Samotność Boga — cz. V

Samotność Boga — cz. V

Dotarł do zakładu, cały czas wahając się, aby zadzwonić do Lidii. Albo przynajmniej odpisać. Pewnie i tak już postawiła na nim krzyżyk, bo tyle dni milczał. Wszedł do pomieszczenia, gdzie myto zwłoki i stanął nieruchomo pod ścianą. Obserwował, jak pracownik myje szlauchem podłogę wyłożoną kafelkami. Po raz kolejny zapadł się w myślach. Widział tylko odbijające się od glazury krople wody i strumienie płynące ku okratkowanym wylotom w podłodze. Pojedyncze strugi niemal wciągały jego uwagę. Wiły się na płaskiej powierzchni, a gdy docierały do żłobień służących do odprowadzania wody, wyrównywały ciek na prosty, bardziej zbity i silniejszy. Który to już raz Marek stał niemal zahipnotyzowany wodą.

W końcu po południu postanowił zadzwonić do Lidii. W pamięci miał jedynie strzępki tamtego spotkania. Zanim zadzwonił, zastanawiał się, czemu miewa wątpliwości, czy pozna ją w rzeczywistości. Przecież widział ją z bliska, chwilę rozmawiali, pamięta, że jest blondynką, prawie bez makijażu, niezwykłej urody. Ale jego umysł dwoił się i troił, aby zobaczyć w pamięci wygląd twarzy. Czy to nie jest przypadkiem tak, że ostatnimi czasy utracił do siebie zaufanie w ogóle? A jeśli je utracił, to zwyczajnie nie dowierza, że to, co pamięta, wystarczy do rozpoznania Lidii.

— Tak, słucham — usłyszał w słuchawce bardzo cichy głos, zaraz po tym, jak się połączył. To go speszyło, ponieważ wyraźnie wyczuł, że Lidka nie za bardzo ma ochotę na rozmowę.

— Dzień dobry — zaczął oficjalnie. — Nie wiem, czy mnie jeszcze pamiętasz, ale jestem tym… — chciał powiedzieć lekarzem, ale ugryzł się w język — człowiekiem, który zaczepił cię na parkingu w Puszczy Kampinoskiej.

— A, dzień dobry! — odpowiedziała z nutą euforii.

— Ja trochę późno dzwonię, bo… — ponownie zawiesił głos — miałem pewne trudności, ale to już za mną. Czy nie za późno, aby cię gdzieś zaprosić?

— Nie, dopiero mamy przecież wczesne popołudnie — odparła.

Marek uśmiechnął się w duchu, mimo iż w gruncie rzeczy nie do śmiechu mu było. Miał na myśli kilkudniowe spóźnienie, a ona od razu wyskakuje ze spotkaniem tego samego dnia.

— A o której możesz się spotkać? — palnął.

— Kończę pracę o siedemnastej, więc, powiedzmy, o osiemnastej.

— Ale w sumie nie ustaliliśmy, gdzie mieszkasz, bo ja pod Warszawą, w Pruszkowie.

— Ja w Ursusie. — Słychać było, że się uśmiechnęła. — Więc nie mamy tak daleko.

Marek na dłuższą chwilę zamilkł, bo zastanawiała go ta przemiana: pierwsze słowa wypowiedziała, jakby wszystkiego miała dość, a teraz niemal tryska humorem. Czyżby tak dobrze go odebrała?

— Halo, jesteś tam? — spytała.

— Tak, tak. To może w Gawrze, tam jest całkiem przyjemna restauracja? Wiesz, gdzie to jest?

— Jasne!

— To co? O osiemnastej pod Gawrą?

— Jasne — powtórzyła.

Gdy się rozłączył, dopadły go myśli, wśród których dominowała jedna: po co się z nią spotyka? Po co w ogóle spotyka się z jakąkolwiek kobietą? Przecież przez ostatnie kilka lat, odkąd prowadzi zakład pogrzebowy, nie spotkał się ani razu. Nie w głowie były mu kobiety. A może to wreszcie czas, aby coś zmienić? Aby wrócić do świata żywych?

— To, co zamawiasz? — spytał, gdy siedzieli już przy stoliku?

— Spaghetti bolognese. A ty?

— Ja chyba to samo. — Przerzucił kartkę menu.

— To mówisz, że jesteś lekarzem?

Marek zastanowił się co odpowiedzieć. Z jednej strony chciał być uczciwy, a z drugiej wiedział, że to, iż jest lekarzem, przekonało ją, aby się w ogóle odezwać. Co, teraz powie, że dał taką wizytówkę, aby zrobić lepsze wrażenie?

— Jak by to powiedzieć — zaczął. — To nie do końca tak. — Spuścił głowę, nie za bardzo wiedząc, jak z tego wybrnąć.

— No, na wizytówce było napisane kardiochirurg. To ściema? — spytała niepewnie.

— Powiem wprost: byłem kardiochirurgiem kilka lat temu. Ale już nie jestem.

— Aha, rozumiem. — Pokiwała głową.

— Dałem ci taką wizytówkę, bo ta mi się nawinęła. Sam nie wiem co powiedzieć. — Marek czuł, że danie Lidii starej, nieaktualnej wizytówki spowoduje u niej niechęć, bo gdzieś z tyłu głowy zdawał sobie sprawę, dlaczego dał jej akurat tę wizytówkę. A wiedział, że kobiety nie lubią być okłamywane, niektóre mają na tym punkcie istnego fioła. Spuścił wzrok na stolik, czekając na wyrok.

— Wiesz, tak sobie myślę, że zrobiłeś to, bo chciałbyś wrócić do zawodu, a jednocześnie nie możesz tego zrobić z jakiegoś powodu — odparła po krótkiej chwili.

Takiej odpowiedzi się nie spodziewał. Widział Lidię odchodzącą już od stolika, a przynajmniej obrażoną, a tymczasem rzuciła nowe światło na jego aktualne życie. Zerknął ukradkiem jej w twarz. O dziwo, też miała spuszczoną głowę. Czyżby aż tak wyczuła jego stan? Czy on faktycznie pragnie znów być kardiochirurgiem? W końcu nieśmiało zapytał:

— Dlaczego sądzisz, że chciałbym wrócić?

— Dlaczego? Bo skoro dałeś kobiecie właśnie tę wizytówkę, to znaczy, że ten zawód wydaje ci się bardziej atrakcyjny.

— A może uznałem, że jest bardziej atrakcyjny dla kobiety, dla kogoś z zewnątrz?

— Wiesz… — Spojrzała mu w oczy. — Nie wierzę, że ktoś chciałby dać taką wizytówkę, jednocześnie darząc nienawiścią czy niechęcią ten zawód. — Rozejrzała się. — Ale, ale, chyba coś na zbyt poważne tematy nas wzięło. — Uśmiechnęła się. — Znaczy, mnie wzięło, ty tylko odpowiadasz… A co teraz robisz?

— Co?… A czy to przesłuchanie? — zapytał z uśmiechem, podchwyciwszy chęć zmiany klimatu rozmowy na lżejszy.

