Samotność Boga — cz. II

Samotność Boga — cz. II

Obudził się po jedenastej przed południem. Spał ponad dwanaście godzin. Przez okno wpadały promienie słońca, oświetlając obrazek, który otrzymał od koleżanki na osiemnaste urodziny. Namalowała go sama. Przedstawiał inną dziewczynę, w której Marek podkochiwał się, a której nigdy nie odważył się wyznać swoich uczuć. Nikomu nie wyjawił tego sekretu, a mimo to koleżanka, która namalowała ten obrazek, doskonale wiedziała. Marek pamiętał, że podeszła do niego, chwyciła za rękę i pociągnęła do pustego pomieszczenia.

— Masz tu coś, z czego się chyba bardzo ucieszysz, ale chwalić się tym raczej nie będziesz. Ja też nikomu nie powiedziałam i nie powiem. — Zbliżyła się i pocałowała go prawie w same usta.

Marek wielokrotnie zastanawiał się, skąd malarka wiedziała o jego fascynacji. Owszem, teraz mając swoje lata i wiedzę, zdawał sobie sprawę, że mógł nieświadomie okazywać zainteresowanie, na przykład mową ciała czy choćby tym, jak długo potrafił się wpatrywać w swoją miłość, ale nadal go dziwiło, że nikt inny tego nie zauważył tylko malarka. Rozmawiał kiedyś na ten temat z kolegą, który stwierdził, że artyści są właśnie artystami nie dlatego, że mają większe zdolności, ale dlatego, że więcej widzą. Bo zdarzają się ludzie, którzy potrafią rysować czy malować jak mało kto, ale swoimi dziełami nigdy nie przyciągną tak wielu osób, gdyż po prostu nie ma w nich ukrytych znaczeń, które nie są ukryte właśnie dla artystów. Gdy Marek się nad tym zastanawiał, dochodził do identycznego wniosku. Ten obrazek nie był jakiś wybitny pod względem odwzorowania rzeczywistości, kolorystyki czy kształtów, ale miał w sobie coś, co nie pozostawiało wątpliwości, kim jest namalowana postać, mimo iż całość wykonana była w stylu będącym gdzieś z pogranicza kubizmu i impresjonizmu.

Ilekroć Marek przypominał sobie moment wręczania mu obrazka, żałował, że nie spróbował zbliżyć się i być może związać z malarką. Już sam fakt namalowania dla niego innej dziewczyny świadczył o braku zazdrości, a nawet być może o chęci pomocy w zeswataniu Marka z wybranką. Poza tym malarka pocałowała go prawie w same usta, tak, że Marek poczuł kącikiem ust jej wargi, a to świadczyło, że nie pozostawał jej obojętny, a być może nawet się w nim podkochiwała. W takim razie czy obrazek był po to, aby Markowi przypominać dziewczynę, w której był zakochany, czy może po to, aby patrząc na niego, nie mógł zapomnieć tej, która to namalowała? Pytań można zadawać dziesiątki, a odpowiedzi jednoznacznych brak. Może na tym właśnie polega umysł artysty, że z jednej strony jest niezrozumiały dla przeciętnego człowieka, a z drugiej tylko on potrafi wyrazić rzeczywistość w sztuce?

Tego dnia wyszedł z domu grubo po czternastej. W końcu w weekend nigdzie się nie spieszył. Większość właścicieli zakładów pogrzebowych samodzielnie wszystko kontroluje, jest dostępna pod telefonem dwadzieścia cztery godziny na dobę, a on miał dość czasów, gdy pracował w szpitalu i zdarzało się, że musiał być dostępny przez wiele godzin. On w swojej firmie ustalił dyżury, które pełnili pracownicy z większym doświadczeniem. I tylko w sytuacjach niestandardowych pracownicy się z nim kontaktowali. Oczywiście wiązało się to z pewnymi niedogodnościami, czasem utratą klienta, ale Marek wolał mniej zarobić i mieć spokój, niż być dyspozycyjny na okrągło. Poszedł na piechotę po samochód i pół godziny później ruszył na przejażdżkę do Puszczy Kampinoskiej. Gdy tylko mógł, wyjeżdżał poza miasto.

Na miejscu, czyli przy mało uczęszczanym szlaku znalazł się po piętnastej. Zaparkował na sporym parkingu, rozejrzał się i rzuciła mu się w oczy kobieta w zwiewnej, kolorowej sukni podchodząca do swojego audi. Widział ją tylko z profilu, i to nieco z tyłu, a spodobała mu się bardzo. Nieznajoma otworzyła z pilota auto, podeszła do bagażnika, wyjęła jakiś notes, spojrzała na zegarek i po chwili coś zanotowała. Marek przyjrzał się jej z daleka. Zaintrygował go fakt robienia notatek. Ruszył w jej stronę. Kobieta odłożyła notes z powrotem do bagażnika, odwróciła się twarzą w jego stronę, chwilę później wsiadła za kierownicę i szeroko otworzyła szybę. Po chwili zabrzmiały dźwięki jazzu. Marek przyspieszył kroku. Dzieliło go kilkanaście metrów. Kobieta uruchomiła silnik, gdy Marek był o trzy metry. Wrzuciła wsteczny bieg i sprawdzając, czy może ruszyć, rozejrzała się. Ich spojrzenia się spotkały. Kobieta wbiła w niego wzrok, nie będąc pewna, co jest grane. Była niezwykle piękna, o twarzy jak z żurnala, szczupła, bardzo nieznacznie umalowana. Nigdy nie zdarzyło mu się zaczepić tak pięknej kobiety. W końcu stanął na wyciągnięcie ręki i powiedział:

— Czy my się znamy?

