W górach

W górach

Wybrzeża, Brzeg, Skały, Cliff, Morze, Ocean, Wybrzeże

Paulina obudziła się zmarznięta i wystraszona. Półka skalna, na której spała, znajdowała się nad kilkusetmetrowym urwiskiem. Pod nią, na samym dole szumiał ocean, obok na licznych półkach skrzeczały mewy, a nad głową majestatycznie krążył orzeł wyglądający jak zawieszona w powietrzu postrzępiona na końcach deska. Rozejrzała się, czując ściskanie w żołądku spowodowane wysokością. Niepewnie spojrzała ku górze, gdzie, jak sądziła, istniała jedyna droga powrotu. Nad nią było tylko kilka metrów urwiska. Podniosła się do klęczków i przywarła do zimnej skały. Wydawało jej się, że ocean zaszumiał mocniej, a zbocze nachyliło się ku otchłani. Krzyk białych mew przeszył jej poruszone nerwy. Już chciała z powrotem usiąść, poddać się i zostać, gdzie się obudziła, ale przypomniała sobie słowa swojego świętej pamięci męża, aby w takich sytuacjach nigdy nie patrzeć w dół. Przywarła więc jeszcze mocniej do skały, odwróciła głowę od przepaści i omiotła wzrokiem grań w poszukiwaniu drogi na szczyt; uznała, że to jedyna szansa na ratunek.

Jak się tu znalazła? Nie pamiętała. Wiedziała jedynie, że poprzedniego dnia wyszła z domu, pijąc wódkę prosto z butelki. Ile to już alkoholu wlała w siebie, od kiedy zmarł mąż. Kołatało jej się w głowie, że wsiadała do jakiegoś autobusu, potem ktoś pomagał jej wysiąść, następnie, że kupowała kolejną butelkę i szła w nieokreślonym kierunku. Miała wrażenie, że się z kimś szarpała, może broniła. Ale teraz nie w głowie jej było, aby sprawdzać, czy nie ma podartego ubrania. Dalej nie pamiętała nic więcej. Ale skoro tu tkwiła, musiała przyjść sama. Tak, mąż zginął w górach podczas wspinaczki na Anna Purnę. Zaskoczyła ich potężna śnieżyca i uniemożliwiła powrót. Ciała męża i jego kolegi znaleziono kilka dni później na wysokości ponad siedmiu tysięcy metrów; siedzieli z otwartymi oczami i wyglądali, jakby chcieli tylko na chwilę odsapnąć. Tuż przed wyjazdem w Himalaje mąż powiedział Paulinie, że jeśli by tak się zdarzyło, że nie wróci, jego duch zostanie w górach na zawsze, bo góry są wszystkim tym, co kocha najbardziej.

Paulina zobaczyła kilka występów skalnych po lewej stronie, które były wystarczająco duże, aby posłużyć za stopnie. Przesunęła się więc w tamtą stronę i kurczowo chwyciła występu tuż nad głową. Odruchowo szarpnęła, aby sprawdzić, czy występ jest stabilny. Na wysokości kolan miała pierwszy stopień. Ostrożnie postawiła lewą nogę, aby prawa, silniejsza i sprawniejsza mogła zareagować w razie problemów. Oparła cały ciężar na lewej nodze, przytrzymując się półeczki nad głową i wspięła się kilkadziesiąt centymetrów. Omiotła wzrokiem ścianę. Znalazła kolejny stopień na wysokości bioder i uchwyt na ręce po prawej sporo wyżej. Była też szczelina po prawej stronie, w którą mogła włożyć palce stopy, a która mogła posłużyć jako tymczasowy stopnień. Wsunęła więc tam koniec prawej stopy i sięgnęła do uchwytu, który zauważyła. Niestety brakowało kilku centymetrów, aby go dosięgnąć. Musiała więc odepchnąć się prawą stopą ku górze, stojąc tylko na lewej nodze i przytrzymując się lewą ręką, która w takim wypadku nie spełniłaby funkcji, gdyż szarpnięcie w przypadku obślizgnięcia prawej ręki mogłoby okazać się zbyt mocne na utrzymanie się na niej. Bardzo ostrożnie spojrzała pod siebie. Półka, na której się obudziła, znajdowała się niespełna metr niżej, więc nie tak daleko, jednak gdyby stąd spadła, mogłaby stoczyć się w przepaść. Postanowiła mimo wszystko zaryzykować. Użyła całej siły prawej stopy, kurczowo złapała się lewą ręką i szarpnęła ciałem na kilkanaście centymetrów w górę. Dosięgnęła półki, na której jej zależało. Poczuła pod palcami prawej ręki, że coś się kruszy i odruchowo odwróciła oczy, aby ich nie zaprószyć. Lecz nagle dotarło do niej, co znaczyło to kruszenie się – to półka nie wytrzymała pod jej ciężarem. Usłyszała spadające kamyki, które najpierw odbijały się od półki poniżej, a potem leciały prosto do oceanu.

