Samotność Boga — cz. IV

Samotność Boga — cz. IV

W piątek po południu Marek odebrał telefon.

— Dzień dobry, dzwonię w sprawie skasowanych esemesów.

— Tak?! — wykrzyknął.

— Więc tak to udało się, są esemesy od niejakiej Lidii.

— Sama treść, czy też numer telefonu? — spytał podekscytowany Marek.

— Wszystko w komplecie.

— Kiedy mogę przyjechać?

— Dziś zaraz wyjeżdżam, więc tak to nie da rady, ale zapraszam w poniedziałek.

— W poniedziałek?! — zapytał z pretensją.

— Przykro mi, ale za chwilę wyjeżdżam na weekend do Francji z narzeczoną. Samolot nie poczeka.

— I nic się nie da zrobić? Może pan podyktuje mi chociaż ten numer?

— Więc tak to, jak mówię, nic. Jestem już w domu, a pański telefon został w firmie. Ale będzie pan spokojniejszy, że numer dał się odzyskać.

— Ale weekend nadchodzi… — ciągnął rozpaczliwie Marek. — Tak to bym się z nią już spotkał.

— Czekała tyle, więc poczeka jeszcze kilka dni. A pan niech się cieszy, że w ogóle dało się odzyskać, bo przy tych nowych pamięciach to wcale nie jest takie pewne.

— No…

— To, do zobaczenia w poniedziałek, więc tak to mam otwarte od dziesiątej do osiemnastej, zapraszam.

— Do zobaczenia.

Marek odłożył słuchawkę i opadł bezsilnie na krzesło. Gdzieś z tyłu głowy założył sobie, że uzyska ten numer przed weekendem i że postara się umówić z Lidią, a rzeczywistość okazała się brutalna i bezwzględna. Skulił się, podciągnął nogi do piersi i wypuścił bezsilnie powietrze. Dostrzegł notatnik leżący na lodówce. Trzymał go tam, aby zapisywać spostrzeżenia dotyczące przygotowywania posiłków. Nagle coś go tknęło, gwałtownie wstał, zabrał notatnik, ubrał się i wyszedł z domu.

Pół godziny później zaparkował samochód na tym samym parkingu w Puszczy Kampinoskiej, na którym spotkał Lidię. Wyszedł z auta. Oprócz niego nie było żywej duszy. Stanął pośrodku placu, wyciągnął ręce ku górze, spojrzał w niebo i cieszył się chwilą. Do jego uszu dobiegał pojedynczy śpiew wilgi. Wolnym krokiem obszedł dookoła parking, ruszył w stronę szlaku, z którego wróciła Lidia, ale po chwili stanął i zerknął na zegarek. Dochodziła osiemnasta. Zawrócił i jeszcze wolniej wrócił do samochodu. Wyciągnął z bagażnika notatnik, z kieszeni długopis i zaczął się zastanawiać, co Lidia mogła zapisywać. Próbował wczuć się w jej osobę. Bardzo ładna kobieta bez makijażu wraca z lasu i coś notuje. Iście frapująca czynność. Zamknął oczy, wziął głęboki oddech i starał się to zgłębić empatią.

Nagle zobaczył, jakby sam zapisywał to, co go poruszyło w czasie spaceru. Spostrzeżenia, które mogą się przydać. Ale nie rozumiał, w czym mogą się przydać. W malowaniu obrazów? Może w pisaniu wierszy albo prozy? Słyszał niegdyś, że to znana technika zapamiętywania poszczególnych scen, obrazów z życia i spostrzeżeń, bo często wpada się na jakiś pomysł, a kilka dni później o nim zapomina czy to z powodu ułomności pamięci, czy to z powodu takiego, że zamysł na daną chwilę wydaje się niedobry. Tymczasem to, co w jednym momencie jawi się niedobre, w innym może okazać się strzałem w dziesiątkę.