— No, w sumie racja. Nie chcesz, to nie odpowiadaj. Ja tylko tak pytam…

— Ważne jest to, że lubimy samotne spacery po lesie.

— A to tak. — Uśmiechnęła się, ale jakoś sztucznie.

Miał wrażenie, że zrobiła to z przymusu.

— Często tak spędzasz czas?

— Ostatnio dość często. Kiedyś inaczej żyłam. — Zaśmiała się pod nosem, choć Marek mógłby przysiąc, że zawierała się w tym jakaś złośliwość.

— A co poza tym lubisz robić? — spytał.

— Przepraszam, ale nie rozmawiajmy o mnie. — Skrzywiła się. — Możemy mówić nawet o całkach, czy wydzielinach ludzkiego ciała, ale nie o mnie — zażartowała.

— Naprawdę, mogę? — podchwycił żart.

Oboje wybuchnęli śmiechem.

Kiedy jedli posiłek, Marek zerkał na Lidię, starając się nie być zbyt nachalnym. Zdał sobie sprawę, że poznałby ją zawsze i wszędzie, tę twarz zapamięta chyba do końca życia. Tylko niepotrzebnie się nad tym zastanawiał. Z każdym kolejnym kęsem miał wrażenie, że Lidia jest coraz smutniejsza, coraz bardziej wycofana, choć na pierwszy rzut oka wyglądało, jakby po prostu jadła. Spojrzał na szklankę w gazowaną wodą stojącą na stole. Na całej powierzchni styku napoju ze szkłem rodziły się kolejne i kolejne pęcherzyki dwutlenku węgla, które z każdą chwilą zwiększały objętość, by w końcu oderwać się od ścianki czy dna, wypłynąć na powierzchnię i tam eksplodować, uwalniając zawarty gaz. Sama woda tymczasem pozostawała niemal nieruchoma, jedynie na powierzchni rozchodziły się szybkie kręgi miniaturowych fal, które kończyły swój żywot na ściance szklanki.

— Jakie plany na dziś? — spytała bardzo cicho.

— Sam nie wiem. Lubię siedzieć po prostu w domu.

— Ja też — błyskawicznie odparła i spuściła głowę.

— Mam dość męczącą pracę.

— A ja tak od jakiegoś czasu… — Pokręciła głową.

— Będziesz słuchała muzyki? Lubisz?

— Nie za bardzo, nie za bardzo. Choć czasem tak, ale nie za bardzo — powtórzyła.

— A książki?

— Nie, żadnych nie piszę — zaśmiała się ironicznie.

— W sumie ja też — odpowiedział i od razu przyszło mu do głowy, że zupełnie niechcący dowiedział się, że te notatki na parkingu to nie z powodu prozy czy poezji.

— Tak, przepraszam za szczerość, ale chyba oboje nie mamy zbyt dużo ciekawych rzeczy do powiedzenia.

Marka zatkało. On sam nigdy by się nie odważył, aby powiedzieć coś takiego na randce.

— Ale nie mówię, że to źle — podniosła głos. — Mówi się, że trafiła kosa na kamień, a w tym wypadku to raczej trafiła kropla na ocean.

— Czemu akurat woda? — zapytał natychmiast.

— Czemu?… Bo mówi się: nabrać wody w usta. Zobacz: ty nie za bardzo chcesz się zwierzać, ja również, więc co będę owijała w bawełnę.

— No tak, trafnie z tą wodą — zauważył.

— Ja wiem, czy tak trafnie? — wykrzywiła nieco po męsku usta. Wyglądała przy tym mniej atrakcyjnie, bardziej jak kolega. Marek zastanowił się, że tak piękna kobieta nie próbuje za wszelką cenę być idealna. Bo na pewno ten grymas był daleki od ideału kobiecego wyglądu. — Powiedziałam to, co mi przyszło do głowy. A że tobie się podoba, to fajnie, cieszy mnie to.

Dodatkowo Marek zastanowił się, że Lidia podała przykład wody, która przecież jest dla niego bardzo znacząca już od dawien dawna. Czyżby podobieństwo dusz? A może… A może zauważyła, jak przyglądał się szklance i wyczuła jego fascynację wodą? Może to wszystko Lidia robi po to, aby mu się przypodobać? Bo to, że powiedział, iż nie pracuje jako kardiochirurg, wcale nie musiało być przez nią potraktowane jako prawda, a jako niechęć pokazywania się. Czyżby miała chore serce i dowiedziawszy się o jego zawodzie, próbuje wejść w łaski i szybciej załatwić sobie jakiś zabieg? Zastanowił się, jakie notatki może sporządzać ktoś chory na serce. Jeśli spacer był długi i intensywny, to na pewno mogła notować, jaki ma puls, a być może nawet jakie ciśnienie. Tak, to na pewno jest to! Ot, kolejna interesowna kobieta, która nawet robi z siebie cierpiącą, tylko po to, aby zdobyć jego względy jako lekarza. Ale ciekawe, że tak szybko go rozgryzła. Przecież zrobiła to niemal natychmiast. Rozstali się na parkingu pod galerią Gawra. Marek nie odprowadził Lidii do samochodu, bo cała ta sytuacja wpłynęła na niego nie za dobrze. Widział jedynie, że poszła w stronę samochodu, a sam czym prędzej odjechał. Umówili się, że to ona zadzwoni.

Tego dnia Marek wrócił do domu dość wcześnie. Randka okazała się całkowicie nieudana. Co prawda nie usłyszał nic, co by potwierdzało jego teorię o chorobie kardiologicznej, ale miał takie obawy. A może to tylko obawy? Może chodzi o zupełnie co innego? W końcu nie wszystkie piękne kobiety tryskają humorem czy choćby dobrym samopoczuciem. A jeśli to jedna z nich?

Zapadł się w fotelu z gorącą herbatą w dłoni i włączył telewizor. Zrzucił kapcie, a nogi oparł o krzesło. Wskoczyła mu na kolana Zwłoczka i zaczęła głośno mruczeć. Fakty były takie, że umówił się z Lidią na kolejną randkę, choć szczegółów jeszcze nie ustalili. Zrobił to, bo w gruncie rzeczy chciałby jej pomóc, nawet już nie pracując jako kardiochirurg. Pewna część osobowości jednak pozostaje niezmienna, mimo tak drastycznej zmiany zawodu. A skoro chciałby jej pomóc, to w jakiś sposób zignorował swoją obawę. Najwyżej jeśli Lidia ma problemy z sercem, a okazałaby się za bardzo interesowna, zadzwoni do jakiegoś kolegi z czasów pracy w szpitalu i poprosi o zajęcie się sprawą, a z nią przestanie utrzymywać jakiekolwiek kontakty. Spróbował więc zapomnieć na tę chwilę o niej i po prostu gapił się w telewizję. Popijając gorącą herbatę, z nogami na krześle stojącym naprzeciwko, oglądał program o ssakach żyjących na Antarktydzie.