Jednak nadal trzymała się uchwytu, szukając oparcia na prawą stopę. Poczuła po chwili, że o coś zahacza. Nerwowo spojrzała w tamtą stronę. Miała na wysokości połowy lewego uda występ skalny, który śmiało mógł posłużyć jako kolejny stopień. Jednocześnie poczuła, że lewa ręka już nie wytrzymuje obciążenia i zaczyna zsuwać się z uchwytu. Gwałtownie więc podkurczyła prawą nogę i z trudem postawiła stopę na występie. Stała w szerokim rozkroku, który powodował ból w pachwinie i biodrach, lecz była już bezpieczna, gdyż powyżej stóp znajdowało się kilka solidnych stopni aż do szczytu. Po chwili ruszyła w górę.

Gdy już prawie dosięgała szczytu, zobaczyła wyciągniętą w jej stronę rękę.

– Może pomóc? – spytał męski głos.

Skoncentrowana na wspinaczce nawet nie spojrzała w górę. Jedynie wyciągnęła rękę i zacisnęła kurczowo dłoń na ręce nieznajomego. Poczuła jednocześnie, że ktoś bardzo silnie ją ciągnie. Po chwili stała na szczycie góry obok mężczyzny z kapturem na głowie i w butach trekingowych. Czuła się rozdygotana i kompletnie przemarznięta.

– Co tu robisz? – spytał.

– Co?… – Zastanowiła się, co ma w ogóle odpowiedzieć. Kłamać nie chciała, a prawda była wielką niewiadomą również dla niej. – Właśnie próbuję wrócić do domu – powiedziała na wydechu.

– A jak tu dotarłaś?

– A czy to ma jakieś znaczenie? Są w przeszłości rzeczy, które wypełniają ją całą, nie pozostawiając miejsca na takie błahostki. Wznoszą się w pamięci jako wielkie pałace zbudowana z ludzkich kości, w których do zaprawy użyto ludzkiej krwi. – Sama się dziwiła, że wypowiedziała takie słowa. Poczuła jednak, że to kwintesencja tego, co chciałaby powiedzieć.

– No dobrze. Chyba pora wracać do domu, do Donegal – rzekł mężczyzna.

– Tak, chyba wystarczy tych wygłupów. Rodzice pewnie już mnie szukają, ostatnio codziennie przyjeżdżają, aby zobaczyć, czy daję radę.

– Ale wiesz, że stąd droga nie jest łatwa do przystanku autobusowego.

– Powinnam wiedzieć, skoro tu dotarłam, prawda?

– No, wypadałoby. Inaczej skłonny jestem pomyśleć coś niedobrego. Ale przecież nie postradałaś zmysłów. – Mężczyzna uśmiechnął się półgębkiem.

– A żebym to ja sama wiedziała.

– Nie martw się, zaprowadzę cię tam.

Paulina nie za bardzo miała ochotę na jakiekolwiek towarzystwo, szczególnie męskie, ale skoro nie pamiętała, jak tu dotarła, nie miała też pojęcia jak wrócić. W końcu nieznajomy jej pomógł i nie wyglądał ani na niebezpiecznego, ani na natręta, który będzie chciał ją podrywać.

