Ósmy pasażer tramwaju

Ósmy pasażer tramwaju

Sypialnia, okno, życie

Mam trzydzieści osiem lat, proszę pana, więc jestem gdzieś w pół drogi na tym padole. Ale czuje się, jakbym miał przynajmniej sześćdziesiątkę. Od lat tu mieszkam. Dostałem to mieszkanie od rodziców. Bogaci są. Kiedyś ojciec często wyjeżdżał za granicę na różne placówki. Z wykształcenia jest inżynierem budowy mostów. Więcej go nie było, niż był. Wielokrotnie siedziałem w swoim pokoju i czekałem. Marzyłem, aby wrócił. W głowie miałem, proszę pana, jak pokazywał mi, jak się golić, czy wiązać krawat. Tyle pytań mi się rodziło. A potem przyjeżdżał na kilka tygodni i od razu się zaczynało, jak sobie radzę w szkole, czy mamie pomagam, czy mam właściwych kolegów. Był taki oficjalny, taki zawodowy, a ja potrzebowałem kumpla.

Mieszkanie dostałem zaraz na początku studiów. To, jak pan widzi, dwupokojowe spore lokum na warszawskim Tarchominie. Od razu się w nim zakochałem. W mniejszym pokoju urządziłem sobie graciarnię, a w większym mieszkałem. Ten drugi ma trzy okna: jedno od wschodu i dwa od południa. W bezchmurne dni słońce mnie budziło, pojawiając się w lewym oknie, następnie podnosiło się łukiem, przesuwało w prawo, na pewien czas znikało, by znów zabłysnąć w drugim, nadając w ten sposób odrobinę rytmu codzienności. W gwiaździste noce, proszę pana, księżyc oświetlał pokój, wędrując podobnie jak słońce i zalewał go srebrną poświatą. Wypełniał mnie magią i wspomnieniami. Wraz z promieniami srebrnego wędrowcy przeistaczałem się w podróżnika w czasie. Wielokrotnie starałem się wybiec myślami naprzód, ale wciąż stała przede mną niemożliwa do przekroczenia bariera ojca.

Często kładłem się na łóżku na wznak, rozpościerałem ręce na boki, słuchałem Bacha, Vivaldiego czy Bethovena i próbowałem wyciszyć się, uspokoić, wczuć w odwieczny rytm natury oglądanej przez moje trzy okna. W lewym widziałem czubek drzewa, a na nim siadające ptaki. Bardzo często zastanawiałem się, proszę pana, które z nich przylatują tu sporadycznie, a które są stałymi bywalcami. Po pewnym czasie nauczyłem się rozróżniać kilka z nich. Miałem wtedy wrażenie, jakby specjalnie dla mnie przylatywały, chcąc okazać swoją wierność czy przywiązanie. W środkowym oknie widziałem w oddali dwa słupy energetyczne, niezmienne przez cały rok, jedynie druty zimą były krótsze, a latem dłuższe. W prawym oknie przelatywały samoloty, porywając mnie w przestworza. Szybowałem wtedy wysoko nad ziemią, wolny i niezależny.

Zaraz po tym, jak tu zamieszkałem, proszę pana, poznałem pewną dziewczynę. Młody byłem, wcześniej nie miałem dziewczyny. Zaczęliśmy się spotykać. Recytowała wierszyki, opisywała ładnie naturę, odwiedzała schronisko dla psów, aby się nimi opiekować. Związaliśmy się drugiego dnia świąt Wielkiej Nocy, kiedy przyjechała do mnie po raz pierwszy. Potem przyjeżdżała coraz częściej, aż któregoś dnia dałem jej klucze. I powiem panu, że to był błąd. Od wtedy stała się nie do wytrzymania. Chciała wprowadzać swoje porządki, przemeblowywać mieszkanie, kupować za moje pieniądze rzeczy do kuchni. Przez długi czas to znosiłem, ale gdy stwierdziła, że będziemy mieszkać z jej psem, nie wytrzymałem. To nie tak, że ja przeciw zwierzętom, ale psa nie chciałem w domu. Powiem panu, że bardzo mnie to wszystko zabolało. Niby sam z nią zerwałem, ale i cierpiałem. Bo na swój sposób ją pokochałem. Potem wydzwaniała, przepraszała, błagała. Wprowadzała się i znów swoje. Teraz myślę, że to taka kobieta – z wpojonym przymusem, aby rządzić. A ja nie dam sobie w kaszę dmuchać. W końcu gdy się któregoś razu pokłóciliśmy, popchnąłem ją i wylądowała na ścianie. Tak, tak, proszę pana, doszło do przemocy. Jedyny raz byłem agresywny w stosunku do kobiety. Pyta pan, czy żałuję. Oczywiście, ale nerwy swoje mam, a ona działała mi na nerwy jak żadna inna.

