Samotność Boga — cz. I

Samotność Boga — cz. I

Prezentuję swoją najnowszą powieść w odcinkach. Będzie ich 11. (Pierwszy odcinek prezentowałem już, ale teraz jest mocno zmieniony.) Osobiście uważam, że to mój najlepszy tekst. Zapraszam do czytania i komentowania. Trochę czasu nad nią pracowałem, więc byłem prawie niedostępny.

Czym jest cierpienie? Jak może wpłynąć tragedia na danego człowieka? Czy niesie ona tylko spustoszenie? Dlaczego Bóg nie zapobiegnie temu, co niedobre, a nie pozostawi jedynie szczęścia i miłości?…

********************

Wciąż jeszcze dudniło Markowi Olkuniowi w głowie, kiedy się obudził. Mimo że już był świadomy, długo nie otwierał oczu. Powrót do funkcjonowania zajmował mu zwykle kwadrans, czasem dłużej. Podniósł powieki, dopiero gdy usłyszał dźwięk esemesa. Usiadł na łóżku i miał wrażenie, że jest bardziej zmęczony niż wieczorem. W takich sytuacjach zastanawiał się, gdzie ten świat z reklam, w których ludzie po obudzeniu mało nie podskoczą z wypoczęcia. Powoli uniósł rękę i podrapał się z tyłu głowy. Najchętniej zaszyłby się w łóżku jeszcze na kilka godzin, ale nie należał do osób, które ochoczo biorą sobie wolne. Sięgnął po stojącą na podłodze butelkę gazowanej wody. Pijąc kilka głębszych łyków, usłyszał dzwonek do drzwi. Odstawił butelkę i zmusił ciało do wstania. Zakręciło mu się w głowie. Wsunął stopy w zimne kapcie, zarzucił na siebie wiszący na krześle szlafrok. Chwilę później otworzył wejściowe drzwi, za którymi stał listonosz.

— Polecony dla pana — oświadczył poczciarz.

— Od kogo?

— Panie, ja to nie wiem, nawet nie chcę patrzeć. Jak zobaczyłbym, panie, że ze Skarbówki, to od razu klient mógłby marudzić, że nie przyjmie czy coś, a tak niech decyduje w ciemno. — Listonosz zmierzył wzrokiem Marka. — Bierzesz pan, czy nie?

— Biorę, biorę.

Marek podpisał papier, wziął kopertę opatrzoną jakąś czerwoną pieczątką i już chciał zamykać, gdy ten drugi stwierdził:

— Nie wiem, co pan robisz, ale dla mnie to nienormalne, aby o dziewiątej być jeszcze w piżamie.

— Mogę sobie na to pozwolić — rzucił automatycznie gospodarz.

— Panie, ja tam nie wiem, co żeś pan przeskrobał, ale listu z prokuratury to ja nigdy nie dostałem.

— Czyli jednak pan wie, skąd ten list? — Marek pokiwał głową.

— A co mam nie wiedzieć, spojrzałem, gdyś pan podpisywał. Ciekawość rzecz ludzka.

— No widzi pan, dostałem list z prokuratury. I co, teraz będę na cenzurowanym?

— Gdzie tam, panie. Co mam dostarczyć, dostarczę, tylko mnie ciekawi, że taki ktoś jak pan tak się zmienił. Panie, aż żal patrzeć.

— Niech się pan nie przejmuje. Ułożyłem sobie życie ponownie… — Marek wyraźnie urwał.

— Tak trzymać, tak trzymać, panie. — Listonosz poprawił wypchaną skórzaną torbę i odwracając się, rzekł: — Niech pan nie zapomni, że dziś piątek, piąteczek, piątunio, przed nami weekend. — Zaśmiał się na głos i zszedł po schodach.

Marek jeszcze długo stał w drzwiach, nie będąc w stanie zmierzyć się z tym, co w kopercie. Dobrze wiedział, że w końcu musi to zrobić, ale jego umysł wyraźnie się sprzeciwiał. Powoli zamknął drzwi, niemal z obrzydzeniem położył kopertę na szafce obok i osunął się po ścianie do pozycji siedzącej. Wbił głowę między kolana i na dłuższy moment wstrzymał oddech.

Przypomniał sobie, jak studiował, i od pierwszego semestru dobrze wiedział, jaką wybrać specjalizację. Mało tego, czuł już w szkole podstawowej, kim chce być. Niejednokrotnie spotykało się to z żartami, śmiechem czy kpinami rówieśników, bo przeciętny nastolatek nie ma tak ściśle sprecyzowanych planów. Nawet nauczycielka stwierdziła, że to piękne marzenie, ale praktycznie nieosiągalne. On jednak nie zamierzał się poddawać. Czuł, że został obdarzony specjalnymi predyspozycjami i że taka rola życiowa jest mu po prostu pisana. Do dziś w pamięci przelewały się terminy po łacinie. Do dziś widział siebie samego wchodzącego na pierwsze ćwiczenia. Te obrazy pozostaną w nim na zawsze, cokolwiek by robił, cokolwiek by się wydarzyło.

Podniósł się kilkanaście minut później i z niechęcią sięgnął po kopertę. Na pieczątce widniały dane prokuratury w Pruszkowie. Otworzył i zaczął czytać.

Prokuratura Rejonowa w Pruszkowie

Niniejszym oddala się wniosek o wszczęcie postępowania karnego przeciw Markowi Olkuniowi…

Godzinę później wszedł do pracy, domu pogrzebowego, który założył sam, gdy zmienił fach. Na początku był to niewielki zakład obsługujący nowe osiedla i pobliskie tereny, jednak z każdym miesiącem firma rozrastała się, mieli coraz więcej klientów, a i pracowników przybyło w ciągu ostatniego roku. Marek założył ten zakład mimo sprzeciwu dobrze prosperującego, działającego od wielu lat w mieście domu pogrzebowego. Właściciel tego drugiego chciał Marka przekonać, że otwieranie kolejnego zakładu to zły pomysł. Marek jednak tym się nie przejął i już po roku jego nowy interes zaczął przynosić zyski, a teraz, po czterech latach prosperował naprawdę dobrze.