Kobieta wyrzuciła bieg, zgasiła silnik i nadal przyglądając mu się, zapytała:

— Słucham?

— No, pytałem, czy my się znamy?

— To ja powinnam o to zapytać. Kim pan jest?

— Nazywam się Marek Olkuń i mieszkam w Pruszkowie.

— Ja pana nie znam — oświadczyła zbywająco.

— A ja mam wręcz przeciwne wrażenie.

— Nic na to nie poradzę. — Ponownie odpaliła silnik.

Marek zauważył na jej twarzy odrobinę niepokoju.

— Proszę się mnie nie obawiać — powiedział cicho. — Mam wrażenie, jakbym panią gdzieś widział.

— Naprawdę? — Zrobiła sztucznie przejętą minę.

— A… — Zawahał się. — Czy mogę wiedzieć, co pani notowała przed chwilą?

— Nie pańska sprawa! — podniosła głos.

— Ok, nie chcę być wścibski czy niegrzeczny, ja tak pytam z sympatii. Chyba.

— Chyba? — Wzruszyła ramionami. — To sam pan nie wie?

— Powiem tak: chcę cię poznać. Nie musisz się niczego obawiać — przeszedł na ty.

— Uuuu, drogi panie, nie zawieram znajomości z nieznajomymi.

Marek przyjrzał się po raz kolejny jej twarzy. Była kobietą przed trzydziestką. Przez chwilę nie mógł się oprzeć wrażeniu, że na jej twarzy odciska się jakieś cierpienie.

— Mam taką propozycję: umówmy się tu kiedyś na spacer, będziemy mieli okazję się poznać. Na razie nie pytam o notatki.

— Nie jestem zainteresowana! — powiedziała jeszcze ostrzej, co szybko Marek odczytał.

— To ja ci dam swój numer telefonu i gdybyś zmieniła zdanie, możesz wysłać wiadomość lub zadzwonić. I bez obaw, umiem odpuścić.

— To wspaniale, wspaniale — rzuciła na odczepkę.

Wyciągnął z kieszeni portfel, już chciał dać jej aktualną wizytówkę, ale coś go tknęło, że przecież tam widnieje jako właściciel zakładu pogrzebowego, więc zawahał się, i już chciał odpuścić, gdy przypomniał sobie, że ma jeszcze kilka wizytówek z czasów, gdy pracował jako lekarz.

— To moja wizytówka, pomyśl, może znajdziesz dla mnie czas.

Nieznajoma spojrzała i powiedziała:

— O, chirurg. Czyli pierwsze nie szkodzić nie jest panu obce… — Pokiwała głową. — Może pomyślę, zobaczymy. A tymczasem żegnam. — Ruszając, rzuciła jeszcze z szerokim uśmiechem: — Miły z pana gość, do widzenia. — Odjechała.

— Do widzenia.

Marek ruszył opustoszałym szlakiem przez puszczę. Była połowa kwietnia i życie dopiero się rozwijało po ciężkiej i długiej zimie. Brzózki puszczały pierwsze listki, sosny pachniały żywicą, kwitły przydrożne zawilce, a kilkadziesiąt metrów dalej na mokradłach kaczeńce, odzywały się wilgi, kosy i szpaki, niebo pokrywały lekkie chmury, z których raczej nie należało się spodziewać deszczu. Wyciągnął z kieszeni telefon i sprawdził, czy nie ma wiadomości z zakładu. Wędrował niespiesznie przed siebie, przypominając sobie czasy, gdy był na początku drugiej specjalizacji.

* * *

— Chciałbym ci przedstawić Lenę, moją pracownicę — powiedział Roman, kolega Marka z liceum. Kobieta była wysoka, bardzo szczupła z wypisaną na twarzy delikatnością.

— Miło mi — odpowiedział odruchowo Marek, ale z podziwem spojrzał na twarz przedstawianej kobiety. Podał jej rękę.

— Miło mi — odpowiedziała ze wschodnim akcentem.

— Ty długo w Polsce? — odważył się mówić po imieniu.

— Już dwa lata minęło.

Markowi spodobało się, jak wymawiała głoskę „ł”, brzmiało to trochę jak ze starych polskich filmów. W ogóle patrzył na Lenę jak w obrazek.

— Dobrze mówisz po polsku, prawie nie słychać akcentu — skłamał.

— Moja mama jest Polką, w domu rozmawialiśmy też po polsku.

— A długo zamierzasz tu być?

— Nie wiem. Jak będzie wiza, to długo. To nie ode mnie zależy.

Marek nawet nie zauważył, kiedy odszedł jego kolega.

— A co zrobisz, jak nie dostaniesz wizy?

— Będę musiała wrócić, ale mam nadzieję, że ktoś mi pomoże. — Spojrzała Markowi w oczy i zamrugała rzęsami.

— A gdzie mieszkasz?

— Na razie u koleżanki, ale ona też nie ma pewnego miejsca.

Z każdą chwilą Marek czuł, że powinien coś zrobić, szczególnie że dziewczyna bardzo mu się podobała, ale nie miał odwagi umówić się, widząc ją po raz pierwszy. Widział również, że Ukrainka cały czas patrzy na niego tym jedynym, kobiecym wzrokiem. Czuł, że się jej podoba.

— Jak koleżanka straci mieszkanie, to i ja nie będę miała co ze sobą zrobić — ciągnęła.

— A jak… — Chciał na początku powiedzieć, jak mógłby jej pomóc, ale ugryzł się w język. — A jak ci się tu żyje? Podoba się Polska?

— Lepiej niż na Ukrainie, tam to pracowałam na dworze.

— Na dworze?

— No tak, owoce, pszczoły, siano kosiłam.

Marek uśmiechnął się na to ostatnie określenie.