Dostrzegł ławkę wykonaną z dużego fragmentu pnia sosny stojącą przy drugim końcu parkingu. Wolno ruszył w jej stronę. Z każdym stawianym krokiem chrzęścił pod stopami żwir, którym pokryty był parking. Z oddali dobiegało miarowe stukanie dzięcioła. Marek poczuł bagienny zapach przyniesiony przez pojedynczy podmuch wiatru znad podmokłego terenu znajdującego się kilkaset metrów dalej w stronę głębi lasu. Usiadł na ławce, wyciągnął ręce ku górze i szeroko ziewnął. Zamarzył, aby w takich warunkach zasnąć na leżaku czy hamaku: bliskość lasu, świeże powietrze, odgłosy natury, zapach niosący coś związanego z wodą, która była mu bliska już od dawna.

Przypomniał sobie swoją koleżankę z liceum, która namalowała jego miłość. Czy ona również dokonuje takich notatek, aby na ich podstawie tworzyć? Czy nosi ze sobą podobny notes? A może młodzieńcza fascynacja malarstwem minęła, a został pragmatyzm i szarość życia? Przecież często ludzie wpadają w tryby życia codziennego i nie w głowie im nic więcej niż dbałość o rodzinę, o zarobki, o wypoczynek. A może radzi sobie inaczej z problemem zapamiętywania; przecież w każdym smartfonie dostępny jest dyktafon lub prosty notatnik.

Gdy wracał autem do domu, zadzwonił telefon. Kątem oka zerknął na wyświetlacz, ale że telefon miał pożyczony, nie pokazała się żadna wizytówka, jedynie numer. Odebrał na głośnomówiącym:

— Halo?

— Dzień dobry, panie Marku, z tej strony Ania Wyrzykowska, wnuczka Stanisława, pana nauczyciela od matematyki.

— Dzień dobry — odparł ze zdziwieniem Marek.

— Czy nie zechciałby pan do nas przyjechać? Dziadek chciałby z panem porozmawiać.

— A czemu nie, w końcu obiecałem, że będę dziadka odwiedzał.

— To kiedy dziadek może się pana spodziewać?

— A dzisiaj wchodzi w grę? — spytał.

— Tak, jak najbardziej, zapraszamy. O której pan będzie?

— A mogę za pół godziny? Właśnie jadę samochodem i od razu przyjechałbym.

— Tak, jak najbardziej. To do widzenia. — Nagle się rozłączyła.

Marek niepewnie spojrzał na wyświetlacz, czy oby na pewno się rozłączyła. Zrobiła to tak nagle…

Podjechał pod dom Stanisława trochę z mieszanymi uczuciami. Z jednej strony obiecał przecież, że będzie go odwiedzał, ale z drugiej najchętniej zaszyłby się w domu i w samotności spędził weekend. Bo niby o czym ma rozmawiać z byłym nauczycielem? Owszem, bardzo dobrze go wspominał, ale najchętniej nie wracałby pamięcią do przeszłości w ogóle. Wysiadł z samochodu i na dłuższy czas stanął w miejscu. Promienie chylącego się nad sąsiednim dachem słońca oświetlały mu twarz. Ile by dał, aby pozostać w tym stanie samemu i nie musieć z nikim rozmawiać. Zamknął oczy i skierował twarz ku promieniom. Czuł wręcz, jak fotony muskają mu skórę, dodają energii.

— Witaj, młody człowieku — usłyszał od strony domu.

Spojrzał, mimo iż od razu rozpoznał głos nauczyciela.

— Zapraszam do środka — ciągnął Stanisław.

Zaskrzypiała furtka, rozcinając ciszę bocznych ulic przedmieścia.

— Młody człowieku… — zaczął Stanisław, gdy już siedzieli w domu. — Mam do ciebie sprawę. Chciałoby się powiedzieć życia lub śmierci, ale niestety w tym wypadku dotyczy to tylko śmierci… — Spojrzał Markowi w oczy.

