Samotność Boga — cz. III

Samotność Boga — cz. III

We wtorek obudził się już po piątej rano. Spał tylko niecałe pięć godzin. Wielokrotnie budził się rano czy w środku nocy. Swego czasu próbował skorelować to z wydarzeniami dnia poprzedniego, ale żadnej zależności nie znalazł. Po prostu, nieważne, czy dzień miał lekki czy ciężki, czasem to się zdarzało. Spojrzał na swoją sypialnię. Drobinki kurzu tańczyły w promieniach słońca przedzierających się przez szparę w zaciągniętych zasłonach, oświetlając malunek, który dostał na osiemnastkę.

O szóstej wyszedł na długi spacer. Szedł ulicami Pruszkowa powolnym krokiem. Zawsze wybierał tę samą drogę. Nie zastanawiał się nad tym, lubił powtarzalność. Ile już razy przechodził obok tego samego śmietnika, ile razy widział tych samych ludzi i ile razy zwrócił uwagę na nierówno ułożony chodnik. Miał wrażenie, że w tych powtarzalnych odczuciach kryje się coś więcej niż tylko codzienność. Czuł, jakby za każdym razem przeżywał znowu coś niezwykle ważnego, coś zbawiennego. Przypominał sobie film „Dzień świstaka” i chciałby, aby taka filmowa rzeczywistość dotknęła jego samego. Choć sama idea takiego doskonalenia się wydawała mu się zbyt filmowa, zbyt hollywoodzka.

Gdy już siedział w domu i jadł śniadanie, usłyszał dźwięk esemesa. Oderwał się od jajecznicy, wstał i zerknął. Numeru nie znał. Otworzył wiadomość.

Cześć. Czy oferta spotkania nadal jest aktualna?

Przez chwilę nie wiedział, od kogo ta wiadomość, bo podpisu nie było, ale zaraz skojarzył to z kobietą, którą spotkał w Puszczy Kampinoskiej.

Cześć. To zależy, z kim rozmawiam. Czy jesteś kobietą, którą spotkałem trzy dni temu?

Oczami wyobraźni ujrzał ją przed sobą, tu w kuchni przygotowującą obiad. Brakowało mu kobiety, która zajęłaby się domem, bo on sam nie zawsze miał na to czas. Brakowało mu też kogoś bliskiego, mimo iż od lat unikał kontaktów damsko-męskich. Swego czasu zastanawiał się, czy nie zatrudnić gosposi, bo stać go było na to, ale zrezygnował, gdyż nawet w takiej relacji mógłby poczuć niepotrzebne emocje, których tak bardzo unikał od czterech lat.

Gdy już chciał wrócić do posiłku, znów przyszedł esemes.

Tak, przepraszam, że się nie przedstawiłam, mam na imię Lidia. To co, chętny na spotkanie?

Coś w Marka wstąpiło, poczuł przypływ nieokreślonej złości i w bez zastanowienia wykasował wszystkie trzy esemesy.

Nie dojadł jajecznicy, tylko ubrał się i znów wyszedł na spacer. Tym razem maszerował tak szybko, jak tylko potrafił. Chciał zostawić za sobą coś nieokreślonego. Po co w ogóle zaczepiał tę kobietę?

* * *

Zadzwonił do Leny tydzień po tym, jak ją poznał. Sam nie był przekonany, czy umawianie się z nią to dobry pomysł. Poczekał trzy sygnały, zanim odebrała. Już przy trzecim wahał się, czy się nie rozłączyć.

— Halo — usłyszał w słuchawce.

— Dzień dobry — zaczął oficjalnie. Pomyślał, że przecież umówienie się na spotkanie to nic zobowiązującego. — Widzieliśmy się kilka dni temu u Romana w firmie. Dzwonię, aby spytać, co u ciebie.

— O! — niemal krzyknęła w słuchawkę. — Cieszę się, że dzwonisz. U mnie nawet dobrze, choć… — Wyraźnie urwała w połowie zdania.

— Choć co?

— Nieważne. A co u ciebie, jak nauka?

— Dobrze, w zasadzie dopiero zacząłem drugą specjalizację, więc jeszcze cztery lata przede mną.

— Ja cię podziwiam, że studiujesz tyle lat. Ile to już?

— No, dwanaście. Ale nie narzekam, dorabiam u znajomego jako handlowiec.

— A u mnie tata ostatnio rozchorował się położnie. Zastanawiałam się, czy nie wrócić w Ukrainę. Ale już lepiej.

— Chyba obłożnie się rozchorował, a nie położnie. — Marek się uśmiechnął.

— Tak, tak. Mylą mi się polskie słowa.

— A co jest tacie?

— Tata to nie chce nic mówić, ale mama powiedziała, że to przepuklina pachwinowa.

— A miał operację?

— Tak, miał, dlatego lepiej.

— Czyli już nie chcesz wracać do domu?

— Zastanawiam się, bo tu jestem sama. — Ściszyła głos.

Marek odniósł wrażenie, że Lena bardzo pragnie się z kimś związać, ale też, że to skromna i wstydliwa dziewczyna, która nie powie wprost, mimo iż wyraźnie słyszał sugestię.

— Brakuje ci rodziny? — spytał.

— No, brakuje, brakuje.