Jak już ją rzuciłem, zastanawiałem się nieraz, czy oby na pewno dobrze zrobiłem. Bo miałem wyrzuty sumienia, proszę pana, oj, miałem. Niejednokrotnie leżąc w łóżku całymi dniami, narastała we mnie bezsilność, współczucie, ale i złość. Tak, tak, drogi panie, zezłościłem się. I to nie na nią, bo ona była, jaka była, ale na siebie, że nie potrafię jak prawdziwy mężczyzna, tylko ta melancholia mi w głowie. Potem znów przychodziły wyrzuty sumienia i nawet wahałem się, czy do niej nie zadzwonić, żeby nie cierpiała, a razem z nią ja. Kupowałem czasem dwa wina, czasem sześciopak piwa i walczyłem ze sobą. Mówi pan, że z takiej walki to nic dobrego nie wyjdzie? Ma pan rację. Ale człowiek jest tylko człowiekiem i ma swoje słabości. Któregoś dnia, gdy odwiedziłem wspólnych znajomych, dowiedziałem się, że niecałe trzy tygodnie po tym, jak ją odepchnąłem, związała się z innym. I wtedy coś we mnie pękło. Pomyślałem, że koniec z tym rozczulaniem się. Bo ja tu tracę zmysły, a ona skacze z kwiatka na kwiatek. I to mnie, proszę pana, zmieniło. Taka była pierwsza pasażerka w tym tramwaju zwanym przeze mnie na początku miłością.

Byłem wtedy, proszą pana, na drugim roku studiów. Zacząłem zauważać, że stałem się wygadany jak mało kto. Z łatwością mi przychodziło odpowiadanie na egzaminach ustnych, mimo iż nic nie umiałem, równie lekko radziłem sobie, gdy musiałem zabrać głos w towarzystwie. Któregoś dnia pokłóciłem się po alkoholu z koleżanką. W sumie miała rację, bo to ja zaprzeczałem sobie samemu, ale z łatwością z tego wybrnąłem. Jak skończyłem gadać, to już dziewczyna tylko patrzyła na mnie maślanymi oczami. Moja była. I ja to widziałem. Umówiliśmy się kilka razy na mieście. Ona słuchała, a ja nawijałem. Jak mi to imponowało, proszę pana. Bo bardzo ładna była, o wiele ładniejsza niż ta poprzednia. I znów związałem się z kobietą, gdy do mnie przyjechała. Chciała tego od razu, czułem to. Nie będę panu opowiadał, co my ze sobą wyczynialiśmy, ale sąsiedzi pewnie do dziś wspominają.

Zamieszkała u mnie bardzo szybko, bo już po trzech tygodniach. Imponowało mi, że mam tak ładną kobietę. A jej imponowało, że ma chłopaka, który ma tyle do powiedzenia na każdy temat. Ale to nie tak, proszę pana, wcale dużo nie wiedziałem, tylko tak ładnie gadałem. Zaczęła mnie wkrótce ubierać po swojemu. Nie chciała jak ta poprzednia rządzić mieszkaniem. Kupowała mi bluzy, luźne spodnie, bo twierdziła, że te moje wyprasowane koszule pasują bardziej dla faceta w średnim wieku lub dziadka. I mi się to spodobało. Żyliśmy seksem, pokazywaniem się wśród ludzi, a przede wszystkim szpanowaniem sobą nawzajem. Wielokrotnie pozwalałem, aby ktoś z nią zatańczył, by w środku piosenki odbić, pokazując, do kogo ona należy. Ona nie była lepsza. Puszczała mnie samego na imprezy, potem bezceremonialnie wchodziła i zabierała do domu. Byłem wściekły, proszę pana, a kto by nie był. I muszę panu powiedzieć, że dlatego się rozstaliśmy. Ale i tak długo ze sobą wytrzymaliśmy, bo ponad rok.