Od razu po wejściu zaczepiła go recepcjonistka Ewa. Była blondynką, z mocno kręconymi włosami i seksownym pieprzykiem nad ustami.

— Panie Marku, nie jest dobrze…

— Co się dzieje?

— Mamy dziś straszny nawał pracy, a mówił pan, żeby o wszystkim informować, a właśnie nie będzie przez dłuższy czas Radka.

— A co z nim?

— Wysłałam panu esemesa, miał wczoraj wieczorem wypadek. Leży w domu, ale nieźle poobijany.

W tym momencie Marek przypomniał sobie, że dostał rano esemesa, o którym całkowicie zapomniał.

— A dlaczego dziś taki nawał?

— Panie Marku, z tego samego wypadku ma dziś trafić do nas czworo — ściszyła głos. — A i tak mieliśmy już dwa ciała i dziś jeden pochówek.

— Czyli ten wypadek to coś poważnego?

— Podobno policja mówiła, że to cud, że Radek prawie nie ucierpiał.

— Całe szczęście, całe szczęście. — Marek spuścił głowę i wyszeptał coś pod nosem.

— Ci, co są, pytali, co z nadgodzinami — powiedziała Ewa, kiedy już Marek się odwracał, aby pójść do siebie.

— A chcieliby, czy raczej odwrotnie?

— Mam wrażenie, że raczej nie.

— W takim razie nie ma sprawy.

— Ale raczej się nie wyrobimy.

— Spokojnie, Ewo, pomogę im.

— Tak?

— Tak, tak. — Wszedł do swojego gabinetu.

Zasiadł za biurkiem, zamknął oczy i zatopił się z myślach.

* * *

— Proszę na koniec wymienić przynajmniej osiem kości czaszki. Zobaczymy, czy nie umknęła panu wiedza z początku studiów — powiedziała po dłuższym zastanowieniu kobieta w średnim wieku siedząca naprzeciwko Marka. Obok niej siedziało dwóch starszych mężczyzn w garniturach.

Jednak Marek patrzył w jeden punkt na ścianie, gdzieś ponad głowami tych trzech osób. Nie reagował, jakby to zostało skierowane nie do niego, a właśnie przechodził egzamin na koniec specjalizacji.

— Panie Marku, tu ziemia, jest pan z nami? — Kobieta się uśmiechnęła.

— Tak, tak… — Marek potrząsnął głową, próbując się pobudzić. — Przepraszam, jakie było pytanie?

— Niech pan wymieni przynajmniej osiem kości czaszki.

— Kość czołowa, ciemieniowa, nosowa, łzowa, klinowa, potyliczna, skroniowa, jarzmowa, sitowa, ale również szczęka i żuchwa — Marek wyrecytował z pamięci jak wiersz.

— No, doskonale. A na koniec jeszcze łacińskie nazwy przynajmniej kilku.

— Frontalia, temporalia, parietalia, occipitale, sphenoidale, ethmoidale , maxilla, mandibula…

— Wystarczy, to nam zupełnie wystarczy. Prawda, panowie? — zwróciła się do mężczyzn siedzących obok niej.

— Oczywiście — zawtórowali obaj.

— W takim razie gratulujemy nowemu adeptowi chirurgii. — Kobieta spojrzała na obu mężczyzn. Pokiwali głowami na znak akceptacji.

Po chwili wszyscy troje wstali i po kolei wyciągnęli ręce do Marka. Natomiast on uścisnął im dłonie niepewnie, z niedowierzaniem. Czuł się trochę, jakby cały ten egzamin oglądał w telewizji.

— Jak się teraz pan czuje? — zapytała prowadząca.

— Ja?… — Marek opuścił głowę, jakby właśnie oblał egzamin. — Proszę państwa, czuję wielką radość — mówił niezwykle spokojnie. — Dwanaście lat nauki wreszcie przyniosło oczekiwany rezultat. — Każde słowo wypowiadał mechanicznie, bez emocji.

— Coś wygląda pan bardziej na znudzonego, a nie podekscytowanego — zauważył mężczyzna po prawej stronie.

— Ja?… Ależ jestem bardzo szczęśliwy, naprawdę, tylko… — zawiesił głos, zastanawiając się, co powiedzieć — jestem niewyspany, bo nie mogłem zmrużyć oka.

— W takim razie — kobieta jeszcze raz się rozejrzała — nie zatrzymujemy i życzymy powodzenia.

— I połamania skalpela — zażartował facet po lewej. — A, właśnie. Wie pan, po co chirurg nosi maseczkę?

— No, żeby nie wydychać drobnoustrojów.

— Niestety nie, panie Marku. — Śmiał się ten sam mężczyzna.

— Ale, panie profesorze, to nie było pytanie egzaminacyjne? — Zaśmiała się kobieta.

— Nie, nie było.

— A więc, po co te maseczki? — zapytała z uśmiechem prowadząca.

— Żeby chirurg nie oblizywał skalpela.

Wszyscy czworo ryknęli śmiechem. Marek jeszcze raz podał rękę każdemu z wykładowców i wyszedł na korytarz.

