Dotknąć klawiszy…

Dotknąć klawiszy…

Sztuka, Kolaż, Projekt, Kolorowy, Kolor, Streszczenie

To było dla mnie jak olśnienie. W półmroku sali gimnastycznej siedziałem oniemiały i nie mogłem uwierzyć, że to ty. Miałem wrażenie, że śpię w domu, w cieple pieleszy, a dźwięki pochodzą z mojej wyobraźni. Jeszcze do tego oświetlona byłaś punktowym reflektorem. Kołysałaś się przy klawiaturze wprzód i w tył. Nigdy wcześniej nie słuchałem z przyjemnością muzyki poważnej, a wtedy czułem, że żadna inna muzyka nie dorasta temu do pięt. Dopiero gdy skończyłaś, ogarnąłem się, zamknąłem rozdziawione usta i byłem w stanie wstać i bić brawo. Pamiętam, że aż dłonie mnie rozbolały. I wracałem do domu, nucąc sobie ostatni utwór, mimo iż nie był łatwy.

Tydzień później, gdy już wakacje trwały w najlepsze, zaprosiłem cię na spacer do pobliskiego lasu. Zgodziłaś się, mimo iż w szkole nie utrzymywaliśmy praktycznie żadnych stosunków. Przyszłaś w zwiewnej sukni, w aksamitnej chusteczce na włosach i z łańcuszkiem na prawej kostce nogi. Wyglądał trochę, jakby zsunęła ci się drogocenna podwiązka od pończochy, które stały się dla mnie, jako nastolatka, ważne kilka miesięcy wcześniej, gdy obejrzałem film miłosny z lat trzydziestych. Właśnie tak wyobrażałem sobie młodziutką artystkę. Pamiętam, że weszliśmy na niewielkie wzgórze, na którego szczycie rozciągała się spora polana z żółtymi mleczami, niebieskimi chabrami i kilkoma płaczącymi wierzbami. Usiedliśmy pod jedną z wierzb i zasypywałem cię pytaniami dotyczącymi gry na fortepianie. Odpowiadałaś spokojnie, z namaszczeniem; czułem, że muzykujesz z pietyzmem. A gdy zadałem ci pytanie o to, co nakłoniło cię do gry na fortepianie, zamilkłaś, stuliłaś głowę i bardzo posmutniałaś. Wiedziałem, że nie mogę ciągnąć tematu.

Tydzień później dałaś się pocałować pod tą samą wierzbą. Był to pierwszy pocałunek w moim życiu. Jak później powiedziałaś, w twoim też. Czułem, jakbym doznał nirwany: nie istniał świat, nie liczyły się problemy, zanikło odczuwanie wszystkiego oprócz ciebie. I wtedy pierwszy raz poczułem od ciebie chłód. Z jednej strony całowałaś czule, z podnieceniem, a z drugiej dało się wyczuć jakiś opór. Jakby coś trzymało cię na przysłowiowej smyczy i nie dało puścić się dzikim pędem w stronę pożądania.

Potem wielokrotnie odwiedzałem cię u ciebie w domu, ale tylko wtedy, gdy byłaś sama. I za każdym razem bardzo pilnowałaś, czy nikt nie nadchodzi oraz godziny, kiedy musiałem już wyjść. Zawsze prosiłem, żebyś zagrała jakiś swój ulubiony utwór i za każdym razem była to ta sama kompozycja Chopina, która wywoływała u mnie gęsią skórkę. Któregoś razu podszedłem do twoich pleców, gdy grałaś i przytuliłem się. Oparłaś głowę o moją klatkę piersiową, zamknęłaś oczy i zagrałaś chyba najpiękniej, jak potrafiłaś. Poszedłem w twoje ślady i również zamknąłem powieki. Staliśmy się jednym organizmem, gdzie ty byłaś mistrzem, a ja twoją pożywką.