Marek po raz kolejny zastanowił się, czy spróbować się z nią umówić. Wiedział, że gdyby się związali, zamieszkaliby w Polsce, więc prawdopodobnie bardzo rzadko odwiedzałaby rodzinę.

— A po co do mnie dzwonisz? — spytała. Marek poczuł, jakby miała odrobinę pretensji.

— Ja? — Zawahał się.

— Tak, z czymś konkretnym?

— Bo…

— Tak…?

— Bo chciałbym się z tobą umówić — powiedział cichutko.

— Kiedy? — niemal krzyknęła.

— A kiedy masz czas?

— Dzi… — Tym razem ona się zawahała. — Może jakoś w tym tygodniu? A kiedy ty masz czas?

— To może jutro? Ok?

— Tak! — odparła bez zastanowienia.

* * *

Godzinę później Marek wrócił do domu po bardzo szybkim spacerze. Czuł się nieco zmęczony, a przed sobą miał cały dzień. Był przepocony, więc wszedł pod prysznic. I już pierwsze krople wody obmyły go ze wspomnień, z gwałtowności, z chęci ucieczki. Natychmiast pożałował, że bezpowrotnie wykasował wiadomości od Lidii. To pierwsza kobieta, którą zaczepił od lat, i jedyna, z którą to zrobił w ten sposób. Co go tknęło, aby ją zagadać? Majaczyło mu się jedynie to, że robiła jakieś notatki zaraz po spacerze w lesie.

Gdy tylko wyszedł spod prysznica, sprawdził, czy na pewno nie jest w stanie przywrócić wiadomości w telefonie. Jakoś niezrozumiale czuł, że musi się do niej odezwać. Przejrzał wszystkie foldery, ale nic nie znalazł. A wiedział, że jeśli nie odpisze, Lidia uzna, że sprawa nieaktualna, że się rozmyślił i da sobie spokój. Marek pierwszy raz od kilku lat poczuł, że na kimś mu zaczyna zależeć. A prawie jej nie znał. I ta dojmująca myśl go zaniepokoiła, bo on, taki niezależny, starający się do nikogo nie przywiązywać, nagle odczuwa potrzebę zawarcia znajomości. Nie, to nie była zwyczajna potrzeba zawarcia znajomości, to coś więcej.

Tego dnia pracy było niewiele. Ot, w sumie trzy ciała, więc nie musiał sam ich szykować. Jedynie zajął się formalnościami. Za każdym razem zwracał uwagę na nazwisko zmarłego, chcąc być pewien, że nie ma do czynienia z kimś, kogo znał. Niby powinno być mu wszystko jedno, wszak zmarły to zmarły, jednak on znajomych traktował szczególnie. Tak, jak w przypadku żony nauczyciela matematyki — poszedł na pogrzeb, mimo iż jej prawie nie znał.

W końcu, gdy uporał się z papierami, jeszcze raz wziął do ręki telefon i próbował odzyskać usunięte wiadomości. Kiedyś czytał, że prawie każde dane można przywrócić, o ile nie są wyczyszczone przez specjalny program. Choć z drugiej strony, po co miał odzyskiwać? Czy źle mu samemu, bez kobiety? Nikt niczego nie narzuca, nie wymaga, nie potrzebuje. Ale, co bardziej dotkliwe, niczego nie daje. Bo nieraz brakowało mu kogoś bliskiego, tak zwanej drugiej połówki, do której mógłby się po prostu przytulić. Po co w ogóle zaczepił tę kobietę? Gdyby tego nie zrobił, nie zaprzątałby sobie głowy. A tak od samego rana chodzą mu po głowie wykasowane esemesy. Ale czy to tak źle? Nawet jeśli nic z tego nie wyjdzie, przynajmniej urozmaici sobie życie, załata działaniem nudne wieczory, których miewał po wyżej uszu. Bo nawet największy samotnik czasem potrzebuje kogoś do rozmowy, do wymiany emocji.

Gdy już stwierdził, że sam niczego nie zdziała, otworzył w komputerze przeglądarkę i wyszukał specjalistów od odzyskiwania danych w telefonach komórkowych. Wybrał kogoś z Pruszkowa, zadzwonił i umówił się na późne popołudnie. W tym czasie cały czas powtarzał sobie imię kobiety spotkanej w Puszczy Kampinoskiej.

— To co, mówi pan, że raczej da się odzyskać? Na kiedy? — spytał w pewnym momencie, gdy już dotarł do specjalisty.

— Więc tak to teraz mam mnóstwo pracy, ale zajmę się tym najszybciej, jak będę mógł.

— Czyli kiedy?

— Powiedzmy, za tydzień.

— A nie da się wcześniej?

— Niestety, kolejka czeka.

— Ale jeśli ma to tyle trwać, to muszę mieć pewność, że odzyska pan te wiadomości.

Mężczyzna spojrzał Markowi w oczy z przejęciem i cicho rzekł:

— Więc tak to pewność to miałby pan, jakbym ja miał pewność, że dożyję.

— Niech pan nie żartuje — Marek upomniał rozmówcę.

— Ech… — mężczyzna się żachnął. — Nic nie żartuję. Nic a nic.

— A… — Marek się zawahał. Przed oczyma stanęły mu stare czasy, gdy miał staż na internie. — Co panu jest?