* * *

— To gdzie pójdziemy? — spytała Lena, gdy spotkali się po raz pierwszy.

— Ty jesteś przyjezdna, więc pewnie chciałabyś coś zobaczyć, ja się dopasuję.

— A ty gdzie byś chciał?

— Ja pojechałbym nad Wisłę albo gdzieś do lasu — odparł.

— Dobrze, to tam pojedźmy — cichutko przytaknęła.

— Czyli gdzie, nad Wisłę czy gdzieś dalej?

— Wybierz ty, ja się dopasuję.

— To może jednak do lasu, do Puszczy Kampinowskiej?

— A to gdzieś daleko?

— Nie, kilkanaście kilometrów pod Warszawą.

— A jak tam dojedziemy? Autobusem?

— Nie, mam samochód. Spokojnie, autobusem bym cię tam nie ciągnął.

Ruszyli w kierunku auta. Lena umówiła się z nim po pierwszych słowach, nie musiał zachęcać, pytać. Ostatni raz spotkał się z kobietą na randce na początku studiów, byli zresztą ze sobą jakiś czas, ale w końcu rozstali się, choć sam Marek nie wiedział dlaczego. Ot, któregoś dnia zadzwonił do niej, a ona oznajmiła, że ten związek to nie to, czego oczekiwałaby. Więcej się nie spotkali. Ale Marek nie martwił się tym za bardzo, bo na dobrą sprawę bardziej przejmował się studiami i karierą kardiochirurga. Teraz szedł obok pięknej Ukrainki i o wiele bardziej mu zależało. Z jednej strony miał dużo większe opory, by się z nią w ogóle umówić, a z drugiej, kiedy już do tego doszło, czuł większe zaangażowanie niż w poprzednim przypadku. A może to jest tak, że im miłość przychodzi trudniej, tym bardziej nam zależy? Tylko dlaczego to, co kiedyś przychodziło mu bez trudu, teraz stanowi nie lada problem?

— To twój auto? — spytała podekscytowana, widząc prawie nowego Nissana Corollę.

— Tak, to moje auto. — Pokiwał głową.

— Stać cię na takie? Przecież cały czas jeszcze studiujesz?

— To prezent od rodziców za to, że dostałem się na specjalizację.

— Bogatych masz… — urwała w połowie zdania i spojrzała Markowi w oczy.

— Tak, mają dość pieniędzy, na to nie mogę narzekać.

— Ale ja nie chcę mówić o pieniądzach. I nie pomyśl sobie, że na to biegnę.

Marek się zaśmiał. Od razu jak poznał Lenę, widział w niej kobietę, która w życiu kieruje się emocjami i dobrocią, a nie pieniędzmi i karierą. Ale też rozbawiło go przekręcenie ostatniego słowa.

— Po polsku mówi się: lecę na coś, a nie biegnę na coś — poprawił ją wciąż z uśmiechem.

— Tak, tak, mylę polskie słowa — odparła ze smutkiem.

— Ale nie przejmuj się. W zasadzie to możesz mówić, jak chcesz. — Otworzył najpierw drzwi pasażera i wpuścił ją do środka.

Tego dnia spędzili kilka godzin w Puszczy Kampinoskiej. Spacerowali niespiesznie, opowiadając o swoim dzieciństwie, o dorastaniu, o rzeczach charakterystycznych dla swoich krajów. Okazało się, że matka Leny urodziła się już na Ukrainie, choć matka była Polką; mieszkali na terenach, które niegdyś należały do Polski. Zdarzały się momenty, gdy Marek przestawał mówić, mając ochotę na chwilę ciszy, a Lena podchwytywała to w mig i też milkła. Szli wtedy w niemal całkowitej ciszy i jedynie ptaki oraz wiatr odzywały się gdzieś w górze. Marek nie zastanawiał się nad tym, czy Lena milkła, aby mu się przypodobać, czy sama również nie za bardzo lubiła mówić, ale gdyby miał zgadywać, powiedziałby, że to po prostu taka kobieta — ceniąca ciszę i spokój ponad inne wartości. W pewnym momencie zatrzymali się na leśnym miejscu biwakowym z drewnianym stołem, drewnianymi ławami i daszkiem.

— Często tu zabierasz kobiety? — spytała.

Marek siedział ze spuszczoną głową. Na te słowa jednak oderwał się od myśli, spojrzał jej w twarz i odparł:

— W zasadzie to pierwszy raz tu jestem z kobietą. — Pokiwał głową.

— To czuję się wyróżniona. — Przysunęła się bliżej niego. — A dlaczego akurat ja?

— Dlaczego?… — Zastanowił się. — Bo jesteś piękną kobietą, a w dodatku w typie, który bardzo lubię.

— Naprawdę? Ty też mi się podobasz. — Przysunęła się do niego jeszcze ciut bliżej.

Marek zauważył, że Lena próbuje skrócić dystans, jednak sam nie chciał, aby coś się między nimi zdarzyło już tego dnia. Wiedział, że to nie jest dobry pomysł, aby doszło do czegokolwiek na pierwszej randce, gdy zależy mu na czymś więcej niż przelotnej znajomości. Wstali więc wkrótce i ruszyli dalej, ku niezadowoleniu Leny. Lecz niezadowolenie, które zauważył, nie trwało długo. Już po kilku minutach rozmawiali znów w najlepsze. Do domu wrócił tamtego dnia dość późno, bo po odwiezieniu Leny pojechał jeszcze na dłuższą przejażdżkę po stolicy.

Za każdym razem gdy myślał o niej w sposób seksualny, nie mógł się oprzeć wspomnieniom tego, co wydarzyło się w prosektorium. Znów widział siebie jako wynaturzonego mężczyznę, który ma wzwód na widok trupa. To nic, że tym razem miał do czynienia z żywą kobietą, która, jak widział, pragnęła go z każdą chwilą bardziej. Jadąc samochodem przez oświetlone Aleje Ujazdowskie, zastanawiał się, czy gdyby Lena trafiła do prosektorium, też czułby to samo, co kilka lat wcześniej. Bo tego, że niezwykle podobała mu się fizycznie, był absolutnie pewien. Poza tym, czy tamten moment podniecenia seksualnego zdarzył się jedynie przez nieuwagę, przez nieuświadomienie sobie, że kobieta nie żyła, czy może zdarzyłby się ponownie i ponownie. Wolał nie próbować. W domu rodzinnym wpojono mu żelazne zasady i wiarę w Boga, która mówiła, że za każdy występek spotka go odpowiednia kara. I choć bardziej mówiono tam o karze po śmierci, na Sądzie Ostatecznym, to Marek dopatrywał się kary jeszcze tu za życia. Wzięło się to stąd, że jego ojciec traktował go dość ostro, często wymierzając drobne kary za byle przewinienie. Jego matka natomiast zawsze stanowiła dla niego azyl, osobę, do której mógł przyjść i się nawet wypłakać. I teraz brakowało mu takiej osoby, choć do kobiet czuł olbrzymi dystans po sytuacji w prosektorium.