Zamiast wyjść na zewnątrz, wszedł na najwyższe piętro, udał się na koniec korytarza, gdzie praktycznie nikt nie zaglądał, usiadł przy oknie wychodzącym na park i budynek prosektorium i przywarł głową do chłodnej szyby. Na zewnątrz siąpił deszcz; krople spływały po szybie, tworząc miniaturowe soczewki, w których ogniskował się pobliski budynek prosektorium. Odwrócony dachem na dół, z pochmurnym niebem u stóp, wyglądał jak karykatura narysowana okrągłą kreską na sferycznej kropli wody. Spływając po szybie, zmieniał kształty od proporcji naturalnych aż po takie z bajek dla dzieci. Każdy z tych malutkich gmachów zamkniętych w wodnym świecie deszczu i szkła wędrował z góry na dół, zakreślając wymyślne wzory. Co jakiś czas krople łączyły się, ogniskując w sobie coraz większe i bardziej naturalne obrazy budynku prosektorium. A umysł Marka odpływał w nieokiełznany świat, którego do tej pory nie chciał poznać — świat znajdujący się gdzieś między rzeczywistością a całkowitym niebytem.

Wstał z podłogi, gdy ostatnie krople spłynęły na parapet, a wraz z nimi zniknęły te kuszące swym karykaturalnym pięknem soczewkowe obrazy rzeczywistości. Dopiero teraz mógł pójść do domu. Leniwie rozejrzał się wokół i ruszył. Czuł wielki niedosyt wiedzy, może niespełnienia. Zupełnie jakby nie zdobycie dyplomu a nauka była celem samym w sobie. Mógłby uczyć się tak jeszcze przez wiele lat i nigdy nie zacząć pracować.

Zamiast pójść prosto do wyjścia, skierował się korytarzami gmachu pod każde drzwi, za którymi przesiadywał na wykładach czy ćwiczeniach. Przy pierwszych przypomniał sobie, jak pomagał koleżance zrozumieć zasadę funkcjonowania trzustki. Przy kolejnych dokonywał oględzin krwinek pod mikroskopem. Przeszedł tak prawie cały budynek, aż znalazł się pod drzwiami sali, w której pokazywano na prezentacji wyjątkowe przypadki zwłok: od niemowlęcia z jeszcze zalepionymi oczami, przez mężczyznę w sile wieku z obciętymi nogami przy samej pachwinie i rękach na wysokości łokci, aż po bliźnięta syjamskie, dziewczynki, które posiadały dwie głowy, trzy płuca, a resztę wspólną. Do tamtej pory nie przypuszczał, że taki przypadek może istnieć. Bo owszem widywał zdjęcia osób ze wspólną nogą czy ręką, ale o czymś takim nawet nie potrafił spokojnie myśleć. Bo jak tu pojąć choćby zwykły głód, który jest odczuwany przez dwa mózgi? O potrzebach seksualnych nawet nie próbował medytować. Poza tym zastanowił się, że skoro bliźniaczki te miały jedno serce, a to kojarzone jest z siedzibą uczuć, to czy obie tak samo odczuwały rzeczywistość? I, jak rozumieć osobę jako taką, skoro tak mało jest w tym wypadku na wyłączność? Czy głowa to człowiek w tym wypadku? Jeśli tak, to czy zastępując całe ciało poza głową na robota, jak to przedstawiono w filmie Robocop, mamy do czynienia z tym samym człowiekiem? Czy człowiek to jaźń? Bo wszystko na to wskazuje, skoro o istocie o dwóch głowach mówimy, że to dwie osoby. A jeśli tak, to czy osoba o tym samym ciele, ale z całkowicie utraconą pamięcią, to nadal ten sam człowiek? Łącząc te przypadki, niezmiennym pozostaje tylko głowa, a co za tym idzie — mózg. Czy człowiek to mózg? Czy w takim razie mózg bez myśli stanowi człowieka? Czy może to coś innego, nieuchwytnego, co nie jest ani ciałem, ani umysłem? Marek zastanowił się, czy kochałby człowieka z wymienionym ciałem, po całkowitej amnezji, tak samo, jak przed tymi zmianami? Może aby to wyjaśnić i ujednolicić, trzeba wprowadzić byt, jakim jest dusza? Czym w takim razie jest dusza? Chyba nie sposób pojąć istoty konkretnego człowieka, nie odwołując się do takich bytów jak dusza, duch. I tu Marek zaczął się zastanawiać nad istotą Boga i tym, co ten tchnął w każdego z nas. Skoro Bóg, jakiego zna nasza zachodnia cywilizacja, stworzył każdego z nas na swoje podobieństwo, to też musi posiadać umysł i duszę, jakkolwiek ją rozumiemy. Ciało jest podatne na choroby, na starzenie, bo musi takie być, aby człowiek nie żył wiecznie, aby dać szanse kolejnym pokoleniom, umysł rodzi się prawie czysty, wypełnia myślami i bodźcami w trakcie życia, a na starość często zawodzi i tylko dusza pozostaje niezmienna. Ponadto Marek skojarzył, że tej właśnie duszy przypisujemy uczucia i emocje. Może to więc one stanowią duszę? Jednak dobrze znał ludzi, których emocjonalność zmieniła się w ciągu kilkunastu lat, a skoro tak, to czy ich dusza też się zmieniła? Tak więc ciało się zmienia, umysł się zmienia, emocje też, a co za tym idzie dusza, więc zmienia się wszystko. Dziecko rodzi się głodne miłości, głodne drugiego człowieka, potem dana osoba podąża za różnymi rzeczami, kształtuje swoją osobowość, na starość znów pragnie tylko spokoju i drugiego człowieka u boku. Czy w takim razie czegoś człowiekowi brak, że szuka swojej drugiej połówki? Tak, to, co pozostaje niezmiennym przez całe życie to uczucie pustki, którego nic nie jest w stanie do końca zapełnić. Czy to oznacza, że nasza dusza jest ułomna, jeśli człowiek odczuwa ciągły ból? Czym jest ten ból? I jaki jest Bóg, skoro tworząc nas na własne podobieństwo, obdarzył nas tym bólem?…

Marek wyszedł z budynku, w którym zdał egzamin, i podszedł naprzeciwko wejścia do prosektorium. W tym miejscu mieli zajęcia ze zwłokami. Gdy pierwszy raz wszedł tam, zobaczył kilka ciał, na których prowadzono sekcję zwłok. Odruch wymiotny pojawił się u niemalże wszystkich studentów, jednak nie u Marka. On poczuł tylko sporą odrazę. Ot, odwrócił głowę w momencie, gdy dokonywano trepanacji czaszki. Bo mógł znieść wszystko: cięcie skóry, narządów wewnętrznych, a nawet smród wnętrzności, jednak widoku krojonego mózgu — nie. Ale przychodząc tu wielokrotnie, uodpornił się. Nawet już widok mózgu nie robił na nim wrażenia.

