przed sobą ducha własnego syna — mężczyznę zarośniętego, śmierdzącego, wymęczonego na twarzy. Ale i ukochanego. Rzuciła mu się w ramiona.

* * *

Następnego dnia rano, gdy wchodził do zakładu, usłyszał głos Ewy:

— Dzień dobry, panie Marku. Znów mamy zbyt wiele ciał. Krzysiek nie da rady.

— Cześć, Ewo. Tak, tak, pomogę mu — odparł, choć było mu to nie na rękę, ponieważ tego dnia chciał jechać w odwiedziny do Stanisława. — Stefana nadal nie ma, Radka też jeszcze nie… — powiedział do siebie półgłosem i wszedł do gabinetu.

Gdy wziął się za przygotowywanie zwłok, poczuł wzrastającą niechęć. Do tego, aby musieć jako szef samemu coś takiego robić, do tego, aby w ogóle zajmować się zwłokami, a tym samym do prowadzenia tej firmy. To, że ma z tego naprawdę dobre pieniądze, to fakt, to, że zwykle może sam decydować o swojej pracy, to następna prawda, wreszcie to, że na dobrą sprawę to praca, która jest w opozycji do pracy kardiochirurga, której miał dość. Tylko dlaczego wybrał to, a nie na przykład handel medykamentami, o których miał całkiem dobre pojęcie? Niby miał również pojęcie o ludzkich ciałach, tyle że dogłębna znajomość medycyny nijak się miała do ciał, którym już nie da się pomóc. Poza tym, za każdym razem zaczynając pracować osobiście ze zwłokami, z nerwowością wypatrywał, czy nie trafi mu się jakaś kobieta. W zasadzie chyba tylko Stefan miał pojęcie o jego problemie związanym z płcią ciała, ale domniemywał, że inni pracownicy również to wiedzą, choć otwarcie niczego nie mówili. Powoli zaczynał nienawidzić tej roboty. Wszystko kojarzyło mu się ze śmiercią, końcem i nieszczęściem. Przypomniał sobie czasy, gdy już w szkole średniej dobrze wiedział, że zostanie kardiochirurgiem. Wtedy czuł dumę, rosnący zapał i radość. Co się z nim stało?

Pracę skończył o wiele później, niż planował. Tego dnia przygotował dwa ciała, oba mężczyzn. Wsiadł do samochodu, uruchomił silnik, już miał ruszać do szpitala, gdy zadzwonił telefon. Odebrał:

— Cześć, tu Lidia. Co dziś robisz?

Wyłączył silnik i od razu zastanowił się co robić, bo spodziewał się, że Lidka chce się spotkać.

— Cześć… — zawahał się. — Właśnie jadę do szpitala.

— Coś ci jest? — spytała natychmiast.

— Nie, do znajomego.

— A długo tam będziesz?

— Jeszcze nie wiem, ale mam do obga… — chciał powiedzieć, że do obgadania kilka szczegółów, ale przecież nie będzie teraz tego ustalał ze Stanisławem, gdy ten jest ciężko chory i tak naprawdę nie wiadomo, czy z tego wyjdzie. — Posłuchaj, nie wiem, ile tam będę siedział, lepiej, jak się umówimy na inny termin.

— Szkoda. Bo mam dla ciebie fuchę. — Cichutko się zaśmiała.

— Co masz dla mnie? — Zastanowił się, czy ona chce, aby kogoś przebadał?

— No, fuchę. — Powtórzyła śmiech na cały głos.

— Czyli? — Odwzajemnił śmiech, jakoś poczuł, że będzie zabawnie.

— Przyjedź, to się dowiesz.

— Nie powiesz nic więcej?

— Nie. To kiedy jeśli nie dziś?

— Jutro po pracy.

— No, dobrze. To do zobaczenia.

— Do widzenia.

Ponownie odpalił silnik i ruszył do szpitala. Nie mógł przestać myśleć, co za fuchę ma Lidka. Może wzięła sobie za bardzo do serca własne słowa, że Marek chciałby wrócić do leczenia ludzi, i zorganizowała mu kogoś do przebadania? A może jeszcze lepiej — jakaś drobna operacja jak na przykład usunięcie brodawki lub czyraka? Bo przecież nie zaciągnie go siłą na salę operacyjną. Jednocześnie Marek zdał sobie sprawę, że po raz pierwszy od czasów tej tragedii myśli o kobiecie w ten szczególny sposób. Czyżby był już gotowy, aby powrócić do życia? Do leczenia ludzi?