* * *

Następnego dnia po spotkaniu z Lidią nie mogły go opuścić wspomnienia przeszłości: Lena, sytuacja z prosektorium, aż wreszcie jego pierwsza randka. To zdarzyło się tak dawno, że pamiętał jedynie drobne rzeczy, jak podekscytowanie przed i rozanielenie po. Natomiast z samego spotkanie nie pamiętał zbyt wiele. Zupełnie jakby co innego przyćmiło wspomnienia. Zastanawiał się teraz czy to emocje, czy może zwykła niepamięć. Ale biorąc pod uwagę, że pamiętał dokładnie ze szczegółami dużo wcześniejsze fakty ze swojego życia, to raczej w wypadku pierwszej randki wspomnienia zostały przyćmione przez emocje. Zastanowił się, jak to jest, że czasem emocje powodują, że pamiętamy zdarzenie, a w tym wypadku działały odwrotnie.

Wyszedł z domu przed dziewiątą rano i pojechał do pracy. Gdy wszedł do zakładu, zza recepcji odezwała się Ewa:

— Szefie, Stefan się rozchorował. Nie będzie go w pracy.

— Coś poważnego?

— Tego nie wiem, ale wspominał przez telefon, że nie będzie go jakiś czas, ma zadzwonić, jak dojdzie do siebie.

— Czyli nie wiadomo, kiedy wróci? — Marek od razu pomyślał, że teraz sam nie będzie mógł pozwolić sobie na tyle swobody, co do tej pory, bo w razie potrzeby Stefan zajmował się niemal wszystkim — był jego prawą ręką.

— Nie, mówił jedynie, że go nie będzie jakiś czas.

Marek wszedł do siebie do gabinetu, usiadł na fotelu i zaczął się zastanawiać, czy nie odwiedzić Stefana. Przyszło mu do głowy, czy ta choroba to nie przypadkiem po wspólnym wędkowaniu, bo temperatura była dość niska. Jednak od dłuższego czasu, od porzucenia kariery kardiochirurga, unikał ludzi. Z drugiej strony teraz spotkał się z Lidią, ze Stefanem przecież też zacieśnił więzi koleżeńskie, więc może już czas przestać zadręczać się przeszłością, a czas zacząć żyć normalnie. Jakkolwiek jawiło się to mu niezgodne z emocjami, czuł, że to jedyna droga. Już sięgnął po komórkę, aby zadzwonić do Stefana, ale zrezygnował. Sam nie do końca wiedział, o czym mógłby teraz z nim rozmawiać, a poruszać tematów zdrowotnych nie był nadal w stanie. Nie po tym, co się wydarzyło.

Usłyszał pukanie do drzwi.

— Panie Marku — mówiła Ewa — Radka wciąż nie ma, Stefan na zwolnieniu…

— Tak, tak, wiem — przerwał jej. — Zaraz się przebiorę i pójdę im pomóc, niech obędą się beze mnie kwadrans.

— Panie Marku, ale Adam właśnie stwierdził, że rezygnuje, że nie nadaje się do takiej pracy. Został Krzysiek, a on sam nie da rady. Mamy dziś cztery ciała. Może trzeba pomyśleć, aby kogoś zatrudnić? Teraz to nawet nosić trumnę nie ma komu, bo choć Arek i Mirek mogą nadal przychodzić dorywczo do samych pogrzebów, jak już to robili wcześniej, to teraz jest ich najwyżej trzech, brakuje czwartego, a dziś mamy pogrzeb.

— Czyli co? Nie pozostało mi nic innego jak nieść z nimi trumnę.

— Szefie, nie to miałam na myśli, raczej myślałam o poszukaniu kogoś dorywczo takiego jak Arek i Mirek.

— Ewo, mało prawdopodobne, abyśmy dziś kogoś takiego znaleźli. Jeszcze gdyby na stałe, to tak, ale na dorywczo, tylko na pogrzeby, to nie ma szans.

— A nie ma pan oporów?

— Osobiście żadnych. Najwyżej jeśli spotkam jakiegoś byłego pacjenta, to zacznie się plotkowanie na większą skalę. Ale wie pani co? — Oparł się wygodnie w fotelu, spojrzał jej w oczy. — Guzik mnie to obchodzi. Już nieraz mnie pytano, dlaczego rzuciłem pracę jako lekarz i pracuję tutaj. Żadna praca nie hańbi, a ta również uszlachetnia.

— Panie Marku. — Weszła do gabinetu i zamknęła za sobą drzwi. — Mogę być szczera? Ale tak bardzo szczera?

— Tak, Ewo, proszę mówić — odparł automatycznie, choć dreszcz niepewności przebiegł mu po plecach.

— Pan to powinien wrócić do zawodu, ja panu mówię. Przepraszam za wyrażenie, ale gada pan głupoty, że ta praca uszlachetnia. Według mnie ta praca to tylko pieniądze, nic więcej. Tu za nikogo pan nie odpowiada tak naprawdę, przyjmuje pan trupy i trupy pan grzebie. Co może pójść nie tak? Uśmierci pan któregoś? — podniosła głos.

— Ewo…

— Nie, panie Marku, serce mi się kraje, jak widzę, że tak dobry człowiek i lekarz kardiochirurg marnuje sobie życie. Ile razy obiecywałam sobie, że powiem to panu, ale za każdym razem tłumaczyłam sobie, że to nie moja sprawa, że to pańskie życie.

— Ewo, nie wiesz wszystkiego. — odparł cicho. — Dla mnie to naprawdę…

— Owszem, nie wiem wszystkiego — przerwała mu — ale wiem tyle, że to nienormalne, aby lekarz grzebał ludzi. Owszem — podniosła głos jeszcze bardziej, ledwo opanowując emocje — mówi się, że każdy lekarz ma swój cmentarz, ale pan to se chyba to za bardzo wziął do serca. Ja się na to nie godzę, to nie na moje nerwy — biernie przyglądać się i codziennie mówić sobie, że tak ma być, że to nie mój zasrany interes. Nawet mój mąż ma pretensje, że bardziej się przejmuję panem niż nim. — Wybuchnęła płaczem.

Marek wstał z fotela, podszedł do niej i przez chwilę zastanawiał się, co zrobić. Jednak w jakiś niezrozumiały sposób instynkt zadziałał i Marek objął ją ramieniem.

— Nie! — zaprotestowała i odeszła krok w bok. — Teraz jest pan czuły i to jest dobre, ale za chwilę pozbędzie się pan duszy i znów będzie bezdusznym grabarzem. Z każdym pogrzebem pozbywa się pan kawałka swojej duszy. A na co pan to zamienia? Na srebrniki!

— To nie tak! — Marek aż drgnął.

— Co nie tak? Może mnie pan zwolnić za to, co właśnie powiedziałam, mam to w dupie! Ważne, że teraz będę miała spokojniejsze sumienie. A tak z każdym pieprzonym pogrzebem w moje sumienie wbijały się coraz większe zadry z tych pieprzonych trumien.