Rozstanie z nią przeżyłem dość ciężko, bo się przywiązałem. Nawet niejednokrotnie zastanawiałem się, czy to nie była miłość. Gdyż owszem, proszę pana, szpanowaliśmy sobą, ale byliśmy sobie potrzebni. Ale to ona bardziej cierpiała. Dzwoniła jeszcze dość długo, pytała, czy kogoś już sobie znalazłem, nieraz popłakała się w słuchawkę. Czasami zastanawiałem się, czy do niej nie wrócić, ale w końcu zeżarlibyśmy się nawzajem. Jedynie, gdy dopadła mnie chandra, kupowałem sporo piwa czy dwa wina i topiłem smutki.

Następna była matematyczka. Cholernie inteligentna kobieta, ale niezbyt ładna. Przyszła do mnie na imprezę z kolegą. Ale kolega poszedł w odstawkę, a fascynowałem ją ja. Od początku mi gadała, że nikt tak pięknie nie mówił. Powiem panu w tajemnicy, że popłynęła, jak zacząłem gadać, jak sobie ją wyobrażam w sukni ślubnej. Mówiłem, że taka biała to by do niej nie pasowała, raczej kremowa, bo kwiatów nie zdobi się kwiatami. W gruncie rzeczy chciałem się sprawdzić, czy dam radę uwieść tak inteligentną dziewczynę. I jak pan myśli? Mówi pan, że nie ma się czym chwalić. Racja. Ale chcę, aby pan mnie zrozumiał. I uwiodłem ją, i to już tego wieczoru. Do dziś pamiętam, że czasem przy śniadaniu rozmawialiśmy o twierdzeniach matematycznych. Wiele się przy niej nauczyłem. Zrozumiałem, że każda kobieta, choćby ta najgłupsza, ma swój rozum i trzeba to umieć zauważyć. Mówi pan, żebym więcej nie mówił słowa głupi. Znowu racja. Bo to stawia w złym świetle.

Przez pierwsze pół roku nie chciała ze mną zamieszkać. Twierdziła, że to byłoby bez sensu, niepoparte odpowiednimi dowodami. Tak, proszą pana, u niej wszystko musiało mieć sens, niemal matematyczny sens. Ale potem się wprowadziła. I wtedy się zaczęło. Nie, nie było tak jak z tą pierwszą. Ta zaczęła mieć o wszystko pretensje. Nie pogoniłem jej rano do pracy i się spóźniła – moja wina, bo dałem ze sobą zamieszkać. Chciałem zbyt często się kochać – moja wina, bo widzę w niej tylko obiekt do kopulacji. Wychodziłem z kolegami na piwo – moja wina, bo ją zaniedbuję. Słucham? A, pyta pan, czy nie dostrzegam żadnej swojej winy. Pewnie, że dostrzegam, ale kto jest bez winy?

W końcu po dwóch latach sama odeszła, bo stwierdziła, że chce męża, a nie faceta żyjącego obok. Chyba miała trochę racji. Związałem się z nią ze względu na inteligencję, a nie na nią samą. Śmieje się pan, że to rozróżniam? Ano rozróżniam, bo osobowość to coś więcej niż inteligencja, niż uroda, niż sposób bycia. Powiem panu, że to coś więcej niż to wszystko razem wzięte. Przeżyłem i to rozstanie, nie powiem. Zacząłem się zastanawiać, czy wszystko ze mną w porządku, że nie umiem stworzyć stałego związku. W końcu w ciągu pięciu lat miałem trzy kobiety.