— Czyli pracowałaś w polu, na roli?

— A tak, tak, mój polski nie jest bardzo dobry.

— Naturalnie, naturalnie.

— To może się tak zdarzyć, że już niedługo będę musiała wracać, jak nie będę miała gdzie mieszkać.

— Jestem dobrej myśli — odpowiedział, walcząc ze sobą.

— Ale czasem można spotkać dobrych ludzi, którzy pomogą.

Marek nie był w stanie zaproponować dziewczynie randki, czuł dobrze znaną blokadę. Po chwili znów wszedł jego znajomy i szybko zauważył zainteresowanie Markiem ze strony Leny.

— Jak tam gołąbki? — Zaśmiał się wchodzący.

— Dobrze, chyba czas na mnie — odparł Marek.

Ukrainka gwałtownie spuściła wzrok i bez słowa usiadła na krześle za recepcją. Marek wyszedł na korytarz, a za nim Roman. Marek stanął na dłuższą chwilę w bezruchu, jakby wahając się co zrobić. Jego kolega w końcu chwycił go za ramię i rzekł:

— Zapisz sobie numer Leny. — Sięgnął do swojego telefonu po numer.

— Tak? — spytał z niedowierzaniem Marek.

— Tak, tak, nie ma co tu deliberować, podobasz się lasce i chyba z wzajemnością. Mylę się?

Marek spojrzał na kolegę z niepewnością.

— Myślisz, że powinienem?

— Pewnie! — Roman podniósł głos.

Tamtego dnia Marek wracał do domu na piechotę całe osiem kilometrów, od miejsca, gdzie wysiadł od kolegi z samochodu. Był środek zimy, pod stopami skrzypiący śnieg i prawie dwudziestostopniowy mróz. Marek zastanawiał się, czy zaproszenie Leny na randkę to dobry pomysł, gdyż ciągle nie mógł zapomnieć sytuacji, gdy kobiece zwłoki wywołały w nim erotyczną reakcję. Od tamtego czasu każda kobieta stanowiła wyzwalacz. Marek nawet próbował oglądać kobiece akty, ale za każdym razem kończyło się to w taki sam sposób — wzbierająca w nim fala świadomego obrzydzenia podsycana czymś, co nie pozwalało mu zapomnieć, co kazało się konfrontować. Buzowała w nim jakaś nieokreślona siła, która wymuszała próbować, i mimo bólu wciąż próbować. Oglądając akty, wielokrotnie zastanawiał się, co to za siła, ale jedynym wnioskiem było porównanie jej do rozkazu wydanego w trakcie hipnozy — człowiek wie, że ma coś do zrobienia, ale nie zdaje sobie sprawy dlaczego; przynajmniej taki obraz niezrozumiałych działań wyniósł z filmów. Pamiętał też moment, gdy idąc latem po parku w Pruszkowie, widział na ławce opalającą się kobietę rozebraną do bikini. A miało to miejsce zaraz po feralnym wydarzeniu w prosektorium. Wtedy oglądając się na nią jak na goniącego zombie, uciekał przez park. Potknął się o krzak róży rosnący przy deptaku, runął jak długi u stóp policjanta, który chwilę później sprawdził jego trzeźwość.

* * *

A teraz, spacerując turystycznym szlakiem Puszczy Kampinoskiej, dumał, co takiego zainteresowało go w kobiecie z parkingu. W zasadzie pamiętał dwa szczegóły: bardzo ładną twarz i fakt zapisywania czegoś w notesie trzymanym w bagażniku. I chyba to drugie bardziej przyciągało uwagę. Bo która osoba robi coś takiego w lesie? Jego pierwsza myśl była taka, że kobieta jest pisarką i właśnie wpadła na jakiś wiekopomny pomysł. A może malarką? Jej sukienka kojarzyła mu się z artystką. A połączenie artystki z pragmatycznymi zapiskami to wręcz ideał. On sam nigdy nie przejawiał zapędów artystycznych, ale osoby takie darzył niezrozumiałą sympatią. A ucząc się niegdyś na chirurga, musiał stać się pragmatyczny, inaczej nie dałby rady prowadzić skomplikowanych operacji, do których potrzebne są procedury. Nawet pisał własne notatki, z których wyciągał wnioski i robił raporty. Może więc fakt, że sam pisał notatki, sprawił, że zainteresował się tą kobietą?

Po kilku kilometrach usiadł na zwalonym pniu nad niewielkim strumykiem płynącym niedaleko szlaku. Mniemał, że strumyk niesie wodę, która powstała z roztopionego śniegu. Tego roku mrozy puściły i roztopiły się śniegi dopiero pod koniec marca. Marek poczuł zapach sosnowej żywicy, która wiosną napełnia drzewa bardziej niż w innych porach roku. Zanurzył palec wskazujący w strumyku i ciało przeszyło dojmujące zimno. Woda miała temperaturę niewiele wyższą od zera. Zwrócił uwagę na dziwne wodorosty wyglądające jak chemiczne zanieczyszczenia lub też wydzielina jakiegoś zwierzęcia czy nawet człowieka. Mogły też przypominać jasnozielone włosy dziecięcej lalki. Czepiały się napotkanych gałązek czy kamieni, tworząc coś hipnotyzującego, magicznego. Siedział długo, obserwując, jak niewidoczne pojedyncze włókna oblepiają gałązki i kamyki, łączą się ze sobą, z każdą chwilą zmieniając kształt jasnozielonego tworu. Jednak istniało coś więcej oprócz zielonych włókien: to woda sama w sobie, i jej szum. Marek już niemal świadomie zapomniał o chęci oczyszczenia się ze zwyrodniałych skłonności do kobiecych zwłok, ale jego nieświadoma część umysłu przypominała mu podprogowymi podszeptami. Czuł, że chciałby cały wskoczyć do tego miniaturowego strumyka. Zmniejszyć się do rozmiarów żołnierzyka z plastiku i stanąć po pachy w lodowatej strudze. Tak, aby nie pozostał ani fragment nieczystego ciała, tak, aby zimno zamroziło niechciane zapędy… Nawet nie zauważył, że trzymany w wodzie palec wskazujący całkowicie skostniał, stał się bez czucia. Wyciągnął go i zgiął z uczuciem ciała obcego. Ruszył dalej w drogę.