Któregoś razu, gdy przyszedł sam, aby dokonać oględzin serca osoby zmarłej na zawał, wszedł na korytarz prowadzący do sali, w której dokonywano sekcji, i zobaczył młodą kobietę z opuszczonymi do kolan spodniami, bez górnej części garderoby, leżącą na kozetce pod ścianą. Odruchowo stanął w miejscu, odwrócił głowę i powiedział głośne: przepraszam panią. Był pewien, że z jakiegoś powodu przebiera się tu jedna ze studentek. Jednak po dłuższej chwili dotarło do niego, co widział. Zwrócił więc niepewnie głowę w jej stronę, nabrał głęboko powietrza i ruszył. Leżała przed nim nieprawdopodobnie piękna, młoda kobieta z mocno zarysowanymi kośćmi policzkowymi, o długich kasztanowych, zwisających z kozetki włosach, wciąż roztaczająca zapach jaśminowych perfum. Ciało miała niebywale kształtne, z jędrnymi piersiami i szerokimi biodrami. Przysiągłby, że taka kobieta mogłaby spokojnie startować w wyborach miss świata. Z jednej strony już dotarło do niego, że przed nim leży trup, ale z drugiej nie dowierzał własnym zmysłom. Był pewien, że to jakiś okrutny żart i piękność ta za chwilę się podniesie. Tak, przed nim wciąż leżała atrakcyjna, działająca na zmysły kobieta, której śmierci umysł Marka nie chciał albo nie mógł przyjąć do wiadomości. To spowodowało u Marka podniecenie seksualne, łącznie z początkami wzwodu.

Jak tylko to poczuł, zaczął biec do wyjścia z budynku prosektorium, wciąż na wdechu. Pokonywał kolejne stopnie schodów, kolejne metry korytarzy, mijał kolejne przechodzące osoby. Każdy skierowany na niego wzrok wymierzał mu głębokie emocjonalne cięcia, będące karą za jego aktualne skłonności seksualne. Wybiegł przed budynek na resztkach tchu. Dopiero wtedy zaczął oddychać. Stanął kilka metrów od wejścia i spojrzał w niebo w poszukiwaniu Boga, który dopuścił do czegoś tak przerażającego. Kim był ten Bóg, skoro pozwolił, aby dusza Marka pragnęła martwej kobiety? Aby pragnęła trupa?… Patrzył w niebo w niemym krzyku, a z góry zaczął padać rzęsisty deszcz. Marek nawet nie zwrócił uwagi, że będzie za chwilę mokry, po prostu stał w deszczu…

* * *

Gdy, siedząc przy swoim biurku w zakładzie pogrzebowym, otrząsnął się ze wspomnień, zerknął do komputera, aby sprawdzić, ile jeszcze zwłok zostało do przygotowania. Mieli wprowadzony system informatyczny, w którym na bieżąco odnotowywano, co zostało zrobione, a co czeka w kolejce. Mimo iż Marek nie należał do osób, które za wszelką cenę chciałyby wprowadzać nowoczesne rozwiązania, to taki system zakupił za namową młodszego brata, który pracował jako informatyk. Marek nie żałował wydanych pieniędzy. Wręcz przeciwnie, szybko doszedł do wniosku, że korzyści z tego powodu są bardzo odczuwalne. Jak dostrzegł, do przygotowania tego dnia zostało jeszcze pięcioro zwłok, co przy okrojonym składzie stanowiło nie lada wyzwanie, szczególnie że po południu mieli obsłużyć pogrzeb.

Przebrał się więc w ciuchy robocze, które trzymał w szafie w swoim pokoju, i wyszedł do pomieszczenia, gdzie przygotowywano zwłoki.

— Dzień dobry, szefie — odezwał się Stefan, który pracował tu od pierwszego dnia.

— Cześć, Stefan. A gdzie reszta?

— Zwłok, czy chłopaków? — zażartował pracownik.

— Chłopaków. Co z nimi?

— Jakiś problem przy wydawaniu zwłok, które przygotowywali. Podobno kobicie otworzyły się powtórnie oczy.

— To dość częste, nic w tym niezwykłego.

— Ale klienci nie chcieli tego przyjąć do wiadomości. Uważali, że zwłoki nie zostały dostatecznie dobrze przygotowane. Wtargnęli tu na salę, mimo sprzeciwów Ewy. Chłopaki musieli ich wyprowadzać.

— Pójdę tam. — Marek ruszył w stronę wyjścia.

— Chyba nie ma takiej potrzeby, ale jak uważasz, szefie.

— Zobaczę.

Kiedy Marek wyszedł do poczekalni, nie mógł uwierzyć własnym oczom, gdyż Ewa podtrzymywała starca, którym okazał się jego nauczyciel matematyki z liceum. Marek pamiętał go jako starszego, ale pełnego życia mężczyznę z pasją i charyzmą, tymczasem stał przed nim ktoś, kto wydawał się zaprzeczeniem tych cech: miał zgarbioną sylwetkę, trzęsące się ręce, grube szkła okularów i wspierał się na lasce. Obok w fotelu siedziała zapłakana kobieta około trzydziestki zakrywająca dłońmi twarz.

— Dzień dobry, panie Stanisławie — zaczął Marek.