— Tak?

— Chodzi o to, że ja już niedługo wyciągnę kopyta i zaprosiłem cię tu, aby cię prosić, abyś według moich upodobań przyszykował mi pogrzeb…

— Panie Stanisławie… — Marek się zawahał.

— Zróbmy tak. Płacę podwójnie, ale chcę mieć wszystko przygotowane osobiście przez ciebie. I nie interesuje mnie, czy zrobią to twoi chłopcy, czy ludzie z innego zakładu. Ale ty to masz nadzorować. Bo siedzisz w tym od lat i pomożesz mi ustalić możliwe warunki. — Starzec wziął głęboki oddech.

— Panie Stanisławie, ale chyba jeszcze pan nigdzie się nie wybiera?

— Młody człowieku, moje dni są policzone. Wiem, że nie zostało mi dużo czasu.

— Jakiś lekarz to panu powiedział?

— Nie, ale ja to czuję.

— Aj tam: czuję, czuję! — Zdenerwował się Marek.

— Nie doceniasz, młody człowieku, intuicji. Teraz jest z tym coraz gorzej, ale kiedyś ludzie właśnie nią się kierowali.

— I co ta intuicja panu mówi? No co? — zapytał prowokacyjnie Marek.

— Że wyciągnę kopyta w ciągu roku, może krócej.

Zapanowała krótka cisza. Marek nie miał ochoty dyskutować, kiedy Stanisław umrze. Jednak zapytał:

— Nie zna pan innych określeń tylko: wyciągnąć kopyta?

— Ależ znam. Na przykład: kopnąć w kalendarz, pójść nogami do przodu, odwalić kitę czy wykitować. Ale, ale, to ostatnie określenie jest bardzo ładne: w-y-k-i-t-o-w-a-ć. Co o nim sądzisz? — spytał Stanisław z uśmiechem.

— Wolę po prostu: umrzeć — odparł zażenowany taką rozmową Marek.

— Ależ to piękne słowo. Wykitować. Kit. Do kitu. Choć ja jestem już do kitu, więc wykitować to tak, jakby umrzeć jeszcze bardziej. A może kopnąć w kalendarz?… A czemu nie w zegarek?… Albo nie — kopnąć w klepsydrę! Klepsydra w końcu brzmi staroświecko, czyli odpowiednio do mnie, a poza tym klepsydra to też nekrolog i fajnie będzie brzmiał taki żarcik: to będzie prawdziwe kopnięcie w klepsydrę. Chcę, aby właśnie takie słowa napisano na moim nekrologu. Jak umierać, to z przytupem. Niech żałobnicy mają odrobinę uciechy. — Starzec wziął kolejny głęboki oddech. — Resztę warunków ustalimy innym razem, kiedy się definitywnie zgodzisz.

— A mam wybór? — Marek patrzył na całą sprawę nieco z przerażeniem.

— No, podobno w takich sytuacjach się nie odmawia.

Marek tylko przytaknął, bo w gruncie rzeczy wiedział, że chce się podjąć tego dla swojego byłego nauczyciela, mimo iż warunek narzucony przez starca był ekstrawagancki i według jego wyczucia niegodny pogrzebu. Ale skoro byłemu nauczycielowi ani jego rodzinie to nie przeszkadza, to i Marek musiał się podporządkować. Po chwili do pokoju weszła z opuszczoną głową wnuczka nauczyciela, Ania i spytała, czy nie podać czegoś do picia. Obaj podziękowali.

— Widzisz, młody człowieku — Stanisław wstał i zamknął drzwi od pokoju. — Ania ma już trzydzieści jeden lat, jest, jak widzisz, bardzo ładna, a od pięciu lat nie spotkała się z żadnym mężczyzną. Martwi mnie to.

Marek już chciał zapytać o powody, ale ugryzł się w język; w końcu to nie jego sprawa.