Wyszłaś na chwilę do toalety i zostałem sam przy tym instrumencie, dzięki któremu staliśmy się sobie bliscy. Wierzyłem, że to dźwięki zawarte wewnątrz instrumentu, wychodzą same pod wpływem naciskanych klawiszy i wpływają do ciała artysty i słuchaczy. Podszedłem do fortepianu, uniosłem dłoń nad klawiaturą w miejscu, gdzie dźwięki wydawały się najprzyjemniejsze, zamknąłem oczy i do głowy mi przyszło, aby pomyśleć życzenie. Pierwsze, o czym zamarzyłem to, aby być z tobą.

Po prostu być razem z tobą.

Już chciałem nacisnąć klawisze, które miały zadziałać podobnie jak spadająca gwiazda, gdy weszłaś ty. Odskoczyłem od fortepianu, zupełnie jakbym chciał dokonać przestępstwa, a przynajmniej świętokradztwa. Poczułem, że jakbym dotknął klawiszy, poparzyłbym się.

Dwa dni później poszliśmy na tę samą polanę na szczycie wzniesienia już wieczorem. Siedzieliśmy pod płaczącą wierzbą, gdy powoli zapadał zmrok. Wtedy po raz pierwszy się kochaliśmy. Nad głowami szumiał wiatr, obok tętniła dźwiękami rzesza czerwcowych świerszczy, w oddali pomrukiwało miasteczko, a obok wzdychałaś ty. Czułem, jak każdy twój głęboki oddech przewiercał mnie emocjonalnie i mocował uchwyty w moim ciele, dzięki którym wystarczyło jedno dotknięcie, abym był twój.

Od tego dnia spotykaliśmy się codziennie, ale zawsze, gdy nie było twoich rodziców. Potem wracałem do domu i włóczyłem się samotnie po okolicznych drogach i ścieżkach, nie mogąc się otrząsnąć z miłości, która mnie dopadła. Ale z drugiej strony właśnie moim celem i marzeniem było, aby się nie otrząsnąć. Chciałem trwać w tym stanie jak najdłużej, dopóki życie mnie nie wezwie, aby stawić mu czoła. Zaniedbywałem kolegów, zdawkowo traktowałem rodzinę, a że trwały wakacje, nie musiałem się martwić nadchodzącą w najbliższym roku szkolnym maturą. Nawet kładąc się spać, myślałem o tobie. I prawie codziennie mi się śniłaś.

Kilka tygodni później, gdy wakacje zbliżały się do końca i siedzieliśmy pod tą samą wierzbą, powiedziałaś, że nie miałaś już dwóch okresów. Zamarłem. Przytuliłaś się do mnie i powiedziałaś:

– Obym się myliła, bo ojciec mnie zabije.

Nie potrafiłem na to odpowiedzieć. Siedziałem jak oniemiały. W jednej chwili miałem ochotę pozbyć się ciebie z mojego życia, uciec jak najdalej, oby tylko uniknąć odpowiedzialności. Nie potrafiłem sobie wyobrazić siebie jako ojca, gdy sam niejednokrotnie potrzebowałem jeszcze opieki. Miałem w końcu dopiero osiemnaście lat.

Tego dnia wróciłem do domu, wszedłem w ubraniu do łóżka i przykryłem się cały kołdrą, chcąc chyba uciec od bezwzględnego świata. Odciąłem się od wszystkiego i zapadłem w marzenia. Nagle zobaczyłem pod tą kołdrą mały, świecący fortepianik wielkości pudełka po butach. Odruchowo przybliżyłem głowę, aby się upewnić, czy nie mam zwidów. Jednak był, istniał i, jakoś tak, promieniował. Jeszcze bardziej się do niego zbliżyłem. Poczułem woń starego mebla, jakiej często można doświadczyć w muzeum czy leciwym, drewnianym domu. Odruchowo wyciągnąłem rękę, aby go dotknąć, ale dokładnie w tym momencie poczułem, jakby prąd elektryczny przeszył moje ciało. Zacisnąłem kilkakrotnie palce, upewniając się, że nie odebrało mi czucia, i przypomniałem sobie grane przez ciebie utwory. Znów poczułem, że gdybym dotknął tego malutkiego fortepianu, dokonałbym świętokradztwa, a może zerwał z muzycznego nieba najjaśniejszą gwiazdę, która świeciła, odkąd usłyszałem cię w sali gimnastycznej. Przytuliłem się za to do tego fortepianu, zamknąłem oczy i odpłynąłem, gdzie nie istniały troski, gdzie wciąż byłaś tą dziewczyną, która swoją grą dostarczała mi jedynie rozkoszy, a nie odbierała nic, informując o braku okresów. Rozpłynąłem się w niebycie beztroski.

