Mamusia mówiła

Mamusia mówiła

Zatrzymać Samobójstwo Dorosłych

Mamusia mówiła, że nigdy nie zostanę sam. Nawet jeśli odejdzie, będzie spoglądała z góry. Ale ja nie rozumiałem, co to znaczy. Bo mamusia nigdy nie odejdzie, zawsze będzie przy mnie. Za każdym razem tak się cieszyłem, kiedy ją widziałem, chociaż wychodziło z niej tyle rurek. Ale taka pani w białym fartuchu przychodziła i nie pozwalała nam tam zostać. Najwyżej tyle, co trwa dobranocka. Potem wracałem z tatusiem do domu, tatuś robił kolację i układał mnie do łóżeczka tuż po dobranocce. Najbardziej pamiętam tę bajkę o dziewczynce, co macocha chciała ją otruć, a uratował ją książę.

Od dawna nie widziałem mamusi. Tatuś nie chciał powiedzieć, dlaczego do niej już nie jeździmy. Wczoraj wieczorem mówił, że musimy wstać rano, przyszykował jakieś ciemne ubrania, usiadł w kuchni przy oknie i się rozpłakał. Podszedłem, żeby go przytulić, ale od razu wziął mnie na ręce i zaniósł do łóżeczka. Ale nie mogłem zasnąć, bo brakowało mi mamusi. Patrzyłem na uchylone drzwi do mojego pokoiku, czy się w nich nie pokaże. Potem odwróciłem się do ściany, bo jakoś tak strasznie smutno mi się zrobiło, i zacząłem liczyć, jak nas uczyła pani Basia w szkole. Nie wiem, kiedy zasnąłem, ale pamiętam, że doliczyłem do tysiąca.

Rano nie chciałem wstać z łóżeczka. Miałem ochotę leżeć tak cały dzień. A przecież lubię szkołę i dzieci, z którymi mogę się bawić. Spojrzałem za okno: padał deszcz i było jakoś ciemno na dworze. Słyszałem, że tatuś chodzi po całym mieszkaniu, jakby czegoś szukał. Na chwilę zamykał się w łazience, potem wychodził, trzaskał drzwiami i zaraz włączał telewizor. Ale tatuś nigdy nie oglądał telewizora tak rano. Zaraz wyłączał telewizor i znów wchodził do łazienki. Czy to ja coś złego zrobiłem?

W końcu tatuś ubrał mnie w te ciemne ubranka, dał do napicia się soczku i pojechaliśmy bez śniadania do jakiegoś kościoła. Nie pamiętam, co tam było, ale czułem w sobie taki straszny smutek. Powiedziałem, że chcę stamtąd wyjść, ale mi nie pozwolił, bo deszcz i zimno. Patrzyłem tylko na księdza, co stał przed jakąś dużą skrzynią, a wokół leżało dużo kwiatów. Najbardziej zrobiło mi się smutno, gdy ksiądz machał czymś metalowym na łańcuchu i leciał stamtąd dym. Powiedział coś o prochu, ale to dziwne, bo tatuś mówił, że prochu używało się do armat i pistoletów. I jak poczułem ten dym, to źle się poczułem. Przytuliłem się do tatusia i tak mi się bardzo zachciało płakać. Potem przyszło czterech panów ubranych na czarno i wynieśli z kościoła tę skrzynię. A za nimi wyszli wszyscy ludzie. Później szliśmy pod parasolami za takim śmiesznym długim samochodem, który też był cały czarny jak ci panowie, co tę skrzynię wynieśli. Weszliśmy na cmentarz i zacząłem płakać, gdy podszedł wujek i spytał, czy brakuje mi mamusi. Wtedy zrozumiałem, że zakopują mamusię na cmentarzu. A ja tak bardzo nie chciałem, żeby ją zakopywali. Chciałem, żeby wróciła. Pamiętam, że tatuś wziął mnie na ręce i mocno przytulił. Tak strasznie gorzko mi się zrobiło w buzi od tych łez. Mamusia mówiła, żeby się nie wstydzić płaczu, że to wcale nie znaczy, że jest się dzieckiem. Pamiętam tylko, jak ci panowie ubrani na czarno spuszczają tę skrzynię do wielkiego dołu, a potem zasypują. Dlaczego musieli mamusię zasypać?