— Miała narzeczonego, już ustalali powoli termin ślubu, ale się rozsypało. Znaczy, samo to się nie rozsypało, inna baba pomogła. Usidliła Mariusza i odebrała Ani. Mówię ci, młody człowieku, okropna to baba. Takiej, której to ja bym kijem nie dotknął. Taka zadziorna, jak to mówią młodzi: modliszka. Ale, co trzeba przyznać, przepiękna kobieta, niejednemu potrafiłaby zawrócić w głowie. Do tego zaradna, dyrektorka w jakimś biurze. Podobno niejedno małżeństwo rozbiła. A potem porzucała chłopa i dawaj za następnego. Okropieństwo.

— I przez tyle lat Ania nie może dojść do siebie?

— Wrażliwa jest, jak nie wiem co. Ale to moja wina, bo gdy z żoną zajmowaliśmy się karierami, to ona jako mały szkrab poszła do mojej mamy, gdzie mieszkali sami, z dala od wsi i innych ludzi. I Ania bardzo źle to zniosła. Od dziecka sobie nie za bardzo radziła. A po tym, jak odszedł Mariusz, to w ogóle nie chce znać chłopów. Mówię ci, młody człowieku, specjalista by jej się przydał, taki od rozumu. Bo po mojemu to postradała go, mimo iż pracuje i opiekuje się mną. Podobnież teraz to każdemu potrafią pomóc z głową… — Starzec zamilkł.

— Nie wiem, co powiedzieć, panie Stanisławie. Nie znam żadnego takiego specjalisty. Niby dwie osoby ze studiów zostały psychiatrami, ale nie mam z nimi żadnego kontaktu. Nie potrafię pomóc.

— Nie mam do ciebie pretensji, młody człowieku, tylko żalę się, bo komu innemu miałbym?… — Starzec spuścił głowę i popłynęła mu pojedyncza łza.

Markowi też zakręciło się od tego wszystkiego w głowie. Miał dość rozmów o szykowaniu pogrzebu, dość rozmów o Ani czy o jakichkolwiek innych ludziach. Pożegnał się ze Stanisławem i wsiadł do samochodu. Gdy jechał do domu, zaczął padać deszcz. Marek w pewnym momencie zatrzymał się na małym parkingu i obserwował, jak wycieraczki zgarniają kolejne krople deszczu. Zgrzyt, pióro przejeżdżało po szybie i zostawiało kolejne porcje wody w końcowych strefach działania. Spływała ona dalej po szybie ku dołowi, tworząc rozmazujący się obraz rzeczywistości. Marek zatopił się w rozmyślaniach. Jeszcze kilka lat wcześniej ratował ludzkie życia, a dziś grzebie ich. Jeszcze do tego ma dopilnować specjalnego sposobu pochówku, który wymyślił sobie pan Stanisław. Najchętniej nie spotykałby się z ludźmi w ogóle, a teraz ma obserwować ostatnie chwile swojego byłego nauczyciela. Tego było zbyt dużo jak na jeden dzień.

Następnego dnia Marek wyszedł na długi spacer. Po nocnym deszczu na ulicach i chodnikach zalegały kałuże. Jednak chmury już ustąpiły i świeciło wiosenne słońce. Szedł, zatopiony w myślach, licząc pod stopami chodnikowe kafelki, gdy usłyszał głos.

— Dzień dobry, panie doktorze.

Wyrwał się z rozmyślań i spojrzał w stronę głosu. Stała przed nim dziwnie znajoma kobieta. Jeszcze kilka lat temu pewnie ucieszyłby się w takiej sytuacji, ale teraz słowa „panie doktorze” wywołały nerwowość i niechęć. Wszystko, co cofało go do czasów, gdy leczył ludzi, działało negatywnie. Zmierzył ostro kobietę wzrokiem, mając nadzieję, że tym ją zdeprymuje. Jednak ta szeroko się uśmiechnęła, spojrzała mu w oczy i rzekła:

— Pięć lat temu leczył pan chirurgicznie wieńcówkę mojemu mężowi. Pamięta pan? — Okręciła twarz w obie strony, aby mógł się lepiej przyjrzeć.