— Co?… A bo ja ci to wiem? Więc tak to wczoraj jak rano wstałem, straciłem przytomność i ocknąłem się dopiero kilkanaście minut później. A mieszkam sam. Ale dobra, mniejsza o większość. — Mężczyzna spiął się w sobie. — Może uda mi się szybciej odzyskać te dane.

— No, nie naciskam.

— Oj, dobra, jakoś się sprężę.

— Wie pan co? — Marek stanął od rozmówcy na wyciągnięcie ręki. Już chciał go przebadać, może skierować do jakiegoś swojego znajomego lekarza, ale jak piorun znów zagrzmiała w nim przeszłość. — A robił pan szczegółowe badania? — Zmienił temat.

— Gdzie tam! Fakt, że trochę mnie to martwi, ale nie lubię chadzać po nieznajomych lekarzach, a znajomego medyka nie mam.

— Niech pan lepiej pójdzie, bo to może być coś poważnego — Marek mówił powoli, balansując na granicy powrotu do leczenia ludzi.

— Więc tak to może pójdę, ale teraz jest dobrze. Poza tym czasu nie ma. Aha, nie wiem, czy pan zdaje sobie sprawę, ale jeśli mam odzyskać szybciej dane, to musi pan zostawić u mnie telefon, abym miał go w każdej wolnej chwili?

— Ale…

— No, albo szybciej, albo umawiamy się za tydzień.

— Sam nie wiem… — Marek nie wiedział, co ma zrobić.

— Dobra, zróbmy tak: więc tak to jeśli się pan zdecyduje na szybciej, to niech go pan podrzuci wieczorem.

— OK, zastanowię się.

— Dobra, w takim razie do zobaczenia.

— Do zobaczenia.

Marek w końcu pożyczył od kolegi telefon, a swój zawiózł wieczorem do specjalisty, z którym się umówił. Gdy wrócił do domu, z jednej strony czuł sporą nadzieję na odzyskanie numeru, a z drugiej gryzło go, że spotkał człowieka, który potrzebował pomocy lekarskiej, a mu nie pomógł. Przecież całą młodość dążył do tego, aby być lekarzem, poświęcił na to szesnaście lat, a teraz uważał sprawę za zamkniętą. Pomyślał, że to zwyczajnie niespotykane marnotrawstwo czasu, którego zasób mamy w życiu ograniczony. Nie powinno się tak lekkomyślnie zamykać czegoś takiego. Ale on w zasadzie nie miał wyboru, bo był to dla niego niemal przymus. Ilekroć próbował wrócić do leczenia, czuł, że jakaś nieznana siła odbiera mu siły witalne i chęć do życia w ogóle.

Leżał w łóżku, gdy zadzwonił telefon. Z niechęcią spojrzał na wyświetlacz, który wyświetlał dobrze znany mu numer matki.

— Tak? — zaczął.

— Cześć, synku. Jak się masz?

— Dobrze, mamo, wszystko… — chciał kontynuować, ale matka przerwała.

— Może przywiozę ci zaraz obiad na kilka dni? Jesteś w domu?

— Mamo, jestem, ale mam co jeść — odparł żałośnie. Unikał takich rozmów z matką, bo doskonale pamiętał, gdy wystawała pod jego drzwiami zaraz po feralnym zdarzeniu. Poza tym, jak większość matek, chciała niemal zagłaskać swoje dziecko.

— Oj tam, na pewno nie dojadasz. Pozbierać się, Mareczku, nie możesz. Odkąd rzuciłeś pracę lekarza, jest z tobą coraz gorzej.

Na te słowa Marek miałby ochotę się rozłączyć, bo to go za bardzo dotykało, było zbyt prawdziwe, a tej prawdy nie chciał do siebie dopuścić. Bo jak tu dopuścić fakt, że zamiast pomagać ludziom przeżyć, pomaga ich grzebać. To pogodzenie się z własną bezsilnością, bezradnością i wybranie zawodu, który nie pozostawia złudzeń, że coś na tym świecie może od niego zależeć. Tu sprawa miała się prosto: płacono mu, a on zmyślnie majstrował przy zwłokach, aby wyglądały na zadbane, mimo iż w ogromnej większości przypadków i tak nikt tego nie mógł docenić, zobaczyć.

— Ma-mo, ta-ka by-ła mo-ja de-cy-zja — sylabizował.

— Decyzja, decyzja. Ty uciekasz przed przeszłością. Tak się nie da żyć.

— Daj mi spo-kój, ma-mo.

— Synku, ludzie potrzebują twojej pracy, czekają na operacje. Pomyśl o tym.

— Ma-mo mu-szę koń-czyć. Nie przy-jeż-dżaj — wypowiedział już bardzo powoli.

— Marecz…

Rozłączył się i wyłączył telefon. Tak jak stał przy kuchennej szafce, osunął się na podłogę do pozycji siedzącej i wtulił głowę między uda. Matka zbyt mocno przypominała mu o jego słabości, o ucieczce, do której sam przed sobą nie chciał się przyznać. Bo na co dzień nie myślał o tym, radził sobie w zapomnieniu, ale gdy przydarzało się cokolwiek, co pobudzało wyobraźnię i przywoływało wspomnienia, stawał się bezbronny wobec tej części własnej osobowości, która pozostała wykluczona, wzięta w nawias. To tak, jakby nosił w sobie wielki balon, który gromadził obezwładniający gaz sprzed lat. Marek był bezpieczny, dopóki jakaś szpilka nie naruszyła delikatnej struktury.