I zastanawiałbym się dłużej, gdyby nie ta czwarta. Oj, co to była za laska, proszę pana. Wyższa ode mnie, twarz jak z okładki żurnala, kształty idealne, nogi do samej szyi i do tego zastępca dyrektora w niedużej firmie. Popłynąłem jak dziecko. Motyla, proszę pana, ze mnie zrobiła. Bo nigdy nie marzyłem o wyższej, aż tu się stało. Och, jak mnie duma rozpierała. Strach mówić. Była też starsza, całe sześć lat. Ale mi to nie przeszkadzało, wręcz odwrotnie. Chciałem się uczyć nowych rzeczy, bo nadal młody byłem, proszę pana. Co to jest dwadzieścia cztery lata? Zabierała mnie na przyjęcia, bale, czasem seminaria. Kazała mówić, że jestem bratem ciotecznym i chce mnie wprowadzić. Ona rządziła, a ja się nie sprzeciwiałem, bo była też moją sponsorką. Powiem panu, że przy żadnej innej nie nauczyłem się tyle.

Aż cztery lata później, gdy byłem pewien, że wreszcie się przełamię i poproszę ją o rękę, powiedziała, że z nami koniec. I wtedy pierwszy raz zachowałem się jak dziecko. Popłakałem się przy niej, prosiłem, niemal żebrałem, ale była nieubłagana. Stwierdziła jedynie, że nauczyła mnie wszystkiego, swój obowiązek spełniła i czas na nią. Nawet przytuliła mnie na do widzenia. Rzuciłem wtedy pracę z dnia na dzień, zamknąłem się w tym mieszkaniu i chlałem przez prawie dwa tygodnie. Kolega mnie, proszę pana, musiał ratować. Przyszedł i siedział, dopóki nie wytrzeźwiałem. Jak ja cierpiałem, mówię panu. Większego bólu wyobrazić sobie nie potrafię. Chciałem ją nawet śledzić, bo tak mi odbiło, ale wyprowadziła się do Francji.

I proszę pana, dochodziłem do siebie prawie dwa miesiące, a i później miałem lęki, rozmawiając z kobietami. Wreszcie pojechałem z kolegą na działkę do jego koleżanki. I poznałem ją. Była taka niewinna, taka dziewczęca, ale też mądra i zdecydowana. Poszliśmy któregoś wieczoru na długi spacer. Od razu spytała, ile miałem kobiet, czy je kochałem. Skłamałem, proszę pana, powiedziałem, że dwie. Ale nie skłamałem, mówiąc, że na swój sposób do dziś je kocham. I chyba uznała mnie za księcia z bajki. Bo z jednej strony nauczyłem się, jak się zachowywać w stosunku do kobiet, a z drugiej czuć było ode mnie to cierpienie po tej ostatniej. Dziewczyna miała zaledwie dziewiętnaście lat i była dziewicą. Powiedziała mi, że chce nią przestać być właśnie ze mną. Oj, proszę pana, jaką ja poczułem odpowiedzialność. Bo nie dość, że młodsza ode mnie dziesięć lat, dziewica, to jeszcze przecież mówiła, że ja jestem odpowiednim facetem. Mówi pan, że niektórym by to tylko imponowało? Mnie też imponowało, nie twierdzę, że nie, ale również czułem się odpowiedzialny. Powiedziałem, że znajdzie sobie kogoś młodszego, kogo pokocha naprawdę, a ona, że nie, że chce ze mną. Mówię panu, uparła się. I w końcu się zgodziłem. Rozdziewiczyłem ją. Potem leżeliśmy nad strumykiem aż do rana, a komary gryzły. Trzy dni później się rozstaliśmy i nikt z nas nawet nie próbował dzwonić czy pisać. Jej chyba było na swój sposób wstyd, mimo iż chciała sama. Mnie również, bo jakoś czułem, że sprzeniewierzyłem wszystkie swoje wartości. Tak, proszą pana, pozbawiając ją dziewictwa, czułem się jak ostatni skurwysyn. I wtedy coś we mnie pękło. Już nie miałem nic do stracenia, bo straciłem wszystko, co najcenniejsze.