Starzec rozejrzał się, próbując dociec, skąd dochodził dźwięk, co świadczyło o kiepskim słuchu, a kiedy dostrzegł Marka, zmarszczył brwi i za chwilę spytał:

— Skąd zna pan moje imię, młody człowieku?

— To ja, Marek Olkuń, uczeń z ogólniaka, sprzed… — liczył w pamięci minione lata — dwudziestu lat.

Mężczyzna jeszcze raz mu się przypatrzył i pokiwał głową. Marek jednak miał wrażenie, że były nauczyciel zrobił to dla świętego spokoju, bo nie pamiętał już tak odległych czasów.

— Młody człowieku, coś mi się faktycznie przypomina, choć skłamałbym, mówiąc, że pamiętam wszystkich. Pamięć nie ta. Jak będziesz miał moje lata, to zrozumiesz, o czym mówię. Osiemdziesiątka na karku to nie byle co. — Były nauczyciel pokiwał głową. — A ty ile masz wiosen?

— Trzydzieści osiem — wypowiedział przeciągle Marek.

— A co tu robisz? Też odbierasz zwłoki? — zapytał mężczyzna.

— Dziadku! — upomniała go kobieta. — Ten pan tu pracuje.

— Takie buty… — Starzec pokręcił głową. — To, co masz mi do powiedzenia, młody człowieku, na temat tych oczu?

— To normalna rzecz. Oczy czasem się otwierają po śmierci, panie Stanisławie. Wiem, że do przyjemnych rzeczy to nie należy, ale tak już bywa.

— Czyli to nie było niedopatrzenie twoje albo kolegów?

— Panie Stanisławie, ja tu jestem szefem i zapewniam, że moi chłopcy są niezwykle sumienni. Może być pan pewien.

— Młody człowieku, załatwmy więc formalności, chcę już stąd iść, to miejsce mi śmierdzi.

— Czym panu śmierdzi? — spytał Marek.

— Trupem, młody człowieku, trupem. Może by tak nie śmierdziało, gdyby nie mój wiek. Teraz to nawet kościół śmierdzi, bo tam będą czynić obrzędy, jak odejdę. Ja to bym chciał, żeby to było tak normalnie, w domu, tylko dla bliskich, ale…

— Dziadku! — wtrąciła się wnuczka. — Nie rozmawiajmy na ten temat — powiedziała płaczliwym głosem.

— O takich rzeczach trzeba rozmawiać, żeby potem mniej cierpieć, gdy ktoś umrze. — Starzec się uśmiechnął. — Trening czyni mistrza. Ja to mam zdanie, że w szkole powinni wprowadzić specjalny przedmiot, na którym cały czas by się mówiło o śmierci i trupach. To by uodporniło ludzi i nie byłoby tych wszystkich szlochów, lamentów.

— Dziadku! — podniosła głos kobieta. — Bo wyjdę!

— Dobrze, Aniu, już dobrze. Chcę jeszcze trochę przed śmiercią powymądrzać się. Zobaczysz, jeszcze nieraz wspomnicie o tym przy okazji jakiejś zabawy z alkoholem, kiedy umysł się rozluźni. — Były nauczyciel spojrzał na Marka. — A ty, młody człowieku, chyba przygotowany jesteś na śmierć, skoro tu pracujesz? — Pokiwał głową. — Ale, ale. Mówiłeś, że jesteś tu szefem, więc chyba nie pracujesz ze zwłokami? — Spojrzał Markowi w oczy.

— Jak trzeba, to pracuję. O własny interes trzeba dbać.

— O, święte słowa, święte słowa, młody człowieku. Ja o swój nie dbałem i od dawna to nawet viagra nie pomaga. — Starzec uśmiechnął się zawadiacko.

— Dziadku! — krzyknęła wnuczka i wyszła na zewnątrz.

— Młody człowieku, chyba na mnie czas. Jak widzisz, nawet poświntuszyć mi nie pozwalają. Człowiek na starość robi się jak eksponat muzealny albo pomnik przyrody: tego mi nie wolno, tamto zabronione. Jeszcze trochę to nie pozwolą w ogóle wychodzić na dwór, bo albo mnie przewieje, albo się czymś zarażę. Strach żyć, młody człowieku, strach żyć.

— Panie Stanisławie, niech pan nie zwraca na nich uwagi. Skoro jest pan jak pomnik przyrody, to będą wokół pana skakać i tak.

— Tak, zrobiłbym tak, gdyby nie to, że jak się doigram, to zakopią gdzieś w ogródku moje zwłoki, a potem będą jeść warzywa, które wyrosły na tym warzywie, które stoi przed tobą, młody człowieku. — Starzec po raz kolejny się zaśmiał. — Ale cóż, idę. Żona odeszła, to trzeba poudawać, że to nie do zniesienia. A prawda jest taka, że mimo iż to boli jak diabli, to żartować trzeba. Wszystko łatwiej znieść z humorem.

— Pamiętam, jak małżonka przychodziła czasem do pana do szkoły.

— Dobra z niej kobita była, młody człowieku, zawsze dbała o innych.

— A termin pan już ustalił z Ewą?

— Tak, wszystko ustalone. Pogrzeb będziecie robić w poniedziałek o czternastej w kościele na Żbikowie.

— Postaram się przyjść, choć wie pan, praca.

— Tak, tak wiem. Są rzeczy ważniejsze nić pogrzeb prawie całkiem nieznajomej kobity.

— To do widzenia, panie Stanisławie.

— Do widzenia, młody człowieku. — Uścisnął Markowi dłoń i wyszedł.

Marek stał dłuższy czas, zanim pozbył się natrętnych myśli o śmierci, do której przecież przywykł dość dobrze przez ostatnie lata. Zrozumiał, że wystarczyła odrobina innego podejścia do tego tematu, aby rozbudzić wygasłe uczucia. Tak, do śmierci nie sposób się przyzwyczaić, można jedynie uśpić czujność, aby nie zauważyła sygnałów płynących ze zmysłów.