— Przepraszam, ale nie. Poza tym zapewne tylko asystowałem.

— Ale później pan opiekował się mężem.

— Ale już… — zawahał się, czy kontynuować.

— To nic nie szkodzi. Wie pan, chciałam panu powiedzieć, że jestem niezwykle wdzięczna, bo zmienił pan moje życie.

— To mnie bardzo cieszy — odparł mechanicznie.

— Bo to było tak, że przed tą operacją to mąż był nie do zniesienia. Codziennie pił, awanturował się, a i raz mnie uderzył. Mówię panu, nie było dobrze. Ja już nie wiedziałam co robić. Chciałam się z nim rozwieść, bo nie sposób było wytrzymać. Ale wie pan, dzieci są, więc rozwód to nie jest prosta decyzja.

— No tak… — Marek pokiwał głową dla świętego spokoju.

— Codziennie się modliłam, aby coś się stało, żeby przestał pić. I codziennie błagałam Boga, żeby nie musieć się z nim rozwodzić, bo jeszcze taki rozwód to niezgodny z moją wiarą.

— I przestał pić? — spytał bezmyślnie Marek.

— Ale któregoś razu, gdy był pijany, złapał się za pierś i zaczął się zwijać z bólu. Wezwałam pogotowie, zabrano go, najpierw chcieli na izbę go zawieźć, ale w końcu wzięli do szpitala, gdzie szybko zdiagnozowano wieńcówkę. Dziewięćdziesiąt pięć procent zwężenia tętnicy miał. I potem pan go operował. Powiem panu, że podczas tej operacji to ja nie chciałam być w szpitalu, chyba nadal się go bałam, w sumie niepotrzebnie, bo przecież ledwo dychał. Ale wie pan, panie doktorze, jak mąż długo był agresywny, to nawet widziałam go wstającego bezpośrednio ze stołu operacyjnego i robiącego awanturę. A miałam tego dość. Dzieci też. — Kobieta sięgnęła do torebki po papierosa i zapaliła. — Pali pan? Ale chyba nie, bo to wbrew. Na czym to ja skończyłam… — Zaciągnęła się. — A, tak, ta operacja. Po niej przyszłam w końcu do tego szpitala, bo już mnie sumienie gryzło, że tak go zaniedbuję, wchodzę na salę, a on na mój widok jak nie wpadnie w płacz, to i ja się rozpłakałam. Padłam, panie doktorze, przed tym jego łóżkiem na kolana i zaczęłam całować go po rękach. Bo już wtedy widziałam, że stał się cud. Widziałam to w jego oczach, w tym, że płakał, bo on, panie doktorze, nigdy nie płakał, nawet na filmach. I oboje zaczęliśmy tak szlochać, aż mnie pielęgniarka wyprowadziła, bo nie wolno go było na takie emocje narażać. — Mówiła szybko, zaciągając się dymem. — I powiem panu, że od tamtego dnia to najlepszy mąż na świecie się z niego zrobił. Przestał pić, chodził gdzieś na jakieś grupy alkoholików, dbał o rodzinę, bez pytania sprzątał, gotował. No, mówię panu, panie doktorze, ideał. Tylko… — Kobieta spuściła głowę i rozpłakała się.

— Tak? — spytał już delikatnie Marek.

— Kiedy już wszyscy zapomnieli, jaki on był, gdy pił, kiedy naprawdę układało nam się w najlepsze, pewnego dnia wieczorem zmówił modlitwę, położył się i już się nie obudził. — Kobieta rozpłakała się na głos…

Marek nie był w stanie jej przytulić, nawet za bardzo pocieszyć: po prostu stał w milczeniu.