Tej nocy nie mógł usnąć. Czytał więc do późna niedawno zaczętą książkę, a gdy oczy się zmęczyły, wyszedł na spacer. Chętnie odcinał się od ludzi, a jeszcze chętniej od bodźców w ogóle, bo większość bodźców niosła w sobie fragmenty przeszłości. Ławka w parku informowała przez skojarzenie z podwójnym dnem — opalająca się tylko w bikini kobieta, która przypomniała mu ciało tamtej niezwykle atrakcyjnej dziewczyny w prosektorium — jak zareagował. Staw w parku przypominał Lenę, która weszła do niego w ubraniu. Ale w nocy przynajmniej nie musiał konfrontować swojego wyboru pracy z ludźmi, a to zdawało się największym wyzwaniem. Tak, już dawno zrozumiał, że to ludzie wzbudzają w nim niepotrzebne emocje. Żywi ludzie. Żywi, bo oni skłonni byli potrzebować pomocy lekarskiej, której udzielić już nie był w stanie. I tak naprawdę dlatego wybrał taką pracę, gdzie o leczeniu nie mogło być mowy. Jedynie członkowie rodziny zmarłych stanowili zagrożenie, ale oni pojawiali się na chwilę, na ogół przesiąknięci żałobą, i nawet jeśli mieliby jakiś problem zdrowotny, ten nikł. Śmierć stanowiła koniec problemów zdrowotnych u zmarłych i najczęściej ich chwilowy zanik u żyjących. W końcu wrócił do domu, padł na łóżko i zasnął.

Stoi sam na czymś, co wygląda jak ciągnąca się po horyzont szachownica złożona z czarnych i czerwonych pól. Patrzy na pomarańczowy zachód słońca, którego promienie blikują od półbłyszczącej powierzchni podłoża. Rozgląda się, ale nie widzi nikogo ani niczego oprócz dwóch krzeseł odwróconych do siebie przodami stojących kilka metrów dalej. Marek czuje zmęczenie i po chwili siada na jednym z nich. Próbuje je przestawić, ruszyć z miejsca, ale nogi są przytwierdzone do podłoża. Nagle wokół zaczynają wyskakiwać ze środków pól szmaciane laleczki o twarzach umalowanych w jaskrawe kolory. Po kolei jedno pole po drugim otwiera się, ukazując kolejną kukłę. Ta najbliżej niego z wypisanym na licu smutkiem, patrzy mu prosto w oczy i po chwili mruga raz powiekami. Kolejna, kilka metrów dalej, wyraźnie uśmiechnięta spogląda na drugie krzesło, które zaczyna nieznacznie drżeć. Wyskakują laleczki jak okiem sięgnąć. Jednocześnie rozbrzmiewa jakaś melodia, która brzmi jak grana na pozytywce. Słońce chyli się coraz bardziej. Wraz z narastającą muzyką kukiełki zaczynają rytmicznie podrygiwać. Z góry, niczym śnieg, opada na niego i szachownicę kolorowe confetti. Krzesło naprzeciwko rusza w prawo i powoli się rozkręca wokół niego. Marek ma wrażenie, że jest na karuzeli. Obraz przed oczami powoli się rozmywa, tworząc rozmazane smugi pozostawione przez laleczki i dwukolorowe pola szachownicy. W głowie wszystko wiruje, przysparzając o mdłości. Z każdą chwilą Marek ma ochotę uciec z tego przedziwnego świata, powrócić do domu, ale czuje się na tyle bezsilny, że nawet nie próbuje wstać. Gdy wszystko wokół tworzy rozmazaną plamę, spada Markowi na kolana czarne pióro. Świat jeszcze bardziej przyspiesza. Muzyka dzwoni dźwiękami pozytywki. To w końcu przekształca się w szum. Marek nie widzi nic poza swoim ciałem, krzesłem, na którym siedzi i czarnym piórem leżącym na kolanach. Unosi twarz ku górze, otwiera usta, które szybko napełniają się kolorowym confetti. Zaczyna mu brakować powietrza. Zakrztusza się i gwałtownie kaszle, wypluwając nie tylko confetti, ale i jakiś dym, który opada, tworząc gęstą mgłę skrywającą wszystko, co poniżej piersi. Marek czuje ucisk, jakby dym tworzył wyjątkowe ciśnienie napierające na ciało. Po raz kolejny ma problemy z nabraniem powietrza. Raptownie szarpie się i wstaje z krzesła. Pióro spada z kolan na podłoże, pod stopy. Marek zaciska pięści, zupełnie jakby chciał osobiście walczyć z nienamacalną mgłą i obracającym się światem. Wtem wyraźnie czuje, jakby ktoś wyłączył tę całą karuzelę. Dźwięki powoli cichną, obracająca się rzeczywistość zwalnia, a mgła opada. Ale wraz z tym do jego uszu zaczyna dobiegać płacz dziecka powtarzany nieregularnym echem. Marek nie jest w stanie zlokalizować, skąd to pochodzi. Lecz gdy mgła całkowicie znika, Marek widzi u swoich stóp, tam, gdzie spadło czarne pióro, dziecko z chirurgicznie otwartą klatką piersiową i odsłoniętym sercem. Spogląda dziecku w twarz: to synek Jadzi.