W następny tydzień związałem się z młodszą ode mnie o jedenaście lat. Ledwo stała się pełnoletnia, a ja już ją uwiodłem. Była najpiękniejszą kobietą, jaką widziałem. Do tego taka delikatna, taka zmysłowa, taka skromna. Ale coś się we mnie zmieniło i w gruncie rzeczy miałem ją gdzieś. Byłem z nią prawie rok, ale cały czas sypiałem z innymi. Aż któregoś razu przyłapała mnie u mnie w domu. Odeszła natychmiast. Już mnie to nie obchodziło. Nie miało znaczenia, że taka piękna, subtelna, delikatna. Liczyło się, aby było dobrze mnie. Ale piłem przez cztery dni, jak odeszła. Sam, proszę pana, nie wiem czemu.

I pamiętam, że jak wytrzeźwiałem, zrobiłem najhuczniejszą imprezę. Ze trzydzieści osób przyszło. A wśród nich taka piękna, zabawna, ostra zarazem i przede wszystkim przypominająca mi tę starszą ode mnie. Ani chwili się nie zastanawiałem. I nawet nie musiałem jej uwodzić, bo to ona bardziej uwiodła mnie. Tak, to ona rządziła. Już tego dnia została u mnie i poszliśmy do łóżka. Ale nie chciałem, aby się sprowadzała. Chciałem swobody. Aż po kilku miesiącach wyznała, że jest w ciąży. A przecież zapewniała, że bierze pigułki. Mówi pan, że kłamała? Chyba tak. Teraz myślę, że złowiła mnie na ciążę. Od razu to ona dominowała. Wszystko musiało być, jak chciała ona. A że spotkała taki egzemplarz jak ja, który doskonale potrafił postępować z kobietami, to musiałem być jej. I tylko jej.

Z jednej strony byłem przerażony ciążą, a z drugiej poczułem, że chcę spróbować być ojcem. Bo to już był czas, miałem trzydziestkę. Wzięliśmy ślub, potem poród, małe dziecko, pieluchy, wrzaski, aż przestałem dawać radę. Gdzieś w głębi czułem, że to nieodpowiednia kobieta. Dziecko nawet kochałem i kocham do dziś, ale nie ją. Była przeciwieństwem wszystkiego tego, co kochałem. I zacząłem regularnie popijać, proszę pana. Najpierw dwa, trzy piwa, potem więcej, aż doszło do tego, że mając trzydzieści pięć lat, wypijałem sześć piw, a w weekendy i całą flaszkę. Po prostu nie dawałem rady. Oj, proszę pana, liczyła się dla mnie praca i alkohol, nic więcej. I nie chce pan wiedzieć, jak się wtedy czułem. Druga sprawa, że w nerwach bardzo ją krzywdziłem psychicznie. Wreszcie dwa lata temu się wyprowadziłem. Zostawiłem jej moje własne mieszkanie i poszedłem do wynajętego. Ale zachowała się na tyle dobrze, że rok później wyprowadziła się z dzieckiem. Tylko chciała sporej rekompensaty i alimentów.

I tak wróciłem tutaj i nadal obserwuję to słońce wstające w lewym oknie, potem podnoszące się w środkowym, by w prawym skłaniać się ku zachodowi. Ptaki już chyba inne przylatują, choć mam nieodparte wrażenie, że jeden wciąż mnie odwiedza. Mówi pan, że to niemożliwe. Nie wiem, ile żyje ptak. Od moich pierwszych dni w tym mieszkaniu minęło dziewiętnaście lat, dokładnie tyle, ile miałem, tu zamieszkując. Można więc też powiedzieć, że wtedy byłem w połowie drogi do tego, co dziś. Musiałem tak wiele przeżyć, aby zrozumieć, że te siedem kobiet, które były dla mnie ważne, to siedmioro pasażerów w tramwaju zwanym niegdyś miłością, potem pożądaniem, aby znów dziś myśleć, że to tramwaj zwany miłością. Tak, proszę pana, teraz gdy już nie piję, znów szukam miłości, ale nie jest łatwo, bo zbyt wiele bólu kłębi się w głowie. Trzeźwiejąc, musiałem zmierzyć się z każdą sytuacją, by zrozumieć, jak bardzo cierpiałem od dziecka, ale też jak bardzo krzywdziłem innych. I to pierwsze już się chyba, proszę pana, nie zmieni.