Wieczorem długo ślęczał, czytając książkę; sen wciąż nie nadchodził. Zwykle tak miał, gdy poprzedniego dnia wziął tabletkę i spał dwanaście godzin lub więcej. Zagłębił się w akcję książki i nawet nie zauważał mijającego czasu. Zrobiła się jedenasta, potem dwunasta, pierwsza. W końcu o wpół do trzeciej odłożył książkę z powodu zmęczonych oczu i wypił kubek gorącej herbaty. Jednak nadal nie mógł usnąć. Wyszedł więc na spacer ulicami Pruszkowa. Gdy przechodził przez spore skrzyżowanie, usłyszał głośny dźwięk silnika dobiegający z mniejszej drogi. Przyspieszył kroku. Kątem oka zobaczył błysk świateł z prawej strony; dźwięk silnika gwałtownie rósł. Po chwili, gdy Marek był kilkanaście metrów od ulicy, usłyszał pisk opon, a po chwili głośne uderzenie. Stanął i się odwrócił. Dostrzegł samochód osobowy niemal wbity w przydrożną latarnię. Spod maski wydobywały się kłęby pary, wokół leżały rozbite elementy, a wewnątrz Marek dostrzegł ruch. Nagle drzwi drgnęły, zatrzeszczały, ale się nie otworzyły. Przez nierozbitą szybę Marek zobaczył zakrwawioną twarz młodej kobiety. Zrobił krok w tamtą stronę, ale z boku wyglądało to, jakby zderzył się z niewidoczną ścianą: nagle stanął. Opuścił głowę, twarz zakrył dłońmi i wstrzymał oddech.

* * *

— Nie mogłeś nic więcej zrobić — mówiła Zofia, matka Marka do zamkniętych drzwi jego mieszkania. — Rozmawiałam z Elą, ona jest tego samego zdania.

— Odejdź stąd. — Z wewnątrz przez drzwi wydobył się słaby głos Marka.

— Synku, otwórz, chcę z tobą porozmawiać.

— Daj mi spokój. Idź sobie.

— Wpuść mnie. Kiedy ostatni raz wyszedłeś z domu?

— Nie potrzebuje wychodzić — odpowiedział po dłuższej przerwie.

— Otwórz, nie możesz się odcinać od ludzi, którzy chcą dla ciebie dobrze.

— Odejdź! — wrzasnął i po chwili rozległ się odgłos silnego uderzenia.

— Mareczku, krzywdę sobie zrobisz. Daj mi wejść… — Matka przytuliła się do zimnych drzwi, jakby przez nie mogła przekazać synowi odrobinę czułości. — Otwórz! Co, matki nie wpuścisz?

Ale z drugiej strony wszelkie dźwięki ucichły. Zofia po raz kolejny się rozpłakała i bezsilnie opadła na kolana. Przychodziła pod jego drzwi trzeci dzień z rzędu, a efekt cały czas był ten sam — Marek nie otwierał. Tego dnia przynajmniej z nim porozmawiała przez drzwi, bo poprzednio syn nawet nie odpowiedział słowem. Dowiedziała się o tym, co zaszło, od Eli, koleżanki Marka jeszcze ze studiów, która pracowała w tym samym szpitalu. Marek podobno na chwilę zjawił się w szpitalu, ale wyglądało, jakby się upił, ale ktoś, kto go zaczepił przy wyjściu, nie wyczuł specyficznego zapachu. Tamtego dnia Marek zostawił samochód pod szpitalem i nie wiadomo jak wrócił do domu. Sąsiad widział go opierającego się o każdy napotkany przedmiot; był pewien, że Marek solidnie zapił. Najpierw chciał do niego podejść i pomóc dojść do domu, bo Marek wyglądał tragicznie, ale gdy zbliżył się na kilka metrów, Marek jakby otrząsnął się, wyprostował i dalszą drogę pokonał niemal zwyczajnie. Od tamtej pory nikt go nie widział.

Jego matka dzwoniła do Jadzi, która natychmiast po tragedii od niego odeszła, ale ta nie odebrała telefonu. Po kilkunastu próbach Zofia poprosiła kogoś, by do niej zadzwonił z numeru, którego ona nie zna. Gdy poproszono, aby nie odchodziła od Marka, wykrzyczała kilka ostrych słów i się rozłączyła. Marek został sam i choć miał rodzinę i przyjaciół, nie chciał widzieć nikogo. W pracy zostawił list, w którym napisał, że odchodzi natychmiast i jeśli chcą, niech potraktują to jak porzucenie stanowiska. I od sześciu dni siedział zamknięty w czterech ścianach mieszkania. Telefon miał wyłączony, zasłony zaciągnięte, a zamki zablokowane od wewnątrz, gdyż Zofia w końcu odebrała klucze od Jadwigi i próbowała otworzyć. Ale po głosie nie słyszała, żeby pił. Raczej wyglądało to jak świadome odcięcie się od całego świata. Gdy tego dnia znów odbiła się od jego drzwi, zastanawiała się wraz z córką, czy to chwilowe, aby przetrawić tragedię, czy może Marek umrze odcięty od świata. Uznały jednak, że to chwilowe i tylko dlatego nie zgłosili tego jako stanu psychicznego zagrażającego życiu, a w związku w tym służby nie wyważyły drzwi czy nie weszły przez okna. Ale obie kobiety ustaliły, że jeśli sytuacja nie zmieni się w ciągu tygodnia, będą zmuszone to zrobić.