Marek zerwał się około dziewiątej przed południem. Dźwięk gwałtownie nabieranego powietrza odbijał się pogłosem od ścian sypialni. Po policzku spłynęła mu do ust gorzka kropla potu. Rozejrzał się po pokoju, zawieszając wzrok na urnie przypominającej kielich.

— Jeszcze te sny — wymamrotał do siebie.

Spojrzał na szczelinę w niedbale zaciągniętych zasłonach. Na zewnątrz deszcz dzwonił o blaszany parapet. Każdy dźwięk spadającej kropli przypominał mu uderzenia w werble na wojskowej uroczystości pogrzebowej lub w dzień zmarłych pod pomnikiem Nieznanego Żołnierza. Nieporadnie wstał z łóżka i boso wyszedł przed dom. Stanął w piżamie w strugach kapuśniaczka i skierował twarz ku niebu. Pragnął zmyć z siebie wspomnienie snu, które przywołało to, co zdarzyło się kilka lat wcześniej. Znów, tak, jak wtedy pod prosektorium, tak i teraz mókł samotnie, oczekując pomocy z góry. Od Boga.

* * *

Przypomniał sobie jeszcze jedno niezwykle ważne zdarzenie, gdy padał deszcz. Pewnego dnia Marek nie mógł oderwać się od zamokniętej szyby. Doszły go słowa jednej z pielęgniarek, że jakaś kobieta nie chce dać zabrać swojego synka na kompleksowe badania. Właśnie obserwował wielką kroplę wody spływającą w połowie szyby, gdy usłyszał jej szloch. Nie chciał się odrywać, uwielbiał widok jednoczących swe siły kropel, które z każdym połączeniem ruszały w dół z jeszcze większą prędkością. Te malutkie mogły wisieć na oknie całymi godzinami, dopóki nie wyschły, a połączywszy się, zyskiwały masę i energię, ale skracały swój żywot na szybie. W końcu oderwał się od wodnego spektaklu światła oraz soczewek i ruszył na oddział. Po chwili zobaczył kobietę kurczowo tzrymającą na rękach trzy czy czteroletniego chłopca, z którą usilnie dyskutowała jego koleżanka Ela i pielęgniarka Krystyna.

— Proszę nam go dać, zrobimy badania i oddamy — mówiła lekarka.

— Nieee! — wycharczała nieznajoma.

— To nie potrwa długo, najwyżej godzinkę. Musimy zrobić te badania — wtrąciła pielęgniarka.

— Nigdyyyy!

— Ale pani dziecko jest w niedobrym stanie, proszę nie pogarszać jego stanu — ciągnęła Ela.

— Dajcieee naaam spoookóóój! — nadal charczała z płaczem kobieta.

Marek w końcu podszedł i stanął bardzo blisko nieznajomej, naprzeciwko, odgradzając ją od innych.

— Dzień dobry — powiedział z uśmiechem. — O, co ja tu widzę. Synek w świetnym stanie, to tylko drobna niedyspozycja, z którą sobie poradzimy, zanim pani zdoła się zorientować. — Spojrzał kobiecie głęboko w oczy. — Jestem Marek Olkuń i chciałbym osobiście pani potwierdzić, że wszystko będzie dobrze. Pozwoli pani? — Po raz kolejny się uśmiechnął.

— Nieee! — powtórzyła łagodniej nieznajoma.

— Ale proszę pomyśleć, w końcu po coś pani tu przyszła. Jak ma pani na imię?

Po chwili ciszy kobieta odpowiedziała:

— Jadwiga.

— Marek jestem, proszę mi mówić po imieniu.

— Nie oddam swojego synka! — wyszeptała stanowczo.

— Czy ja wyglądam, jakbym miał synkowi zrobić krzywdę? No, proszę na mnie spojrzeć.

Nieznajoma niechętnie oderwała wzrok od trzymanego na rękach dziecka i zerknęła Markowi w oczy.

— Panie Marku…

— Po prostu Marku.

— Marku, ale! — Gwałtownie jeszcze bardziej przytuliła dziecko.

— Śmiało, sam się nim zajmę.

Zanim kobieta się odezwała, zabrała głos Ela:

— Marek, przecież za dwie godziny masz operację, musisz odpocząć.

Marek spojrzał na nią z uśmiechem i odparł:

— No, to będę miał na to prawie godzinę.

— Ale przecież nie zajmujesz…

Marek skarcił ją wzrokiem, przerywając, zupełnie jakby wiedział, że chce powiedzieć, iż on nie zajmuje się dziećmi.

— Właśnie pani Jadzia się zgadza, abym zajął się jej synkiem, prawda?

— Ja… — wahała się kobieta. — Ale nic mu się nie stanie?

— Jestem kardiochirurgiem — odpowiedział. — To jak?

— Ale tylko na godzinkę? Nie dłużej.

— Tak, tylko na godzinkę. A potem zapraszam do mnie do gabinetu na kawę. — Po raz kolejny spojrzał kobiecie w oczy.

Gdy wiózł z powrotem małego po badaniach, kobieta nerwowo dreptała na korytarzu przed oddziałem. Na jej widok gwałtownie zwolnił, nie wiedział, co na dobrą sprawę ma powiedzieć. Jadwiga ruszyła w jego stronę i wykrzyknęła:

— I jak z nim? I jak?

— Jadziu… Mogę tak mówić, prawda?

— Co jest?! — wrzasnęła.