— Lekarz stwierdził, że zmarł ze starości, ale on jeszcze młody chłop był, niespełna sześćdziesiątkę na karku miał. — Wyciągnęła chusteczki i zaczęła wycierać łzy. — Ja to wiem, panie doktorze, że jego to nadal te wyrzuty sumienia tak gryzły za to, kim był wcześniej. Wszyscy mu wybaczyliśmy, cieszyliśmy się, że jesteśmy razem, ale on ciągle był jakiś nieobecny. Mówię panu, on ze zgryzoty zmarł.

— Przykro mi — wydusił z siebie.

— Niech panu nie będzie przykro, panie doktorze. — Przestała już płakać. — Jak ja się cieszę, że on w pokoju z Panem Bogiem odszedł. Bo po tych zmianach to już do nieba trafi, a przedtem to tylko by go piekło czekało… — Zamyśliła się. — Poza tym inaczej jest żegnać męża, życząc mu źle, bo wcześniej to już bywało, że i źle mu życzyłam, a inaczej go pożegnać w miłości. Tak o wiele łatwiej, panie doktorze.

— Ale…

— To nic, że teraz płaczę, płaczę, bo to dobrze się skończyło. Bóg mnie wysłuchał.

— Droga pani, przepraszam, ale czas mnie goni. — Słowa o Bogu wywoływały w nim negatywne emocje, mimo iż często sam o nim myślał.

— A, tak, tak, rzeczywiście. Ma pan innych pacjentów, a ja głupia zabieram panu doktorowi czas. Najmocniej przepraszam. — Kobieta ukłoniła się i szybkim krokiem odeszła.

Marek stał jeszcze dłuższą chwilę w bezruchu, próbując poskładać do kupy to, co właśnie usłyszał. Nie mieściło mu się w głowie, jak można komuś tak dziękować, mimo iż mąż zmarł.

* * *

Marek zdał sobie sprawę, że pierwsza operacja serca, w której uczestniczył, odbyła się wczesną wiosną. Wstał z samego rana pełen energii, zamówił taksówkę i pojechał o wiele wcześniej, niż powinien. Najpierw planował jechać samochodem, ale zbyt intensywnie myślał o operacji, na niczym innym nie mógł się skupić. Gdy tylko wszedł do szpitala, przywitała go znajoma pielęgniarka, pytając, czy jest zdenerwowany. Mimo iż nie osobiście dokonywał zabiegu, trema go zżerała. Studiował tyle lat, znał na pamięć po kolei każde cięcie, każdy szew, każdą możliwą reakcję serca, a jednak obawiał się nieprzewidywalnego. Bo każda procedura, a w przypadku chirurgii każdy protokół opiera się na wcześniejszych doświadczeniach innych lekarzy, a przecież możliwych reakcji organizmu jest więcej. Nawet myjąc ręce przed samą operacją, Marek miał przed oczami takie wizje. Potem, gdy wchodził na salę operacyjną, stało się coś niezwykłego: umysł jakby przeskoczył w tryb automatyczny i przestały go zadręczać wizje najgorszego.