* * *

Kiedy Marek niemal całkowicie odpłynął w głąb umysłu, z rozbitego samochodu dobiegł go głośny, płaczliwy krzyk. Tylko raz słyszał podobny głos, miało to miejsce, gdy w czasie studiów uczestniczył w próbie reanimacji pacjenta, którego przywieziono po silnym porażeniu prądem. Żona pacjenta najpierw nie mogła usiedzieć ani chwili w oczekiwaniu na efekt reanimacji, a gdy poinformowano ją, że to koniec, wpadła w histerię i krzyczała na cały oddział. Tym razem Marek na początku nie reagował. Nie był w stanie. Przeszłość działała na niego jak anestetyk, który pozbawia czucia i władzy nad częścią ciała.

Dopiero po dłuższej chwili, gdy kobiecy głos prawie ucichł, Marek jakby oprzytomniał: podniósł głowę, spojrzał na auto, szybko ocenił sytuację i wyciągnął telefon. Ruszył do wypadku, rozmawiając z kimś spod numeru alarmowego. W głowie kotłowały mu się wspomnienia: jedne ze studiów, gdy uczył się lekarskiego fachu, inne z dotychczasowej praktyki, a jeszcze inne z feralnego przypadku. Podszedł bezwiednie do samochodu, chwycił wygięte drzwi i z całej siły pociągnął. Te drgnęły o kilka centymetrów, lecz pozostały zamknięte. Przeszedł od drugiej strony i dopiero w tym momencie zauważył młodego mężczyznę ze zwieszoną głową i krwią kapiącą z ust. Marek dotknął szyby, jakby dało się przez nią wyczuć puls, zamknął oczy i ponownie stanął w bezruchu. Kobieta wewnątrz przesunęła się do niego, jakby próbując iść w stronę jedynej możliwej pomocy, i głośno zapłakała. Marek instynktownie chwycił drzwi i silnie pociągnął. Drzwi ustąpiły, a chłopak bez zapiętych pasów osunął się częściowo na chodnik do stóp, a częściowo na nogi Marka.

Marek zamarł. Przed sobą miał nieprzytomnego mężczyznę, który wymagał jak najszybszej pomocy, a w głowie kłębiły mu się wspomnienia z przeszłości: tamta operacja, a niespełna rok później ta tragiczna wiadomość. Przypomniał sobie feralne zdarzenie. Ile to razy wyobrażał sobie sytuację, gdy coś idzie nie tak — zawsze znajdował wytłumaczenie, jakieś alibi, dzięki któremu nie musiałby czuć się winny. Wreszcie ile razy przygotowywał się na najgorsze. Ale na takie najgorsze przygotować się nie można. Żaden tok myślenia na to nie pozwoli, żaden trening nie przygotuje, żaden psychoterapeuta czy spowiednik nie pomoże. Takie coś może się zdarzyć, a potem trzeba jakoś żyć. Często nie sposób przewidzieć, jak potoczy się to dalej. Niektórzy potrafią się otrząsnąć, inni świadomie zmieniają całe swoje życie, a jeszcze inni po prostu uciekają. I to, co budowaliśmy w mozole przez lata, często legnie w ruinie. Nie można przewidzieć, jak zareagujemy, gdy dotknie nas najgorsze. Szczególnie to, co wydawało się, że jest już opanowane. Jak będzie wyglądało nasze życie? Jak bardzo zmieni się nasze postrzeganie? Ktoś kiedyś powiedział:

Jeśli chcesz rozśmieszyć Boga, powiedz mu, że masz jakieś plany na przyszłość.

Po dłuższej chwili Marek otrząsnął się ze wspomnień i poczuł na udach emocjonalnie dotkliwy ciężar nieprzytomnego mężczyzny. Po jego prawej nogawce ściekała wąska strużka krwi z ust rannego. Zacisnął zęby, na chwilę zamknął oczy, jakby szukając sił wewnątrz samego siebie, i delikatnie ujął w dłonie głowę mężczyzny. Dopiero gdy kobieta chwyciła go za nadgarstek, ponownie usłyszał płacz, który wcześniej jego mózg ignorował.

— Niech pan go ratuje — błagała przez łzy.

Gdy tylko do Marka to dotarło, wspomnienia powróciły ponownie. Słowa, które nie mogły go opuścić, to właśnie krzyk Jadzi, aby ratował Jacusia, mimo iż było po wszystkim. Nie chciał pamiętać niczego, starał się zapomnieć, ale tamto nie dawało mu spokoju.

— Niech pan go ratuje — powtórzyła kobieta i spazmatycznie zakasłała, wypluwając na swój rękaw niewielką ilość krwi.

Marek patrzył na tę krew jak na czerwone światło zabraniające przekroczenia tej szczególnej linii dzielącej go od powrotu do leczenia ludzi. Stał przed przejściem dla pieszych, na którym działy się dantejskie sceny, w których mogły umrzeć dwie osoby. Czym było to czerwone światło? I co musiało nastąpić, aby światło zmieniło się na zielone? W końcu jednak poczuł w sobie jakby emocjonalną eksplozję dającą mu w efekcie zezwolenie do działania ponad prawem ruchu drogowego. Powoli, niepewnie schylił się, ułożył delikatnie mężczyznę na chodniku i cichutko powiedział do kobiety:

— Proszę podać mi apteczkę

— Aaaale skąd? — wybełkotała.