Marek ruszył do roboty, czyli mycia i ubierania zwłok. Niektóre z nich w zasadzie od razu nadawały się do ubrania, bo po śmierci zostały już umyte, a potem nie miały jak się zabrudzić, ale niektóre należało przygotować od początku, gdyż wraz ze stężeniem pośmiertnym puściły zwieracze odpowiedzialne za trzymanie kału i moczu. W takim przypadku pielucha niemowlaka to nic, bo u dzieciaka po pierwsze jest mała ilość fekaliów, a po drugie inaczej czyści się ciało należące do żywego człowieka, a inaczej ciało stwardniałe, zimne i martwe. Za każdym razem Marek miał wrażenie, że ten cały trud jest zbyteczny, ponieważ zwykle trumnę zamykano w zakładzie pogrzebowym i ciągle zamknięta trafiała do grobu.

Pamiętał z dzieciństwa, gdy uczestniczył w wiejskiej ceremonii pogrzebowej. Otwarta trumna ze zwłokami stała dwadzieścia cztery godziny w gościnnej izbie domu, w którym mieszkał zmarły; przy niej czuwała na zmianę rodzina, bliscy oraz sąsiedzi, i niemal na okrągło albo odmawiany był różaniec, albo śpiewane pieśni żałobne. Żałobnicy zmieniali się co kilka godzin, a wypalone świece zastępowano nowymi. Marek, wtedy będąc dzieckiem, nie mógł pojąć, dlaczego ludzie mają taką małą moc, że nie potrafią wskrzesić zmarłego. Przecież w kościele słyszał, iż Jezus to potrafił i że jeśli się będzie miało dostatecznie silną wiarę, da to siłę, aby góry przenosić. A czym jest malutki człowiek w porównaniu do ogromu góry. Na koniec pożegnania kiedy już był czas, aby wywieźć ciało do kościoła na mszę, zgromadzeni podchodzili i osobiście żegnali się ze zmarłym. Jedni obściskiwali rękę zmarłego, drudzy przytulali się, a jeszcze inni całowali.

Kiedy Marek uporał się z pierwszymi zwłokami mężczyzny, podszedł do niego Stefan.

— Szefie, nie będzie pan zadowolony.

— Tylko mi nie mów…

— Niestety tak…

— Ale… — urwał Marek.

— No, tak się zdarzyło, sorry.

— Czyli co? Zostały same kobiety?

— No, tak.

— Dlaczego ja nie mogę spokojnie pracować?…

— Szefie, jak trzeba, zostaniemy dłużej, niech szef da sobie spokój.

— Inni chcą do domu, jest piątek, muszę! — Marek zacisnął w gniewie zęby.

— Szefie, a kiedy ostatni raz kazał im pan zostać dłużej w piątek? Bo ja nie pomnę. Raz mogą, nic im nie będzie!

— Ale…

— Szefie? — rzucił pytająco Stefan.

— Słucham.

— Niech szef idzie do domu, ja przejmę kontrolę. Jeśli to nie problem.

— Problem żaden, ale właśnie zdecydowałem! — Marek krzyknął.

— Czyli?… — zapytał niepewnie pracownik.

— Nie mogę wciąż unikać zwłok kobiet. Tak być po prostu nie może! Operować dawałem radę, więc i przygotowywać do pogrzebu dam radę! Przecież nic tragicznego się nie dzieje!

— Szefie…

— Co, szefie?… Robiłeś dotychczas wszystko, aby żadne kobiece zwłoki nie trafiły w moje ręce. Stefan, tak być nie może! To śmiech na sali, żeby lekarz miał obawy przed nagim kobiecym ciałem. Muszę, rozumiesz? Muszę! — Odszedł w stronę chłodni.

Kilka minut później przywiózł na wózku ciało do pomieszczenia, gdzie myło się zwłoki. Nie musiał podnosić białego płótna, aby wiedzieć, że to kobieta, w końcu powiedział to Stefan. Ustawił więc wózek z nieboszczką z boku sali, gdzie podłoga i ściana pokryte były płytkami ceramicznymi, zablokował hamulcem kółko i na dłuższy moment stanął w bezruchu. Nabrał głęboko powietrza, napiął wszystkie mięśnie, zamknął oczy i próbował się przygotować do widoku nagiej martwej kobiety. Starał sobie wyobrazić nieatrakcyjne zwłoki staruszki, z pomarszczoną skórą, zwałami nieregularnego tłuszczu i licznymi przebarwieniami w kolorze ciemnobrązowym i brunatnym. Robił wszystko, aby sobie obrzydzić aspekt erotyczny, który mógłby się pojawić w przypadku zwłok atrakcyjnej kobiety. W trakcie operacji nieraz widział nagie piękne kobiety leżące na stole operacyjnym i nigdy nie miał oporów, wykonywał swoje czynności jakby z wyłączeniem własnej osoby, ale tam było więcej osób, to po pierwsze, a po drugie miał zajętą głowę procedurą, czy jak to się nazywa w przypadku operacji — protokołem. Wtedy całą swoją uwagę kierował na kolejne kroki, na rozmiar i stan naczyń krwionośnych czy na czas, który minął od początku operacji. W dodatku był zawsze tylko asystentem, nigdy sam nie dokonał operacji serca. A tu, u siebie w zakładzie zajmował się ciałem zupełnie sam i nie było mowy o żadnych ustalonych krokach. Poza tym, co prawdopodobnie miało największe znaczenie, tu nie gonił czas — zwłoki nie mogły jeszcze raz umrzeć.