Stanął nad stołem operacyjnym i asystował w operacji, wykonując to, czego uczył się od tylu lat. Niemal bez emocji otworzył klatkę piersiową pacjenta, razem z rozcięciem kości, a dalej główny kardiochirurg podłączył pacjenta do płucoserca. Każdą czynność Marek obserwował, jakby wykonywane było to na manekinie podczas szkolenia. Nie drgnął również, gdy kolega wszczepiał jako by-pass pobraną przez niego samego wcześniej żyłę z podudzia. Gdy kardiochirurg z powrotem przywrócił krążenie ustrojowe, Marek pomógł w sprawdzeniu, czy wszystkie dokonane połączenia są szczelne. Jedyny moment zawahania pojawił się, kiedy trzeba było użyć defibrylatora, aby je ponownie uruchomić. Jakoś przykładanie prądu do odsłoniętego serca wzbudziło w Marku niepokój i, o dziwo, niesmak. Ale ulga nastąpiła, gdy serce pacjenta znów zaczęło bić, a połączenia by-pass’u nadal trzymały. Odetchnął. Resztę operacji, czyli sklejenie mostka i zaszycie skóry, wykonał również automatycznie. Gdy po wszystkim pomyślał, czuł się niemal jak zaprogramowana maszyna, stworzona specjalnie do celu. Po wszystkim gdy główny chirurg poklepał go po ramieniu, Markowi zadrżała ręka i pojawiły się obawy o dalszy los pacjenta. Jak najszybciej wyszedł z sali operacyjnej, wszedł do toalety i siedział tam dobrą godzinę, i to nie z powodów gastrycznych. Potem wracał taksówką i poprosił o wysadzenie w Ursusie, skąd miał do domu na piechotę jeszcze ponad osiem kilometrów. Do domu dotarł niemal bez sił. Od razu padł na łóżko i spał ponad dwanaście godzin bez przerwy.

* * *

W poniedziałek, zaraz po przyjściu do swojego zakładu zadzwonił do człowieka od odzyskiwania danych.

— I jak? — spytał, gdy tylko tamten odebrał. — Kiedy mogę przyjechać po odbiór?

— Dzień dobry — zaczął z uśmiechem specjalista. — Więc tak to pan od tych wykasowanych esemesów? — zapytał retorycznie. — Poznaję pana po głosie.

— Tak, to ja. Kiedy? — powtórzył ostrzej pytanie.

— No, ja zaczynam pracę za niecałą godzinę, o dziesiątej, więc tak to zapraszam.

— Będę! — wykrzyknął Marek i się rozłączył.

Gdy tylko odłożył telefon, sam nie mógł się nadziwić, co go tak ciągnie do tej kobiety? Owszem, piękna, owszem, to notowanie na leśnym parkingu było intrygujące, ale żeby tak od razu rzucać pracę i pędzić po telefon z odzyskanymi esemesami? Oparł się w fotelu, założył ręce za głowę, zaplótł palce i wziął głęboki oddech. Coś w jego życiu wyraźnie się zmieniało.

Gdy tylko dotarł do specjalisty, zobaczył na drzwiach wywieszoną tabliczkę z napisem „otwarte”. Spojrzał odruchowo na zegarek; było siedem po dziesiątej. Chwycił za klamkę, otworzył drzwi i wszedł do niewielkiego lokalu usługowego. Jednak w pomieszczeniu nie zastał nikogo. Rozejrzał się niepewnie. Podszedł do lady i głośno chrząknął. Nie odpowiedział mu żaden dźwięk. Po następnych kilku chwilach głośno powiedział:

— Halo, jest tu kto?

Zza otwartych drzwi zaplecza dobiegł go cichy szmer. Jakieś szorowanie, zgrzyt, może ciche jęknięcie. Zupełnie, jakby ktoś się z czymś zmagał. Marek powtórzył pytanie:

— Halo, czy tu ktoś jest.

Zamarł w bezruchu. Przez głowę przebiegły mu liczne skojarzenia. Poczuł podenerwowanie. Już chciał ruszyć na zaplecze, aby sprawdzić, co się dzieje, gdy wyszedł stamtąd młody kociak. Marek wypuścił z ulgą powietrze. Schylił się, aby pogłaskać zwierzaka. Kotek podszedł i zaczął się ocierać. Marek wziął go na ręce.

— Dzień dobry — usłyszał za chwilę od strony zaplecza. — Punktualnie pan przyszedł. Jeśli mogę zażartować, to musi być miłość. Lidia — bardzo ładne i nietypowe imię. Więc tak to mnie się kojarzy jedynie z Lidką z Czterech Pancernych. Oglądał pan? — mówił ciągiem specjalista.