Kwadrans później szedł korytarzem szpitala i zastanawiał się co robić, gdy Stanisław zacznie mówić na temat organizacji własnego pogrzebu. Na dobrą sprawę nie mógł nic na to zaradzić. Bo co, powie, że ani słowa na ten temat? Przecież Stanisław dobrze zdaje sobie sprawę, w jakiej sytuacji się znalazł. W końcu znalezienie wątroby do przeszczepu dla kogoś w tym wieku jest niemal niemożliwe. Sam o tym dużo nie wiedział, w końcu szkolił się na specjalistę od serca, ale zdawał sobie sprawę, że zawsze pierwszeństwo mają młodsi.

Kiedy tylko wszedł na salę, zamarł. Łóżko, na którym leżał Stanisław, stało puste. Mnóstwo myśli przetoczyło mu się przez głowę. Czy stało się właśnie to? Wyszedł z pokoju, zauważył stojącą pod ścianą ławkę i bezsilnie usiadł. Skrył twarz w dłoniach. Dobrze starzec wyczuł, że to jego ostatnie dni. Dobrze, że przynajmniej część warunków pogrzebu przekazał Markowi. A może resztę gdzieś zapisał? Marek natychmiast pomyślał o Ani: dziewczyna i tak ma dość życia, a teraz zostanie sama. Jeszcze nie pozbierała się po tym, jak odebrano jej narzeczonego, a teraz śmierć. Los niektórych nie oszczędza. Czy teraz to już będzie musiała się udać do specjalisty, jak to rzekł Stanisław, od rozumu?

— Dzień dobry, panie Marku — usłyszał nad sobą. Od razu rozpoznał głos Ani.

Błyskawicznie spojrzał. Stała nad nim i delikatnie się uśmiechała.

— Dzień dobry… — Nie wiedział, jak zareagować.

— Szuka pan dziadka? Na razie wzięli go na tomografię, a później przenoszą go na odział wewnętrzny.

Marek poczuł silną falę gorąca zalewającą go od stóp do głów.

— Czyli dziadek żyje? — zapytał cichutko, nie za bardzo pewny tego, co usłyszał.

— Tak, stan się mocno poprawił, wątroba zaczęła pracować.

— Wiadomo, co to było?

— Prawdopodobnie silne zatrucie jakimś pokarmem, ale takie, które rzuciło się tylko na wątrobę.

— Tak, przy marskości tak bywa — powiedział do siebie.

— Słucham?

— Mówię, że tak się zdarza. — Wziął głęboki oddech. — Myśli pani, że dziś powinienem go odwiedzić?

— Myślę, że nie — odparła po zastanowieniu. — Dziadek pewnie chciałby, ale musi odpoczywać.

— Naturalnie — odpowiedział mechanicznie i zadał sobie pytanie, jak bardzo zapomniał o tym, że to on powinien odpowiadać na takie pytania.

— Jutro zadzwonię i powiem co i jak.

— Oczywiście. — Zastanowił się. — A ty jak się czujesz?

— Dobrze, jestem dobrej myśli, jeśli o to pan pyta. Dziadek szybko wróci, to tylko chwilowe. — Szeroko się uśmiechnęła.

Marek nie odpowiedział nic, tylko odwzajemnił uśmiech.

— Tak że zadzwonię jutro — dopowiedziała.

Wyszedł ze szpitala skołowany. W końcu taka huśtawka nastroju nie zdarza się co dzień. Jeszcze do tego ten śmiech Ani; w zasadzie pierwszy raz widział ją, jak tak bardzo się uśmiechnęła. Pomyślał, że chciałby dziś się nieco rozerwać. Wyciągnął telefon i przez chwilę wahał się, czy zadzwonić, ale po prostu wysłał do Lidki esemesa:

Jednak dziś mam wolne. Jeśli aktualne, mogę być za pół godziny.

Oparł się wygodnie w samochodowym fotelu i zatopił w myślach. Może by tak zrobić Stanisławowi przysługę i znaleźć jakiegoś dobrego psychoterapeutę dla Ani? A może nawet zapłacić za kilka wizyt? Nie znał prawie ani Stanisława, ani jego wnuczki, a jednak to go dręczyło. A może wystarczy pomóc jej znaleźć nowego narzeczonego? Tyle że nie znał nikogo takiego.

Rozmyślania przerwał dźwięk przychodzącej wiadomości.