— Jacek będzie wymagał operacji serca jak najszybciej.

— Co?! — kobieta jeszcze bardziej podniosła głos.

Marek podszedł i objął ją ramieniem.

— Czy przeżyje? — ciągnęła.

— Tak, ale operacja musi być wykonana jak najszybciej. — Chciał odruchowo się uśmiechnąć, ale nie był w stanie. — A teraz zapraszam do mnie na kawę, Jacuś jedzie z nami — uprzedził jej pytanie.

Tamtego dnia Marek długo nie mógł usnąć. Kotłowało mu się w głowie po burzliwym dniu. Wrócił do domu dopiero nad ranem po skomplikowanej operacji, która całe szczęście zakończyła się pozytywnie. Ale mimo to cały czas martwił się o pacjenta, który miał zaledwie niespełna trzydziestkę na karku.

W końcu tamtego dnia, po poznaniu Jadzi, Marek wstał nad ranem z łóżka bez odrobiny snu, wsunął stopy w zimne kapcie i poczłapał do okna, za którym już widniało. Na zewnątrz wciąż siąpił deszcz. To jedyny przyjaciel, który jeszcze płakał, nie wstydząc się tego. Z obojętnością godną psychopaty lał deszczowe łzy. Marek rozsunął zasłony. W tym drobnym deszczu gawron na pobliskim dębie skubał sobie pióra, niejako dokonując porannej toalety. Marek zastanowił się, czemu zwierzęta potrafią żyć w samotności. Owszem, zakładają gniazda czy legowiska, ale niektóre gatunki na akcie prokreacji i wychowania młodych kończą swoje uczestnictwo w związkach. Najbardziej znanym gatunkiem zwierząt, które żyją często w samotności, są wilki. Czy zwierzęta odczuwają taką samą pustkę jak człowiek. Dajmy na to, taki kruk egzystuje często całe życie niemal samotnie i nie lgnie za wszelką cenę do innych osobników. Czy więc tylko człowiek ma w duszy pustkę, której nie jest w stanie nigdy do końca zapełnić? Czym jest ta pustka? Czy to błąd Boga w sztuce tworzenia, czy może umyślna funkcja, która ma jakiś niezrozumiały cel?

* * *

Następnego dnia, w czwartek Marek wybrał się z samego rana z kolegą Stefanem na ryby. Tego dnia Stefan miał wolne, a w zakładzie nie było co robić poza wyczekiwaniem. Jadąc tuż po piątej rano nad Wisłę, Marek zastanawiał się, kiedy dane z jego telefonu będą gotowe. W jakiś sposób Lidia nie dawała mu spokoju, mimo iż nie znał jej prawie w ogóle. Wciąż miał przed oczami, jak samotnie spacerowała w Puszczy Kampinoskiej i jak robiła tajemnicze notatki. Próbował analizować, co zrobiło na nim większe wrażenie, ale to trochę tak, jakby próbować zrozumieć, czy o atrakcyjności chleba stanowi mąka, czy drożdże — te półprodukty mogą być przyrządzone na wiele sposobów, na wiele smaków, ale dopiero razem, dołożone w odpowiednich proporcjach tworzą chleb, nasz powszedni. I wystarczy, aby dodać ciut zbyt dużo soli, aby całość była niezjadliwa. Może więc to mieszanina kilku cech u Lidii spowodowała, że Marka ogarnęły tak intensywne uczucia? Uczucia pozytywne, ale i szarpiące umysłem — inaczej nie wykasowałby tych esemesów.

Kiedy już siedzieli nad rzeką, Marek spytał:

— I co, w końcu żona wie, że razem tu przyjechaliśmy? — zacierał skostniałe od zimna dłonie. O tej porze roku ranki były jeszcze bardzo chłodne, czasem z przymrozkiem.

— A skąd, szefie. Jak człowiek mniej wie, to spokojnie śpi. — Stefan postawił kołnierz w kurtce.

— Ale przecież mogłaby pomyśleć, że przyjeżdżasz tu z jakąś kobietą.

— Z kobitą? Szefie, niech szef spojrzy na mnie. — Stefan stanął przed Markiem. — Co szef widzi?

— No, fajnego faceta.

— Nieee. — Stefan się zaśmiał. — Szefie, wyglądam jak, nie przymierzając, chłoporobotnik z Trybuny Ludu. Twarz kostropata, nos wielki, niskie, bandyckie czółko i postawa jak skradający się szpieg z krainy deszczowców. Szefie, toż to żadna kobita na to nie poleci.

— Tak myślisz? A ja sądzę, że dla niejednej byłoby to zaletą. A jeszcze więcej w ogóle na to nie zwraca uwagi. Poza tym — Marek wstał, stanął naprzeciwko Stefana, uścisnął mu dłoń — nie mów do mnie szefie, mów mi po imieniu.

— Nie, szefie, szef dla mnie zawsze pozostanie szefem. A imię znam, ale niech ono pozostanie dla kogo innego.

— Dlaczego?

— Dlaczego? Bo tam, gdzie zaczyna się znajomość, kończy się karność, a bez karności to jeszczem gotów zaniedbywać pracę.

— Stefan, ty i tak starasz się za dwóch, za bardzo dbasz o mnie. Zobacz choćby ostatni problem z kobiecymi zwłokami. Kto harował do późna, gdy ja kolejny raz zaniemogłem?