— Ewo! — Marek podniósł głos. — Ewo! — powtórzył.

— Tak? — spytała żałośnie.

— Dziękuję. I w żadnym wypadku cię nie zwolnię. Wręcz odwrotnie: choć mam swoje powody, dla których prowadzę ten zakład, to dziękuję ci za te słowa. Wiem, że to z troski o mnie. Jeszcze raz dziękuję. — Ponownie objął ją ramieniem. Ewa jeszcze bardziej się rozpłakała.

Pomyślał, że wreszcie to wyraziła, bo już od dłuższego czasu widział, że ma coś do powiedzenia. Ilekroć przechodził obok recepcji, zerkał na nią jakby w oczekiwaniu na wypowiedzenie tego, co w niej buzowało. Kilka razy nawet już zaczęła coś mówić. Tak, jak poprzednim razem, gdy powiedziała, że mógłby zamknąć tę firmę na amen. Jak to się dzieje, że osoba, której płaci dobrze i która traktowana jest z szacunkiem i po ludzku, mówi takie rzeczy. Przecież powinna przede wszystkim dbać o swój interes, a nie o to, żeby zamknąć firmę. Czyżby dobro szefa było dla niej ważniejsze niż własne? Jeśli tak, to może się w nim podkochuje? Ale przecież nigdy nie zauważył, aby wysyłała mu jakiekolwiek sygnały. Takie rzeczy da się dostrzec natychmiast: kobieta za każdym razem, gdy widzi mężczyznę, w którym się podkochuje, poprawia fryzurę, czy wypina biust. Lub zwyczajnie bawi ją wszystko w sposób naturalny. Tu tego nie było. Czyżby więc po prostu widziała, że Marek się męczy w tej pracy, i to jej nie dawało spokoju? Już kolejna osoba mu to powtarza. Najpierw matka, teraz Ewa. Może jest coś, czego on sam nie widzi? Jakiegoś własnego zachowania?

Tego dnia Marek wrócił do domu po czarny garnitur. Pogrzeb rozpoczynał się o trzynastej. Marek podszedł do karawanu stojącego przed kościołem w ostatniej chwili; mimo wszystko miał opory, aby pokazywać się jako ten, który niesie trumnę. Niby nie zależało mu specjalnie na opinii, ale chciał uniknąć plotek, bo takie na pewno by się pojawiły, gdyż widok lekarza, i to kardiochirurga niosącego trumnę, mógł wzbudzać niepotrzebne rozmyślania. Nie czuł nieprzyjemnych emocji, dopóki nie poczuł ciężaru na ramieniu. Do tego on był najniższy ze wszystkich niosących, więc ciut więcej masy przypadało na niego. Wtedy miałby ochotę zostawić ten zawód i albo wrócić do pracy jako lekarz, albo znaleźć jeszcze coś innego. Zastanowił się, jak to jest, że wybrał prowadzenie zakładu pogrzebowego; nie wystarczyło mu emocji płynących z pamięci tego, co zdarzyło się w czasie studiów w prosektorium?

Gdy wyjmowali trumnę z karawanu już na cmentarzu, zobaczył przyglądającą się kobietę. Nie był pewien, czy ją zna. I nie miał pewności czy ona przypatruje się samej czynności pogrzebowej, czy może właśnie jemu jako byłemu lekarzowi. Na tę myśl zrobiło mu się nieco gorąco. Ale poczuł prawdziwe emocje, opuszczając z kolegami trumnę do grobu. Sam nie potrafił nazwać tego, co go dotknęło. Może świadomość kruchości ludzkiego życia, może fakt, że mimo iż wielokrotnie przygotowywał ciała w zakładzie, to nigdy nie uczestniczył w ten sposób w pochówku? A może po prostu wszystkiego po trochu, łącznie z tym, że ktoś może podejść i spytać, dlaczego już nie jest lekarzem. Niby mogły zdarzyć się takie osoby i wśród tych, którzy odwiedzali zakład, jednak dotychczas to się nie wydarzyło. Mogło mieć na to wpływ, że jako lekarz pracował w Instytucie Kardiologii w warszawskim Aninie, a mieszkał i prowadził zakład pod Warszawą.

Gdy zasypywano grób, a on sam stanął nieco z boku, podeszła do niego kobieta, która mu się przyglądała.

— Nigdy panu tego nie zapomnę! — wysyczała z wyrzutem.

Marek nerwowo na nią zerknął, ale nie rozpoznał nikogo konkretnego.

— Mój tata żył tylko pół roku po pana zabiegu! Nie dziwię się, żeś pan zmienił zawód, ten o wiele bardziej do pana pasuje! — Odwróciła się i odeszła.

Najpierw odruchowo spojrzał jeszcze raz na tabliczkę przeznaczoną na grób, czy to nie jeden z pacjentów, w których operacji uczestniczył. Ale szybko sobie zdał sprawę, że kobieta wspomniała, że ojciec żył pół roku, a przecież on już nie jest lekarzem od ponad czterech. Potem zerknął na zgromadzonych, szczególnie tych, którzy stali blisko kobiety. Ale na próżno. Poza tym zastanowił się, że przecież nie prowadził samodzielnie operacji, więc kobieta musiała zapamiętać zarówno jego, jak i kardiochirurga prowadzącego. Może to więc było tak, że od razu szukała potencjalnych ofiar?

Wrócił do domu niemal bez sił. Cała ta sytuacja z pogrzebem dała mu się bardzo we znaki. I to, że musiał nieść trumnę, i to, że opuszczał ją do grobu, a szczególnie słowa wściekłej kobiety. Ledwo ściągnął garnitur i padł na łóżko. Przykrył się i za chwilę Zwłoczka wskoczyła tuż obok niego. Marek skulił się w sobie i chciałby po raz kolejny przestać istnieć. Jeszcze spojrzał za okno, za którym zaczął siąpić deszcz. To go uspokoiło. Leżąc bokiem, z przytuloną do poduszki głową, obserwował mokry świat, głaszcząc kotkę. Po raz kolejny zastanowił się, dlaczego zmienił zawód na taki. Ok, rodzice mieli pieniądze na rozruch, to dobrze płatny fach, miał doświadczenia i kontakty ze studiów, aby ułatwić sobie start, ale przecież do cholery to było przywoływanie na własne życzenie uczuć, które nim targały od czasów zdarzenia w prosektorium. Czemu znów pracuje z nieboszczykami?

Kolejnego dnia wchodził na recepcję z pewnymi oporami, nie wiedział, czy Ewa znów nie wytknie mu tego, co było jakże prawdziwe. Niby był szefem i mógł po prostu zabronić jej o tym wspominać, jednak dobrze wiedział, że to nie rozwiąże problemu. Bo jeśli przestaje się mówić o problemie, ten wcale nie znika. Spojrzał tylko na Ewę, ale nie zauważył, aby tym razem miała ochotę coś powiedzieć; przemknął do swojego gabinetu tak szybko, jak mógł, i zajął się pracą. Jednak godzinę później ktoś zapukał do drzwi.