To super! Zapraszam. Wwa, Apartamentowa 126 m. 4.

Błyskawicznie odpalił silnik i ruszył.

* * *

— Mareczku, wracaj do domu — powiedziała matka. — Dość już tej zabawy.

— Mamo, ale jeszcze chwilę — odpowiedział mały Mareczek.

— Nie, zaraz pora iść do kościoła. Muszę cię przebrać.

Chłopiec podszedł bliżej, zostawiając rówieśników. Gdy był blisko mamy, cichutko powiedział:

— Ja nie chcę do kościoła. To jest nudne. Nie chcę.

— Mareczku. — Mama wzięła go za rękę. — Bez Bozi to nie wolno żyć. Tak to tylko żyją źli ludzie. Chcesz być zły?

— Ale mamo…

— Czy chcesz być dobry, żeby cię wszyscy kochali?

— Ale dzieci to się ze mnie śmieją, że ja to ciągle do tego kościoła. Mówią, że zostanę księdzem. A ja nie chcę być księdzem.

— A kim chcesz być? Ksiądz najlepszy.

— Ja chcę być lekarzem. Takim co leczy ludzi.

— Ale lekarz musi być dobry, więc musi być grzeczny. A jak nie będziesz chodził do kościoła, będziesz niegrzeczny. I cię nie będą chcieli na lekarza.

— Będą chcieli! — krzyknął Mareczek.

— Będą chcieli, jak będziesz grzeczny i dobry. I dlatego musisz chodzić do kościółka.

— Ale ja nie chcę.

— No to zostaniesz robotnikiem, co kopie rowy. Do tego nie trzeba być dobrym — odparła z wyrzutem matka.

— Nie! Chcę być lekarzem!

— To powtarzam, jak chcesz być lekarzem, musisz chodzić do kościółka.

Mareczek stanął przed wejściem do domu, założył ręce na pierś, spuścił głowę i wyszeptał:

— No dobrze, ale króciutko.

— Tyle, ile trzeba.

— Króciutko! — przekomarzał się.

— Bozia będzie się gniewała, jak nie będziesz słuchał mamusi.

Mareczek wszedł do domu. Kilkanaście minut później poszedł ze skwaszoną miną do kościoła, trzymając mamę za rękę. Nie chciał się modlić, nie chciał śpiewać z innymi, chciał odbębnić swoje i wrócić do rówieśników. Tyle że matka zabierała go codziennie do kościoła. Na wieczorną mszę. Za każdym razem szedł z mniejszym oporem, potem całkiem malutkim, aż w końcu nie sprzeciwiał się wcale. W końcu dzięki temu zostanie lekarzem.

7 myśli w temacie “Samotność Boga — cz. VI

  1. Bardzo spodobał mi się fragment o występie w kościele. Ciekawy opis przeżyć bohatera. Generalnie w tekście dałbym trochę więcej takich bardziej kwiecistych opisów. Od czasu do czasu warto takie fragmenty jak wspomniany stosować – ja przynajmniej lubię takie czytać 😉

    „bo przecież składał przyrzeczenie nawiązujące do przysięgi Hipokratesa, którego trzeci punkt przecież mówi, że ma przeciwdziałać cierpieniu i zapobiegać chorobom” – powtórzone „przecież”.

    „Właśnie zdał sobie sprawę, że jakiś fragment uczucia do Leny wciąż się w nim tli” – trochę nieszczęśliwe sformułowanie ten fragment uczucia.

    „kobietą posiadającą również silne hobby” – tu podobnie. Powinno być raczej: kobietą silnie zaangażowaną w swoje hobby.

    Pozdrawiam.

    Polubione przez 1 osoba

    1. Dzięki, Gabrielu.
      No, ja starałem się, aby nieco bardziej kwieciście opisać wszelkie formy wody. Choć wiem, że różnie mi się to udawało.
      A to katharsis to niejako moja podwójna specjalność: nie dość, że przeżywanie emocji, to jeszcze muzyka, którą się kiedyś parałem.

      I dzięki za poprawki. Jedną na pewno wprowadzę, nad dwiema się zastanowię.

      Pozdrawiam.

      Polubienie

      1. Zastanawiam się, bo człowiek taki zwyczajny, przeciętny ma z tym problem, ze znalezieniem swego miejsca na Ziemi, aby poczuć się spełnionym, a co dopiero tak psychicznie pokiereszowany i zostawiony samemu sobie bez terapii

        Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s