— Tak, pamiętam. Janek, Gustlik, Marusia i Lidka. I Szarik. — Spojrzał na kociaka. — Lidkę to chyba Pola Raksa grała? — odstawił kotka na podłogę.

— Ja to nazwiska nie znam, ale piękna kobieta. Mam nadzieję, że nie ma mi pan za złe, że czytałem esemesy, ale musiałem być pewien, że odzyskałem właściwe.

— Ależ skąd, bez tego by się nie dało.

— Więc tak to odzyskałem, co trzeba. — Specjalista sięgnął do szafki pod ladą i wyciągnął telefon. — W sumie to tak bardzo się nie narobiłem, więc nie zadrę z pana. — Zaśmiał się.

— Cieszy mnie to.

— Dwieście złotych… — zawiesił głos i spojrzał Markowi w oczy — byłoby, gdyby nie skojarzenie z piękną — jak to pan powiedział? — Polą Roksą.

— Polą Raksą — poprawił Marek.

— Więc tak to jest sto pięćdziesiąt.

— Ale… — Marek się zawahał. — Na pewno? Nie dwieście? Stać mnie na dwieście.

— No, klient się domaga więcej? Ho, ho! — Fachowiec ponownie się zaśmiał. — Dla dobrych ludzi zawsze jest taniej. Więc tak jest sto pięćdziesiąt, i bez dyskusji.

— Ok, nie będę się kłócił. — Marek sięgnął do portfela i zapłacił.

Wracał do zakładu, cały czas spoglądając na odzyskane wiadomości. Zupełnie jakby się obawiał, czy z powrotem nie znikną. Czytał ich treść, przypominając sobie, jak wygląda Lidia. Pamiętał dobrze ją stojącą obok samochodu, ale obraz samej twarzy jakby uleciał mu z głowy. Zastanowił się, czy teraz w ogóle by ją poznał. A może ma w głowie kogoś zupełnie innego? Czemu nie zrobił jej zdjęcia na tym parkingu, tak by mógł jeszcze raz spojrzeć i skonfrontować to, co pamięta, z rzeczywistością. Ale zdawał sobie sprawę, że gdyby wtedy zrobił zdjęcie, prawdopodobnie Lidia nie odezwałaby się w ogóle.

Po raz kolejny zastanowił się nad zdrowiem człowieka od odzyskiwania danych. Bez dodatkowych badań albo powiedziałby, że to cukrzyca, albo właśnie coś poważnego z sercem. Choć to drugie zwykle objawia się silnymi bólami w klatce piersiowej, a specjalista nic nie wspominał o żadnym bólu, jedynie o utracie przytomności. A może coś z płucami? W końcu niedotlenienie też może spowodować podobne objawy. Tak czy siak, trzeba by było zrobić szereg dodatkowych badań, aby wiedzieć cokolwiek. Dlaczego nie przykazał mu, aby koniecznie poszedł do lekarza? Owszem, wspomniał, aby poszedł, ale samo wspominanie to za mało, szczególnie w przypadku mężczyzn, którzy nie dbają o zdrowie.

Marek nagle zdał sobie sprawę, że myśli jak lekarz. Natychmiast przekręcił gałkę głośności radia i zalały go dźwięki piosenki „Monlight shadow”. Chciał jak najszybciej przestać myśleć o medycynie, więc zaczął próbować śpiewać, do czego nigdy nie miał zdolności.

5 myśli w temacie “Samotność Boga — cz. IV

  1. Antoni,

    melduję, że czytałem. Tekst bez zarzutu. Podpowiem jedynie, że utrata przytomności występuje przy kłopotach z zastawkami serca i nie koniecznie towarzyszy temu schorzeniu ból – Marek jako lekarz powinien wiedzieć. Ale to jedynie szczegół.

    Pozdrawiam.

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s