— Panie Marku — zaczęła Ewa.

On nastawił się na kolejną reprymendę z jej strony.

— Ktoś do pana — kontynuowała. — Mogę wpuścić?

— Klient? — spytał z ulgą. Bo niemal wszystko inne był w stanie przyjąć z ulgą; oby tylko Ewa nie przypominała mu, że powinien leczyć ludzi.

— Nie wiem, raczej nie. Ten pan już tu kiedyś był. — Wskazała głową na pojawiającego się za plecami pana Stanisława.

— O, witam, panie Stanisławie, proszę wejść. — Kiwnął głową, aby Ewa go wpuściła.

— Witaj, młody człowieku — przywitał się wchodzący. Trzymał w ręku sporą reklamówkę z czymś niezwykle cienkim i kwadratowym.

— Proszę usiąść. — Wskazał na stojący fotel pod ścianą. — Co pana sprowadza? — spytał głupio, ale od razu ugryzł się w język, bo przecież dobrze wiedział, że przyszedł w sprawie pogrzebu.

— Można szklankę wody?

— A, tak, tak, oczywiście. — Wstał i podniósł głos, aby usłyszała go Ewa za zamkniętymi już drzwiami: — Pani Ewo! — A po chwili, gdy otworzyła drzwi: — Proszę podać panu Stanisławowi szklankę wody.

— Oczywiście.

— Młody człowieku — zaczął starzec. — Zapewne wiesz, co mnie sprowadza. — Pokiwał głową, jakby sam sobie przyznawał rację.

— No, domyślam się. Chodzi o pogrzeb.

— Dokładnie tak. Co my tak już ustaliliśmy… Aha, ma być żarcik na klepsydrze. — Starzec uśmiechnął się zawadiacko. — Druga sprawa jest taka, że chcę, aby na moim pogrzebie zagrano pewną starą piosenkę z czasów, gdy byłem w sile wieku. Wiesz… pamiętam, jak wróciłem z pogrzebu mojego znajomego, który umarł nazbyt wcześnie, Panie świeć nad jego duszą, i kolega przyniósł mi płytę z tym utworem. Pomyślałem wtedy, że to idealna piosenka na pogrzeb. Do dziś jej często słucham, mówię ci, młody człowieku, piękna stara polska muzyka — zamilkł na chwilę i napił się wody.

— A co to za piosenka?

— Pewnie nawet nie słyszałeś. To Dwa plus jeden, piosenka „Komu w oczach słońce”. — Stanisław spojrzał na Marka pytająco. Sięgnął do reklamówki i wyciągnął z niej tradycyjną czarną płytę tego zespołu o tytule „Teatr na drodze”.

— Nie, słyszałem ich kilka piosenek w radio: „Pomaluj mój świat” czy „Iść w stronę słońca”. — Marek pokiwał głową.

— Tak, to ich. Ale tego pewnie nie słyszałeś, młody człowieku. — Starzec ostrożnie wstał i podał płytę. — Nie wiem, czy masz patefon, jak nie to zapłacę, byś sobie kupił. To ostatnia piosenka z tej płyty, ale możesz przesłuchać całą, myślę, że ci się spodoba.

— Patefon, pan powiada. — Marek się uśmiechnął. — Całe wieki nie słyszałem tego określenia. Ostatnio mówiła tak moja babcia.

— No tak, teraz to chyba jakoś inaczej się na to mówi…

— Panie Stanisławie, teraz mówi się gramofon. Choć, jak zapewne pan wie, teraz to już nawet nie moda na płyty kompaktowe, teraz wszystko w Internecie.

— Naturalnie, wnuczka czasem włącza coś z tych internetów i niektóre to nawet ładne piosenki. Ale niektóre to tylko łupanie, żadnej melodii.

— Czyli pan chce, aby tę piosenkę włączyć z gramofonu na pogrzebie? — spytał Marek.

— Nie — zdecydowanie zaprzeczył Stanisław. — Chcę, aby ktoś to zagrał i zaśpiewał.

— Ale… — Marek nie wiedział co powiedzieć.

— Żadnego ale, młody człowieku, żadnego ale. Ja niewiele żądałem w życiu, a na stare lata to jeszcze się pogłębiło, lecz co do pogrzebu będę nieugięty. A wiem, że jeśli ustalimy, ty dotrzymasz słowa. Płacę za wszystko z góry. — Stanisław sięgnął do kieszeni po portfel i stuknął nim w drugą dłoń. — Chcesz, abym teraz zapłacił?

— Nie, panie Stanisławie, nie o to chodzi. Tylko nie wiem, czy ktokolwiek zgodzi się na pogrzebie zaśpiewać niereligijną i nieżałobną piosenkę.

— Zgodzi się, zgodzi. Nawet już znalazłem kościół z organistą, który czasem gra nietypowe pieśni.

— Ale..

— Wiem, że powinienem mieć mszę pożegnalną w mojej parafii, ale już ustaliłem z proboszczem, że się zgodzi. — Stanisław wyciągnął z reklamówki kopertę i wręczył Markowi. — Tu jest zgoda na piśmie. Załatwiła to wnuczka. Ale reszta należy do ciebie, młody człowieku.

— Panie Stanisławie. W takim razie zrobię wszystko, czego pan żąda.

— No, i to się rozumie. A żeby nie było, że jestem gołosłowny, to mówię ci, że kopnę w klepsydrę w ciągu góra roku… — zawiesił głos. — Tak że na dziś starczy tych rewelacji.

— Tak… — Marek pokiwał głową. Już czuł się zmęczony tymi przygotowaniami.

— A Ania ostatni cały weekend w ogóle nie wychodziła z domu. Zamknęła się w pokoju i płakała. Myślała, że się nie dowiem, że było z nią nie tak, ale ściany nie takie grube i słyszałem, że szlochała. Aż sam musiałem iść na zakupy. Rozumiesz, młody człowieku?

— No tak, w pana wieku, iść na zakupy.

— Tyle że nie o to mi chodzi, że Ania mnie zaniedbała, że przez nią musiałem na te zakupy, ale o to, że naprawdę coś jest nie tak. Mówię ci, młody człowieku, ta okropna baba zniszczyła życie mojej Ani.

— Ta, co zabrała narzeczonego? — spytał niepewnie Marek.

— Ta sama. Jakbym ją spotkał na ulicy, to krzywdę bym zrobił i nie patrzył, że to niezgodne z prawem. Kija bym chwycił i plecy wygarbował. — Starzec pokręcił głową. — Choć mówi się, że wygarbowałbym skórę. Ale ja wiem, że niejeden kij bym na niej połamał! — Starzec podniósł głos.

— Teraz, panie Stanisławie, takie czasy, że człowiek dla człowieka wilkiem.

— Ależ nie, młody człowieku. Wcale nie teraz. Zawsze tak było. Za mojej młodości to były w Warszawie dzielnice, gdzie nikt nie chciał jechać, bo tylko złodzieje i dziwki. Teraz to tylko na Pradze trochę tego pozostało, ale i to już niewiele. A wiesz, dlaczego teraz wszyscy mówią, że jest gorzej?