Potem pamiętam, jak szliśmy na piechotę do domu. Tatuś cały czas wycierał łzy. Spytałem, czy coś źle zrobiłem, ale spojrzał na mnie i powiedział, żebym nigdy tak nie myślał.

Od tego dnia tatuś przychodził do domu smutny, siadał przed telewizorem i oglądał go całymi wieczorami. Często prosiłem, żeby mi pomógł w pracy domowej, ale wtedy stawał przy mnie, pytał, czego nie rozumiem, ale nic więcej nie mówił. I w ogóle mi nie pomagał. W szkole zacząłem dostawać gorsze stopnie i pani kilka razy wpisała uwagę do dzienniczka, że przyszedłem bez odrobionych lekcji.

Gdy była jesień, tatuś przyszedł wcześnie do szkoły i mnie zabrał. Pojechaliśmy do cioci, która mówiła, że tatuś potrzebuje pomocy i żeby poszedł do lekarza, ale nazwy nie zapamiętałem. I tego samego dnia pojechaliśmy do przychodni. Tatuś mnie zostawił przy jakiejś pani, która odbierała telefony, a sam wszedł do gabinetu i siedział tam chyba pół dnia. Potem wyszedł, a pani doktor pogładziła go po ramieniu. Pomyślałem, że teraz to będzie nowa mamusia, a ja chciałem mojej prawdziwej mamusi. Byłem zły i na tatusia i na tą panią.

Tatuś przestał mnie odbierać ze szkoły, wracałem sam. Mówił, żebym uważał na samochody i nie rozmawiał z nieznajomymi. Robiłem tak, jak mówił tatuś. Tylko któregoś dnia jakoś się dziwnie poczułem i poszedłem na ten cmentarz, co tam mamusię zakopali do ziemi. Wszedłem przez bramę i zaraz podszedł do mnie jakiś pan i spytał, dlaczego jestem sam. Ale tatuś nie pozwolił mi rozmawiać z nieznajomymi, więc uciekłem. Biegłem, aż nie mogłem złapać tchu. Zobaczyłem taki mały budyneczek. Miał z przodu kratę, a dalej małe pomieszczenie. Chwyciłem za kratę i otworzyłem ją. Wszedłem do środka. Pod sufitem był straszny pająk, który miał na plecach narysowany taki sam znak, jak na tych kamiennych płytach, co wokół. Przypomniałem sobie, że mamusia mówiła na to „krzyż”, ale nie wiedziałem, co to znaczy. Ciocia kiedyś mi opowiadała, że dawno temu jakaś pani z dzieckiem uciekała przed złymi ludźmi i schowała się w jaskini. Ci źli ludzie nie szukali jej tam, bo wejście zasłoniły pajęczyną właśnie takie pająki z tym krzyżem. Podobno te pająki ją uratowały. Jakoś nie wierzyłem cioci, bo bardzo się bałem tych pająków. Ale siedziałem w tym budyneczku z tym pająkiem, bo tatuś mi nie powiedział, żebym się ich bał, mówił, żebym nie rozmawiał z nieznajomymi.

Po jakimś czasie, gdy nie widziałem już nikogo wokół, wyszedłem i zacząłem szukać miejsca, gdzie zakopali mamusię. Jak tylko kogoś widziałem, chowałem się za te krzyże. Malutki jestem, więc mnie nie zobaczyli. Szukałem chyba pół dnia, ale przypomniałem sobie, że mamusię zakopali pod takim wielkim drzewem. Wszedłem na jedną kamienną płytę, potem ostrożnie, żeby nie spaść na krzyż i zobaczyłem to drzewo. Rosło całkiem niedaleko. Pobiegłem tam jak najszybciej. W tym miejscu, gdzie zakopali mamusię, był też krzyż, ale drewniany. A na nim tabliczka, na której ktoś napisał imię i nazwisko mamusi i jakieś cyfry. Ziemia była usypana w taki mały nasyp, na którym leżało dużo kwiatów.