— Prawdopodobnie jest w bagażniku, a jak nie to może na tylnej półce.

Kobieta otarła zakrwawione usta, drgnęła, spojrzała za siebie do wnętrza samochodu i wydawało się, że szuka z daleka apteczki. Marek tymczasem delikatnie ułożył nieprzytomnego, starając się jak najmniej nim poruszać, i tylko wymownie spojrzał na kobietę. W końcu się pozbierała, z trudem otworzyła bagażnik i po chwili znalazła apteczkę.

Marek nawet nie wiedział, ile czasu minęło, jak bardzo zagrożone było życie pacjenta, gdy usłyszał sygnał nadjeżdżającej karetki. Jedyne, na co zwracał uwagę, to puls i oddech nieprzytomnego, którego kurczowo trzymał za nadgarstek. W końcu podszedł do niego ratownik medyczny i powiedział, że przejmują poszkodowanego. Marek z ulgą puścił nadgarstek, wstał, spojrzał na kobietę, której, oprócz cieknącej z ust krwi, na pierwszy rzut oka nic się nie stało, i odszedł do domu. O tej porze w okolicy nie było nikogo oprócz niego, dwojga poszkodowanych i dwóch ratowników. I nikt nie zwrócił uwagi, że Marek zniknął. Szedł niezwykle powoli, zatopiony we własnych myślach. Kiedy dotarł do domu, zamknął za sobą drzwi i bez przebierania się w piżamę runął do łóżka. Poczuł, że łzy ciekną mu jak oszalałe, mimo iż na dobrą sprawę nie płakał. Jakby emocje wymusiły łzy, a reszta uczuć została zablokowana. Usnął, wciąż mokry od łez.

Następnego dnia obudził się wczesnym przedpołudniem. Otworzył oczy, rozejrzał się po pokoju, jednak nic nie przykuło jego uwagi. Tylko Zwłoczka leżała w nogach i głośno mruczała. Czasem sobie myślał, że wziął ją zamiast kobiety. Bywało, że łapał się na tym, że częściej myśli o niej niż o jakiejkolwiek niewieście. Powinien ją nakarmić, ale najchętniej nie wstawałby wcale, co akurat w niedzielę mogło być możliwe. Mimo iż starał się nie myśleć o tym, co miało miejsce poprzedniego dnia, to emocje go dołowały. Czuł apatię, wręcz depresję. Tyle się w życiu naczytał na tematy depresji, radzenia sobie z nią, a od czterech lat, kiedy niedobre emocje brały górę, czuł się bezbronny i kompletnie nieprzygotowany. Miał wrażenie, jakby cały świat walił się na głowę, a do czegoś takiego przygotować się nie sposób. Już próbował różnych antydepresantów, ale zazwyczaj efekt był taki, że jakby zupełnie bez zaangażowania emocjonalnego zamykał się w sobie i przepadał na długie godziny. Bez prochów przynajmniej wiedział, kiedy z nim jest nie tak, miał wgląd w swoją bolesną stronę, a ta stanowiła światło ostrzegawcze informujące o tym, żeby coś ze sobą zrobił. Psychotropy, mimo iż mu pomagały, otępiały czujność, mamiły zwyczajnością, podczas gdy on sam nie zachowywał się zwyczajnie. Bo czy zwyczajnością można nazwać wielodniowe zamykanie się w pustym domu? Albo wychodzenie w środku nocy na spacery po ulicach Pruszkowa?

Około południa zadzwonił telefon. Spojrzał na wyświetlacz, który oznajmiał, że dzwoni matka.

— Cześć, mamo. — Starał się mówić radosnym głosem.

— Cześć, jak się masz?

— Dobrze, dziś odpoczywam po ciężkim tygodniu. A co u was?

— Ja zrobiłam wczoraj porządki w domu, a tata skopał ogródek.

— Mamo, ile razy ci mówiłem, żebyście się nie przemęczali. Lepszy byłby spacer, wycieczka choćby do Łazienek. Po co wam ogródek?

— No, to na warzywa. Bo te ze sklepu to nie to samo. Swojskie to swojskie.

— A ja ci mówię, że nie wezmę od was żadnych warzyw. Wolę, żebyście zrobili coś dla siebie.

— Ale to jest dla nas. Dla ciebie i Marysi. A jak dla was, to i dla nas. Nie rozumiesz, że to nam sprawia radość? O wiele większą niż spacery, niż podróże.

— Mamo…

— Synku, dzieci są radością prawdziwego rodzica. I wnuczęta.

— Mamo… — Marek nie miał siły rozmawiać.

— Ale właśnie. Przyjedź dziś na obiad, będzie pieczeń cielęca, tak lubisz.

— Mamo, dziś nie dam rady.

— A co takiego będziesz robił?

— Muszę zająć się domem. Ostatnio bardzo dużo pracuję, więc nie mam czasu — skłamał.

— Nie dasz rady na obiad? Przecież to nie zajmie więcej niż dwie godziny.

— Nie, mamo, wybacz, innym razem.

— No dobrze. Ale mam nadzieję, że nie leżysz cały dzień w łóżku?

— Nie, no co ty. — Nagle wyskoczył z pościeli i stanął przy oknie. Poczuł w sobie moc, która stanowiła odpowiedź na jej słowa. Na dobrą sprawę nie musiał wstawać, ale czuł, że leżąc cały dzień, zawodzi matkę.