– A to nie kłopot dla ciebie? – spytała.

– Nie robi mi różnicy kilometr w tę czy kilometr w tamtą stronę. Tu się czuje jak u siebie.

– Naprawdę? – Spojrzała mu w oczy w poszukiwaniu oznak nieszczerości. Znalazła tam jednak jedynie coś, co wyglądało na delikatność i głębię, której może zaufać.

– Tak, to żaden problem. Pozwoli więc pani. – Wyciągnął ku niej dłoń, na której miała się oprzeć.

Nie miała wątpliwości ani obaw i ujęła jego rękę. Poczuła dziwne ciepło dochodzące z jego ciała.

– A ty co tu robisz? – spytała.

– Chodzę tu i ówdzie i – spojrzał jej w oczy, uśmiechnął się szeroko – pomagam zagubionym. – Głośno się zaśmiał.

– No, to mi się trafiło, w sam raz. – Pokiwała głową.

– Proszę tędy, młoda damo. – Pokazał jej wąską ścieżkę między gęstymi krzewami. – To jedyna droga na dół. W prawo zaraz kończy się urwiskiem, w lewo trafia na pionową nie do przejścia ścianę, do tyłu doprowadza też nad urwisko.

– Sama bym na pewno nie wybrała tej drogi – odparła. – Wygląda, jakby była ślepa.

– Dużo rzeczy na tym świecie nie wygląda na to, czym jest w rzeczywistości. Czasem mamy coś przed sobą, a oczy pozostają ślepe na prawdę. Ale tak bywa, gdy prawda okazałaby się zbyt bolesna.

Ruszyli w gęste zarośla, które z każdym krokiem czepiały się ubrań. Paulina cały czas czuła bijące od nieznajomego ciepło. Pewnie szybko szedł po górach, a ona sama wymarzła się na półce i stąd takie odczuwanie różnicy temperatur. Z każdym krokiem mężczyzna stawał się dla niej w jakiś sposób bliższy. To, co jeszcze kilka dni temu było niemożliwe, teraz stawało się faktem – powoli nawiązywała kontakt z jakimkolwiek mężczyzną. Bo od śmierci męża unikała ich, jak tylko mogła. Nie chciała, aby ta znajomość przerodziła się w coś więcej, bo wciąż kochała męża, jednak rodziło się w niej dziwne uczucie. Zupełnie jakby spotkała brata, któremu może zaufać i którego bliskość nie boli.

Gdy już przedarli się przez zarośla, potem przez labirynt wielkich skał i stanęli na szerokim szlaku, mężczyzna rzekł:

– Tędy dojdziesz do przystanku autobusowego. Jednak nie polecałbym czekać na autobus, jeżdżą zbyt rzadko. Dwa kilometry dalej jest niewielka wioska, w której na pewno znajdziesz coś do jedzenia. Tam posiedzisz w cieple i wrócisz najbliższym autobusem.

– A ty nie pójdziesz dalej ze mną?

– Niestety, bardzo bym chciał, ale muszę zostać tu, wśród dzikiej przyrody, skał i niebezpieczeństwa czającego się na roztargnionych turystów. Góry to mój dom. – Po raz ostatni uścisnął jej dłoń, odwrócił się i odszedł z powrotem, skąd przyszli.

Popatrzyła tylko za nim, nie do końca świadoma jeszcze tego, że ktoś jej pomógł wrócić. Tylko odprowadziła mężczyznę wzrokiem, odwróciła się i ruszyła ku cywilizacji.

2 myśli w temacie “W górach

  1. Antoni,

    trochę zabrakło mi czegoś w zakończeniu. Choć myślę, że tekst może mieć znaczenie metaforyczne – o kobiecie po trudnych przeżyciach, która w ostatnim momencie zawraca swoje życie znad przepaści z pomocą drugiego człowieka. Tak sądzę po dialogach.

    Pozdrawiam.

    Polubione przez 1 osoba

Odpowiedz na Gabriel Dobosz Anuluj pisanie odpowiedzi

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s