— No, nie.

— Bo wszędzie trąbią o samych tragediach, wypadkach, napadach, rabunkach, zabójstwach. Wszędzie, czy to w radiu, czy w telewizji. Kiedy, młody człowieku, ostatnio widziałeś, aby w wiadomościach podali o czymś naprawdę radosnym? No, kiedy? — Stanisław napił się wody.

— Nie no, czasem jest, jak choćby o Wielkiej Orkiestrze Świątecznej Pomocy, czy… — Marek zaczął się zastanawiać, ale tak naprawdę to była jedyna pozytywna wiadomość, która przychodziła mu do głowy.

— Ludzie lubią tragedie, żyć bez nich nie mogą. A jak ich zabraknie wokół, to sami je tworzą. Oby tylko się coś działo.

— Nigdy się nad tym nie zastanawiałem — odparł automatycznie Marek. Zaczął myśleć o wnuczce Stanisława. Czy dałoby się jej jakoś pomóc?

— Tak to jest, młody człowieku, tak to jest.

— Panie Stanisławie, chyba nie powinienem tego mówić, ale może wnuczka już musi zasięgnąć specjalistycznej pomocy? Lekarskiej, znaczy psychiatrycznej, a przynajmniej psychologicznej.

— Też się nad tym, młody człowieku, zastanawiałem. Teraz wszędzie trąbią, żeby w razie problemów zgłaszać się do poradni. Może trzeba by było ją zaprowadzić gdzieś, bo sama to nie pójdzie, charakter ma po mnie, ja też wolałem wszystko sam znosić niż poprosić o pomoc.

— No to może trzeba coś z tym zrobić.

— Właśnie mi uświadomiłeś, młody człowieku, że mam jej pomóc, bo ona to nie najlepiej zarabia. Ale to też po tym, jak rzucił ją narzeczony. Przedtem to nawet kierowniczką w sklepie była, a teraz rozkłada towar na półki. Zapłacę za tego specjalistę. — Stanisław pokiwał głową. — Jeśli się zgodzi, jeśli się zgodzi, bo tak jak ja chce być niezależna i samodzielna. A pomoc przyjąć też trudno. Czasem trudniej niż dać.

— Coś o tym wiem… — Marek pokiwał głową i poczuł, że chce jak najszybciej zakończyć tę rozmowę. Spuścił głowę. Przez dłuższy czas obaj milczeli, aż Stanisław pożegnał się i wyszedł.

Marek przygotowywał mnóstwo pochówków i choć może nie robił tego od wielu lat, tylko od czterech, to nigdy się nie zdarzyło, aby klient zażyczył sobie na pogrzebie muzykę. I to niereligijną. Do tego jeszcze ten tekst na nekrologu. Czy ten Stanisław w ogóle zastanawia się, że po jego śmierci inni będą cierpieć i mogą nie chcieć takich atrakcji? Ale na dobrą sprawę nie mógł mu tego powiedzieć, bo wyczuł, że Stanisław nie zaakceptuje żadnego sprzeciwu. Tyle dobrego, że te wymogi były niegroźne. A ten tekst na nekrologu nie musiał być dostrzeżony przez wiele osób.

* * *

Tamtego dnia Marek nie czuł się dobrze: słabo przespana noc, kłopoty żołądkowe z poprzedniego dnia i ogólne zmęczenie dawało się we znaki. Przyjechał do szpitala z niewielkim opóźnieniem. Spóźnił się na obchód tuż przed operacją. Dołączył, gdy badali małego Jacusia. I to właśnie Jacuś, syn Jadwigi tego dnia szedł na stół operacyjny. Musieli poprawić to, co od urodzenia działało niewłaściwie. On miał jedynie asystować. Marek poczuł się już dobrze przed samą operacją, a na wszelki wypadek wziął leki na biegunkę. Pół godziny wcześniej zaczepił go kardiochirurg prowadzący:

— Jesteś w stanie asystować?

— Tak, tak, wszystko w porządku. Już jest dobrze.

— No to widzimy się za kwadrans. Widziałem, że rozmawiałeś z jego matką i wyglądało, jakbyście się dobrze znali.

— W zasadzie to nie, przyjąłem ich na badania wstępne kilka tygodni temu, a potem prowadziłem Jacka. Rozmawiamy ze sobą tylko.

— Czyli nie ma mowy o jakichś niepotrzebnych emocjach? Wiesz, pytam, bo jest taka niepisana zasada, że nie powinno się operować bliskich właśnie ze względu na emocje.

— Nie, nie, spokojnie, to obcy mi ludzie.

— Na pewno? — Uśmiechnął się kolega. — Jak was widziałem, dałbym głowę, że ze sobą flirtujecie.

— Tak, nie ma mowy o emocjach.

— Wiesz, jak trzeba, poprowadzę operację sam, a ty będziesz asystował przy następnej.

— Naprawdę, wszystko w porządku.

Gdy zaczęła się operacja, Marek poczuł, że Jacek nie jest mu tak samo emocjonalnie obcy jak inni pacjenci. Jednak było za późno na jakiekolwiek zamiany. Przyglądał się więc najpierw, jak mały pacjent jest schładzany do dwudziestu ośmiu stopni, aby wydłużyć czas na wykonanie całego zabiegu, potem sam otworzył klatkę piersiową i rozciął mostek. Główny kardiochirurg zastąpił krążenie na pozaustrojowe, podpinając płucoserce zamiast serca, aż w końcu zaczął korekcję Zespołu Fallota. Po obłożeniu serca lodem, co zatrzymało jego akcję, w końcu otworzył ten narząd, aby dokonać zmian we wnętrzu.

Ocenił pień płucny (główne naczynie krwionośne doprowadzające krew z serca do płuc) oraz zastawkę płucną, która zapobiega cofaniu się krwi z powrotem do serca. Następnie przystąpił do zabiegu korekcji samej zastawki. Rozciął i odciął od ściany pnia płucnego spoidła jej płatków. W dalszej kolejności uwidocznił drogę odpływu prawej komory i dokonał resekcji zwężenia podzastawkowego. Potem trzeba było zamknąć ubytek międzykomorowy za pomocą specjalnej łaty z dakronu; w zdrowym sercu nie ma połączenia między komorami, a w tym przypadku ubytek przegrody był tuż przy ujściu aorty. I aorta to kolejny problem, którym należało się zająć. Powinna ona wychodzić z lewej komory, natomiast w tej chorobie przesunięta jest ona na prawo, w tym wypadku nad ubytek międzykomorowy. Dakronową łatę należało wszyć tak, aby jednocześnie odgrodzić ujście aorty od prawej komory.