Po chwili się pożegnali, a Marek pozostał przy oknie. Patrzył na budzącą się wiosną przyrodę i nie mógł zapomnieć słów matki o tym, że dzieci są celem życia i prawdziwą radością. On dobrze wiedział, że to także dotyczy jego samego, choć nie w kwestii dzieci, bo odkąd przestał być lekarzem, czuł dokładnie to samo — stracił prawdziwy sens działania i życia w ogóle. Co prawda prowadził firmę rzetelnie, przykładał się do pracy, ale cały czas czuł, że do wszystkiego się zmusza. Niby zrezygnował z bycia chirurgiem na własne życzenie, ale coraz bardziej do niego docierało, że zrobił to wbrew sobie. A wiedział, że żadne królestwo nie będzie wielkie, jeśli występuje przeciw sobie.

W poniedziałek, gdy przyszedł do firmy, powitała go Ewa:

— Dzień dobry, szefie.

— Cześć, Ewo.

— Jak weekend?

— W porządku, odpocząłem, połaziłem po lesie. A jak u ciebie? — Podszedł do lady recepcji.

— Też dobrze, byliśmy z mężem w Beskidach.

— No, to kawałek drogi.

— Tak, sporo przejechaliśmy, ale i pochodziliśmy po górach. — Spuściła głowę. — A jak u pana powrót do pracy? Nie jest męczący?

Marek zastanowił się, skąd takie pytanie; w końcu jest szefem tej firmy i na dobrą sprawę mógłby w ogóle nie przychodzić, gdyby czuł się zmęczony czy nie miałby na to ochoty. Przyjrzał się dokładnie Ewie, która w tym momencie nieśmiało podniosła głowę i zerknęła mu w oczy.

— Ewo, w najgorszym wypadku pójdę na wagary. Wolno mi? — Zaśmiał się.

— Panu to wszystko wolno, nawet zamknąć tę firmę na amen — powiedziała jakby ze złością.

— Ale… — Marka zwyczajnie zatkało. Przecież nie żałował pieniędzy na wypłaty dla pracowników, a gdy było trzeba, starał się wspierać. — Źle ci się tu pracuje?

— Mnie? Bardzo dobrze, bardzo dobrze. Ale nie o mnie tu chodzi. — Odpuściła, ale pokręciła głową jakby z niedowierzaniem.

— A o kogo? Ewo, czy ja powinienem o czymś wiedzieć?

— Panie Marku… — zaczęła żałośnie. — Nie, ja tylko tak, bo jednak zmęczona jestem.

— To może chcesz iść do domu?

— Nie!… — Na chwilę zamilkła. — Niech szef się nie przemęcza.

— Dobrze — odpowiedział zmieszany Marek; nie wiedział, o co właściwie chodzi Ewie. Ale naciskać nie zamierzał. — Ty Ewo, jakbyś jednak miała ochotę na wolne, to wiesz, nie ma problemu, w końcu nie brałaś urlopu od wielu miesięcy.

— Dam radę, nie trzeba.

— Jak uważasz — odparł nieco mechanicznie, bo wciąż trapiło go, o co może jej chodzić.

Wszedł do gabinetu i jeszcze długo zastanawiał się nad jej słowami.

Tuż po trzynastej wyszedł z pracy i pojechał na pogrzeb żony swojego nauczyciela z liceum, pana Stanisława. Rzecz, na którą zwrócił uwagę, to fakt, że przybyło dość mało osób — łącznie z nim naliczył tylko dziewiętnaścioro. Gdy podchodził do Stanisława, zobaczył u niego mokre od łez oczy. Zdziwiło go to, bo rozmowa sprzed kilku dni wskazywała raczej, że były nauczyciel nie jest skłonny do płaczu. Tyle że zdawał sobie sprawę, że niemal każdy człowiek miewa w życiu różne momenty. On sam, dopóki nie wydarzyła się tamta tragedia, nie płakał prawie w ogóle, a teraz zdarza mu się uronić sporo łez — co prawda najczęściej bez szlochu, ale jednak. Marek podszedł do byłego nauczyciela jako ostatni.

— Moje kondolencje, panie Stanisławie — rzekł i uścisnął dłoń nauczyciela.

— Dziękuję, młody człowieku. Jednak przyszedłeś, to miłe.

— Tak, i jeśli pan pozwoli, potowarzyszę panu w drodze do domu.

— Nie wiem co powiedzieć. — Stanisław spojrzał wymownie na wnuczkę stojącą obok. — Nie jestem zbyt towarzyski, ale tym razem nie odmówię. — Starzec spuścił głowę.

Marek mógłby przysiąc, że właśnie rozpętała się w głowie rozmówcy emocjonalna burza. Przez chwilę pożałował, że w ogóle tu przyszedł.

— A pani mieszka z dziadkiem? — Marek spytał wnuczkę.

— Do tej pory nie, ale właśnie się przeprowadzam — powiedziała cichutko, niepewnie.

— Taka z niej miła wnuczka, że koniecznie musi dziadkowi udowadniać, że jest już jedną nogą po tamtej stronie. — Starzec uśmiechnął się szeroko, zbliżył do wnuczki i przytulił ją.

— Nie mów tak — poprosiła żałośnie.

— Młody człowieku, a jak ja mam się czuć? Do tej pory wnuczkę widywałem tylko czasem, a teraz będzie mnie pilnowała. Co do majątku to wiem, że na niego nie leci. Nie chce dopuścić, żebym wyciągnął kopyta i leżał kilka dni, zanim mnie znajdą. — Ponownie się uśmiechnął. — Oczywiście, że żartuję, bo wiem, że kto inny miałby dziadka gdzieś, ale takie myśli mnie nachodzą. — Pokręcił głową.

— Dziadku — wyszeptała.

— Jak zaczynają człowieka pilnować, to znaczy, że albo coś narozrabiał, albo ma już bliżej niż dalej, co na jedno wychodzi, bo sąd ostateczny się zbliża i wszystkie machlojki wyjdą. — Stanisław zaśmiał się na głos.