Od tego dnia starałem się ciebie omijać, szerokim łukiem obchodzić okolice, gdzie mieszkałaś i nie zbliżać się do polany na wzniesieniu, gdzie uprawialiśmy seks. Często chadzałem na długie spacery, daleko poza granice naszego miasteczka, aby zostawić za sobą nadchodzący ciężar odpowiedzialności. I udawało mi się to. Miewałem wrażenie, że wraz z krokami pompuję do głowy jakieś hormony, które pomagają spojrzeć na problem z dystansu lub po prostu przezwyciężyć złowrogi lęk. Radowałem się wtedy każdym napotkanym drobiazgiem, każdym symptomem spontanicznego życia. Trawy cieszyły jak nigdy, zboże szumiało inaczej, jakoś tak pro ludzko, drzewa dawały zbawienny cień od sierpniowego upalnego słońca, a przepływające strumyki urzekały krystaliczną wodą, którą dopiero wtedy odważyłem się pić, zaczerpując w złączone w naczynko dłonie. Potem wracałem do domu i zwykle dopadało mnie zniechęcenie, apatia i coś na kształt depresji. Kazałem rodzicom mówić, że nie ma mnie dla nikogo, i nawet dla ciebie nie robili wyjątków. Kilkakrotnie prosiłaś, abym się z tobą skontaktował, ale nie chciałem o tym słyszeć. Wieczorami wchodziłem pod moją kołdrę, bo chciałem znów zobaczyć ten malutki fortepianik, ale się nie pojawiał. Znikł. Z mojej wyobraźni czy już mojej realnej rzeczywistości?

Tydzień później zapukała do mnie policja, kiedy siedziałem w domu sam. Naiwnymi i dziecinnymi oczyma wyobraźni zobaczyłem, jak zawiadamiasz ograny ścigania, że próbuję uniknąć odpowiedzialności. Stanąłem na baczność i oczekiwałem wyroku. Jednak policjanci jakby ze smutkiem spytali, czy mogą wejść, i po chwili usiedli na kanapie w dużym pokoju. Zaczęli pytać, co mnie łączy z tobą, jak układały się nasze stosunki i kiedy widziałem cię po raz ostatni. Odpowiadałem doskonale, na każde pytanie pełnymi zdaniami, czułem, że jak tylko wypadnę dostatecznie dobrze, to sobie pójdą i nie powróci koszmar braku twoich okresów.

Jednak po chwili jeden z nich wstał, podszedł do mnie, wziął mnie tak po ludzku za przedramię i oświadczył:

– Ania nie żyje. Zabił ją ojciec, gdy dowiedział się, że jest w ciąży.

Nie pamiętam nic więcej z tego wieczoru. Kojarzę jedynie, że zaszywając się pod swoją kołdrą, znów widziałem świecący fortepianik. Tym razem pachniał jeszcze mocniej, kusił zamkniętymi w środku złotymi dźwiękami jeszcze bardziej, stwarzał jeszcze większe poczucie bezpieczeństwa. I obija mi się po głowie jedynie, że byłem bliski, aby nacisnąć klawisze, wydobyć dźwięki, ale z jakiegoś powodu tego nie zrobiłem.