— Mnie to, szefie, takie dni są potrzebne. Wracam potem do domu wymęczony, ale i szczęśliwy. Bo jak dostanę popalić, to czuję się sobą. Mówię ci, szefie, nic tak dobrze na mnie nie wpływa jak rygor i harówa.

— A te ryby? — spytał bez namysłu Marek.

— A, to co innego. Tutaj to przychodzę, aby pobyć sam, oderwać się od tego wszystkiego.

— W takim razie niepotrzebnie przyjechałem z tobą.

— Aj tam, niepotrzebnie. Szefie, to dla mnie przyjemność! A jak zarażę szefa wędkowaniem, to będę cały szczęśliwy.

Na chwilę zamilkli. Marek zastanowił się nad tym, o czym myślał niegdyś, zaraz po poznaniu Jadzi. Czy dawanie kawałka siebie, czym w tej sytuacji jest chęć zarażenia wędkowaniem, to ten brakujący fragment w układance ku pełni człowieka? Czy dzielenie się fragmentami własnego szczęścia to wyraz samotności i chęci nawiązania bliższych relacji, czy może egoistyczny zabieg mający na celu narzucenie swojego zdania?

— Teraz popatrz, szefie, spławik zaczyna drgać — szepnął Stefan. — To znak, że zaczyna się branie. Jakaś ryba skubie już przynętę. Jeszcze chwila i będziemy wyciągać.

Stefan delikatnie ujął wędkę w dłonie i powiedział:

— Niech szef chwyci jak ja, tak łatwo wyczuć, gdy coś się dzieje.

— Ale tak zwyczajnie czy jak?

— No, delikatnie, tak, aby czuć każde drgnięcie, toż to teraz jak żywy organizm.

Marek tylko znacząco wypuścił powietrze. Pomyślał o czasach, gdy na co dzień majstrował w żywych organizmach. Nie chciał do tego wracać.

— Czuje szef? — ciągnął Stefan. — Zaczyna szarpać w bok, znaczy, już haczyk się wbił, teraz trzeba czekać, aż wejdzie głębiej.

— Tak, czuję — odpowiedział niepewnie Marek.

— No, to już czas, ostro szarpie w prawo. Niech szef gwałtownie pociągnie. Ale raz, a porządnie.

Marek zrobił, co mu kazano. Wyraźnie poczuł, jak wraz z pociągnięciem wędka mocniej szarpnęła.

— A teraz delikatnie do góry, ja podstawię podbierak — rzekł głośniej Stefan.

Gdy już wyciągnęli rybę, Stefan cichutko powiedział:

— Wiem, że szef niezwyczajny, ale trzeba szybko dobić, żeby się nie męczyła. Bo taka ryba to też cierpi, szefie. — Stefan sięgnął po spory tasak i wręczył Markowi. — Jednym ruchem proszę uciąć głowę.

Marek zawahał się. Nigdy w życiu nie zabił świadomie żadnego zwierzęcia. Patrzył, jak ryba rzuca się na trawie tuż przed nim. Rozpaczliwie otwiera usta, aby nabrać jeszcze haust zbawiennej wody zawierającej życiodajny tlen. W końcu poczuł na ramieniu uścisk dłoni Stefana.

— Szefie, już czas — wyszeptał jeszcze ciszej kolega.

Marek wziął głęboki oddech, przytrzymał rybę lewą ręką, a prawą zadał decydujący cios.

Tak oto świadomie pozbawił życia istotę żywą.

Marek przez dłuższą chwilę obserwował, co robi jego kolega. Najpierw wbił na haczyk kolejną przynętę, obejrzał dokładnie żyłkę, czy nie jest naruszona, wyregulował długość żyłki i ze sporym zamachem zarzucił wędkę. Spławik zakołysał się na powierzchni rzeki. Marek wcisnął dłonie w kieszenie. Panowała całkowita cisza, bo o tej porze ani nie słychać było żab, ani wodnego ptactwa, a do cywilizacji mieli spory kawałek drogi. Rozejrzał się po całej rzece. Gdzieś w dole zaczynała się wyspa oddzielona od brzegu wąskim pasem wody, a w górze majaczyły słupy wysokiego napięcia, które w okolicach takich rzek mają monstrualne rozmiary.