Powiem tylko panu, że był ósmy pasażer, którego dziś wolałbym nie mieć w ogóle. To on spowodował, że przestałem być czujny i dałem się złapać na ciążę. Gdyby nie on, nie piłbym tyle. Działa podstępnie, powoli, mami, mydli oczy, zagłusza sumienie i stwarza pozory siły. Widzę, że się pan krzywi. Mówię panu, sporo ludzi daje się omamić. A niektórzy uważają go za największego przyjaciela. Pyta pan, co jest tym ósmym pasażerem. Powiem panu:

– To zbytnia pewność siebie…

7 myśli w temacie “Ósmy pasażer tramwaju

  1. Jest pierwsza w nocy. Ledwo trzymam powieki, a czytam Antka. Bajecznie opisujesz typy kobiet i lekkość opowieści tego bohatera czuć. Włos się jeży, jaki wpływ ma na nas dzieciństwo, rodzic.. Twój kochaś wzbudza sympatię. Dziękuję Antku, fajnie mi się czytało, teraz mogę iść spać.

    Polubione przez 1 osoba

    1. Basiu,
      po pierwsze ten tekst nie jest o mnie. Jak większość moich tekstów ma sporo z prawdy dotyczącej pewnych osób, ale to luźna dywagacja. Wpływ rodziców jest duży, prawda. Ale świadomość tego bywa negatywna, bo ludzie często mówią, że przecież coś nie jest ich winą, to wina wychowania, i przestają się starać.
      Dziękuję, że o tak późnej porze mnie czytałaś. To WIELKA nagroda dla piszącego.

      Pozdrawiam.

      Polubienie

      1. Wiem. Od razu domyśliłem się po pierwszym zdaniu że to nie Ty. Czytałam o tak późnej porze, bo wciągnęło mnie. A jeśli chodzi o wpływ rodziców to najczęściej główny zainteresowany nie bierze pod uwagę. Nie ma pojęcia jak wiele zależało o jego dzieciństwa. Nie doszukuje się takiego połączenia. Pozdrawiam Ciebie o poranku nie całej szóstej

        Polubienie

  2. Witaj Antoni 🙂
    „Oj, proszę pana, liczyła się dla mnie praca i alkohol, nic więcej. I nie chcę pan wiedzieć, jak się wtedy czułem” – wkradło ci się ‚ę’
    Pamiętam. Wciąż mi się podoba. 🙂

    Polubione przez 1 osoba

  3. U mnie bohater nie wzbudził sympatii. Przeciwnie, uważam go za kolejnego współczesnego Piotrusia Pana, który myli miłość z zachcianką i ucieka przy pierwszej napotkanej trudności, usprawiedliwiając się przeżyciami z dzieciństwa. Pozostaje tylko nadzieja, że czegoś go to wszystko jednak nauczy.

    Co do tekstu: bardzo dobrze napisany. Wciąga. Udało Ci się stworzyć fajny, melancholijny klimat. Ciekawy motyw spowiedzi, którą bohater odbywa przed jakimś panem.

    Pozdrawiam.

    Polubione przez 1 osoba

    1. Gabrielu,
      muszę powiedzieć, że mamy podobnie. Bo dzieciństwo, dzieciństwem, ale co jeszcze będziemy tym usprawiedliwiać?…
      Jak już pisałem, zamierzam napisać drugą część tego tekstu, ale nie mogę się zebrać.
      Dzięki za czytanie i tak dobre słowa.

      Pozdrawiam.

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s