Zrzuciłem tornister i zacząłem przekładać kwiaty na bok. Wszystkie już uschły. Jedne były naprawdę ciężkie, bo wyglądały jak takie koło do pływania po wodzie. Ledwo go uniosłem, ale w końcu mi się udało. Gdy nasyp był już pusty, zacząłem rękami kopać. Ci panowie, co byli na czarno ubrani, to mieli łopaty i szybko zasypali dół, ale wiedziałem, że jeśli będę długo kopał, to odkopię mamusię i rękami. Odgarniałem ziemię na bok, na miejsce obok, gdzie nie było ani kamiennej płyty, ani podobnego nasypu jak tu, u mamusi. Jak pomyślałem, że niedługo znów będę z mamusią, zacząłem płakać. Ale kopałem dalej. Wycierałem łzy dłońmi i kopałem, i kopałem. Spociłem się zaraz, że musiałem zdjąć kurtkę. Jak kolejny raz wytarłem twarz z łez, poczułem, że ziemia zgrzyta mi między zębami. Stanąłem więc i próbowałem wypluć to co w buzi, bo mamusia kiedyś mówiła, że w ziemi są bakterie i można się zarazić. Zobaczyłem, że mam całe czarne ręce. Wytarłem je w kurtkę, bo mamusia będzie się gniewała, że jestem taki brudny. I znów zacząłem kopać.

Gdy dół sięgał mi do piersi, zmęczyłem się. Powoli robiło się ciemno. Poczułem, że tak bardzo chce mi się spać. Założyłem z powrotem kurtkę i położyłem się na dnie tego dołu. Chciałem odkopać mamusię, ale już nie miałem siły. Jak się prześpię, będę kopał dalej. Nawet nie wiem, kiedy usnąłem.

Obudziło mnie wołanie tatusia. To mnie wołał. Było całkowicie ciemno, a ja bardzo zmarzłem. Wstałem i próbowałem wyjść z tego dołu, co go wykopałem, ale cały czas obsypywała się ziemia i spadałem na dno. W końcu zobaczyłem światło latarki, a po chwili tatuś stanął nade mną zdyszany i upadł na kolana. Zaczął bardzo płakać. A ja razem z nim. Chciałem się do niego przytulić, ale byłem w tym dole, a on tam na górze. Za chwilę tatuś przetarł oczy, wyciągnął mnie z dołu i bardzo mocno przytulił, tak, że aż mi kości zatrzeszczały. Widziałem w świetle tej latarki, że bardzo go ubrudziłem. Zasnąłem mu chyba na rękach.

Następnego dnia gdy się wyspałem, poszliśmy do tej samej pani doktor, co tata był u niej kilka dni wcześniej. Mówiła mi, że czasem tak jest, że ktoś umiera i nie da się go już ani odkopać, ani przywrócić do życia.

Ale ja w to nie wiezrę. Wiem, że mamusia jest gdzieś, tylko daleko, i spogląda na mnie z góry, jak to mi mówiła tuż przed śmiercią. Tak bardzo za nią tęsknię. Chciałbym już umrzeć i być z nią tam na górze. Tatuś mówił kiedyś, że nieba nie ma, ale ja w to nie wierzę.

5 myśli w temacie “Mamusia mówiła

    1. Dzięki, Gabrielu.

      Ten tekst napisałem, można powiedzieć, pod wpływem innego tekstu, który kiedyś czytałem.
      Cieszy mnie, że czuć, iż sie wczułem. Ale sam widzę, że wychodzi mi to coraz lepiej, choć do ideału jeszcze bardzo daleko.
      Dzięki za poprawkę.

      Pozdrawiam.

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s