— Jest jeszcze jedna możliwość! — przerwała ostro wnuczka. — Bo dziecka też się pilnuje, a jest niewinne jak aniołek. Pilnują go, żeby chronić przez złem!

— O! — starzec podniósł głos. — O tym nie pomyślałem. — Ponownie przytulił wnuczkę. — Tak, dziecko i starzec są najbardziej narażeni, bo słabi. Ciekawe, co Bóg czuje, kiedy widzi, że ktoś taki zaczyna być właśnie władany przez zło? Tu zaczyna się odwieczny dylemat, młody człowieku: dać wolną wolę i pozwolić na zło, czy zniewolić, zamykając w klatce, do której zło nie ma dostępu. Im jestem starszy, tym dobitniej czuję, jak bardzo Bóg musi być nieszczęśliwy, wiedząc, że czego by nie zrobił, dobrze nie będzie.

— Panie Stanisławie — przerwał Marek. — Chodźmy do domu.

— Oj, tak, młody człowieku. Na starość to już nie o matematyce myślę, ale o sensie tego wszystkiego, o tym, co dalej. — Nauczyciel wypuścił głośno z płuc powietrze. Ruszył w stronę wyjścia z cmentarza. — Czasem się zastanawiam, czy przypadkiem życia nie zmarnowałem na tę matematykę. Teraz to wszystko takie prozaiczne mi się wydaje, takie zbyteczne.

Marek pojechał ze Stanisławem do jego domu, wypił kawę i wrócił prosto do siebie. Tego dnia nie miał już siły pracować. Usiadł na fotelu ze Zwłoczką na kolanach i gapił się w telewizję. Oglądał program publicystyczny o domu spokojnej starości dla osób pochodzących z domu dziecka. Zadał sobie pytanie: czy nie wystarczy dla jednego człowieka, że ma nieszczęśliwe dzieciństwo? Musi mieć też taką starość? Zastanowił się nad tym, co usłyszał na pogrzebie: dziecko i starzec są najbardziej narażeni na zło. A co z chorymi? Albo ludźmi bez sił psychicznych w ogóle? I wreszcie, jak Bóg może na to spokojnie patrzeć?

„Jak Bóg może spokojnie na to patrzeć” — powtórzył w myślach.

5 myśli w temacie “Samotność Boga — cz. II

  1. Antoni,

    zacznę od kilku uwag:

    „Już sam fakt namalowania dla niego innej dziewczyny świadczył o braku zazdrości, a nawet być może o chęci pomocy w zeswataniu Marka z wybranką. Poza tym malarka pocałowała go prawie w same usta, tak, że Marek poczuł kącikiem ust jej wargi, a to świadczyło, że nie pozostawał jej obojętny, a być może nawet się w nim podkochiwała.” – Mówiłem już o tym przy poprzedniej części: jak dla mnie za dużo w tym i kilku innych fragmentach dosłowności. Zaufaj bardziej czytelnikowi – on zrozumie, że taki pocałunek od kobiety z pewnością coś znaczy. Staraj się jedynie naprowadzać na sens danej sceny zamiast go tłumaczyć. Kumaty czytelnik pojmie, o co chodzi.

    „A ucząc się niegdyś na chirurga, musiał stać się pragmatyczny, inaczej nie dałby rady prowadzić skomplikowanych operacji, do których potrzebne są procedury. ” – ja bym napisał „które wymagają przestrzegania procedur”.

    „dźwięk silnika gwałtownie rósł” – bardziej pasowałoby „narastał”.

    „Po chwili, gdy Marek był kilkanaście metrów od ulicy, usłyszał pisk opon, a po chwili głośne uderzenie. ” – powtórzone „po chwili”.

    „był pewien, że Marek solidnie zapił. Najpierw chciał do niego podejść i pomóc dojść do domu, bo Marek wyglądał tragicznie, ale gdy zbliżył się na kilka metrów, Marek jakby otrząsnął się, wyprostował i dalszą drogę pokonał niemal zwyczajnie” – tutaj z kolei zbyt często powtarzane imię bohatera.

    ” a w związku w tym służby nie wyważyły drzwi ” – literówka.

    „poczuł na udach emocjonalnie dotkliwy ciężar nieprzytomnego mężczyzny” – rozumiem sens tego zdania, a może lepiej byłoby ująć to jakoś inaczej, np. „ciężar nieprzytomnego mężczyzny obudził w nim bolesne emocje”?

    Poza tym fragment jest dobre napisany. Podobają mi się fabularne przeskoki w czasie, stopniowe odkrywanie za ich pomocą samego bohatera. Stopniowo nabiera on koloru i wychodzi na jaw, co go ukształtowało. Ciekawi mnie, dokąd go to wszystko doprowadzi.

    Pozdrawiam.

    Polubione przez 1 osoba

    1. Dzięki, Gabrielu.
      Pisanie to szuka balansowania między konkretami, dosłownością, a umyślnymi domysłami. Raz trzeba pisać kawę na ławę, drugi raz dać czytelnikowi pole do domysłu. I tak jest z tym pierwszym fragmentem. Zastanowię się, czy, i jak, to zmienić.

      Zobaczymy, co powiesz, jak przeczytasz całość.

      Pozdrawiam

      Polubienie

    1. Dzięki, Basiu.
      A może Bóg zaprojektował to tak, że aby się uwolnić od zła, trzeba odwagi i cierpienia?…
      Czasem najbardziej boli nas nie to, co niby powinno boleć, ale to, co mogłoby pójść inaczej, gdybyśmy w zwykłych rzeczach zachowali się lepiej.

      Pozdrawiam.

      Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s