Całość skomplikowanej operacji trwała prawie cztery godziny. Z każdą chwilą Marek czuł coraz większe zmęczenie. I z każdym momentem przeszywały go coraz silniejsze dreszcze gorąca. Widocznie dolegliwość trawienna z poprzedniego dnia zaczynała się odzywać, choć Marek nie czuł potrzeby pójścia do toalety. Jednak w pewnym momencie poczuł kapiący spod lewej pachy pot. Zrozumiał, jakimi emocjami darzy małego Jacusia: teraz to już nie był obcy chłopiec — to był syn kobiety, do której zaczynał czuć coś więcej. To, co mówił kolega, właśnie się dokonywało: emocje przejmowały prym, a Marek nie myślał już spokojnie i całkiem trzeźwo.

Pod koniec zabiegu kardiochirurg prowadzący zaszył serce i z powrotem przywrócił krążenie ustrojowe, spojrzał na Marka i rzekł:

— No to teraz twoja kolej. Masz go zaszyć.

Marek nie protestował. Ale choć wielokrotnie dokonywał szycia, czuł, że tym razem to będzie prawdziwe wyzwanie. Chyba przecenił swoje możliwości w kilku aspektach: po pierwsze darzył chłopca emocjami, po drugie miał osłabiony organizm po silnej niestrawności, a co za tym idzie, czuł się przemęczony. Ale nie powiedział prowadzącemu, że jednak nie da rady; zawziął się w sobie i zaczął robić to, co mu polecono. Z każdą chwilą czuł coraz silniejsze fale gorąca, które powodowały, że kolejne krople potu spływały spod jego pach. Gdy wykonywał ostatni szew, zadrżała mu ręka. Natychmiast wstrzymał ruchy całkowicie, wziął głęboki oddech i nachylił się nad małym pacjentem, aby z bliska się przypatrzeć jakości swojej pracy. I w tym momencie poczuł spływającą po czole kroplę potu, która błyskawicznie osiągnęła łuk brwiowy, i zanim Marek zdążył zareagować, skapnęła prosto w otwarte wciąż cięcie na mostku. Wszyscy zamarli w bezruchu, tylko pielęgniarka stojąca obok doskoczyła i przetarła mu twarz. Kardiochirurg prowadzący odsunął bez słów Marka na bok i jak najszybciej sterylnym gazikiem osuszył miejsce szycia. Całe szczęście pot zatrzymał się na skórze, nie spłynął głębiej. Marek dalej już nie pamiętał, co się wydarzyło. Patrzył i był nieobecny. W pełni doszedł do siebie dopiero, gdy się przebierali.

Gdy tamtego dnia wrócił do domu, czuł się bez sił. Mimo iż nic tragicznego się nie stało, a sytuację opanował jego kolega, to Marek miał poczucie winy. Szczególnie dlatego, że nie potrafił dobrze ocenić swoich możliwości. Od razu po przyjściu wziął prysznic i przebrał się w piżamę. Nie chciał widzieć nikogo. Zasiadł w fotelu i włączył telewizję.

W pewnym momencie zadzwonił telefon:

— Cześć — odezwała się Jadzia. — Możemy się spotkać? Jestem taka podekscytowana — mówiła bez przerwy. — Chcę ci osobiście podziękować.

— Cześć. Wiem, ile dla ciebie znaczy ten dzień i to, że operacja się udała, ale jestem wykończony i byłbym marnym towarzyszem. Poza tym podziękowania należą się Jurkowi, to on operował, ja tylko asystowałem.

— Jemu już podziękowałam, ale nadal nie mogę usiedzieć w miejscu. Przy Jacusiu nie mogę, bo przecież jest na intensywnej terapii. Podaj mi adres, przyjadę.

— Jadziu, to naprawdę niedobry pomysł.

— Dawaj, bez dyskusji! — Zaśmiała się głośno. — Dziś mnie tak łatwo nie odpędzisz od siebie.

Po dłuższej wymianie zdań Marek w końcu się zgodził, ale czuł się na tyle zmęczony, że nie przebrał się z powrotem z piżamy w ubranie, tylko zarzucił na siebie szlafrok.

Gdy już siedzieli w salonie na kanapie, Marek nie mógł wyjść z podziwu, ile energii może wyzwolić z siebie w takiej sytuacji Jadwiga. To był istny gejzer. Najpierw pytała o szczegóły operacji, czy nie było komplikacji, jak Jacuś zniósł hipotermię, aż spytała o Marka odczucia.

— Wiesz, ja dziś jestem mocno przemęczony. Poprzedniego dnia miałem kłopoty gastryczne, które dały mi w kość.

— I wytrzymałeś w takim stanie przy stole te pięć godzin?

— No, ledwo, ale wytrzymałem. Za to teraz jestem wykończony.

— Wybacz, że cię męczę, ale jestem taka podekscytowana. — Przysunęła się do niego. — Wiesz, że będę ci wdzięczna do końca życia? Jacuś to całe moje życie. — Wzięła go za rękę.

Marek poczuł pożądanie seksualne i zanim się zorientował, stał zamknięty w łazience, próbując opanować emocje. Przy zgaszonym świetle, w całkowitej ciszy, z własnymi myślami. On tu, a ona w drugim pokoju, porzucona nagle, za co Marek dodatkowo się winił. W dodatku nie wspomniał jej nic o incydencie z kroplą potu. Bał się jej reakcji. Serce waliło jak oszalałe, gonitwa myśli przyćmiła prawidłową percepcję, a oddech przyspieszył jak po szybkim biegu. Nie był w stanie się zbliżyć do Jadwigi. Po raz kolejny wspomnienie z prosektorium panowało nad jego wolą. Który to już raz nie był w stanie związać się z kobietą?

4 myśli w temacie “Samotność Boga — cz. V

  1. Jakoś tak ciężko, smutno i czasem bezsensownie w tym życiu. Bardzo przygniata. Nie chciałabym wejść w świat Marka. Nie wiem, czy on do jakiegokolwiek związku się nadaje, dopóki nie ogarnie siebie, terapia mu się kłania i to zapewne niejedna.

    Polubione przez 1 osoba

  2. Muszę zgodzić się z czytelniczką. Bohater sprawia wrażenie człowieka w ciężkiej depresji, który pozwala, by życie nim miotało byle gdzie. To już piąta część i trochę brakuje mi nakierowania czytelnika na sedno powieści. Bo właściwie do teraz nie wiem, o czym ona tak naprawdę jest: czy o powrocie do zawodu lekarza, czy o problemach z kobietami, czy o zmaganiu się z mrocznymi skłonnościami.

    „Okazało się, że matka Leny urodziła się już na Ukrainie, choć matka była Polką” – rozumiem, że matka Leny była Polką, choć urodziła się na Ukrainie?

    „Natomiast z samego spotkanie nie pamiętał zbyt wiele.” – literówka.

    Pozdrawiam.

    Polubione przez 1 osoba

    1. Dzięki, Gabrielu.

      A kto powiedział, że ma być jedno sedno? U mnie jest więcej 😉 Zresztą nie tylko u mnie.
      Rozwiązanie głównych problemów przyjdzie z przedostatnią, 9 częścią. Ale czy wszystkich?

      Błędy poprawiłem.

      Pozdrawiam.

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s