Otworzył oczy i gwałtownie odkrył głowę zmarłej. Na wózku spoczywała kobieta w średnim wieku, nie za ładna, nie za brzydka, taka zwyczajna czterdziestolatka. Kolejne pociągnięcie białego płótna i ujrzał szpitalną piżamę, spod której przez rozpięty guzik nieco widać było jędrną pierś. Marek po raz kolejny zamknął oczy i bezsilnie osunął się do pozycji kucznej. Nie był w stanie kontynuować. Znów czuł, że to zbyt wiele: połączenie kobiecego piękna i martwych zwłok. Jak najszybciej podniósł się i wyszedł. Wziął ręcznik i zamknął się pod prysznicem na długi czas. Czuł jak woda obmywa jego ciało ze wspomnień, z żądzy, która czasem się pojawiała w kontaktach z żywymi kobietami i z tego, co w nim pozostało z tamtego wydarzenia w akademickim prosektorium.

Wieczorem, gdy pracownicy przygotowali wszystkie ciała, przeszedł jeszcze po zakładzie, niejako sprawdzając firmę osobiście. Już doszedł do siebie po tej bolesnej konfrontacji z martwą kobietą.

— Stefan — rzekł do pracownika. — Jutro twój dyżur, więc nie spóźnij się, bo mają przywieźć zwłoki z samego rana.

— Jasna sprawa, szefie, nie trzeba przypominać.

— A kiedy się wybierasz na urlop?

— Szefie, ta firma to mój drugi dom. Żona sama jedzie, bo ja to bym z nią nie wyrobił.

— Aż tak wam się źle układa? — Marek zmarszczył brwi ze zdumienia.

— Nie w tym rzecz, szefie. Żona to lubi jak mało kto pojechać nad morze i wylegiwać się na plaży, a ja tam bym długo nie usiedział, bo ani pływać nie umiem, ani słońca nie za bardzo lubię, a ludzie w strojach kąpielowych zawsze kojarzą mi się z pracą. Co nie spojrzę na kogoś, to już w myślach go myję i ubieram do trumny. Pamiętam, jak ostatni raz poszedłem z nią na plażę. Szefie, nawet na babeczki normalnie już nie umiem patrzeć, tylko widzę rozmiary, trudności przy ubieraniu. Chłop to powinien widzieć problemy przy rozbieraniu baby, a nie przy ubieraniu. — Stefan z uśmiechem pokręcił głową. — To nienormalne, szefie, oj, nienormalne. Przez tę pracę to przykładnym katolikiem zostanę. Bo już obce baby mnie prawie nie kręcą.

— Naprawdę tak masz?

— No, jak bonie dydy, szefie. Któregoś razu jak łowiłem nad Wisłą, dosiadła się młoda dziewczyna. No nie wiem, może miała dwadzieścia lat, może nie. A ja, zamiast ją bajerować, to zwinąłem się czym prędzej.

— To nie miałeś na nią ochoty? Przecież masz dopiero pięćdziesiątkę.

— No, jak nie jak tak. Tylko że, szefie, jakoś coś mi kazało. A potem jak wracałem do domu, to kląłem pod nosem, że nie spróbowałem jej zbałamucić. — Stefan wbił wzrok w podłogę. — Mówię ci, szefie, ta praca mnie zmieniła.

— To może powinieneś ją zmienić?

— A co ja będę zmieniał. Mój kumpel to mi kiedyś powiedział: ceń szefa swego, bo możesz mieć gorszego. To samo z pracą. I to święta prawda. Ta praca niby męczy, ale bez niej żyć bym nie mógł.

— A co ty robisz, aby odpocząć?

— Co?… — Stefan się zamyślił. — A bo ja to wiem?… Albo posiedzę przed telewizorem, albo sobie pójdę właśnie na ryby, bo tam nikogo nie ma, albo śpię, ile wlezie.

— Może i ja polubiłbym wędkować?

— No, jak szef chce, to mogę zabrać któregoś razu. Tylko żeby żona nie wiedziała, bo ile razy wychodziłem na ryby z kolegą, to wracałem pijany. — Stefan się zaśmiał.

— Dobra, któregoś razu powiedz, jak będziesz jechał, to się zabiorę.

Tego dnia Marek poszedł do domu na piechotę, zostawiając samochód pod zakładem. Wielokrotnie tak robił, gdy dzień dał mu popalić. Do przejścia miał prawie trzy kilometry. Pruszków nie kojarzył się raczej bezpiecznie w związku z bandami przestępczymi i mafią, ale Marek nie doświadczył tu niczego złego; odnosił wrażenie, że tamte czasy minęły, a nawet jeśli mafia istniała nadal, była praktycznie niezauważalna.

W domu znalazł się kilka minut po szóstej wieczorem. Pierwsze, co zrobił, to wpuścił przez okno kota, który przednimi łapami dudnił od zewnątrz w szybę. Wziął go na wychowanie niedługo po tym, jak przestał pracować jako lekarz i otworzył zakład pogrzebowy. Była to samica o imieniu Zwłoczka, które nadał jej były chirurg, który wprowadzał Marka w chirurgię ogólną. Znajomi Marka wielokrotnie ganili go za takie imię, uważali, że to igranie z losem, ale jemu nawet się to spodobało. Poszedł do kuchni ją nakarmić. Tym razem wyjął z lodówki wieprzowe serca. Zwłoczka uwielbiała je. Potem sięgnął do lodówki po puszkę piwa i zasiadł przed telewizorem. Od czasu zmiany zawodu zaczął oglądać telewizję, przedtem włączał tylko okazjonalnie. Za chwilę kocica wskoczyła mu na kolana. Dawał jej na co dzień swobodę, wypuszczając na dwór, ale dobrze wiedział, że wróci. Zawsze wracała. Była przykładem bytu wolnego, który jednak wybiera bliskość. Czy ona też odczuwała tę samą pustkę, co człowiek? I co Bóg?