W połowie września, kiedy po raz kolejny się rozchorowałem na tyle, że znów wzięto mnie do szpitala, a kiedy przestałem reagować na innych ludzi, przysłano psychiatrę. Mówił jakimś niezrozumiałym językiem, którego pojedyncze słowa rozumiałem, lecz całość mieszała się, tworząc miksturę z innego wszechświata. Posiedział przy mnie dłuższy czas, próbował rozmawiać, ale de facto był to monolog. Odchodząc, polecił, aby podawać mi jakieś proszki, nawet gdybym się sprzeciwiał. Potem czułem się jak w wehikule czasu: ludzie krzątali się wokół mnie w przyspieszonym tempie, słońce i chmury tańczyły za oknem, a cykl dnia i nocy stał się jak oddech, dzięki któremu jeszcze żyłem.

Po jakimś czasie, gdy zapłakani rodzice po raz kolejny rozmawiali z lekarzami, zdecydowano, że przewiozą mnie do domu i tam będą doglądać. Mama odeszła z pracy, aby się mną opiekować, a tata sprowadzał kolejnych psychiatrów i psychologów. Żaden nie mógł znaleźć ani kontaktu ze mną, ani tym bardziej sposobu na przywrócenie mnie do stanu zdrowia psychicznego. Znów ludzie biegali w przyspieszonym tempie, ja nawet ruszałem się nieco, ale ani nie reagowałem na słowa, ani nie byłem w stanie zadbać o swoją cielesność.

Od momentu, gdy dowiedziałem się o twojej śmierci, trwało to równo dziewięć miesięcy. Wciąż tkwiłem w łóżku, wciąż prawie bez ruchu, wciąż żadnego kontaktu. Aż gdy któregoś dnia z samego rana mama zrywała kolejną kartkę kalendarza, pod którą widniała właśnie dziewiąta miesięcznica, nagle wstałem i wyszedłem z domu w piżamie na bosaka. Mama próbowała mnie powstrzymać, ale odepchnąłem ją z taką siłą, jakbym przez te wszystkie dni w łóżku zbierał energię właśnie na tę chwilę. I poszedłem poza miasto. Świeciło mocne słońce, właśnie zaczynały się w szkołach wakacje, a ja wędrowałem, gdzie mnie nogi poniosły. A w głowie od samego rana grała mi melodia, którą ty wtedy zagrałaś na sali gimnastycznej. Nie wiem, ile kilometrów pokonałem, ale do domu wróciłem z pozdzieranymi do krwi stopami. Znów wezwano psychiatrę i policję, która ponoć szukała mnie cały dzień. Ja tylko powiedziałem zwyczajne „dzień dobry” i zamknąłem się w swoim pokoju. Czułem się wykończony. Ponownie zaszyłem się pod kołdrą i po raz kolejny ujrzałem ten mały fortepianik. Muzyka w głowie ucichła natychmiast, jakby zawstydzona prawdziwym pięknem, jakie skrywał w sobie ten miniaturowy instrument. Tym razem poczułem od niego silne ciepło, wręcz emanował nieparzącym gorącem. Przytuliłem się i zapragnąłem stać się z nim jednością. Kusił mnie, nęcił, choć sam nie do końca rozumiałem do czego. I tak jak poprzednio patrzyłem jak zahipnotyzowany w klawisze, ale nie odważyłem się ich dotknąć.

Po wakacjach wróciłem do szkoły, choć do innej grupy ludzi, bo moi byli już po maturze. Muszę przyznać, że nauka szła mi całkiem nie najgorzej. Codziennie jadłem posiłki, normalnie spędzałem ze starymi przyjaciółmi wolny czas i zwyczajnie chadzałem na osiemnastki nowych znajomych. Rano długo wylegiwałem się w łóżku po przebudzeniu, patrząc, jak słońce, teraz o wiele wolniej niż, gdy leżałem w bezruchu, przesuwa się po nieboskłonie, jak podlatują na parapet wróble i sroki i wpatrują się w moją stronę. W drodze do i ze szkoły liczyłem pod stopami płytki chodnikowe, próbując za każdym razem osiągnąć dokładnie tę samą ilość kroków. Często zasiadałem w kuchni przy oknie i wpatrywałem się z przeszklony świat, zupełnie jakbym mógł znaleźć tam to, co…