— Bo wiesz, szefie — przerwał ciszę Stefan. — To jest tak, że ja tu przejeżdżam na te ryby z powodu pracy. Jak się napatrzę na co dzień na te wszystkie trupy, to na niepokój mnie bierze. Ileż to młodych do nas trafia. Nie dawniej jak dwa tygodnie temu przywieźli dziewczynę, może dwudziestoletnią. Szefie, ile bym dał, aby ktoś inny za mnie się nią zajął. Żal patrzeć. Całe życie miała przed sobą, a wyciągnęła kopyta. Często myślę sobie, że ten świat jest nie tak stworzony. Starzy powinni iść do piachu, a nie młodzi. A już najgorzej, jak się dowiem, że przywieźli kogoś po długiej chorobie. A jak była jeszcze nieuleczalna, to zastanawiam się, czy przypadkiem śmierć to nie przysługa dla niej. Bo co to za życie, cały czas leżeć w łóżku? Ani to człowiek nie nacieszy się swobodą, ani nie zazna przyjemności, tylko udręka. A po niej koniec. Żebym to chociaż był pewien, że coś tam jest po tej drugiej stronie, to jakoś łatwiej byłoby to przełknąć. A ja tyle już widziałem bezsensownych śmierci, że i wierzyć przestałem. Teraz to dla mnie jedynie koniec życia. I nic dalej nie ma. I jak ktoś, szefie, przez ostatnie lata tylko cierpi z powodu choroby, to sobie myślę, że ta śmierć to i tak jest wybawieniem. I przyjeżdżam na te ryby, aby sobie udowodnić, że przeze mnie żadne stworzenie nie będzie cierpiało. Ciach tasakiem i już ryba martwa. Inni to, szefie, łapią te bidne ryby, wyszarpują haczyk, wrzucają je do pustego wiadra, a ryba też czuje i cierpi. A jak za mała, to wyrywają haczyk i wrzucają rybę do rzeki, że niby zagoi się. Ja tam, szefie, w to wątpię. A nawet jak się zagoi, to ryba się swoje nacierpi. A ryba to ryba, jej zadaniem jest rozmnożyć się i tyle. I żyć w spokoju. A jak cierpi, to patrzeć nie można. — Stefan sięgnął po tasak, zważył w dłoni, potrząsnął. — Taki tasak, szefie, to bez niego bym na ryby nie przyjeżdżał. To narzędzie dla godności zwierzęcia. Nie dla mnie. Bo dźwigać trzeba, ostrzyć za każdym razem. Kiedyś przyjechałem tutaj bez niego, już zacząłem się rozkładać, ale gdy zobaczyłem, że go zapomniałem, to wróciłem. Bez tego tasaka, to jak bez ręki, szefie.

Stefan sięgnął do plecaka i wyciągnął dwie puszki piwa. Marek bez słowa przyjął jedną. Ale odzywać się nie zamierzał. Słuchał kolegi z zaciekawieniem, zrozumieniem i żywymi emocjami. Jednak emocje te jawiły mu się tylko negatywnie, bo przecież kilka lat temu przywracał chorych do pełni życia, wielokrotnie ratował od śmierci. Nie chciał więc wracać do takiego życia, teraz pragnął jedynie nie mierzyć się z problemami życia lub śmierci — dążył, aby być od tego jak najdalej.

— A potem, po takich rybach, szefie — ciągnął Stefan — jak wrócę do roboty, to jakoś mi na duszy lżej, że zrobiłem wszystko, co w mojej mocy, aby skrócić cierpienie. Nadal boli, jak widzę bezsensowną śmierć, ale przynajmniej nie mam do siebie pretensji, że nic nie robię w tym kierunku. — Stefan napił się kilka łyków piwa. — A mogę mieć do szefa pytanie?

— Tak, pewnie.

— Tylko widzisz szefie, bo nie wiem, czy powinienem o to pytać… — Stefan wtulił głowę w podniesiony kołnierz.

— Śmiało.

— Bo widzisz, szefie, próbuję to od dawna zrozumieć, ale same głupoty mi do łba przychodzą. Dlaczego szef nie jest w stanie obrabiać kobiecych zwłok?

Nastąpiło milczenie. Marek zastanawiał się, co w ogóle odpowiedzieć. Przecież nie powie pracownikowi, że kiedyś miał wzwód na widok trupa. Takie informacje, mimo iż Stefan wykazywał maksimum empatii, musiały pozostać tylko Marka tajemnicą. Podniósł puszkę i pijąc kilka łyków, Marek dostrzegł w górze lecących kilka czarnych ptaków. „To na pewno kruki” — powiedział do siebie w myślach.

— Stefan, to przez tę pracę chirurga — skłamał. — Ale nie pytaj o więcej. — Spojrzał koledze w oczy. — Każdy ma swojego bzika, ty ryby, ja martwe kobitki. Niech tak zostanie.

5 myśli w temacie “Samotność Boga — cz. III

  1. Tylko dwa szczegóły, na które zwróciłbym uwagę:

    „Więc tak to pewność to miałby pan, jakbym ja miał pewność, że dożyję.” – to zdanie brzmi przyciężkawo. Rozumiem, że fraza „więc tak to” to językowy wtręt bohatera?

    Co do odzyskiwania usuniętych sms-ów, to nie jest to raczej sprawa, z którą trzeba iść do serwisu. W internecie dostępne są bezpłatne programy do odzyskiwania danych – sam z takiego korzystałem. Chyba, że akcja powieści dzieje się w latach nieco wcześniejszych, gdy telefony komórkowe dopiero wchodziły – to wtedy ok.

    „Marek mówił powoli, balansując na granicy powrotu do leczenia ludzi.” – też trochę nieszczęśliwe to zdanie. Może lepiej byłoby: „mówił powoli, prawie już ulegając pragnieniu niesienia pomocy”.

    Poza tym nie mam uwag. Akcja rozwija się powoli w tej części, ale czyta się przyjemnie.

    Pozdrawiam.

    Polubienie

    1. Dzięki, Gabrielu.
      Tak, ten bohater właśnie ma taką manierę słowną. To zamierzone.

      A co do odzyskiwania. Najpierw trzeba wiedzieć, że da się samemu to zrobić, aby próbować. Ludzie często wolę nie zagłębiać się w inne specjalności niż własna. Szczególnie ludzie zmęczeni życiem.

      Pozdrawiam.

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s