Tego dnia położył się bardzo wcześnie, zmęczony konfrontacją ze zwłokami kobiety. Ale zasnąć nie mógł. Zresztą miewał spore problemy ze snem od czasu tamtej tragedii. Przedtem zasypiał niemal od razu. Próbował sobie aplikować różne farmaceutyki na bezsenność, ale te albo nie działały wcale, albo otumaniały go na tyle, że następnego dnia miał problemy z normalnym funkcjonowaniem. Tylko w awaryjnych sytuacjach brał najmniejsze możliwe dawki pewnego neuroleptyka, który normalnie powinien działać przede wszystkim przeciwpsychotycznie, a na niego działał niezwykle nasennie. Nawet po minimalnej ilości Marek spał dwanaście godzin albo więcej. Ale unikał go, bo rzadko kiedy mógł sobie pozwolić na taką ilość snu. Jednak po prawie dwóch godzinach przewracania się z boku na bok sięgnął po ten lek. Wiedział, że przed nim sobota, wszystkie zwłoki zostały przygotowane, a resztą miał się zająć Stefan z Ewą.

Zasypiając, wciąż miał przed oczami sytuację z minionego dnia. Nawet nie tyle same zwłoki, ile wysuwającą się przez rozpięty guzik pierś — pierś jędrną, pełną, jak mniemał, kształtną, za którą obejrzałoby się większość mężczyzn. Najpierw wyobraził sobie dokładnie to, co widział w ciągu dnia, czyli rozpięty jeden guzik i fragment piersi z sutkiem. I stanęła mu przed oczyma kobieta, z którą kiedyś uprawiał seks, starsza od niego, o wiele starsza, ale ponętna, kusząca i pachnąca kobiecością. Gdy dosiadła go i pochyliła się, oparła piersi na jego twarzy. I teraz, przypominając sobie martwe ciało kobiety, które widział tego dnia, rodziło się w nim przypomnienie tego, co sprzed lat, jak i odraza przed martwą nagością. Pierś ta zaczęła falować, jakby w środku coś żyło, jakby brzemienne łono kobiety wypychane było na zewnątrz przez kopiące nóżki nienarodzonego dziecka. Albo jakby w tej piersi żył obcy i miał za chwilę wyskoczyć jak w filmie. Chwilę później biust zaczął pęcznieć, nabierać rozmiarów jak nadmuchiwany balon. Strzelił kolejny guzik, poleciał w stronę twarzy Marka i uderzył go w czoło. Cycek nadal rósł, robił się coraz bardziej napęczniały. Na skórze zaczęły uwidaczniać się sine żyły, tworząc sieć przypominającą lotnicze zdjęcia delty sporej rzeki lub źródeł innej. Marek koncentrował się na nich, jakby w tej strukturze tkwiła jakaś niezwykle ważna tajemnica, którą trzeba było jak najszybciej rozwikłać. Przez chwilę mógłby przysiąc, że w żyłach tych nie płynie czerwona, żywa krew, lecz zgniła ciecz, która niegdyś była krwią, a teraz jest mieszaniną brudu, zlepków bakterii i mazi przypominającej ropę z zakażonej rany. Nagle pierś pękła, z boku pociekła ta ropa zmieszana z krwią, a w powietrzu rozniósł się smród siarkowodoru. Ilość zgniłej cieczy rosła, a wraz z tym cycek flaczał z każdą chwilą. Aż w końcu pusta wewnątrz skóra opadła na klatkę piersiową, której żebra odznaczyły się podłużnymi górkami i dołkami. Marek miał ochotę chwycić tę pierś, zszyć, jak go szkolono na uczelni, może nawet nadmuchać, mimo smrodu, który stawał się coraz bardziej nie do zniesienia.

W końcu otworzył oczy. Na zewnątrz już widniało. Obok spała Zwłoczka. Spojrzał na zegarek, który wskazywał piątą rano. Przez chwilę próbował wstać, ale czuł się tak zmęczony, jakby nie zmrużył oka od kilku dni. Przewrócił się więc na plecy, dłoń ułożył na kocie i po chwili znów zasnął.

9 myśli w temacie “Samotność Boga — cz. I

      1. Szczerze powiedziawszy, to jest trochę zgadywanie, m.in. na podstawie tego, co widziałem z zewnątrz. Zamierzam przejść się do zakładu pogrzebowego i dopytać o szczegóły, a jak coś nie będzie się zgadzało, poprawić.

        Polubienie

      2. Myślę, że dobrze oddajesz atmosferę jednego i drugiego miejsca. A wchodzi się łatwo, bo dość szybko, bo już po tej porcji czytelnik ciekawy jest życia, historii, przeżyć bohatera

        Polubione przez 1 osoba

  1. Antoni,

    mnie także ciekawi ciąg dalszy, bo lubię bohaterów z problemami. A Marek ewidentnie problemy ma. Jest trochę rozważań o Bogu i człowieku, jest zmaganie się z samym sobą, jest wreszcie pustka, którą widać w życiu bohatera. Chętnie poczytam dalej!

    Mam tylko dwie uwagi:

    „O potrzebach seksualnych nawet nie próbował medytować” – słowo medytować nie pasuje tutaj, moim zdaniem. Może lepiej brzmiałoby: „Problemów związanych z potrzebami seksualnymi nie próbował nawet rozważać”?

    „To spowodowało u Marka podniecenie seksualne, łącznie z początkami wzwodu”

    „Każdy skierowany na niego wzrok wymierzał mu głębokie emocjonalne cięcia,
    będące karą za jego aktualne skłonności seksualne.”

    Powyższe dwa fragmenty przeredagowałbym. Piszącym często doradza się, aby o ważnych problemach, przeżyciach postaci nie pisali wprost, nie wykładali kawy na ławę, raczej nakierowywali czytelnika poprzez symptomy. Czyli w pierwszym przypadku, przykładowo: „Marek poczuł narastający wzwód”; w drugim zaś: „Każdy skierowany na niego wzrok wymierzał mu głębokie emocjonalne cięcia, będące karą za jego zawstydzające myśli.”

    Pozdrawiam.

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s