Dni upływały tak samo, ale z każdym przebudzeniem wdzierała się do mojej głowy coraz potężniejsza cisza, która jakby sobą zakłócała dźwięki z zewnątrz. A wraz z tą ciszą narastała pustka, do zapełnienia której z każdym dniem brakowało coraz więcej środków. Czułem się, jakby wewnątrz mojej głowy powstawała gigantyczna jaskinia dudniąca echem, które, zniekształcając wszystkie dźwięki, tworzyło coś, co byłem w stanie nazwać tylko jednym słowem: otchłań. I na co dzień coraz bardziej mnie korciło, aby zagrać na tym malutkim fortepianiku.

Aż któregoś razu, gdy po jednej osiemnastce odprowadzałem do domu dobrą koleżankę, ona oświadczyła mi się, powiedziała, że żyć beze mnie nie może, że nigdy nie spotkała kogoś takiego jak ja. Rzuciła mi się na szyję i zaczęła całować. Nie wiem, co zrobiłem, ale ocknąłem się, gdy siedziałem po turecku przed twoim grobem. Przyszedłem tu pierwszy raz. Sam nie wiem, jak tu trafiłem. Przed oczyma miałem napis:

Zmarła razem z nienarodzonym dzieckiem śmiercią tragiczną.

A poniżej:

Nie lękaj się, ona czeka na Ciebie w niebiesiech.

Znów nie wiem, co się ze mną działo przed dłuższy czas. Pamiętam jedynie, że w nocy włamałem się do apteki i wykradłem spory zapas leków nasennych. Potem też niewiele pamiętam, aż do momentu, gdy ponownie zaszyłem się pod kołdrą. W świetle fortepianiku nasypywałem do garści tabletek i popijałem wódką prosto z butelki. Podchodziłem coraz bliżej fortepianu. Ciało stawało się coraz bardziej bezwładne, powieki coraz cięższe, aż poczułem, że znów jestem w wehikule czasu.

Siedziałaś na sali gimnastycznej i grałaś utwór muzyki poważnej. Nie mogłem uwierzyć, że dziewczyna, którą tak dobrze znałem, potrafi tak grać. Ale nagle muzyka ucichła, ty wstałaś od fortepianu, podeszłaś do mnie, wzięłaś mnie za rękę i delikatnie pociągnęłaś w stronę drzwi, za którymi jaśniało błękitne, żywe światło. Poszedłem za tobą.

Mały fortepianik wciąż świecił. Pierwszy raz w życiu pewnie wyciągnąłem ku niemu dłoń i…

Nacisnąłem klawisze…

Odezwał się dźwiękiem złotym.

I rozbłysł błękitnym światłem, które mnie pochłonęło.

6 myśli w temacie “Dotknąć klawiszy…

  1. (Piszę drugi raz, bo widzę, że za pierwszym mój komentarz się nie dodał. Czasami naprawdę wkurza mnie ten WordPress.)

    Antoni, naprawdę dobry tekst! Wciągnął mnie i wywołał szczere emocje, zwłaszcza gdy zacząłem się domyślać, po co przyszli policjanci. Gdzieś tam jedną literówkę widziałem, ale mniejsza o to. Miłość jest dla ludzi odpowiedzialnych – takie mam przemyślenia po lekturze. Ileż mniej tragedii byłoby, gdyby wszyscy w relacjach damsko-męskich tacy byli.

    Pozdrawiam.

    Polubione przez 2 ludzi

    1. Dzięki, Gabrielu.
      Tak można powiedzieć, że naraz wpadły mi do głowy dwa pomysły na teksty z fortepianem. Poprzedni i ten.
      Prawda, że miłość jest dla odpowiedzialnych.
      Przede wszystkim bardzo mnie cieszy, że tekst wywołał emocje, o to mi tez chodziło.

      Pozdrawiam.

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s